E-book
6.83
drukowana A5
37.71
drukowana A5
kolorowa
61.78
Jedno oko na Maroko

Bezpłatny fragment - Jedno oko na Maroko

Objętość:
166 str.
ISBN:
978-83-8126-967-4
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 37.71
drukowana A5
kolorowa
za 61.78

Maroko i cesarskie miasta z Triadą

Od pierwszego, tygodniowego, a właściwie tylko sześciodniowego zimowego wyjazdu na tunezyjską wyspę Djerba, Afryka Północna nas zafascynowała, a potem uwiodła. Jeździliśmy jak opętani do Tunezji i Egiptu, wiosną, latem, jesienią i zimą. I za każdym razem trafialiśmy na lato, przynajmniej w naszym tego słowa rozumieniu. Pogoda i egzotyka, to chyba najważniejsze, co powodowało, że potrafiliśmy latać na południe trzy razy do roku. A konkretnie, to nasze wycieczki limitował tylko wymiar urlopu i stan bankowego konta. Egipt uważaliśmy już prawie za „drugi dom”, ale też w końcu ile można jeździć w to samo miejsce. Gdy zapragnęliśmy odmiany, w naszym życiu pojawiło się Maroko. Po latach izolacji, królestwo otworzyło się na turystykę, zniosło wizy dla Polaków, a na dodatek znacznie spadły ceny. No to pojechaliśmy, zobaczyliśmy i wróciliśmy cali, zdrowi i bardzo usatysfakcjonowani.

Odloty z pl.

Niemiłe dobrego początki albo jak to żartowano jeszcze za czasów „głębokiej komuny” — „Lataj Lotem będziesz potem”. Mamy rok pański 2004, a stare hasła jak ulał pasują na to, co się nam dzisiaj przydarzyło. My jesteśmy, prawie dwieście innych osób też, tylko samolotu nie ma. Coś się popsuło i „latadła” na razie nie będzie. Informacja po polsku, czyli żadna. Za to plotek pełno, a to, że koło mu urwało, a to pilot pijany itd. itp. Po trzech godzinach zamętu dali nam kanapki. Jak zaczęliśmy się w nie wgryzać, to zaraz się samolot znalazł i wtedy wszystko stało się strasznie pilne. Najpierw mogliśmy godzinami siedzieć i gadać o niczym, a teraz poganiają nas jak bydło prowadzone na rzeź. Coś w tym jest, bo plotka niosła, że na pewno w całości nie dolecimy, bo go „na sztukę” naprawili. Tak pewnie mówili ci, co na co dzień takie rzeczy w pracy robią. Tak czy siak, towarzystwo lekko zdenerwowane wsiadło na pokład. Co bardziej lękliwi sięgnęli po lekarstwa w „dużych kroplach” i lecimy, raz się żyje.

Kolejny raz jedziemy z Triadą, tym razem na program 7+7, czyli siedem dni zwiedzania i siedem dni wypoczynku. Były dwa warianty, najpierw zwiedzanie lub wypoczynek. Wiem co nas czeka, więc najpierw zwiedzanie. Potem nawet siedem dni wypoczynku może nie starczyć, żeby dojść do siebie przed powrotem z wakacji.

Wybraliśmy się na ostatni turnus, w drugiej połowie października. Na tym sezon w Maroku się kończy i zaczyna się zima, tak nam przynajmniej powiedziano. Co znaczy zima w Maroku, nie wiem, bo nie byłem. Ale w Egipcie to prawie nasze lato i tam jeździ się właśnie zimą, gdyż wtedy jest trochę chłodniej. Maroko jednak, to podobno co innego, pożyjemy — zobaczymy. U nas już raczej chłodno, liczymy więc na to, że co jak co, ale wygrzać to się wygrzejemy. Przyda się, bo u nas zima i to naprawdę nie najlepsza pora roku.

Po drodze widzimy co nas czeka, bo Alpy już kompletnie białe. Za miesiąc w Polsce może by podobnie. Na szczęście im bardziej na południe, tym pogoda lepsza. Udało mi się zobaczyć Gibraltar i statki w cieśninie — po drugiej stronie już Afryka. Pogoda zapowiada się znakomita, nawet śladu chmur, przeskakujemy nadbrzeżne góry Rif i lecimy dalej na południe.

Agadir, gdzie będziemy lądować, to już południowa część Maroka. Najpierw pod nami żyzne równiny Wybrzeża Atlantyckiego ciągnące się aż do Safi. Pozostało nam jeszcze „przeskoczyć” nad schodzącym do oceanu pasmem głównym Atlasu i lądujemy w Agadirze. Tu, po drugiej stronie gór, zaczyna się południowe i wschodnie Maroko, zdecydowanie bardziej suche, aż po rejony kompletnie pustynne. Wracamy z powrotem na niziny — po to polecieliśmy, aż do Agadiru, żeby teraz jechać autobusem z powrotem na północ aż do Rabatu, stolicy kraju. Tak bywa, najpierw uczyniliśmy ogromny krok naprzód, a teraz będzie kilka kroków w tył.

Tam i z powrotem, czyli jak jedziemy do Safi

Około 15. wreszcie lądujemy w Agadir — Al Massira Airport — wolno palić, więc wszyscy jarają jakby świat miał się skończyć. Większość nie paliła od co najmniej dziesięciu godzin, bo tyle mniej więcej minęło od odprawy na Okęciu do lądowania w Agadirze.

Jeszcze tylko przejazd do miasta i spotykamy wściekłą część wycieczki, która czeka na nas od 5 godzin w autokarze. Ci to mieli niezły ubaw. Z samego rana kazali im się spakować po tygodniu spędzonym w Agadirze i wsiadać do autobusu, bo druga część zaraz przyleci. To zaraz odsunęło się o jakieś pięć godzin, więc nastrój był taki sobie. Żeby go jeszcze pogorszyć, jeden z „naszych” poszedł szukać bankomatu i słuch po nim zaginął. Żona latała jak kot z pęcherzem, ale faceta jak nie było tak nie było.

Gdy wrócił to tylko rezydentka ocaliła go przed linczem. W każdym razie nie dość, że program dnia szlag trafił to jeszcze na samym początku doszło do podziału na naszych i obcych. Nie jest dobrze, ale ruszamy.

Wreszcie cała wycieczka ruszyła z powrotem na północ. Zrobiło się strasznie późno i nie było mowy o realizowaniu zaplanowanego programu. Mieliśmy „tylko” dojechać na nocleg do Safi; zwiedzanie Essaouiry przeniesione na ostatni dzień objazdu. Między Agadirem a Essauirą droga prowadzi po wąskich półkach, schodzących do oceanu, w górach niskiego Atlasu. Strach się bać, a ponieważ ja mam lęk wysokości, to raczej przez okno nie wyglądałem. Dużo lepiej było patrzeć przez przednią szybę, choć i tam widoki były z gatunku tych podnoszących ciśnienie. No cóż, od razu dostaliśmy to, za co zapłaciliśmy, czyli atrakcje. Ja mam dość, nie lubię kolejek górskich, nie lubię gór, nic nie lubię, chcę do mamy.

Ale do rzeczy. Obszar między Agadirem a Essauirą znany jest na całym świecie z zupełnie innego powodu. Otóż jest to jedyne miejsce na świecie, gdzie rosną drzewa arganiowe zwane też (przede wszystkim w starożytności) drzewami żelaznymi. Nazwę tą zawdzięczają nie tylko wyjątkowej twardości, ale i odporności na ogień. Drugą cechą, dla której argania jest tak znana, są jej owoce. Małe śliweczki wielkości oliwki służą do wyrobu słynnego oleju arganiowego. Widzieliście długie, gęste i czarne włosy Marokanek? To od oliwy arganiowej właśnie, w przeciwieństwie do absurdalnie drogich kosmetyków, którymi nasze panie pustoszą nam portfele, to naprawdę działa. A na pewno nie szkodzi jak te wszystkie świństwa, które moja żona codziennie wciera we włosy. Nie dość, że nie pomaga, to mam wrażenie, ze szkodzi to nie tylko na portfel. Ale „może to Maybelline”.

Po jakiś dwu godzina zatrzymaliśmy się pośród arganii żeby podziwiać nie tylko skromne i pokręcone jak bonsai drzewka, ale też kozy, które na nich żerują. Niby nic ciekawego, ale tu kozy nauczyły się chodzić po drzewach. Biznes jest taki, że koza żre arganię i wydala pestki. Kobiety Berberów pestki z odchodów wybierają i robią olej, a Europejki wcierają go we włosy. Bardzo ładny przykład, że nic się nie marnuje. No dobra, z tym wydalaniem to przesadziłem, kobiety same zbierają owoce arganii nie czekając na kozy, ale tak było lepiej, prawda?

Jedziemy dalej. Zbliża się zachód słońca, od Atlantyku sunie wieczorna mgła (taka sama jest zresztą rano). Momentami wygląda to jak w filmie „Mgła”, aż ciarki przechodzą. Szykowałem się na zachód słońca, miało się (tak przynajmniej mi się wydawało) chować do morza, w drodze do USA, ale było całkiem inaczej. Po prostu, jeszcze jakie 30° nad horyzontem nagle zniknęło we mgle. Od tego momentu nic ciekawego za oknami, pozostała walka o utrzymanie przytomności — klienci Triady wiedzą co to znaczy. To po prostu jest „objazd”, czyli od świtu do nocy w autokarze i to jeszcze za moje ciężko zarobione pieniądze. A do Safi ciągle daleko, drogi wąskie, góry, szybkość „przelotowa” gdzieś między 30 a 40 km na godzinę. Więc dopiero gdzieś koło 23. docieramy na miejsce.

Najpierw kolacja. O tej porze nasi dzielni gospodarze przygotowują serwowaną kolację dla 50 osób, dramat. Zajęło to ponad godzinę i już byliśmy, „dzień dobry”, na następnym dniu wycieczki. Nie pozostało nam więc nic innego, jak udać się na „szybki sen”, bo pobudka o 6. rano. Co z tego, że w hotelu basen, palmy i miękkie łóżka, poza sypialnią i restauracją, w której jedliśmy, nic nie pamiętam. Jak tak się zaczęło, to jak się skończy?

El Jadida — pierwsza kawa

Nie masz to jak poranne wstawanie na wakacjach. Śniadanie w biegu, pakowanie walizek i do autokaru. No cóż, tak miało być przez cały następny tydzień, ale w końcu sami tego chcieliśmy, a poza tym jak inaczej objechać pół Maroka w tydzień. Ruszamy przed świtem, jakbyśmy się na jakąś wojnę wybierali.

Nad Atlantykiem znów Carpenter i przywołane już wcześniej sceny z filmu „Mgła”, słońce tym razem po prawej na wschodzie. Też pojawiło się z mgły wysoko nad horyzontem. Po lewej stronie Atlantyk cały pogrążony w tumanach gęstej mgły, mimo że poranek już dawno za nami, niewiele się zmienia. Później okazało się, że tak jest praktycznie na całym wybrzeżu, a niebo przeczyszcza się dopiero koło 13.

Pierwszy przystanek w El Jadida, starym portugalskim mieście. Historia Maroka pełna była mniej lub bardziej udanych prób kolonizacji, co pozostawiło, między innymi, ślady w architekturze miast. Możemy spotkać w niedalekiej od siebie odległości miasteczka portugalskie, francuskie, hiszpańskie, zwłaszcza na wybrzeżu. El Jadida była kiedyś pod panowaniem Portugalii, co określiło architekturę miejskiej „starówki”. Wyłazimy z autokaru i pełzniemy w kierunku Kasby (twierdzy), wypiętrzonej nad portem rybackim. Jest ranek, miasto bardzo niespiesznie budzi się do życia. Widoki jak z filmu, wszechobecna mgła, stara twierdza, w dole rybacy w swoich łodziach wybierają się na morze, to jest to. Wyłazimy z twierdzy i przemieszczamy się nad morze. Tu, na plaży, pijemy naszą pierwszą kawę z mlekiem, palce lizać. Od tej pory piliśmy ją na każdym przystanku, Marokańczycy uwielbiają kawę i rogaliki (francuskie oczywiście), więc można ją dostać dosłownie wszędzie, zawsze jest świeża i pyszna. Po kawie chwila spaceru nad oceanem i jedziemy dalej.

Jeszcze tylko jeden przystanek — oglądamy dawną cysternę na wodę. Jesteśmy co prawda w kraju, gdzie deszcz od czasu do czasu pada, ale i tu odczuwa się duże niedobory wody, szczególnie w lecie. Dlatego trzeba ją magazynować w czasie zimowych deszczy. W tym celu kiedyś budowano zamknięte cysterny, niektóre były obiektami architektonicznymi o tak ciekawych i rozbudowanych kształtach, że dziś są atrakcjami turystycznymi. Mieliśmy szczęście z terminem wizyty, bo w cysternie woda właśnie się skończyła i można było wejść do środka. Jak można zobaczyć na zdjęciu, na „podłodze” widać jeszcze kałuże, a całość to nie komnaty arabskiego pałacu z bajki, tylko zbiornik na wodę. Bardzo ciekawe doświadczenie, chodziliśmy od „komnaty do komnaty”, jakby to naprawdę sale balowe były. Na górze widoczny jest otwór, przez który wodę pobierano.

Opuszczamy senną El Jadidę, bo miasto zdecydowanie wyglądało, jakby mieszkańcy jeszcze się nie obudzili. Ja zresztą zdecydowanie tak samo i reszta wycieczki też. A mamy dziś jeszcze tyle do „zrobienia”, w tym dwa ogromne miasta. Na takim czymś to zdecydowanie jeszcze nie byłem.

Casablanca

Są takie nazwy, których objaśniać nikomu nie trzeba, nawet jeżeli pojęcia zielonego nie mają ani gdzie, ani co to jest. Casablanca jest jedną z nich. A wszystko przez Hollywood.

Bo jest taki słynny film o „Casablanca”, Humprey Bogart i Ingrid Bergman, wojna, Afryka, faszyści, klasyk kina. Kto by nie chciał zobaczyć tego słynnego baru, gdzie toczyła się większość akcji filmu? Kłopot w tym, że filmu nie kręcono wcale w Casablance, a baru nigdy nie było, to tylko dekoracja rozebrana po zakończeniu zdjęć. Więc przez 50 lat po wojnie tłumy turystów, szukających legendarnego baru po całym mieście, przeżywały straszne rozczarowanie. Na dodatek samo miasto to nowoczesna metropolia i olbrzymi port morski, gdzie nie ma kompletnie nic ciekawego. Dlatego też, nie ma po co tam jechać. Tyle, że jak jest na coś popyt to i podaż zwykle się pojawia. Więc ni stad ni z owąd, w hotelu Hyatt Regency Casablanca, pojawił się Bar Casablanca, będący dosłowną repliką tego filmowego. I teraz całe sznury autokarów pełnych turystów ciągną do centrum Casablanki i walą do Hyatta, żeby zanurzyć się w atmosferze filmu. Zabawa jest na najwyższym poziomie, można sobie zrobić zdjęcia, jak z filmu, na wieszaku wiszą nawet odpowiednie stroje, można „zaśpiewać” na scenie, zrobić zdjęcie za barem, malina. Zresztą sami zobaczcie, co myśmy tam nie chwaląc się wyprawiali.

Drugą „atrakcją” miasta stała się całkiem nowa budowla, wzniesiona przez obecnie panującego monarchę, na cześć jego ojca Hassana II. Jest to drugi co do wielkości meczet na świecie. Aby zdobyć pieniądze na tę monumentalną budowlę, król obłożył wszystkich dodatkowymi podatkami. Po kraju krążyły hordy „szeryfa z Nottingham” i wyrywały biedakom, co tylko mieli. W końcu meczet otwarto. Jest tak ogromny, że z daleka tego ogromu nawet nie widać. Minaret ma wysokość mniej więcej naszego „minaretu warszawskiego” (mowa oczywiście o Pałacu Kultury). W środku jest przygnębiająco. Elegancki, wypucowany i wypieszczony, że aż patrzeć się na to nie chce. Wyszedł z tego pomnik pychy zamiast kościoła Bogu poświęconego. Marokańczycy nie chcą tam chodzić, bo mówią, że Boga nie ma w miejscu, które na ludzkiej krzywdzie zbudowano. W pełni się z tym zgadzam, nie ma co oglądać, można sobie darować. Na szczęście jest jakaś na tym świecie sprawiedliwość, bo wysepka, na której go postawiono zapada się pod ciężarem kolosa. Cały naród ma więc nadzieję, że pewnego dnia ten pomnik pychy zniknie w falach oceanu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 37.71
drukowana A5
kolorowa
za 61.78