PROLOG
Mam wrażenie, że umieram. Moje ciało drży, a żołądek robi wszystko, by pozbyć się zalegającej w nim treści. Próbuję go jeszcze powstrzymać i przekonać, że wymiotowanie na białe, szpitalne łóżko nie jest zbyt kulturalne, ale jest już za późno.
— Proszę oddychać — głos pielęgniarki dochodzi do mnie gdzieś z boku wraz z poleceniem, by wezwać serwis sprzątający.
— Przepraszam — mówię, a tuż po tym nachodzi mnie kolejna fala mdłości.
Czy to się już nigdy nie skończy?
Chwytam za nerkę, którą ktoś, zapewne jedna z pielęgniarek, w końcu mi podstawia. Dzięki temu nie brudzę już siebie ani posadzki.
— Dasz radę. Będzie dobrze. — Draco niespodziewanie się przy mnie pojawia, głaszcząc mnie delikatnie po plecach.
Jak zawsze ma na sobie jakieś beznadziejne ubrania, które wyglądają jak mix odmiennych styli z Pinteresta. Ale na jego widok od razu czuję się lepiej.
Co ja bym bez niego zrobiła? Zapewne już dawno pogrążyłabym się w rozpaczy, nie będąc w stanie znaleźć żadnego pozytywnego zakończenia tej historii.
— Mamy jeszcze tyle rzeczy do zrobienia. — Zapewnia chłopak, cały czas delikatnie głaszcząc moje plecy — Pomyśl o tych wszystkich ciasteczkach kokosowych, które razem zjemy. No i o herbacie z sokiem malinowym. Litrach cudownej i ciepłej herbaty.
Napięcie powoli zaczyna się ze mnie ulatniać.
— Nie wspominając już nawet o tych wszystkich głupkowatych serialach. Próbowałem obejrzeć samodzielnie kilka odcinków, ale to nie to samo. Brakowało mi kogoś, kto chrapałyby przez cały seans lub zagłuszał wszystko chrupaniem ciasteczek. — Dodaje, a ja śmieję się pod nosem.
Może i moja pidżama cuchnie teraz okrutnie, jest brudna, a panie pielęgniarki pewnie nienawidzą mnie bardziej, niż jakiegokolwiek innego pacjenta, ale przynajmniej nie jestem w tym sama.
Odwracam się w kierunku Draco, by spojrzeć w jego niebieskie oczy, ale niespodziewanie wszystko zaczyna się rozmywać.
Nie. Nie. Nie.
Widzę jeszcze jego bladą cerę, uśmiech i krótkie czarne włosy, lecz już po chwili chłopak pozostaje tylko wspomnieniem.
Próbuję go pochwycić, ale natrafiam wyłącznie na powietrze. Po Draco nie ma już ani śladu.
— Draco… — szepczę błagalnie, chcąc by do mnie wrócił i zapewnił, że jutro poczuję się lepiej.
Otwieram oczy. Dookoła mnie panuje przenikliwa ciemność. Jestem w swoim pokoju. Zupełnie sama.
1
Ktokolwiek twierdził, że studia są wspaniałe, perfidnie kłamał. To jedna z gorszych rzeczy, które mogły mi się przytrafić (pomijając oczywiście brak kokosowych ciasteczek w szafce w kuchni). Ciężko mi uwierzyć, że tak bardzo pragnęłam się na nie dostać, bo teraz, gdy jestem już oficjalnie studentką dziennikarstwa, nie marzę o niczym innym, jak o wróceniu do domu, owinięciu się w kołdrę z uśmiechającymi się szeroko ananasami i udawaniu, że nie istnieję.
Pozwoliłabym nawet, by plakaty z aktorami, które zajmują praktycznie całą ścianę w moim pokoju, gapiły się na mnie od rana do nocy. Wszystko, by tylko nie zrywać się wcześnie rano z zamiarem jechania na zajęcia.
— Ty jeszcze w domu? — mama spogląda na mnie z niedowierzaniem, bo zamiast biec na uczelnię, ubieram niezdarnie buty, walcząc z sennością.
— Właśnie wychodzę — tłumaczę, wiążąc sznurowadła.
— Zaraz się spóźnisz. Mówiłam ci tak wiele razy, że powinnaś brać to wszystko na poważnie. Nikt nie będzie…
Wyłączam się w połowie jej kazania, wsuwając do uszu słuchawki. Widzę, że mama coś jeszcze mówi, bo jej usta poruszają się energicznie, ale nie rejestruję już żadnych słów. Otwieram drzwi i wychodzę, zbiegając po schodach.
Prawda jest taka, że rzeczywiście nie mam zbyt wiele czasu. Szczególnie, że zaczynam ćwiczeniami z profesorem Okoniem we własnej osobie. Przepraszam, REDAKTOREM Okoniem, jak poprawiał nas wielokrotnie podczas pierwszych zajęć, podkreślając, że jest niesamowicie ważną osobistością nie tylko na uczelni, ale również w lokalnych mediach. Jakby napisanie kilku tekstów o nowej sieci cukierni rzeczywiście czyniło z niego jakiegoś wielkiego dziennikarza.
Wsiadam do autobusu, w dalszym ciągu słuchając muzyki. To jakaś proponowana mi przez Spotify składanka i nie przełączam jej jedynie dlatego, że nie chce mi się wyciągać rąk z kieszeni. W efekcie wsłuchuję się w coś, co ani trochę nie pasuje ani do mojego nastroju ani do atmosfery panującej w autobusie.
Mimo donośnych gongów i okrzyków w słuchawkach, w dalszym ciągu męczy mnie senność.
A co jeśli moja choroba wróciła? Może senność to właśnie pierwszy z objawów a niedługo będę się czuła już wyłącznie gorzej? Myśli o chorobie nękają mnie zarówno we śnie jak i na jawie. Czasami budzę się, w dalszym ciągu wierząc, że jestem w szpitalu i zaraz czeka mnie jakiś zabieg albo kolejne badanie. Mimo, że to wszystko należy już do przeszłości, mój organizm w dalszym ciągu dopatruje się symptomów choroby albo czegoś, co wskazywałoby, że ta niedługo do mnie powróci.
Na wszelki wypadek unoszę dłoń i dotykam nią nosa, ale oczywiście nie natykam się tam na nic. Sonda, w postaci wystającej z nosa rurki, już dawno zniknęła.
Gdy jestem już na uczelni, moje rozmyślania kierują się w nieco odmienną stronę. Wstyd przyznać, ale mimo że przychodzę tu już od kilku tygodni, w dalszym ciągu nie za bardzo wiem, gdzie znajdują się poszczególne pomieszczenia.
Budynek jest ogromny i przez to można się w nim łatwo pogubić.
Szkoda, że nikt nie stworzył tu jakiejś mapy. Mogliby brać przykład ze szpitali, w których plan budynku można znaleźć na dosłownie każdym kroku.
Gubiąc się kilka razy, w końcu docieram pod odpowiednią salę. Tuż pod nią czeka już spora grupa studentów. Poznaję niektórych z nich ale zamiast podejść bliżej, trzymam się z boku. Wyciągam telefon i udaję, że robię na nim coś niesamowicie ważnego ale w rzeczywistości sprawdzam swoje konto na Instagramie i brak jakichkolwiek nowych powiadomień.
W końcu zjawia się Okoń. Jak zawsze targa ze sobą ogromną aktówkę i postękuje, gdy zbliża się do zamkniętych drzwi.
— Dzień dobry państwu. Proszę się ustawić przed salą. Nie jesteśmy na wybiegu bydła tylko na szanowanej uczelni — wita nas, gdy kłębimy się przed drzwiami, bez większego ładu i składu.
Sala jest mała i wiem, że nie uda mi się w niej nigdzie schować. Siadam więc w najbardziej strategicznym miejscu, tuż przy oknie, licząc, że tam nie dosięgnie mnie oko profes… to znaczy redaktora Okonia.
Ten podchodzi do biurka, kładzie na nim swoją teczkę i zaczyna walczyć z projektorem. Zdaje się, że to jedna z trudniejszych rzeczy do opanowania, bo żaden z wykładowców nie umie sobie z tym poradzić. Niektórzy proszą o pomoc studentów a inni, ci bardziej uparci, samodzielnie próbują sobie poradzić.
Okoń należy do tych, którzy wszystko wiedzą najlepiej, dlatego po chwili udaje mu się włączyć urządzenie.
— Dzisiaj, drodzy państwo, porozmawiamy sobie o sztuce przeprowadzania wywiadów — oświadcza.
Mój zaspany umysł niespodziewanie się przebudza, bo domyślam się do czego to prowadzi. Z pewnością dostaniemy jakieś zadanie, które będzie polegało na połączeniu się w pary lub w grupy i stworzenia czegoś, co od biedy można by nazwać wywiadem.
— Każdy z nas wie, czym jest wywiad. A przynajmniej większości z państwa tak się wydaje — Okoń przesuwa po nas wzrokiem, jakby czekając, że ktoś się z nim nie zgodzi.
Nie ma na to jednak chętnych. Wszyscy są zbyt zaspani albo znudzeni, by wchodzić z nim w polemikę.
Na wszelki wypadek otwieram notes, by zacząć spisywać najważniejsze słowa i definicje, bo wiem, jakie to dla niego ważne. Już pierwszego dnia pouczył nas, że jego słowa są zbyt cenne, by zostały przez nas zapomniane.
— Jesteście jednak, szanowni państwo, w błędzie. Wywiad to bowiem sztuka. Zupełnie jak tworzenie obrazów czy rzeźb. Sztuka, którą nie każdy rozumie i nie każdy może się w niej spełniać.
Kilka osób prycha, najwyraźniej nie podzielając entuzjazmu redaktora.
— Czy ktoś chciałby sam wyjaśnić czym jest wywiad? Zapraszam, nie krępujcie się państwo. Ja sobie chętnie posiedzę i posłucham, zamiast stać na środku — Okoń mierzy nas mrocznym spojrzeniem.
Przypomina mi przez to nieco Tynieckiego. On również siał popłoch, gdy pojawiał się w szpitalnej sali, na czele orszaku innych lekarzy. Nawet pozostali medycy drżeli na jego widok, nie wspominając już nawet o pacjentach.
Jedynie moja babcia miała go głęboko w nosie.
— Tak właśnie myślałem — dodaje redaktor, gdy w sali ponownie zapada cisza — jeżeli nie mają państwo nic interesującego do dodania, radziłbym zachować milczenie. Poplotkować możecie sobie państwo po zajęciach, a przecież po coś państwo przyszli na tę uczelnię. By zagłębiać nową wiedzę, uczyć się rzemiosła. A nie jedynie, by zjadać kanapki pod stolikiem…
Ostatnia z uwag jest skierowana do chłopaka w ortalionowym dresie, który, nie robiąc sobie nic z faktu, że zajęcia zaczęły się już jakiś czas temu, wyciągnął drugie, albo patrząc na godzinę pierwsze śniadanie, i zaczął się nim zajadać.
— Przepraszam ale… uhh… nie miałem czasu przed wyjściem — odpowiada, w dalszym ciągu energicznie żując.
— To nie jest stołówka, proszę pana. Albo pan chowa to jedzenie do torby, albo może pan równie dobrze opuścić salę.
Okoń nie zamierza się z nikim patyczkować, co zresztą pokazał nam już wcześniej wiele razy. To najgorszy moment, by zajmować się jedzeniem, szukaniem czegoś w internecie albo montowaniem TikToków.
Chłopak chowa kanapkę, mamrocząc pod nosem kilka mało cenzuralnych słów.
— Skoro już sobie ustaliliśmy co i jak… teraz połączymy się w grupy — pada polecenie, którego nienawidzę najbardziej na świecie.
Ktokolwiek doszedł do wniosku, że praca w grupach jest dobrym pomysłem, chyba powinien się upewnić, że z jego głową jest wszystko w porządku.
Nie chodzi nawet o fakt, że muszę pracować z ludźmi, których za bardzo nie znam i jestem zmuszona wyjść ze swojej strefy komfortu. Po szpitalnych przygodach jestem już do tego przyzwyczajona. W końcu to właśnie tam musiałam spędzać czas z nieznajomymi a na dodatek spać z nimi w jednej sali w moich niesamowicie infantylnych pidżamach. W porównaniu z tym praca z innymi studentami nad stworzeniem pytań do wywiadu, nie jest niczym trudnym. Problem w tym, że nie potrafię rozmawiać z osobami w moim wieku. Starsze panie? Ordynatorzy? Panie salowe? Nie sprawiają mi żadnych trudności. Ale osoba po dwudziestce? To już prawdziwe wyzwanie.
Ostatecznie trafiam do grupy, w której znajduje się Mateusz, czyli chłopak, który zajadał się wcześniej kanapką, zapatrzona w telefon Sandra oraz Martyna, która jako jedyna wygląda, jakby rzeczywiście wiedziała co powinniśmy zrobić.
— To macie jakieś pomysły na pytania, które mu zadamy? — Martyna od razu przechodzi do rzeczy, sięgając po notatnik i długopis.
Okoń rzecz jasna wymyślił nam zadanie, które jest związane z jego osobą. Zamiast przeprowadzać wywiad z kimś sławnym — przykładowo jakimś aktorem albo chociażby influencerką reklamującą proszki do prania, naszym głównym i zarazem jedynym rozmówcą będzie on sam. Dziennikarz najwyższej, wręcz światowej klasy.
— Może spytamy go o ulubiony przystanek autobusowy? — rechocze Mateusz, mając na myśli jeden ze słynnych reportaży Okonia o tej właśnie tematyce.
— Albo o ulubioną aplikację na telefon — burczy Sandra, przesuwając palcem po ekranie.
Moje spojrzenie mknie w kierunku Martyny. Mam dziwne wrażenie, że dziewczyna oczekuje, że powiem coś, co w końcu będzie miało jakiś sens.
Czy mogę zapytać redaktora Okonia czy lubi kokosowe ciasteczka? Albo czy zna doktora Tynieckiego? A może jak podoba mu się nasz miejscowy szpital?
— Może… o ulubiony reportaż, który napisał? — sugeruję po chwili, mając nadzieję, że pytanie będzie odpowiednie.
Martyna nanosi je na kartkę, najwyraźniej wdzięczna, że się staram.
Nasza burza mózgów trwa przez kolejne dziesięć minut. Okoń przechadza się między nami niczym nauczyciel w trakcie egzaminów, upewniający się, że nikt z uczniów nie ściąga. Czasami przystaje przy niektórych stolikach, robi dziwaczną minę i zastyga a w innych momentach kręci z dezaprobatą głową.
Chyba spodziewał się nieco innych pytań ale przecież mamy wczesny ranek! O tej godzinie nie powinno się w ogóle wstawać, a co dopiero myśleć.
— No dobrze, proszę państwa. Czas to pieniądz, jak to mawiają niektórzy i pytania powinny już być gotowe. Nie będziemy czekali na resztę — Okoń powraca zza biurko, wyraźnie podekscytowany tym, co ma się za chwilę wydarzyć.
Mam wrażenie, że naprawdę myśli, że jest jakąś wielką sławą a nasz wywiad ukaże się w najczęściej czytanym magazynie w Polsce.
— To kto pierwszy? Może grupa spod okna. Zapraszam.
Pierwszy z zespołów zaczyna recytowanie pytań ale redaktor nieustannie im przerywa. Nie podoba mu się zarówno ton (pan to mówi tak, jakby panu się zupełnie nie chciało) czy też wyraz twarzy prezentujących (proszę patrzeć na mnie, w końcu to mnie chce pan o to zapytać a nie ściany obok).
Gdy w końcu nadchodzi nasza kolej, Martyna daje z siebie wszystko, zadając cztery pytania, które udało się nam ostatecznie wymyślić.
— Jaki jest ulubiony reportaż w pana karierze? — W momencie gdy Martyna zadaje mu stworzone przeze mnie pytanie, zaczynam się delikatnie rumienić.
Jak się okazuje, nie ma takiej potrzeby. Okoniowi pytanie wyraźnie przypada do gustu. Skąd to wiem? Bo od razu zaczyna opowiadać o wszystkich tekstach, jakie kiedykolwiek stworzył, nie szczędząc nam zbędnych detali i opisów stanów emocjonalnych, jakie towarzyszyły mu podczas procesu twórczego.
Dzięki temu nasze pytanie okazuje się jednocześnie ostatnim w czasie dzisiejszych zajęć. Można powiedzieć, że w pewnym sensie uratowałam pozostałe grupy, bo nie muszą się wysilać. Zapewne Okoń poprosi ich o przygotowanie się na kolejne ćwiczenia, o ile rzecz jasna nie zapomni, zlecając nam kolejne, niesamowicie ważne zadanie. Może wtedy będziemy pisali jego biografię?
— Nie było tak źle… — mówię w kierunku naszej grupy ale Mateusz ponownie zaczyna coś żuć a Sylwia nie widzi świata poza swoim telefonem. Uśmiech dostaję jedynie od Martyny ale zanim mam okazję powiedzieć coś więcej, zostaję sama.
Nie żeby to było coś nowego. Odkąd zaczęłam studia jestem nieustannie w trybie „peleryny niewidki” przez co praktycznie nikt nie jest w stanie mnie dostrzec.
Po ćwiczeniach mój poziom energii wynosi dosłownie zero. Na szczęście wiem, jak temu zaradzić. Gdy tylko wychodzę na korytarz, sięgam do torby, poszukując w niej kokosowych ciasteczek. Niestety po chwili uświadamiam sobie brutalną prawdę. Mam w torbie dosłownie wszystko ale zapomniałam zabrać moich ukochanych łakoci. Oczywiście. Wiedziałam, że coś pominę ale nie spodziewałam się, że będzie chodziło o coś tak ważnego. Wolałabym zostawić w domu notes albo nawet telefon ale nie coś, od czego zależy mój dobry humor.
Wzdycham i opadam na jedną z ławek przez uczelnią.
Mam teraz małe okienko przed wykładem z ekonomii, z którego pewnie nie zrozumiem niczego. Potem czekają mnie jeszcze zajęcia w uczelnianym studiu radiowym a następnie będę mogła wrócić do domu.
Studia dziennikarskie to tak naprawdę przypadek. Nigdy nie byłam urodzoną reporterką, która spędzała całe dnie na spisywaniu swoich myśli w notesie. Gdyby istniał jakiś kierunek, powiązany z leżeniem w łóżku, skończyłabym go z wyróżnieniem. Niestety, niczego takiego nie znalazłam. Nie byłam nawet pewna czy rzeczywiście chcę studiować. Gdy byłam chora, nieustannie o tym myślałam i zastanawiałam się jak to będzie. Wszystko było lepszej od szarej, szpitalnej rzeczywistości. Potem jednak mój zapał się zmniejszył, a w głowie pojawiły się liczne wątpliwości i pytanie, czy to naprawdę coś dla mnie. Rodzice jednak nalegali, a wraz z nimi babcia Renata. Gdy tylko zaczynałam zastanawiać się czy to rzeczywiście moja ścieżka, fundowała mi wykład o „bracie sąsiada, który mieszka w klatce obok, którego zalało w tamtym tygodniu i który ma takiego psa, który nieustannie szczeka przez co nie da się z nim wytrzymać…”. Wszyscy stwierdzili, że studia to idealny wybór, nie pytając co ja mam w tym temacie do powiedzenia.
Dopiero zapisując się na uczelnię, zrozumiałam, jak błędne były moje wyobrażenia. Częściowo obwiniam o to te wszystkie seriale i filmy, które pokazują jak niesamowicie dobrze jest być studentem, bo to wspaniała przygoda. Niestety większość zajęć, na które chodzę nie jest zbyt interesująca. Być może dlatego, że ten kierunek nie jest dla mnie?
Unoszę głowę, spoglądając na parę przechodzących obok mnie studentów. Z tego, co udaje mi się wychwycić, dyskutują na temat zapowiedzianego kolokwium. Teraz zamiast medycznych słówek, musiałam się nauczyć zupełnie nowych, związanych ze studiami. W dalszym ciągu mam wrażenie, że nie wiem, o czym mówi połowa z osób dookoła mnie, ale staram się udawać, że jestem taka jak oni. Nawet jeśli mam krew na rękach.
To nie tak, że zapomniałam o panu Łukaszu i tym, co mu zrobiłam. Chociaż minęło już kilka miesięcy, wspomnienia z tego dnia w dalszym ciągu do mnie powracają. Gdy tylko się tak dzieje, staram się skupiać na czymś innym. Czymkolwiek, byleby tylko nie pozwolić im wciągnąć się ponownie w wir wątpliwości.
Wiem, że moja decyzja była słuszna. Nie mogłam przecież postąpić inaczej. Gdybym tego nie zrobiła, nie byłoby mnie tu dzisiaj.
Dlaczego więc to tak niesamowicie boli?
Spoglądam na godzinę na telefonie i orientuję się, że moje okienko dobiega powoli końca.
Wstaję, zarzucając torbę na plecy i wtedy…
— Uhh, przepraszam — mamroczę, czując, że uderzam o coś twardego.
Impet powoduje, że zataczam się lekko na bok. Nigdy nie byłam najzgrabniejszą osobą na świecie i niestety, jest to teraz jeszcze bardziej widoczne. Całe szczęście, że nie mam w dłoni kawy albo czegoś innego do picia, bo napój pewnie wylądowałby na mnie albo…
Unoszę wzrok i w tym momencie zastygam ze zdumienia. Tuż przede mną stoi…
— Draco?
2
Walczę ze sobą, by się nie rozpłakać ale wiem, że nie wygram ze łzami. Te pojawiają się w moich oczach praktycznie od razu, gdy tylko go dostrzegam.
Wygląda tak jak zawsze. Krótkie czarne włosy, które najwyraźniej znowu przystrzygł za sprawą swoich czarów, lazurowe, wpatrujące się we mnie z zaintrygowaniem oczy i nieco zbyt blada, kontrastująca z kolorem włosów, cera. Do tego styl, który zdołałam poznać tak dobrze — obszerna bluza, spodnie cargo i trampki Converse, lekko znoszone lub wyłącznie sprawiające takie wrażenie.
— Nie mogę uwierzyć, że tu jesteś — szepcę i nie zastanawiając się za bardzo nad tym co robię, rzucam się w jego kierunku.
Jest ode mnie wyższy ale to ani trochę mnie nie powstrzymuje. Jestem go tak bardzo spragniona, że nie wiedząc nawet kiedy, zaciskam moje dłonie dookoła jego pasa, tuląc go z całych sił.
Nie zliczę jak wiele razy wyobrażałam sobie nasze kolejne spotkanie. Marzyłam o nim praktycznie każdej nocy, wierząc, że Draco w końcu do mnie wróci. A teraz w końcu tu jest. Żywy i jak najbardziej namacalny.
— Myślałam, że mnie zostawiłeś. Wszystko miało być już dobrze ale ty… wtedy… — jąkam się, próbując wyjaśnić ale przecież on najlepiej wie, co się wtedy wydarzyło.
Cień dotrzymał swojej obietnicy. Gdy tylko wypełniłam jego polecenie, moja choroba zniknęła, jakby nigdy jej nie było. Problem w tym, że… oprócz niej, zniknął również Draco.
Próbowałam się z nim wielokrotnie kontaktować ale żadna z metod nie działała. Rzucałam pytania w przestrzeń, wysyłałam do niego wiadomości, pisałam listy a nawet próbowałam odprawiać zaklęcia, które znalazłam na Tumblrze ale odpowiadała mi wyłącznie przeciągła cisza.
Nigdy nie mogłam zrozumieć dlaczego zostawił mnie akurat w tamtym momencie. Powinien być ze mną, tak jak obiecał. Mieliśmy przecież zrobić razem tak wiele razy, pójść w różne miejsca i zobaczyć jak to jest tak naprawdę żyć.
Czy był na mnie zły? Ale z jakiego powodu? Wielokrotnie rozważałam czy zrobiłam coś, co mogłoby go w jakikolwiek sposób urazić ale przecież postępowałam zgodnie z planem.
Wypełniłam zadanie, które przygotował dla mnie Cień, mimo że była to jedna z gorszych rzeczy w moim życiu. Po tym wszystkim wielokrotnie śniłam o panu Łukaszu i o tym, co zrobiłam.
Nie było jednak innego wyjścia. On i tak był już bliski śmierci a w taki sposób mogłam przynajmniej uratować samą siebie.
— To chyba jakaś pomyłka…
Dopiero jego słowa, wypowiedziane tym jakże znajomym głosem, powodują, że moje myśli przestają szaleńczo pędzić. Zatrzymują się na moment, podobnie jak ja sama. Na wszelki wypadek w dalszym ciągu trzymam go za bluzę, gdyby zdecydował się zniknąć.
— Co?
Odsuwa mnie od siebie. Delikatnie ale zarazem zdecydowanie. Dopiero teraz dostrzegam jego twarz i widzę, że… jest śmiertelnie poważny. Nie ma nie niej ani cienia dawnej wesołości. Zamiast niej natykam się wyłącznie na niezrozumienie. Może nawet coś w rodzaju obawy?
— Chyba mnie z kimś pomyliłaś. Nie mam na imię Draco — odpowiada.
Ma teraz minę w stylu: czy powinienem zadzwonić na 112 czy jeszcze chwilę poczekać żeby zobaczyć jak cała ta sytuacja się rozwinie.
— Ale przecież… to ty — mówię głupkowato, bo wszystko to wydaje mi się jakimś absurdem.
Czy los znów sobie ze mną pogrywa? A może Draco nie może przyznać, że on to on? Co jeśli chodzi o kolejną zasadę i po tym wszystkim musi ukrywać swoją tożsamość? Staram się znaleźć jakiekolwiek wytłumaczenie, które wyjaśniłoby mi, o co chodzi.
— Czy… Cień też tutaj jest? — szepcę, rozglądając się na boki.
Dziedziniec przed budynkiem jest wypełnionymi ludźmi, którzy wyszli na zewnątrz, by zaczerpnąć świeżego powietrza i odpocząć między wykładami. Jest ich zbyt wielu, żebym mogła powiedzieć czy gdzieś tam, między nimi znajduje się Cień. Poza tym może mieć dowolną formę i niekoniecznie wyglądać jak mały chłopiec, tak jak podczas naszego pierwszego spotkania.
— Dobrze się czujesz? Może powinienem po kogoś pójść? Albo gdzieś zadzwonić? — Chłopak badawczo mi się przygląda.
Mam ochotę szturchnąć go w bok żeby przestał udawać ale coś mnie powstrzymuje.
Co jeżeli to rzeczywiście NIE jest Draco? Ale w takim razie kto inny? Jego brat bliźniak? To niemożliwe. Przecież Draco wielokrotnie powtarzał, że ma tak wiele lat… nawet jeżeli kiedyś miał rodzeństwo, to już dawno by nie żyło.
— Nie, nie trzeba. Po prostu… jesteś pewien, że nie masz na imię Draco? — Pytam jeszcze raz, chcąc się upewnić, że za pierwszym razem usłyszałam go poprawnie.
— Prędzej powiedziałbym, że Syriusz albo Harry — zauważa z delikatnym uśmiechem — Do Malfoya to mi daleko, szczególnie z tym kolorem włosów.
Śmieję się, krótko i nieco na siłę, bo nic tu nie jest takie, jak być powinno.
A może to zaledwie kolejny sen? Czasami są tak realne, że ciężko mi odróżnić co jest zaledwie fikcją a co rzeczywistością.
— Mam na imię Wiktor — dodaje po chwili, wyciągając w moim kierunku rękę.
— Elżbieta. Ela. — Odpowiadam, automatycznie ją ściskając — Przepraszam za to wszystko. Po prostu… chyba rzeczywiście cię z kimś pomyliłam. Wyglądasz jak mój dawny przyjaciel. — Wyjaśniam, bo wiem, że muszę jakoś wytłumaczyć mu swoje dziwaczne zachowanie.
A nie jest to proste, szczególnie biorąc pod uwagę to, jak zareagowałam. Ale czy to moja wina skoro wygląda dosłownie IDENTYCZNIE jak Draco?
Ocieram ukradkiem łzy z policzków, czując jak twarz pali mnie ze wstydu. I właśnie dlatego nie rozmawiam z praktycznie nikim na uczelni. Zawsze ale to zawsze powiem albo zrobię coś głupiego i potem wszystko kończy się właśnie w taki sposób. Domyślam się, że chłopak nie będzie chciał mieć już ze mną nic wspólnego i nie dziwię się mu.
— Nic się nie stało, po prostu przez moment pomyślałem, że może masz atak paniki albo coś takiego — zapewnia, uśmiechając się delikatnie, zupełnie tak samo, jak to robił mój Draco. — Może wolałabyś usiąść? Tak pewnie byłoby wygodniej i mogłabyś dzięki temu nieco ochłonąć.
— Nie. Nie ma takiej potrzeby. Wszystko jest już dobrze. Po prostu za bardzo dałam się ponieść emocjom. — Zaprzeczam szybkim ruchem głowy, jednocześnie cały czas na niego spoglądając.
Nie umiem myśleć o nim inaczej niż o Draco. Moim Draco. Tym samym, który uratował mi życie. A następnie zniknął, zostawiając mnie bez ani jednego słowa.
— No cóż, czasami takie pomyłki się zdarzają. Wiesz, chcemy zobaczyć kogoś bliskiego, więc dopatrujemy się jego twarzy we wszystkich mijanych przez nas osobach — mówi, najwyraźniej rzeczywiście nie mając mi za złe tego, co przed chwilą zrobiłam.
Znam siebie i niestety wiem, że jego słowa pozostaną we mnie na długo. Podobnie jak moja mało przemyślana reakcja.
Jest mi wstyd ale z drugiej strony, jak niby miałam zareagować, widząc swojego przyjaciela po tak długim czasie? Każdego dnia marzyłam, by się do mnie odezwał, więc gdy w końcu się tu pojawił, emocje wzięły górę.
— Studiujesz tutaj? — Pytam, robiąc wszystko, by chociaż przez chwilę został tutaj, przy mnie.
Nawet jeżeli nie jest tym, za kogo go uważam… chcę dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Może dzięki temu odkryję jakieś tajemnicze połączenie między nimi?
— Dopiero zacząłem. Wiesz, przeprowadzka i te sprawy. Ale mam nadzieję, że uda mi się tu zostać na dłużej. — Mówi, spoglądając w kierunku roztaczającego się za nami budynku.
— No tak. Przeprowadzka. Pewnie masz sporo na głowie…
— Nawet nie wiesz jak wiele. Nie wspominam już o tych pudłach, które walają mi się po całym domu. — Wzdycha teatralnie, a następnie ponownie na mnie spogląda i pyta. — Nie wiesz może gdzie jest tutaj dziekanat? Nie chciałbym zabłądzić, szukając go na własną rękę.
Wybrał sobie naprawdę najgorszą osobę na przewodnika.
— To zależy, z jakiego kierunku jesteś.
— Z dziennikarstwa.
Przygryzam na moment wargi, by nie wydobyć z siebie pisku radości. Wystarczy, że już wcześniej go nastraszyłam więc nie chcę robić kolejnych, dziwnych rzeczy.
— Masz szczęście, bo nie dość, że wiem gdzie jest to jeszcze cię do niego zaprowadzę — oświadczam, zaskakując tym nawet samą siebie.
Przez ostatnie tygodnie moje kontakty międzyludzkie ograniczały się do pracowania z innymi studentami w grupach, gdy wykładowcy tego od nas wymagali a także pytania gdzie znajduje się dana sala, gdy gubiłam się po raz kolejny na korytarzu. Czasami zadawałam również słynne pytanie „czy była już lista”, gdy trzeba się było wpisać na zajęciach.
Ale to coś innego. Prawdziwa rozmowa z człowiekiem czy kimkolwiek on jest.
— O świetnie. Ale wiesz, nie chciałbym zajmować ci czasu czy coś takiego…
— Absolutnie nie zajmujesz — zapewniam, może nieco zbyt entuzjastycznie i za szybko, ale nie umiem się powstrzymać.
Ruszamy w kierunku budynku i robię wszystko, by nie spoglądać na mojego towarzysza. Nie jest to jednak łatwe. Tak bardzo się za nim stęskniłam, że moje oczy automatycznie uciekają w jego stronę. Poza tym to dziwne, że nie tylko ja mogę go ujrzeć a również pozostali. Przyzwyczaiłam się już do tego, że Draco jest tylko „mój”.
— To… długo już tu mieszkasz? — Pytam i dopiero, gdy wypowiadam te słowa, uświadamiam sobie, jak wielkie głupstwo palnęłam.
Przecież wyraźnie powiedział, że dopiero co się tu przeprowadził.
— Dwa tygodnie. Ale jeszcze nie miałem okazji pojawić się na żadnych zajęciach. Cały czas tylko coś załatwiałem, wiesz jak to jest. Wynajęcie mieszkania, znalezienie współlokatora…
— No tak. Ogromnie dużo z tym zamieszania — potakuję, myśląc o tej całej papierologii.
Wszystko to i tak nie umywa się do tego, co dzieje się w szpitalu. Tam to dopiero człowiek nazbiera się tony papierów, krążąc od jednego gabinetu do drugiego i zwiedzając odmienne oddziały. Mam ochotę podzielić się z nim tą dygresją, ale gryzę się w język. Temat szpitala należy do przeszłości a ja żyję teraz zupełnie nowym życiem.
A przynajmniej się staram.
Wchodzimy do windy i czekamy aż zawiezie nas na drugie piętro. Gorączkowo obmyślam co mogłabym jeszcze powiedzieć, by zatrzeć pierwsze, fatalne wrażenie i jednocześnie mieć jakiś pretekst, by zostać przy nim nieco dłużej. Niestety rozmowy, a przynajmniej te w miarę normalne, nie są moją mocną stroną.
Spoglądam na niego, znów łapiąc się na tym, że myślę o nim jak o Draconie a nie Wiktorze. Nie wiem, czy to imię chociaż trochę do niego pasuje. Jest dziwne. Inne. A może to po prostu kwestia przyzwyczajenia.
Drzwi windy otwierają się i wychodzimy na zatłoczony korytarz. Obojętnie o jakiej porze byśmy się tu nie pojawili, zawsze ktoś będzie się tu kręcił.
— To już niedaleko — zapewniam.
Mam nadzieję, że prowadzę go w dobrym kierunku i wylądujemy w dziekanacie a nie przykładowo w łazience.
— Oby był dzisiaj otwarty — mówię, bo prawie zapomniałam o tym, że dziekanat jest otwarty wyłącznie w określone dni i w specjalnych przedziałach czasowych.
Przekonałam się o tym na własnym przykładzie. W poniedziałek mieli akurat dzień wewnętrzny, podczas którego nie przyjmowali studentów a gdy wróciłam we wtorek, okazało się, że przyszłam o wiele za wcześnie, bo drzwi otwierały się dopiero od godziny 12. Prościej byłoby dostać się na wizytę u doktora Tynieckiego.
— Typowe zagranie na każdej uczelni — wzdycha Wiktor, gdy zatrzymujemy się przed drzwiami na końcu. — Ale najwyraźniej mam dzisiaj wyjątkowe szczęście.
I rzeczywiście. Dziekanat, jak na złość, jest otwarty, przez co nic nie stoi na przeszkodzie, by Draco… to znaczy Wiktor, mógł do niego wkroczyć. Wiem, że to niedorzeczne, ale nie chcę by znikał. Przecież dopiero co się poznaliśmy i nie udało mi się o nim dowiedzieć praktycznie niczego. Nie wspominając już o rozwikłaniu tej całej zagadki.
— To… do zobaczenia? — pytam, bo wiem, że nie ugram już niczego więcej.
— Tak, do zobaczenia. Dzięki za pokazanie mi drogi — uśmiecha się przyjaźnie a następnie znika w środku.
Przez chwilę stoję jeszcze jak słup soli, wpatrując się tępo w zamknięte drzwi. Draco wrócił chociaż nie w takiej formie, jak tego oczekiwałam…
3
Bardzo liczyłam na to, że Wiktor pojawi się na zajęciach z ekonomii czy też wkroczy do studia radiowego, ale nic takiego się nie wydarzyło. Pocieszałam się jedynie tym, że może sprawy w dziekanacie zajęły mu tak dużo czasu, że doszedł do wniosku, że nie opłaca mu się już wracać na zajęcia.
Nie byłam jednak pewna, czy rzeczywiście tak się stało. Nawet gdy wróciłam do domu, myślałam jedynie o nim, rozważając wszelkie potencjalne scenariusze włącznie z tym, w którym okazało się, że wszystko to było zaledwie wytworem mojej wyobraźni. Może tak bardzo za nim tęskniłam, że mój umysł zdecydował się stworzyć go i choć przez chwilę pozwolić mi z nim porozmawiać? Brzmi to nawet logicznie, chociaż jednocześnie nieco żałośnie.
Sięgam po telefon i odblokowuję ekran. To moja codzienna, wieczorna rutyna. Od kiedy Draco zniknął, powracam do wiadomości, które wymienialiśmy, gdy leżałam w szpitalu. Obiecałam sobie, że nigdy ich nie usunę. Stanowią dowód na to, że to wszystko naprawdę się wydarzyło. Poza tym są wspaniałą pamiątką i pozwalają mi chociaż na chwilę zapomnieć o bólu związanym z naszym rozstaniem, o ile w ogóle można tak nazwać to, co się wtedy wydarzyło.
Uśmiecham się, widząc wszystkie zabawne teksty i próby, które podejmował Draco, by poprawić mi humor. Królują w nich kokosowe ciasteczka, linki do reality shows, które mieliśmy wspólnie obejrzeć a także różnorodne GIFy, które Draco podpatrzył od mojej mamy.
Nie zauważam nawet kiedy przeglądanie telefonu pochłania mnie do tego stopnia, że odpływam do krainy snów. Dopiero gdy otwieram oczy, zbudzona dochodzącymi z łazienki dźwiękami, orientuję się, że jest już kolejny dzień a ja pewnie znów będę bliska spóźnienia się na wykłady.
— Ty dalej w łożku? — mama jak zawsze wie kiedy pokazać się w moim pokoju i popatrzeć na mnie z dezaprobatą. Gdyby tylko wiedziała co tak naprawdę się dzieje. Nie mogę jednak nikomu o tym powiedzieć.
Jest zupełnie tak jak wtedy, gdy Draco pojawił się u mnie po raz pierwszy. Po dziwacznej rozmowie, którą przeprowadziliśmy w szpitalnej stołówce, nie miałam pojęcia co sądzić o nim i jego propozycji pomocy. Chciałam się poradzić innych, ale nikt przecież by mi nie uwierzył.
— Właśnie wychodzę. Szukałam tylko jeszcze czegoś w szufladzie. — Kłamię, udając niezwykle przekonująco, że zastanawiam się nad wyborem skarpetek. To które dzisiaj — zielone z UFO czy może czerwone w truskawki?
— Studia to niesamowicie ważna część twojej edukacji. Szczególnie, że tak bardzo o nie walczyłaś. Musisz zacząć doceniać to, co masz. — Mama jak zawsze musi się nieco powymądrzać, zanim znika ponownie w przedpokoju.
Niestety, rzeczywiście nie mam już zbyt wiele czasu dlatego pośpiesznie pakuję torbę i wybieram pierwszy lepszy strój.
Moja szafa przeszła ogromną metamorfozę od czasu, gdy stałam się studentką. Niestety nikt nie wpuściłby mnie na wykład w polarkowej pidżamie z Atomówkami czy też przebraną za jednorożca dlatego musiałam kupić trochę „normalniejszych” ubrań. Chociaż przyznam szczerze, że nie szło mi to za dobrze, bo cały czas ciągnęło mnie w kierunku bardziej wygodnych rozwiązań.
Gdy docieram w końcu na uczelnię, zaledwie lekko spóźniona, zaczynam znowu miotać się po budynku, w poszukiwaniu odpowiedniej sali. Na szczęście nie schodzi mi na to zbyt wiele czasu. Okazuje się, że aula, której poszukiwałam, jest dosłownie przede mną.
Wślizguję się do niej i szybko mknę na koniec, tak, by nikt mnie nie zauważył.
Wykłady mają to do siebie, że nikogo tak naprawdę nie interesuje czy się na nich jest czy też nie. Można przyjść ale równie dobrze spędzić ten czas w kawiarni czy pod kocem w domu. Oczywiście, niektórzy wykładowcy w dalszym ciągu trzymają się zasady wpisywania się na listy. Jeżeli ktoś opuściłby dwa wykłady, nie miałby szans na podejście do egzaminu. Większość studentów i tak to olewa, prosząc, by inne osoby obecne na wykładzie, podpisywały się na liście zamiast nich. Ja niestety nie potrafię bawić się w podobne kłamstwa a nawet jeśli, nie miałabym kogo o to poprosić.
Rozkładam pośpiesznie swoje rzeczy na wąskim blacie a następnie zaczynam się rozglądać po sali.
Wykładowca przemawia głosem tak znudzonym, że widać wyraźnie, że on również nie ma ochoty spędzać z nami poranka. Brakuje jeszcze żeby od czasu do czasu zaczął ziewać albo po prostu położył się na podłodze i zasnął.
Zaczynam notować, mimo że wiem, że podobna wiedza do niczego mi się nie przyda. Po raz kolejny zastanawiam się czy studia są na pewno dla mnie. A może zawsze tak jest na początku i trzeba się po prostu wdrożyć w studenckie życie?
Podczas gryzmolenia w notatniku i próby skupienia się na wykładowcy oraz jego monotonnym głosie, zaczynam poszukiwać wzrokiem Wiktora. Mam wielką nadzieję, że przyszedł dzisiaj na wykład i zaraz ujrzę jego kruczoczarne włosy, ale nigdzie go nie widzę. Wiem, bo przesuwam wzrokiem po wszystkich studentach już po raz czwarty. Nie żebym była aż tak zdesperowana… No dobrze, może chodzi mi o zobaczenie ponownie Wiktora ale tylko dlatego, by się upewnić czy to wszystko wydarzyło się naprawdę. Poza tym co jeśli on zaledwie jest trochę podobny do „mojego” Draco a nie wygląda identycznie? Poprzedniego dnia byłam tak podekscytowana, że mogłam to po prostu przeoczyć.
Wykład w końcu dobiega końca co cieszy nie tylko studentów ale również wykładowcę.
Czeka mnie teraz półtorej godziny informatyki co przyjmuję z pewnym poczuciem ulgi. Podczas pierwszych zajęć wydawało mi się, że wykładowca — pan Korzeń, przemawia do nas w jakimś obcym języku, bo nie zrozumiałam z tego zupełnie niczego. Jedynie to, że mamy stworzyć własną stronę internetową. Ale gdy przeszedł do detali, momentalnie się pogubiłam. Wtedy też odkryłam, że bycie biegłą w pisaniu wiadomości i przeglądaniu TikToka, raczej nie zapewni mi dobrej oceny z tego przedmiotu.
Wlokę się pod salę, zastanawiając się jakim cudem stworzę coś, o czym nie mam żadnego pojęcia, gdy nagle dostrzegam Dra… Wiktora. Ponownie mam ochotę się na niego rzucić, powiedzieć mu jak bardzo się za nim stęskniłam a następnie rozpłakać się jak jakaś beksa. Znów mam wrażenie, że tuż przede mną stoi mój dawny przyjaciel. Wiktor nie jest jedynie trochę do niego podobny. Jest jak jego idealna kopia.
— Hej, wygląda na to, że jesteśmy w tej samej grupie na informatyce. — Dukam, bo wiem, że nie mogę tak po prostu stać i na niego patrzeć.
Dopiero teraz zauważam, że ma w uszach słuchawki więc pewnie nawet mnie nie słyszy. Zamierzam się wycofać ale wtedy podnosi głowę i nasze spojrzenia się spotkają.
— O, Ela — mówi, zsuwając słuchawki i delikatnie się uśmiechając.
— Hej, chyba jesteśmy w tej samej grupie na informatyce — powtarzam, bo to jedyne, co przychodzi mi teraz do głowy poza tym wydaje się to dobrym tekstem, by rozpocząć rozmowę.
— Chyba tak — uśmiecha się jeszcze raz a następnie podnosi się z podłogi.
— Udało ci się wczoraj wszystko załatwić? W sensie w dziekanacie. — Pytam, bo może wiąże się z tym jakaś zabawna historia.
Co jak co ale my, Polacy, uwielbiamy narzekać. Może więc Wiktor opowie mi teraz jak panie w dziekanacie nie chciały mu udzielić pomocy albo zganiły za to, że nie przyniósł jakiś ultraważnych dokumentów, które pewnie nawet nie są takie istotne.
— Wszystko to może za duże słowo, bo pewnie czeka mnie jeszcze kilka wycieczek w tamtym kierunku. Ale sporo — mówi, otrzepując spodnie.
Dzisiaj ma na sobie sprane jeansy i kolejną parę Conversów, tym razem w kolorze ciemnej szarości.
— To dobrze — potakuję — mam nadzieję, że uda ci się szybko załatwić te wszystkie inne sprawy.
Mam ochotę powiedzieć mu tak wiele rzeczy zamiast trzymać się tej głupiej i nudnej gadki o szkole i dziekanacie. Ale nie mogę. Bo przecież Wiktor nie jest nim. A ja znów zrobiłabym z siebie wariatkę.
Nadejście pozostałych studentów rozwiązuje na chwilę mój dylemat. Nie muszę już szukać tematów do rozmowy, bo wszyscy wchodzimy do środka sali.
Mam dziwne przeczucie, że Wiktor wybierze jedno z biurek blisko chłopaków. I mam rację. Nie jestem pewna kiedy zdołał ich poznać, ale szybko zbijają sobie piątki i przechodzą do rozmowy o Reddicie i czymś, co tam przeczytali.
Ja za to zajmuję miejsce przy oknie, na samym końcu sali. Tak jak zawsze.
— Dzień dobry państwu — Korzeń wchodzi do środka powolnym krokiem jakby ani trochę mu się nie śpieszyło.
Aromat kawy, którą ze sobą przyniósł, rozprzestrzenia się po sali. Jestem wręcz przekonana, że oprócz niej wyczuwam również kurczaka i coś w stylu ostrych papryczek. Może wykładowca zamierza pójść w ślady Mateusza i również jeść, podczas gdy my będziemy pracować?
Mamroczemy w jego kierunku szybkie „dzień dobry”, brzmiąc jakbyśmy wszyscy byli w jakimś letargu albo transie.
Zastanawiam się co mogę zrobić w obecnej sytuacji z Wiktorem. Nie mam pojęcia jak się do niego zbliżyć. Jasne, mogę znów do niego zagadać ale o czym niby mielibyśmy rozmawiać? O mojej szpitalnej kartotece? Tajemniczej chorobie, która mi się przytrafiła? W przypadku Dracona, wszystko było proste. Ale z Wiktorem potrzebuję jakiegoś dobrego tematu, by go przy sobie zatrzymać. Czegoś, co mogłoby go zaintrygować i spowodować, że naprawdę stałby się moim przyjacielem. Albo chociaż kolegą.
Zdaję sobie sprawę, że Draco i Wiktor to dwie, różne osoby, ale mimo wszystko chcę się do niego zbliżyć. Może po to, by przekonać się, jak bardzo się od siebie różnią? Albo wręcz przeciwnie, zobaczyć, jak wiele ich łączy? Co jeśli ich podobieństwo nie kończy się wyłącznie na wyglądzie? Może to głupie ale łudzę się, że Wiktor będzie dokładnie taki sam, jak mój dawny przyjaciel.
— Walczak? — pytanie Korzenia wyrywa mnie z zamyślenia.
Orientuję się, że wszyscy włączyli już swoje komputery albo zaczynają to robić a ja po prostu siedzę i gapię się przed siebie.
— Tak, przepraszam. Już go włączam. — Mówię, sięgając w kierunku komputera.
Sprzęt, którym dysponuje uczelnia, nie należy do najnowszych. Mamy więc w zestawie ogromne pudło pod biurkiem i coś, co zapewne ma być monitorem. Nie wspominam nawet o żadnych specyfikacjach i danych technicznych. Nie znam się na nich ale komputer za każdym razem niemiłosiernie muli.
— Pytałem czy jest pani obecna — wzrok Korzenia przesuwa się po mnie, a na jego ustach pojawia się nikły uśmieszek.
— Ach, tak, jestem tutaj — zapewniam, zażenowana tym, że zostałam przyłapana na bujaniu w obłokach.
Zapomniałam już prawie, że Korzeń ma ten zwyczaj czytania listy obecności zamiast, jak pozostali wykładowcy, po prostu puścić ją między studentami, by sami się na niej wpisali. Może po prostu nam nie ufa i wie, że lubimy dopisywać do niej osoby, które w rzeczywistości nie pojawiły się na zajęciach. To znaczy inni lubią, bo ja nigdy jeszcze tego nie zrobiłam i pewnie nie zrobię. Wątpię, by mnie o to ktoś poprosił.
Odczytywanie listy trwa dalej, a mój komputer w końcu wyświetla na ekranie powitanie. Przynajmniej on cieszy się z nadchodzącego zadania.
— No dobrze, w takim razie wiemy już kto jest, a kogo nie ma. — Korzeń odkłada na blat swojego biurka notes — Teraz proponuję, żebyście dokończyli projekty, które wcześniej zaczęliście. Jeżeli ktoś jeszcze nie pamięta, dane do logowania macie na tablicy.
Loguję się i wodzę wzrokiem po sali. Wiktor w dalszym ciągu jest pochłonięty dyskusją z chłopakami. Kątem oka wyłapuję, że wspólnie oglądają jakieś filmiki na YouTubie. Ciekawe jakim cudem. Na pierwszych zajęciach próbowałam włączyć jakieś wideo, ale ładowało się tak długo, że dałam sobie spokój.
Chwytam za myszkę i również włączam przeglądarkę. Problem polega na tym, że absolutnie nie wiem, co powinnam zrobić. Korzeń tłumaczył nam to niby podczas pierwszych zajęć. No właśnie, słowo klucz — niby. Bo może i coś mówił, ale ja nic a nic z tego nie zrozumiałam.
Staram się zerknąć na stanowiska osób obok mnie, ale nie jest to takie proste przez oddzielające nas małe ścianki. W efekcie widzę jedynie włosy dziewczyny, która siedzi po mojej lewej. Może i są ładne ale zupełnie nie przydadzą mi się podczas tworzenia mojego projektu.
— Pamiętajcie, to ma być ładna strona, dopracowana. Będę zwracał na wszystko uwagę. — Zapewnia Korzeń, jakby chciał się jeszcze nade mną dodatkowo poznęcać.
Wklepuję w Google „jak zbudować stronę internetową”, mimo że wiem, że odpowiedź i tak przewyższy moje możliwości. Postanawiam więc, że zamiast skupiać się obecnie na jej budowaniu, wymyślę o czym ona będzie, nadam jej jakiś adres i zrobię tak wiele, jak tylko się da, bez jej faktycznego tworzenia. Sięgam po swój notatnik i zaczynam zapisywać w nim różnorodne pomysły. Kusi mnie, by zrobić coś związanego ze szpitalem. Może interaktywną mapę dla wszystkich tych, którzy podobnie jak ja, mają zerowe rozeznanie w terenie? Albo przewodnik po lekach? Albo lekarzach? Niby są już takie strony ale na mojej nikt nie mogły kupować sobie ocen. Wszystko byłoby rzetelne i sprawdzone.
W taki właśnie sposób, na zapisywaniu moich myśli w notesie, mijają mi całe ćwiczenia.
Gdy w końcu znajduję się na korytarzu, sięgam do kieszeni i wyciągam z niej zmiętą kartkę. Mam na niej wydrukowany plan zajęć na cały tydzień wraz z salami, gdzie odbywają się poszczególne wykłady. Rzecz jasna wszystko to po to, żeby się nie zgubić.
Zgodnie z tym, co na nim widnieje, czeka mnie teraz godzina prawa prasowego. Zaczynam się zastanawiać gdzie jest ta sala ale postanawiam, że po prostu będę podążać za innymi osobami z mojej grupy.
Wykład jest jeszcze nudniejszy niż się spodziewałam i prawie na nim zasypiam. Korzystając z okazji, że Wiktor w dalszym ciągu trzyma się z chłopakami, powracam do swojego pomysłu na ćwiczenia z Korzeniem. Mimo, że staram się jak mogę, tworząc rozpiskę swojej strony i poszczególne sekcje, które będą się na niej znajdowały, nie mogę pozbyć się uczucia zawodu. Po raz kolejny zastanawiam się czy studia to rzeczywiście odpowiednia ścieżka dla mnie. Wątpliwości towarzyszą mi zarówno na uczelni, w autobusie ale także w łóżku, do którego w końcu trafiam. Na razie postanawiam nie skupiać się na nich za bardzo. Zamiast z nimi walczyć, chowam się przed nimi pod moją kołdrą w ananasy. Tam zdecydowanie mnie już nie dorwą.
4
Sonda drażni mój nos przez co znowu zaczynam kichać. Pewnie powinnam się już do tego przyzwyczaić, ale mam wrażenie, że to nigdy się nie wydarzy.
— Chcesz chusteczkę? Mam taką w Pokemony. — Draco nachyla się nade mną z pudełkiem dziecinnych chusteczek i powiewa nimi w powietrzu, zupełnie jakby były jakąś flagą na statku.
— Prze… — mam ochotę powiedzieć „przestań”, ale w tym momencie ponownie kicham.
— Zrozumiałem. Nie Pokemony. — Chusteczki rozpływają się a na ich miejscu pojawia się papier toaletowy. — To może to? Jest z aloesem. — Kusi dalej.
— Niech ci będzie — wzdycham, wyszarpując mu z ręki rolkę.
Następnie wycieram nos tak mocno, jak tylko jestem w stanie. Najchętniej porządnie bym go wydmuchała ale tkwiąca w jednej dziurce rurka od sondy skutecznie mi to uniemożliwia.
— Widzisz? Mówiłem, że będzie dobrze. — zapewnia Draco chociaż ja bym tego tak nie nazwała.
Mam na sobie tę samą pidżamę z leniwcem co wczoraj, lekko śmierdzę i zdecydowanie powinnam się wziąć porządny prysznic. Nie wspominając już nawet o zaczerwienionym od siąkania nosie.
— Dlaczego uśmiechasz się w taki głupkowaty sposób? — Pytam, ponownie ratując się kawałkiem papieru toaletowego.
Tym razem Draco nie odpowiada.
Unoszę wzrok, chcąc zapytać dlaczego tak niespodziewanie zamilkł ale już go tu nie ma. Moje łóżko jest puste, nie licząc białej, szpitalnej kołdry i rolki papieru.
— Draco? — Lęk, który znam aż za dobrze, budzi się w jednej chwili, spychając wszystkie inne emocje na bok.
Rozglądam się w panice ale szpitalna sala jest pusta. Sięgam po kołdrę i odrzucam ją na bok, chcąc wstać i zacząć go szukać.
W tym jednak momencie mój wzrok pada na leżący na materacu kubeczek. Jest mały i niepozorny ale jego obecność powoduje, że moje serce zaczyna szaleńczo bić. Przecież to…
Kierowana jakimś szaleńczym impulsem chwytam go w dłoń i orientuję się, że w środku nie ma żadnego płynu. Przez moment łudzę się, że jest pusty i wszystko mi się przewidziało. Wtedy jednak dostrzegam na jego dnie pastylkę.
To ta sama, która ma trafić do pana Łukasza…
Otwieram gwałtownie oczy. Mimo że otacza mnie ciemność, wiem, że jestem w swoim pokoju.
— Ile jeszcze razy będę przez to przechodzić? — Pytam samą siebie.
Z mojego gardła wyrywa się cichy jęk irytacji. W akcie desperacji chwytam za leżący obok mnie telefon. Wspaniale. Jest dopiero druga w nocy co oznacza, że przespałam raptem trzy godziny. I z pewnością nie usnę już nawet na sekundę. Wiem, bo zawsze jest tak samo, gdy śni mi się Draco a także inne, związane ze szpitalem rzeczy.
Wzdycham przeciągle, zła na siebie i swój umysł. Jakby naprawdę nie mógł chociaż raz zaserwować mi jakiegoś miłego snu. Przykładowo wycieczki do fabryki słodyczy albo jakiś ciepłych krajów.
W dalszym ciągu trzymając telefon w dłoni, wchodzę na Facebooka. Zamierzam sprawdzić jedną rzecz. Zdaję sobie sprawę z tego, że odszukanie profilu Wiktora jest nieco żałosne ale liczę na to, że znajdę na nim jakieś zdjęcia. Wiem, że nie jest moim dawnym przyjacielem, ale liczę, że nawet samo patrzenie na niego podziała na mnie terapeutycznie. Albo spowoduje, że ponownie zaleję się łzami. Na razie jednak uśmiecham się, bo plan nie jest aż taki zły. Do momentu, gdy uświadamiam sobie, że nie mam pojęcia jakie jest jego nazwisko. Przedstawiając się użył, zupełnie tak jak ja, wyłącznie swojego imienia.
Przygryzam wargę, próbując się skupić. Wykładowcy musieli chociaż raz wywołać go po nazwisku. Przykładowo Korzeń. Jako zwolennik odczytywania listy obecności na głos, musiał wypowiedzieć jego nazwisko. Dlaczego więc go nie pamiętam? Zapewne byłam zbyt skupiona na logowaniu się na swoje konto, by zwracać uwagę na to, co działo się dookoła.
Przez chwilę przesuwam palcem po ekranie, wgapiając się w wykreowane przez sztuczną inteligencję zdjęcia, które notorycznie pojawiają się na różnorodnych profilach. Przedstawiają ludzi, którzy upiekli urodzinowy tort ale nikt nie pojawił się, by świętować razem z nimi. Tuż pod takimi wpisami znajdują się rzecz jasna pełne współczucia komentarze od ludzi, którzy nie rozumieją, że pani Marzenka, która ukończyła właśnie 98 lat i handluje ogórkami przy drodze, tak naprawdę nie istnieje.
Scrollowanie głównej strony i żenujący wpisów okazuje się jednak przydatne. Już po chwili natrafiam na profil Mateusza — chłopaka, który zajadał się kanapką na ćwiczeniach u Okonia. Czy istnieje szansa, że będzie miał w znajomych Wiktora? Profil Mateusza to istna wylęgarnia memów i rzeczy, które z założenia miały być śmieszne a absolutnie takie nie są. Zanim wypalę sobie oczy, klikam w zakładkę ze znajomymi i wpisuję „Wiktor”. Wyskakuje mi kilka profili różnych chłopaków, bo jak się okazuje, Mateusz jest prawdziwą duszą towarzystwa. Ma ponad tysiąc znajomych. Ja pewnie nawet nigdy w życiu nie rozmawiałam z taką ilością ludzi. Chociaż może powinnam wzbogacić swój profil i wysłać zaproszenie do doktora Tynieckiego, Lisieckiego i jeszcze kilku innych? Nie wspominając już nawet o pielęgniarkach, z różnorodnych oddziałów czy też pacjentkach, które poznałam podczas swoich szpitalnych przygód. Wtedy szybko przebiłabym Mateusza z jego licznikiem. Pod warunkiem, że osoby te wiedzą w ogóle wiedzą co to jest Facebook, nie wspominając o umiejętności przyjmowania zaproszeń.
Odrzucam kilku pierwszych chłopaków tylko po to, by po chwili trafić na „mojego” Wiktora. Humor od razu mi się poprawia, gdy spoglądam na jego zdjęcie profilowe. Ma na nim czarną koszulkę z nazwą jakiegoś zespołu. Jego włosy są dłuższe niż obecnie, lekko postrzępione i sięgają mu ramion. Klikam w zdjęcie, by je powiększyć. Wiktor wygląda zupełnie jak Draco, po jednej z jego metamorfoz. Widziałam już tak wiele jego wcieleń i różnorodnych fryzur, że nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Przez chwilę się waham ale potem robię szybki screenshot. Wiem, zachowuję się jak jakaś idiotyczna fanka, wzdychająca do swojego idola ale dzięki temu będę miała w telefonie coś więcej, niż zaledwie wiadomości, które przypomną mi o moim dawnym przyjacielu. Przesuwam dalej, by wczytać więcej fotografii, ale ku mojemu niezadowoleniu, są to wyłącznie memy, przypominające aż za bardzo te, które widziałam u Mateusza, i to samo zdjęcie co profilowe ale z różnymi nakładami, w zależności od zmieniających się okoliczności. Przykładowo jedna z nich to ta, popierająca Strajk Kobiet.
Podobne pustki widnieją również na jego stronie głównej. Ma profil prywatny, przez co wszystkie opublikowane przez niego posty są przede mną ukryte. Mogłabym co prawda zaprosić go do znajomych ale kto normalny robi coś takiego w środku nocy? Niespodziewanie dochodzi do mnie ironia tej całej sytuacji i mam ochotę się zaśmiać. Czyż Draco nie wysłał mi pierwszej wiadomości właśnie o takiej niesamowicie chorej porze? Wiktor nie jest jednak Asystentem Śmierci tylko zwykłym człowiekiem. A przynajmniej tak mi się wydaje. W dalszym ciągu nie wiem, dlaczego wygląda identycznie jak Draco, ale zamierzam się tego dowiedzieć.
Ze zrezygnowaniem wchodzę w zakładkę z informacjami o nim i gdy już mam się poddać dostrzegam coś, co przykuwa moją uwagę. W polubionych przez niego stronach widnieje całkiem sporo tych poświęconych wyścigom samochodowym czy też różnym zespołom, których nazw nie kojarzę, bo grają raczej cięższe brzmienie. Ale to nie wszystko.
Na długiej liście dostrzegam również Rurkę. Czy to może być przypadek? Rurka to lokal w centrum, który niedawno został otwarty. Wiem o tym, bo posty o tej tematyce wyświetlały mi się dosłownie przez cały czas. Zapewne właściciel lokalu wykupił reklamę na kolejne tygodnie i opłacił influencerów, by wrzucali do sieci zdjęcia, na którym raczą się napojami z Rurki. Nie byłoby w tym może nic dziwnego gdyby nie fakt, że w Rurce są serwowane wyłącznie różnorodne soki. Świeżo wyciskane z owoców, których zapewne nigdy wcześniej nawet nie widziałam na oczy.
A przecież Draco uwielbiał soczki z kartonika. Zawsze pił je, gdy się przy mnie pojawiał a już szczególnie w momentach większego stresu. Czy to może być przypadek? A może to jakiś znak z góry? Do rana tkwię z telefonem w dłoni, starając się znaleźć wszystko, co tylko możliwe o Rurce. Gdy słońce w końcu powoli wschodzi, czuję się jak największa fanka tego lokalu. Od czasu do czasu wracam również do zdjęcia Wiktora. Zastanawiam się czy ma ich więcej, ukrytych i dostępnych wyłącznie dla jego znajomych. Szkoda, że nie jestem jakimś hakerem, bo może wtedy mogłabym zaspokoić swoją ciekawość.
— Ela? — Mama pojawia się w moim pokoju bez żadnej zapowiedzi. Jak zawsze. Przecież pukanie do drzwi to takie jest tak przestarzałe i nikomu niepotrzebne.
— Mamo! — Wzdycham jedynie, ale nic sobie z tego nie robi.
Nawet fakt, że dzisiaj jest sobota i nie muszę się nigdzie śpieszyć ani wstawać, nie wydaje się robić jej zbyt wielkiej różnicy.
— Powinnaś już dawno być na nogach. Czy ja naprawdę mam cię zacząć traktować jak małe dziecko, któremu nie można powierzyć żadnego, nawet najbardziej odpowiedzialnego zadania? — Pyta, spoglądając na mnie w oczekiwaniu.
Powoli odrzucam kołdrę i podłączam telefon do ładowarki.
— Jest sobota. Nie mam dzisiaj wykładów. — Przypominam.
Spałam zdecydowanie zbyt krótko, by tę noc można było zaliczyć do udanych. Liczę na to, że mama wybierze się dzisiaj gdzieś z tatą, może na jakieś zakupy, i tym samym będę mogła wrócić ponownie do łóżka. Nawet krótka drzemka mogłaby się okazać zbawienna.
— Obiecaliśmy babci Renacie, że dzisiaj przyjdziemy. Nie pamiętasz?
Nie mogę się powstrzymać od przywrócenia oczyma. Babcia Renata to dosłownie ostatnia osoba, jaką mam dzisiaj zamiar oglądać. Mogę sobie tylko wyobrazić jak bardzo będzie mnie po tym wszystkim bolała głowa od nieustannego paplania babci.
— Szczerze mówiąc to nie za bardzo. Nie przypominam sobie żebym cokolwiek jej obiecywała…
— Wiesz, że musimy ją odwiedzić — mama opiera się o szafę i spogląda na mnie z wyrzutem. — Babcia bardzo starała ci się pomóc, gdy byłaś w szpitalu.
Parskam, bo nie wierzę, że właśnie wypowiedziała te słowa na głos.
— Zapomniałaś już o magicznej lampce, którą mi przyniosła? — Pytam, bo babcia do dzisiaj uważa, że to ona mnie uzdrowiła, właśnie za pomocą tej oto lampki.
Gdy tylko jest w stanie, wciska ją dosłownie wszystkim znajomym, jako przykład jej działania podając mnie. Historia zmienia się wtedy niesamowicie szybko a ja staję się „poruszającą się na wózku, ważącą 15 kilogramów małą dziewczynką, która bez lampki już dawno pożegnałaby się ze swoim życiem”. Wiem, bo miałam kilka razy wątpliwą przyjemność wysłuchiwać tych opowieści. Myślałam, że spalę się ze wstydu, bo ludzie rzeczywiście w to wierzyli.
— Ważne, że się starała. Może lampka nie była dobrym pomysłem ale przynajmniej coś robiła. — Mama wzdycha, bo wiem, że pomysł z lampką również się jej nie spodobał.
Czasami mam wrażenie, że mama nie chce pamiętać mojej choroby i wszystkiego, co się z tym związało. Odpycha to od siebie, być może ze strachu, że przeszłość może kiedyś wrócić, podobnie jak moje objawy. Ja sama również się tego boję. Tym razem nie mam już przecież przy boku Dracona i nie mam pojęcia co bym zrobiła, gdyby Cień znów się tu pojawił.
— Ubierz się jakoś schludnie. — Przypomina mama i zostawia mnie samą w pokoju.
Po jakiś dwudziestu minutach wyglądam już w miarę w porządku i jestem gotowa do opuszczenia domu. Pakujemy się wszyscy do samochodu i jedziemy, udając, że wycieczka do domu babci to idealny sposób na spędzenie soboty.
— No w końcu jesteście! Zaczęłam się już zastanawiać czy w ogóle się pojawicie. Miało być równo o jedenastej a jest już kwadrans po. Ale tak to teraz jest, gdy nikt nie zwraca uwagi… — Babcia wita nas od progu wiązanką dobrych rad, przeplatanych ze stałym narzekaniem.
Buzia nie zamyka się jej przez cały czas, gdy zdejmujemy ubrania, witamy się z nią a następnie przechodzimy do salonu. Jest równie niecodzienny jak sama babcia. Znajduje się w nim wiele bibelotów, zaczynając od porcelanowych lalek, które zawsze wywoływały we mnie lęk, kiwających główkami figurek małych psów, a kończąc na obrazach przedstawiających dziką naturę. Mam wrażenie, że prowadzenie monologu całkowicie babci wystarcza i nie potrzebuje, by ktokolwiek oprócz niej zabierał głos. Ma dzisiaj na sobie beżowy komplet, elegancki i dopasowany, jakby miała się spotkać z prezydentem.
— A co ty masz na sobie? — Jej spojrzenie w końcu spoczywa na mnie i na moim stroju. Nagle czuję się tak, jakbym ubrała dziurawe łachy, dodatkowo wybrudzone błockiem i pomięte we wszystkich możliwych miejscach.
— Jeansy. I sweter. — Odpowiadam zgodnie z prawdą, moszcząc się za drewnianym, szerokim stołem.
— Nie jeansy a teksasy. Tak się na to dawniej mówiło. — Prycha, w dalszym ciągu spoglądając na moje spodnie, mimo że aktualnie chowam się za stołem — Puszczasz córkę w takim stroju na wizytę do babci?
— Mamo, Ela jest dorosła, może nosić co chce — mama wzdycha, najwyraźniej również nie za bardzo zadowolona z moich modowych wyborów.
Tak, wiem. Mówiła mi, żebym ubrała się schludnie ale ja po prostu nie wiem, co to oznacza. Miałam przyjść w sukni balowej? Może wtedy wszyscy byliby w końcu zadowoleni.
— Lepsze to niż kombinezon jednorożca — mamroczę, bo pamiętam aż za dobrze jak babcia zareagowała, gdy chciałam go ze sobą zabrać do szpitala.
Tata, który zasiada tuż obok mnie, delikatnie szturcha mnie w bok, co w naszym języku oznacza mniej więcej „nie drażnij babci, bo nie wyjdziemy stąd przez kolejne miesiące”. Spotkanie przeciąga się zupełnie jak nudna lekcja matematyki. Czy też, biorąc pod uwagę obecne okoliczności, jeden z wykładów na moich studiach.
Ledwo zaczynam o nich myśleć, gdy babcia atakuje ponownie.
— To jak tam nauka? Rozumiem, że masz same najwyższe noty. W końcu jesteś moją wnuczką. — Pyta czy też raczej stwierdza. Po wypiciu herbaty jej usta nieco się rozmazały dlatego sięga teraz po szminkę i nakłada kolejną warstwę.
— Studia są w porządku — dukam, obserwując jak zręcznie jej to wychodzi.
Gdy chorowałam, nigdy nie wiedziałam jak odpowiedzieć na to pytanie. Każdy był ciekaw tego, czym się zajmuję. Czy pracuję albo może chodzę na uczelnię. Nie miałam siły robić żadnej z tych rzeczy, było mi jednak głupio wyznać prawdę. W efekcie głównie kłamałam albo omijałam jakoś prawdę. Teraz, mimo że przecież jestem już oficjalnie studentką, nadal czuję się jakbym oszukiwała zarówno siebie samą jak i wszystkich dookoła.
— W porządku? Co to jest w ogóle za odpowiedź? — Babcia odkłada szminkę, mimo że jej usta są pomalowane zaledwie w połowie i spogląda to na mnie, to na moich rodziców.
— Po prostu są ciekawe. Interesujące. — Dodaję, czując na sobie przeszywający wzrok mamy.
— Ela cały czas próbuje się odnaleźć. To dla niej nieco trudne, szczególnie po tym, co przeszła. — Mama przejmuje inicjatywę i jak zawsze próbuje uratować sytuację. Ale bardziej przypomina to dziurawy statek, który idzie na dno.
— Nic takiego się nie wydarzyło. Lekko chorowała, ot co. — Podsumowuje babcia a następnie odkłada szminkę i sięga po lusterko — A mówiąc o zdrowiu… to ja muszę wam powiedzieć, że moje serce coraz bardziej daje mi się we znaki. Nie wiem, jak długo jeszcze pociągnę.
Spoglądamy na siebie z tatą, posyłając sobie nasze kolejne, supertajne spojrzenie. Odkąd wyzdrowiałam, babcia przejęła rolę głównej chorującej w naszej rodzinie. Nagle wszystko zaczęło ją boleć i co kilka dni słyszymy o tym, że niedługo będzie leżała na cmentarzu. Teraz numerem jeden jest serce, które rzekomo działa fatalnie, przysparzając babci wiele bólu. Sugerowałam jej żeby poszła do kardiologa, nawet poleciłam jej jedno nazwisko ale rzecz jasna dowiedziałam się, że lekarze „niczego nie wiedzą i nie mają pojęcia o leczeniu”. Nie żebym była fatalną wnuczką, która nie ma ani trochę współczucia dla swojej babci. Po prostu wszystkie te „ataki” kończą się w momencie, gdy babcia opowiada jakąś ekscytującą historię albo jedna z jej sąsiadek wpada w tarapaty.
— Może rzeczywiście powinnaś wybrać się do jakiegoś lekarza? — Sugeruje delikatnie moja mama. Nie wiem czy nie poznała się jeszcze na kłamstwie babci czy mówi tak tylko dlatego, że chce mieć święty spokój.
— Powiedziałam już: żadnych lekarzy. Jak mam umrzeć to w domu, w otoczeniu rodziny.
— Mamo, nie wolno tak mówić…
— Wolno czy nie wolno, taka jest rzeczywistość. — Podsumowuje babcia a następnie teatralnie dotyka się po klatce piersiowej, wzdychając kilka razy, jakby właśnie w tym momencie nadeszło apogeum bólu, którego nie da się nawet opisać słowami. — To komu jeszcze dołożyć makowca?
Następnie zrywa się ze swojego miejsca, będąc równie energiczna, jak niejedna nastolatka. I to tyle, jeżeli chodziło o jej chore serce. Przynajmniej na dzisiaj, bo nie wątpię, że zaplanowała już dla nas kolejne spektakle.
5
Po raz pierwszy od dawna nie mogę się doczekać poniedziałku. Gdy więc nudna i niezwykle długa niedziela w końcu przemija, jestem bardziej niż zadowolona. Rzecz jasna nie ma to nic wspólnego ze wczesnym wstawaniem czy też faktem, że muszę ponownie jechać na uczelnię. Cieszę się, bo znów zobaczę Wiktora. Nie powinnam się chyba do tego przyznawać ale widziałam jego zdjęcie tak wiele razy, że dosłownie znam je już na pamięć. Tym bardziej żałuję, że nie mam dostępu do pozostałych (bo przecież Wiktor nie może mieć tylko jednego zdjęcia na profilu, prawda?) ale postanawiam, że jakoś to zmienię. Mam już nawet jedną rzecz, o której możemy porozmawiać. Rurkę. Skoro Wiktor też lubi soki (zupełnie jak Draco), może kiedyś udałoby się nam wybrać tam wspólnie…
Wkraczam do głównego budynku uczelni, na moment odsuwając od siebie swoje szalone fantazje i skupiając się, jak zawsze, na poszukiwaniu odpowiedniej sali. Mam pecha, bo dzisiaj zaczynam zajęciami z Okoniem i jest to zdecydowanie ostatnia rzecz, jakiej teraz pragnę.
Gdy zbliżam się pod naszą salę zauważam, że znajduje się tam już kilka osób. Moje serce znów bije szybciej, bo Wiktor również tu jest. Siedzi na podłodze pod ścianą i znów słucha czegoś na słuchawkach. Domyślam się, że to jeden z zespołów, które widziałam na jego profilu i jakieś rockowe brzmienia wypełniają teraz jego słuchawki.
Przez cały weekend o nim myślałam ale świadomość, że miałabym teraz coś do niego powiedzieć, zupełnie odbiera mi pewność siebie. Zastanawiam się właśnie czy powinnam zacząć od czegoś neutralnego w stylu wspólnych zajęć albo dziekanatu i spraw, które miał tam załatwić, ale ledwo zaczynam o tym rozmyślać, gdy przy drzwiach od sali pojawia się Okoń. Nie trudno się domyślić, że ma dzisiaj wyjątkowo zły humor. Jego naburmuszona mina mówi sama za siebie.
— Zapraszam, zapraszam. Nie mamy całego dnia. — Zachęca a może raczej pośpiesza nas, żebyśmy w końcu weszli do środka.
Wiktor podnosi się z miejsca na podłodze i gdy mnie dostrzega, na jego twarzy na chwilę pojawia się uśmiech.
— Hej — mówię, przepychając się do środka.
— Hej — odpowiada, znajdując się tuż za mną.
Czy mogę liczyć dzisiaj na łut szczęścia i to, że usiądziemy razem? Przesuwamy się w kierunku ławek i już mam wrażenie, że Wiktor zajmie miejsce obok mnie, tuż przy oknie ale wtedy Mateusz macha w jego kierunku, wskazując mu krzesło obok siebie. To dość przykre ale przegrywam z facetem, który notorycznie zajada się wszystkim, co tylko wpadnie mu w ręce. Opadam na swoje krzesło ze zrezygnowaniem.
Przez dwie godziny ćwiczeń robię wszystko, by nie zerkać w kierunku Wiktora co wychodzi mi, mówiąc obiektywnie, fatalnie. Raz po raz zawieszam na nim wzrok, zastanawiając się jak mogłabym do niego zagadać.
Ćwiczenia mijają nam na pisaniu listu do wybranej osoby. Brzmi to trochę jak zadanie, które mogłyby dostać dzieci w szkole podstawowej ale nie narzekam. Najchętniej napisałabym list do Dracona ale z racji tego, że prace będą potem sprawdzane, a ja nie zamierzam się tłumaczyć z pisania do „Asystenta Śmierci”, wybieram doktora Tynieckiego. Szybko uświadamiam sobie, że może to nie była to mądra decyzja, bo zupełnie nie wiem, co mogłabym mu przekazać w liście. Podziękowania za zaproszenie mnie na oddział? A może za to, że pomógł mi wyzdrowieć? To akurat byłoby kłamstwo, bo przecież to nie jego zasługa a Dracona. Gdyby nie jego propozycja, pewnie w dalszym ciągu leżałabym w szpitalu, poznając kolejne panie Wiesławy, zastanawiając się co będzie dzisiaj na obiad. Zaczynam pisać, wyłącznie po to, by zapełnić czymś kartkę. Po kilku minutach mam zaledwie drętwy początek, który zaczyna się od „Szanowny Panie Doktorze. Lepsze to niż nic ale wiem, że Okonia zdecydowanie to nie zadowoli. Poza tym może nie powinnam adresować listu do Tynieckiego? Skoro później będziemy oddawali te prace a może nawet czytali je na głos, wszyscy zaczną się interesować skąd niby znam takiego lekarza. Mam w głowie coraz większy mętlik. Rozważam jeszcze przez moment czy nie powinnam napisać do producenta kokosowych ciasteczek żeby w końcu wypuścił wersję w większym opakowaniu. Z pewnością nie tylko ja byłabym mu za to dozgonnie wdzięczna. Szybko jednak odrzucam ten pomysł.
Po ćwiczeniach mamy małe okienko, które zamierzam wykorzystać tak bardzo, jak to tylko możliwe. Co oznacza dorwanie Wiktora i próby porozmawiania z nim bez jednoczesnego robienia z siebie wariatki. Mam ku temu świetną okazję. Chłopak co prawda rozmawia z innymi, ale już po chwili odwraca się na pięcie i kieruje w stronę dziekanatu. Biegnę za nim a gdy jestem już na tyle blisko, by zorientował się, że nie jest sam, zwalniam, żeby nie pomyślał, że go śledzę.
— Też idziesz do dziekanatu? — Pytam, jakby nigdy nic.
— Niestety. Mam jeszcze sporo spraw do ogarnięcia. — Potakuje.
Zrównuję się z nim, nie mogąc opanować zadowolenia z faktu, że w końcu mój plan zaczął działać.
— To tak samo jak ja — mówię, zanim zdążę pomyśleć nad własnymi słowami.
— Też masz tam do załatwienia jakieś papierkowe sprawy? — Jego zainteresowanie na chwilę wzrasta.
— Nie, nie. Po prostu… — Szukam rozpaczliwie czegoś, czegokolwiek, co dałoby mi pretekst do pójścia do dziekanatu — Wiesz, chciałam podpytać o możliwość praktyk. Podobno coś miało się już pojawić.
Wymówka wydaje się idealna. Wykładowcy wspominali bowiem wielokrotnie, że niedługo pojawią się propozycje różnorodnych praktyk i żebyśmy mieli oczy dookoła głowy.
— Wow, czyli jesteś z tych bardziej ambitnych? — Pyta, gdy od dziekanatu dzieli nas już zaledwie kilka kroków.
Jak się okazuje nie my jedni zdecydowaliśmy się tu dzisiaj zaglądnąć. Tuż przed drzwiami wije się niemała kolejka podobnych desperatów co my.
— Ambitnych? — Powtarzam.
— No wiesz, raczej mało kto interesuje się praktykami na pierwszym roku i to jeszcze na samym początku. — Wyjaśnia, zasiadając na jednym z wolnych krzeseł.
Robię tak samo chociaż mam ochotę załamać ręce nad swoją głupotą. Oczywiście, nikogo na pierwszym roku nie interesują praktyki.
— Chciałam po prostu zobaczyć, co będzie dostępne. Tak na wszelki wypadek, żeby wiedzieć czy pojawią się jakieś oferty, które mnie zainteresują. Poza tym dzięki temu mogłabym zyskać jakieś doświadczenie w dziennikarstwie. — Mówię, chociaż brzmi to bardziej jakbym udzielała wyuczonej odpowiedzi w trakcie rozmowy o pracę, niż po prostu luźno z kimś rozmawiała.
Przysięgam, gdy wrócę do domu, będę musiała odpalić jakiś poradnik na YouTube jak zachowywać się i mówić jak normalna osoba.
— Czyli rzeczywiście jesteś ambitna. — Podsumowuje. — Ja niestety nie mam tak wielkich aspiracji jak ty. Sam jeszcze nie wiem nawet co zamierzam robić w przyszłości i czy to rzeczywiście kierunek dla mnie.
Jego słowa brzmią zupełnie jak mój codzienny wewnętrzny monolog. Z tą małą różnicą, że ja wiem, że nie chcę tu być i że to coś, w czym nigdy się nie odnajdę.
— Naprawdę? Dlaczego w takim razie w ogóle się tu przeniosłeś i wybrałeś dziennikarstwo?
Przez chwilę milczy, wpatrując się na wiszącą naprzeciwko nas korkową tablice, pełną różnorodnych ogłoszeń dla studentów.
— Pewne sprawy w moim domu nie potoczyły się tak, jak powinny. Wiesz, różne takie życiowe wydarzenia. — Odpowiada a następnie chrząka, najwyraźniej nie chcąc dzielić się ze mną swoją przeszłością.
— Jasne. Różne rzeczy się dzieją. — Kiwam głową, bo akurat o „dzianiu się rzeczy” mogłabym opowiedzieć mu naprawdę wiele.
O tym, jak to jest być uwięzioną we własnym ciele, bez możliwości wyjścia z domu. O objawach, których nikt nie umie wyjaśnić. Nieustannych wędrówkach po gabinetach lekarskich, szpitalach i setkach badań, które nie wnoszą absolutnie niczego. Ale rzecz jasna nie mówię żadnej z tych rzeczy, więc oboje po prostu milczymy.
Kolejni ludzie znikają w dziekanacie i wiem, że za chwilę nadejdzie nasza kolej. W środku są dwa stanowiska więc zapewne, o ile szczęście nam dopisze, wejdziemy tam razem. Zastanawiam się jeszcze czy jest jakaś szansa, by sprowadzić rozmowę na temat Rurki i jego ulubionych soków ale uświadamiam sobie, że to raczej kiepski pomysł. Wtedy też drzwi od dziekanatu ponownie się otwierają i wypada nasza kolej.
— Proszę. — Wiktor uchyla dla mnie drzwi i zapraszającym gestem pokazuje mi żebym weszła do środka jako pierwsza.
Pomieszczenie jest małe i w większości wypełnione różnorodnymi papierami. Półki dosłownie uginają się od różnorodnych teczek.
— Zapraszam — kobieta w wysokim koku posyła mi lodowate spojrzenie.
Przysuwam się do jej okienka, na moment zapominając po co tu przyszłam. Z boku dochodzi do mnie spokojny i rzeczowy głos Wiktora, który najwyraźniej przeszedł już do omawiania swojego problemu.
— Dzień dobry, chciałam zapytać czy pojawiła się już jakaś rozpiska jeśli chodzi o praktyki. Profesorowie wspominali, że można się zacząć zapisywać ale dopiero zaczęłam studia i wszystko jest dla mnie nowe. Trochę się w tym jeszcze gubię i… — Mój monolog zostaje przerwany, gdy kobieta okręca się na krześle i wciska mi do ręki kartkę papieru.
— Wszystkie oferty — mówi, jakby stworzenie jednego i pełnego zdania kosztowało ją stanowczo zbyt wiele.
— Hmm… Dziękuję. — Mruczę, przeskakując wzrokiem po poszczególnych nazwach.
Większość z nich wzbudza we mnie przerażenie. Odruchowo aż sięgam do kieszeni, w poszukiwaniu kokosowych ciasteczek, ale rzecz jasna nie mam ich ze sobą. Wszystkie zapasy skończyły mi się dwa dni temu i chociaż obiecałam sobie, że je uzupełnię, cały czas o tym zapominałam.
— Czyli jak zdecyduję się na któryś z nich to co dalej? — Pytam, bo kobieta mierzy mnie nieprzyjaznym spojrzeniem, zapewne zastanawiając się kto w ogóle dał mi indeks i pozwolił mi nazywać się studentką.
— Dalej to musi pani pójść do osoby, która zajmuje się praktykami i zapytać, czy zostały jeszcze jakieś miejsca. A potem przychodzi pani tutaj i składa odpowiednie oświadczenie. — Wyjaśnia, nie odrywając ode mnie wzroku.
— Jest aż takie zainteresowanie? — Pytam głupkowato, w dalszym ciągu ściskając w dłoni kartkę, jakby całe moje życie zależało od tego jednego świstka.
— Tak — pada krótka i tak niesamowicie zniechęcająca odpowiedź, że nie mówię już niczego więcej.
Odwracam się i wychodzę, czując jak moje policzki przybierają czerwonawy kolor. Całe szczęście, że w dziekanacie każdego dnia pojawia się tak wiele osób, że nie ma szansy, by kobieta mnie zapamiętała. Z pewnością szybko wymieszam się w jej umyśle z innymi studentami.
— I jak tam? Udało się?
Dopiero teraz dostrzegam Wiktora, siedzącego na jednym z krzeseł i najwyraźniej czekającego na mnie. Nie chcę sobie robić zbyt wielkich nadziei, ale nie mogę przegapić takiej okazji.
— Okazało się, że zapisy już ruszyły.
Siadam na krześle obok. Chłopak w dalszym ciągu ma na kolanach teczki z dokumentami i przez moment nie mogę się oprzeć wrażeniu, że zamiast na uczelnianym korytarzu, znajdujemy się w szpitalu. Tym razem siedzimy pod gabinetem Tynieckiego, oczekując na jego powrót.
— O, serio? I jest coś ciekawego? — Pyta, wsuwając teczki do plecaka i ponownie na mnie spogląda.
— Zależy co rozumiesz przez ciekawe — mówię, sięgając po kartkę.
Zanim mam okazję przeczytać mu, co się na niej znajduje, delikatnie wysuwa ją z mojej dłoni.
— Popatrzmy… — Mruczy, przesuwając wzrokiem po pierwszej z propozycji — Pomoc w uczelnianym radiu?
— Z redaktorem Wilgą. — Dopowiadam, widząc jego pytające spojrzenie. — Jest raczej wyluzowany. Pozwala nam czasami drzemać na ćwiczeniach i nawet nie wymaga od nas tak wiele.
— Brzmi dobrze. A te warsztaty prasowe? — Pyta, przechodząc do kolejnej pozycji.
— Z Okoniem? Daj spokój.
— Wydawał się miły. — Śmieje się cicho, bo z pewnością tak o nim nie myśli. — To jakiś popularny dziennikarz czy coś? Robi dookoła siebie niesamowicie dużo szumu.
— Napisał kilka artykułów o otwarciach nowych przystanków autobusowych, schronisku dla zwierząt i jeszcze jakiś tam rzeczach i uważa, że jest najlepszy.
— Serio przystanki autobusowe?
W odpowiedzi wzruszam tylko ramionami.
— To może pomoc w uczelnianej telewizji? — Sugeruje.
— Nigdy w życiu — odpowiadam błyskawicznie.
— Nie lubisz występować przed kamerą? — Jego uśmiech powiększa się coraz bardziej, zupełnie jakby doskonale wiedział, jakiej odpowiedzi mu udzielę.
— Nienawidzę — przyznaję zgodnie z prawdą.
Sama myśl o występowaniu przed kamerą powoduje, że znowu zaczyna mi się robić lekko niedobrze. Skupiam się więc ponownie na Wiktorze.
— Nie pozostaje więc nic innego jak pomoc w bibliotece.
— Serio jest tam taki punkt? — Pytam, próbując odebrać mu kartkę, ale w tym momencie unosi ją do góry tak, żebym nie mogła jej chwycić.
— Może. A może to zmyśliłem?
— Draco, przestań! — Zaczynam ale szybko uświadamiam sobie swoją gafę. Moje policzki znów zaczynają się rumienić i zalewa mnie fala zażenowania. — Przepraszam, miałam na myśli Wiktor…
— Rzeczywiście lubisz tego Malfoya, co? Chyba powinienem pomyśleć w takim razie o zmianie koloru włosów. — Chwyta pojedyncze pasma na głowie i delikatnie przesuwa po nich palcami.
Zdaje się nic sobie nie robić z mojej wpadki, może nawet lekko go ona śmieszy.
— Wybacz, po prostu jesteś podobny do…
— Twojego przyjaciela. Tak, pamiętam. — Kiwa powoli głową i przygląda mi się uważnie.
Widzę wyraźnie, że chce mnie o coś jeszcze zapytać, może czy z moją głową wszystko jest rzeczywiście w porządku skoro nie jestem w stanie odróżnić od siebie dwóch osób, ale zamiast się odezwać, po prostu wstaje. Robię to samo, chcąc odebrać od niego moją kartkę ale ją ode mnie odsuwa.
— Pozwól, że wybiorę na jakie praktyki się zapiszemy, dobrze? — Pyta, a usta znów układają mu się w szerokim uśmiechu.
— Zapiszemy?
— Wydaje mi się, że ja również powinienem pomyśleć o swojej edukacji. W końcu po to tu jestem. — Wyjaśnia a następnie oddala się, zostawiając mnie na środku korytarza.
6
Zachowanie Wiktora powinno mnie pewnie zirytować ale tak nie jest. Zapewne dlatego, że daję się porwać iluzji, że tak naprawdę jest moim dawnym przyjacielem a nie obcym chłopakiem, który jedynie wygląda przerażająco identycznie.
Zastanawiam się czy byłabym w stanie go polubić, gdyby nie wyglądał jak Draco. Niestety nie umiem odpowiedzieć sobie na to pytanie. A może po prostu nie chcę, bo aż za dobrze znam prawdę. W głębi duszy wiem bowiem, że ominęłabym go szerokim łukiem, traktując go tak samo, jak pozostałych.
Trochę mi z tego powodu wstyd, ale nic nie mogę na to poradzić.
— Jesteś już w domu? — Pytanie mamy niesie się, gdy tylko wchodzę do przedpokoju.
— Właśnie wróciłam! — Odpowiadam, zastanawiając się co tym razem się wydarzyło.
Oby nic związanego z babcią i jej „perypetiami” zdrowotnymi.
— Całe szczęście — mama wychodzi z kuchni, trzymając w dłoniach coś, co przypomina opasłe katalogi ze sklepów z meblami.
— Coś się stało?
— Może ty mi podpowiesz. Bo na twojego ojca to rzecz jasna zupełnie nie można liczyć. — Mama kręci z niedowierzaniem głową.
Mogę się jedynie domyślić, że tata siedzi teraz w salonie, popijając herbatę i udaje, że go nie ma. To ostatnio jego ulubione zajęcie, szczególnie gdy uwaga mamy, dawniej skupiona wyłącznie na mnie i moim chorowaniu, przeniosła się na niego.
— Dobieramy odpowiedni odcień nowych mebli — mama podsuwa mi pod nos katalog, ale też coś, co wygląda na próbki różnorodnych kolorów.
— Nowych mebli? — Powtarzam za nią, bo nie przypominam sobie żebyśmy zamierzali zmieniać cokolwiek w naszym domu. A może chodzi o mieszkanie babci?
— Robimy remont w kuchni. W końcu. — Wyjaśnia mama a następnie przystawia do ściany jeden z kolorów, ten przypominający brudną biel. — Może taki? Będzie się idealnie komponował z resztą wystroju.
Remont kuchni to w naszym domu mityczne wydarzenie. Odkąd pamiętam mieliśmy go zrobić ale zawsze coś stało nam na przeszkodzie. Ostatnim z powodów była rzecz jasna moja choroba, która spowodowała, że wszystkie inne rzeczy zeszły na drugi plan.
— Jestem pewna, że wybierzesz najlepszy kolor — mówię, bo zapewne takiej odpowiedzi się ode mnie spodziewa.
Niestety, chyba nie do końca.
— Ojciec powiedział mi dokładnie to samo — kręci głową i przykłada kolejne kolory do ściany, najwyraźniej szukając tego jednego, idealnego.
Jak dla mnie wszystkie są takie same ale co ja tam wiem. Jestem zaledwie studentką dziennikarstwa, która nieustannie myśli o odejściu z uczelni.
— Zdecydowanie miał rację — zapewniam a następnie wymijam ją, by dostać się do kuchni.
Nie jestem pewna czy mamy w lodówce coś ciekawego ale jestem w stanie się poświęcić i zjem dosłownie wszystko. Po całym dniu na uczelni, mój brzuch wyje z głodu. Chyba powinnam się w końcu przekonać do stołowania się na naszej stołówce. O ile rzecz jasna nie zgubię się w połowie drogi, podczas jej szukania.
— Moglibyście chociaż udawać, że wam zależy. Przecież wszyscy będziemy korzystać z tej kuchni a zachowujecie się jakby to była tylko i wyłącznie moja sprawa. — Mama odwraca się i najwyraźniej nie zamierza odpuszczać.
— Mnie tam nie robi wielkiej różnicy czy będę gotowała w kuchni z beżowymi czy białymi ścianami.
Znajduję opakowanie pierogów z Biedronki i szybko wrzucam je do mikrofalówki. Nie przeszkadza mi nawet, że to ruskie, chociaż to smak, którego najbardziej nie lubię. Jestem zbyt głodna, by wybrzydzać.
— Ale powinnaś zapytać babci Renaty — dodaję, gdy mikrofalówka oznajmia, że minął odpowiedni czas i mogę już zabrać się za jedzenie.
By nie pogrążać się jeszcze bardziej, ewakuuję się z kuchni. Domyślam się, że jeżeli mama rzeczywiście skonsultuje się z babcią, ta zasypie ją milionem propozycji, jednocześnie przytaczając masę anegdot z zamierzchłych czasów.
Gdy w końcu docieram do swojego pokoju, zajmuję wygodną pozycję za biurkiem i zaczynam jeść.
I cały czas myślę o swojej wpadce. Jest mi głupio, że nazwałam Wiktora odmiennym imieniem. Chociaż powiedział, że to nie ma znaczenia mam świadomość, że to dziwne. Poza tym co jeśli tylko udawał? Może od teraz będzie się trzymał z dala ode mnie, mając mnie za jakąś dziwaczkę?
Nadziewam pieroga na widelec, jednocześnie zezując w kierunku telefonu. Mam zamiar popatrzeć ponownie na zdjęcie Wiktora ale w tym momencie dostaję nową wiadomość. Część mnie, ta najbardziej naiwna, łudzi się, że to Draco. Albo Wiktor.
Niestety to zaledwie Sylwia.
„hej, co tam nowego? dobrze byłoby się gdzieś znowu wybrać”
Od kiedy wyzdrowiałam nasza znajomość ponownie wróciła na dawne tory. Nie jesteśmy już przyjaciółkami jak wtedy, gdy byłyśmy dziećmi, ale można powiedzieć, że w pewnym sensie się dogadujemy.
Wyszłyśmy nawet kilka razy na miasto, zwiedzając różne nowe miejsca. Podczas tych wypraw czułam się za każdym razem jak turystka we własnym mieście. Nie miałam pojęcia, że otworzyło się u nas tak wiele nowych lokali i jak bardzo nasze miasto się rozbudowało.
Cały swój wolny czas spędzałam przecież dotychczas w domu, gabinetach lekarskich i szpitalach.
Mimo wszystko byłam wdzięczna, by Sylwia wprowadziła mnie ponownie do świata życia, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Pewnie, była irytująca, szczególnie wtedy, gdy wysyłała mi zdjęcia różnych facetów, przekonując mnie, że koniecznie powinnam się z nimi umówić. Ale mimo wszystko dobrze było z nią od czasu do czasu porozmawiać szczególnie teraz, gdy byłam zdrowa i nie musiałam już ukrywać tego, że mój wyjazd do Zakopanego był tak naprawdę pobytem na oddziale szpitalnym u doktora Tynieckiego.
„padam po dzisiejszym dniu. ale pewnie, możemy się gdzieś umówić jeśli chcesz”
Odpowiedź przychodzi praktycznie od razu.
„no, ja tak samo. masz coś ciekawego do zaproponowania?”
Odruchowo mam ochotę zaprzeczyć, bo jakie niby miejsce może polecić dziewczyna taka jak ja, która ledwo co opuściła własne łóżko i dopiero zaczęła żyć. Jednak gdy tylko dotykam ekranu, uświadamiam sobie, że jest jedno miejsce, które chciałabym zobaczyć.
„co powiesz o Rurce? to nowe miejsce z sokami”
Znając Sylwię z pewnością o nim słyszała a może nawet o kilka razy tam już była. Zawsze jest na bieżąco z nowinkami, a już szczególnie jeżeli robią one furorę na social mediach.
„nie wiedziałam, że lubisz zdrowy tryb życia i te sprawy”
Spoglądam na resztki pierogów na moim talerzu i cicho prycham. Rzeczywiście, istny ze mnie okaz fitnesiary. Nie wspominając już nawet o tym, że ostatnia próba podjęcia przeze mnie jakiegokolwiek wysiłku fizycznego zakończyła się dla mnie nieznaną chorobą i byciem przykutą do łóżka.
„po prostu widziałam dużo zdjęć z otwarcia, chciałam zobaczyć czy rzeczywiście warto się tam wybrać”
Odpisuję, bo przecież nie mogę powiedzieć jej prawdy, że miejsce interesuje mnie wyłącznie ze względu na Wiktora.
„jasne, mnie pasuje”
Szansa, że spotkamy w Rurce Wiktora jest równie wysoka jak to, że będzie tam również doktor Tyniecki ale przynajmniej zobaczę jak wygląda jego ulubione miejsce i może dzięki temu dowiem się o nim czegoś więcej.
Dojadam ostatniego pieroga i zabieram się do kończenia pisania listu na zajęcia z Okoniem. W dalszym ciągu nie jestem pewna, do kogo powinnam go zaadresować. Może do Sylwii? To będzie w miarę neutralne. Zapewne też trochę nudne ale przynajmniej w taki sposób uda mi się zaliczyć to nieszczęsne zadanie. Nie ma co, entuzjazm z powodu bycia studentką dziennikarstwa wprost ze mnie emanuje. Jak to dobrze, że przynajmniej mam Wiktora. Chociaż „mam” to zbyt dużo powiedziane. Nasza znajomość to do tej pory kilka pogawędek i nic więcej. Najwyższy czas, by to zmienić.
Kolejnego dnia robię wszystko, by Wiktor zobaczył, że jestem idealnym materiałem na kumpelę. Odnajduję go, zupełnie jak wcześniej, pod salą wykładową. Siedzi na podłodze, słuchając czegoś na słuchawkach. Ponownie nie wiem czy powinnam do niego podejść i próbować zagadać czy też może udawać, że go nie zauważam. Byłoby to nieco trudne, szczególnie, że oprócz nas jest tu jeszcze tylko jedna osoba więc wszelkie teksty w stylu „och, naprawdę siedziałeś przed salą, nie miałam pojęcia, tak dobrze wmieszałeś się w tłum” raczej odpadają. Na szczęście to Wiktor zwraca na mnie uwagę i wciska pauzę na swoim telefonie.
— Widzę, że znowu jesteś wcześnie — mówię, decydując się przejąć inicjatywę.
— Lubię być na czas. Albo raczej przed czasem. — Wyjaśnia i zgrabnym ruchem podnosi się z podłogi — Ale dobrze, że jesteś, bo chciałem z tobą porozmawiać. Wiem już, gdzie będziemy chodzić na praktyki.
— Serio? Gdzie? — Pytam z lekkim niepokojem, bo samo słowo „praktyki” brzmi fatalnie.
Nie sądziłam, że Wiktor wziął to na poważnie i tak bardzo się zaangażował. To z jednej strony urocze ale z drugiej oznacza, że naprawdę będziemy musieli gdzieś chodzić i robić różne rzeczy, które z pewnością mi się nie spodobają.
— No więc zacząłem się zastanawiać nad wszystkimi możliwościami… — Sięga po schowaną w plecaku listę. Jest dość pomięta co pewnie oznacza, że przeszła swoje od poprzedniego dnia. — Okoń odpada. Nie wytrzymałbym z tym facetem dłużej, niż to jest potrzebne. Nie wspominając już nawet o tworzeniu z nim gazety czy w ogóle czegokolwiek.
— Mhm. Tu się zgadzamy. — Kiwam głową, bo też nie wybrałabym Okonia, nawet jeżeli byłby ostatnią z możliwych opcji.
— Myślałem o radiu ale niestety wszystkie miejsca są już pozajmowane.
— Zaraz, skąd wiesz? — Spoglądam na niego ze zdumieniem, bo przecież nie ma opcji żeby zdążył się już w tym wszystkim rozeznać. A jednak.
— Byłem tam u nich rano. Ten cały Wilga to nawet spoko gość, ale od razu powiedział mi, że nie mamy na co liczyć. Zawsze ma komplet chętnych i to jeszcze w pierwszym dniu.
— To co nam zostało? Ta biblioteka? — Pytam, łudząc się, że nie usłyszę ostatniej z opcji, tej, która przyprawia mnie o ciarki.
— No cóż, jeżeli chodzi o bibliotekę… — Urywa, uciekając na moment wzrokiem na swoje buty.
— Co z nią nie tak?
Śmieje się cicho i zarazem nerwowo, co pozwala mi się domyślić, że biblioteka również zostaje skreślona z naszej listy.
— Powiedzmy, że nie dogadaliśmy się z panią bibliotekarką. Doszło do małej sprzeczki przez co nasze szanse są, jakby to powiedzieć, Zerowe?
— Posprzeczałeś się z bibliotekarką? — Pytam, zastanawiając się czy dobrze usłyszałam.
Biblioteka zawsze kojarzyła mi się z oazą spokoju i miejscem, gdzie można się zrelaksować.
— Trochę mnie poniosło — przyznaje, drapiąc się nerwowo po głowie. — Słuchaj, przepraszam, wiem, że pewnie chciałaś tam iść na praktyki, ale chyba nam się nie uda.
W dalszym ciągu próbuję przetrawić to, co właśnie mi powiedział. Niby mogłabym iść tam sama, bo przecież bibliotekarka nie wie, że Wiktor pytał o praktyki również w moim imieniu ale przecież ja nawet nie jestem zainteresowana żadnych praktykami i wszystko to był zaledwie pretekst.
— Możesz zapisać się tam sama — sugeruje, jakby był w stanie czytać mi w myślach.
To dziwaczne a na dodatek aż za bardzo przypomina mi umiejętności Dracona. Zawsze przecież wyciągał wszystko z mojej głowy szybciej, niż byłam w stanie wypowiedzieć to na głos. A może Wiktor potrafi to samo? Co jeśli on również wie, co czai się w mojej głowie i…
— Ela?
— Przepraszam, zamyśliłam się — chrząkam. — Nie chcę się tam zapisywać sama. Myślałam, że moglibyśmy, no wiesz, pójść razem. Zawsze byłoby nam trochę raźniej, bo pewnie wszyscy inni będą się znali, to w końcu starsze roczniki.
— No to zostaje nam w takim razie telewizja — oświadcza Wiktor, wypowiadając słowa, których obawiałam się najbardziej.
Telewizja to bowiem największy potwór i wyzwanie. Nawet mój znienawidzony rezonans magnetyczny się przy nim chowa.
— Super…
— Zawsze możemy poszukać czegoś poza uczelnią, jeżeli wolisz. — Sugeruje i to naprawdę słodkie, że tak się przejmuje, chociaż przecież nawet mnie nie zna.
— Nie, nie. Telewizja to dobra opcja. Po prostu nie jestem zbyt dobra w tym wszystkim.
— Wszystkim czyli…?
— No wiesz, staniu przed kamerą, opowiadaniu czegoś — wyjaśniam, chociaż domyślam się, że pewnie brzmi to niesamowicie głupio. Spodziewam się, że Wiktor mi to wypomni ale ponownie mnie zaskakuje.
— To w takim razie ja będę stał przed kamerą a ty będziesz moim operatorem. Co ty na to?
Znów mam ochotę się na niego rzucić i mocno go wyściskać. Ostatkiem woli powstrzymuję się przed zrobieniem tej głupoty, bo przecież wiem, że nie jest Draconem a zaledwie kimś, kto wygląda tak jak on.
— Dla mnie brzmi idealnie.
— No to jesteśmy dogadani — Wiktor uśmiecha się z zadowoleniem a następnie sięga ponownie do torby, tym razem wyjmując z niej sok jabłkowy. Nie jest on co prawda w kartonie a w butelce ale mimo wszystko czuję dziwne szarpnięcie w żołądku na jego widok.
Wszystko to jest aż nazbyt znajome, by było zaledwie przypadkiem.
7
Kolejnego dnia po zajęciach wybieramy się wspólnie do studia telewizyjnego. To jedno z miejsc na uczelni, które omijam szerokim łukiem, mimo że odbywają się tam nasze ćwiczenia z panem Markiem. To starszy facet, który od razu zapowiedział, że nie trzeba go tytułować „żadnymi doktorami, profesorami ani innymi habilitacjami” tylko lepiej „skupić się na zajęciach”. Niestety, mimo że jest naprawdę w porządku, nie zmienia to faktu, że nie przepadam za jego przedmiotem. Głównie dlatego, że jest on związany z kamerą — jej obsługą a także występowaniem przed nią. Na wszelki wypadek biorę więc ze sobą kokosowe ciasteczka (w końcu udało mi się uzupełnić zapasy) i zaczynam je podjadać w drodze do studia.
— Chcesz? — Pytam Wiktora, zastanawiając się czy ma coś przeciwko słodyczom. Ciasteczka są wybitnie słodkie chociaż ja już tego nie czuję, bo za bardzo przyczaiłam się do ich smaku.
— Może jedno — mówi, wyciągając dłoń w kierunku ciasteczek i płynem ruchem wsadza je sobie do ust.
Obserwuję go, jak powoli zaczyna żuć. Czuję się trochę jakbym oczekiwała właśnie na ocenę z testu a nie jego odczucia dotyczące jedzenia. Może to dlatego, że to mój ulubiony przysmak. A może chodzi o to, że to Wiktor a nie ktoś inny.
W końcu, po jakże długiej chwili niepewności, unosi do góry kciuk, w tym jakże uniwersalnym geście, by pokazać mi, że mu smakowało. Kto wie, może w przyszłości będziemy się nimi zajadać w dwójkę. Wspinamy się po schodach, kierując na drugie piętro, gdy Wiktor sięga po kolejne ciasteczko. Najwyraźniej musiały my wyjątkowo przypaść do gustu.
— Myślisz, że pan Marek zgodzi się żebyśmy zapisali się do niego na praktyki? — Pytam, bo chociaż rozważałam już ten problem jakieś tysiąc razy w ciągu ostatniej godziny, mam złe przeczucia.
— Czemu nie? Pewnie brakuje mu ludzi do pracy. — Odpowiada, gdy w końcu udaje mu się przełknąć trzecie ciasteczko.
Jeżeli tak dalej pójdzie, będę musiała ze sobą nosić jeszcze większe zapasy. Nie żebym miała coś przeciwko. Gdyby jednak Wiktor był Draconem wtedy mógłby je po prostu wyczarować. Przeczuwam jednak, że to nie jest dobry moment, by spytać go, czy oprócz bycia studentem nie jest przypadkiem również Asystentem Śmierci.
— Dobre. Trochę za słodkie ale jednak dobre. — Komentuje, otrzepując ubranie z pozostałości kokosa.
Stoimy właśnie przed wejściem do studia telewizyjnego a ja już czuję jak mój brzuch zaczyna protestować. Przypomina to aż za dobrze ekscesy, które urządzał podczas poprzednich miesięcy. A może moja choroba rzeczywiście wróciła? Co jeżeli to pierwszy objaw a tuż po nim pojawią się kolejne? Jakby nie patrzeć jest mi też trochę niedobrze. A nawet bardzo. Nudności podchodzą mi do gardła i kto wie, czy za chwilę nie zwymiotuję na podłogę. Rozglądam się rozpaczliwie dookoła, zastanawiając gdzie jest łazienka ale wtedy właśnie Wiktor chwyta za klamkę i uchyla drzwi. Czy mi się to podoba czy nie, wchodzimy do środka.
Studio jest zupełnie takie, jak je zapamiętałam. Panuje w nim lekki półmrok, bo lampy są wyjątkowo wyłączone, zapewne, by nie marnować prądu i nie generować dodatkowego ciepła. Mimo że oświetlenie nie działa, moje ubranie klei mi się do skóry. Gdybym tylko mogła, rozebrałabym się a następnie wzięła szybki prysznic. Może w tym czasie Wiktor porozmawiałby z panem Markiem i załatwił wszystko beze mnie?
— A państwo to do kogo? — kobieta z krótkimi włosami w brązowym kolorze wyłania się z drugiego z pomieszczeń.
Widziałam ją tutaj już wcześniej kilka razy ale nigdy nie miałam okazji z nią porozmawiać.
— My… — zaczynam, próbując coś z siebie wydukać ale Wiktor ratuje mnie z opresji.
— Przyszliśmy w sprawie praktyk — wyjaśnia, posyłając kobiecie swój typowy, szeroki uśmiech.
Najwyraźniej ta nabiera się na niego, podobnie jak ja wcześniej, bo nie mija ani chwila a odwraca się i woła w kierunku korytarza:
— Marek! To do ciebie, w sprawie praktyk!
Odpowiada jej jedynie jakiś niewyraźny pomruk ale domyślam się, że to właśnie pan Marek. I mam rację. Mężczyzna pojawia się po chwili. Jak zawsze ma na sobie flanelową koszulę w kratę i spodnie cargo. To jego stały zestaw w którym zmieniają się wyłącznie kolory. Czasami to czerń z bielą a czasami granat z czernią.
— Wy do mnie? — pan Marek przeczesuje siwe włosy szybkim ruchem.
Wygląda trochę jakbyśmy wybudzili go właśnie z drzemki. Oby tak nie było, bo to raczej nie wpędziłoby go w dobry nastrój. Wiem po sobie, bo gdy mama próbuje mnie zerwać każdego poranka, ostatnia rzecz, na jaką mam ochotę to pogawędki.
— Tak, przyszliśmy zapisać się na praktyki — Wiktor po raz kolejny wybawia mnie od wypowiedzenia tych słów na głos.
Ponownie mam wrażenie, że jest jak Draco. Zamiast jednak ratować mnie przed chorobami i szpitalem, powoduje, że mój pobyt na uczelni jest nieco lepszy i mniej żenujący.
— Zapisy na praktyki… — Pan Marek rozgląda się po studiu jakby oczekiwał, że spod jednej z kanap wyskoczy niespodziewanie lista, której zapewne poszukuje.
Następnie przechodzi do macania się po licznych kieszeniach od spodni a potem przeczesuje ponownie włosy.
— Poczekajcie tutaj. Tylko niczego nie dotykajcie. — Zaznacza i ponownie znika w jednym z pomieszczeń.
Zostajemy sami przez co nieco się rozluźniam. W sumie to nawet nie jest tu tak źle. Szczególnie, gdy inni studenci nie pchają się do przodu, chcąc się popisać swoją wiedzą i umiejętnościami występowania przed kamerą.
— Nawet tu ciekawie, nie? — Wiktor rozgląda się na boki. Najwyraźniej jeszcze nie miał okazji tutaj być.
— Pewnie tak. Szczególnie jeżeli interesujesz się telewizją i takimi rzeczami. Dla mnie to raczej mało ciekawe. — Wzruszam ramionami.
— To co tak naprawdę chciałabyś zrobić? — Pyta, w dalszym ciągu wodząc wzrokiem po rozstawionych wszędzie kamerach.
Niektóre z nich to stare i tanie modele, których używamy podczas zajęć a inne są bardziej profesjonalne. O ile rzecz jasna uczelniane kamery w ogóle zasługują na takie miano.
— Lubię… — Zaczynam ale uświadamiam sobie, że nie do końca wiem, co mogłabym mu powiedzieć.
Chciałabym jakoś mu zaimponować. Powiedzieć coś, co wskazałoby na to, że jestem prawdziwą studentką dziennikarstwa a nie ukrytą pod warstwami polarowych ubrań Elą. Ale problem w tym, że wszystkie pomysły, które przychodzą mi teraz do głowy, są po prostu głupie.
— Kokosowe ciasteczka? — Podpowiada, wyraźnie starając się rozluźnić nieco atmosferę.
— W sumie to tak. To moje hobby o ile w ogóle można tak powiedzieć…
— W takim razie moim hobby są soki — mówi, na co ponownie odczuwam dziwne szarpnięcie w okolicy żołądka.
Już mam zamiar powiedzieć, że wiem o tym doskonale i wymienić kilka dodatkowych rzeczy, które Wiktor zapewne też lubi ale w tym momencie pojawia się pan Marek.
— Słuchajcie, udało mi się znaleźć — oświadcza, wskazując na trzymaną w dłoniach listę. Na jego nosie tkwią teraz okulary więc bez problemu może przejrzeć listę nazwisk.
— Mam już zapisanych trochę osób ale znajdzie się miejsce jeszcze dla was — obwieszcza a następnie spogląda w naszym kierunku, jakby próbując oszacować czy coś takiego nam odpowiada czy też może uciekniemy gdzie pieprz rośnie.
Nie wiem co chodzi po głowie Wiktora ale ja najchętniej wybrałabym drugą z opcji, ewentualnie posłużyłabym się telefonem do przyjaciela.
— Świetnie, chcielibyśmy się w takim razie zapisać z koleżanką — oświadcza Wiktor, z tak dużym zadowoleniem, jakbyśmy właśnie odebrali dyplom ukończenia studiów.
— Wpiszcie się na listę żebym w ogóle wiedział jak się nazywacie — dodaje pan Marek i podaje kartkę w stronę Wiktora, po chwili dorzucając do tego jeszcze długopis.
Chłopak wpisuje się na nią a gdy to robi, pan Marek kieruje uwagę na mnie.
— A my to się już chyba znamy, prawda? — pyta, mierząc mnie wzrokiem.
Włos jeży mi się na karku, gdy wypowiada te słowa. Czy ma na myśli szpital? Może jego żona leżała ze mną kiedyś na sali? Albo spotkaliśmy się gdzieś na korytarzu? A może chodziliśmy do tego samego lekarza? Wiem, że wiele osób mnie kojarzy, głównie przez moją charakterystyczną bladą cerę i długie rude włosy. Ja niestety nie mam tak dobrej pamięci i wiele rzeczy wylatuje mi z głowy. A już szczególnie twarze innych.
Nagle przychodzi mi do głowy, że może nasz wykładowca jest kimś z rodziny pana Łukasza. Doskonale pamiętam, że podczas naszej rozmowy w szpitalu wspominał o tym, jak wiele osób czeka na jego powrót. Co jeśli pan Marek jest jego kuzynem albo wujkiem?
— To ty prawie przewróciłaś się z kamerą podczas pierwszych zajęć — stwierdza po chwili zastanowienia pan Marek.
— No tak, to byłam właśnie ja — zgadzam się pośpiesznie, bo oczywiście, że jego słowa nie miały drugiego dna a ja znowu doszukiwałam się w nich czegoś, czego nigdy tam nie było.
— Tylko tym razem uważaj, to drogi sprzęt i nie chcielibyśmy żeby coś mu się stało — unosi ostrzegawczo palec do góry.
— Oczywiście — zapewniam i sięgam po listę, którą podaje mi Wiktor.
Wpisuję się tuż pod nim jako dziesiąta osoba. Przy okazji zerkam również na jego eleganckie pismo i nazwisko. Wiedziałam już wcześniej jak się nazywa, bo przecież znalazłam go na Facebooku z pomocą Mateusza ale mimo wszystko uśmiecham się, widząc krótkie: Wiktor Kaleja.
— W porządku — pan Marek zabiera ode mnie listę i ponownie na nią spogląda jakby chciał sprawdzić czy takie proste zadanie jak napisanie swojego imienia i nazwiska przypadkiem nas nie przerosło. Jeśli chodzi o mnie i moją wcześniejszą wpadkę, nie dziwię się, że jest podejrzliwy.
— To kiedy zaczniemy? — Wiktor zadaje pytanie, które i mnie krążyło po głowie.
— W sumie to… — Dłoń pana Marka znów wędruje w kierunku włosów. — Jak dla mnie możecie zacząć nawet teraz. Tu nigdy się nie nudzi i zawsze mamy jakąś robotę.
Spodziewałam się, że zaprosi nas kolejnego dnia albo przynajmniej jutro ale nie, że zaczniemy już teraz.
— Chyba, że macie teraz jakieś zajęcia — dodaje, widząc zapewne mój wyraz twarzy.
— Nie mamy. Jesteśmy teraz wolni. Prawda? — Wiktor również na mnie spogląda.
Czuję się trochę głupio, bo obaj oczekują ode mnie podjęcia jakiejś decyzji a jedyne, co przychodzi mi do głowy to to, jak bardzo nie chcę być w tym miejscu. Ale tego im przecież nie powiem.
— Jasne, jak najbardziej nam to pasuje — zgadzam się.
— No to wspaniale. Chodźcie za mną, zaczniemy od czegoś, co powinno się wam spodobać. W końcu jesteście na dziennikarstwie, prawda? — Śmieje się cicho a następnie prowadzi nas na zaplecze w kierunku jednego z pokojów, w którym wcześniej zniknął.
Podążamy za nim a ja zastanawiam się co to za arcyciekawe zadanie przygotował dla nas pan Marek. Nie sądziłam, że wymówka z praktykami będzie miała aż taki finał. Przecież powiedziałam to tylko i wyłącznie po to, by móc pójść z Wiktorem do dziekanatu. Jest już jednak za późno na wycofanie się, szczególnie, że pan Marek jest jednym z moich wykładowców więc wolałabym nie mieć z nim na pieńku.
— Spędzicie tu pewnie jeszcze sporo czasu więc lepiej się przyzwyczajcie — obwieszcza mężczyzna, gdy wkraczamy do jednego z pomieszczeń.
Jest małe, nie ma w nim ani jednego okna a przede wszystkim okrutnie w nim śmierdzi. Trochę tak jak w szpitalnej sali w której ktoś za długo nie wietrzył.
W klaustrofobicznej przestrzeni mieszczą się dwa małe biurka, staroświeckie komputery i fotele. Oprócz tego jest też stolik, zasypany jakimiś papierzyskami i wąska szafka, również w całości wypełniona.
— To wasze nowe stanowiska pracy — wyjaśnia pan Marek — czasami inni też będą tutaj pracowali więc będziecie się musieli z nimi jakoś wymieniać. Ufam, że dogadacie się już we własnym zakresie, bo przecież jesteście dorośli.
Nie wiem jak Wiktor ale ja ani trochę nie czuję, by określenie „dorosła” do mnie pasowało. Brzmi to równie nierealnie jak fakt, że w pomieszczeniu nie ma ani jednego, nawet miniaturowego okna.
— Świetnie — Wiktor kiwa głową, najwyraźniej zadowolony z takiego obrotu sprawy.
— Tak, dogadamy się z resztą bez problemu — zapewniam, mimo że mam co do tego spore wątpliwości.
— Dobrze. To mam już dla was pierwsze zadanie. Za dwa dni robimy serwis… wiecie coś o naszych serwisach, prawda? — Pan Marek przygląda się nam bacznie.
— Tak, widzieliśmy kilka odcinków — tym razem to ja ratuję Wiktora, bo domyślam się, że nie ma pojęcia o co chodzi, w końcu dopiero co się tutaj przeniósł. — Raz, dwa, trzy akcja. — Dodaję, gdyby miał jeszcze jakieś wątpliwości.
Raz, dwa, trzy akcja to stały program nagrywany przez naszą uczelnianą telewizję. Zawsze ma format krótkich wiadomości i opowiada o tym, co działo się w naszym mieście lub co dopiero się wydarzy. Czasami pojawiają się tam też różne ciekawostki muzyczne albo książkowe, w zależności od tego, co akurat wpadnie studentom w dłonie.
— No właśnie. Dlatego potrzebujemy jakiś interesujących rzeczy, o których moglibyśmy ponagrywać. Znajdźcie mi coś i zapiszcie pomysły na kartce.
— A mniej więcej ile tych pomysłów powinniśmy znaleźć? — Pyta Wiktor, zsuwając z ramion plecak, bo zanosi się, że spędzimy w tu trochę czasu.
— Tyle, ile będzie potrzeba.
Po obwieszczeniu nam tej informacji pan Marek znika, co przyjmujemy z uczuciem ulgi. Zastanawiałam się przez moment czy nie będzie cały czas nas pilnował ale najwyraźniej rzeczywiście uważa nas za wystarczająco dorosłych. Albo po prostu chce wrócić do swojej przerwanej drzemki.
— Myślisz, że te komputery w ogóle działają? — Pytam, spoglądając w kierunku wiekowych maszyn, które równie dobrze mogłyby robić za eksponaty w muzeum.
— Zaraz się przekonamy — oświadcza Wiktor i przystępuje do ich włączenia.
Komputery zaczynają pracować tak głośno, że chyba będziemy musieli się przekrzywiać, jeżeli przyjdzie nam do głowy porozmawiać. Sprzęt w pracowni Konara to w porównaniu z nimi cudo techniki.
Dopiero po jakimś kwadransie wszystko nieco się uspokaja a sprzęt, zamiast pracować jak istny kombajn, zaledwie cicho warczy.
— Masz jakieś pomysły gdzie będziemy szukać? I przede wszystkim czego? — Pytam, próbując otworzyć przeglądarkę i jednocześnie nie zawiesić komputera tym jakże skomplikowanym zadaniem.
— Może zaczniemy od jakiś lokalnych serwisów? Pewnie mają najświeższe informacje i możemy coś od nich pożyczyć. — Wiktor również czeka aż okno przeglądarki w końcu się załaduje.
— Czyli będziemy kraść od innych.
— Na to wygląda. Wiesz, dopiero się tu przeniosłem i nie mam pojęcia co ostatnio się wydarzyło albo co dopiero będzie się działo. — Wyjaśnia i ma w tym sporo racji.
— No tak…
— A ty? Nie przychodzi ci do głowy jakieś wydarzenie z ostatniego czasu?
Uciekam wzrokiem na ekran swojego komputera, by ukryć lekkie zażenowanie. Ostatnie wydarzenia? Pomijając to, że skontaktował się ze mną Asystent Śmierci, zaproponował mi niebezpieczny pakt a następnie, gdy w końcu wyzdrowiałam, zniknął, nie wiadomo dlaczego i gdzie, to nie działo się absolutnie nic ciekawego.
— Mówiąc szczerze to nie za bardzo bywam na mieście — decyduję się na powiedzenie mu prawdy, bo przecież nasza znajomość taka właśnie jest od samego początku. Oparta na prawdzie.
No dobrze, może na półprawdziwe. Nie mogę jednak przyznać się, że praktyki studencie były dla mnie tylko wymówką, by z nim porozmawiać. A tym bardziej wyznać mu, że prześledziłam jego profil i mam zapisane jego zdjęcie na telefonie.
— W sumie to ja też. Wolę posiedzieć w domu albo jeśli już to ze znajomymi. — Wzdycha, wpisując w okno wyszukiwarki nazwę naszej miejscowości.
Internet działa tu jednak tak niesamowicie wolno, że pewnie poszłoby nam o wiele szybciej za pomocą naszych telefonów.
— W takim tempie zrobimy serwis telewizyjny ale pewnie dopiero na wiosnę — mruczę, wpatrując się z irytacją w stronę, która powoli się ładuje.
Wiktor prycha i klika kilka razy myszką, jakby liczył, że to w czymś pomoże.
— Ale przynajmniej będziemy mieli zaliczone praktyki studenckie przed wszystkimi innymi — przypomina.
Przez kolejne trzy godziny walczymy z różnymi stronami internetowymi, spisując z nich najważniejsze wydarzenia i czytając o tych, które dopiero będą miały miejsce. Jest tego całkiem sporo i muszę przyznać, że nie miałam pojęcia, że tak wiele się u nas dzieje. Pewnie dlatego, że leżąc w łóżku wszystkie te informacje do mnie nie docierały.
— To chyba mamy już wszystko — Wiktor spogląda na listę, którą wspólnie sporządziliśmy.
Widnieje na niej siedem punktów, o wiele za dużo, jak na jeden serwis ale domyślam się, że pan Marek wykreśli niektóre z nich. A może nawet większość? W końcu robimy to po raz pierwszy więc nie za bardzo wiemy, na czym się skupić.
— Chyba tak — decyduję i zarzucam na ramię torbę.
Wychodzimy z małego pokoju i przechodzimy do studia.
— W końcu! Jakieś świeże powietrze — wzdycha Wiktor a następnie zaciąga się nim jakby była to najprzyjemniejsza rzecz na świecie.
Śmieję się ale postępuję tak samo, bo dopiero teraz dostrzegam jak bardzo mi tego brakowało w ciasnej przestrzeni, w której pracowaliśmy.
Jeszcze lepiej jest wtedy, gdy wychodzimy z budynku uczelni. Chłodne powietrze i delikatny wietrzyk to połączenie wprost idealne po tym, czego doświadczyliśmy.
— To… do jutra? — Wiktor sięga po skryte w plecaku słuchawki jakby zastanawiał się czy może je już założyć.
— Jasne, do jutra — żegnam się i odchodzę w kierunku swojego przystanku.
Jestem więcej niż zadowolona ale moje szczęście ma mało wspólnego z praktykami i tym, że udało się nam znaleźć odpowiednie teksty dla pana Marka.
Cieszę się, bo to wszystko oznacza, że spędzę z Wiktorem jeszcze więcej czasu.
8
Kolejne dni upływają nam na rozmowach pomiędzy wykładami a także praktykach w telewizji. Chociaż początkowo sądziłam, że będzie się to wiązało z występowaniem przed kamerą, szybko okazało się, że tak nie jest. Pan Marek nie zachęca nas jakoś szczególnie żebyśmy bawili się w prezenterów, bo tych ma już zbyt wielu, jak zapewnia nas jednego dnia.
Oprócz tego dowiadujemy się, że tak bardzo spodobały mu się wybrane przez nas wcześniej tematy, że zdecydował się na stałe przydzielić nas do tego zadania. Od tego czasu zabieramy jednak do studia własne laptopy, nie ufając za grosz tym starym rupieciom, które się tam znajdują. Dzięki temu nasza praca jest o wiele szybsza.
Z tego też powodu nie wyczekuję już tak szaleńczo na pojawienie się weekendów. Na początku studiów tylko one mnie ratowały, bo nie musiałam myśleć o tym, jak beznadziejną studentką jestem.
Jasne, jeśli o to chodzi to dalej nie zmieniło się zbyt wiele. W dalszym ciągu nie wiem jak zbudować stronę internetową i plączę się, gdy przychodzi do rozmowy z jakimiś ludźmi, cały czas mając z tyłu głowy jakieś medyczne tematy, ale przynajmniej mam Wiktora. A z nim wszystko jest o wiele lepsze.