WSTĘP
Niektóre historie zaczynają się od wielkich wydarzeń. Inne — od domu, który mijało się codziennie.
Dom Jadwigi znałam od zawsze. Stał zwyczajnie, jak stoją wiejskie domy — między drogą, ludźmi i codziennym życiem. Mijałam go przez lata, idąc do szkoły, w której pracowałam. Kiedy zaczynałam tam pracę, Jadwiga jeszcze żyła. Później jej już nie było, ale pamięć o niej trwała nadal.
W trzynaste dni miesiąca przyjeżdżały tłumy pielgrzymów. Jedni przychodzili z ciekawości, inni z nadzieją, jeszcze inni z bólem, którego nie umieli już unieść sami. Dla wielu była stygmatyczką. Dla innych kobietą obdarzoną niezwykłymi łaskami. Dla mieszkańców była po prostu — Jadwigą.
Po jej śmierci ludzie nadal przychodzili pod dom. W każdy pierwszy piątek miesiąca, pod dużym krzyżem, odmawiali różaniec — miejscowi i przyjezdni. Jedni przywozili swoje prośby, inni wdzięczność, jeszcze inni zwyczajnie potrzebę zatrzymania się w tym miejscu. Bo są ludzie, po których zostaje coś więcej niż wspomnienie. Zostaje obecność.
Przez lata wokół życia Jadwigi Bartel narosły opowieści, wspomnienia i świadectwa. Powstała również książka księdza Alfonsa Wąsika "Polska stygmatyczka",poświęcona jej życiu i doświadczeniom. Autor, opierając się na pamiętnikach, relacjach i korespondencji, opisał jej cierpienie, modlitwę oraz wydarzenia, które dla wielu ludzi stały się świadectwem działania Boga.
Co ważne — ksiądz Wąsik, choć był przekonany o niezwykłości Jadwigi i autentyczności jej przeżyć, zachowywał ostrożność. Nie wydawał ostatecznych sądów. Nie budował pomnika. Pisał przede wszystkim o człowieku — kobiecie pokornej, cierpiącej i żyjącej modlitwą.
Niniejsza książka nie powstała po to, by zastępować tamtą opowieść ani z nią polemizować. Nie ma też ambicji teologicznego opracowania czy rozstrzygania nadzwyczajnych zjawisk. Korzystam z dostępnych materiałów i relacji, szczególnie z publikacji księdza Wąsika, ale jednocześnie próbuję spojrzeć na Jadwigę inaczej — tak, jak patrzy się na kogoś bliskiego. Z czułością, szacunkiem i po ludzku.
Bo ja przez lata nosiłam w sobie inne pytanie.
Kim była Jadwiga, kiedy odjeżdżały autobusy z pielgrzymami? Kiedy zamykały się drzwi domu? Kiedy milkły modlitwy i zostawała sama?
Bo zanim była stygmatyczką, była kobietą.
Kobietą, która żyła wśród ludzi. Cierpiała. Tęskniła. Modliła się. Szukała ratunku i sensu. Miała swoje lęki, swoje radości i własny krzyż. A ludzie nie pamiętali jej jedynie z powodu stygmatów. Wspominali dobroć, spokój i siłę, które od niej otrzymywali.
Nie chcę nikogo przekonywać ani odbierać wiary. Nie chcę budować pomnika ani wydawać wyroków. Nie odpowiem na pytanie, gdzie kończy się legenda, a zaczyna tajemnica.
Chciałabym jedynie ocalić Jadwigę taką, jaką pamiętali ludzie.
Bo czasem świętość nie przychodzi z hukiem.
Czasem mieszka cicho w człowieku.
I ma na imię Jadwiga.
Rozdział I
Zanim przyjechali pielgrzymi
Każdy człowiek, zanim stanie się opowieścią, legendą czy wspomnieniem — najpierw jest dzieckiem.
Ma swój świat: podwórko, dom, głos matki wołającej z progu, zapach chleba i kurz rodzinnej drogi.
Jadwiga również miała taki świat.
Zanim pojawiły się tłumy ludzi, zanim zaczęto mówić o stygmatach i niezwykłych wydarzeniach, była po prostu dziewczyną z naszej ziemi. Dorastała w czasach, gdy życie nie było łatwe. Wieś wcześnie uczyła pracy i odpowiedzialności.
Była codzienność.
Była praca.
Była wiara.
Na wsi modlitwa nie była dodatkiem do życia. Była jego częścią. Dzień zaczynał się i kończył znakiem krzyża. Godzinki, różaniec, nabożeństwa majowe i pieśni przy przydrożnych figurkach splatały się z rytmem codzienności.
Świętość rzadko przychodzi nagle.
Częściej rośnie po cichu.
W zwyczajności.
W tym, jak człowiek przeżywa ból, pomaga innym i przyjmuje własny los.
Patrząc dziś na historię Jadwigi, myślę czasem, że zanim ludzie dostrzegli stygmaty, życie już wcześniej pisało na niej swoje ślady.
I może dlatego później wielu mówiło po prostu:
— To była dobra kobieta.
A wszystko inne przyszło później.
Rozdział II Między różańcem a codziennością
O świętych często pisze się tak, jakby od początku byli gotowi do obrazka — bez słabości, łez i codziennych trosk.
Tymczasem Jadwiga była kobietą.
Miała dom, męża i zwyczajne życie, które nie zawsze było łatwe.
Była praca, bieda i codzienne obowiązki podobne do tych, które znały tysiące kobiet na wsi. Trzeba było żyć dalej, nawet wtedy, gdy serce miało mniej siły niż ręce.
O Jadwidze napisano wiele.
O jej mężu — znacznie mniej.
Pojawia się na marginesie wspomnień, jakby stał trochę z boku tej historii. A przecież i on był jej częścią.
Dziś łatwo oceniać.
Dużo trudniej próbować zrozumieć.
Dla gospodarza ziemia była życiem. Ważna była praca, dom, dzieci i przyszłość. Tymczasem wokół Jadwigi pojawiało się coraz więcej modlitwy i ludzi.
Godzinki.
Różaniec.
Pielgrzymi.
Sprawy, których być może nie rozumiał.
Jadwiga miała modlitwę.
On — jak wielu mężczyzn swoich czasów — szukał ukojenia gdzie indziej.
Wiele kobiet tamtego pokolenia ratunku szukało w wierze.
Wielu mężczyzn wybierało milczenie, agresję albo alkohol.
Takie były tamte czasy.