E-book
13.65
drukowana A5
37.28
Jest nas niewielu. Historia jednej psychozy

Bezpłatny fragment - Jest nas niewielu. Historia jednej psychozy

Jak żyć z diagnozą schizofrenii…


Objętość:
162 str.
ISBN:
978-83-8126-519-5
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 37.28

Psychiatria jest stosunkowo młodą dziedziną wiedzy. Przełomem było niewątpliwie odkrycie biologicznych aspektów zaburzeń psychicznych i przypadkowe odkrycie (w połowie XX wieku) leków psychotropowych, które stały się podstawą terapii najcięższych zaburzeń, jakimi są psychozy ze spektrum schizofrenii.

Zdobywszy wiedzę, odrzucono w zasadzie poglądy o nadprzyrodzonych przyczynach chorób psychicznych. Przypomnijmy tylko, że w starożytności padaczkę uznawano powszechnie za święte szaleństwo, zsyłane przez bogów, a stare przysłowie mówi, że największą karą, jaką bogowie mogą zesłać na człowieka jest pozbawienie go rozumu. Dziś jednak wraca co jakiś czas zainteresowanie parapsychologicznymi podstawami chorób „duszy”, cokolwiek miałyby one oznaczać. Nie wydaje się słuszne odrzucanie w całości takich poglądów w sytuacji, kiedy nauka nie zna odpowiedzi na pytania egzystencjalne, jakie stawia człowiek. Jednak nie wolno popadać w obskurantyzm i zalecać jedynie modlitwy, gdy osoba kwalifikuje się ewidentnie do konsultacji psychologiczno-psychiatrycznej.


Relacje między psychiatrią a innymi dziedzinami wiedzy są złożone. Szczególnie w pewnych okresach istniało napięcie między naukami humanistycznymi, zwłaszcza psychologią, filozofią egzystencjalną i teologią z jednej a psychiatrią z drugiej strony. Oskarżano się wzajemnie: z jednej strony o idealizm, z drugiej o redukcjonizm. Filozofia i teologia podkreślały prymat duchowego wymiaru człowieka. Psychiatria akademicka z kolei akcentowała wymiar cielesny, somatyczny i biologiczny, mając ambicje przekształcenia się w naukę ścisłą. Także filozofia w pewnym momencie chciała stać się nauką wzorem nauk przyrodniczych. Wzajemna niechęć psychiatrów, psychologów i teologów powodowała rozdarcie ludzi pomiędzy naukę a religię. Istnieją głębokie związki wszystkich nauk, ponieważ rzeczywistość, choć złożona, skomplikowana i wielopłaszczyznowa stanowi pewną całość, co podkreśla ostatnio medycyna zorientowana humanistycznie i holistycznie, zwracając na przykład uwagę na psychologiczne uwarunkowania chorób somatycznych. Nie ma powodu, żeby dalej istniał konflikt między psychiatrią a religią. Niewątpliwie choroby psychiczne i zaburzenia nerwowe mają związek, choć trudny do wykrycia, z pracą systemu nerwowego, co jednak nie wyczerpuje całej skomplikowanej problematyki chorób psyche.

Takie pojęcia jak „wolna wola”, „dusza” wcale nie muszą być pojęciami pustymi. Choć skojarzenia z pojęciami religijnymi budzą często uśmiech, z jakim patrzymy na coś, co jest przeżytkiem, to jednak takie archaiczne słowa nie muszą być bezprzedmiotowe. Archaiczność i nieostrość pojęcia „duszy” budzi opór; naturalny w epoce, której hasłem naczelnym są pragmatyzm, wydajność, racjonalizm czy empiryzm. To, co niemierzalne budzi niechęć, bo nie pozwala się operacjonalizować, jednakże nikt nigdy nie udowodnił, że jedynym wymiarem życia człowieka jest wymiar somatyczny. Jest on warunkiem koniecznym życia w rzeczywistości, ale nie wystarczającym. Filozofia pozytywistyczna i scjentyzm dawno ukazały, jeszcze w czasie swojego „tryumfu” liczne ograniczenia. Sprowadzanie człowieka zarówno do czystej świadomości, nie „zabrudzonej” aspektami cielesnymi, jak i do ciała czy — co gorsza — mechanizmu prowadzi donikąd. „Duchowy wymiar” nie musi oznaczać oderwania od rzeczywistości. Nie musi być równoznaczny z nastawieniem na ezoteryczną sensację. „Duch” w człowieku nie jest zamknięty, jak homunkulus w mózgu. Stanowi coś innego, o czym szczegółowo pisał Jan Trąbka w książce „Dusza mózgu”, wskazując, że choć dusza jest — być może — śmiertelna, to bywa, że stanowi ona fakt niemal „namacalny”.


Nie dysponując innymi narzędziami opisu (poza publikacjami naukowymi), zwróciłem się do własnej pamięci, wspomnień z dzieciństwa, obecnej świadomości, próbując rekonstruować przeszłe doświadczenia chorobowe. Rekonstrukcja w odniesieniu do historii — czy to będzie historia osobista czy historia literatury, języka, nauki — jest czasami jedynym wyjściem z mnogości hipotez, domyślników, błądzenia po omacku w mrokach tego, co Było. Dlatego będąc już zdrowym — przynajmniej jeśli chodzi o tzw. zdrowie objawowe, podstawowy poziom zdrowia jako stanu braku wyraźnych objawów — nie potrafię wczuć się dokładnie w dawne przeżycia, bo ich już nie ma. Co najwyżej mogę je opisać z dystansu czasowego, stając jakby obok siebie, z zewnątrz, tak jakbym opisywał inną osobę.

Diagnoza w psychiatrii

Schizofrenia to prawdopodobnie zespół chorób, jak to dziś określa psychiatria, która zaczyna dostrzegać pewne związki między zaburzeniami psychicznymi. Diagnostyka w psychiatrii stanowi proces rozciągnięty w czasie, a zbudowane przez lekarzy specjalistów klasyfikacje, terminologia, kategorie (często budzące lęk samym brzmieniem, ale i niekiedy uspokajające) oddają bardziej scjentystyczny ideał nauki pewnej, w której wszystko jest na swoim miejscu. Dziś postrzega się człowieka jako całość psychofizyczną, dostrzega związki między chorobami somatycznymi a psychiką. Amputacja duchowości w scjentystycznie zorientowanym paradygmacie racjonalistycznym pomijała niepotrzebnie fakt, że zawsze choruje cały człowiek, a na chorobę wpływ ma wiele czynników, począwszy od genetycznych do środowiskowych. Definicja „choroby psychicznej” może być tedy scjentystycznym złudzeniem epoki, w której traktowano chorobę jako autonomiczne zaburzenie oderwanych od siebie i niezależnych części. Może też rzeczywiście istnieje coś takiego jak „choroba psychiczna” w sensie jakiejś podstawowej pra-choroby, z której wywodzą się pochodne zaburzenia i choroby niejako wtórne względem tej fundamentalnej. Tego właściwie nie wie nikt.

Diagnoza w psychiatrii jest tedy w pewnym sensie „umową”, która ma charakter hipotetyczny, roboczy i tymczasowy. Wszystkie diagnozy to terminologia i nazewnictwo, brzmiące naukowo, zatem spełniające rolę wyjaśniającą, klasyfikującą i porządkującą, czyli służącą zapewnieniu pacjentowi spokoju. Niepisany przekaz zawarty w każdego rodzaju diagnozie może brzmieć: „wiemy, że cierpisz, ale wiemy, co to jest i jak się to leczy, a jesteś w tym cierpieniu jednym z wielu podobnych Tobie pacjentów, których mamy pod opieką.” Diagnoza zatem trochę maskuje niedostatek (bo nie zupełny brak) obecnego stanu wiedzy psychiatrycznej. Ale z drugiej strony są wyraźne różnice między różnorodnymi zaburzeniami psychicznymi, objawami, stąd konieczność odróżniania jednych od drugich, ponieważ inaczej leczy się OCD, inaczej psychozy, a jeszcze inaczej zaburzenia osobowości.

Zanim postawi się diagnozę choroby, jaką są zaburzenia schizofreniczne próbuje się ustawić diagnozę bliżej kręgu depresyjno-nerwicowego, potem stopniowo przechodzi się do możliwości wystąpienia psychozy schizofrenicznej. Trzeba przy tym wykluczyć zaburzenia schizoafektywne czy psychozę maniakalno-depresyjną. Nie każda psychoza musi oznaczać schizofrenię. Znam osoby, u których występują jedynie zespoły objawów pozytywnych, którym nie towarzyszą objawy negatywne i wyraźna dezorganizacja funkcji psychicznych. Funkcjonują dobrze w życiu codziennym, mając rozbudowane urojenia, łagodzone lekami neuroleptycznymi. Przeżywają dostosowane do treści urojeń negatywne emocje, wykazują czasem przyspieszony tok myślenia i wzmożoną gadatliwość. Nie ma jednej „schizofrenii” — jest ich tyle, ilu pacjentów, nie wszyscy są zdiagnozowani, nie wszyscy leczeni, część jest leczona nieodpowiednio — niewłaściwymi lekami lub ich dawkami albo nieregularnie. Istnieje zjawisko „nadmiernej neuroleptyzacji”, ale są sytuacje, kiedy włącza się leki zbyt późno lub podaje zbyt krótko. Może też być na odwrót.

Historia schizofrenii

Ponad stuletni rozwój myśli psychologicznej pozwala już na weryfikację zebranych danych szczegółowych z zakresu badań nad psychozami z obszaru schizofrenii. W niniejszej książeczce chciałbym zaproponować moje widzenie tego, czym są zaburzenia psychiczne, opierając się na własnych doświadczeniach z przebiegu zaburzeń psychotycznych, które trwały u mnie co najmniej przez kilkanaście lat.

Rozwijająca się intensywnie psychologia i psychiatria, a także psychofarmakologia (coraz skuteczniejsza) pozwoliły dokonać zwrotu biologicznego w kierunku psychologii biologicznej, dopatrującej się genezy chorób psychicznych w wadliwie funkcjonującym systemie nerwowym. Obecnie dominuje farmakologiczne podejście w terapii psychoz i depresji, choć nadal trudniej jest pobudzić pacjenta apatycznego niż uspokoić pobudzonego.

Moje poglądy na choroby psychiczne z obszaru schizofrenii „zawdzięczam” uzyskanemu „wglądowi” we własne procesy psychiczne. Ten „wgląd” umożliwia mi zrozumienie faktu, że w tym całym szaleństwie jest jakaś metoda. Irracjonalność choroby psychicznej, niegdyś wywołująca lęk, a co za tym idzie społeczną eliminację chorych, może posiadać ukrytą logikę. Nawet jeśli cała moja wiedza o schizofrenii, wynika z intuicji, nie widzę powodu, żeby z góry negatywnie przesądzać o niemożliwości poznania własnego zaburzenia.

Choroby psychicznej, zwłaszcza lekkiej, nie widać z zewnątrz. Zaburzenia zachowania, wyraźne w psychozach, są w okresie prodromalnym, często zwiastującym psychozę, prawie nieuchwytne dla otoczenia, będąc rozpoznawalnymi jedynie dla doświadczonego klinicysty. Gdy zaburzenie osiągnie pewien próg, staje się widoczne dla otoczenia, co ma logiczne wytłumaczenie. Otoczenie widząc, że zachowanie i myślenie chorego się zmieniło może wcześnie zainterweniować, a im wcześniejsze wykrycie choroby, tym lżejsza i szybsza remisja, powrót do codzienności i pracy zawodowej, a także właściwych relacji z ludźmi. Najbardziej w chorobach psychicznych boli chyba samotność i niemożliwość dawania innym tego, co w chorym najlepsze.

Wyleczenie ze schizofrenii jest możliwe jak dotąd u 70% chorych, ponieważ około 30 % z poddanych terapii nie reaguje na leki lub też reaguje na nie zbyt słabo. Wspieranie farmakoterapii innymi, nie farmakologicznymi formami terapii ma zatem wielki sens. Nawet jednak wśród tych 70% pacjentów nie wszyscy odzyskują pełne zdrowie. Wraca ono do stanu sprzed choroby tylko u 1/3 wszystkich pacjentów. Około 1/3 pacjentów niestety nie da się na razie pomóc, ich stan psychiczny stale się pogarsza, na co ma wpływ wiele czynników.

Zajmiemy się teraz poszczególnymi objawami zaburzeń psychicznych, traktując schizofrenię jako zespoły heterogenicznych zaburzeń. Nie mam jednak kompetencji, by rozstrzygać, czy objawy schizofrenii to jedna choroba o wielu czynnikach wyzwalających czy też kilkanaście różnych chorób, mających wspólne podłoże. Wśród specjalistów trwa na ten temat dyskusja.

Wczesny początek choroby i późne wykrycie (diagnoza, leczenie), a także płeć męska to czynniki rokujące zwykle (ale nie zawsze) niekorzystnie. Im gorsze funkcjonowanie społeczne przed fazą aktywnych objawów, tym trudniejsze leczenie, wolniejszy i ograniczony rozwój osoby, zubożone formalnie i treściowo wypowiedzi oraz kontakty społeczne, przewaga symptomów negatywnych. Przed fazą ostrą zwykle kilka lat trwają objawy „prodromalne”, dyskretne, niewidoczne ani dla chorego ani dla otoczenia, które nie widząc pogarszającego się stanu psychicznego nie może nic zrobić, żeby zapobiec psychozie.

Pojęcie „schizofrenii”, wokół którego narosło wiele kontrowersji, zawdzięczamy Eugene Bleurerowi, duńskiemu psychiatrze, który obserwując chorujących umysłowo z diagnozą „dementia praecox” (termin szwajcarskiego lekarza, Emila Kraepelina tłumaczony jako „otępienie wczesne”), spostrzegł, że wbrew temu, co sądził Kraepelin, w chorobie tej nie zawsze musi występować degradacja intelektualna. Obecnie wiemy, że intuicja Bleurera była słuszna, kiedy zdecydował się zastąpić pojęcie „dementia praecox” terminem „schizofrenia” (gr. schizo — rozszczepiam; frenos — umysł, serce). Schizofrenia nie jest chorobą, w której zawsze i wszędzie następowałby proces degradacyjny. Objawy z czasem nie zawsze narastają, lecz utrzymują się na tym samym poziomie, a w większości przypadków znacznie się zmniejszają, zwłaszcza dziś, w nowoczesnym, kompleksowym podejściu, polegającym na połączeniu terapii środowiskowych, psychoterapii i interwencji farmakologicznych.

Bleurer zauważył tedy ważną rzecz: proces chorobowy nie ma charakteru zwyrodnieniowego, jak to się dzieje na przykład w wielu chorobach neurologicznych. Podkreślił w swojej nowej nazwie fakt, że w tej chorobie dochodzi do jakiegoś rozszczepienia. Nie bardzo wiadomo było — poza ogólnym wyczuciem — co tak naprawdę jest w schizofrenii rozszczepione. Na własnym przykładzie spróbuję przyjrzeć się zjawisku rozszczepienia, by spróbować pokazać, w jakich sferach życia psychicznego ma ono miejsce. Jednak będą to jedynie — jak w każdej nauce humanistycznej — jedynie hipotezy.

Historia schizofrenii jest jednak starsza niż terminologia Bleurera. Część badaczy sądzi, iż znana dziś postać tej — jak się ją dawniej nazywało — „królewskiej choroby” sięga co najwyżej XVIII wieku, czyli stulecia rewolucji przemysłowej, które rozpoczęło przyspieszenie tempa cywilizacji, co wyzwalało większy stres. Stres może prowadzić nie tylko do nerwic, depresji, ale u osób bardziej wrażliwych być może wywoływać psychozy.

Odmienna grupa badaczy za pierwsze historyczne relacje o schizofrenii uznaje ewangeliczne opisy wyrzucania z „opętanych” złych demonów. Uznają, że prawdopodobnie u tych chorych dominowały wtedy zespoły objawów pozytywnych: głosy, urojenia prześladowcze („przyszedłeś nas zgubić”), izolacja społeczna („wyszli z grobów”), poczucie nadludzkiej siły (musiano ich wiązać łańcuchami), agresja. Ten niejako archetypowy obraz chorego na długo utkwił w świadomości społecznej i zadecydował o błędnym rozumieniu schizofrenii jako chorobie o odcieniu psychopatycznym. Chorzy nie są bardziej niebezpieczni dla otoczenia niż przeciętne osoby zdrowe. Nie pragną też odosobnienia, lecz wręcz przeciwnie — czują zwiększoną potrzebę bliskości, lecz w obliczu trudności w relacjach uciekają w siebie (autyzm) lub w urojenia. Wydaje się, że trudno dziś zdefiniować, na co chorowali owi „opętani”. Była to inna kultura, inny czas historyczny, inna mentalność, co razem w połączeniu z silną religijnością nadawało zjawiskom naturalnym silny odcień nadprzyrodzoności.


Statystyki


Na schizofrenię zapada w ciągu życia około 1% ludzi w populacji. Ryzyko zachorowania przez zdrowego osobnika wynosi zatem 1% (jedna osoba na sto). Jest to jak się wydaje czynnik inwariantny, niezależny od zmiennych kulturowych, religijnych i społecznych. Przyjmuje się, że w Polsce choruje około 380 tys. kobiet i mężczyzn (rzadziej dzieci i osób starszych), na świecie zaś od 20—40 milionów. Schizofrenia jest jedną z psychoz, przy czym stanowi jedynie pewien odsetek zaburzeń psychotycznych. Jeśli wziąć pod uwagę inne, nieschizofreniczne psychozy (psychozy reaktywne, o podłożu organicznym, intoksykacyjne i inne), wtedy w Polsce liczba chorych wrasta do około 1 miliona. Z tej liczby objętych leczeniem, nie zawsze właściwym, pozostaje co najwyżej połowa. Sporo osób nie jest nawet zdiagnozowanych.

Statystycznie rzecz ujmując schizofrenia nie jest chorobą rzadką. Przykładowo choroba dwubiegunowa afektywna (zwana dawniej cyklofrenią lub psychozą maniakalno-depresyjną) dotyka jedną osobę na 200 (0,5 %). Częstsze są natomiast nerwice, dotykające około 20—35 % społeczeństwa oraz depresja jednobiegunowa (10—20 %). Niektórzy psychiatrzy są zdania, że każdy człowiek żyjący w obecnych czasach przynajmniej raz w życiu znajdzie się w sytuacji kryzysowej, niekoniecznie zapadając na psychozę, jednak wymagając wtedy konsultacji specjalistycznej.

Fakt, że rozkład statystyczny schizofrenii pozostaje równomierny świadczyć może, ale nie musi o jej podłożu biologiczno-genetycznym. Schizofrenię wykryto również u Indian i występuje ona zapewne także u innych ludów pierwotnych. Czynniki psychologiczne byłyby tedy wtórne i występowałaby na tle pierwotnych zmian funkcji mózgu, wzmacniając na zasadzie sprzężenia zwrotnego objawy. Istnieje jednak również pogląd, że czynnikiem wywołującym schizofrenię jest stres środowiskowy, który nakłada się na wrodzoną „podatność na zranienie”. Innymi słowy, w schizofrenii działa czynnik ludzki — może nim być izolacja przez rówieśników czy problemy rodzinne. Jednak czynnik ten musi trafić na wrodzoną wrażliwość.

Objawy schizofrenii

Objawy schizofrenii dzielą się na dwie grupy, a ich wielość wskazuje według niektórych badaczy na fakt, że nazwa „schizofrenia” jest scjentystycznym złudzeniem epoki pozytywizmu i tak naprawdę mamy do czynienia nie z jedną chorobą, ale z zespołem schorzeń.

Podstawowe objawy (zwane osiowymi) to tzw. objawy pierwszorzędowe czy negatywne. W tym ostatnim określeniu nie chodzi o to, że są one złe w przeciwieństwie do „dobrych”, bo wszystkie objawy są niepożądane. Chodzi o to, że polegają one na braku, czyli nie występowaniu zachowań obecnych aktywnie w pełnym zdrowiu psychicznym. Człowiek zdrowy prezentuje bogactwo zachowań, gestów, mimiki, komunikatów niewerbalnych. Człowiek schorowany wykazuje znaczne zubożenie nawet podstawowych zachowań. Objawy negatywne często poprzedzają wystąpienie psychozy. Badacze dowiedli, analizując amerykańskie zapisy nagrań wideo z dzieciństwa osób, które później zapadły na schizofrenię, że subtelne zmiany w zachowaniu pojawiają się o wiele wcześniej niż do tej pory sądzono. Zmiany w zachowaniu polegają początkowo na braku koordynacji ruchowej, niezgrabności, nieprecyzyjności i małej spontaniczności, naturalności w zachowaniach. Na pewno wcześniej niż pełny obraz choroby pojawiają się kłopoty z nauką na skutek niecierpliwości, niewytrwałości, a przede wszystkim osłabieniu zdolności do koncentracji. Skupienie uwagi na dłużej na jednym zadaniu przekracza możliwości wszystkich chorych.

Człowiek z objawami negatywnymi myśli wolniej i przychodzi mu to trudniej. Nie potrafi wyciągać poprawnych wniosków, co jest podstawowym celem abstrakcyjnego myślenia. Myśli ześlizgują się z ustalonego toru (wykolejenie myślowe), zataczają koła, powracając do już przemyślanych spraw, rozpoczynając proces myślowy od początku.

Spowolnienie ruchowe towarzyszy umysłowemu. Poruszanie się jest trudne, bo chory włącza świadomość do czynności, które powinny być automatyczne. W ten sposób ustaje zdolność do wykonywania dwóch czynności naraz (podzielność uwagi). Człowiek chory porusza się wolniej, waha się, ma przy podejmowaniu decyzji szereg wątpliwości. Nie patrzy zwykle na wprost, tylko w ziemię, jego sylwetka jest przygarbiona, rysy twarzy napięte, oczy bez wyrazu emocji, często widać brak dbałości o higienę (co może również wynikać z problemu ubóstwa na skutek marginalizacji chorych i nadal wysokiego odsetka bezrobotnych wśród chorych).

Na objawy osiowe nakładają się objawy drugorzędowe, zwane pozytywnymi, wytwórczymi czy „produktywnymi”. Polegają na występowaniu myśli, emocji i zachowań nieobecnych w zdrowiu psychicznym. Należą do nich przede wszystkim omamy i urojenia oraz zaburzenia myślenia. Halucynacje najczęściej przyjmują postać słyszanych przez chorego „głosów”. Mogą one dyskutować w głowie, komentować zachowania chorego, krytykować go, obrażać lub wyśmiewać. Rzadko zdarza się, że głosy są pozytywne i dodają pacjentowi otuchy.

Urojenia dzielą się na kilka rodzajów. Wyróżniamy urojenia prześladowcze, ksobne, odsłonięcia, oddziaływania, wielkościowe i posłannictwa oraz urojenia winy i grzeszności. W następnych partiach książki zajmiemy się szerzej poszczególnymi typami urojeń, jako, że w moim przypadku omamy występowały na drugim planie. Rozbudowane były za to urojenia, tak, że doświadczyłem niemal wszystkich rodzajów tych symptomów.

Od początku życia u niektórych chorych aktywność społeczna zostaje poważnie zakłócona rozmaitymi czynnikami. Nie bez znaczenia jest tu na pewno przebieg ciąży, poród, komplikacje, potem odżywianie i dostarczanie witamin, wreszcie odpowiednie wychowanie o spójnych komunikatach i z bogactwem zachowań rodzinnych. W domu dziecko takie może bawić się samo, tak jak w przedszkolu, jego zabawy są ubogie w pomysłowość i inwencje, wszystko przychodzi mu z trudem i wolniej niż u innych dzieci. Odpowiednia stymulacja z otoczenia wydaje się tu niezbędna — im niższy status finansowy rodziny, tym mniejsza ilość bodźców (zubożone wydatki na kulturę, którą zastępuje konsumpcja i codzienne potrzeby) i w konsekwencji podatność na objawy negatywne. Kiedy dziecko nie jest włączane czynnie w życie rodziny, nie ma oparcia w rodzicach, mających na głowie codzienne problemy z utrzymaniem określonego poziomu życia, wtedy pojawia się dobry grunt pod rozwój objawów negatywnych, które o wiele lat naprzód wyprzedzają wystąpienie urojeń i omamów oraz zaburzeń myślenia. Rozmowy w rodzinie z problemami psychicznymi są zwykle ubogie, nie mają czytelnej intencji i nadrzędnej myśli, są zdawkowe i sprawiają wrażenie wymuszonych. Kiedy rodzice nie umieją przystosować się w rozmowie do poziomu dziecka, wtedy ono niewiele pojmuje z rozmowy i nie może rozwijać zasobu słownictwa, potrzebnego do rozwoju pamięci operacyjnej, funkcji wykonawczych i szerokich kompetencji społecznych.

Mimo ogromnego postępu w leczeniu schizofrenii, nie udało się jak dotąd wyprodukować leku, który likwidowałby zupełnie wszystkie, bardzo liczne objawy tej choroby. Mimo, iż w aptekach znajduje się już trzecia generacja leków neuroleptycznych, bardzo dobrze tolerowanych przez większość pacjentów, wciąż istnieje duża grupa chorych opornych na leczenie, zwłaszcza w zakresie objawów negatywnych. Natomiast udaje się zazwyczaj opanować większość objawów pozytywnych (omamy słuchowe, urojenia, zaburzenia myślenia), które dawniej były wyłącznie utożsamiane ze schizofrenią. Potoczny obraz schizofrenii, która miałaby polegać na „rozdwojeniu jaźni”, czy „wielokrotnej osobowości”, powstał w wyniku skoncentrowania się specjalistów wyłącznie na zespole objawów pozytywnych. Dziś w obrazie klinicznym często dominują objawy negatywne (apatia, anhedonia, małomówność, uboga ekspresja komunikatów niewerbalnych przez kontakt wzrokowy, mimikę twarzy, gestykulację oraz intonację i modulację głosu), które niestety poddają się leczeniu trudniej. Obecne stosowane coraz częściej w leczeniu pierwszego epizodu schizofrenii atypowe leki drugiej generacji (stosowane wciąż u mniejszości chorych w Polsce) nie powodują zbyt uciążliwych skutków ubocznych w przeciwieństwie do starych neuroleptyków I generacji. Poprawia to wyraźnie współpracę między prowadzącym leczenie i pacjentem, co oczywiście rzutuje na korzystniejszy przebieg schizofrenii. U mnie nie było nigdy charakterystycznej rezerwy wobec psychiatrii, jaką wykazują czasami pacjenci, którzy próbują podważać sens leczenia biologicznego, jak i sprzeciwiają się wobec biologicznego modelu zaburzeń psychicznych. Wychowany jestem w rodzinie z wyższym wykształceniem, o tradycjach inteligenckich, szanujących podejście racjonalistyczne wobec problemów egzystencji, co spowodowało, że nie popadłem w całkowitą irracjonalność, częstą w chorobach psychicznych.

Skąd biorą się urojenia?


Jeśli popatrzymy na dzieje ludzkości, dojdziemy do wniosku, że było w niej sporo urojeń. Oto przykładem urojeń mogą być mity jako działanie twórczych umysłów, które próbowały zrozumieć świat jeszcze wtedy groźny i niezrozumiały. Od pradawnych czasów ludzie wykazywali wyraźne objawy wytwórcze. Te „produkcje” wcale nie dowodziły słabości czy choroby. W takiej perspektywie widać, że właśnie zdrowy człowiek potrafi czasem fantazjować, zmyślać, wymyślać. Na tym polega twórcze myślenie i cała współczesna kreatywność. Urojenia są być może potrzebne do utrzymania równowagi w sytuacji dysonansu poznawczego. Kiedy człowiek gubi się w świecie, który staje się obcy, jego urojenia dają szansę przywrócenia mu harmonii. Oto całe życie byłem samotny, nawet wśród bliskich. Zostawiony samemu sobie, nie miałem z kim rozmawiać, rozmawiałem tedy sam ze sobą, najpierw na głos, potem w myślach. Stąd wzięły się późniejsze monologi wewnętrzne, dialogi myślowe, kiedy jakby rozszczepiony na dwoje lub więcej postaci toczyłem walkę wewnętrzną. Wreszcie pojawiać zaczęły się urojenia prześladowcze. Tak, jakbym chciał być prześladowany, aby przynajmniej nie być sam, żeby czuć się, że ktoś się mną „interesuje”, że jestem czyimś obiektem „zainteresowania”. W przypadku sytuacji prześladowania muszą być dwie instancje: prześladowany i osoba prześladująca (lub osoby). Nie ma prześladowania bez jednej z tych instancji. Widać zatem, że wyimaginowana sytuacja prześladowania jest w gruncie rzeczy sytuacją komunikacyjną, która zakłada istnienie w interakcji co najmniej dwu podmiotów. Nie istnieje komunikacja jednoosobowa. Monolog nie jest formą komunikacji — jest formą autystyczną, nawet gdy istnieje odbiorca. Jednak monolog nie zakłada wcale istnienia odbiorcy. Kiedy wyczerpała się moja energia dialogowa, pozostały jako resztki jedynie monologi wewnętrzne, które oznaczały wyłączenie z komunikacji. Kiedy „byłem” prześladowany, czułem się tak, jak historyk tropiący sensacyjne zdarzenia w ramach spiskowej teorii dziejów. Ktoś chciał mnie zabić — czyli innymi słowy nie jestem sam. Urojenia prześladowcze utrzymują zatem poczucie istnienia fizycznego. Podstawowym uczuciem jest doświadczenie cielesne, mimo, że tradycyjnie podkreśla się prymat wartości duchowych nad somatycznymi. Ciało jest kruche, może być zabite czy zranione, może cierpieć głód, pragnienie, zimno, wilgoć. Kiedy ktoś mnie „prześladował”, tedy znaczy też, że jestem kimś cennym, ponieważ tradycyjnie (jak w powieściach kryminalnych) zabija się osoby znaczące, ważne, persony, osobistości. W historii źli zwykle prześladowali dobrych. Urojenia tego typu pokazują więc po pierwsze: 1) chcą mnie zabić, czyli żyję; 2) mam ciało („nie bójcie się tych, co mogą zabić ciało, a duszy nie”); 3) jestem kimś znaczącym, o kogo toczy się batalia. W dalszej kolejności urojenie typu prześladowczego pokazuje podział na ja i ty-wy: ja jestem ofiarą, ty, ewentualnie wy jesteście katami, ja jestem dobry, wy źli. To typowy podział na czytelne, jasne, proste opozycje binarne, porządkujące świat wewnętrzny. Kiedy czułem się święty, byłem ofiarą i na odwrót, kiedy czułem się zły i brudny, wtedy cierpiałem na urojenia oddziaływania. O nich będzie szerzej mowa.

Wróćmy jednak jeszcze do analizy urojeń prześladowczych. Po pierwsze, u mnie w wywiadzie były epizody rzeczywistego znęcania się nade mną w szkole przez rówieśników. Urojenia mogą być echem tych dalekich czasów, reakcją z odbicia, cieniem i pozostałością po tamtych czasach, kiedy z jednej strony byłem wyśmiewany i przezywany, a z drugiej świat był dla mnie lepszy. Miałem wtedy zapewnione utrzymanie, a życie codzienne wyznaczał stały rytm, który zawalił się w momencie zachorowania i przejścia na rentę. Kiedy zatem wróciłem w psychozie w czasy dzieciństwa, wtedy wróciły przeżycia ze szkoły podstawowej, jakby przekształcone, niczym we śnie. To po pierwsze.

Po drugie, urojenie prześladowania wydaje się być próbą nadania sensu w sytuacji absurdu. Zastanawiając się nad zagadkami ewolucji, Biblii, itd. czułem się w tym nieco osamotniony. Obcując ze starymi tekstami, nie czułem w tym żadnego poparcia społecznego („tracisz czas, lepiej się naucz czegoś”), zatem odpływałem na swoją prywatną pustelnię. Z drugiej strony czując silną potrzebę sensu, sądziłem, iż mam do spełnienia ważną misję od Boga — pogodzenie nauki i religii, których rozdzielenie i konflikt jak sądziłem są przyczyną cierpień psychicznych. Prawdziwa misja, znana z literatury czy obiegu kultury masowej obarczona jest jednak zawsze jakimiś niebezpieczeństwami. Jak w bajkach, kiedy zdobywca musi przejść trudne stopnie wtajemniczenia, walczyć z wrogami, jak w grach komputerowych, kiedy gracz musi zaliczyć kolejne poziomy, najeżone przeciwnościami. Tworząc urojenie prześladowania, chory zatem być może stara się zrytualizować swoją misję. Misja bez przeciwności nie jest pełna. Gdyby misja była prosta, chory nie czułby żadnej satysfakcji, a ostatecznie nie zasłużyłby na nagrodę. Pobrzmiewają tu echa choćby nauki religijnie nastawionych ludzi, którzy twierdzą, że w życiu nie może być lekko, bo życie jest tymczasową próbą. Już święty Paweł przyrównał życie do zawodów, w których dopiero na mecie zwycięzca otrzymuje wieniec. Nauka chrześcijańska pełna jest stwierdzeń, że życie chrześcijanina jest i powinno być poddawane próbom. Podobnie w schizofrenii. Jako chory czułem się zwolniony z etyki, jako prześladowany — czułem misję walki z wrogiem, który czyha na świat. Początkowo urojenia takie umieszczają się w jednej osobie. Wrogiem może stać się każdy, ale zwykle jest nim ktoś konkretny. Ponieważ w liceum byłem religijny, zatem urojenie prześladowcze zlokalizowałem w dość prosty sposób w wyznawcy satanizmu. Chodził ubrany na czarno, zatem ja dla kontrastu na jasne kolory (niebieskie, co podkreślało, że jestem z plemienia niebiańskiego). On był zły, ja dobry, on chciał mnie opętać, ja czułem się opętany. Tutaj trudno jeszcze było odróżnić urojenia opętania od urojeń prześladowczych. „Opętanie” to nic innego jak prześladowanie przez obcą moc. Prześladowany nie zawsze jednak musi czuć się opętany przez wrogą siłę. Wiele lat później, podczas zaostrzenia, urojenia opętania nie występowały, jednak wystąpiły urojenia prześladowcze. Było to o tyle ciekawe, że faktycznie wiele wskazywało na to, że mogę być obiektem prześladowania. W moim samochodzie ktoś podrzucił bezsensowny przedmiot (zeschła gałązka przewiązana czerwoną kokardką, którą zinterpretowałem jako uschłe uczucie), a w szpitalu rzeczywiście pacjenci są różni i różnie się zachowują. Bałem się, że mnie w nocy zabiją, choć przecież nie było to całkiem nierealne. W każdym razie urojenie prześladowcze podkreśla osobistą wartość chorego. Nikt nie prześladuje ludzi biednych, mało znaczących, przeciętnych. W literaturze na przykład prześladowanymi byli zawsze ludzie dobrzy, postępowi (jak w powieści Orzeszkowej), którzy nieśli nowe idee. Wstecznie myślących nikt nie prześladuje. Mitologia przekazuje mit o prześladowanym przez bogów Prometeuszu, zaś o jego bracie Epimeteuszu wiedzą tylko historycy literatury antycznej. Prometeusz z miłości do ludzi dał im ukradziony ogień, za co Zeus skazał go na wieczne męki. Podobnie Chrystus, prześladowany i zabity, powiedział: „jeśli Mnie prześladowali, to i was będą prześladować”. Czułem się zatem może trochę jakby męczennikiem, pierwszym chrześcijaninem czekającym na powrót Jezusa, mającym do spełnienia misję. A że misję nie jest łatwo w dobie poprawności politycznej spełniać, tedy poczuciu misji i związanej z nią doktryny prześladowczej, towarzyszyła apatia. O niej też szerzej będzie mowa.

Póki co jednak jeszcze urojenia nie były zróżnicowane. Czułem się i prześladowany i opętany, a temu towarzyszyła depresja, którą interpretowałem zgodnie z mistykami hiszpańskimi jako „noc ciemną”. Po nocy zawsze przychodzi dzień. W dodatku przed świtem mrok gęstnieje, bo zaczyna się wyraźniejszy kontrast. Tak myślałem. Co więcej, noc zmysłów i ducha, jak uczyli mistycy, jest wstępem na górę Karmel, gdzie czeka Oblubieniec duszy, żeby ją poślubić. W twierdzy wewnętrznej jest 7 komnat, a przejść trzeba aż do ostatniej, żeby poślubić Bóstwo. Przejście to przypomina bajkowe krainy, przez które wędruje zdobywca w poszukiwaniu skarbu. Po drodze musi zmierzyć się z wrogami, ma szereg zakazów (np. nie wolno patrzeć wstecz albo zbaczać z drogi pod groźnymi sankcjami). Kiedy już dojdzie, musi dodatkowo rozwiązać jakieś zadanie. Dopiero sprawdziwszy się, może posiąść cel.

W społeczeństwach pierwotnych istniały tak zwane rytuały inicjacyjne. Wierzono, że człowiek staje się dorosłym mężczyzną przez próby ogniowe i cierpienie. Kiedy już trudno było o cierpienie mimowolne, zadawano je celowo, konstruowano. Schizofrenia jest częściowo przynajmniej chorobą skonstruowaną przez ego, które potrzebuje się sprawdzić w cierpieniu. Testując wytrzymałość i stopniując objawy (zwykle pogorszenie nie odbywa się nagle), chory może nabrać do siebie szacunku, a tym samym zmniejszyć nieśmiałość. Jeśli życie dziś jest w maksymalny sposób upraszczane, mnożą się wynalazki, które mają uczynić życie wygodnym, tedy brakuje bodźców, które dawniej pozwalały nabrać hartu ducha, cech męskich, siły woli. Choroba zwana przez pozytywistów „schizofrenią” może być taką próbą, którą ego podejmuje na sobie. Wrócimy do tego wątku.

Wracając do urojeń prześladowania, trzeba podkreślić związany z nimi profit. Oto prześladowany czuje się niewinny, osaczony, co wyklucza jakiekolwiek poczucie winy, a po drugie zmusza do szukania dróg ucieczki. Ten pierwszy aspekt jest na pierwszym miejscu. Organizm nie znosi długo stanu monotonii. Kiedy przez wiele lat utrzymywało się u mnie uporczywe poczucie winy, wtedy nie występowały urojenia prześladowań. Charakterystyczne, że pojawiać się zaczęły, kiedy poczucie winy malało. Jedno z drugim może się łączyć. Osoba, która staje się obiektem prześladowania, nie jest już niczemu winna. Zaczyna być bierną igraszką w ręku bogów, złych ludzi, cyborgów, automatów. Wina maleje aż do zera. Poczucie winy to bardzo silne negatywne odczucie. Może całkowicie zniszczyć życie. Wiele osób na poczucie winy reaguje depresją, jednak nie musi to być jedyna znana reakcja. Odmienną mogą być właśnie urojenia. Kasując poczucie winy, przenoszą punkt ciężaru odpowiedzialności za zewnątrz. To zły świat mnie niszczy, zdaje się mówić owładnięty poczuciem prześladowania, chory w ostrej psychozie. Tylko tyle? Ktoś może rzec, że to za proste wytłumaczenie i tak jest w istocie. Nie bierzemy pod uwagę jednak, że prześladowanie urojone daje jeszcze inną korzyść. Oto tysiące drobnych kłopotów, z których składa się życie codzienne, nagle jak za dotknięciem różdżki, zamienia się w jeden wielki problem — ktoś chce mnie zabić. Kryje się tutaj problem konieczności redukcji w życiu człowieka. Kiedy skomplikowanie życia sięga zenitu, człowiek nie jest w stanie tego znieść. W moim wypadku brak pracy, nieukończony doktorat, problemy interpersonalne, finansowe, rodzinne, itd., zamieniły się w jeden problem — ktoś czyha na moje życie. Od tej chwili nic już nie jest ważne. W awaryjnej sytuacji wszystko zostaje odstawione na bok. Doktorat okazuje się mało istotny, finanse nieważne. Trzeba się ratować, zmienić pokój, adres, telefon, mail. Zmienić tożsamość. Prześladowanie zakłada też, że prześladujący dobrze zna osobę, którą prześladuje. Jak w kryminale, przestępca najpierw robi dokładny wywiad, wie, jaka jest ofiara, gdzie mieszka, pracuje. Podobnie tu. Czując się prześladowany, podświadomie chciałem, by ktoś o mnie sporo, jeśli nie wszystko, wiedział. Jak się nazywam, gdzie chodzę, z kim się spotykam, co robię. To wszystko pomagało pokonać uczucie najgorsze z możliwych na Ziemi: samotność w obliczu wszechświata, obcości ludzki, ich braku empatii. Moja wrażliwość wyprodukowała „prześladowcę”, żeby obronić poczucie centrum. Albowiem ten, kto prześladuje, niczym innym się w danej chwili prawdopodobnie nie zajmuje. Czas poświęca ofierze, którą podsłuchuje, śledzi, podgląda. Powstaje swoista relacja obu osób. Jest to relacja asymetryczna. Prześladowany niewiele lub nic zgoła nie wie na temat swojego „kata”. Wie za to jedno: że kat wie o nim wszystko. Urojenie to przenosi wiedzę o sobie samym na zewnątrz. Ktoś wie o mnie tyle samo albo więcej niż ja sam. To oznacza, że jestem obiektywny, że funkcjonuję także w wymiarze społecznym, że wiedza o mnie jest realna, że można się o mnie wiele dowiedzieć. Istnieje więc tutaj dążenie do zobiektywizowania swojej osoby. Już nie chce się być podmiotem, czystą subiektywnością, już nie chce się być w sferze tylko prywatnej, lecz zaistnieć w czyjejś świadomości. Jeśli nie można być obiektem fan-klubu, wtedy trzeba być chociaż obiektem negatywnym, przedmiotem nienawiści. W ten sposób nie istnieje już sytuacja prosta: ja — inni anonimowi, ponieważ spośród tych anonimowych innych zostaje wyłoniony prześladowca. Sytuacja zatem się komplikuje, dzięki czemu zanika poczucie monotonii, a życie zaczyna przypominać dreszczowiec. Jest dowiedzione, że poszukiwanie sensacji jest częścią natury ludzkiej. Przypomnijmy choćby średniowieczne zamki, pełne tajemnych przejść, zaludniających dziecięcą wyobraźnię, spektakle publicznych wyroków śmierci na rynku, czy współczesne niezliczone sposoby poszukiwania „adrenaliny”. Tyle, że adrenaliną jest tutaj jakiś tajemniczy przeciwnik, który ma do spełnienia całe spektrum zadań. Ma pomóc paradoksalnie poprzez przeszkadzanie.

W analizie bajek rosyjski formalista Todorov zauważył, że w każdej tradycyjnej bajce czy baśni musi wystąpić szereg stereotypowych postaci, a jedną z nich obok Protagonisty (bohatera) jest jego Antagonista (przeciwnik). Bohater staje się nim dosłownie, kiedy ma przed sobą (lub za sobą) swojego przeciwnika, depczącego mu po piętach. Prześladowanie w schizofrenii to takie jakby sobowtórowe alter — ego, zlokalizowane w postaci fizycznej.


Urojenia odsłonięcia (zgłośnienie myśli)


W języku psychiatrycznym określa się nimi poczucie jakby „przezroczystości”, kiedy chory czuje się jak szyba, którą można przejrzeć na wylot. Kiedy doświadczałem tego typu urojeń, czułem się jak przezroczysty, nagi, właśnie „odsłonięty” dla innych, którzy „wiedzieli”, co myślę, co zrobiłem, jaki jestem, nawet jeśli byli to zupełnie obcy ludzie. Inne określenie — zgłośnienie myśli — mówi samo za siebie: „mogą słyszeć, co myślę” — takie zdanie często słyszy się w gabinetach psychiatrycznych. Tak się bałem, że słychać, co myślę, iż w ogóle nie chciałem myśleć. Obawa przed „zdemaskowaniem” była tak silna, że wprost paraliżowała moje myśli. Było to szczególnie silne w bliskiej obecności, jakby fizyczny kontakt sprzyjał owej „telepatii”. Inne określenia, jakie podają pacjenci, to „wykradanie myśli”, „ktoś czyta w moich myślach” lub „przesyła mi myśli”. Urojenia te ukazują zaburzenia Granicy.

Żeby jednak zobaczyć, o co tutaj chodzi, trzeba powiedzieć, że każdy człowiek zdrowy ma silne poczucie granicy oddzielającej go od reszty świata. Już nawet cieleśnie wyraża się to w tym, że nasze ciało ma granice, że samo jest jakąś granicą dla innych, której nie wolno naruszać. Kiedy ktoś nas dotyka bez pozwolenia, narusza naszą nietykalność cielesną, zagwarantowaną prawnie. Czujemy w tej sytuacji, że naruszono nasze granice, wtargnięto poza nie, ingerowano w nasze jestestwo cielesne. Inna sytuacja, to ta, kiedy ktoś permanentnie ingeruje w życie innej osoby, dyktuje jej, jak żyć, co robić, jak się ubierać. Wtedy też naruszone zostają granice. Granice są bardzo ważne. Bez nich istnienie w świecie nie byłoby praktycznie możliwe. Zgubilibyśmy się w bezgraniczności przestrzeni i czasu, pogrążeni w chaosie i bezkresie. Świat bez granic nie funkcjonowałby prawidłowo.

Tymczasem w schizofrenii dochodzi do radykalnego kryzysu poczucia granicy. Chory może zanadto interesować się innymi ludźmi lub mieć poczucie, że ktoś ingeruje w jego życie. Ukazują to wyraźnie urojenia odsłonięcia, kiedy pacjent traci jak gdyby własne granice, jego osobowość roztapia się w innych ludziach, przejmuje nieraz ich styl życia, naśladuje, choćby przez radykalny kontrast.

Urojenia te im głębsze, są tym łatwiejsze do wykrycia. Pacjent z urojeniami odsłonięcia lubi samotność, tam jeszcze ma resztkowe poczucie granic swego „ja”, tam jeszcze jest bezpieczny. Im bliżej ludzi, tym gorzej, tym słabsze ego, które traci całą energię potrzebną, by otoczeniu stawiać opór, jak ściana piramidy stawia opór przeciwległej, tak, że razem utrzymują równowagę. W momencie, kiedy wiedziałem, że inni wiedzą, co myślę, nie mogłem sobie tego w ogóle wyperswadować. Nie były to żadne „czarne”, „brudne” myśli (piszę w cudzysłowie, ponieważ nie istnieją złe i brudne myśli), co najwyżej społecznie niecenzuralne (choćby te na temat seksu), a mimo to cierpienie było nieproporcjonalnie duże do „przewinienia”. Czułem, że posiadam łączność telepatyczną z osobami w pobliżu, a czasem i na odległość. Nie było to wbrew pozorom miłe, ponieważ straciłem ochotę na rozmowę (skoro i tak wiedzą, co myślę), ponadto wyzuty byłem w swoim odczuciu z prywatności. Każdy potrzebuje odrobinę życia prywatnego. W dzisiejszych czasach wszechobecnej kontroli nietrudno o urojenia odsłonięcia u wrażliwych pacjentów. W ścianach szpitala, gdzie leżałem, „były” wmontowane podsłuchy, które mogły „czytać” moje myśli, a w sufitach zawieszone kamery, które pokazywały wyraz twarzy towarzyszący każdej myśli. Kiedy urojenia odsłonięcia są już silne, wtedy konieczne jest włączenie neuroleptyku, który ponownie „zamyka” psychikę, otwartą jak maska silnika. Mechanizmy normalnie ukryte w zdrowiu psychicznym, w psychozie nagle odsłaniają się. Zajmijmy się bliżej urojeniami typu telepatycznego, ponieważ to, co powiedziałem do tej pory nie oddaje jeszcze istoty problemu.

Odkąd człowiek zaczął myśleć, pragnął móc komunikować się z innymi, przekazywać im myśli, także w formie artystycznej jako ekspresja osobowości. Nie wiemy, jak myślał i o czym myślał człowiek prehistoryczny. Wiemy, że przed wynalezieniem języka, były to obrazy, z czasem zapisywane w formie symboli pisma. Myślenie obrazami miało tę wadę, że było wolniejsze. Stąd człowiek wynalazł lepszy, bardziej ekonomiczny sposób komunikacji. Z drugiej strony nie można wykluczyć, że istnieniu początkowej mowy ciała, językowi niewerbalnemu (gesty, mimika) mógł towarzyszyć jakiś rodzaj prehistorycznej telepatii. Ostatnio naukowcy stwierdzili, że delfiny porozumiewają się telepatycznie, nie mając innego rodzaju komunikacji. Podobnie jest z niektórymi roślinami. Telepatia mogła być zatem jakąś pradawną formą prajęzyka, zanim powstał język werbalny, jaki znamy dziś, a po jego wynalezieniu zanikła. Kiedy człowiek w chorobie cofa się po linii filogenetycznej, może uruchomić ów prajęzyk, także jako formę rekompensaty, kiedy nie umie wyrazić w słowach tego, co chce. Jest to jednak tak fantastyczna hipoteza, że właściwie należąca do kanonu literatury S-F niż psychiatrii. Nikt eksperymentalnie jeszcze nie udowodnił istnienia telepatii (ani żadnych innych zjawisk paranormalnych) mimo wyznaczenia nagrody pieniężnej.

Wróćmy zatem z terenu fikcji literackiej do rzeczywistości urojeń odsłonięcia. Cała psychika jest odsłonięta, a chory czuje się jak gdyby nie miał skóry. Pęka granica dzieląca go od reszty świata. Widocznie jest to tak cienka granica, że pod naporem bodźców umysł przechodzi na inne funkcjonowanie niż określane jako „normalne”. Bolesne odarcie z prywatności, jakie wtedy ma miejsce nie daje się z niczym porównać, nawet ze wschodnimi koncepcjami mistycznymi, w których również motyw depersonalizacji występuje. Mistyk również pogrąża się jak kropla w oceanie, tyle, że wzmocnieniu ulega wtedy granica dzieląca go od świata fizycznego.

Tutaj nie. To właśnie granica dzieląca od fizycznego świata ulega zatarciu, a chory jakby roztapia swoją osobowość w innych ludziach. Może to być też nieuświadomiona potrzeba autorytetu lub ekspresji. Najczęściej jedno i drugie. Każdy chce być w jakimś stopniu znany, a być znanym to udostępnić cząstkę, czasem całość (w przypadku najwybitniejszych osobistości) swoich myśli i idei. Zawsze pragnąłem być znany, mieć spore grono osób, które „dobrze” mnie znają, wiedzą, jaki jestem. Mogło to przerodzić się w urojenia odsłonięcia, uogólnić na wszystkie sytuacje z życia.

Inna interpretacja idzie w kierunku ekspresji. Mamy wszyscy silną potrzebę wyrażania siebie. Cały czas mówiąc, pisząc, malując wyrażamy siebie, swoje poglądy, chcąc w ten sposób odróżnić się od innych. Próbujemy też niekiedy narzucić innym własne zdanie. Chory może poprzez urojenia odsłonięcia jakby „na skróty” za jednym razem wyrażać siebie i narzucać — w swoim mniemaniu skutecznie — swoje poglądy, np. na temat świata, Boga, człowieka. Chciałem być znany, więc odsłoniłem się poprzez urojenia, nie mając jakby sił i czasu na mozolne, długie i stopniowe odsłanianie na inne, normalne sposoby. Chciałem być może, by moje myśli były myślami innych. Kryje się za tym potrzeba stworzenia innych na swój obraz i podobieństwo, a zatem problematyka odwieczna. Nie tolerując różnicy (granica jest zawsze różnicą), chciałem, by wszyscy myśleli i byli tacy, jak ja. Toteż wyprodukowałem urojenia odsłonięcia, stosunkowo małym kosztem i wysiłkiem. Tyle, że obok tego, co przekazać chciałem, ubocznie musiałem odkrywać także to, co chciałem zostawić w ukryciu. Stąd rozdwojenie i cierpienie. Jeśli psychoza jest uproszczeniem zbyt skomplikowanego świata, tedy urojenia odsłonięcia są jednym ze sposobów osiągnięcia tego celu. Zamiast dobierać słowa i pokonywać opór języka, „wystarczy” po prostu głośno myśleć, a inni „usłyszą”.

Może też być tak, że jest to tęsknota za kontaktem idealnym, jakim jest z pewnością koncepcja telepatii. Kontakt idealny jak wiadomo nie istnieje, ponieważ w procesie komunikacji dochodzi do szumu i zakłóceń, choćby poprzez „przesłyszenia się”. Mowa może być bełkotliwa, niewyraźna, może nie oddawać tego, co w skrócie oddaje „przekaz” mentalny. Taka tęsknota za pełnym kontaktem to wyraz nostalgii za całością, doskonałością, czyli w gruncie za nieśmiertelnością, wyjściem poza swoje granice. Transgresja dokonuje się tutaj wyłącznie w umyśle. Chory wykracza poza swoje ego, transcenduje poza siebie, jego świat gwałtownie się poszerza, a on próbuje go zmienić.


Urojenia oddziaływania


Innym rodzajem urojeń są urojenia oddziaływania. Dotknięci nimi pacjenci, wśród których byłem niegdyś i ja, donoszą, że mają poczucie, jakoby mogli wpływać na rzeczywistość inaczej niż fizycznie. Jedni z nich cierpią, ponieważ wydaje się im, że szkodzą innym. Inni z kolei pragną utrzymać takie urojenia, sądząc, że mają zdolności nadprzyrodzone. W tej drugiej grupie najczęściej chodzi o moc uzdrawiania. Przeżyłem oba typy urojeń. Początkowo wydawało mi się przez wiele lat, że szkodzę innym nawet przez sam fakt, że o kimś nieżyczliwie pomyślę, wykonam nieprzyjazny gest. Tutaj urojenia jednak umiejscowione były we wzroku. Wydawało mi się, że mogę szkodzić spojrzeniem, dlatego też jak mogłem, tak unikałem kontaktu wzrokowego, zwłaszcza w bezpośredniej styczności. Wydawało mi się, że mam „złe oczy”. Przypomnijmy, że poglądy takie są, a były częstsze dawniej w prymitywnych społecznościach. Na wsi nieraz mówiono o osobach rzucających „uroki”, mających „złe oko”, co dotyczyło i dotykało głównie kobiety, oskarżane o czary. Tym samym zabito w Europie tysiące kobiet, głównie samotnych lub chorych psychicznie.

Nieco później pojawiły się u mnie urojenia oddziaływania wspomagającego. Wydawało mi się, że mogę uzdrawiać swoją psychiką i myślami. W czasie pobytu w szpitalu ze śpiączki obudził się jeden z pacjentów. Pomyślałem wtedy, że to ja go obudziłem.

Zajmiemy się najpierw urojeniami typu A. Podczas tego typu urojeń pacjent bardzo cierpi i izoluje się od ludzi, nie chcąc im szkodzić, co byłoby w jego mniemaniu możliwe, gdyby się z nimi kontaktował. Zazwyczaj pacjent taki, a piszę tu z doświadczenia, jest przekonany o jakimś „złu” wewnętrznym, którym mógłby „zarażać” innych. Czuje się gorszy, brudny, czasem podły, jeśli jest religijny, tedy grzeszny. Za urojeniami oddziaływania typu A kryje się zatem niska samoocena, słaby stopień akceptacji siebie, słabe poczucie własnej wartości i zaburzenia ego. Dokładnie obraz taki zgadza się z moimi przeżyciami. Jeszcze przed wystąpieniem tego rodzaju urojeń, byłem pełen kompleksów wewnętrznych. Obawiałem się, że obniżam średni iloraz inteligencji w klasie. Kiedy przeszedłem do klasy równoległej, a klasa akurat miała gorszy rok, od razu pojawiła się myśl, że to moja wina. Było to pierwsze urojenie, jakie pamiętam. Bardzo to przeżywałem, sądząc, że powinienem świecić przykładem i nie „ściągać klasy w dół”. Czułem się zatem winny bezpodstawnie. Akurat taki był okres, że nie nastała jeszcze moda na naukę, ale moje myślenie ksobne sprawiło, że poczułem się winny.

Teraz zinterpretujmy moje nastawienie urojeniowe w kategoriach egzystencjalnych. Jak sądzić można, w przypadku urojeń szkodzenia do głosu dochodzi silne poczucie winy, biorące się być może z procesu wychowawczego, być może ze szkoły, gdzie nie wolno „gorszyć innych”, gdzie mówi się czasem „źle na mnie działasz”, „on ma na Ciebie zły wpływ”. Myślę, że powtarzanie w procesie wychowawczym takich sugestii działa jak samospełniająca się przepowiednia. Tak naprawdę, wbrew temu, co się dziś pisze w psychologii sukcesu, mamy bardzo niewielki wpływ na innych ludzi. Może to i lepiej, bo gdyby „spojrzenie mogło zabijać”, Ziemia już byłaby pusta.

Pod urojeniami szkodzenia jednak kryje się coś więcej. Jeśli jestem zły, tedy działam źle. Najpierw jest ontologia, potem deontologia. Najpierw trzeba „być”, żeby coś robić. Zatem pod urojeniem oddziaływania, czyli złego działania kryje się zaburzona ontologia jednostki. Osoba zaburzona ontologicznie w samym rdzeniu swej tożsamości czuje się zła. Mamy tutaj prawdopodobnie, choć być może się mylę, echa prastarej doktryny zarówno ze strony religijnej (teoria grzechu pierworodnego, który miał skazić całą naturę ludzką), jak i heterodoksyjnego, ubocznego myślenia manichejskiego, głoszącego, że człowiek i świat są stworzeni przez „gorszego boga”. Myślenie o pierwotnej dobroci człowieka nie przyjęło się, choć już w XVIII wieku filozof Jean Jakub Rousseau sądził, iż człowiek jest z natury dobry, a wypacza go dopiero wychowanie. Polecał zatem nie wychowywać, lecz towarzyszyć w rozwoju, żeby nie ingerować zanadto w życie dziecka, które jest „nie zapisaną kartą” (tabula rasa) i można na niej wypisać zarówno dobro, jak i zło. Czułem się zatem ontycznie zły. Nie akceptowałem swojego ciała, bo wydawało mi się stworzone źle, brzydkie, krzywe, nieporadne, niezręczne. Do tego doszły jeszcze poglądy kościelne na temat seksualności, obarczonej wieloma zakazami, które wpędzają w poczucie winy. Człowiek czuje się zatem „zły” od dzieciństwa, ponieważ wpaja mu się, że musi „wyjść na ludzi”, „dojrzeć”, „zmienić się”, „poprawić się”, itd. Takie instrukcje wpadają głęboko w umysł i programują go. Kiedy informacje takie trafią na podatny grunt, może dojść do psychozy. To jednak nie wszystko.

Kiedy są urojenia oddziaływania, człowiek czuje się jakby był centrum wszechświata. Jest motorem, silnikiem, komputerem, reżyserem, w każdym razie nikim biernym. Oddziaływać to być aktywnym. Aktywność to działanie. Czym jest akt? Wchodzimy tutaj w długą tradycję filozoficzną, aż po dzieło Karola Wojtyły „Osoba i czyn”. Czyn to akt, a akt to wykonanie czegoś. Kiedy na przykład robię obiad, dokonuję aktu gotowania, który jest w pełni aktem, kiedy jest zakończony (obiad ugotowany). Akt zakłada zatem skończoność, dopełnienie, wypełnienie. Nie ma aktu, tam gdzie nie ma jakiegoś końca. Osoba z urojeniami oddziaływania ma zatem zaburzone poczucie ciągłości, oddzielania przyczyny od skutku, a także poczucie skończoności. Dlaczego zatem osoba z urojeniami szkodzenia nie pozbywa się ich, mimo, że w realnym świecie brak skutków jej „działania?” Szwankuje tutaj zapewne proces informacji zwrotnych. Wszystko osobie mówi, że nieszczęścia, włącznie z pożarami i trzęsieniami Ziemi, są jej winą. Sądzi, że wszystko to odbywa się za jej przyczyną. Postrzega siebie jako źródło przyczyny sprawczej, błędnie wiążąc ją z celem, czyli skutkiem. Utożsamia ponadto cel i skutek czy efekt. Nie można powiedzieć, że celem wichury było zawalenie domu. Można powiedzieć, iż skutkiem wichury była ruina domu. Osoba z urojeniami procesom bezcelowym nadaje zatem cel. Jaki jest zapytajmy cel takiej operacji? Jedną z odpowiedzi przynosi taka interpretacja: zdarzenia bezcelowe, ot śmierć w wypadku, choroba, pożar, itd. nie mają widocznego sensu, budzą tedy silny niepokój. Niepokój ten wyraża pytanie o sens istnienia zdarzeń bezcelowych. Istnieją jednakże także przyjemne zdarzenia bezcelowe — zabawa. Nie angażowanie się chorych w zabawy, może mieć podobną przyczynę — niechęć do uczestnictwa w działalności — pozornie — bezcelowej. Innymi słowy, chory na schizofrenię szuka za wszelką cenę sensu i celu, nawet za cenę dobrego samopoczucia, bo lepiej cierpieć z poczuciem sensu niż bez niego. By złagodzić poczucie niepokoju egzystencjalnego, osoba z urojeniami wyzwala się poprzez nadawanie zjawiskom podmiotu sprawczego.

Do tego trzeba dodać jeszcze coś. Oto niepokój pojawia się, gdy człowiek traci kontrolę nad swoim życiem, gdy nie ma na nic wpływu, gdy wszystko wymyka mu się z rąk. Wtedy także czuje niepokój. Każdy człowiek chce i potrzebuje mieć realny wpływ na rzeczywistość. Potrzeba ta jest silna, ponieważ pozwala uniezależnić się od zdarzeń zewnętrznych. Gdy pierwotny człowiek nie miał na nic wpływu, zewsząd mogło przyjść zagrożenie, czuł silny lęk, który przetrwał w postaci atawizmów u różnych jednostek. Istnieje zatem potrzeba wpływania na rzeczywistość, zmieniania jej, kontrolowania i „czynienia sobie Ziemi poddaną”. Intuicja autora Księgi Rodzaju była naturalna i słuszna. Gdyby nie stopniowe nabywanie wpływu na rzeczywistość, nie żylibyśmy na obecnym poziomie. Z drugiej strony nadmierny wpływ na świat też nie jest pożądany. Podobnie w życiu jednostkowym. Zupełnie poczucie braku wpływu może być kompensowane zbytnią odpowiedzialnością za wszystkich. Są to zaburzenia częste na kierowniczych stanowiskach, ale w schizofrenii uderza to, że kompensacja ta odbywa się w szczególny sposób — w sferze psychicznej. Utrata kontroli realnej powoduje, że w schizofrenii uruchamia się mechanizm zastępczy — kiedy nie miałem kontroli nad sobą, tedy starałem wmówić sobie, że kontroluję rzeczywistość, ponieważ działanie zakłada kontrolę. Nie ma działania bez kontroli.

Teraz zajmiemy się urojeniami oddziaływania typu B. Są to dość „przyjemne” urojenia, o tyle, że pchają do ludzi. Kiedy sądziłem, że mam moc uzdrawiania, wtedy nie cierpiałem (oczywiście były inne objawy równocześnie) z tego powodu ani nie zaburzało to mojego działania. Urojenia tego typu wynikają z kompensacji pierwotnych objawów typu A. Kiedy dość długo zdaje Ci się, że jesteś zły, wtedy zazwyczaj następuje przesada w drugą stronę. Zaczyna się myślenie w kategoriach świętości, niewinności, wybrania, misji. Czuje się wreszcie sens istnienia, znika pustka, wszystko jest cudowne. Pierwotna potrzeba umiarkowanego wpływu na świat i ludzi zostaje zaspokojona. Leżałem zatem obok pacjenta świeżo obudzonego ze śpiączki i byłem przekonany, że mam niezwykły poziom energetyczny, który może wskrzeszać. Urojenie to wynikało z potrzeby zrekompensowania sobie faktu nie docenienia przez otoczenie. Czułem się niedoceniony zarówno w szkole, jak w domu. Psychoza to także problem niezrealizowanych możliwości człowieka, który jak się obecnie sądzi nie wykorzystuje w pełni swoich rezerw.

Droga do zdrowia

Urodziłem się w 1976 w Krakowie, otrzymałem maksymalną ilość punktów w skali zdrowia (Agpar). Przez kilkanaście lat czułem się dobrze, jednak — jak obecnie widzę — już w dzieciństwie pojawiały się pierwsze objawy, które nie były widoczne ani dla mnie, ani dla otoczenia (rodziny czy szkoły). Nie osiągałem wtedy żadnych szczególnych wyników w nauce, bo zwłaszcza nauki ścisłe były dla mnie zbyt trudne. Pierwszymi objawami były utrudnione kontakty społeczne, zwłaszcza z niektórymi rówieśnikami, a także obniżone zdolności w przedmiotach przyrodniczych (szczególnie w matematyce czy fizyce). Miałem kłopoty z koncentracją uwagi przez dłuższy czas, nie lubiłem dłużących się w moim odczuciu lekcji, w domu nie mogłem usiedzieć nad książką, co widać było w przeciętnych wynikach. Pojawiały się także problemy z koordynacją ruchowo-motoryczną, nasilone poczucie niższości, kompleksy, głęboki introwertyzm, czasami zachowania autystyczne, brak spontaniczności i naturalności, tendencje do zamykania się we własnym świecie.

Gdy nadszedł czas zmiany szkoły i wyboru nowej, w ostatniej klasie szkoły podstawowej w wyniku stresu po nie zdanym egzaminie do renomowanego liceum prywatnego rozpoczął się trwający długo proces chorobowy. Początkowo (1991) odczuwałem absurdalne, automatyczne myśli natrętne, którym na szczęście nie towarzyszyły natrętne czynności (np. wielokrotne mycie rąk, występujące w prawdziwej nerwicy natręctw). Objawy rzekomej nerwicy (maskującej psychozę) są częstym symptomem zwiastunowym w przed psychotycznej fazie życia. Myśli natrętne budziły ogromne poczucie winy, bo uderzały we wzmocnioną wtedy religijność i były odbierane jako własne, co odróżnia je od typowych już schizofrenicznych urojeń, zwykle odczuwanych jako cudze, np. „przesłane” przez kogoś. Te pojawiły się już później w centralnym momencie chorowania. Cechą natręctw jest to, że wobec nich człowiek odczuwa krytycyzm, walczy z nimi, stara się je jakoś odsunąć, zwykle bezskutecznie, albo na krótki czas, po czym wracają one z jeszcze większą siłą. Jedna z proponowanych terapii myśli natrętnych, pojawiających się wbrew woli chorego to terapia odważnego stawienia czoła takim myślom, polegająca na tym, że mimo dużego lęku chory zmuszany jest przez terapeutę do wytrzymania tego napięcia. Paradoksalnie, im większy opór wewnętrzny chorego, czyli wypieranie treści obsesji do podświadomości, tym mniejszy skutek terapeutyczny. Im mniejszy opór, im bardziej człowiek stara się dopuścić obsesję poza cenzurę wewnętrzną, tym mniejszą siłę „rażenia” one mają.

Po dwóch latach (1993) pod koniec II klasy liceum do pierwotnych objawów pozornie nerwicowych przyłączyła się duża depresja, podczas której czułem bezsens swojego życia, życia innych ludzi i istnienia całego świata. Do tej depresji dołączyły po paru miesiącach urojenia prześladowcze i urojenia odsłonięcia (ugłośnienie myśli), polegające na tym, że czułem się jakby „przezroczysty” dla innych, którzy mogli w moim mniemaniu „zobaczyć”, o czym myślę. Walcząc na przemian z depresją i urojeniami, dotrwałem tak do matury i zdałem na studia polonistyczne, bo nie byłem w stanie przygotować się do bardziej praktycznych studiów. Wciąż nie leczony dotrwałem jakoś do ostatniego roku studiów, w trakcie których (jeszcze bez leczenia) w roku 1998 na trzecim roku przeżyłem czasowe ustąpienie prawie wszystkich objawów i mogłem skupić się na nauce oraz praktykach nauczycielskich. Niestety ta poprawa się skończyła i w rok później pojawiły się coraz silniejsze urojenia, tym razem poważne (urojenia owładnięcia). Dlatego w roku 2000 zdecydowałem się na pierwszą w życiu wizytę u specjalisty psychiatry, najpierw prywatnie, a następnie w bezpłatnej poradni studenckiej w Krakowie.

W latach 2000 — 2007 trwało spóźnione, momentami dramatyczne leczenie. Pierwsze stawiane przez specjalistów diagnozy szły w kierunku depresyjno-lękowym (także na podstawie testów), dopiero po pierwszej hospitalizacji jesienią 2000 postawiono diagnozę schizofrenii paranoidalnej.

Dzieciństwo

Przez około pół roku wychowywany byłem bez matki, która zachorowała wkrótce po moim urodzeniu. Oddany pod opiekę do babci, nie miałem potrzebnego do prawidłowego rozwoju kontaktu z matką. Myślę, że to głownie przyczyniło się do mojej schizofrenii (moi bracia są zdrowi). Od początku życia miałem skłonność do przebywania we własnym świecie. Miałem fantazję, bogatą wyobraźnię i tendencje do przebywania w świecie marzeń, zresztą jak każde dziecko.

Nie miałem jednak dobrego kontaktu z moimi rówieśnikami. Stale byłem jakby „w tyle”. Trudno mi było wczuwać się w emocje nawet bliskich osób, a tym bardziej obcych. Niska empatia w schizofrenii to jeden z objawów autyzmu. Typowe dla zaburzeń psychicznych unikanie kontaktu wzrokowego wynikać może z wysokiego poziomu lęku i zaburzeń autystycznych (ale także wrażenia, że inni mogą czytać w myślach).

Najprawdopodobniej leczenie mogło się rozpocząć wcześniej, a już na pewno w wieku 17 lat, kiedy pojawiły się myśli urojeniowe. Niestety, w szkole nie uczy się tak potrzebnych w życiu podstaw psychologii, w mojej rodzinie nikt nie znał się na psychologii. Im później zacznie się terapia, tym dłużej ona trwa, a efekt terapeutyczny jest gorszy.

Jako dziecko nie wykazywałem żadnych szczególnych uzdolnień. Byłem przeciętnym uczniem, lecz mimo to nauczyłem się stopniowo wszystkiego, czego trzeba się nauczyć, by być w miarę samodzielnym obecnie. Zrobiłem nawet prawo jazdy, nauczyłem się grać w szachy i brydża, znam w stopniu podstawowym dwa języki obce. Nie wykazałem żadnych zdolności w naukach matematycznych i przyrodniczych.

Szkoła podstawowa

Pierwsze lata szkolne upłynęły tedy na samotności, potęgowanej silnymi od mniej więcej jedenastego roku życia kompleksami. Nadwrażliwość powodowała, że brałem wszystko za bardzo do siebie, co wreszcie przerodziło się na zasadzie wyuczenia w zaburzenia odsłonięcia, kiedy byłem przekonany, że jestem jak gdyby przezroczysty i można mnie przejrzeć na wylot. Z drugiej strony w pewnych chwilach czułem się zupełnie pępkiem świata, wszystko było stworzone dla mnie, a ja miałem wielką misję ratowania świata.

Nabyta pewnego dnia (kiedy? na to pytanie odpowiada dobra psychoterapia) nieśmiałość paraliżowała moje działanie. Wydawało mi się przez większość czasu, że nie mam nic absolutnie do zaoferowania spotykanym codziennie ludziom. W szkole nie interesowałem się tym, czym żyli inni. Inna sprawa, że zainteresowania moich kolegów były z reguły monotematyczne. Ale również w relacjach ze starszymi i młodszymi byłem jakby „sparaliżowany”, nie umiałem wyczuć, co jest w danym momencie adekwatne, zrozumieć czyjś punkt widzenia. Chociaż związane z nieśmiałością obniżenie nastroju, a raczej ogólnego samopoczucia nie było duże — nadal żyłem przecież w swoim bogatym świecie snu na jawie — to jednak zubożenie kontaktów społecznych, przede wszystkim z dziewczętami, nie pozwalało na zbudowanie szerokiej sieci społecznej. Od razu pogrążałem się w wiedzy specjalistycznej, której nikt nie miał, dlatego nie miałem za bardzo o czym rozmawiać, na żaden temat nie potrafiłem nic sensownego powiedzieć. Wyobcowanie i alienacja były stale w moim życiu dominujące, choć nie do tego stopnia, żebym dopuszczał się jakichś czynów aspołecznych. Nigdy nie złamałem prawa, ale jednocześnie nie mogłem pochwalić się specjalnymi dobrymi czynami dla innych. Dopiero zaraz po podjęciu leczenia pojechałem na obóz z osobami niepełnosprawnymi fizycznie.

W szkole nie brałem prawie udziału w zajęciach pozalekcyjnych, nie działałem w żadnych stowarzyszeniach, nie miałem bliskiej przyjaciółki. Byłem „z boku”, jakby na marginesie. Nieśmiałość powodowała, że czułem się gorszy: brzydszy, z odstającymi uszami, zbyt wydatnym nosem, które w wyobraźni urastały do kosmicznych rozmiarów. Bardzo chciałem mieć dziewczynę, w związku z tym myśli o zostaniu duchownym nie były u mnie stałe. To, że się pojawiły na chwilę gdzieś przed trzydziestką, w kilka lat po rozpoczęciu leczenia, świadczy raczej o normie niż jakiejś anomalii.

Przechodziłem bez specjalnych braw z klasy do klasy, nauczyciele widzieli, że zostanę humanistą, a nie przyrodnikiem. Szkoła jednak jest „odpowiedzialna” częściowo za chorobę. Urodziłem się w wyżu, klasy były przepełnione, nauczyciele traktowali nas trochę bezosobowo, brakowało ciągle tak cennego podejścia indywidualnego. Szkoła uczyła rzeczy nie zawsze potrzebnych w codziennym życiu. Dominujące podejście encyklopedyczne, przejęte ze szkół wyższych wyrażało się w nastawieniu ilościowym: nauczyć wszystkiego i pobieżnie. Encyklopedyzm z dominującymi podziałami między dziedzinami obecnie został zastąpiony jeszcze gorszym eklektyzmem, w którym miesza się wszystko ze wszystkim.

Szkoła „odpowie”, że nie miała pieniędzy, a za program odpowiadają ludzie z kuratorium. Spadek po komunizmie, powołującym się na Woltera, ale nic nie mającym wspólnego z oświeceniowym obyciem światowym, odczuwać będzie Polska jeszcze długo. Jak jednak mają nauczyciele porządnie uczyć, kiedy czasem sami nie umieją materiału i nie mają potrzebnej wiedzy psychologicznej. Doświadczony psycholog jest w stanie wyłapać początki schizofrenii. Nauczyciele mieli na to kilka lat. Musiałem pobierać korepetycje, żeby zdać zadania matematyczne. Mało brakowało, a byłbym nie dopuszczony do matury z powodu niezrozumienia rachunku prawdopodobieństwa, a na egzaminie do liceum prywatnego nie potrafiłem rozwiązać prawie żadnego zadania.

Od początku uczono nie tego, co potrzebne w życiu, ważne z punktu widzenia pracodawców i potrzeb rynku pracy. Czas spędzony w szkole poza jakąś wiedzą szczątkową można uznać za stracony. W szkole każdy miał wiedzieć dużo, zasadniczo to samo, z tego samego źródła, czyli z ust nauczyciela i z podręcznika. Nie uczy się — by ograniczyć się do znanej mi humanistyki — potrzebnych rzeczy: logiki, podstaw filozofii, religioznawstwa, historii idei, psychologii, historii nauki i dziejów myśli, a jeśli mówi się o znanych postaciach to w sposób pomnikowy. Zamiast na religii uczyć historii chrześcijaństwa, mówi się co wolno, a czego nie wolno. Nie mówiąc już o pokazywaniu wzorów dobrego życia czy podstawach ekumenizmu. Na języku polskim — by ograniczyć się do znanej dziedziny — uczy się wszystkiego, tylko nie poprawnego komponowania tekstów czy czytania ze zrozumieniem.

Szkoła podstawowa w Polsce — odważę się na uogólnienie — nie przygotowuje tak naprawdę do życia, nie uczy samodzielnego i krytycznego myślenia, umiejętności rozwiązywania problemów, pokonywania kryzysów osobistych, zdolności do kierowania zespołem i pracy w grupie, umiejętności interpersonalnych, potrzebnych do kariery zawodowej i osiągnięcia sukcesu. Nie mówię już o zdolności do empatii, bez której nie sposób tworzyć satysfakcjonujące związki z ludźmi. Szkoła utrwalała zmieniający się szalenie szybko świat, tworzyła sztuczne podziały między dziedzinami wiedzy, między specjalistami, nie mogącymi się ze sobą dogadać, wyznaczała nie istniejące granice, powodując, że nie zostałem przygotowany do radzenia sobie w życiu.

Liceum


Nie lepiej było w liceum, które z trudem skończyłem. Nauczyciel nie wychowuje już dziś uczniów, nie zachwyca sobą, nie chce być wzorem, nie interesuje go etyka i sfera wartości. Nauczyciel odrabia swoje w 45 minut, jakoś zapełnia ten czas, gra swoją rolę. Sam nierzadko nie jest w stanie powiedzieć, gdzie leży prawda, a co jest nieprawdą, co jest rzeczywiste, a gdzie istnieje umowa. Nauczyciel nie chce być ekspertem, powiela pewien schemat przejęty ze studiów wyższych. Tymczasem te same od lat notatki nie mogą nadążyć za światem, w którym większa część wiedzy, zwłaszcza przyrodniczej co roku się dezaktualizuje, a jej gigantyczny przyrost wymusza ścisłą specjalizację, z drugiej strony niekiedy posuniętą zbyt daleko. Szkoła nie uczy jak docierać do informacji istotnej, dlatego nie sądzę, żeby obecny Internet był jakoś szczególnie pomocny w nauczaniu. Liceum nic mi właściwie nie dało, podobnie jak szkoła podstawowa. Powie, ktoś, że szkoła podstawowa winna nauczyć pisać, czytać i liczyć. Zgoda, ale w sytuacji poznawczego potopu wiedzy nie sposób ograniczyć się do nauki podstawowych umiejętności, bo za mało czasu będzie potem, by zostać dobrym specjalistą w swojej dziedzinie. Najlepsi specjalizują się niejako „od początku”, nie zajmują się tym, czego i tak nie zrozumieją i co im nie potrzebne.

Zalewanie dzieci wiedzą, wprowadzanie niezdrowej rywalizacji, prowadzącej do zwycięstwa niekoniecznie mądrych, ale silniejszych, może się źle skończyć, także w wymiarze społecznym. Za mojego dzieciństwa nie było sytuacji, że dziecko z jednego zajęcia jedzie na kolejne, będąc aktywnym cały czas. Zarzucano nas niepotrzebnymi, zbyt szczegółowymi informacjami, nie bacząc, że każdy ma inny próg przyswajalności. Przepełnienie pamięci kończy się zagubieniem wśród informacji.

Mój umysł nie mógł poradzić sobie z tym wszystkim, dlatego uciekał w siebie. Uczyłem się głównie z zeszytu, a nie podręcznika, bo były źle skonstruowane. Umysł bombardowany informacjami z czasem programuje się tak, że zaczyna działać chaotycznie, przepuszczając przez filtr tylko informacyjny szum. W schizofrenii nie jest tak, że filtr nie działa — hamowanie zmienia się z blokowania informacji mało ważnych w selekcję ważnych. Żeby pozostać przy działce polonistycznej: nie wiem, kto układa tak zwany kanon lektur, zawsze dyskusyjny, ale jedno jest pewne — ci, co go układają z powodzeniem osiągają efekt, którym jest oduczenie czytania. Zarzucając umysły czytelników niepotrzebną literaturą, powodują nie tylko, że uczniowie nie czytają, ale że zaczynają czytać niewłaściwe lektury. Tylko wyjątkowa pycha polskiej duszy każe omijać wielką literaturę światową, a promować słabą literaturę polską. Zamiast czytać Mickiewicza, czyta się niedojrzałą prozę, przygotowując rozstanie młodych czytelników z jakąkolwiek literaturą. Dopóki nie zacznie się nauki umiejętności selekcji informacji istotnych i nieistotnych, szkoła będzie cierpieć na zaściankowość.

Jednak zmianę w edukacji trzeba zacząć od zmiany paradygmatu metodycznego w szkołach wyższych. Trzeba dziś uczyć, jak się uczyć i rozwijać oraz uczyć, jak nauczać i szkolić. Najpierw dobrze się nauczyć, a potem zabierać się do niesienia pochodni oświaty. Tyle gwoli „edukacyjnych” przyczyn mojej choroby.

Jeśli weźmiemy pod uwagę okres tzw. prodromalny (objawy zwiastunowe), to okaże się, że początków schizofrenii w moim życiu można dopatrywać się w dzieciństwie, od momentu pójścia do osiedlowej, przepełnionej szkoły. Tam powoli stałem się kimś, kogo nazywa się nieładnie „kozłem ofiarnym”, byłem szykanowany, czasami nawet bity, wyśmiewany. Nie mogłem w takich warunkach się rozwijać, więc zmieniałem szkoły, wyjechałem za granicę, ale tam nie znalazłem wspólnego języka z rówieśnikami.

Nie miałem szczególnych zainteresowań, jakiejś pasji czy konkretnego hobby. Poza lekcjami nie brałem udział w żadnych zajęciach, częściowo z powodu apatii, jak z drugiej strony również nadpobudliwości, a częściowo z powodu przeciętnego poziomu dochodów w mojej rodzinie. Trudny okres transformacji ustrojowej w kraju zbiegał się w czasie z dojrzewaniem.

Ledwie nadążałem z czytaniem obowiązkowych lektur, zresztą uznając je za nudne. Dopiero z czasem przyszła świadomość, że pewne teksty kultury należy przyswoić. Tekstem kultury są nie tylko książki, ale również inne wytwory artystyczne. Nie było w moim dzieciństwie jeszcze filmów DVD, w latach 80. pojawiły się dopiero pierwsze magnetowidy, długo czekaliśmy na telefon stacjonarny, o komórkach, MP3, domowym kinie nikomu się nie śniło. W radiu i telewizji było parę programów, nie trudno o wybór (w przeciwieństwie do obecnych czasów), ale i oferta kulturowa bywała raczej uboga. Nie chodziłem do teatru czy filharmonii, czasem do kina, zwykle na filmy sensacyjne. W wieku 12 lat zacząłem za to regularnie czytać prasę — czytałem wszystko, co przynosiły wydania codzienne. Potem zrozumiałem, że większość informacji w prasie się powtarza.

W sumie życie do momentu leczenia było nieciekawe, wręcz nudne i banalne. Nie uczestniczyłem w buncie nastolatków, poza demonstracjami i utarczkami z milicją na manifestacjach w Krakowie w czasie strajków pod koniec lat osiemdziesiątych. Ominęły mnie subkultury młodzieżowe, nieodpowiednie towarzystwo, narkotyki, alkohol. Nie miałem także zdrowia na normalny bunt, ponieważ, żeby się buntować, trzeba mieć na to siły i zdrowie. Piszę o tym wszystkim na razie ogólnie, by nie stwarzać wrażenia, że schizofrenia jest „ciekawa”, że to fajnie słyszeć głosy i mieć niezwykłe „wizje” i natchnienia. Najpiękniejsze jest zdrowie, sprawy konkretne, praktyczne, materialne oraz zdrowe uczucia. Bardzo mądry bliski mi człowiek powiedział kiedyś, że piękne nie są iluminacje i podobne sprawy, ale detal, szczegół, subtelny odcień. Moje życie pochłonęło tedy naiwne filozofowanie, teoretyzowanie, ponieważ myślałem, że spekulacja to jedyna droga poznania, podczas gdy jest nią głównie uważna obserwacja. W pewnym momencie, już w czasie poprawy, zacząłem odczuwać długo przyhamowany pęd poznawczy. Kompleksowe leczenie zmienia nie tylko nastrój i nie tylko dodaje energii. Niektóre leki rozjaśniają horyzonty, poprawiają funkcje poznawcze, zwłaszcza pamięć operacyjną, której zaburzenia część badaczy uznaje za podstawowe w tej chorobie.

Nieszczęsny rok ’91

Początkowo pierwsze objawy, które pojawiły się u mnie w wieku piętnastu lat wyglądały na głęboki zespół natręctw myślowych, potem, jak powiedziałem pojawiła się depresja. Początek wielkiego wysiłku, jakim jest dojrzewanie zbiegł się w czasie z pierwszymi niepokojącymi sygnałami, że coś zaczyna się dziać w młodej psychice. Te sygnały nie były widoczne w zachowaniu ani w wypowiedziach, nawet dla mnie samego stanowiły zagadkę i nowość, której nie byłem w stanie pojąć, dlatego też nie zwierzałem się nikomu, nawet bliskim, traktując psychikę jako coś intymnego. Brak wglądu zamknęły mi drogę do wcześniejszego leczenia, co początkowo było szokiem do tego stopnia, że zacząłem żałować, iż tak późno przyszła pomoc. Ale z czasem zrozumiałem, że skoro zachowywałem się jakoś w granicach normy, tedy mimo dokuczliwości objawów nie były one jeszcze tak głębokie, by wymagały poważnej ingerencji w umysł, jaką stanowi farmakoterapia. Inaczej: mimo ciężkich objawów istniały jakieś enklawy zdrowia, ponieważ wydaje się, że coś jest zdrowego w tej wielkiej i niekiedy efektownej chorobie. Widziałem, słyszałem, wszystkie zmysły działały normalnie, może nie odczuwałem radości, ale nie przeżywałem też silnych halucynacji. Byłem na pewno wycofany do tego stopnia, że wstydziłem się siebie, wyglądu, wystąpień, wszystkiego, co musiałem robić w przestrzeni publicznej. Będzie o tym mowa.

Natrętne myśli przypominały głęboki zespół natręctw do tego stopnia, że pierwsze diagnozy szły w tym kierunku i otrzymałem leki przeciwdepresyjne, które podniosły wprawdzie obniżony nastrój, jednakże równocześnie nasiliły „dręczące mnie myśli”, jak wtedy określałem objawy. Dopiero po takiej reakcji na leki dostałem środki przeciwpsychotyczne.

Natrętne myślenie

Ale najpierw minęło wiele lat (dokładnie dziesięć) zmagania się z natrętnymi myślami, początkowo ocenianymi bardzo krytycznie, co spowodowało, że podejmowałem walkę z nimi, ale zarazem przeżywałem ogromne poczucie winy, ponieważ myśli te traktowałem jako „złą” część siebie samego, jako swoje myśli, przez nikogo nie nasłane, nie pochodzące z zewnątrz, lecz „z serca”. Dlatego też mimo tej batalii za każdym razem, gdy myśli „atakowały”, czułem się winny ich wystąpienia, nie rozumiejąc (bo nie jestem psychologiem, a choroba zaburza krytycyzm), że są to pewne automatyzmy psychiczne i że spowiadanie się z ich obecności nie miało najmniejszego sensu, poza tym, że po każdorazowym takim „oczyszczeniu” czułem jakby ulgę.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 37.28