Tytułem wstępu
czyli wstęp do tytułu ;)
„Jedziemy na obóz!” to druga część przygód sióstr Myszkowskich. I tu również nie zabrakło odrobiny prawdziwych historii, które mi się niegdyś przydarzyły. Bowiem wakacje na wsi, to garść moich wspomnień z dzieciństwa, kiedy to razem z babcią odwiedzałam rodzinę jej brata, na jednej z podlaskich wiosek. Wiele się wtedy działo! Może nie aż tak wiele, jak w książce, ale np. „ścieżka strachu” czy powrót ze sklepu to historie inspirowane prawdziwymi wydarzeniami.
Książkę dedykuję mojej córci Natalce, z okazji osiemnastych urodzin: byłaś zarówno pierwszą czytelniczką, jak i pierwowzorem postaci :). Kocham Cię najbardziej na świecie!
A Wam wszystkim, drodzy Czytelnicy, życzę udanej lektury.
Nareszcie wakacje!
Obudziło mnie pianie koguta. Zwierzę darło się w niebogłosy. A, nie… to Lalka śpiewała piosenkę przyniesioną z przedszkola, mocując się z sukienką — stwierdziłam, otwierając jedno oko.
— Która godzina? — spytałam.
— Skąd mam wiedzieć? Przecież nie znam się na zegarku — odburknęła mi siostra, trafiwszy wreszcie głową we właściwe miejsce kreacji.
Która by nie była, musiało być wcześnie. Za oknem dopiero szarzał świt, a wiadomo, że latem dzień wstaje w środku nocy.
— Mogłabyś piać nieco ciszej? — spytałam. — Są wakacje. Chyba mogę z tej okazji pospać dłużej niż do piątej trzydzieści?
— Na wsi dzień zaczyna się wcześnie — odrzekła mi rezolutnie. — Mam dzisiaj dużo pracy. Ty też mogłabyś wstać. Krowy same na pastwisko nie pójdą.
— To życzę wam szerokiej drogi — odparłam, zakrywając się kołdrą po czubek głowy.
Jednak spanie nie było mi już dane. Lalka przestała piać i opuściła pokój, ale jak na złość chwilę później koncert zaczął prawdziwy kogut. Potem psy zaczęły swoje arie, obszczekując traktor sąsiada, który zajechał pod dom. Sąsiad wysiadł, głośno witając się z dziadkiem, a następnie zaczęła się cała seria innych dźwięków, od ryku silnika po ryki krów. Lalka miała rację — na wsi dzień zaczyna się wcześnie. Chcąc nie chcąc wstałam i ja. Nie to, żebym bardzo się do tego paliła, ale rzeczywiście przydałoby się pomóc w ogarnięciu gospodarstwa. Jak co roku, tak i w tym spędzałyśmy wakacje u babci Stefci. Właściwie to babcia Stefcia nie jest naszą prawdziwą babcią. Tylko ciocio-babcią, to znaczy babcią cioteczną. Babcia Stefcia to rodzona siostra naszej babci Heli, która — chociaż razem z babcią wychowywała się w Warszawie — ostatecznie poślubiła wujo-dziadka Zenka i uciekła z nim na wieś, gdzie dochowała się czterech córek i gospodarstwa, takiego prawdziwego, z kurami, gęsiami, krowami, świnkami, koniem, kozą, kotami i psami. Mieli też wielkie pole pełne zboża, ogród za domem, własną łąkę i sad. Było tu naprawdę fajnie, zupełnie inaczej niż w mieście. Bardzo się cieszyłam, że babcia Stefcia, mimo, iż nie jest naszą prawdziwą babcią, chciała gościć nas latem. Dlatego też wydawało mi się, że powinnyśmy jej się jakoś odwdzięczyć, choćby pomocą przy ogarnianiu codziennych obowiązków. Podejrzewałam, że ta jej miłość do dzieci, od których w sezonie letnim aż roiło się w jej domu i na podwórku, wynikała z faktu, że na co dzień czuła się nieco samotna. Kiedyś w tym domu było pełno ludzi, bo mieszkała tu babcia Stefcia z dziadkiem Zenkiem, ich cztery córki, rodzice dziadka Zenka i jego babcia. Jednak z biegiem lat starsi odeszli, a córki powychodziły za mąż i wyprowadziły się z domu. Została tylko najmłodsza z nich, ciocia Iza, która razem ze swoim mężem, wujkiem Andrzejem, pomagali dziadkom w gospodarstwie. Wujek z ciocią byli jeszcze młodzi i doczekali się dopiero jednego dziecka — Stasia, który był jeszcze dzidziusiem, nie miał nawet dwóch lat, marny więc był z niego pożytek. Babcia Stefcia pewnie tęskniła do dawnych czasów, gwaru i hałasu, do którego przywykła, dlatego co lato spraszała do siebie wszystkie dzieci z dalszej i bliższej rodziny. Nam było w to graj, bo im nas więcej, tym weselej, a na wsi zawsze jest co robić. W tym roku wakacje dopiero się zaczynały, więc razem z Lalką i Miśką byłyśmy pierwszymi gośćmi u ciocio-babci. Pocieszenie było takie, że tego dnia mieli dołączyć do nas Mati, Misiek i Lolek — nasi ulubieni bracia cioteczni, synowie cioci Marylki, rodzonej siostry naszej mamy. Już się nie mogłam doczekać! Tak, tak, nawet nie mówcie nic na temat naszych imion — bardzo śmieszne, ha, ha. Nigdy nie wybaczę tego naszym matkom.
Wstałam z łóżka, przebrałam się i zeszłam na dół, do kuchni, gdzie moje obie siostry kończyły śniadanie, a babcia Stefcia krzątała się przy kuchni kaflowej.
— Kogoż to moje oczy widzą? — zawołała babcia na mój widok. — Siadaj, Mati i jedz śniadanie. Mleko jeszcze ciepłe.
— Jajko na miękko, kanapki z pomidorkiem i szczypiorkiem i dżem domowej roboty… mniam! — stwierdziłam, nalewając sobie mleko z garnuszka stojącego na kuchni.
— Skąd wiesz? — zdziwiła się babcia.
— Lalka ma menu rozmazane na twarzy — skinęłam głową w stronę siostry, siadając na wolnym krześle.
To była prawda. Nie trzeba było być Einsteinem żeby odgadnąć, co Eulalka zjadła przed chwilą, nadal bowiem miała żółtko na policzku, szczypiorek między zębami i dżem na nosie.
— Wiesz Lalka, — odezwała się Miśka — jak tak na ciebie patrzę to muszę stwierdzić, że nawet świnie w chlewiku babci nie świnią się tak jak ty. Jak tam będziesz, to sobie na nie popatrz, mogłabyś się od nich wiele nauczyć.
W odpowiedzi Lalka pokazała Miśce język — nie był to widok zbyt miły, bo miała na nim resztki obślinionego chleba.
— Błe… weź się ogarnij, niektórzy tu jedzą! — zwróciłam jej uwagę.
— Dziewczynki, posłuchajcie mnie przez chwilę — odezwała się babcia Stefcia. — Jak skończycie śniadanie nakarmcie kury, ziarno jest w komórce przy kurniku. Potem trzeba odprowadzić krowy na pastwisko, wyprowadzić kozy za oborę i wyczesać konia. Około dziesiątej zebrałybyście jajka. Koty i psy już nakarmione. Ja muszę iść trochę popielić, a dziadek pojechał już z wujem na pole. Jakbyście czegoś potrzebowały, to ciocia Iza jest u siebie. Zupę macie w garnku w lodówce. Jak przyjadą chłopcy, to pomóżcie im się rozlokować. No, to dajcie po buziaku i idę. Bądźcie grzeczne! — ostrzegła jeszcze, nim zniknęła w korytarzu prowadzącym do wyjścia.
Wszystkie, jak na „trzy-cztery” odetchnęłyśmy z ulgą. Bo przecież wiadomo, że najlepsza zabawa jest na wolności. Tak, to jeszcze jeden z plusów wakacji na wsi. W ciągu dnia wszyscy dorośli są tu bardzo zajęci — lato to czas żniw i zbiorów, a jednocześnie jedyny okres, kiedy zwierzęta gospodarskie mogą najeść się prawdziwej trawki. Trzeba jeszcze doglądać sadu, pielić grządki… słowem, nie ma chwili wytchnienia. Oczywiście dla dorosłych. A to oznacza… całkowitą wolność dla dzieci! W mieście zawsze jesteśmy pod kontrolą, nie wolno nam nawet zostać samym w domu. A na wsi robimy co chcemy przez cały dzień! A nawet i wieczorem, bo pora spania wybija dla nas dopiero o 22.00. Do tego czasu — hulaj dusza! Korzystamy z wolności. I to właśnie jest super. Najfajniej jest wtedy, kiedy jest nas tu cała gromada: ja, moje siostry, nasi najbliżsi bracia cioteczni: Mati, Misiek, i Lolek, a także Arek, Robert, Franek, Dominik, Jasiek, Kasia, Bianka, Mariola, Ania i Lenka — czyli dzieci sióstr cioci Izy. Wtedy dopiero zaczyna się prawdziwa zabawa, aż do ciemnej nocy. Noc jest chyba najlepszą porą do zabawy, bo wtedy wszystko wydaje się takie strrraszne. A kto nie lubi się bać, prawda? Obok domu dziadków stoi stary, rozlatujący się, drewniany domek. W tym domku mieszkał kiedyś dziadek dziadka Zenka, no i jego tata oczywiście, zanim jeszcze ożenił się z mamą dziadka i pobudował obok. Kiedyś ten domek z pewnością był bardzo ładny i przytulny. Dziś raczej wywołuje gęsią skórkę i to nawet w ciągu dnia, a co dopiero w nocy! Dlatego właśnie naszą ulubioną zabawą jest Ścieżka Strachu, to taki test na odwagę. Wyznaczamy sobie wtedy trasę wokół gospodarstwa, całkowicie po ciemku, którą wydłużamy z każdym następnym etapem zabawy. Chodzi o to, żeby przejść ją bez słowa. Ani razu się nie odezwać, nie uciec, ani się nie zgubić — a uwierzcie mi, nie jest to wcale takie proste. Każdy idzie sam. Kiedy jedna osoba pokona trasę, wyrusza następna. To trochę jak podchody. Jak już wszyscy przejdą pierwszy etap — na przykład przejdą całe podwórko i okrążą oborę — trasę się wydłuża i tak kolejnym zadaniem jest przejście przez podwórko, okrążenie obory, wejścia do chlewika, a następnie przejścia za stajnię i powrót na ganek. Ostatnim etapem zabawy jest przejście całej trasy i wejście do tego strasznego domku. Kto wejdzie do niego dalej, ten jest najodważniejszy. A nie da się tam wejść bez ciarek na plecach, mówię Wam! Pewnie właśnie dlatego to nasza ulubiona zabawa. Pomyślałam sobie, że jak przyjadą chłopaki, będzie można się w nią pobawić wieczorem, bo we trzy to trochę nudno. Zwłaszcza, że jak jesteśmy same, to Lalka zaraz się maże i psuje nam całą zabawę. A jak jest nas więcej, to ona trochę wstydzi się beczeć i nawet próbuje z nami grać. Chociaż przeważnie odpada na drugim etapie. Nie mogłam doczekać się przyjazdu chłopaków.
Karmimy kury
Kiedy dokończyłam jeść śniadanie, wszystkie trzy wyszłyśmy na podwórko. Od razu obstąpiły nas psy: Grizzly, Mopik i Foka, domagając się głaskania. Pomiziałyśmy je trochę i ruszyłyśmy do komórki przy kurniku. W komórce rzeczywiście stał wielki wór ziarna. Chciałyśmy go przeciągnąć do kurnika. Ja pchałam z całych sił, a Miśka z Lalką tak go ciągnęły, że aż zrobiły się czerwone na twarzach, ale mimo naszych wzmożonych wysiłków wór ani drgnął. Zdawałoby się, że zamiast ziarna, jest pełen kamieni.
— To na nic — stwierdziła Miśka. — Nigdy w życiu nie uda nam się go ruszyć. Stoi jakby go ktoś przykleił do podłogi.
— Albo przyspawał — dodałam.
— Przez jakiego pawia? — spytała Lalka.
— Pawia? — spojrzałam na nią nic nie rozumiejąc.
— No, powiedziałaś przecież, że to przez pawia — odrzekła mi siostra, przesadnie gestykulując rękami.
— Brawo, Jasiu — z zażenowaniem zasłoniłam ręką oczy. — Przez pawia… Z tego, co pamiętam, to pawia zostawiłaś u nas na podłodze w wigilię, bo się obżarłaś jak świnia.
— Świń w to nie mieszaj! — zaoponowała Miśka. — One nic ci nie zrobiły. Lalka, ty to się lepiej nie odzywaj. A ty Mati lepiej pomyśl, co zrobić, żeby nakarmić te nieszczęsne kury.
— Hmm… cóż… — zamyśliłam się. — Jak góra nie chce do Mahometa, to Mahomet musi do góry.
— Mogłabyś jaśniej?
— Zaczekajcie tutaj — powiedziałam i wyszłam z komórki, zostawiając otwarte drzwi.
Przeszłam do mieszczącego się tuż obok kurnika i otworzyłam do niego drzwiczki. Kury zareagowały na mnie ożywionym gdakaniem, ale tylko kilka zeskoczyło ze swojej grzędy. Na paru innych moje nadejście nie zrobiło żadnego wrażenia.
— No dobra, dziewczyny — przemówiłam do nich, — ruszcie się, stołówka otwarta.
Weszłam do środka kurnika i zaczęłam machać rękami, żeby wygonić ptaki na zewnątrz. Szybko mi się to udało, z czego byłam bardzo dumna. Kiedy kury były już na podwórku, wróciłam do komórki, sięgnęłam do worka po ziarno i dwie duże garści sypnęłam im na ziemię.
— Tyle wam wystarczy? — spytałam.
Jednak kurom chyba nie wystarczyło, ponieważ tylko dwie zabrały się ochoczo do wydziobywania ziarenek z ziemi. Cała reszta zaś niespodziewanie rzuciła się… w naszym kierunku! Zaczęłam krzyczeć, podobnie jak Miśka i Lalka, bo kury pojawiły się wszędzie! Wsadzały nam skrzydła do oczu, zrzucały pióra na głowy, machały dziobami przed oczami, piętrzyły się jedna na drugiej! Najpierw myślałyśmy, że dostały wścieklizny i chcą nam zrobić krzywdę! Z resztą prawie im się udało, bo parę razy dosięgnęły nas ich pazury, ale szybko się okazało, że to nie my byłyśmy celem ataku, a worek z ziarnem, który ptaki tłumnie obsiadły i zabrały się do konsumpcji. Nie do końca taki był mój plan, ale nawet mi się to spodobało — w ten sposób też się przecież najedzą, prawda? Problem zaczął się wtedy, kiedy po upływie piętnastu minut z worka ubyła spora część ziarna, a kury wcale nie zamierzały zaprzestać jedzenia.
— Ty, Mati… — odezwała się do mnie Miśka niepewnie. — One czasem nie pękną?..
— Nie wiem… — odparłam nie mniej niepewnie.
— A masz jakiś pomysł na odgonienie ich od worka?
— E-e — zaprzeczyłam.
— Dziewczyny, ja nie chcę żeby kury popękały — Lalka zrobiła buzię w podkówkę, bliska płaczu. — Ja lubię kury. I jajka lubię… a babcia będzie na nas… złaaaa!!!! — w tym momencie rozbeczała się na dobre.
Kury jakby na chwilę znieruchomiały, spojrzawszy zdziwione na moją ryczącą siostrę, ale już po chwili wróciły do przerwanej czynności.
— Nie becz Lalka, bo nawet kury się z ciebie śmieją. Trzeba je jakoś odgonić od tego worka — stwierdziłam. — Tylko jak?
Miśka postanowiła natychmiast przejść do akcji.
— Sio, kury! — zaczęła krzyczeć i machać rękami. Jednak ptaki pogdakały tylko trochę, ale ani trochę nie odsunęły się od worka — To na nic — załamała ręce po którymś razie. — One muszą pęknąć i koniec.
Wtedy ja złapałam miotłę, która stała pod ścianą i zaczęłam przeganiać nią kury. Kilka z nich rzeczywiście uciekło, ale reszta jak się przyssała do worka, tak odessać się nie mogła. A ziarna ubywało i ubywało…
— To żeś zrobiła, Mati, naprawdę… Mahomet ja się patrzy. Cokolwiek to znaczy — gderała Michalina.
— A może zawołać psy? — podsunęła Lalka.
To nie był taki głupi pomysł. Psy były łagodne, ale kury i tak przeważnie przed nimi uciekały. Zawołałyśmy więc Grizzyly’ego, Mopika i Foczkę. Przybiegły, wesoło merdając ogonami. Kury na ich widok podniosły wrzask, wypełniając pomieszczenie głośnym gdakaniem i trzepotem skrzydeł. To z kolei zdenerwowało psiaki, które — zdezorientowane — zaczęły szczekać. Ich szczekanie wywołało wśród kur popłoch, zaczęły więc rozpierzchać się we wszystkie strony. A psy zaczęły skakać w ich kierunku. Poczułam się nieswojo. Nie byłam już teraz taka pewna czy nie skończy się to czasem hurtową ilością rosołu na zimno, ale wtedy kury, jedna przez drugą, zaczęły uciekać z komórki i rozbiegać się po podwórku. Psy pomogły nam rozgonić te, które zostały, ratując resztkę ziarna przed pożarciem. Kryzys minął.
— Ty, Mati… — usłyszałam po chwili głos Miśki — wyjaśnij mi jedno. Skoro twój pomysł polegał na tym, żeby wysypać kurom ziarno na ziemię, to dlaczego nie zrobiłaś tego nim wypuściłaś je z kurnika? Wyszłoby na to samo, a nie byłybyśmy takie podrapane.
No, cóż… W duchu musiałam przyznać, że miała rację. Ale przecież nie przyznałabym tego na głos!
Krowy na wypasie
— Ty to zawsze taka mądra po fakcie jesteś, Michalina! Następnym razem sama wszystko ogarniaj. Możesz się jeszcze wykazać, krowy trzeba odprowadzić na pastwisko.
Podeszłyśmy pod drzwi obory, a wtedy pojawiła się w nich Lalka, z miną bardzo ważną, jakby przed chwilą przeprowadziła wywiad środowiskowy.
— Krówki są przyczepione obok obory, na łańcuchach. Tylko o jednej dziadek zapomniał. Stała, biedna, w zamkniętym boksie, to ją wypuściłam. Już idzie — poinformowała nas.
Za plecami Lalki dostrzegłyśmy czarno-biały kształt. Krówka, o której mówiła moja siostra, była jakaś taka duża… Szła środkiem obory ze spuszczoną głową, a im była bliżej wyjścia, tym bardziej przyspieszała kroku. Patrzyła przy tym na Eulalkę takim złym wzrokiem, zupełnie do krowy niepasującym. Coś tu było nie tak…
— Lalka… — powiedziałam cicho, z narastającym przerażeniem — ty… wypuściłaś… byka! — krzyknęłam i razem z Miśką rzuciłyśmy się do siostry.
Miśka odciągnęła Lalkę z wejścia, a ja zaczęłam mocować się z drzwiami do obory. Kiedy Lalka zorientowała się w sytuacji, razem z Michaliną pomogły mi zamknąć drugie skrzydło drzwi. Zrobiłyśmy to w ostatnim momencie, bo byk był już tuż za nimi. Gdy zobaczył, że znów jest zamknięty, strasznie się wkurzył i jeszcze przez chwilę uderzał rogami w drzwi, próbując utorować sobie wyjście. Bałam się, że w końcu je wyważy, a wtedy miałybyśmy przerąbane. Na szczęście byk w końcu odpuścił i nastał znów spokój. Pewnie, przyzwyczajony do zamknięcia, uznał ostatecznie, że mu się przywidziało to wyjście. Chwilowo miałyśmy go z głowy, ale i tak wisiała nad nami wizja tłumaczenia się potem wujkowi lub dziadkowi, dlaczego nie można otworzyć drzwi do obory. Ups…
Co by się nie działo, krowy same na pastwisko się nie odprowadzą, ruszyłyśmy więc za oborę, by je odpiąć i pognać w odpowiednim kierunku. Krowy chyba ucieszyły na nasz widok, bo podeszły do nas, dzwoniąc dzwoneczkami na szyjach. Było ich osiem, więc ja i Miśka miałyśmy poganiać po trzy, a Lalce zostawiłyśmy dwie, licząc po cichu, że tym razem obejdzie się bez ofiar w ludziach i zwierzętach. Prowadzenie krów to nie było przecież jakieś trudne zajęcie. Chociaż jak sobie przypomnę historię, kiedy to dwa lata temu, będąc po raz pierwszy na wsi, Lalka próbowała wydoić krowę pompując ją za ogon, zupełnie tak jak podwórkową pompę, to stwierdzam, że swoją wyobraźnią nie jestem w stanie objąć wyobraźni siostry.
Ja i Miśka ustawiłyśmy się po bokach, ograniczając sobą kolumnę krów. Lalka miała ubezpieczać od tyłu, żeby przypadkiem nie zostać zdeptana. Ruszyłyśmy. Łąka była niedaleko, więc wycieczka zajęła nam dziesięć minut. Gdy byłyśmy już blisko, krowy na widok pastwiska majaczącego w oddali, wyraźnie przyspieszyły kroku. Kiedy weszły na trawę, pozostało już tylko wbić w ziemię szpikulce umiejscowione na końcach ich łańcuchów. Zabrałyśmy się do pracy. Kiedy wbijałam trzeci kołek, usłyszałam głos Lalki:
— Patrzcie jakie śmieszne kamyki! Jak talerze!
I Zaraz potem głos Miśki:
— Lalka, rzuć to!!!
Nie musiałam się nawet odwracać, by domyślić się, co się stało.
— Wzięłaś do ręki krowią kupę!!! — to był krzyk Miśki.
A po nim nastąpiło wycie Lalki. Wtedy podniosłam się z kucek i się odwróciłam. Lalka zdążyła już wyrzucić z rąk krowi placek, ale jego pozostałości nadal widniały na jej ubrudzonych dłoniach. Nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać.
— Lalka, słowo daję, ja cię uwiążę na łańcuchu w oborze obok tego byka… — syknęłam, doskakując do niej, po czym złapałam ją za kołnierz i odprowadziłam do domu, gdzie w łazience pomogłam jej domyć ręce. Coś obrzydliwego.
Z przygodami, ale krowy zostały odprowadzone. Miałyśmy jeszcze wyprowadzić kozy i wyczesać konia. Wzięcie ze sobą Lalki niosło ryzyko, że w gospodarstwie zostaną nam najwyżej kozy z nosa, a koń dziwnym trafem wyłysieje, pozbawiony swojej pięknej grzywy. Nie mogłyśmy tego ryzykować. Zaprowadziłam ją więc do cioci Izy i Stasia, błagając by się nią chwilę zajęli. Streściłam przy tym przygodę z bykiem i krowim plackiem, dzięki czemu ciocia ochoczo przystała na pomysł zaopiekowania się Eulalią i obiecała, że zadzwoni do wujka, by podjechał na chwilę do domu, odprowadzić byka na swoje miejsce. Zostawiłam Lalkę i ruszyłam na podwórko, do kóz.
Opos w kapeluszu
Z kozami to jest taka sprawa, że niby są mniejsze od krów, ale o wiele więcej z nimi roboty. Może dlatego, że krowy są mądrzejsze i same wiedzą, gdzie mają iść, a może dlatego, że — odróżnieniu od kóz — krowy nie fikają koziołków. Kóz nie można tak po prostu wypuścić na dwór, no, chyba że marzy wam się zabawa w berka na dystansie Poznań — Warszawa. Kiedyś popełniłyśmy ten błąd, więc wiem o czym mówię. Koza nie będzie grzecznie stać i czekać aż jej towarzyszki dołączą do niej na trawkę. Koza zacznie brykać, skakać i uciekać, zjadając po drodze pół gospodarstwa. A pół gospodarstwa bardzo dużo kosztuje, więc lepiej po prostu zabrać się do tego inaczej. Najpierw wchodzi się do zagrody, odpina sznurek wiszący na ścianie, przy drzwiczkach i zaczepia kozie za obrożę. Tylko się nie śmiejcie, kozy naprawdę mają na szyi obrożę, a te sznurki to nic innego, jak taka smycz dla rogaczy. Kiedy już się ją podepnie kozie do obroży, można ją wyprowadzić z zagrody, zupełnie jak psa. Kozy wyprowadzamy dwójkami, to znaczy muszą przypadać dwie kozy na jednego człowieka. I w żadnym wypadku nie można smyczy wypuścić z rąk, nawet jeśli koza szarpie i wierzga. Bo jak się wypuści, to potem trudno ją dogonić. Wyprowadza się „swoje” dwie kozy na trawę za oborą, odnajduje wbity w ziemię kołek, wyciąga go i znów wbija, z tym że wsadzając pod niego pętlę zawiązaną na końcu sznurka. Po tej operacji trzeba wrócić do zagrody po kolejne dwie kozy. Jako że ja i Miśka byłyśmy dwie i każda mogła wyprowadzić na raz po dwie kozy, Michalina musiała zrobić z nimi dwie rundki, a ja trzy. Kiedy wyprowadzałam ostatnie dwie zobaczyłam, że wśród przetransportowanych kóz stoi Antek i gada z Miśką. Antek to syn sąsiadów, ma 13 lat i jest fantastyczny! Potrafi sam prowadzić traktor, jest taki silny, że bez niczyjej pomocy przerzuca snopki, zna się na grzybach, jeździ konno na oklep i nie boi się nawet byka! Nasi wszyscy kuzyni mogą się przy nim schować. A teraz wyglądało na to, że przyszedł specjalnie do nas.
— Cześć Mati! — pomachał do mnie z daleka. — Pomagałem ojcu w polu, ale jak przyszedł wasz wujo i powiedział, żeście u niego, rzuciłem wszystko i żem przybiegł się przywitać. Nudno tu bez was było. I jagody wam przyniosłem — wyciągnął w moją stronę wielki słój z granatową zawartością — Byli my wczoraj z matulą w lesie i nazbierali.
Szybko wprowadziłam kozy na trawę i przytwierdziłam sznurek do podłoża, by móc przywitać się z Antkiem.
— Siema! — również machnęłam mu ręką, czerwieniąc się po końcówki włosów. — Miło, że wpadłeś. Właśnie ogarniamy dla babki gospodarstwo. Zostało nam tylko wyczesanie konia i jajka.
— Była z nami Lalka, ale wiesz, z nią to tylko same problemy. Byka omal z obory nie wypuściła i wzięła do ręki krowi placek, błeee! Wyobrażasz to sobie? — zaczęła trajkotać Michalina, skupiając całą uwagę Antka na sobie.
To niespecjalnie mi się spodobało. Antek ma przecież 13 lat, dlaczego miałby słuchać paplania jakiejś tam niespełna dziewięciolatki? Przecież wiadomo, że ja — niemal już jedenastoletnia — jestem dla niego lepszym partnerem do rozmowy! Niestety, wyglądało na to, że Michalina Mądralińska rozgadała się na dobre. Musiałam jakoś odwrócić uwagę Antka, tylko jak? Zrobić na nim bombowe wrażenie… Głowiłam się i głowiłam i wtem mój wzrok padł na dziką jabłonkę, która rosła tuż obok, na kozim pastwisku. Jabłonka ta była w ogóle niezbyt wyrośnięta, a do tego miała jedną bardzo nisko zawieszoną gałąź, wprost stworzoną do tego, by się na niej powiesić, jak na drabinkach. Oficjalnie już się na nich nie bawię bo wiecie, wiek zobowiązuje, ale nieoficjalnie, jak nikt nie widzi, czasami nadal fikam na nich koziołki i muszę nieskromnie przyznać, że jestem w tym świetna. Niewiele więc myśląc wskoczyłam na gałąź i zawisłam na niej do góry nogami.
— Hej, patrzcie, jestem oposem! — zawołałam przy tym.
Efekt osiągnęłam, bo zarówno Miśka jak i Antek na mnie spojrzeli. Nie przewidziałam dwóch rzeczy. A właściwie jednej: prawa grawitacji. Ono zaś sprawiło, że sukienka opadła mi na oczy, a słomkowy kapelusz, który miałam na głowie, niczym jesienny liść opadł na ziemię.
— Mati, czy ty jesteś normalna? — zaczęła swoje zwyczajowe reprymendy Miśka. — Dlaczego świecisz majtkami? To trochę nie na miejscu, nie uważasz? Poza tym kapelusz ci się utytła w trawie.
Kiedy Miśka ględziła, a ja gorączkowo zastanawiałam się jak z tego wszystkiego wyjść z twarzą, podeszła do nas jedna z kóz i jak gdyby nigdy nic zaczęła zjadać…
— Mój kapelusz! — wrzasnęłam przerażona. — Koza zjada mój kapelusz!
Wtedy dla odmiany wszyscy spojrzeli na kozę. W tym samym momencie usłyszałam jakiś cichy trzask, a po nim drugi, głośniejszy i w jednej chwili runęłam jak długa na ziemię, nabijając sobie dwa guzy. Jeden, spadając na kozę, która wtranżalała moje nakrycie głowy, a drugi, oberwawszy gałęzią, na której chwilę wcześniej wisiałam, a która teraz złamała się z trzaskiem.
— Chyba powinnaś się odchudzić — powiedziała moja siostra.
Tak, to właśnie powiedziała. Nie spytała: „Ej, Mati, nic ci się nie stało?”, ani też: „Bardzo cię boli?” lub „Może zawołać ciocię?”. Nie, moja urocza siostra Michalina stwierdziła, że jestem gruba i to dlatego gałąź się złamała. I że powinnam się ODCHUDZAĆ! I śmiała to powiedzieć przy Antku! Zaczęłam już knuć okrutną zemstę.
Na szczęście Antek okazał się bardziej cywilizowany od Miśki. Podszedł do mnie i podał mi rękę.
— Nic ci nie jest? — spytał przy tym. — To drzewo jest bardzo stare. Trzeba się było spytać, czy można się na nim wieszać, to bym ci powiedział. Bardzo boli?
— Nie, no co ty! — postanowiłam robić dobrą minę do złej gry. Wstałam i otrzepałam się.
— O rany, patrzcie, koza… — usłyszeliśmy jęk Miśki.
Spojrzeliśmy. Koza, która pożarła mi kapelusz, leżała na ziemi. Nie ruszała się, a resztki kapelusza wystawały jej z pyska.
— Nie żyje? Czy ona nie żyje? — histeryzowała moja siostra. — Boże, Mati, jesteś taka gruba, że swoją tuszą uśmierciłaś kozę!
Antek nie powiedział już ani słowa, tylko ukląkł przy kozie i przystawił jej ucho do klatki piersiowej. Następnie, otworzył jej pysk, wyjął z niego resztki kapelusza i odchylił jej głowę do tyłu. Zajrzał kozie w oczy, objął dłońmi jej pysk, przytknął swoje usta do jej nosa i zaczął wdmuchiwać w niego powietrze. Miałam w związku z tym mieszane uczucia. Z jednej strony bardzo chciałam żeby koza babci Stefci ożyła i jak patrzyłam na akcję reanimacyjną Antka mój podziw dla niego jeszcze wzrósł, z drugiej jednak strony, niezależnie od szlachetnych pobudek, widok Antoniego całującego się z kozą był… no cóż… obrzydliwy. Nie miałam jednak zbyt dużo czasu na zastanawianie się, gdyż już po chwili koza otworzyła oczy i zaraz potem dźwignęła się na nogi.
— Nie zdechła, tylko została ogłuszona — zakomunikował z uśmiechem nasz ratownik-bohater, podnosząc się z ziemi. — Swoją drogą ma nauczkę, żeby nie zjadać cudzych kapeluszy. Komu jagódkę?
Koń by się uśmiał!
Kamień spadł nam z serca, więc rzuciłyśmy się na jagody, jakbyśmy nie jadły od tygodnia. Kiedy we trójkę opróżniliśmy słój do samego dna, westchnęłam.
— Trzeba jeszcze wyczesać konia…
— Jak chcecie, mogę to za was zrobić. Raz dwa go wyczeszę i po kłopocie — Antek zgłosił się na ochotnika.
Nie mogłam na to pozwolić! Gotów jeszcze stwierdzić, że nie umiem wyczesać konia!
— No, coś ty! Damy radę! — przekonywałam go.
— A ja mu zrobię warkoczyk! — wyskoczyła ni z tego, ni z owego Miśka. — Zobaczysz, Antek, jakie piękne warkoczyki potrafię robić!
Poszliśmy więc do stajni. U babci Stefci stajnia to właściwie taki składzik na słomę i siano, bo koń jest tam tylko jeden, zajmuje więc niewiele miejsca. Jego boks stoi na samym końcu, tuż przy tylnym wyjściu na wybieg, zapewne po to, żeby zwierzak nie płoszył się kiedy dziadek z wujkiem przywożą nowe dostawy siana. Przeszliśmy przez długi korytarz, prosto do boksu Portosa. Portos to koń pociągowy, arlekin. Konia pociągowego można rozpoznać po tym, że jest bardziej przysadzisty od konia wyścigowego i mocniej umięśniony. A arlekin oznacza, że to taki koń w biało-czarne ciapki. My się zawsze śmiejemy, że u babci nawet koń wygląda jak krowa. Bo trochę tak jest. Tylko, że nie muczy.
Weszliśmy do boksu i przywitaliśmy się z Portosem. Zdjęłam z maty wiszącej na ścianie zgrzebło i zaczęłam czesać go po bokach. Na tę pieszczotę koń wyraźnie się uspokoił.
— Lubi to — stwierdziłam.
— Kto by nie lubił. Ja też lubię jak się mnie głaszcze — odrzekł Antek z uśmiechem.
Już miałam mu zaproponować, że w następnej kolejności po koniu mogę pogłaskać i jego, ale się powstrzymałam. Jeszcze by sobie coś o mnie pomyślał.
Po zakończeniu czesania zgrzebłem, wzięłam do ręki grzebień do grzywy. Podeszłam do konia i najpierw pogłaskałam go po pysku. Ta operacja wymagała więcej ostrożności, bo łatwo konia pociągnąć za włosy, a wtedy może zareagować agresywnie. Zaczęłam delikatnie rozczesywać włosy Portosa. Stał wyjątkowo grzecznie. Nie minęło 5 minut, a pod ręką czułam, że jest już dobrze rozczesany.
— To teraz ja zrobię mu warkoczyk! — doskoczyła do niego Miśka i od razu zabrała się do roboty.
Wzięła do rąk trzy pasma z grzywy i zaczęła przeplatać jedno przez drugie. Muszę przyznać, że warkoczyk wyszedł jej bardzo ładny, tylko że wyróżniał się na tle pozostałych włosów konia. Przyjrzałam się mu bliżej i zamarłam.
— Miśka, dlaczego zrobiłaś Portosa na Twilight Sparkle? — spytałam zdębiała.
— O co ci chodzi? — moja siostra wyglądała na niczego nie świadomą.
— Zrobiłaś mu fioletowy warkocz. Tylko jak? I po co? — zasypałam ją gradem pytań.
To fakt. Portos na tle białych włosów zapleciony miał warkoczyk w kolorze gencjany. Miśka wyglądała na nie mniej zaszokowaną niż ja.
— Ale ja… ale ja nie… Ja nie… — jąkała się.
A jeśli nie ona zafarbowała grzywę konia, to kto? Byłyśmy coraz bardziej zdezorientowane. Zagadkę rozwiązał Antek.
— Miśka, pokaż ręce — zażądał.
Moja siostra wyciągnęła ku niemu dłonie.
— Ale nie tak. Pod spodem! — wyjaśnił.
Miśka odwróciła dłonie do góry i… wszystko stało się jasne.
— Masz ręce fioletowe po jagodach! — wykrzyknęłam. — To nimi upaprałaś mu grzywę! Co my teraz babci powiemy?
— Powiemy, że teraz taka moda — Miśka udawała, że nie traci rezonu, ale minę miała nietęgą.
Na paluszkach wyszliśmy ze stajni.
— Wiesz, Mati — wyznała moja siostra, kiedy byliśmy z powrotem na podwórku — wcale nie jesteśmy lepsze od Lalki. Ty nakarmiłaś kozę kapeluszem, a potem omal jej nie zabiłaś, a ja zafarbowałam Portosowi grzywę. A z Lalki się śmiałyśmy, że byka wypuściła.
— I wzięła do rąk krowi placek! — przypomniałam.
— I co z tego? A ty miałaś przy twarzy kozi zadek!
— Wcale nie miałam! — obruszyłam się natychmiast na tę podłość. — Spadłam przecież na głowę kozy, a nie na jej pupę!
— Nieważne — machnęła ręką Michalina. — Chodzi mi o to, że powinnyśmy pójść po Lalkę i wziąć ją ze sobą na dwór. Co ma się kisić ze Stasiem w domu? Jeszcze nam się cofnie w rozwoju.
— Jeszcze bardziej? — zrobiłam niepewną minę. — W sumie możemy po nią iść — wzruszyłam ramionami.
Lepsze to, niż zrobić z Lalki niemowlaka.
Szukamy jajek i ruszamy na pole
Ciocia Iza przyjęła z westchnieniem ulgi informację, że zabieramy ze sobą Eulalię. My zaś wyszliśmy przed dom, zabierając po drodze z kuchni duży, wiklinowy kosz. Zostały nam jeszcze tylko jajka, a właściwie ich zebranie. Sprawa niby prosta, ale głupi jest ten, kto myśli, że wystarczy pójść do kurnika i zebrać kopę jaj. Gdyby kury chciały znosić jajka w kurniku, to by była minuta roboty. Jednak kury nie są takie. Kury uważają, że znoszenie jaj w kurniku to zabawa dla mięczaków. One składają jaja tam… gdzie chcą. Czyli właściwie wszędzie: w oborze, stajni, chlewiku, w komórce pod schodami, w zagrodzie kóz i gdzie im jeszcze przyjdzie ochota. Dlatego właśnie zbieranie jajek jest jak zabawa w ciepło — zimno. Łatwiej jest wtedy, kiedy akurat w danym momencie kokoszka zniesie jajko. Wtedy wydziera się w niebogłosy, łatwo więc ją namierzyć. Gorzej, jeśli kury zniosły jajka wcześniej, wtedy szukaj wiatru w polu! I to właśnie było zadanie dla nas. Poszukiwania zaczęliśmy od kurnika. Przy samym wejściu natknęłam się na piękne, białe jajo.
— Mam jajko! — krzyknęła Miśka z drugiego końca kurnika.
— Ja też! — odpowiedział Antek ze swojego kąta.
— A ja mam kurę! — usłyszałam głos Lalki.
Odwróciłam się. Moja siostra stała oparta plecami o grzędę, ściskając w objęciach rudego ptaka. Musiała ściskać go mocno, bo kura dostała wytrzeszczu. A może to ze strachu?…
— Lalka, weź się ogarnij, bo cię przywiążę do byczego ogona! Zostaw w spokoju to biedne zwierzę! Ty miałaś SZUKAĆ jajek, a nie WYCISKAĆ je z kury!
Lalka z obrażoną miną zwróciła kurze wolność, ale nie ruszyła się z miejsca żeby pomóc nam w poszukiwaniach. Machnęłam na nią ręką. Lepiej niech stoi sobie w kącie, niż miałaby nam tutaj urządzić live cooking ze smażeniem jajecznicy bez ognia.
W sumie w kurniku znaleźliśmy sześć jajek. Wyruszyliśmy szukać dalej. Na podwórku się rozdzieliliśmy. Antek poszedł poszukać w stodole, Miśka wlazła pod schody, a ja — z Lalką za rękę — ruszyłam do zagrody małej trzody.
Ostatecznie Antek znalazł siedem jaj, ja cztery, a Miśka trzy. Niezły połów! To był koniec naszych zadań gospodarskich na to przedpołudnie.
— Co robimy? — spytała Miśka, kiedy odnieśliśmy już jajka do kuchni i wyszliśmy z powrotem na podwórko.
— Skąd mam wiedzieć? — odburknęłam, patrząc na pozostałych niezbyt rozgarniętym wyrazem twarzy. — Dopiero po dziesiątej, a chłopaki mają przyjechać po południu.
— Chodźcie na pole — zaproponował Antek. — I tak powinienem już wracać, żeby ojcu pomóc, mogłybyście mi towarzyszyć. Może i wy na coś byście się przydały.
Z braku innych rozwiązań, przyjęłyśmy propozycję. W sumie na polu było fajnie. Można było bawić się w berka lub chowanego, urządzać bazę, albo po prostu schować się przed światem, położyć między kłosami i urządzić pogaduchy. Lubiliśmy się tam bawić nie tylko w czasie żniw. Chociaż poza nimi zabawy te były nielegalne i ostro karane przez dorosłych, jeśli któryś przyłapał nas w zbożu. I pewnie właśnie ten ostatni fakt dodawał smaku naszym wyprawom w pole. Tym razem jednak nie trzeba było się przed nikim chować. Na polu praca wrzała i każda para rąk do pomocy była na wagę złota. Nawet takich małych, jak nasze. Ruszyliśmy więc, nie czekając dłużej, świadomi, że od poletka, na którym dzisiaj pracowali rodzice Antka, dzielą nas prawie 2 kilometry.
Wielki wróbel
Droga na pole też była fajna. Trzy gospodarstwa dalej spotkaliśmy Jadwiśkę, córkę sąsiadów, która ochoczo się do nas przyłączyła, więc od razu zrobiło się weselej. Trochę dalej było jeszcze zabawniej, ponieważ Lalka wpadła do przydrożnego rowu, na dnie którego — prócz niewielkiej ilości wody — była znaczna ilość paskudnego błota, w skutek czego nasza najmłodsza siostra w ciągu kilku sekund zmieniła kolor skóry, upodabniając się do chłopaków z Zanzibaru. Na szczęście nie przejęła się tym specjalnie, mówiąc, że i tak niedługo będziemy mijać jezioro, to się w nim umyje.
— A poza tym błoto jest dobre na skórę — przekonywała nas. — Wiem, bo kiedyś przed bajką oglądałam taki program i tam takie panie kąpały się w błocie, żeby być piękne.
— Lalka, powiedzmy sobie szczerze: w twoim przypadku się nie sprawdziło — wyjaśniła jej, jak zawsze rezolutna Miśka.
— Powinnyście jej bardziej pilnować — zasugerowała Jadwiśka, jakbyśmy kiedykolwiek nie pilnowały siostry.
— Przecież jej pilnujemy — odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
— Cóż, powiedzmy sobie szczerze: w tym przypadku się nie sprawdziło — odrzekła, powtarzając niemal identycznie słowa Miśki.
Ja myślę, że ta Jadwiśka to się za bardzo mądrzy. Sama ma piątkę rodzeństwa, owszem, ale jest wśród niego prawie najmłodsza. Ma tylko jednego młodszego brata i to zaledwie o rok, więc pewnie i tak nigdy się nim nie opiekowała. A teraz, kiedy Jacek ma już osiem lat, wcale nie potrzebuje siostrzanej opieki. Dlatego właśnie uważam, że niepotrzebnie się wtrąca.
— Ucisz się, Jadźka — zbeształam ją, wiedząc, że nie znosi tej formy zdrabniania jej imienia. — Specjalistka od opieki nad dziećmi się znalazła. A ciebie rodzeństwo dobrze pilnowało? Chyba nie za bardzo, w każdym razie jeśli chodzi o naukę nie wsadzania nosa w nie swoje sprawy.
— A swojego nosa w cudze dmuchawce można? Patrzcie, wyglądam jak ptaszek! — usłyszałam głos Lalki, która szła za nami.
Nie byłam pewna czy powinnam patrzeć, ale spojrzałam. Spojrzeliśmy wszyscy. I z naszych gardeł wydobył się zgodny chór żałosnych jęków.
Fakt, Lalka wyglądała trochę jak ptaszek. Jak bardzo chory ptaszek, na którego ktoś najechał ciężarówką. To nasze nie do końca rozgarnięte dziecko wytarzało się w dmuchawcach. Może efekt nie byłby tak piorunujący, gdyby nie to paskudne błoto pokrywające ciało Lalki, do którego te dmuchawce gęsto się przykleiły. W tej właśnie chwili postanowiłam, że jeśli kiedykolwiek sama zostanę mamą, moje dziecko nie będzie miało rodzeństwa. Nie chcę, by musiało dźwigać brzemię, jakie na co dzień dźwigam ja z Miśką. Niby prawdopodobieństwo pojawienia się na świecie drugiej Eulalii było niewielkie, ale genów nie oszukasz. A nuż któreś z następnych pokoleń odziedziczy intelekt po ciotce — Wielkim Wróblu? Zbyt duże ryzyko. Właśnie dlatego postanowiłam: jedno dziecko i koniec. Dla dobra ludzkości.
Po przeistoczeniu się w Rozjechanego Wróbla, Lalka n a p - r a w d ę potrzebowała prysznica. A do domu było już daleko. W tej sytuacji perspektywa jeziora, do którego się zbliżaliśmy, stała się naprawdę kusząca. Nie wyobrażałam sobie, byśmy mogli zawitać na pole rodziców Antka z Wielkim Wróblem. Podejrzewałam, że oni i bez tego uważali nas za dziwaczki.
— Mówiłam, że powinniście jej bardziej pilnować — prychnęła Jadwiśka. — U nas w domu to zawsze starsi się młodszymi zajmowali. I taki był ich obowiązek, a jak które nie dopilnowało, to matka…
— Tak to u nas na wsi, Jadwiśka — wtrącił Antek. — A u nich w mieście to inaczej. Dzieci dzieci nie pilnują. Tylko wszyscy mają opiekunkę.
— Serio? A Ty skąd wiesz? — zdziwiła się Jadźka.
— Chłopaki z miasta mi opowiadały. Tam każdy jeden ma opiekunkę.
— My nie miałyśmy nigdy żadnej opiekunki — nieśmiało zauważyłam.
Uwaga Antka mnie zdziwiła. Muszę zbadać, jak to jest z tymi opiekunkami. Lalka chyba myślała podobnie.
— Mati, a może rodzice nas nie kochają? — zadała pytanie, wbijając we mnie swoje wielkie ślepia.
Miśka z irytacją przewróciła oczami.
— Wielki Wróbel przemówił! Ranyyy, Lalka… Zlituj się. W tej sytuacji wyrażenie „ptasi móżdżek” nabiera nowego znaczenia. I jeszcze bardziej do ciebie pasuje. Oczywiście, że rodzice nas kochają. Dlatego właśnie nigdy nie miałyśmy opiekunki. Bo nie musiałyśmy. Jak byłyśmy małe, mama nie pracowała tylko się nami opiekowała, więc żadna opiekunka nie była potrzebna, tak? A teraz, jak jesteśmy duże — no, oprócz Lalki — to rodzice nam ufają, więc też żadnej niańki nam nie pchają na siłę. Opiekunki mają te dzieci, których rodzice nie mają dla nich czasu. Proste, nie?
Czy muszę przyznawać się do tego, jak bardzo irytuje mnie poczucie bycia głupszą od własnej młodszej siostry? A najgorsze jest to, że to poczucie łapie mnie coraz częściej. W mojej głowie pojawiła się nawet teoria, że Miśka nadrabia intelektualnie za Lalkę. Jakaś równowaga w przyrodzie musi być. Chociaż wolałabym, żebym to ja za nią nadrabiała. Po tym, co powiedziała, trudno byłoby nie przyznać jej racji. Nawet najmądrzejsza z całej wsi Jadźka wreszcie się uciszyła.
Schab czy krokiet?
W końcu, za kolejnym zakrętem drogi, zamajaczyło nam jezioro.
— Kto ostatni w wodzie, ten marchewka! — krzyknęła Jadwiśka i popędziła przed siebie.
Nie mogliśmy być gorsi. Również pobiegliśmy co tchu. Antek już po drodze pozbył się spodni i koszulki. Ależ on jest zwinny! Bez problemu prześcignął Jadwiśkę i wskoczył do wody jako pierwszy, rozchlapując ją na wszystkie strony. Jadwiśka, która — jak się okazało — pod sukienką miała kostium kąpielowy, zrzuciła ciuchy przy brzegu i wskoczyła za Antkiem. Ja i moje siostry nie byłyśmy tak dobrze przygotowane. Szybko się jednak przekonałam, że zarówno Miśce jak i Lalce zupełnie to nie przeszkadza. Michalina, gdy tylko dotarła na brzeg jeziora, zrzuciła spódnicę i w samych gaciach i koszulce wbiegła do wody, zaś Lalka — Wielki Wróbel słusznie uznała, że kwalifikuje się do prania razem z opakowaniem, bo nie zdejmując z siebie nic weszła do wody. Był to niezapomniany widok. Zaledwie się zanurzyła, pióra — dmuchawce odkleiły się od niej, tworząc wokół jej osoby obrzydliwą zupę. Po Wielkim Wróblu nie został ślad. Teraz wystarczyło jej tylko zmyć z siebie tę tonę błota.
— Niech będzie, że jestem marchewka! — krzyknęłam do pozostałych, spokojnie podchodząc do brzegu. — Nie mam kostiumu! Bez kostiumu do wody nie wchodzę!
— Oj tam, oj tam, zrzucaj ciuchy i wskakuj! — namawiała Jadwiśka. — Twoje siostry też nie mają kostiumów i jakoś im to nie przeszkadza!
Ona jest cwana, ta Jadźka. Specjalnie mnie namawiała, żeby potem móc się ze mnie śmiać, ale niedoczekanie! Już ja znam te jej gierki!