E-book
13.65
drukowana A5
37.28
Jest nas niewielu. Historia jednej psychozy

Bezpłatny fragment - Jest nas niewielu. Historia jednej psychozy

Jak żyć z diagnozą schizofrenii…


Objętość:
162 str.
ISBN:
978-83-8126-519-5
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 37.28

Psychiatria jest stosunkowo młodą dziedziną wiedzy. Przełomem było niewątpliwie odkrycie biologicznych aspektów zaburzeń psychicznych i przypadkowe odkrycie (w połowie XX wieku) leków psychotropowych, które stały się podstawą terapii najcięższych zaburzeń, jakimi są psychozy ze spektrum schizofrenii.

Zdobywszy wiedzę, odrzucono w zasadzie poglądy o nadprzyrodzonych przyczynach chorób psychicznych. Przypomnijmy tylko, że w starożytności padaczkę uznawano powszechnie za święte szaleństwo, zsyłane przez bogów, a stare przysłowie mówi, że największą karą, jaką bogowie mogą zesłać na człowieka jest pozbawienie go rozumu. Dziś jednak wraca co jakiś czas zainteresowanie parapsychologicznymi podstawami chorób „duszy”, cokolwiek miałyby one oznaczać. Nie wydaje się słuszne odrzucanie w całości takich poglądów w sytuacji, kiedy nauka nie zna odpowiedzi na pytania egzystencjalne, jakie stawia człowiek. Jednak nie wolno popadać w obskurantyzm i zalecać jedynie modlitwy, gdy osoba kwalifikuje się ewidentnie do konsultacji psychologiczno-psychiatrycznej.


Relacje między psychiatrią a innymi dziedzinami wiedzy są złożone. Szczególnie w pewnych okresach istniało napięcie między naukami humanistycznymi, zwłaszcza psychologią, filozofią egzystencjalną i teologią z jednej a psychiatrią z drugiej strony. Oskarżano się wzajemnie: z jednej strony o idealizm, z drugiej o redukcjonizm. Filozofia i teologia podkreślały prymat duchowego wymiaru człowieka. Psychiatria akademicka z kolei akcentowała wymiar cielesny, somatyczny i biologiczny, mając ambicje przekształcenia się w naukę ścisłą. Także filozofia w pewnym momencie chciała stać się nauką wzorem nauk przyrodniczych. Wzajemna niechęć psychiatrów, psychologów i teologów powodowała rozdarcie ludzi pomiędzy naukę a religię. Istnieją głębokie związki wszystkich nauk, ponieważ rzeczywistość, choć złożona, skomplikowana i wielopłaszczyznowa stanowi pewną całość, co podkreśla ostatnio medycyna zorientowana humanistycznie i holistycznie, zwracając na przykład uwagę na psychologiczne uwarunkowania chorób somatycznych. Nie ma powodu, żeby dalej istniał konflikt między psychiatrią a religią. Niewątpliwie choroby psychiczne i zaburzenia nerwowe mają związek, choć trudny do wykrycia, z pracą systemu nerwowego, co jednak nie wyczerpuje całej skomplikowanej problematyki chorób psyche.

Takie pojęcia jak „wolna wola”, „dusza” wcale nie muszą być pojęciami pustymi. Choć skojarzenia z pojęciami religijnymi budzą często uśmiech, z jakim patrzymy na coś, co jest przeżytkiem, to jednak takie archaiczne słowa nie muszą być bezprzedmiotowe. Archaiczność i nieostrość pojęcia „duszy” budzi opór; naturalny w epoce, której hasłem naczelnym są pragmatyzm, wydajność, racjonalizm czy empiryzm. To, co niemierzalne budzi niechęć, bo nie pozwala się operacjonalizować, jednakże nikt nigdy nie udowodnił, że jedynym wymiarem życia człowieka jest wymiar somatyczny. Jest on warunkiem koniecznym życia w rzeczywistości, ale nie wystarczającym. Filozofia pozytywistyczna i scjentyzm dawno ukazały, jeszcze w czasie swojego „tryumfu” liczne ograniczenia. Sprowadzanie człowieka zarówno do czystej świadomości, nie „zabrudzonej” aspektami cielesnymi, jak i do ciała czy — co gorsza — mechanizmu prowadzi donikąd. „Duchowy wymiar” nie musi oznaczać oderwania od rzeczywistości. Nie musi być równoznaczny z nastawieniem na ezoteryczną sensację. „Duch” w człowieku nie jest zamknięty, jak homunkulus w mózgu. Stanowi coś innego, o czym szczegółowo pisał Jan Trąbka w książce „Dusza mózgu”, wskazując, że choć dusza jest — być może — śmiertelna, to bywa, że stanowi ona fakt niemal „namacalny”.


Nie dysponując innymi narzędziami opisu (poza publikacjami naukowymi), zwróciłem się do własnej pamięci, wspomnień z dzieciństwa, obecnej świadomości, próbując rekonstruować przeszłe doświadczenia chorobowe. Rekonstrukcja w odniesieniu do historii — czy to będzie historia osobista czy historia literatury, języka, nauki — jest czasami jedynym wyjściem z mnogości hipotez, domyślników, błądzenia po omacku w mrokach tego, co Było. Dlatego będąc już zdrowym — przynajmniej jeśli chodzi o tzw. zdrowie objawowe, podstawowy poziom zdrowia jako stanu braku wyraźnych objawów — nie potrafię wczuć się dokładnie w dawne przeżycia, bo ich już nie ma. Co najwyżej mogę je opisać z dystansu czasowego, stając jakby obok siebie, z zewnątrz, tak jakbym opisywał inną osobę.

Diagnoza w psychiatrii

Schizofrenia to prawdopodobnie zespół chorób, jak to dziś określa psychiatria, która zaczyna dostrzegać pewne związki między zaburzeniami psychicznymi. Diagnostyka w psychiatrii stanowi proces rozciągnięty w czasie, a zbudowane przez lekarzy specjalistów klasyfikacje, terminologia, kategorie (często budzące lęk samym brzmieniem, ale i niekiedy uspokajające) oddają bardziej scjentystyczny ideał nauki pewnej, w której wszystko jest na swoim miejscu. Dziś postrzega się człowieka jako całość psychofizyczną, dostrzega związki między chorobami somatycznymi a psychiką. Amputacja duchowości w scjentystycznie zorientowanym paradygmacie racjonalistycznym pomijała niepotrzebnie fakt, że zawsze choruje cały człowiek, a na chorobę wpływ ma wiele czynników, począwszy od genetycznych do środowiskowych. Definicja „choroby psychicznej” może być tedy scjentystycznym złudzeniem epoki, w której traktowano chorobę jako autonomiczne zaburzenie oderwanych od siebie i niezależnych części. Może też rzeczywiście istnieje coś takiego jak „choroba psychiczna” w sensie jakiejś podstawowej pra-choroby, z której wywodzą się pochodne zaburzenia i choroby niejako wtórne względem tej fundamentalnej. Tego właściwie nie wie nikt.

Diagnoza w psychiatrii jest tedy w pewnym sensie „umową”, która ma charakter hipotetyczny, roboczy i tymczasowy. Wszystkie diagnozy to terminologia i nazewnictwo, brzmiące naukowo, zatem spełniające rolę wyjaśniającą, klasyfikującą i porządkującą, czyli służącą zapewnieniu pacjentowi spokoju. Niepisany przekaz zawarty w każdego rodzaju diagnozie może brzmieć: „wiemy, że cierpisz, ale wiemy, co to jest i jak się to leczy, a jesteś w tym cierpieniu jednym z wielu podobnych Tobie pacjentów, których mamy pod opieką.” Diagnoza zatem trochę maskuje niedostatek (bo nie zupełny brak) obecnego stanu wiedzy psychiatrycznej. Ale z drugiej strony są wyraźne różnice między różnorodnymi zaburzeniami psychicznymi, objawami, stąd konieczność odróżniania jednych od drugich, ponieważ inaczej leczy się OCD, inaczej psychozy, a jeszcze inaczej zaburzenia osobowości.

Zanim postawi się diagnozę choroby, jaką są zaburzenia schizofreniczne próbuje się ustawić diagnozę bliżej kręgu depresyjno-nerwicowego, potem stopniowo przechodzi się do możliwości wystąpienia psychozy schizofrenicznej. Trzeba przy tym wykluczyć zaburzenia schizoafektywne czy psychozę maniakalno-depresyjną. Nie każda psychoza musi oznaczać schizofrenię. Znam osoby, u których występują jedynie zespoły objawów pozytywnych, którym nie towarzyszą objawy negatywne i wyraźna dezorganizacja funkcji psychicznych. Funkcjonują dobrze w życiu codziennym, mając rozbudowane urojenia, łagodzone lekami neuroleptycznymi. Przeżywają dostosowane do treści urojeń negatywne emocje, wykazują czasem przyspieszony tok myślenia i wzmożoną gadatliwość. Nie ma jednej „schizofrenii” — jest ich tyle, ilu pacjentów, nie wszyscy są zdiagnozowani, nie wszyscy leczeni, część jest leczona nieodpowiednio — niewłaściwymi lekami lub ich dawkami albo nieregularnie. Istnieje zjawisko „nadmiernej neuroleptyzacji”, ale są sytuacje, kiedy włącza się leki zbyt późno lub podaje zbyt krótko. Może też być na odwrót.

Historia schizofrenii

Ponad stuletni rozwój myśli psychologicznej pozwala już na weryfikację zebranych danych szczegółowych z zakresu badań nad psychozami z obszaru schizofrenii. W niniejszej książeczce chciałbym zaproponować moje widzenie tego, czym są zaburzenia psychiczne, opierając się na własnych doświadczeniach z przebiegu zaburzeń psychotycznych, które trwały u mnie co najmniej przez kilkanaście lat.

Rozwijająca się intensywnie psychologia i psychiatria, a także psychofarmakologia (coraz skuteczniejsza) pozwoliły dokonać zwrotu biologicznego w kierunku psychologii biologicznej, dopatrującej się genezy chorób psychicznych w wadliwie funkcjonującym systemie nerwowym. Obecnie dominuje farmakologiczne podejście w terapii psychoz i depresji, choć nadal trudniej jest pobudzić pacjenta apatycznego niż uspokoić pobudzonego.

Moje poglądy na choroby psychiczne z obszaru schizofrenii „zawdzięczam” uzyskanemu „wglądowi” we własne procesy psychiczne. Ten „wgląd” umożliwia mi zrozumienie faktu, że w tym całym szaleństwie jest jakaś metoda. Irracjonalność choroby psychicznej, niegdyś wywołująca lęk, a co za tym idzie społeczną eliminację chorych, może posiadać ukrytą logikę. Nawet jeśli cała moja wiedza o schizofrenii, wynika z intuicji, nie widzę powodu, żeby z góry negatywnie przesądzać o niemożliwości poznania własnego zaburzenia.

Choroby psychicznej, zwłaszcza lekkiej, nie widać z zewnątrz. Zaburzenia zachowania, wyraźne w psychozach, są w okresie prodromalnym, często zwiastującym psychozę, prawie nieuchwytne dla otoczenia, będąc rozpoznawalnymi jedynie dla doświadczonego klinicysty. Gdy zaburzenie osiągnie pewien próg, staje się widoczne dla otoczenia, co ma logiczne wytłumaczenie. Otoczenie widząc, że zachowanie i myślenie chorego się zmieniło może wcześnie zainterweniować, a im wcześniejsze wykrycie choroby, tym lżejsza i szybsza remisja, powrót do codzienności i pracy zawodowej, a także właściwych relacji z ludźmi. Najbardziej w chorobach psychicznych boli chyba samotność i niemożliwość dawania innym tego, co w chorym najlepsze.

Wyleczenie ze schizofrenii jest możliwe jak dotąd u 70% chorych, ponieważ około 30 % z poddanych terapii nie reaguje na leki lub też reaguje na nie zbyt słabo. Wspieranie farmakoterapii innymi, nie farmakologicznymi formami terapii ma zatem wielki sens. Nawet jednak wśród tych 70% pacjentów nie wszyscy odzyskują pełne zdrowie. Wraca ono do stanu sprzed choroby tylko u 1/3 wszystkich pacjentów. Około 1/3 pacjentów niestety nie da się na razie pomóc, ich stan psychiczny stale się pogarsza, na co ma wpływ wiele czynników.

Zajmiemy się teraz poszczególnymi objawami zaburzeń psychicznych, traktując schizofrenię jako zespoły heterogenicznych zaburzeń. Nie mam jednak kompetencji, by rozstrzygać, czy objawy schizofrenii to jedna choroba o wielu czynnikach wyzwalających czy też kilkanaście różnych chorób, mających wspólne podłoże. Wśród specjalistów trwa na ten temat dyskusja.

Wczesny początek choroby i późne wykrycie (diagnoza, leczenie), a także płeć męska to czynniki rokujące zwykle (ale nie zawsze) niekorzystnie. Im gorsze funkcjonowanie społeczne przed fazą aktywnych objawów, tym trudniejsze leczenie, wolniejszy i ograniczony rozwój osoby, zubożone formalnie i treściowo wypowiedzi oraz kontakty społeczne, przewaga symptomów negatywnych. Przed fazą ostrą zwykle kilka lat trwają objawy „prodromalne”, dyskretne, niewidoczne ani dla chorego ani dla otoczenia, które nie widząc pogarszającego się stanu psychicznego nie może nic zrobić, żeby zapobiec psychozie.

Pojęcie „schizofrenii”, wokół którego narosło wiele kontrowersji, zawdzięczamy Eugene Bleurerowi, duńskiemu psychiatrze, który obserwując chorujących umysłowo z diagnozą „dementia praecox” (termin szwajcarskiego lekarza, Emila Kraepelina tłumaczony jako „otępienie wczesne”), spostrzegł, że wbrew temu, co sądził Kraepelin, w chorobie tej nie zawsze musi występować degradacja intelektualna. Obecnie wiemy, że intuicja Bleurera była słuszna, kiedy zdecydował się zastąpić pojęcie „dementia praecox” terminem „schizofrenia” (gr. schizo — rozszczepiam; frenos — umysł, serce). Schizofrenia nie jest chorobą, w której zawsze i wszędzie następowałby proces degradacyjny. Objawy z czasem nie zawsze narastają, lecz utrzymują się na tym samym poziomie, a w większości przypadków znacznie się zmniejszają, zwłaszcza dziś, w nowoczesnym, kompleksowym podejściu, polegającym na połączeniu terapii środowiskowych, psychoterapii i interwencji farmakologicznych.

Bleurer zauważył tedy ważną rzecz: proces chorobowy nie ma charakteru zwyrodnieniowego, jak to się dzieje na przykład w wielu chorobach neurologicznych. Podkreślił w swojej nowej nazwie fakt, że w tej chorobie dochodzi do jakiegoś rozszczepienia. Nie bardzo wiadomo było — poza ogólnym wyczuciem — co tak naprawdę jest w schizofrenii rozszczepione. Na własnym przykładzie spróbuję przyjrzeć się zjawisku rozszczepienia, by spróbować pokazać, w jakich sferach życia psychicznego ma ono miejsce. Jednak będą to jedynie — jak w każdej nauce humanistycznej — jedynie hipotezy.

Historia schizofrenii jest jednak starsza niż terminologia Bleurera. Część badaczy sądzi, iż znana dziś postać tej — jak się ją dawniej nazywało — „królewskiej choroby” sięga co najwyżej XVIII wieku, czyli stulecia rewolucji przemysłowej, które rozpoczęło przyspieszenie tempa cywilizacji, co wyzwalało większy stres. Stres może prowadzić nie tylko do nerwic, depresji, ale u osób bardziej wrażliwych być może wywoływać psychozy.

Odmienna grupa badaczy za pierwsze historyczne relacje o schizofrenii uznaje ewangeliczne opisy wyrzucania z „opętanych” złych demonów. Uznają, że prawdopodobnie u tych chorych dominowały wtedy zespoły objawów pozytywnych: głosy, urojenia prześladowcze („przyszedłeś nas zgubić”), izolacja społeczna („wyszli z grobów”), poczucie nadludzkiej siły (musiano ich wiązać łańcuchami), agresja. Ten niejako archetypowy obraz chorego na długo utkwił w świadomości społecznej i zadecydował o błędnym rozumieniu schizofrenii jako chorobie o odcieniu psychopatycznym. Chorzy nie są bardziej niebezpieczni dla otoczenia niż przeciętne osoby zdrowe. Nie pragną też odosobnienia, lecz wręcz przeciwnie — czują zwiększoną potrzebę bliskości, lecz w obliczu trudności w relacjach uciekają w siebie (autyzm) lub w urojenia. Wydaje się, że trudno dziś zdefiniować, na co chorowali owi „opętani”. Była to inna kultura, inny czas historyczny, inna mentalność, co razem w połączeniu z silną religijnością nadawało zjawiskom naturalnym silny odcień nadprzyrodzoności.


Statystyki


Na schizofrenię zapada w ciągu życia około 1% ludzi w populacji. Ryzyko zachorowania przez zdrowego osobnika wynosi zatem 1% (jedna osoba na sto). Jest to jak się wydaje czynnik inwariantny, niezależny od zmiennych kulturowych, religijnych i społecznych. Przyjmuje się, że w Polsce choruje około 380 tys. kobiet i mężczyzn (rzadziej dzieci i osób starszych), na świecie zaś od 20—40 milionów. Schizofrenia jest jedną z psychoz, przy czym stanowi jedynie pewien odsetek zaburzeń psychotycznych. Jeśli wziąć pod uwagę inne, nieschizofreniczne psychozy (psychozy reaktywne, o podłożu organicznym, intoksykacyjne i inne), wtedy w Polsce liczba chorych wrasta do około 1 miliona. Z tej liczby objętych leczeniem, nie zawsze właściwym, pozostaje co najwyżej połowa. Sporo osób nie jest nawet zdiagnozowanych.

Statystycznie rzecz ujmując schizofrenia nie jest chorobą rzadką. Przykładowo choroba dwubiegunowa afektywna (zwana dawniej cyklofrenią lub psychozą maniakalno-depresyjną) dotyka jedną osobę na 200 (0,5 %). Częstsze są natomiast nerwice, dotykające około 20—35 % społeczeństwa oraz depresja jednobiegunowa (10—20 %). Niektórzy psychiatrzy są zdania, że każdy człowiek żyjący w obecnych czasach przynajmniej raz w życiu znajdzie się w sytuacji kryzysowej, niekoniecznie zapadając na psychozę, jednak wymagając wtedy konsultacji specjalistycznej.

Fakt, że rozkład statystyczny schizofrenii pozostaje równomierny świadczyć może, ale nie musi o jej podłożu biologiczno-genetycznym. Schizofrenię wykryto również u Indian i występuje ona zapewne także u innych ludów pierwotnych. Czynniki psychologiczne byłyby tedy wtórne i występowałaby na tle pierwotnych zmian funkcji mózgu, wzmacniając na zasadzie sprzężenia zwrotnego objawy. Istnieje jednak również pogląd, że czynnikiem wywołującym schizofrenię jest stres środowiskowy, który nakłada się na wrodzoną „podatność na zranienie”. Innymi słowy, w schizofrenii działa czynnik ludzki — może nim być izolacja przez rówieśników czy problemy rodzinne. Jednak czynnik ten musi trafić na wrodzoną wrażliwość.

Objawy schizofrenii

Objawy schizofrenii dzielą się na dwie grupy, a ich wielość wskazuje według niektórych badaczy na fakt, że nazwa „schizofrenia” jest scjentystycznym złudzeniem epoki pozytywizmu i tak naprawdę mamy do czynienia nie z jedną chorobą, ale z zespołem schorzeń.

Podstawowe objawy (zwane osiowymi) to tzw. objawy pierwszorzędowe czy negatywne. W tym ostatnim określeniu nie chodzi o to, że są one złe w przeciwieństwie do „dobrych”, bo wszystkie objawy są niepożądane. Chodzi o to, że polegają one na braku, czyli nie występowaniu zachowań obecnych aktywnie w pełnym zdrowiu psychicznym. Człowiek zdrowy prezentuje bogactwo zachowań, gestów, mimiki, komunikatów niewerbalnych. Człowiek schorowany wykazuje znaczne zubożenie nawet podstawowych zachowań. Objawy negatywne często poprzedzają wystąpienie psychozy. Badacze dowiedli, analizując amerykańskie zapisy nagrań wideo z dzieciństwa osób, które później zapadły na schizofrenię, że subtelne zmiany w zachowaniu pojawiają się o wiele wcześniej niż do tej pory sądzono. Zmiany w zachowaniu polegają początkowo na braku koordynacji ruchowej, niezgrabności, nieprecyzyjności i małej spontaniczności, naturalności w zachowaniach. Na pewno wcześniej niż pełny obraz choroby pojawiają się kłopoty z nauką na skutek niecierpliwości, niewytrwałości, a przede wszystkim osłabieniu zdolności do koncentracji. Skupienie uwagi na dłużej na jednym zadaniu przekracza możliwości wszystkich chorych.

Człowiek z objawami negatywnymi myśli wolniej i przychodzi mu to trudniej. Nie potrafi wyciągać poprawnych wniosków, co jest podstawowym celem abstrakcyjnego myślenia. Myśli ześlizgują się z ustalonego toru (wykolejenie myślowe), zataczają koła, powracając do już przemyślanych spraw, rozpoczynając proces myślowy od początku.

Spowolnienie ruchowe towarzyszy umysłowemu. Poruszanie się jest trudne, bo chory włącza świadomość do czynności, które powinny być automatyczne. W ten sposób ustaje zdolność do wykonywania dwóch czynności naraz (podzielność uwagi). Człowiek chory porusza się wolniej, waha się, ma przy podejmowaniu decyzji szereg wątpliwości. Nie patrzy zwykle na wprost, tylko w ziemię, jego sylwetka jest przygarbiona, rysy twarzy napięte, oczy bez wyrazu emocji, często widać brak dbałości o higienę (co może również wynikać z problemu ubóstwa na skutek marginalizacji chorych i nadal wysokiego odsetka bezrobotnych wśród chorych).

Na objawy osiowe nakładają się objawy drugorzędowe, zwane pozytywnymi, wytwórczymi czy „produktywnymi”. Polegają na występowaniu myśli, emocji i zachowań nieobecnych w zdrowiu psychicznym. Należą do nich przede wszystkim omamy i urojenia oraz zaburzenia myślenia. Halucynacje najczęściej przyjmują postać słyszanych przez chorego „głosów”. Mogą one dyskutować w głowie, komentować zachowania chorego, krytykować go, obrażać lub wyśmiewać. Rzadko zdarza się, że głosy są pozytywne i dodają pacjentowi otuchy.

Urojenia dzielą się na kilka rodzajów. Wyróżniamy urojenia prześladowcze, ksobne, odsłonięcia, oddziaływania, wielkościowe i posłannictwa oraz urojenia winy i grzeszności. W następnych partiach książki zajmiemy się szerzej poszczególnymi typami urojeń, jako, że w moim przypadku omamy występowały na drugim planie. Rozbudowane były za to urojenia, tak, że doświadczyłem niemal wszystkich rodzajów tych symptomów.

Od początku życia u niektórych chorych aktywność społeczna zostaje poważnie zakłócona rozmaitymi czynnikami. Nie bez znaczenia jest tu na pewno przebieg ciąży, poród, komplikacje, potem odżywianie i dostarczanie witamin, wreszcie odpowiednie wychowanie o spójnych komunikatach i z bogactwem zachowań rodzinnych. W domu dziecko takie może bawić się samo, tak jak w przedszkolu, jego zabawy są ubogie w pomysłowość i inwencje, wszystko przychodzi mu z trudem i wolniej niż u innych dzieci. Odpowiednia stymulacja z otoczenia wydaje się tu niezbędna — im niższy status finansowy rodziny, tym mniejsza ilość bodźców (zubożone wydatki na kulturę, którą zastępuje konsumpcja i codzienne potrzeby) i w konsekwencji podatność na objawy negatywne. Kiedy dziecko nie jest włączane czynnie w życie rodziny, nie ma oparcia w rodzicach, mających na głowie codzienne problemy z utrzymaniem określonego poziomu życia, wtedy pojawia się dobry grunt pod rozwój objawów negatywnych, które o wiele lat naprzód wyprzedzają wystąpienie urojeń i omamów oraz zaburzeń myślenia. Rozmowy w rodzinie z problemami psychicznymi są zwykle ubogie, nie mają czytelnej intencji i nadrzędnej myśli, są zdawkowe i sprawiają wrażenie wymuszonych. Kiedy rodzice nie umieją przystosować się w rozmowie do poziomu dziecka, wtedy ono niewiele pojmuje z rozmowy i nie może rozwijać zasobu słownictwa, potrzebnego do rozwoju pamięci operacyjnej, funkcji wykonawczych i szerokich kompetencji społecznych.

Mimo ogromnego postępu w leczeniu schizofrenii, nie udało się jak dotąd wyprodukować leku, który likwidowałby zupełnie wszystkie, bardzo liczne objawy tej choroby. Mimo, iż w aptekach znajduje się już trzecia generacja leków neuroleptycznych, bardzo dobrze tolerowanych przez większość pacjentów, wciąż istnieje duża grupa chorych opornych na leczenie, zwłaszcza w zakresie objawów negatywnych. Natomiast udaje się zazwyczaj opanować większość objawów pozytywnych (omamy słuchowe, urojenia, zaburzenia myślenia), które dawniej były wyłącznie utożsamiane ze schizofrenią. Potoczny obraz schizofrenii, która miałaby polegać na „rozdwojeniu jaźni”, czy „wielokrotnej osobowości”, powstał w wyniku skoncentrowania się specjalistów wyłącznie na zespole objawów pozytywnych. Dziś w obrazie klinicznym często dominują objawy negatywne (apatia, anhedonia, małomówność, uboga ekspresja komunikatów niewerbalnych przez kontakt wzrokowy, mimikę twarzy, gestykulację oraz intonację i modulację głosu), które niestety poddają się leczeniu trudniej. Obecne stosowane coraz częściej w leczeniu pierwszego epizodu schizofrenii atypowe leki drugiej generacji (stosowane wciąż u mniejszości chorych w Polsce) nie powodują zbyt uciążliwych skutków ubocznych w przeciwieństwie do starych neuroleptyków I generacji. Poprawia to wyraźnie współpracę między prowadzącym leczenie i pacjentem, co oczywiście rzutuje na korzystniejszy przebieg schizofrenii. U mnie nie było nigdy charakterystycznej rezerwy wobec psychiatrii, jaką wykazują czasami pacjenci, którzy próbują podważać sens leczenia biologicznego, jak i sprzeciwiają się wobec biologicznego modelu zaburzeń psychicznych. Wychowany jestem w rodzinie z wyższym wykształceniem, o tradycjach inteligenckich, szanujących podejście racjonalistyczne wobec problemów egzystencji, co spowodowało, że nie popadłem w całkowitą irracjonalność, częstą w chorobach psychicznych.

Skąd biorą się urojenia?


Jeśli popatrzymy na dzieje ludzkości, dojdziemy do wniosku, że było w niej sporo urojeń. Oto przykładem urojeń mogą być mity jako działanie twórczych umysłów, które próbowały zrozumieć świat jeszcze wtedy groźny i niezrozumiały. Od pradawnych czasów ludzie wykazywali wyraźne objawy wytwórcze. Te „produkcje” wcale nie dowodziły słabości czy choroby. W takiej perspektywie widać, że właśnie zdrowy człowiek potrafi czasem fantazjować, zmyślać, wymyślać. Na tym polega twórcze myślenie i cała współczesna kreatywność. Urojenia są być może potrzebne do utrzymania równowagi w sytuacji dysonansu poznawczego. Kiedy człowiek gubi się w świecie, który staje się obcy, jego urojenia dają szansę przywrócenia mu harmonii. Oto całe życie byłem samotny, nawet wśród bliskich. Zostawiony samemu sobie, nie miałem z kim rozmawiać, rozmawiałem tedy sam ze sobą, najpierw na głos, potem w myślach. Stąd wzięły się późniejsze monologi wewnętrzne, dialogi myślowe, kiedy jakby rozszczepiony na dwoje lub więcej postaci toczyłem walkę wewnętrzną. Wreszcie pojawiać zaczęły się urojenia prześladowcze. Tak, jakbym chciał być prześladowany, aby przynajmniej nie być sam, żeby czuć się, że ktoś się mną „interesuje”, że jestem czyimś obiektem „zainteresowania”. W przypadku sytuacji prześladowania muszą być dwie instancje: prześladowany i osoba prześladująca (lub osoby). Nie ma prześladowania bez jednej z tych instancji. Widać zatem, że wyimaginowana sytuacja prześladowania jest w gruncie rzeczy sytuacją komunikacyjną, która zakłada istnienie w interakcji co najmniej dwu podmiotów. Nie istnieje komunikacja jednoosobowa. Monolog nie jest formą komunikacji — jest formą autystyczną, nawet gdy istnieje odbiorca. Jednak monolog nie zakłada wcale istnienia odbiorcy. Kiedy wyczerpała się moja energia dialogowa, pozostały jako resztki jedynie monologi wewnętrzne, które oznaczały wyłączenie z komunikacji. Kiedy „byłem” prześladowany, czułem się tak, jak historyk tropiący sensacyjne zdarzenia w ramach spiskowej teorii dziejów. Ktoś chciał mnie zabić — czyli innymi słowy nie jestem sam. Urojenia prześladowcze utrzymują zatem poczucie istnienia fizycznego. Podstawowym uczuciem jest doświadczenie cielesne, mimo, że tradycyjnie podkreśla się prymat wartości duchowych nad somatycznymi. Ciało jest kruche, może być zabite czy zranione, może cierpieć głód, pragnienie, zimno, wilgoć. Kiedy ktoś mnie „prześladował”, tedy znaczy też, że jestem kimś cennym, ponieważ tradycyjnie (jak w powieściach kryminalnych) zabija się osoby znaczące, ważne, persony, osobistości. W historii źli zwykle prześladowali dobrych. Urojenia tego typu pokazują więc po pierwsze: 1) chcą mnie zabić, czyli żyję; 2) mam ciało („nie bójcie się tych, co mogą zabić ciało, a duszy nie”); 3) jestem kimś znaczącym, o kogo toczy się batalia. W dalszej kolejności urojenie typu prześladowczego pokazuje podział na ja i ty-wy: ja jestem ofiarą, ty, ewentualnie wy jesteście katami, ja jestem dobry, wy źli. To typowy podział na czytelne, jasne, proste opozycje binarne, porządkujące świat wewnętrzny. Kiedy czułem się święty, byłem ofiarą i na odwrót, kiedy czułem się zły i brudny, wtedy cierpiałem na urojenia oddziaływania. O nich będzie szerzej mowa.

Wróćmy jednak jeszcze do analizy urojeń prześladowczych. Po pierwsze, u mnie w wywiadzie były epizody rzeczywistego znęcania się nade mną w szkole przez rówieśników. Urojenia mogą być echem tych dalekich czasów, reakcją z odbicia, cieniem i pozostałością po tamtych czasach, kiedy z jednej strony byłem wyśmiewany i przezywany, a z drugiej świat był dla mnie lepszy. Miałem wtedy zapewnione utrzymanie, a życie codzienne wyznaczał stały rytm, który zawalił się w momencie zachorowania i przejścia na rentę. Kiedy zatem wróciłem w psychozie w czasy dzieciństwa, wtedy wróciły przeżycia ze szkoły podstawowej, jakby przekształcone, niczym we śnie. To po pierwsze.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 37.28