E-book
Bezpłatnie
drukowana A5
32.84
Jest dobrze

Bezpłatny fragment - Jest dobrze


Objętość:
218 str.
ISBN:
978-83-8221-468-0
E-book
Bezpłatnie
drukowana A5
za 32.84

Pobierz bezpłatnie

Wstęp

Każdy kolejny tekst pisarza powinien być lepszy. Nie wiem czy zasługuję na to zaszczytne miano, ale mimo to mam nadzieję, że ta zasada sprawdza się również w moim wypadku i moje utwory coraz bardziej zbliżają się do przyzwoitego poziomu.

Po bezpłatnym e–booku „A miało być tak pięknie” zawierającym szesnaście opowiadań przyszedł czas na kolejne. Tym razem znów próbowałem podjąć różnorodną tematykę — mamy rozważania na temat wyboru najlepszego sposobu oceny dzieł kultury, próby wyjaśnienia hasła inteligentna inwersja, wizję rozwoju Polski przez emigrantów, słowo o „poważnej” epidemii i wirusie głupoty, co nieco o dochodzie podstawowym, obowiązkowych zmianach płci, zespole Queen i literaturze sensacyjnej z policjantami w roli głównej.

Czy w dobie „literatury wyczerpania” i hasła „wszystko już było” można wymyślić coś jeszcze?

Teksty w kilku miejscach nie mają formy typowych opowiadań — zdarzają się ledwo zarysowane miejsca, które każdy może uzupełnić własną interpretacją.

Może warto czytać je od ostatniego do pierwszego?

Dziękuję bardzo ludziom z fantastyka.pl, a w szczególności Asylum. Portal ostatnio poniósł ogromną stratę w postaci odejścia regulatorów. Dziękuję jej bardzo, jak również tym, którzy wykazali cierpliwość i tym, którzy chcieli dobrze, ale może czasem troszkę się pogubili.

A dedykacja… idzie do Berci Bercikowskiej.

Srebra rodowe (są smaczne i zdrowe)

Niedaleka przyszłość

— Panie przewodniczący, posłowie niezależni wnoszą o dodanie zdjęć utytułowanej artystki Teresy Orlikowski. Mamy ze sobą ekspertyzę niezawisłego sądu, którą chcielibyśmy przedstawić członkom wysokiej komisji. — Poseł na sejm Andrzej Lipper odsunął od siebie mikrofon, wstał popychając ze skrzypieniem tanie metalowe krzesełko, z dumą poprawił biało–czerwony krawat i z podniesioną głową zaniósł kilka wydrukowanych stron do stołu, przy którym zasiadali najważniejsi eksperci od spraw kultury.

— Panie pośle, to może od razu dodamy siostrę Ewę i inne tak zwane gwiazdy? Po co się ograniczać? To skandal, że ktoś rozważa treści pornograficzne. To kpina z sejmu, senatu i całego państwa polskiego. — Jeden z jego przeciwników nie czekał na pozwolenie, tylko wzburzony powiedział, co myśli, i zakrył mikrofon ręką, rozmawiając gwałtownie z kolegą po prawej stronie.

Lipper również nie wytrzymał, i zaczął gestykulować i krzyczeć przez salę do dawnego przyjaciela z ławy szkolnej:

— Wolność słowa. Mówi ci to coś?

— Panie pośle, prosimy przestrzegać regulaminu. — Zabrał głos przewodniczący, patrząc na wzburzonego mężczyznę, który w zacietrzewieniu kontynuował swoją tyradę:

— Twój ojciec…

— Panie pośle!

— …wszystko…

— Przywołuję pana do porządku!

— …cenzurował…

— Panie pośle, proszę się zachowywać.

— …ale z nami nie pójdzie tak łatwo. — Lipper pokazał oskarżycielsko palcem.

— Nakładam karę porządkową. Czy ktoś jeszcze chce zabrać głos? — Przewodniczący rozejrzał się po zgromadzonych w sali Konstytucji 3 Maja i dodał: — Panie pośle, naprawdę? Trochę powagi, bo będę musiał pana wyprosić.

— Za co? Że podnoszę rękę? — Znany z szybkich zmian nastroju Lipper już trochę ochłonął.

— Tak, widzę pana rękę. Ktoś jeszcze? Nikt? No dobrze. — Przewodniczący ciężko westchnął: — Pan Lipper proszę. W jakim trybie?

— W trybie sprostowania, rzecz jasna — odpowiedział mężczyzna, tym razem przez mikrofon. — Wysoka komisjo, zdjęcia zostały pozytywnie ocenione przez trzy miliony osobników płci męskiej, którzy pomimo wysiłków rządu są pełnoprawnymi obywatelami tego kraju. Dziękuję.

— Panie pośle, bez osobistych wycieczek proszę. — Jego przeciwnik również użył mikrofonu. — Hańba, że wymieniana jest płeć. I jak niby wyliczono liczbę trzech milionów? Jeśli zebrano ich PESEL, to mamy nadużycie związane z ustawą o seksualności, którą państwo tak usilnie promowali. Obawiam się, że zmuszeni jesteśmy złożyć zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa.

W sali nastał harmider. Część posłów z lewej strony ostentacyjnie zaczęła wstawać i zbierać się do wyjścia.

— Cisza, powtarzam cisza. — Przewodniczący próbował zapanować nad zgromadzonymi, ale w końcu zrezygnował i dla formalności dodał: — Obrady komisji zostaną wznowione jutro o dziewiątej. Dziękuję państwu.

Dziennikarze z tyłu zaczęli się pakować. Wiedzieli z doświadczenia, że nic ciekawego raczej się nie wydarzy, a na zewnątrz można próbować złapać którego z posłów i przekonać go, żeby wygłosił choć krótkie oświadczenie.

Co najmniej pół roku. — Graszka oceniła, wkładając do torebki notatnik, w którym narysowane zostały długopisem dziesiątki serduszek. Cyrk jak zawsze. Czas coś zeżreć.

Poszła oczywiście do restauracji „Sejmowa”, gdzie stanęła w długiej kolejce. Przymknęła na chwilę oczy, chwilowo odcinając się od zgiełku i szumu wokół. Odruchowo pobrała plastikową tacę i metalowe sztućce, następnie trzymając ją zaczęła przesuwać się w stronę sklepowych chłodni z szybami, za którymi wstawiono metalowe pojemniki gastronomiczne z jedzeniem.

Zakupy, serial, kosmetyczka. — Robiła w głowie listę rzeczy na ten tydzień, gdy jej spokój przerwał jeden z posłów, stojący daleko na początku kolejki prawie przy kasie:

— Z czego robione były te gołąbki? Kompletny skandal. Jakaś wątroba dla kotów! To jest ohydne — awanturował się mężczyzna, którego próbowali powstrzymać koledzy wokół:

— Adam, daj spokój.

— No chodź. Podrzucimy cię do domu.

— Wyśpisz się, wypoczniesz. Świat będzie lepszy.

— No co daj spokój? Powąchaj to. No powąchaj. — Poseł zaczął wachlować ręką nad tacą z jedzeniem w stronę jednego z nich. — To tak śmierdzi, że ja nawet nie mogę przy tym stać.

Któryś z jego bardziej krzepkich kolegów złapał go za ramię, a on instynktownie szarpnął się tak mocno, że nieszczęśliwie wpadł na kobietę z tyłu.

— O pardon szanowna pani! — Odskoczył jak oparzony, podniósł przepraszająco ręce i zaczął krzyczeć, wymachując nimi absolutnie bez żadnej logiki i sensu: — Widzicie, co narobiliście? No widzicie? Dajcie mi spokój do cholery!

Kółko wokół mężczyzny się powiększało, a on najwyraźniej nakręcał, bo zrzucił swoją tacę na ziemię i skierował oskarżycielsko palec w stronę kobiety wydającej jedzenie:

— A ty co się tam cieszysz? Nie panimajesz? Ale gówno dajesz!

Ona wzruszyła ramionami, ale nic nie powiedziała.

W tym momencie w sali restauracji pojawiła się straż marszałkowska w postaci dwóch młodych byczków w mundurach:

— Panie pośle, pójdzie pan z nami.

— Ale…

— Panie pośle, prosimy. Proszę zachować powagę urzędu.

— Dobrze już dobrze, idę. — Adam niespodziewanie skapitulował, znów podniósł przepraszająco ręce, i wszyscy skierowali się w stronę wyjścia.

Ludzie wokół Graszki zaczęli komentować całą sprawę:

— Żona się puszcza.

— Są w separacji, a ona chce trzy bańki…

— Był w więzieniu podobno…

— Ja słyszałem, że miał wypadek i od tamtego czasu ma coś z głową…

— Pracował na komisji w nocy i chyba nie wytrzymał…

— ...biedny facet, nie ma już szans na kolejną kadencję.

Dziewczyna niejedno już tu widziała i na powrót zajęła się swoimi sprawami, w międzyczasie kładąc tacę na grubych metalowych rurkach z przodu lady. Przesuwała się i nie myślała o niczym innym aż do momentu, gdy kobieta z obsługi spojrzała na nią badawczym wzrokiem cwanej mamuśki i zapytała tonem „tych klientów nie obsługujemy”:

— Co podać?

— Dzień dobry, poproszę schabowego, o tego pierwszego z lewej. — Graszka pokazała czerwonym paznokciem, którego złamała dwa dni wcześniej. — Do tego ziemniaczki i surówkę z kapusty.

— Co do picia?

— Kawę z mlekiem. Dziękuję.

Jedzenie zostało szybko i sprawnie nałożone na talerz, talerz wraz ze szklanką powędrował na ladę i Graszka przełożyła je na tacę, podczas gdy kobieta przeszła już do obsługiwana następnej osoby.

Jezu święty, dlaczego tu zawsze musi być kolejka? Jak w PRL. Cholerny skansen. — Graszka zirytowała się trochę, podnosząc tacę i ustawiając się do kolejki do kasy. Mogliby w końcu połączyć wydawanie z opłatami.

— Dzień dobry, sześć pięćdziesiąt jeden poproszę. — Ekspedientka za kasą wbiła zamówienie, odczytała kwotę z wyświetlacza, zainkasowała pieniądze i położyła na tacy paragon i resztę.

Graszka wzięła posiłek, odwróciła się i zaczęła wzrokiem szukać wolnego stolika. Było ich kilka. Udała się do najbliższego, gdzie wytarła o serwetkę lekko brudne poszczerbione sztućce.

Chwilę później zajadała danie firmowe i przysłuchiwała się urywkom rozmów pań i panów posłów, którzy nie kryli się z niczym i mówili o zmianach prawa jak o przejściu przez ulicę:

— Jak damy kontrakt Hydrobudowie, to dadzą zniżkę na kolejne kilometry. — Korpulentny mężczyzna wkładał do spasionej gęby kawał ociekającego tłuszczem mięcha.

— Dobra, dobra. Czy kanał augustowski ma być przekopany już w tym roku? — Dwa stoliki dalej ktoś, kogo Graszka nie znała, omawiał gospodarkę wodną, podczas gdy siedząca z grubasem starsza matrona pytała go bez ogródek:

— Będzie jak z bramkami na autostradach?

— A weź, ciągle się o to czepiają. — Mężczyzna nadział na widelec ziemniaka, którym przejechał po sosie ogórkowym na talerzu. — Trzeba im podrzucić coś nowego.

— Taka praca.

Żrą i się śmieją, świnie jedne. Jedna wielka fabryka. I jak ma być dobrze w tym popierdolonym kraju?

Graszka popatrzyła dłuższą chwilę na całe to kolesiostwo, przekupstwo i warcholstwo, ale nie usłyszała nic, czego mogłaby się uczepić, więc wyszła, przeszła na parking i w popołudniowym korku pojechała do domu, gdzie czekało na nią zwietrzałe wino i kot z burą pręgą na grzbiecie.


***


O kurwa, moja głowa. Która godzina? Jezu, zabiją mnie, jak nie zdążę.

Niewątpliwie było rano i najwyraźniej musiała zasnąć, oglądając jeden z dreszczowców. W pokoju śmierdziało rozlanym winem i było ciemno, bo rolety zostały przysłonięte. Satynowa pościel na łóżku leżała w nieładzie, a ona sama we wczorajszej bieliźnie prezentowała się niewiele lepiej. Ledwo żyła i nie chciało się jej zwlec z łóżka, ale w końcu przemogła się, wypiła ogromną kawę z kapsułki, wzięła szybki prysznic, zrobiła pospieszny makijaż i udała do sejmu tanią służbową Skodą.

— Co tu tak mało ludzi? — wychrypiała do kolegi z TVP, który rozkładał sprzęt.

— Gazet nie czytasz? W buszu mieszkasz? — zakpił sobie, a potem spojrzał badawczo. — Kiepsko wyglądasz. Może małpkę?

Spojrzała na niego wzrokiem pełnym dezaprobaty.

— To może Red Bulla?

Przyjęła z wielką wdzięcznością puszkę energetyku i zaczęła go łapczywie łeptać, podczas gdy on referował:

— Ty naprawdę nic nie wiesz? Ale jaja, trąbią o tym od rana. — Spoważniał. — Premier ma ogłosić zmianę ministra obrony i jakaś tam trzeciorzędna komisja nie jest ważna. Podobno ma być cyrk, bo to jakiś gówniarz będzie. Ja też bym pojechał, gdyby nie decyzja góry, że mam tu być.

— Panie i panowie, zaczniemy od wniosków formalnych. — Przewodniczący rozpoczął obrady komisji z przodu sali. — Potem przejdziemy do punktu pierwszego, jakim jest zgłaszanie proponowanych materiałów.

— Panie przewodniczący, zgłaszam wniosek o zmianę przewodniczącego. — Do ataku przystąpił mężczyzna, który dzień wcześniej mówił o zdjęciach Teresy Orlikowski.

— Jakie jest uzasadnienie wniosku panie pośle?

— Ograniczenie wolności słowa poprzez przerwanie obrad. — Odpowiednia kartka została przekazana sprawnie i szybko do stołu przewodniczącego.

— Zasadniczo wszystko w porządku. — Ten odpowiedział po kilku minutach ciszy. — Ma pan do tego pełne prawo. Tak, tylko że to pan opuścił salę. Ale dobrze, nie widzę przeciwwskazań formalnych. — Wytrawny polityczny gracz wiedział, że ma większość w komisji i blokowanie opozycji nie ma sensu. — Czy są jeszcze jakieś inne wnioski? Nie widzę. Dobrze. Panie posłanki i panowie posłowie, proszę unieść prawą rękę przy głosowaniu. Kto jest za? Dziękuję. Kto jest przeciw? Dziękuję. Informuję, że wniosek został odrzucony. Czy jeszcze jakieś wnioski? Dziękuję. Proszę pań posłanki i panów posłów o zgłaszanie kandydatów do paragrafu trzy ustęp dwa proponowanej ustawy. Pan poseł Wolnewicz proszę.

— Wysoka komisjo, zgłaszamy filmy Stanisława Barei, takie jak „Miś”, „Zmiennicy” i „Alternatywy 4”.

— Dziękuję. Czy państwo mają jakieś pytania do wniosku? Proszę pani posłanka Bygier.

— Panie przewodniczy, o którą wersję chodzi? Okrojoną przez cenzurę PRL? Zremasterowaną? Bez przekleństw?

— Pan Wolnewicz proszę.

— Najlepiej wszystkie, według naszych szacunków wystarczy pięćdziesiąt gigabajtów. Wyliczenia złożymy ekspertom w formie pisemnej.

— Dziękuję, kto jeszcze?

— Panie przewodniczący, proponujemy trylogię „Sami swoi” i „Czterech pancernych”.

— Wersję czarno–białą czy pokolorowaną?

— Obie, szczególnie że czarno–biała nie zajmuje tyle miejsca.

— Kto jeszcze?

— A my proponujemy zapis z przebiegu komisji sejmowej Rywina.

— Rozumiem.

— Panie pośle, to może od razu wszystkie polskie piosenki z Eurowizji? — odezwał się ktoś z sali.

— Pani poseł, z punktu widzenia historii to by było bardzo dobre — odpowiedział poważnie mężczyzna przez mikrofon.

— To może występ pani Górniak z hymnem? I wszystkie „Mam talent” — dodał ktoś kpiąco.

— Wchodzimy tutaj w kwestie praw autorskich, ale tak, jeżeli będzie możliwe ustalenie szczegółów prawnych, to jak najbardziej.

— A ja proszę państwa proponuję „Wielką grę” i wszystkie odcinki „Sondy” i „Zrób to sam”.

— No to jeszcze może całą Polską Kronikę Filmową?

Kolejne propozycje padały z sali tak szybko, aż podniósł się szum.

— Panie i panowie posłanki, spokój proszę. Spokój. — Przewodniczący zaczął wręcz krzyczeć do mikrofonu. — Ogłaszam przerwę trzydzieści minut.

— Ale cyrk. — Graszka uśmiechnęła się słodko do reportera obok.

— Jak zawsze. Gdzie Polaków sześć, tam nie ma co jeść.

— Chyba żreć.

— Jeden chuj. Człowiek też bydlę.


***


— Proszę zaprotokołować. Do przetargu na razie przystąpiły firmy Siemens, Samsung i Wilk Elektronik. Komisja uda się na naradę. Dziękuję państwu. — Przewodniczący komisji wyłączył mikrofon.

W całej sali dało się słyszeć trzaski obiektywów, gdyż dziennikarze zaczęli robić setki zdjęć, zupełnie jakby urzędnicy państwowi byli celebrytami albo znanymi gwiazdami rocka.

Graszka poczuła nieodpartą potrzebę wypalenia papierosa i nie czekając na nic wyszła przed gmach, gdzie jej koleżanka z tego samego roku studiów właśnie referowała do kamery:

— Znajdujemy się przez budynkiem senatu, gdzie przedstawiono szczegóły kontraktu stulecia na dostarczenie kart szklanej pamięci holograficznej Biblioteki Narodowej, zwanych potocznie kostkami. Nowy nośnik ma mieć gwarantowaną trwałość rzędu setek lat i zawierać zapis najważniejszych dzieł kultury polskiej. Projekt patronowany przez UNESCO i sponsorowany przez rząd i prywatnych darczyńców szokuje wielkością i rozmachem. Wszystko zaczęło się od ustawy, która docelowo ma określać zakres załączonych utworów. Pierwsza debata w sejmie na ten temat ma odbyć się w najbliższy piątek.

Nic tu po mnie. — Graszka pomyślała, patrząc na młodą gwiazdkę, zagryzła zęby, wsiadła do służbowej skody i pojechała do redakcji, gdzie od razu wezwał ją naczelny:

— No i?

— Trzy firmy. W piątek to idzie do sejmu.

— Jak myślisz?

— Bubel.


***


— W dzisiejszym porządku obrad mamy debatę na temat ustawy dotyczącej kostki. Na liście mam zapisanych piętnaście pan i panów posłów. — Rozległo się w sali plenarnej sejmu.

— Panie marszałku, wnoszę o głos. — Jeden z posłów nie wytrzymał, tylko próbował coś powiedzieć poza ustaloną kolejnością.

— W jakim trybie?

— Sprostowania.

— Jakie sprostowanie? Obrady się nie zaczęły. — Podniosły się głosy z sali.

— Panie pośle, proszę się zapisać na listę.

— Ale…

— Panie pośle, proszę. A na mównicę prosimy panią posłankę Płowicz.

— Panie posłanki, panowie posłowie. — Chwilę potem zaczęła przemawiać kobieta z grubymi jak denko okularami. — Dawno temu żyli ludzie, których dzisiaj uważamy za wartych zapamiętania. Zastanówmy się jednak nad postępem. Jan Kochanowski żył pod lipą i pisał fraszki, które dzisiaj trącą myszką i są znacznie gorsze od tego, co tworzy pierwszy lepszy komputer. I stąd moje pytanie. Czy powinniśmy zajmować miejsce dla takiego dzieła?

— Hańba. — Podniosły się pierwsze nieśmiałe głosy, ale ona kontynuowała:

— Zastanówmy się, czy warto uhonorować poetów, którzy byli po prostu pierwsi i czy chcemy brodzić w zmurszałych prochach przeszłości czy wolimy patrzeć w przyszłość.

— Hańba! Hańba! — Odgłosy były bardziej słyszalne, ale ona mówiła coraz głośniej i twardo:

— I właśnie dlatego klub Prawo i Solidarność wnosi o to, żeby na kostce były wyłącznie utwory nie starsze niż sto lat albo żeby do starszych utworów zastosować zasadę niewielkiego rozmiaru. Dziękuję.

Posłowie na sali wstali krzycząc, a ona spokojnie zeszła z mównicy i przeszła do swoich kolegów, którzy zaczęli klepać ją po plecach.

Marszałek sejmu stukał laską, ale to nic nie dało, zaś jedna z posłanek próbowała coś mówić przez mikrofon, ale okazało się, że ten został wyłączony.

— Proszę o spokój, panie i panowie ogłaszam dziesięć minut przerwy.


***


— Panie marszałku, wysoka izbo. Lista pozycja jest długa, chciałbym jednakże pochylić się nad fantastyką, a konkretnie dziełami, które z różnych, często personalnych, przyczyn wyłączano z kanonu. „Delta powraca na Ziemię” Zbysława Góreckiego z tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego pierwszego. „Przez ocean czasu” Bohdana Korewickiego z tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego siódmego. „Gar’lngawi — Wyspa Szczęśliwa” Anny Borkowskiej z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego ósmego. Wszystkie one wyprzedziły swoje czasy i nie dostały należytej szansy. Spójrzmy dalej. „Baszta czarownic” Krzysztofa Kochańskiego z dwa tysiące trzeciego. „Opowieści Praskie” Tomasza Bochińskiego z dwa tysiące dwunastego. Twórczość Rafała Orkana. Wnosimy, aby te utwory dostały swoją szansę. Chcemy powołać specjalną komisję, która wyłoni podobne perełki i odkłamie rzeczywistość, podobnie jak zrobiono to z historią po tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym dziewiątym. Wnosimy również, żeby zmniejszyć ilość miejsca na utwory nagrody Zajdla, co do której wielokrotnie były podejrzenia o kolesiostwo i kumoterstwo. Dziękuję.

— Pan poseł Burakiewicz proszę. — Marszałek sejmu wskazał na kolejnego mężczyznę.

— Szanowna izbo, o nagrodzie Zajdla mówią autorzy odrzuceni, których dzieła często nie spełniały minimalnych wymagań. To tytułem komentarza, natomiast jeśli chodzi o wniosek, to wnoszę o nacjonalizację i dodanie do kostki wszystkich dzieł Lema. Odpowiedni projekt został już przekazany. Dziękuję.

— A my wnosimy o dodanie naszych polskich ekranizacji „Wiedźmina”, kolejnych przygód pana Kleksa i pana Samochodzika. Odpowiadając na zarzuty o marną jakość tych produkcji, chcę tylko powiedzieć, że jest to jednak nasze dziedzictwo narodowe. Wnosimy również o dodanie „Wiedźmina” i „1983” z Netflixa. Dziękuję — dodał kolejny mówca.

— Panie i panowie posłowie, wszystkie sugestie zostały zarejestrowane. Czy ktoś ma coś jeszcze do dodania?

— Panie przewodniczący, nasz wniosek dotyczy zarchiwizowania między innymi takich dzieł z lat dziewięćdziesiątych jak programy Mks_Vir i TAG. W stosunku do filmów zajmują niewiele, a jest to ważny element naszej kultury. Niewiele z nich się zachowało i proponujemy pobranie ich kopii z Web Archive i Pirate Bay.

— Hańba! Hańba!

— Panie marszałku, w trybie komentarza. — Podniosła się korpulentna posłanka Krystyna, która gestykulując podeszła do marszałka i zaczęła krzyczeć: — To potwarz dla ciężko pracujących firm i ludzi, i usankcjonowanie piractwa, które nie istnieje od tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego czwartego.

— Pani posłanko, będzie miała pani swój głos. — Marszałek opozycji nie wdawał się w polemikę, tylko odpowiedział jej przez mikrofon i zwrócił się do posła, który wcześniej przemawiał. — Proszę kontynuować.

— Panie i panowie, chcieliśmy odtworzyć klimat tych lat, gdy ludzie jeździli na ulicę Grzybowską i kopiowali programy, często z różnymi demami i dodatkami w kodzie. Dziękuję.

Cyrk, zaraz zaproponują jeszcze reklamy z telewizji — pomyślała Graszka, pamiętając reklamy Simplusa z piękną dziewczyną z wielkim biustem i niezbyt urodziwą odpowiedniczką o wdzięcznym imieniu Heyah.

Poseł zszedł z mównicy, tymczasem na sali podniósł się tak spektakularny zgiełk, że marszałek znów zwołał konwent seniorów i ogłosił dziesięć minut przerwy.


***


— Wznawiamy obrady, pan poseł Pietrasz.

— Polska Partia Piratów wnosi o dodanie oryginalnej i jedynie prawdziwej wersji reżyserskiej epizodu IX „Gwiezdnych Wojen”.

Cała sala zamarła. Połowa ludzi bez słowa wstała i zaczęła wychodzić.

Tego jeszcze nie grali — pomyślała Graszka. Przebili wszystkich.

— Panie i panowie, znów zwołuję konwent seniorów. — Marszałek nie miał wątpliwości, że należy zastanowić się nad całą sytuacją.


***


— Panie i panowie, wznawiam obrady.

Kolejne osoby wchodziły na mównicę i przedstawiały swoje wnioski i uwagi:

— Ile wersji „Pana Tadeusza” należy tam umieścić i czy powinny to być skany w 4K czy coś innego? Czy mamy dodać komentarze i opracowania ekspertów? Wnosimy o to, żeby dokonać odpowiednich analiz i głosowania.

— Panie marszałku, nasz klub wnosi o dodanie wszystkich podręczników szkolnych z kilkudziesięciu lat. Chcemy, żeby to były publikacje wydawnictw państwowych i firm, które się zgodzą udzielić licencji. Zaczniemy od elementarza Falskiego.

— Panie marszałku, wysoka izbo. Jeżeli dopuszczona będzie pornografia, to my chcemy również dzieła pokazujące uciśnione mniejszości w Polsce. Dziękuję.

— Spójrz na nich. Tłuste koty czują żer. — Kolega Graszki odezwał się do niej teatralnym szeptem.

— Szanowni państwo, zastanawia mnie, że nikt dotąd nie podniósł tematu energii. Chcemy wyprodukować miliony kostek, a następnie ich używać. Jak wygląda kwestia czytników i ich cen? Czy biblioteki dostaną dofinansowanie na komputery i czytniki? W jakim trybie ogłoszony zostanie przetarg? Kto zapłaci za licencję na część dzieł? Czy nie lepiej byłoby sfinansować projekty takie jak Wolne Lektury? Jakie formaty będą użyte do zapisu? Czy dodamy informacje, jak je odczytać? I jakie będą opłaty z tytułu używania tych formatów? Czy dodamy też informacje techniczne o platformach, na których można było używać zapisanych programów? Czy będą tam jakieś emulatory? W jakich wersjach? Dziękuję.

— Szanowny panie marszałku, panie posłanki, posłannice, poślice, szanowni panowie posłowie. Posłowie niezrzeszeni wnoszą do laski marszałkowskiej projekt nowej ustawy, która nakazuje nową twórczość umieszczać w rządowej chmurze.

Sala ucichła, a mężczyzna kontynuował:

— Chcemy doprowadzić do sytuacji, gdzie materiały do archiwizacji do kolejnych kostek będą dostępne z jasno określoną licencją. Chcemy tez doprowadzić do sytuacji, gdzie obywatele dostaną utwory z gwarancją, że są legalne. Dziękuję.

— Słyszałem, że chcą, żeby państwo udostępniło całą twórczość za darmo obywatelom, którzy uczciwie płacą podatki. — Graszka usłyszała, jak jej koledzy wymieniają się informacjami na temat projektu, tymczasem na mównicy poniżej właśnie zgłaszany był kolejny wniosek:

— Niezrzeszeni proponują umieszczenie na kostce kodu programu, który sam generuje dzieła, korzystając przy tym ze wzorców stworzonych na podstawie znanych dzieł. Obserwujemy coraz większe stężenie dwutlenku węgla w atmosferze i przez to spadanie średniego współczynnika inteligencji. Uważamy, że warto zachować pewne algorytmy, dopóki rozumiemy ich działanie.


***


— I co się tam stało? — Redaktor zapytał Graszki, która siedziała i próbowała się skupić.

— Ustawa wróciła do komisji, zebranie jutro — burknęła zła jak osa.

— Doskonale.

— Chodzą też słuchy, że niektóre fundacje naciskają na więcej materiałów z kobietami. Podobno sponsorują je najbogatsze Polki, które chcą uzyskać dla celebrytek nieśmiertelność.

— Ktoś naciska na to, żeby wepchnąć jakieś gnioty?

— Może. I…

— Tak?

— Słyszałam, że ktoś tam rozważa wersje dla dorosłych.

— Że jak? Porno za państwową kasę?

— Nie, nie. — Machnęła ręką. — Chodziło o inne filmy przyrodnicze. Jakieś zabijanie zwierząt i tym podobne rzeczy.


***


— Otwieram panel ekspertów i konsultacje społeczne. Odpowiadać będzie pan profesor Wolniewicz. Może pani w czerwonym? — Przewodniczący rozpoczął jedną z sesji.

— Aneta K, wydawnictwo Wolne Media. Czy w książkach nie powinno usunąć się informacji o znakach towarowych znanych firm? Inaczej to wszystko jest moralnie wątpliwe, a firmy powinny raczej zapłacić za reklamę.

— Nie może być informacji, że ktoś wypił Pepsi? — zapytał ktoś z sali.

— Nie posuwajmy się aż tak daleko, i jeśli Pepsi nie będzie mieć nic przeciwko pisaniu o ich produktach, to wszystko w porządku. Dziękuję.

— Pan w różowej koszuli. — Wskazał prowadzący.

— YouTube zażądał, żeby umieścić tam filmy z największych kanałów. Czy będą to również kanały tak zwanych patostreamerów?

— Tak, o ile eksperci się na to zdecydują. Prezydenci naszych krajów mają o tym rozmawiać we wrześniu.

— Czy będziemy płacić od tego jakieś kwoty?

— Prawdopodobnie tak.

— Czyli mamy umieszczać ich materiały i płacić?

— Taki scenariusz jest rozważany.

— Jakość dźwięku jest żenująca i wystarcza do odtworzenia przez słuchawki, ale na pewno nie przez profesjonalny sprzęt. Czy jest to do przyjęcia?

— YouTube to siła. Ludzie tego chcą, i Amerykanie również bardzo mocno sugerują, żeby go uwzględnić.

— Sugerują, czyli zmuszają?

— Nie odpowiem na to pytanie.

— Pójdźmy dalej. Mam tu takie video, gdzie ktoś zapętlił reklamę przez dziesięć godzin. Ma ona miliony odwiedzin i myślę, że stanowi swego rodzaju artystyczny happening. Czy takie utwory też państwo będą uwzględniać?

— Prawdopodobnie nie.

— To może wideo, gdzie mamy filmy z przejazdów tramwajami przez miasto? Bardzo dobrze pokazują codzienność.

— Nie wiem.

— Reklamy, które zmieniły rynek?

— Naprawdę nie wiem.

— A filmy z treściami zbliżonymi do pornografii albo sceny egzekucji?

— To oburzające, że pan w ogóle o tym mówi.

— Niektóre z nich mają bardzo dużo wyświetleń i nasze źródła informują, że kilka państw już wysłało noty, w których sugerują uwzględnienie ich ideologii.

— Państwo polskie będzie podejmować decyzje samodzielnie.

— Przekleństwa? Przemoc? Na przykład „Psy”?

— Nie wiem.

— To jakie będą kryteria doboru?

— Pracuje nad tym sztab ekspertów.

— Ten sam, który kiedyś przygotował reklamę promującą Warszawę na Euro 2012?

— Nie jestem teraz w stanie odnieść się do tego materiału.

— Przypomnę, był oficjalny, ale zebrał miażdżące recenzję z uwagi na skojarzenia z gwałtem.

— Nie wiem nic na ten temat.

— Może ktoś inny? — Nieśmiało zaproponował prowadzący. — Odpowiedź na pytanie została chyba udzielona. Może pan?

— Dziękuję. Tomasz G., artysta niezależny — odparł wskazany mężczyzna. — Chciałbym się zastanowić nad kwestią udostępniania materiałów wywołujących różne reakcje. Możliwe, że na kostce znajdą się treści pornograficzne albo inne, których odczyt powinien być co najmniej monitorowany albo ograniczony. Czy w ogóle zostanie wprowadzona jakakolwiek kontrola, skoro kostka to wyłącznie nośnik danych?

— Na razie przyjęto zasadę mówiącą, że nie będzie ograniczeń wieku. Rozważaliśmy szyfrowanie i udostępnianie kluczy, ale tu by było ryzyko ich wycieku. Zbieranie statystyk mogłoby być teoretycznie wbudowane w czytniki, ale to dopiero w drugiej fazie projektu.

— Dziękuję, mam jeszcze jedno pytanie. Co z dziełami, które zostały porzucone przez twórców albo wydawców?

— Nie ma czegoś takiego jak abandoware, jeśli o to panu chodzi.

— Ale są znane produkcje, co do których pretensje zgłasza kilka firm. Nie można znaleźć ich autorów albo łańcuch spadkobierców jest tak długi, że nie sposób go prześledzić.

— Tak, to jest pewien problem, który musi być jakoś rozwiązany przez prawo.

— Można pana zacytować?

— Jak najbardziej.


***


— Pan poseł Piernacki? — Kilku mężczyzn otoczyło znanego lobbystę na parkingu, gdy chciał wsiadać do swojego samochodu.

— Tak.

— Jest pan zatrzymany pod zarzutem posiadania pornografii dziecięcej.

— Ale… ale mam immunitet.

— Wszystko odbędzie się zgodnie z procedurą. Tutaj jest uchylenie immunitetu, a tutaj są panowie z ochrony sejmu i policji — Wskazani funkcjonariusze pokazali legitymacje.

— Ale… ale… Żądam obecności innego patrolu policji.

— Proszę przystąpić do przeszukania. — Przywódca grupy zignorował jego słowa.

— Rozstaw nogi! Szeroko! — Mężczyźni zaczęli wyjmować mu wszystko z kieszeni i kłaść na masce auta przed nim, głośno komentując do elektronicznego protokołu: — Klucze, portfel, ulotki.

— To oburzające! — Próbował protestować, ale jak na złość w pobliżu nie było żadnego kolegi z jego partii.

— Proszę sprawdzić pana posła pod kątem urządzeń elektronicznych. — Dowódca nie zważał na nic, a jeden z jego podwładnych po chwili potwierdził, patrząc na ekran miernika i jedną z kartek:

— Tutaj jest nośnik.

— Ale… ale ja tę ulotkę dostałem na ulicy. — Poseł spurpurowiał na twarzy.

— Panie pośle, o wszystkim zdecyduje niezawisły sąd. Jest pan zatrzymany.


***


„YouTube rozważa odcięcie Polski od serwisu”

Graszka gapiła się z głupią miną na ekran telefonu. Dziewczyna stała w windzie, trzymając aparat w jednej ręce i dzielnie dzierżąc kubek kawy w drugim. Powoli zatrzymała stronę i przeszła do artykułu, gdzie mogła przeczytać:

„Jak donoszą nasze źródła, YouTube rozważa tymczasowe usunięcie treści polskich, jeżeli na kostce nie pojawią się treści z serwisu. Negocjacje trwają, a na razie rozważane jest umieszczenie na kostce całych filmików, ale z reklamami. W całej sprawie ważne jest rozwiązanie chociażby problemu niskiej jakości materiałów, która jest ograniczana przez osoby dokonujące remiksów, żeby nie zostać posądzonym o łamanie praw autorskich”

Wróciła do spisu treści, gdzie kolejny artykuł był znacznie bardziej ciekawy.

„Przekręty czy misja”

Co do kurwy nędzy?

Patrzyła z niedowierzaniem na swoje nazwisko przy tekście, który najwyraźniej napisał któryś z praktykantów. Była tak zdziwiona, że nie zauważyła nawet momentu, gdy otworzyły się drzwi windy.

— Dzień dobry, gwiazdo. — Usłyszała.

— Cześć szefie. — Wróciła do świata i uśmiechnęła się machinalnie, patrząc na młodego człowieka, który stał za otwartymi drzwiami i blokował je ręką.

— Idziesz czy stoisz? — zapytał.

— Co tu się, kurwa, dzieje?

Zignorował jej pytanie i podał tablet:

— Zobacz, co pojawiło się w sieci z rana.

Bez wyrazu na twarzy oddała mu kawę i wzięła urządzenie, na ekranie którego widać było, jak jeden z posłów ucieka do swojej limuzyny, a filmująca go ekipa wyraźnie próbuje go złapać:

— Panie pośle, czy to prawda, że prezesem spółki Libra jest pana żona i że spółka wniosła o dodanie jej wersji pana Tadeusza? — Jakaś reporterka próbowała się dopytać, trzymając w ręku mikrofon z napisem „Niezależna TV”.

— Bez komentarza. — Poseł zasłaniał się ręką.

— Czy to nie jest konflikt interesów? Panie pośle, proszę nie uciekać.

— Wszystko, co miałem do powiedzenia, już państwu powiedziałem. Dziękuję. — Poseł ze złością zatrzasnął drzwi auta.

— Co wy tu odpierdalacie? — Graszka była konkretna i urocza jak zawsze, gdy oddawała tablet.

— Siemens oprotestował czas dostępu. Twierdzą, że nie był podany i że odrzucenie ich oferty jest bezpodstawne. Tym się dzisiaj zajmiesz. — Znów zignorował jej pytanie.

— Wiesz, o czym mówię. Wyjaśnisz mi to, czy nie?

— Do zagrody. Już. — Pokazał, żeby udała się do jego gabinetu. — Kawkę? A nie, już masz. To może ciasteczko? — Był uprzejmy aż do bólu. — Fajka nie dam, bo później wszyscy myślą, że to ja jaram.

— A nie jarasz? — zaczepiła go słownie, ale on spojrzał znacząco i dodał cicho:

— Nie przeginaj, to nie Żelazny & McVay.

— To przestań mi pieprzyć. To dobre dla małolatek z pigalaka. Puściłeś czyjś tekst z moim nazwiskiem.

— Nie potwierdzam, nie zaprzeczam.

— Nigdy, ale to nigdy do niczego się nie przyznawaj. Wiem, sama to wymyśliłam — burknęła.

— Myśl perspektywicznie. Kilka razy miałaś problemy, a ja chcę, żebyś się rozwinęła. Poseł jest nieważny i to, że ktoś zrobił ci dobrze, to chyba dobrze.

— Przysługi trzeba oddawać.

— Babom nigdy nie dogodzisz. Dajesz, źle. Nie dajesz, jeszcze gorzej. Dobra, ogarnij sie, nie pierdol głupot i bierz się za tego Siemensa. A tak w ogóle to już słyszałaś?

— Co?

— Aresztowano Piernackiego.

— Tego posła, który był przeciwny dodaniu utworów wielkich koncernów?

— Tak.

— No to duża kasa musi wchodzić w grę.

— To nie kółko różańcowe, tylko wielki biznes.

— Czyli firmy będą chciały wrzucać swoje wersje.

— A żebyś kurwa wiedziała.


***


— Szanowni państwo, otwieram program „Kropka nad i”, w którym każdy ma przydzieloną pulę czasu. Ze mną w budkach w studio są posłowie niezależni, przedstawiciele opozycji i partii rządzącej. Rozpoczyna pan poseł Donald Mikke. — Zgodnie z formułą programu redaktor przekazała głos jednemu z gości, który zamknięty został w niewielkim oddzielnym pomieszczeniu i mógł odzywać się w dowolnym momencie, wykorzystując przy tym czas z przyznanej puli.

— Dziękuję pani redaktor. Złożyliśmy do łaski marszałkowskiej projekt ustawy z milionem podpisów. Chcemy, żeby utrwalone na kostce książki papierowe oddać na przemiał. Naszą intencją jest ochrona środowiska.

— Dziękuję, jakiś komentarz? — Prowadząca zwróciła się do przedstawiciela młodzieży propolskiej, który jak wszyscy mógł, ale nie musiał udzielić odpowiedzi.

— Nonsens. To zapewni surowiec do produkcji papieru toaletowego tylko na dwa dni, trzeba jeszcze wziąć pod uwagę ślad węglowy transportu.

— A do tego… — przerwał mu pierwszy poseł, który zdecydował się stracić kilka sekund cennego czasu. — … jest taki autor…

— Panie kolego, pan mi tu nie przypomina Heinego, mam już dosyć tego cytatu z gazet, telewizji i internetów. Nie będzie palenia książek. Koniec, kropka. — Dokończył za niego przedstawiciel młodzieży.

— Jakieś inne propozycje? — zapytała redaktor prowadząca, zwracając się do wszystkich.

— My apelujemy, żeby nie było tam zbyt dużo treści. Nikt nie będzie w stanie ogarnąć — odpowiedział przewodniczący komisji do spraw kultury z ramienia opozycji.

— A państwo co proponujecie? — Tu redaktor miała nadzieję na ripostę ze strony rządu.

— Klasyczne filmy z Boddo i Fogiem.

— Przecież to kpina — parsknął przedstawiciel młodzieży. — Te filmy zainteresują garstkę odbiorców.

— Zastanówmy się, czy chcemy zachować najcenniejsze dobra narodowe czy najbardziej popularne utwory, majteczki w kropeczki i inne podobne. — Opozycja dorzuciła swój komentarz.

— Jakie kryterium wyboru pan proponuje? — Redaktor zwróciła się do pomysłodawcy.

— Może żeby brać pod uwagę dzieła, które uznano za kanon?

— A kto będzie ekspertem? Poza tym coś, co było kanonem pięćdziesiąt lat temu, teraz może trącić myszką. — Dopytała redaktor.

— To może ilość osób, które polubiła dane dzieło?

— Załóżmy, że to jest dobre kryterium i pięćset tysięcy będzie odpowiednią liczba. Co jeżeli dzieło zbierze jedną pozytywną recenzję mniej?

— Wie pan, ja też chodzę do kościoła i pamiętam przypowieść o sprawiedliwych.

— No to co my właściwie robimy? W ustawie musi być jasne kryterium. — Nie wytrzymał poseł opozycji, który przechodził tę dyskusję wielokrotnie.

— Kropka nad i?

— W proponowanych książkach jest homofobia i nietolerancja. — Donald jako jedyny miał jeszcze czas i jak zawsze pokazał mocne zakończenie.

— Dziękuję państwu. Oglądali państwo kropkę nad i.


Pół roku później

— Z ostatniej chwili! Na tysiącu kostek dodano ukryte wiersze z obraźliwym wyrazami! — Rozległo się w mieszkaniu Graszki z gadającego panelu na ścianie.

Dziewczyna włożyła łyżkę do miski, wzięła do ręki pilota i podgłośniła.

— Według naszego dziennikarskiego śledztwa kostki z błędem pojawiły się w niebotycznych cenach na znanym portalu aukcyjnym, skąd zostały od razu wycofane. Firma Wilk Elektronik twierdzi, że to błąd, który został już naprawiony, a policja prowadzi dochodzenie mające wyjaśnić, czy dokonano sabotażu, kradzieży czy innego nielegalnego czynu. Czy mogą państwo jakiś skomentować zaistniałą sytuację?

— Pani redaktor. — Zaczął odpowiadać jeden z młodych posłów niezależnych. — Słowo, o którym mówimy oznaczało kiedyś element dekoracyjny pasa przy ubraniu. Nie chciałbym go wymieniać…

— …bo jesteśmy w porannym pasie antenowym.

— Dokładnie. Pamiętajmy, że to jednak element naszego dziedzictwa narodowego.

— Czy popierają państwo przeklinanie?

— Tego nie powiedziałem.

— Pojawiły się głosy, że wybór utworów w kostkach związany jest z wielką korupcją i że autorzy niezależni nie dostali żadnej szansy.

— Pani redaktor, na rynku mamy zalew grafomanii. Byty żywe i sztuczne tworzą codziennie setki tysięcy nowych historii. Trzeba jednak zachować pewien poziom.

— I stąd próby zmniejszenia ilości tego, co pokazuje się w druku i w wersji elektronicznej?

— Pani redaktor, niektórzy uważają za cenzurę to, co my uważamy za ekologię. Rzeczy mało wartościowe nie powinny zajmować cennego miejsca i energii.

— No tak, ale przykłady teleturniejów pokazały, że głosowania za tym, co jest dobre, a co nie, można ustawić. Eksperci mogą być tendencyjni. Co pan proponuje?

— Nie ma dobrej metody. Może liczenie odsłon i ocen, ale… co do kostki, to były pewne naciski. Wiemy, że chociażby obrady pewnych komisji mogą zaciekawić tylko niewielkie grono osób. Możemy to podeprzeć odpowiednimi statystykami. I dlatego w zamrażarce sejmowej leży projekt ustawy dotyczący kostki 2.0, który zakłada archiwizację wszystkich utworów mających numer ISBN z ostatnich dwustu lat. Policzyliśmy, ile tego jest, sprawdziliśmy możliwości technologii i wiemy, jak tego dokonać.

— Ale wszystkich?

— Tak, wszystkich książek.

— A co z wideo czy muzyką?

— Tych jest za dużo.

— A to nie jest tak, że przesuwacie tylko problem?

— Od czegoś trzeba zacząć. Pierwsze komputery były ogromne, a teraz… to się nazywa postęp.

— Nie lepiej wydać kilka kostek z różnymi utworami tak, żeby te mniej popularne były w mniejszej ilości kopii?

— Wtedy możemy być posądzeni o prześladowanie konkretnych grup odbiorców. Zresztą proszę zobaczyć, że wielu twórców zdobywa sławę po śmierci. Często przez lata nie wiemy, że byli genialni. Stąd pracujemy też nad projektem drugiej ustawy, dzięki której każdy obywatel będzie zapisywać swoją twórczość elektronicznie co najmniej w dwóch kopiach. I teraz najważniejsze jest to, że wszystko, co może zostać uznane za dzieła, będzie szyfrowane na specjalnej wersji kostek, a klucze zostaną udostępniane trzydzieści lat po śmierci.

— A jak chcą państwo rozwiązać sprawę kopii tymczasowej?

— Serwery będą rozproszone i umieszczone w każdym domu. Pracujemy już na tym, żeby infrastrukturę finansowały firmy informatyczne.

— Nie rozumiem. Czy chcecie zmusić wszystkich ludzi do oddania danych korporacjom? Co z prawem do prywatności?

— Firmy dzisiaj muszą utrzymywać drogie serwerownie. Co jeśli miałyby serwery w każdym domu, które częściowo byłyby również do ich dyspozycji? Podobno coś takiego było już testowane w USA.

— Ciekawy pomysł. Dziękuję za rozmowę.

— Dziękuję pani redaktor.


***


— Otwieram posiedzenie. — Redaktor naczelny w redakcji, w której pracowała Graszka, miał powody do zadowolenia, gdyż temat kostki znacząco poprawiał ilość odsłon. — Koncerny złożyły pozew do Skarbu Państwa o nieuczciwą konkurencję i utratę zysków.

— No ale przecież Polska ma zgody?

— Tak, ale Google twierdzi, że oszacowania były błędne. Chce zmian na podstawie tego, że został wprowadzony w błąd przez własne algorytmy.

— To nie powinien mieć pretensji do samego siebie? Umowa jest przecież podpisana.

— Powołują się na prawo zwyczajowe mówiące, że strona przeciwna mogła domniemywać nieważności umowy na podstawie tego, że liczby nie wyglądały realistycznie w stosunku do publicznych statystyk.

— Przecież to śmieszne, że jak chcę coś kupić i cena jest niska, to mam domniemywać błąd, kradzież czy coś takiego.

— Precedensy już są, chociażby paserstwo. Oni mają tam naprawdę dobrych prawników. Czeka nas długa batalia, i wstrzymanie dystrybucji kostek.

— Myślicie, że chodzi o to, że VOD były bardziej popularne?

— Bardzo możliwe.

— Albo nieważne co myślicie — podsumował naczelny. — Kolejny temat to kwestia sabotażu. Łysy?

Wezwany chłopak zaczął czytać z kartki:

— Sabotaż. Niektóre materiały na kostce mają znacznie gorszą jakość niż powinny. Jak donoszą reporterzy, pierwotnie planowano znacznie większą pojemność, ostatecznie wytwórca wziął różnicę do kieszeni. — Rozejrzał się. — To tyle, co znalazłem w Darknecie. Potrzebuję ze dwóch ludzi, żeby to pociągnąć.

— Dam ci młodych. Co dalej?

— Ja znalazłem manifest artystów, którzy chcą niszczyć kostki.

— Dajesz.

— Jesteśmy ruchem, który stawia sobie za cel wywoływanie uczuć. Proszę przypomnieć sobie film „Oblivion”, gdzie bohaterowie żyli w sterylnej atmosferze, a kobieta wzruszyła się na widok obrazu. Kostki zniszczyły wrażliwość, zmieniając wszystko w bezduszne i zera jedynki. Po słabej jakości plików mp3 i stratnej kompresji obrazu jest to kolejny krok do realizacji wizji z filmu „Equilibrium” z roku dwa tysiące drugiego.

W sali zapadła cisza, którą przerwał jeden z jego kolegów:

— A ja słyszałem, że ekolodzy też zaczęli protestować przeciw produkowaniu kostek. Argumentują, że tworzone są tony elektronicznych śmieci. Niektórzy aktywiści zniszczyli kilka kostek mówiąc, że sama energia do ich odczytu przekracza wszystkie normy.

— Co jest nonsensem.

— Tak.

— Czy można ich nazwać niszczycielami kultury?

— Niewątpliwie, chociaż ja bym wolał określenie niszczyciel światów.

— A słyszeliście o akcji tak zwanego resetu?

— Ktoś chce palić książki?

— Gorzej.

— Spokój, odchodzimy od tematu. — Naczelny podniósł rękę. — Czy mamy coś jeszcze?

— Ja mam temat naukowy. Cała akcja okazała się katalizatorem do tworzenia nowych algorytmów kompresji danych.

— Też może być. Zajmij się tym. Wystarczy na dzisiaj.


***


— Czy utwory do kostki zostały właściwie wybrane? Według niektórych wszystko zostało ustawione, zmanipulowane albo oparte na chaotycznie podjętych decyzjach. — Redaktor delikatnie obciągnęła rękami krótką spódnicę, ugięła w kolanach zmysłowo założone na siebie nogi, poruszyła trochę szpilkami i skrzyżowała ręce na kolanie, co jeszcze bardziej uwydatniło, jak zgrabnie i elegancko prezentuje się w ciemnych rajstopach.

Jej rozmówca otaksował głodnym wzrokiem jej zręcznie podkreśloną figurę, przełknął ślinę i odpowiedział pełnym zdecydowania profesjonalnym tonem:

— Wielokrotnie dyskutowano, że każde kryterium utworów ma swoje wady i zalety. Podjęliśmy decyzję i już przez to pokazaliśmy, że mamy swoje zdanie. Możliwe, że za jakiś czas zajdzie potrzeba wydania kostki dwa zero. Na dzień dzisiejszy cały projekt dał impuls do działania wielu niezależnym twórcom, którzy zobaczyli, że jest sens próbować tworzyć. Nie wiem, czy pani wie, że nawet zespół Queen przez lata był spychany na margines. Muzycy musieli nagrywać o drugiej w nocy, bo nikt nie chciał im udostępniać studio. Życie to ciągłe zmiany i gusta odbiorców są niestałe, a my na pewno dołożyliśmy wszelkich starań, żeby zaspokoić jak najwięcej z nich.

— Co z głosami twórców, którzy twierdzą, że nie dostali ani grosza za publikację? Podobno będzie wniesiony pozew w Strasburgu.

— Każdy dostał takie tantiemy, jakie przewiduje obowiązujące od wielu lat prawo. Proszę mi powiedzieć, jak na przykład ocenić to, że dokładnie ten długopis leży tu dokładnie pod takim kątem. Inżynier użyje wzorów i może nawet poda koszt robocizny i materiałów, przeciętny człowiek zrobi zdjęcie telefonem i pewnie udostępni je za darmo, a artysta powie, że jest to instalacja artystyczna warta milion dolarów. Każdy ma prawo do swojego zdania, ale nie oznaczy, że dostanie tyle, ich chce. Towar jest wart tyle, ile ludzie chcą za niego zapłacić.

— Ale to powoduje, że Polska może płacić milionowe odszkodowania.

— Panie redaktor, niektórzy wieszczą, że państwo polskie czeka bankructwo. Ja się jednak pytam, gdzie były te instytucje, ten cały przemysł od odszkodowań, gdy wszystko było w fazie projektu? Dlaczego wtedy nie protestowali? Teraz łatwo powiedzieć, że na przykład wiersz został napisany przez kogoś, kto nie żyje. To niezwykle smutne, ale my mamy prawo, które mówi o domenie publicznej i przedawnieniu pewnych roszczeń.

— Czyli artystom ani ich rodzinom nie należą się pieniądze?

— Tego nie powiedziałem. Każdy, powtarzam każdy powinien dostać godziwą zapłatę za swoją pracę. Nie jesteśmy niczyimi wrogami. Jesteśmy otwarci na dialog, są też pewne środki prawne i każdy może dochodzić swoich praw przed niezawisłymi sądami.

— Ale przecież niektórzy uważają, że sądy w Polsce są zależne.

— Pani redaktor, jeżeli ktoś tak myśli, to wtedy właśnie jest Strasburg i inne miejsca. Nie należy wchodzić w merytorykę mówiącą, że mamy płacić bez dowodów. Proszę zauważyć, że najbardziej o Polsce nie mówią rodziny twórców, tylko niezbyt związane z nimi fundacje. To wielki przemysł, a my zapominamy o innej kontrowersji związanej z projektem. W określonych warunkach kostka zamiast niemieccy mordercy podaje tłumaczenie polscy mordercy. Nie można już tego cofnąć i to jest prawdziwy problem. Niektóre źródła podają, że za tym stoją siły niesprzyjające Polsce.

— Które miały częściowo sfinansować ten projekt?

— Tak pani redaktor.

— Ale w tym jest przecież sprzeczność.

— Zyski mają być większe niż koszty.


***


„Po wypuszczeniu kostki w Polsce w wielu krajach pojawiły się głosy, że tam powinno stać się to samo.

Wiele zmieniło się, gdy znaleziono na niej nieznane młodym ludziom utwory promujące miłość, radość i inne pozytywne cechy, albo dające zupełnie inną rozrywkę niż ta, do której zostali przyzwyczajeni.

Utwory ze złotego wieku muzyki lat 70–tych i 80–tych XX wieku nagle stały się symbolem buntu przeciw wielkim firmom.

„Take a Look at Me Now” Phila Collinsa, „Everlasting Love” Sandry, „Never Ending Story” Limahla, „Everywhere” zespołu Fleetwood Mac, „Bette Davis Eyes”, „It Must Have Been Love”, „We Are The World”, ścieżka dźwiękowa z „Top Gun” i wiele innych były znów odtwarzane dosłownie wszędzie. Zmieniło to oblicze skostniałego świata, a skazanie na wiele lat więzienia ludzi produkujących kostki tylko zwiększyło protesty przeciw zamykaniu kultury dla nielicznych.

Ruch na rzecz wolności słowa i bojkotu korporacji zdobywał tak skutecznie nowych zwolenników, że nowe „Gwiezdne Wojny XIV” zarobiły ledwie milion dolarów. Podobnie stało się z kolejnymi „Strażnikami” Galaktyki i wieloma innymi produkcjami, największym jednak szokiem okazało się zerwanie wielu kontraktów z wiodącymi gwiazdkami, które zaczęły wręcz błagać o to, żeby dawać im dobrowolne darowizny.

Wzrost mocy obliczeniowej spowodował, że lukę wypełniły filmy fanowskie, w tym również produkcje stworzone z użyciem deep–fake. Ich usuwane przez znane serwisy powodowało kolejne protesty społeczne. Niektórzy mówili, że iskra wyszła z Polski.”


07.2019

Matura to bzdura

— Dziesięć, dziewięć, osiem, siedem, sześć, pięć, cztery, trzy, dwa, jeden. Czas stop. Kochane dzieci, proszę oddawać swoje prace. Już nie piszemy. Jasiu odłóż długopis. Dziewczyny z tyłu spokój. Wszystkie prace proszę do mnie. No już, już. Szybciej, szybciej. I pamiętajcie, żeby przykleić kod na pracy i zakleić swoje koperty z kodem — mówiła pani nauczycielka do niesfornych nastolatków na wielkiej sali gimnastycznej.

Tak zakończył się pierwszy dzień egzaminów dojrzałości w Publicznym Liceum numer dwieście pięćdziesiąt sześć. Prace uczniów po zebraniu zostały spakowane z taśmami z kamer bezpieczeństwa i przekazane ochroniarzom z bronią ostrą, których jedynym zadaniem było przewiezienie ich do Okręgowego Kuratorium numer trzydzieści siedem, gdzie miały zostać porównane z wzorcami przygotowanymi przez najlepszych specjalistów z danej dziedziny.

Cały wypracowany przez lata proces był bardzo szybki i tylko niektóre prace odkładano na bok do bardziej wnikliwej analizy.

— Tutaj mam coś ciekawego. Trzydzieści punktów ponad normę — Taki właśnie przypadek zasygnalizował jeden z kontrolerów, pokazując go starszemu rewidentowi, który tego dnia nadzorował całe województwo.

— Jak jego skany? — zapytał rewident, mając na myśli skany mózgu robione podczas korzystania przez uczniów z hełmów VR.

— Bardzo dobre.

— Co mówi Siri?

— Ty jeszcze wierzysz w te hinduskie wynalazki?

— Nie zaczynaj.

— Ciri nie jest pewna, a Siri gorąco rekomenduje.

— No to w czym problem? Nikogo nie interesuje zdanie naszego programu, a skoro góra przyklepała, to wysyłajcie go i nie trujcie dupy, panie młodszy rewidencie. Im szybciej, tym lepiej.

— Ale przecież Siri zawsze rekomenduje.

— Litości. Masz dupochron? Masz. No to w czym problem? Nadgorliwość gorsza od faszyzmu. Im mniej wiesz, tym dłużej pożyjesz.

— Czy to, co zawsze? Studia inżynierskie?

Tylko jeden tym razem. Lepszy rydz niż nic. Szkoda, że polecą po premii — pomyślał rewident i potwierdził mocno zirytowanym głosem. — A jak myślisz? Nie zadawaj głupich pytań. Oczywiście, że tak. Postaraj się, żeby dostał porządny kredyt, nie takie grosze, jak ostatnim razem.

Kontroler przełknął reprymendę i zadzwonił do koordynatora okręgu:

— Mamy dla was nową skórkę. Tak. Tak. To ten. Trzydzieści. Tak. Może nawet sieci neuronowe? Dobrze.

— Nie żal ci ich czasem? — zapytał jego kolega.

— Praca jak praca. Dla nich to przecież wielka szansa.


***


— Patrzcie, nie ma nawet czterdziestki.

— Zobaczcie, jaki mądry.

— No dosłownie geniusz.

Kandydat numer pięćset dwanaście patrzył z zażenowaniem na grupę młodych chłopaków, z których jeden gestem przeniósł wynik jednego z nich z małego terminala na wielki ekran ścienny.

„Rico. 37 punktów”. — Litery miały wielkość metra i widać było je z odległości przynajmniej kilkuset metrów.

— Geniusz, geniusz! — Wszyscy wokół młodzieńca zaczęli się śmiać i klaskać, a on zaczerwienił się na twarzy i szybko wykasował liczbę z ekranu, patrząc ukradkiem na grupę stojących nieopodal dziewcząt.

Młodzi się oddalili, tymczasem kandydat numer pięćset dwanaście podszedł, zeskanował odcisk palca i po chwili przeczytał z niedowierzaniem informację o swoim wyniku. Raz po raz zamykał oczy, ale nawet to nic nie zmieniało i na publicznym ekranie wciąż widniała nota, że zarekomendowano go na najlepszą uczelnię techniczną w kraju.

Zamyślił się głęboko, nie zwracając uwagi na innych kandydatów, którzy ze śmiechem ponaglali go z tyłu. Mógł się zgodzić albo odrzucić propozycję, niemniej jednak w drugim przypadku prawdopodobnie przez całe życie musiałby się tłumaczyć, dlaczego nie był zainteresowany zrobieniem kariery.

A co mi tam. Raz się żyje — pomyślał i nacisnął przycisk akceptujący propozycję, a chwilę potem już tego mocno żałował.


***


Aula była duża i mogła pomieścić nawet sto pięćdziesiąt osób. Wyglądała jak sala kinowa z tą różnicą, że ławy z miejscami i pulpitami ułożone zostały w półkoliste rzędy, a na bocznych ścianach widoczne były żaluzje, które zasłaniały korytarze prowadzące do innych części wydziału. Zejścia na podest dla wykładowców znajdowały się tu wyłącznie z boku. Wszystko pachniało starym drewnem i przywodziło na myśl sale sprzed dziesiątek lat, w których studenci wymyślali tak archaiczne teorie jak teoria względności.

— Panie i panowie. Witajcie w najlepszej uczelni technicznej w kraju. Ten test powie nam, na jaką specjalizację się nadajecie. Macie dwie godziny. Czas start. — Młody doktorant z przodu sali spojrzał na zegarek i ostentacyjnie zaczął czytać wielką gazetę.

Na sali nastała cisza jak makiem zasiał. Ludzie zajmowali się swoim pracami, ściągami albo patrzeniem na kartki sąsiadów piętro niżej.

— Panu z trzeciego rzędu już dziękujemy. — Wszyscy zaczęli się nerwowo rozglądać, a pomocnik prowadzącego dodał tylko. — Tak, tak, do pana w hawajskiej koszuli w kratę mówię.

Wszyscy odruchowo spojrzeli tam, gdzie jakiś młody niedoszły student zaczął zarzekać się, że nic nie zrobił. Prowadzący z przodu złożył swoją gazetę i spojrzał z dezaprobatą, a pomocnik uzupełnił:

— Rozumiem, że pani obok jest interesująca i to bym puścił płazem, ale ściąga ma takie błędy, na które nie mogę przymknąć oka. Proszę się douczyć, że pi to trzy czternaście.

Młody zaczerwienił się, zgarnął swoje przedmioty i powoli wyszedł z opuszczoną głową, kilka osób zaczęło coś nerwowo kreślić, a prowadzący podsumował w grobowej ciszy:

— Chyba państwo nie myśleli, że da się ściągać?

Egzamin przebiegał dalej bez zakłóceń.


***


— Gratulacje synu. Sieci neuronowe. Elita elit. — Rektor podał zadziornemu nastolatkowi rękę i nowiutki zielony indeks, a ten spojrzał z radością i objął rozmarzonym wzrokiem całą salę.

Kiedyś tu będę uczył — pomyślał patrząc na kolejne rzędy auli, w której jeszcze niedawno zdawał egzamin.

Chłopak ruszył powoli, chcąc wrócić na swoje miejsce. W ręku kurczowo trzymał dokument z dobrej uczelni. Wiedział, że wieczorem czeka go dobra zabawa i legendarne otrzęsiny…


***


— Tutaj ma pan błąd. — Doktorant powiedział to chłopakowi przy tablicy, a ten zaczerwienił się, nie wiedząc, co odpowiedzieć.

Po otrzęsinach miał dużo czasu na ciężką naukę. Okazało się wtedy, że wszystko, czego się wcześniej nauczył, można wyrzucić do kosza. Nie był już prymusem i każda taka uwaga niezwykle go dołowała.

— Ale jeżeli będę całkował przez części…

— Tak, ale tutaj niespełnione jest kryterium, proszę siadać.

Kandydat pięćset dwanaście wrócił ze spuszczoną głową do ławki. Był niepocieszony, sprawdzał przecież wyniki w domu dwa razy i wszystko wyglądało na zgodne z metodą badawczą zaproponowaną przez autorów skryptu.

Nie chciał się kłócić z wykładowcą i tym bardziej był zdezorientowany, gdy jego kolega uzyskał ten sam wynik.


***


Kilka miesięcy później kandydat pięćset dwunasty udowodnił jedno z twierdzeń niezbędnych do poprawy algorytmu kompresji Grotli o pół procenta.

Jego praca została szeroko skomentowana na forum międzynarodowym szczególnie, że Grotli było weryfikowane przez uznane sławy, które nie widziały szans na jego ulepszenie.

Firma postanowiła dać mu szansę.

— Proszę, oto pańskie mieszkanie i laboratorium. Jak pan rozumie, zajmujemy się projektami o wadze strategicznej, i odwiedziny są możliwe tylko w określonych godzinach.

— Awesome!

Kandydat pięćset dwunasty z ciekawością oglądał kolejne pomieszczenia, w których miał pracować i wymyślać technologie zmieniające cały cywilizowany świat.

— Tu masz najnowszego Threadrippera i Turingi, tam laptopy, a tu kadłubki na telefon.

— Nie rozumiem — bąknął onieśmielony tą ilością sprzętu, o którym mógł tylko marzyć, gdy rozwiązywał zadania na domowym sprzęcie po starszym bracie Maćku.

— Threadrippery do skomplikowanych obliczeń, laptopy do mniej wymagających, a kadłubków możesz używać nawet w terenie. To nasza duma. Wkładasz telefon o tu, on jest ładowany i służy jako platforma do uruchamiania aplikacji i jako touchpad, kamera i modem.

— To gdzie tu ta innowacja?

— Wielka bateria jak w laptopie i wodoszczelność. To daje czasy pracy rzędu setek godzin i prawdziwą mobilność.


***


Klepnął swój commit i beknął. Nie wiedział czy zmiana będzie działać, ale miał to gdzieś — wiedział, że przy tylu zabezpieczeniach każdy problem na pewno będzie wykryty, a każdy kolejny commit liczył mu się do statystyk.

Kiedyś przejmował się tym, że jego zmiany zmieniają życie milionów, ale tak mu to spowszedniało, że pił piwo, gdy kodował.

Nie rozumiał tego, co się dzieje wokół. Nie dalej jak tydzień wcześniej zadeklarowano, że wszystkie aplikacje zostaną udostępnione wszystkim zainteresowanym z całego świata, a oni, czyli inżynierowie mają odtąd tylko nadzorować te zmiany.

W tym dniu przeszedł do kolejnego poziomu i dostał kolejną odznakę.

— Będziesz miał zespół. Wybierz pięciu z tej listy. A tu masz stażystów. I jeszcze jedno. Tam masz wyniki ich skanów — powiedział mu były już szef na krótkim spotkaniu.

— Czego?

— No tak. Znowu ktoś dał ciała i cię nie wprowadził. Dobrze, krótko mówiąc każdemu sprawdza się mózg i to pozwala przydzielić go tam, gdzie najlepiej się nadaje.

— Czy to nie jest sprzeczne z konstytucją?

— Synku. Każdy postęp wymaga poświęceń.

— Dobrze, zaoferujcie temu człowiekowi staż. — Kandydat pięćset dwunasty powiedział to chwilę potem i upił red bulla. — Stworzył technologię kompresji ekliptycznych i kodowania ANS i może nam się przydać, resztę przejrzę dzisiaj.


***


— Jesteśmy z ciebie zadowoleni i chcielibyśmy, żebyś wziął udział w pewnym eksperymentalnym projekcie. Jest to związane z drobnym ryzykiem dla twojego zdrowia, czy zgadzasz się?

Kandydat pięćset dwunasty uśmiechnął się i kiwnął głową.

— Nie chcesz wiedzieć nic więcej?

— Nie — odparł wiedząc, że co jak co, ale wszystkie projekty są sprawdzane pod względem bezpieczeństwa.

— Wprowadzimy ciebie w stan hipnozy.

— I? — Ciekawość wzięła w nim w górę.

— Zostaniesz podłączony pod interfejs, który przenosi impulsy między mózgiem i komputerem. Nic inwazyjnego. Na początek sprawdzimy tylko, czy możemy odczytywać pojedyncze dane z twojego mózgu.

— No ale przecież pracujemy nad sieciami neuronowymi i mamy tam niesamowite postępy.

— Tak, ale te są dalej zbyt drogie. Wóz albo przewóz.

— Wóz.

— Tutaj jest regulamin. Podpisz.


***


Miał teraz władzę. Widział terabity danych i czuł się z tym niezwykle dobrze. Pamiętał jak przez mgłę, że na początku mieli tylko coś przeczytać, ale nie wahał się, gdy usłyszał w głowie pytanie:

Czy chcesz więcej?

TAK.

Mógł myślami sięgnąć do dowolnego strumienia użytkowników sieci, powiększyć i przejrzeć maile czy strony, które tam przeglądali.

Czy chcesz zakończyć?

NIE, oczywiście, że nie.


***


— Przyjedziesz do nas synu? — Starsza kobieta pytała kandydata pięćset dwunastego, którego widziała na ekranie swojego smartphona.

— Nie mamo, mam teraz masę roboty. Nowy projekt dla rządu. Może w przyszłym miesiącu.

— Wiem kochanie, twoja robota jest tak odpowiedzialna. Cieszymy się z tatą z twojego szczęścia.

— Kocham was.

— My też.


***


— Ile już tam siedzi?

— Dwanaście godzin.

— Dwanaście długich pieprzonych godzin. — Z zamyśleniem powtórzył nadzorca projektu. — Jest prawie jak maszyna.

— Właśnie.

— A to z boku to co? — Nadzorca wskazał na coś na ekranie monitorującym stan systemu.

— Ikonka połączeń nieodebranych. Ktoś do niego dzwonił. Odebrała SI.

— Możemy coś takiego robić?

— Tak, zgodził się. Wszystko jest w regulaminie.

— Którego nikt nie czyta… A co on tam teraz robi?

— Zapoznaje się z funkcjami deszyfrowania.

— Dobrze.


***


— Twój zespół do ciebie wkrótce dołączy.

— Doskonale.

Kandydat pięćset dwunasty z ciekawością spojrzał na zdjęcia kamery ochrony, na których leżeli wybrani przez niego dzień wcześniej ludzie.

— Dlaczego są przywiązani? — zapytał, patrząc na młodych mężczyzn, przypiętych szerokimi skórzanymi pasami.

— Dla ich bezpieczeństwa.

Kamera przesuwała się powoli i w końcu objęła ostatniego z nich, a on z przerażeniem zobaczył, że to on sam.

— Ale ja jestem tutaj.

— Tu, tam, to rzecz względna.

— Nie chcę, nie chcę — Zaczął błagać widząc, że kolejni kandydaci są usypiani.

— Cicho młody, twoje organy posłużą innym, a mózg przyda się w jednej z tych nowych maszynek.


***


— W końcu projekt numer trzydzieści siedem przyniósł rezultaty i powiódł się znakomicie. — Szef działu badań włączył wideo. — Tutaj widać obiekt testowy po pierwszych dziesięciu minutach. Włókna zaczynają się tworzyć i początkowo przylegają do twarzy. Po godzinie maska jest gotowa i proces spowalnia. Tutaj obiekt po dwóch godzinach, a tu po całym dniu.

— Jak są karmieni?

— Dożylnie.

— Jakieś efekty uboczne?

— Nie wolno zrywać kokonu bez podania specjalnego środka, inaczej obiekt wpada w szał.

— Jak to przenosicie?

— Małe roboty, dla postronnych wyglądają jak ćmy.

— Trzeba napisać o tym książkę i przygotować ludzi na to, co może się stać.

— Tak. I niech będzie trochę szalona. Że to spotyka jedynie kobiety, i że to kara za feminizm i równouprawnienie.


***


— Chciałbym ogłosić sukces projektu Kokon. Wszystkie obiekty zachowują pełną zdolność umysłową, a brak ruchu nie wpływa na degradację organów.

— Co teraz?

— Przechodzimy do fazy kolejnej, czyli próby odżywiania ich na wzór roślin.

— Pan chyba sobie żartuje?

— Bynajmniej. W dwa tysiące dziewiętnastym głośno zrobiło się o pewnym grzybie w Londynie, którego nazwano blob. Badaliśmy również Ophiocordyceps unilateralis i wiele innych kombinacji substancji i organizmów. Po kilku zmianach udało nam się je przekonać do wytwarzania odpowiednich substancji odżywczych.

— Ale to nieludzkie.

— Obiekty będą funkcjonować setki lat, a ich mózgi będą miały wszystko, co niezbędne.

— Co z melaniną?

— Na razie działa tylko na Cladosporium sphaerospermum, Crytococcus neoformans, Wangiella dermatitidis i kilka innych gatunków grzybów.

— Wiecie, że potrzebujemy odporności na promieniowanie.

— Badania mogą potrwać dziesiątki lat.

— Oni chcą rezultatów, nie mogą tyle czekać. Należy wdrożyć w życie projekt Nibylandia.


***


Miał wrażenie, że coś jest nie tak. Pamiętał, że widział jakieś przerażające wideo, ale nie wiedział co na nim było.

Przeszukiwał sieć i przypadkiem znalazł artykuł z dwa tysiące osiemnastego mówiący o pewnej firmie, której nie znał z tej strony:

„Naiwni googlersi, którym dotąd się wydawało, że jedynym zastosowaniem TensorFlow będzie wyszukiwanie obrazków kotków w Internecie, zderzyli się jednak nagle z twardą rzeczywistością. Ich naukowa i programistyczna praca służy wojennej machinie Pentagonu, wyprowadzającej tysiące uderzeń z powietrza, w których niemal każdego dnia giną cywile”.

Były też inne projekty, jak chociażby Dragonfly czy zmuszanie do pracy na rzecz wojska nieświadomych kontaktorów, a on nie mógł nawet zapłakać, że pewne rzeczy dzieją się na całym świecie.


***


„Na całym świecie dało się zauważyć narzekania na dziwne wyniki w wyszukiwarkach i różnych serwisach.

Niektórzy użytkownicy zwracają uwagę na to, że pomimo zachowania anonimowości dostają coś, czego nie powinni. Udało nam się skontaktować z kilkoma, a ich opinia właściwie była jednoznaczna:

— Zupełnie jakby system mnie śledził i chciał zwrócić uwagę na konkretne teksty.

Specjaliści od sztucznej inteligencji rozkładają ręce, choć nie wykluczają, że konieczne będzie wykonanie szczegółowych badań na temat powtarzalności anomalii.”


***


— Dzień dobry pani dyrektor.

— Dzień dobry.

— Tu mamy nakaz.

Kobieta w Publicznym Liceum numer dwieście pięćdziesiąt sześć nawet nie spojrzała na podsunięty jej papier. Wiedziała, że prawnicy korporacji na pewno się o wszystko postarali, wiedziała też, że większością głosów w Sejmie przeszedł w końcu projekt zmniejszający wiek przestępców intelektualnych do szesnastu lat. Łatwiej ich łapano, bo wzmożona kontrola praw autorskich możliwa była dzięki nowym sztucznym inteligencjom.

Jezu, tyle razy ich upominaliśmy.

Z roku na rok uszczelniano przepisy. Ludzie znikali. Wszyscy o tym wiedzieli, choć nikt nie chciał mówić. Niektórzy jej znajomi mówili, że istniały całe wielkie obozy, w których reedukowano opornych. Kolejni mówili, że tak działo się kiedyś, a obecnie nikogo tam się nie wpuszcza i każdy skazany komunikuje się z bliskimi wyłącznie przez połączenia wideo.

Były nieliczne głosy, że tak naprawdę nie ma już nowych pomysłów i każdy tekst to wyłącznie suma cytatów. Odrzucano to jako oczywistą nieprawdę, ale fakt faktem, że niektórzy politycy mówili, że wyszukiwarki czasami nie podają pewnych wyników, a to prowadzi do tego, że użytkownicy nie mogą znaleźć danego cytatu.

— Działamy zgodnie z prawem. Proszę robić to, co jest właściwe — odpowiedziała, patrząc na stojące wokół bloki z taniego pianolityku.


***


Firma poinformowała o tym, że zamierza wysłać w kosmos inteligentny statek kosmiczny. Według oficjalnego komunikatu jest to wkład w rozwój ludzkości. Zwolennicy teorii spiskowych doszukują się w tym nielegalnych eksperymentów biologicznych albo próby kontaktu z wyższym wymiarem. Niektórzy mówią, że znajdują się tam twórcy firmy.


Mar 2018

Książka

Zagubiony chłopak na zadupiu na końcu świata

Właściwie to dalej nie wiem, jak się tu znalazłem. Wszystko wyszło samo z siebie, gwałtownie, przez przypadek i przedziwny zbieg okoliczności.

Te zbiegi okoliczności to ogromne przekleństwo i dar niebios. Wszechświat jest dla mnie łaskawy i daje tak wiele za tak niewiele, ma to jednak niezwykle wysoką cenę. Życie bierze mnie w obroty, przeżuwa, wyżyma i wydala, a ja muszę wyrzucać do kosza wszystkie plany i najskrytsze pragnienia i przyjmować to, co narzucono mi u zarania dziejów, do tego panicznie boję się dłuższych okresów spokoju, gdyż te zwiastują kłopoty.

Jak pomyśleć, to jest to cholerne niewolnictwo i ogromna ironia, że normalna egzystencja wymaga ciągłego strachu, a ja nie mogę się od niego uwolnić.

To koszmarne uczucie towarzyszy mi również dzisiaj. Nie mogę się cieszyć, choć siedzę otoczony kojącą zielenią i pełną życia przyrodą z całą jej wielkością, różnorodnością i przepychem. Patrzę na pracowite ado i mrówki olbrzymki, brzęczące trzmiele, klekoczące bociany, cykające pasikoniki i wesoło kumkające żaby. Wszystko co chodzi, skacze, pełza i pływa ma tu przypisane miejsce i wyznaczoną rolę w odwiecznym kręgu życia. Część zwierząt mnie nie zauważa, dla innych jestem intruzem, ogromnym stworem nie z tej ziemi, który w każdej chwili może zniszczyć ich bezcenne gniazda i brutalnie przerwać doczesną egzystencję.

Nie robię tego, a przynajmniej nie z premedytacją. Nigdy nie czułem ekscytacji na myśl o wyrywaniu skrzydełek i nóżek, ucinaniu ogonków i łapek, podrzynaniu małych gardełek i patroszeniu tętniących juchą trzewi. Również teraz nie szukam tysiąc pierwszego sposobu na zaspokojenie chorych żądz, tylko spokojnie siedzę na drewnianej ławce ze schodzącą farbą i najzwyczajniej w świecie ziewam, czekając na rozwój wypadków.

Jest środek dnia i lata, świeci słońce i nie ma mgły, deszczu, gradu ani wielkiego wiatru.

Znajduję się w zapuszczonym parku. Słyszę delikatny szum wiekowych drzew, które obdarowują mnie kojącym cieniem, czuję orzeźwiającą bryzę z pradawnego jeziora i odruchowo śledzę każdy podejrzany ruch w zrujnowanych budynkach po lewej i prawej stronie.

Okolica wygląda jak na jednym z obrazków z podpisem „wczasy pod gruszą” i chociaż pokryte graffiti mury z dziurami po oknach nie są antyczne, to trzymają odpowiedni poziom tandety i zniszczenia i nadają wszystkiemu wystarczająco romantycznej oprawy.

Jestem znudzony jak mops.

Wiem co mnie czeka, ale mimo to bardzo chciałbym, żeby to był plan jakiegoś filmu i żebym w końcu usłyszał ekscytujące wezwanie do nowej przygody.

Nie jest mi to dane. Wszechświat najwidoczniej ma inne plany, i jak dotąd wszystko ciągnie się tu jak guma, począwszy od śniadania w hotelu, poprzez nudne procedury w recepcji, a na kelnerach w jednej jedynej knajpie skończywszy.

Jestem tu przejazdem i nie potrzebuję bratać się z miejscowymi kmiotkami. Nie odzywam się do siedzącej obok staruszki, tymczasem ona niespodziewanie przerywa milczenie i burzy mój spokój wypluwając potok słów. Zaskakuje mnie, bo nie zmienia pozy i wciąż patrzy na jezioro, a do tego początkowo mówi coś, co mnie szokuje:

— Wiem, dlaczego tu jesteś synku.

Nie rozumiem, jak to robi, ale to robi, i choć ledwo oddycha, świszcze i sapie jak lokomotywa, to z sekundy na sekundę ma coraz silniejszy i pełen autorytetu głos:

— Długo na to czekałam. Pozwól, że opowiem ci historię. Ice pojawił się w pięćdziesiątym dziewiątym. To miejsce było wtedy mniejsze i wszyscy się znali.

Urywa i wpatruje się w jezioro, zupełnie jakby chciała przywrócić zamierzchłe czasy.

Zaraz mi powie, że wróżki i smoki panowały nad całym światem, a Geralt ze Spychowa stąpał po tym łez padole. — Śmieję się w głowie do swoich myśli.

W sumie to nawet jej nie oceniam. Zawsze miałem szacunek do ludzi starych, a ona jest tak stara, że aż strach dotknąć jej cienką niczym pergamin skórę.

Inna sprawa, że mam dużo czasu i zupełnie mi się nie spieszy, poza tym zaciekawiło mnie, co ma do powiedzenia babcia starowinka, którą widzę pierwszy raz w życiu.

Najbardziej zaintrygowało mnie chyba imię mężczyzny. Ice to prawie nasz swojski Icek i śmieszne, że to samo imię można wymawiać na dwa sposoby, jeden zimny amerykański, a drugi inny, piękny i mocno słowiański.

— Pamiętam jak dziewczyny od razu zwróciły na niego uwagę, a on flirtował i unikał każdej z nas. — Przerywa na chwilę, a po chwili zadumy kontynuuje: — To doprowadzało wszystkie do szaleństwa. Wyobraź sobie, kawalerze. On, młody, potężnie zbudowany byczek z pięknymi muskułami i tym, co najważniejsze, który zjawił się znikąd i dostał najlepszy budynek nad jeziorem, i my, młode, głupie gąski, dla których złapanie miastowego było szczytem marzeń. To była wybuchowa mieszanka i co chwila którejś przypadkiem coś się psuło albo podwiewało spódnicę, wiesz synku, jak tej ładnej aktoreczce z filmów, tylko że my byłyśmy sprytniejsze i nie potrzebowałyśmy do tego wiatru.

Tu znowu milknie i kiwa się przez jakieś pięć minut oparta na swojej rzeźbionej laseczce, a potem dalej ciągnie:

— Wtedy dziewczyny wiedziały, co jest ważne i jak się do tego zabrać. Lokalni byli wściekli, bo chodziłyśmy złe jak osy i narzekałyśmy ignorując wszystkie ich zaloty. W końcu ludzie zaczęli gadać, że Ice ma defekt, chorobę, której nie można wyleczyć, ale my tam wiedziałyśmy swoje i robiłyśmy co można, żeby się złamał. Chłopak pracował przy statkach i w hotelu, i tak upłynął rok czy dwa i w końcu jedna z nas uprosiła szeptuchę, żeby pomogła. Nie wiem, czy dobrze zrobiła, bo ludzie różnie gadali o Unie. Zobacz kawalerze, o tam mieszkała. — Powoli odwraca się, jęcząc i stękając, i drżącą ręką pokazuje końcem laski na jedno ze wzgórz.

— Nie chodziłam do tej kobiety, ale według ludzi potrafiła brać dużo. Ludmiła nigdy nie powiedziała nikomu, jak ją stara uczyła, ale ja widziałam, że pomogło. To było na targu, Ludmiła kupowała ryby, on stanął za nią i wtedy obróciła się i wpadła w jego ramiona. Spojrzeli na siebie, i tak to się zaczęło. Młodzi razem zaczęli chodzić, nierozłączni jak wilk i zając, którymi Iwany karmili nasze dzieci. To były czasy, kawalerze. Miałam wtedy siłę i nie było tyle plugastwa na niebie i na ziemi, nie to co teraz. — Starsza pani spluwa na bok i milknie po raz kolejny, a ja śledzę z nią prywatny samolot, który startuje z lotniska nieopodal.

— Ludmiła tak niesamowicie chciała mieć dziecko, ale choć się starali, to im nie wychodziło. Dziewczyna marniała i zamykała się w sobie, a Ice chodził ponury i kilka razy zwyzywał ją, jak byli przy ludziach, a raz to nawet strzelił w twarz. Źle się działo i wszyscy mówili o klątwie. Większość im mówiła wprost, że powinni w końcu odwiedzić popa. Wtedy pojawił się tu Bojan. Był komisarzem i przyjeżdżał od czasu do czasu, a Ludmiła wpadła mu w oko. Dziewczyna go nie chciała, potem nagle zaszła w ciążę i wieść niosła, że Ice z Bojanem złapali się za łby.

Po raz kolejny zapada cisza, a ja naprawdę nie wiem, co o tym sądzić. Taką historię słyszałem z milion razy. Bogacz chce mieć piękną młodą dziewczynę, zdobyć ją na chwilę, wziąć dla zaspokojenia kaprysu, podczas gdy ona szczerze kocha innego.

— To było latem i burze przychodziły co kilka dni, zupełnie jakby przyroda nad nami tu płakała. Ludzie mówili, że tamtej strasznej nocy Ludmiła powiedziała Ice, że dziecko nie jest jego, a on poszedł i tak nalał po mordzie komisarza, że go do szpitala wzięli. Kolejni, że jeden taki miejscowy Vlatko, co to miał chrapkę na Ludmiłę, wziął Ice w obroty z Bojanem, jak ten wracał do domu. Jeszcze inni się zarzekali, że to komisarz był wściekły, że dziewka ma bachora i że myśli tylko o nim. A kolejni, że obaj z Bojanem wpadli w szał, wzięli się za łby i pijani obiecali sobie, że ona będzie nagrodą, którą ma dostać zwycięzca. Ja tam nie wiem co się stało, ale sekretarza widziano jeszcze kilka razy a Ice zabrała milicja, która przyjechała z Vlatko. Jednego jestem pewna. To było jego dziecko. Ludmiła wyprowadziła się i podobno je wychowała, a syn wygląda kubek w kubek jak ojciec. To tyle. Nic nie dzieje się bez przyczyny i zobaczysz, że inaczej będziesz wspominać ten dzień niż ci się wydaje…

Starowinka przestaje mówić i zanosi się kaszlem, ja szybko wyciągam z plecaka butelkę wody, ale ona pokazuje na migi, że nie chce. Kobieta kaszle, a potem zapada długa cisza. Dalej nie wiem jak mam się zachować i w pewnym momencie tylko kiwam jej głową, wstaję i idę, nie oglądając się za siebie.

Wpierw chcę obejrzeć budynek na górze. Im bardziej się zbliżam, tym więcej szczegółów dostrzegam. Budynek jest dosyć nowoczesny, i choć zdewastowany do gołych ścian, to przywołuje na myśl wielkie bale, które się tu niegdyś odbywały. Patrzę na graffiti i resztki farby. Widzę goły beton podłogi, prezerwatywy i opakowania po nich, butelki i śmieci, ale równocześnie jakbym cofnął się w czasie i mam w głowie eleganckie obrotowe drzwi, drewniane barierki, kryształowe żyrandole, recepcję, kanapy, stoliki i panią za kontuarem, która z uśmiechem przyjmuje gości.

Powoli idę w górę, uważając na to, gdzie stąpam.

Ohyda.

Wyglądam przez okno i widzę małe prostokątne klitki bez dachów, w których przodownicy leżeli z żonami albo panienkami, które im przydzielono.

Całe piękno siermiężnego surowego rosyjskiego człowieka — myślę wchodząc na wieżę, na której w jednej z pokojów widzę małego, wystraszonego czarnego kotka.

Przechodzę do kolejnych pomieszczeń.

Resztki małych kwadratowych kafelków, pokryte mchem rozbite sedesy, wanny i prysznice, smutno zwisające z sufitów kawałki przewodów, dziury po gniazdkach i kontaktach.

I graffiti, masa graffiti.

„Iwan i Bowa” — czytam cyrylicę.

„Bojan, srojan”

„Sjeks”

Wchodzę nad jezioro, nad którym stoi zrujnowana posiadłość Ice.

Był pewnie dozorcą — myślę, widząc prostokątny budynek z parterem i jednym piętrem.

Liczę okna i wychodzi na to, że jest tam osiemnaście pomieszczeń. Z boku na piętro prowadzą schody. Wchodzę i widzę resztki drewnianych stropów. Coś mnie ciągnie do jednego z tych pomieszczeń, chwytam się uchwytu na ścianie i wręcz przeskakuję do niego.

Do tej części zdecydowanie nikt od dawna nie zaglądał. Butelki sprzed dwudziestu lat. Opakowania po papierosach z dawno minionej epoki. Nie wiem co się dzieje, ale odgarniam nogą śmieci w rogu i wiedziony nagłym impulsem próbuję podważyć spróchniałą klepkę.

Bingo!

Pod spodem leży torebka.

Cofam się, po chwili biorę do ręki zaklejony taśmą pakunek i rozrywam go, wyjmując mały medalion, obrączkę i kilka stron najwyraźniej wyrwanych z jakiegoś albumu.

Nie wiem, co robię, ale wiedziony impulsem odkładam album i wpierw otwieram medalion, który upada mi na ziemię.

Jezusie Nazarejski! — Czuję jakby coś mnie sparzyło, biorę jeszcze raz medalion i wpatruję się w twarz doskonale mi znanej dziewczyny, dziewczyny, która mnie nie chciała i przy której głupio trwałem całe długie osiem lat.

Odkładam go i biorę album.

Widzę, że Ivan tak bardzo różnił się ode mnie.

Nie poznała mnie. — Nie wiem dlaczego, ale czuję się nim i próbuję ją odruchowo usprawiedliwić.

Zamykam na chwilę oczy i próbuję o tym nie myśleć, niemniej jednak obrazy z innego czasu spływają do mnie i zalewają mi głowę. Robi mi się trochę słabo, kręci mi się w głowie, ale w końcu się uspokajam.

Powoli wychodzę z budynku. Rozglądam się i widzę, że staruszki już nie ma… myślę chwilę, potem obracam się na pięcie i idę w stronę mordowni dla miejscowych.

— Pan był już w hotelu? — pyta się mnie kelnerka.

— Tak, to ciekawe, że nikt się tam nie buduje.

— To miejsce, gdzie są niezałatwione sprawy. Byli już tacy co próbowali, ale zawsze bankrutowali. Skończyło się na grodzeniu terenu i na tym, że wieczorami potrafią zebrać się tam dzieciaki.

— Widziałem…

— Tak, to taka ich próba dorosłości i stracenie dziewictwa w tym miejscu to powód do dumy.

— Widziałem tam staruszkę.

Ona blednie i siada na krzesło naprzeciw mnie mrucząc:

— Stara dopięła swego.

— O czym pani mówi?

— A pan?

— Starsza pani opowiedziała mi historię miłości Ludmiły i Ice.

— Dwoje, którzy nie widzieli świata poza sobą. Wysoką zapłacili cenę. Nie wiem, co pan dokładnie usłyszał, ale dziewczyna musiała się wyprowadzić, a chłopak to podobno zgnił w więzieniu. A starą… wie pan, wiedźmę, to ludzie spalili. Z jej chałupy nie został kamień na kamieniu. Mówili, że ona przeżyła i uciekła, ale… ale jest też taka legenda, że pokazuje się na ławeczce i czeka na kawalera, który zakończy tamtą historię.

— Jak to zakończy?

— Podobno w budynku Ice jest coś, co musi zabrać niewinna dusza. Ludzie się boją tego miejsca, jak i szpitala. Oba są przeklęte. Tfu. — Spluwa na ziemię.

Dlaczego zawsze muszę się pakować w dziwne miejsca?


Kierowca

Kim jestem? Lekarzem? Psychologiem? Spowiednikiem? Wróżką? Kierowcą?

Właściwie to nie wiem i nie chcę wiedzieć, bo tak, i lepiej, i łatwiej.

Kiedyś wiedziałem. Teraz nie jestem niczego pewien, a wszystko, co przeżyłem, jawi mi się niczym sen, a czasem mam wrażenie, że tylko o tym przeczytałem.

To depresja.

Tak mi mówił znajomy lekarz.

Chyba.

Tego też nie jestem pewien.

Tak, zgadza się, że wożę ludzi, ale większość z nich mnie nie zauważa i traktuje jak stół czy krzesło, a jak ktoś ma zły dzień, to warczy na mnie jak na psa.

Nic nie mówią, podchodzą, używają sobie ile wlezie, i biegną dalej, albo rzucają krótkie i ostre jak świst komendy, bo nie potrafią nic więcej.

Siad, aport i paszoł won od smutnych ludzi wkręconych w kołowrotek szczurzej egzystencji.

Tylko to widzę.

Bramka A albo bramka B, a ja pewnie gadam od rzeczy… chociaż nie, może jest w tym głębszy sens.

Wydaje mi się, że nie dalej jak wczoraj wiozłem niepozorną małą dziewuszkę, jedną z tych tanich dziwek na godziny, dla której byłem jak powietrze.

Gdybym miał ją opisać, to pewnie bym stworzył coś takiego:

„Influencerka czy jutuberka, kto ich tam teraz wie. Jedna z wielu samozwańczych żebraczek, które chodzą i żądają drogich rzeczy za napisanie kilku pochwalnych słów i zrobienie kilku kiepskich zdjęć. Na oko około dwadzieścia dwa lata. Metalizowana czarna sukienka. Małe cyckowiny opięte skórzanym topem. Usta wymalowane opalizującą malinową czerwienią. Rajstopy i botki na wysokim obcasie”.

— Hi–hi ha–ha he–he ti–ti–ti–ti–te — gadała przez ten swój różowy telefon, nie zwracając na mnie uwagi, a po chwili puściła piskliwy i trzeszczący utwór, z którego byłem w stanie wyłuskać tylko „Hey, Fab, I’mma kill you”.

Za moich czasów muzyka była miękka, ciepła i pełna miłości, to nie to co teraz, gdzie wielkie koncerny programują nas na konsumpcję, zachłanność i drapieżność.

Oceniłem, że panienka będzie żyć na krawędzi i opamięta się dopiero w ostatniej chwili, a ona to potwierdziła zostawiając mi dwieście baksów i śmiejąc się, że nie umiem liczyć.

Inny przypadek.

Facet z zagranicy w garniturze, który udawał, że robi coś na czerwonym iPhonie, ale tak naprawdę gapił się bez końca na strony dla dorosłych.

Nie widział, że jego ubiór pachnie tandetą, a ja wiedziałem, bo takie garnitury to my nosiliśmy na weselach ze trzy lata temu.

A buty?

Mężczyznę poznaje się po butach, a on najwyraźniej pominął kilka lekcji.

Zadzwonił z samochodu i kazał mi podjechać pod Metropol, gdzie czekała młoda Azjatka w okularach.

Od razu zauważyłem kuszące biodra opakowane ciasnymi spodniami z materiału, małe piersi bez stanika, zmysłowo uwydatnione przez śnieżnobiałą bluzkę, nogi podkreślone czarnymi błyszczącymi szpilkami i niezniszczoną skórę z nienagannym makijażem, takim nie za małym i nie za dużym. Widać było, że chodziła do najlepszych solariów i klinik, do tego miała elegancką torebkę i żakiet, i mogłaby wyglądać na kobietę biznesu, gdyby nie jeden jedyny szczegół.

Zdradziło ją spojrzenie, które poznałem kilka lat temu.

Hulijing.

Jedna z wielu, która nie mogła odnaleźć się w świecie technologii i była na łasce takich potworów jak on. Stworzenie o dwoistej naturze, które pokazywało jak dużo może zaoferować, ale równocześnie nie kryło głodu, smutku i zniecierpliwienia, że ich sesja będzie wyglądać jak setki innych.

Ona przymilała się do niego, a on był zaślepiony jej sztuczkami. Oczami wyobraźni widziałem, jak dziewczyna siedzi na nim i go tłamsi, a on mocuje się podniecony, wiążąc ją drapiącym sznurkiem, i świętuje swoje małe zwycięstwo brutalnym stosunkiem.

I wreszcie chłopak w okularach, który dopiero co wsiadł. Niepasująca czapka, okulary w łupieżu, znoszone buty kupione ze dwa sezony wcześniej i spodnie jak worek.

Hipster albo informatyczek.

— Dzień dobry. — Uśmiecha się niepewnie.

Nie wiem co mnie skłania, żeby mu powiedzieć o moich zainteresowaniach. Wygląda, że w swojej pracy jest na samym dole firmowej drabiny. Odwala czarną robotę za wszystkich garniturkowców i utrzymuje ich za cenę własnego zdrowia, podczas gdy oni spijają śmietankę i jeżdżą na te swoje jachty i wakacje.

Rozmawiamy jak zwyczajni ludzie pracy, a on naprawdę stara się traktować mnie jak normalnego zwykłego człowieka, który nie musi ścigać się w wyścigu szczurów i lubi to, co robi.

— Naprawdę nie trzeba — mówię, gdy na koniec próbuje wręczyć mi luksusową czekoladę.

— To drobiazg. Przepraszam, że tylko tyle, ale resztę muszę rozdać. — Opuszcza głowę i patrzy niezwykle smutnym wzrokiem.

— Dziękuję i życzę miłego dnia. — Odpuszczam, bo widzę, że jest zdecydowany. Jest mi niezwykle przyjemnie, ale również głupio, gdyż jego firma i tak płaci mi podwójną stawkę.

Widzimy się później jeszcze kilka razy, a ja mam dla niego coś… co przekazuję przez jego kolegę z pracy. Nie wiem, dlaczego to robię, ale czuję, że jest to ze wszech miar właściwe.


Rok później


Chłopak

Siedzę w pociągu z głową opartą o szybę. Gapię się na ludzi i przesuwające się, jak na ekranie, widoki za oknem. Jadę do pracy. Ledwo żyję, ale równocześnie nie mogę przestać rozważać tego, co ostatnio przeczytałem:

„Czego byś nie dał kobiecie, ona odda ci więcej. Dasz jej nasienie — ona podaruje ci maleństwo. Zbudujesz jej dom — ona podaruje ci w nim nastrój. Dostarczysz jej produkty — ona zrobi ci smaczną kolację. Podarujesz jej uśmiech — ona odda ci swoje serce. Ona mnoży i zwiększa wszystko, co jej się daje…”

Dlaczego? Dlaczego nie zawsze wygląda to tak pięknie? Dlaczego ludzie tak łakną miłości? Dlaczego męczą się w związkach, które nie mają przyszłości? I jak opisać tragedię tych, którzy dostali gówniane karty od losu?

Żadne dzieło nie odda uczuć, żadna książka, obraz, film ani fotografia. To tylko pusta skorupa, co widać chociażby w procesie tworzenia obrazu.

Jeśli artysta malował piękno kobiecych kształtów, to czy możemy to właściwie zrozumieć, nie widząc procesu tworzenia? Czy możemy poczuć przyjemny ulotny dreszcz podniecenia, który wiązał się z każdym ruchem pędzla? Docenić znaczenie zapachu ciała, które wygniatało sprężynujące wygodne łoże? Zobaczyć fale śliskiej, chłodnej i lejącej się zmysłowo satynowej pościeli? Prześledzić ruch powietrza pieszczącego każdy milimetr, każdy włosek i por skóry artysty i przepięknej muzy? Dostrzec nieme pytanie i pragnienie wspólnej przyjemności? Poczuć delikatny zapach terpentyny, unoszący się przy każdym pociągnięciu pędzla? Zobaczyć krople farby, które rozprysły się tam, gdzie nie trzeba? A co z głodem artysty i muzy? Suchością w gardle i galopującym natłokiem myśli o tym, co będzie dalej, i jak odmieni się ich życie, gdy inni zobaczą jej piękno i jego kunszt?

Czy w ogóle tworzenie czegokolwiek ma jakikolwiek sens?

Wiem, że słowa tylko budują wyobrażenia, a filmy pokazują konkretnych aktorów, żywych ludzi, którzy odgrywają to, co sami myślą i czują na temat swoich postaci.

Wszystko przez lata stawało się coraz bardziej plastikowe. Artyści, żyjąc wśród tandety, mieli coraz większy problem z produkcją tego, co dobre. Kiedyś napisać książkę to było coś, wyczyn właściwie nie do powtórzenia, a teraz hity ulegają zapomnieniu po roku, góra dwóch.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
Bezpłatnie
drukowana A5
za 32.84

Pobierz bezpłatnie