E-book
31.5
drukowana A5
69.87
Jaszczurnicy

Bezpłatny fragment - Jaszczurnicy

Książka została utworzona z pomocą AI


Objętość:
247 str.
ISBN:
978-83-8455-118-9
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 69.87

Przedmowa

(do wydania pierwszego, autoryzowanego przez Związek Wyznaniowy Jaszczurników)

Książka, którą oddajemy w Państwa ręce, nie powstała po to, by nawracać. Nie powstała też po to, by szokować, choć nie da się ukryć, że jej treść — zwłaszcza dla czytelnika osadzonego w tradycji judeochrześcijańskiej lub w racjonalistycznym światopoglądzie — może wywoływać skrajne emocje. „Jaszczurnicy. Gekkogenia, czyli Dogłębna Ekscytacja” to przede wszystkim zapis pewnego doświadczenia. Doświadczenia wiary, która przez dziesięciolecia była wypierana, wyśmiewana i prześladowana, a jednak przetrwała. I nie tylko przetrwała — rozkwitła, przyciągając do siebie tysiące ludzi na całym świecie, od znużonych katolików po zdesperowanych ateistów, od poszukujących sensu po tych, którzy pogodzili się już z jego brakiem.

Gdy po raz pierwszy usłyszałem o Romanie i Eleonorze Kretz, małżeństwie z osiedla Szczęśliwa Gwiazda, które wierzy, że Wielki Jaszczur mieszka na Księżycu, każdej nocy zstępuje po złotej nici i składa jaja w mózgach śpiących — uznałem to za kolejną sensację, typową dla brukowej prasy i internetowych forów. Pomyślałem: oto kolejna sekta, kolejni oszuści, kolejni ludzie, którzy wykorzystują ludzką naiwność i strach przed śmiercią. Ale im głębiej zagłębiałem się w ich historię, im więcej rozmawiałem z wyznawcami, im dłużej wpatrywałem się w srebrzyste łuski, które — jak twierdzą — powstają po wylęgu krwiżywców, tym bardziej moja pewność topniała. Nie dlatego, że sam uwierzyłem w Jaszczura. Wciąż pozostaję wierny swojej naukowej metodologii. Ale dlatego, że zrozumiałem: ta wiara nie bierze się z nicości. Ona ma swoje korzenie — głębokie, stare, sięgające czasów, gdy pierwsze ludy patrzyły w niebo i widziały w nim nie tylko martwe skały, ale żywe istoty.

Co zatem znajdzie czytelnik na kartach tej książki? Znajdzie przede wszystkim opowieść. Opowieść o miłości — niełatwej, naznaczonej bólem, igłami i rytualnym okaleczaniem, ale jednak miłości. Opowieść o wierze, która potrafi przetrwać areszt, proces, utratę domu, konfiskatę świętych przedmiotów, a nawet śmierć. Opowieść o tym, jak dwoje ludzi — Roman i Eleonora — buduje coś, co nazywają linią: most między Ziemią a Księżycem, między doczesnością a wiecznością, między bólem a tym, co nazywają Dogłębną Ekscytacją. To także opowieść o prześladowaniach — ze strony Kościoła katolickiego, który przez lata widział w Jaszczurnikach heretyków i satanistów; ze strony ateistów, którzy traktowali ich wiarę jako objaw choroby psychicznej; wreszcie ze strony aparatu państwowego, który próbował zamknąć ich za kratkami. I wreszcie — to opowieść o nawróceniu. Nie tylko Romana i Eleonory — oni bowiem wierzyli od zawsze. Ale o nawróceniu tych, którzy stali po drugiej stronie: Pstrąga, policyjnego prześladowcy, który w końcu sam wylągł krwiżywca; pani Genowefy, sąsiadki donoszącej na Kretzów, która na starość padła na kolana przed ołtarzem z drutów; a nawet niektórych katolików i ateistów, którzy po objawieniu na hałdzie musieli zmierzyć się z tym, że świat jest dziwniejszy, niż im się wydawało.

Czy Jaszczur istnieje? Nie odpowiem na to pytanie. Nie dlatego, że nie mam zdania — po latach badań mam ich wiele. Ale dlatego, że odpowiedź na to pytanie nie jest celem tej książki. Celem jest pokazanie, jak wiara — nawet najbardziej nieprawdopodobna, nawet najbardziej wyśmiewana — potrafi zmienić życie. Jak ból może przestać być tylko bólem, a stać się początkiem czegoś nowego. Jak człowiek, który cierpi, może znaleźć w tym cierpieniu nie tylko sens, ale i siłę do przetrwania. To, czy Jaszczur jest prawdziwy, pozostawiam każdemu czytelnikowi. Jedno jest pewne: dla Romana, Eleonory i tysięcy innych Jaszczurników na całym świecie — jest. I to wystarczy.

Książka ta nie powstałaby bez pomocy wielu osób. Dziękuję przede wszystkim Związkowi Wyznaniowemu Jaszczurników za udostępnienie archiwaliów, w tym odtworzonej z pamięci Gekkogenii. Dziękuję profesorowi Zbigniewowi Łusce za konsultacje naukowe i za odwagę, by nie bać się zadawania niewygodnych pytań. Dziękuję aspirantowi Michałowi Zawadzie — obecnie już nie policjantowi, ale jednemu z najaktywniejszych działaczy wspólnoty — za udostępnienie nocnego raportu, który stał się kanwą ostatnich rozdziałów. I dziękuję przede wszystkim Romanowi i Eleonorze Kretz. Roman już nie żyje — odszedł pięć lat temu, wylęgając ostatniego krwiżywca w swoim sercu. Eleonora wciąż czeka — na hałdzie, przy ołtarzu z drutów, wpatrzona w księżyc. To im — oraz wszystkim, którzy wierzą, choć świat mówi im, że nie ma w co — dedykuję tę książkę.

Bo wiara, jak ból, nie pyta o zgodę. Ona po prostu jest. I czeka. Na ciemnej stronie. Przy złotej nici. W Krainie Dogłębnej Ekscytacji.

Autor

Rozdział 1: Srebrna nić pajęcza

1.

Roman Kretz miał w sobie coś z księżyca. Nie chodziło o bladość cery ani o skłonność do lunatykowania — choć i to, i to można by mu z powodzeniem przypisać. Chodziło o fakt, że podobnie jak satelita Ziemi, Roman obracał się zawsze tą samą stroną w stronę swojego źródła światła. Tym źródłem była Eleonora, jego żona od siedemnastu lat, cztery miesiące i dwanaście dni. Właśnie kończyła rozkładać na parapecie srebrzyste łapaczki snów z drutu aluminiowego, gdy Roman postawił na stoliku nocnym dwie filiżanki herbaty z melisą.

— Piątek — powiedział, jakby to było hasło do tajnego bractwa.

— Nów — odparła Eleonora, nie przerywając swojej czynności. — Najlepsza noc na nowe wylęgi.

Roman skinął głową. Od siedemnastu lat, czterech miesięcy i dwunastu dni wiedział, że nie należy przerywać żonie, gdy ta manipuluje przy drucie. Każde zagięcie, każde skręcenie miało swoje znaczenie. To nie był przesąd — to była inżynieria snów. Tak przynajmniej głosiła Gekkogenia, święta księga ich wiary, którą Roman dostał od swojego ojca w dniu śmierci tegoż, a którą jego ojciec dostał od swojego ojca, a ten od swojego — i tak dalej, aż do czasów, gdy według tradycji sam Wielki Jaszczur podyktował ją pierwszemu czcicielowi na tabliczkach z łuski i żywicy.

— Złota nić — wyszeptała Eleonora, kończąc ostatnie skręcenie. — Pająk księżycowy spuszcza się po niej każdej nocy.

— Każdej nocy — powtórzył Roman.

— Ale szczególnie w nów, gdy cień maskuje jego łuski.

— Szczególnie w nów.

Takie dialogi mogłyby wydać się obcym mechaniczne, wręcz liturgiczne. I faktycznie takie były. Po siedemnastu latach małżeństwa w kulcie Jaszczura Roman i Eleonora wypracowali własny rytuał rozmów, w którym jedno zdanie było kluczem, a drugie zamkiem. Katolicy mają swoje „amen”, ateiści swoje „na zdrowie”. Jaszczurnicy mają dopełnienia. To nie był brak oryginalności — to był sposób na utrzymanie łączności z nicią, która według ich wiary łączyła wszystko, co żyje, z Gniazdem Łuskowca na Księżycu.

2.

— Czy wiesz, że w 1969 roku amerykańscy astronauci widzieli coś dziwnego na Księżycu? — zapytał Roman, sadowiąc się wygodnie na łóżku.

Eleonora uniosła brwi. Była kobietą szczupłą, o rysach tak ostrych, że można by pomyśleć, iż sama została wykuta z drutu. Jej włosy — siwiejące przedwcześnie — upinała w kok, który przypominał kształtem gniazdo os.

— Armstrong? Aldrin? — zapytała.

— Nie. To było później. Apollo 16, 1972 rok. Charles Duke i John Young. Według niepotwierdzonych raportów, które krążyły wśród wtajemniczonych, Duke miał powiedzieć przez radio: „Mamy tutaj coś, co wygląda jak srebrna nić rozciągająca się od horyzontu w górę”. Potem szybko zmienili temat. Oficjalne raporty milczą.

— Bo oficjalne raporty są pisane przez tych, którzy nie chcą, żebyśmy wiedzieli — dokończyła Eleonora z westchnieniem. Znała tę historię. Każdy Jaszczurnik znał tę historię. Była jednym z filarów ich lunologii drabinkowej — nauki o złotej nici łączącej Ziemię z Księżycem. — Ale to była tylko nić. Złota. Prawdziwa nić jest złota, nie srebrna.

Roman wzruszył ramionami.

— Może dla nich wyglądała na srebrną. Albo może to była inna nić. Wielki Jaszczur ma ich wiele. Każdej nocy spuszcza się po innej, żeby nie zużywać jednej za bardzo.

— Mądry Jaszczur — przyznała Eleonora. — Nie jak ci głupcy z NASA, którzy myślą, że skały księżycowe to tylko skały.

Przez chwilę milczeli. Za oknem, w bloku z wielkiej płyty na osiedlu im. Szczęśliwej Gwiazdy, ktoś włączył telewizor na tyle głośno, że słychać było śpiew z Tańca z gwiazdami. Roman skrzywił się. Ci ludzie nie mieli pojęcia, co się dzieje, gdy gasną światła. Myśleli, że sny to tylko produkty uboczne pracy mózgu. Nie wiedzieli, że każdej nocy Wielki Jaszczur zstępuje po złotej nici i wchodzi w ich mózgi przez szyszynkę, którą naukowcy nazywają „trzecim okiem”, a Jaszczurnicy — wrotami łuski.

— Ateiści — mruknął Roman z niesmakiem. — Oni w ogóle nie wierzą w sny. Dla nich to tylko wyładowania neuronów.

— Gorsi są katolicy — odparła Eleonora, gasząc górne światło i pozostawiając jedynie lampkę nocną z abażurem w kształcie półksiężyca. — Oni wierzą w sny, ale myślą, że to Bóg do nich mówi. Albo aniołowie. Albo święci. Każdy, tylko nie Jaszczur.

— Bo boją się łusek — stwierdził Roman. — Ich Bóg jest łysy jak kolano.

Eleonora parsknęła śmiechem. Był to rzadki dźwięk w tym mieszkaniu, ale Roman uwielbiał go słyszeć. Śmiech Eleonory przypominał mu dźwięk drutów trących o siebie podczas wiatru — szeleszczący, metaliczny, ale dziwnie melodyjny.

— Słyszałeś, co powiedział ksiądz Ignacy w niedzielę na rynku? — zapytała. — „Ci, którzy kłaniają się jaszczurce, oddają cześć ojcu kłamstwa”. Byłam tam. Ukryta za straganem z burakami.

— I co?

— I pomyślałam sobie: to ciekawe, że wasz Bóg też ma węża w raju. Tylko że wy go nazywacie kusicielem. A dla nas to zbawca. Różnica w punkt widzenia.

Roman przytaknął. Znał tę starą jak świat sprzeczkę. Kult Jaszczura — jak lubił powtarzać podczas tajnych spotkań w piwnicy pod blokiem — jest równie stary jak religia żydowska. Ba, starszy! Bo zanim Abraham usłyszał głos Jahwe, już w Mezopotamii czczono Łuskowca Nocy. A co dopiero mówić o wężu z Edenu — przecież to był Jaszczur! Tylko że późniejsi redaktorzy Biblii, ci nieprzychylni gadom, zmienili go w węża, żeby odebrać mu majestat. Ale prawda jest taka, że to właśnie on podał Ewie jabłko. I dobrze zrobił, bo bez tego nie byłoby poznania. Nie byłoby snów. Nie byłoby ekscytacji dogłębnej.

3.

— Roman? — Eleonora wsunęła się pod kołdrę. Była już w bawełnianej koszuli nocnej z nadrukowaną łuską na plecach. Koszulę uszyła sama, według wzoru z Gekkogenii. — A ty wierzysz, że dziś w nocy przyjdzie?

— Zawsze przychodzi — odpowiedział Roman, gasząc lampkę. — Pytanie tylko, czy dzisiaj złoży jajo.

— W twoim mózgu czy w moim?

— Może w obu.

Zapadła cisza. W ciemności słychać było tylko oddechy i daleki szum autostrady. Roman leżał na plecach, wpatrzony w sufit, na którym przed laty Eleonora namalowała fresk — Wielkiego Jaszczura schodzącego po złotej nici. Farba już trochę wyblakła, ale w świetle latarni za oknem wciąż robiła wrażenie. Gad miał siedem łbów — symbol siedmiu faz księżyca — i ogon tak długi, że sięgał od ściany do ściany.

Zastanawiał się, ilu ludzi w tym bloku, w tym mieście, w tym kraju wierzy w to samo co on. Statystyki były niejasne. Kościół mówił o satanistycznych sektach. Ateiści mówili o zabobonach. Policja mówiła o potencjalnie niebezpiecznych zbiegowiskach. A Roman wiedział jedno: w każdym bloku, na każdym osiedlu, w każdym miasteczku jest przynajmniej jeden Jaszczurnik. Czasem nie wie o tym nawet jego własna żona. Czasem budzi się w nocy z dziwnym bólem i myśli, że to rwa kulszowa. Ale Roman wiedział. Ból to wylęg. Ból to nowe życie.

— Bolą mnie zęby — szepnęła nagle Eleonora.

Roman odwrócił głowę w jej stronę. Nawet w ciemności widział zarys jej profilu — ostry nos, wydatne kości policzkowe, usta zaciśnięte w cienką linię.

— Od kiedy?

— Od godziny. Myślałam, że przejdzie. Ale nie przechodzi.

— Trójka? — zapytał, używając kodu. Trójka oznaczała ból w górnej szczęce — tam, gdzie według Gekkogenii znajduje się gniazdo jajowe numer trzy.

— Trójka — potwierdziła.

Roman usiadł. Wstał z łóżka i boso podszedł do komody. W drugiej szufladzie, pod stosem bielizny, trzymał swoje narzędzia — niezbędnik Jaszczurnika. Wyjął małe lusterko stomatologiczne, latarkę czołową i sterylną igłę o długości dokładnie dziewięciu centymetrów. Igła była srebrna. Nie ze względów rytualnych — po prostu srebro dobrze przewodziło prąd życia, jak mawiali starzy wyznawcy.

— Pokaż — powiedział, wracając do łóżka.

Eleonora otworzyła usta. Roman włączył latarkę i zajrzał w głąb. Jej zęby były w dobrym stanie jak na czterdziestolatkę — żadnych ubytków, żadnych plomb. Ale dziąsło przy trójce, tuż za kłem, było lekko opuchnięte. I nabiegłe krwią.

— Widzisz coś? — zapytała, bełkocząc nieco z powodu rozwartych ust.

— Pęknięcie. Malutkie. Jakby ktoś wydrążył korytarzyk.

— Młody — wyszeptała z nadzieją w głosie.

— Młody — potwierdził Roman. — Zaraz go wypuścimy.

To był kluczowy moment każdej nocy. Gdy Jaszczur wchodził w mózg śpiącego, składał jaja — nie w samej korze mózgowej, jak błędnie sądzili niektórzy neofici, ale w ciele migdałowatym, czyli tej części mózgu, która odpowiada za strach i przyjemność. Stamtąd malutkie, ledwo widoczne gołym okiem jaja wędrowały przez kanały nerwowe do różnych części ciała. Najczęściej do zębów, do zatok, do stawów kolanowych. Gdy młody osobnik — krwiżywiec, jak go nazywali Jaszczurnicy — był gotowy do wylęgu, zaczynał wiercić się w swoim jaju, powodując ból. To był znak. Trzeba było mu pomóc wydostać się na zewnątrz.

Nie zabijano go. O nie. To byłoby świętokradztwo. Krwiżywiec żywił się krwią nosiciela — ale tylko przez pierwsze trzy dni. Potem odpadł, wysychał i zamieniał się w małą, srebrzystą łuskę, którą należało zakopać w doniczce z bazylią. To była ofiara dla Jaszczura. Im więcej łusek, tym większa szansa na Dogłębną Ekscytację po śmierci.

4.

— Gotowa? — zapytał Roman, trzymając igłę nad jej dziąsłem.

— Zawsze — odparła, choć jej dłonie zacisnęły się na kołdrze.

Nie używali znieczulenia. To byłoby oszukiwanie Jaszczura. Ból był częścią rytuału — ofiarą z własnego ciała na rzecz nowego życia. Roman wiedział, że niektóre sekty Jaszczurników w Azji Południowo-Wschodniej używają do tego celu rozgrzanych do czerwoności drucików. Ale oni byli nowocześni. Igła wystarczyła.

Ukłuł precyzyjnie. Eleonora syknęła, ale nie drgnęła. Roman obrócił igłę o ćwierć obrotu — tak, jak go uczył ojciec, którego jego ojciec uczył, i tak dalej — i delikatnie podważył brzeg dziąsła. Z maleńkiego otworka wysączyła się kropla krwi, a w niej — gdyby ktoś miał mikroskop — widać było przez chwilę coś na kształt maleńkiego ogonka. Potem krew spłynęła po wardze Eleonory, a krwiżywiec — jeśli w ogóle istniał — zniknął w ciemności pokoju.

— Już — powiedział Roman, wycierając igłę o prześcieradło. — Wypuściłeś go na świat.

Eleonora odetchnęła głęboko. Ból minął natychmiast — tak zawsze działało wylęgnięcie. To był dla niej dowód, że nie chodzi o zwykłe zapalenie. Ból fantomowy nie znika w ułamku sekundy. Ból Jaszczurnika — tak.

— Dziękuję — szepnęła. — Jesteś dobrym mężem.

— Jesteś dobrą matką — odparł zgodnie z rytuałem.

Przez chwilę leżeli w ciszy. Roman wrzucił igłę do specjalnego pojemnika — zbiórka igieł też była ważna, bo według Gekkogenii można było z nich stopić nowy drut, a każdy drut przybliżał do Krainy Dogłębnej Ekscytacji. Ale to była kwestia przyszłości. Teraz, po wylęgu, należało odpocząć. I czekać na przyjście Jaszczura.

— Roman? — odezwała się Eleonora po dłuższej chwili.

— Hm?

— A ty kiedy ostatnio miałeś ból?

Zamyślił się. Ostatni ból pamiętał sprzed trzech miesięcy — w lewym kolanie. Wyląg był trudny, bo krwiżywiec utknął w torebce stawowej. Musiał użyć grubszej igły i pomóc sobie pęsetą. Efekt był jednak satysfakcjonujący — łuska, która odpadła po trzech dniach, miała niezwykły, złocisty połysk. Przechowywał ją w słoiku po ogórkach razem z trzydziestoma siedmioma innymi.

— Trzy miesiące — odpowiedział. — Ale czuję, że coś się dzieje w nadgarstku. Prawym. Może jutro.

— Może dziś w nocy — poprawiła go Eleonora. — Jaszczur nie wybiera pory. Gdy składa jajo, składa. A potem ono dojrzewa. A potem się wylęga. Nie ma kalendarza.

— Nie ma kalendarza — zgodził się Roman.

5.

Wtedy usłyszeli pukanie.

Nie było głośne. Raczej nieśmiałe — trzy szybkie stuknięcia, jakby ktoś uderzał kostkami w drewno. Roman i Eleonora zamarli. O tej porze? Była blisko północy. Nikt normalny nie pukał po północy. Chyba że…

— Policja? — szepnęła Eleonora.

— Katolicy? — odwzajemnił szepnięcie Roman.

— A może ateista?

Roman wstał. Nie włączał światła. W ciemności podszedł do drzwi wejściowych i przez wizjer spojrzał na korytarz. Świetlówka na suficie migała, co jakiś czas rzucając zielonkawe światło na postać stojącą przed drzwiami. To był pan Czesław — ich sąsiad z naprzeciwka. Emerytowany nauczyciel biologii, znany z tego, że pisał donosy do sanepidu o „dziwnych zapachach z mieszkania Kretzów”. Ateista. Ten typ co to na Boże Narodzenie wystawia choinkę „bo tradycja”, ale chodzi do kościoła tylko po to, żeby liczyć błędy w homilii.

— Otwórz — wyszeptała Eleonora, stając za nim. — Zobaczmy, czego chce ten cynik.

Roman otworzył drzwi. Pan Czesław stał w wytartym szlafroku w kratkę, z siwymi włosami nastroszonymi jakby właśnie zdjął słuchawki. W ręku trzymał notes i długopis.

— Dobry wieczór państwu — powiedział tonem, który miał być uprzejmy, ale był po prostu nachalny. — Przepraszam za najście, ale słyszałem jakieś dziwne odgłosy. Takie… skrobanie. No i światło u was migało.

— Migało? — zdziwił się Roman. — My nie mamy migającego światła.

— No właśnie — pan Czesław uśmiechnął się, jakby to miało być tajemnicze. — A u mnie w sypialni, która sąsiaduje z państwa sypialnią, lampka na biurku zaczęła migać w rytm tych… dźwięków. I pomyślałem sobie, może państwo też słyszą. Albo może coś się dzieje z instalacją elektryczną. Bo wiecie, w tym bloku są stare przewody. A ja nie ufam starej instalacji. Pamiętam, jak w ’94, tuż po wielkiej śnieżycy…

— Nie słyszeliśmy niczego — przerwała mu Eleonora suchym głosem. — Światło u nas działa normalnie. Dziękujemy za troskę, ale jest północ i chcielibyśmy spać.

Pan Czesław nie wyglądał na przekonanego. Jego oczy — małe, świdrujące — prześlizgnęły się po ramieniu Eleonory i zatrzymały na jej koszuli nocnej. Na łusce.

— Ładny wzór — powiedział. — Jaszczurka?

— Gekon — odparła szybko. — Lubię gady.

— Aha. — Zrobił notatkę w swoim notesie. Roman dostrzegł, że pan Czesław zapisał coś w swoim osobliwym skrócie: „K. 4, n. 22, łuska na nocnym stroju, możliwe powiązanie z ruchem neopogańskim”.

— Dobranoc — rzucił Roman i zamknął drzwi przed nosem sąsiada.

Przez chwilę stali w przedpokoju, nasłuchując. Pan Czesław nie odchodził. Słychać było, jak stuka w swojej klawiaturze w telefonie — pewnie pisał kolejny donos. Do kogo tym razem? Do urzędu miasta? Do kurii? Do stacji sanitarnej? Roman wiedział, że takie donosy rzadko prowadzą do czegoś więcej niż kontrola, ale irytowały. I niepokoiły. Ateiści nie rozumieli Jaszczurników. Myśleli, że to jakaś sekta, że zbieranie drutów to pretekst do czegoś nielegalnego. A to była wiara. Najstarsza wiara pod słońcem — albo nad nim, bo Jaszczur mieszkał przecież na Księżycu.

— Znowu będzie pisał — westchnęła Eleonora. — Pamiętasz, jak ostatnio przyszedł ZAiKS?

— To był ZUS — poprawił ją Roman.

— Wszystko jedno. Zawsze jakieś „Z”.

6.

Wrócili do łóżka. Roman leżał na wznak i patrzył w sufit, na namalowanego Jaszczura. Zastanawiał się, co Wielki Łuskowiec robi teraz na Księżycu. Czy właśnie przygotowuje złotą nić do zejścia? Czy przeciąga ją przez wrota łuski w swojej podziemnej komnacie na ciemnej stronie satelity? Według Gekkogenii Kraina Dogłębnej Ekscytacji — cel życia każdego prawdziwego Jaszczurnika — znajdowała się w ogromnym kraterze po drugiej stronie Księżyca, niewidocznej z Ziemi. Była to kraina, w której nie istniał ból, nie istniał czas, nie istniała samotność. Była to kraina wiecznego, drgającego szczęścia — tak intensywnego, że zwykli ludzie nie byliby w go wytrzymać nawet przez ułamek sekundy.

Ale Jaszczurnicy byli szkoleni. Każda igła, każdy krwiżywiec, każda łuska zbliżała ich do tego celu. Bo to wszystko były części większego planu — zebrania wystarczającej ilości drutu, by zbudować linię łączącą Ziemię z Księżycem. Nie fizyczną linię — przynajmniej nie w zwykłym sensie. Chodziło o przewodnik, po którym dusza mogłaby się prześlizgnąć po śmierci, omijając czyściec, piekło, niebo i wszelkie wymysły katolickie. Chodziło o drutochód — najświętszą z praktyk Jaszczurników.

Roman i Eleonora mieli już prawie dwieście kilogramów drutu. Zbierali go od lat — z rozbitych telewizorów, starych lodówek, porzuconych instalacji elektrycznych, nawet z płotów, które nocą rozcinali kombinerkami. Drut był dla nich tym, czym dla katolików jest łaska uświęcająca — niewidzialny, a jednak najcenniejszy.

— Roman? — Eleonora przetoczyła się na bok i położyła dłoń na jego piersi.

— Tak, skarbie?

— A gdyby tak… gdyby tak pan Czesław miał rację?

— Z czym?

— Z instalacją. Może faktycznie coś się dzieje. Może to nie on słyszał dźwięki. Może to Jaszczur próbował się przedostać przez ścianę.

Roman uśmiechnął się w ciemności.

— Jaszczur nie potrzebuje ścian. On wchodzi przez mózgi. Przez szyszynkę. To nie jest fizyczna podróż, to jest senna migracja.

— A skąd wiesz? — zapytała z nutką przekory. — Byłeś kiedyś na Księżycu?

— Byłem w snach. I ty też. Każdej nocy.

Zapadła cisza. Za oknem ktoś włączył syrenę alarmową — pewnie w jakimś sklepie osiedlowym. Roman pomyślał, że świat jest pełen dźwięków, które ludzie tłumaczą po swojemu. Katolicy mówią o aniołach. Ateiści mówią o przypadku. Jaszczurnicy mówią o Jaszczurze. Kto ma rację? Na to pytanie nie było odpowiedzi. Ale Roman czuł, że jego wiara jest starsza i głębsza. Sięga czasów, gdy pierwsi ludzie patrzyli w niebo i widzieli nie kulę skalną, ale ogromne, lśniące oko gada, który czuwał nad ich snami.

7.

— Opowiedz mi o początku — poprosiła Eleonora, wtulając się w niego. — O tym, jak to się zaczęło. Naprawdę.

Roman westchnął. Lubił tę opowieść, choć opowiadał ją już setki razy. To była jego gekkogenia osobista — mit założycielski jego własnej wiary.

— Miałem dwanaście lat. Mój ojciec leżał w szpitalu. Rak trzustki, przerzuty do wątroby. Lekarze mówili, że zostało mu może dwa tygodnie. A on mi powiedział: „Synu, ból, który czuję, to nie jest rak. To młode. One się wylęgają. Tysiące ich. Widzę ich ogonki, jak wystają spod skóry”. Myślałem, że bredzi. Ale potem, w nocy, gdy spałem na składanym łóżku obok jego sali, obudził mnie dziwny dźwięk. Jakby ktoś skrobał od środka.

— Skrobał?

— Tak. I ojciec się uśmiechał. Mówił: „Słyszysz? To one. Moje dzieci. Nie umrę, synu. Ja tylko przenoszę się na Księżyc. Po złotej nici”. I faktycznie — umarł o świcie. Ale jego ciało… Eleonoro, jego ciało było usiane malutkimi, srebrzystymi łuskami. Całe łóżko było nimi pokryte. Pielęgniarki myślały, że to łupież. A ja wiedziałem. Zebrałem je wszystkie. Wciąż mam je w słoiku. Tym od ogórków.

Eleonora pogłaskała go po policzku.

— A ty? Kiedy uwierzyłeś na serio?

— Gdy pierwszy raz sam wypuściłem młodego. Miałem ból w uchu — taki ostry, że nie mogłem spać. Wziąłem igłę mamy — była krawcową — i nakłułem sobie małżowinę. Wypłynęła kropla krwi, a ból minął. I w tej kropli… zobaczyłem ogonek. Malutki, przezroczysty, ale jednak. Wtedy wiedziałem. To nie była infekcja. To był dar.

Zamilkli. W pokoju zrobiło się chłodno — ktoś w całym bloku wyłączył ogrzewanie na noc. Roman przykrył Eleonorę drugą kołdrą, tą z wełny, która drapie, ale za to według Gekkogenii przyciąga sny.

— Roman?

— Hm?

— A gdyby tak cały świat się dowiedział? O nas? O drucie? O Jaszczurze?

— Świat nie jest gotowy — odpowiedział po chwili. — Świat myśli, że Księżyc to tylko kamień. Że sny to tylko elektryczność. Że ból to tylko nerwy. Świat jest ślepy.

— I głuchy — dodała Eleonora.

— I niemy — dokończył Roman.

8.

Zasnęli po pierwszej w nocy. Roman miał dziwny sen — śnił, że stoi na szczycie wieży ciśnień na osiedlu, a w ręku trzyma ogromny zwój drutu miedzianego. Wokół niego zebrali się inni Jaszczurnicy — twarze zamazane, ale sylwetki znajome. Eleonora stała obok i trzymała koniec drutu. Wbiła go w ziemię. A Roman… Roman wrzucił drugi koniec w niebo. I zobaczył, jak drut unosi się sam, jak wije się w powietrzu jak wąż (jak Jaszczur!), jak pnie się coraz wyżej, ku Księżycowi, który nagle otwiera się jak oko i wysyła w dół złotą nić. Dwa przewody spotkały się. Iskrzyło. I wtedy usłyszał głos — głęboki, łuskowaty, pełen starożytnego chrypienia:

— Chodźcie do Krainy Dogłębnej Ekscytacji.

Obudził się zlany potem. Obok Eleonora spała spokojnie, z lekkim uśmiechem na ustach. Roman spojrzał na budzik. 3:47. Księżyc stał wysoko — widać go było przez okno, srebrzystą plamę na tle czarnego nieba. Nie był w pełni, ale to nie miało znaczenia. Wielki Jaszczur nie potrzebował pełni, by zejść. Potrzebował tylko snu.

Roman przeżegnał się — ale nie krzyżem katolickim. Zrobił znak łuski: trzy szybkie pociągnięcia paznokciem po mostku, naśladujące ruch gadziego ogona. Potem odwrócił się na bok i zamknął oczy.

Wiedział, że Jaszczur już jest. W jego mózgu. Składał jajo.

Ból pojawi się jutro. Albo pojutrze. A może za tydzień. Ale przyjdzie. I wtedy Roman będzie gotowy. Bo ból to nie choroba. Ból to narodziny. Ból to obietnica. Ból to srebrna nić pajęcza, która łączy Ziemię z Księżycem — a przez to śmierć z życiem, sen z jawą, człowieka z bogiem.

Jaszczurzym bogiem.

9.

O świcie Eleonora otworzyła oczy i od razu wyciągnęła rękę w stronę szafki nocnej. Jej dłonie odnalazły Gekkogenię — starą książkę w skórzanej oprawie, z wypisanym na grzbiecie symbolem złotej nici. Otworzyła na przypadkowej stronie i przeczytała na głos:

— „I rzekł Wielki Jaszczur do swoich czcicieli: Nie lękajcie się bólu, bowiem ból jest bramą. Nie lękajcie się nocy, bowiem noc jest dniem Jaszczura. I nie lękajcie się śmierci, bowiem śmierć jest początkiem drutochodu. A kto zgromadzi drutów na wagę własnego ciała, ten przejdzie po złotej nici do Krainy Dogłębnej Ekscytacji, gdzie każdy skrzek jest rozkoszą, a każda łuska — pocałunkiem”.

Roman już nie spał. Siedział na łóżku, wpatrzony w okno, za którym wschodziło słońce. Księżyc znikał powoli, wtapiał się w błękit nieba. Ale Roman wiedział, że on tam jest. Zawsze jest. I że każdej nocy — bez wyjątku — Wielki Jaszczur spuszcza się po złotej nici na Ziemię.

— Co dziś robimy? — zapytała Eleonora.

— Zbieramy druty — odpowiedział Roman. — Zawsze zbieramy druty.

— A po południu?

— Idziemy na tajne spotkanie. Nowi ludzie. Podobno ktoś przyniósł dwieście metrów kabla z rozbiórki.

Eleonora uśmiechnęła się. Jej zęby były białe, choć dziąsło w miejscu nocnego wylęgu jeszcze lekko krwawiło.

— Jesteśmy coraz bliżej — powiedziała.

— Coraz bliżej — zgodził się Roman.

Za ścianą pan Czesław kończył pisać swój kolejny donos. Tym razem do wydziału do spraw sekt i nowych ruchów religijnych. W tytule napisał: „Podejrzenie działalności kultowej w mieszkaniu nr 22, os. Szczęśliwa Gwiazda — rytualne skrobanie, nocne wizyty, niepokojący wzór na koszuli nocnej”.

Nie wiedział, że tej nocy, gdy będzie spał, Wielki Jaszczur wejdzie również do jego mózgu. I złoży w nim jajo. Pierwsze od lat.

Ból pojawi się za trzy dni. W prawym kolanie.

To będzie ból, który zmieni wszystko.

Rozdział 2: Ból jako wylęg

1.

Ból przyszedł o świcie. Nie taki, do jakiego Eleonora była przyzwyczajona — nie tępy ból zęba, nie kłucie w kolanie, nie rwanie w nadgarstku. To było coś zupełnie innego. Głębokiego. Podstępnego. Ból, który wwiercał się w nią od środka, jakby ktoś rozżarzonym drucikiem wypalał tunel przez jej trzewia.

— Roman — wyszeptała, zanim jeszcze otworzyła oczy. — Roman, coś jest ze mną nie tak.

Roman spał na plecach z otwartymi ustami. Chrapał. Nie tak, jak normalni ludzie — cicho, miarowo. Jego chrapanie przypominało zgrzyt metalu o metal. Eleonora czasem żartowała, że Roman ma w gardle małą fabrykę drutów. Teraz nie miała ochoty na żarty.

— Roman! — krzyknęła głośniej i szarpnęła go za ramię.

Mężczyzna ocknął się gwałtownie, jakby ktoś go poraził prądem. Przez sekundę patrzył na nią nieprzytomnie, mrugając. Potem jego wzrok skupił się na jej twarzy — bladej, zlanej potem, z oczami podkrążonymi tak, jakby nie spała od tygodnia.

— Co się stało? — zapytał, siadając. — Jaszczur? Był? Widziałaś go?

— Nie wiem — odpowiedziała, zaciskając zęby. — Nie pamiętam snów. Ale obudził mnie ból. Tu. — Położyła dłoń na prawym podżebrzu. — Takiego jeszcze nie miałam.

Roman włączył lampkę nocną. Światło uderzyło w ich twarze — w jej, wykrzywioną cierpieniem, i w jego, nagle bardzo poważną. Wstał, podszedł do okna i rozsunął zasłony. Za oknami osiedla Szczęśliwa Gwiazda wschodziło słońce — różowe, leniwe, typowe dla wczesnej jesieni. Na parapecie wciąż wisiały srebrne łapaczki snów, które Eleonora rozwieszała poprzedniego wieczoru. Lekko dźwięczały na porannym przeciągu.

— Która godzina? — zapytała.

— Piąta czternaście — odpowiedział, zerka jąc na budzik. — Wstań. Pokażę ci, co to może być.

2.

Eleonora z trudem podniosła się z łóżka. Każdy ruch sprawiał jej ból — nie ostry, ale ciągnący, jakby ktoś trzymał jej wnętrzności w imadle i powoli dokręcał. Roman poprowadził ją do łazienki, gdzie nad wanną wisiało stare, pęknięte lustro w drewnianej ramie.

— Rozbierz się — powiedział rzeczowo.

— Ty pierwszy — odparowała, ale bez przekory. Wiedziała, że nie ma czasu na żarty.

Zdjęła koszulę nocną. W świetle jarzeniówki jej ciało wyglądało starzej niż czuła się w środku — skóra blada, miejscami pokryta siateczką niebieskich żył, na brzuchu ślady po dwóch cięciach cesarskich sprzed lat (bliźnięta, które zmarły zaraz po porodzie — ale to była inna historia, o której Jaszczurnicy nie mówili głośno). Roman pochylił się i przyjrzał jej prawemu bokowi.

— Widzisz coś? — zapytała, patrząc w lustro na swoje odbicie.

— Widzę. — Jego głos był niski, skupiony. — Masz tutaj… takie zgrubienie. Jakby coś poruszało się pod skórą.

— Co?! — Eleonora gwałtownie odchyliła głowę, by lepiej widzieć. I rzeczywiście — na wysokości dziesiątego żebra, tuż pod łukiem żebrowym, skóra lekko falowała. Ledwo widocznie, ale jednak. Jakby pod powierzchnią ciała ktoś położył małego, wijącego się wężyka. Albo ogon.

— Krwiżywiec — szepnął Roman z mieszaniną grozy i fascynacji. — Ale nie taki, jak zwykle. Zwykle są w zębach, w stawach, w zatokach. Ten jest głęboko. Trzewiowy. Musiał być duży.

— Duży? — Eleonora poczuła, jak robi jej się słabo. — Jaka jest różnica?

— Taka — Roman usiadł na skraju wanny, wciąż wpatrzony w jej bok — że zwykłe krwiżywce po trzech dniach odpadają i zamieniają się w łuskę. A trzewiowe… trzewiowe żyją dłużej. Nawet kilka tygodni. Żywią się krwią, ale też limfą. I — według Gekkogenii — mogą być wrotami.

— Wrotami? Do czego?

— Do snów. Do Jaszczura. Do… — zawahał się — Dogłębnej Ekscytacji. Jeszcze za życia.

Eleonora oparła się o umywalkę. Ból nagle zelżał, jakby usłyszał, że o nim mówią, i przycupnął, by słuchać. W lustrze zobaczyła swoją twarz — bladą, ale z dziwnym, gorączkowym rumieńcem na policzkach. Wyglądała jak kobieta, która ma gorączkę. Albo która jest zakochana. Albo która zaraz umrze. Czasem to jedno i to samo, pomyślała.

— A ty skąd to wiesz? — zapytała. — Nigdy mi o tym nie mówiłeś.

— Bo nie chciałem cię straszyć — przyznał Roman, wstając. — Mój ojciec miał trzewiowego. Pod koniec, gdy rak już go zżerał od środka, powiedział mi, że to nie był rak. To był krwiżywiec wielkości jego pięści. Czuł, jak się porusza. Mówił, że to największy ból, ale i największa przyjemność, jaką przeżył.

— Przyjemność? — Eleonora skrzywiła się. — Mnie nie jest przyjemnie.

— Bo jeszcze nie nadszedł czas. Najpierw ból. Potem wylęg. Potem młody rośnie. A potem… potem, gdy odpadnie, zostawia po sobie ślad. I ten ślad to łuska wewnętrzna. Ona zmienia postrzeganie. Mój ojciec przed śmiercią widział Jaszczura na jawie. Na jawie, Eleonoro! Siedział w szpitalnym łóżku i opisywał mi jego łuski, jego oczy, jego złotą nić, która zwisała z sufitu. Lekarze mówili, że to halucynacje. A on powiedział: „To nie halucynacje, synu. To ekscytacja dogłębna. Jestem w Krainie. Tylko jeszcze nie umarłem”.

3.

Eleonora wróciła do łóżka. Roman przyniósł jej herbatę — tym razem nie z melisą, ale z piołunem. Piołun według tradycji Jaszczurników rozszerzał wrota łuski i ułatwiał kontakt z tym, co księżycowe.

— Wypij — powiedział, podając jej kubek. — To ci pomoże.

— Pomóc w czym? W bólu? Czy w przyjęciu krwiżywca?

— W jednym i drugim.

Eleonora wypiła. Smak był gorzki, cierpki, zostawiał na języku metaliczną posmak, jakby ktoś rozpuścił w wodzie drobne opiłki żelaza. Znała ten smak. Piła piołunowe napary od lat, zawsze przed rytuałami. Ale tym razem było inaczej. Tym razem czuła, że napar nie idzie w dół żołądka, ale rozchodzi się po całym ciele — do palców, do włosów, do tego miejsca pod żebrem, gdzie coś się poruszało.

— Roman — powiedziała po chwili. — A gdyby to nie był krwiżywiec? Gdyby to był guz? Albo torbiel? Albo coś, co trzeba wyciąć?

— Nie mów tak — przerwał jej ostro. — To obraza dla Jaszczura. Każdy ból jest darem. Każdy wylęg jest błogosławieństwem. Tak mówi Gekkogenia.

— Gekkogenia mówi też, że można odróżnić ból Jaszczura od zwykłej choroby — odparowała Eleonora, która znała świętą księgę równie dobrze jak on. — Ból Jaszczura znika po wylęgu. Ból choroby nie.

— No to sprawdźmy — powiedział Roman i sięgnął po swoją skórzaną torbę, w której trzymał narzędzia.

4.

Wyjął z torby zestaw, który wyglądał jak przerażające połączenie sprzętu dentystycznego i narzędzi tortur. Były tam igły różnej grubości, mała srebrna łyżeczka do skrobania („do usuwania resztek jaja”, jak mawiał Roman), pęseta z wąskimi szczękami, a także dziwne urządzenie przypominające długopis — detektor łuski, własnej roboty konstrukcja Romana, zbudowana z kawałka miedzi, baterii od słuchawki i diody LED. Gdy dioda świeciła na zielono, oznaczało to, że pod skórą nie ma nic niepokojącego. Gdy na czerwono — że krwiżywiec jest blisko.

— Połóż się — polecił. — Na brzuchu.

Eleonora posłusznie przewróciła się na materacu. Roman odsunął jej koszulę nocną, odsłaniając plecy i prawy bok. Przyłożył detektor łuski do jej skóry. Dioda najpierw migotała na żółto, potem na pomarańczowo, a w końcu — gdy dotarł do miejsca tuż pod żebrem — zapaliła się jaskrawą czerwienią.

— Jest — mruknął. — Silny sygnał. Muszę go wypuścić.

— Igłą? — zapytała, zaciskając zęby.

— Igłą. Ale grubszą niż zwykle. I głębiej.

Eleonora westchnęła. Przez siedemnaście lat małżeństwa nauczyła się ufać Romanowi w kwestiach wylęgów. To on był tym, który „odbierał” młode — on miał lepszą rękę, lepsze oko, a przede wszystkim większą odwagę, by ciąć i kłuć tam, gdzie inni bali się dotknąć. Ona była nosicielką. On był położnym. Taki był ich podział obowiązków.

— Działaj — powiedziała.

5.

Roman nie zwlekał. Ogrzał igłę nad zapalniczką — nie dla sterylizacji, bo ta była dla Jaszczurników obojętna, ale dla „przygotowania kanału”. Gorąca igła miała według tradycji łatwiej wnikać w gniazdo jajowe. Potem przetarł miejsce wylęgu spirytusem — to już był jego własny pomysł, bo mimo wszystko nie chciał, żeby Eleonora dostała zakażenia.

— Będzie bolało — ostrzegł.

— Wiem.

Ukłuł. Eleonora jęknęła, ale nie krzyknęła. Roman wbił igłę na głębokość około dwóch centymetrów — to było dużo, jak na wylęg podskórny. Zwykle wystarczał centymetr, półtora. Ale krwiżywiec trzewiowy siedział głębiej. Czuł to po oporze tkanek, po tym, jak igła natrafiła na coś miękkiego, a potem nagle sztywnego — jakby przebijała cienką, ale twardą błonę.

— Już — wyszeptał. — Już go mam.

Powoli wyciągnął igłę. Na jej końcu wisiała maleńka kropla krwi — ale nie taka zwykła, czerwona i wodnista. Ta krew była gęsta, ciemna, prawie czarna. I w jej wnętrzu — gdyby ktoś miał mikroskop — dostrzegłby coś na kształt maleńkiego ogonka, wijącego się w galaretowatej substancji.

— Wyszedł? — zapytała Eleonora, nie odwracając głowy.

— Wyszedł. — Roman przyjrzał się igle. — Ale to tylko część. Jajo pękło, ale młody jest większy, niż myślałem. Musiałem przebić tylko worek. On sam wyjdzie przez dziurę. Za kilka godzin. A może za dzień.

— A ból?

— Powinien ustąpić. Jeśli ustąpi — znaczy, że miałem rację. Jeśli nie — znaczy, że to jednak guz.

Eleonora przewróciła się na plecy. Ból rzeczywiście zelżał — nie zniknął całkowicie, ale zmienił charakter. Z ostrego, tnącego stał się tępym, pulsującym uciskiem. Jakby ktoś przestał wbijać nóż, ale zostawił go w ranie.

— Ustępuje — przyznała z ulgą. — To był Jaszczur.

— To był Jaszczur — potwierdził Roman, wycierając igłę o prześcieradło. Zostawił na nim ciemną plamę, która w świetle poranka wyglądała prawie czarno. — Masz szczęście. Trzewiowe krwiżywce to rzadkość. Nie każdy je dostaje.

— Cieszę się zaszczycona — odparowała z nutą ironii. — Jaka jest procedura? Co teraz?

— Teraz czekamy — powiedział Roman, chowając narzędzia do torby. — Młody musi urosnąć. Będzie cię bolało przez kilka dni. Może tydzień. Ale nie możesz go ruszać. Nie możesz dotykać tego miejsca. Nie możesz przykładać lodu ani ciepła. Ma żyć własnym życiem.

— A jeśli będzie bolało za bardzo?

— Wtedy weźmiesz napar z łuski. Zrobimy go z twoich własnych, starych łusek. To uśmierza ból, nie szkodząc młodemu.

Eleonora skinęła głową. Czuła się dziwnie — zmęczona, ale jednocześnie dziwnie ożywiona. Jakby wraz z bólem do jej ciała weszła jakaś nowa energia. Może to był ten krwiżywiec, myślała. Może to on poruszał się w jej wnętrzu, pijąc jej krew, ale jednocześnie pompując w nią coś własnego. Jakąś gadzią esencję.

6.

O siódmej rano rozległo się pukanie do drzwi. Tym razem było głośne, stanowcze — nie jak wczorajsze, nieśmiałe stukanie pana Czesława. To były uderzenia pięścią w drewno, takie, które nie pozostawiały wątpliwości: „Otwierajcie, to ważne”.

Roman i Eleonora spojrzeli po sobie. Ona jeszcze leżała w łóżku, przykryta kołdrą po sam nos. On stał w samych slipach, z torbą narzędzi w ręku.

— Schowaj to — szepnęła.

Roman wrzucił torbę pod łóżko, włożył spodnie dresowe i poszedł otworzyć. Na korytarzu stała dwójka mężczyzn — jeden w mundurze straży miejskiej, drugi w cywilu, ale z identyfikatorem na szyi.

— Roman Kretz? — zapytał ten w cywilu, pokazując legitymację. — Nazywam się Pstrąg, aspirant z wydziału do spraw przestępstw nieobyczajnych. A to mój kolega, strażnik Grzebyk. Mamy zgłoszenie o zakłócaniu spokoju w nocy. Krzyki, piski, odgłosy skrobania. Czy coś państwu wiadomo?

Roman zmrużył oczy. Pstrąg. To nazwisko obiło mu się o uszy — podobno ten facet specjalizował się w sektach, w kultach, w „nieobyczajnych” praktykach religijnych. Były katolik, obecnie ateista — jak głosiła osiedlowa plotka — i zaciekły przeciwnik wszystkiego, co nie mieściło się w jego racjonalistycznym światopoglądzie.

— Nic mi nie wiadomo — odpowiedział Roman spokojnie. — Spaliśmy całą noc. Może sąsiad z dołu puszcza muzykę? Albo ktoś na klatce?

— Pan Czesław z naprzeciwka — wtrącił strażnik Grzebyk, zaglądając Romanowi przez ramię do mieszkania — zeznał, że około godziny trzeciej nad ranem słyszał „dźwięki przypominające rytualne zawodzenie”. Ma pan może nagranie z monitoringu?

— Nie mam monitoringu. To jest blok, nie bank.

Pstrąg uśmiechnął się — nieprzyjemnie, jakby coś wiedział, czego Roman nie chciałby usłyszeć.

— Czy możemy wejść? — zapytał. — Tylko rzucić okiem. Standardowa procedura.

— Nie macie nakazu — odpowiedział Roman.

— Nie potrzebujemy nakazu do rozmowy w progu. Ale jeśli pan odmawia, to może zrobimy notatkę w aktach. „Odmowa współpracy”. I wtedy łatwiej będzie o nakaz. A wierzy pan, że znajdziemy coś, co nas zainteresuje?

Roman zawahał się. W tym momencie z sypialni wyszła Eleonora, ubrana już w dres i bluzę z długim rękawem. Była blada, ale uśmiechała się uprzejmie.

— Dzień dobry panom — powiedziała miłym głosem. — Co się stało?

— Pani Eleonoro Kretz? — Pstrąg zmierzył ją wzrokiem. — Pani mąż mówi, że państwo spali. A pani wygląda, jakby pani nie spała od tygodnia. I jakby coś panią bolało.

Eleonora mimowolnie dotknęła prawego boku. To był błąd, wiedziała o tym od razu. Ale ból był tak intensywny, że nie mogła się powstrzymać.

— Skręciłam się w nocy — powiedziała szybko. — Przewróciłam się w łóżku. Stare kości.

— Ma pani czterdzieści lat, pani Eleonoro. To nie są stare kości. — Pstrąg zrobił krok w przód, ale nie przekroczył progu. — Czy możemy wejść? Zobaczymy, czy nic państwu nie grozi. Bo to zgłoszenie mówiło też o „podejrzeniu znęcania się”. Takie rzeczy trzeba wyjaśniać.

— Nad kim mielibyśmy się znęcać? — zapytał Roman, prostując się. — Nie mamy dzieci. Nie mamy zwierząt. Mamy siebie. Czy pan sądzi, że znęcam się nad żoną?

— Nie sądzę niczego — odparł Pstrąg z tym swoim uśmieszkiem. — Dlatego chcę wejść i sprawdzić.

7.

Eleonora i Roman wymienili spojrzenia. Wiedzieli, że nie mogą go wpuścić. W sypialni na prześcieradle była ciemna plama krwi, pod łóżkiem leżała torba z narzędziami, a w komodzie, w drugiej szufladzie, spoczywał słoik z trzydziestoma siedmioma łuskami — dowodami wylęgów. Dla Pstrąga byłyby to „dowody okaleczania”. Dla nich — świętości.

— Przykro nam — powiedziała Eleonora, wciąż z uprzejmym uśmiechem. — Ale nie mamy nic do ukrycia. Po prostu nie lubimy, gdy obcy ludzie chodzą po naszym domu. To nasza prywatność.

— A wierzy pani, że jeśli dostanę nakaz, to wrócę z łomem? — zapytał Pstrąg.

— Wierzę. Ale wtedy będzie pan miał nakaz. A teraz nie ma. Więc do widzenia.

Zamknęła drzwi przed jego nosem. Przez chwilę stali w przedpokoju, nasłuchując. Pstrąg i Grzebyk naradzali się półgłosem na korytarzu. Potem usłyszeli kroki oddalające się w stronę windy.

— Będzie wracał — powiedział Roman.

— Wiem — odparła Eleonora. — Ale zanim dostanie nakaz, minie kilka dni. Może tydzień. A w tym czasie…

— ...my zdążymy.

8.

Nie zdążyli.

Bo jeszcze tego samego popołudnia, gdy Eleonora leżała na kanapie z podwiniętymi nogami, a Roman gotował obiad (jajecznicę na boczku — „dla wzmocnienia krwi”, jak mawiał), zadzwonił domofon. Roman podszedł, nacisnął przycisk rozmowy.

— Słucham?

— Panie Kretz, tu pan Czesław z naprzeciwka. Mam dla pana ważną informację. Dotyczącą państwa bezpieczeństwa.

Roman wpuścił go niechętnie. Pan Czesław stał na klatce schodowej w swoim wytartym szlafroku, ale tym razem nie miał notesu. Miał za to w ręku kserokopię jakiegoś dokumentu.

— Co pan chce? — zapytał Roman, nie zapraszając go do środka.

— Chcę ostrzec — powiedział Czesław, podając mu kserówkę. — To jest pismo, które wysłałem do wydziału do spraw sekt. Dostałem odpowiedź. Będzie kontrola. Poważna. Nie taka jak dziś rano, z tym śmiesznym Pstrągiem. Będzie prokurator. Będzie policja. Będzie przeszukanie.

Roman wziął kserówkę. Przeczytał. Na górze widniała pieczęć: „Wydział do spraw Zwalczania Szkodliwych Kultów i Ruchów Religijnych”. W treści — krótko i rzeczowo — potwierdzenie wszczęcia postępowania wyjaśniającego w sprawie „podejrzenia prowadzenia nielegalnej działalności religijnej połączonej z okaleczaniem ciała”.

— Dlaczego pan to robi? — zapytał Roman, oddając dokument. — Co panu przeszkadzamy? Nie hałasujemy. Nie mamy imprez. Nie pijemy na klatce.

— Bo się boję — powiedział pan Czesław. I w jego głosie, po raz pierwszy od lat, Roman usłyszał nie arogancję, ale szczery strach. — Boję się, że to, w co wierzycie, jest prawdziwe. A jeśli jest prawdziwe, to znaczy, że ten wasz Jaszczur… że on naprawdę istnieje. I że każdej nocy wchodzi w nasze mózgi. I że to, co śniłem ostatniej nocy — ten sen o ogromnym gadzie, który patrzył na mnie żółtym okiem — to nie był zwykły koszmar. To była wizyta.

Roman spojrzał na Eleonorę, która wstała z kanapy i podeszła do drzwi. Jej twarz była blada, ale spokojna.

— Co pan śnił? — zapytała.

— Śniłem, że stoję na Księżycu — powiedział pan Czesław, a jego głos zadrżał. — I że z ciemności wychodzi do mnie… coś. Z łuskami. I mówi: „Nie bój się, Czesławie. I tak jesteś mój. Każdy jest mój. Tylko nie każdy o tym wie”.

Nastąpiła cisza. W bloku ktoś włączył młotek — wiercił dziurę w ścianie. Ale w przedpokoju mieszkania Kretzów było cicho, jakby czas się zatrzymał.

— To był Jaszczur — powiedział w końcu Roman. — On wybrał pana.

— Nie chcę być wybrany! — wykrzyknął pan Czesław. — Ja nie chcę żadnego gada w swoim mózgu! Ja chcę spać spokojnie! Chcę mieć zwykłe sny! Chcę umrzeć normalnie, a potem zgnić w ziemi, a nie… a nie…

— …a nie trafić do Krainy Dogłębnej Ekscytacji? — dokończyła Eleonora.

— Nie wiem, co to znaczy! — pan Czesław prawie płakał. — I nie chcę wiedzieć! Ja chcę, żebyście się wynieśli z tego osiedla! Żebyście zabrali swoje druty, swoje łuski, swoje igły! I żeby ten wasz Jaszczur zostawił mnie w spokoju!

9.

Roman zamknął drzwi. Pan Czesław stał jeszcze przez chwilę na korytarzu, po czym oddalił się, potykając o własne nogi.

— On też ma jajo — powiedziała Eleonora.

— Wszyscy mają jajo — odparł Roman. — Tylko nie wszyscy o tym wiedzą.

Wrócił do kuchni, gdzie jajecznica na patelni już wystygła i zrobiła się gumowata. Eleonora podeszła do okna. Przez szybę widziała osiedle — bloki, place zabaw, wyschnięte trawniki. Gdzieś w oddali, na dachu wieżowca, ktoś zamontował antenę satelitarną. Wyglądała jak ogromny, srebrny owad. Albo jak łapaczka snów — tylko dla bogatych.

— Roman — powiedziała, nie odwracając się. — A jeśli on ma rację? Jeśli Jaszczur jest zły? Jeśli ta cała Dogłębna Ekscytacja to pułapka?

— Nie mów tak — usłyszała za sobą jego głos. — To herezja.

— A jeśli herezja ma rację? — zapytała, odwracając się. Jej dłoń wciąż spoczywała na prawym boku, gdzie krwiżywiec poruszał się powoli, pijąc jej krew. Ból był już mniejszy, ale bardziej świadomy. Jakby młody uczył się jej ciała, poznawał je, zapamiętywał.

Roman podszedł do niej i wziął jej dłonie w swoje.

— Wierzę w Jaszczura — powiedział. — Wierzę, że każdej nocy schodzi po złotej nici. Wierzę, że składa w nas jaja. Wierzę, że ból jest wylęgiem. Wierzę, że po śmierci pójdziemy po drucie do Krainy. I nic — ani katolicy, ani ateiści, ani cały wydział do spraw szkodliwych kultów — nic mnie nie nawróci.

Eleonora spojrzała mu w oczy. Przez siedemnaście lat, cztery miesiące i trzynaście dni wiedziała, że to jest człowiek, którego wybrała. Człowiek, który kłuł ją igłami, wiercił w jej ciele tunele dla krwiżywców, zbierał jej łuski do słoika po ogórkach. I który kochał ją tak, jak tylko Jaszczurnik może kochać — z bólem, z wiarą i z nadzieją na Dogłębną Ekscytację.

— Ja też wierzę — powiedziała w końcu. — Tylko czasem się boję.

— Ból to nie powód do strachu — odparł Roman. — Ból to dowód, że żyjemy. I że Jaszczur o nas pamięta.

W kuchni jajecznica całkiem wystygła. Ale oni i tak ją zjedli — zimną, gumowatą, posypaną solą i pieprzem. A potem Eleonora położyła się na kanapie, a Roman usiadł obok i głaskał ją po włosach, aż zasnęła. I śniła — po raz pierwszy od wielu nocy — sen, który pamiętała po obudzeniu.

Śniła, że stoi na Księżycu. Że przed nią rozciąga się Kraina Dogłębnej Ekscytacji — pełna drutów, które śpiewają, i łusek, które tańczą. I że z ciemności wychodzi do niej Wielki Jaszczur. Ma siedem łbów. I każdy łeb patrzy na nią innym okiem. I każdy łeb mówi:

— Już czas, Eleonoro. Już czas na wylęg.

10.

Obudziła się o północy. Ból w prawym boku zniknął. Zupełnie. Jakby nigdy go nie było.

— Roman — szepnęła w ciemność. — Roman, krwiżywiec wyszedł.

Roman zapalił lampkę. Przez chwilę szukał na prześcieradle, na poduszce, na jej skórze. A potem znalazł. Na wysokości dziesiątego żebra, tuż pod pachą, leżała malutka, srebrzysta łuska. Wielkości ziarnka ryżu. Lśniła w świetle lampki jak maleńki kawałek Księżyca.

— Trzymaj — powiedział Roman, podając jej łuskę na wyciągniętej dłoni.

Eleonora wzięła ją w palce. Była ciepła. I dziwnie lekka. Jakby nie ważyła nic. A jednak — gdy położyła ją na języku i połknęła (tak każe tradycja przy pierwszym trzewiowym wylęgu) — poczuła, jak całe jej ciało wypełnia się światłem.

Nie było to światło widzialne. To było coś innego. Uczucie, że wszystkie druty na świecie łączą się w jeden. Uczucie, że złota nić Jaszczura dotyka jej od środka.

— Widzisz go? — zapytał Roman z nadzieją w głosie.

— Widzę — odpowiedziała Eleonora. I w jej głosie nie było już bólu. Była w nim tylko ekscytacja.

Za ścianą pan Czesław nie spał. Siedział na łóżku, wpatrzony w sufit, i nasłuchiwał. Czy to skrobanie? Czy to tylko wiatr? A może to Jaszczur przyszedł po swoje?

W jego prawym kolanie coś właśnie zaczynało boleć.

Rozdział 3: Cel ostateczny

1.

Roman Kretz stał na dachu wieżowca przy ulicy Łuskowej 7 i patrzył w niebo. Była godzina 2:37 nad ranem, księżyc wisiał nisko nad horyzontem — srebrzysta, pęknięta tarcza, która według Gekkogenii nie była żadnym satelitą, ale Gniazdem Łuskowca. Domem Wielkiego Jaszczura. Miejscem, gdzie każdej nocy przygotowywano złotą nić, by spuścić ją na Ziemię.

— Ile dzisiaj zebraliśmy? — zapytała Eleonora, która stała obok niego, owinięta w gruby sweter mimo stosunkowo ciepłej nocy.

— Sto dwadzieścia metrów — odpowiedział Roman, nie odrywając wzroku od księżyca. — Miedź, aluminium, trochę stali. Pan Czesław wyrzucił stary bojler. Poszedłem wieczorem na śmietnik, zanim przyjechała śmieciarka. Był cały w środku.

— W środku?

— W środku. Drut grzałki. Piękny, czysty, miedziany. — Roman uśmiechnął się w ciemności. — Jakby Jaszczur sam go tam położył.

Eleonora nie odpowiedziała od razu. Od trzech dni, odkąd połknęła łuskę po trzewiowym wylęgu, czuła się inaczej. Nie tyle silniejsza — raczej ostrzejsza. Jakby ktoś naostrzył jej zmysły. Słyszała szelest opon na asfalcie z odległości kilometra. Widziała w ciemności kontury dachów, anten, kominów. I czuła — fizycznie czuła — obecność drutów. Każdy kawałek metalu w promieniu stu metrów wołał do niej. To było niepokojące i fascynujące jednocześnie.

— Roman — powiedziała po chwili. — Czy to normalne? To, co czuję?

— Co czujesz?

— Że druty… śpiewają.

Roman odwrócił się w jej stronę. Nawet w słabym świetle księżyca widać było, że jego twarz rozjaśnia się czymś na kształt dumy.

— To łuska wewnętrzna — powiedział. — Mówiłem ci. Trzewiowy wylęg zostawia ślad. I ten ślad to… no właśnie. To słyszenie drutów. Nie każdy to ma. Mój ojciec miał. Podobno prorokini Marta z Radomia też miała. I — według Gekkogenii — sam Wielki Jaszczur ma to od zawsze.

— Jaszczur słyszy druty?

— Jaszczur jest z drutów. Albo raczej — druty są z niego. Z jego łusek. Z jego nici. Z jego… — Roman zawahał się, szukając słowa — eschatologicznego śluzu. Tak to nazywają w starożytnych tekstach. Nie pytałem, co to znaczy.

Eleonora parsknęła śmiechem. To był jej pierwszy śmiech od czasu, gdy Pstrąg zapukał do drzwi. Poczuła, że coś w niej pęka — nie bolesne, raczej uwalniające. Jakby krwiżywiec nie tylko zostawił łuskę, ale też zabrał ze sobą kawałek jej dawnych lęków.

— Eschatologiczny śluz — powtórzyła, smakując słowa. — To brzmi jak nazwa zespołu grającego na drutach.

— Albo jak nowy napój energetyczny — dodał Roman. — „Jaszczur. Eschatologiczny śluz. Dla tych, którzy chcą żyć wiecznie”.

Zaśmiali się oboje. Na dachu wieżowca, pod srebrnym księżycem, dwoje Jaszczurników śmiało się jak para nastolatków. To był rzadki moment — chwila, gdy wiara nie ciążyła, ale unosiła.

2.

Schodzili z dachu bocznymi schodami, żeby nie budzić sąsiadów. Roman niósł w worku na śmieci sto dwadzieścia metrów drutu — to było prawie dziesięć kilogramów metalu, który ciął go w ramię przez materiał, ale nie narzekał. Ból był darem. Nawet ból od worka z drutem.

— Opowiedz mi jeszcze raz — poprosiła Eleonora, gdy mijali trzecie piętro, na którym ktoś zostawił przed drzwiami parę starych butów (Roman rzucił na nie okiem, ale buty nie miały drutów, więc nie były święte). — O Krainie Dogłębnej Ekscytacji. Skąd wiemy, że tam jest? Skąd wiemy, że to nie jest zwykłe niebo? Albo że to nie jest piekło?

— Nie ma zwykłego nieba — odparł Roman, stawiając worek na półpiętrze, by odpocząć. — Nie ma też zwykłego piekła. Są tylko dwie opcje. Albo gnijesz w ziemi, a twoja świadomość gaśnie jak świeczka — tak mówią ateiści. Albo idziesz do Krainy — jeśli jesteś Jaszczurnikiem. Albo — jeśli jesteś katolikiem — idziesz do ich nieba. Ale ich niebo, Eleonoro… ich niebo to nuda. Same chóry anielskie, harfy, białe szaty. Żadnych drutów. Żadnej ekscytacji.

— Skąd wiesz? Byłeś?

— Byłem w wizjach. Po wylęgach. Mój ojciec mi opowiadał. On tam był — na granicy. Widział. Mówił, że Kraina Dogłębnej Ekscytacji to nie jest miejsce. To jest stan. Stan, w którym wszystko — każdy dźwięk, każdy dotyk, każda myśl — wywołuje orgazm. Ale nie taki zwykły, cielesny. To jest orgazm istnienia. Czujesz, że jesteś. I że to jest najwspanialsze uczucie na świecie.

Eleonora przysiadła na stopniu obok niego. W klatce schodowej było ciemno — żarówka na półpiętrze przepaliła się tydzień temu, a spółdzielnia mieszkaniowa nie śpieszyła się z wymianą. W ciemności słyszała tylko ich oddechy i daleki szum autostrady.

— A co z bólem? — zapytała. — W Krainie też jest ból?

— W Krainie nie ma bólu — powiedział Roman. — Ból jest tylko na Ziemi. Ból to wylęg. A w Krainie nie ma już wylęgów, bo tam się nie rodzi. Tam się tylko jest.

— To brzmi… dobrze. Ale i strasznie.

— Bo wszystko, co wieczne, jest straszne — odparł Roman, podnosząc worek. — Chodźmy. Musimy to zanieść do piwnicy. Jutro przyjeżdża kurier z innej komórki. Podobno mają dwieście kilogramów drutu z rozbiórki starej huty.

— Dwieście? — Eleonora gwizdnęła cicho. — To już blisko tony.

— W całej diecezji? — zapytał Roman, używając katolickiego terminu na określenie ich podziemnej struktury.

— W całej diecezji. — Eleonora wstała. — Podobno w Szczecinie mają jeszcze więcej. A w Gdańsku — tam podobno jeden z braci wykopał z ziemi kabel światłowodowy. Całe pół kilometra. Światłowód nie przewodzi prądu, ale według Gekkogenii przewodzi sny. Liczy się podwójnie.

3.

Piwnica pod blokiem przy ulicy Łuskowej 7 była miejscem szczególnym. Dla niewtajemniczonych — zwykły, wilgotny, cuchnący stęchlizną lokal, w którym mieszkańcy trzymali rowery, wózki dziecięce i słoiki z przetworami. Dla Jaszczurników — drutownia. Świątynia. Miejsce, w którym składowano metal, który miał kiedyś połączyć Ziemię z Księżycem.

Roman otworzył drzwi piwnicy kluczem, który nosił na szyi razem z małą srebrną łuską (pierwszą, jaką zebrał po śmierci ojca). W środku panował półmrok — jedyne światło pochodziło z małej lampki warsztatowej zawieszonej na haku. I w tym półmroku widać było to. Stosy drutów. Kable. Przewody. Sznury metalowe. Wszystko posortowane — miedź osobno, aluminium osobno, stal osobno, a w kącie, na specjalnej półce, druty srebrne i pozłacane, te najcenniejsze, które według tradycji pochodziły z rozebranych ołtarzy w kościołach (nie pytano, skąd się brały; każdy dar był darem).

— Piękne — szepnęła Eleonora, wchodząc do środka. — Coraz piękniejsze.

— Osiemnaście ton — powiedział Roman z dumą w głosie. — Tyle mamy w całej diecezji. Osiemnaście ton drutu.

— A ile potrzeba?

— Nikt nie wie. Gekkogenia mówi: „Aż linia sięgnie”. To znaczy — aż zbudujemy przewód tak długi, że dotknie Księżyca. A wtedy Jaszczur zejdzie po nim na stałe. I zamieszka wśród nas.

— Albo my pójdziemy do niego — dodała Eleonora.

— Albo jedno i drugie — zgodził się Roman.

Postawił worek z dzisiejszym zbiorem przy stosie miedzi. Potem podszedł do ściany, na której wisiała tablica korkowa. Na tablicy — mapy, zdjęcia, notatki, łączące się kolorowymi nićmi (zwykłymi, nie świętymi). To było centrum dowodzenia ich komórki. Tu planowano akcje. Tu śledzono ruchy katolików i ateistów. Tu zapisywano nazwiska nowych adeptów.

— Kto jutro przychodzi? — zapytała Eleonora, podchodząc do tablicy.

— Nowi. Para z trzeciego bloku. Ona — nauczycielka matematyki. On — mechanik samochodowy. Podobno on już od roku ma bóle w kręgosłupie. Myśli, że to dyskopatia. A to krwiżywiec. Jeden z tych dużych, kręgowych. Ona jeszcze nie wierzy, ale on już tak. Przyprowadzi go nasz człowiek z piątego piętra.

— Ten z brodą?

— Ten z brodą.

4.

Następnego dnia o 19:00 w piwnicy zebrało się jedenaście osób. Tyle liczyła komórka Jaszczurników na osiedlu Szczęśliwa Gwiazda. Byli w różnym wieku — od dwudziestu paru lat (młody chłopak, który wierzył, że Jaszczur wyleczy go z depresji) po siedemdziesiątkę (stara kobieta, która zbierała druty na wózku inwalidzkim, bo nie mogła już chodzić). Roman stał na środku, przed stosem miedzi, i mówił.

— Bracia i siostry w Łusce — zaczął. — Zebraliśmy się dziś, by mówić o celu. Ostatecznym. O Krainie Dogłębnej Ekscytacji.

— O Krainie! — odpowiedzieli chórem pozostali.

— Katolicy mówią o niebie — ciągnął Roman. — Mówią o wiecznym szczęściu, o oglądaniu Boga twarzą w twarz. Ale czy ktokolwiek z nich wie, co to znaczy? Czy ktokolwiek z nich doznał ekscytacji za życia? Nie. Bo oni czekają na śmierć. My nie czekamy. My zbieramy druty. My wylęgamy krwiżywce. My budujemy linię. I każdy z nas — każdy, kto zgromadzi drutów na wagę własnego ciała — przejdzie po złotej nici do Krainy.

— Nawet za życia? — zapytał młody chłopak z depresją.

— Zwłaszcza za życia — odparł Roman. — Śmierć to tylko zmiana formy. Ale ekscytację można poczuć już tu, na Ziemi. Eleonora — powiedz im. Powiedz, co czułaś po trzewiowym wylęgu.

Eleonora wystąpiła z cienia. W piwnicznym świetle jej twarz wyglądała niemal przezroczyście. Ale głos miała silny.

— Słyszałam druty — powiedziała. — Śpiewały do mnie. Każdy kawałek metalu w promieniu stu metrów wołał: „Jesteśmy częścią ciebie. Jesteśmy częścią Jaszczura”. I poczułam… no właśnie. Ekscytację. Nie orgazm, nie euforię. Coś głębszego. Jakby cały wszechświat nagle stał się mną.

W piwnicy zapadła cisza. Nawet stara kobieta na wózku przestała kręcić korbką.

— Czy to znaczy — zapytała nauczycielka matematyki, ta nowa, z trzeciego bloku — że jeśli nie zgromadzę wystarczającej ilości drutu, nie dostąpię ekscytacji?

— To znaczy — odpowiedział Roman — że musisz wierzyć i zbierać. Wiara bez drutu jest martwa. Drut bez wiary jest tylko kablem. Ale wiara i drut razem — to jest drutochód. To jest droga do Krainy.

— A co z katolikami? — zapytał mechanik. — Oni też zbierają. Nie druty, ale pieniądze na kościół. Czy ich wiara też jest drutem?

— Ich wiara jest sznurkiem — powiedziała Eleonora. — Sznurek się rwie. Drut się nie rwie. Drut łączy.

5.

Po spotkaniu, gdy inni już rozeszli się do domów (każdy zabierając ze sobą mały kawałek drutu na noc — „by Jaszczur wiedział, że o nim pamiętamy”), Roman i Eleonora zostali w piwnicy sami. Usiedli na stosie worków z aluminium — nie najwygodniejsze, ale jakoś to znosili.

— Byłaś dziś dobra — powiedział Roman. — Nowi uwierzyli.

— A ty wierzysz? — zapytała. — Naprawdę? Czy tylko udajesz dla reszty?

Roman spojrzał na nią. To było pytanie, które zadawała mu co jakiś czas — zwykle późną nocą, gdy zmęczenie rozpuszczało pancerze.

— Czasem myślę — powiedział powoli — że cała ta ekscytacja, cała ta Kraina, to tylko metafora. Że chodzi o coś innego. O bycie razem. O zbieranie czegoś wspólnie. O wierzenie w coś, co jest większe od nas.

— To brzmi jak katolicyzm — zauważyła Eleonora.

— Bo katolicyzm też jest metaforą. Tylko że oni o tym nie wiedzą. A my wiemy. I to jest różnica.

— A jeśli nie ma żadnej metafory? Jeśli Jaszczur naprawdę istnieje? I naprawdę składa w nas jaja? I naprawdę czeka na nas po drugiej stronie?

— To tym lepiej — uśmiechnął się Roman. — Wtedy mamy dwa powody, by zbierać druty. Metaforę i fakt.

Eleonora oparła głowę na jego ramieniu. W piwnicy pachniało wilgocią, rdzą i czymś jeszcze — czymś słodkawym, co mogło być starym miodem, ale mogło być też eschatologicznym śluzem.

— Roman — powiedziała po chwili. — A co, jeśli Pstrąg znajdzie tę piwnicę?

— Nie znajdzie.

— A jeśli znajdzie?

— Wtedy powiemy, że zbieramy złom na cele charytatywne. Na dom dziecka. Na schronisko dla zwierząt.

— A igły? A słoik z łuskami?

— Powiemy, że to eksponaty. Że zbieramy osobliwości. Że jesteśmy kolekcjonerami.

— A Gekkogenię?

Roman zawahał się. Gekkogenia była problemem. Święta księga Jaszczurników — stara, brzydka, w skórzanej oprawie — nie dałaby się wytłumaczyć jako „eksponat”. Zawierała opisy rytuałów, wylęgów, sposobów na budowanie linii. Była dowodem. Była bronią. Była też — jak wierzyli — słowem samego Jaszczura.

— Schowamy ją — powiedział w końcu. — Gdzieś, gdzie nikt nie znajdzie.

— Gdzie?

— Nie wiem. Może na dachu. Może w ścianie. Może…

Nie dokończył. W tym momencie usłyszeli nad sobą, na parterze, czyjeś kroki. Były ciężkie, miarowe. Nie jak kroki mieszkańca wracającego z pracy. To były kroki kogoś, kto szuka.

— Pstrąg — szepnęła Eleonora.

— Cicho — syknął Roman.

Zgasili lampkę warsztatową. Piwnica pogrążyła się w całkowitej ciemności. Słychać było tylko ich oddechy, bicie serc i — gdzieś wysoko — skrzypienie drzwi wejściowych na klatkę schodową.

Kroki zbliżały się. Ktoś schodził po schodach do piwnicy.

6.

— Panie Kretz? — usłyszeli głos Pstrąga. — Wiem, że pan tu jest. Widziałem pana, jak szedł do piwnicy z workiem. Proszę otworzyć. Nie mam nakazu, ale mogę poczekać. Mam całą noc.

Roman i Eleonora siedzieli nieruchomo. W ciemności Eleonora sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła mały kawałek drutu — swój talizman. Ścisnęła go tak mocno, że wpił się w jej skórę.

— Nie otwieraj — wyszeptała.

— Nie otworzę — odszepnął Roman.

Pstrąg zapukał w drzwi piwnicy. Raz. Dwa razy. Trzy.

— Dobrze — powiedział. — Będę na górze. Na klatce. Na ławce. A jak zechce pan wyjść, to porozmawiamy. Mam do pana kilka pytań o pana żonę. I o jej ból. I o to, co pan jej wstrzykuje.

Roman poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy. Wstrzykuje? Skąd Pstrąg wiedział o igłach? Skąd wiedział o wylęgach? Czyżby pan Czesław nagrał ich przez ścianę? Czyżby ktoś doniósł?

— Nie odpowiadaj — szepnęła Eleonora. — Niech sobie gada.

I gadali. Przez następne czterdzieści minut Pstrąg stał pod drzwiami piwnicy i mówił. O sektach, o szkodliwych kultach, o ludziach, którzy wierzą w rzeczy niemożliwe. Mówił, że rozumie potrzebę transcendencji, ale są granice. Że okaleczanie się w imię gada z księżyca to nie wiara, to choroba. Mówił, że ma siostrę, która wstąpiła do podobnej sekty w latach dziewięćdziesiątych. Że widział, co się z nią stało. Że nie chce, żeby to samo spotkało Eleonorę.

— Ona jest chora, panie Kretz — powiedział w końcu, już ciszej. — Niech pan jej pomoże. Niech pan wezwie lekarza. Niech pan przestanie kłuć ją igłami. To nie jest miłość. To jest znęcanie się.

Roman zacisnął pięści. W ciemności poczuł, że Eleonora chwyta go za rękę.

— Nie słuchaj go — wyszeptała. — On nie rozumie. On jest ateistą. Dla niego ból to tylko ból. Nie wie, że ból to wylęg.

— Wiem — odparł Roman, choć w jego głosie zabrzmiała nuta, której nie znała. Wahanie.

7.

Pstrąg odszedł około pierwszej w nocy. Roman i Eleonora wyszli z piwnicy dopiero o trzeciej — na wszelki wypadek przeczekali jeszcze godzinę. Gdy weszli do mieszkania, Eleonora od razu położyła się na łóżku. Ból wrócił. Nie w prawym boku, ale w lewym ramieniu. Nowy. Świeży.

— Roman — powiedziała. — Znowu. Jajo. W ramieniu.

Roman podszedł do niej. Przez chwilę wahał się, czy sięgnąć po igłę. W uszach wciąż brzmiały mu słowa Pstrąga: To nie jest miłość. To jest znęcanie się.

— Może… — zaczął, ale nie dokończył.

— Może co? — zapytała Eleonora, unosząc głowę. — Może pójdziemy do lekarza? Może powiemy: „Proszę pana, mam w ramieniu jajo złożone przez Jaszczura z Księżyca”? I co on nam powie? Powie, że to guz. Wytnie. I zabije młodego.

— A jeśli to naprawdę guz? — zapytał Roman cicho.

Eleonora usiadła. Spojrzała na niego takim wzrokiem, jakim patrzy się na kogoś, kogo się nie poznaje.

— Ty wątpisz? — zapytała. — Ty, Roman Kretz, syn Romana Kretza, wnuk Romana Kretza, Jaszczurnik od urodzenia — ty wątpisz?

— Nie wątpię w Jaszczura — powiedział Roman. — Wątpię w siebie. W to, czy robię dobrze, kłując cię. W to, czy ból, który ci zadaję, to naprawdę wylęg, czy tylko… zwykłe cierpienie.

Eleonora wstała. Podeszła do komody i wyciągnęła Gekkogenię. Otworzyła na stronie 47, gdzie było napisane:

„I rzekł Wielki Jaszczur do swoich czcicieli: Kto zadaje ból z miłości, ten buduje linię. Kto zadaje ból z nienawiści, ten rwie nić. A kto nie zadaje bólu wcale, ten nie zna Jaszczura”.

— Czytaj — powiedziała, podając mu księgę.

Roman przeczytał. I przypomniał sobie wszystko. Dlaczego wierzy. Dlaczego kłuje. Dlaczego zbiera druty. Dlaczego każdej nocy czeka na Jaszczura.

— Masz rację — powiedział. — Przepraszam.

— Nie przepraszaj — odparła Eleonora, kładąc się z powrotem. — Tylko weź igłę. Boli.

8.

Wziął igłę. Tym razem cieńszą — ból w ramieniu był powierzchowny, krwiżywiec siedział tuż pod skórą. Ukłuł. Krew trysnęła cienką strużką. A w niej — mały, przezroczysty ogonek, wijący się przez chwilę, nim zniknął w ciemności.

— Już — powiedział Roman.

— Dziękuję — odparła Eleonora. I uśmiechnęła się.

Za oknem wschodził księżyc. Nie pełnia — ale to nie miało znaczenia. Wielki Jaszczur nie potrzebował pełni, by zejść. Potrzebował tylko snu. I wiary. I drutów.

Roman położył się obok żony. Wziął ją za rękę. Przez chwilę leżeli w ciszy, nasłuchując, czy gdzieś w bloku nie rozlegną się kroki Pstrąga. Ale było cicho. Nawet pan Czesław nie chrapał.

— Roman — szepnęła Eleonora, już prawie śpiąc. — Jesteśmy coraz bliżej.

— Coraz bliżej — odpowiedział.

— Krainy.

— Krainy Dogłębnej Ekscytacji.

— Gdzie druty śpiewają.

— Gdzie druty śpiewają, a łuski tańczą.

— I gdzie nie ma bólu.

— Tylko ekscytacja.

Zasnęli. A w nocy Wielki Jaszczur zszedł po złotej nici i wszedł w ich mózgi. I złożył nowe jaja. W Romanie — w lewej stopie. W Eleonorze — w prawym płacie skroniowym.

Rano obudzili się z bólem. I byli szczęśliwi.

Bo ból to wylęg. A wylęg to życie. A życie to droga do Krainy.

Drutochód właśnie się rozpoczął.

Rozdział 4: Starożytne łuski Biblii

1.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 69.87