E-book
7.88
drukowana A5
20.41
Jak kochać się po sześćdziesiątce i nie wzywać pogotowia

Bezpłatny fragment - Jak kochać się po sześćdziesiątce i nie wzywać pogotowia

Antyporadnik seniora Tekst został stworzony z pomocą AI


Objętość:
48 str.
ISBN:
978-83-8455-587-3
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 20.41

Wstęp

Nie oszukujmy się.

Większość z Was kupiła tę książkę dla tytułu.

Nie dlatego, że interesują Was porady o zdrowiu.

Nie dlatego, że chcecie czytać o spacerach,

stawach biodrowych, ciśnieniu, psychice czy diecie.

Przyciągnęło Was słowo:

„kochać się”.

A może nawet bardziej:

„nie wzywać pogotowia”.

Nie martwcie się.

Temat pożycia małżeńskiego będzie.

Nawet ilustracje się znajdą.

Wprawdzie nie takie, jakich spodziewają się

niektórzy panowie, ale jednak.

Jeżeli ktoś liczy na podręcznik

akrobatyki małżeńskiej dla seniorów,

od razu uprzedzam, że będzie rozczarowany.

W naszym wieku większym osiągnięciem

od pozycji z Kamasutry bywa znalezienie okularów

bez pomocy rodziny.

A prawdziwa namiętność często zaczyna się od pytania:

— Brałeś dziś tabletki?

Lub:

— Gdzie odłożyłaś moją protezę?

Z biegiem lat człowiek odkrywa,

że szczęśliwe małżeństwo to nie tylko wspólne łóżko.

To także wspólna kawa.

Wspólne rachunki.

Wspólne wizyty u lekarza.

Wspólne narzekanie na pogodę.

I wspólne szukanie pilota od telewizora.

Ta książka nie jest więc poradnikiem seksualnym.

Jest poradnikiem o życiu.

O miłości.

O przyjaźni.

O samotności.

O zdrowiu.

O starzeniu się bez utraty poczucia humoru.

I o tym, jak przeżyć jesień życia tak,

żeby mieć jeszcze siłę śmiać się z samego siebie.

A jeśli przy okazji znajdzie się kilka porad

dotyczących pożycia małżeńskiego…

to przecież nie będziemy ich ignorować.

W końcu człowiek jest stary.

Ale jeszcze nie martwy.

Zapraszam do lektury.

Wasza przewodniczka po świecie seniorów,

która nadal uważa, że śmiech jest tańszy od lekarza

i działa dłużej niż większość suplementów diety.

Jak żyć po sześćdziesiątce?

Po ludzku.

Jak człowiek.

Cieszyć się każdym dniem, nawet jeśli nie jest idealny.

Spotykać się z ludźmi.

Pogadać przy kawie.

Wyjść na spacer.

Pośmiać się z własnych kłopotów,

zanim one pośmieją się z nas.

Na starość człowiek odkrywa,

że najważniejsze są mięśnie ud i łydek.

To one pozwalają samodzielnie wstać z łóżka.

Dojść do kuchni.

Wyjść przed dom.

Odwiedzić sąsiadkę.

Pójść do sklepu.

A czasem po prostu dotrzeć do toalety.

Młodzi zdobywają Mount Everest.

Starsi wiedzą, że bywają dni,

kiedy dojście do łazienki przy pomocy balkonika

jest wyczynem nie mniejszym.

Ale, kochani… dojść to jedno,

a donieść to już zupełnie inna dyscyplina sportowa.

Dlatego warto ruszać się tyle, ile zdrowie pozwala.

Spacerować.

Chodzić.

Wstawać z fotela.

Nie po to, żeby pobić rekord świata.

Po to, żeby jak najdłużej zachować własny świat.

Nie czekaj na wielkie szczęście.

Ciesz się małym.

Kawą wypitą w spokoju.

Rozmową z przyjacielem.

Telefonem od wnuka.

Śpiewem ptaków za oknem.

Drożdżówką z truskawkami.

Życie nie staje się łatwiejsze z wiekiem.

Ale może być nadal dobre.

Jeśli trzeba założyć pampersa — zakładamy.

Jeśli trzeba nosić worek stomijny — nosimy.

Jedno i drugie nie odbiera człowiekowi godności.

Przeciwnie.

Pozwala zachować samodzielność, wyjść z domu,

spotkać się z ludźmi i żyć spokojniej.

W młodości wydaje nam się,

że starość będzie wyglądała inaczej.

Potem życie uczy pokory.

Okulary zakładamy bez wstydu.

Aparat słuchowy też.

Laskę, balkonik czy wózek również.

Dlaczego więc mielibyśmy wstydzić się rzeczy,

które poprawiają komfort życia?

Pamiętajmy, że celem nie jest zdobycie tytułu

Najdzielniejszego Cierpiętnika Powiatu.

Celem jest możliwie dobre życie.

A jeśli jakiś wynalazek pomaga nam spokojnie

przespać noc, pojechać na wycieczkę

albo odwiedzić wnuki, należy podziękować

jego wynalazcy i korzystać bez wyrzutów sumienia.

Bo, kochani, starość nie jest konkursem piękności.

Starość jest sztuką radzenia sobie z tym, co przynosi życie.

I tego właśnie wszystkim zacnym emerytom życzę.

Instrukcja pobożności dla seniora

Jeśli możesz klęczeć — klęcz.

Jeśli nie możesz — przyklęknij.

Jeśli nie możesz przyklęknąć — stój.

Jeśli nie możesz stać — usiądź i módl się spokojnie.

Jeśli nie możesz siedzieć — módl się na leżąco.

Pan Bóg naprawdę sobie poradzi.

Pamiętajmy, że Pan Bóg stworzył człowieka,

zna jego PESEL, historię chorób, wyniki badań

i stan stawów biodrowych.

Nie wymaga od osiemdziesięciolatka pozycji,

których nie potrafi wykonać nawet jego ortopeda.

Niektórzy seniorzy martwią się, że za mało klęczą.

Inni, że za mało chodzą do kościoła.

Jeszcze inni, że modlą się za krótko.

A tymczasem może najważniejsze jest to,

by modlić się szczerze.

Bo Pan Bóg zapewne bardziej ceni pięć minut

szczerej rozmowy niż godzinę narzekania

na niewygodną ławkę.

Pamiętaj również, jak się nie spowiadać

Spowiedź jest rozmową między tobą a księdzem.

Nie między tobą, księdzem, organistą, kościelnym,

ministrantami i połową parafii.

Jeżeli słabo słyszysz, poproś księdza o spowiedź

w zakrystii albo w spokojniejszym miejscu.

Nie ma potrzeby wykrzykiwać przez pół kościoła:

— PROSZĘ KSIĘDZA, BO JA W 1974 ROKU

UKRADŁAM SĄSIADCE KURĘ!

Jeszcze gorzej, gdy ksiądz odpowiada równie głośno:

— JAKĄ KURĘ?

— CZARNĄ!

— A ODDAŁA PANI?

I nagle wszyscy obecni uczestniczą w dochodzeniu

prowadzonym od pięćdziesięciu lat.

Pamiętaj również, że podczas spowiedzi wyznajemy

własne grzechy. Nie cudze.

Księdza nie interesuje, że synowa jest leniwa, sąsiad pije,

szwagier oszukuje w karty, a wnuczek siedzi w telefonie.

To nie jest zebranie wiejskie.

To nie jest posiedzenie rady gminy.

To nie jest także punkt przyjmowania donosów.

Najbezpieczniej mówić o sobie.

Bo może się okazać, że osoba stojąca za tobą

w kolejce jest właśnie tą leniwą synową,

pijącym sąsiadem albo szwagrem od kart.

A wtedy pokuta może zacząć się jeszcze przed rozgrzeszeniem.

Modlitwa też nie jest konkursem

Nie musisz znać wszystkich litanii na pamięć.

Nie musisz modlić się najgłośniej.

Nie musisz siedzieć w pierwszej ławce.

Nie musisz udowadniać innym swojej pobożności.

Pan Bóg nie prowadzi rankingu.

Nie przyznaje punktów za długość modlitwy.

Nie mierzy świętości liczbą odmówionych różańców.

Patrzy raczej na serce niż na statystyki.

Dlatego módl się tak, jak potrafisz.

I nie przejmuj się, że kiedyś było inaczej.

W pewnym wieku człowiek odkrywa,

że Bóg słyszy równie dobrze modlitwę

wypowiedzianą na kolanach, jak i tę

wyszeptaną z fotela pod kocem.

A czasem nawet lepiej.

Wariat niezdiagnozowany

Pamiętam czasy, gdy wizyta u psychologa była

dla wielu ludzi czymś podejrzanym.

Psycholog?

A po co?

Przecież nie jestem wariatem!

Psychiatra?

O nie!

To już w ogóle.

Do ginekologa człowiek pójdzie.

Do urologa też pójdzie,

zwłaszcza gdy sytuacja staje się nagląca.

Do ortopedy pobiegnie z bolącym kolanem.

Do kardiologa z sercem.

Do okulisty z oczami.

A czasem nawet do proktologa,

choć zwykle bez entuzjazmu.

Ale do psychiatry?

Przenigdy!

Niektórzy wolą przez kilka lat nie spać,

nie jeść, martwić się wszystkim dookoła,

pokłócić się z rodziną, stracić zdrowie i spokój,

niż umówić jedną wizytę.

Bo co ludzie powiedzą?

A ludzie zwykle mówią dokładnie to, co zawsze.

Czyli cokolwiek.

Jedni powiedzą, że przesadzasz.

Drudzy, że wymyślasz.

Trzeci, że za ich czasów nie było depresji.

Owszem.

Nie było też tomografii komputerowej,

smartfonów i zmywarek.

A jednak jakoś nikt nie chce wracać do prania na tarze.

Tymczasem depresja, stany lękowe, bezsenność

czy inne, są takimi samymi chorobami jak nadciśnienie,

cukrzyca czy chore stawy.

Nie biorą się z lenistwa.

Nie są karą boską.

Nie świadczą o słabym charakterze.

Po prostu czasem choruje ciało, a czasem choruje psychika.

I wtedy trzeba się leczyć.

Najbardziej zdumiewa mnie to,

że człowiek bez wstydu pokaże lekarzowi kolano,

żołądek, pęcherz, a czasem nawet miejsca,

których przy stole się nie wymienia.

Ale gdy zaczyna boleć dusza,

nagle ogłasza się bohaterem narodowym

i postanawia cierpieć w milczeniu.

Kochani.

Nie ma nic bohaterskiego w nieleczeniu choroby.

Prawdziwą odwagą jest przyznać:

— Potrzebuję pomocy.

I po tę pomoc pójść.

Nie czekać, aż człowiek przestanie wychodzić z domu.

Przestanie odbierać telefony.

Przestanie spotykać się z ludźmi.

Przestanie cieszyć się życiem.

Bo choroba psychiczna bardzo często przychodzi po cichu.

Nie kaszle.

Nie gorączkuje.

Nie pokazuje się na zdjęciu rentgenowskim.

Po prostu powoli zabiera człowiekowi radość.

A tego nie wolno lekceważyć.

Pamiętajmy też, że korzystanie z pomocy

psychologa czy psychiatry nie oznacza, że jesteśmy słabi.

Oznacza, że jesteśmy rozsądni.

Tak samo jak człowiek zakłada okulary, gdy gorzej widzi.

Aparat słuchowy, gdy gorzej słyszy.

Czy bierze tabletki na ciśnienie,

gdy serce zaczyna protestować.

Najlepiej zgłosić się po pomoc wcześniej.

Zanim specjalna karetka, policja, sąsiedzi

i pół wsi dowiedzą się o problemie szybciej

niż własny lekarz.

Bo wtedy leczenie bywa trudniejsze.

A przecież znacznie lepiej odwiedzić psychiatrę po cichu

i wrócić spokojnie do domu,

niż później tłumaczyć wszystkim,

dlaczego człowiek trafił tam,

gdzie od dawna nie chciał trafić.

Dbajmy więc nie tylko o serce, stawy i ciśnienie.

Dbajmy również o własną głowę.

Bo ona steruje całą resztą.

A bez niej nawet najlepszy balkonik nie pomoże.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 20.41