E-book
6.83
drukowana A5
20.4
Jestem alkoholikiem

Bezpłatny fragment - Jestem alkoholikiem


5
Objętość:
77 str.
ISBN:
978-83-8189-915-4
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 20.4

Alkoholizm — choroba niezawiniona, przewlekła, postępująca i śmiertelna

Książkę tą dedykuję wszystkim tym, którzy stykają się z alkoholizmem, bezpośrednio, pośrednio lub wcale


W podziękowaniu dla moich przyjaciół Anicie i Zbyszkowi oraz Kasi.

Podziękowania dla Pawła za światło w tunelu oraz specjalne podziękowanie dla Danusi za motywację i kopa w „dupę” bez którego ta książka by nie powstała 😊

Rozdział pierwszy

Życie

Nie wiem, kiedy, gdzie i od czego się zaczęło? Nie wiem i chyba tak naprawdę nie poznam na to odpowiedzi. Złożyło się na to tak wiele emocji w moim życiu, że nie jestem w stanie nawet stwierdzić, co tak naprawdę miało wpływ. Człowiek podobno zatrzymuje się na etapie rozwoju w którym brakuje mu miłości, miłości która jest kwintesencją życia, jest źródłem istnienia, miłości, której tak bardzo mi brakowało od samego jego początku. Nikt nie nauczył mnie jak kochać, jak radzić sobie z miłością, życie dawało mi do ręki pudełko z napisem miłość, tyle że w pudełku nie było instrukcji obsługi. Wychowywałem się w strachu przed matką, matką która nie znała, co to poczucie dobra jakie daje macierzyństwo, stałem się workiem do którego wrzuca się wszystkie przekleństwa świata za to, że coś nie wyszło. Nie pchałem się na ten świat, ale po coś się urodziłem, Bóg ma w tym wszystkim jakiś plan, którego ja sam jeszcze nie ogarniam. Nie winię matki za to co mi zrobiła, ponieważ dziś patrząc na swoje dzieci po prostu jej współczuję, choć uczę się dopiero tacierzyństwa to odkrywanie go i przekazywanie miłości do najmłodszych z moich dzieci, przy których mam jeszcze szansę uczestniczenia w ich dorastaniu, sprawia mi to ogromną radość. Nie jestem i też nie będę nigdy autorytetem w psychologii dziecięcej, ale wiem co wywołują w umyśle człowieka słowa „nie nadajesz się”, „jesteś nikim”, „nic w życiu nie osiągniesz”, „nic nie potrafisz”, „nie należy Ci się”. Wiem jak łatwo jest zacząć wierzyć w te słowa, wiem jak łatwo jest zacząć nimi żyć. Myślę, że gdyby nie moja Babcia i jej surowa, ale jakże cudna miłość nie miałbym siły by zacząć się buntować, by się rozwijać, by stawiać pierwsze kroki sam. By zrozumieć fizycznie jak to działa przypominam sobie moment, w którym nauczyłem się jeździć na rowerze, dwa lata, dwa pełne lata uczono mnie jazdy na dwóch kółkach i za każdym razem, kiedy wsadzano mnie na rower słyszałem w głowie słowa mojej matki „przewrócisz się”, „nawet na rowerze nie potrafisz jeździć”. Nauczyłem się jednak jeździć, jak? Pamiętam to jak dziś i nawet pamiętam to wizualnie, jak piękny film który oglądam kiedy tylko zamykam oczy. Wyciągnąłem rower z piwnicy, zaprowadziłem go na górkę, górka była przy wjeździe na nasz plac, postawiłem go i wsiadłem na niego i tak po prostu zjechałem. Tego dnia poznałem jak fantastycznie jest jeździć na rowerze. Jakże proste to było, tak proste, że aż banalne i wtedy dowiedziałem się jeszcze jednej rzeczy, jednej maksymy która jest w sumie najważniejszą i będzie mi towarzyszyć przez całe życie, Jeśli chcesz czegoś dokonać, musieć chcieć to sam.

Można trzeźwieć dla kogoś, jak najbardziej, można trzeźwieć ze strachu, że coś się straci, można również mówić, że się człowiek już nie napije i można mu zaufać, można, można, można, ale to nie działa. Nie działa to tak wszystko, bo trzeźwość to nie kwestia nie picia, trzeźwość to stan umysłu, a mój umysł, moje emocje są chore, schorowane i nieleczone przez całe moje dotychczasowe życie. Droga mojego trzeźwienia jest otwarta i otwarta zostanie już na całe moje życie. Mój świat w młodości był strasznie zamknięty i paradoksalny, z jednej strony byłem młodzieńcem niezwykle komunikatywnym, zaradnym, czy jak to zwała mnie moja ciotka „bawidamkiem”, by za chwilę stać się nieporadnym życiowo zakompleksionym łajzą, która nie potrafi wykrztusić słowa przy kimś, na kim zaczęło mi zależeć. Dopóki trzymałem wszystkich na bezpieczną odległość, aby nie mogli odkryć mojej tajemnicy było wszystko w porządku, gdy jednak ktoś zbliżał się za bardzo zaczynałem szybko się zamykać w sobie. Słowa „musimy porozmawiać” w ustach każdej mojej sympatii stały się normą powszechną w moim życiu. Przerażał mnie nawet pocałunek w policzek na dzień dobry i zawsze pojawiało się we mnie pytanie, co ona ode mnie chce? Do tego właśnie stopnia nie byłem przyzwyczajony do serdeczności i miłości w ludziach. Myślę nawet, że gdyby nie brak miłości w związku i sex nie ożeniłbym się nigdy. Dziś nie dziwię się wcale, że zacząłem pić już w młodych latach, mam nawet wrażenie, że gdyby nie alkohol nie przetrwałbym ich, co prawda nie było go zbyt wiele i głównie ograniczał się do imprez, lecz był całkowitą odskocznią, był stanem, w którym przez tą chwilę nie musiałem się bać, mogłem robić, co chciałem, bo i tak nawet jak człowiek narozrabiał to i tak pozostawał fajny. Każdy bowiem w końcu brał na luz to, co wyprawia się po pijanemu. Mój strach przed ludźmi i przed tym, że muszę się maskować mocno ograniczał moje towarzystwo do picia, do imprez, do przebywania. Owszem byłem młodym facetem, którego znali prawie wszyscy, lecz naprawdę chyba nie znał mnie nikt, a i ja sam mało kogo nawet kojarzyłem po imieniu. Uwielbiałem zmieniać towarzystwo, poznawać nowych ludzi, przed którymi nie musiałem się tłumaczyć z przeszłości, mogłem tworzyć teraźniejszość, mogłem tworzyć świat, w którym jestem tym kim chce. Zmieniałem tak często wszystko wokół siebie aż moje życie w końcu zaczęło być naprawdę bogate, choć w środku nadal pozostawało puste. Być może wtedy się właśnie zaczęło, zaczęło w momencie, w którym najmniej bym przypuszczał, gdy moja matka na zewnątrz tworzyła dom idealny jak na dom jednego rodzica a moja Babcia przykazywała wartości i uczyła, jak być dobrym i uczynnym dla każdego, uczyła mnie zasad dżentelmena i walczyła o moje prawa w domu. Dzisiaj myślę, że alkoholizm nie zaczyna się z pierwszym kieliszkiem, że rodzi się pomału w głowie, gdy nawet nie znamy jeszcze zapachu alkoholu ani jego negatywnych skutków.

Jedną z najważniejszych rzeczy, jakich brakowało mi w tamtym okresie to zrozumienie. W końcu mężczyzna ma być twardy, ma się narodzić, ma nabrać charakteru, wybudować dom, zasadzić drzewo i spłodzić syna. Akurat jak z płodzeniem chyba nigdy nie miałem problemu, tak z całą resztą zasad nałożonych na kark problem był już wielki. Nic tak naprawdę mi w życiu nie wychodziło, choć byłem zdolny i kreatywny. Tworzyłem rzeczy indywidualne, nie szablonowe, zawsze znajdowałem jakieś rozwiązanie nawet w najgorszych sytuacjach. Brak zrozumienia jednak, niewysłuchania, empatii powodował niestety, że ja, ten mały chłopiec zamknięty w ciele mężczyzny nie dorosłem jeszcze, że nie przeczytałem jeszcze instrukcji obsługi jak to trzeba zrobić, jak stworzyć dom, rodzinę, bo i jak miałem to zrobić, skoro wszystko zaczyna się od miłości na miłości się kończy, a ja wciąż nie wiedziałem jak się jej nauczyć. Pamiętam cudowne chwile spędzone w gabinecie psychologa, gdy mogłem się otworzyć. Niestety były to tylko chwile, matka bowiem bardzo szybko zabroniła mi wizyt u psychologa po informacji, że powinna mi dawać kieszonkowe. Zbulwersowanie jej nie miało końca, gdyż wyznawała zasadę, że nic mi się nie należy, a już tym bardziej własne pieniądze. Choć sesja u psychologa zamknęła się w progach trzech czy czterech wizyt, to zrozumiałem, że gdyby tak znaleźć kogoś kto mnie wysłucha, kto mnie zrozumie, kto poświęci mi swój czas, już nie nawet na rozmowę, ale właśnie na samo słuchanie, to mógłbym zrzucić z siebie ten cały swój bagaż, że mógłbym już wtedy w końcu uwierzyć w siebie i przestać uciekać. Wiem jak ważna jest taka rozmowa, jak wiele daje, jak potrafi w magiczny sposób wprowadzić spokój w myśli. Ciężko jest jednak otworzyć się przed kimś, przed kim udaje się twardego, silnego, przed kimś, przed kim zdobyło się w jego oczach cały świat. Ciężko jest przezwyciężyć się myśląc, że zostaniesz niezrozumiany, wyśmiany, zlekceważony. W takim momencie własny strach niezrozumienia staje się dla ciebie tylko sznurem, na którym chcesz zwyczajnie zakończyć swój żywot. Każdy mały problem, każda niewysłuchana we mnie myśl z czasem poukładana w jeden wielki stos przygniatała mnie tak bardzo, że nie byłem już wstanie walczyć o zrozumienie.

Wraz z pierwszym małżeństwem cały ten bagaż, który miałem w sobie zamieniłem na nowy świat, świat pracoholizmu, ambicji, kreatywności, na życie w pracy i pracę w życiu. Wszystko, co tkwiło we mnie, choć na chwilę mogłem schować głęboko i pogrzebać. Niestety wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to, co nie zostaje przepracowane, to, co nie zostaje przerobione, tylko się czai we mnie, i nadal tkwi, ta nieporadność, ten totalny brak instrukcji obsługi.

Uchodziłem na ogół za człowieka niezwykle zdolnego, ambitnego, człowieka, który potrafił udowodnić, że rzeczy nie możliwe, są tylko do czasu, aż ja się za nie zabiorę. A w rzeczywistości, gdy tylko wychodziłem z domu nakładałem na siebie maskę, maskę przez którą nie było widać, łez, smutku, rozpaczy i gdybym dziś miał zliczyć wszystkie te dni, w których chowałem prawdziwą twarz, dni, w których uśmiechem przykrywałem rozpacz, nie zliczyłbym ich. Jak wcześniej nie miałem nikogo koło siebie, kto chciałby mnie wysłuchać tak w tym czasie sam pozbawiałem się takiej możliwości. Jak w młodości moja matka na zewnątrz poza ścianami mieszkania kreowała się na polską matkę cierpiącą, tak ja sam w końcu własnym fałszem, własną maską, którą nosiłem sam pozbyłem się możliwości powiedzenia komukolwiek jak mi jest źle. Zapłaciłem za to wszystko wysoką cenę podczas rozwodu, gdyż jak już zrzuciłem maskę i zdobyłem się na odwagę to nikt nie chciał mnie słuchać, nikt nie chciał uwierzyć, że ten szczęśliwy człowiek może cierpieć. Sam na własne życzenie z powodu własnej bezradności życia odciąłem sobie drogę. Zaprowadziłem sam siebie do miejsca zwanego depresją. Byłem jak mały bezradny chłopiec bojący się zostać sam, nie mogąc podjąć żadnych sensownych kroków uciekałem od odpowiedzialności za swoje życie. Uciekałem w poszukiwanie kolejnego „szczęścia”, bo chciałem być tylko szczęśliwy, należało mi się w końcu, należało mi się za to wszystko co przeżyłem, należało mi się za to jak świat mnie potraktował, należało mi się w końcu i już! I już nie należało mi się nic, tylko tyle, że jeszcze wtedy tego nie rozumiałem. Uciekałem dalej, może już nie w maskę prowizorycznego uśmiechu, lecz w nowe życie, w nowe moje „szczęście”, które jeszcze mieszało się ze sprawą rozwodową. Nowy związek, pełen nadziei, pełen nowych wyzwań, choć zaczęty od największej próby, jakiej może poddać się mężczyzna. Czy dziś bym wybaczył? Czy dziś nadal bym tego chciał? Nie, nie, i to nie dlatego że nie potrafię kochać, bo taka deklaracja byłaby kompletną bzdurą dzisiaj, lecz dlatego że dziś wiem, jakie są moje granice.

Nowe życie, nowy ja, jakie to wydaje się proste, ale tak naprawdę nic nie zmieniło się po za miejscem zamieszkania. Nowe ambicje, nowe problemy, nowe znajomości, stare nawyki. Jedyne, co tak naprawdę się zmieniło a raczej, co powróciło to alkohol, wszedł niczym Baron na salony i rozgościł się w moim życiu. Pozwalał zapominać na chwilę o tym, co w pamięci pojawiało się w snach, o tym, co nadal we mnie tkwiło. Imprezy, spotkania, śmiech, lekkie życie, ciężkie problemy. Dni jak sielanka przeplatane raz kłótnią, raz godzeniem się, planami na przyszłość i zmorami przeszłości. Ja ciągle potrzebowałem drugiej osoby, ciągle gdzieś moje życie opierało się na tym, że sam nie dam rady, że muszę mieć kogoś przy boku, że jestem wstanie wszystko znieść byle tylko nie pozostać sam, potrzebowałem żyć i być dla kogoś, bo nie potrafiłem tego zrobić dla siebie. Byłem wstanie zrobić wszystko, dosłownie wszystko by żyć iluzją szczęścia prawdziwej rodziny, dokonaniem czegoś, czego przecież nie znałem, próbując znów zbudować coś bez instrukcji obsługi. Na siłę wręcz potrzebowałem katować się życiem byle tylko tkwić w swojej strefie komfortu. Było mi dobrze, kiedy było mi źle. Nie wyobrażałem sobie wtedy nawet takich prostych czynności jak płacenia rachunków, nie to nie było dla mnie, mogłem robić wszystko, mogłem zarabiać, mogłem coś budować, kombinować, ale jakaś odpowiedzialność? Nie to nie było dla mnie, wolałem oddać wszystkie pieniądze byle by się tym nie zajmować, byleby nie być odpowiedzialnym. Wszystko mogłem zrobić, żeby tylko nie brać odpowiedzialności. To wszystko wydawało się takie paradoksalne, gdyż wszędzie uchodziłem za osobę najbardziej kompetentną we wszystkim. W końcu to ja założyłem sklep, ogarniałem biuro które prowadziliśmy, wszędzie i wszystko załatwiałem ja. Wszystko prowadziłem ja, lecz świadomość tego, że mogłem powiedzieć, że wszystkim zajmuje się moja żona i samo to scedowanie w świadomości niejako uwalniało mnie od ciężaru odpowiedzialności. Nie dziwię się, że to wszystko skończyło się kolejnym rozwodem, nie winię dziś siebie za to, że wszystko to było takie niedojrzałe, niedopracowane, stało niczym drewniana chatka na słomianych nogach. Musiało skończyć się tak jak się skończyło a koniec stał się początkiem tego, co musiało się stać.

Nieszczęśliwy życiem zacząłem być szczęśliwy piciem. Praca, powrót, weekend z butelką w tle. Nastał w końcu jakiś harmonogram w moim w życiu, alkohol już się nie czaił, a zaczął być elementem scenariusza na życie, raz to dla użalania się, a raz po raz dla zabawy i dobrego humoru. Kolejny związek, kolejne szukanie szczęścia i kolejna katastrofa, a za nią kolejne wieczory w pięknym towarzystwie panny butelki. No i oczywiście jakby nie inaczej kolejne problemy, bo, po co rozwiązywać te co są, jak można sobie spokojnie na siebie nałożyć kolejne. Gdybym miał tak kiedyś usiąść i zapytać siebie, co w życiu zakończyłem? Okazałoby się, że wszystko zacząłem, ale chyba niczego nie zakończyłem. Jeśli już coś się kończyło to albo kończył to za mnie ktoś albo umierało śmiercią naturalną. Moje życie powoli zamieniło się już w wielką ucieczkę przed samym sobą, uciekałem od odpowiedzialności, uciekałem od decyzji, uciekałem od wszystkiego i wszędzie oszukując sam siebie, że można wszystko zacząć od początku bez konsekwencji za przeszłe życie. Odmienne stany świadomości, w które uciekałem za pomocą alkoholu pozwalały mi powoli stać się tym, co uważałem, że świat lubi najbardziej. Skoro nie potrafiłem zmienić świata, to pozwoliłem by alkohol zaczął zmieniać mnie. Odkryłem, że pozbawienie siebie świadomości wprowadza mnie w stan całkowitego bezpieczeństwa, kto mógłby przecież zranić kogoś, kogo nie da się zranić? To wręcz fascynujące jak łatwo mi przychodziło czuć bezpieczeństwo, czuć moc, czuć całkowity brak niczego, brak uczuć, brak odpowiedzialności. Podporządkować się do systemu, stać się elementem, który współgra, bo taki jest świat, świat który wtedy chciałem widzieć. Problem jednak pojawiał się, gdy trzeźwiałem, gdy znów na barki brałem nadzieję, emocje, potrzebę matki i miłości. Więc każdą wolną chwilę, w której nie mogłem się napić spędzałem na pracy. Moje życie uległo całkowitemu zamieszaniu, z jednej strony czułem się dobrze, gdyż nikt nie mógł mnie zranić z drugiej strony w ogóle go nie ogarniałem i potrzebowałem kogoś, kto by zaczął je ogarniać.

Zamieszkałem u matki, lecz ciągnący się konflikt pomiędzy nami doprowadzał mnie do wewnętrznego rozdarcia pomiędzy wiarą, że coś się zmieni a uwierzeniem całkowitym w zło tego świata. Summa summarum doprowadziło to do momentu, w którym jedna ze stron postanowiła pozbyć się problemu, jakim byłem ja.

Chcąc nie chcąc nie potrafiąc stanąć na własne nogi uciekłem w kolejny związek, związek, który zaczął się i zakończył tak samo. Kolejne lata ucieczek, złudzeń, prób, zarówno budowania jak i równania wszystkiego z ziemią. Lata, w których dane mi było przeżyć wszystko to, czego jeszcze od życia nie dostałem i sam fakt, że nadal żyję i że byłem wstanie to wszystko jakoś przetrzymać, czy chce czy nie chce, to chyba zawdzięczam tylko temu, że piłem. Nie winię nikogo za to co się działo, wszystko jakby na to nie popatrzeć zamykało się w mojej strefie komfortu, wszystko było czymś, co dobrze znałem i w czym się dobrze czułem. Nie obwiniam ani siebie, ani nikogo za to, co było, bo to po prostu było i na ten czas musiało być. Czasem dziwi człowieka to, przez co musi przejść, ale każda droga gdzieś wiedzie, każda droga ma jakiś cel, można oczywiście się poddać i nie doczekać końca tej drogi, ale można też pozwolić jej trwać do końca by zobaczyć nowy początek.

Mój nowy początek po związku to dopiero był początek, mogę śmiało napisać, że był kwintesencją początków bez końca, takiego początku, że ja nawet do dziś tego nie ogarniam. Jeśli do tej pory moje życie wyglądało jak złożone meble bez instrukcji obsługi, tak nowy początek wyglądał jak porozrzucane puzzle bez obrazka wzorcowego.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 20.4