Rozdział 1
Spełnienie dziecięcych marzeń
Weridiana
Nie mogłam uwierzyć w to, że to się działo! Po wielu latach marzeń znalazłam się na malowniczej Australijskiej wyspie K’gari. Nazwa ta pochodziła z języka Aborygenów i oznaczała „Raj”. I właśnie to słowo pasowało do tej wyspy.
Wyspę charakteryzowały plaże, była to bowiem wyspa w znacznej większości piaszczysta, ale na jej florę składały się również różnorakie lasy; od deszczowych po namorzynowe. Charakterystyczna była też obecność wielu jezior. Na wyspie żyło także wiele gatunków różnych zwierząt.
Wyspa jednak była słabo zaludniona. Mieszkało na niej zaledwie nieco ponad sześćdziesiąt osób. Rok w rok wyspę odwiedzało też wielu turystów. A ja...przyjechałam na tę wyspę powodowana wspomnieniami z dzieciństwa.
Kiedy byłam małą dziewczynką to kochałam oglądać serial „H2O: Wystarczy kropla”. A serialowe Mako to właśnie wyspa K’gari. Choć serial dawno nie był już emitowany to dalej czułam sentyment do niego.
W wolnych chwilach lubiłam słuchać czołówki. Innym moim hobby było układanie koralików wodnych. Po spryskaniu ich wodą były bardzo trwałe, można z nich było robić nawet biżuterię.
Sama nosiłam na nadgarstku jedną bransoletkę zrobioną właśnie w ten sposób. Była dość prosta, zrobiona z półprzezroczystych koralików w różnych odcieniach niebieskiego. Jej centralnym punktem była… a jakże, postać syrenki.
Przechadzałam się w okolicach centralnej części wyspy, gdy nagle… z impetem upadłam na ziemię. I, jak się po chwili zorientowałam, nie upadłam sama. Okazało się bowiem, że w jednej chwili znalazłam się pod kimś, kto na mnie upadł.
Trzymałam ręce przed sobą, podtrzymując się na dłoniach. Zdążyłam zauważyć, że to mężczyzna, znacznie starszy ode mnie, ale w szoku nie potrafiłam dokładnie ocenić jego wieku. Czułam, jak moje serce waliło mi mocniej w piersiach, gdy spojrzałam prosto w nieznane mi oczy.
Mężczyzna po chwili podniósł się dość sprawnie i pomógł to samo zrobić mnie po czym powiedział
— Przepraszam bardzo, niech Pani wybaczy. To zupełnie moja wina. Nie spodziewałem się nikogo na swojej drodze.
— Żadna ze mnie pani. Dopiero niedawno dwudziestkę kończyłam! Weridiana jestem.
— Eh...Parsley. Miło poznać. I jeszcze raz przepraszam. Jesteś pewna, że nic ci się nie stało?
— Eh, nie...chyba nie. Dzięki za troskę.
Teraz, gdy pierwszy szok minął miałam okazję nieco przyjrzeć się swojemu nieoczekiwanemu rozmówcy. Był to mężczyzna w wieku dojrzałym, obstawiałabym iż był koło pięćdziesiątki. Wskazywały na to delikatne zmarszczki na jego twarzy, szczególnie wokół intrygujących zielonych oczu.
Jego krótkie, siwe włosy był jeszcze potargane po niefortunnym upadku. Miał on lekko opaloną karnację, jakby od systematycznego przebywania na słońcu. Na jego twarzy oprócz delikatnych zmarszczek dostrzegłam po chwili także trzydniowy zarost.
Był dość szeroki w barkach, dobrze zbudowany; co sugerowało iż uprawiał jakiś sport, ale nie jakoś przesadnie muskularny.
Na jego strój składała się niebieska koszula z krótkim rękawem, wyglądająca na całkiem przewiewną a także szorty.
Po chwili zagadnęłam do niego
— Wybacz, że tak ci się przypatruję, ale… widzę że masz całkiem wysportowaną sylwetkę. Uprawiasz jakiś sport?
— Tak. Nurkuję rekreacyjnie, takie tam hobby. Dlatego tu przyjechałem. Chciałem ponurkować i zobaczyć tutejszą rafę koralową.
— Jej. To musi być ciekawe.
— Jest. Głębiny oceanu skrywają wiele ciekawych rzeczy. A ty? Co tu robisz?
— Eh...sentyment z dzieciństwa. W tym miejscu kręcili mój ulubiony serial.
— Mhm. A twoja bransoletka? Całkiem ładna. Sama robiłaś?
— Tak. Z koralików wodnych. Jak sam to przed chwilą ująłeś „takie tam hobby”.
— Urocze. Od dawna takie cuda robisz?
— Jakieś dwa lata może. A ty? Od jak dawna nurkujesz?
— Ja wiem? Jakieś trzynaście lat już pewnie będzie...Ale i tak jestem totalnym amatorem.
— Po tylu latach? Naprawdę?
— Jasne. Są bardziej doświadczeni.
— Może kontynuujemy naszą miłą pogawędkę przy spacerku, co? Chciałam pospacerować sama co prawda, ale jeśli już nawinął mi się tak interesujący kompan to nie odmówię sobie towarzystwa.
— Z miłą chęcią.
Spacerowaliśmy więc sobie brzegiem plaży i gawędziliśmy
— A powiedz mi, to twoje pierwsze nurkowanie w tych regionach?
— Tak, w wielu miejscach już nurkowałem, ale akurat nie tutaj.
— A te „wiele miejsc” to gdzie?
— Cozumel w Meksyku, Belize, Malediwy, Egipt… Tak żeby tylko kilka wymienić.
— Jej. A często wypadasz na nurkowanie?
— Kiedy tylko mam czas. Średnio kilka razy w roku.
Rozmawialiśmy tak jeszcze kilka minut, gdy mój nowy kumpel zauważył
— E… Ziemię podmywa. Idzie przypływ…
I faktycznie, przypływ przyszedł, niewielki co prawda i niegroźny, ale fascynujący, wyrzuciwszy na brzeg...muszelkę. Bardzo ładną. Różową, błyszczącą. Postanowiłam ją podnieść.
Spytałam również Parsleya
— Widziałeś już kiedyś taką muszlę?
— W czasie trzynastu lat podróży z nurkowaniem sporo muszli widziałem ale takiej to chyba jeszcze nigdy. Ale muszę przyznać ładniutka jest.
— Jak myślisz, znajdziemy podobne?
— Z pewnością! Przypływ pewnie wyrzucił na brzeg pełno takich. Poszukajmy.
Przeszliśmy się więc jeszcze kilka kilometrów. I znaleźliśmy kolejnych kilka muszli. Parsley obejrzał je dokładnie.
— Naprawdę nigdy wcześniej nie widziałem takich muszli. Muszą występować tylko w okolicach tej wyspy. Być jedną z jej tajemnic.
— Co masz na myśli mówiąc „Jedną z tajemnic”? Myślisz, że jest ich więcej? — spytałam.
— Pff… Z pewnością. Australia i Aborygeni mieli wiele swoich mitów. A i popkultura się z tym bawiła.
— Na przykład?
— Pff...Może nie dotyczyło to bezpośrednio K’gari..ale w filmie „Scooby doo i Legenda wampira” w Australii grasował „krwiopijca”. Na „Skale wampira” dla której inspiracją była skała Uluru, na kontynencie. Ale w Australii wampiry nie grasują.
— Mhm… To chyba już mam plan co będę robić gdy nadejdzie czas wyjazdu z K’gari...Ale oczywiście nie sama. Liczę na miłe towarzystwo.
— Jeśli miałaś na myśli moje to jestem Za.
— A na kontynencie byłeś kiedyś?
— A, ta. Australia kontynentalna to akurat mi nieobca.
— Czyli pewnie wiesz coś o potencjalnych zagrożeniach, które mogą nas tam spotkać? Pomijając wampiry, których jak już wspomniałeś raczej nie uświadczymy.
— E. Wiesz, Zagrożenia to nawet tu na wyspie. Dzikie Dingo.
— Tak?
— Dingo na ogół unikają konfliktów z ludźmi, ale są na tyle duże, że mogą być niebezpieczne. Większość ataków dotyczy ludzi karmiących dzikie dingo, szczególnie tutaj, na K’gari, która jest szczególnym ośrodkiem turystyki związanej z dingo. Zdecydowana większość ataków dingo ma niewielki charakter, ale niektóre mogą być poważne, a kilka z nich zakończyło się śmiercią.. W wielu australijskich parkach narodowych znajdują się tabliczki informujące gości, aby nie karmili dzikich zwierząt, częściowo dlatego, że jest to praktyka niezdrowa dla zwierząt, a częściowo dlatego, że może zachęcać do niepożądanych zachowań.
— Pamiętać. Nie karmić Dingo. A oprócz futrzaków?
— Węże, pająki, meduzy…
— Chyba wolę słuchać o Dingo…
— Dingo potrafią być bardzo oswojone, jeśli mają częsty kontakt z ludźmi. Ponadto niektóre dingo żyją z ludźmi ze względów praktycznych i emocjonalnych.
— Aha…
— Wielu rdzennych Australijczyków i wczesnych osadników europejskich żyło obok dingo. Rdzenni Australijczycy zabierali szczenięta dingo z jaskini i oswajali je aż do osiągnięcia dojrzałości płciowej, a psy odchodziły. Wiadomo o przypadkach, w których dingo były całkowicie oswojone, a w niektórych przypadkach zachowywały się dokładnie tak, jak inne psy domowe. Były także okazy, które pozostawały dzikie i nieśmiałe. Donosiło się także o dingo, które były agresywne i całkowicie niekontrolowane, ale doniesienia te nie powinny przyciągać większej uwagi, niż na to zasługują, ponieważ zachowanie zależy od tego, jak dingo było wychowywane od wczesnego szczenięcia. Wierzyło się, że te psy mogą stać się bardzo przyzwoitymi zwierzętami domowymi.
— Miło wiedzieć…
Mój nowy znajomy okazał się całkiem interesującym i inteligentnym człowiekiem. Po chwili jednak postanowiłam go dopytać
— A tak właściwie to czym się zajmujesz zawodowo?
— Mam raczej stereotypowo nudnawy sposób zarabiania na życie.
— Znaczy?
— Jestem bibliotekarzem.
— Bibliotekarz z pasją do nurkowania? Brzmi ciekawie…
— A ty? Taka młoda, pewnie studiujesz?
— Ta.
— Co dokładnie?
— No w życiu nie zgadniesz…
— Czekaj, czekaj...Czyżby oceanografię?
— Dobra. Masz mnie… Faktycznie to mój kierunek. Aż tak łatwo to rozgryzłeś?
— Ta. To było do przewidzenia. Ale nie mniej ciekawe. Ja; bibliotekarz z zamiłowaniem do nurkowania, ty; Studentka oceanografii z zamiłowaniem do serialu o syrenach, której hobby jest układanie koralików wodnych… Ciekawie żeśmy się „dobrali”.
— Ee… Kolego. Jakie „dobrali”? Ty żeś się napatoczył, żeś na mnie upadł...ale zasadniczo słuszna uwaga, że jest to ciekawe zrządzenie losu. Ciekawe co nam z tego wyniknie…
—Cóż...można by powiedzieć, że nie tylko ta wyspa ma swoje tajemnice. Ja też…
— Tak? Mroczne?
— Cóż… Raczej nie mroczne, ale nieco...niepokojące.
— Opowiesz mi o nich więcej?
— Tak...kiedyś...może. A nawet jeśli o nich nie opowiem to pewnie sama się o nich dowiesz...doświadczysz...prędzej czy później.
Cóż… Mój nowy towarzysz podróży był z pewnością interesującą personą.
Rozdział 2
Tajemnicze znaleziska
Weridiana
Kiedy tak spacerowaliśmy z Parsley’em to nagle on zwrócił moją uwagę
— Ej, Weriśka… Spójrz no tam, co się tak błyszczy?
Zdrobnienie użyte przez mojego nowego znajomego było… słodkie ale zarazem bardzo irytujące. Podeszłam jednak we wskazane przez niego miejsce. I rzeczywiście na ziemi leżało coś błyszczącego.
Łuska. Różowa, prawdopodobnie rybia, łuska.
— Ocean musiał ją wyrzucić w czasie przypływu. Ale powiem ci… ładna jest. — skwitowałam znalezisko.
— No ładna...Ale nie jestem w stanie stwierdzić, do jakiej ryby może należeć. — odparł mężczyzna.
— A jest w ogóle jakaś ryba o naturalnie różowym zabarwieniu żyjąca w tych okolicach?
— Jest, jest. I to nie jedna… i dlatego nie wiem dokładnie, do której ryby może nasze znalezisko należeć.
— No dobra. Przejdźmy się jeszcze. Może znajdziemy więcej takich łusek.
— Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem. — powiedział mężczyzna z lekką ironią.
Poszliśmy jednak i co kilka kilometrów znajdowaliśmy faktycznie kolejne łuski. Jednak nie tylko. Bowiem nagle znowu zauważyliśmy delikatny blask.
— Co to? Kolejna muszla? Kolejna łuska? — spytałam
— Cokolwiek to jest, jest schowane pod cienką warstwą piasku. — powiedział Parsley. I zaczął kopać, przerzucając piasek gołymi rękoma. Po chwili odkopał nasze znalezisko, którym okazała się...perła. Fioletowa perła.
— No proszę. Kolejne rzadkie znalezisko. W Australii fioletowe perły raczej się nie zdarzają..a na pewno nie na lądzie. — powiedział Parsley na ten widok.
— Skoro się nie zdarzają to co tu robi?
— Tyle to sam chciałbym wiedzieć, bo to się robi absolutnie tajemnicze… A przez to jak dla mnie jeszcze bardziej wciągające.
— Pff...Bibliotekarz, nurek… i może jeszcze domorosły detektyw do tego? — spytałam zaciekawiona.
— Wiesz, dlaczego wcześniej nawiązałem do filmu „Scooby doo i Legenda wampira”?
— No nie mam pojęcia…
— Bo go oglądałem. Jak zresztą wszystkie filmy o sympatycznym psiaku. I masz rację, te filmy sprawiły, że faktycznie miałem ochotę bawić się w detektywa i rozwiązywać różne dziwne tajemnice!
— No patrz… Też oglądałam Scoobiego przez prawie całe swoje dzieciństwo a jakoś aż takich silnych ciągot do tajemnic nie mam…
— Na pewno?
— No...Może trochę.
— Ta...Jeszcze brakuje nam gadającego psiaka łakomczucha który boi się własnego cienia. — Parsley parsknął śmiechem na swoje własne słowa.
— Ech, Scooby to jednak jedyny w swoim rodzaju. My takiego nie znajdziemy… Chyba, że nam się jakiś miejscowy Dingo przypałęta do eskapad.
— Ej, Weriśka! Ale to by głupi pomysł nie był. Dingo to w końcu świetni tropiciele, może kudłaty towarzysz pomógłby nam wyniuchać tajemnice kryjące się za tymi muszlami, rybimi łuskami i perłami!
Nawet się nie zorientowaliśmy a podczas naszej rozmowy nastał wieczór. Bardzo ładny zresztą. Ale nie to nas najbardziej zajmowało.
— Ej… Słyszysz to? — spytał Parsley.
— Wycie? Ta. — odparłam.
I...nagle zobaczyliśmy stworzenie, które owo wycie z siebie wydało. Było to stworzenie podobne do wilka, ale też nieco do psa domowego. Całe białe stworzenie.
— No. To chyba masz swojego Dingo. — powiedziałam do Parsleya.
Zwierzę nie wyglądało na bardzo agresywne. Prędzej na… zagubione? Wystraszone? Było to ciekawe.
To mogło być ryzykowne, jednak ostrożnie podeszłam nieco bliżej stworzenia. Nie wystraszyło się, nie zareagowało agresywnie. Po prostu spojrzało na mnie.
Po chwili jednak...samo podeszło, kładąc swój łepek bezpośrednio pod moją rękę.
— E...Czy to jest jakiś bardzo wyjątkowy nieliczny przypadek oswojonego Dingo? — spytałam Parsleya.
— Cóż...Jest prawdopodobne, że jako szczenię stracił matkę i został ręcznie odkarmiony przez dobrych ludzi. A przez to może i nieco oswojony.
— No dobra...Ale jeśli ma, powiedzmy, „właścicieli”...To co tu robi sam? I czemu jest taki wystraszony? — spytałam.
— Nie wiem. Może jest ranny?
Obejrzałam dokładnie stworzenie, jednak nie stwierdziłam żadnych ran. Po chwili jednak zwierzę zaczęło… podgryzać mnie. Nie mocno, co prawda, ale jednak.
Po chwili jednak Parsley stwierdził
— Ehe… Ostre, białe zęby...Mleczne zęby. Znaczy mamy do czynienia ze szczeniakiem, więcej niż siedmiu- ośmiu miesięcy to on nie ma. O ile to samczyk bo tego to chyba nie jestem w stanie stwierdzić… Bo niby jest to maleństwo zaczepne jak samczyk...ale małe raczej jak na samca Dingo. Nie mogę być w stu procentach pewien ale jeśli miałby strzelać to prędzej powiedziałbym, że trafiła nam się bardzo zaczepna samiczka…
— Nazwiemy ją jakoś? — spytałam.
— Jak chcesz. A masz pomysł na imię?
— Może… Jannali? W rdzennych językach to oznacza „księżyc”. A do tego białego cudu to chyba pasuje.
— A niech ci będzie. W sumie nie jest złe. Ale...nie wiem, czy będziemy mogli ją zatrzymać. Jeśli była odkarmiana przez ludzi to z pewnością gdzieś mieszka. I fajnie by było, żeby wróciła do domu…
— Eh… Słusznie. Ale sprawy nie ułatwia fakt, że ona nie ma obroży. Ani adresówki… ani niczego.
— Nie żeby coś… Dingo, nawet odkarmione przez ludzi, to dalej stworzenie na wpół zdziczałe. Temu to obroży ani adresówki raczej nie założysz. — zauważył mężczyzna, nie oszukujmy się, całkiem słusznie.
— No to wygląda na to, że kruszynka chwilę zostanie z nami. Pewnie jest głodna i spragniona.
Dałam jej więc wodę z butelki, którą akurat miałam przy sobie. Ale po chwili dotarło do mnie coś istotnego, zapytałam więc Parsley’a
— Ej...Co jedzą psy Dingo?
— Króliki, małe torbacze, kangury i zwierzęta domowe, drobne ssaki, jaszczurki, jaja ptaków, larwy owadów i ptactwo wodne.
— Eh… A coś może bardziej przystępnego?
— Można by było spróbować dać jej karmę dla psów. Masz może pod ręką?
Akurat miałam w kieszeni jeden woreczek. Nosiłam często bo sama miałam w domu psa łakomczucha. O dziwo Jannali zjadła psią karmę bez mrugnięcia okiem.
Najwyraźniej była strasznie wygłodzona. Skoro więc mieliśmy nową towarzyszkę to mogliśmy w końcu zacząć węszyć i szukać rozwiązania tajemnic wyspy K’gari.
O dziwo Jannali… zaczęła to robić nawet szybciej niż my, bo… zaraz po skonsumowaniu psiej karmy zaczęła obwąchiwać kupkę piasku niedaleko.
— Hej, mała. Co tam czujesz? — spytałam ją zainteresowana, gdy ja i Parsley podeszliśmy w to miejsce. I nagle naszym oczom ukazały się, wykopane przez Jannali...perły. Fioletowe.
— Ile ich jest?! — zawołał Presley.
— No… Z dwadzieścia.
Jednak po chwili Jannali znowu podjęła trop. Wykopała kolejnych kilkanaście pereł. A potem kilkanaście rybich łusek.
Łuski tym razem były jednak nie różowe a fioletowe.
— No co to jest? Tyle ryb ocean wyrzuca na ląd w czasie przypływu? — spytał Parsley.
— Nie sądzę.
Nagle Jannali zgubiła trop. Dotarliśmy z jednego brzegu wyspy do drugiego. Aż do miejsca, gdzie wyspa łączyła się z oceanem.
— Co? Ślepy zaułek? — spytał Parsley. Na plaży byliśmy bowiem tylko my. Jednak po chwili zauważyłam kilka metrów dalej...ludzką postać.
— Ej! Tam ktoś jest! Podejdźmy. — powiedziałam. Moi przyjaciele posłuchali. Po chwili okazało się, że owym „kimś” była młoda dziewczyna, najdalej w moim wieku.
Miała długie, jasnobrązowe, rozpuszczone włosy. Były mokre, tak jakby dosłownie chwilę wcześniej wyszła z wody. Jej skóra miała nieco ciemniejszy, opalony odcień ale taki...dziwny, jakby z niebieskawa „poświatą”. Jej oczy miały piękny, morski kolor.
Miała bladofioletową szminkę. Na sobie zaś miała różowe bikini.
— Witam. — powiedział do niej szarmancko Parsley.
— Witajcie. Pewnie jesteście turystami, co? — spytała dziewczyna.
— Tak..Jestem Parsley a to moja koleżanka Weridiana. A to Jannali, w teorii to nawet nie nasz pies… Ona jedyna miejscowa, a do nas się tylko przykolegowała…
— Tak, tak… Poznałam, że to Dingo. A…W ogóle wybaczcie, nie przedstawiłam się… Mówcie mi proszę Mina…
Mina brzmiało jak zdrobnienie. Czyżby Wilhelmina? Parsley postanowił zagadać ją nieco dłużej
— A powiedz, jesteś miejscowa?
— Eh… Tak. Tak jakby…
— A widziałaś kiedyś którąś z tych rzeczy? — spytał ponownie mężczyzna pokazując jej nasze znaleziska, znaczy muszle, perły i łuski.
— Cóż...Na chwilę obecną sobie nie przypominam. Ale wiecie, co? Wróćcie tu za trzy tygodnie. Może wtedy będę w stanie udzielić wam więcej informacji.
Zdziwiło nas to nieco. Dlaczego akurat trzy tygodnie? Ale co było robić, zgodziliśmy się na warunek nowej koleżanki. Powiedziała, że będzie czekać o tej samej porze w tym samym miejscu.
Liczyła się każda para rąk do pomocy. Jeśli Mina była w stanie pomóc nam rozwiązać zagadkę tych tajemniczych rzeczy to byliśmy w stanie zgodzić się na wszystko.
Jednak jeszcze przez trzy tygodnie musieliśmy próbować rozwiązać te tajemnicę na własną rękę. A to mogło nie być łatwe. Nie mieliśmy bowiem absolutnie żadnych źródeł zaczepienia, gdzie szukać.
Ostatni Aborygeni opuścili tę wyspę w tysiąc dziewięćset czwartym. Jeśli więc te przedmioty były związane z jakimś aborygeńskim mitem lub legendą to nawet nie mieliśmy kogo o to spytać.
Znaleźliśmy sobie jakieś miejsce na nocleg. Jednak niedane nam było pospać, bo…
— Hej, słyszysz to? — spytał mnie Parsley jeszcze w półśnie.
— To… Jakby… śpiew. — odpowiedziałam.
Oboje wstaliśmy. Wstała też Jannali. Całą trójką zaczęliśmy nasłuchiwać. Ten śpiew był dziwny.
Bardzo melodyjny, bardzo piękny...ale dziwny. Jakby nie z tego świata.
— Okej...to jest dziwne, bardzo dziwne. Mam subtelne wrażenie, że ta wyspa jest pełna zjawisk nadprzyrodzonych. Miejmy tylko nadzieję, że nie jakoś bardo...niebezpiecznych. — powiedział Parsley.
— Niebezpiecznych? — spytałam nieco zaniepokojona.
— Eh… kto wie. Być może.
— Wyjdziemy z tej przygody żywo? — ponownie spytałam.
— Jakby...to jest świetne pytanie. Ale obawiam się, że na tym etapie nie powinnaś kierować go do mnie…
— A do kogo? — spytałam.
Rozdział 3
Ziarno prawdy?
Weridiana
Przysłuchiwaliśmy się tajemniczej pieśni dłuższą chwilę. Była bardzo… spokojna, nieco monotonna. Jakby hipnotyzująca. Dobiegała, co dziwne, z… morskich głębin?
— Ej, Parsley! Też to słyszysz? — spytałam już nieco bardziej przytomna.
— No… I gdyby nie to, że słyszymy to oboje to uznałbym, że mam halucynacje.
— No chyba, że mamy je oboje…
— Myślisz?
Na to zerwała się Jannali.
— Psy Dingo też mogą mieć halucynacje? — spytałam Parsleya.
— Tego nie wiem, ale słuch mają na pewno lepszy od ludzkiego. Może ona słyszy coś jeszcze, czego my nie słyszymy?
— Niby co?
— Tego nie wiem, ja psem nie jestem!
Nasłuchiwaliśmy więc, jednak po chwili… pieśń ustała.
Ale… Jannali podjęła trop.
— Ta...Coś czuje. — stwierdził Parsley. Po chwili dodał, pozwalając sobie na dygresję — Ale błagam, nie pytaj mnie, co bo jak już wspominałem psem nie jestem i każdy jeden zmysł mam słabszy niż Jannali.
Poszliśmy więc za psiną. Ona chwilę krążyła po plaży, aż nagle znalazła… butelkę?
— Ktoś tu broił? — spytałam.
— Nawet jeśli broił to nie współcześnie. Ta butelka jak nic ma z tysiąc lat, jak nie więcej. — powiedział Parsley.
— Skąd wiesz?
— Musiała długo leżeć w piasku. Nie błyszczy się. Jest matowa. Świeże szkło takie nie jest.
— No… A co w niej jest? Jakiś tradycyjny Aborygeński trunek?
Parsley potrząsnął butelką. Po chwili powiedział
— Coś w niej jest...ale raczej na pewno nie jest to substancja płynna.
Nie wiedzieliśmy, jak otworzyć butelkę. Nie mieliśmy korkociągu. Nagle mój kumpel powiedział
— Dobra… Mam pomysł...Ale cofnij się z Jannali, bo to może być nieco… ryzykowne.
Wypełniłyśmy obie polecenie przyjaciela.
Parsley zacisnął pięść i z całej siły uderzył w butelkę. Szkło roztrzaskało się na drobne kawałki, raniąc mu dłoń. Z dłoni mojego kumpla zaczęła kapać krew.
— Czyś ty już naprawdę do reszty zdurniał? Bardzo cię boli? — zapytałam jednocześnie zirytowana i zmartwiona.
— Nie, nie zdurniałem. Po prostu znalazłem szybki sposób na otworzenie butelki. A czy boli...trochę. Ale spoko, przejdzie.
Butelka, rozsypana w drobny maczek, odsłoniła swoją zawartość, którą były… dwa zwoje papieru.
— Ta… I było se rękę dać pociąć butelką za dwa zwoje papieru? — spytałam kumpla.
— Może. Pokaż no mi je. — odpowiedział. A więc pokazałam mu zwoje.
— Ehe… Zwoje stare… Pismo wyblakłe… Język niezrozumiały. Czyli w tym momencie najgorsze kombo jakie może być. — powiedział z lekko głupkowatym uśmiechem.
— Eh… I było sobie tą rękę haratać? — ponowiłam pytanie.
Nagle...usłyszeliśmy głos.
— Witajcie, przyjaciele. Jestem Darana.
Powiedziała to młoda dziewczyna, mniej więcej w moim wieku. Miała ciemną skórę, ciemne, długie rozpuszczone włosy i ciemne oczy. Po chwili spytała
— Coś się stało? Czegoś szukacie?
— Witaj, Darana...Jestem Parsley, to moja przyjaciółka, Weridiana. A to… Jannali, znaczy...my ją tak nazwaliśmy, jak faktycznie ma na imię to nie wiemy...nie jest naszym psem, ale przypałętała się do nas ostatniej nocy i… odejść nie chce.
— Cóż… Wiem. Znam Jannali, bo ona naprawdę ma na imię Jannali. To jedno ze szczeniąt, które zostały osierocone. Zajmowałam się nią...Ale widocznie woli przebywać z wami. Nie mam nic przeciwko.
Cóż. Przynajmniej jedną zagadkę póki co rozwiązaliśmy. Po chwili więc wyjaśniliśmy Daranie te zwoje i to wszystko, cośmy znaleźli do tej pory.
— Dajcie no mi te zwoje.
Tak też postąpiliśmy. Dziewczyna zlustrowała je wzrokiem i powiedziała
— Ehe...To język Badjala, język moich przodków. Aborygenów. Choć niewielu umiało pisać to coś się jak widać zachowało.
— A więc...jesteś stąd?
— Nie ja, moja rodzina. Choć ja urodziłam się w Sydney, na kontynencie. Ale wracam tu co roku dla więzi z korzeniami.
— Aha...No dobra...Ale...co jest w tych zwojach?
— A, Tak, tak. Wybaczcie. Już wam mówię. Są tam dwie legendy. Przeczytać wam?
Przytaknęliśmy oboje. A więc Darana zaczęła opowiadać
— A więc pierwsza legenda głosi:
„Dawno, dawno temu, gdy świat był młodszy, a morza były jeszcze niezbadane, istniała wyspa o imieniu K’gari. Otoczona błękitnymi wodami, tajemnicza wyspa była miejscem, gdzie zbiegały się prądy morskie, a światło księżyca tańczyło na powierzchni oceanu niczym magiczny pył.
Na tej wyspie, w głębinach krystalicznych wód, żyły piękne i tajemnicze stworzenia zwane syrenami. Były to istoty o długich, falujących włosach, które mieniły się wszystkimi kolorami oceanu. Ich ogony były zakończone łuskami, które błyszczały jak najcenniejsze klejnoty.
Legendy głosiły, że syreny były strażniczkami tajemniczych skarbów ukrytych na dnie morza. W nocy, gdy księżyc rozświetlał niebo, syreny wychodziły z wód, aby śpiewać pieśni o miłości, przyjaźni i magii. Ich śpiew był tak hipnotyzujący, że żadne serce ludzkie nie mogło mu się oprzeć.
Mieszkańcy K’gari cieszyli się łaską syren, jednak wiedzieli, że zbyt blisko niebezpieczne było zbliżanie się do ich królestwa. Syreny były bowiem również strażniczkami przed zakazanymi tajemnicami, które mogły zniszczyć równowagę natury.
Jednak pewnego dnia, kiedy próżnowały wiatry na morzu, a słońce gładziło powierzchnię wód, jedna z syren, o imieniu Kalani, postanowiła schować się w zatopionym jaskini na brzegu wyspy. Tam odkryła skarby, które wydawały się być zapomniane od wieków — perły o głębokim fioletowym blasku.
Kalani podzieliła się tajemniczym odkryciem ze swoimi siostrami syrenami. Razem postanowiły ukazać ludziom magiczną moc tych fioletowych pereł. Podczas nocy, gdy syreny wypływały na powierzchnię, wrzucały perły do wód, aby piękno ich blasku oczarowywało serca mieszkańców K’gari.
Legendy o fioletowych perłach i śpiewie syren rozchodziły się wśród ludzi,
przynosząc im nadzieję, radość i miłość do tajemniczego świata oceanu. Od tego czasu, gdy morze tuliło brzegi K’gari, mieszkańcy wyspy wiedzieli, że ich syrenie przyjaciółki nadal czuwały nad bezpieczeństwem, rozsiewając magię i piękno swojego śpiewu na szerokie wody oceanu.”
— Myśmy znaleźli fioletowe perły. I myśmy je sobie… tak trochę przywłaszczyli z tego brzegu morza...Ale mam nadzieję, że z naszego powodu na wyspę jakaś pożoga nie spadnie… — powiedział Parsley.
— Druga z legend głosi z kolei:
„W morskich głębinach otaczających wyspę K’gari, gdzie słońce rzadko dociera swymi promieniami, a fale tańczą w rytm księżycowej poświaty, żyje plemię syren. Nie są to złośliwe stworzenia, jak głoszą niektóre legendy, lecz istoty pełne harmonii i mądrości.
Syreny K’gari posiadają ciała smukłe niczym morskie węże, a ich skóra mieni się kolorami tęczy, niczym łuski egzotycznych ryb. Ich długie włosy falują w rytm morskich prądów, a ich śpiew potrafi uspokoić nawet najbardziej wzburzone morze.
Żyją one w ukryciu, strzegąc tajemnic oceanu. Ich domy to koralowe pałace, ukryte wśród podwodnych lasów i jaskiń. Tam pielęgnują skarby morza — perły, muszle i kolorowe koralowce.
Syreny żyją w zgodzie z naturą. Szanują morze i wszystkie jego stworzenia. Opiekują się rybakami, którzy wpadną w tarapaty, ostrzegają przed sztormowymi wiatrami i prowadzą zagubione statki do bezpiecznego portu.
Mówi się, że ich śpiew potrafi oczarować każdego, kto go usłyszy. Nie jest to jednak pieśń kusząca i zdradliwa, lecz melodia pełna mądrości i życiowych prawd. Ci, którzy mieli szczęście usłyszeć śpiew syren, powracają na ląd odmienieni, z nowymi siłami i oświeconym umysłem.
Syreny K’gari są strażniczkami oceanu i jego tajemnic. Chronią równowagę morskiego świata i żyją w harmonii z naturą. Choć rzadko ujawniają się ludziom, ich legenda wciąż krąży po wyspie, inspirując poetów i artystów.”
— No muszli parę też żeśmy przywłaszczyli… I rybich łusek…
— Rybich? — spytała zaciekawiona Darana.
— Albo i syrenich… — powiedział Parsley.
— Myślisz? — spytałam zaintrygowana.
— No… Te legendy mnie olśniły… Może tkwi w nich ziarno prawdy. A śpiew przecież w nocy słyszeliśmy!
— Syreni? — spytała Darana.
— Kto wie, dobiegał z morskich głębin to może i syreni!
— Chcecie spróbować znaleźć syreny? To może być niebezpieczne. Mimo iż syreny z natury są łagodne to gdy się z nimi zadrze to potrafią pokazać swój gniew.
— Dziękujemy za ostrzeżenie, Darana, ale myślę że sobie poradzimy. Syreny nam niestraszne. — odparł Parsley.
— W porządku. Ale gdybyście czegoś potrzebowali to wiecie, gdzie mnie szukać.
— Jasne!
Pożegnaliśmy się więc z Daraną. Parsley jeszcze raz obejrzał łuski, które udało nam się znaleźć
— A więc to są syrenie łuski.
Nawet się nie zorientowaliśmy, a zrobiło się już bardzo późno. Poszliśmy spać. Sen nie trwał jednak długo, przynajmniej mój, bo po dwóch godzinach...usłyszałam trzask.
— Ej, Parsley… — zwróciłam się do przyjaciela, jednak po chwili spostrzegłam, że...nigdzie go nie ma!
— HM? Dziwne...Bardzo dziwne. Jannali! Chodź. Idziemy poszukać Parsley’a.
Wyszłam więc z sunią Dingo poszukać kumpla. Jak się okazało chodził po plaży, a więc pewnie to on spowodował czymś ten trzask.
— Ej, kolego? Co robisz? — spytałam. Jednak nie odpowiedział. Po chwili przyjrzałam się jego twarzy.
Oczy miał niby otwarte, ale jego twarz była taka… obojętna, jakby jak maska. Po chwili dodałam dwa do dwóch. Prawdopodobnie trafił mi się kumpel-lunatyk. Musiałam spróbować położyć go znowu do łóżka. Albo przynajmniej pilnować, żeby mi się biedaczek nie zabił.
Spróbowałam delikatnie, bez gwałtownych ruchów chwycić go za ramię. Budzenie lunatyka w teorii nie było niebezpieczne i raczej by go nie zabiło, ale uruchomiłoby mechanizm „walka lub ucieczka”…a to akurat mogło bardziej zaszkodzić niż pomóc.
Jednak chwycenie za ramię nie pomogło. Za nic nie chciał iść do łóżka. Toteż postanowiłam z nim zostać na tej plaży.
Jednak, co mnie zdziwiło, mój kumpel- somnambulik we lunatycznym transie zaczął… kopać w piasku. I dzięki temu znalazł kolejne fioletowe perły i kilka fioletowych łusek.
Postanowiłam je wziąć i jutro mu pokazać, bo pewnie sam niczego jutro nie będzie pamiętał. Po chwili spróbowałam jeszcze raz, bardzo delikatnie, go „ocknąć”.
— Hej...Parsley… — powiedziałam do niego delikatnie chwytając jego ramię
Jego ciało pozostawało nieruchome, a wyraz twarzy był jakby odcięty od rzeczywistości, skupiony na jakimś nieznanym celu.
— Parsley, to ja, Weridiana, jestem tutaj z tobą. Proszę cię, obudź się. — kontynuowałam, starając się przekazać mu spokój w głosie.
Jednak jego reakcji nie było. Jego oczy utkwione były w niewidzialnym punkcie, a ruchy były mechaniczne, jak u kogoś, kto działa we śnie… bo de facto on działał we snie.
Nieco zaniepokojona, zdecydowałam się spróbować innej taktyki. Delikatnie głaskałam jego ramię, starając się dotrzeć do niego na poziomie intuicyjnym.
— Parsley, to ja, Weridiana. Jesteśmy na plaży. Chciałabym, żebyś wrócił do nas. Proszę, spróbuj się obudzić. — moje słowa były ciepłe i pełne troski. Chciałam, aby wyczuł moją obecność i zrozumiał, że nie jest sam.
Nagle, jakby reagując na moje słowa, Parsley lekko zmrużył oczy. Wyraz twarzy zaczął wracać do normalności, a jego mechaniczne ruchy stopniowo zelżały.
— Weridiana? Co się dzieje? — zapytał, wydając się powoli powracać do świadomości.
— Parsley, martwiłam się o ciebie. Jak się obudziłam to ciebie nie było, znalazłam cię na plaży ale...Byłeś jakby gdzieś indziej. — powiedziałam, czując ulgę, gdy zauważyłam, że wraca do siebie.
— Gdzie jesteśmy? I co zrobiliśmy z Jannali? — zapytał, rozejrzał się dookoła, próbując zorientować się w sytuacji.
— Spokojnie, jesteśmy na plaży. A Jannali jest w porządku. To ty trochę się… oderwałeś od naszej rzeczywistości Ale znaleźliśmy, a właściwie ty znalazłeś coś interesującego. Przyjrzyj się. — wskazałam na kawałki fioletowych pereł, które wcześniej odkrył.
Parsley spojrzał na nie z zaciekawieniem, zdając sobie stopniowo sprawę z otaczającej nas rzeczywistości.
Rozdział 4
Nie tylko wyspa ma swoje tajemnice
Weridiana
Po chwili, już o wiele przytomniejszym tonem, kumpel powiedział do mnie
— Weridiana, kurczę, przepraszam. Nie chciałem cię zaniepokoić ani nic. Nie wiem, co się dzieje z tymi epizodami, ale to trwa od dzieciństwa. Genetyczne pewnie. Zawsze coś wyprawiałem, ale nigdy wcześniej tak daleko od domu.
— Spokojnie, Parsley. Nikt nie był zbyt mocno przestraszony. Po prostu trochę cię ocknęłam, tyle.
— Mam nadzieję, że nie zrobiłem żadnej głupoty czy nie skrzywdziłem ciebie lub Jannali. Boję się, że mogłem zrobić coś, o czym nie mam pojęcia. — jego spojrzenie przeszło między mną, Jannali a plażą, a wyraz twarzy wskazywał na szczere zmartwienie.
— Nic takiego się nie stało. Jannali jest w porządku, ja także, a ty… znalazłeś te perły, więc z pewnością nie było to całkowicie bezcelowe. — próbowałam go pocieszyć.
— To cholernie uciążliwe. I przepraszam za te przekleństwa i zamieszanie. Naprawdę nie chciałem cię tym wszystkim zamartwiać. — Parsley wyglądał na szczerze skruszonego.
— To już nieważne. Jesteś z powrotem z nami. Ale powiedz mi...próbowałeś kiedyś jakoś nad tym panować?
— Ta, rutyna przed snem, regularny tryb snu, bezpieczne środowisko snu, zamknięcie drzwi na klucz...Stosuję! I jak jestem u siebie w kraju to wszystko działa! A tu nie…
— Cóż… K’gari jest w innej strefie czasowej, może to dlatego? — powiedziałam...jednak po chwili uświadomiłam sobie, że...nie wiem, w jakiej strefie czasowej na co dzień mieszka mój kumpel. On po chwili oświecił mnie mówiąc
— Może. W Whitehorse, gdzie na co dzień mieszkam, byłby dopiero środek dnia, nie środek nocy.
Whitehorse było stolicą kanadyjskiej prowincji Manitoba… Czyli dowiadywałam się kolejnych rzeczy o kumplu. Jednak jego problemy z lunatykowaniem i tak trzeba było jakoś rozwiązać. Jednak skoro na K’gari żadne z pomocnych w tym wypadku technik nie działały to nie miałam pomysłu.
Pozostawało mi więc tylko pilnowanie kumpla. W końcu zaczęło świtać. Wyspa K’gari przywitała kolejny, piękny dzień. Po chwili zagadnęłam kumpla
— A więc to jest ta twoja tajemnica o której mówiłeś?
— Ta. I jak widzisz może nie jest bardzo mroczna...ale z całą pewnością jest nieco...niepokojąca.
— Tylko trochę. Ale spoko, mnie niełatwo przestraszyć.
Po chwili rozmowa zeszła na lżejsze tematy
— No dobra. To gdzie teraz? — spytał Parsley. O dziwo mimo nocnego epizodu lunatykowania nie wyglądał wcale na wyczerpanego.
— W sumie...Może pouczyłbyś mnie nurkować?
— Serio chcesz?
— Jasne!
— Z wielką chęcią! W takim razie chodź! Ocean czeka!
Parsley więc skombinował skądś cały potrzebny sprzęt i...mogliśmy w końcu zanurzyć się w oceanie. Dla mnie to doświadczenie było bardziej ekstremalne niż przewidywałam. Ale podobało mi się bardzo!
Podwodny świat był naprawdę fascynujący. Nagle jednak dostrzegłam coś, co… zaintrygowało mnie. Perła, fioletowa… leżąca samopas i… lekko świecąca?
Postanowiłam ją wziąć. W końcu wynurzyliśmy się oboje na powierzchnię. Po pokazaniu swojego znaleziska Parsleyowi powiedziałam
— Niby perła, jak perła...Ale ta się świeci!
— Mhm...Ciekawe znalezisko. Wiesz, co? Daj na chwilę.
Dałam kumplowi perłę. On wziął ją ode mnie, oplótł jakimś sznurkiem tak, że wyszedł prowizoryczny naszyjnik i… zawiesił na mojej szyi.
— W ten sposób jej nie zgubimy. A może być ważna. Ale wiesz, co?
— Nie…
— Zanurkuję jeszcze raz i zobaczę, czy nie ma więcej takich. Jedna świecąca perła to musi być jakiś znak.
— Dobra. A ja poczekam na brzegu.
Jak powiedziałam tak zrobiłam, ja wyszłam na brzeg. A on znowu zanurkował, jednak niedługo później wynurzył się, trzymając kolejną perłę. Tę z kolei zawiesił na swojej szyi.
Po chwili ja dostałam jakiegoś nagłego olśnienia i spytałam
— Hej… Mina miała na szyi podobną perłę, pamiętasz?
— Tak… I coś mi się wydaje, że nasza Mina może być jednym z kluczy do rozwiązania zagadki K’gari…
— Myślisz?
— Proszę cię. Przy pierwszym spotkaniu była ekstremalnie tajemnicza… a tacy to zawsze coś wiedzą!
Po pierwszym spotkaniu Mina powiedziała, że spotkamy się ponownie za trzy tygodnie. Tymczasem pierwszy z nich mijał z wolna.
Minęło kolejnych kilka dni, podczas których...działo się głównie to samo, co poprzednio. Znajdowaliśmy więcej pereł, łusek i muszli. Jednak jedno znalezisko Parsley’a; którego swoją drogą znowu dokonał lunatykując, było...inne.
Była to bowiem opaska do włosów, cała złota… wyglądała jak część diademu lub korony.
— Ehe...No dobra, ja wiem, głową Państwa Australii technicznie jest Monarcha Brytyjski...Ale to coś...nie wygląda jak tiary Księżnej Catherine...ani żadnej współczesnej członkini Brytyjskiej rodziny królewskiej tak na dobrą sprawę. — powiedziałam.
— No nie...To w ogóle nawet nie wygląda jakby to człowieka ręką robione było! To jest raczej coś nie z tego świata… — odpowiedział mi Parsley.
— No dobra...Ale kiedy ocean to wyrzucił na brzeg? I skoro nie jest to robione ręką ludzką to...skąd się wzięło?
— Aj, Weriśka, Weriśka, sam chciałbym wiedzieć.
Postanowiłam dać przedmiot do obwąchania Jannali. Może jako pies Dingo złapałaby trop. Jednak kiedy powąchała opaskę to… podeszła tylko pod brzeg oceanu i...trop się natychmiast urwał!
— Dobra...Ale to wygląda jakby to była tylko jedna część, podstawa. A więc gdzieś jeszcze musi być druga, góra. Poszukajmy jej! — zakrzyknął rozemocjonowany Parsley.
— Dobra, proszę cię bardzo. Ale musiałbyś znowu wpaść w lunatyczny Amok! — krzyknęłam do kumpla.
— A tam amok! A może jak jestem w pełni świadomości to też się uda! — odpowiedział mi i… zaczął kopać.
No i traf chciał, że miał skubany rację, bo rzeczywiście jak był w stanie pełnej świadomości to znalazł drugą część korony! Składało się na nią pięć trójkątów…
— I co? Nie ma tam miejsce na perły może? Te świecące może z korony wypadły?! — zastanawiał się głośno Parsley.
— Nie ma szans, całkiem gładka, żadnych wgłębień.
— Kurde no! A już myślałem…
— Nie poddawaj się, zawsze jesteśmy o krok bliżej rozwiązania tajemnicy!
— Skoro tak…
— W ogóle wiesz, co sobie uświadomiłam?
— Nie.
— Mina chciała się spotkać z nami trzy tygodnie po pierwszym spotkaniu w tym samym miejscu co za pierwszym razem, nad brzegiem oceanu. Do tej daty zostały dwa pełne tygodnie.
— No… i co to ma do rzeczy? — spytał Parsley
— Za dwa tygodnie jest pełnia.
— Mhm...Myślisz, że to ma znaczenie, że chciała spotkać się z nami akurat w pełnię?
— Może…
Nagle...nasze oczy zwróciły się ku oceanowi. Stało się bowiem coś dziwnego.
— Też to widziałeś? — spytałam kumpla.
— Różowy blask z głębin oceanu?
— No.
— W takim razie widziałem.
— Ale...co się tam błyszczy?
— Sam chciałbym wiedzieć!
— To co? Znowu dajesz nura?
— Eh...Nie. Już nie dziś. Może jutro.
— A skąd wiesz, czy to coś jutro też będzie w tym miejscu?
— Nie wiem. Ale dziś już jestem zmęczony.
Miał zresztą słuszność, bo nastała noc. Położyliśmy się spać. Poza jednym, niegroźnym epizodem lunatycznym w wykonaniu Parsleya noc minęła spokojnie.
Nazajutrz obudziliśmy się wcześnie rano. Tajemniczy blask dalej unosił się z morskich głębin. Po chwili Parsley stwierdził więc
— Dobra, nurkuję!
I… dał nura. Nie wynurzał się przez dłuższy moment, co nieco mnie zmartwiło. W końcu jednak wynurzył się, trzymając coś w rękach… Damski biustonosz?
— Ehe...Co to jest? — spytałam zaciekawiona.
— Jakby nie patrzeć jesteś kobietą więc powinnaś świetnie wiedzieć, co to jest. W końcu sama nosisz, nie?
— Haha...Bardzo śmieszne. Naprawdę. Ale co ten biustonosz robił w oceanie? I czemu świecił? Teraz nie świeci…
Ów biustonosz był bardzo dziwny. Miseczki były okrągłe w ciemnym, fioletowym kolorze. Jednak były też zdobione złotymi ornamentami słusznych rozmiarów.
Ornamenty wychodziły nawet nieco ponad górę i nieco niżej niż spód miseczki. Gdyby założyć ów element garderoby to ornamenty okalałyby również nieco piersi.
Pośrodku było okrągłe, złote łączenie obu miseczek...było w nim wgłębienie a w tym wgłębieniu...fioletowa, świecąca perła!
— Korona jest. Biustonosz jest...Jeszcze tylko właścicielkę znaleźć! — parsknął śmiechem Parsley.
— Myślisz o tym samym, co ja?
— Że jakaś syrenka urządzała sobie dzikie podmorskie harce w wyniku których zgubiła koronę i biustonosz? Tak.
— No… A jak niby twoim zdaniem znajdziemy właścicielkę tych rzeczy? — spytałam
— Mam nadzieję, że jak najszybciej. Nie jestem przyzwyczajony do przetrzymywania damskiego biustonosza dłużej niż to absolutnie konieczne…
— A ile to dla ciebie „dłużej, niż to absolutnie konieczne”, Cassanowo? — spytałam figlarnie. Po chwili dodałam jeszcze figlarniej — Widzę, że miewasz ciekawe życie uczuciowe…
— Miewam… A i owszem.
— A „Koleżanek” to dużo się ma?
— No… w przeciągu całego dotychczasowego życia parę się miało i owszem… — odpowiedział mężczyzna z szelmowskim uśmieszkiem.
— A „koleżanki” jeśli już były to raczej tak...na długo? Czy na krócej? — ciągnęłam tę naszą grę. Podobała mi się ona.
— Cóż...jedne dłużej… drugie krócej… różnie bywało.
— A tak na poważnie te „koleżanki”? Czy raczej bardziej dla rozrywki?
— Też różnie. Raz na poważnie, raz; przyznaję bez bicia, dla rozrywki...Ale zawsze z szacunkiem.
— A aktualnie jakaś „koleżanka” w twoim życiu jest?
— Nie...Ale może będzie. Nie szukam na siłę. Zobaczę, co przyniesie los.
— Ale mam nadzieję, że nie masz na myśli mnie?
— Nie… Ty akurat jesteś… koleżanką w dosłownym tego słowa znaczeniu, jeśli wiesz co mam na myśli.
— Wiem. I dzięki Bogu! Znaczy, bez urazy bo taki ostatni to ty wcale nie jesteś ale… Zwyczajnie nie w moim typie, wybacz za szczerość.
— Spoko. Szczerze mówiąc pod „tym” względem ty w moim typie też wcale a wcale nie jesteś. Ale kumpelką jesteś super!
— Mówisz tak po zaledwie tygodniu znajomości? Oj, Parsley… Ty to się chyba jednak szybko przywiązujesz, co?
— Nie przeczę. Jak mówiłem kilka „koleżanek” to była czysta...rozrywka. Ale przeważnie bardzo szybko angażuję się emocjonalnie. W przyjaźń, w miłość… A ty akurat, Weridiana, jesteś serio super.
— Dziękuję. To miłe, że tak mówisz. Też uważam, że równy z ciebie gość.
W końcu zaczął się nasz drugi tydzień na K’gari. Dalej przechowywaliśmy znalezione przedmioty. Właścicielka dalej się nie znalazła.
Miałam subtelne wrażenie, że prędko to ona się nie znajdzie. Albo właśnie wpuszczała nas w maliny. Być może nie chciała abyśmy ją znaleźli...przynajmniej nie tak łatwo jak my na to liczyliśmy.
— Dobra. I co robimy z tym fantem? — spytał Parsley.
— Sama chciałabym to wiedzieć. A może popytamy miejscowych czy w czasie pełni księżyca zauważyli w oceanie okalającym wyspę coś ciekawego? — odparłam.
— Dobry plan.
Podpytaliśmy więc. I wszyscy potwierdzili, że w czasie pełni w oceanicznych wodach naokoło K’gari krąży jakieś stworzenie morskie. Wielu widziało zanurzający się w oceanie ogon. A wielu słyszało tajemniczy śpiew.
— No… ewidentnie krąży nam tu jakiś australijski odpowiednik Arielki. — stwierdził Parsley
— No krąży… tylko zamiast krążyć to mógłby się nam w końcu pokazać. — odpowiedziałam z lekka już sfrustrowana.
— Tyle to ja wiem, ale widocznie pokazać nam się z jakichś przyczyn nie chce. I co zrobisz jak nic nie zrobisz?
— Ja? Zaczekam. Ile będzie trzeba.
— No dobra. Ale zakładając iż po oceanie w około K’gari faktycznie krąży syrenka...to dlaczego?
— A skąd miałabym to wiedzieć? Wiem o tym stworzeniu tyle, co i ty!
Rozdział 5
Podwodna zabawa w chowanego
Weridiana
Nasz drugi tydzień na K’gari nie zaczął się obiecująco. Dni mijały wręcz bez żadnych kolejnych poszlak a propos naszej syrenki. Pewnego dnia jednak Parsley powiedział
— Wiesz, co?
— Nie wiem. Oświeć mnie Sherlocku.
— Podczas ostatniego nurkowania natknąłem się na dziwną jaskinie pod wyspą.
— I co tam znalazłeś?
— Nie wiem, nie wpłynąłem tam. Chciałem popłynąć z tobą i pokazać ci to miejsce.
— No to na co jeszcze czekasz? Płyniemy! Pokazuj mi tą jaskinię natychmiast!
Wzięliśmy więc cały potrzebny sprzęt i daliśmy nura w toń oceanu. Podpłynęliśmy na głębokość, której nie sposób było sobie wyobrazić z poziomu lądu.
— Ale tu ciemno. — powiedziałam do Parsley’a.
— Mhm...Dobra. Jaskinia jest… Tam! — odpowiedział, wskazując na konkretny punkt niedaleko od nas.
— No to płyniemy, nie?
I podpłynęliśmy. Jednak...czekało nas rozczarowanie, bo jaskinia okazała się być zamknięta wielkim głazem.
— Eh...To pech. — rzucił Parsley.
— Ej, poczekaj no. Widzisz? W tej skale są żłobienia. Wydaje mi się, że przedstawiają konkretny kształt… i trzeba tam coś dopasować. Coś na kształt puzzli...lub koralików! W niektórych formach od koralików spotykałam konkretny kształt i aby on powstał trzeba było układać koraliki w konkretne wypustki.
— Świetnie. A ten kształt tutaj co przedstawia? — spytał Parsley.
— E...Bardzo śmieszne! Ciemnica tu jest, nie widzę! Ale mam podwodny aparat. Zdjęcie zrobię, wyjdziemy na brzeg to się przyjrzę.
Tak też zrobiłam. Szybko wykonałam fotografię znaleziska. Potem z żalem wypłynęliśmy na powierzchnię.
— Dobra… Zobaczmy to zdjęcie.
Wzięłam swój laptop, przerzuciłam zdjęcie z aparatu na laptopa. Postanowiłam użyć Photoshopa. Rozjaśniłam w programie zdjęcie do granic możliwości.
W końcu powiedziałam do kumpla
— Okej… Ten dziwny kształt na drzwiach jaskini to...Delfin. I rzeczywiście musimy uzupełnić te wyżłobienia. Pytanie tylko, czym.
— Może...perłami?
— Myślisz?
— Nie wiem! Zgaduję!
— A może...na dnie oceanu są fragmenty, którymi trzeba uzupełnić te żłobienia?
— Może...Chcesz ich poszukać?
— Pytanie! Pewnie, że chcę! Korci mnie ta jaskinia jak nie wiem.
— No to co? Wskakujemy ponownie w ocean i szukamy?
— Jasne, Parsley!
Wskoczyliśmy więc na powrót do oceanu. Zaczęliśmy szukać. Po kilku godzinach w oczy rzucił nam się...bardzo jasny blask.
— Co to było? — spytałam Parsleya
— Nie wiem...Ale chętnie sprawdzę!
I popłynął. Oczywiście ja popłynęłam za nim.
— Eee… Weridiana! Coś żem znalazł. Jakieś perły, tym razem błękitne.
— Dużo ich jest?
— Ja wiem? Kilkanaście na pewno.
— Weź je...Może ułożymy z nich tego nieszczęsnego delfina.
Parsley więc wziął perły. Wróciliśmy pod jaskinię. Ja zaczęłam wkładać perły w żłobienia na skale zagradzającej wejście do jaskini.
Po chwili, gdy ostatnia perła znalazła się na miejscu to… jaskinia otworzyła się. Jednak, ku naszemu rozczarowaniu...nic w niej nie było.
— Co jest? Pusto? Niemożliwe! — odezwał się Parsley.
— Ślepy zaułek? — spytałam zrezygnowana.
— Eh...Możliwe. Wracamy na ląd.
Wróciliśmy więc na ląd niepocieszeni. Jannali już tam na nas czekała.
— Eh...Przez te nasze podwodne eskapady całkiem o tobie zapomnieliśmy, co piesku? Wybacz. — powiedział do niej Parsley głaszcząc ją po szyi. Ona na to radośnie zamerdała ogonem.
Po chwili jednak… zaczęła nas gdzieś prowadzić!
— Co tam znalazłaś, pieseczku? — spytał ją Parsley. Ona na to zaczęła… kopać. Po chwili odkopała z piasku...naszyjnik? Był to srebrny naszyjnik na rzemyku. Jego zawieszka przedstawiała… księżyc w pełni?
— Eh… Korona, biustonosz… teraz naszyjnik… A właścicielka to gdzie? — spytał Parsley zaintrygowany ale zarazem zmieszany.
— Może się znajdzie. Co marudzisz?!
— No… Tylko szanowna pani mogłaby się znaleźć nieco szybciej! Nie jesteśmy przecież jakimś biurem rzeczy znalezionych.
— Aj...Narzekasz. Jeśli to nas przybliży do rozwiązania tajemnic wyspy to ja chętnie jeszcze trochę te przedmioty przetrzymam.
— Oj, Weriśka… uparłaś się na wywabienie tej syreny z kryjówki, co?
— A żebyś wiedział! Ta syrenka się tu pojawi, prędzej czy później…
— Znając nasze szczęście będzie to raczej później niż prędzej. — skwitował Parsley.
— Nie kracz!
— Nie kraczę. Stwierdzam fakt…
Minęło kolejnych kilka dni. Drugi tydzień naszego pobytu na K’gari skończył się. Zaczął się trzeci tydzień pobytu.
To właśnie pod koniec tego tygodnia mieliśmy spotkać się z Miną tam, gdzie ląd łączył się z oceanem.
— I co myślisz? Co Mina nam zdradzi? — spytał Parsley.
— Nie wiem. Ale mam wrażenie, że coś ważnego.
Ten tydzień leciał bardzo szybko. Ani się nie spojrzeliśmy a już nastał dzień naszego umówionego spotkania z Miną. Poszliśmy więc pod miejsce, gdzie znaleźliśmy ją za pierwszym razem.
Jednak nie było jej tam. Przynajmniej nie na lądzie.
— Co jest? Wystawiła nas? — spytał Parsley, gdy nagle… został opryskany wodą.
Spojrzeliśmy w tamtą stronę, a naszym oczom ukazała się...syrena!
— Witajcie, przyjaciele. Nie poznajecie mnie pewnie, co? To ja; Mina… A raczej Lumina, bo właśnie tak mam na imię.
Ja i Parsley na ten widok otworzyliśmy szeroko oczy. Syrena miała jaśniejszą skórę niż Mina w; jak się domyśliliśmy, ludzkiej postaci. Miała też nieco jaśniejsze włosy. Jednak oczy miały dokładnie ten sam kolor.
To na pewno była ona. W postaci syreny na ustach miała fioletową pomadkę. Miała także… różowy, świecący rybi ogon! W wielu odcieniach różu.
Cóż...Czyli już byliśmy pewni, kto łuski pogubił. Nie wiedzieliśmy tylko, jakim cudem syrena mogła „linieć”. Ale póki co chyba nie chcieliśmy pytać.
— Nie żeby coś, ale...chyba znaleźliście dwie rzeczy, które do mnie należą. — stwierdziła po chwili. Całkiem trzeźwo stwierdziliśmy, że chodzi o biustonosz i koronę, więc je oddaliśmy. Lumina po chwili założyła je na siebie.
— Ty...Jesteś...syrenką? — spytał Parsley wykrzywiając twarz w wyrazie zdziwienia.
— Tak… Tak jakby. Jestem hybrydą. Dzieckiem Trytona i ludzkiej kobiety. Do swojej syreniej postaci mogę wracać tylko raz miesiącu, jak jest pełnia. Wtedy też wracam do swojego podwodnego świata. Przez resztę czasu żyję sobie spokojniutko na lądzie.
— Ale to… Tak sama z siebie się zmieniasz? — spytałam zaciekawiona.
— AAA...Nie, no skąd. Fioletowe perły, Dlatego w ludzkiej postaci noszę naszyjnik, który po przemianie w syrenę zmienia się w ten biustonosz coście znaleźli. Ostatnio jednak go zgubiłam, więc dzięki wielkie za znalezienie!
— A czym grozi zgubienie tej perły?
— Gdybym zgubiła naszyjnik będąc w ludzkiej postaci to w dzień pełni nie mogłabym się zmienić w syrenę i vice versa, gubiąc biustonosz w syreniej postaci nie mogłabym zmienić się na powrót w człowieka po zakończeniu pełni.
— Ehe…
— Ale te perły działają nie tylko na mnie! Widzę, że oboje macie je zawieszone na szyjach. A próbowaliście pływać odkąd je macie?
— Nurkować tylko… w pełnym osprzęcie. — rzucił Parsley, który chyba do tej pory nie wyszedł z szoku.
— A chcecie się zabawić? Chodźcie no do mnie to sztuczkę wam pokażę! — powiedziała Mina.
Tak też zrobiliśmy. Daliśmy nura w toń oceanu. I...perły się zaświeciły. A nam… zamiast nóg wyrosły ogony podobne do tego, którym obdarzona była Mina. W moim przypadku ogon przybrał kolor niebieski, w przypadku Parsley’a zaś pomarańczowy. Sama transformacja była bardzo...przyjemna. Takie lekkie łaskotki.
— Ej! Ale jazda! — zaśmiałam się.
— Fascynujące. To jak nurkowanie tylko bardziej ekstra…
— Cieszę się, że wam się podoba. Chcecie przeżyć przygodę? — spytała Lumina.
— Pytanie! Pewnie, że chcemy! — powiedziałam natychmiast, a Parsley tylko przytaknął.
— No to płyniemy! — zarządziła nasza syrenia przewodniczka.
— Gdzie? — spytałam zaciekawiona.
— Do mojego taty.
— A nie będzie zły, żeś mu ludzi z lądu na kwadrat ściągnęła? — spytał Parsley.
— Nie. Mówiłam, jestem hybrydą. Moja mama też musiała się tu jakoś znaleźć, nie? Inaczej bym z wami w tym momencie nie gadała!
— No dobra...Ale wyjaśnij mi jedno… — powiedziałam
— Jak chodzi o te perły to stworzył je dla mnie tata. Normalnie syreny nie mogą przeobrażać się w ludzi, ale z racji na to, że jestem hybrydą to postanowił stworzyć coś, co ułatwiałoby mi integrację z oboma światami, z których pochodzą on i moja mama; światem syren i światem ludzi. Nie mogłam być uwięziona tylko w jednym z nich. Toteż będąc w świecie ludzi mieszkam z mamą w opuszczonej chatynce na K’gari. A będąc syrenką mieszkam z tatą w podwodnym pałacu pod wyspą!
— No dobra… Wiemy już, że jesteś hybrydą...Ale… jak przyszłaś na świat?
— Z racji, że moja mama jest człowiekiem to możesz się domyślić. — odparsknęła tylko Mina.
— Ale...skoro żadna inna syrena nie może przekształcić się w człowieka to… Jak w takim razie… — Parsley nie zdążył dokończyć pytania.
— Nie wnikaj, kolego. Nie chcesz. — zastopowała go Lumina.
— Dlaczego nie? — spytał zainteresowany Parsley.
— Kopulacja ludzi różni się dość znacząco od kopulacji syren, głównie z powodu anatomii...Nie chcesz wiedzieć, jak to wyglądało między ludzką kobietą a trytonem. Naprawę… i tak pewnie nie pojmiesz.
— No dobra… A jak wyglądają narodziny syren niebędących hybrydami?
— Powstają z morskiej lub oceanicznej piany. Albo z muszli, jak perły.
— No dobra… A ty jako hybryda mogłabyś wejść z kimś w związek i mieć dzieci?
— Tak, pewnie tak. Ale póki co nie mam ochoty sprawdzać.
— No dobra… A… Jak wygląda ten zamek, w którym mieszkasz z tatą? — spytałam tym razem ja dla rozładowania napięcia i przerwania tematu syreniej prokreacji.