E-book
20.48
drukowana A5
29.88
Jak sobie poradzić z TOKSYCZNĄ MATKĄ

Bezpłatny fragment - Jak sobie poradzić z TOKSYCZNĄ MATKĄ

Kurs z ćwiczeniami


Objętość:
163 str.
ISBN:
978-83-8126-056-5
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 29.88

1. Wstęp

Kim właściwie jest toksyczna matka? Określenie „toksyczny” do relacji międzyludzkich wprowadziła Pia Mellody książką „Toksyczna miłość”. Potem użyła go Susan Forward pisząc „Toksycznych rodziców. Słowo toksyczny weszło na stałe do literatury poradnikowej, bo świetnie oddaje to, o co w takich relacjach chodzi.

„Toksyczność”, cytując Wikipedię, to: „cecha związków (tu akurat chemicznych) polegająca na powodowaniu zaburzeń funkcji lub śmierci komórek żywych, organów lub organizmów, po dostaniu się w ich pobliże.”

I niestety niektóre związki międzyludzkie dokładnie tak wyglądają. Niszczą zamiast budować. Zatruwają powoli, za to skutecznie i nieustannie. A ktoś, kto ma z takim wpływem do czynienia, ma coraz mniej sił żeby się uwolnić. I niestety czasem dokładnie tak wygląda relacja z matką. Nie ma sensu oszukiwać się, że nie. Są matki i matki. Tak jak są mężowie i mężowie, szefowie i szefowie. O jednych można powiedzieć dużo dobrego, a o drugich nic. Samo urodzenie dziecka nikogo dobrą matką nie czyni. Ani dobrym człowiekiem. I czasem matki niszczą. Jeżeli ktoś ma wątpliwości, to wystarczy się rozejrzeć.

W tej książce jednak zamiast „toksyczna” będę używać słowa „zaborcza”. Bo toksyczność jest skutkiem, a zaborczość przyczyną. Osoba zaborcza wg słownika języka polskiego PWN, to ktoś, kto: „usiłuje uzyskać dla siebie jak najwięcej lub chce podporządkować sobie kogoś innego.” Relacje stają się toksyczne, ze wszystkimi objawami zatrucia, właśnie wtedy, gdy są zaborcze.

Bo inaczej się nie da. Nie można szanować kogoś i go zatruwać. Dbać o niego i zatruwać. To jest możliwe jedynie, gdy jedna osoba zupełnie nie liczy się z drugą. Nie bierze pod uwagę jej potrzeb, oczekiwań, ani w ogóle jej, jako odrębnej istoty ludzkiej. Bierze pod uwagę jedynie siebie, bez względu na to, jak to pozornie wygląda. Nieprawda, że matka ma do tego prawo. Nikt nie ma. I tu będzie mowa właśnie o tym jak się od takiego niszczącego wpływu uwolnić i odzyskać siebie.

Warto też pamiętać, że toksyczna relacja zawsze niszczy obie strony. Nigdy jedną. To, jeżeli miałabyś wątpliwości, że robiąc coś z tym będziesz samolubna.

Chociaż dlaczego właściwie miałabyś nie być? Jesteś oddzielną osobą. Po to się urodziłaś, żeby być oddzielną. Jeśli miała byś nią nie być, to pępowina zostawałaby na zawsze.

To zaczynamy.


Jeżeli jesteś dorosła i masz matkę, która oczekuje, że będziesz robiła to, czego ona chce i tak jak ona tego chce, bez względu na to, czego ty chcesz, to jest zaborcza. Jeżeli próbuje ingerować w twoje dorosłe życie i organizować je według swoich własnych kryteriów, za pomocą krytyki, gróźb, krzyków, poczucia winy czy czegokolwiek innego, to jest zaborcza.

Zakładam, że nie jesteś zadowolona z takiej sytuacji, jeżeli sięgnęłaś po tę książkę.

Czasem może jest lepiej. Odkładasz słuchawkę albo zamykasz drzwi, z ulgą, połączoną ze zdziwieniem, że tym razem nie było tak źle. Masz nadzieję, że coś się zmieniło i teraz już zawsze będzie miło. Tyle, że za którymś kolejnym razem, albo zaraz za następnym, jest tak samo jak było chwilę wcześniej. Może podejmiesz w swoim życiu decyzję, która jej się nie spodoba, spóźnisz się z telefonem o 10 minut, albo odmówisz wizyty na obiad w najbliższy weekend i znów wybucha 3 wojna światowa. Bo ma być tak jak ona chce, zawsze i tylko. Jeśli próbujesz protestować, to dowiadujesz się, że nie masz do tego prawa, krzywdzisz matkę, przez ciebie umrze, jesteś głupia, naiwna i pozbawiona serca albo ten niedobry mąż (no, może teściowa) nastawia cię przeciwko niej.

A ty reagujesz dokładnie tak jak ona chce (ja też tak robiłam!) — tłumaczysz się, wściekasz, rzucasz słuchawką albo przepraszasz za wszystkie przewiny z 30–tu lat wstecz hurtem — żeby tylko przestała! Łykasz proszki uspokajające i zastanawiasz się, dlaczego kontakty z mamusią są trudniejsze niż z urzędem skarbowym. Tam cię chociaż nikt nie obraża.

Napisałam, że reagujesz dokładnie tak jak ona chce, bo właśnie tak jest. Najlepszy sposób, żeby kontrolować sytuację, to wyprowadzić rozmówcę z równowagi. O tym, dlaczego tak jest, będzie dokładnie później.

Byłoby cudownie mieć ciepłą, troskliwą matkę, ale nie zawsze tak jest. I można mieć do końca życia poczucie złości albo straty, albo można zrobić z tym, coś zupełnie innego. Amerykanie mają takie ładne powiedzenie: „Jeśli dostałeś od życia cytrynę, zrób z niej lemoniadę”. Jeżeli zdarzyło się w twoim życiu coś, co ci nie odpowiada, to użyj tego tak, żeby przyniosło jak największą korzyść. Wyciągnij wnioski i zobacz, czego możesz się dzięki temu nauczyć, żeby dalej żyło ci się łatwiej i lepiej.

Zapewne matka, nie jest jedyną osobą w twoim życiu, która próbowała lub próbuje sobie ciebie podporządkować, ale jak sądzę jest tą, z którą najtrudniej sobie poradzić. To świetnie! Bo jeżeli poradzisz sobie z tym, co najtrudniejsze, to z resztą spraw i ludzi będzie już łatwo. I to jest właśnie korzyść z tej sytuacji. Nauka. Przeszłaś trening w trudnych warunkach. Czasem przez lata. Gdy ten etap zakończysz, to reszta będzie już tylko łatwiejsza.

To jest kompletny kurs z ćwiczeniami. Krok po kroku zobaczysz jak to zrobić. Przejdziemy tę trasę razem.

Duży nacisk jest położony, na „dlaczego”, nie tylko na „jak”. Bo jeżeli wiesz dlaczego, to możesz tę wiedzę wykorzystać także w innych dziedzinach twojego życia. Nie tylko masz wtedy gotowe narzędzie, ale też dobrze wiesz kiedy i jak działa.

Dowiesz się tutaj o psychologii emocji, radzeniu sobie ze stresem, skutecznej komunikacji, asertywności i wielu innych kwestiach. Dowiesz się, dlaczego jest jak jest i co zrobić żeby było lepiej.

Zobaczysz, że manipulacja to nie tylko kiepskie reklamy, że, to w co wierzysz tworzy świat w jakim żyjesz, to nie tylko slogan New Age i że obie te kwestie, tak jak i kilka innych, mają coś wspólnego z sytuacją, o której mówimy.

Przez jakiś czas (całkiem spory) zastanawiałam się, co się właściwie dzieje. Poważna pani manager w stanie rozstroju nerwowego po 10- cio minutowej rozmowie z mamusią. Przecież jestem niezależna i to od lat, o co chodzi?!

Poszłam, więc na terapię. Na początku było fajnie, w końcu ktoś słuchał, że mam trudną matkę. Tyle że kręciłam się w kółko. Przychodziłam, siadałam, przez godzinę opowiadałam i nic to nie zmieniało. Może pomogłoby po 20-tu latach, a może powinnam była zmienić terapeutę, ale zamiast tego zrezygnowałam. I zaczęłam się zastanawiać co zrobić.

I postanowiłam podejść do tematu, jak do projektu zawodowego.

Przeanalizować zjawisko, określić rozwiązania.

Przy takim podejściu, poradzenie sobie z sytuacją stało się całkiem proste. Okazało się, że cały czas popełniałam jeden podstawowy błąd — źle definiowałam problem, a to grzech główny zarządzania czymkolwiek. Bo jeżeli problem jest źle postawiony, to nie da się go rozwiązać. Potem już wszystko było proste.

I o tym jest ta książka.

To kurs z ćwiczeniami, a każdy rozdział dotyczy innego aspektu sytuacji.

Ta książka zawiera kilka elementów. Po pierwsze, praktyczną wiedzę psychologiczną. Żeby coś skutecznie zmienić potrzebujesz najpierw wiedzieć, dlaczego dzieje się tak, jak się dzieje.

Jeżeli wpadasz w panikę na samą myśl o przeciwstawieniu się matce, to właściwie dlaczego? Czy jest to naturalna reakcja na powiedzenie „nie” i każdy na świecie czuje tak samo, coś jak prawo grawitacji? Czy może dlatego, że boisz się czegoś konkretnego, na przykład, że cię uderzy? Albo może uważasz, że jeśli powiesz „nie”, to spotka cię nieszczęście, kara od losu, nawet jeśli nie wiesz co to konkretnie miałoby być?

Jeżeli panika byłaby naturalną reakcją na powiedzenie matce „nie”, coś jak prawo natury, to może wtedy po prostu nie należałoby mówić „nie”.

Jeżeli jednak powodem strachu jest to, że matka może zrobić ci fizyczną krzywdę, to może wtedy trzeba po prostu się zastanowić jak tego uniknąć, na przykład rozmawiać wyłącznie w obecności innych osób.

Jeżeli jednak nie wiesz, co właściwie złego mogłoby się zdarzyć, ale wiesz, że coś się stanie na pewno, bo taka jest naturalna kara za sprzeciwianie się matce, to pytanie skąd masz takie przekonanie i czy na pewno jest prawdziwe? Bo od tego zależy co w tej sytuacji można zrobić.

I tak będziemy pracować.

Temat trudnych rodziców nie jest niczym nowym. I od wielu lat na szczęście już nie jest tabu. Nikt już nie twierdzi, że rodzina to zawsze oaza spokoju i miłości. Bo czasem to miejsce przemocy fizycznej, psychicznej, poniżania, wykorzystywania i bólu. Są oczywiście skrajne przypadki patologii jak alkoholizm, wykorzystywanie seksualne, czy przemoc fizyczna, ale na szczęście są one nadużyciem karanym przez prawo. Ale są też te mniej skrajne, gdzie nikt nikogo nie bije, tylko stale poniża, wyśmiewa albo oskarża. To nie podlega już sankcji karnej i dlatego trudniej się bronić. Ale nadal masz prawo się bronić. Pozostaje pytanie jak.

Piszę o matkach, a nie o ojcach czy rodzicach wspólnie, bo wszystkie przypadki tego typu, z jakimi się zetknęłam, to były kobiety. Trudno powiedzieć, z czego wynika, że mężczyźni statystycznie mają mniejszą skłonność do ingerowania w życie swoich dzieci. Popularne przekonanie jest takie, że kobieta wychowuje, zajmuje się, troszczy o dziecko przez wiele lat, poświęca się dla niego i dlatego potem ma trudność, żeby się od niego oderwać. I że, właśnie dlatego, matka nie chce „wypuścić” z rąk dorosłego już dziecka. Osobiście się z tym nie zgadzam. Moja wątpliwość opiera się chociażby na własnym doświadczeniu. Faktycznie wychowywała mnie babcia. To babcia mnie ubierała, karmiła, odprowadzała do szkoły, trzymała za rękę, gdy w nocy się bałam i to z nią mieszkałam w pokoju do 7-go roku życia. Babcia była moją główną opiekunką, aż do jej śmierci, a zmarła, gdy robiłam maturę. A jednocześnie miałam przypadek zaborczej matki.

Osobiście uważam, że powodem „zlania się matki z dzieckiem” nie jest to, co matka poświęca dla dziecka, ale to, co ono ma dać jej. „Uwiesić” się emocjonalnie na dziecku jest po prostu znacznie łatwiej niż nawiązywać zdrowe relacje z innymi dorosłymi. Dorośli mają swoje wymagania. Dziecko nie zawsze ma prawo je mieć i można brać od niego ile się chce. Bo musi dać.

Dla zaborczej matki dziecko jest własnością, żywą rzeczą, która istnieje tylko dla niej. Ma być miłe, kiedy ona tego chce, ma być niewidzialne, gdy tak jest jej wygodnie, ma ją bezwarunkowo kochać, czego nie mogłaby oczekiwać od żadnej dorosłej osoby i ma wybaczać jej absolutnie wszystko, co w świecie dorosłych również nie jest możliwe. Myślę, że kobiety, które są takimi matkami po prostu nie zadają sobie trudu, żeby nawiązywać dobre relacje z innymi dorosłymi. Zostaje im więc tylko zależne i podporządkowane dziecko. I gdy dziecko się buntuje, a zwykle buntuje się wcześniej lub później, bo nie jest to jego naturalna rola żyć dla matki, to wtedy taka matka wyciąga wszelką możliwą amunicję, żeby przywrócić stan dotychczasowy. I nie jest przy tym istotne, jak bardzo zrani tym dziecko, ono się nie liczy. Liczą się tylko jej oczekiwania. Dziecko jest jedynie narzędziem, które ma je spełnić.

Używam słowa dziecko odnosząc się do relacji społecznej, jako syn czy córka, nie do metryki urodzenia. Bo to dziecko może być już samo na emeryturze lub mieć kilkoro swoich dzieci.

Jeżeli masz zaborczą matkę, to relacja z nią może być dla ciebie źródłem lęku, poczucia winy i tracenia wiary we własne możliwości. Nie jesteś pewna, co ci wolno. Nie czujesz się od niej oddzielna, jako odrębny człowiek. Możesz mieć poczucie, że nie możesz się oddzielić, bo usamodzielnienie, to odrzucenie jej. Nie wiesz czy w ogóle masz prawo stawiać jakieś granice i egzekwować ich respektowanie. Obawiasz się, że nawet sama myśl o tym jest niewłaściwa i nie powinnaś jej mieć. Albo może uważasz, że chcesz i masz prawo ograniczyć ingerencję matki w twoje życie, tylko nie wiesz jak to skutecznie zrobić. O jednym i o drugim jest ta książka.

Odnoszę się generalnie do dorosłych i już samodzielnych dzieci zaborczych matek. Jeżeli mieszkasz z matką albo jesteś od niej w jakikolwiek sposób zależna, też znajdziesz tutaj rzeczy, które mogą ci pomóc radzić sobie w tej sytuacji, ale dopóki jesteś faktycznie zależna, to twoje możliwości działania będą mocno ograniczone. Nie ma znaczenia ile masz lat. Żeby móc skutecznie ustalać korzystne dla siebie zasady, trzeba mieć mocne to, co w negocjacjach nazywa się BATNA (The Best Alternative To a Negotiated Agreement), a po polsku, jakie masz opcje, jeśli druga strona nie zgodzi się na to czego chcesz. Trudno uniezależnić się od kogoś, od kogo faktycznie jest się zależnym, bo wtedy alternatywne opcje masz słabe lub żadne. Ale o tym też będzie dokładniej później.


Jakie są zaborcze matki? Właściwie 3 rodzaje:

Wersja 1- łagodna.

Jeśli ta właśnie dotyczy ciebie, to nie jest źle. Relacje z matką układają się generalnie dobrze, może nie wszystko między wami było lub jest idealne, ale nigdy i z nikim nie jest. Nie masz ścisku żołądka, ani nie bierzesz kropli uspokajających, gdy masz do niej zadzwonić. Może są sprawy, które chciałabyś jej wytłumaczyć, sprawy, których ona nie chce zaakceptować w twoim życiu, ale to tyle. Jesteś w stanie z nią normalnie rozmawiać (przez normalnie rozumiem wymianę opinii bez krzyków, gróźb ani histerii, gdy tylko ktoś usłyszy coś, co mu się nie spodoba). Tyle, że nie przyjmuje twojego punktu widzenia. Wtedy jest naprawdę dobrze. Twoja matka ma prawo do swoich poglądów na różne tematy, tak samo jak ty masz prawo do swoich.

Ale jednocześnie możesz nie chcieć słuchać ciągłej krytyki na jakiś temat. I wtedy sprawą, na której trzeba się skupić jest jej krytyka (zachowanie), a nie to, że się z tobą nie zgadza (poglądy). Wtedy najpierw tłumacz spokojnie swój punkt widzenia, a jeśli to nie pomaga poproś wprost o zmianę, jakiej oczekujesz w jej zachowaniu, na przykład abyście nie poruszały konkretnego tematu, który wywołuje zbyt silne emocje, albo żeby nie krytykowała cię przy dzieciach. Jeśli to nie pomoże, to wtedy możesz postawić granice. Jak, będzie opisane dalej. Wiele rozdziałów z tej książki może ciebie nie dotyczyć, bo zapewne przekonania na temat tego, co ci wolno, a co nie, masz dość ugruntowane, ale i tak może przydać ci się trochę praktycznej wiedzy i technik jak sobie radzić stawiając granice.

Wersja 2 — standardowa.

Jesteś dla swojej matki. Jesteś czymś w rodzaju jej własności tylko z tego tytułu, że jest twoją matką. A przynajmniej często ci o tym przypomina. I nie ważne, o co prosisz — żeby nie grzebała ci w szafach, nie przyjeżdżała codziennie, czy nie krytykowała przy dzieciach, efektu nie ma. A nie ma, bo konkretna sprawa tutaj nie ma znaczenia. W relacji z taką matką, każda rozmowa, o czymś innym niż przysłowiowa pietruszka, dotyczy w gruncie rzeczy tego samego, czyli tego co jest jej prawem w twoim życiu, (bo jest matką), a co ty musisz, (bo jest matką). Jej prawa wobec ciebie są nieograniczone, twoje obowiązki wobec niej również. Jedna ani druga kwestia nie podlega dyskusji. Dlatego wszelka „rozmowa” polega na sprowadzeniu cię „na właściwe miejsce” i to wszelkimi dostępnymi środkami. A środki, których do tego używa, mogą być dowolne — bomba atomowa też jest dopuszczalna. Bo przecież ma rację!

Wszystko co robi, jest szlachetne, właściwe i uzasadnione. Każda twoja próba sprzeciwu jest przestępstwem i pociąga za sobą natychmiastową słuszną karę: krzyk, poniżanie i wyzwiska albo łapanie się za serce i oskarżenia, że zabijasz matkę (pytanie, jakie mi się zawsze w takich sytuacjach nasuwa to, jakim cudem po tylu latach jest ciągle w dobrej formie).

Jeżeli robisz dokładnie, to co ona chce, to bywasz w miarę dobrą córką („bywasz” i „w miarę”, bo zawsze mogłabyś być lepszą). Ale i tak nie zapomni ci wypomnieć, że Kowalska z bloku obok to dopiero ma dobre dzieci, jej córka codziennie odwiedza matkę, nie to, co ty.

Za to, jeżeli na cokolwiek się nie zgodzisz, to jesteś potworem bez serca (tu już bez „chyba” i „w miarę”).

Z taką matką problem nie dotyczy żadnej z konkretnych kwestii, jakie mogą się pojawiać, ale twojego prawa do własnego życia w ogóle, tego czy możesz je mieć czy nie i w jakim zakresie. I tym trzeba się zająć.

Wersja 3 — poza skalą.

To już przypadki skrajne, matki z poważnymi problemami psychicznymi czy osobowościowymi takimi jak narcystyczne zaburzenie osobowości, osobowość graniczna borderline czy zaburzenia psychiczne takie jak schizofrenia. Taka matka wymaga pomocy psychologicznej albo psychiatrycznej. Ty nic na to nie poradzisz. To, co możesz zrobić, to zająć się swoim życiem, a jej postawić granice. Twoja matka ma problem zdrowotny i powinna poszukać pomocy lekarskiej. To nie twoja wina, że myśli tylko o sobie, słyszy głosy, albo że musisz uważać na każdy gest, żeby nie spowodować wybuchu.

Jeśli masz tego typu matkę, to emocje mogą być bardzo silne, także twoje i wtedy bardzo warto skorzystać z terapii. Może w twoim mieście są takie możliwości, niekoniecznie kosztowne, może jest grupa wsparcia dla osób w podobnej sytuacji. Życie z osobą zaburzoną, to poważna trauma dla wszystkich wokół, ty też masz prawo się wtedy leczyć i nie uważaj tego za niepotrzebną fanaberię.

Nie musisz wierzyć w nic, co jest napisane w tej książce. Wszystko kwestionuj, podważaj i zastanawiaj się czy ty sama się z tym zgadzasz. I tylko wtedy przyjmuj jako własne. Wielokrotnie będę cię zachęcała do wątpienia w to, co słyszałaś od dziecka, w to, co wiesz na pewno i to, co właśnie czytasz. Wszystko co z tego tekstu wyniesiesz, to ma być twoja prawda, nie moja, nie twojej matki, nie czyichś ciotek, ale wyłącznie twoja. Pamiętaj, że korzystając z tej książki nie musisz robić nic, na co nie będziesz czuła się gotowa albo nie będziesz miała ochoty. Rób tylko to, przy czym czujesz się na siłach. Ta książka jest po to, aby tobie pomóc w życiu, a ty sama najlepiej wiesz, czego potrzebujesz i jakie jest twoje życie w tym momencie.

Ćwiczenia, zachęcam cię żebyś robiła pisemnie, a już zupełnie idealnie jeśli w jednym zeszycie lub na komputerze, bo czasem możemy do nich wracać.

Zachęcam cię również do przeczytania tej książki najpierw w całości — może znajdziesz coś, co cię zainteresuje także w rozdziale, który „po tytule” nie wydawał się ważny.

Kolejność rozdziałów nie jest przypadkowa, wynikają jeden z drugiego. Również dlatego warto przeczytać tę książkę w całości, przynajmniej za pierwszym razem, potem możesz już swobodnie korzystać z poszczególnych rozdziałów.

Formy syn, córka, on, ona używam wymiennie, bo problem dotyczy dzieci obojga płci, chociaż znacznie częściej córek.

Temat matki bywa też czasem traktowany jak temat tabu, którego najlepiej nie poruszać w ogóle, a jeżeli już to z odpowiednio pochyloną głową. Jednak nie jestem wielką wielbicielką poprawności politycznej, o czym lojalnie uprzedzam i nie wierzę w jedyne słuszne poglądy. Dzielę się moim doświadczeniem, w tym jak odzyskać swoje samodzielne życie, jako oddzielnej dorosłej osoby. Mam nadzieję, że to ci pomoże, a jeśli tak, to poprawność polityczna musi sobie z tym poradzić.

Jeszcze jedno i wcale nie najmniej ważne. Trudno kochać, (jeżeli w ogóle jest to możliwe), kogoś, kogo się boisz, wobec kogo czujesz się ciągle „w obowiązku” i przy kim nie masz prawa do własnego zdania. Trudno nawet mówić o miłości, jeżeli na sam dźwięk czyjegoś głosu lub dzwonek do drzwi, (gdy wiesz, kto stoi po drugiej stronie) masz ścisk w żołądku. Pojęcie „powinnam kochać” nie ma żadnego sensu, kogokolwiek by dotyczyło. Miłość jest uczuciem i jak każde inne uczucie, pojawia się niezależnie od woli i znacznie szybciej niż myśl. Dlatego przekonanie, że „powinnam” w kwestii uczuć, to postawienie spraw na głowie. Uczucia nie przejmują się tym, co powinny. I nie ma tu miejsca na poczucie winy.

A jeżeli jest strach to nie będzie miłości, bo miłość to ciepło i poczucie bezpieczeństwa. Jeżeli jesteś wręcz skostniała od przytłaczającego cię „poczucia obowiązku”, to nie będzie miejsca na miłość. Miłość to dawanie z serca, a to jest możliwe tylko wtedy, gdy chcę i mogę, a nie wtedy, gdy muszę, ze strachu przed karą, rodzinną, społeczną, boską czy jakąkolwiek. Żeby kochać drugą osobę, musisz się czuć bezpiecznie w jej towarzystwie, potrzebujesz mieć przestrzeń do tego żeby dawać bez przymusu i przede wszystkim potrzebujesz być oddzielną osobą, która ma prawo do własnych uczuć i oczekiwań, a nie kopią swojej matki, która ma prawo czuć tylko to samo co ona (a jeśli tak, to jesteś pewna, że ona sama siebie kocha?).

Dlatego nie ma miejsca na miłość w związku zależnym i zaborczym. Chcesz móc kochać matkę, to potrzebujesz zacząć od tego, aby się psychicznie od niej oddzielić. Nie jesteś jej częścią, jesteś córką czy synem, a nie nerką czy żołądkiem. Nerka czy żołądek zresztą nie kocha reszty ciała, najwyżej na jej rzecz pracuje. Potrzebujesz dać sobie prawo, aby móc jej odmówić, dopiero wtedy będziesz mogła dawać z serca. I potrzebujesz zacząć w jej towarzystwie oddychać. Dopiero wtedy będziesz mogła zacząć ją kochać, jeśli będziesz chciała oczywiście. Bo wbrew temu, co możliwe, że słyszałaś, kochanie matki nie jest twoim kolejnym obowiązkiem. Jest możliwością.


Powodzenia!!!

2. Mapa podróży

No to, podejdźmy do tematu profesjonalnie…

Ogólny model, jaki stosuje się do rozwiązywania problemów, od drobnych do tych w dużej skali, jest bardzo prosty i składa się z 4-ch punktów:

1. Prawidłowo zdefiniować problem.

2. Określić jego przyczyny.

3. Znaleźć rozwiązania (usuwające przyczyny).

4. Zastosować rozwiązania.


Popatrzmy, więc po kolei, jak to wygląda w naszej sytuacji.

Punkt pierwszy to: „prawidłowo zdefiniować problem”.

To jest bardzo ważny punkt, jeśli nie najważniejszy. Jest jak fundament nowego domu. Bez dobrego fundamentu, nawet najpiękniejszy i najdroższy dom szybko się rozpadnie. Tak samo rozwiązanie nie trafi w cel, jeśli niedokładnie wiadomo w co ma trafić.

Przyjrzyjmy się zatem naszemu problemowi.

Co konkretnie nie podoba ci się w sytuacji, która jest?

Może to, że matka przyjeżdża codziennie z wizytą, nie pytając czy tobie to pasuje, może to, że obraża ciebie lub krytykuje twojego męża, albo może to, że musiałaś ją zabrać na Sylwestra mimo, że nie miałaś na to ochoty.

Coś jeszcze?

Jakiekolwiek punkty byś wymieniła, co mają one ze sobą wspólnego?

Każdy z nich dotyczy zachowania twojej matki, prawda? Ale jednocześnie jest to też coś, na co ty pozwoliłaś.

Nie wyrzucaj jeszcze tej książki za okno… Zaraz wyjaśnię, o co chodzi. Zresztą bardzo dobrze, że tak właśnie jest. Ale po kolei.

Gdy zabierałaś ją na Sylwestra — naprawdę musiałaś? Przystawiła ci pistolet do głowy? Wtedy byś rzeczywiście musiała.

Bo każda relacja ma dwie strony (przynajmniej). Nie ma relacji jednoosobowej. Jeżeli jest ktoś, kto bierze, musi być ktoś, kto daje, jeżeli jest ktoś, kto chce sobie kogoś podporządkować, to musi być ktoś, kto się podporządkować pozwoli.

Żeby rozwiązać problem pt.”niech moja matka się zmieni!”, jesteś całkowicie zależna od osoby, która zapewne zmienić się wcale nie ma ochoty. Zresztą dlaczego miałaby się zmieniać, jeśli to co robi po prostu działa?

Ale jeżeli popatrzysz na sytuację inaczej i może wtedy uznasz, że problem polega też na tym, że TY pozwalasz na coś, co tobie nie odpowiada, to wtedy jesteś w zupełnie innej sytuacji. Teraz wszystko zależy od ciebie.

Tu pojawia się pytanie: dlaczego pozwalasz?


Tym samym przechodzimy, do drugiego punktu modelu rozwiązywania problemów: „określić przyczyny.”

Jakie są, więc przyczyny, że na to pozwalasz?


Zapewne takie, że:


1. musisz, powinnaś, nie masz innego wyjścia, nie chcesz jej sprawić przykrości itd.

lub

2. dlatego, że nie wiesz jak nie pozwolić, bo cokolwiek robisz nie działa.


Zgadza się?


Sądzę, że się zgadza, bo dowolne zachowanie wynika właśnie z 2-ch z takich punktów:


(1) Przekonań, jakie mamy na dany temat — co wolno, czego nie, co jest bezpieczne a co nie itd. oraz

(2) umiejętności, jakie w danej sprawie mamy lub nie.


I te punkty sobie bardzo dokładnie omówimy.

W kwestii przekonań będziemy się przede wszystkim przyglądać jakie je masz. Problem z przekonaniami polega nie na tym, że jakieś są, ale na tym, że często nie wiadomo jakie są, czyli są nieuświadomione. Sprawdźmy od razu czy tak jest: jeżeli ktoś by cię zapytał, nie dlaczego musisz się godzić na to, czego oczekuje twoja matka, ale: na co KONKRETNIE musisz, to czy na pewno wiedziałabyś co odpowiedzieć? Spróbuj.

Wypisz w punktach, bo punkty wymagają uporządkowania myśli, to co “musisz” w relacji z matką. I wypisz to jak najbardziej precyzyjnie. Czyli zamiast: „muszę odwiedzać moją matkę”, wpisz: „muszę odwiedzać moją matkę codziennie”? itd.

Nie obawiaj się, to nie jest cyrograf. Możesz sobie w każdej chwili tę listę skrócić, rozszerzyć, zmienić, wyrzucić do kosza, cokolwiek zechcesz. Ważne tylko, żebyś ją najpierw zrobiła. Bo jeśli coś „musisz”, to przynajmniej wiedz konkretnie co. (I nie przejmuj się na razie zasadami pozytywnego myślenia, że „nic nie musisz”, albo, że nie należy używać słowa „musisz”. Zostawmy to słowo tak jak jest. Zasady zasadami, ale co innego zmieniać słowa, a co innego zmieniać przekonania. Jeżeli masz poczucie, że „musisz”, to na razie masz i tyle.)

To co konkretnie „musisz”?

Wszystkie odpowiedzi będą dobre. To nie jest test. Ale jedno jest ważne — żeby były twoje. To, co ty, tak naprawdę w głębi serca, myślisz na ten temat.

Do przekonań, których jesteś świadoma, możesz się odnieść, („to mi się podoba, ale to już nie”), wybrać je lub zmienić. Nieuświadomione, kierują tobą bez twojej woli, za pomocą twoich emocji. Dlatego wielokrotnie będę namawiała cię do uświadamiania sobie tego, w co wierzysz. Nie będę namawiała cię do zmiany przekonań, zmienisz tylko te, które zechcesz, ale do uświadomienia sobie jakie one konkretnie są. Bo to pierwszy krok do wolności.

Przekonania, to tylko jedna przyczyna tego, że godzisz się na coś, co nie jest dla ciebie korzystne. Pozostaje jeszcze druga — umiejętności.

Jeżeli wierzysz, że możesz odmówić, to, dlaczego właściwie mogłoby ci się nie udać? Przecież „nie” to takie proste i krótkie słowo.

Tyle, że jego użycie nie zawsze bywa takie proste.

I tu przydadzą się konkretne narzędzia np. techniki radzenia sobie z manipulacją. Tak, z manipulacją. Wiem, że to nieładne słowo w kontekście relacji z matką, ale bardzo trafne. A żeby sobie poradzić z manipulacją, to trzeba wiedzieć jak. To są określone umiejętności.

I to właśnie będzie zawartość tej książki. Praca z przekonaniami jakie masz i umiejętnościami, jakie ci się przydadzą.

Pozostanie jeszcze punkt 4 modelu rozwiązywania problemów — zastosować w praktyce, to czego się nauczysz. To już zależy tylko od ciebie. Ja mogę powiedzieć co i jak zrobić, ale na to czy wykorzystasz tę wiedzę, żeby poprawić swoje życie, nie mam już żadnego wpływu. Mogę tylko trzymać kciuki, żeby cokolwiek zrobisz, przyniosło ci w życiu jak najlepsze efekty. I tak będę robić.

To zaczynamy.

3. Przekonania

Wyobraź sobie, że w dzieciństwie ugryzł cię pies. Doświadczenie było bardzo mocne i nieprzyjemne, więc mózg je sobie dobrze zapamiętał — czyli wytworzyła się mocna i wyraźna ścieżka między neuronami, (bo tak właśnie się uczymy), mówiąca o tym jak należy reagować na widok czworonożnego stworzenia z ogonem.

I teraz, nawet po kilku latach, gdy idąc ulicą zauważysz psa, a szczególnie podobnego do tamtego z dzieciństwa, twój mózg potraktuje to jako zagrożenie. Mięśnie zacisną się, ciśnienie krwi podniesie, poczujesz strach i będziesz starała znaleźć się jak najdalej od tego potencjalnie zagrażającego obiektu.

Ale jeśli ktoś inny, idąc tą samą ulicą, zauważy to samo zwierzę, to jego reakcja odruchowa może być zupełnie inna. Bo z jego mózgu do ciała popłyną inne komunikaty. Jego mięśnie ciała rozluźnią się, mięśnie twarzy wykonają uśmiech, a ręka sama wyciągnie się w kierunku tego słodkiego pieseczka.

To może być to samo zwierzę w tej samej sytuacji! Ale każda z osób zareaguje zupełnie inaczej, bo nie reagują na sytuację, tylko na swoje przekonania na temat możliwości rozwoju sytuacji.

W twoim przypadku jest to: pies = zagrożenie = uciekać, a w jego: pies = przyjaciel = głaskać. Ty uciekniesz i następnym razem będziesz się bała psów jeszcze bardziej, bo właśnie przeżyłaś, kolejne w swoim życiu, nieprzyjemne spotkanie z psem. Ta druga osoba psa pogłaszcze i następnym razem jeszcze chętniej zbliży się do następnego, bo właśnie potwierdziła swoje przekonanie, że psy są miłe. A jeżeli ten konkretny nie okaże się miły, to uzna po prostu, że ten nie jest. Dla ciebie będzie to kolejny dowód na to, że psy jako gatunek, nie są.

Nasz mózg jest plastyczny. Doświadczenia i informacje, jakie zbieramy przez całe życie, tworzą połączenia między neuronami. Te połączenia są jak wydeptana ścieżka w lesie. Ta, którą przeszło już wielu turystów będzie mocno wydeptana i dobrze widoczna. A ta, którą przeszło na razie tylko kilku, będzie trudno zauważalna. Kolejni turyści, pójdą więc odruchowo tą najlepiej wydeptaną, uznając, że właśnie ta jest właściwa.

Tak samo impulsy w naszym mózgu będą korzystać odruchowo z tej najbardziej wydeptanej ścieżki między neuronami. A będzie to ta, gdzie:

• impulsy przechodziły wielokrotnie — to samo doświadczenie pojawiało się w twoim życiu wiele razy albo

• przeszedł tą trasą jeden, ale za to bardzo silny, impuls emocjonalny — bo wtedy to jest tak jakby ścieżka nie została wydeptana, ale po prostu wyorana koparką, raz, za to dobrze. Zarastać będzie długo, a ślady zostaną na okolicznych pniach. nawet, jeśli koparka już tu nie wróci przez następne wiele lat.


Jeżeli w dzieciństwie powiedzenie matce „nie” oznaczało natychmiastowy jej krzyk — co dziecko odbiera jako zagrożenie swojego życia i bezpieczeństwa, (więc bardzo silny impuls emocjonalny– koparka). I jeszcze działo się to wielokrotnie (koparka wielokrotnie pogłębiała ścieżkę). I jeszcze było to w dzieciństwie, gdy mózg dopiero się formuje i jest szczególnie plastyczny (koparka kopała sobie w mięciutkiej ziemi), to wyobraź sobie jak wygląda wykopana przez nią ścieżka? Może mieć szerokość autostrady. I nawet po kilkudziesięciu latach, gdy w mózgu pojawi się sygnał „chcę powiedzieć nie”, to ten impuls przebiegnie właśnie tą najbardziej „wydeptaną” ścieżką i dlatego trafi do komórki, która natychmiast włączy syrenę: „UWAGA UWAGA ZAGROŻENIE!!!”

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 29.88