E-book
7.88
drukowana A5
21.53
Jedwabnik

Bezpłatny fragment - Jedwabnik


Objętość:
55 str.
ISBN:
978-83-8467-170-2
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 21.53

Prolog

Cisza w mieszkaniu podstropowym nie była zwyczajnym brakiem dźwięku. Miała swoją wagę, gęstość i specyficzny zapach — zapach starego papieru, uśpionych barwników i zstępującego z dachu upału.

Rozalia leżała na wznak na wąskim łóżku, a jej oddech ledwo poruszał lnianą koszulą. Wokoło niej, w półmroku pokoju, piętrzyły się bele materiałów. Zwoje jedwabiu, mięsiste aksamity i ciężkie kurtynowe żakardy chłonęły wilgoć sierpniowej nocy, milczące niczym zastyganie jakiegoś obcego organizmu.

Wtedy nastąpiło ukłucie.

Nie było gwałtowne. Nie przypominało użądlenia pszczoły ani ostrego ciosu igły krawieckiej, do których jej dłonie przywykły przez lata pracy. To było ciche, małe, niemal pieszczotliwe tchnienie ból w głębi prawego ucha. Jakby ktoś przesunął po błonie bębenkowej krawędzią suchego liścia.

Rozalia drgnęła przez sen, ale się nie obudziła.

W ciemności przewodu słuchowego mikroskopijne stworzenie, wypłoszone ze zrolowanej beli surowego jedwabiu, złożyło swój ostatni, śmiertelny aparat gębowy. Cienka jak włos kłujka przebiła delikatną tkankę. Do krwiobiegu nie wstrzyknęło jadu — stwór nie bronił swojego życia. Wprowadził płyn. Gęsty, przeźroczysty, odurzająco słodki enzym, który natychmiast połączył się z limfą i ruszył w stronę węzłów chłonnych.

Mały intruz zwinął swoje wiotkie nóżki i znieruchomiał na zawsze tuż przy błonie, stając się pierwszym punktem odniesienia. Zostawił po sobie tylko jedno: zmianę ciśnienia.

Gdy zegar na ścianie wybił trzecią rano, Rozalia po raz pierwszy przełknęła ślinę.

Jej smak się zmienił. Zniknął metaliczny posmak nocnego zmęczenia, a pojawiła się lepka, odurzająca gorycz — jakby ktoś rozpuścił na jej języku kroplę gęstego, dzikiego miodu pomieszanego z żółcią.

Dziewczyna otworzyła oczy. Pokój wydawał się ten sam, a jednak każdy kąt tętnił nową, plastyczną miękkością. W głowie, tuż za prawym skroniowym kościotworem, usłyszała cichy, rytmiczny szum.

To nie był hałas. To był dźwięk przędzy, która właśnie zaczynała się przewlekać.

Rozdział 1

Sierpniowe popołudnie w starej kamienicy przy ulicy Rycerskiej dusiło się własnym ciepłem. Powietrze stało w miejscu, ciężkie od zapachu rozgrzanego asfaltu, który przez otwarte okna wciskał się do środka, mieszając się z wonią stęchlizny, terpentyny i długo gromadzonego kurzu.

Rozalia nie otwierała okien szeroko od lat. Wolała półmrok, rozproszone światło sączące się przez zakurzone szyby i znoszone żaluzje, które filtrując palące słońce, nadawały wnętrzu barwę starego wosku. Mieszkanie na poddaszu miało niski, skośny sufit z widocznymi, poczerniałymi od czasu belkami stropowymi. Cała przestrzeń przypominała wnętrze skrzypiec albo wnętrze starego, zapomnianego magazynu krawieckiego. Wzdłuż ścian piętrzyły się wysokie do sufitu regały wypchane belami tkanin: ciężkimi, surowymi lnem, mięsistymi aksamitami, jedwabnymi taftami w odcieniach zgniłej zieleni i barwionej na miodowo bawełny.

Dla postronnego obserwatora był to zwykły bałagan zbieraczki. Dla Rozalii — cały jej wszechświat.

Siedziała przy niskim, masywnym stole roboczym, trzymając w palcach wygiętą igłę do tapicerki. Przed nią leżał fragment XIX-wiecznej kanapy z oberwanym bokiem, z którego wyłaziły poszarpania starej, końskiej szczeciny. Rozalia pracowała w ciszy, poruszając się z tą specyficzną, mechaniczną precyzją osoby, która zatraciła się w rutynie do tego stopnia, że jej ciało funkcjonowało niezależnie od rozumu. Miała trzydzieści dwa lata, choć z bliska, przy ostrym świetle lampy biurkowej, jej skóra wydawała się zaskakująco blada, niemal przezroczysta, jakby zapomniała, czym jest dotyk słońca. Ciemne włosy miała niedbale spięte w ciężki kok, z którego co chwila wyfruwały pojedyncze pasma, przylepiając się do wilgotnego od potu czoła.

W tym mieście nikt jej nie odwiedzał. Czasami przechodziła przez myśli właścicielowi kamienicy, kiedy zbliżał się termin czynszu, albo pani z warzywniaka na dole, u której kupowała wyłącznie wodę mineralną i cytryny. Rozalia nie potrzebowała ludzi. Ludzie byli szorstcy, nieprzewidywalni, pachnieli obcymi emocjami, potem i pośpiechem. Materiały były szczere. Tkanina miała swoją gęstość, wytrzymałość, poddawała się naciskowi albo pękała pod zbyt silnym szwem. Z materiałem można było dojść do porozumienia.

Około godziny siedemnastej dostawczak kurierski zatrzasnął drzwi na dole ulicy. Rozalia usłyszała ciężkie kroki na schodach — stary dom stękał pod każdym naciskiem buta. Po chwili w drzwiach jej pracowni zagrzechotała awizo-paczka, wetknięta pod próg.

Zeszła z krzesła, czując lekkie zesztywnienie w lędźwiach. Pociągnęła za szorstki karton. W środku, owinięta w kilka warstw pożółkłego pergaminu, spoczywała dostawa z likwidowanego magazynu teatralnego na południu kraju. Zamówiła to trzy tygodnie temu, kierując się ślepym impulsem: stary, surowy jedwab szantungowy, sprowadzony niegdyś z dalekiej Azji, zachowany w oryginalnych, nienaruszonych belach.

Kiedy rozcięła sznurek i odchyliła papier, w nozdrza uderzył ją zapach. Nie był to zapach stęchlizny, do której przywykła. Pachniało to starą żywicą, sfermentowanym pyłem i czymś jeszcze — cierpkim, obcym, niemal organicznym aromatem, który natychmiast wywołał u niej delikatny skurcz w żołądku.

— Dziwne… — szepnęła do pustego pokoju. Głos brzmiał płasko, jakby odbijał się od ścian i wracał stłumiony.

Ostrożnie rozwinęła pierwszą bele. W świetle popołudniowej lampy jedwab mienił się nieregularnymi, matowymi refleksami. W jego zagięciach, tam gdzie materiał był najbardziej ściśnięty, tkwiły drobne, ciemne grudki — jakby zaschnięte grudki ziemi lub drobiny kokonu, które jakimś cudem przetrwały dziesięciolecia w magazynowym chłodzie. Rozalia potarła je palcem. Były twarde, kruche, zupełnie obojętne w dotyku.

Nie przypuszczała, że wśród setek metrów tkaniny jedna z tych małych, martwych struktur wcale nie była martwa. Czekała tylko na ciepło ludzkiego domu, na zapach potu i bliskość oddechu.

Wieczorem burza wisiała w powietrzu. Ciśnienie spadało tak gwałtownie, że w uszach dzwoniło cichym, wysokim tonem. Rozalia skończyła pracę nad kanapą około jedenastej. Jej dłonie były zmęczone, a opuszki palców pokłute od igieł. Zjadła w milczeniu kromkę chleba z masłem i popiła letnią wodą, czując dziwny, pulsujący ciężar w skroniach.

Zmyła naczynia, zgasiła główne światło i położyła się na wąskim tapczanie pod skośnym dachem, nie zaciągając zasłon. Przez brudną szybę okna dachowego widać było skrawek granatowego, ciężkiego od chmur nieba.

Zasypianie przychodziło jej zazwyczaj trudno, ale tej nocy stało się coś innego. Zmęczenie spłynęło na nią nagle, ciężkie jak ołów, paraliżujące mięśnie krok po kroku. Opadła na poduszkę, a jej powiek natychmiast ogarnęła czernią.

W pokoju panowała absolutna cisza, zakłócana jedynie dalekim pomrukiem nadciągającej burzy.

Wtedy, spomiędzy zwojów rozpakowanego na stole azjatyckiego jedwabiu, coś poruszyło się w ciemności.

Było niezwykle lekkie, niemal bezcielesne. Mały kształt, wybudzony z dziesięcioletniego letargu przez ciepło ludzkiego ciała pulsujące w zamkniętej przestrzeni pokoju, uniósł się w powietrze na krótkich, zszarzałych od kurzu skrzydełkach. Nie leciało wysoko — sunęło nisko przy podłodze, kierując się ku ciemnemu zarysowi łóżka. Stworzenie nie szukało światła. Szukało ciepła i wilgoci. Szukało ucha.

Rozalia przez sen odwróciła głowę na prawy bok, odgarniając włosy z twarzy. Jej ucho — delikatna małżowina o cienkiej, alabastrowej skórze — pozostało odsłonięte.

Owad usiadł na krawędzi poduszki. Jego czułki drgnęły, rejestrując rytmiczne uderzenia pulsu tuż pod skórą. Poruszył się bezszelestnie, wślizgując się w ciepły, ciemny tunel przewodu słuchowego.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 21.53