E-book
1.37
drukowana A5
36.17
Jego dwa oblicza

Bezpłatny fragment - Jego dwa oblicza


5
Objętość:
220 str.
ISBN:
978-83-8189-739-6
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 36.17

Rozdział Pierwszy

Bal

Nigdy bym nie przypuszczała, że będę musiała zmienić szkołę, zacząć wszystko od nowa. Poznać nowych ludzi, nauczycieli, kraj, a także własną rodzinę. Odkąd skończyłam dziesięć lat mieszkałam z ciotką, siostrą ojca, we Francji, gdzie znajdowała się Akademia, w której się uczyłam, przez trzy lata swojego jakże krótkiego życia. Teraz po śmierci ciotki, wróciłam do Anglii, do Londynu, do miejsca, w którym się urodziłam, stawiałam pierwsze kroki i mówiłam pierwsze słowa. Dziwnie było tu wracać po trzech latach nieobecności, dziwnie było zobaczyć ludzi, których nie widziało się tyle lat.


Wysiadłam z powozu i zobaczyłam ulicę, na której znajdował się dom, w którym mieszkałam od urodzenia. Jedna z najbogatszych ulic w Londynie wyglądała tak samo jak sprzed trzech lat. Wszędzie ogromne domy, piękne ogrody, miejsce dla niektórych niezwykłe, wyjątkowe. Każdy znał tu każdego, bez wyjątku. W poprzek ulicy Crayford Rd znajdowała się ulica Cardwell Rd, na której mieszkał jeden z największych rodów czarodziejów, ród Black'ów. Znałam ich bardzo dobrze, praktycznie zawsze zjawiali się na balach urządzanych przez moich rodziców, głowa rodziny Gregory Black wraz ze swoją żoną, Olympią mieli trójkę dzieci, dwóch synów i córkę.


— Rosalie, wchodź do środka, a nie rozglądasz się na prawo i lewo! — odezwał się mój ojciec, Magnus White

— Tak jest, ojcze- odpowiedziałam i weszłam do domu


Tak samo jak ulica nic się nie zmienił, te same ściany, ta sama podłoga, ci sami ludzie w nim mieszkający. W salonie czekali już na nas, moja matka, Anabell i mój brat, David. Miałam wrażenie, że beze mnie było im lepiej, co się dziwić w końcu dla nich byłam, jak to ujęli „zepsuta”. Byłam jedyną osobą w tym domu, która akceptowała niemagów, czyli jak niektórzy niewychowani czarodzieje ich nazywali, zdziradła. Znałam paru takich, byli jednymi z moich nielicznych dobrych przyjaciół. Mogłam im zaufać pod każdym względem i wiem, że nigdy by mnie nie ośmieszyli ani nie wydali.


—  Za pozwoleniem, udam się do swojego pokoju- powiedziałam

— Oczywiście- oznajmiła moja matka, a ja udałam się do swojego starego pokoju sprzed lat


Usiadłam na swoim starym łóżku, na którym ostatnio spałam jako dziesięciolatka. To było dziwne znów tu siedzieć, myślałam, że już nigdy tu nie wrócę, a jednak, los miał inne plany. Ciotka zmarła, a ja tutaj wróciłam, pewna obawy przed jutrem. Rodzice organizowali bal, na którym miały pojawić się wszystkie rodziny pełnej krwi czarodziejskiej, czyli rodziny, w których każdy członek był stuprocentowym czarodziejem. Po paru godzinach rozmyślań po prostu odpłynęłam i obudziłam się następnego dnia.


Przetarłam zmęczone oczy i ruszyłam w kierunku łazienki zabierając przy okazji ubrania z szafy. Wykonałam poranną toaletę i ubrałam się. Nie mając nic ciekawego do roboty zeszłam na dół do salonu, w którym już nawet teraz panował gmach spowodowany dzisiejszym balem. Służba praktycznie kręciła mi się pod nogami niosąc różne kwiaty oraz ozdoby. Westchnęłam ciężko wiedząc, że nie jestem im do niczego potrzebna. Postanowiłam wyjść do pobliskiego parku przewietrzyć się.


Kiedy już dotarłam na miejsce opadłam na ławkę stojącą pod wielkim dębem. Widać było po pogodzie, że już niedługo nadejdzie jesień, moja ulubiona pora roku. Mimo ochłodzenia klimatu to i tak lubiłam ten okres w roku. Te najróżniejsze odcienie liści drzew, deszcz, na który tak kochałam patrzeć. Nagle usłyszałam czyjeś kroki, ktoś się zbliżał.


— Panna White wróciła do Anglii, no proszę, jaka niespodzianka

— Owszem, Black, ale uwierz mi, nie zrobiłam tego z własnej woli

— Czyżby? — zapytał- To jaki był powód twojego przyjazdu?

— Pamiętasz moją ciotkę, Ameline, prawda? Była przyjaciółką twojej matki

— Jakże mógłbym zapomnieć taką kobietę, ale… Dlaczego pytasz czy ją pamiętam, White?

— Zmarła niedawno, więc pozwól, że cię poprawię, ja tutaj nie przyjechałam, ja tutaj wróciłam, na dobre

— Przykro to słyszeć, że będę cię widywać praktycznie codziennie

— Z twoich ust nie brzmi i nigdy nie zabrzmi żadne słowo, mające cokolwiek wspólnego z przykrością i współczuciem, a wiesz dlaczego? Bo ty nie masz uczuć- oznajmiłam i wróciłam do domu


Nadszedł wieczór, niebo pokryło się święcącymi gwiazdami, a nad, już czarnym, sklepieniem zawisnął księżyc oświetlający jezioro znajdujące się niedaleko mojego ogrodu. Goście zaczęli zbierać się w sali balowej, gdzie witali ich moi rodzice. Ja natomiast wędrowałam po pomieszczeniu, dawno nie byłam na takiego typu uroczystościach i nie ubolewałam z tego powodu ani trochę. W pewnej chwili spojrzałam na drzwi wejściowe, pojawili się oni, szanowne małżeństwo Blacków wraz z dziećmi, Benjaminem, moim rówieśnikiem i największym wrogiem, Williamem, rok młodszym ode mnie chłopakiem, który był moim przyjacielem i Dianą, najmłodszą z całej trójki i chyba najbardziej rozsądną. Uśmiechnęłam się w stronę Williama i Diany, ale uśmiech zszedł mi z twarzy od razu jak zobaczyłam Benjamina. Nie wiem dlaczego, nie po co, ale ten po pewnym czasie podszedł do mnie z tym swoim uśmieszkiem. Szybko ukryłam złość cicho wzdychając.


— Witam ponownie, panno White- powiedział na przywitanie

— Czego chcesz? — zapytałam prosto z mostu

— Znasz tych ludzi, prawda? — wskazał głową na swoich rodziców

— Oczywiście, że znam, to twoi rodzice

— No właśnie, przed chwilą dostałem informację od tych jakże cudownych ludzi, wyczuj ten sarkazm, że mamy zacząć bal, razem

— My? Razem? Mogą tylko o tym pomarzyć- rzekłam

— Nie ma odwrotu, a więc zapraszam na parkiet- powiedział i podał mi rękę, którą niechętnie przyjęłam


Weszliśmy na parkiet i zaczęliśmy tańczyć, tańczyć walca oczywiście, ponieważ nie było innego wyboru, zawsze bal musiał zacząć się od walca. Poruszaliśmy się zgodnie z krokami, a ja udając, że patrzę chłopakowi prosto w oczy miałam pretekst, żeby zobaczyć wyrazy twarzy moich opiekunów. Wiedziałam co teraz myślą, przynajmniej raz się do czegoś przydała. No tak, w końcu byłam dla nich bezużyteczna, bo to David był tym pierworodnym, to David miał odziedziczyć cały spadek po rodzicach i to David był tym ulubieńcem, ja nie miałam żadnego znaczenia, dla rodziców nie liczyły się moje uczucia, chcieli tylko bym dobrze wyszła za mąż i nigdy więcej nie pokazywała im się na oczy. Po skończonym tańcu już więcej się na parkiecie nie pokazałam, mimo wielu zaproszeń do tańca, szczególnie tych ze strony Williama. Chodziłam po ogrodzie razem z Dianą. Nie mogłam uwierzyć, że ta dziewczyna w porównaniu do swojego starszego brata, Benjamina, jest w jakimś tam stopniu normalna, nie robiła z siebie nie wiadomo kogo, tak jak jej brat, była po prostu sobą.


— Nigdy bym się nie spodziewała, że będziesz chodzić ze mną do szkoły- oznajmiła

— Uwierz mi, ja też. Zawsze myślałam, że do ukończenia pełnoletności będę mieszać z ciotką, a tu proszę jaka niespodzianka

— Nie jesteś w żałobie po niej? — zapytała

— Nie ukrywam, że trochę za nią tęsknie, w końcu mieszkałyśmy razem przez trzy lata, ale nie przywiązałam się do niej aż do takiego stopnia, żebym teraz za nią nieustannie płakała

— Czyli jest ci przykro, ale nie odczuwasz tego aż tak bardzo?

— Dokładnie, była to bliska mi osoba, no ale wiesz

— Wiem. A zmieniając temat. Widziałaś jak Ben na ciebie patrzył kiedy tańczyliście razem? Chyba mu się podobasz

— Nie zwracałam na niego uwagi, a co do twojego stwierdzenia to nie przypuszczam, żeby ten cassanova, twój braciszek, oczywiście bez obrazy, był mną zainteresowany, na pewno jest pełno takich jak ja

— To prawda, dużo jest dziewczyn o brązowych włosach i niebieskich oczach, w których jak na nie patrzysz toniesz, ale nikt nie ma takiego charakteru jak ty, Ben po prostu lubi takie zadziorne dziewczęta jak ty

— Ta, bo lubi się pewnie z nimi droczyć, a powiedz mi, ile trwał najdłuższy związek twojego brata?

— Ile? Coś około dwóch tygodni, każdy myślał, że to będzie coś poważnego, ale jednak Benjamin znów nas zaskoczył i zerwał z tą dziewczyną, która nawiasem mówiąc była moją najlepszą przyjaciółką w tym okresie, po tym ja mój brat z nią zerwał, ta obraziła się na mnie i już nigdy z jej ust nie usłyszałam słowa skierowanego bezpośrednio do mnie- przyznała

— Nie wiedziałam, przykro mi, że ta przyjaźń nie wypaliła i się skończyła

— Skąd miałaś wiedzieć, ale szczerze mi też jest przykro, że zostałam przez nią potraktowana jak siostra jej chłopaka, która pomoże jej utrzymać go przy sobie na dłużej

Rozdział Drugi

Wyjazd do szkoły

Obudziły mnie promienie słońca, które dopiero co wschodziło, mimo mojej niechęci musiałam wstać, żeby przygotować się do kilku godzinnej podróży, która czekała na mnie za parę godzin. Po ubraniu się zeszłam po schodach i weszłam do kuchni gdzie czekały już na mnie zrobione, przez naszą gospodynię, Constance, naleśniki z syropem klonowym. W ciszy zaczęłam spożywać swój posiłek. Zbliżała się godzina dziewiąta trzydzieści co znaczyło, że musieliśmy wyjeżdżać na stację kolejową, gdzie stał pociąg, który miał zabrać nas, mnie i mojego brata, do naszej szkoły, czyli Crinard. Razem z rodziną wsiedliśmy do powozu, który zawiózł nas na stację kolejową. Będąc już na miejscu ruszyłam w stronę pociągu bez żadnego pożegnania zresztą rodziny.


Weszłam do pociągu, w którym znajdował się wąski korytarz i przedziały, i jak podejrzewałam na samym końcu prawdopodobnie toalety. Po jakimś czasie udało mi się znaleźć wolny przedział. Odłożyłam walizkę i rozgościłam się w kabinie. Z mojej torby, którą miałam przy sobie, wyciągnęłam książkę i zaczęłam ją czytać. Po paru minutach do przedziału weszło czterech chłopaków, w tym Benjamin Black, mój największy wróg razem z nim była pozostała trójka, jeden z chłopaków nosił okulary i miał kruczoczarny kolor włosów, drugi miał ciemne blond włosy i miodowe oczy oraz blizny na twarzy, a trzeci był dość pulchny i niski oraz miał mysie włosy.


— Możemy się dosiąść, White? — zapytał Black

— Możecie, ale wiesz, że nie robię tego ze względu na ciebie- odpowiedziałam

— Jacob Brown — przedstawił się i ucałował moją dłoń chłopak w okularach

— Connor Hall- odezwał się chłopak z miodowymi oczami

— Thomas Charms- rzekł ostatni z nich

— Rosalie White, miło mi- również się przedstawiłam

— Nigdy nie widziałem cię w Crinard- zaczął Jacob

— Zmieniła szkołę- odpowiedział za mnie Black

— A skąd ty to wiesz? — zapytał Thomas

— To mój daleki sąsiad- wyjaśniłam

— Wiesz co? Ja bym ci radził na niego uważać- odezwał się Connor- On jest typowym cassanovą, co tydzień ma inną dziewczynę

— Obiło mi się o uszy

— Przestańcie! To nie prawda! — zaczął bronić się szatyn

— Ta, jasne, a zaliczenie Daphne Smith to też nie prawda? — zaczęłam się z niego nabijać

— Może i byliśmy razem, ale ja jej nie zaliczyłem

— Wmawiaj sobie- powiedziałam


Po wielogodzinnej podróży dotarliśmy na miejsce, pociąg zatrzymał się na pobliskiej stacji niedaleko Crinard’u. Drogę do szkoły oświetlały pojedyncze lampy ułożone w odległości od siebie na około dwa lub trzy metry. Razem z czwórką chłopaków ruszyłam w stronę ogromnego zamku, w którym już jutro miałam zacząć naukę.


Wreszcie nastała ta chwila, po półgodzinnej podróży dotarliśmy przed mury szkoły. Ja musiałam zostać na zewnątrz i poczekać na kogoś z nauczycieli, a reszta ruszyła w stronę rozprzestrzeniającym się wzdłuż nich korytarzem budynku. W pewnym momencie zobaczyłam jakąś kobietę, wyglądała na około czterdzieści lat, podeszła do mnie.

— Panienka to pewnie nasza nowa uczennica. Rosalie White, prawda? — zapytała

— Zgadza się- odpowiedziałam

— Proszę za mną- powiedziała

— Szłam tuż za tą kobietą, w końcu doszłyśmy do ogromnego pomieszczenia, znajdowało się tam siedem podłużnych stołów przy sześciu z nich znajdowali się uczniowie, a przy siódmym zasiadała kadra nauczycielska, a przynajmniej tak mi się wtedy zdawało.

— Dobrze, a teraz odwróć się w stronę uczniów i załóż to na szyję- poleciła kobieta i podała mi stary naszyjnik, który następnie założyłam

— Mijały sekundy, minuty aż w końcu mały kryształ znajdujący się na biżuterii zabłysnął i zmienił swój kolor czerwono. Kobieta kazała skierować mi się w kierunku jednego ze stołów, tak też zrobiłam po czym usiadłam na krześle przy stole.

— Witamy w naszych skromnych progach- odezwał się Jacob

— Ta, miło poznać, ponownie- odpowiedziałam

— Cześć, jestem Lisa McCartney- przedstawiła się dziewczyna siedząca obok mnie

— Rosalie White, miło cię poznać

— Wreszcie ktoś będzie ze mną w pokoju, odkąd moja przyjaciółka, z którą dzieliłam pokój wyjechała jestem tam sama

— Minęła może godzina, może dwie, a uczta powitalna się zakończyła, a Lisa zaprowadziła mnie do naszego wspólnego pokoju. Weszłyśmy do środka, pokój były w odcieniach biało- czerwonych, meble były zrobione z ciemnego drewna. W pomieszczeniu stały dwa łóżka, komoda, ogromna szafa. Był również kominek oraz dwie pary drzwi, wejściowe i drzwi od łazienki. W pokoju było też okno z dużym parapetem, na którym znajdowały się poduszki w tych samych kolorach co reszta pokoju.

— Podoba ci się? — zapytała dziewczyna

— Oczywiście, jest piękny

— Mam nadzieję, że już niedługo ogłoszą jakieś wyjście, zawsze kiedy to robią możemy chodzić do trzech pobliskich wiosek, a pod koniec roku pozwalają spędzać czas na kąpieli w niedalekim jeziorze. Mówię ci to miejsce nie jest takie samo jak inne najróżniejsze miejsca w Wielkiej Brytanii, tu człowiek może odżyć na nowo, to dlatego przeważnie większość dorosłych stara się o posadę profesora w Crinard

— Zapowiadają się ciekawe lata- powiedziałam i podeszłam do okna- Szkoda tylko, że za tymi murami toczy się wojna

— Kiedyś to się zmieni… Mam nadzieję, że to wszystko się skończy zanim skończymy szkołę

— A jeśli nie, to co? Najwyżej będziemy walczyć i pokonamy zło

— No nic, koniec tego rozmyślania robimy sobie babski wieczór

— Nie zamierzasz się rozpakować? — zdziwiłam się

— Mam na to cały rok szkolny, walizka może sobie poczekać


Rozłożyłyśmy wszystkie koce i poduszki, które miałyśmy pod ręką, wykonałyśmy wieczorną rutynę, przebrałyśmy się w piżamy i zaczęłyśmy naszą prywatną imprezę.


— Tak w ogóle to, skąd jesteś?

— Z Anglii, urodziłam i wychowałam się w Londynie, a ty?

— Również urodziłam i wychowałam się Anglii w małym miasteczku niedaleko Londynu

— Naprawdę? A bywałaś na jakiś balach, np. u rodziny Blacków?

— Moi rodzice nie są czarodziejami, mam nadzieję, że mnie nie odrzucisz- na jej twarzy od razu pojawił się smutek

— Akceptuje niemagów, nie to co moi rodzice- wyznałam

— Zmieniając temat, dlaczego nie chodziłaś wcześniej do Crinard’u?

— Mieszkałam z ciotką we Francji, chodziłam tam do szkoły

— To pewnie miałaś tam świetne życie, dlaczego wróciłaś?

— Ciotka zmarła… I tak oto jestem

— Przepraszam, nie wiedziałam

— A skąd miałaś wiedzieć? Wybaczam


Dochodziła godzina trzynasta, a my w pośpiechu szłyśmy w stronę sali jadalnej. Obie miałyśmy nadzieję, że się nie spóźnimy. Czym prędzej weszłyśmy do zapełnionego uczniami i nauczycielami pomieszczenia i szybko skierowałyśmy się w stronę naszego stołu.

Rozdział Trzeci

Skrywana Tajemnica

Minęły dwa tygodnie odkąd zaczęłam swoją naukę w szkole. Poznałam wielu cudownych ludzi przez ten okres, w głównej mierze to byli nauczyciele, ale nie tylko, mimo że pokój dzieliłam tylko z Lisą to nawiązałam w pewnym stopniu przyjaźń z Jacobem, Connorem i Thomasem, jeśli o Benjamina to nasze relacje trochę się ociepliły, ale tylko trochę. Potrafimy normalnie ze sobą porozmawiać, lecz jest między nami jakaś bariera i mam wrażenie, że to Black ją postawił. Za każdym razem kiedy rozmawiamy o rodzinach nagle zmienia temat tak jakby coś ukrywał, jakąś tajemnice. Próbowałam go pytać o co mu chodzi, ale ten mnie tylko zbywał krótkim „muszę iść”, denerwowało mnie to, rozmawiałam na ten temat z resztą chłopaków, niestety oni nic nie wiedzieli. Nie mogłam zdobyć się na odwagę, aby odbyć poważną rozmowę z jego rodzeństwem. Oni by na pewno coś wiedzieli, ale bałam się, że po tej sytuacji żadne z nich nie odezwie się już do mnie.


Siedziałam w pokoju sama, nie miałam pojęcia gdzie znajduje się Lisa. Niepokoiła mnie jej nieobecność, nie mówiła gdzie, nie zostawiła żadnej informacji. Postanowiłam jej poszukać. Będąc już w Pokoju Głównym, czyli coś w stylu salonu domu czerwonych, takich salonów było siedem, jeden nasz, salon czerwonych, salon niebieskich, zielonych, żółtych, fioletowych i białych, ujrzałam siedzących na kanapach chłopaków. Podeszłam do nich.


— Widzieliście gdzieś Lisę? — zapytałam

— Niestety nie, ale prawdopodobnie jest w bibliotece, lubi tam przebywać- stwierdził Connor

— A gdzie jest biblioteka?

— Powiedz mi Rosie, czy ty mnie widziałaś kiedykolwiek w bibliotece? — odezwał się Jacob

— Nie, ponieważ twierdzisz, że jak tam wejdziesz to stracisz swoje jakże bardzo cenne życie- powiedziałam udając jego postawę kiedy ktoś próbuje go zagonić do nauki w bibliotece

— No właśnie, więc już wiesz, że mnie nigdy się nie pyta o drogę do biblioteki, bo…

— Ty jej nie znasz- dokończył za Jacoba Benjamin i uśmiechnął się szeroko

— W takim razie sama sobie poradzę, miłego wieczoru- oznajmiłam i wyszłam na korytarz mając nadzieję, że biblioteka jest niedaleko


Znalezienie i dotarcie do mojego celu zajęło mi piętnaście minut i to nie tylko przez to, że nie znałam drogi, ta szkoła była po prostu za duża, jak ludzie się w niej odnajdują? Podziwiam ich. Weszłam do pomieszczenia zapełnionego stertą najróżniejszych ksiąg. Od razu przy jednym z stolików dostrzegłam Lisę, która siedziała i czytała jakąś książkę, zaszłam ją od tyłu i przy okazji niechcący przestraszyłam.


— Wiesz co? Zawsze myślałam, że rody pełnej krwi czarodziejskiej nie mają w ogóle uczuć ani nie potrafią się trochę pośmiać i zabawić, a tu proszę jaka niespodzianka- powiedziała dziewczyna w drodze do naszego pokoju

— Tak jest przeważnie, nie znam osobiście żadnej rodziny, która jak to ujęłaś potrafi się trochę pośmiać, takie rody czarodziejów są odseparowane od reszty, gdyż reszta nie chce mieć z nimi nic wspólnego, dlatego właśnie czarodzieje wydziedziczają niektóre osoby całkowicie i zrywają z nimi wszelki kontakt

— To przykre, nie wiedziałam o takich rzeczach

— No widzisz, życie jako czarownica pełnej krwi nie jest takie sielankowe jak to się wszystkim wydaję, to samo może powiedzieć ci Ben, on również wie jak to jest, niedawno wydziedziczyli jego kuzynkę, bo wyszła za mąż za dziecko niemagów

— Nie wiedziałam… Nic na ten temat nie mówił, a uwierz mi on bardzo lubi dzielić się swoimi historiami z życia, szczególnie na lekcjach, ale czekaj… Czy ty właśnie nazwałaś go Benem? Skąd ta nagła zmiana? Zawsze nazywałaś go Benjaminem lub Blackiem

— Za dużo nasłuchałam się jak mówią do niego „Ben” to dlatego- wyjaśniłam

— Wmawiaj sobie- powiedziała kiedy poszłyśmy do Pokoju Głównego


Cała czwórka nadal tam była i o czymś żywo rozmawiała. Nie chcąc im przeszkadzać po cichu ruszyłyśmy w kierunku naszego pokoju, niestety zauważyli nas po czym od razu rozpoczęli konwersacje.


— Widzę, że znalazłaś swoją zgubę- odezwał się Jacob- Co tam McCartney? — zwrócił się, jak to ujął to mojej ”zguby”

— To nie twoja sprawa, Brown!

— Co tak ostro? — zapytał

— Przestań, Jacob! — krzyknęłam

— Nie denerwuj się, złość piękności szkodzi- powiedział Black

— Czy ty jej coś sugerujesz? — zapytał Brown

— Oczywiście, że nie, a ty przestań wreszcie snuć te swoje dziwne spekulacje


Korzystając z sytuacji razem z Lisą przedostałyśmy się do naszego wspólnego pokoju. Czasami nie mogłam uwierzyć, że mają trzynaście lat, zachowują się jak dzieci, a teorie snują jak dwudziestolatkowie. Cicho westchnęłam i ruszyłam w stronę łazienki wykonać wieczorną toaletę.


Następnego dnia obudziłam się totalnie nie wyspana, myślałam na tym co powiedziała McCartney. Faktycznie od czasu do czasu nie myślałam o Blacku jak o Blacku tylko jak o Benie, jak dobrym przyjacielu, który zawsze pomoże nawet w najgorszej sytuacji. Ogarnęłam się i ruszyłam w kierunku sali jadalnej. Weszłam do pomieszczenia i usiadłam przy stole swojego domu, o dziwo siedział tam również Benjamin, to było bardzo zaskakujące, gdyż on nie był rannym ptaszkiem i wiem, że nie raz reszta siłą próbowała go wyciągnąć z łóżka. W pierwszej chwili chyba mnie nie zauważył, dopiero kiedy pomachałam mu ręką przed twarzą przestał wpatrywać się na swój pusty talerz i zwrócił na mnie swoją uwagę.

— O cześć Rosie, przepraszam, nie zauważyłem cię wcześniej- odezwał się, lecz w nietypowy dla niego sposób, nigdy nie użył zdrobnienia mojego imienia

— Nic nie szkodzi, nie jesteś głodny? — zapytałam wskazując głową na jego pusty talerz

— Nie mam jakoś apetytu- przyznał

— A może dręczy cię coś? Jakieś wydarzenie może wspomnienie? — zadałam pytanie mając cichą nadzieję, że wyjawi mi coś o swojej rodzinie, coś o czym nie chciał mówić do tej pory i o czym nikt nie wiedział

— Nie, dlaczego o to pytasz? Zresztą nie ważne, a teraz posłuchaj mnie uważnie, nie powinnaś wtrącać się w nie swoje sprawy

— A już zaczęłam cię lubić, teraz jednak przekonałam się już w stu procentach, że jesteś nic nie wart, a już w szczególności mojej uwagi- powiedziałam i odeszłam kierując się w stronę polany, która znajdowała się niedaleko szkoły


Usiadłam na trawie pod wielkim drzewem i zaczęłam wpatrywać się w jezioro. Nie odrywałam od niego wzroku przez najbliższe pół godziny aż w końcu usłyszałam jak ktoś siada obok mnie. Spojrzałam w tamtą stronę, to był Benjamin.


— Przepraszam, nie powinienem tego mówić, wiem że jesteś ciekawa świata i dręczy cię to wszystko już od dawien dawna- odezwał się po chwili ciszy

— Nie to ja przepraszam za to co powiedziałam, przesadziłam, ale… Skąd wiesz, że jestem ciekawa świata?

— Słyszałem jedną z rozmów twojej ciotki z moją matką, opowiadała o tobie, dlatego teraz wiem o tobie bardzo dużo- wyjaśniłam

— A ja o tobie zupełnie nic, to niesprawiedliwe, opowiedz coś wreszcie o sobie, o swojej rodzinie

— No ja nie wiem czy mogę tobie ufać znamy się za krótko ledwie trzynaście lat- zażartował

— Ha ha ha, bardzo śmieszne, powiedz coś, błagam obiecuję, że nikomu nic nie powiem

— Eh… No dobra- westchnął i zaczął opowiadać to co wszyscy bardzo dobrze znają

— Ben- przerwałam mu w połowie zdania- Powiedz mi coś czego nikt inny nie wie


Chłopak cicho westchnął, przez kolejne minuty panowała grobowa cisza, nikt się nie odezwał. Po jakimś czasie z moich ust padło krótkie „przepraszam”. Black nie odpowiedział. Zaczęłam snuć pewne teorie, które wydawałyby się być niemożliwe, ale niestety takie rzeczy działy się na świecie nie raz, nie dwa. W tamtym momencie myślałam, że Benjamin jest w domu torturowany i katowany.


— To trudna do opowiedzenia historia- odezwał się po paru minutach ciszy

— Rozumiem, ale naprawdę możesz mi zaufać- odpowiedziałam

— Nie byłbym tego taki pewien po ostatnim razie

— Ostatnim razie? — zdziwiłam się

— Powiedziałaś chłopakom, że zaliczyłem Smith- wyjaśniłam

— Faktycznie- przyznałam i oboje się zaśmialiśmy- Dobrze, a teraz jak już się pośmialiśmy to opowiadaj- mina od razu mu zrzedła

— To były pierwsze wakacje od rozpoczęcia nauki- zaczął- Rodzice nie byli zadowoleni, że trafiłem do domu, w którym obecnie jestem, wtedy zaczęło się piekło. Najpierw mnie poniżali, a potem zaczęli katować, torturować


Kiedy to opowiadał widziałam łzy w jego oczach, nie dziwiłam mu się ja już zaczęłam płakać. Nawet nie zwróciłam uwagi, w którym momencie położyłam głowę na klatce piersiowej chłopaka. Po paru minutach spojrzał na mnie, od razu odskoczyłam jak oparzona i spojrzałam na jego twarz. Widać było, że był roztrzęsiony, ale co bardzo mnie zdziwiło nie był zły na mnie.


— Przepraszam- mruknęłam pod nosem i spuściłam głowę

— Nic nie szkodzi, zrobiłbym na twoim miejscu zupełnie to samo- przyznał

— Masz pozostałości po tych nieprzyjemnych sytuacjach? — zapytałam ostrożnie, tak żeby go nie urazić

— Mam, w głównej mierze są to blizny, czy to na plecach czy to na brzuchu- rzekł po chwili ciszy


Znowu zaczęłam płakać, znowu pokazałam słabość, której przez wiele lat się wstydziłam. Próbowałam ukryć łzy, ale na marne. Black widząc moje mokre od łez policzki przytulił mnie nic nie mówiąc. Ja nie odwzajemniłam uścisku wręcz przeciwnie, odsunęłam się od chłopaka.


— Coś nie tak? — zapytał

— Nie, wszystko w porządku, powinnam już pójść- oznajmiłam i ruszyłam w stronę zamku

Rozdział Czwarty

Nowy przyjaciel

Nie mogłam otworzyć oczu, za bardzo chciało mi się spać. Przekręcałam się z jednego boku na drugi, aż w moje oczy uderzyły promienie wschodzącego słońca. Niechętnie moje powieki powędrowały w górę. Przetarłam zmęczone oczy i spojrzałam w stronę okna. Słońce dopiero co wyłaniało się zza horyzontu. Cicho westchnęłam i wstałam z łóżka. Ubrałam się i delikatnie spięłam włosy. Zbliżała się godzina siódma, więc nie mając nic ciekawego do roboty ruszyłam w stronę pokoju zamieszkanego przez Jacoba, Benjamina, Connora i Thomasa.


Zapukałam do ich drzwi, nikt nie odpowiedział, zrobiłam to drugi raz, a potem trzeci, nadal pozostawałam bez odpowiedzi. Wściekła weszłam do środka. Tak jak przeczuwałam, spali.


— Pobudka, wstajemy! Dalej, bo spóźnicie się na śniadanie! — krzyknęłam

— A jaki dzisiaj dzień? Sobota czy niedziela? — zapytał Brown

— Poniedziałek, Jacob, poniedziałek!

— Znowu? Coś za dużo tych poniedziałków- powiedział Black

— Ha ha ha, bardzo śmieszne, no już wstawać!

— A jak mi się nie chce? — znów odezwał się Jacob

— To życie ci nie miłe- stwierdziłam i zepchnęłam go z łóżka- Ktoś jeszcze chętny? — żaden się nie odezwał- W takim razie zabierajcie swoje cztery litery do łazienki


Już po chwili żadnego nie było w łóżku, a ja zadowolona z siebie postanowiłam pójść już na śniadanie. Po paru minutach byłam już w sali jadalnej, jak na tą godzinę nie było w niej za dużo osób, przy stołach znajdowały się tylko pojedyncze grupki uczniów. Usiadłam przy stole mojego domu obok Lisy, która już się tam znajdowała. Zamieniłyśmy ze sobą parę zdań, a następnie zabrałam się za jedzenie. Około godziny siódmej czterdzieści wreszcie przyszła czwórka wspaniałych, których budziłam jakiś czas temu.


— Witam ponownie, panno White- przywitał się Benjamin

— Znowu zaczynasz? — zaśmiałam się

— Może- odpowiedział krótko

— Nie lubię szkoły- odezwał się niespodziewanie Thomas

— Ale za to lubisz jeść- odezwał się Jacob

— Co mamy na pierwszej lekcji? — zapytał Ben

— Reorientacje- oznajmił Connor

— Faktycznie i to jeszcze z twoją ulubioną nauczycielką, profesor Eastwood


Dzień minął nam jak każdy inny, ale za to wieczór był totalną odskocznią od innych. Nie spędzałam go jak zawsze z Lisą w naszym pokoju, tym razem siedziałam z Blackiem w Pokoju Głównym. Rozmawialiśmy o wszystkim co nam przyszło w danej chwili do głowy, czasami tematem było jedzenie, a potem rozkład ulic w Londynie, bądź też stolice Europy. To robiło się dość niepokojące.


— Szczerze? Myślałem, że nigdy nie dojdzie do momentu, w którym będziemy mogli normalnie rozmawiać- przyznał- Zawsze byłaś moim największym wrogiem

— A ty moim, zawsze uważałam cię za pustego chłopaka, który myśli wyłącznie o dziewczynach i pieniądzach, teraz widzę jak się myliłam

— Chyba będę musiał cię już przeprosić i wyjść- powiedział po chwili ciszy- Sama rozumiesz, nikt za mnie na randkę nie pójdzie

— Oczywiście- odpowiedziałam- Udanej randki

— Dziękuje, miłej nocy


Po paru minutach wyszedł razem z jakąś dziewczyną i już go więcej tej nocy nie ujrzałam. Około godziny dwudziestej trzeciej zasnęłam i oddałam się w objęcia Morfeusza.


Dni mijały, a ja coraz bardziej zbliżałam się do Bena, coraz więcej rozmawialiśmy, spędzaliśmy ze sobą czasu, jednak zawsze te rozmowy przerywały randki Blacka. Nie chciałam go urazić, więc nie mówiłam mu o tym, że nie podoba mi się jego cowieczorne randkowanie. On nie potrzebował całodobowej kontroli.


Udawałam, że czytam książkę, tak naprawdę moją głowę nie zaprzątała fabuła powieści, a Black. Lisa chyba musiała to zauważyć, bo w pewnym momencie się do mnie odezwała.


— O czym tak rozmyślasz? — zapytała

— O niczym, czytam książkę

— Do góry nogami? Da się w ogóle coś z takiego sposobu czytania rozczytać?


Przyłapała mnie, dlaczego ona zawsze wszystko zauważa? Niby to dobrze, ale nie w takich momentach kiedy nie chcesz na dany temat rozmawiać. Uśmiechnęłam się lekko w jej stronę i odłożyłam książkę na szafkę nocną.


— Czyżby to Benjamin zaplątał ci tak tą twoją głowę?

— Skąd wiedziałaś?

— Wiedziałam, bo ja jestem wszystko wiedząca, a przynajmniej tak wszyscy mówią

— Wiesz niby spędzamy dużo czasu razem to ja nadal czuje taki niedosyt. Lisa, ja go traktuje jak przyjaciela, ja się czuje jakbyśmy byli dobrymi starymi przyjaciółmi, którzy nie widzieli się parę lat i teraz muszą o wszystkim poinformować co się działo w tamtym czasie w ich życiu. Proszę doradź mi, czy mam mu powiedzieć, że trochę przeszkadza mi, że co chwilę chodzi na randki z coraz to nowszą dziewczyną?

— Moja rada jest taka: Weź swój los w swoje ręce. Jeśli ci na nim zależy to powiedz mu to, może wtedy będzie poświęcał więcej czasu i uwagi tobie

— Naprawdę tak myślisz?

— A powiedziałabym ci to gdybym tak nie myślała? — nie odpowiedziałam- No właśnie, jutro rano z nim pogadasz, a wieczór ma spędzi z tobą, cały wieczór

— Wątpię, że to zrobi

— Warto spróbować, nie znam Blacka tak dobrze jak ty, ale wiem coś o przyjaźni. Jeśli uznaje cię za przyjaciółkę to znaczy, że spędzi z tobą cały wieczór


Minęła noc, potem poranek i nadeszło południe. Lekcja historii miała skończyć się za pięć minut. Nie mogłam doczekać się tego momentu. Niechętnie robiłam notatki, gdy nagle odezwał się do mnie Ben.


— Rozmawiałem z Lisą, podobną chciałaś mi coś powiedzieć

— Tak, chciałam. Ben, chciałabym, żebyś wiedział, że jesteś dla mnie kimś więcej niż tylko okropnym sąsiadem z ulicy. Od dłuższego czasu jesteś dla mnie… Przyjacielem.

— Wow… Szczerze? Ja ciebie też postrzegam jako przyjaciółkę- przyznał

— Naprawdę? — zdziwiłam się

— Tak, naprawdę

— To świetnie, mam nadzieję, że ta lekcja zaraz się skończy

— Ja też, wiesz co? Mam do ciebie pewną propozycję. Czy chciałabyś spędzić dzisiejszy wieczór ze mną?

— Z wielką przyjemnością


Nastał wieczór, cieszyłam się jak małe dziecko, że spędzę go z Blackiem. Mieliśmy go spędzić u mnie w pokoju. Kiedy akurat przebierałam się usłyszałam pukanie do drzwi. Cicho westchnęłam, ale nic nie odpowiedziałam, kolejny odgłos uderzającej ręki o stare drewno.


— Proszę! — krzyknęłam w momencie kiedy byłam już ubrana

— No nareszcie, dlaczego musiałem tak długo czekać? — zapytał chłopak wchodząc do środka

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 36.17