E-book
12.29
drukowana A5
48.85
Jako Anioł

Bezpłatny fragment - Jako Anioł


5
Objętość:
335 str.
ISBN:
978-83-8126-615-4
E-book
za 12.29
drukowana A5
za 48.85

Prolog

Z sąsiedniego pokoju wydobył się krzyk.

— Dawidzie, poczekaj, to może być niebezpieczne! — Oliwia próbowała powstrzymać ukochanego, ale ten jak zwykle jej nie posłuchał i pobiegł do pomieszczenia, z którego dobiegał krzyk.

Oliwia ruszyła za nim. To co zobaczyła, było okropne. Mężczyzna, na oko trzydziestoletni, bił małą dziewczynkę. Nie mogła mieć więcej niż dziesięć lat.

— Natychmiast ją zostaw! — krzyknął Dawid do mężczyzny, ale ten udał, że go nie zrozumiał. Wtedy ruszył na niego, zaciskając pięści.

Mężczyzna tylko się roześmiał i wyciągnął nóż. Bez ostrzeżenia dźgnął nim Dawida tuż pod żebrami i uciekł.

— Nie! — wykrzyknęła Oliwia i rzuciła się na pomoc swojemu chłopakowi. — Dawid!

Rana była głęboka. Oliwia zaczęła krzyczeć po pomoc, ale inni byli zbyt daleko, by ją usłyszeć.

— Błagam cię, nie zostawiaj mnie. — Uklękła przy ukochanym. Widziała, że stracił dużo krwi. Próbowała uciskać ranę, ale bezskutecznie. Położyła sobie jego głowę na kolanach i głaskała go po głowie, drugą ręką trzymając jego dłoń. Spojrzał na nią zamglonym wzrokiem.

— Kocham cię — wyszeptał tylko, zanim zamknął oczy. Poczuła, że jego dłoń wysuwa się z jej.

Miała wrażenie, że brakuje jej powietrza. W końcu przyciągnęła go do siebie mocno i zawyła z całej siły.

Usiadła raptownie, oddychając ciężko. Zdała sobie sprawę, że obudził ją jej własny krzyk. Wytarła czoło z potu, ale po chwili doszła do wniosku, że najlepiej będzie, jeśli się przebierze. Nawet plecy miała spocone.

Zmieniła pidżamę, pościeliła łóżko i pomaszerowała do salonu. Była trzecia w nocy, ale nie chciała znów przeżywać tego koszmaru. Wiedziała, że kiedy tylko zamknie oczy, znów go zobaczy. Była tego pewna, bo działo się tak każdej nocy od kilku tygodni.

Usiadła na kanapie i włączyła telewizor. Właśnie leciał jakiś program przyrodniczy. Stwierdziła, że to bezpieczne. Teraz tylko musiała wytrzymać bez snu do rana. Niestety krótko po czwartej przysnęła na chwilę, co poskutkowało kolejnym koszmarem. Obudziła się, trzęsąc się na całym ciele, bynajmniej nie z zimna. Ponownie się przebrała, tym razem w dresy, po czym poszła do kuchni, żeby zaparzyć sobie herbatę. Podczas gdy woda się gotowała, spojrzała przez okno. Niebo było tej nocy wyjątkowo czyste. Widać było wszystkie gwiazdy, ale jej to nie ruszało. Zalała wrzątkiem torebkę z herbatą i usiadła przy stole kuchennym, wyczekując świtu. Wtedy będzie mogła rozpocząć kolejny bezsensowny dzień. Porozmawia rano ze swoją przyjaciółką, pójdzie do pracy, której nie cierpi, a potem wróci do domu i znowu pójdzie spać, czekając na conocny koszmar. Tak jak przez ostatnie dwa miesiące, czyli odkąd zginął Dawid. Zasłużyła na to. Zginął z jej winy.

Rozdział 1

— Napijesz się kawy, skarbie?

— Nie, dziękuję. Ale ty się nie krępuj.

— Powinnaś napić się kawy. Wyglądasz okropnie. Znowu nie spałaś?

Oliwia skrzywiła się na słowa przyjaciółki. Amelia udała, że niczego nie zauważyła i zajęła się parzeniem kawy. Robiła to nie po raz pierwszy. Wiedziała, gdzie Oliwia trzyma kawę, a kubki jak zwykle wisiały na stojaczku obok ekspresu.

— Nie zamierzałam się krępować. — Zaśmiała się, ale po chwili mina jej zrzedła. — Czy ty w ogóle przespałaś całą noc, odkąd… — urwała i spojrzała niepewnie na przyjaciółkę.

— Nie — rzuciła krótko Oliwia i zaczęła uważnie przyglądać się swoim paznokciom. Kiedyś zadbane i umalowane, teraz były obgryzione niemal do krwi.

Amelia westchnęła i postawiła na stole dwa kubki z kawą. Oliwia bez słowa chwyciła za jeden i wypiła parę łyków. Nie przepadała za kawą, ale stawiała na nogi, a jej potrzebna była energia. Miała za sobą kolejną nieprzespaną noc, a zaraz zaczynała pracę.

— Mówiłam ci, że Marc do mnie dzwonił? — Amelia postanowiła zmienić temat. Oliwia w odpowiedzi tylko potrząsnęła głową. — Cóż, wczoraj odbyliśmy długą rozmowę, która, jak się zapewne domyślasz, nie zakończyła się zbyt dobrze. Groził, że oskarży mnie o porwanie dziecka. — Zaśmiała się ponuro. Amelia, jako prawnik, nie bała się takich gróźb. W sądzie była niezwyciężona.

Oliwia podniosła wzrok znad kubka z kawą, wreszcie okazując zainteresowanie słowami przyjaciółki.

— Może to zrobić?

Amelia prychnęła, odrzucając głowę do tyłu.

— Jasne. Z tym że nie ma ze mną żadnych szans.

Oliwia postanowiła nie kontynuować tematu, ignorując urażoną minę Amelii. Wstała, odstawiła kubek do zlewu i skierowała się do łazienki. Zamierzała postać chwilę pod prysznicem, a później wrzucić na siebie ostatnie czyste ubrania z szafy. Nie miała siły zrobić prania.

— Pomóc ci w czymś, skarbie? Mogę uczesać ci włosy — zaproponowała Amelia, zaniepokojona nastrojem przyjaciółki.

— Poradzę sobie. Już wystarczająco dużo mi pomagasz. Masz swoje zmartwienia — odparła Oliwia. Wiedziała, że pomaganie jej odrywa Amelię od własnych problemów, ale potrzebowała jej teraz bardziej niż kiedykolwiek, więc nic nie mówiła.

— Jak wolisz. Zatem widzimy się wieczorem — skwitowała Amelia, odrzuciła swoje długie blond włosy, których Oliwia zawsze jej zazdrościła, i wyszła, kierując się do swojego mieszkania, które znajdowało się naprzeciwko mieszkania Oliwii. Musiała jeszcze odprawić swojego sześcioletniego syna do szkoły i sama przygotować się do pracy.

Oliwia westchnęła i powłóczyła nogami do łazienki.

***

W pracy jak zwykle było dużo roboty, ale Oliwia nie miała na nic siły. Pracowała jako korektorka w lokalnej gazecie. Kiedyś uwielbiała swoją pracę, bo czuła, że przyczynia się do czegoś ważnego, do poszerzania wiedzy wśród ludzi o najnowszych wydarzeniach. Wprawdzie nie pisali o globalnej gospodarce, ale do ich gazety często pisywali szanowani specjaliści.

Teraz szła do pracy jak na skazanie. Nigdy nie lubiła przebywać wśród tłumu, ale obecnie sprawiało jej to niemal fizyczny ból. Spojrzała na swoich współpracowników. Uśmiechniętych, zajętych swoimi sprawami i poczuła mdłości. Z drugiej strony nie jadła nic od dwóch dni, co też mogło być tego przyczyną.

Dostrzegła, że Adrian, z którym miała złączone biurko, uważnie jej się przygląda. To było dziwne, zważywszy na to, że prawie nigdy nie odrywał się od komputera. Dołączył do zespołu dwa miesiące temu i pisał do rubryki politycznej. Oliwia posłała mu zdziwione spojrzenie.

— Oliwio, wszystko w porządku? — spytał zatroskany. Nie cierpiała, kiedy ktoś zwracał się do niej takim tonem.

— Czemu pytasz? — spytała nieco bardziej opryskliwie, niż zamierzała, ale Adrian zdawał się nic nie zauważyć.

— Ponieważ od pół godziny siedzisz praktycznie bez ruchu. Nawet nie zauważyłaś, kiedy Marta położyła ci na biurku artykuł do zredagowania — odparł, wskazując na teczkę leżącą na jej biurku.

Oliwia szybko się otrząsnęła i odchrząknęła.

— Wybacz, zamyśliłam się — rzuciła i udała, że artykuł przyniesiony przez naczelną niezwykle ją zaciekawił.

Adrian westchnął i wrócił do pracy. Jednakże Oliwia mogłaby przysiąc, że słyszy, jak szepcze pod nosem „tobie także życzę miłego dnia”.

***

Reszta dnia upłynęła Oliwii na tych samych czynnościach, co przez ostatnie tygodnie. W porze lunchu pomyślała, że powinna coś zjeść. Głównie dlatego, iż wiedziała, że Amelia będzie ją o to wypytywać, ale w końcu sobie darowała. Na samą myśl o jedzeniu poczuła jeszcze większe mdłości. W ostatnim czasie zgubiła jakieś dziesięć kilo, a jej niegdyś płomiennie rude włosy teraz wydawały się jakby wyprane. Mimo to nie słyszała żadnych komentarzy na temat swojego nowego wyglądu, nawet od Julii, która zawsze była wobec niej złośliwa. Ostatnio wszyscy bali się w ogóle do niej odezwać, a kiedyś często chodzili razem po pracy na obiad albo na drinka. Wszystko się zmieniło, odkąd wróciła z misji.

Gdy nastała pora powrotu do domu, narzuciła na siebie kurtkę i wyszła bez słowa. Zresztą Adrian nawet nie zwrócił na nią uwagi. Był zbyt zajęty załatwianiem sobie wywiadu z jakimś politykiem. Jeszcze do niedawna Oliwia siedziała w osobnym gabinecie, ale to się zmieniło, kiedy do redakcji przyszła nowa naczelna. Marta uznała, że wszyscy powinni być przyjaciółmi i zarządziła jedno, wspólne biuro. W dodatku złączyła wszystkie biurka tak, żeby każdy miał partnera. Oliwii został przydzielony Adrian, który akurat tego dnia po raz pierwszy przyszedł do pracy. Wydawał się sympatyczny, ale Oliwia również wtedy przyszła pierwszy raz, odkąd wróciła do kraju i nie zamierzała z nikim się zaprzyjaźniać. Zresztą jemu wydawało się to nie przeszkadzać. Był skupiony na pracy, a jej to bardzo odpowiadało.

Wróciwszy do swojego mieszkania, zrzuciła z siebie niewygodny strój, który zakładała do pracy i włożyła ukochane dresy. Były zmechacone i miały już kilka dziur, na które Amelia marszczyła nos, ale jej to nie przeszkadzało. Zajrzała do lodówki, ale po chwili z powrotem ją zamknęła. Westchnęła i położyła się na kanapie, próbując się zdrzemnąć, ale nic z tego nie wyszło. Pozostało jej tylko czekać, aż Amelia skończy pracę i przyjdzie do niej z obiadem, którego i tak pewnie nie tknie, chyba że przyjaciółka postanowi ją nakarmić, jak czasami swojego syna. Przynajmniej wtedy coś jadła.

Amelia przyszła jak zwykle o dziewiętnastej, przynosząc ze sobą pojemniki z obiadem, które przygotowywał jej nowy chłopak, który pracował w restauracji jako szef kuchni. Poznali się w dość ciekawych okolicznościach. Właściciel restauracji został pozwany przez jednego ze swoich wspólników za ukrycie i zawłaszczenie sobie części zysków, a Amelia była jego adwokatem. Ponieważ właściciel wolał się spotykać w swojej restauracji, Amelia często tam bywała, za każdym razem raczona kolejnymi przysmakami z ich kuchni. Oliwia właściwie nie była pewna, czy jej przyjaciółka lubi swojego chłopaka, czy jego dania.

Postawiła wszystko na stole i opadła zziajana na krzesło. Za nią do mieszkania wbiegł Daniel, jej syn, i od razu zaczął opowiadać z wypiekami na twarzy, jak pokłócił się z kolegą o zabawkę. Zawsze lubił „ciocię Oliwkę” i zupełnie nie zwracał uwagi na jej ponury nastrój. Nigdy nie miała ręki do dzieci, ale Daniel wywoływał u niej ciepłe uczucia. Z wyglądu przypominał swojego ojca, miał brązowe włosy i ciemne, niebieskie oczy, ale cały charakter odziedziczył po matce. Był roześmiany i dużo mówił. Kiedy o czymś opowiadał, nikt inny w pomieszczeniu nie był w stanie się odezwać.

Oliwia uśmiechnęła się lekko do chłopca i pogłaskała go po głowie. Na to on, krzycząc, że mężczyzn nie głaszcze się po głowie, uciekł do swoich zabawek, które zawsze były rozłożone pośrodku salonu.

Amelia westchnęła i zaczęła rozpakowywać obiad. Jak zwykle przyniosła ze sobą jedzenia jak dla dziesięciu osób. Wprawdzie sama jadła, jakby nadal była w ciąży, ale mówiła, że przynosi tyle jedzenia ze względu na Oliwię, w celu „przywrócenia jej ludzkiej postaci”. Wypominała jej, że przez nią nie może przejść na dietę, bo musi dawać jej dobry przykład, ale Oliwia wiedziała, że to nieprawda. Amelia zwyczajnie kochała jeść. Nie była gruba, po prostu miała trochę więcej krągłości, niż chciała.

Nałożyła dwie duże porcje makaronu z jakimś dziwnym, zielonym sosem na talerze i jedną mniejszą. Ostatnią zaniosła Danielowi, świadoma, że nic nie jest go w stanie odciągnąć od zabawy. Oliwia westchnęła i spróbowała kawałek zielonej mazi. Okazała się bardzo smaczna.

— To pasta na bazie awokado. Podobno bomba witaminowa — rzuciła Amelia zadowolona, widząc, że jej przyjaciółce smakuje. — Poza tym przeczytałam, że wspomaga odchudzanie, więc chyba zjem dwie porcje.

Oliwia powstrzymała się od komentarza, udając, że jest zbyt zajęta jedzeniem. Przełknęła parę kęsów, ale po chwili znów straciła apetyt i grzebała widelcem w daniu, rozdziobując makaron.

— Bo znowu zacznę cię karmić. Na oczach Daniela. — Amelia pogroziła jej palcem, na co Oliwia uniosła kąciki ust i demonstracyjnie wsadziła sobie wielką porcję makaronu do buzi. — Tak lepiej — skwitowała. — Posłuchaj, jutro jest sobota — oznajmiła oficjalnie.

— Wiem. Jeszcze nie mylę dni tygodnia — odparła urażona Oliwia.

— Daj mi skończyć. Jutro jest sobota i moja mama zabiera Daniela na jakiś konwent klocków lego. Nie pytaj mnie, co to jest. Jeszcze zacznę się zastanawiać i zabronię mu jechać. Istotne jest to, że mam wolny dzień i pomyślałam, że zabiorę cię na miasto.

— Na miasto? — spytała podejrzliwie Oliwka. Jeśli Amelia myśli, że zmusi ją do zagadywania obcych ludzi, to chyba zwariowała.

— Tak. No wiesz, pójdziemy na zakupy, na obiad, potańczyć…

— Chyba żartujesz — zaprotestowała podenerwowana.

— Tak tylko rzuciłam z tymi tańcami. Możemy poprzestać na dwóch pierwszych punktach — odparła z zachęcającym uśmiechem.

— No nie wiem… — Oliwia wahała się. Do tej pory zawsze spędzały weekendy wspólnie, ale zostawały w domu, ewentualnie wychodząc na chwilę z Danielem na spacer.

— Nie daj się prosić. Przyda ci się trochę rozrywki. Nie możesz wiecznie siedzieć w domu — oznajmiła stanowczo.

— Zastanowię się… — odparła z oporem.

— Wspaniale, a więc postanowione! — Amelia klasnęła w dłonie i nałożyła sobie kolejną porcję makaronu.

Oliwia uśmiechnęła się lekko pod nosem. Jej przyjaciółka tyle dla niej robiła, a sama miała mnóstwo problemów. Była jej winna jedną sobotę.

Kiedy już zjadły (Amelia dwie porcje, Oliwia ledwie połowę), ułożyły się na kanapie i obserwowały Daniela, jak bawi się w konduktora. Amelia chciała obejrzeć jakiś film, ale Oliwia pokręciła nosem. Od dawna nie oglądała telewizji, ani nie czytała książek. Za dużo w nich romansów ze szczęśliwym zakończeniem. Całkowicie nierealne.

Gdy słońce powoli zaczęło zachodzić, Amelia, pomimo protestów synka, zarządziła powrót do domu. Uściskała mocno swoją przyjaciółkę i obiecała, że przyjdzie po nią zaraz po śniadaniu.

Oliwia ponownie została sama. Nie spieszyła się. Umyła dokładnie naczynia, posprzątała zabawki Daniela, wzięła długi prysznic i założyła piżamę. Chciała odwlec to, co nieuniknione. W końcu musiała przyznać, że nie ma już nic do zrobienia. Skierowała się więc do łóżka, położyła i przykryła kołdrą po uszy. Zawsze tak robiła, bo w nocy marzła pomimo ciepłej temperatury w sypialni. Bała się zamknąć oczy, bo wiedziała, co się stanie, jak tylko zapadnie w sen, ale musiała się choć trochę zdrzemnąć. Zmęczenie szybko wzięło górę i Oliwia pogrążyła się we śnie.

Obudziła się w środku nocy zlana potem. Tym razem nie miała koszmarów, wręcz przeciwnie. Sen był piękny. Śniła o Dawidzie, o ich niedzielnych spacerach po parku i pocałunkach na dzień dobry… We śnie uśmiechał się do niej i przepraszał. Nie miał za co. Wszystko było jej winą. Zwinęła się w kłębek i, jak co noc, zalała się łzami. Po jakimś czasie ponownie zapadła w niespokojny sen, ale tym razem śniły jej się tylko intensywnie wpatrujące się w nią brązowe oczy.

***

Zgodnie z obietnicą Amelia pojawiła się tuż po śniadaniu (swoim, bo Oliwia nic nie zjadła) i widząc ubranie, które wybrała dla siebie jej przyjaciółka, udała przerażenie rodem z horrorów. Oliwia nie rozumiała, co złego jest z bluzce z długim rękawem i luźnych spodniach. Nie miała ochoty się stroić, zwłaszcza na sobotę z przyjaciółką. Amelia jednak była innego zdania. Pogrzebała w jej szafie, wyrażając głośne niezadowolenie z braku wyboru. Sama uwielbiała zakupy i przymierzanie ubrań, ale Oliwia uważała to za stratę czasu. W końcu została zmuszona do założenia białej bluzki w niebieskie kwiatki i spodnie khaki.

— Jesteś taka chuda, mogłabyś nosić krótkie sukienki i szorty — oznajmiła Amelia z wyrzutem w głosie, jakby miała do Oliwii pretensje, że nie przywiązuje wagi do ubioru.

— Oszalałaś. Nie zamierzam nosić żadnych sukienek — odparła stanowczo Oliwka.

— Kiedyś nosiłaś — wypomniała jej Amelia, ale zaraz urwała. — Przepraszam…

— Idziemy? — weszła jej w słowo Oliwia. — Nie mam zamiaru spędzić całego dnia przed szafą. To chyba ty tak bardzo chciałaś gdzieś wyjść?

— Oczywiście, chodźmy.

Oliwia wyszła szybko z pokoju, żeby przyjaciółka nie zobaczyła zbierających się w jej oczach łez. Już dawno obiecała sobie, że nie będzie płakać przy innych. Nie chciała, żeby ją pocieszali. Nie zasłużyła na to.

Przyjaciółki udały się do pobliskiej kawiarni na kawę. Amelia starała się za wszelką cenę naprawić swój poprzedni błąd, opowiadając zawzięcie o swoim nowym chłopaku. Pablo pochodził z Hiszpanii i był gorący niczym jego dania, jak sama to ujęła. Oliwia starała się udawać, że przykłada wagę do słów przyjaciółki, bo nie chciała jej urazić.

Pomimo starań jej myśli ciągle gdzieś uciekały. Podczas gdy Amelia szukała w swoim telefonie zdjęć Pabla bez koszulki (nie dała za wygraną, mimo że Oliwia przekonywała ją, iż to nie jest konieczne), zaczęła błądzić wzrokiem po kawiarni. Jak na sobotni poranek była dość wypełniona. Niektórzy przyszli samotnie i czytali gazetę, popijając kawę i podjadając ciastka, inni przyszli tu na plotki i śmiali się ostentacyjnie, jakby koniecznie chcieli pokazać innym, jacy są szczęśliwi. Jednakże wzrok Oliwii przyciągnął siedzący w rogu chłopak o blond włosach, który z werwą pisał coś na laptopie, nie zwracając uwagi na stojącą na jego stoliku herbatę. Na początku nie poznała go w luźnej koszulce i jeansach, bez koszuli wciśniętej w spodnie, ale po chwili rozpoznała swojego kolegę z biura. Adrian, wyczuwając, że ktoś go obserwuje, uniósł wzrok znad laptopa i spojrzał prosto na nią. Przyglądał jej się przez chwilę intensywnie, aż jego zielone oczy pociemniały, ale zaraz się uśmiechnął i pomachał w jej stronę. Było jej głupio, że przyłapał ją na tym, jak się w niego wpatruje, więc, nie odwzajemniając powitania, wróciła prędko do rozmowy z Amelią, która właśnie zachwycała się tatuażem Pabla, który ciągnął się od ramienia, przez brzuch, aż znikał pod spodniami. Oliwia błagała w duchu, żeby jej przyjaciółka nie miała w zanadrzu zdjęć, które pokazywałaby resztę tatuażu. Zerknęła jeszcze ukradkiem w stronę Adriana, ale on już na nią nie patrzył i znów pisał coś zażarcie na swoim laptopie. W poniedziałek będzie musiała go przeprosić.

— Chcesz już iść, kochana? — Z zamyślenia wyrwał ją głos Amelii. Szybko pokiwała głową, żeby nie zauważyła, że jej nie słuchała. — W takim razie wychodzimy. Przed nami jeszcze mnóstwo atrakcji! — oznajmiła i z entuzjazmem wstała. Oliwia westchnęła ostentacyjnie i również skierowała się ku wyjściu. Jeszcze raz spojrzała na Adriana, ale ten nadal wydawał się niezwykle zajęty pisaniem.

Amelia za atrakcje uważała trzy rzeczy. Zakupy, facetów i wygraną sprawę. O ile Oliwia rozumiała ostatnią, pierwsze dwie wydawały jej się niedorzeczne. Mimo to została zmuszona stać przy przebieralni i chwalić kolejne sukienki, które przymierzała jej towarzyszka. W końcu, żeby Amelia dała jej spokój, sama przymierzyła jedną, granatową w delikatne różyczki. Musiała przyznać, że pomimo braku jakiejkolwiek kobiecej figury, prezentowała się w niej całkiem nieźle.

Wracając, Oliwia z jedną torbą, a Amelia z dziesięcioma, wstąpiły na obiad do pizzerii, gdzie zamówiły dużą wegetariańską pizzę, bo Amelia stwierdziła, że będzie mniej kaloryczna (ubolewała, że nie mają pizzy z awokado), a potem udały się do domu.

Było dopiero popołudnie, ale obie były wyczerpane. Amelia poszła do swojego mieszkania, żeby odłożyć torby z zakupami, a Oliwia wstawiła w tym czasie wodę na herbatę dla siebie i na kawę dla przyjaciółki, która nie uznawała herbaty, twierdząc, że to zabarwiona woda. Nawet nie zauważyła, kiedy wparowała do jej kuchni w nowej sukience, obcisłej, czerwonej i bardzo seksownej.

— Idziesz na randkę z Pablem? Myślałam, że zostaniesz chwilę na kawę — powiedziała Oliwia, ale wiedziała, że jeśli Amelia postanowiła zaszaleć dziś z chłopakiem, nijak jej od tego nie odwiedzie.

— Nie, kochana. Ty i ja idziemy potańczyć. Przecież wczoraj ci o tym mówiłam. Ładuj swój chudy tyłek w nową sukienkę i idziemy — oznajmiła podekscytowana.

— Mówiłaś, ale ja na nic się nie zgadzałam — odparła Oliwia, starając się zabrzmieć stanowczo, ale w jej głosie słychać było przerażenie.

— Tak? Nie pamiętam. — Zrobiła niewinną minę, a raczej próbowała ją zrobić, bo przeszkodził jej w tym śmiech. — No dalej, przyda ci się mały podryw. Tylko mi nie mów, że nie jesteś na to gotowa — dodała, grożąc jej palcem.

— Nie jestem — oznajmiła cicho Oliwia, wpatrując się w swoje stopy.

— Kochana, minęły ponad dwa miesiące… — zaczęła Amelia, ale Oliwia przerwała jej, nagle czując wzbierającą złość.

— Dokładnie dwa miesiące, tydzień i dwa dni! Myślisz, że to wystarczy? Nie rozumiesz, że ja nigdy nie będę gotowa?! Nigdy nie zapomnę…

— Nikt ci nie każe o nim zapominać. — Tym razem to Amelia stanowczo przerwała przyjaciółce. — Ale nie zmienisz tego, że on nie żyje. Musisz ruszyć naprzód, a ja już nie wiem, jak ci pomóc. Nie znam innego sposobu. Myślisz, że Dawid chciałby, żebyś żyła w ten sposób? Jeśli to w ogóle można nazwać życiem… — Tylko to powiedziała, zaraz zdała sobie sprawę, że przesadziła. Oliwia wpatrywała się w nią z niedowierzaniem. — Oliwko, przepraszam. Nie chciałam tego powiedzieć, ja już po prostu nie wiem…

— Wyjdź — wycedziła Oliwia, ledwie otwierając usta.

— Daj spokój, zaraz to naprawimy.

— Powiedziałam, wyjdź! — wykrzyknęła przez łzy.

Amelia przez chwilę wpatrywała się w Oliwię, a potem obróciła się na pięcie i wyszła. Opuszczając mieszkanie Oliwii, trzasnęła za sobą drzwiami, jakby to ona przed chwilą usłyszała najbardziej bolesne słowa w swoim życiu.

Tej nocy Oliwia nie zmrużyła oka. Wpatrywała się w sufit, wciąż powtarzając w myślach słowo „przepraszam”. Nie było ono jednak skierowane do Amelii.

***

Nad ranem Oliwia oczekiwała wizyty Amelii, ale się jej nie doczekała. Pomyślała, że wczoraj straciła ostatnią osobę, której na niej zależało. Nie czuła jednak, że zrobiła coś złego. Wiedziała, że zareagowała ostro i że Amelia chciała jej tylko pomóc, ale nie powinna jej była do niczego nakłaniać, skoro wyraźnie nie miała na to ochoty.

Ku jej zaskoczeniu około południa usłyszała dzwonek do drzwi. Oderwała się od sprzątania i poszła je otworzyć. Jeszcze bardziej zdziwiła się, kiedy w progu zobaczyła Amelię. Po pierwsze nie spodziewała się, że tak szybko ze sobą porozmawiają, a po drugie ona nigdy nie pukała, miała własny klucz. Dwa miesiące temu zażądała go w obawie, że Oliwia może sobie coś zrobić i ona wtedy będzie musiała szybko dostać się do mieszkania. Może właśnie przyszła jej go oddać?

— Cześć — zaczęła nieśmiało Amelia. — Pomyślałam, że pewnie nie chcesz mnie widzieć, ale postanowiłam przyjść tak czy siak. Im dłużej będziemy zwlekać, tym gorzej będzie się między nami układało. Wiem, że wczoraj wypowiedziałam słowa, których nie powinnam, ale powiedziałam też prawdę, za co nie będę przepraszać. Niemniej jednak przepraszam cię za sposób, w jaki to zrobiłam. Nie powinnam była cię atakować. — Wyrzuciła to z siebie jednym tchem, żeby nie mogła jej przerwać. Zachowała się tak, jak miała w zwyczaju na sali sądowej.

Oliwia ustąpiła jej z drogi i Amelia weszła do środka.

— Zapomnijmy o tym — skwitowała. Nie chciała się kłócić, ale nie mogła też przyznać Amelii racji. Musiała jej jednak wybaczyć jej słowa, bo ona nie wiedziała, jak to jest stracić kogoś najbliższego.

— Wspaniale. — Amelia uśmiechnęła się triumfalnie (zapewne dodała tę sytuację do swoich wygranych spraw) i pomaszerowała prosto do kuchni, żeby zaparzyć kawę.

Oliwia uśmiechnęła się lekko pod nosem i podążyła za nią. Przygotowała kubki i oparła się o blat, przypatrując się przyjaciółce. Doskonale wiedziała, skąd wziął się u niej taki dobry humor. Znały się od dwóch lat, ale wydawało jej się, że całe życie. Wystarczyło jedno spojrzenie, a Oliwka już wiedziała, że jej przyjaciółka spędziła noc z przystojnym Hiszpanem. Cała aż promieniała, jakby czynność, jaką jest przygotowywanie kawy, sprawiała jej ogromną przyjemność.

Usiadły przy stole w kuchni, popijając w milczeniu kawę. Wreszcie Amelia postanowiła przerwać ciszę. Od ponad dwóch miesięcy to było jej zadanie, choć wcześniej to Oliwię trudno było przegadać.

— A więc, skarbie… Jakie mamy na dziś plany?

— To zależy, czy twoja mama przywiezie dziś Daniela. Mogłybyśmy go zabrać na plac zabaw.

— Rozmawiałam z nią rano. Powiedziała, że odprowadzi go jutro do szkoły i że mam cały weekend dla siebie.

— To dobrze. Rzadko się widują.

— Nie powinna się temu dziwić — odparła, krzywiąc się.

Oliwia westchnęła. Kontakty Amelii z matką pogorszyły się, kiedy odeszła od Marc’a i wróciła do kraju. Z jednej strony cieszyła się, że będzie miała blisko córkę i wnuka, ale nie popierała rozwodów, a już z pewnością nie kiedy w grę wchodziło dziecko. Amelia pochodziła z bardzo tradycyjnej rodziny, czego Oliwia czasem jej współczuła. Ją wychowała ciotka, która była dość luźno podchodzącą do życia osobą, która w dodatku zajmowała się wróżeniem z tarota… Nigdy jednak nie udało jej się przekonać do tego Oliwii, która nie wierzyła w siły nadprzyrodzone. Nieraz widziała, jakie sztuczki stosuje jej ciotka, żeby wróżby wydawały się bardziej wiarygodne dla klientów.

— Z pewnością, ale przynajmniej się stara — powiedziała łagodnie, starając się udobruchać przyjaciółkę.

— Tak, tak… — Amelia machnęła ręką. — Zmieniając temat na przyjemniejszy, obok kina otworzyli nową cukiernię, gdzie podobno sprzedają pyszne pączki. Idziemy? Mają wersję odtłuszczoną.

Mimo ponurego nastroju Oliwia roześmiała się. Amelia zrobiła urażoną minę.

— No co? Podobno mają o sto kalorii mniej niż zwykłe. W dodatku jest niedziela, a niedaleko jest ładny, mały kościół…

Oliwia westchnęła poirytowana.

— Mówiłam ci, że nie wierzę w takie rzeczy. Obiecałyśmy sobie, że będziemy się nawzajem szanować — odburknęła.

— Oczywiście. Wiesz, że cię szanuję. Pomyślałam tylko… — zaczęła Amelia, ale Oliwia przerwała jej, czując coraz większą złość.

— Że może tym razem dam się nakłonić na coś, na co nie mam ochoty? Rozmawiałyśmy o tym już milion razy.

Przyjaciółka postanowiła zlekceważyć jej wtrącenie.

— Że to ci może pomóc — dokończyła natarczywie.

— Niby jak?

— Wielu ludziom wiara pomogła uporać się ze stratą…

— Z tym że ja nie mam wiary i to się nie zmieni. Jak niby miałaby mi pomóc? Masz na myśli zmartwychwstanie? — Amelia zrobiła urażoną minę. — Przepraszam, poniosło mnie. Zrozum po prostu, że nie zmienię swoich przekonań, tak jak i ty — dodała skruszona. Poczuła, że przesadziła. Amelia była bardzo wrażliwa, kiedy chodziło o jej wiarę. W końcu sama musiała uporać się z dylematem moralnym, kiedy rozpatrywała możliwość opuszczenia męża, a nie mogła znaleźć wsparcia u swojej matki.

— Nie przejmuj się, tym razem to była moja wina. — Wzruszyła ramionami i wstała, by dolać sobie kawy. Oliwia zastanawiała się czasem, jakim cudem jej przyjaciółka w ogóle zasypiała po takiej dawce kofeiny. — W takim razie jakie mamy plany na dziś?

— Możemy zostać w domu. Prawdę mówiąc, nie mam ochoty nigdzie dziś wychodzić.

— Rozumiem, że wczoraj wyczerpałaś swój limit opuszczania mieszkania na miesiąc? — spytała złośliwie.

— Chciałabym — odparła szczerze. — Niestety jutro muszę iść do pracy.

— Obowiązki wzywają. — Westchnęła Amelia.

Po południu poszła Amelia do domu, żeby trochę popracować, póki Daniela nie było i mogła skoncentrować się na aktach sprawy, którą się zajmowała. Oliwia posiedziała jeszcze chwilę w kuchni, a potem udała się do sypialni, żeby zrobić to, co robiła co tydzień. Z początku zajmowała się tym co wieczór, ale Amelia ją na tym przyłapała i kategorycznie zakazała do tego wracać. Teraz, gdy Oliwia wiedziała, że nikt jej nie przeszkodzi, mogła w spokoju zająć się swoim rytuałem.

Otworzyła szafę i sięgnęła na najniższą półkę zawaloną butami. Wyjęła dość spore pudełko i trzęsącymi rękami zdjęła przykrywkę. W środku znajdowały się zdjęcia. Jego zdjęcia. Na niektórych była też Oliwia. Na wszystkich był uśmiechnięty, nigdy się nie smucił. Był poważny tylko wtedy, gdy rozprawiał o polityce i sytuacji na świecie. Przyjrzała się zdjęciu, na którym mocno ją obejmował. Obydwoje pokazywali do obiektywu swoje dyplomy, ona z dziennikarstwa, on z nauk politycznych. Wpatrywała się w jego roześmiane, brązowe oczy i łza spłynęła jej po policzku. Pamiętała ten dzień, jakby to było wczoraj. Właśnie dostała ofertę z gazety, ale on planował kontynuować studia i uzyskać stopień doktora. Już wtedy od dwóch lat mieszkali razem. Dorabiali razem w pobliskiej księgarni i jakoś udawało im się wiązać koniec z końcem. Po studiach Oliwia miała zarabiać dostatecznie dużo, by móc ich utrzymać, a Dawid mógł skupić się na doktoracie.

Właśnie w tym momencie Oliwia zawsze zalewała się łzami i zwijała w kłębek, przyciskając do siebie to zdjęcie. Codziennie od dwóch miesięcy, tygodnia i dwóch dni, czyli od dnia, kiedy zginął.

I to była jej wina.

Rozdział 2

Nazajutrz Oliwia siedziała w biurze, jak zwykle udając, że praca niezwykle ją zajmuje i nie zwracając uwagi na swoich współpracowników. Minęła godzina, odkąd przyszła do biura, ale jej zdawało się, że cała wieczność. Był poniedziałek, więc wszyscy, poza nią, byli ogromnie zajęci swoim planem zajęć na nadchodzący tydzień. Spojrzała na puste miejsce przy biurku, które dzieliła z Adrianem. Jeszcze go nie było, co było wyjątkowo dziwne, bo on nigdy się nie spóźniał.

Jakby przywołany jej myślami wpadł zziajany do biura, ale zanim zdążył zająć swoje miejsce, po drodze zatrzymała go Marta. Nie wyglądała na złą, że się spóźnił, wręcz przeciwnie. Sprawiała wrażenie czymś wielce podekscytowanej. Oliwia obserwowała tę scenę z niemalże szczerym zainteresowaniem, choć tak naprawdę nie miała ochoty zajmować się artykułem o wystawie psów, który musiała zredagować.

W końcu Adrian usiadł na swoim miejscu i spojrzał uradowany na Oliwię.

— Nie zapytasz, czemu się spóźniłem? — rzucił, uśmiechając się szeroko.

— Zapewne miałeś swoje powody. Marta najwyraźniej też tak uważa — odparła kąśliwie Oliwia, wcale tego nie żałując.

Adrian zlekceważył jej ton.

— Wiesz, że w piątek starałem się dodzwonić do gabinetu polityka odpowiedzialnego za zanieczyszczenia w pobliskiej rzece? Udało mi się namówić go na wywiad, właśnie od niego wracam.

Mimo że nie miała zamiaru przejmować się jego relacją, Oliwia uniosła brwi i spojrzała na niego z podziwem.

— I jak poszło? — Skarciła się w myślach za to, że w jej głosie było o wiele więcej zaciekawienia, niż zamierzała.

— Wspaniale — oświadczył dumnie. — Zaraz biorę się za artykuł opisujący nasze spotkanie. Powiem ci tylko, że facet ani trochę nie spodziewa się, że go zmiażdżę. — Zachichotał pod nosem.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 12.29
drukowana A5
za 48.85