Moim ukochanym dzieciom,
Natalce, Krzysiowi i Agusi,
bez których bajka ta nie powstałaby.
Jest gdzieś na świecie kraina, gdzie bajka nasza musi się rozpocząć. Nikt do dzisiaj dokładnie nie wie gdzie ona jest.
Wiele osób postanowiło tam dojść, ale przebywszy pierwsze kilka kroków wśród drzew gęstego boru rezygnowało i decydowało się na powrót.
Pewnie dlatego, mieszkańcy jej nigdy nie byli odwiedzani przez żadnych gości, a w szczególności przez człowieka.
A żyło im się wyśmienicie.
Na samym skraju boru znajdowała się piękna mała polana, z której wszyscy byli dumni. Był tam stary, ogromny dąb. Często żartował, że skoro tyle lat rósł, to na pewno chyba wszystko już widział i wie.
Rosły tam też świerki, sosny i jodły. Były dumne ze swoich zielonych igiełek w zimie.
Były na polanie również osiki, brzozy i inne drzewka, które zawsze wesoło szumiały, gdy ktoś przechodził obok. Chętnie i z radością wszystkim dawały wytchnienie swoim cieniem przed słońcem i schronienie przed wiatrem.
Nikt nikomu tam nie szkodził. Ba, nawet nikomu taka myśl przez głowę nie przeszła, by zrobić krzywdę komuś innemu.
Całą tę krainę zamieszkiwało wiele różnych stworzeń: od maleńkich mrówek i biedronek, po największe jelenie i sarenki.
Wszyscy chętnie pomagali sobie nawzajem, a przodował w tym krasnal Borek.
— Dzień dobry panie Igiełko! — Wesoło przywitał Borek idącego powoli jeża.
Kolczaty jegomość dźwigał na grzbiecie dużo owoców do swej norki. Co jakiś czas przystawał, odpoczywał i ciężko wzdychał.
— Może panu pomóc? Chętnie poniosę jabłuszko lub gruszkę! — zaproponował krasnal.
— Nie, serdecznie dziękuję Borku, sam sobie poradzę.
— Słoneczko świeci pięknie, nigdzie mi się nie spieszy, tylko pić mi się bardzo chce… — westchnął Igiełka i przystanął przy Borku na chwilę.
— Jedna chwileczka, jeden momencik — z błyskiem w oku krasnal wypowiedział swoje ulubione powiedzonko.
I szybciutko, z czapeczki, jak z czajnika na swą dłoń nakapał kilka kropelek lipowego nektaru, który zawsze nosił ze sobą.
— Proszę, Igiełko, pij ile zechcesz i nabieraj sił!
Jeżyk szeroko otworzył oczka:
— Och, drogi krasnalku, dzięki stukrotne, stukrotne dzięki — podziękował głośno i szczerze, bo od urodzenia był dobrze wychowany i grzeczny.
Wiele zwierząt bardzo lubiło Borka. Był krasnalem „do rany przyłóż” — jak mawiali wszyscy.
Żukom pomagał toczyć kulki, czaplom sprawił kalosze. Takie duże, do samych kolan. Był przekonany bowiem, że gdy długo stoją w wodzie bez butów, to mogą nabawić się kataru.