Playlista
— Anna of the North „Lovers”
— Elvis Drew „Where are you”
— The Weekend „Timless”
— Thomas Rhett, Teddy Swims „Somethin About A Woman”
— Two Feet „I Want It”
— Austin Giorgio „You Put a Spell on Me”
— Teddy Swims „Bad Dreams”
— Ginuwine „Pony”
— The Weeknd „Baptized In Fear”
— Plvtinum, Chris Grey „The Vultures”
— Alan Walker, Dash Berlin „Better Of Alone”
— Ash Minor „Fall Like The Rain”
— Jeremih, Lil Wayne „All the time”
— Igor Herbut, Natalia Szroeder „Rem
Milena Rymarczyk & Aleksandra Kaczorowska
Jego teren Część I
Prolog
Pragnęłam jego obecności, choć siedział tuż obok. Od jakiegoś czasu żyliśmy daleko, jak dwa magnesy po przeciwnych polach, które nie mogą się zetknąć. To, co dobre zawsze trwało zbyt krótko. Mknęliśmy prosto do domu, a ja siedziałam najedzona na fotelu pasażera w najlepszej sukience, którą miałam w szafie — dopasowana, szmaragdowa kreacja przed kolano z dekoltem w serek i krótkim rękawkiem — i chciałam więcej. Co chwilę zerkałam na ostro zarysowaną szczękę mojego mężczyzny. Obserwował drogę. Trzymał kierownicę nonszalancko jednym palcem, druga ręka swobodnie spoczywała na skrzyni biegów. Jego cała postawa emanowała czystą męskością.
Darek zawsze wyglądał dobrze, ale dziś prezentował się wyjątkowo atrakcyjnie i nieziemsko pachniał. Mój powalająco przystojny trener personalny. Należał do mnie i dziś był tylko do mojej dyspozycji. Sporo trudu i wyrzeczeń kosztowało mnie zdobycie go i zatrzymanie przy sobie. Zawsze starałam się stworzyć dla niego bezpieczną przystań pełną miłości i zrozumienia, do której chętnie by wracał i ładował baterie. W końcu prowadził bardzo wyczerpujący tryb życia.
Wracaliśmy właśnie z naszej piątej rocznicowej kolacji. Mój kochany zawsze pamiętał o naszych rocznicach i celebrował je z wyjątkowym pietyzmem. Naszą rutyną było spożywanie posiłku w „Panteonie”, jednej z najbardziej luksusowych restauracji kilkadziesiąt kilometrów od Wrocławia. Ja tradycyjnie zamawiałam krem z zielonego groszku i szparagów oraz wybitny stek z kalafiora z chipsem truflowym. Mój narzeczony, jak zawsze, zajadał się — z bólem mego serca — stekiem z Bogu ducha winnego stworzenia, które jeszcze niedawno cieszyło się życiem, dopóki nie zostało bestialsko zamordowane i położone na talerzu pod dachem tego ekskluzywnego lokalu.
Byłam wegetarianką; od 8 lat wiernie podążałam za głosem serca, który nakazywał mi nie uczestniczyć w aktach okrucieństwa wobec istot żywych, ale miałam na tyle wyrozumiałości, by nie potępiać, i nie zmuszać innych ludzi do swojego światopoglądu. Skrzywiłam się lekko, gdy wspomnienie Darka zajadającego się stekiem wyłoniło się z pamięci. Swoją karierę zawodową związał z tężyzną fizyczną, co wymagało od niego odpowiedniej diety. Potrzebował też dużo białka, stąd zamiłowanie do mięsa. W domu gotowaliśmy swoje potrawy osobno, dlatego tak ceniłam nasze wspólne wyjścia i spożywanie posiłków razem. Na tyle, by przymknąć oczy na zapach i wygląd tego, co miał na talerzu.
Jego muskularny biceps opięty przez zwykłą, białą koszulkę prezentował się fenomenalnie. Zerknęłam wymownie na jego rozluźnione palce spoczywające spokojnie na skrzyni biegów i, nie zastanawiając się zbytnio, nakryłam je swoją dłonią. Poczułam gorąco jego ciała. Promieniowało od niego do mnie. Przenikało mnie.
Przystojniak uśmiechnął się i rzucił krótkim, acz wymownym spojrzeniem. Takim, które mówiło: wiem, o czym myślisz niegrzeczna dziewczynko. Udając zawstydzoną, spuściłam lekko wzrok. Wiedziałam, że zadziała.
Darek przełknął głośno ślinę, uwolnił dłoń i wyćwiczonym gestem przeczesał swoje gęste, ciemne włosy. Zapach, który otulał jego ciało, wypełnił niewielką przestrzeń z nową mocą. Mmm, te moje ulubione perfumy…
Prawe kolano lekko się uniosło, a samochód zaczął tracić na prędkości. Ostry skręt w lewo wbił mnie w drzwi pojazdu, napięte pasy zatrzymały w miejscu. Nim się zorientowałam znaleźliśmy się na leśnej drodze.
— Kochanie? — zapytałam niepewnie, gdy odetchnęłam głębiej.
Odpowiedział szelmowskim uśmiechem. Tyle. Nie dał mi żadnego wyjaśnienia, gdy podążaliśmy niebezpiecznie szybko pofalowaną, leśną drogą w głąb lasu. Lekkie niebezpieczeństwo nieznanego terenu i oczekiwanie mnie podniecały. Gdyby ta koszmarna droga nie ciągnęła się w nieskończoność, byłoby jeszcze lepiej. Darek zahamował ostro, wznosząc za nami chmury kurzu. Zaciągnął hamulec ręczny i płynnym ruchem pochylił się ku mnie, wyszczerzając białe zęby.
— Zaczniemy świętować kocico? — gardłowe mruknięcie zawibrowało w małej przestrzeni. Czułam się tak, jakbyśmy siedzieli Microcarze Lizardzie, a nie w pełnowymiarowym aucie.
Przechyliłam lekko głowę, udając niedostępną. Darek lubił takie gierki, zresztą ja również. Musiałam przygryźć wargę, żeby powstrzymać się od uniesienia kącików ust. Byłam spragniona jego dotyku i, choć spodziewałam się, że nasze celebracyjne zbliżenie nastąpi w godniejszych warunkach, to wciąż go pragnęłam. Chciałam odnowić żar, który był między nami na początku, poczuć jeszcze raz ogień, który nas połączył.
Darek zdawał sobie sprawę, że szanuje naturę i zwierzęta, ale nie mam ochoty być aktywnie jej częścią. Ceniłam wygody i komfort, a nie… dzicz. Nie chciałam dopuszczać do siebie negatywnych myśli, ale odnosiłam nieoparte wrażenie, że Darek coraz mniej się o mnie stara. Pieprzyć to.
Mężczyzna dotknął wargami mojego policzka, a ten mały gest rozgrzał moje serce. Spojrzał mi głęboko w oczy i pocałował namiętnie, napierając nachalnie na moje wargi. Nasze języki przeplatały się ze sobą w namiętnym tańcu, którego kroki znaliśmy doskonale. Smaki naszych ust mieszały się ze sobą w kulinarną symfonię. Nie było mowy o sprzeciwie, nawet, gdy obcy, inwazyjny posmak niczym zbój gwałcący dziewkę, zdominował moje kubki smakowe.
Z otwartymi ramionami powitałam jego rwącą żądzę. Złapał moją dolną wargę zębami, kończąc niedosytem namiętny pocałunek i przygryzł ją, wydzierając z mojego gardła bolesny pomruk. Warga pulsowała lekkim bólem. Oblizałam ją, podczas gdy mój ukochany, przeniósł aktywność ust w dół szyi. Zaczął ssać i kąsać wrażliwe miejsce, a po każdym ugryzieniu lizał i całował czule obrzmiałą skórę. Wiedział, co na mnie działa.
Ciało oblała fala gorąca. Traciłam kontrolę, miękły mi kolana, brakowało oddechu. W ostatnim odruchu trzeźwości wplotłam dłonie w jego ułożone na żel włosy i odsunęłam go od siebie, robiąc głębszy wdech. Dając dojść do głosu mojej prozaicznej naturze, powiedziałam:
— Wracajmy czym prędzej do domu, tak bardzo cię pragnę, że dłużej nie wytrzymam.
To, co wyszło z moich ust, nie brzmiało jak argument, bardziej jak błaganie. Darek doskonale to wykorzystał.
— Kotku nie musimy czekać — szepnął mi zalotnie do ucha. — Chcę mieć cię TU i TERAZ.
Zadrżałam od siły tego przekazu. Kogo ja oszukiwałam? Wiedziałam, że mu ulegnę. Zawsze mu ulegałam; czegokolwiek chciał, nieważne jak bardzo nierozsądne to było, zawsze mu to dawałam.
— Jesteś pewien, że nikt nas tutaj nie zobaczy?
To była jawna kapitulacja i mężczyzna doskonale o tym wiedział.
— Wejdźmy głębiej w las, to na pewno na nikogo się nie natkniemy — zaproponował w ramach hojnego kompromisu.
Ogarnęło mnie coś na kształt ulgi. Kochany jednak dbał o mój komfort, a lekkie innowacje przecież nie były niczym złym. Nie zamierzałam wybrzydzać. Rozgrzana do czerwoności łechtaczka domagała się podjęcia natychmiastowych akcji. Kiedy był nasz poprzedni raz? Miesiąc temu? Mgła mózgowa powodowana podnieceniem przesłaniała mi rozsądek.
Otworzyłam drzwi zdecydowanym pchnięciem i chętnie podążyłam za moim ukochanym w nieprzyjemne czeluści lasu. Chwycił mnie za rękę, a jego silny, męski uścisk dawał mi poczucie bezpieczeństwa w tym ponurym środowisku. Trzymając mnie ciasno, prowadził nas coraz głębiej w las. Samochód już dawno zniknął w oddali, a ja drżałam po równo z niepokoju i podniecenia. Nigdy nie myślałam, że poczuje jednocześnie żądze i stęchliznę otoczenia, że doświadczę ich fizycznie i to jednocześnie. Szybko wyjaśniło się skąd ten nieprzyjemny, wodny zapach. Moim oczom ukazał się duży potok z szerokim rozlewiskiem otoczonym trawami. Kilka spróchniałych drzew zanurzyło swe zwłoki w tafli wody — jak martwe posągi minionego życia. Lekko wystraszona odwróciłam uwagę od ukochanego. A to bardzo mu się nie spodobało.
Oplótł silnym uściskiem moje ramiona, palce wbiły się w ciało. Zalała mnie fala bólu. Zostałam przygnieciona do drzewa, a krzyk zamarł w gardle. Chropowata kora otarła beznamiętnie moje plecy. Dała mi oparcie, którego potrzebowałam. Nie zdążyłam zaczerpnąć oddechu, nim źródło powietrza zostało odcięte przez gorące wargi kochanka. Całował namiętnie, wodząc rękami po moich biodrach, i sięgając coraz niżej. Moje ciało zalewały naprzemiennie fale gorąca i bólu, gdy chropowata powierzchnia kory odrapywała mi plecy.
Spomiędzy naszych splecionych warg ledwo słyszalnie wydarł się mój jęk. Darek przywarł do mnie swoją pobudzoną męskością coraz twardszą z sekundy na sekundę. Chwycił mnie za pośladki i, unosząc do góry, zmusił do oplecenia go w pasie nogami. Rozległ się głośny dźwięk rozrywanych szwów, gdy dół sukienki pękł po prawej stronie. Dopasowana tkanina nie wytrzymała naprężenia i dała za wygraną zupełnie jak mój rozsądek.
Uwolniona spod czaru jego warg oparłam płonący policzek na jego ramieniu. Niósł mnie w niewiadomym kierunku jak cygan, który porywa sobie niewiastę. A ja chciałam być porwana, niesiona. Nie bałam się, że spadnę. Siła tych mięśni nie służyła tylko na pokaz.
Darek oparł mnie na pobliskim kamieniu. Pewnym ruchem chwycił za krawędzie rozerwanej sukienki i pogłębił rozdarcie aż do kości miedniczej. Zerwał ze mnie koronkowe brazyliany, co opatrzyłam niecierpliwym westchnieniem. Ujął swoją męskość w dłoń, przygotowując się na mnie. Oblizałam łakomie wargi, uwielbiałam jego penisa; zawsze przygotowany, wygolony i niesamowicie apetyczny. Rozwarłam nogi w niecierpliwym oczekiwaniu, zapraszając tego ogiera do środka. Darek wszedł we mnie sprawnym szybkim pchnięciem, a moje ciało powitało go druzgocącą rozkoszą. Krzyknęłam głośno, odchylając głowę do tyłu. Byłam tak wyposzczona, że kompletnie zapomniałam, jak przyjemna może być zwykła penetracja.
W moje uniesienie wdarł się przemocą szorstki, męski ryk:
— Co do kurwy?!
Serce zerwało się do biegu w przeciwieństwie do ciała, które zastygło. Oddech zamarł na chwilę. Wzrok podążył za źródłem dźwięku. Byłabym przysięgła, że przed chwilą nikogo tu nie było!
Och!
Wszystkie myśli natychmiast uleciały z głowy.
Zanurzony po pas w wodzie spoglądał na nas istny Zeus — bóg wody i potoków. Wzrostem górował nad zwykłym śmiertelnikiem, rosły i potężny. Jego muskularną klatkę piersiową pokrywał ciemny zarost i liczne tatuaże, w pojedynczych włosach tańczyły refleksy słoneczne. Gdyby nie sposób, w jaki brnął w wodzie, gotowa bym była przysięgnąć, że nie był człowiekiem. Poczułam, jak uścisk mojego kochanka zelżał, a jego męskość szybko zaczęła się kurczyć. Po pięciu sekundach byłam już wolna. Ukryłam się natychmiast za kamieniem zawstydzona i wystraszona, ale wychyliłam się obrobię kierowana ciekawością. To nic złego, że chciałam tylko zerknąć.
Brodził ku nam gniewnym, żmudnym krokiem. Wyglądał na surowego mężczyznę nie tylko z wyglądu, ale też z charakteru. Jego ciemne oczy spozierały złowrogo spod regularnych, grubych brwi, ostro zarysowana szczęka napinała się przy żuchwie, zdradzając zaciśnięte zęby. Muskularne ramiona obleczone w liczne tatuaże napinały się, nadając rytm jego krokom. Nie odrywał od Darka wrogiego spojrzenia i rozkazał obcesowo:
— Wypierdalać z mojego lasu.
Darek miał już naciągnięte bokserki i właśnie zapinał rozporek. W gniewie przybrał jedną ze swoich bardziej męskich i kogucich póz. Ja za to zawstydzona i oświecona przebłyskiem rozsądku szybko zlokalizowałam swoje majtki i naciągnęłam je na tyłek. Z jakiegoś powodu policzki płonęły mi czerwienią. Z jakiegoś powodu też nie mogłam powstrzymać się od zerkania na mężczyznę zza swojej kamiennej tarczy. I z jakiegoś powodu moje podniecenie wcale nie ostygło.
Leśna sceneria mnie omamiła: to był tylko zwykły człowiek. Ale jaki!
Powinnam chwycić Darka za rękę i uciec, jednak coś trzymało mnie w miejscu. Darek lekko uniósł brew, doceniając niemo swojego przeciwnika. Miał zamiar się bić? Bezsensownie byłoby wdawać się w sprzeczkę z dala od cywilizacji, zwłaszcza że aura, którą niósł ze sobą przybysz, była podobna do szarży niedźwiedzia. Nie żebym wiedziała, jak wygląda szarża niedźwiedzia, ale gdybym miała sobie ją wyobrazić, to pewnie wyglądałaby podobnie. Darek trzymała się zawsze po stronie rozsądku, więc i tym razem szukał porozumienia. Uniósł ręce do góry w geście kapitulacji i rzucił, siląc się na swobodę:
— Koleś, wyluzuj, już stąd spadamy.
Który już raz na niego zerknęłam? Setny? Mężczyzna wbijał spojrzenie ciemnych oczu w odsłoniętego przeciwnika — Darka — z wyrazem politowania i potępienia na twarzy. Nieoczekiwanie przeniósł je na mnie.
Nie mogłam odwrócić spojrzenia. Nie mogłam też patrzeć. Błądziłam wzrokiem gdzieś po jego twarzy, omijając oczy. Wzbudzał we mnie potężną ciekawość i przerażenie, magnetyzm, którego nie mogłam zignorować. Mogłabym trwać tam do końca świata, gdyby Darek nie wyrwał mnie z letargu. Chwycił mnie za łokieć i pociągnął do siebie silnym ruchem. Moje ciało zderzyło się z górą mięśni kochanka. Zostałam objęta w pasie i pociągnięta w drogę powrotną. Nie odważyłam się obejrzeć się za siebie, choć kurewsko mnie to kusiło. Westchnęłam ciężko.
Nie rozumiałam reakcji swojego ciała. Wiedziałam tylko jedno — czar prysł.
Rozdział 1
Wstałem jak co dzień, rozpoczynając poranną rutynę — szybkie 5km dookoła zagajnika za domem, zimny prysznic i śniadanie z Magdą. Moja żona codziennie dbała o zbilansowane posiłki dla naszej dwuosobowej rodziny. Sama piekła chleb, robiła masło a nawet sery. Po 10 latach traktowałem starania, jakie wnosiła, jako coś oczywistego. Sam wiele razy karałem się w myślach, że nie potrafię dać jej więcej niż to minimum o poranku. Nigdy o nic nie pytała, zgadzała się na wszystko. Brała z pokorą i szacunkiem to, co mogłem jej dać. Wkurwiało mnie to coraz bardziej, bo naprawdę była poczciwą kobietą, która zasługuje na więcej. Coraz częściej podejrzewałem, że jedyne co nas łączy to wzajemny sentyment.
— Kuba, wyjeżdżam na tydzień. Leszek zaproponował mi wyjazd do Krakowa. Mamy przygotować wystawę mobilną obrazów z XX–lecia polskiej wsi.
Mruknąłem na znak, że usłyszałem.
— Na pewno nie przygotujesz sobie nic ciepłego, więc gulasz masz w lodówce. — Powiedziała informacyjnie, spoglądając na mnie powątpiewająco, jakbym mógł mieć problem nawet z odgrzaniem posiłku.
— Spokojnie, będę miał dużo pracy, mam spore zlecenie na lisie futra. Tomek przyjedzie mi pomóc, na pewno jego żona przygotuje coś do zjedzenia.
Wydała z siebie ciche westchnienie i zaczęła zmywać naczynia. Wziąłem swój ulubiony kubek z kawą i udałem się na taras, za którym rozpościerał się widok na ścianę lasu. Patrzyłem na mieszany, strzelisty drzewostan, kiedy coś zarysowało się na zielonym tle; biały puchowy kuper. Piękna, ruda sarna wyłoniła się w całej okazałości na skraj lasu i spoglądała na mnie niespokojnym wzrokiem jak na największego drapieżnika, jakiego miała okazje widzieć. Tym właśnie byłem dla tych wszystkich istot — drapieżnikiem, ich chodzącym końcem.
Cholera, kochałem to miejsce te widoki, równowagę, jaka tutaj panowała. Stworzyłem sobie miejsce wręcz idealne do życia. Myśliwym zostałem 8 lat temu, wtedy też poznałem Tomka i zacząłem mu towarzyszyć w polowaniach. To on zaszczepił we mnie bakcyla, żeby zrobić uprawnienia i samemu chwycić strzelbę w dłoń. W międzyczasie bardziej się ze sobą zaprzyjaźniliśmy, a mi niezmiernie spodobała się taka forma obcowania z przyrodą. Zgłębiłem wiedzę na temat tradycji i zwyczajów łowiectwa. Wróciłem do kuchni, podszedłem do wyspy kuchennej i zostawiłem pusty kubek na blacie.
Wsiadłem do auta i pojechałem nad ulubiony potok zażyć relaksującej kąpieli. Miejsce to było piękne w swojej naturze; dookoła lasy, wszędzie szum wody i nieziemski zapach. Uwielbiałem woń mokrego lasu. Zaciągając się głęboko wilgotnym powietrzem, wszedłem do wody. Kiedy już znajdowałem się dość głęboko i pozwoliłem rwącemu potokowi obijać się o moje plecy, spojrzawszy na drugi brzeg, wspominałem pewne zdarzenie. Sam się do siebie zaśmiałem. Niespełna 2 miesiące temu miała miejsce scena wręcz komiczna; jakiś pajac posuwał laskę na kamieniu. Jej krzyk zaburzył mój komfort. Kto się pierdoli na mokrym kamieniu przy potoku? Musiała być szalona i bardzo kochać naturę, zgadzając się na taką niedogodność, albo darzyć wielkim uczuciem swego kochanka.
Nigdy nie zapomnę miny tego złamasa na mój widok. Stał napompowany niczym byczek już prawie zrywający się do ataku tylko ze z sflaczałym kutasem między nogami. Poza nim coś szczególnego przykuło mój wzrok. Piękne zielone oczy lustrujące mnie z każdej strony. Nigdy nie widziałem, aby ktoś miał takie wyjątkowe tęczówki, hipnotyzujące, pełne świeżości. Ich odcień przypominał młode liście wiosną, dopiero co budzące się do życia. Ich właścicielka przeszywała wzrokiem każdy kawałek mojego ciała. Pochłaniała mnie całego, tak, jak stałem — obnażonego przed nią i przed naturą.
To było dziwne doświadczenie, ale jakie inne i zatrważające. Nigdy nie myślałem o niczym w sposób romantyczny. Ja w ogóle nie byłem typem romantyka. Lubię konkrety; jest albo czarne, albo białe. Wszystko ma swoje miejsce i swój określony porządek. Żadna kobieta też nie spojrzała na mnie tak jak ona tamtego dnia.
Magda, miałem wrażenie, od początku była ślepo we mnie wpatrzona, a później pojawił się owy sentyment w naszej relacji. Wszystko przez pożar, który miał miejsce w muzeum, gdzie pracowała. Wyciągnęli ją z poparzoną całą ręką i dekoltem. Leczenie było długie i kosztowne. Jej rodzice dużo pomagali, a ja czułem się w obowiązku, aby zapewnić jej wszelki komfort, na jaki zasługiwała. Ponad rok zabiegów, potem 2 lata terapii, by mogła odzyskać dawną pewność siebie. Wiele razy chciałem rozwodu, ale potem łapał mnie moralniak i ostatecznie nigdy nie podjąłem kroków w tym kierunku. Doszedłem do wniosku, że skoro jest taka poczciwa i dobroduszna, to należy jej się szacunek, do którego z czasem dołączyła rutyna. Dla niej byłem bezpieczną bańką do egzystencji.
Wróciłem do domu. Magda była już w pracy. Zawsze przed wyjściem zostawiała nieskazitelny porządek, a ja to szanowałem. Według mnie wszystko powinno mieć swoje miejsce. Nigdy nie mogłem jej zarzucić, że nie dbała o dom. Kupiłem go za grosze 10 lat temu. W całym tym procesie pomógł mi Tomek, użyczając drobnej pożyczki, miałem też trochę własnego grosza, dorabiałem wtedy w lesie dzięki zdobytym uprawnieniom na znienawidzonych studiach. Technologia drewna — marzenie mojego ojca. Zawsze myślał, że pójdę w jego ślady i będę pracował w Lasach Państwowych. Potem z czasem zostałbym leśniczym, zamieszkałbym w leśniczówce niedaleko rodziców, a on mógłby się do woli wpierdalać w moje życie.
Inaczej sprawy się miały z moim starszym bratem Wiktorem. Skończył Akademie Morską i udało mu się od razu po studiach dostać pracę na morzu. Dziś jest kapitanem statku badawczego w Dubaju. Ma pozycję, wysokie stanowisko, wszystkie przymioty, jakie dają mu uznanie w oczach rodziców. Ja nigdy nie byłem dumą ojca, jestem indywidualistą i zawsze nim byłem. Te studia były dla mamy. Ona sama tkwi w spirali, jaką ojciec stworzył w domu. Może i ja z wiekiem stawałem się tak samo apodyktyczny? Magda tego nie dostrzegała, albo nie mówiła mi, że dostrzega, i tkwiła przy moim boku z wygody i przyzwyczajenia.
Całe życie dążyłem do spokoju, harmonii, pasji i spełnienia, ale na swoich zasadach. Dlatego zawsze wyłamywałem się z wszelakich schematów. Chciałem być sam sobie szefem, sterem i okrętem. Stąd 7 lat temu zacząłem inwestować i grać na giełdzie z całkiem dobrymi wynikami. Dzięki kasie mogłem z kawałka rudery, jaką kupiłem, stworzyć przestrzeń do życia w rustykalnym stylu, pełną drewna i naturalnych materiałów.
Zrobiłem sobie kawę i wyszedłem, do swojego „raju”. Miałem obok domu swoją małą przestrzeń, w której trzymałem broń, trofea z polowań, a także sprzęt do sprawiania futer. Tym ostatnim zajmowałem się rzadko, kiedy miałem nadmiar czasu. Dzisiaj musiałem się trochę przygotować, ponieważ Tomek dostał dobrze płatną fuchę na lisie futra i obiecałem, że mu pomogę się z tym uporać.
Kiedy wszystko przygotowałem, chwyciłem za broń i postanowiłem udać się na polowanie. Dzików w lasach było co nie miara, a ja potrzebowałem trochę rozrywki. Dojechałem na miejsce, usadowiłem się w swojej miejscówce i czekałem. Czułem, że dziś jest mój dzień, totalnie.
Był początek czerwca, cała polana kapała się w soczystej zieleni, którą podbijały przedzierające się przez ścianę drzew promienie słońca. Te oczy, kurwa, często wracałem do nich myślami. Zapadły mi w pamięć jak nic dotąd. Nie pamiętam nawet twarzy tej dziewczyny. Kurwa, to jak jakaś pierdolona obsesja. Sam seks na kamieniu nawet nie był złym pomysłem, tylko ten koleś nie pasował mi do obrazka. Może wcale nie wściekłem się z powodu zaburzonego spokoju? Może ten ryk, żeby wypierdalali, był spowodowany tęsknotą za takimi doznaniami?
Nie kochałem się z żoną od 2 lat. Najgorętszy okres mieliśmy do momentu, kiedy nie byliśmy jeszcze małżeństwem. Potem szybko wkradła się proza szarego życia i rutyna, ale to nie było jeszcze najgorsze. Następnie przydarzył się ten pieprzony wypadek, który sprawił, że szliśmy do łóżka z absolutnej potrzeby zaspokojenia. Odkąd doszła do siebie po pożarze, nawet jej nie pocałowałem. Wiem, jak to wygląda, jakbym był niezłym chujem i trzymał sobie darmową pomoc domową. Nie umiem zaproponować jej rozwodu. Podczas terapii byłem jej jedyną stałą, dzięki której znalazła punkt zaczepienia. Bałem się jej reakcji, czułem, że jestem jej potrzebny.
Mogłem ją zdradzić w każdej chwili. Miałem częste ku temu okazje, bo doskonale zdaję sobie sprawę, jak działam na kobiety. Od 10 lat miałem też swoje twarde zasady, których się trzymałem, dlatego, rezygnując z przelotnych podniet, nigdy tego nie zrobiłem. Wolę sam ulżyć swoim lędźwiom niż wtykać kutasa w przypadkowe dziury. Z mojego wewnętrznego monologu wyrwał mnie charakterystyczny rumor.
Po chwili spoglądałem na około stukilogramowego odyńca. Dawno nie widziałem takiego okazu. Skierowałem na niego broń, biorąc go na celownik. Zdecydowanym ruchem nacisnąłem spust. Po sekundzie padł. Podszedłem do niego, gdy byłem absolutnie pewny, że ruchy pośmiertne ustały całkowicie. Wziąłem go na plecy jak pierwotny samiec i zaniosłem do bagażnika swojego auta. Pick up–y to najlepsze samochody, jakie ludzkość wymyśliła, dlatego właśnie takim na co dzień jeździłem. Uwaliłem się krwią dzika, więc zdjąłem koszulę i wrzuciłem ją na pakę.
Po niecałej godzinie byłem już na podwórku u Tomka. Postanowiłem dać mu dzika z dzisiejszego polowania. Nie miałem weny, żeby go oprawiać. Przywitała mnie jego córka, dwudziestoletnia Julia. Była piękną blondynką o niebieskich oczach. Czyste uosobienie młodzieńczej fantazji.
— Dzień dobry, panie Jakubie, taty niestety nie ma — wykrzyknęła, wybiegając na podwórze.
— Dzień dobry, szkoda, przywiozłem dzika — odpowiedziałem.
— Będzie pan musiał się chyba nim zająć sam, wiem, gdzie, co jest. Wiele razy widziałam ojca, jak się do tego zabierał, mogę pomóc.
— Widocznie nie mamy wyjścia, ale nie będę cię kłopotać. Poradzę sobie.
Wyszedłem z samochodu, dochodziła 13, niezbyt gorące, ale przyjemnie ciepłe popołudnie. Temperatura nie przeszkadzała kontynuować sprawunku zwierzyny bez odzienia. Byłem mniej wrażliwy na pogodę, ponieważ od 9 lat pływałem bardzo często w zimnych, górskich potokach i moje ciało dzięki temu nabyło umiejętności utrzymywania stałej temperatury. Czerpałem z wody siłę jak i oczyszczałem dzięki niej umysł. Cały czas byłem tylko w jeansach, bez koszuli. Widziałem kątem oka, jak Julia spogląda na mnie i lubieżnie się uśmiecha.
— Możesz iść do domu, sam sobie ze wszystkim poradzę.
Wiedziałem, że krew i widok skórowanego dzika to nie obraz, który spodobałby się młodej dziewczynie, nawet, jeśli nie jest to jej pierwszy raz.
— Proszę mi pozwolić sobie pomóc, albo chociaż popatrzeć, obiecuję, że nie będę przeszkadzać. — Przewróciła oczami, a ja dałem znać głową, że ma spadać.
Wziąłem zdobycz na plecy i zaniosłem ją pod wiatę. Położyłem na stole, usunąłem umiejętnie wnętrzności, następnie powiesiłem na haku, aby Tomek mógł ją potem oskórować. Przygotowałem truchło w taki sposób, by spokojnie zmieściło się w niewielkiej chłodni przyjaciela. Byłem cały ujebany. Podszedłem więc do węża ogrodowego leżącego w rabacie lawendy i postanowiłem się nim opłukać. Kiedy myłem ręce, poczułem, że ktoś obłapia mnie od tyłu, a smukłe palce gładzą tatuaż wilka ma moim torsie.
— Co do kurwy! — wrzasnąłem, strącając ręce z mojego ciała.
— Pomyślałam, że pomogę ci się umyć — odpowiedziała zalotnie Julia.
Obeszła mnie dookoła, chwyciła za szlauch i, wyrywając mi go z ręki, skierowała strumień wody na siebie. Nie powiem, zrobiło to na mnie wrażenie. Spływająca po niej woda, zmoczyła białą koszulkę i podkreśliła jej młode, sterczące piersi. Zdecydowanie nie miała stanika. Jej ciemne, nabrzmiałe sutki jak szczyty Łysicy prześwitywały przez jasny materiał. Zbliżyła się do mnie i zaczęła gładzić mnie po torsie, brzuchu, aż zahaczyła o moje nabrzmiałe krocze. Ja pierdolę, nie byłem z kamienia, a widok młodej napalonej dziewczyny działałby na każdego podniecająco. Ująłem jej ręce, spojrzałem głęboko w oczy i powiedziałem:
— Nigdy więcej mnie nie dotykaj.
— Przecież widzę, że też mnie pragniesz. Po co z tym walczysz?
— Pragnę? Po pierwsze, mam żonę, po drugie, jesteś, kurwa, 15 lat młodszą ode mnie córką mojego przyjaciela. Pamiętam, jak biegałaś szczerbata, a ty śmiesz mnie teraz dotykać w ten sposób? Nigdy więcej, kurwa, tego nie rób! — warknąłem wkurzony do granic.
— Kuba, kocham cię! — zaczęła płakać.
— Wypierdalaj do domu i nie waż się więcej podchodzić do mnie w ten sposób — wycedziłem przez zęby.
— Proszę, pozwól mi chociaż wziąć cię do ust, fantazjuję o tobie, odkąd skończyłam 15 lat. Jesteś dla mnie idealny, pragnę tylko ciebie. Chcę ci dać wszystko, czego nie daje ci żona. — błagała.
— Czy ciebie kurwa do reszty popierdoliło? Chuj mnie obchodzi, o kim myślisz, jak ujeżdżasz się palcem. Odpierdol się ode mnie. — Odetchnąłem, starając się nad sobą zapanować. — Ta sytuacja nie powinna mieć miejsca — wytłumaczyłem już spokojniej. — Celuj w kogoś w swoim wieku albo będę musiał pogadać z twoim ojcem.
— Tata zaraz wróci, zastanie nas w dwuznacznej sytuacji. Ty bez koszulki mokry, ja też cała mokra. Jak myślisz, komu uwierzy? To oczywiste, że swojej jedynej córeczce — zaczęła mi grozić.
— Nie próbuj — ostrzegłem.
Po chwili zaczęły dochodzić odgłosy nadjeżdżającego auta. To zapewne Tomek z Krysią. Stanąłem z dala od Julki. To i tak już chujowo wyglądało.
— Kubuś! — krzyknął Tomek, wysiadając i trzaskając drzwiami.
— Hej, przywiozłem ci odyńca z dzisiejszego polowania, pozwoliłem sobie go oprawić. Nie wiedziałem, o której wrócisz, więc mięso masz w chłodni.
— Dziękuję, zaskoczyłeś mnie. Julka, co ty stoisz taka mokra? — skierował pytanie do dziewczyny.
— Ja pomagałam panu Jakubowi tak jak tobie tatusiu. Trochę się ubrudziłam i chciałam umyć ręce. Ciśnienie w wężu było nie równe i się ochlapałam. Niezdara ze mnie, przepraszam. — Zrobiła słodką minkę.
— Nic nie szkodzi kochanie, idź do domu i przebierz się, zanim się przeziębisz — ze spokojem odparł Tomek.
— Słuchaj, wiem, że cała sytuacja musi wyglądać nieciekawie, ale naprawdę nic złego się nie wydarzyło — zacząłem tłumaczyć scenę, jaką zastał.
— Daj spokój, nie tłumacz mi się. Nie macie z Madzią dzieci, wiem, że Julkę traktujecie jak swoją. Ostania rzecz, jaka miałaby miejsce, to mój osąd o twoje złe intencje wobec mojej córki.
Zdecydowanie miał rację, nigdy nie widziałem w Julce kobiety, od zawsze była dzieckiem, ukochaną córeczką mojego przyjaciela, która kręciła się czasami pod nogami. Nie spodziewałem się, że może zainicjować taką sytuację. Zdecydowanie był to posrany pomysł.
Zjadłem z nimi podwieczorek. Basia upiekła tartę z truskawkami. Była tak przemiłą kobietą, że sama odmowa złamałaby jej serce. Przypominała w pewnym stopniu moją matkę, ona też dbała o to, aby brzuchy wszystkich domowników były pełne. Nie przeciwstawiała się ojcu, uznawała jego rację za nadrzędną, ale jeżeli chodzi o dbanie o domowe ognisko, sama wytyczała na tym polu wartości i nikt nie śmiał się jej przeciwstawiać. Nawet ojciec, choć uważał takie prozaiczne rzeczy za mało wartościowe. Rodzina według niego powinna wyglądać wzorowo, nieważne na jakiej stopie odbywają się relację. To instytucja, w której należy wyznawać racje narzucane przez głowę rodziny. Jakakolwiek forma indywidualizmu jest duszona w zarodku.
Dla mnie rodzina to zupełnie co innego; to osoby, nie ważne, czy spokrewnione biologicznie, czy też połączone więziami emocjonalnymi, wspólnymi doświadczeniami i przeżyciami. Taka też była Krysia, była mi tutaj jak druga matka, od razu przyjęła mnie jak swojego i ja również przyjąłem ją do rodziny.
Zachowanie tej gówniary wybiło mnie dziś z rytmu. Najbardziej wkurwiało mnie to, że osiągnęła zamierzony, jak mniemam, przez siebie cel. Ja pierdolę, miałem namiot przy córce swojego przyjaciela. Miała 20 lat, co czyniło ją pełnoletnią, młodą kobietą, ale to nie zmienia faktu, że czułem się przez tę sytuację jak jebany pedofil. Byłem wkurwiony na siebie, na nią, na wszystko. Musiałem dać upust emocjom. Skierowałem samochód w stronę rezerwatu. Dochodziła już 20, idealny czas na polowanie. Niebo było czyste, słońce już zachodziło. Ubrałem brudną koszulę rzuconą wcześniej na pakę, niestety nie miałem nic innego. Usiadłem na większym kamieniu pomiędzy drzewami. W lesie panował spokój, który tak ceniłem, kos w pobliżu zaczynał swój wieczorny koncert.
Minęło dziesięć minut, może dwadzieścia. Wyciszyłem się, skupiałem na swoim oddechu i dźwiękach. Nagle coś zaszeleściło. Spojrzałem w lewo i nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Piękna i elegancka w każdym swoim ruchu, powolnie posuwała się przed moimi oczami czerwonobrązowa, obłędnie ruda sarna. Nie bała się, zapewne nie widziała, że nieopodal czai się drapieżnik tych lasów.
Coś pojawiło się w mojej głowie, znowu byłem w wodzie, stałem i patrzyłem, zanim kazałem im wypierdalać. Oczy, znowu te nęcące oczy, wbijające się w moje ciało. Kurwa, zwariowałem. Nigdy nie podejrzewałbym siebie o tak romantyczne porywy.
Nagle mnie olśniło — oczami wyobraźni odtwarzałem scenę, w której się oddalali, zapadł mi w pamięci także kolor jej włosów. Były tak samo rude jak sierść stworzenia, które stało nieopodal mnie. Nie podobało mi się te myśli. Nigdy nie fantazjowałem o innej kobiecie. Dobra, może moje małżeństwo nie tryskało namiętnością, ale miałem, kurwa, jebane zasady. Dla mnie każda zdrada zaczyna się w głowie. Albo jesteś ciałem i duchem komuś oddany albo nie. Nie lubię łamać zasad. One przez lata mnie ukształtowały. Mój własny kodeks, niewzruszony niczym niezdobyta twierdza.
Muszę się pozbyć tych myśli, zanim wezmą nade mną górę. Skierowałem lufę wprost na sarnę. Nagle złamałem pod butem gałąź. Usłyszała mnie. To były sekundy. Wpatrywała się z przerażeniem w oczach gotowa do ucieczki. Nie zdążyła. Byłem szybszy. Padła od razu.
Zamknąłem na chwile oczy, rozkoszując się kolejnym triumfem. Zapach mokrego mchu mieszał się z metalicznym zapachem krwi, oczyszczał głowę. Podszedłem do jodły rosnącej niedaleko, zerwałem kilka gałązek i włożyłem je do pyska mojej rudej ofierze w podzięce za oddane mi życie. Etykieta łowiecka była dla mnie fundamentalnie ważna. Zawsze jej przestrzegałem. Ceremoniał ostatniego kęsa był piękną tradycją, stosowaną do dziś. Robiono to, aby podziękować zwierzęciu za dostarczanie pożywienia. Ja widziałem w tym coś głębszego, wyposażenie w zwierzęce zaświaty. Nikt nie powinien kończyć bytu na tym łez padole nieuhonorowany ostatnim posiłkiem. Nawet skazani na karę śmierci mają taką możliwość.
Po załadowaniu jej na pakę, udałem się do domu, a dokładnie do swojego miejsca pracy. Stół już był przygotowany. Ułożyłem zwierzę na grzbiecie. Chwyciłem za nóż do patroszenia i ze spokojem i starannością zatopiłem ostrze w skórze szyi i sunąłem nim w stronę mostka. Myśli łapały balans, jakbym upuszczał z siebie emocje, wszystko to, co mi nie służy. Następnie sprawnym ruchem odciąłem przełyk i tchawicę razem z krtanią. Chwyciłem za oddzielone części i umiejętnie zawiązałem je, aby uniknąć wydostania się treści z żołądka. Po chwili znowu sięgnąłem nóż i zgrabnym ruchem otworzyłem swoją piękną ofiarę od spojenia łonowego do samego mostka.
Zanim przeszedłem do dalszego etapu pozbyłem się koszuli, wytarłem nią pot z czoła i rzuciłem na podłogę. Zatopiłem z całą przyjemnością ręce w klatce piersiowej i zacząłem rozcinać przeponę wzdłuż żeber. Szybkim ruchem wyciągnąłem przełyk wraz z tchawicą do jamy brzusznej. Potem zacząłem pozbywać się kolejno płuc, nerek, wątroby, żołądka z jelitami. Zawsze na koniec zostawiałem sobie serce. Może byłem w tym pojebany, ale dla mnie ofiara dopiero stawała się zwykłym truchłem, kiedy wyzbywałem się z niej serca.
Zacząłem się zastanawiać, czy ja mam jeszcze serce, czy to ja przez lata nie stałem się uczuciowym trupem. Potrzebowałem jakiegoś pierdolonego zapalnika, kolejnego kroku. Czułem, że zaczynam stać w miejscu. Niesamowicie mnie to irytowało.
Zawsze szukałem swojej drogi, robiłem, co chciałem i jak chciałem, a teraz pojawiło się pękniecie w stalowej ścianie moich przekonań. Bo tak naprawdę od dawna nie chciałem być z Magdą, ale czułem, że powinienem. Wyrwałem się z zamyślenia i zabrałem swoją Bambi do mojej małej chłodni. Nie była zbyt wielka, ale dla mnie wystarczająca. Powiesiłem ją na haku. Zostanie tutaj na co najmniej 8 godzin. Jutro rano przyjdę i ją oskóruję.
Kiedy szedłem w stronę domu, dostrzegłem samochód Magdy na podjeździe. Liczyłem po cichu, że tym razem nie będzie jeszcze spała, kiedy wrócę. Zazwyczaj wracałem późnym wieczorem, często zaszywałem się w swoim gabinecie na piętrze. Miałem tam dokładnie taki sam widok jak z tarasu; mój dziki, ciemny, nieodkryty las. Znużony, często tam kończyłem dzień, ewentualnie i nader rzadko przychodziłem do sypialni. Żona nie miała o to do mnie pretensji, tak było nam wygodniej.
Kiedyś mój pokój miał być pokojem dziecięcym, ale przy okazji badań po wypadku dowiedzieliśmy się, że Magda jest bezpłodna. Ta wiadomość połączona z traumą po pożarze sprawiła, że potrzebowała terapii, by móc na nowo się zaakceptować. Czuła się wybrakowana jako kobieta, niewystarczająca, niepotrzebna, bezużyteczna. Można by było wymieniać bez końca. Już przed tamtymi wydarzeniami coś się między nami psuło, każde szło we własną stronę, ale w jakimś stopniu tragedia nas znowu połączyła, tyle że nie uczuciowo. Byliśmy małżeństwem, a jak wiadomo ta instytucja niesie za sobą także obowiązki, które w dużej mierze mną kierowały.
Kiedy wszedłem, siedziała na kanapie w salonie i czytała książkę, w domu panowała cisza. Spojrzała na mnie pustym wzrokiem i powiedziała:
— Znowu polowałeś? Czemu dziś skróciłeś żywot? Dzik?
— Też.
— Jak to też? — zapytała.
— Przed południem strzeliłem odyńca, zawiozłem go do Tomka. Na powrocie trafiła się jeszcze sarna — odpowiedziałem, pomijając szczegóły wizyty u przyjaciela.
Stałem przed nią brudny, cuchnący i pełen żądzy, z pełną świadomością, że Magda nienawidzi, kiedy śmierdzę. Wszedłem pod prysznic. Nierówne kamienie pod stopami przyjemnie masowały stopy. Zamknąłem na chwilę oczy, byłem prawie odprężony, kiedy nagle w głowie zobaczyłem te cudne, zielone oczy wpatrujące się we mnie. Tym razem patrzyły na mnie z dołu. Kurwa, wyobraziłem sobie ją, jak klęczy tuż przede mną, jak liże mnie po całej długości mojego nabrzmiałego kutasa i bierze mnie głęboko.
Ja pierdolę, czułem, jak na samą myśl o tym robię się kurewsko twardy. Ja trzymałem ręką jej piękne, miedziane włosy, kosmyki zalotnie opadały na mój nadgarstek. Brała mnie tak jak żadna inna kobieta, dławiła się moim przyrodzeniem, ale nie przestawała. Jej oczy zaszły łzami niczym szmaragdy skąpane w najczystszym oceanie. Nie chciałem jeszcze kończyć, wysunąłem się z jej ust i kciukiem omiotłem jej seksowne, pełne apetytu wargi. Kiedy chciałem wejść w nie jeszcze raz, nagle rozeszło się po łazience pukanie do drzwi.
— Kuba wszystko w porządku?! — zawołała Magda.
Otworzyłem oczy, stałem pod strumieniem wody, nie wiem nawet ile czasu, ale musiało minąć go niemało, skoro się zaniepokoiła.
— Tak, już wychodzę, chwilka i jestem na dole — odpowiedziałem lekko poddenerwowany, jakby matka przyłapała mnie na waleniu konia.
Nie zmiękłem do reszty. Ja pierdolę, muszę sobie ulżyć, nie wytrzymam dłużej bez ciepłej cipki. Wyszedłem spod prysznica, nałożyłem balsam na brodę, uczesałem włosy i spojrzałem na siebie. W sumie nie było jeszcze ze mną tak tragicznie. Moja sylwetka prezentowała się nienajgorszej, naturalnie wyrzeźbiona, ale bez przesady. Nie chciałem wyglądać jak napompowane mięśniaki z siłowni, wolałem treningi w naturalnych okolicznościach. Gdzieniegdzie w mojej brązowej czuprynie błyszczały już siwe włosy. Tomek kiedyś powiedział, że to oznaka mądrości — tak sobie tłumaczył starość.
Ubrałem spodenki i zszedłem na dół. Podszedłem do stolika przy kanapie i nalałem sobie szklaneczkę whisky. Miałem swoją ulubioną, raz w roku kupowałem kilka butelek ze Szkocji. Upiłem łyk, bursztynowy napój rozlał się przyjemnym ciepłem po gardle. Zajrzałem do lodówki, wziąłem kawałek kiełbasy z dzika, którego upolowałem w zeszłym miesiącu, i oderwałem kawałek sera. Sprawdziłem pocztę, która zawsze czekała na wyspie kuchennej. Zaprojektowałem ją sam, a zręczny stolarz z okolicy wykonał ją z drewna, które wydobyłem z pobliskiego jeziora. Wiele w tym domu zrobiłem sam. Królowało tutaj drewno, kamienie naturalne i czerń. Było swojsko, po mojemu. Magda przynosiła czasami jakieś pierdy z muzeum i ustawiała tu i ówdzie. Nie przeszkadzało mi to, tyle byłem w stanie tolerować. Lubiłem tą przestrzeń, ten dom, tę okolice.
Wśród rachunków za prąd i media znalazła się złota koperta. Domyślałem się, co to może być i kto jest jej adresatem, otworzyłem czarny lak i moim oczom ukazało się zaproszenie na 67 urodziny Igora Zalewskiego planowane na 15 lipca. Prychnąłem pod nosem, taa, już kurwa pędzę, żeby złożyć życzenia ojcu, a potem całą imprezę słuchać jakie sukcesy odnosi Wiktor. Jak co roku wyślę mu kosz wędlin i dobrego alkoholu. Co jak co, ale ojciec lubi dobrze zjeść, czego nie ukrywa. Matka mówi, że zawsze zjada wszystko ze smakiem, ale osobiście nigdy nie usłyszałem pochwały.
Odłożyłem wszystko na miejsce i zgasiłem światło na dole. Wspiąłem się po schodach. Magda jeszcze nie spała, a ja zajrzałem do sypialni.
— Popracuję chwilkę u siebie — poinformowałem.
— Nie siedź za długo — odparła automatycznie.
Zawsze kończyło się tak samo, zostawałem tam na noc. Nie na darmo kupiłem sobie kawał wygodnej kanapy. Poszedłem do gabinetu, zapaliłem lampkę na biurku, chciałem włączyć laptop, ale nie czułem się na siłach, aby jeszcze pracować. Położyłem głowę na oparciu fotela, zamknąłem oczy i znowu widziałem te dwa obłędne szmaragdy, tym razem między moimi nogami. Znowu mi stanął. Kurwa. Dość. Wparowałem do sypialni. Magda była zaskoczona moim wtargnięciem. Zdjąłem spodenki i stanąłem w nogach łóżka.
— Weźmiesz go? — zapytałem zdecydowanie.
— Co? Co ty? — zaczęła się jąkać.
— Kurwa pytam własną żonę, czy mi obciągnie, co cię w tym dziwi? — zacząłem się trochę irytować.
— Ale co się stało, że ty tak nagle… Zaskoczyłeś mnie — zaczęła się tłumaczyć ze swojej reakcji.
Stałem z nabrzmiałym kutasem gotowym do akcji, a ona zadaje tysiąc pytań.
— Podejdź bliżej — rozkazałem. — Chcę, żebyś zrobiła mi pierdolonego loda, co w tym dziwnego?
— Nic, tylko wiesz, my dawno nic, nie… — urwała.
Wszedłem do łóżka i chwyciłem ją w tali. Położyłem ją, zerwałem z niej spodenki i rozwarłem nogi. Zacząłem lizać wnętrze jej ud. Zamknąłem oczy i znowu je widziałem, coś jakby uruchomiło się w mojej głowie. Zacząłem kąsać jej nogi, podążając w górę. Nagle zatopiłem się w jej cipkę.
— Co ty robisz? — zaczęła dyszeć, czułem, że było jej dobrze.
Od razu się ocknąłem, ale musiałem dojść, podbrzusze mnie już za bardzo napierdalało. Chwyciłem ją za nogi i oplotłem je sobie wokół talii, ująłem jej kształtne pośladki i wbiłem się w nią od razu. Krzyknęła.
— Przypominam ci, że masz męża kochanie — zacząłem się w niej rytmicznie poruszać. Była dość ciasna i nie za bardzo na mnie gotowa, a chciałem, żeby też coś z tego miała. Wyciągnąłem kutasa i splunąłem na niego, po czym oblizałem swoje palce i włożyłem w jej cipkę, aby ją bardziej rozluźnić. Zadziałało. Jej jęki przeszły w delikatne westchnienia. Wszedłem w nią znowu i pierdoliłem. Nie chciałem niczego innego tylko w końcu opróżnić jaja. Poruszałem się w niej miarowo, ściskając jej pośladki. Pot płynął mi po plecach, a Magda jęczała z rozkoszy. Zamknąłem oczy, widziałem znowu te niespotykane oczy i wystrzeliłem w rozgrzaną kobiecość mojej żony. Kutas pulsował miarowo, a ja czułem, że osiągnąłem fizyczne spełnienie. Pochyliłem się nad nią i szepnąłem do ucha:
— Dziękuję.
Wyciągnąłem z niej penisa, wytarłem go w swoje spodenki i wyszedłem. Usiadłem w salonie przy zgaszonych światłach. Siedziałem z kolejną szklaneczką płynnego złota i rozmyślałem. Czy był powód do tego, abym analizował swoje małżeństwo na tylu płaszczyznach? Nie było tragicznie, emocje wywołane dniem dzisiejszym zadziałały jak plaster na sączące się rany całego naszego związku. Czy gdybym żywił do niej tylko sentyment, wziąłbym ją tak jak dzisiaj? Nigdy nie byłem wobec niej tak brutalny. A może zawsze chciałem taki być, tylko Magda nigdy mnie takiego nie chciała? Może gdyby moje pożycie spełniało standardy, które tkwiły w moje głowie, lasy zamieszkiwałoby więcej zwierzyny? Próbowałem się oszukiwać, jednak prawda, której tak nie chciałem dopuścić do świadomości, zaczęła do mnie dochodzić. 20 minut temu w sypialni nie brałem żony, mentalnie pieprzyłem Rudowłosą o szmaragdowych oczach.
Rozdział 2
Mój telefon zawibrował dwukrotnie. Odrywając wzrok od ekranu telewizora, zerknęłam na Samsunga s24. Daria wysłała mi zdjęcie w uścisku z jakąś bardzo młodą i bardzo uroczą dziewczyną. Pod zdjęciem widniała wiadomość:
Prawda, że wyglądamy sweet?
Wywróciłam oczami. Bez zbędnego zastanowienia odpisałam:
Nie mąć w głowie uczennicy z liceum na Boga! Ta dziewczyna w ogóle jest les czy raczej bi jak ty?
Nie minęły 3 sekundy, gdy przyszła odpowiedź:
Przecież nie bierzemy ślubu i do niczego jej nie zmuszam. Jest lesbą.
Przygryzłam wargi ze zniecierpliwieniem. Daria prowadziła rozwiązłe życie seksualne i jeszcze była na tyle bezwstydna, żeby się tym chwalić na prawo i lewo. Zmieniała partnerów i partnerki jak rękawiczki bez poszanowania ich uczuć i ponoszenia jakichkolwiek konsekwencji. W z wyglądu delikatnym ciele, mieściła się dusza tygrysa — wolna, silna i żądna krwi. Zawsze robiła, co chciała i nigdy nie przejmowała się zdaniem innych. Była wyjątkowa i nieokiełznana jak zaraza, pierdolona dżuma. Zawracała w głowie na równi kobietom i mężczyznom, wykorzystywała i porzucała — wszystko z uśmiechem na ustach.
Miało ją pół miasta albo jeszcze więcej. Po osiemnastce założyła spirale i brała tabletki PrEP jak dropsy każdego dnia. Czy szukała miłości, czy bardziej leczyła zranioną duszę? Jako jej przyjaciółka powinnam była wiedzieć. Los połączył nas jakimś niewidzialnym węzłem i trzymał aż do teraz, choć nasze style życia i światopogląd skrajnie się różniły. To właśnie Daria załatwiła mi fuchę w modelingu i dała wskazówki jak się tam utrzymać. Gdyby nie ona nie miałabym dobrze płatnej pracy.
— Znowu ta idiotka? — zapytał Darek, pochylając się nad moim ramieniem.
Och, nawet nie zauważyłam, kiedy się tu znalazł. Nie lubił Darii, odkąd dowiedział się o jej odbiegających od normy preferencjach seksualnych. W głowie się mu nie mieściło, że można jednocześnie ssać fiuty i lizać cipki. Daria potraktowała go z wzajemnością uznając, że jest płytki i dziecinny. Ogólnie dogadywali się jak pies z kotem.
— Ile razy cię prosiłem, żebyś przestała się zadawać z tą mątwą? — warknął. — Ma na ciebie zły wpływ, jeszcze zarazisz się jej gejozą.
Nie mogłam powstrzymać cmoknięcia pełnego irytacji.
— Przecież wiesz, że to nie jest żaden wirus ani choroba, mamy dwudziesty pierwszy wiek — wytłumaczyłam po raz setny.
Dariusz odłożył kubek z herbatą na blat z taką mocą, jakby posługiwał się młotkiem a nie ceramiką. Po kuchni rozniosło się głośne tąpnięcie. Wzdrygnęłam się odruchowo. Zdenerwowałam go. Choć naprawdę nie miałam nic złego na myśli!
— NIGDY nie robisz tego, o cię proszę — warknął, wpatrując się we mnie wrogo. — Czy tobie w ogóle jeszcze na mnie zależy? Nie szanujesz mnie, nie poważasz…
Uciął z wyraźnym żalem. Podniosłam się z kanapy i zbliżyłam do mężczyzny. Chciałam jakoś do niego przemówić, wyjaśnić, ukoić. Uniknął mojego dotyku, usuwając się na bok. Na twarzy pojawił się przelotny grymas bólu, którego nie mogłam zignorować.
— Przecież wiesz, że cię kocham, — wyszeptałam miękko — ale Daria też mnie potrzebuje…
— Tak?! — wrzasnął, strącając kubek na ziemię, rozbił się na drobne kawałki. — To może daj jej dupy, skoro ci tak na niej zależy!
Darek odepchnął mnie od siebie i, chwytając kurtkę, wyszedł z mieszkania.
Westchnęłam ciężko. Przerabiałam z nim już tyle sytuacji, że jego nagły atak nawet mnie nie zdziwił. Mój narzeczony miał temperament, to trzeba było mu przyznać. Nie lubił, kiedy ludzie mu się sprzeciwiali i wolał mieć kontrolę nad sytuacją. W przypadku Darii jej nie miał, dlatego reagował tak gwałtownie. Od jakiegoś czasu chciał wymóc na mnie zerwanie z nią kontaktu i kłóciliśmy się ciągle z jej powodu. Nie chciałam stawać przed ultimatum, którego z moich bliskich wykluczyć ze swojego życia, ale Darek zdawał się do tego dążyć. Był zbyt dumny, żeby dać się przekonać do moich racji. Musiał naprawdę uznawać blondynkę za zagrożenie, skoro próbował mnie przed nią tak usilnie chronić. Czy miał racje? Na początku wydawało mi się, że jego obawy są bezzasadne, ale im więcej konfliktów na tym tle wynikało, tym częściej zastawiałam się, czy nie jestem w błędzie.
Zgięłam się i posprzątałam szczątki kubka z podłogi. Szkoda. Mimo że to prezent od matki, bardzo go lubiłam. Darek przejął go na własność tak naturalnie jak wszystko, co należało do mnie i po chwili już tylko on z niego korzystał. Ale wciąż był mój. Westchnęłam ponownie. Czułam dziwny smutek, kujący niczym szpilka. Nie układało się nam od dłuższego czasu, ale nie mogłam zrozumieć, dlaczego.
Sięgnęłam po telefon, żeby pożalić się Darii i zamarłam na chwilę. Gdybym musiała ją odrzucić, to do kogo mogłabym się zwrócić, gdy coś pójdzie nie tak? Przecież nie do matki. Miałam tylko Darię.
Pokłóciłam się z Darkiem — znowu. — napisałam.
Nie minęła sekunda, zanim odpowiedziała:
Jest w domu, czy zwiał jak tchórz?
Mimowolnie mój kącik ust podskoczył do góry. Nie chciałam naśmiewać się z człowieka, którego darzyłam uczuciem, ale ten „tchórz” mnie rozbawił.
Wyszedł.
Daria zadzwoniła natychmiast, a ja bez zwłoki odebrałam. Na ekranie telefonu widziałam ciemne niebo i zarys szczupłej drobnej blondynki. Gdzieś zza jej ramieniem wyglądała para błękitnych dziewczęcych oczu. Szła ze swoją nową, dzisiejszą dziewczyną. Pewnie zabierała ją do siebie na słodkie tet-a-tet. W końcu laska mogła jeszcze chodzić do szkoły i mieszkać z rodzicami.
— Bejbe, zostaw tego chuja — poprosiła Daria, a rytm jej kroków i zgiełk miasta wdarł się w słowa. — Nie mowie tego, bo chcę dla ciebie źle, ale to pierdolony manipulant. Już nie wspominając, że zanim cię poznał, miało go pół miasta.
Wybuchłam śmiechem. Nie mogłam się powstrzymać. To było prześmieszne, zwłaszcza że wyszło z jej ust.
— Przyganiał kocioł garnkowi — wydusiłam, ocierając łzy.
Daria wywróciła oczami, a jej twarz przybrała poważniejszy wyraz.
— Koleś rąbie cię po rogach — wyznała.
Poczułam, jak budzi się we mnie złość. Jak mogła coś takiego powiedzieć? Jak śmiała!
— Kłamiesz — warknęłam. — Niby skąd to wiesz? Masz jakieś dowody?! Hę…?! No dalej nie krępuj się. Nie pozwolę ci obrażać mojego narzeczonego.
Podczas mojego wywodu obraz w kamerce zmienił się. Widziałam, jak Daria obraca obiektyw i na chwile znika z ekranu. Rozległ się brzdęk wiadomości, a przyjaciółka skierowała obiektyw do punktu początkowego.
— Zrobisz, co zechcesz — rzuciła obojętnie i się rozłączyła.
Zostałam sam na sam z nieodczytaną wiadomością od niej. Z trudem przełknęłam ślinę. Czułam… niepokój, tak jakby czyhało na mnie coś niebezpiecznego, w miejscu, którego nie mogłam dostrzec, jakby otaczał mnie tlenek węgla i przeczuwałam jego obecność. Otwierać? Nie otwierać? Mogłam to zawsze zignorować i przejść do porządku dziennego. Tylko… niczego to nie zmieni. Byłam w punkcie, w którym nie odpowiadał mi stan obecny, a trwanie w nim po prostu do niczego nie prowadziło.
Nacisnęłam na ikonę wiadomości.
Moim oczom ukazało się zdjęcie spod jednego z popularnych wrocławskich klubów. Rozpoznałam ten neon, Darek kilka razy mnie tam zabrał, ale uznał, że nie potrafię docenić klimatu i jestem ogólnie niewdzięczna. W ramach kary powiedział, że nie wybierzemy się tam więcej. I się nie wybraliśmy. Zaczęło do mnie docierać, dlaczego.
Fotografia przedstawiała mojego narzeczonego całującego się przed wejściem z dużo niższą i dużo drobniejszą ode mnie kobietą. Można było też zauważyć, że jest sporo młodsza. On trzymał ręce na jej pośladkach, a ona wspięta na palce oplatała jego szyję chudymi rękami. Była ubrana jak kurwa, w kusą, skórzaną spódnicę i krótki top. Nie miała stanika, a sterczące sutki prześwistywały przez tkaninę. Tylko sutki, bo nic więcej tam nie miała. Wyglądała tanio i kiczowato. To było takie niskie i idealnie wpisywało się w gusta Darka. Poczułam, jak wzbiera we mnie odraza.
Zminiaturyzowałam rozmowę, czując narastający ból głowy. Po co to wszystko? Dla kogo? I co powinnam zrobić? Mścić się? Wybaczyć?
Wszystkie opcje były złe.
Już wcześniej miałam podejrzenia, że Darek nie jest mi wierny. Czułam to po kościach. Jak film dokumentalny odtwarzałam w pamięci jego zachowania — nagłą, trwającą nieraz długi czas oziębłość, potem tak samo raptowną czułość i częste zbliżenia, potem irytację i obojętność, która to znów przeradzała się w oziębłość. Podświadomie wiedziałam, co to oznacza, tylko zamykałam oczy. Nie chciałam mieć pewności, żeby nie musieć zderzyć się z koniecznością podjęcia decyzji. Nie byłam w stanie zdecydować teraz. Narastał we mnie gniew i bezsilność. To dlatego wracał coraz później do domu i szukał pretekstu, żeby z niego wyjść? Do niej.
Tylko dlaczego do wyruchanej pizdy nie był w stanie mi tego powiedzieć prosto w oczy? Nie śmiał się przyznać i odejść? Wolał ciągnąć dwie sroki za ogon? Jak chuj mu na to pozwolę. Dosyć! Zrobiłam naprawdę dużo, żeby go zadowolić, dawałam więcej i więcej. Ale już dosyć. Skoro im więcej dawałam tym bardziej on był niezadowolony, to przestanę mu dawać cokolwiek. Jeśli się rozstaniemy, to widocznie tak powinno być.
Przepełniona złością i frustracją chwyciłam klucze, torebkę i płaszcz. W końcu mamy równouprawnienie prawda? Skoro on może się puszczać to ja też!
Miasto nigdy nie spało. O każdej porze dnia i nocy panował tu ruch. Zawsze czułam, że płynę gdzieś obok tego rozgardiaszu, zawsze byłam o pół kroku za wszystkimi. Podnosiłam głowę, żeby ocenić dystans i przyspieszyć, żeby się zrównać, ale nigdy nie byłam w stanie. Ciągle czegoś brakowało. Może byłam niewystarczająca? Tak jakby inni ludzie za dzieciaka dostali od rodziców cały pęk rożnych kluczy, a ja miałam tylko ten od domu. Oni mogli otworzyć mnogość drzwi, przejść z pomieszczenia do pomieszczenia i bez problemu to robili, podczas gdy ja odbijałam się od większości. Czego brakowało? Szczęścia, determinacji, kierunku, siły?
Mijałam pojedynczych ludzi i grupki osób. Starszych, młodych, roześmianych, hałaśliwych i spokojnych, wyciszonych. Większość nie zaszczyciła mnie nawet spojrzeniem, ale byli tacy którzy zaczepili na mnie wzrok na krótką chwilę. Udawałam, że nie istnieją, idąc prosto na przystanek tramwajowy. Miałam nadzieję złapać któryś z ostatnich dziennych kursów. Na szczęście to miasto było dobrze skomunikowane i przemieszczanie się nie stanowiło większego problemu.
Miałam ochotę otrząsnąć się z ponurych myśli i gnijącej nostalgii, która mnie opanowała. Chciałam sprawdzić, dowiedzieć się, czy kobieta taka jak ja jest jeszcze atrakcyjna i dla jakiego rodzaju mężczyzn. Musiałam to wiedzieć, żeby móc zdecydować. Przyspieszyłam kroku, kątem oka widząc zbliżający się tramwaj. Mój kierunek był jasny — klub nocny Oblivion, jeden z najpopularniejszych klubów w mieście. Daria wspominała mi o nim niejednokrotnie i kilka razy nawet poczyniłyśmy plany, żeby się tam wybrać. Nigdy ich nie zrealizowaliśmy ze względu na sprzeciw mojego narzeczonego.
Wsiadłam do tramwaju. Pasażerów było niewielu i szybko zlokalizowałam miejsce siedzące. Przycupnęłam i wpatrywałam się w swoje odbicie, podczas gdy miasto przesuwało się ze szybą. Miałam wiele opinii na swój temat. Nie byłam brzydka, ale piękna też nie byłam, ot jak tysiące innych kobiet w tysiącu innych miejsc. Jedyna rzeczą, którą uwielbiałam w sobie bezwarunkowo były oczy. Miały niezwykły zielony odcień, na tyle że wielokrotnie byłam posądzana o noszenie kolorowych soczewek. Ponoć odziedziczyłam je po ojcu, którego nigdy nie poznałam. Powiedziano mi tylko tyle, że był artystą obdarzonym szczególną urodą.
Miałam nawet w portfelu jego zdjęcie, jedyne które udało mi się przez lata ukrywać przed matką. Porzucił nas, gdy miałam trzy miesiące. Przerosła go opieka nad dzieckiem i związane z tym ograniczenia. Matka nigdy mu tego nie wybaczyła, a żal zawód i smutek nie pozwolił jej dopuścić do siebie żadnego innego mężczyzny. Usunęła wszystkie pamiątki po nim i nigdy nie wspominała swojej własnej córce, że miała ojca. Gdyby nie moja babcia, która zmarła, gdy miałam 19 lat, nigdy nie usłyszałbym o nim nawet wzmianki. To od niej miałam to zdjęcie, ukryła je dla mnie i dała mi w odpowiednim momencie w tajemnicy. I tak do dziś pozostało ono tajemnicą. Schowałam je na dnie portfela i nigdy nikomu nie pokazałam.
Wyciągnęłam portfel z torebki i pogrzebałam w nim chwilę, wydłubując z jego czeluści pogniecione, wyblakłe zdjęcie młodego mężczyzny. Mógł mieć może 20, może 22 lata. Nie wydawał się wysoki, bardzo szczupły i niekoniecznie męski. Miał delikatne rysy twarzy, lekko zarysowane kości policzkowe i grube brwi. Zdjęcie było stare, wytarte i w złym stanie, pomimo tego jego zielone oczy odznaczały się wyraźnie na tle innych kolorów. Prawdopodobnie po nim byłam ruda.
Czasami zastanawiałam się czy jesteśmy podobni. Nigdy jednak nie próbowałam rzeczywiście się tego dowiedzieć. Nie próbowałam go odszukać. Nic o nim nie wiedziałam i nie starałam się dowiedzieć, bo jakakolwiek wzmianka o jego osobie wywoływała u mojej matki napad szału. Kochała go tak bardzo, czy krzywda zagnieździła się w niej tak głęboko? Chciałam wiedzieć, ale nie mogłam zapytać. Tak brzmiało niepisane tabu naszej rodziny.
Matka zawsze powtarzała mi, że tylko silni mężczyźni mają wartość, pewnie dlatego podobali mi się tylko ci, którzy mogli mnie obronić i wesprzeć. Nie zwracałam uwagi na słabeuszy i mikrusów, nie byli w zasięgu mojego spojrzenia. Często powtarzał się slogan, że kobiety wybierają sobie partnerów albo na podobieństwo swoich ojców albo na ich przeciwieństwo. Ja ewidentnie należałam do tych drugich. Odrzucałam też z marszu zajętych i żonatych. Nie mogłabym wyobrazić sobie scenariusza, w którym wdałabym się w relację ze związanym z inną kobietą mężczyzną.
Raz wpadłam w taką pułapkę, ale na szczęście nie doszło między nami do niczego znaczącego, tylko raz pozwoliłam sobie na ten rodzaj błędu. Byłam wtedy młoda i głupia, a on zaimponował mi doświadczeniem. Nie wiedziałam, że gość ma dziewczynę. Nie przyznał się do tego. Gdy się o tym dowiedziałam, mimo wszystko czułam wstyd, ten nieuzasadniony, autoagresywny. Od razu obraz mojej porzuconej nieszczęśliwej i niespełnionej matki stanął mi przed oczami. Nigdy nie chciałabym przyczynić się do nieszczęścia Bogu ducha winnej kobiety. Nie mogłabym sobie spojrzeć w oczy, gdyby z mojej winy rozpadła się rodzina, a komuś zawaliłby się świat. Nie mogłabym spojrzeć w oczy sobie.
Tramwaj zatrzymał się, a ja pospiesznie wysiadłam. Już tylko 300 metrów dzieliło mnie od wytyczonej lokalizacji. Nie myślałam nawet, czy to bezpieczne, żeby iść do klubu samotnie, i nie zastanowiłam się, czy istnieje prawdopodobieństwo, że Darek jest w środku. Dopiero gdy byłam przed wejściem, a w powietrzu niosły się wibracje muzyki, zawahałam się. Co zrobię, jeśli zobaczę go w środku z jakąś panną, z tą ze zdjęcia albo jakąkolwiek inną? Znałam siebie na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że nie skończy się to dobrze. Moja matka zawsze twierdziła, że jestem nieobliczalną wariatką i chyba rzeczywiście nią byłam, choć tak bardzo starałam się dusić w sobie te pierwotne instynkty. Zawsze starałam się być wszystkim, czego potrzeba silnemu mężczyźnie, ale chyba byłam po prostu zmęczona.
Minęłam grupkę mężczyzn palących przed lokalem i weszłam do środka. Powitała mnie głośna muzyka i zapach wielu rodzajów perfum zmieszanych ze sobą. Nie spodziewałam się tłumów wczesnym piątkowym wieczorem, ale kilka osób tańczyło już na parkiecie. Rozejrzałam się naprędce, żeby nie wyjść na wieśniaczkę. Klub był wyjątkowo dobrze urządzony. Przestrzenny i elegancki, bar znajdował się na tyłach wielkiej przestrzeni oświetlonej złotymi lampami. Wnętrze pokrywały czarne, błyszczące powierzchnie, a punktowe, jasne światło wytyczało poszczególne strefy. Skierowałam się prosto do baru. Półokrągły drewniany blat zdawał się kosztować tyle co wkład własny na mieszkanie w centrum. Usiadłam na wolnym stołku i uważniej przyjrzałam się twarzom ludzi zatopionym w neonowym poblasku.
Nie zauważyłam nikogo, kto mógłby przypominać Darka. Mój narzeczony nieźle się zdziwi, kiedy wróci do domu i mnie tam nie zastanie.
— Co dla ciebie ślicznotko? — zapytał barman, pochylając się w moją stronę.
Gdy na niego spojrzałam puścił do mnie oczko. Wysoki, szczupły, całkiem umięśniony brunet z krótką bródką. Nie w moim typie. Wychyliłam się ku niemu, czując w powietrzu lekki powiew flirtu.
— Co pan proponuje? — zapytałam, odwzajemniając oczko.
Czy to, co robiłam teraz, to odpowiedź na zaproszenie, czy gość wykonywał jedynie swoją pracę, a ja zachowywałam się jak pusta lala?
Ocenił mnie spojrzeniem.
— Whisky? — zapytał. — Wyglądasz jakbyś potrzebowała czegoś mocniejszego.
Było mi obojętne, co piję. Zresztą nie przyszłam tu pić tylko zrobić research.
— Margarita — poprosiłam.
Barman bezzwłocznie zabrał się do przygotowania alkoholu. Siedziałam, wsłuchując się w utwór, który właśnie leciał. Wpadał w ucho.
— Co to za kawałek? — zapytałam, gdy barman postawił przede mną drinka.
— Timeless, The Weeknd — odpowiedział po chwili.
— Długo tu pracujesz? — zagadnęłam.
— Jestem współwłaścicielem tego przybytku, ale czasem wpadam popracować — odrzekł z szerokim uśmiechem.
Nie powiem, że nie byłam zdziwiona. Wyglądał jak zwyczajny koleś za barem, niczym szczególnym się nie odznaczał, a już na pewno nie wyglądał jak właściciel takiego przybytku.
— Jesteś tu sama? — zagadnął jeszcze.
Mruknęłam w odpowiedzi.
— Uważaj na siebie — rzucił, jakby naprawdę miał to na myśli i odszedł do innego klienta.
Przy półokrągłym, okazałym barze pracowali dwaj barmani i barmanka. Gawędzili z klientami, robili drinki i polerowali szkło. Mieli ładne uniformy i seksi fartuszki. Od razu było widać, że nie jest to miejsce niskich lotów. Daria miała gust — to trzeba było jej oddać.
Umoczyłam usta w trunku. Nie przepadałam za alkoholem, ale dzisiaj rzeczywiście potrzebowałam czegoś mocniejszego. Czegokolwiek. Zerkałam na siedzenie obok, które było wolne. Mogą być emocje, bez różnicy.
— Można się przysiąść? — usłyszałam za sobą męski głos.
Znałam sztukę flirtu i wiedziałam, jak działa moje ciało. Tu nie chodziło o urodę, a o obietnicę rzuconą w eter. Wiadomo, że i mniej urody tym słabszy efekt…
Obróciłam głowę, delikatnie zerkając przez ramię, by pierwszą rzeczą, która rzuci się w oczy nieznajomemu, była zieleń mojej tęczówki. W jego oczach pojawiła się iskierka zaciekawienia. Nie był brzydki, wysoki, umięśniony, może nawet trochę za bardzo, ale wciąż przystojny. Przeciągnęłam moment ciszy, żeby podbić napięcie. Przybrałam pozycje, w której moje ciało prezentowało się bardziej seksownie i miękkim kobiecym gestem wskazałam na stołek.
— Proszę — powiedziałam cichutko.
Wiedziałam, że moje słowa utoną w głośnej muzyce i że przybysz będzie musiał wyczytać je z ruchu moich warg. Miał umiejętność czy nie? Napakowany nieznajomy bez wahania oparł się o stołek. To nie były naturalne mięśnie, wiedziałam od razu. Za dużo czasu spędziłam z Darkiem, by nie mieć takiej wiedzy.
— Co cię tu sprowadza ślicznotko? — zagadnął.
— To samo co ciebie? — odbiłam piłeczkę.
— Tak? To może zmienimy lokalizację? — przeszedł od razu do rzeczy.
Chodziło mu wyłącznie o moje ciało, to było jasne. Czy mi to przeszkadzało? Absolutnie. Właśnie tego potrzebowałam. Zwierzęcego seksu w niedozwolonym miejscu. Zdrada jakoś nie robiła na mnie wrażenia na chwilę przed tym, kiedy miałam się jej dopuścić. Przyszłam tu z takim zamiarem. I nie będę żałować. Jako fiut na chwilę powinien dać radę. I nie wyglądał na takiego, który zakochuje się od pierwszego wejrzenia i zabiega o kontakt po numerku. Podobał mi się wystarczająco. Zerknęłam jeszcze, czy na jego palcu nie ma obrączki. Nie było.
Pochyliłam się ku niemu.
— Masz gumy? — zapytałam.
— Jestem zawsze przygotowany. — Poklepał się po kieszeni w spodniach.
Był już gotowy, na co wskazywało lekkie wybrzuszenie w spodniach. Oby jego rozmiar nie był poniżej przeciętnej, przydałoby się też, żeby wytrzymałość okazała się na wystarczającym poziomie. Lustrował mnie spojrzeniem od góry do dołu. Cokolwiek działo się w jego głowie, było widać, że jest zadowolony z tego, co widzi. Może nie było ze mną jeszcze tak źle?
— Lubię konkretne laski — dodał szarmanckim gestem, zapraszając mnie do podążania za sobą.
Ewidentnie był tutaj stałym bywalcem. Pewnie nie spodziewał się, że zaliczy dupę od razu po przyjściu. Czy nie byłam dziś aż za łatwa? Może powinnam podroczyć się dłużej, bardziej intensywnie? Ale jakoś nie miałam na to ochoty. Za to miałam ochotę na coś zwierzęcego, pierwotnego i uwłaczającego. Chciałam, żeby ktoś mnie ukarał za wszystko, co spieprzyłam w swoim życiu, za każde niepowodzenie, które mnie dosięgło, i każde nieszczęście, którego doświadczyłam. Chciałam, żeby ktoś włożył mi fiuta w cipkę tak głęboko, że zapomnę, jak się nazywam. I przede wszystkim chciałam, żeby to nie był Darek.
Szłam za nieznajomym jak owca na rzeź. Tylko kto był w tej sytuacji ofiarą, a kto oprawcą? Założyłabym się o milion złotych, że gościowi nie przeszła ani jedna tego typu myśl przez głowę. I nie potrzebowałam kogoś, komu by przeszła. Skierowaliśmy się ku łazienkom, ale tuż przed skręciliśmy w zaułek, gdzie znajdowało się wyjście ewakuacyjne. Przystanęłam, słysząc głośne, gorące oddechy i dławiącą się laskę. Mój towarzysz za to, nie zważając na odgłosy, skręcił za róg. Usłyszałam jego słowa:
— Będzie wam przeszkadzać, jak dołączymy?
Och. Czułam jak moje najbardziej niskie żądze zostają połechtane. Zareagowałam mieszanką wstydu, podniecenia i zdenerwowania. Naprawdę zamierzałam to zrobić? Owszem. Poczułam wilgoć między nogami i suchość w ustach. Drżałam lekko, a kręgosłupie przeszedł mi słodki dreszcz zakazanych emocji. W tym podłym miejscu, tuż obok rozbawionej gawiedzi miałam zamiar bzykać się z nieznajomym facetem tuż obok pary, która uprawia seks oralny. To było złe, najgorsze i cholernie podniecające.
Na miękkich nogach dołączyłam do pakera. Nie pomyliłam się. Laska klęczała przed mężczyzną w średnim wieku i ciągnęła druta z zapamiętaniem. On, opierając się o ścianę, wypychał biodra, wbijając w jej usta głęboko i mocno. Zupełnie nie zwracali na nas uwagi. Facet, chwytając głośno powietrze, jęknął tylko coś niezrozumiale i na naszych oczach wytrysnął z całą siłą. Jego fiut tkwił zanurzony po jaja w gardle dziewczyny. Chciała się odsunąć i wypluć spermę, ale jej na to nie pozwolił. Przytrzymał jej głowę i zmusił do przełknięcia ładunku. Rozległ się głośny dźwięk jej grdyki. Dopiero po tym mężczyzna wyciągnął członka. Chłonęłam ten obraz łapczywie. Nie podejrzewałam siebie o takie zapędy, ale dziś było inaczej. Dziś tego właśnie potrzebowałam — upodlenia.
Mężczyzna poprawił się i spojrzał na nas oceniająco. Podniósł dziewczynę za łokieć do góry i bez słowa odeszli w stronę powrotną. Mijając mnie, dziewczyna rzuciła mi bezwstydne spojrzenie i oblizała wargę. Rzucała wyzwanie, czy prowokowała do odegrania lepszej sceny? Odprowadziłam ją spojrzeniem. Wyzwanie przyjęte.
Mój towarzysz nie czekał, aż moja mentalność wróci na miejsce. Gwałtownie i boleśnie chwycił mnie za ramię i cisnął na ścianę. Uderzyłam plecami o zimną powierzchnię, włosy rozsypały mi się na ramionach. Paker stanął w rozkroku przede mną i pochylił się, opierając na wyciągniętych rękach ciężar swojego ciała. Odciął mi tym samym drogę ucieczki, tak jakbym zamierzała z niej skorzystać. Oblizałam wargę śladami dziewczyny, która mnie minęła.
To był znak. I pierwotniak odczytał go prawidłowo. Bez wahania rozpiął guzik moich dżinsów i zanurzył dłoń w majtkach. Odgięłam głowę w prawą stronę, zapraszając go bliżej. Nie trzeba było długo czekać. Zaczął ślinić mi szyję, jedną ręką pieścił łechtaczkę, a drugą szczypał lewy sutek.
Fale przyjemności rozbijały się w całym ciele. Byłam już kompletnie mokra i absolutnie gotowa, na tyle żeby chcieć go prosić, żeby w końcu wyciągnął kutasa i mnie przerżnął jak zwykłą szmatę w podrzędnym burdelu. Nie zwracałam uwagi na dźwięki umykające z moich ust. Czułam tylko jego nabrzmiały do granic spodni sprzęt, którym trącał mnie w udo. Chciałam być wyruchana szybko i mocno, mieć choć jeden porządny orgazm w tym miesiącu.
W akcie desperacji chwyciłam jego dłoń, oderwałam od swojej kobiecości i zamarłam zszokowana. Czułam na jego serdecznym palcu wgniecenie od obrączki. Przez głowę przemknęło mi tysiące myśli, ale pierwotniak nie zauważył mojego zawahania. Ściągnął ze mnie spodnie szybkim ruchem. Podniecenie, które szybowało po wyżynach, nagle uderzyło w depresję. Gość był żonaty, tylko skurwiel ściągnął pierścionek, żeby się zabawić. Prawdziwa szmata.
Czy podniecało mnie bycie bzykaną przez taką szmatę? Niestety, musiałam przyznać, że bardzo. Ale honor mówił nie. A serce krzyczało: trzeba dać mu nauczkę.
Bez wahania włożyłam mu rękę w spodnie i ścisnęłam wzdętego kutasa razem z jajami tak mocno, że wydarłam z jego gardła krzyk. Nie spodziewał się, że nagle zadam mu tak ogromny ból. Zwłaszcza że moje żelowe paznokcie mocno wbiły się w jego najczulsze miejsce. Klęknął przede mną z bólu.
Mój instynkt samozachowawczy krzyknął: czas spadać.
Nie zastanawiając się ani milisekundy dłużej, wciągnęłam spodnie na dupę, chwyciłam torebkę i płaszcz, obróciłam się na pięcie i pobiegłam przed siebie. Chwilę zajmie mu dojście do siebie, więc musiało mnie tu nie być natychmiast. Pieprzyć nastrój, pieprzyć wszystko, nie dam dupy takiemu zgniłkowi.
Rozpędzona wpadłam na kogoś wysokiego, mało go nie przewracając. Zatoczyłam się, ledwo utrzymując równowagę. Nawet nie zdążyłam zrozumieć o się dzieje, nim została chwycona za rękę i pociągnięta. Ciągnął mnie mężczyzna. A ja biegłam za nim zszokowana. Miał dłuższe nogi, a ja ledwo dawałam rade nadążyć. Szybko znaleźliśmy się na parkiecie. Przeprowadził mnie sprawnie przez fale tańczących ciał. Wyprowadził z klubu na zewnątrz i pociągnął chodnikiem w niewiadomą stronę.
— Jesteś idiotką, czy jak? — warknął wkurwiony.
— Gdzie idziemy? — zapytałam, ignorując obelgę. Poznawałam ten głos.
Barman zatrzymał się z takim impetem, że wpadłam w jego plecy. Obrócił się, zlustrował karcąco i wycedził:
— Odstawić cię do domu, a myślałaś, że gdzie?
Westchnęłam z ulgą. Wystarczyło mi emocji jak na jeden wieczór. I nagle zdałam sobie sprawę, że moja bluzka jest mocno podwinięta, a spodnie niezapięte. Zawstydzona doprowadziłam się natychmiastowo do porządku.
Siedziałam w samochodzie. Silnik cicho mruczał, a ja w stanie roztargnienia opierałam głowę o szybę. Barman, paląc papierosa, podkręcił lekko ogrzewanie. Jechaliśmy tak w milczeniu jeszcze parę minut. Zaparkował na parkingu pod wskazanym przeze mnie adresem. Było mi jakoś przed nim głupio. Nie wiedziałam też jak się pożegnać. Bez pożegnania jakoś dziwnie wyjść.
— Co tam się stało? — zapytał w końcu.
Nawet jego ton był już neutralny. Odchrząknęłam zażenowana.
— Był żonaty — rzuciłam.
— 3\4 tych gości jest żonata — odpowiedział natychmiast. — Nie wiedziałaś?
Pokręciłam głową, czerwieniąc się. Tak naprawdę nie chodziło nawet o moje „zasady”, po prostu miałam nieodpartą chęć wymierzyć mu karę. A może nawet nie jemu. Prawdopodobnie przeniosłam cała pogardę i złość, którą czułam do Darka na tamtego faceta, może nawet na siebie. Byłam idiotką.
— I co zrobiłaś? Kopnęłaś go w jaja?
Wyczuwałam w jego głosie nutkę rozbawienia i współczucia.
W odpowiedzi wyciągnęłam prawą dłoń i obróciłam ją wnętrzem do niego. W nikłym świetle miasta końcówki paznokci nosiły zaschniętą krew. Barman uniósł brew z niedowierzaniem i mimowolnie zsunął nogi.
— Masz jaja — przyznał. — A teraz wypierdalaj do domu.
Wysiadłam czym prędzej, zapominając nawet podziękować. Gdy odchodziłam, usłyszałam za sobą głośny krzyk:
— I nie wracaj więcej!
Rozdział 3
Dzień zapowiadał się naprawdę całkiem przyjemnie. Od tygodnia głównie przygotowywałem z Tomkiem futra na sprzedaż — było ich sporo. Zlecenie dostał około miesiąca temu, to całkiem krótki czas na wykonanie. Ktoś musiał doskonale zdawać sobie sprawę z terminów, jakie obowiązują myśliwych. Odstrzał lisa zaczynał się dokładnie od 1 czerwca. Nasz czas na wywiązanie się z umowy był mocno wyśrubowany. Trudne to było zadanie, nie powiem, ale daliśmy radę. Wiedziałem, że Tomkowi kasa się przyda. Julka zaczynała studia, utrzymanie we Wrocławiu też było niemałe. Kiedyś mogłem liczyć na jego pomoc, nauczył mnie jak być myśliwym, wprowadził do koła, w którym 3 lata temu wybrano mnie na łowczego. Nadszedł czas, aby się odwdzięczyć.
Pakowałem futra do odbioru i sprzątałem warsztat. Magda wyjechała wczoraj w delegację. Nie ukrywam, odkąd spaliśmy ze sobą, wróć, spełniłem swoje zwierzęce żądze, nie jadaliśmy nawet wspólnie śniadań. Było mi w chuj głupio, że tak się zachowałem. Nie wiedziałem, jak mam ją przeprosić. Nie wiedziałem, czy w ogóle miałem ją za co przepraszać. Jak zwykle nie zadawała pytań ani nie drążyła tematu. Umiejętnie mnie unikała, tak jak tego pragnąłem. Poczekam aż wróci do domu, emocje opadną i jak zwykle przejdziemy do porządku dziennego, szarego, nudnego, ale jakże znajomego.
Wsiadłem do auta i postanowiłem popływać w jeziorze. Potrzebowałem intensywnego wysiłku fizycznego, tylko to dawało moim myślom ukojenie. Gdy dojechałem na miejsce nie było prawie nikogo oprócz kilkorga dziewczyn siedzących na kocu. Miały jakieś 16 — 17 lat. Śmiały się i prawdopodobnie coś piły — młodzież. Zacząłem się rozbierać i w samych bokserkach podreptałem do brzegu. Pogoda była wyśmienita, świeciło słońce, w powietrzu czuło się zbliżające lato. Nagle zza pleców doszły mnie głosy:
— Hej przystojniaku zaprosisz nas, czy wolisz pływać sam — zachichotały.
— Dzięki za towarzystwo, obejdzie się — odparłem kąśliwie i posłałem niewiastom spojrzenie pełne niechęci.
Chyba zrozumiały, ponieważ nie podejmowały próby dalszej konwersacji. Nie mam pojęcia, ile kilometrów przepłynąłem. Zerkając na słońce, śmiało mogłem stwierdzić, że katowałem swoje ciało około dwóch godzin. Czułem, jak palą mnie mięśnie od intensywnego wysiłku. Kochałem to uczucie, było to niezwykle oczyszczające i zarazem odprężające.
Wracając do domu, zajrzałem do lokalnego sklepu po coś do jedzenia. Nie jadałem podręcznikowych pięciu posiłków, wolałem zjeść dwa, ale wysokokaloryczne. Preferowałem mięso w każdej postaci, najczęściej żwaczy, ale dobrą kiełbasą z dzika też nie pogardziłem. Przyznaję, pod względem kulinarnym byłem wygodny. Kupiłem jakąś kiełbasę, ponieważ ta domowa już się skończyła, kilka bułek i kefir. Lubiłem prostotę. Nie tolerowałem komplikacji ani w życiu, ani w kuchni.
Po posiłku udałem się na hamak zawieszony na tarasie, włączyłem sobie muzykę i ułożyłem się wygodnie, licząc na drzemkę. W głośnikach rozbrzmiewał Thomas Rhett „Somethin’ Bout A Woman” — totalny chill. Niestety zamiast tego moją głowę zalała fala poczucia krzywdy wobec Magdy. Zawsze uważałem, że zdrada zaczyna się w głowie. Albo jesteś oddany mentalnie i fizycznie albo nie. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że tamtej nocy, kiedy zachowałem się wobec niej niczym dzikie spragnione zwierzę, zdradziłem ją właśnie na tej pierwszej płaszczyźnie.
W mojej głowie nigdy nie miała miejsca fantazja o żadnej innej kobiecie, podczas seksu z żoną tym bardziej. Teraz dopuściłem się tego czynu i czułem się z tym chujowo. Ona oczywiście nie była świadoma, co tamtego wieczora kierowało moimi popędami, ale ja doskonale zdawałem sobie sprawę. Nie mogłem wtedy zasnąć. Do rana wyzerowałem całą butelkę whisky i obudziłem się nazajutrz w południe z potężnym kacem, tym moralnym także. Nie miałem wytłumaczenia, musiałem to zgryźć w sobie i przede wszystkim porozmawiać z żoną. Ustalić, co dalej.
Kiedy już prawie zasypiałem, usłyszałem samochód na podjeździe — jakie licho niesie o tej porze. Wstałem, udałem się przez niewielki ogród, żeby zobaczyć któż zakłóca mój spokój i nagle usłyszałem:
— Kubuś przyjacielu! — zawołał radośnie Tomek.
— Hej, co cię tu sprowadza? Krysia przesoliła zupę? — zażartowałem.
Przybiliśmy grabę i zaprosiłem go na taras.
— Nie, obiad był dzisiaj wyśmienity. Zaserwowała comber z sarny z jabłkami. Znalazła przepis w zeszycie swojej matki i teraz testuje na mnie te wszelkie udziwnienia. Chociaż ona upiera się, że kuchnia myśliwska u korzeni jest bardziej pokręcona, niż nam się wydaje. Ale ja nie o tym, nie ukrywam, że mam do Ciebie prośbę.
Rozsiadłem się wygodnie, zakładając ręce za głowę.
— Cały zamieniam się w słuch — odrzekłem. Tomek był wyraźnie zakłopotany.
— Julka to moje oczko w głowie, źrenica mego oka. O nikogo nie troszczę się tak jak o nią. Jak już wiesz, od października wybiera się na studia. Jutro ma odebranie świadectwa maturalnego i musi je złożyć na uniwersytecie — opowiadał.
— Gratuluję, oczywiście musisz być dumny z córki, ale co ja mam z tym wspólnego?
— Właśnie jutro mamy wyjazd z mamą Krysi do lekarza do Łodzi i nie mogę zawieźć Julki. Wprawdzie mogłaby pojechać autobusem, ale wiesz, ile niebezpieczeństw czai się w miejskiej komunikacji. To i tak dla mnie skok milowy, że zgodziłem się, aby podczas roku akademickiego mieszkała we Wrocławiu. Na szczęście będzie u siostry Krysi, co, nie ukrywam, bardzo mnie uspokoiło — tłumaczył.
Czułem w kościach, o co chce mnie poprosić. Wcale się nie myliłem.
— Kuba, czy nie mógłbyś jutro z nią pojechać? — spojrzał na mnie wzrokiem pełnym ojcowskiej troski.
Kurwa, miałem przejebane.
— Dobra, ale jutro mamy odbiór futer, jak nikogo z nas nie będzie, to kto się tym zajmie? Magda też siedzi teraz dłużej w pracy — mruknąłem.
— Zdążysz, obrócisz raz dwa, do 12 wrócisz do domu. Powiedziałem jej, że będziesz po nią już o 8. Będzie przygotowana — stary spryciarz, wiedział, że mu nie odmówię. Mam wobec niego dług wdzięczności i czułem się zobowiązany. Choć dzieliło nas prawie 20 lat różnicy, traktowałem go jak rodzonego brata.
— Niech będzie, ale żadnych nadprogramowych punktów wycieczki. Chcę szybko wrócić.
— Dziękuję, nie wiem, jak ci się odwdzięczę. Może wpadniecie z Madzią na kolację? Zdzwonimy się, co?
— Nie ma sprawy, w kontakcie — odpowiedziałem, pożegnałem przyjaciela i zdałem sobie sprawę, jak bardzo mam przejebane. Ta mała diablica już raz wyprowadziła mnie z równowagi, byłem przekonany, że jutro znowu będzie próbowała swoich sztuczek. Nie ma opcji, że mnie sprowokuje. Będę gotowy.
Punkt 8 stałem pod domem Tomka. Dzień był dość ciepły, więc włożyłem spodnie w kolorze khaki i czarną koszulkę polo. Wszetecznica nie zawiodła, mogłem się tego spodziewać. Zmierzała w stronę mojego auta ubrana w sukienkę, która z powodzeniem mogłaby być koszulką, ledwo co zakrywała pośladki. Na stopy włożyła białe tenisówki, a w uszy wsadziła koła wielkości kolczyka, który na ogół byki mają w nosie. Jej długie blond włosy opadały na ramiona. Twarz aniołka z niebieskimi oczami skrywała grzeszne i lubieżne myśli. Wsiadła do auta, po czym od razu zaczęła:
— Dżentelmen otworzyłby drzwi damie.
Zaśmiałem się pod nosem.
— A kto ci dziecko powiedział, że ja jestem dżentelmenem?
— Jak to? Ojciec jakby mógł, postawiłby popiersie z twoją podobizną w ogrodzie, jesteś dla niego niczym diament wśród kamieni. Nieskalany i czysty, wzór cnót i zasad Jakub Zalewski– powiedziała z udawaną powagą.
— Bynajmniej nie zauważyłem żadnej damy, to po cóż miałem wysiadać — odpowiedziałem dość teatralnym tonem.
Cel osiągnięty; jebła focha i cała drogę do Wrocławia siedziała, grzebiąc w telefonie. Mogłem w ciszy delektować się muzyką płynącą z głośników. Lubiłem w trasie posłuchać czegoś klubowego. Szybko przemieściliśmy się z punktu A do punktu B, po czym udaliśmy się w drogę powrotną. Była chwila po 10 — idealny czas. Zboczyłem z trasy na stację, bo czułem, że nie przeżyję kolejnej godziny bez kawy. Julka nadal milczała, musiałem ją w chuj obrazić i miałem to głęboko w poważaniu, tak było znacznie wygodniej. Jednak nie byłem świnią.
— Chcesz coś do picia?
Spojrzała na mnie naburmuszona i zlustrowała mnie wzrokiem, po czym wypaliła:
— Skoro pytasz to campari z lodem i tonikiem cytrynowym, powiedz, żeby dodali plastry świeżej pomarańczy.
Zaśmiałem się pod nosem i udałem się w stronę sklepu. Kiedy wróciłem, popijając po drodze podwójne espresso z cukrem, podałem swojej towarzyszce podróży butelkę cytrynowej wody dla dzieci. Dodałem poważnym tonem:
— Wziąłem butelkę z korkiem niekapkiem żebyś się nie oblała — dopiekłem jej wystarczająco, co ją uruchomiło. Była wściekła.
— Dlaczego traktujesz mnie jak dziecko, co?! Mam 20 jebanych lat, jestem dorosła sama o sobie decyduję, a ty gasisz mnie jak smarkule. O chuj ci chodzi? — wysyczała.
Nie byłem dłużny, znowu zaczęła mnie wkurwiać.
— A o taki chuj, że nie podoba mi się to, co zrobiłaś ostatnim razem. Nienawidzę, jak takie smarki jak ty naruszają moją przestrzeń. Nie pozwoliłem ci mówić do siebie na ty. I zapamiętaj, że jestem tutaj dziś ze względu na przyjaźń twojego ojca, a nie na sympatię, którą cię nie darzę — uciąłem dyskusję.
Wsiedliśmy do auta. Ignorowałem Julkę w drodze powrotnej, popijałem w spokoju kawę i wsłuchiwałem się w muzykę dochodzącą z głośników. Nagle zauważyłem, że zaczęła podciągać swoją i tak kusą sukienkę coraz wyżej. Wystarczyłoby, że rozłożyłaby nogi i wszystko byłoby na wierzchu. Ustawiłem klimatyzację na niższą temperaturę. 5 minut później napalona laska zaczęła szczękać zębami. Ja miałem wysoką tolerancję na niskie temperatury, nie ruszało mnie to.
— Mógłbyś ustawić kilka stopni więcej, zamarzam — powiedziała błagalnym tonem.
— Nie — odpowiedziałem szorstko, po czym dodałem — Ja też prosiłem cię o kilka rzeczy, nie spełniłaś żadnej z nich. Szacunek działa w obie strony. Dostajesz dokładnie to, na co zasługujesz. Nie będę tolerował dłużej twojego zachowania ani spoufalania się ze mną. A jeżeli to nie dociera, to powiem krótko, za wysokie progi dziecinko — chwyciłem z tylnego siedzenia polarową bluzę. Nigdy jej nie ubrałem. Magda kiedyś w akcie troski wcisnęła mi ją do auta, gdy jechałem na polowanie wczesnym rankiem. Rzuciłem jej kawałek garderoby, a ona naciągnęła ją po samą brodę. Znacznie lepiej. Studzenie zapędów napalonych małolat wychodziło mi perfekcyjnie. Po 11 odstawiłem obrażoną i urażoną na wszelkie sposoby Julkę do domu. Kiedy już się oddalała, nagle odwróciła się na pięcie i wypaliła:
— Jeszcze zobaczymy, czy takie wysokie. — Pokazała mi środkowy palec. — Panie Zalewski, pierdol się!
— Z tobą? Nigdy! — odpowiedziałem, sztucznie się uśmiechając, po czym odjechałem pełen dumy i zażenowania.
Dochodziła 16, skosiłem trawę wokół domu, podciąłem krzewy gdzieniegdzie i zachwycałem się widokami dookoła swojego azylu. Kamień polny, z jakiego były ściany, idealnie wkomponowywał się w krajobraz. Zdjąłem koszulkę, spociłem się jak świnia. Pobiegłem szybko do kuchni, obmyłem twarz w zlewie i chwyciłem za butelkę wody z lodówki. Wypiłem prawie całą jednym duszkiem. Dobiegł mnie głos z zewnątrz, ktoś przyjechał. Pomyślałem, że zapewne spóźniony klient po futra, już prawie złapałem za klamkę, ale coś mnie powstrzymało. Głos, kobiecy głos, który rzucał zaklęcia prawdopodobnie przez moje podwórko wyłożone kamieniem polnym.
— Ja pierdolę, nowe buty, jebany kamień! Pięknie po prostu pięknie pięćset złotych w błoto!
Matko jakaś furiatka, a już myślałem, że to nabywca naszych lisków. Wyszedłem z domu i wypaliłem:
— Przepraszam, a pani do kogo? — rozejrzałem się i dostrzegłem małe Renault Twingo. Ja pierdolę, kto takim mikrusem wybiera się na leśne drogi? — Czy ten prototyp samochodu to pani środek transportu? — wypaliłem.
Nieznajoma, wyciągając obcas spomiędzy kamieni, wyprostowała się, poprawiła sukienkę, która zdążyła jej się podwinąć podczas skłonu. Zresztą bardzo ładną sukienkę, zielona, i opinała figurę właścicielki. Boże, pierwszy raz widziałem tak ponętne ciało. Skarciłem się szybko w myślach i przeniosłem wzrok na twarz. I, kurwa, zamarłem. Przeszywały mnie dwa szmaragdy. Ja pierdolę. To ona. Potarłem dłonią czoło, pomyślałem, że może słońce mi zaszkodziło i znowu mam swoje obsesyjne wizje, ale ona zaczęła poprawiać swoje rude włosy, które mieniły się jak najczystsza miedź. Zerkała na mnie co chwilę, odwracając wzrok, a jej policzki różowiły się delikatnie. Potem, jakby zezłoszczona, wbiła we mnie trudne do określenia spojrzenie.
— Przepraszam bardzo czy Pan Tomasz? — zapytała opryskliwie.
Stałem, jakbym dostał w głowę kilofem. Przez chwilę straciłem kontakt z mózgiem. Potrzebowałem kilku sekund, żeby odpowiedzieć.
— Pan Jakub, może być? — wypaliłem.
— No właśnie nie bardzo może — warknęła. — Byłam umówiona na odbiór zamówienia z panem Tomaszem. Widocznie pomyliłam adresy. Przepraszam — rzuciła od niechcenia i zaczęła się kierować w stronę swojego auta.
— Dobrze pani trafiła, pan Tomasz podał mój adres jako adres odbioru. Do niego raczej by pani tym — wskazałem głową — nie dojechała.
Czułem, jak wypala mi dziury na ciele swoim spojrzeniem. Po chwili zorientowałem się, że stoję przed nią bez koszulki, całkowicie spocony. Kurwa, nieprofesjonalnie.
— Ok — skapitulowała. — Skoro tak, to udajmy się na miejsce spoczynku tychże biednych stworzeń, które… — wzdrygnęła się — oddały w męczarniach swoje szlachetne życie, by stać się półproduktem.
Podrapałem się z tyłu głowy.
— Tak naprawdę to już nie stworzenia, a tylko futra z nich pozyskane — spoglądała na mnie tak, jakby miała mnie spalić zielonymi laserami, które miały zaraz zaświecić w jej oczach.
— Miejmy już to za sobą, mam nadzieję, że nie cierpiały zbyt długo — rzekła.
— No skądże jedna kulka i po krzyku — odpowiedziałem z uśmiechem.
Nie wiedziałem, jak ją czytać, mord w oczach nie pasował do całości. To ja, jakby nie patrzeć, mordowałem nie ona. Spojrzałem na atłasowe czarne szpilki, których obcasy wbijały się w przestrzenie pomiędzy kamieniami.
— Może pani zaczeka tutaj, a ja przyniosę, co trzeba, i zapakuję do auta?
— Dobrze niech tak będzie, gdybym wiedziała, że znajdę się w takich okolicznościach, bardziej bym się przygotowała. A propos finansów dziś rano przesłaliśmy resztę zaliczki na konto. Uprzedzam, żeby nie było.
— Ok, ja pójdę, proszę tutaj zaczekać — zacząłem oddalać się w stronę swojego warsztatu i dość głośno wypuściłem powietrze z płuc. O ja jebię co za ciśnienie. Nagle się zawstydziłem, bo zdałem sobie sprawę, że widziałem ją w intymnej sytuacji, słyszałem, jak krzyczy z rozkoszy. Czy ona zorientowała się, że kazałem jej wypierdalać? Że ja, to ja? Oddychaj. Nie co dzień spotyka się takie rzeczy, żeby czyjeś fantazje erotyczne się nagle zmaterializowały, a tutaj chodziło o moje.
Chwyciłem pudło i zacząłem kierować się w stronę klientki. Właśnie schylała się i chyba czyściła swoje szpilki, tyle że jej kształtna, soczysta pupa była skierowana w moją stronę. Mało co nie potknąłem się o własne nogi. Co się ze mną działo, gdzie do kurwy moja samokontrola, gdzie moja forteca niezdobyta? Zacząłem karać się w głowie na wszelkie możliwe sposoby. Sekundy dzieliły mnie od tego, aby mój kutas mnie zdemaskował. Pomyślałem o krwi, o cieknącej krwi, o tym jak jeszcze niedawno trzymałem malutkie serduszka tych wszystkich lisków w rękach, jak pozbawiałem jedno po drugim życia. Pomogło, uspokoiłem oddech.
— Proszę otworzyć bagażnik, o ile takowy tutaj istnieje — zażartowałem, żeby troszkę oczyścić atmosferę. Skierowała kluczyk w stronę stojącego wozu, po czym klapa automatycznie się otworzyła. Złożyłem tylne siedzenia i włożyłem towar do środka, pudło po pudle. Na szczęście się zmieścił.
— Dziękuję za pomoc w takim razie, miłego dnia — kiedy już się obracała i odchodziła w stronę auta, rzuciła przez ramię — Czy pan je wszystkie sam zabił?
— Tak i osobiście pozyskałem futra — odparłem z lekkim uśmiechem.
Jeszcze raz zlustrowała mnie wzrokiem pełnym pogardy i czegoś jeszcze, czego nie potrafiłem nazwać i powiedziała:
— Musi być pan nieszczęśliwym człowiekiem. Nie wiem, czy słyszał pan jest pewien cytat, „Ten kto jest okrutny wobec zwierząt, staje się również twardy w kontaktach z ludźmi” — odparła z dumą.
Nosz, kurwa i to mówi lalunia, która popierdala w lesie w szpilkach i kupuje futra od okrutnego, twardego człowieka
— To w takim razie pani także jest nieszczęśliwa, ponieważ przykłada rękę do tego okrucieństwa, kupując to, co z tych biednych lisków zostało — dodałem z uśmiechem.
— Dość! — krzyknęła i tupnęła nogą — Nie ma prawa pan prawa mnie oceniać, zwłaszcza… — urwała. — Do widzenia i mimo wszystko życzę panu miłego dnia — burknęła i oddaliła się do swojego microauta.
Laska naprawdę tupnęła na mnie nogą! Nie mogłem się powstrzymać:
— Na pewno będzie miły, jak wpakuje trochę śrutu w dorodną sarenkę — zawołałem.
Wsiadła i odjechała swoim bombowozem w siną dal. Ja pierdolę, co to było.
Usiadłem na schodach przed domem i próbowałem poskładać w logiczną całość, to co się właśnie wydarzyło. Ciągle miałem przed oczami jej ciało, idealne piersi, apetyczne nogi, ponętne pośladki. Usta stworzone do całowania i te oczy niczym płonące szmaragdy. Spojrzałem na swoje krocze, kurwa nie, znowu to samo. Dwa tygodnie detoxu poszły się jebać, najgorsze było to, że uciekałem przed zakazanymi fantazjami, a teraz one same mnie dopadły. Z zadumy obudził mnie telefon, wibracja na moim tyłku dawała znać o połączeniu — to Tomek.
— Kubuś i co byli po towar? — zapytał.
— Tak, przed chwilą, ponoć puścili dzisiaj rano drugą zaliczkę, tak mówili — poinformowałem przyjaciela.
— Tak, tak przed 12 wpłynęły na konto. Dziękuje ci jeszcze raz, że tak troskliwie zająłeś się dzisiaj Julką. Jestem ci bardzo wdzięczny. Nie mogę uwierzyć, że moja mała, niewinna córeczka ucieka ode mnie w duży świat — zawodził przejmująco. Gdyby wiedział, jakie sprośne myśli i nieczyste fantazje siedzą w jej głowie, sam założyłby jej pas cnoty.
— Dobra, ja kończę, jestem zjebany jak pies. Usłyszymy się później — po czym się rozłączyłem. Potrzebowałem lodowatego prysznica, szybko i dużo. Musiałem ochłonąć po tym, co się tutaj odjebało.
Było już po 23, relaks w niskiej temperaturze zadziałał na mnie kojąco. Zrobiłem sobie kolację, posprawdzałem akcje. Na ten tydzień mam około 10 tysięcy zysku — pomyślałem, że nie jest źle. Przygotowałem rozliczenie dla Tomka, uznałem, że wezmę od niego tylko tyle, ile wyniosła mnie chemia za przygotowanie futer. Czułem, że z powrotem kontroluję swoje myśli, żadnej obsesji. Bo kimże ona była, żeby zawładnąć moim umysłem. Nadęta pindzia, której wydawało się, że może oceniać kogo popadnie. O nie, na to sobie nie pozwolę. Hipokrytka. Jechać po mnie za to, że odebrałem życie kilku lisom, których futra sama kupiła.
Usłyszałem dźwięk telefonu, zszedłem na dół, leżał na kanapie. To Magda. Dziwne, nigdy się przesadnie nie martwiła, rzadko nawet rozmawialiśmy ze sobą, kiedy była w pracy. Szanowałem swój czas, czyjś także. Kiedy byłem na czymś skupiony, wolałem, aby nic mnie nie rozpraszało. Odebrałem.
— Halo, co tam?
— Hej, dzwonię zapytać, czy w domu wszystko w porządku, zjadłeś coś dzisiaj? — zapytała. Wszystko wracało do normy, tak, jak gdyby nigdy nic. Przechodziliśmy do stanu bezpiecznej stagnacji, tak jak przewidywałem.
— Wszystko ok, trawę skosiłem, porządki w ogrodzie zrobione, zlecenie zrealizowane. Nie siedzę głodny, jestem dorosły. A jak u ciebie, już się rozłożyliście? Kiedy otwieracie wystawę? — zapytałem.
— Właśnie dzwonię w tej kwestii. Wszystko miało trwać tydzień, ale chyba będę musiała zostać tydzień dłużej. Wszystko się przedłuża, ponieważ Leszek chce podpisać współpracę naszego muzeum z oddziałem Czartoryskich. Moglibyśmy się wymieniać wystawami, a ich zbiory są znacznie cenniejsze, niż to, co mamy u siebie — zaczęła tłumaczyć.
Nigdy jakoś specjalnie nie interesowałem się jej pracą. Z cierpliwością wysłuchiwałem, jeżeli chciała czymś się ze mną podzielić, ponieważ tak należało. Tak jak teraz.
— Nie ma problemu, nie musisz się martwić świetnie sobie radzę. Może skorzystaj z czasu w wielkim mieście i się troszkę rozerwij, pójdź do jakieś dobrej knajpy, skocz do kosmetyczki, zrób coś dla siebie — zachęciłem ją.
— Może i masz racje, będę kończyć, jestem zmęczona. Odezwę się, jak znajdę chwilkę. Dobranoc.
— Dobranoc — odpowiedziałem. To będzie dobra noc, spędzę ją w swojej sypialni, sam ze swoimi myślami. Wszedłem na górę, otworzyłem szeroko wielkie okno, aby wpuścić zapach lasu do środka. Pościel dawała przyjemnie uczucie chłodu, ukojenie spalonym przez popołudniowe słońce plecom. Zamknąłem oczy i to wystarczyło, aby stanęła przede mną ruda Bambi o szmaragdowych oczach. Miała tupet i niewyparzony język, ale miała też sporo apetycznego zadka, w który bym wjechał bez zastanowienia. Kurwa, skarciłem się w myślach. Przywołałem szybko obraz patroszonego dzika, wyciąganego serca i wyciętej wątroby. Mój oddech się uspokoił i odpłynąłem.
Wstałem dokładnie o 6, poranek zapowiadał się całkiem miło. Stanąłem na niewielkim balkonie i zaciągnąłem się zapachem lasu. Polanę, na którą miałem doskonały widok, spowijała lekka mgła, trawę pokrywała rosa. Zza drzew przebijały się nieśmiało promienie słońca. Od dziewięciu lat budziłem się z takimi widokami. Stojąc w tym miejscu, mogłem obserwować, jak cała otaczająca mnie flora zakańcza swój żywot, po to, aby kilka miesięcy później obudzić się do życia. Byłem, kurwa, szczęściarzem, mogąc doceniać to każdego dnia.
Przepełniała mnie wdzięczność za to wszystko, co udało mi się osiągnąć dzięki determinacji i ciężkiej pracy; miałem dom marzeń w wyjątkowej okolicy, spokojne życie, bezpieczeństwo, i za Tomka, bo wiele w tym jego zasługi. Kiedy biwakowaliśmy z Magdą obok domu, wtedy jeszcze nie mojego przyjaciela, po cichu marzyłem, żeby się gdzieś tutaj osiedlić. W sumie on pokazał mi to miejsce.
Posiadłość należała do starszego gościa, który mieszkał już od 10 lat we Wrocławiu u córki, a tutaj budynek stał i się niszczył. Zgodził się sprzedać mi go z działką za niecałe 20 tysięcy. Jasne, że na tamten czas tyle nie miałem. Z pomocą przyszli Tomasz z Krysią. Od razu się polubiliśmy, taka przyjaźń od pierwszego wejrzenia. Swego czasu był mi jak ojciec. Różnica wieku zatarła się między nami po 2 latach. Pamiętam minę żony, kiedy ją tutaj przywiozłem. Była przerażona. Wizja życia w namiocie tak jej nie przytłaczała jak to, co zobaczyła. Ściany całe z kamienia, nad nimi górował duży komin także z tego samego materiału. Nie było, dachu, okien w środku, nawet podłóg.
Ruinę otaczały dookoła nieziemskie widoki, które napawały nadzieja na przyszłość. Od razu wiedziałem, że potrzebuje wielkich okien.
Zasuwałem wtedy w lesie jako pilarz, Magda wróciła do Wrocławia dokończyć studia. Przyjeżdżała co weekend. Ja mieszkałem w namiocie i wcale mi to nie przeszkadzało. Jadałem u Tomka i jego rodziny. Nie stać mnie było na ekipę remontową. Wszystko praktycznie robiłem sam albo z sąsiadami Tomka, którzy znali się na rzeczy. Jeden robił dachy, drugi kładł elektrykę, trzeci podłączył wodę i jakoś to poszło. Niecały rok i dom był gotowy do zamieszkania. Wykończyliśmy go z czasem.
Moi rodzice, kiedy dowiedzieli się, że się ożeniłem, bez wesela i bez rodziny, wkurzyli się — zwłaszcza ojciec. Ale kiedy emocje opadły, dostałem od nich swoją działkę, że tak powiem. Wiktorowi 4 lata wcześniej odpalili tyle samo — 50 tysięcy złotych. Wtedy zacząłem bawić się w giełdę. Otworzyłem rachunek maklerski, wpłaciłem na niego 10 tysięcy złotych i zacząłem inwestować. Zawsze interesował mnie ten temat w ramach rozrywki. Z czasem miałem niezły dochód. Potrafiłem się idealnie wbić z timeingiem i wiedziałem, kiedy już coś sprzedać, a kiedy dobrze się powstrzymać. Za te pieniądze wykończyłem dom tak, jak chciałem, miesięczny dochód zaczął przekraczać 40 tysięcy złotych, po 2 latach rzuciłem pracę w lesie i, zdobywszy uprawnienia myśliwego, zacząłem inwestować w siebie.
Wciągnął mnie w to Tomek. Zabrał mnie ze sobą na polowanie. I ten jeden raz w pełni wystarczył. Zakochałem się w łowiectwie, ta profesja niosła za sobą piękne tradycje, ale także szlachetność, dzięki czemu stała się dla mnie jeszcze bardziej atrakcyjna.
Zszedłem na dół po drewnianych schodach, w kuchni nikogo nie było, nie czekała na mnie ciepła kawa. Dziwne uczucie, ale nie złe, po prostu inne. W garażu obok swojego Forda F150 miałem trochę sprzętu do ćwiczeń. Nie kręciła mnie siłownia, w szczególności widok obślizgłych pajaców, którzy większość czasu spędzali na prężeniu się przed lustrem, zamiast pracować nad sobą. Przygotowałem sobie hantle, skromne 15 kilo na łapę i zrobiłem swój trening. Wziąłem prysznic i wypiłem kawę na tarasie.
W oddali pasły się dwa koziołki. Stały na skraju mojej działki. Chyba. Bo nigdy jej nie ogrodziłem. Czasem podchodziły bliżej domu, czasem czaiły się przy lesie. Współegzystowaliśmy. I tak było najlepiej.
Sprawdziłem notowania na giełdzie, zaległe maile. Ku mojemu zdziwieniu Oblivion przynosił fajne zyski. Tak, zainwestowałem w wolnym tłumaczeniu w „Zapomnienie”. Był to klub nocny we Wrocławiu. Nie jakaś podrzędna speluna, gdzie jebało szczochami z każdego kąta. Mieliśmy stylowy wystrój, znakomite alkohole, świetną muzykę. Zaczęliśmy prosperować 2 lata temu. Po wielu rozmowach i mojej wnikliwej analizie dałem się przekonać mojemu przyjacielowi ze studiów, aby wejść w spółkę. Magda nie tryskała zadowoleniem, gdy się dowiedziała, zawsze była przeciwniczką szalonych imprez. Jej jedyną formą rozrywki było muzeum bądź książki z nim związane.
Kiedy ogarnąłem co trzeba i już chwytałem za kluczyki, mój telefon rozdzwonił się. Dochodziła dopiero 8, a połączenie powiązane zostało z nazwą: Ojciec. Kurwa, po chuj dzwonił. Na sam widok zaczęło podnosić mi się ciśnienie.
— Halo? — odebrałem pytająco
— Dzień dobry, Jakubie, wybacz, że cię niepokoję, ale uznałem, że powinieneś wiedzieć. Dziś w nocy matkę zabrało pogotowie. Prawdopodobnie serce, jestem w szpitalu na Koszarowej we Wrocławiu — zaczął lekko zdenerwowany.
— Daj mi godzinę, zaraz będę — odparłem.
— Nie ma takiej potrzeby, lekarz powiedział, że dziś wyjdzie do domu po zrobieniu badań. Jej stan nie kwalifikuje się do hospitalizacji.
— W takim razie przyjadę do domu, jaki ty widzisz problem? — zaczął mnie wkurwiać. Zawsze to samo: powiem ci, żebyś wiedział, ale nic nie rób, a potem milion pretensji jak to zawodzę jako syn.
— Tak byłoby najlepiej — odpowiedział.
Zacząłem sobie wyobrażać, jak przecinam gardło jelenia, nóż miękko wchodzi, krew powoli wypływa jeszcze całkiem ciepła. Uspokoiłem się i powiedziałem:
— Jak już dostaniecie wypis i będziecie wracać do domu, daj mi proszę znać przyjadę, chcę zobaczyć mamę.
Kiedy byłem młody, miałem problemy z wybuchami gniewu. Przez lata pracy nad sobą wykształciłem skuteczną technikę opanowywania nerwów. Nie wiem, czemu i jak to działało, ale ciepła krew wypływająca spod mojej ręki uspokajała mnie najbardziej.
— Dobrze zadzwonię, do zobaczenia — rozłączył się.
Cały ojciec — dzwoni, jak coś się dzieje, żeby wzbudzić we mnie poczucie winy. Nieważne, że dzieli nas 100 jebanych kilometrów, ktoś musi wziąć winę na siebie. I bardzo dziwne, ale w jego oczach to zawsze byłem ja, odkąd pamiętam. Kiedy miałem 15 lat, Wiktor — dwa lata starszy — zabrał ojcu starego malucha z garażu. Ojciec trzymał go z sentymentu; pierwsze auto; godziny spędzone przy grzebaniu pod maską; wspomnienia. Wiktor rozbił go 100 metrów od domu. Nic się nikomu nie stało, ale auto w chuj pogniecione. Czyja była wina? No jasne, że moja! Dostałem karę na rower na cały miesiąc wakacji, bo według ojca powinienem nakablować. Już, kurwa, pędzę. Nigdy nie byłem donosicielem. Teraz też padnie argument, że gdybym skończył studia, przejął stołek po ojcu i mieszkał bliżej domu, matka byłaby zdrowsza i mniej znerwicowana i jak mniemam nie doszłoby do epizodu ze szpitalem. Chwyciłem za kluczyki i od razu skierowałem się na trasę ku memu dzisiejszemu przeznaczeniu. Nie leżało mi to wcale, ale są sprawy niecierpiące zwłoki.
Rozdział 4
Moje życie w ciągu minionego tygodnia wróciło do względnej równowagi. Gdy wróciłam do domu po moim małym wybryku, Darka jeszcze nie było. Dało mi to czas na uporządkowanie swojej fizycznej i wewnętrznej szaty. Nie zastanawiając się nad tym, co i z kim robił mój jeszcze narzeczony, wzięłam prysznic. Domyłam też wnętrze paznokci. Krew jakoś szczególnie mnie obrzydzała, a spędziłam w jej towarzystwie dobrą godzinę. Doszłam też do wniosku, że czekanie na powrót drugiej połówki jest bezsensowne. Dalsze rozmowy mogłyby nas tylko od siebie oddalić zamiast przybliżyć. Postanowiłam skupić się na sobie i ostudzić wzburzone emocje. Wtedy wydobyłam z czeluści szafy wibrator i, fantazjując o najbardziej zwierzęcych zachowaniach, skończyłam się w ciągu 15 minut. Orgazm przyniósł mi ulgę, ale nie satysfakcje, przyniósł też dalsze wątpliwości. W związkach było różnie, wiedziałam o tym, ale wciąż czułam się osamotniona wręcz porzucona. Odepchnęłam myśli na bok i zażyłam tabletkę nasenną.
Nie wiedziałam o której wrócił Darek i co robił. Nie pytałam, a on zachowywał się, jakby nic się pomiędzy nami nie wydarzyło. Zdziwiłam się, z jaką ulgą to przyjęłam. Może w rzeczywistości pasował mi ten status quo i dopóki tylko wiedziałam, że jest ktoś inny, nie robiło mi to wielkiej różnicy? W końcu to do mojego domu wracał ten piękny mężczyzna i u mojego boku był przez większość dnia. Może to wystarczy? Byliśmy razem ponad 5 lat, kryzysy przy takim stażu są nieuniknione.
— Żyjesz tam? — usłyszałam poirytowany głos.
Och. Wyrwałam się z natłoku myśli, uświadamiając sobie, że stoję przy ekspresie do kawy, wgapiając się w niego bezmyślnie, a pusty kubek czekał w gotowości na napełnienie. Pospiesznie wybrałam latte, a gdy maszyna wypluła kawę, dodałam jeszcze trochę spienionego mleka z kurka obok. Do tego potrójny cukier i kawa była gotowa wedle życzenia klientki. Odstąpiłam miejsce kolejnej osobie czekającej za mną.
Pracowałam tu od 3 lat i nie znałam nawet połowy kadry. W firmie panował spory przemiał, ludzie odchodzili i ich zwalniano, więc zapamiętywanie coraz to nowych twarzy było zupełnie pozbawione sensu. Bardziej ambitne projekty generowały więcej przychodów i wymagały bardziej zaangażowanych i oddanych pracowników, ci, który nie spełniali wymagań lub nie nadążali, byli zbyteczni.
Ja pracowałam ze stałym zestawem fotografów i modelek, radziłam sobie dobrze, a moje stanowisko nie wymagało ode mnie zbytniego poświęcenia. Asystowałam reżyserowi pokazów, robiłam wszystko to, czego ten ambitny człowiek z adhd nie mógł lub zapomniał zrobić sam. Gdy trzeba było, parzyłam kawę i podawałam modelkom, kupowałam dla nich to czego chciały, pocieszałam, gdy wymagała sytuacja, słuchałam, gdy nie miały się komu zwierzyć, dodawałam odwagi, gdy jej zabrakło. Byłam od wszystkiego związanego z poprawianiem relacji, wnoszeniem dobrej atmosfery i pilnowaniem terminów. Byłam też workiem treningowym dla frustracji tych pięknych i bardzo nieszczęśliwych kobiet. Dobrze odczytywałam emocje, więc wiedziałam, co robić i jak, żeby osiągnąć zamierzony przez szefa efekt. Nawet jeśli miałabym zebrać opieprz za sytuacje będącą poza moją kontrolą, to na poczet dobrej współpracy robiłam to z odpowiednio pochyloną głową. Dlatego wciąż tu pracowałam. Nie wpychałam nosa w nie moje sprawy, trzymałam język za zębami i nie próbowałam włazić nikomu do łóżka. Byłam nawet całkiem lubiana ze względu na powyższe. Personel nawet mi ufał i czasem zwierzał mi się z drobnych prywatnych tajemnic. Kolekcjonowałam je jak kolorowe znaczki, ale nigdy ich przeciwko nikomu nie wykorzystałam. Dyskrecja była tu w cenie.
Zaniosłam kawę znanej i lubianej fotografce Fionie Rutkowskiej, która robiła teraz sesję zdjęciową dziewczynom startującym w konkursie miss. Na tym etapie kandydatek było 50, więc pracy także nie brakowało. Zajmowaliśmy się wszystkim od makijażu po fryzury przez stroje. Powodzenie tej sesji było ważną składową wyniku dla tych dziewczyn. Zbliżały się eliminację, a do następnego etapu miało szansę zakwalifikować się tylko dwadzieścia.
— Co tak długo? — powitał mnie pretensją Adam, gdy wróciłam jak pies na swoje miejsce.
— Przepraszam.
— Zadzwoń do Marka i przełóż moje wieczorne spotkanie o godzinę, nie dam rady wyrobić się przed 20. Przeproś go i powiedz, że mu to wynagrodzę — mówił szybko. — Potem przynieś rzeczy Fiony, zostawiła torbę na recepcji. Zajrzyj do Romy, sprawdź, jak idą przygotowania kreacji na pokaz. Trzeba zadzwonić do stacji i upewnić się, że ze wszystkim zdążą. I jak te futra do cholery? — zapytał ostro.
Jego wywody zawsze były nieco chaotyczne. Lepiej było milczeć i pozwolić mu zebrać myśli do kupy niż próbować je za niego uporządkować.
— Brakuje jednej pary szpilek! — zawołała Ada z oddali.
— Jak to się kurwa stało?! — odkrzyknął Adam i pospieszył ku niej wartko.
Z tego, co zauważyłam, sesja szła dobrze, ale Adam był piekielnym perfekcjonistą. Tak wielkim, że żadna z jego asystentek nie wytrzymała z nim dłużej niż pół roku. Oprócz mnie oczywiście. Mój przełożony zdawał sobie sprawę z mankamentów swojego charakteru i po każdej udanej akcji odpalał mi bonus pieniężny w ramach rekompensaty psychicznej. Nie narzekałam.
Oddaliłam się pospiesznie, wykonać polecenia. Telefon do Marka był na liście priorytetów i jednocześnie był najłatwiejszym zadaniem. Nic dziwnego, że Adamowi najbardziej zależało na tym, żeby jego partner nie czekał na niego bez sensu godzinę w restauracji. Marek nie robił problemów, miał pojęcie, jak wymagająca jest praca w branży zwłaszcza na tym stanowisku. Lubiłam go. Czasem wpadał do nas pogawędzić o tym i tamtym, było widać, że im się układa. Nigdy nie wspomniałam Darkowi, że mój bezpośredni przełożony jest gejem. Nie wiem, jak zniósłby fakt, że jego kobieta otoczona jest osobami o przeróżnych preferencjach seksualnych i na dodatek nie mających na tym punkcie ani uncji wstydu.
Już nie wspominając o tym, co działo się za kulisami. Rzadko byłam zapraszana na spendy, ale dużo się o tym gadało i mimowolnie moich uszu dobiegały plotki. Niektóre brzmiały niedorzecznie, ale nie wątpiłam w nie. Zbyt dużo rzeczy widziałam.
Zanim się obejrzałam zostało tylko ostatnie przykazanie szefa. Niechętnie i najwolniejszym możliwym tempem skierowałam się ku szwalni, w której przywództwo sprawowała Roma. To właśnie spod jej ręki wychodziły kostiumy na pokaz dla kandydatek. Skrzywiłam się zanim zapukałam. Samo wspomnienie tych nieszczęsnych futer sprawiało, że czułam się niekomfortowo. Tu już nawet nie chłodziło o martwe zwierzęta i części ich zwłok. Chodziło o niego.
Weszłam do pomieszczenia, gdzie na manekinie wisiał już prototyp okrycia z aplikacjami z lisiego futerka. Roma była świetna w tym, co robiła. Kreacja łączyła elegancje i uliczny styl w coś absolutnie wyjątkowego. W kroju przypominało lekko dłuższą parkę, rękawy zwężały się nieco ku dołowi, a na plecach leżał długi zawadiacki kaptur. Obejrzałam prototyp z bliska, próbując nie odpłynąć myślami.
— Widzę, że dobrze wam idzie — powiedziałam szczerze do ekipy pracującej z Romą.
Szwaczki dwoiły się troiły, żeby powielić kreacje w liczbie 20 sztuk z materiału, który został dostarczony przeze mnie trzy dni temu. Nie mogła nie wracać myślami do absurdalnej sytuacji. Pech chciał, że Kleo dostała biegunki, a to ona właśnie miała jechać po odbiór surowca. Reszta ekipy była względnie zajęta, więc Adam ustalił, że ja — najmniej ambitna z ekipy — przejmę ten niezbyt kuszący obowiązek. Na nic zdały się ciche protesty i błagania. Towar trzeba było odebrać jak najszybciej, a Kleo z taką przypadłością raczej niedaleko by dojechała. Powinnam była wtedy rozbić się o drzewo i gdybym wiedziała, co mnie czeka na tym pieprzonym odludziu, pewnie bym to zrobiła. Nie dość, że odbierałam resztki zwłok, za które kazano nam zapłacić fortunę, to jeszcze facet, który mi je przygotował, okazał się być…
To był ten facet. Nigdy go nie zapomniałam. Nakrył mnie i Darka wtedy w lesie, gdy wracaliśmy z naszej rocznicowej kolacji, przestraszył nas i przepędził. Jechał godzinami na to wygwizdowie, zgubiłam się dwa razy po drodze, na dodatek czarny kot przebiegł mi przez drogę i już wiedziałam, że ten dzień będzie do dupy. A gdy już dojechałam na miejsce, zanim zdążyłam odetchnąć, szpilka utkwiła mi w tym cholernym kamieniu. Gdybym spodziewała się takiej podróży, ubrałabym inne buty. A gdy napotkałam to ciemne spojrzenie i porządną muskulaturę małe drobiazgi przestały się liczyć, zwłaszcza że typ okazał się rzeźnikiem.
Moje durne wyobrażenie została gwałtem wdeptane w ziemię i poczułam się idiotycznie oszukana. W mojej głowie typ urastał do rozmiarów mitycznej bestii z tajemniczymi korzeniami, a okazał się zwykłym najemnikiem. Musiałam przyznać — czasem o nim fantazjowałam — a wtedy poczułam się tak, jakby ktoś mi coś odebrał. Jak mogłam podniecać się kimś, kto szlachtował bezbronne zwierzęta? I cóż, zareagowałam złością. Teraz było mi trochę wstyd, ale nie zmierzałam mówić o tym głośno.
Gość był żonaty, pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to jego obrączka i nie wiem, dlaczego tak mnie to dziwiło. Był przystojny, wysoki i silny, wiele kobiet musiało chcieć mieć go w łóżku i na pewno znalazłoby się kilka, które zaakceptowałyby jego niechlubną profesję. Cóż, to nie miało większego znaczenia. Nigdy więcej się już nie spotkamy.
Tylko czasem bez sensu zastanawiałam się co mogły zawierać jego oczy, ciemne i pełne głębi. Widziałam je nawet teraz, gdy bezmyślnie wlepiałam spojrzenie w lisie futro. Ciekawe czy zwierzęta przed śmiercią widziały diabelskie spojrzenie rzeźnika? Ciekawe, czy zdawały sobie sprawę z tego, co je czeka? Gdybym miała umrzeć, nie chciałbym, żeby ostatnią rzeczą, jaką zobaczę, były ciemne, bezdenne źrenice okrutnego łowcy.
— Wszystko zgodnie z harmonogramem — powiedziała Roma, podchodząc do manekina. — Adam nie musi się martwić, materiału jest wystarczająco, a praca aż pali nam się w rękach. Są jakieś nowe ploteczki z firmy? — zapytała dyskretnie, pochylając się ku mnie.
Nie zaszkodzi uchylić rąbka tajemnicy dla zmiany nastroju, prawda?
Jakim cudem się tu znalazłam? Siedziałam sztywno i popijałam herbatkę w małej nieprzyjaznej kuchni. Już po raz setny naplułam sobie w brodę, że szybko się nie ulotniłam, gdy nadarzyła się okazja. Barbara mieszała łyżeczką w swoim kubku, wzrok miała tak skupiony, jakby wykonywanie tej czynności mogło kogoś uzdrowić. A ja ledwo zdążyłam zapomnieć, jak cudowną aurę roztaczała moja matka, a już mi o tym przypomniano. Patrzyłam na nią z braku innego zajęcia. Nie była jeszcze stara i nie wyglądała źle. Zwyczajna, nieco chudsza szatynka tuż przed 50. Figurę miała jeszcze dobrą i wyglądała na zdrową, gdyby tylko chciała, mogłaby jeszcze ułożyć sobie życie. Tylko nie chciała. Wolała kontrolować moje.
— Co u ciebie dziecko? — zapytała, gdy cukier w jej kubku całkowicie się rozpuścił, a dalsze mieszanie straciło sens.
Nienawidziłam, gdy o cokolwiek pytała. Przez całe swoje życie nie potrafiłam udzielić jednej odpowiedzi, która by ją zadowoliła. Każde jej pytanie kojarzyło mi się z przesłuchaniem i karą. Ciągle czułam, że cokolwiek bym nie zrobiła, to i tak tego nie zauważy i nie doceni. Byłam dla niej nikim. W końcu byłam kobietą. Kobiety według niej startowały ze straconej pozycji i tylko te najpiękniejsze i najbardziej fartowne były w stanie wygrać sobie dobrego mężczyznę i dobre życie. Potępiałam ją i pogardzałam nią, ale wciąż gdzieś głęboko żebrałam o jej miłość.
— Darek mnie zdradza — wypaliłam.
Kamienna twarz matki nadal pozostała kamienna. Westchnęła tylko, podnosząc się z krzesła. Oparła się o szafkę kuchenna, spoglądając na mnie z góry.
— Macie ustalony termin ślubu? — zapytała.
Pokręciłam głową.
— Błąd — skarciła. — Jesteście razem szmat czasu, czemu się dziwisz, że cię zdradza, skoro może?
Dlaczego to powiedziałam? Może chciałam, żeby wreszcie się mną przejęła? A może żeby mi choć raz pomogła? Żeby mnie zrozumiała? Mogłabym zaśmiać się sobie w twarz. Na co ty liczyłaś idiotko? Ona się nigdy nie zmieni. Odkąd pamiętam, nie było w niej ani krzty ciepła i zrozumienia, tylko wieczna ocena i krytyka.
— To co powinnam według ciebie zrobić? — wycedziłam z trudem. — Udawać, że nie wiem, czy pogłaskać go po głowie?
Barbara milczała długą chwilę, a potem tym beznamiętnym głosem, który mogłaby mieć sama kostucha, wyrzekła:
— Mężczyźni tacy już są dziecko.
Doznałam nagłego szoku, jakby ktoś raził mnie piorunem. Kurwa, serio? To wszystko, co miała mi do powiedzenia? W głowie miałam totalną pustkę, a moje emocje szalały jak latawce ciskane wiatrem. Ściskałam i rozluźniałam palce na kubku, a noga nerwowo uderzała o podłogę.
— Czyli co, mam normalnie wyjść za niego, jak gdyby nigdy nic? — zapytałam zmienionym głosem z tłumionego zdenerwowania.
— Dał ci w końcu pierścionek?
Kolejne pytanie — noga chodziła mi coraz szybciej.
— Nie.
— Nie pomyślałaś, że już czas, żeby wziąć sprawy w swoje ręce?
Pytanie tym razem zahaczało o ton oceniająco-krytyczny. Barbara już wydała osąd o mojej winie. Wiedziałam to, znałam ją, kurwa, od dziecka. Wszystko było moją winą; cokolwiek bym nie zrobiła i cokolwiek bym zrobiła. Cokolwiek ktoś mi zrobił i cokolwiek ktoś mi nie zrobił, też było pieprzoną moja winą. Nie zauważyłam, kiedy wstałam. Herbata z powalonego kubka rozlała się po stole i strużka zaczęła spływać na podłogę. Oddychałam szybko — tylko matka potrafiła mnie wyprowadzić z równowagi do takiego stopnia.
— To co mam sama sobie kupić pierścionek? — mój głos z wkurwiania był o 2 oktawy wyższy. — Czy zmusić go do ślubu? Wiem! — walnęłam pięścią w stół, a kubek zakołysał się niebezpiecznie. — Wsypie mu tabletkę gwałtu i zaciągnę do ołtarza!
— Urszulo! — wrzasnęła matka. — Nie histeryzuj!
Oddychałam szybko, próbując się uspokoić, ale drżenie całego ciała spowodowane emocjami nie ustawało. Byłam realnie zaangażowana w tę sytuacje, nie mogłam tak po prostu stanąć obok i spojrzeć na siebie z oddali! Matka za każdym razem przypominała mi, że jestem warta tylko tyle; zdradzieckiego narzeczonego, który nawet nigdy nie podarował mi pierścionka zaręczynowego. Byłam tylko małą Ulką z pryszczami na czole, pulchną rudą dziewczynką, którą rówieśnicy odtrącali ze względu na sytuację rodzinną. Byłam warta tylko tyle. Cała postawa mojej matki mówiła: to cud, że ktoś taki jak Darek ciebie chce.
Potarłam czoło i zaśmiałam się ponuro. Nienawidziłam jej z całego serca.
— Nie martw się mamo, zrobię wszystko, żeby pójść do ołtarza jeszcze w tym roku — wyszydziłam.
Rozdział 5
Droga do domu rodzinnego minęła mi przyjemnie. Jadąc, układałem sobie w głowie odpowiedzi na prowokacyjne teksty ojca. Tym razem nie dam się sprowokować. Za długo pracowałem nad sobą, żeby się uodpornić na jego toksyczne zachowanie i denne zaczepki. Tak, mogę to powiedzieć z pełną świadomością, Igor Zalewski był największym toksykiem jakiego znałem. Nieważne co się działo i z czyjego powodu zawsze musiał znaleźć się ktoś, kto poniesie jebane konsekwencje, rzecz jasna, nie swoich czynów. Taki już był, ale tylko poza pracą dla najbliższych. W sferze zawodowej zawsze otaczał go wianuszek życzliwych mu ludzi skorych do pomocy, kiedy będzie tego potrzebował. Zaskarbił sobie nawet przychylność księdza proboszcza. Dyrekcja szkoły, wójt gminy, banda komunistów, która grała do jednej bramki.
Dzieliło nas tylko 100 kilometrów albo aż tyle. Nie żyłem z rodzicami zbyt blisko, ale starałem się dzwonić do matki raz w miesiącu. Nie zjawiałem się na uroczystościach rodzinnych, jednak zawsze dbałem by zaznaczyć swoją pamięć o nich, wysyłając kwiaty, czy też drobne upominki. Z Magdą byłem u nich tylko dwa razy, nie akceptowali mojego wyboru, ponieważ nie wziąłem ślubu kościelnego — Magda była ateistką. Mnie wychowali w obrządku katolickim, ale po przyjęciu sakramentu bierzmowania jak większość młodych odszedłem od Kościoła. Nie zależało mi. Może dlatego, że ksiądz był częstym gościem w moim domu rodzinnym i, słysząc to i owo, coraz bardziej się zniechęcałem. Nie było mowy o rodzinnych świętach, dla mnie i mojej żony była to raczej tradycja, a nie aspekt wiary. Najprzyjemniejsza dla mnie była Wigilia, co roku w kole mieliśmy polowanie tego dnia. Piękna tradycja sięgająca czasów przed II Wojną Światową. Boże Narodzenie spędzaliśmy oboje na obiedzie u Krysi i Tomasza. Później zazwyczaj moja żona jechała do swoich rodziców, ja natomiast zostawałem w domu, zasłaniając się pracą. Nie miałem nic do teściów, ale jakoś nie darzyłem ich szczególną sympatią, im też raczej nie zależało na bliższej relacji z zięciem.
Miałem ok 5 kilometrów do celu. Pomyślałem, że kupię mamie kwiaty. Na pewno będzie jej miło w chorobie. Kochała je, miała piękny zadbany ogród pełen rzadkich okazów roślin. Tam spędzała każdą wolną chwilę, czuła się szczęśliwa, kiedy ktoś zapytał o któryś z nich. Mogła opowiadać o swej pasji godzinami.
Już z daleka widziałem szyld Azalia, była to stara kwiaciarnia prowadzona przez przemiłą panią Halinkę. Znajdowała się w wiekowej przydrożnej kaplicy, którą zniszczono podczas wojny. Z tego, co opowiadali ludzie w okolicy otworzyła ją w 1945 roku tuż po wojnie. Miałem sentyment do tego miejsca, przychodziłem tutaj z mamą jak byłem jeszcze małym chłopcem. Spędziłem tam dobre pół godziny, gawędząc o starych dziejach.