Dla wszystkich, którzy we mnie nie wierzyli…
PROLOG
(perspektywa Aurory)
Aurora nie lubiła, kiedy ktoś na nią patrzył. Nie w ten sposób. Nie tak długo. Nie tak uważnie. A ten mężczyzna właśnie to robił. Stał przy wejściu do kawiarni, jakby przez chwilę rozważał, czy w ogóle chce tu wejść. Garnitur miał idealnie dopasowany. Ciemne włosy, rozjaśnione światłem z zewnątrz, sprawiały, że wyglądał jeszcze bardziej… nie na miejscu. Jakby pomylił adres. Albo świat. Aurora odwróciła wzrok. Nie pierwszy raz ktoś taki tu przychodził. Ale pierwszy raz coś ją zatrzymało.
— Czarna kawa.
Podszedł bliżej. Jego głos był spokojny. Zbyt spokojny. Aurora skinęła głową i odwróciła się do ekspresu.
— Już robię.
Ruchy miała pewne, wyuczone, automatyczne. A jednak świadomość jego obecności nie znikała. Czuła ją gdzieś na karku, między łopatkami. Nie podobało jej się to, ale nie potrafiła tego zignorować.
Postawiła filiżankę na blacie.
— Proszę.
Ich palce przypadkiem zetknęły się na ułamek sekundy. Przeszedł ją prąd. Aurora cofnęła rękę natychmiast, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie.
— Dziękuję — odrzekł.
Spojrzała na niego. Tylko na moment. I to był błąd. Bo jego wzrok był zbyt skupiony. Uważny. Jakby widział więcej, niż powinien. To ona odwróciła się pierwsza. Zawsze to robiła. Po kilku minutach już go nie było. A jednak coś zostało. Nie wspomnienie. Nie konkret. Tylko wrażenie — że to nie był przypadek. Nie umiała tego nazwać. Nie próbowała. Były rzeczy, które lepiej zostawić bez słów — bo kiedy się je nazwie, stają się realne. A ona nie była gotowa na coś realnego. Jeszcze nie.
ROZDZIAŁ 1
(perspektywa Aurory)
Gwar w kawiarni drażnił Aurorę bardziej niż zwykle. Aurora zauważyła to od razu. Nie dlatego, że coś się zmieniło, lecz dlatego, że ona była bardziej zmęczona niż zwykle. Noce nad książkami zaczynały się na siebie nakładać. Egzaminy były coraz bliżej, a lista rzeczy do zrobienia zamiast się skracać, tylko rosła. A nad tym wszystkim wisiała jeszcze jedna myśl, której nie mogła już dłużej ignorować.
Staż. Bez niego nie zaliczy semestru. Bez niego nie pójdzie dalej.
— Latte na wynos!
— Już robię!
Jej głos był spokojny, ale dłonie zdradzały tempo dnia. Poruszała się szybko, automatycznie, jakby ciało dokładnie wiedziało, co robić, nawet jeśli głowa była gdzieś indziej. Nie mogła sobie pozwolić na błąd. Nie teraz. Nie przy tej ilości pracy. Nie przy tych rachunkach. I nie przy tym, że czas zaczynał się kończyć. Drzwi otworzyły się z charakterystycznym dźwiękiem. Aurora nawet nie spojrzała w ich stronę.
— Jeśli zrobisz mi coś skomplikowanego, to się obrażę.
Zatrzymała się. Znała ten głos. Odwróciła się powoli. Chloe stała przy ladzie, uśmiechnięta, jakby właśnie weszła do miejsca, które należało do niej. Bo trochę tak było. Ubrana była w dopasowaną marynarkę w jasnym kolorze, pod którą miała prosty top, podkreślający jej sylwetkę. Spodnie leżały idealnie, a cały strój wyglądał tak, jakby został dobrany bez zastanowienia — a jednak wszystko do siebie pasowało. Włosy miała rozpuszczone, miękko opadające na ramiona, ułożone w sposób, który sprawiał wrażenie przypadkowego, choć na pewno nim nie był.
— Ty tu? — Aurora uniosła brew.
— Tęskniłaś.
— Za spokojem? Tak.
Chloe zaśmiała się cicho i oparła o blat.
— Wyglądasz jak ktoś, kto zaraz zaśnie na stojąco.
— Bardzo śmieszne.
Aurora podała jej kawę bez pytania.
Zawsze zamawiała to samo.
— Ile spałaś?
— Wystarczająco.
Chloe zmrużyła oczy.
— Czyli wcale.
Aurora wzruszyła ramionami. Nie miała energii się kłócić.
— Egzaminy.
— Wiem.
Chloe spoważniała na chwilę. To było rzadkie.
— I praca.
— Też wiem.
Żadna się nie odezwała.
— Aurora…
To imię zabrzmiało inaczej niż zwykle, jakby nieco uważniej. Aurora spojrzała na nią.
— Co?
Chloe przechyliła głowę.
— Masz już staż?
Pytanie uderzyło dokładnie tam, gdzie bolało. Aurora spojrzała w bok.
— Szukam.
— Czyli nie masz.
— Chloe… — westchnęła z rezygnacją.
— Wiesz, że bez tego nie zaliczysz semestru.
Aurora lekko zacisnęła palce na blacie.
— Wiem.
— I?
— I szukam.
— Od kiedy?
Aurora westchnęła.
— Okej — powiedziała już żywiej Chloe. — To teraz posłuchaj mnie.
Aurora spojrzała na nią niechętnie.
— Mam dla ciebie coś lepszego.
— Brzmi podejrzanie — odparła Aurora z nutką rozbawienia.
— Bo jest.
Uśmiech rozjaśnił twarz Chloe.
— Staż.
— Jasne — prychnęła cicho Aurora.
— Serio.
— Chloe… — powiedziała Aurora.
— W firmie mojego ojca.
Aurora odsunęła się o krok.
— Nawet nie zapytałaś o szczegóły.
— Nie potrzebuję.
— Aurora… — Chloe lekko podniosła głos.
— Nie chcę nic „po znajomości”.
Chloe westchnęła cicho.
— To nie jest „po znajomości”.
— Tylko co?
— Szansa.
— Nie dla mnie. — Aurora pokręciła głową.
Chloe zrobiła krok bliżej.
— Jesteś najlepsza na roku.
— To nie ma znaczenia.
— Ma.
Aurora odwróciła wzrok.
— Ja sobie radzę.
— Wiem — przyznała Chloe. — Ale nie tym razem.
To ją zatrzymało na dłużej.
— Czas ci się kończy.
Aurora zamknęła oczy na sekundę.
— Wiem.
— To tylko miesiąc — dodała Chloe ciszej.
— Nic nie tracisz.
Aurora spojrzała na nią.
— A jeśli się nie sprawdzę? — zapytała z wahaniem Aurora.
Chloe uśmiechnęła się lekko.
— To ja będę miała problem, nie ty.
To było sprytne. Za bardzo. Aurora westchnęła.
— Jesteś niemożliwa.
— Wiem.
— To co? — ponagliła Chloe.
Aurora poczuła, jak coś w niej pęka.
— Miesiąc.
Chloe uśmiechnęła się szeroko.
— Tak myślałam.
Aurora pokręciła głową. Wiedziała, że nie było już odwrotu.
ROZDZIAŁ 2
(perspektywa Ethana)
Ethan nie odbierał telefonów rano. To była jedna z zasad, których trzymał się bez wyjątku. Poranek należał do niego — do ciszy, do kontroli, do uporządkowania dnia, zanim ktoś spróbuje go zaburzyć. Dlatego, kiedy ekran telefonu rozświetlił się po raz trzeci z rzędu, zmarszczył brwi. Imię na wyświetlaczu: Chloe. Westchnął cicho i odebrał.
— Jeśli to nie jest coś ważnego…
— Tato.
Jej głos przerwał mu w pół zdania. Ethan oparł się o blat kuchenny.
— Co się stało?
— Nic… — zawahała się.
— Czyli coś.
Milczenie po drugiej stronie mówiło samo za siebie.
— Mam prośbę.
Ethan zamknął oczy na sekundę. Zbyt dobrze znał ten ton.
— Nie.
— Nawet nie wiesz, o co chodzi.
— Jeśli zaczynasz od „mam prośbę”, to znaczy, że powinienem odmówić.
— Ethan… — westchnęła Chloe, jakby samo wypowiedzenie tego imienia odbierało jej siły. Ethan wiedział, że to coś ważnego — Przez chwilę nie padło żadne słowo.
— To tylko staż.
To na moment go zatrzymało.
— Dla kogo?
— Dla mojej przyjaciółki.
Oczywiście.
Ethan odsunął się od blatu i podszedł do okna. Miasto dopiero się budziło.
— Nie.
— Nawet jej nie znasz.
— I nie muszę. To nie jest firma charytatywna.
— Ona jest najlepsza na roku.
— Wszyscy tak mówią.
— Ja nie mówię „wszyscy”.
Zawahał się.
— Ja mówię to.
To już było coś. Ethan znał swoją córkę. Rzadko myliła się co do ludzi, ale to nie zmieniało zasad.
— Chloe… — mruknął Ethan.
— Bez stażu nie zaliczy semestru.
Ethan lekko zmarszczył brwi.
— To jej problem.
— Nie.
— To problem systemu. — I sytuacji, w której się znajduje.
— Ona pracuje, studiuje i ogarnia wszystko sama.
— Jak większość ludzi.
— Nie jak większość. Ona naprawdę daje radę.
To zdanie wybrzmiało inaczej. Bez przesady. Bez dramatyzowania. Po prostu… prawdziwie. Ethan oparł się dłonią o szybę i poczuł jej chłód.
— Jak się nazywa?
— Aurora.
To imię zatrzymało go na sekundę.
— Prześlij mi jej CV.
— Czyli się zgadzasz?
— Powiedziałem: prześlij CV.
— Wiedziałam.
Ethan rozłączył się bez odpowiedzi i odłożył telefon na blat. Aurora. Powtórzył to imię w myślach, jakby sprawdzał jego brzmienie. Nie powinno nic znaczyć.
A jednak — coś w nim drgnęło. Jakby już je kiedyś słyszał. Albo… jakby już kiedyś widział osobę, która je nosi.
ROZDZIAŁ 3
(perspektywa Aurory)
Pokój numer 214 miał cztery metry kwadratowe za dużo jak na sypialnię i dwa za mało jak na wszystko inne. Aurora znała go na pamięć. Łóżko, biurko, szafa, okno. Tyle wystarczało. Siedziała przy biurku z notatkami rozłożonymi na trzech stosach. Marketing produktu. Badania rynku. Zachowania konsumenta. Egzamin za trzy dni. A ona właśnie skończyła zmianę w kawiarni i nie spała od dziewiętnastu godzin. Stypendium wystarczało na opłacenie czynszu i połowę jedzenia. Pensja z kawiarni pokrywała resztę. A co miesiąc — niezależnie od wszystkiego — przelewała trzysta dolarów ojcu, żeby miał cokolwiek i nie musiał szukać gdzie indziej. Chociaż i tak szukał. Aurora otworzyła notatki z zachowań konsumenta. Strona trzecia. Modele decyzyjne. Przeczytała pierwsze zdanie trzy razy. Za każdym razem rozumiała mniej. Westchnęła. Zaczęła pisać plan odpowiedzi na pierwsze pytanie egzaminacyjne. Automatycznie. Jak maszyna. Tak właśnie działała, kiedy była zbyt zmęczona, żeby myśleć. Robiła swoje i czekała, aż mózg dołączy. Za ścianą ktoś puszczał muzykę. Z korytarza dobiegały śmiechy, co chwilę trzaskały drzwi. Akademik tętnił życiem, które nie miało wiele wspólnego z jej własnym. Współlokatorka, którą miała przez pierwszy semestr, wyprowadziła się do chłopaka. Aurora jej nie zazdrościła. Naprawdę. Doceniała ciszę i to, że nie musi tłumaczyć, dlaczego wraca o drugiej w nocy, dlaczego czasem płacze przy kawie czy dlaczego telefon od ojca potrafi wyłączyć ją z życia na pół godziny. Jej wzrok uciekł od notatek do okna. Szara ściana sąsiedniego budynku. W kilku oknach widać było zapalone światło. Sylwetki ludzi w środku. Normalne życia, które od zawsze lubiła obserwować. Był to jej nawyk z dzieciństwa, z czasów, kiedy mama jeszcze żyła. Siedziały razem przy oknie i wymyślały historyjki o sąsiadach. Ta kobieta z kwiatami to botaniczka. Ten mężczyzna w okularach pisze powieść. Ta dziewczynka z warkoczami będzie kiedyś astronautką. Mama miała talent do wymyślania pięknych historii dla obcych ludzi. Dla siebie nie zdążyła dokończyć żadnej. Aurora odwróciła wzrok od okna i wróciła do notatek. Modele decyzyjne konsumenta. Czynniki zewnętrzne. Czynniki wewnętrzne. Emocje kontra racjonalność. Aurora zaśmiała się cicho, sama do siebie. Emocje kontra racjonalność. To akurat mogłaby zdać bez notatek. Wystarczyło spojrzeć na własne życie. Telefon zawibrował. Chloe.
Odpisała szybko: „Uczę się. Co?”. Odpowiedź przyszła natychmiast: „Mój ojciec pyta, czy wysłałaś CV”. Aurora zamarła. Przez chwilę patrzyła na wiadomość, po czym odłożyła telefon i wróciła do notatek. Ale coś nie odłożyło się razem z nim. Blackwood Group. Odsunęła tę myśl i skupiła się na modelu decyzyjnym. Zrobiła kolejną notatkę i postanowiła nie myśleć o tym, że jutro wyśle CV.
Bo i tak by to zrobiła. Bo stypendium nie pokrywa wszystkiego. I bo Chloe miała rację — czas się kończył.
O drugiej w nocy zamknęła notatki, zrobiła herbatę, usiadła na łóżku z kubkiem w obu dłoniach i przez chwilę — tylko przez chwilę — pozwoliła sobie pomyśleć o mamie. O tym, jak powiedziałaby, żeby się nie bała. Że sobie poradzi.
Że zawsze sobie radzi. Aurora wypiła herbatę do końca i zgasiła światło. Zasnęła z notatkami pod poduszką. Tak na wszelki wypadek.
ROZDZIAŁ 4
(perspektywa Aurory)
Budynek był większy, niż się spodziewała. Aurora zatrzymała się na chwilę przed wejściem, jakby to jedno spojrzenie mogło ją przygotować na wszystko, co było w środku. Szkło odbijało poranne światło, metalowe elementy błyszczały chłodno, a całość wyglądała tak idealnie, że aż obco. Zbyt czysto. Zbyt uporządkowanie. Zbyt nie jej. Poprawiła rękawy marynarki. Pożyczonej. Trochę za dużej, ale jedynej, jaką miała. Buty też nie były jej — czuła to przy każdym kroku. I to uczucie, które wracało jak echo: to nie twoje miejsce. Lekko zacisnęła palce. Weź się w garść.
Wciągnęła powietrze i weszła do środka. Recepcja była jasna i spokojna, prawie bezgłośna. Kobieta za biurkiem spojrzała na nią uprzejmie, z profesjonalnym uśmiechem.
— Dzień dobry.
— Dzień dobry. Mam umówioną rozmowę w sprawie stażu.
— Nazwisko?
— Aurora Hale.
Kilka kliknięć na klawiaturze. Krótka chwila.
— Tak, wszystko się zgadza. Proszę usiąść, zaraz ktoś po panią przyjdzie.
Aurora skinęła głową i usiadła na jednym z minimalistycznych foteli. Ramiona miała napięte, choć próbowała to ukryć. Rozejrzała się. Ludzie przechodzili obok — szybcy, pewni, skupieni. Nikt się nie zatrzymywał. Nikt nie wyglądał, jakby się wahał. Poza nią. Westchnęła cicho i poprawiła torbę na kolanach. Drzwi windy otworzyły się bezszelestnie. Nie planowała patrzeć. A jednak spojrzała. I zamarła. To był on. Ten sam mężczyzna z kawiarni. Nie miała wątpliwości. Nawet teraz — w garniturze, w tym miejscu — był dokładnie taki sam. Spokojny. Serce uderzyło szybciej. Nie ze strachu. Z czegoś, czego jeszcze nie umiała nazwać. I to było gorsze. Zbyt pewny. Jakby nie należał do żadnego konkretnego miejsca, tylko każde miejsce należało do niego. Spojrzał na nią krótko, jakby próbował coś dopasować. Jakby coś mu nie pasowało, ale jeszcze nie wiedział, co. Aurora pierwsza opuściła oczy. Za szybko. To musi być przypadek.
— Aurora?
Podniosła głowę. Kobieta stała obok niej.
— Megan — przedstawiła się. — Będę się tobą zajmować.
Uśmiech miała ciepły, ale kontrolowany. Taki, który nie przekracza granic.
— Chodź.
Aurora wstała. Jeszcze raz, zupełnie odruchowo, spojrzała w stronę wejścia. Jego już nie było. Jakby nigdy tam nie stał.
Ruszyły korytarzem.
— Pierwszy raz w takiej firmie? — zapytała Megan, zerkając na nią kątem oka.
— Tak.
— Spokojnie. Wszyscy kiedyś zaczynali.
Aurora uśmiechnęła się krótko.
— Mam nadzieję.
Zatrzymały się przy stanowisku z tabletem.
— Zanim wejdziesz, musimy dopełnić formalności.
Aurora skinęła głową i wzięła urządzenie. Przewijała kolejne strony. Regulaminy. Zgody. Klauzule. Słowa zaczęły się zlewać, ale zmuszała się, żeby czytać, choćby pobieżnie. Podpis. Dalej. Podpis.
— Gotowe? — zapytała Megan po chwili.
— Tak.
Megan zabrała tablet i odłożyła go na bok.
— Dobrze. To teraz najgorsze.
Aurora lekko uniosła brew.
— Czyli?
— Rozmowa.
Aurora parsknęła cicho.
— Super.
Ruszyły dalej.
— Jest wymagający — dodała Megan spokojnie.
— Wiem.
— Ale sprawiedliwy.
— To też już słyszałam.
Megan zatrzymała się przed drzwiami i zapukała.
— Proszę.
Ten głos. Aurora natychmiast poczuła napięcie, jakby ktoś pociągnął niewidzialną nić gdzieś głęboko w niej.
— Panie Blackwood, Aurora Hale.
Megan otworzyła drzwi. Aurora weszła. I zamarła. Za biurkiem siedział on.
Jakby był tu od zawsze. Jakby nigdy nie stał przy tej windzie. Jakby nic się nie wydarzyło.
— Dziękuję, Megan.
— Oczywiście.
Drzwi zamknęły się za nią cicho. Aurora została sama. Z nim.
— Proszę usiąść.
Zrobiła kilka kroków. Każdy wydawał się trochę głośniejszy, niż powinien. Usiadła naprzeciwko, nie odrywając od niego wzroku.
— Aurora Hale.
Podniósł jej CV.
— Marketing.
— Tak.
Krótko. Konkretnie.
— My się znamy? — zapytał Ethan.
Serce uderzyło mocniej.
— Nie sądzę.
Za szybko. Za ostro. Jego spojrzenie się nie zmieniło.
— Kawiarnia w centrum.
To nie było pytanie. Aurora poczuła, jak robi jej się gorąco.
— Pracuję tam dorywczo.
Ethan powoli skinął głową, jakby coś właśnie wskoczyło na swoje miejsce.
— Rozumiem.
Urwał. Aurora czekała. Na koniec. Na standardowe: „odezwiemy się”. Ale to nie padło. Zamiast tego odłożył CV i spojrzał na nią uważniej.
— Dlaczego chce pani ten staż?
Aurora Wzięła oddech.
— Bo jest mi potrzebny.
Szczerość wyszła szybciej niż przygotowana odpowiedź. Ethan lekko uniósł brew.
— To oczywiste.
— Bez niego nie zaliczę semestru.
— I?
Aurora spojrzała na niego.
— I nie chcę go dostać tylko dlatego, że znam Chloe.
Widać było, że to go zainteresowało.
— Więc dlaczego miałbym panią przyjąć?
Aurora urwała tylko na sekundę.
— Bo będę pracować lepiej niż większość osób, które pan zatrudnia.
Ethan patrzył na nią uważnie, jakby sprawdzał, czy to pewność, czy tylko odwaga.
— To odważne.
— To prawda.
Spokojnie. Bez drżenia.
— Skąd ta pewność?
— Bo ja tego potrzebuję.
— A ludzie, którzy czegoś potrzebują… nie odpuszczają.
Między nimi zawisło coś nieoczywistego. Ethan lekko oparł się o fotel, nie odrywając od niej wzroku.
— Miesiąc.
Aurora zamarła.
— Słucham?
— Dostaje pani miesiąc. Jeśli się pani sprawdzi… zostaje pani.
Aurora patrzyła na niego, jakby potrzebowała chwili, żeby to przetworzyć.
— Dziękuję — powiedziała, lekko się uśmiechając.
— Proszę nie dziękować — powiedział Ethan — tylko udowodnić, że miałem rację.
— Postaram się.
Ethan spojrzał na nią jeszcze raz. Dłużej.
— Właśnie tego się obawiam.
Aurora lekko zmarszczyła brwi.
— Słucham?
Na jego twarzy pojawił się ledwo widoczny cień uśmiechu.
— Że to nie będzie tylko „postaram się”.
Aurora odwróciła się, wstała i ruszyła do drzwi. Ale kiedy je otwierała, coś ją zatrzymało. Nie spojrzała na niego. Ale wiedziała jedno. To nie był przypadek. I to nie był tylko staż.
ROZDZIAŁ 5
(perspektywa Aurory)
Pierwszy dzień zawsze jest najgorszy. Aurora powtarzała to sobie w myślach, kiedy wchodziła do biura kilka minut przed czasem. Wcześniej niż trzeba. Zawsze była wcześniej. To dawało jej złudzenie kontroli. Recepcja wyglądała tak samo jak dzień wcześniej — spokojna, uporządkowana, jakby nic nie mogło tu pójść nie tak. Oprócz niej.
— Jesteś punktualna.
Odwróciła się. Megan stała kilka kroków dalej, z kubkiem kawy w dłoni.
— A nawet jestem za wcześnie.
— To dobrze — lekko się uśmiechnęła.
— Tutaj ludzie albo się spóźniają, albo udają, że się nie spóźnili.
Aurora odwzajemniła uśmiech.
— Postaram się nie należeć do żadnej z tych grup.
— Zobaczymy.
Megan skinęła głową w stronę korytarza.
— Chodź. Pokażę ci twoje miejsce.
Biuro było większe, niż zapamiętała. Albo po prostu teraz patrzyła uważniej. Rzędy biurek. Ekrany. Ludzie, którzy wyglądali na zajętych, nawet jeśli tylko przewijali coś na telefonach. Aurora czuła spojrzenia — krótkie, oceniające — jednak nie zwracała na nie uwagi.
— Tu — powiedziała Megan, wskazując jedno z biurek.
Nie przy oknie, nie w centrum. Trochę z boku. Idealne, żeby nie rzucać się w oczy. Aurora odłożyła torbę.
— Dzięki.
— Za chwilę przyjdzie Tom, pokaże ci systemy.
Po chwili dodała:
— I, Aurora… Podniosła wzrok. — Nie daj się zjeść.
Aurora odwróciła się w jej stronę.
— Będzie aż tak źle?
Megan wzruszyła ramionami.
— To zależy, jak dobrze sobie radzisz.
I odeszła. Aurora usiadła i włączyła komputer. Ekran rozświetlił się powoli. Nowe miejsce. Nowi ludzie. Nowe zasady.
— Nowa?
Podniosła wzrok. Mężczyzna stał obok jej biurka.
— Tom — powiedział, wyciągając rękę.
Aurora uścisnęła ją krótko.
— Aurora.
— Wiem — uśmiechnął się.
— Wszyscy już wiedzą.
To jej nie zdziwiło.
— Pokażę ci systemy.
Tom był wysoki i dobrze zbudowany, z jasnymi blond włosami i swobodnym uśmiechem. Miał w sobie coś naturalnie pewnego — sposób, w jaki stał, mówił i patrzył, jakby przywykł do tego, że ludzie go lubią. Usiadł obok.
Aurora skupiła się na ekranie.
— Tu masz projekty. Tu briefy. Tu komunikację zespołu.
Kliknięcia. Szybkie. Automatyczne. Aurora patrzyła uważnie. Zapamiętywała. Nie zadawała pytań. Jeszcze.
— Jasne? — zapytał po chwili.
— Tak.
— Szybko łapiesz.
— Muszę.
Tom spojrzał na nią z lekkim zainteresowaniem.
— Ambitnie.
Aurora wzruszyła ramionami.
— Raczej praktycznie.
— To dobrze — wstał.
— Jak coś, pytaj.
— Dzięki.
Odszedł. Aurora odetchnęła cicho. Wzięła pierwszy projekt. Przeczytała. Drugi. Trzeci. Zaczęła notować. Szybko. Za szybko jak na pierwszy dzień. Nie zauważyła, kiedy ktoś zatrzymał się kilka metrów dalej. Ethan. Stał. Patrzył. Nie na ekran. Na nią. Sposób, w jaki pracowała, jak czytała, jak nie szukała pomocy… To nie wyglądało jak pierwszy dzień. To wyglądało jak ktoś, kto już wie, czego szuka.
— Ethan.
Megan podeszła do niego.
— Wszystko pod kontrolą? — zapytał.
— Na razie — odpowiedziała krótko.
— Ona? — Lekko skinął głową w stronę Aurory.
Megan spojrzała na nią.
— Daje radę.
— Widzę — mruknął tylko.
— Coś nie tak? — zapytała Megan.
Ethan nie odpowiedział od razu.
— Nie — mruknął w końcu. — Jeszcze nie — dodał cicho, nie odrywając wzroku od Aurory.
Megan patrzyła na Aurorę przez chwilę, ale nic nie powiedziała. Aurora podniosła wzrok tylko na mgnienie. Ich spojrzenia na moment się spotkały. Po chwili wróciła do pracy, jakby nic się nie stało. Ethan patrzył jeszcze przez chwilę, a potem odwrócił się i odszedł. Ale to nie był ostatni raz tego dnia, kiedy się zatrzymał.
ROZDZIAŁ 6
(perspektywa Aurory)
Biuro w ciągu dnia było głośniejsze, niż się spodziewała. Rozmowy, telefony, klawiatury… Aurora siedziała przy swoim biurku, kiedy Megan pojawiła się obok, kładąc przed nią cienką teczkę.
— Masz coś na start.
Aurora uniosła wzrok.
— Już?
— Spokojnie. To nie jest duży projekt.
— Klient chce odświeżyć komunikację. Nic skomplikowanego. Przejrzyj i napisz, co byś zmieniła.
Aurora otworzyła teczkę. Na pierwszej stronie było logo marki — minimalistyczne, estetyczne, bez charakteru. Na kolejnych stronach znajdował się opis kampanii. „Nowa energia. Nowy początek”. Aurora lekko zmarszczyła brwi.
— To już było — powiedziała ciszej, bardziej do siebie niż do Megan.
— Coś mówiłaś?
— Nie. Na kiedy?
— Na jutro rano.
— Jasne.
Megan odeszła. Aurora wróciła do dokumentów. Im więcej czytała, tym bardziej coś jej nie pasowało. To nie było złe, ale było… bezpieczne. Zbyt bezpieczne. Każde zdanie brzmiało poprawnie, ale nie zostawiało nic po sobie. Zamknęła teczkę i otworzyła laptop. Zaczęła od podstaw. Grupa docelowa. Ton komunikacji. Emocja. Zatrzymała się. Emocja była problemem. Nie było jej. To wszystko mówiło do wszystkich, czyli do nikogo. Sięgnęła po notatnik i zaczęła pisać. Najpierw uwagi, potem pytania. Dlaczego ta marka istnieje? Dlaczego ktoś miałby ją wybrać?
Co ma poczuć?
Długopis zawisł w powietrzu. Aurora spojrzała na ekran.
— Nic — mruknęła. — Ma nie poczuć nic.
To był problem. I rozwiązanie. Zaczęła od nowa. Zamiast poprawiać, zmieniła kierunek. Nie „nowa energia”. Nie „nowy początek”. Za ogólne. Za puste. Zaczęła budować komunikację wokół jednego punktu — kontrastu. Pomiędzy tym, co pokazują ludzie, a tym, co naprawdę czują. To już nie była analiza. To była koncepcja. Czas przestał mieć znaczenie. Nie zauważyła, kiedy biuro zaczęło się opróżniać. Nie zauważyła, kiedy zrobiło się cicho. Zauważyła dopiero wtedy, kiedy ktoś się odezwał.
— Zostajesz długo.
Podniosła wzrok. Ethan. Stał kilka metrów dalej, jakby był tam od dawna.
— Mam to oddać jutro.
— To wstępna analiza.
— Wiem, dlatego chcę, żeby miała sens.
Ethan zrobił krok bliżej i spojrzał na jej notatki. Nie odpowiedział od razu. Przyglądał się jej przez chwilę.
— To nie jest analiza — powiedział w końcu.
Aurora lekko zmarszczyła brwi.
— Tylko poprawiam.
— Nie. Zmieniasz kierunek.
Aurora nie odpowiedziała. Ethan wziął jedną kartkę. Przeczytał. Potem kolejną. Na trzeciej zatrzymał się dłużej.
— Skąd ten pomysł? — zapytał.
Aurora spojrzała na niego.
— Bo to, co było, nic nie mówiło.
— A to mówi?
— Może.
Ethan podniósł wzrok i spojrzał na nią inaczej.
— To nie jest zadanie dla stażysty.
Aurora lekko wzruszyła ramionami.
— To może nie jestem typowym stażystą.
Za późno. Słowa już padły. Nie odpowiedział od razu. Przyglądał się jej w milczeniu.
— Jutro rano — powiedział spokojnie — pokażesz to w sali konferencyjnej.
Aurora zamarła.
— Słucham?
— Chcę usłyszeć, jak to bronisz.
Jej serce przyspieszyło.
— To miała być analiza.
— Już nie jest.
— Dokończ to.
Odwrócił się, jakby decyzja była oczywista, jakby nie było o czym rozmawiać. Aurora została sama. Spojrzała na swoje notatki. Na to, co zaczęło się jako „proste zadanie”, a właśnie przestało takim być.
ROZDZIAŁ 7
(perspektywa Aurory)
Przeszklone ściany. Długi stół. Ekran na końcu pomieszczenia. Aurora przystanęła przy drzwiach. Oddychaj. To tylko prezentacja.
— Wejdź.
Spokojny głos Ethana. Aurora weszła. Kilka osób już siedziało przy stole i rozmawiało półgłosem. Część z nich spojrzała na nią. To uczucie wróciło. Jakby nagle stała się bardziej widoczna.
— Usiądź.
Ethan wskazał miejsce. Aurora usiadła. Laptop przed nią. Palce lekko spięte.
— Zaczynamy. Mamy krótkie spotkanie dotyczące kampanii dla nowego klienta. Aurora coś przygotowała.
— To tylko wstępna koncepcja — powiedziała ciszej, niż planowała.
— Właśnie dlatego ją zobaczymy. — Ethan nawet na nią nie spojrzał.
Aurora wzięła oddech i otworzyła laptop. Klik. Pierwszy slajd.
— Obecna komunikacja opiera się na ogólnych hasłach. Klik.
— „Nowa energia”, „nowy początek”.
Zawahała się.
— Problem w tym, że… to nic nie znaczy.
Nikt się nie odezwał. Aurora kliknęła dalej. Na ekranie pojawiło się zdjęcie — ta sama dziewczyna w dwóch ujęciach. Na jednym idealny uśmiech, na drugim zmęczenie, którego nie da się ukryć.
— Proponuję coś prostszego.
Urwała na chwilę.
— „Bez filtrów”. Ludzie są zmęczeni udawaniem, że wszystko jest idealne. Klik.
— Zamiast pokazywać perfekcję, pokazujemy prawdę.
Ktoś lekko się poruszył.
— Dwie wersje tej samej osoby.
Ta, którą pokazuje światu… i ta, którą naprawdę jest. Aurora kliknęła dalej.
— Przykład.
Na ekranie pojawił się billboard. Po lewej stronie kobieta w perfekcyjnym makijażu, podpis: „Mam wszystko pod kontrolą”. Po prawej to samo ujęcie, ale z rozmazanym makijażem, ze zmęczonymi oczami. Podpis: „Nie mam. I to też jest okej”. Nikt się nie odzywał. Ktoś odchylił się na krześle.
Aurora mówiła dalej.
— To przyciąga uwagę, bo jest prawdziwe.
Klik.
— Social media.
— Seria krótkich wideo.
— Ludzie pokazują „idealny moment”… a potem ten sam moment bez przygotowania.
Klik.
— Hashtag BezFiltrów. Proste pytanie: „Jak to wygląda naprawdę?”.
Vanessa lekko przechyliła głowę.
— To bardzo bezpośrednie.
— Tak. Ale właśnie dlatego działa. Bo każdy to rozumie.
Vanessa spojrzała na nią uważniej.
— Pytanie, czy klient chce takiej szczerości.
— Klient chce reakcji — odpowiedziała Aurora szybciej, niż powinna.
— A reakcja nie bierze się z perfekcji.
— Tylko z czegoś, co jest prawdziwe.
Vanessa milczała chwilę.
— Brief mówi coś innego — powiedziała opanowanie.
— Brief jest bezpieczny.
Aurora nie odwróciła wzroku.
— A bezpieczne rzeczy się nie wyróżniają.
Ktoś coś zapisał. Ktoś skinął głową. Vanessa odchyliła się lekko.
— Kontynuuj.
Aurora kliknęła dalej. Kilka przykładów. Rozwinięcie. Mechanika kampanii. Z każdym kolejnym zdaniem mówiła pewniej. Już nie tłumaczyła się. Tłumaczyła. Kiedy skończyła, zapadło milczenie. Nikt się nie odzywał. Ale to wystarczyło.
— Opinie?
Głos Ethana przeciął powietrze.
— Odważne.
— Proste.
— Może działać.
Vanessa nadal milczała. Ethan spojrzał na Aurorę. Pierwszy raz od początku spotkania. Dłużej.
Niż powinien.
— Zostawiamy kierunek — powiedział spokojnie. — Rozwijamy. Aurora nad tym pracuje dalej.
Aurora zamarła. To było więcej, niż się spodziewała. Zdecydowanie więcej. Vanessa uśmiechnęła się lekko.
— Skoro tak uważasz.
Ton spokojny. Zbyt spokojny.
— Zobaczymy, jak to wyjdzie w praktyce.
Ethan nie odpowiedział. Spotkanie zaczęło się kończyć. Ludzie wstawali. Rozmawiali. Aurora zamknęła laptop.
Palce lekko drżały. Nie ze strachu. Z napięcia.
— Dobrze sobie poradziłaś.
Megan nachyliła się do niej.
— Dzięki.
Vanessa przeszła obok. Zatrzymała się na sekundę.
— Proste pomysły są najtrudniejsze — powiedziała cicho.
— Łatwo je zepsuć.
I odeszła. Aurora wypuściła powietrze. Spojrzała w stronę drzwi. Ethan stał przy wyjściu. Na sekundę — ich spojrzenia się spotkały. Tym razem nie odwróciła wzroku. Aurora wyszła z budynku później, niż planowała. Powietrze było chłodniejsze niż rano. Zbyt świeże po całym dniu w zamkniętym biurze. Szła szybciej niż zwykle. Nie dlatego, że się spieszyła. Raczej dlatego, że wciąż czuła w sobie napięcie. Spotkanie. Spojrzenia. Jego decyzję. Zacisnęła lekko palce na pasku torby. To nie powinno mieć dla niej aż takiego znaczenia. A jednak miało.
Autobus był prawie pusty. Usiadła przy oknie. Miasto mijało za szybą w rozmazanych światłach. Wyjęła telefon. Kilka nieodebranych wiadomości. Jedna od ojca. Zatrzymała się na niej na dłużej. Nie otworzyła. Jeszcze nie. Akademik był głośniejszy niż biuro. Drzwi trzaskały. Ktoś się śmiał. Ktoś puszczał muzykę za głośno. Aurora weszła do swojego pokoju i zamknęła drzwi. Spokój. Mniejszy. Ale jej. Torba spadła na podłogę. Laptop na biurko. Notatki obok. Spojrzała na nie. Jeszcze kilka godzin temu siedziała przy stole konferencyjnym. Teraz — mały pokój. Łóżko. Książki. Westchnęła cicho. Telefon zawibrował. Znowu. Ojciec. Tym razem odebrała.
— Halo?
Przez chwilę nie padło słowo. Potem znajomy głos.
— Aurora… potrzebuję…
Zamknęła oczy.
— Ile? — zapytała spokojnie. Jak zawsze.
ROZDZIAŁ 8
(perspektywa Aurory)
Poranek przyszedł za szybko. Aurora obudziła się, zanim zadzwonił budzik. Przez chwilę leżała nieruchomo, patrząc w sufit. Zmęczenie było ciężkie. Głębokie. Ale nie nowe. Wstała. Szybko. Jak zawsze.Nie było czasu na zastanawianie się. Prysznic. Kawa. Notatki wrzucone do torby. Telefon. Spojrzała na ekran. Wiadomość od ojca. „Dziękuję.” Krótko. Jakby nic się nie stało. Aurora odłożyła telefon. Bez odpowiedzi. Biuro było już pełne, kiedy weszła. Inne niż wczoraj. Głośniejsze. Szybsze. Jakby wszystko ruszyło o jeden poziom wyżej. Aurora usiadła przy swoim biurku. Otworzyła laptop. Zanim zdążyła cokolwiek zrobić.
— Aurora.
Podniosła wzrok. Ethan.Stał obok jej biurka. Zbyt blisko. Jak na rozmowę służbową.
— Do mnie. — powiedział. Bez tłumaczenia. Aurora wstała. Serce przyspieszyło minimalnie. Szła za nim. Gabinet był cichy. Zamknięty. Inny świat.
— Usiądź.
Aurora usiadła. Ethan nie. Oparł się o biurko. Patrzył na nią chwilę.
Jakby coś analizował.
— Dobrze sobie poradziłaś — powiedział w końcu.
— Dziękuję.
— Ale to był dopiero początek.
— Ten kierunek wymaga dopracowania.
— Wiem. Zdaję sobie z tego sprawę — odpowiedziała od razu. Ethan uniósł lekko brew.
— Wiesz?
— To jeszcze nie jest gotowe.
Ethan przyglądał się jej uważniej.
— Dobrze.
Bez rozwinięcia.
— Więc pokaż mi, jak to rozwiniesz.
Aurora sięgnęła po notatki. Zaczęła tłumaczyć. Spokojnie. Logicznie.
Bez zbędnych słów. Ethan nie przerywał. Nie komentował. Słuchał.
To było gorsze.
— I tu — Zatrzymała się. Na sekundę.
— Tu jeszcze nie jestem pewna.
Ethan nie odpowiedział od razu.
— Dlaczego? — zapytał. Aurora spojrzała na kartki.
— Bo to może pójść w złą stronę.
— Czyli?
— Może być zbyt oczywiste.
Ethan skinął lekko głową.
— Albo zbyt bezpieczne — dodał.
Aurora spojrzała na niego. Krótko.
— Tak.
To było dokładnie to.
— Myślisz jak ktoś, kto już to robił — powiedział spokojnie. Aurora zamarła na ułamek sekundy.
— Uczę się szybko.
Ethan patrzył na nią chwilę. Dłużej niż powinien.
— Widzę. — Idź.
Aurora zamknęła notatki. Wstała.
— Aurora.
Zatrzymała się przy drzwiach.
— Tak?
— Nie przeciążaj się — powiedział spokojnie. Aurora zmarszczyła lekko brwi.
— Słucham?
— Wczoraj zostałaś najdłużej.
— Dziś wyglądasz, jakbyś spała za krótko.
Aurora odruchowo poprawiła włosy.
— W porządku.
— Nie pytałem.
Konkretnie. Bez emocji. Nie odpowiedziała. Za dużo by to powiedziało.
— Wracaj do pracy.
Aurora wyszła. Serce biło trochę szybciej niż powinno.
Zmiana w kawiarni zaczynała się po południu. Zapach kawy uderzył ją natychmiast, kiedy weszła. Znajomy. Bezpieczny. I męczący jednocześnie.
— W końcu.
Głos zza baru.
— Myślałam, że już nas porzuciłaś.
Kąciki ust Aurory drgnęły.
— Jeszcze nie.
Założyła fartuch. Związała włosy. Ruchy automatyczne. Jak zawsze.
— Jak nowa praca? — zapytała koleżanka. Aurora sięgnęła po kubki.
— Inna.
— Lepsza?
Aurora wzruszyła lekko ramionami.
— Trudniejsza.
— Czyli lepsza.
Aurora nie odpowiedziała. Kolejni klienci. Zamówienia. Mleko. Kawa. Para. Rytm. Znany. Powtarzalny. I nagle
— Poproszę czarną.
Ten głos. Aurora zamarła na sekundę. Podniosła wzrok. Ethan. Stał po drugiej stronie baru. Jakby to było najnormalniejsze miejsce na świecie. Jakby pasował tu tak samo jak do swojego biura. Aurora odruchowo wyprostowała się.
— Już robię.
Głos miała stabilny. Na szczęście. Sięgnęła po filiżankę. Ruchy trochę wolniejsze niż zwykle.
— Długo tu pracujesz.
To nie było pytanie.
— Tak. A pan co tu robi?
Aurora podała mu kawę. Ich palce prawie się dotknęły. Prawie. Ethan spojrzał na nią uważnie.
— To wyjaśnia.
— Co?
— „Muszę”.
Nie odpowiedziała.
— Do zobaczenia jutro — powiedział równomiernie. I odszedł. Jakby nic się nie wydarzyło. Aurora stała przez chwilę nieruchomo.
— Kto to był? — szepnęła koleżanka obok, nachylając się bliżej. Aurora wróciła do pracy.
— Szef.
— Twój szef? Ten od nowej pracy?
Aurora skinęła głową. Koleżanka spojrzała jeszcze raz w stronę drzwi.
— No proszę…
— Gdybym miała takiego szefa, to też bym się starała.
Aurora uniosła lekko brew.
— Teraz już wiem, że mogłabym bardziej.
Uśmiechnęła się pod nosem.
— I co, przychodzi tak po kawę… czy sprawdza pracowników po godzinach?
Aurora nie odpowiedziała od razu.
— Przyszedł po kawę.
— Jasne.
Krótki, cichy śmiech.
— Totalnie po kawę.
Aurora pokręciła lekko głową i sięgnęła po kolejny kubek.
— Pracuj.
— Pracuję, pracuję — mruknęła koleżanka.
— Ale jak kiedyś zmienisz branżę, daj znać.
— Chętnie też znajdę sobie takiego „motywującego” szefa.
Aurora się nie uśmiechnęła. Ale tym razem — trochę trudniej było jej zignorować to, co sama przed chwilą poczuła. Ruchy miała automatyczne. Znane. Powtarzalne. Ale myśli już nie. Mimowolnie spojrzała w stronę drzwi, przez które wyszedł. Zniknął. Zbyt szybko. Jakby w ogóle tu nie pasował. Albo właśnie przeciwnie. Westchnęła cicho. Dopiero teraz zauważyła coś, na co wcześniej nie miała czasu. Sposób, w jaki wyglądał. Nie chodziło o ubrania. Choć były idealnie dopasowane. Chodziło o coś innego. Spokój. Kontrola. I ta pewność w ruchach, której nie dało się nauczyć. Aurora zmarszczyła lekko brwi. Był… przystojny. To słowo pojawiło się nagle. Nieproszone. I zostało na chwilę dłużej, niż powinno. Pokręciła lekko głową, jakby chciała się tego pozbyć. To nic nie znaczyło. Nie powinno.
Sięgnęła po kolejny kubek.
— Aurora.
Głos koleżanki wyrwał ją z myśli.
— Hm?
— Zawiesiłaś się.
Aurora wróciła do rzeczywistości.
— Nie. Po prostu myślę.
— O kawie?
Zaśmiała sie cicho. Aurora spojrzała na nią krótko.
— O pracy.
To była najbezpieczniejsza odpowiedź. I jedyna, jaką zamierzała sobie pozwolić.
ROZDZIAŁ 9
(perspektywa Aurory)
Kawiarnia miała swój rytm. Aurora znała go na pamięć. Siódma rano — mleko, espresso, automat z ciastkami. Dziewiąta — kolejka studentów przed wykładami. Południe — biurowi, szybcy, ze wzrokiem w telefonie. Piętnasta — spokojniej. I właśnie ta pora była jej ulubiona.
— Latte z wanilią dla Marty! — zawołała przez lokal.
Kobieta przy oknie podniosła rękę. Aurora zaniosła kubek. Uśmiechnęła się. Wróciła za ladę. Ruchy automatyczne. Ale głowa — gdzie indziej. Myślała o projekcie. O tym, co powiedział Ethan. O tym, jak na nią patrzył, kiedy wchodziła rano do biura. Pokręciła głową. Skupiła się na ekspresie.
— Można się przyzwyczaić?
Głos Joanny z boku. Aurora pokręciła głową.
— Do czego?
— Do tego — Joanna wskazała na cały lokal ruchem głowy.
— Do robienia tego samego w kółko.
Aurora wzruszyła ramionami.
— Tak.
— Ale to wymaga czasu.
Joanna parsknęła cicho.
— Tobie to mówić.
— Ile tu jesteś? Dwa lata?
— Dwa i pół.
— I nigdy się nie skarżysz.
Aurora nie odpowiedziała. Bo nie miała na co się skarżyć. Praca była praca. A ona potrzebowała pieniędzy. To wszystko.
O siedemnastej lokal się opróżnił. Aurora sprzątała stoły. Okno naprzeciwko odbijało miasto w złotym świetle popołudnia. Lubiła tę godzinę. Kiedy wszystko zwalniało. Kiedy mogła po prostu być. Bez projektu. Bez Ethana. Bez firmy. Bez ojca, który zaraz może zadzwonić. Przy kawiarni była ona. I tyle. Ale zadzwonił. Oczywiście, że zadzwonił. Wibracja w kieszeni fartucha. Tato.
Aurora wyszła za zaplecze.
— Halo.
— Córeczko.
Głos miał ciepły. Zbyt ciepły jak na osiemnastą. Aurora zamknęła oczy.
— Tato, gdzie jesteś?
— W domu, w domu.
— Tylko trochę mi smutno.
Aurora oparła się o ścianę. To zdanie znała. Od pięciu lat. Odkąd mama nie wróciła. Wypadek był w środę. Aurora miała piętnaście lat. Ojciec jechał. Mama siedziała obok. Mokra nawierzchnia. Skrzyżowanie bez świateł. Ciężarówka, która nie wyhamowała. Ojciec wyszedł z tego ze złamanym żebrem i pęknięciem obojczyka. Mama nie wyszła wcale. Aurora dowiedziała się w szkole. Od dyrektora, który nie wiedział, jak to powiedzieć i dlatego powiedział wprost. Twoja mama miała wypadek. Nie żyje. To były cztery słowa, które zabiły coś w ojcu. I zmieniły Aurorę w kogoś, kto od tamtej chwili musiał być silny za dwoje.
— Tato — powiedziała spokojnie.
— Masz jedzenie w lodówce?
— Mam, mam.
— A wziąłeś leki?
Cisza.
— Tato.
— Zapomniałem.
Aurora odetchnęła.
— Idź teraz. Weź.
— Dobrze, córeczko.
— Tęsknię za mamą.
Gardło jej się ścisnęło.
— Wiem, tato.
— Ja też.
Rozłączyła się po kilku minutach. Stała przez chwilę przy tej ścianie. Oczy zamknięte. Słuchała szumu ekspresu i odgłosów ulicy za oknem. I myślała o tym, że mama lubiła popołudnia. Mówiła, że to najlepsza pora dnia. Kiedy wszystko już się wydarzyło i jeszcze nic nie musi. Aurora otworzyła oczy. Wróciła do sprzątania. Ruchy automatyczne. Jak zawsze.
Joanna podeszła bliżej.
— Wszystko okej?
Aurora zerknęła na nią.
— Tak.
Joanna nie pytała dalej. I za to Aurora ją lubiła. Że nie pytała. Że po prostu stawiała przy niej kubek z herbatą i wracała do swojej roboty. To było więcej niż niejedno wyznanie.
ROZDZIAŁ 10
(perspektywa Aurory)
Biuro żyło swoim rytmem. Aurora siedziała przy biurku, poprawiając slajdy.
— Znowu poprawiasz? — zapytał Tom, opierając się o jej biurko.
Aurora podniosła wzrok.
— Jeszcze trochę.
— Wczoraj było dobre — powiedział Tom.
— Dziś może być lepsze — odpowiedziała z dystansem Aurora.
Tom uśmiechnął się szerzej.
— Podoba mi się to.
Aurora wróciła do ekranu.
— Co?
— To, że nie odpuszczasz — wyjaśnił Tom. — I to, że nie jesteś jak reszta.
Aurora uniosła lekko brew.
— To dobrze czy źle?
Tom nachylił się trochę bliżej.
— Zdecydowanie dobrze.
Aurora przesunęła lekko laptop.
— To tylko praca.
— Szkoda — mruknął Tom ciszej.
Aurora spojrzała na niego.
— Słucham?
— Bo myślałem, że masz też inne zalety — dodał z uśmiechem.
Przez chwilę żadne z nich nic nie powiedziało. Aurora pokręciła lekko głową.
— Skup się na swoich.
Tom zaśmiał się cicho.
— Lubię wyzwania.
— To masz projekt — odparła Aurora.
— Nie o takie mi chodziło — odpowiedział Tom, patrząc jej prosto w oczy.
Ich spojrzenia spotkały się na chwilę.
— Aurora! — zawołała Chloe, podchodząc do nich.
Aurora odwróciła głowę.
— Co ty tu robisz?
— To samo mogę zapytać — uśmiechnęła się Chloe.
— Matka ma spotkanie na górze, więc wpadłam.
Aurora przechyliła głowę.
— Chloe. Masz teraz wykład.
— Skończyłam wcześniej.
— O jedenastej? Naprawdę?
Chloe wzruszyła ramionami.
— Wykładowca nie przyszedł.
Kłamała. Aurora to wiedziała. Chloe też wiedziała, że Aurora wie. Ale żadna nie drążyła tematu. Bo to właśnie było w Chloe — impulsywna, nieodpowiedzialna w najlepszym możliwym momencie. I Aurora nigdy nie umiała być na nią zła. Jej wzrok przesunął się na Toma.
— Przeszkadzam?
— Absolutnie nie — odpowiedział szybko Tom i wyprostował się. — Tom.
Wyciągnął rękę.
— Chloe — przedstawiła się, ściskając ją krótko.
— Nie widziałem cię tu wcześniej — zauważył Tom.
— Bo nie pracuję na tym piętrze — odpowiedziała spokojnie Chloe.
Aurora zerknęła na nią krótko.
— Szkoda — uśmiechnął się Tom. — Moglibyśmy się częściej mijać.
Chloe uniosła lekko brew.
— Mógłbyś — powiedziała. — Ale nie wiem, czy byś chciał.
Tom zaśmiał się.
— Teraz już na pewno.
Aurora westchnęła cicho.
— Serio?
— Co? — spojrzał na nią Tom.
— Nic — odpowiedziała i wróciła do laptopa.
— Z tobą ciężko konkurować — rzucił Tom do Chloe półżartem.
Chloe spojrzała na niego uważniej.
— Nie próbuj — powiedziała spokojnie. — To nie ten poziom.
Tom uśmiechnął się jeszcze szerzej.
— Lubię ambitne.
— To dobrze — odparła Chloe. — Będziesz miał co robić.
Nikt się nie odezwał.
— Tom.
Głos przeciął przestrzeń. Spokojny. Stanowczy. Ethan.
Stał kilka kroków dalej. Tom od razu się wyprostował.
— Tak?
— Potrzebuję cię — powiedział krótko Ethan.
Tom spojrzał jeszcze raz na Aurorę.
— Wrócimy do tego — rzucił z uśmiechem i odszedł.
Chloe spojrzała za nim, potem na ojca, a na końcu na Aurorę.
— Interesujące — mruknęła cicho.
Aurora zmarszczyła brwi.
— Co?
Chloe uśmiechnęła się lekko.
— Nic. Naprawdę nic.
Ale jej spojrzenie mówiło coś zupełnie innego.
Chloe poczekała, aż Ethan zniknie za rogiem. Potem chwyciła Aurorę za rękaw i pociągnęła kilka kroków dalej.
— Hej — Aurora uniosła brwi. — Co jest?
Chloe rozejrzała się szybko.
— Widziałaś tę kobietę przy oknie? — zapytała ściszonym głosem.
Aurora zmrużyła oczy.
— Vanessa?
— Właśnie.
Chloe skrzyżowała ręce.
— Uważaj na nią.
Aurora poczuła, jak coś zaciska się w żołądku.
— Dlaczego?
— Bo jest przyjaciółką mamy — powiedziała Chloe bez emocji.
— Od lat.
Zawahała się.
— I dlatego, że nic, co się tu dzieje — nie zostaje tylko tu.
Aurora przyjrzała jej się z ukosa.
— Nic się tu nie dzieje — powiedziała cicho.
Chloe spojrzała na nią tym swoim spojrzeniem, które mówiło — naprawdę? Ale nic więcej nie powiedziała. Tylko wzruszyła lekko ramionami i odeszła. Zostawiając Aurorę z uczuciem, że coś właśnie się zmieniło. I że powinna uważać. Tylko nie wiedziała na co dokładnie.
ROZDZIAŁ 11
(perspektywa Ethana)
Biuro powoli wracało do normalnego rytmu. Jakby nic się nie wydarzyło. A jednak — Ethan zauważał więcej niż wcześniej. Zbyt wiele. Spojrzenia. Szepty. Reakcje. I ją. Aurora siedziała przy swoim biurku, skupiona na ekranie — jakby reszta świata nie istniała. Jakby to było dla niej najprostsze.
Pracować. Nie patrzył długo. Nie powinien.
— Nowa?
Głos za plecami. Ethan odwrócił się powoli. Ryan. Jak zawsze bez zapowiedzi.
— Stażystka — odpowiedział krótko. Ryan spojrzał w jej stronę.
— Sporo zamieszania jak na pierwszy tydzień.
— Jest dobra.
— Mhm.
Ryan uśmiechnął się lekko.
— Widać.
— Trochę inna niż twoje standardowe wybory — powiedział.
Ethan spojrzał na niego chłodno.
— Co masz na myśli?
Ryan wzruszył ramionami.
— Wiesz… — zawiesił głos — bardziej… prawdziwa.
— Nie taka idealna — kontynuował. — I to chyba działa.
Ethan nie odpowiedział. Ryan przyglądał mu się chwilę.
— Spokojnie — dodał lżej. — To komplement.
— Pracujemy — powiedział Ethan.
— Jasne.
— Tylko nie mów, że nie zauważyłeś.
Ethan nie odpowiedział. Ale tym razem — to nie było już takie proste do zignorowania.
(perspektywa Aurory)
Aurora jeszcze przez chwilę stała przy biurku, patrząc w ekran, którego tak naprawdę nie widziała. Rozmowa z Chloe wciąż siedziała jej w głowie. Jej spojrzenie. To krótkie „uważaj na Vanessę”. I to, czego nie powiedziała. Aurora wzięła oddech i sięgnęła po teczkę. Musiała wrócić do pracy. To było najprostsze. Najbezpieczniejsze. Ruszyła korytarzem. Dopiero kiedy skręciła w stronę sal konferencyjnych, zwolniła. Zobaczyła ją od razu. Stała przy końcu korytarza, rozmawiając przez telefon. Wyprostowana. Nienaganna. Jak zawsze. Viktoria. Ciemne, idealnie ułożone włosy opadały na ramiona. Sylwetka szczupła, niemal modelowa — wszystko w niej było proporcjonalne, dopracowane, jakby każdy detal był świadomym wyborem. Aurora zatrzymała się w pół kroku. Ten kontrast uderzał od razu. Przy niej sama wydawała się bardziej… zwyczajna. Mniej wyraźna. Jakby nie do końca pasowała do tego świata, który Viktoria nosiła na sobie tak naturalnie. Aurora odruchowo poprawiła rękaw koszuli. Bez powodu. Albo właśnie z bardzo konkretnego.
— …tak, prześlij mi to przed południem — powiedziała spokojnie Viktoria, kończąc rozmowę.
Odwróciła się. Ich spojrzenia się spotkały. Aurora pierwsza skinęła głową.
— Dzień dobry, pani Viktorio.
Viktoria przyjrzała się jej uważnie. Powoli. Jakby dopasowywała obraz do wspomnienia.
— Aurora.
Lekki uśmiech.
— Nie spodziewałam się zobaczyć cię tutaj.
— Mam staż.
— Słyszałam.
— Od Chloe — dodała Viktoria.
Żadna się nie odezwała.
— Nie wiedziałam, że interesujesz się marketingiem.
— Studiuję.
— Widzę.
Viktoria zrobiła krok bliżej.
— Jak ci się podoba?
— Dobrze.
— Jest wymagająco.
— Tak powinno być — odpowiedziała bez wahania Viktoria. — Inaczej nie ma sensu.
Aurora spojrzała na nią uważniej. To zdanie brzmiało znajomo.
— Dokładnie — przyznała Aurora.
— Słyszałam o twojej prezentacji — dodała Viktoria.
— Szybko się rozchodzi.
— Dobre rzeczy zawsze.
— Podobno była… odważna.
Aurora zawahała się ledwie zauważalnie.
— To była propozycja.
— Oczywiście.
Uśmiech Viktorii był lekki. Zbyt lekki.
— Zobaczymy, jak się sprawdzi.
— Viktoria.
Vanessa podeszła od strony sali konferencyjnej. Spokojna. Pewna siebie.
— Już jesteś.
— Jestem.
— Rozmawiałam właśnie z Aurorą — dodała Viktoria.
Vanessa przeniosła spojrzenie na nią. Powoli. Oceniająco. Zatrzymała je na chwilę dłużej, niż powinna.
— Słyszałam — powiedziała Vanessa. — Dobry start.
Aurora poczuła napięcie. Subtelne. Ale wyraźne.
— Dziękuję — odpowiedziała.
— To dopiero początek — powiedziała Vanessa spokojnie.
Vanessa przechyliła lekko głowę.
— Interesujące, jak różne potrafią być pierwsze wrażenia.
— Nie zawsze idą w parze z tym, co… zwykle wybieramy.
To nie było powiedziane wprost. Ale wystarczyło. Aurora nie odwróciła wzroku.
— Dlatego warto sprawdzać dalej — powiedziała Aurora spokojnie.
Przez chwilę nikt nic nie mówił. Viktoria spojrzała na nią uważniej.
Jakby właśnie zmieniała zdanie.
— Pracuj dalej — powiedziała miękko. — W tej firmie szybko się weryfikuje potencjał.
— Wiem.
Na twarzy Viktorii pojawił się uśmiech.
— Zobaczymy.
I wtedy —
— Co zobaczymy?
Głos. Spokojny. Niski. Ethan. Stał kilka kroków dalej. Aurora nawet nie zauważyła, kiedy się pojawił.
Viktoria odwróciła się w jego stronę.
— Jak rozwija się nowy kierunek — odpowiedziała spokojnie Viktoria.
Ethan spojrzał najpierw na nią. Potem na Vanessę. I dopiero na końcu —
na Aurorę. Zatrzymał wzrok na ułamek sekundy dłużej. Za długo. Żeby było przypadkiem.
— Rozwija się dobrze — powiedział. Krótko. Pewnie. Vanessa uśmiechnęła się lekko.
— Na razie.
— Wystarczy — odpowiedział spokojnie Ethan. Viktoria przyglądała mu się uważnie. Jakby nie słuchała słów. Tylko patrzyła, gdzie patrzy.
— Aurora pracuje nad tym dalej — dodał.
Bez pytania. Jak decyzja.
— Tak.
Vanessa wymieniła spojrzenie z Viktorią. Niewidoczne dla innych. Ale znaczące.
— W takim razie…
Viktoria poprawiła rękaw marynarki.
— Trzymamy kciuki — powiedziała, uśmiechając się lekko. — Za efekt.
Odwróciła się. Vanessa ruszyła razem z nią. Aurora została. Ethan też.
Przez chwilę nikt się nie odzywał.
— Wracaj do pracy — powiedział w końcu. Spokojnie. Aurora skinęła głową. Minęła go.
Czując jego spojrzenie.
Nawet kiedy już na nią nie patrzył. Kilka metrów dalej.
— To ona? — zapytała cicho Vanessa.
— Tak — odpowiedziała Viktoria. — Chloe ją lubi.
— Widzę.
Vanessa spojrzała jeszcze raz w stronę korytarza.
— Szybko się wyróżniła.
— Za szybko — powiedziała Viktoria, zwalniając kroku.
— To jeszcze nic nie znaczy — Vanessa uśmiechnęła się przebiegle.
— Ethan tak nie patrzy na „nic” — zauważyła Viktoria.
— Jak patrzy?
Vanessa przechyliła lekko głowę.
— Uważnie.