Rozdział 1
O więziennej bibliotece, Młotku i podróży do domu w lesie
Nie powinienem był się tu znaleźć. Wszyscy więźniowie tak mówią, wiem, ale tylko ja mogłem z czystym sumieniem powiedzieć, że nikogo nie zabiłem. Pożyczyłem tylko samochód na kilka godzin, a sędzina, ta wredna suka, wysłała mnie do więzienia dla najgorszego sortu. Pewnie ktoś jej porysował autko i w ramach zemsty znalazła kozła ofiarnego.
Niewinny. Tak często powtarzałem to słowo, że sam w nie uwierzyłem. A jednak kradłem auta, po czym dzwoniłem do właścicieli, informując, gdzie pojazd się znajduje, i nalegając na skromną gratyfikację za znaleźne. Nic groźnego. W razie wpadki, jak kiedyś kalkulowałem, groził mi paragraf, za który zazwyczaj dostawało się zawiasy. Pierwszy wyrok tylko mnie rozbawił: dwa lata w zawieszeniu na trzy. Niestety, nim minął rok, dałem się złapać kolejny raz i wchodząc na salę sądową, miałem już pewny dwuletni wyrok. Prokurator zażądał trzech lat, sędzina dorzuciła konkretne więzienie, i wylądowałem wśród recydywistów oraz morderców.
Cele mieściły sześć osób. Było w nich okno zasłonięte mlecznym szkłem, trzy dwupiętrowe łóżka, kibelek i umywalka. Miałem szczęście, trafiłem na pawilon pracy, co oznaczało, że przez większość dnia cele były otwarte. Można było pójść do świetlicy, pograć w ping-ponga, pooglądać telewizję albo stoczyć zaciętą bitwę w warcaby. Zawdzięczałem to swojemu wychowawcy. Nie wiem, dlaczego starał się o mnie, ale po trzech miesiącach przeniósł mnie z oddziału czwartego, gdzie był tylko godzinny spacer, na pawilon pierwszy. Załatwił mi też pracę w magazynie odzieży. Po roku pomógł napisać podanie o wcześniejsze zwolnienie, dołączając do niego swoją opinię. Odpowiedź, jak zwykle, miała przyjść kilka dni przed ostatecznym terminem. Miałem szansę skrócić wyrok o rok i uwierzyłem w to tak mocno, że oficjalnie zacząłem odliczać dni do wolności.
Praca w magazynie nie zajmowała mi wiele czasu. Trasa z pralni, sortowanie odzieży, drobne porządki, przed południem zwykle miałem już wolne. Resztę dnia spędzałem na bezczynności. Świetlica, siłownia i raz w tygodniu film w salce kinowej, to było za mało, by wypełnić dzień zaczynający się o szóstej rano, a kończący ciszą nocną o dwudziestej drugiej. Niedziele były najgorsze. Nic do roboty. Na warcaby nie mogłem już patrzeć, w siłowni ćwiczyłem do wyczerpania, a potem zostawała nuda. Czasami włóczyłem się po otwartych korytarzach, odwiedzałem ludzi, z którymi coś mnie łączyło, albo po prostu spacerowałem bez celu, jakbym przemierzał ulice miasta, nie zwracając uwagi, dokąd zaprowadzą mnie nogi. Myślałem o wolności, krążyłem po pawilonie, snując plany na przyszłość.
Mniej więcej trzy miesiące przed spodziewanym opuszczeniem więziennych murów, zaszedłem w ślepy zaułek, który zawsze z rozmysłem omijałem. Wiedziałem, co jest na jego końcu i kto pracuje za białymi drzwiami, ale nigdy nie czułem potrzeby, by tam zaglądać, bo przypominały mi one koszmar z lat szkolnych. Właśnie wyobrażałem sobie dużą porcję frytek z kiełbasą i zimne piwo, kiedy moje nogi skręciły za kantyną w prawo i zaprowadziły mnie do otwartych drzwi z napisem „Biblioteka”. Gdy pomyślałem o piersiach kelnerki podającej mi wymyślony zestaw, było już za późno. Bezmyślnie zamknąłem drzwi za sobą i stanąłem przed ladą, za którą stał łysy starzec w okularach.
— Co, Młody? Przyszedłeś mnie odwiedzić, czy może coś wypożyczyć?
To był Młotek. Tak go nazywali, bo kiedyś zatłukł swoją konkubinę młotkiem.
— A cześć. Ty tutaj? Co tu robisz? — zapytałem, choć pytanie było pozbawione sensu. Przecież doskonale wiedziałem, gdzie pracuje człowiek, z którym dzieliłem piętrowe łóżko.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
— Jak to, co tu robię? Książki wypożyczam. To biblioteka, więc czego się spodziewałeś? Że reperuję sandały?
Poczułem się jak głupiec. Uśmiechnąłem się do niego, próbując udawać, że tylko żartuję, i dodałem:
— Nigdy nie opowiadałeś, co tutaj robisz. Myślałem, że tylko tu sprzątasz, bardaszkę czyścisz?
Młotek nachylił się nad ladą.
— Nie przeginaj, Młody — odpowiedział twardo, z groźnym wyrazem twarzy. Chwilę później szybko zmienił nastawienie, z powrotem stając się tym samym spokojnym, obojętnym na wszystko staruszkiem.
— Tylko żartowałem, ziomek — odparłem, próbując nadać memu głosowi swobodny ton, i rozejrzałem się po regałach, udając zainteresowanie.
— Widzę, że masz tu sporo ciekawych książek.
Szpakowaty mężczyzna o zmęczonych oczach i zapadłych policzkach spojrzał na mnie z politowaniem.
— Ty mówisz poważnie, czy dalej ze mnie żartujesz?
— Nudzę się, Młotek — powiedziałem przeciągle, a moje spojrzenie zdradzało nadzieję, choć w głębi duszy wiedziałem, że nie oczekuję od niego żadnej pomocy.
— Czemu tak nagle? — spytał, mierząc mnie podejrzliwym wzrokiem. — Nigdy nie widziałem cię z książką w ręku i nie pamiętam, żebyś kiedykolwiek o nich wspominał.
Nie przyznałem, że książki wcale nie były mi w głowie. W rzeczywistości nie miałem nic konkretnego na myśli.
— Niedługo wychodzę, wiesz, a to całe czekanie mnie dobija — odparłem ze spuszczonym wzrokiem, drapiąc się po karku.
— Życzę ci tego, Młody, ale co to ma wspólnego z biblioteką?
Wzruszyłem ramionami, nie wiedząc, co odpowiedzieć.
— A może planujesz coś i potrzebna ci fachowa wiedza? — rzucił, a ja instynktownie pomyślałem o instrukcjach dotyczących nowoczesnych zabezpieczeń samochodów. Szybko jednak przypomniałem sobie, że Młotek nie był złodziejem, nie włamywał się do domów i nigdy nie interesowały go opowieści o włamaniach czy brawurowych kradzieżach. Jemu chodziło o coś innego, choć nie potrafiłem tego odgadnąć. Zaciekawiony, spytałem:
— A co masz dla mnie?
— To zależy — odparł, drapiąc się po policzku zbyt długim paznokciem. — Mam tu prawie wszystko, co może pomóc ci poza murami, z wyjątkiem poradników dla… — zawiesił głos i, nie spuszczając ze mnie wzroku, dokończył: — ...ale ty przecież nie planujesz czegoś niemądrego, prawda?
Siedzieliśmy razem wystarczająco długo, by znał mnie lepiej niż moja własna matka. Wiedział, że z rudem ukończyłem podstawówkę i ledwo przekulałem się przez praktyki czeladnicze bez szkoły. Znał moją złodziejską przeszłość jak własną kieszeń. Niejedną noc przegadaliśmy, gdy zwierzałem mu się z grzechów, opowiadałem o swoim życiu i snułem plany na przyszłość. Słuchał uważnie, czasem dopytywał o szczegóły, a najbardziej interesowały go właśnie moje plany. Czułem, że naprawdę zależało mu, żebym nie stał się jednym z wielu, którzy ciągle wracają za kraty więzienia.
Kiedyś opowiedziałem Młotkowi o swoich kontaktach z „miastem” — o miejscach, w których szybko można było zamienić fant na gotówkę, o nowych sposobach kradzieży samochodów, jakie poznałem podczas odsiadki. Jednak on nie wydawał się tym zainteresowany. Raczej znudzony, jakby moje przechwałki go mierziły. W końcu zrozumiałem, że tego typu historie są mu obojętne, więc więcej o tym nie wspominałem.
— Daj mi po prostu coś ciekawego — powiedziałem w końcu, rezygnując z dalszego manewrowania między udawaniem a prawdą. Pomyślałem, że wezmę cokolwiek, skoro tak nalega, i będę miał problem z głowy.
Młotek zauważył moją bierność i robiąc kwaśną minę, poszedł między regały. Stał tam przez chwilę, po czym wrócił, niosąc cienką książkę prowizorycznie oprawioną w szary papier. Położył ją na ladzie.
— Co to? — spytałem, sięgając po nią.
— Powinna ci się spodobać. No i nie wynudzi cię bardziej, niż bezczynne leżenie na koi.
Otworzyłem książkę i przeczytałem tytuł.
— Mówisz, że mi się spodoba? — zapytałem, kartkując pożółkłe strony.
Młotek mruknął coś pod nosem, a ja automatycznie, jakbym miał to w nawyku, przeczytałem kilka pierwszych zdań.
— Może posiedzisz ze mną i poczytasz tutaj? — zaproponował, unosząc część lady, żeby mnie wpuścić do środka.
— Czemu nie — odpowiedziałem, spoglądając na niego. Wydał mi się inny niż zwykle. Jego zazwyczaj spokojna twarz, pełna rezygnacji, nagle ożyła. Wyglądał, jakby cieszył się z mojej niespodziewanej wizyty. Pomyślałem, że moja obecność mogła coś dla niego znaczyć.
— Masz ochotę na czaj? — spytał i nie czekając na odpowiedź, poszedł w głąb pomieszczenia. — Mam twój ulubiony gatunek — dodał, a w jego głosie słychać było pośpiech, jakby bał się, że zrezygnuję z zaproszenia.
Usiadłem na jego taborecie przy wąskim biurku. Leżało na nim kilka otwartych książek, mnóstwo luźnych kartek zapisanych odręcznym pismem, tubka z klejem, linijka i blaszany walec po konserwie pełen naostrzonych ołówków. Z ciekawości zerknąłem na jedną z zapisanych kartek i zacząłem czytać.
„...Nie ma na świecie takiego stworzenia, które przetrwa samotnie. Nawet wąż na pustyni musi odnaleźć drugiego, by przetrwał jego gatunek. Musi poszukać inne życie, by nim się pożywić. Będzie wędrował przez pustynię, ciągle szukając istoty, a jeśli mu się to nie uda, zginie. Tak samo jest z nami, ludźmi. Ciągle szukamy. Podążamy przed siebie, wypatrując pożywienia, towarzysza, partnerki. Cały nasz wysiłek skierowany jest na to, by nie być samemu, by nie zostać jedyną istotą na pustyni…”.
— Co o tym sądzisz? — Młotek stanął nade mną i postawił blaszany kubek przykryty kawałkiem sklejki.
Odsunąłem się gwałtownie od biurka, jakbym został przyłapany na złym uczynku, i nerwowo podrapałem się po karku.
— Nie wiem — odparłem, próbując zebrać myśli i wyrazić jakąś opinię. — Trochę przygnębiające — dodałem niepewnie.
Młotek nie odpowiedział. Przysunął taboret do biurka, usiadł i postawił przed sobą kubek z czajem, z którego unosiła się lekka para.
— To twoje? — zapytałem, wodząc wzrokiem po bałaganie na biurku.
— Tak — odpowiedział krótko i uniósł kubek, siorbiąc głośno.
Podniosłem pierwszą kartkę zapisaną do połowy, tę, której fragment przeczytałem, potem kolejną i jeszcze następną. Zauważyłem, że wszystkie były gęsto zapisane, a ich ilość wystarczyłaby na całą książkę.
— Co to będzie? — spytałem.
Młotek odstawił kubek, sięgnął po jedną z kartek i przez chwilę się jej przyglądał. Potem odłożył ją na bok, jakby należała do innego zbioru lub była dla niego wyjątkowa.
— To nic takiego — odpowiedział krótko.
Przez rok naszej znajomości nigdy nie spytałem, czym się zajmuje, co go interesuje, czy ma jakieś hobby. Wiedziałem, za co siedzi i gdzie pracuje w więzieniu, ale nigdy nie spytałem, kim był, zanim tu trafił. Nie wynikało to z mojej niegrzeczności, choć mógł to tak odebrać, ale raczej z lęku. Bałem się pytać człowieka skazanego na dożywocie o jego przeszłość. Przeczuwałem, że takie pytania nie powinny padać wobec kogoś, kto zabił i nigdy nie opuści murów więzienia.
Lubiłem go, szanowałem, i to powstrzymywało mnie przed zadawaniem ciekawskich pytań. Przyzwyczaiłem się, że nasze rozmowy krążyły wokół mnie, a jego przeszłość była dla niego bolesna, podczas gdy przyszłość praktycznie nie istniała. Czasami zastanawiałem się, jak musi się czuć, będąc sam ze sobą, ze swoimi myślami, wspomnieniami i pustką, którą kiedyś wypełniały marzenia.
— Wiesz, Młody… — zaczął, ale zaraz przerwał i przez chwilę bujał się na krześle w tył i przód. Jego twarz stała się jeszcze bardziej szara, jakby zmęczona wysiłkiem. Wyglądała na suchszą i chudszą niż chwilę temu. Skupiłem wzrok na jego oczach za szkłami okularów, czekając w milczeniu, aż powie coś więcej.
W końcu uniósł kartkę, lecz nie spojrzał na nią, tylko na mnie.
— Tak naprawdę one znaczą dla mnie bardzo wiele — powiedział, obracając kartkę w dłoni tak, żebym mógł się jej przyjrzeć. — To moja ucieczka… wiesz. Moja wolność zapisana na białych kartkach.
Odłożył ją i szybko sięgnął po czystą, obracając ją w dłoniach.
— Widzisz? — zapytał, patrząc raz na kartkę, raz na mnie. — Jest czysta, pusta, martwa, ale ja mogę sprawić, by stała się pełna. Rozumiesz to?
Poruszyłem się niespokojnie, lecz milczałem, bo wcale nie rozumiałem jego myśli.
— Mogę to, Młody — powiedział, utkwiwszy we mnie wzrok. W jego oczach było coś, co zdradzało nagłe pragnienie i wiarę w coś wielkiego. — Mogę sprawić, żeby ta pustka stała się drogą, lasem i polem — kontynuował z podekscytowaniem, a jego dłoń zaciskała się na czystym arkuszu, gniotąc go. — Mogę wypełnić ją zwierzyną i ludźmi.
Nachylił się do mnie, wciąż patrząc mi w oczy, i dodał cichszym głosem:
— Mogę też umieścić tam siebie. Rozumiesz?
Chłodny dreszcz przebiegł mi po plecach. Patrzyłem na Młotka, a jego radość z każdą sekundą malała. Nikła, aż całkiem uleciała, pozostawiając obraz pokonanego człowieka o szarej, beznamiętnej twarzy.
Milczałem, nie wiedząc, jak mu pomóc. Pierwszy raz widziałem w drugim człowieku tak wielką tęsknotę. Chociaż sam czułem coś podobnego, nie potrafiłem sobie wyobrazić, jak bolesna musi być świadomość, że już nigdy nie spojrzy się w niebo, nie dotknie trawy, nie poczuje piasku pod stopami ani nie zanurzy się w chłodnej wodzie jeziora.
Unikałem jego wzroku, wciąż nie znajdując słów.
— Chyba już się zaparzył — powiedział nagle, unosząc drewnianą przykrywkę z kubka.
Spojrzałem na niego i znowu zobaczyłem tego samego człowieka, którego znałem od początku. Nie uśmiechał się, ale też nie wyglądał na zmartwionego. Był sobą — starym człowiekiem, obojętnym na wszystko i wszystkich.
Z ulgą przyjąłem jego nagłą zmianę nastroju, ciesząc się, że temat kartek zdawał się zamknięty na zawsze. Upiłem łyk gorącego naparu, którego gorycz przypominała mi wszystkie dni spędzone w więzieniu — gorzkiego jak piołun, jak samotne, bezsenne noce, w których łzy płynęły po obolałym sercu.
Młotek odchrząknął, poruszył się na taborecie, a potem sięgnął po książkę, którą mi podał.
— Nie przyszedłeś tu po to, prawda?
Zanim odpowiedziałem, dałem sobie chwilę na przemyślenie. Wypiłem spory łyk napoju, który wciąż parzył w język. Nie chciałem przyznać, że znalazłem się tutaj przez przypadek i nigdy nawet nie planowałem odwiedzin.
— Tak jak mówiłem, nudzę się, a czekanie na list z sądu wcale mi tego nie ułatwia — powiedziałem w końcu. — Mam wrażenie, że czas jeszcze bardziej zwolnił i te trzy miesiące poczuję jak pełny rok.
— Więc musisz się czymś zająć — stwierdził. — Czytanie to najlepszy przyśpieszacz czasu, jaki znam.
Spojrzałem na niego znad kubka, nie ukrywając, że mu nie wierzę.
— Pamiętam ze szkoły, że czytanie było dla mnie katorgą i stratą czasu.
— Właśnie! — przerwał mi z entuzjazmem, stukając palcem w książkę, którą położył na stosie kartek. — Sam to powiedziałeś: strata czasu. W tym przypadku masz rację — dodał z radością, choć zaraz zmienił ton na bardziej refleksyjny. — Ale wiesz, powinieneś przeczytać coś innego.
Wstał energicznie, chwycił książkę i bez słowa wyjaśnienia, ruszył w głąb biblioteki.
— Mam coś, co wyrwie cię z tego marazmu, w którym tkwisz — oznajmił, wracając zza regału. Położył przede mną znacznie grubszą książkę. Na jej widok ciężko przełknąłem ślinę.
— Nie mówisz poważnie? — zapytałem z niepokojem.
— Jak najbardziej — odparł i usiadł z powrotem na taborecie, opierając łokcie na szeroko rozstawionych kolanach.
Wziąłem książkę do rąk. Była zupełnie inna od tych, które widziałem wcześniej. Białe, sztywne kartki sugerowały, że nikt przedtem jej nie czytał, a twarda okładka wciąż pachniała świeżym klejem, jakby dopiero co przysłano ją z drukarni.
— To nówka — powiedziałem. Młotek jednak milczał, wpatrując się we mnie i książkę z dziwnym wyrazem twarzy — jakby mieszanką radości i lęku.
Przeczytałem tytuł: „Jeden dzień w Skowronkach”. Pod nim widniało imię i nazwisko autora, które nic mi nie mówiło. Szybko przekartkowałem książkę do ostatniej strony, gdzie w rogu widniała liczba: 456. Spojrzałem z politowaniem na Młotka.
— Tym się nie przejmuj — zauważył moje zniechęcenie liczbą stron i dodał szybko: — To nic, że tyle waży. Czyta się ją szybko, a historia w niej opisana jest naprawdę wciągająca.
Odłożyłem książkę na biurko i dopiłem resztę czaju, który ostygł na tyle, że jego barwa zmieniła się z brązowej na pomarańczową.
— Chyba lepiej przynieś tę poprzednią — powiedziałem, odstawiając kubek do połowy wypełniony fusami.
— Umówmy się — zaczął, składając dłonie jak do modlitwy — przeczytasz tyle stron, ile miała tamta książka, a potem zdecydujesz, dobrze?
Chwilę zastanawiałem się nad jego propozycją. Co miałem do stracenia oprócz czasu? Nic.
— Zgoda — odpowiedziałem, na co Młotek rozpromienił się, jakby wygrał tydzień wolności na loterii.
Wciąż czułem się nieswojo w tym pomieszczeniu, więc pod pretekstem rozpoczęcia lektury, z książką pod pachą, opuściłem bibliotekę.
Idąc do celi, zastanawiałem się, jak zareagują współwięźniowie. Kiler, odsiadujący dwunastoletni wyrok za napad rabunkowy z użyciem przemocy, zawsze jawił mi się jako zwykły bandzior, nawet w więzieniu. Mogłem się spodziewać, że nie da mi spokoju z powodu książki i będzie szydził, gdy tylko przyjdzie mu na to ochota.
Klata, z szesnastoletnim stażem za kratami, nie tolerował niczego, co odbiegało od jego wyobrażenia normalności. Książka z pewnością nie wpisywała się w jego schemat, więc byłem pewien, że wykorzysta to jako pretekst do wywołania kolejnej bójki.
Buli natomiast zdawał się nie przejmować niczym ani nikim. Całymi dniami leżał na łóżku i wpatrywał się w sufit. Wszyscy po cichu podejrzewaliśmy, że robi to celowo, by wpaść w obłęd i trafić do szpitala psychiatrycznego, skąd łatwiej byłoby mu uciec na wolność.
Ku mojemu zaskoczeniu, nikt nie zareagował tak, jak przewidywałem. Kiler tylko rzucił okiem na mnie i książkę, po czym wrócił do wydłubywania tytoniu z petów i skręcania w gazetowe bibułki całkiem równych papierosów. Klata, nie odrywając oczu od plakatu Samanty Fox, który miał nad łóżkiem, zapytał, co trzymam. Gdy odpowiedziałem, tylko prychnął pogardliwie i zignorował mnie.
Wskoczyłem na swoje łóżko i otworzyłem książkę. Z początku wydawała się nudna, napisana trudnym językiem, ale po kilku stronach zaczęła mnie wciągać. Historia szybko pochłonęła moje myśli. Wykonując codzienną pracę, nie mogłem przestać myśleć o młodej nauczycielce, która porzuciła miasto dla małej wioski, o jej mężu pracującym w lesie, o doktorze marzącym w swoim gabinecie o wielkiej miłości i o pisarzu czekającym na natchnienie nad wodami jeziora.
Pracując w pralni czy pchając wózek korytarzami więzienia, tęskniłem za opisanymi polami, jeziorem i lasem. Za słońcem, deszczem i zapachem łąk. Wyobrażałem sobie dom w środku lasu, w którym mieszkali tajemniczy człowiek i jego córka — młoda dziewczyna, która każdego lata zbierała liście mięty i suszyła je w pokoju na poddaszu. Śpieszyłem się z pracą, by wrócić do celi i kontynuować czytanie o mieszkańcach małej wioski nad wielkim jeziorem.
Młotek nigdy nie pytał, jak mi idzie z książką ani czy mi się podoba, ale widziałem, że cieszył go widok mnie czytającego wieczorami. Gdy wracał do celi przed ciszą nocną, witał mnie krótkim „siemano”, a potem, kręcąc głową z niedowierzaniem, uśmiechał się w moją stronę.
Zagłębiałem się w opisany świat coraz bardziej, aż poczułem, że staję się jego częścią. Przyjaźniłem się z Turlejem i jego lasem, z doktorem i jego przyjacielem pisarzem. Z zainteresowaniem śledziłem życie Mastala, który po pracy odwiedzał swojego przyjaciela w leśnym domku, by wspominać razem czasy okupacji. Fascynowała mnie pani Gerta, która postanowiła zamieszkać na wsi i uczyć dzieci w małej izbie przerobionej na szkolną klasę.
Czułem się, jakbym spacerował wzdłuż jeziora z córką leśniczego, słuchał jej słów, poznawał jej myśli i marzenia. To z nią, dziewczyną pachnącą miętą, pewnej nocy wybrałem się do miejsca zwanego „Stodołą”. Tam wokół ogromnego ogniska rozpalono kilka mniejszych, a ludzie tańczyli przy akompaniamencie akordeonu. Dziewczyny, trzymając się za ręce, zataczały koła wokół „Sobotni” — największego ognia, a chłopcy skakali przez mniejsze paleniska, popisując się odwagą i zręcznością. Kobiety śpiewały, mężczyźni pili wódkę i piekli na długich patykach własnoręcznie robione kiełbasy. Zabawa trwała do rana, gdy zmęczeni alkoholem mężczyźni, podtrzymywani przez żony, odchodzili do domów. Panny żegnały się z chłopcami na wezwanie swoich matek, a ci ostatni, zostając sami, biegli nad jezioro, by ochłodzić się w porannej wodzie, gasząc wrzącą w nich krew i utajone pragnienia.
Kiedy ostatni płomień „Sobotni” zgasł, a żar zamienił się w zwęglony stos, książka dobiegła końca. Pozostawiła w moim sercu żal i ogromną tęsknotę za tamtym światem.
Niezwłocznie pobiegłem do biblioteki. Choć było już późno, niemal czas ciszy nocnej, zażądałem od Młotka, by znalazł mi coś więcej o tej miejscowości i jej mieszkańcach.
— To będzie trudne, Młody — odparł, drapiąc się po policzku. Jego wyraz twarzy zdradzał, że intensywnie myśli, szuka czegoś w pamięci.
— Coś musi być — nalegałem, ogarnięty dziwną tęsknotą za czymś, co istniało tylko na kartkach książki.
Młotek przestał się drapać i zaczął stukać palcem w to samo miejsce na policzku, patrząc ślepo w ścianę za moimi plecami. Nagle odwrócił się i ruszył w stronę regałów. Po chwili wrócił z równie grubą książką.
— To nie jest o Skowronkach, ale jest tam las, który tak bardzo ci się spodobał w poprzedniej — powiedział, kładąc ją przede mną.
— „Ogrom lasu” — przeczytałem na głos tytuł. — O czym to jest?
— O człowieku, który chciał zmienić swoje życie. O kimś, kto nie bał się zerwać z przeszłością.
Przekartkowałem książkę.
— Trzysta stron — zauważyłem obojętnie.
— Tamta miała więcej, a przeczytałeś ją, więc w czym problem teraz?
— Że ma tylko trzysta stron — odpowiedziałem, uśmiechając się do niego.
Kolejna książka zabrała mnie na drugi koniec Polski, do przygranicznego, górzystego rejonu, gdzie wśród bezkresnych lasów stała leśna chatka. Mieszkał w niej starzec z niewidomą córką. Do ich domu trafił bohater książki: młody oficer milicji, którego zadaniem było zaprowadzić porządek i pozbyć się kłusowników.
Nie przybył tam jednak na rozkaz, ale z własnego wyboru. W nagrodę za bohaterską akcję przeciwko przemytnikom narkotyków miał możliwość wybrać dowolny komisariat i objąć jego dowództwo. Wybrał odludne miejsce, które większości kojarzyło się z zesłaniem w pustkę. Dla niego było ono ucieczką — przed instytucją, której służył, i przed rozkazami, które niekiedy budziły w nim wewnętrzny sprzeciw.
Historia wciągnęła mnie tak bardzo, że zaczynałem poważnie zastanawiać się nad zmianą swoich planów na przyszłość. Myślałem o tym, czy miałbym szansę zmienić swoje życie, tak jak zrobił to bohater książki.
Oficer milicji odważył się zerwać z dotychczasowym życiem, które zapewniało mu pieniądze, władzę i kobiety. Zamiast tego wybrał ciężką pracę za niewielką pensję, bezsilność wobec swoich wrogów i miłość jednej dziewczyny. Rozumiałem jego decyzję i z czasem zacząłem mu zazdrościć odwagi.
W pewnym momencie opowieści przypomniałem sobie wiadomość, którą otrzymałem tuż po przybyciu do więzienia. Gryps ostrzegał mnie przed wolnością, przed tym, co na mnie tam czeka, i przed ludźmi, którzy liczyli dni do mojego powrotu. Chociaż w liście nie padło żadne imię ani szczegóły, ja wiedziałem, kogo i czego mam się obawiać. Gryps nie był podpisany, a papier, na którym go napisano, delikatny jak kobieca dłoń, sugerował, że został wysłany spoza więziennych murów.
— Słuchaj — zwróciłem się któregoś dnia do Młotka — a gdybym tak chciał zamieszkać gdzieś, gdzie miałbym spokój, to co byś mi doradził?
Przez chwilę przyglądał mi się badawczo, jakby próbował ocenić szczerość moich słów.
— Podobała ci się opowieść o wiosce nad mazurskim jeziorem, prawda?
Potaknąłem, nie odzywając się.
— Więc jedź tam — odpowiedział spokojnie, jakby proponował zwykłą przejażdżkę za miasto.
— Ale to przecież fikcja, nieprawda. Taka wieś nie istnieje, a ci ludzie… — przestałem wyliczać, widząc, jak Młotek powoli kręci głową, zaprzeczając moim słowom.
— Nie, Młody — odparł poważnie — to nie fikcja, a prawdziwa historia i miejsce.
— Skąd to wiesz? — zapytałem szybko, czując, jak rośnie we mnie ciekawość.
— Bo znam tę książkę i wiem, o jakim miejscu pisze autor.
Milczałem, patrząc mu w oczy. W jego spojrzeniu widziałem wahanie, jakby zastanawiał się, czy zdradzić mi wielką tajemnicę.
— No mów wreszcie! — ponagliłem go.
— To na Mazurach, nad wielkim jeziorem — wyznał, przyglądając mi się podejrzliwie, jakby nagle zaczął mi mniej ufać.
— A ludzie? — rzuciłem zniecierpliwiony.
— Nie wiem.
— Co nie wiesz? — atakowałem go pytaniami. — Nie wiesz, czy byli tacy, jak w książce?
— Wiem tylko tyle, że autor opisał prawdziwe miejsce, ale nie wiem, czy ludzie tam mieszkający są tacy sami jak bohaterowie jego książki.
Nagle coś mnie olśniło.
— Więc istnieje wieś Skowronki, tak? Tam gdzieś nad wielkim mazurskim jeziorem, tak? I pewnie mieszkają tam ludzie opisani w tej książce, tak?
— Młody, nie istnieje wieś o tej nazwie.
— Jak to? Przecież przed chwilą powiedziałeś, że istnieje.
— Powiedziałem tylko, że autor opisał prawdziwe miejsce, ale nie jestem pewny, czy ludzie tam mieszkający są tacy sami jak ci z książki. Nie wiem też dokładnie, gdzie to jest. Wiem tylko, że autor przez jakiś czas tam mieszkał i dość dokładnie opisał okolicę.
Odniosłem wrażenie, że Młotek coś przede mną ukrywał. Raz mówił, że wie, gdzie znajduje się ta wioska, a potem zaprzeczał.
— Chcę inną książkę o tej wiosce na Mazurach — zażądałem, podejrzewając, że skłamał, kiedy prosiłem go o to pierwszy raz.
— Nie mam nic takiego — odparł, rozkładając ramiona.
— No to coś o tym rejonie, coś, co pomoże mi znaleźć to miejsce — rzuciłem, czując, jak emocje wzbierają we mnie, a krew pulsuje mi w skroniach.
Ku mojemu zdziwieniu Młotek nagle uśmiechnął się, pokiwał głową, jakby chciał powiedzieć: Podoba mi się twoja dociekliwość. Potem odwrócił się i zniknął między regałami. Wrócił po minucie.
— To jest przewodnik — powiedział, kładąc przede mną cienką książeczkę ze zdjęciem jeziora otoczonego lasem na okładce. — A to mapa północnej Polski. Może znajdziesz tu swoją wioskę.
Przez kilka następnych dni przeglądałem mapy i zdjęcia. Czytałem opisy miejscowości, szukając informacji o wioskach nad jeziorem Otchłań, ale nigdzie nie mogłem znaleźć Skowronek. W końcu postanowiłem porównać opisy z książki, którą przeczytałem jeszcze raz, z mapami w przewodniku.
Przez kolejne tygodnie wielokrotnie odwiedzałem Młotka. Chociaż w celi nie chciał mi pomagać, w bibliotece chętnie spełniał moje prośby, dostarczając coraz więcej informacji. W końcu sam zaangażował się w poszukiwania. Wspólnymi siłami odkryliśmy miejsce, które pasowało do opisu wioski. Nie było Skowronek, ale znaleźliśmy wieś o nazwie Skoszronki nad jeziorem Otchłań. Byłem przekonany, że to właściwe miejsce.
Wspólnie z Młotkiem zaplanowałem szczegóły wyprawy. Odradzał mi „pożyczanie” samochodu od nieznajomego, upierając się przy czystym, jak to nazywał, sposobie dotarcia w okolice wioski. Nie protestowałem, choć wiedziałem, że ostatecznie zrobię po swojemu.
Przeglądając zdjęcia w albumach, próbowałem — trochę dla zabawy, a trochę z wiarą w prawdomówność autora — umiejscowić bohaterów książki w konkretnych domach na mapie osady. Razem z Młotkiem znaleźliśmy na obrzeżach wioski dom, który pasował do opisu domu lekarza.
Najbardziej interesowała mnie jednak „Stodoła” i końcowa scena zabawy przy ognisku. Zebrałem więcej informacji o tym święcie i dowiedziałem się, że najbliższy taki dzień będzie kilka tygodni po moim wyjściu z więzienia. Młotek był sceptyczny — uważał, że miejsce o takiej nazwie nie istnieje, a tradycja ta dawno zanikła.
W końcu przyszedł list z datą mojego przedterminowego zwolnienia. W dniu wyjścia miałem wszystko przygotowane: plan działania, skopiowaną mapę północnej Polski, kilka szkiców opisujących położenie wiosek wokół jeziora Otchłań oraz biblioteczną książkę o Skowronkach, którą Młotek mi podarował. Wyniesienie jej na wolność było łatwe, bo nie miała żadnych pieczęci więziennych.
Pożegnałem kolegów z celi, a oni, kopiąc mnie w tyłek zgodnie z więzienną tradycją, wyprowadzili mnie za drzwi, krzycząc i grożąc, żebym nigdy nie wracał.
Z Młotkiem pożegnałem się na osobności, w bibliotece. Wspólne tygodnie poszukiwań bardzo nas zbliżyły. Prawie się rozkleiłem, gdy poprosił, żebym napisał do niego list ze Skoszronek albo chociaż wysłał widokówkę z Mazur. Widziałem, jak bardzo mu na tym zależy, więc kładąc dłoń na sercu, przysiągłem, że spełnię jego prośbę.
Kiedy opuściłem więzienne mury, byłem wolny. Pierwsze, co zrobiłem, to zaspokoiłem głód. Znalazłem dobre jedzenie i piwo — jedno z moich marzeń, które mogłem spełnić zaraz po wyjściu. Najadłem się do syta, delektując się każdym kęsem i każdym łykiem chłodnego napoju. Nieśpiesznie zjadłem swój pierwszy posiłek na nieblaszanym talerzu, a potem ruszyłem w drogę, szukając środka transportu.
Udałem się na blokowiska z parkingami. Dawniej specjalizowałem się w małych fiatach, ale te czasy minęły i było ich coraz mniej. Postanowiłem więc nie wybrzydzać i brać to, co pierwsze trafi mi się pod rękę.
Rozglądałem się uważnie, jednak żaden parking nie wydawał mi się odpowiedni. W końcu, idąc bez celu, dotarłem do centrum miasta i dworca kolejowego. Przypomniałem sobie wtedy słowa Młotka, który wielokrotnie ostrzegał mnie w ostatnich dniach: „Nie idź na łatwiznę, nie ryzykuj szybkiego powrotu za kraty”. Westchnąłem ciężko i bez wahania wszedłem do głównego holu.
Z więzienia, w którym odsiadywałem wyrok, nie było bezpośredniego połączenia na Mazury, ale mogłem dojechać do stolicy, a stamtąd znaleźć transport do celu.
W pociągu do Warszawy, z nudów, zacząłem opracowywać plan. Wiedziałem, że muszę znaleźć miejsce do spania, a potem pracę. Ustaliłem, że w pierwszej kolejności zapytam o nocleg w sklepiku nad jeziorem, o którym wspominano w przewodniku. Jeśli to nie przyniesie rezultatu, będę chodził od domu do domu i pytał o wolny pokój. Co do pracy, miałem więcej wątpliwości, ale liczyłem na szczęście — Mazury to nie tylko jeziora, ale i rozległe lasy. Miałem nadzieję, że znajdzie się tam coś dla mnie.
W Warszawie odnalazłem dworzec PKS i kupiłem bilet do miasteczka Iwanowo, leżącego nad jeziorem Otchłań. Gdy usiadłem w ciasnym autokarze, przypomniałem sobie swoje dawne umiejętności. Dziwiło mnie, że nie pomyślałem o „pożyczeniu” samochodu. Czyżby więzienie i resocjalizacja faktycznie coś we mnie zmieniły? A może to przeznaczenie wybierało za mnie? Miałem rozpocząć nowe życie, z czystą kartą, w wymarzonej krainie. Wśród nowych ludzi. Nowy ja.
Serce waliło mi mocno z podniecenia, gdy autokar wjeżdżał na dworzec w Iwanowie. To tutaj kończyła się moja podróż, a zaczynała przygoda.
Chodziłem wokół placu i zaparkowanych samochodów, szukając kogoś, kto mógłby mnie podwieźć do Skoszronek. Zagadywałem ludzi pakujących zakupy do bagażników, pytając o transport, ale każdy zaprzeczał, że jedzie w tamtą stronę. Mój świetny plan łapania okazji i oszczędzania pieniędzy zaczynał wydawać mi się naiwny i skazany na niepowodzenie. Po godzinie poszukiwań postanowiłem zrobić sobie przerwę i coś zjeść.
Naprzeciwko dworca znajdowała się restauracja. Wszedłem, zamówiłem gulasz z ziemniakami i skonsumowałem to przepyszne danie, zapijając dwoma kuflami piwa. Po więziennej diecie wszystko smakowało jak w najlepszej francuskiej restauracji. Rozsiadłem się wygodnie po uczcie, leniwie obserwując ludzi przy sąsiednich stolikach.
Większość była zajęta swoimi talerzami, nie interesując się otoczeniem. Niektórzy rozglądali się nieuważnie, wkładając jedzenie do ust niemal odruchowo. Tylko jeden mężczyzna patrzył na mnie z widocznym zainteresowaniem. Jego spojrzenie przesuwało się między moją twarzą a plecakiem opartym o nogę stolika.
Niepokoiło mnie to. W więzieniu podobne spojrzenia oznaczały kłopoty — ktoś mógł być zainteresowany tobą w sposób, który budziłby niechciany niepokój. Postanowiłem sprawdzić mężczyznę. Złapałem jego wzrok i spojrzałem na niego z udawanym zainteresowaniem, chcąc sprowokować reakcję.
Jeśli miał być tym, za kogo go uważałem, powinien sam się zdemaskować. Jednak on nie puścił mi oczka, nie uśmiechnął się zniewieściałym gestem ani nie pomachał dłonią w sposób wskazujący na coś więcej. Uznałem, że to po prostu ciekawski natręt.
Mimo to jego spojrzenie nie puszczało mnie. Twarde i stanowcze, powoli zaczęło mnie przytłaczać. Czułem, że przegrywam tę niewypowiedzianą walkę. Gdy byłem już bliski ucieczki wzrokiem, mężczyzna wstał i podszedł do mnie ze szklanką niedopitego piwa w dłoni.
Nie pytając o pozwolenie, usiadł naprzeciwko mnie. Wciąż patrzył mi prosto w oczy, jego spojrzenie było natarczywe i zimne. Miałem ochotę wstać i wyjść, ale nie chciałem dać się stłamsić. Zamiast tego zwęziłem powieki i zacisnąłem szczęki, gotowy do ataku, niczym buldog przygotowujący się do skoku.
— Jesteś tu nowy, prawda? — spytał mężczyzna.
Chwilę zastanawiałem się nad odpowiedzią. Mogłem skłamać i udawać miejscowego — Iwanów to duże miasto, nie mógł znać wszystkich.
— Jestem przejazdem — odparłem, a potem szybko spróbowałem ustawić natręta do pionu. — A ty co, taki ciekawski? Szukasz problemu?
Trafiłem. Mężczyzna wyprostował się, a jego pewność siebie wyraźnie osłabła.
— Nie bądź taki bojowy, kolego — rzucił, próbując się bronić.
— Więc czego się przyczepiłeś do mnie? I nie kolego, bo nie piliśmy razem — odparłem ostro.
Był znacznie starszy ode mnie. Mógłby być moim ojcem, ale to nie dawało mu prawa ustawiać mnie w szeregu. Wyglądał na twardziela, ale ja nie byłem z tych, co pozwalają sobie dmuchać w kaszę.
— Szukam człowieka do roboty — powiedział, przyglądając mi się uważnie. — Ty byś się nadał, kolego.
Jego propozycja od razu mi się nie spodobała. Czułem, że nie jest uczciwa, choć jeszcze nie wiedziałem dlaczego. Wstałem z krzesła, chwyciłem plecak z całym moim dobytkiem i odparłem chłodno:
— Źle trafiłeś, kolego. Nie interesuje mnie twoja robota.
Nie czekając na jego reakcję, wyszedłem z restauracji, nie oglądając się za siebie. Bez zatrzymywania się ruszyłem w stronę dworca.
Zrozumiałem, że szukanie okazji do Skoszronek to strata czasu. Postanowiłem znaleźć jakikolwiek transport, nawet jeśli nie dowiezie mnie bezpośrednio do wioski. Podszedłem do okienka informacji, gdzie młoda, ładna kobieta poinformowała mnie, że dziś już nic nie jedzie w tamtym kierunku.
Zakląłem w duchu. Wioska była oddalona o ponad dwadzieścia kilometrów, a nocny marsz w nieznane, połączony z szukaniem kwatery, nie wydawał się rozsądnym pomysłem. Nie chciałem też wydawać pieniędzy na nocleg w mieście. Wymyśliłem inny plan — postanowiłem dotrzeć jak najbliżej osady, a noc spędzić w stogu siana lub stodole, jak prawdziwy wędrowiec. Nazajutrz miałem ruszyć dalej.
Spróbowałem wyciągnąć od kobiety więcej informacji, mając nadzieję, że coś jeszcze pojedzie w stronę wiosek na drugim końcu Otchłani, albo w kierunku sąsiadujących ze Skoszronkami Rudych, Piekła czy Mart.
— Nic już dziś nie jedzie w tamtą stronę — odparła, a potem dodała z zastanowieniem: — Ale może pan spróbować z którymś z mieszkańców. Chyba widziałam samochód leśniczego przed restauracją.
— Który to? Może mi pani pokazać? — wypaliłem z nową nadzieją.
— Nie trzeba pokazywać. To zielona terenówka z brezentowym dachem. Na pewno pan ją rozpozna.
Zacząłem kojarzyć pojazd. Widziałem tę maszynę wcześniej — zdezelowaną i zabłoconą po dach. Zainteresowała mnie, ale wtedy pomyślałem, że to samochód turysty, który zatrzymał się tu na chwilę.
— Proszę z nim porozmawiać. Na pewno pana podwiezie do Skoszronek — poradziła kobieta.
— Dziękuję pani bardzo! — wykrzyknąłem i wybiegłem w stronę parkingu, gdzie stała wspomniana terenówka.
Była to solidna rosyjska maszyna, zdolna wytrzymać naprawdę dużo — idealna na bezdroża. Miała powgniatane blachy, a brezentowy dach, choć cały, nosił ślady licznych łatek. Samochód wyglądał jakby służył latami w trudnych warunkach, ale wzbudzał respekt swoją wytrzymałością.
— Widzę, że jednak jesteś zainteresowany.
Znajomy głos zaskoczył mnie, a mięśnie automatycznie napięły się w gotowości.
— To moja maszyna. Masz ochotę się nią przejechać? — dodał, stając między mną a gazikiem.
— Pan jest leśniczym w Skoszronkach? — zapytałem z niedowierzaniem, które sam usłyszałem w swoim głosie. Szybko dodałem, jakby bał się, że może mi uciec lub zniknąć: — Chcę, żeby mnie pan zabrał do wioski.
Nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście. Trafiłem akurat na niego, a na dodatek wcześniej zaproponował mi pracę. Nie chcąc stracić okazji, szybko dodałem:
— Przyjmuję też pana propozycję.
Leśniczy podrapał się po kilkudniowym zaroście, wpatrując się mi prosto w oczy. Był wyższy ode mnie, szerszy w plecach, a ramiona miał jak kolesie z więziennej siłowni, którzy całe dnie spędzali pod sztangą.
— Dobrze. Zabiorę cię do wioski i dam pracę, ale jest jeden warunek — powiedział spokojnie, opierając jedną dłoń na brezentowym dachu, a drugą leniwie przejeżdżając po brodzie.
Między gęstymi igiełkami zarostu zauważyłem cienką, jasną bliznę ciągnącą się wzdłuż szczęki. Linia zaczynała się pod brodą, biegła przez lewy policzek i kończyła tuż przy uchu. Rozpoznałem ten rodzaj cięcia — ostrze noża. Zastanawiałem się, kto mógł mu to zrobić i jak skończył się ten pojedynek.
— Jaki to warunek? — zapytałem, nie spuszczając z niego wzroku.
— Zamieszkasz u mnie, w leśniczówce.
Nie mógł mnie bardziej uszczęśliwić. Zgodziłem się bez wahania. Wyciągnąłem do niego rękę, którą uścisnął mocno, bez żadnych słów czy zbędnych formalności. Pokazał mi miejsce na tylnym siedzeniu, gdzie mogłem rzucić plecak, a mnie zaprosił na przedni fotel pasażera.
Silnik gazika zawarczał, i ruszyliśmy w drogę. Miałem ochotę dopytać o szczegóły dotyczące pracy, ale hałas silnika i szum powietrza przeciskającego się przez brezentowy dach całkowicie to uniemożliwiały. Siedziałem cicho, patrząc na zmieniający się krajobraz, podczas gdy on skupiał wzrok na drodze.
Za miastem zjechaliśmy z asfaltu na piaszczystą leśną drogę. Poruszaliśmy się wzdłuż brzegu jeziora, które od czasu do czasu wyłaniało się zza drzew — jego ciemnoniebieska tafla zdawała się niemal czarna w zmierzającym ku nocy świetle. Z map wiedziałem, że jezioro ma ponad dwadzieścia kilometrów długości, a Skoszronki leżą na jego końcu. Jednak wijące się zakolami drogi przez lasy wydłużały trasę do około dwudziestu pięciu kilometrów.
Minęliśmy kilka wiosek znanych mi z przewodnika. Najpierw Szałowy, położone nad samym brzegiem jeziora, potem długo nic i w końcu wioska Capy w środku lasu. Znałem te miejsca na tyle dobrze, że bez problemu odgadywałem, gdzie jesteśmy. Byłem pewny, że mógłbym trafić do Skoszronek sam, nawet bez mapy.
Wkrótce jednak straciłem orientację. Było już ciemno, a piaszczysta droga wiła się przez las. Kilka razy minęliśmy leśne skrzyżowania, gdzie nie było ani drogowskazów, ani śladu ludzkiej obecności.
W końcu dotarliśmy do domu ukrytego między wysokimi drzewami. Był murowany z cegły, z ciemnoczerwonym dachem pokrytym dachówką. Na jego fasadzie znajdowały się dwa kwadratowe okna po bokach oraz drzwi w centralnej części. Obok domu, przy ścianie lasu, stała drewniana szopa z otwartymi na oścież wrotami, do której wjechaliśmy gazikiem.
Zgasił silnik, a w ciszy wieczoru słyszałem tylko szum drzew. Wysiadłem, czując zapach wilgotnej ziemi, zmieszanej z aromatem żywicy i lasu. Mój nowy początek zaczynał się tutaj.
Gospodarz zaprosił mnie do leśniczówki, która na pierwszy rzut oka wydawała się opuszczona. Wychodząc z szopy z plecakiem na ramieniu, zauważyłem, że niesie dużą, skórzaną torbę, której wcześniej nie widziałem w aucie — była schowana za tylnymi siedzeniami. Pewnie miał w niej zakupy z miasta.
— Chodź, kolego, napijemy się, obgadamy nasze sprawy, a potem… — zawiesił głos, po czym dodał bardziej gościnnym tonem: — …pokażę ci, gdzie będziesz spał. Pasuje, kolego?
— Nie jesteśmy kolegami — odparłem ostro. Gniew narastał we mnie automatycznie.
Nie znosiłem, kiedy starsi zwracali się do mnie „kolego”. Czułem się wtedy pomniejszany, traktowany jak ktoś nieistotny, prawie jak sługa. Ale on tylko uśmiechnął się i nacisnął klamkę drzwi.
— Zaraz naprawimy tę kwestię. Rano będziemy kolegami — rzucił przez ramię, wchodząc w ciemność domu.
— Koledzy nie mówią do siebie „kolego”. Mówią do siebie po imieniu — odparłem kąśliwie.
— Masz rację. Masz słuszność.
Jego spokojny ton mnie drażnił. Wyglądało na to, że kompletnie nie przejął się moim sprzeciwem, jakby w ogóle nie słyszał jadu w moich słowach.
Zapalił światło, rozświetlając wąski korytarz. Gdy wszedłem ostatni, zamknąłem za sobą drzwi. Zauważyłem, że nie było w nich ani klucza, ani żadnej zasuwy.
— Nie zamykasz? Nie boisz się, że cię okradną?
Nie odpowiedział od razu. Wszedł do izby po prawej stronie i położył torbę za progiem.
— Niby kto miałby mnie okraść? Tu wszyscy się znają — odparł w sposób, jakby to było oczywiste.
Wzruszyłem ramionami, myśląc, że jest naiwny, i poszedłem za nim.
Izba okazała się kuchnią z wielkim piecem kaflowym, na którym spokojnie można by się położyć.
— Zapraszam do stołu — wskazał miejsce pod oknem. Sam podszedł do kredensu, na oko pamiętającego czasy wojny, skąd wyjął butelkę i dwie szklanki. Z lodówki stojącej obok wyciągnął talerz z grubymi plastrami czarnego salcesonu.
— Napijemy się, pogadamy troszeczkę, a jutro pokażę ci, co i jak.
Skinąłem głową. Plan mi odpowiadał.
Usiadłem przy stole i patrzyłem, jak gospodarz rozlewa spore porcje alkoholu do szklanek. Zastanawiałem się, jak skończy się ten dzień. Nie piłem wódki od dwóch lat. Wiedziałem, że przez ten czas straciłem odporność i mogłem paść już przy pierwszej flaszce.
— Na początek. — Podsunął mi szklankę napełnioną do połowy. Na oko było tam co najmniej sto gramów. — Za pomyślną współpracę.
Nie poczekał na mnie. Podniósł swoją szklankę i wlał zawartość jednym haustem do szeroko otwartych ust, po czym przełknął, jakby to była zwykła woda.
Nie powiem — zrobiło to na mnie wrażenie.
— Do dna, przyjacielu! — rzucił raźnie, podnosząc swój kieliszek. Dopiero po tym sięgnął po zakąskę.
„Przyjacielu” zabrzmiało znacznie lepiej niż „kolego”.
Podniosłem swoją szklankę i jednym haustem wlałem w siebie cały alkohol, który rozlał się po policzkach. Przełknąłem powoli, a gdy wciągnąłem powietrze, zrozumiałem, że nie była to zwykła sklepowa wódka, lecz bimber. Bardzo dobry bimber o krystalicznej barwie i zaskakująco łagodnym smaku. Nie przypominał żadnego z „wynalazków”, które kiedyś piłem na melinach. Ten trunek, musiałem przyznać z czystym sumieniem, był lepszy niż niejedna żytniówka ze sklepu.
Odstawiłem szklankę na ceratę, udającą obrus, poprzecieraną i pofałdowaną od starości. Uśmiechnąłem się dumnie, że nie dałem się pokonać w pierwszej rundzie.
— Nazywam się Turek. Jestem tu leśniczym, ale możesz mi mówić Włodek. Chyba że… — nachylił się w moją stronę, mrużąc oczy — …wolisz zwracać się do mnie per „panie Turek”? Co kolego?
Sprytnie rozegrane, pomyślałem.
— Jestem Zyga. Może mi pan mówić „pan Foryś”, panie Turek — odparłem, pozwalając sobie na drobną zaczepkę.
Turek potarł dłonią brodę, a jego brwi zmarszczyły się niebezpiecznie. Wyglądało na to, że mój upór mu się nie spodobał. Przez chwilę wpatrywał się we mnie z podejrzliwym spojrzeniem — takim, jakie mają śledczy, którzy wiedzą, że coś ukrywasz, ale nie mają dowodów. Zapadło niezręczne milczenie.
Sięgnąłem po plasterek czarnego salcesonu i włożyłem go do ust, jakby nigdy nic. Udawałem obojętność, licząc, że Turek przestanie cokolwiek podejrzewać.
Boom, boom, boom…
Z głębi domu dobiegł dźwięk zegara wybijającego ósmą godzinę. Turek wyprostował się, westchnął głośno, wciągając powietrze przez nos. W jego oczach znów pojawił się przyjacielski błysk.
— Jutro wstajemy wcześnie rano. Zbudzę cię po piątej, zjemy śniadanie i pójdziemy do lasu — powiedział tonem, który brzmiał jak rozkaz, choć próbował nadać mu luźniejszy charakter.
Ponownie napełnił szklanki do połowy i wypił swoją porcję jednym haustem.
— Pracowałeś kiedyś w lesie?
Już otwierałem usta, żeby zaprzeczyć, ale uprzedził mnie:
— Wiem, że nie, ale to nic. Szybko nabędziesz doświadczenia. Ludzie cię przeszkolą.
Przełknąłem ślinę. Sama myśl o konfrontacji z grupą twardzieli trzymających siekiery w dłoniach — tak malowała mi się sytuacja w wyobraźni — wywoływała we mnie niepokój.
Spokojnie, dam radę, pomyślałem, próbując dodać sobie odwagi. Byłem w więzieniu, poradziłem sobie tam. W lesie też się odnajdę.
Przypomniałem sobie swój pierwszy dzień w więziennej celi. Wrogie spojrzenia, twarze, na których wypisane było całe zło, jakie w nich tkwiło, i usta wykrzywione w grymasach pogardy wobec każdej istoty mającej czelność wejść w ich świat. Pierwsze słowa, jakie usłyszałem: głośne, obraźliwe, obezwładniające strachem mój umysł. To wtedy, pierwszy raz, pożałowałem swojego czynu.
Nie w dniu, gdy policja zapukała do wynajmowanego przeze mnie mieszkania. Nie w dniu rozprawy, gdy sędzina odczytała długą litanię zakończoną wyrokiem skazującym. Nawet nie wtedy, gdy „nyska” dostarczyła mnie pod bramę więzienia, która zamknęła się za mną na kilka lat. Piekło przyszło w postaci ludzkiej nienawiści. Potwory w ludzkich skórach — tak o nich wtedy pomyślałem.
Pamiętam też, jak szybko te demony okazały się zwykłymi ludźmi. Skrzywdzonymi przez los, system, albo, co niektórzy, przez miłość do kobiety. Takimi jak ja.
Wlałem zawartość szklanki w gardło i z głośnym stuknięciem odstawiłem puste naczynie na stół.
— Jestem gotowy, panie Turek — powiedziałem, wstając i uśmiechając się.
Turek rozpromienił się. Miałem wrażenie, że go do siebie przekonałem.
Poprowadził mnie drewnianymi schodami na piętro. Panował tam półmrok. Wąski korytarz oświetlało jedynie małe okienko wychodzące na południe, przez które wpadał blask księżyca, rozlewając się po podłodze.
Weszliśmy do drzwi po prawej. Turek zapalił światło, odsłaniając skromne, ale przytulne pomieszczenie. Przy niskiej ścianie ze skosem dachu stało wąskie łóżko. Po lewej od drzwi straszyła stara, solidna szafa na krótkich nogach, a po prawej wisiała umywalka z lustrem. Okno z podwójnymi skrzydłami było otwarte, a leśne powietrze wypełniało pokój, niemal całkowicie maskując zapach starych ścian.
— Rozgość się, proszę. Za chwilkę przyniosę ci koc i poduszkę — powiedział, wychodząc.
Zostałem sam i rozejrzałem się dookoła. Więc tutaj zaczynam nowe życie, pomyślałem z radością. Było idealnie, dokładnie tak, jak sobie zamarzyłem.
Nagle z sąsiedniego pomieszczenia dobiegło skrzypnięcie, stuknięcie, a potem trzask zamykanych drzwi. Chwilę później usłyszałem kroki.
— Trzymaj — rzucił Turek, podając mi pakunek złożony w równą kostkę.
Ten widok przywołał wspomnienie pierwszego dnia odsiadki: szary koc i szarobiała poduszka z ohydną, żółtą plamą na jednym z rogów. Ale koc od Turka był inny — kolorowy, jasny, w polne kwiaty, i puszysty. Poduszka, zwyczajny jasiek w śnieżnobiałej poszewce, wydała mi się niemal luksusowa. Całość pachniała miętą.
— Jutro postaram się o prawdziwą pościel. Nie spodziewałem się gościa tak szybko — powiedział z uśmiechem.
Podziękowałem mu za wszystko, zwłaszcza za koc i poduszkę. Ich prostota i ciepło były dla mnie czymś niezwykłym. Wypełniały pokój poczuciem nowego początku.
— W kranie jest tylko zimna woda. Mydło znajdziesz pod zlewem. Na dole jest mały prysznic z ciepłą wodą, możesz korzystać do woli. Toaleta jest na zewnątrz, za domem — widać ją z twojego okna — powiedział Turek z lekkim uśmiechem.
— Jakbyś czegoś potrzebował, to śpię w pokoju naprzeciw kuchni, ale wolałbym, żebyś mnie nie budził bez naprawdę ważnego powodu.
— Jakieś pytania? — zapytał po chwili.
Nie miałem żadnych, więc tylko pokiwałem głową.
— W takim razie do jutra. Dobranoc, kolego. — Zamknął za sobą drzwi, a ja zostałem sam.
Jego ostatnie słowo — „kolego” — brzmiało mi w uszach jak ostateczna porażka. Zrozumiałem, że tak już zostanie: ja będę dla niego kolegą, a on dla mnie panem Turkiem.
Usiadłem na krawędzi łóżka, przyciągnąłem plecak między nogi i rozpiąłem skórzane paski. Na samej górze miałem książkę i odrysowane mapy. Rozejrzałem się w poszukiwaniu półki, ale nie znalazłem nic odpowiedniego, więc położyłem je na szerokim drewnianym parapecie pod oknem.
Nagle usłyszałem szelest krzaka za oknem. Poderwałem się i spojrzałem na zewnątrz, lecz w ciemnościach niczego nie dostrzegłem. Kolejny szmer, tym razem z prawej strony, zmącił ciszę. Ktoś albo coś tam było.
Szybko zgasiłem światło. Wzrok stopniowo przyzwyczajał się do mroku. Usłyszałem cichy trzask łamanej gałązki dobiegający zza rogu domu. Zastanawiałem się, czy zejść na dół i powiadomić Turka. Mogła to być sarenka, ale równie dobrze człowiek. Drzwi na dole były otwarte — Turek sam to powiedział — i pomyślałem, że może coś powinienem zrobić.
„Tu wszyscy się znają,” mówił, ale ja wiedziałem, że okazja czyni złodzieja. Już miałem odwrócić się od okna, kiedy kolejny dźwięk zatrzymał mnie w miejscu: głośne mlaśnięcie, zakończone twardym uderzeniem.
W mroku dostrzegłem cień poruszający się na czterech łapach. Powoli przemykał przez polankę za domem. Próbowałem go rozpoznać, ale sylwetka była zbyt niewyraźna. Szeroki, masywny korpus na długich nogach wydał mi się zbyt duży, by mógł być zwykłym psem.
Stworzenie gwałtownie podniosło łeb i wydało z siebie przeciągłe mlaśnięcie. Coś trzymało w pysku — wyglądało jak porwana szmata, ale podejrzewałem, że to kawał mięsa. Zanim zniknęło w zaroślach na skraju polany, usłyszałem głuche warknięcie.
Nabrałem pewności, że to był pies. Potężny, dziki pies, który teraz zniknął w lesie ze swoją zdobyczą.
— Ciekawe, co ukradł — powiedziałem cicho do siebie.
Usiadłem na łóżku, zastanawiając się, co by było, gdybym musiał spędzić tę noc w stogu siana gdzieś w pobliżu. Spotkanie z tą bestią, która na pewno by mnie wyniuchała, skończyłoby się co najmniej wizytą w szpitalu.
Po raz kolejny ucieszyłem się, że spotkałem leśniczego. Dzięki niemu mogłem bezpiecznie zasnąć na łóżku pod dachem, zamiast wpatrywać się w mrok, zastanawiając się, czy zaraz coś mnie dopadnie.
Uśmiechnąłem się do siebie, przypominając sobie naszą rozmowę w restauracji. Wyłapałem wtedy moment, gdy Turek zaproponował mi pracę, i coś w tym wszystkim mi nie pasowało. Ta cała sytuacja — w restauracji, a potem na dworcowym parkingu — wydawała się dziwna.
Dlaczego wybrał właśnie mnie? Skąd wiedział, że szukam pracy i kwatery? Może to był tylko zbieg okoliczności, a może w ten sposób werbował ludzi do pracy w lesie, wybierając takich, którzy wyglądali, jakby znaleźli się w podobnym położeniu co ja. Ale nie byłem przekonany.
Z rozmyślań wyrwał mnie stłumiony dźwięk zamykanych drzwi gdzieś na dole domu. Pomyślałem, że Turek mógł usłyszeć psa i wyszedł na zewnątrz, żeby sprawdzić, co się dzieje.
Kiedy przyjechaliśmy, nie zauważyłem żadnych zwierząt domowych, ale było już ciemno i mogłem zwyczajnie przegapić kurnik albo klatki dla królików. Nazajutrz zamierzałem go o to spytać.
Poczułem nagłą falę senności. Alkohol, który wypiliśmy, był dziwny — przyjazny dla gardła, łagodny, lecz teraz głowa zrobiła się od niego ciężka, jakby ktoś ją nagle obciążył. Zamknąłem oczy i pozwoliłem, by zmęczenie wzięło nade mną górę.
Rozdział 2
o siekierze, grochówce, Maciejaku i leśnych ludziach.
Obudził mnie dźwięk otwieranych drzwi. Turek zrobił krok przez próg i zapalił światło, a ja, nawykiem więziennym, zerwałem się do pozycji siedzącej.
— Czujny masz sen, kolego. To dobrze. W lesie przydaje się czujność.
Spojrzałem zaspanym wzrokiem w zarośniętą twarz leśniczego i odniosłem wrażenie, że nie spędził tej nocy w łóżku. W jego ubiorze nic się nie zmieniło, a twarz wyglądała jakby starzej.
— Zejdź na śniadanie. Jest już na stolę.
Zamknął drzwi i zszedł drewnianymi schodami, które trzeszczały przy każdym jego kroku.
Szybko wyskoczyłem spod koca, ochlapałem twarz wodą z kranu, a potem założyłem spodnie i naciągnąłem na siebie bluzę. Już miałem wyjść, gdy dostrzegłem, że okno jest zamknięte. Nie przypominałem sobie, bym je zamykał przed snem.
Zgasiłem światło i zszedłem do kuchni, a tam pachniało świeżo zaparzoną kawą zbożową i smażonymi jajkami.
— Był pan w nocy w moim pokoju.
Nie przerywając nalewać ciemnego płynu do kubka, odpowiedział, jakby spodziewał się mojego pytania.
— Tak, zamknąłem okno.
Podstawił przede mną parujący kubek, usiadł przy stole, po czym dodał.
— W nocy jest jeszcze zimno o tej porze. Zmarzłbyś.
Zaskoczyła mnie jego pewność. Sądziłem, że go zawstydzę, ale nic takiego się nie stało. Najwyraźniej nie było dla niego niczym niezwykłym wchodzenie do pomieszczeń, gdy ktoś obcy w nich spał.
— Siadaj i jedz, bo wystygnie i będzie niesmaczne.
Jajecznica na boczku. Spora ilość jajek wymieszanych i usmażonych, raczej ugotowanych w tłuszczu, wyglądała jak danie dla kilku osób. Do tego prawie cały chleb skrojony w grube kromki i posłodzona kawa zbożowa z mlekiem. Wszystko smakowało wyśmienicie, jak często mawiał przy takiej okazji książkowy doktor. Zjedliśmy całą porcję, chyba z dziesięciu jajek, a na koniec jeszcze umoczyliśmy kromki chleba w tłuszczu pozostałym w talerzu. Byłem tak objedzony, że miałem ochotę wrócić do łóżka, pod ciepły koc i zasnąć. Gospodarz wstawił talerze do zlewu, chciałem mu pomóc, umyć je, ale nie pozwolił mi na to. Wyjaśnił, że nie ma na to czasu, bo ludzie już czekają na nas w lesie.
Zanim opuściliśmy dom, dostałem filcaki, które musiałem założyć zamiast moich „adidasów”. Kazał też zostawić moją kurtkę, a w zamian dał grubą, pikowaną kamizelkę zapinaną na guziki. Na koniec przyniósł ze schowka pod schodami nową siekierę, z jasnym drzewcem i ostrzem pomalowanym do połowy czerwoną farbą.
— To twoja siekiera, już naostrzona. Jest tylko twoja, nikomu jej nie pożyczaj i dbaj o nią.
Wręczył mi narzędzie, zwykły przedmiot, a miałem wrażenie, że oddaje mi swoją córkę. Na koniec zażądał, bym zostawił swój dowód osobisty. Nie miałem na to ochoty, ale wyjaśnił mi, że musi mnie zarejestrować i spisać umowę. Poczułem się niepewnie. Wręczyłem mu ciemnozieloną książeczkę z dziwnym przeczuciem, że to zły pomysł. Trudno — pomyślałem — powinienem to przewidzieć. Przecież nie mogłem pracować jako człowiek bez tożsamości. Dziwiłem się sobie, że wcześniej nie pomyślałem o tym, a przecież było to takie oczywiste.
Gazikiem dotarliśmy do niewielkiej polany gdzieś w głębi lasu. Na miejscu czekała na nas grupka ludzi.
— Poczekaj chwilkę — powiedział leśniczy, po czym wyszedł do nich i przywitał się z każdym, podając dłoń. Otoczyli go pół kołem i o czymś dyskutowali, zapewne omawiali plan dnia i słuchali jego poleceń. Odprawa szybko dobiegła końca i ludzie rozeszli się, a na miejscu pozostali tylko starzec i leśniczy, który odwrócił się do mnie, dając znak ręką, bym podszedł.
— Panie Antoni, to Zyga. Zyga, przedstawiam ci, pana Maciejaka. Dziś będziesz pracować razem z nim. Pokaże ci, co i jak masz robić.
Przyjrzałem się starcu. Szkliste oczy o jasnoszarych źrenicach patrzyły na mnie z wyrazem współczucia.
— Wykonuj jego polecenia — instruował mnie Turek. — Słuchaj go. On nauczy cię pracy w lesie.
A do starca dodał, jakbym był nieobecny.
— Przypilnujcie młodego, Antoni, niech sobie nie zrobi krzywdy w pierwszy dzień.
Odwrócił się i ruszył w kierunku terenówki, zostawiając nas samych. Przez chwile staliśmy, patrząc, jak gazik oddala się, podskakując w koleinach.
— Idź za mną, Młody, skaże, co robić będziemy.
No pięknie — pomyślałem — znowu zostałem „Młodym”. Czy to się kiedyś skończy? Miałem dwadzieścia sześć lat, a ciągle trafiałem na starszych, którym wydawało się, że jestem gówniarzem.
Maciejak powoli wspinał się na mały pagórek, a ja, idąc kilka kroków za nim, zastanawiałem się, co tu robi ten człowiek. Starzec wydawał się zmęczony i słaby. Szczupła sylwetka kołysała się przy każdym kroku, a jego nachylony do przodu tułów mówił mi, że marsz jest dla niego sporym wysiłkiem. Próbowałem odgadnąć jego wiek: siedemdziesiąt, osiemdziesiąt, zgadywałem, ale byłem pewny, że nie powinien już pracować w lesie. W ogóle już nie powinien pracować.
Poza wzniesieniem, w dolince, leżało mnóstwo ściętych drzew. Stary wyjaśnił mi, na czym będzie polegać nasza praca. Trzeba było poodcinać gałęzie od pni. Oczyścić plac tak, aby pozostały tylko pocięte w równe odcinki grube bale drew. Wytłumaczył mi, jak trzymać siekierę, pokazał jak uderzać, jak ustawiać się, by nie odciąć sobie stopy. Ściął kilka grubych gałęzi, bez widocznego wysiłku, bez pośpiechu, ogołocił spory kawałek pnia, po czym polecił mi spróbować.
Ustawiłem się tak jak on, uderzyłem i gałąź miękko odskoczyła od pnia. Krok w tył i kolejne uderzenie. Maciejak uśmiechnął się do mnie serdecznie, ukazując kilka złotych zębów pośród czarnej pustki w ustach.
— Dobrze. Dobrze, Młody. Dasz sobie radę.
Również się uśmiechnąłem i dodałem łagodnie, że nie lubię, jak do mnie mówią „Młody”. Wytłumaczyłem, że źle mi się to kojarzy i poprosiłem, aby mówił mi po imieniu.
— Dobrze, Zygmunt. Dla mnie może być Zygmunt.
Nie przestał pokazywać swoich szlachetnych koronek. Miałem nadzieje, że przejdziemy na „ty”. Że powie, a mi mów Antoni. Nic z tego. Odwrócił się swoim powolnym ruchem i przez ramie dodał.
— Pracuj wolno. — Po czym odszedł na drugą stronę dolinki.
Zabrałem się do pracy. Z początku nie wydawała się ciężka, ale po godzinie ramiona mi zesztywniały, a dłonie zaczęły nieznośnie piec. Wyprostowałem plecy i stwierdziłem, że chwilowo mam dość. Stary Maciejak nie przestawał rąbać. Powoli unosił siekierę i uderzał, jakby bez wysiłku, oczyszczał kolejne pnie. W oddali słychać było pracę pił spalinowych. Domyślałem się, że to reszta załogi ścina tam drzewa, które my będziemy ogałacać później z gałęzi. Las niósł dźwięk wysokich obrotów silnika. Słychać było, jak wirujące łańcuchy wgryzały się w pień, jak z wysiłkiem odcinają drzewo od korzenia.
Stary Maciejak pracował bez ustanku, gdy tymczasem ja robiłem przerwy coraz częściej i coraz dłuższe i gdy słońce było już wysoko, ostatecznie wyczerpałem swoje siły. Usiadłem na jednym z powalonych pni, ciężko oddychając. Mięśnie piekły niemiłosiernie. Ramiona i dłonie, sztywne i pozbawione mocy, nie miały już ochoty dźwigać siekiery, więc wypuściłem ją z uczuciem ulgi. Zaciągałem się czystym leśnym powietrzem przesyconym żywicą i odpoczywałem ze spuszczoną głową.
Już wiedziałem, jak wygląda praca w lesie. Może nie była skomplikowana, ale za to ciężka i wykańczająca. Pot spływał mi z czoła, szczypiąc oczy, docierał do brody i skapywał na igliwia leżące między nogami. Pomyślałem, że dalej już nie dam rady pracować i nie podniosę siekierę. Nie byłem przygotowany do wysiłku, nie w takim tempie, nie bez ustanku przez cały dzień. Wówczas spojrzałem na starca. On pracował dalej. Bez przerw, w równym tempie unosił narzędzie i uderzał. Zrobiło mi się wstyd, bo źle go oceniłem. Było w nim więcej siły niż w moim młodym, zdrowym ciele. Może poruszał się wolno i wyglądał na starego, zmęczonego człowieka, ale wiedziałem, że przegrałbym z nim każdy pojedynek siłowy.
Odpoczywałem jakiś czas, może dziesięć minut, gdy stary Maciejak uderzył ostatni raz, po czym wolnym krokiem ruszył ku mnie. Prawie równocześnie umilkły piły spalinowe i w lesie było słychać tylko ptaki. Miałem nadzieje, że to znak na koniec dniówki. Podniosłem się kulawo na widok podchodzącego do mnie Maciejaka. Zatrzymał się przy mnie i spojrzał na leżącą nieopodal siekierę. Szybko ją podniosłem, na co on się uśmiechnął krótko.
— Tera będzie przerwa. Odpoczniemy, zjemy obiad, a potem wrócimy do pracy.
Spojrzałem mu w twarz z nieukrywaną radością. O tym, że potem wrócę do pracy, nawet nie myślałem. Udawałem sam przed sobą, że tego nie usłyszałem. Ważne było, że będę mógł usiąść, odpocząć, napić się i coś zjeść.
— Chodź, Zygmuncie, idziemy do chłopaków.
Zagarniając mnie ramieniem, lekko poklepał dwa razy w plecy, po czym dodał:
— Masz siłę. Będzie z ciebie dobry lesorub.
— Leso, co? — Szybko zareagowałem na nieznane mi słowo.
— Lesorub — odpowiedział powoli, wyraźnie akcentując pierwszą sylabę — drwal, jak gadają dziś.
— A drwal, czy jak tam pan powiedział, lesorub, to nie leśnik?
Spojrzał na mnie z boku mokrymi, szarymi oczami i odpowiedział równie powoli co nasz leniwy marsz.
— Leśny, to pan Turek.
Mimo że tyle razy czytałem powieść o leśniczym Turleju, o leśnym człowieku w „Ogrom lasu”, dopiero wówczas dotarło do mnie, iż pomyliłem zawody. Może dlatego, że w książce nikt ich nie nazywał drwalami, tylko leśnymi ludźmi. Maciejak poprowadził mnie przez kolejne wzgórze, za którym widać było puste pole zapełnione powalonymi drzewami. Było podobne do naszej dolinki, tyle że trzy razy większe. Dłonie mnie zapiekły na samą myśl, że kiedyś będę musiał to obrobić. Tuż przy piaszczystej drodze, z dala od powalonych drzew, na krótkich klockach uciętych z bali, niczym na taboretach, siedziała grupka ludzi. Byli to ci sami, którzy rano rozmawiali z leśniczym. Palili w milczeniu papierosy, nawet nie spoglądając w naszą stronę. Dopiero gdy weszliśmy w krąg siedzących, unieśli głowy. Czterech mężczyzn w różnym wieku patrzyło mi w twarz. W ich spojrzeniach była obojętność, tak jakbym był obcym, który przybył i zaraz sobie pójdzie, niewart ich uwagi. Maciejak usiadł na wolnym pieńku, nic nie mówiąc, zostawiając mnie stojącego z boku. Jeden z mężczyzn sięgnął ręką za plecy i wyczarował butelkę, którą podał starcowi. Ten sprawnie zerwał siekierą kapsel i wlał sobie kilka łyków w gardło. Dopiero wówczas spojrzał na mnie i wskazując jeden z wolnych klocków, powiedział:
— Spocznij.
Usiadłem naprzeciw nich. Mężczyzna w czarnej czapce z rondem w małe sombrero wyczarował i dla mnie butelkę. Podziękowałem mu grzecznie, zerwałem kapsel obuchem siekiery i wlałem w siebie całą zawartość gazowanej wody.
— Więc mieszkasz u leśnego? — szpakowaty tęgi mężczyzna, siedzący po lewej stronie, pierwszy odezwał się do mnie.
Pokiwałem głową.
— I będziesz pracować w lesie?
Znowu milcząco potwierdziłem.
— Masz jakoś na imię? — tym razem pytanie zadał ten od czarów. Wyprostował się przy tym, jedną ręką podpierając o kolano. Już miałem odpowiedzieć, gdy stary Maciejak odezwał się swoim powolnym głosem.
— To, Zygmunt.
Zamknąłem usta.
— Przedstawcie się kulturnie, bo dla mnie się widzi, że długo z nami będzie.
Wszystkie oczy nagle zwróciły się w stronę starca, który nie wiedząc czemu, pocierał kciukiem ostrze swej siekiery. Przyglądał się srebrnej krawędzi pod różnym kątem i wcale nie zwracał uwagi na zdziwione spojrzenia w nim utkwione. Sam byłem zaskoczony jego słowami.
— A skąd możecie to wiedzieć?! — spytał zaczepnie, siedzący najbliżej Maciejaka młody chłopak w długich ciemnych włosach, gęsto pokręconych jak u barana.
— No właśnie? Skąd to wiecie Antoni? — dodał czarodziej w czarnym sombrero.
— A bom widział, jak pracuje. Dla mnie to starczy. — Podniósł wzrok w ich kierunku i zmierzył każdego z osobna, spojrzeniem szarych oczu. Nie pamiętałem, kiedy ktoś ostatnio mnie pochwalił i poczułem odwagę. Postanowiłem sam się przedstawić, zanim cisza przeciągnie się w niezręczność. Wstałem i nachylając się do każdego z nich, wyciągałem dłoń.
— Zyga.
— Starzak — przedstawił się szpakowaty, chyba czterdziestoletni mężczyzna siedzący najdalej po lewej.
Ścisnął mi dłoń, prawie miażdżąc kości pod obolałą skórą. Uśmiechnąłem się, nie pokazując mu, jak wielki sprawił mi ból. Drugi, szczupły brunet po trzydziestce, mruknął niewyraźnie swoje imię, patrząc mi pod nogi, jakby się czegoś wstydził. Czarodziej miał na imię Sławek. Uśmiechając się do mnie i potrząsając moją dłonią, opowiedział mi, jak to kiedyś przybył do lasu szukać pracy tak jak ja. Zanim puścił moją rękę, wiedziałem już, kiedy przybył, jaki miał plan i dlaczego tu został. Tę krótką historię spuentował Antoni.
— Tak, miałeś pracować rok. Dorobić się i kupić mieszkanie w bloku — i z nutką pretensji w głosie dodał. — A znalazłeś tu kobite i zostałeś na zawsze.
— A znalazłem — odparł z dumą Sławek — i dziękuję bogu za Anie, bo to najlepsza kobieta na świecie.
— No się rozumie — wtrącił Starzak — że najlepsza. Bo z domu Starzaków jest.
Młody chłopak z barankiem na głowie okazał się synem Sławka. Miał na imię Andrzej. Powitaliśmy się, potrząsając dłońmi i uśmiechając z życzliwością. Od razu pochwalił się, że jak tylko uzbiera trochę pieniędzy, to wyjedzie do miasta i tam rozpocząć nowe życie. Odniosłem wrażenie, że przed chwilą usłyszałem podobną historię z ust jego ojca.
Wkrótce z oddali dało się usłyszeć, zmierzający do nas samochód pana Turka.
— O! Jedzie obiad! — krzyknął najmłodszy z nas. — Ciekawe co tam dziś ugotowała dla nas pani Gertruda?!
Gdy tylko gazik zatrzymał się nieopodal, wszyscy wstaliśmy i ruszyliśmy w jego kierunku. Ustawiłem się na końcu kolejki utworzonej z tyłu samochodu i próbowałem wypatrzeć, co tam leśniczy nam przywiózł. Dostrzegłem wielki garnek, z którego Antoni zdjął pokrywę, uwalniając smugi pary i zapach zupy. Woń dotarła do mnie. To była uwielbiana przeze mnie grochówka. Po kolei podchodziliśmy do wielkiego gara, z wiklinowego kosza braliśmy wojskowe manierki, a Antoni nalewał do nich gęstą zawiesinę, dbając, aby każdy dostał swoją porcję kiełbasy. Na końcu każdy z nas brał grubą pajdę chleba, łyżkę, i tak zaprowiantowany powracał na pieniek, do innych, nachylonych nad manierką i siorbiących gorącą strawę. Usiadł z nami też Turek z porcją podaną mu przez Antoniego. W garnku było jeszcze sporo zupy, więc każdy sam podchodził i nalewał sobie dokładkę. Ja zjadłem trzy porcje, taki byłem głodny. Brudne menażki wróciły do koszyka.
Na zakończenie uczty Turek oznajmił, że wracam z nim do leśniczówki.
— Coś nie tak z moimi dokumentami? — Zmartwiłem się, że może już odkrył moją przeszłość.
— Dokumenty są w porządku — odpowiedział zdawkowo, po czym szybko spojrzał w stronę odchodzących ludzi. Nie uwierzyłem mu. Miał mój dowód osobisty i na pewno sprawdził mnie na komisariacie. Dowiedział się co ze mnie za ziółko i zechce pozbyć się mnie z domu. Może nawet nie zatrudni. Zrobiło mi się nieprzyjemnie.
Ku mojemu zaskoczeniu nie pojechaliśmy do leśniczówki, lecz wprost między zabudowania ogrodzone niskim drewnianym płotem. Nie była to jeszcze wioska, tylko kilka domów przyklejonych do piaszczystej drogi. Przyglądałem się im z zainteresowaniem, gdy nagle na jednym z nich dojrzałem białą tabliczkę z napisem Dr Lange. Budynek niczym się nie wyróżniał od tych, stojących po przeciwnej stronie. Wszystkie miały spadziste dachy z czerwonej dachówki, podobne okna z okiennicami okolone białym pasem farby i podobnie zaniedbane ogródki. Tylko ta tabliczka go wyróżniała. Uśmiechnąłem się do siebie, wspominając książkę i doktora czekającego na swą miłość. Czy i ten czekał samotnie na tę jedyną kobietę, która pokocha go prawdziwym i wiecznym uczuciem?
Zostawiliśmy dom doktora z tyłu, wzniecając za sobą tuman żółtego pyłu i po chwili byliśmy w wiosce. Zatrzymaliśmy się przy bramie jednej z posesji.
— Chodź, pomożesz mi odstawić garnek — powiedział Turek, wysiadając z gazika.
Domyśliłem się, że w domku z zadbanym ogródkiem, w którym stali nieruchomo bocian i trzy krasnale, przyrządzano posiłek dla ludzi pracujących w lesie. Drzwi do domu były od podwórka, gdzie powitał nas mały kundel. Z początku zaniepokojony szczekał, ale gdy zauważył leśniczego, szybko zmienił nastrój na wesoły i zaczął biegać wokół, uderzając nas po łydkach długim cienkim ogonkiem. Leśniczy bez pukania otworzył drzwi i od progu krzyknął.
— To my, pani Gertrudo!
Nikt nie odpowiedział, ale weszliśmy do środka. Leśniczy pierwszy z wiklinowym koszykiem w dłoni, a za nim ja, trzymając oburącz wielki garnek. Dopiero gdy byliśmy wewnątrz, a ja stopą zamknąłem za nami drzwi, z bocznej futryny wychyliła się uśmiechnięta twarz kobiety.
— Wchodźcie do kuchni, panowie, zapraszam.
Turek postawił koszyk z brudnymi menażkami pod ścianą ze zlewem, a ja, nie wiedząc gdzie odstawić gar, stałem w progu, rozglądając się za odpowiednim dla niego miejscem. Z pomocą przyszła mi gospodyni.
— Proszę postawić przy piecu. — Wskazała pulchną dłonią miejsce pod kaflowym piecem, w którym trzaskały palące się drewna.
Gospodyni cały czas uśmiechała się życzliwie, spoglądając to na mnie, to na pana Turka. Zapadła krótka cisza. Twarz kobiety, która dawno przekroczyła pięćdziesiątkę, wydawała się wyczekiwać na coś. W końcu sama przerwała milczenie.
— Nie przedstawisz nas sobie, Władku?
— Oj przepraszam, pani Gertrudo — powiedział speszony Turek. — Pani Gertrudo, przedstawiam pani, pana Zygmunta. — wypowiedział formułkę lekko żartobliwie, akcentując nasze imiona. — Panie Zygmuncie, oto pani Gertruda, żona pana Maciejaka.
Miałem okazję przekonać się, że leśniczy nie był człowiekiem pozbawionym humoru. Kobieta cicho śmiejąc się, zaprosiła nas do stołu, na ciastka i herbatę. Leśniczy odmówił, tłumacząc się, że ma dziś sporo urzędowej pracy, tu wskazał na mnie oczami, po czym obiecał, iż następnym razem zostaniemy dłużej. Pożegnaliśmy się i ruszyliśmy w drogę powrotną.
Mijając dom doktora, z zaciekawieniem przyjrzałem się jego oknom. Ramy pomalowane na biało świeżą farbą, mocno kontrastowały ze złuszczającą się elewacją. Czyste szyby, za którymi widać było kwiaty w doniczkach i spięte nisko po bokach śnieżne firanki. Te przypomniały mi o moim rodzinnym domu. Matka uwielbiała w ten sposób dekorować okna. Ojciec sprzeciwiał się temu, twierdząc, że tak wieszają tylko wieśniacy, i nikt w bloku tego nie robi, że będą o nas plotkować i wytykać palcami. Matka natomiast powtarzała, że to nasze mieszkanie i wolno nam robić w domu to, co nam się podoba. Mówiła: to nasz dom, nasze królestwo, tylko tu jesteśmy panami i powinniśmy z tego korzystać. Gdy to nie pomagało, dodawała jeszcze: Czy naprawdę zależy ci na opinii ludzi, których nawet nie znamy?
Rodzice, zanim się rozstali, potrafili sobie ustępować. Firanki w dużym pokoju prosto spływały spod sufitu do podłogi, a te w kuchni leniwie zwisały łukami, niczym w bajkowych domkach. Wakacje spędzaliśmy nad morzem, gdzie mama całymi dniami wpatrywała się w spienione fale. Za to w wolne dni tygodnia jechaliśmy nad jezioro, gdzie ojciec milczał cały dzień, wpatrując się w czerwony patyk wystający z wody. Wszyscy byli zadowoleni. Mama miała swoją ukochaną plażę. Ojciec swoje wędkowanie. Ja miałem rodzinę.
— Coś taki zamyślony, przyjacielu?!
Poruszaliśmy się powoli, a nasz pojazd nie wydawał nieznośnych odgłosów uniemożliwiających rozmowę. Pytanie wyrwało mnie z zamyślenia, ale minęła długa sekunda, zanim oprzytomniałem.
— A nic.
Nie wiedziałem, czy coś dodać, podjąć jakiś temat, czy tak to zostawić. Jednak w głębi siebie czułem, że mam ochotę porozmawiać z drugą osobą. Pomyślałem, że dawno nie rozmawiałem z kimś bliskim i przypomniałem sobie o Młotku.
Cholera — zakląłem w myślach — zapomniałem o nim, a przecież obiecałem mu wysłać pocztówkę.
Pod wpływem tych myśli uświadomiłem sobie, że on był dla mnie kimś bliskim. Przez długi czas był jedyną osobą, z którą potrafiłem szczerze rozmawiać, mówić o swoich uczuciach i zwierzać się ze swoich marzeń.
— Jednak coś cię męczy.
— Komuś coś obiecałem — zawahałem się, czy powiedzieć więcej. Czy zwierzyć się osobie, którą poznałem tak niedawno? Czy powinienem powiedzieć mu o swojej przeszłości, zanim sam się o niej dowie? Może było jeszcze za wcześnie? Nie wiedziałem.
— Obiecałem, że napiszę, lub wyślę kartkę. Obiecałem koledze.
— To da się załatwić. Jutro jadę do miasta, to mogę ci kupić widokówkę, taką z naszego rejonu, z jeziorami i lasem. Co ty na to?
— Będzie git. — I usta same zdradziły moją przeszłość. Nienawidzę tego gdy, zanim pomyślę, słowa już dźwięczą mi w uszach. Czasami mam wrażenie, że słyszę je szybciej niż własne myśli.
— To znaczy, dobrze?
Nie będzie dobrze, pomyślałem. Sam wydam się swoją więzienną gadką. Dwa lata grypsowania nie dawało się łatwo wyrzucić z głowy.
— Gra gitara, panie Turek.
W domu, jak poprzednio nie zamkniętym, od razu poprosił mnie do swojego pokoju. Siadł za dużym solidnym biurkiem z ciemnego grubego drewna, a mi wskazał krzesło przy oknie i poprosił, abym sobie przystawił i usiadł naprzeciw. Przez chwilkę czegoś szukał między papierami leżącymi na biurku, po czym położył przede mną zadrukowaną kartkę.
— To umowa na miesiąc.
Spojrzałem na pismo, potem na niego i z powrotem na pismo. To była moja pierwsza w życiu umowa o pracę, nie licząc tej z praktyki jako cukiernik.
— Oczywiście tylko na razie. Jak się sprawdzisz, jak będziesz chciał, podpiszemy umowę na rok, a tu — wskazał palcem cyfry — jest napisane, ile dostaniesz za pracę.
Niespecjalnie zwróciłem na to uwagę. Nie, żebym lekceważył pieniądze, lecz w tamtym momencie ważniejsze było dla mnie, pozostanie w domu leśniczego.
— Za mieszkanie wezmę dwieście tysięcy.
Ogromna suma wzbudziła mój wewnętrzny opór. Byłem świadom ogromnego skoku inflacji podczas mojej odsiadki, ale nadal dziwnie się czułem, widząc banknoty z kilkoma zerami.
Gdy mnie zamykali na początku osiemdziesiątego dziewiątego, za piwo płaciłem piątaka, a wczorajszy kufel zimnego jasnego, kosztował mnie sześć tysięcy. Nie miałem pojęcia, czy sumy, o których mówił Turek, to dużo, czy mało, i uznałem, że nie jest to ważne w tej chwili. Istotne było, że miałem pracę i miałem gdzie spać.
— Gdzie się mam podpisać?
Leśniczy wskazał palcem miejsce tuż pod moim nazwiskiem, a ja bez wahania podpisałem dokument.
— Tak. To byłoby na tyle — powiedział, oddając mi mój dowód.
Turek potarł swoją nieogoloną twarz. Nie patrzył na mnie, jego oczy błądziły gdzieś po blacie biurka. Przez kilka sekund panowała niezręczna cisza, więc uznałem, że to koniec formalności i powinienem odejść. Wstałem, odstawiłem krzesło na miejsce i ruszyłem do wyjścia.
— Zygmunt, poczekaj.
Odwróciłem się, trzymając już klamkę w dłoni.
— Słucham, panie Turek.
— Nie wychodź w nocy bez potrzeby — zrobił małą przerwę, po czym dodał, jakby było mu niezręcznie — przynajmniej przez jakiś czas.
— Przecież na zewnątrz jest toaleta. Jak więc mam…?
— Chodzi mi o to, abyś na razie starał się powstrzymać.
Zauważyłem, że był to dla niego trudny temat. Chciał coś mi powiedzieć, ale nie wiedział jak.
— Panie Turek. Jeśli jest to ważne, to postaram się nie wychodzić w nocy.
Uśmiechnął się krótko. Nie musiałem znać powodu, dla którego chciał, abym nie ruszał się z mojego pokoju w nocy, tak jak on nie pytał mnie, gdzie byłem przez ostatnie kilka lat. Uznałem, że to równa wymiana. Zanim jednak wyszedłem z gabinetu, postanowiłem zaspokoić swoją ciekawość.
— Panie Turek. Mam jedno pytanie.
— Słucham, przyjacielu.
— Dlaczego chciał pan, abym zamieszkał tutaj?
— Tak jest dla ciebie wygodniej, a ja mam dodatkowe pieniądze z pustego pokoju.
Odniosłem wrażenie, że zbyt szybko odpowiedział. Czyżby powód był inny?
— Rozumiem.
— Dziś masz już wolne. Odpocznij, wyśpij się, a od jutra pracujesz już na pełnym etacie.
Podziękowałem mu za przyjęcie do pracy, on uśmiechnął się, machnął ręką i zapewnił mnie, że nie ma za co, bo potrzebuje ludzi. Ja zapewniłem go, że marzyłem o pracy w lesie, to wcale nie mijało się z prawdą i nie mam zamiaru uciekać do miasta jak inni. Nie kłamałem, nie chciałem wracać do dawnego życia i do tamtych ludzi. Zanim opuściłem gabinet i udałem się do swego pokoju, gospodarz zaprosił mnie na kolację.
Z łóżka zniknęło posłanie, a pojawiła się niebieska kołdra, niebieskie prześcieradło i takiego samego koloru poduszka. Nic już nie pachniało miętą. Zdjąłem ubranie i położyłem się w samych slipkach na chłodnej pościeli. Rozluźniłem mięśnie, przyszło zmęczenie i senność. Szybko zapominałem o świecie i odpłynąłem w sen, w którym była siekiera. Trzymałem ją w dłoniach i uderzałem w wielkie drzewo, a ono nic sobie z tego nie robiło i dalej zdrowo stało pośrodku polany. I tak przez wydawało mi się, wieczność.
Ze snu obudziło mnie skrzypienie drewnianych schodów. Ktoś po nich schodził. Wstałem, powoli rozprostowując obolałe plecy i nasłuchiwałem. Trzask zamykanych drzwi do domu przebił się przez ściany i stłumiony dotarł do mych uszu. Czyżby to Turek wyszedł z domu? Było już ciemno, a przez otwarte okno wlatywało chłodne nocne powietrze przesycone zapachem lasu. Pomyślałem, że spóźniłem się na kolacje, lecz ubrałem się, otworzyłem powoli drzwi i wyszedłem na korytarz. W domu panowała cisza, w której dało się usłyszeć tykanie zegara z gabinetu. Na boso zszedłem do kuchni. Nie zapaliłem światła, nie chcąc zmącić spokoju, w jakim pogrążony był dom. Na stole stał talerz z kanapkami. Byłem głodny i nie zastanawiałem się zbytnio, czy są dla mnie i zacząłem się częstować.
Stałem naprzeciw okna i wkładając łapczywie kanapkę do ust, dostrzegłem na podwórku Turka. Trzymał w dłoni długi karabin i szedł w stronę drogi do wioski. Czyżby na polowanie? — zadałem sobie w myślach pytanie. — W nocy? Jak chce coś upolować w ciemności? I dlaczego idzie do wioski, a nie w głąb lasu?
Miałem ochotę pójść za nim. Zobaczyć, gdzie chodzi mój gospodarz w środku nocy. Zżerała mnie ciekawość, więc szybko wróciłem do swego pokoju, nałożyłem buty i wybiegłem z domu. Turka już nie było widać na drodze, ale na wszelki wypadek, by mnie nie dostrzegł, poszedłem bokiem drogi, tuż przy drzewach. Szybkim krokiem zbliżyłem się do pierwszego zakrętu, gdy nagle usłyszałem znajomy dźwięk. Gardłowy bulgot wydobywający się z paszczy bestii. Zamarłem przerażony. Zapomniałem o psie, który poprzedniego wieczoru odwiedził leśniczówkę. To był on! Gdzieś po drugiej stronie drogi! Byłem pewny, że mnie wyczuł, więc czym prędzej rozejrzałem się za drzewem, na które mógłbym uciec. Cień w głębi lasu przemknął między drzewami i schował się w krzakach. Dostrzegłem wielki łeb i długi tułów, który szybko skrył się w gęstwinie i tam pozostał. Powoli przesuwałem się do grubego pnia z niskimi gałęziami, gotowy szybko wdrapać się na nie, gdyby tylko pies rzucił się w moją stronę. Krzak poruszył się lekko, zaszeleścił gałązkami i wielki zwierz wyszedł wprost na mnie. Szybko podciągnąłem się na gałęzi, nogami wdrapując się po szorstkiej korze, wszedłem na gruby konar. Pies dostrzegł moją ucieczkę. Wydał przeciągły warkot, jakby chciał mnie ostrzec, bym tego nie robił. Byłem pewny, że zaraz rzuci się w moją stronę i spróbuję mnie dosięgnąć, więc wspiąłem się na kolejną gałąź. Zwierz zawarczał ponownie i … odszedł w stronę wioski. Już nie spojrzał na mnie, tylko pokłusował w kierunku, w którym jak mi się zdawało, poszedł leśniczy. Przez sekundę zastanawiałem się, czy nie ostrzec go przed zwierzęciem, krzyknąć, ale nagle coś zrozumiałem.
Czy to nie przypadkiem pies Turka, czy nie przed nim ostrzegł mnie dziś, zakazując wychodzenia w nocy?
Siedziałem na drzewie dobre dziesięć minut, gdy w końcu zdecydowałem się na odważny krok i zeskoczyłem z gałęzi. Powoli, idąc tyłem, by widzieć nadbiegającego psa i w razie czego salwować się ucieczką, dotarłem do domu. Wszedłem do kuchni i spojrzałem przez okno. W srebrnej poświacie księżyca widać było całe podwórko i kawałek piaszczystej drogi. Nic się nie poruszało. Doszedłem do wniosku, że najwidoczniej pies poszedł za swoim panem i uspokoiwszy się, zjadłem pozostałe kanapki, które popiłem szklanką zimnej wody z kranu.
Poszedłem na piętro. Blask księżyca wpadający przez okno w końcu korytarza skrócił się i lekko skręcił w prawo, oświetlając próg drzwi sąsiedniego pokoju. To stamtąd Turek przyniósł mi koc i poduszkę. Nęcony nagłą ciekawością podszedłem to nich. Miałem ochotę sprawdzić, co jest w środku. Byłem sam w domu i nie musiałem się obawiać, że ktoś mnie nakryje. Przecież nic się nie stanie — pomyślałem — tylko wejdę do środka. Tylko tam zajrzę. To wszystko.
Położyłem dłoń na klamce, a jednak miałem nadzieję, że zaryglowany zamek uchroni mnie przed moją chorą ciekawością. W głębi serca wiedziałem, że nie powinienem wchodzić, ale głos we mnie mówił mi: to nic takiego, przecież tam nikt nie mieszka i pewnie to rupieciarnia, do której gospodarz znosi niepotrzebne już rzeczy. Mocnej zacisnąłem dłoń na klamce.
Ostry huk, jak uderzenie bata, gwałtownie urwał ciszę. Moja ręka odskoczyła od chłodnego metalu jak oparzona i nie wiedząc czemu, podbiegłem do okna. Strzał był zbyt odległy, abym mógł coś zobaczyć, jednak rozejrzałem się po obejściu. Drugi strzał zaskoczył mnie bardziej niż pierwszy i z dziwnym lękiem odsunąłem się od okna, jakbym bał się, że zostanę przez kogoś zauważony i wzięty na cel. W panującej ciszy brzmiał on złowrogo jak zapowiedź nieszczęścia. Jak krzyk zła. Echo wystrzału umilkło szybko w głębi lasu, ale ja czekałem na kolejny huk. Czekałem w napięciu, gotowy na nienaturalny krzyk w nocnym lesie. Minął czas przerwy między dwoma wystrzałami, a potem kolejny cykl i nic się nie stało.
Turek coś upolował — pomyślałem, byłem pewny w stu procentach, że drugi pocisk trafił w cel. Zbiegłem do kuchni, postanowiwszy poczekać na jego powrót. Byłem pewny, że lada moment wróci.
Zegar wybił godzinę drugą. Czas mijał powoli, a przed oknem nic się nie działo. W końcu znużony usiadałem przy stole i siedziałem długo, aż moja głowa skapitulowała i oparła się na ramionach. Potem zamknąłem oczy, decydując się jedynie na wsłuchiwanie w dźwięki z zewnątrz.
Zegar wybił trzykrotnie, i to była ostatnia rzecz, jaką zapamiętałem, zanim usnąłem.
Rozdział 3
o Kuprze i srebrnym wilku
Trzask zamykanych drzwi gazika, rozklekotanych, wibrujących, poderwał mnie ze stołu. Bez namysłu podbiegłem do wyjścia i stanąłem w progu domu. Turek zobaczywszy mnie, gwałtownie się zatrzymał. Zrobił nawet pół kroku w tył.
— Co ty u diabła robisz tu po nocy?!
A ja, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie, tak jakbym robił to od zawsze, odpowiedziałem oburzonym głosem:
— No, czekam na pana.
W prawej dłoni trzymał karabin, strzelbę, fuzję, sztucer czy Bóg wie, jak to się nazywa i przyglądał mi się z jeszcze większym zaskoczeniem.
— Czemu?
I w końcu przytomnieje. Czemu? No właśnie, czemu? — zastanawiałem się.
— Słyszałem, jak pan wychodził. To znaczy, obudziłem się, gdy pan wyszedł z domu.
Turek nie przestawał patrzeć na mnie zaskoczonym i niedowierzającym wzrokiem. Co miałem mu powiedzieć, prawdę? Że próbowałem go szpiegować?. Czułem, jak krew wstydu barwi mi twarz.
— Słyszałem strzały — powiedziałem, mając nadzieje, że to choć w małym stopniu wyjaśni moje zachowanie.
Broń w jego dłoni nerwowo podskoczyła i mocniej na niej zacisnął dłoń.
— Czy na obiad będzie mięso z dzika? — spytałem, chwytając się ostatniej deski ratunku.
Uśmiechnął się, wpierw tylko uniósł kąciki ust, by po chwili wybuchnąć gromkim śmiechem. Podszedł do mnie, objął ramieniem i wepchnął do domu.
— Choć, przyjacielu. Napijemy się herbaty i pogadamy.
Wpychany w ciemny korytarz, nagle coś sobie uświadomiłem. Samochód. Poszedł na pieszo, więc jakim cudem teraz nim powrócił?
Leśniczy zaprosił mnie do kuchni, a sam wszedł do swojego pokoju, trzymając strzelbę za lufę. Zamknął za sobą drzwi, lecz ja i tak słyszałem metaliczny zgrzyt ciężkiego zamka. Usłyszałem twarde uderzenie kolby o podłogę, potem trzask uderzających o siebie metalowych płyt i brzęk kluczy. Gdy wszedł do kuchni, ja już zdążyłem wstawić czajnik na rozgrzaną spiralę elektrycznej kuchenki i przygotować dwie filiżanki z odrobiną czarnej herbaty na dnie. Usiedliśmy.
— Co chciałbyś wiedzieć, Zygmuncie?
— Co pan upolował?
Kąciki ust znowu powędrowały mu do góry. Nie zaśmiał się, tylko zrobił minę lekko rozbawionego człowieka. Potarł dłonie o siebie i spojrzał mi w oczy, cały czas się uśmiechając. Trudno było mi rozpoznać, czy kpi ze mnie, czy zwyczajnie jest mu wesoło.
— Masz pewność, że nie chybiłem?
— Strzelał pan dwa razy, słyszałem strzały, więc uznałem… — odpowiadałem, czując, że brnę w ślepą uliczkę.
— To według ciebie znaczy, że trafiłem?
— Tak mi się wydaje.
— A jednak chybiłem.
— Jak to? — prawie krzyknąłem z oburzenia, a czajnik zagwizdał, jakby chciał mi zawtórować.
— A tak to, Zyga. Nie każdy strzał jest celny. Tym razem obydwa były chybione.
Wstał, nalał wrzątku do filiżanek i usiadł ponownie.
— Wczoraj też pan próbował?
Blizna na jego brodzie nagle zmieniła barwę na czerwoną. W czarnym zaroście przestała być jasnym śladem i stała się krwawa. Łyżeczka trzymana w jego dłoni zatrzymała się na sekundę, po czym ruszyła w dalszą drogę po niewidzialnym okręgu wewnątrz filiżanki.
— Mój przyjacielu. — Nie patrzył mi w oczy, tylko śledził ruch łyżki zatopionej w brązowym wrzątku. — Moja praca wymaga ode mnie, bym pilnował lasu. Czasami trzeba go pilnować też w nocy. Taka służba. Praca na trzy etaty.
W jego głosie było zniecierpliwienie.
— Przepraszam. Nie chciałem być wścibski. Tylko…
— Tylko co? — Spojrzał na mnie twardym wzrokiem i dodał podniesionym głosem:
— Tylko chcesz wszystko wiedzieć? Ciekawi cię, co tu robię? Gdzie chodzę?
— Nie — zaprzeczyłem, szukając jakiegoś wyjaśnienia, które nie pogrąży mnie bardziej, lecz przychodziły mi do głowy tylko kłamstwa. Nie chciałem zaczynać nowego życia od oszukiwania człowieka, który podał mi życzliwą dłoń.
— Może będziesz mnie śledził?
— Nie panie Turek, tylko ten pies, ten zakaz. To dla mnie jest takie tajemnicze. To dlatego.
— Jesteś wścibskim człowieczkiem, panie Foryś i nie podoba mi się to.
Było mi wstyd, ale miał racje. Moja chorobliwa ciekawość, jak przekleństwo, zawsze pchało mnie w kłopoty. Zrezygnowany spuściłem wzrok, a dłonie zaczęły mi lekko drżeć.
— Ma pan racje, jestem wścibski, ale nie bez powodu. Dlaczego nie powiedział mi pan o psie, tylko zrobił z tego tajemnicę?
Łyżeczka uderzyła w blat stołu. Zrozumiałem, że zrzucając na niego winę, posunąłem się za daleko. Turek minutę milczał, zapewne wpatrując się w moją pochyloną nad stołem sylwetkę, a potem spokojnie, zrezygnowanym głosem powiedział:
— Wiec już poznałeś, Demona.
Demon — pomyślałem — to idealnie imię dla spotkanej przeze mnie bestii.
— Widziałem go wczoraj, jak szedł przez podwórko — powiedziałem, siląc się na swobodny ton, mimo że gruda wstydu dusiła mi gardło. Uniosłem wzrok i spojrzałem mu w oczy. Nie wydawał się zły, lecz zamyślony.
— To nie jest mój pies.
— Jak to? Przecież… wczoraj dostał kawał mięsa, myślałem, że to pan mu dał…
— Tak, dostał, ale to nie jest mój pies — wyraźnie zaakcentował ostatnie słowa.
— Więc czyj jest? Kręci się tu, a nikt obok nas nie mieszka. Pomyślałem, że jest nasz i nie mam wychodzić z domu, by się do mnie przyzwyczaił. Tak to zrozumiałem.
Turek wolno popijając herbatę, przedłużał milczenie, jakby specjalnie dawał sobie czas na dobranie odpowiednich słów, po czym oświadczył:
— To nie jest mój pies. Gdy tu zamieszkałem, on już był — przerwał, upijając herbatę, po czym dodał. — I to nie jest pies.
— Jak to, nie jest pies? Widziałem go dwukrotnie. To bez wątpienia jest pies.
Turek zatrzymał wzrok na moich oczach.
— A może wilk? Jesteś pewien, że widziałeś psa, a nie wilka?
Wilk! No jasne! Przypomniałem sobie, że już za pierwszym razem wydał mi się jakiś taki inny, dziwny. Nie znałem się na psich rasach, a jedyne, jakie rozpoznawałem to „Szarik” i „Cywil” z telewizyjnych seriali. To też były wilki, czy raczej wilczury, lecz rzeczywiście, wyglądały inaczej niż Demon. Ten miał dłuższe łapy i przez to był wyższy. Gdy stał na wzniesieniu, a ja szukałem ucieczki na drzewo, miałem wrażenie, że bez trudu sięgnąłby mi gardła, nawet nie odrywając przednich łap od ziemi.
— Jak to wilk? — spytałem, nie wierząc w to, co usłyszałem i co wcześniej zobaczyłem. Automatycznie zaprzeczyłem w istnienie wilków, jakby były one tylko wytworem baśni, lub obcym gatunkiem żyjącym gdzieś na innym kontynencie.
— A no wilk, Zygmuncie. Zwyczajny wilk — zrobił dwusekundową pauzę po czym, dodał — no może niezwyczajny, ale jednak wilk.
— Niezwyczajny? Co ma pan na myśli, mówiąc, niezwyczajny?
Turek nie od razu odpowiedział na moje pytanie. Bez widocznej potrzeby włożył do herbaty łyżkę i ponownie zaczął nią mieszać. Przyglądałem się temu z irytacją, ale też pewnością, że nie usłyszę nic więcej, puki sztuczny ceremoniał z herbatą nie dobiegnie końca.
Wreszcie wynurzył łyżeczka i uderzając dwukrotnie o brzeg filiżanki, pozbywszy się ostatnich kropli cieczy, odłożył ją na bok.
Spojrzałem w twarz rozmówcy. Wiedziałem, że rozważa w sobie, czy opowiedzieć mi historie wilka, czy może zbyć to milczeniem. Jego dłoń kilka razy pogładziła zarost twarzy, po czym sięgnęła po filiżankę, uniosła ją na wysokość ust i tam się zatrzymała. Spojrzał na mnie i spytał:
— Co z twoją herbatą?
— A co ma być?
— Nie smakuje ci?
Szybko upiłem spory łyk gorącego jeszcze napoju, odstawiłem głośno kubek na stół i nie wytrzymując jego milczenia, rzekłem:
— Czy coś w końcu pan mi powie o tym wilku, czy będziemy tylko popijać herbatę?
Moja zaczepka podziałała. Turek uśmiechnął się, a w jego oczach zabłysł zwycięski ognik. Bawił się mną, a ja owładnięty ciekawością, nie miałem siły wstać i wyjść, zostawiając go samego, ze swoją tajemnicą.
— Dobrze, Zygmuncie. Opowiem ci historię, od początku, jak tu przybyłem. — Odchrząknął i zaczął mówić:
— To było w roku siedemdziesiątym drugim. Krótko po studiach. Byłem młodym zapaleńcem, który koniecznie chciał pracować w lesie. Marzyłem o swojej leśniczówce… — przerwał i rozejrzał się po pomieszczeniu — ...chciałem mieć swój las. Już na ostatnim roku zacząłem pisać podania do nadleśnictw z prośbą o posadę, nie bacząc na to, że niektóre z nich są daleko od mojego domu. Nie dbałem o to, gdzie mnie los rzuci, tak bardzo pragnąłem zostać strażnikiem przyrody i się doczekałem. Pewnego dnia listonosz przyniósł mi list z propozycją zajęcia stanowiska w Skoszronkach. Nawet nie sprawdziłem na mapach, gdzie to jest. Pobiegłem do budki telefonicznej, powiedziałem, że przyjmuje posadę, i już po tygodniu stanąłem w tym domu. Powiedziano mi, że stanowisko zwolniło się nagle i potrzebują natychmiast osoby z kwalifikacjami, takimi jak moje. Mówili, że sprawdzili moje wyniki, znają moje postępy w nauce i się cieszą, mogąc dać mi to stanowisko; takie tam bzdety. Połykałem każdą bzdurę, jaką mi sprzedawali, tak bardzo chciałem tej posady, że nie spytałem, a oni nie powiedzieli mi, dlaczego nagle zwolnił się wakat. Nic nie powiedzieli. Dowiedziałem się od ludzi w wiosce. Mój poprzednik został zastrzelony, zamordowany w tym lesie. Przeleżał tydzień, zanim go znaleźli. Byłem młody, pełny zapału, entuzjazmu i przez głowę mi nawet nie przeszło, by się zastanowić. Gotowy byłem stawić czoła wszystkim i wszystkiemu. To byli kłusownicy. Mieszkańcy okolicznych wiosek. Nikt obcy. Swoi ludzie, ci sami, którzy spotykają się co niedziele na mszy. Wiedziałem o tym, tak samo, jak wszyscy we wiosce, lecz ci ostatni milczeli jak grób. Śledztwo ciągnęło się latami, w końcu zginął urzędnik państwowy, ale nic to nie dało. Nikt za to nie poszedł do wiezienia, nikogo nawet nie oskarżyli i sprawa została zamknięta. Byłem młody, ale nie głupi. Wiedziałem, że w tym lesie kłusują, kradną drzewo i pędzą bimber, a ja musiałem położyć temu kres. To należy do moich obowiązków. Z problemem kłusownictwa borykali się wówczas wszyscy leśnicy w Polsce. Temat był szeroko omawiany na studiach, znałem problem. Uczyli nas jak rozpoznawać, jak zapobiegać i jak zwalczać. Przez pierwsze kilka nocy nie wychodziłem z domu. Siedziałem, o tu przy tym oknie i obserwowałem las. Czekałem. Prędzej czy później, ktoś zacznie kręcić się koło leśniczówki, by sprawdzić, co robię w nocy. Taki był mój plan. Czekać aż sami się ujawnią, a potem dowiedzieć się czym się zajmują. Nie zamierzałem szukać ich w lesie. Nie byłem na tyle głupi, by wchodzić na obcy teren.
— Czemu zrobił to poprzedni leśniczy? — wtrąciłem pytanie.
— Tego nikt nie wie. To był doświadczony leśniczy, nie jakiś narwany młokos, tylko znający problem zawodowiec. Na pewno nie poszedł do lasu ot, tak bez zabezpieczenia, a jednak coś przeoczył, czegoś nie dopilnował i kosztowało go to życie. Niestety.
Turek zrobi ponownie krótką pauzę. Twarz mu spochmurniała, oczy się zaszkliły, przełknął ślinę, po czym poruszył się, jakby chciał otrząsnąć się z zadumy.
— Ale, chyba miałem opowiadać o wilku. — Potarł dłoń o dłoń i się rozchmurzył. Zapewne odepchnął od siebie myśl o nieszczęsnym poprzedniku.
— Jak już mówiłem, czekałem na ludzi, których by interesowała moja osoba i się doczekałem. Tylko że nie przyszedł żaden człowiek, a wilk. Już drugiej nocy, spokojnym krokiem przedreptał w poprzek podwórza, zatrzymał się przy drodze i usiadł. Patrzył w moje okno. Chyba mnie widział, choć siedziałem po ciemku. Pobiegłem do gabinetu po strzelbę, ale on zniknął. Nie pokazał się już do rana. W dzień zadzwoniłem do nadleśnictwa. Zgłosiłem, że w moim okręgu pokazał się wilk. Zapewniali mnie, że to niemożliwe, bo najbliższe watahy zauważono przy radzieckiej granicy. Zapewniałem ich, że się nie mylę, bo go widziałem na własne oczy. „Jak widziałeś, to go odstrzel”, tak odpowiedzieli. W drugą noc nie pokazał się, tak jakby wiedział, że na niego czekam. Siedziałem na krześle w otwartym oknie, tym na górze, w korytarzu, lecz na próżno, a rano znalazłem przed domem zagryzioną kurę. Przyniósł ją pod same drzwi, a ja tego nie zauważyłem ani nie usłyszałem. To był dobry znak. On mnie zaakceptował, lecz ja nie mogłem się przełamać, by mu zaufać.
— Nie mógł pan kupić psa? Wilczura? Słyszałem, że wilki boją się domowych psów.
— Masz złe wiadomości. Otóż wyobraź sobie, że jest dokładnie na odwrót. Dla wilka pies to łatwa zdobycz, w dodatku bardzo naiwna z powodu człowieka, który go udomowił. Pobiegnie taki w las za wilkiem, a tam już spotka całą watahę i rzadko udaje się odnaleźć ślad po nim. Wówczas jednak pomyślałem tak samo, jak ty, że warto mieć przy sobie psa. Takiego szczeniaka, którego można wytresować od małego. Nie do walki z wilkiem oczywiście, ale byłoby mi raźniej z kimś, kto potrafiłby ostrzec przed niebezpieczeństwem. Poszedłem nawet szukać po wsi psinę, który by wyrósł na dorodnego i silnego psa. Nikt jednak nie chciał mi oddać ani sprzedać. Tłumaczyli, że leśniczówka ma już swojego i drugi by tylko się zmarnował. Zdziwiony spytałem, o czym mówią, a oni, że jest tu stary pies, który pilnuje leśniczówki. Pomyślałem, że być może był tu jakiś przy poprzednim leśniczym, ale zapewne uciekł, lub został zagryziony. Nie chciałem ich straszyć, więc nic nie mówiłem, że w lesie jest wilk, samotny, lub co bardziej prawdopodobne, była z nim cała wataha szukająca nowych terenów. Następnej nocy zastawiłem sidła w granicy obejścia i czekałem. Tym razem schowałem się w pokoju na górze, w którym księżyc oświetlał tylko jego część. Czekałem w cieniu, długo i cierpliwie. Przyszedł o drugiej nad ranem. Usłyszałem metaliczny trzask zamykających się kleszczy, więc szybko wybiegłem na podwórko. Byłem pewny, że wsadził łapę w jedną z pułapek, więc nawet nie pomyślałem, by zabrać ze sobą sztucer. Pobiegłem w miejsce, w którym usłyszałem dźwięk zamykających się szczęk, ale nie było go tam, a zaciśnięte stalowe zęby trzymały patyk. Zwykły leśny patyk. Nie potrafiłem uwierzyć w to, co zobaczyłem i zastanawiałem się, jak zwierz mógł to zrobić? Odwróciłem się w stronę domu, chcąc wrócić, a on już tam czekał, na kamiennym podeście przed drzwiami. Oświetlony księżycem siedział wsparty na przednich łapach i patrzył srebrnymi oczami wprost na mnie. Z początku chciałem uciec na drzewo, nawet rozejrzałem się wokoło, ale on nie warczał, nie jeżył sierści na grzbiecie, nie schylał łba, gotując się do ataku. Siedział tylko i patrzył na mnie. Tak jak siedzi pies czekający na swojego pana. Długo staliśmy tak naprzeciw siebie, on nie spuszczał mnie z oczu, nawet na chwilę, a ja tkwiłem w miejscu jak sparaliżowany. Nie wiedziałem co mam zrobić. Odejść? Uciec na drzewo? Czy spróbować go jakoś przepędzić? Odszedł sam. Zatoczył koło na środku podwórka, powoli, z podniesioną głową, patrząc na mnie cały czas. Tak jakby chciał mi powiedzieć, „to mój teren” i odszedł na tył domu. Wówczas zrozumiałem słowa ludzi we wsi. Dom miał swojego psa, tyle że to był prawdziwy wilk. Wróciłem do domu. Nie musiałem już czuwać. Położyłem się do łóżka i długo myślałem: o wilku, który najwidoczniej czuje się tu jak u siebie, o leśniku zabitym w lesie, o tym, dlaczego zginął i jaki popełnił błąd. No i co ja powinienem zrobić, by nie skończyć tak jak poprzednik. Z samego rana pojechałem na posterunek milicji. Pracował tam wtedy stary komendant, który urodził się tutaj, znał wszystkich ludzi i każdy skrawek tej ziemi. Pomyślałem, że jako człowiek urzędowy będę mógł liczyć na jego pomoc. Chciałem wiedzieć, czego szukał w lesie Bednarek, tak się nazywał zastrzelony, i dlaczego musiał zginąć? Dlaczego kręci się tu wilk, a wszyscy udają, że to zwykły pies. Komendant z początku zbywał mnie odpowiedziami, jakbym był natrętnym pismakiem z jakiejś gazety, ale ja nie ustępowałem. Powoływałem się na urzędowy obowiązek, na lojalność służb mundurowych, na sąsiedzką pomoc. Nic nie pomagało. W końcu zagroziłem mu. Powiedziałem, że jak mi nie pomoże, to będzie miał kolejnego trupa, i to spadnie na jego sumienie. Należał do partii, nie chodził do kościoła, ale wzmianka o sumieniu podziałała. Powiedział, że teraz nie ma dla mnie czasu, ale wieczorem odwiedzi mnie w leśniczówce i odpowie na moje wszystkie pytania.
— Przyjechał? — Nie wytrzymałem.
— Tak — odpowiedział Turek, po czym upił spory łyk herbaty.
— Przyjechał do mnie, tak jak obiecał, tuż po zmierzchu. Zaprosiłem go do domu i usiedliśmy w kuchni. Ze służbowej teczki wyciągnął butelkę wódki. Postawił ją na stole i poprosił, bym podał kieliszki i nalał nam. Wypiliśmy. Polałem jeszcze raz. Napełniłem po raz trzeci i czekałem. Nie nalegałem. Gdy napełniłem kieliszki po raz czwarty, zaczął mówić. Opowiedział mi o czasach, gdy mieszkał tu leśniczy Kupra. Wówczas, na samym początku nikt nie znał tego człowieka. Nikt nie wiedział, jak dostał tę posadę i skąd przybył. Nikt nie znał jego przeszłości, a w dokumentach widniała pustka. Jedyne co było zapisane, to to, że utracił dokumenty w czasie ucieczki przed niemiecką armią w trzydziestym dziewiątym. Władzę okupacyjne wydały mu nowe papiery w roku czterdziestym pierwszym i nikt nie wie, jak ich do tego przekonał, a wiadomo, że nie było to takie proste. To był najstarszy dokument o tym człowieku, jaki ponoć istnieje. Komendant pamiętał go doskonale. Przez pewien czas, gdy wrócił z frontu, pracowali razem w lesie. Kupra żył tu sam i do jego śmierci nikt u niego nie mieszkał i nie odwiedzał go. Ludzie przyzwyczaili się do niego i z czasem stał się „nasz”, jak to mówią. Wojna się skończyła, nastał czas pokoju i pracy. Mężczyźni wrócili do domów i w lesie znowu było słychać piły i siekiery. Wszyscy ciężko pracowali, by nadrobić stracony czas, ale znaleźli się tacy, którzy nie mieli zamiaru dorabiać się ciężką pracą. Przyszli tu szabrownicy. Przyjechali z sąsiedniego województwa, okradli kilka domów we wsi i udało im się nie dać złapać. Milicja oczywiście prowadziła śledztwo, ale bezskutecznie. W komendzie pracował wówczas on i młodziak po szkole. W tamtych czasach bandyci posiadali broń i było to tak powszechne, jak dziś chleb w piekarni. Bał się narażać kogokolwiek, wiec pojechał do województwa, prosić o posiłki, więc nie było go, gdy to się stało. Złodzieje odkryli w lesie leśniczówkę. Odczekali, aż Kupra poszedł do lasu. Mieli zamiar ogołocić cały dom, bo przyjechali ciężarówką. Gdy wieczorem leśniczy wrócił, zastał w domu dwóch mężczyzn. Siedzieli wystraszeni na piętrze, ich ubrania były podarte i za nic nie chcieli wyjść na zewnątrz. Opowiadali o wilku i koledze, który uciekł do lasu i o upiornych krzykach. Kupra domyślił się co to za jedni, więc związał ich sznurem i zamknął pod schodami w komórce. Dopiero rano zadzwonił na milicje i zgłosił pojmanie włamywaczy. Gdy komendant wrócił nazajutrz do komendy, dwóch rabusiów było już w areszcie. Osobiście ich przesłuchiwał. Opowiadali o wielkim białym wilku, który nie chciał wypuścić ich z leśniczówki. Opowiadali, jak próbowali dostać się do ciężarówki, a on ich atakował, nie pozwalając im odejść. Pokazywali mu poszarpane ubranie i ślady zadrapań na ciele. Niektóre z nich były dość głębokie, bez wątpienia zadane pazurami. Było ich trzech, więc szybko zaczęto szukać tego, któremu ponoć udało się zbiec. Poszukiwania trwały całymi dniami, aż ktoś przypadkowo znalazł zwłoki kilka kilometrów od leśniczówki. Był w strasznym stanie. Miał wygryzioną tchawicę, twarz znaczyły liczne czarne plamy po ugryzieniach, zwierzę wygryzło mu spory kawałek łydki. Patolog stwierdził, że był to duży pojedynczy pies. Zaczęło się polowanie, które trwało całe lato. Przyjechało nawet kilku myśliwych z innych okręgów, bo sprawa nie była błaha. Pies posmakował ludzkiego mięsa i wiadomo było, że może zrobić to kolejny raz. Nie można było ryzykować, że napadnie kogoś samotnie idącego przez las, dorosłego, lub dziecko śpieszące do szkoły. Minęło lato, potem jesień, a polowanie nie przyniosło skutku. Zaciekawiło to starego komendanta. Zdziwił się, że pies jest nadal na wolności, a nikt nie zgłasza zagryzionej zwierzyny. Jakoś musiał się żywić, myślał, to nie zając, tylko sporej wielkości mięsożerca. Wybrał się któregoś dnia do leśniczego, by pogadać i spytać, jak mu idzie z tropieniem, czy może znalazł jakieś ślady. Gdy przyjechał tu, zastał Kupre siedzącego na ławce przed domem. Było już szaro. Nie odpowiedział na żadne z pytań, jakie zadał mu komendant, lecz poprosił go, aby usiadł z nim na ławce i poczekał w milczeniu. To wydało mu się dziwne, ale go usłuchał. Zwierzę zjawiło się po jakimś czasie. Przeszedł skrajem lasu, o tam przy tych drzewach — Turek wskazał palcem miejsce za oknem — a potem usiadł na początku drogi. Przyglądał się z daleka siedzącym. To był wilk. Srebrny jak księżyc. W pierwszej chwili komendant sięgnął po broń, ale leśniczy zatrzymał jego dłoń i poprosił go, aby wysłuchał jego opowieści. Kupra wówczas opowiedział mu całą swoją historię. Urodził się w dalekiej Rosji, pod kołem podbiegunowym w polskiej rodzinie zesłanej tam jeszcze za cara. Mieszkali niedaleko miasta Labytnangi, w osadzie, która liczyła zaledwie kilka domów, w środku lasu. Tam spotkał tego wilka. Znalazł go obok martwej suki złapanej w sidła. Zabrał szczeniaka do domu i potajemnie, przed rodzicami, opiekował się nim. Karmił go wszystkim, co wpadło mu w ręce. Często dzielił się tym, co sam dostawał, a wilk rósł. Nie można było go ukrywać przez wieczność i z czasem rodzice odkryli, gdzie syn przepada na całe dni. Ojciec wpierw się zezłościł i chciał szczeniaka utopić. Jednak zmiękł, gdy zobaczył łzy w oczach, wówczas młodego jeszcze Kupry i nie zabił go, nawet nie próbował wygnać do lasu. Kazał synowi obiecać, że zaopiekuję się zwierzęciem i ten zamieszkał z ludźmi pod jednym dachem. Lata mijały, młody Kupra stał się mężczyzną, a szczeniak wyrósł na dorodnego i pięknego wilka. Czasami odchodził do swoich, do lasu, gnany potrzebą instynktu, ale wracał do domu, do swojego przyjaciela, do osoby, która uratowała go od niechybnej śmierci głodowej. Gdy przyszła wojna, wszystko się skomplikowało. Dorosły wówczas Kupra został wciągnięty do armii i walczył w wojnie zimowej z Finami. Mało kto z niej wrócił. Jemu się udało. Szybko powołali go ponownie, do wojsk okupacyjnych w Polsce i wówczas, nie chcąc strzelać do rodaków, postanowił uciec na północ. Tam zbudował sobie ziemiankę i w niej żył razem z wilkiem. Dbali o siebie wzajemnie, razem polowali, jedli i spali w jednym posłaniu. Kupra od czasu do czasu odwiedzał dom i pomagał rodzicom, którzy stali się dla władzy radzieckiej wychowawcami zdrajcy. Któregoś razu zastał pusty dom, a od dobrych ludzi dowiedział się, że rodziców wywieźli w nieznanym kierunku, gdzieś w głąb Rosji. Wrócił do swojej ziemianki i tam doczekał do roku czterdziestego pierwszego, kiedy to ponownie odwiedził ludzkie osady. Dowiedział się o kolejnej wojnie, tym razem z Niemcami. Wówczas postanowił przedostać się do Polski. Szedł lasami przez wiele tygodni a wilk razem z nim. Przedostali się przez linie frontu, ale szybko złapali go Niemcy, którzy uwięzili go na wiele miesięcy, ale z dokumentów państwowych wynika, że w ogóle nie był w niewoli. Po kilku miesiącach Niemcy zwolnili go i przydzielili do pracy w tutejszym lesie. Wilk przepad gdzieś i Kupra stracił nadzieję, że kiedykolwiek zobaczy swojego przyjaciela, aż do dnia, gdy wrócił z pracy do domu i zastał w nim włamywaczy. Wilk stał się mniej ufny. Przez kilka lat zdziczał i nie dawał się przywołać. Trwało to kilka nocy, aż którejś przyszedł i zadrapał w drzwi. Leśniczy chcąc go chronić przed nagonką, chował go za dnia w leśniczówce, a w nocy chodzili tak jak kiedyś po lesie. Mijały miesiące i ludzie przestali rozmawiać o białej bestii. Nikomu nie zginęła kura, nikt nie zgłaszał ataku na krowy pasące się w nocy na łąkach i myśliwi przestali przyjeżdżać. Wiedział, że nie ukryje wilka przed ludzkim wzrokiem. Co prawda mieszkał w lesie, z dala od najbliższych zabudowań, ale zawsze był ktoś, kto miał sprawę urzędową, a to asygnata na drewno, a to z prośbą o zabicie dzika wchodzącego w szkodę, więc Kupra zdecydował, że musi komuś powiedzieć. Zaufał komendantowi. Pokazał mu wilka i przekonał, że nie jest bardziej niebezpieczny od psa pilnującego obejścia. Komendant znał dobrze leśniczego i umówili się, że nie było tej rozmowy. W zamian Kupra obiecał pilnować swego przyjaciela i słowa dotrzymał. Wilk co prawda był widywany przez mieszkańców, lecz nikt nie zaznał szkody z jego strony. Z czasem wszyscy się przyzwyczaili do wycia w lesie. Do tego, że idąc do leśniczówki, można było zobaczyć srebrnego zwierza stojącego w oddali. Mijały lata, Kupra się starzał, a wilk był ciągle blisko niego. W końcu przyszedł czas, gdy leśniczy wyszedł do lasu ostatni raz. Miał zawał. Umarł w dość młodym wieku, nie miał nawet sześćdziesiątki. Znaleźli go robotnicy leśni. Wilk wył tak płaczliwie i tak długo, aż w końcu się odważyli i poszli za jego głosem. Wilk stał z dala od swego pana. Przyglądał się, jak go zabierają. Był w pobliżu, gdy go chowali. Potem wiele nocy wył na cmentarzu, opłakując swego przyjaciela. Po tygodniu upiorny lament ustał, a wilk odszedł i nikt go później nie widział. Potem przyszedł leśniczy Bednarek. Stary leśnik z południa polski i ten nie pobył tu zbyt długo. Zobaczył coś, czego nie powinien, może nakrył kłusujących, ale to tylko moje domysły, bo nikt nie wie, po jaką cholerę poszedł do lasu i dlaczego musiał zginąć. Stary milicjant opowiedział mi to wszystko w jedną noc. Podziękowałem mu wówczas, jeszcze nie wiedziałem za co, ale byłem mu wdzięczny za jego szczerość. Poza tym czułem, że nie jestem tu sam. Gdy wychodził z domu, powiedział mi jeszcze coś. Otóż ciało Bednarka leżało w lesie kilka dni, ale nie było na nim śladów pogryzień. Od razu zrozumiałem, że to nietypowe, bo w lesie żyje wiele zwierząt, które by chętnie zainteresowały się martwym człowiekiem. Ktoś musiał go pilnować przez ten czas. Ktoś czuwał przy nim, by lis, kuna, czy inny drapieżnik nie dobrał się do ciała.
— To był srebrny wilk? Prawda? — spytałem, choć byłem pewny, że mam racje.
— Tak.
Turek patrzył mi prosto w oczy, jakby czekał na moje kolejne pytanie.
— Jest coś jeszcze, tak?
— Zgadłeś, Zygmuncie, jest coś jeszcze. Otóż wilki nie żyją tak długo, nawet pies nie może mieć więcej lat niż siedemnaście.
— Więc jak?
— To już nie ten sam wilk, który przyszedł tu za Kuprem. Nawet ten, który był przy jego śmierci, nie mógł być tym samym wilkiem. Nie jest też już biały jak ten z opowiadań starego komendanta. Teraz jest szary, ale nadal to wilk. Bez wątpienia.
— Więc jak? — powtórzyłem pytanie, nie widząc rozwiązania tej zagadki.
— To samica. Zawsze jest to samica. Myślę, że żyje tu sama, lecz raz na jakiś czas odchodzi na kilka miesięcy i idzie do innych wilków. Gdy powraca, ma już swoją następczynię. Rodzi szczeniaki. Wybiera jedną z nich, która ją z czasem zastępuje. Od czasu jak tu jestem, zrobiły to cztery razy. Uwierz mi, da się to zauważyć, choć nie pozwala zbliżyć się do siebie.
Turek zakończył swoją opowieść i zapadła długa cisza.
Wyobraziłem sobie młodego człowieka, obok którego biega mały srebrny wilczek. Potem dorosłego mężczyznę kroczącego w wysokim śniegu, odzianego w skóry, jak traper z filmów o dzikim zachodzie i srebrnego wilka przeskakującego przez zaspy utworzone przez dmący z północy wiatr. Wyobraziłem sobie, jak razem przemierzają biały kraj, jak wspólnie skradają się do pasących jeleni, zachodzą zwierzynę od zawietrznej, tak by ich nie wyczuła i mężczyznę strzelającego do dorodnego byka. Wyobraziłem sobie, jak dzielą się zdobyczą i wspólnie ucztują, a potem, w mroźną noc tulą się do siebie, ogrzewając wzajemnie, czekając na świt i nowy dzień. Wędrują przez niezmierzone lasy, by dotrzeć do kraju swoich przodków, zrujnowanej wojną i pozbawionej wolności ojczyzny. Po jaką cholerę? Co nim kierowało? Dlaczego nie przeczekał tego wszystkiego tam, na północy? Przecież dużo ryzykował. Mógł być schwytany przez Rosjan i rozstrzelany za dezercje. Mógł zostać zabity, przechodząc linię frontu. Wreszcie, mógł zginąć z rąk Niemców. Wystarczyło poczekać do końca wojny i… No i co? Nadal byłby dezerterem. To nigdy by się nie zmieniło. Rosja nigdy by mu tego nie zapomniała.
Mimo wszystko musiał mieć jakiś cel. Jakiś plan. Nie wierzyłem, że był na tyle naiwny, by ryzykować taką podróż, bez dobrego planu. Bez istotnego celu.
— Czy coś wiadomo, dlaczego Kupra przybył do Polski? Przecież wiedział, że są tu Niemcy. Oficjalnie był przecież Rosjaninem, czyli ich wrogiem. Mogli go po prostu rozstrzelać.
— Tego nie wiem. Nie wiem też, w jaki sposób udało mu się zdobyć nową tożsamość i zostać tu, na stanowisku leśniczego.
— Nową tożsamość? — Kolejny nowy fakt tej historii wzmógł moją ciekawość.
— Nie sądzisz chyba, Zygmuncie, że Kupra to jego prawdziwe nazwisko?
— Nie?
— A jak myślisz, czy Nasza Władza, dopiero co wyzwolonego kraju przez bratnią armię radziecką, pozwoliłaby dezerterowi, swobodnie mieszkać w Polsce? Musiał zmienić nazwisko, zmienić życiorys. Musiał ukryć kim był naprawdę i zrobił to perfekcyjnie.
— Ale przecież wszyscy go tu znali, wiedzieli, skąd pochodzi. Znali jego historię i nikt go nie wydał?
— Tak naprawdę to mało kto znał jego historię. Ja poznałem ją od starego komendanta i powiedział mi ją, gdy nie było już człowieka na świecie. Stary Maciejak też chyba zna prawdziwe pochodzenie Kupry, w końcu przyjaźnili się, więc…
— Nie pytał pan Maciejaka o Kupre?
— A dlaczego miałbym pytać?
— A o wilka? O wilka na pewno pan pytał.
Turek poruszył się nerwowo w krześle. Chrząknął. Przeleciał wzrokiem po izbie i odpowiedział.
— To, co mówią o Demonie we wsi, nie ma nic wspólnego z prawdą.
— A co mówią? — indagowałem.
Wielka dłoń leśniczego otarła twardy zarost brody, zmieniając przy okazji kolor cienkiej bladej linii na różową.
— Może sam spytaj — odparł leniwie i uśmiechnął się tajemniczo.
Turek wyprostował się, uniósł ramiona wysoko nad głowę i ziewnął przeciągle, po czym dłonie opadły mu na uda i lekko nachylając się nad stołem, dodał:
— Tak więc na razie raczej pozostawaj na noc w domu. Wilk wciąż jest dzikim zwierzęciem, nie ufa ludziom i może zaatakować nieznanego mu domownika.
— A kiedy uzna mnie za znajomego? — Spróbowałem wprowadzić trochę żartu w naszą rozmowę.
— Jak zacznie chodzić za tobą, nie przed tobą, wtedy możesz mieć pewność, że uznał cię za swojego.
— Widzę, że zna pan doskonale jego zwyczaje?
— Nie jesteś tu pierwszy. Byli inni pracownicy, których kwaterowałem na poddaszu, a ja sam też musiałem przejść etap z nieznajomego na domownika.
Uśmiechnął się zawadiacko, po czym spuentował:
— To jego zasada, on tu rządzi, a my dla niego jesteśmy tylko lokatorami.
— Były przypadki, że kogoś nie zaakceptował?
Dobry nastrój uleciał z jego twarzy błyskawicznie, zastępując go podejrzliwym spojrzeniem. Blizna na jego brodzie nagle zmieniła kolor z jasno-różowej na czerwoną. Pomyślałem, że w moim pytaniu, takim oczywistym, było coś, na co Turek nie miał zamiaru odpowiadać. Domyśliłem się, że były takie przypadki, a on nie chciał mnie straszyć.
Zegar zagrał swym gongiem, wybijając godzinę piątą. Turek gwałtownie poderwał się z krzesła, zrobił to szybko, jakby w nagłej potrzebie i nie bacząc na hałas, jaki wywołał.
— Czas kończyć rozmowę. Trzeba zjeść śniadanie, a potem do roboty.
To powiedziawszy, podszedł do lodówki, z której wyciągnął spory kawałek boczku i koszyczek wypełniony jajkami.
Spojrzałem w stronę podwórka i stojący przed domem gazik. Na małą drewnianą stodołę po lewej, która kiedyś zapewne była magazynem siana i drewna na zimę, a potem stała się garażem połączonym z rupieciarnią. Spojrzałem na drogę, piaszczystą jak morska plaża, która biegła do wioski, gdy skręciło się w prawo, lub do miasta, gdy wybrało się lewą odnogę. To był inny świat, jakiego wcześniej nie znałem. Nowy świat, o którym marzyłem przez ostatnie tygodnie i czułem, że tu jest moje miejsce. Nie mogłem tego spieprzyć.
Zapachniało smażonym boczkiem, zagwizdał czajnik, a na stole pojawił się grubo krojony chleb. Pomieszczenie nagle wypełniła muzyka i słowa piosenki:
„Kiedy byłem małym chłopcem hej
Wziął mnie ojciec
Wziął mnie ojciec i tak do mnie rzekł
Najważniejsze co się czuje
Słuchaj zawsze głosu serca hej…”
Rozdział 4
o władzy kryjąca się za czarnym wąsem.
Praca, którą wykonywałem pierwszego dnia, nazywała się okrzesywaniem drewna, nie goleniem, jak to określiłem przy porannej odprawie, czym wzbudziłem ogólny śmiech.
— To się fachowo nazywa: o krze sy wanie, Zygmuncie. — Poinformował mnie leśniczy, śmiejąc się wraz z innymi. Nie poczułem się głupio, nawet nie zrobiłem obrażonej miny, gdyż w ich śmiechu nie dostrzegłem szyderstwa, a jedynie rozbawienie. Zanim śmich ucichł na dobre, Sławek zaczął opowiadać swoją przygodę z pierwszych dni w lesie:
— A pamiętacie, jak kazaliście mi okorować pnie, a ja źle zrozumiałem i pół dnia okrywałem je gałęziami.
Kolejna fala śmiechu rozeszła się po polanie.
— Była zima, myślałem, że drzewa zmarzną, więc je okrywałem!
Odprawa trwała i zapowiadało się, że tak szybko się nie skończy, gdy nagle wtrącił się leśniczy i donośnym głosem przerwał nam zabawę.
— Dość, panowie!
Radość i śmiech powoli znikały z naszych twarzy.
— Będziecie sobie wspominać w czasie obiadu, a teraz do roboty! — zakończył, wchodząc między nas, dając tym samym do zrozumienia, że mamy się rozejść do swych obowiązków.
— Do roboty! — krzyknął Starzak niczym szef kompanii wtórujący dowódcy i zarzuciwszy sobie na ramię pękaty silnik piły motorowej, ruszył do gazika. Pilarze tego dnia pracowali po drugiej stronie lasu, więc cała czwórka zapakowała się do terenówki i wraz z leśniczym odjechali, pozostawiając mnie i Maciejaka.
Praca przy goleniu drzew, postanowiłem tak to nazywać, była upiorna. Gdy poprzedniego dnia padłem bez siły około południa, myślałem, że pierwszy dzień był najgorszy i dalej pójdzie mi łatwiej. Myliłem się. Już pierwsze uderzenia siekierą przypomniały mi o wczorajszej pracy i bez ustanku czułem kwas w mięśniach. Ramiona powoli sztywniały, jakbym pakował na siłowni, a z każdą minutą, zamiast przyzwyczajać się do wysiłku, słabłem. Po dwóch godzinach odezwały się plecy, krzycząc, że jak nie przestanę, to pękną w pół. Potem niespodziewanie odezwały się dłonie. Cicho znoszące ciężką pracę, nagle zapiekły żywym ogniem. Nie poprzestały na bólu, ale po pobieżnych oględzinach stwierdziłem, że wyrosło na nich, kilka sporych pęcherzy. Nigdy ciężko nie musiałem pracować, zwłaszcza dłońmi. Czasami nogi pracowały, do utraty sił unosząc mnie jak najdalej od goniących mnie milicjantów, ale nie dłonie. Nigdy. Byłem z miasta, a tam nie było ciężkiej pracy, tylko biura, sklepy i banki. W blokowiskach nie ma lasu, kopalni czy kamieniołomów, a gdyby nawet istniały, to ja należałem do tej grupy obywateli, którzy nie musieli sprzątać ulic, nosić pustaki, czy rozładowywać ciężarówki przywożące potrzebne miastu towary. Ja należałem do grupy uprzywilejowanej, która korzystała z pracy innych. Czyli kradłem. Wiedziałem jak zaczarować, by auto z jednego miasta trafiło do sąsiedniego i zmieniło przy tym właściciela. Umiałem to i to było moje zajęcie, a praca była lekka. Nie wymagała wysiłku fizycznego tylko wiedzy. Poza tym w ciszy, bez szefa nad głową, bez grafiku i sztywnych godzin. Co prawda, często w nocy, ale za to nie w pełnym wymiarze godzin, a płaca była bardzo zadowalająca. W jedną noc mogłem zarobić dwie miesięczne pensje nauczyciela.
Wbiłem siekierę w szeroki pień i spojrzałem na dłonie. Nie chciałem zastanawiać się, czy coś zyskuję, czy może tracę, ale takie myśli krążyły mi po głowie i jak sępy unosiły się nad mą słabnącą wolą, gdacząc przy tym — Frajer! Frajer!
Pomyślałem, że ostatnie dwa lata były wakacjami. Nikt nie zmuszał mnie do ciężkiej pracy. Nikt nie kazał mi kopać rowów, nosić worki, napieprzać młotkiem. Tylko odpoczywać. Do znudzenia, całymi dniami leżałem na koi. Spałem, ile tylko mogłem, ile mógł mi dać znudzony mózg, a każdy sen był jak przerwa w odsiadce. Czas ukradziony systemowi, wydarty z wyroku. Kiedyś wyliczyłem, że gdybym przesypiał dziennie dwanaście godzin, to wyrok skróci się o połowę, a jak dałbym radę spać po osiemnaście godzin, trwałby tylko pół roku. Marzyłem, by przespać całość i wyjść na drugi dzień. Marzyłem, by zapaść w śpiączkę, taką dwuletnią i obudzić się jako wolny człowiek. Wrócić do kolegów, w jedną noc zarobić kasę na alkohol i kobietę, a potem żyć.
Czemu nie kazali mi pracować? Powinni zmusić mnie, bym całymi dniami kopał rowy! Powinni mi kazać trzymać w dłoniach łopatę, aż ręce nauczą się, czym jest praca! To dziwne, ale czułem się oszukany. Wcześniej myślałem, że jestem wybrańcem a życie to kochanka, która wszystko mi odda w imię mojego istnienia. Każdą rzecz mogłem sobie zwyczajnie wziąć. Bo tak chciałem, bo było mi to potrzebne, albo zwyczajnie, miałem na nią ochotę.
Ze złością wyrwałem z pnia siekierę. Coś się zmieniło. Coś we mnie się zmieniło.
Z oddali słychać było nadjeżdżający samochód. Pomyślałem, że jakimś cudem czas przyśpieszył i dotrwałem do przerwy obiadowej. Dźwięk motoru narastał, zbliżał się, aż w końcu mogłem go rozpoznać. To nie był agresywny ryk, jaki wydawał gazik leśniczego, lecz wycie zbyt słabego, na masę pojazdu, silnika Poloneza. Jeszcze go nie widziałem, ale już przeczuwałem, że zbliża się do mnie problem. Po chwili wychynął zza wzgórza niebieski radiowóz z białym napisem MO, niosąc za sobą chmurę pyłu, podjechał na skraj polany i tam się zatrzymał. Instynktownie napiąłem mięśnie i pomyślałem o ucieczce, jak iskra przemknęła przez myśl chęć, by się skryć, ale nie zrobiłem nic.
Tęgi policjant wygramolił się zza kierownicy, spojrzał w moją stronę i zaraz zakrył oczy daszkiem służbowej czapki. Ruszył ku mnie. Powoli zbliżał się, a ja nadal trzymałem w dłoniach narzędzie, które w innych okolicznościach zostałoby uznane za broń ofensywną. Jeszcze był daleko i miałem czas by zmienić swoją zawadiacką postawę i odłożyć broń. Stałem zwrócony w jego stronę w lekkim rozkroku i spoglądałem w znienawidzony niebieski kolor zmierzający w moją stronę.
Zatrzymał się kilkanaście metrów ode mnie i bez słowa kiwnął na mnie ręką, bym podszedł.
Pogięło go?! — pomyślałem — nie ma mowy!
Zmilczałem jego polecenie, nadal stojąc z bronią w dłoniach i patrząc na niego kpiąco, a on wyprostował się niczym tyczka i wlepił we mnie ostre spojrzenie.
Naprawdę go pogięło! — kpiłem z niego w duchu. — Myśli, że się go wystraszę? Że podbiegnę jak piesek i grzecznie przywitam go słowami: Witam panie władzo? Co słychać? Czemu to zawdzięczam tę wizytę?
— Podejdź synu! — basowy głos pasujący do masywnej postaci niebieskiego „smerfa”, przerwał moje pełne jadu myśli.
— Nie jestem twoim synem! Zrób swojego albo poproś sąsiada, jak nie potrafisz!
Zmarszczył brwi, a gęsty wąs drgnął nerwowo pod szerokim nosem, otaksował moją postać i głosem nieznoszącym sprzeciwu powiedział:
— Jak ja podejdę, to ty …
— A witaj, synku! — przerwał mu Maciejak, który nagle pojawił się kilka kroków za mną.
— Dzień dobry, tato — odpowiedział policjant zmienionym, spokojnym tonem.
Stary stanął obok mnie.
Zaskoczony ich przywitaniem spojrzałem to na Maciejaka, to na twarz milicjanta. W oczach pod czarnym daszkiem służbowej czapki dostrzegłem te same oczy co u starca. W krótkiej ciszy, jaka nagle zapanowała, jeszcze raz szybko spojrzałem na stojącego kilka metrów przede mną policjanta, a potem na Maciejaka. Dostrzegłem podobieństwa w budowie ciała, tylko stary był trochę niższy, bo się lekko garbił, był też szczuplejszy zapewne z powodu wieku i pracy jaką wykonywał.
Policjant ponownie spojrzał mi w oczy, zmieniając gwałtownie wyraz twarzy, na mało życzliwy, ale już nie wściekły.
— Mam sprawę do tego tu obywatela. Chcę pogadać z naszym nowym mieszkańcem — Przybrał szyderczy uśmiech i dodał. — Przywitać w naszej społeczności.
— A co ty nie wiesz, gdzie on mieszka, że po lasach za nim leziesz?
Policjant zmieszał się, otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, ale nie usłyszeliśmy nic.
— Zygmunt jest gościem u Turka, dla twojej informacji, ale ty to wiesz, prawda? — w głosie starca słychać było naganę.
Czarny wąs zadrgał nad grubymi wargami.
— Tato — wypowiedział prośbę błagalnym tonem — ja pracuję. Możesz zostawić nas na chwilę? Nic mu się nie stanie. Obiecuję — i położył dłoń na sercu, a oczy uśmiechnęły mu się chytrze.
— Ty lepiej powiedz, kiedy przyjdziesz skopać matce ogródek? Czeka już, Bóg wie ile czasu.
— Nie ile, tylko kilka dni. Przyjdę, jak będę miał wolne od służby. — Uniósł wzrok ponad daszek czapki, jakby liczył w pamięci i dodał — w sobotę mam wolne. Jutro do was wpadnę.
— Powiem matce, to przygotuje twoje ulubione kartacze. Dla Joasi też będzie coś, co lubi, to weź ją ze sobą.
— Dobrze tato. Tylko daj mi teraz pracować. Dobrze?
— A małżonka twa, też niech przyjdzie, to pomoże matce przy obejściu.
— Tak, powiem jej. Też przyjdzie. Wszyscy przyjdziemy — i jakby chciał wejść ojcu w słowo, uprzedzić kolejne zdanie, dodał — wiem, też dostanie kartacze, bo je bardzo lubimy, tato. Tylko na Boga daj mi porozmawiać z tym tu — rzucił wzrokiem w moją stronę — obywatelem.
— A od kiedy ty na Boga się powołujesz, che? Nawróciłeś się nagle? To może w kościele cię zobaczym?
Słuchając ich, pomyślałem, że to się nigdy nie skończy i miałem wrażenie, że tylko im przeszkadzam. Nie istniałem w tej rozmowie, a z ich postawy i coraz wyższego tonu, doszedłem do wniosku, że skończy się to rodzinną awanturą. Wbiłem siekierę w gruby pień powalonego drzewa i ruszyłem w stronę Poloneza.
Rozmowa syna z ojcem nadal brnęła ku tragedii, ale gdy dotarłem do połowy drogi, nagle urwała się i po krótkiej ciszy usłyszałem prawie łagodny, z nutą żalu głos milicjanta.
— Cześć tato. Widzimy się jutro.
— Dobrze synku — starzec odpowiedział życzliwie.
Zatrzymałem się przy radiowozie i oparłem tyłkiem o tylne drzwi wysłużonego już modelu z fabryki na Żeraniu.
Antoni nie odszedł, tylko usiadł, oparł łokcie na kolanach i podpierając jedną dłonią głowę, przyglądał się nam.
— Czego chce ode mnie władza? — spytałem, gdy tylko zbliżył się do mnie syn Maciejaka.
Spojrzał ukradkowo mi w oczy.
— Tylko zamienić słowo.
Niezręczna rozmowa ze swoim ojcem w mojej obecności mocno zachwiała jego pewnością siebie.
— Słucham?
— Przyjechałeś z Czarnego, zgadza się?
Na wspomnienie miejscowości, w której trzymano mnie dwa lata za kratkami, włosy zjeżyły mi się na karku.
— Pytałem o coś?!
Szybko otrząsnął się, po rozmowie z ojcem i jego głos już nie brzmiał tak łagodnie.
— Tak — odpowiedziałem, butnie patrząc mu w oczy, lecz w gardle czułem twardą grudkę wstydu. Pierwszy raz ktoś powiedział mi, że jestem byłym więźniem i coś we mnie skurczyło się, jakby nie chciało być świadkiem tej sceny.
— Po co tu przyjechałeś?
Na to proste pytanie nie umiałem odpowiedzieć. Niby gdzieś tam w głębi siebie wiedziałem, że „mendy” nie zapomną o mnie i każdy „pies”, gdy tylko natknie się na nowego mieszkańca, zaraz sprawdzi go w kartotece. Jeden telefon i już wszystko wiedzieli. Więc co miałem mu powiedzieć? Że przyjechałem tu, bo zachciało mi się mieszkać w lesie? Wśród drzew? Pracować, waląc siekierą przez cały dzień? A czemu by nie — pomyślałem i tak też odpowiedziałem.
— Rąbać drzewa.
Chyba go zatkało, bo zrobił minę, jakby mu coś stanęło w gardle, cofnął głowę i lekko nią potrząsnął na boki, marszcząc przy tym brwi.
— Rąbać drzewa — powtórzyłem. — Pracować w lesie. Siekierą.
— Ty mi tu nie chrzań o lesie! — Oprzytomniał i zrobił minę złego policjanta. — Mów co robisz w moim rejonie? Po co tu przyjechałeś? Nie tęskno ci do miasta? Do koleżków? — Przybrał na twarz szyderczy uśmieszek i dodał — Tu nie ma zbyt wielu samochodów.
To zabolało. Gnida szybko odkrył, jak mnie wyprowadzić z równowagi, a ja go już prawie nie nienawidziłem. Złość gotowała się we mnie i gdyby nie świadomość, że przygląda się nam starzec, pewnie zrobiłbym coś głupiego.
Policjant zrobił krok w moją stronę, zbliżył twarz do mojej na odległość centymetra i wbił we mnie swoje szare oczy. Poczułem jego zapach. Swąd przepoconego munduru i mdłą woń mydła do golenia. Tak śmierdział każdy „pies” i zmiana nazwy z milicja na policja w niczym nie pomagała. „Pies” zawsze będzie śmierdział „psem”.
— Póki jesteś na moim terenie — zaczął — nawet nie próbuj, nawet nie pomyśl, by coś wykręcić. Pamiętaj, będę miał na ciebie baczenie. Nie zrobisz nic, o czym ja bym się nie dowiedział. Nigdzie się nie ukryjesz przed moim wzrokiem. Dobrze to sobie zapamiętaj, synku.
Zaczynałem się uspokajać. To nie była moja pierwsza rozmowa z władzą. Zdążyłem przywyknąć. Wiedziałem, że w końcu się wystrzela i będzie musiał to skończyć. „Psy” zawsze straszą, gdy nic nie mają na swą ofiarę. Nic nie mogą zrobić, więc tylko warczą, groźnie patrzą i szczerzą zęby. Jak ten. Gdyby miał coś na mnie, odbyłoby się to w milczeniu. Skułby mnie kajdankami i zapakował na tylne siedzenie radiowozu. Wiec patrząc mu w oczy obojętnym i znudzonym wzrokiem, czekałem, aż skończy.
W końcu zamilkł, widząc, że jego słowa nie robią na mnie żadnego wrażenia i stroszy się na próżno. Chyba nigdy wcześniej nie miał do czynienia z byłym więźniem. Z osobą, która przebywała dwadzieścia cztery godziny na dobę ze służbą więzienną. Powinien domyślić się, że zanim dałem się złapać, byłem kilka razy przesłuchiwany na komendzie, wielokrotnie straszony, przetrzymywany bez wyjaśnień i bity, tak by nie było śladów, przeważnie grubą książką w głowę, więc zdążyłem się uodpornić na takie gadanie.
Odsunął się ode mnie, nie puszczając wzrokiem moich oczu. Tak jak ja nie dałem się zgnoić jego gadką, tak i on nie wypadł ze swojej roli twardego przedstawiciela prawa. Ile razy to już widziałem? Zbyt wiele.
— Postaraj się, abyśmy nie musieli znowu rozmawiać. Uwierz mi. Tak będzie dla ciebie zdrowiej.
— Dla ciebie też — powiedziałem, nie mogąc powstrzymać się przed tą małą przyjemnością wbicia mu szpilki w oko.
Na jego twarzy odmalowało się zaskoczenie. Najwidoczniej nie spodziewał się z mojej strony riposty, lecz w ułamku sekundy pod jego czarnym jak węgiel wąsem, pojawił się uśmiech.
— I tu się mylisz synku. Jesteś dla mnie łatwą ofiarą. Zrób coś nielegalnego. Ukradnij samochód, łódkę. Zabierz z podwórka rowerek. Idź nie tą stroną jezdni, co trzeba, a zwalę się na ciebie jak wszystkie nieszczęścia świata. — W jego twarzy widziałem autentyczną radość. Wyglądał jak człowiek, któremu obiecano długo oczekiwany awans i zrozumiałem, że on nie blefuje. Czułem, że tracę grunt pod stopami.
— Dasz mi taką szansę? — Uśmiechał się zwycięsko, a ja starałem się, by nie dostrzegł w moich oczach paniki. Czekał przez chwilkę, przyglądając się bacznie mojej twarzy, a ja czułem w sercu ogromną niesprawiedliwość.
— Jesteś na zwolnieniu warunkowym. Masz się meldować w komisariacie raz w tygodniu, zrozumiano?
Nie czekał na moją odpowiedź. Nie musiał. Gdybym zapomniał zameldować się lub zaczął się ukrywać, szybko cofnięto by darowany rok i wróciłbym do paki odsiedzieć resztę wyroku. Poruszyłem się nerwowo, chcąc ukryć swe oczy, w których z pewnością zobaczyłby moją niepewność.
Odwrócił się w stronę Maciejaka, kiwnął do niego ręką i krzyknął:
— Cześć tato!! Do jutra!!
Nie patrząc na mnie, wsiadł do Poloneza, zastartował silnik i odjechał.
Byłem zły. Na niego, za zgnojenie mnie. Na system, że taki gnój ma nade mną władzę. Na cały świat, że… Przecież swoje odsiedziałem! Powinienem być czysty jak niezapisana kartka. Powinienem być traktowany jak każdy inny obywatel, a nadal byłem dla nich złodziejem, elementem, marginesem! Tym którego trzeba się pozbyć! Wygnać ze społeczeństwa! Najlepiej zamknąć gdzieś, na stałe! Tak, by nikt już nie musiał się mnie obawiać.
Byłem też zły na siebie, że dałem się zastraszyć byle „psu” z jakiejś wiochy na końcu świata. Cicho przekląłem kilka razy, po czym ruszyłem w stronę Maciejaka.
Wróciliśmy do pracy. Stary nie pytał, czego chciał jego syn, a ja nie miałem zamiaru mu tego wyjaśniać.
Od początku dnia miałem ochotę zagadnąć Maciejaka i wypytać o Kupre i jego wilka, ale po wizycie władzy, było mi wszystko jedno i nie miałem chęci na rozmowę z kimkolwiek. Chwyciłem siekierę i wyładowywałem frustrację na powalonych, bezbronnych drzewach. Dużo myślałem, analizowałem nową sytuację, w jakiej się znalazłem i zastanawiałem się, co zmieni w moim życiu wizyta komendanta. Czy faktycznie będzie mnie pilnował, czy tylko straszył? Nie miałem zamiaru wracać do tego, co robiłem przedtem, ale wiedziałem, że jak władza zechce, to znajdzie powód, by utrudnić mi życie. Mógł zmusić mnie, abym odszedł z jego terenu, lub nawet zamknąć z powrotem do paki. Wystarczyło, że ktoś coś zawinie, że cokolwiek zginie, a winny szybko się znajdzie. Byłbym to ja, były więzień i kryminalista. Człowiek, który nigdy nie pracował uczciwie. Byłem obcy i nikt by mi nie dał alibi ani nie poręczył za mnie. Ten „pies” mógł rozpowiedzieć po okolicy, kim byłem, skąd przybyłem i co robiłem. Z taką opinią nikt by mi już nie zaufał, nie przyjął do domu, nie zaprosił do stołu. Pozostałoby mi… wrócić do miasta na co nie miałem ochoty.
W lesie nikt nikogo nie pytał, skąd przybyłeś i co tu robisz. Nie sprawdzał świadectw ani nie wymagał wykształcenia. Nie żądał podań, listów motywacyjnych i całej tej pierdologii papierkowej. Tu był inny świat. Las, drzewo, siekiera i człowiek. I to mi odpowiadało. Robota może i ciężka, ale nie wymagała kwalifikacji, miałem gdzie mieszkać, z życzliwości leśniczego miałem też co jeść do pierwszej wypłaty. Miałem wszystko, co było mi potrzebne, a ponadto coś, co liczyło się dla mnie najbardziej.
Spokój, o którym marzyłem przez ostatnie kilka miesięcy, a będąc już na miejscu wiedziałem, że czekałem na to przez całe życie.
W lesie byłem wolny i szczęśliwy. Czułem życie, jak płynie, jak szumi, jak wolno przemija. Bez pośpiechu, w równym tempie i bez gonitwy bo miałem wrażenie, że nie ma potrzeby się śpieszyć gdziekolwiek. Gdzieś uleciał ze mnie głód posiadania wielkich pieniędzy, zniknęło pragnienie posiadania drogiego samochodu, sprzętu stereo, złotego zegarka i ciuchów z zachodu. Nie było tego we mnie i wiedziałem, że tak jest wygodniej, prościej i lepiej. Zmęczyło mnie życie w ciągłym napięciu. W wiecznym pędzie ku szczęściu kupionym za pieniądze. Bo wszystko, co wcześniej miałem zwyczajnie kupowałem. Mimo że pieniądze przychodziły mi łatwo, to nigdy nie posiadałem ich zbyt dużo. Nie miałem złotego zegarka, wypasionej fury i urządzonej bogato chaty. Tylko stary samochód, pokój u kolegi i dziewczynę, która udawała, że mnie kocha.
Teraz miałem inny cel. Żyć dla siebie, nie dla pieniędzy i spełnić swoje marzenia. Nigdy wcześniej tak nie myślałem. Było wręcz odwrotnie. Wszystko, czego pragnąłem, o czym marzyłem, musiałem sam wywalczyć. Wyrwać życiu lub ludziom. Wykraść, zabrać, przywłaszczyć. A teraz nigdzie mi się nie spieszyło. Byłem tu i teraz i nic się więcej nie liczyło. Wcześniej nie znałem tego uczucia, a świat był dla mnie polem walki. Kto sprytniejszy, szybszy i silniejszy, ten otrzymywał nagrodę: szczęście, pieniądze, kobiety, wszystko!
Więzienie mnie zmieniło. Moja pierwsza wpadka, głupia i wstydliwa. Wyrok w zawieszeniu, a potem kolejna. Na szczęście nie przybili mi wszystkiego a tylko paragraf czternaście — krótkotrwałe użycie pojazdu. Nie znaleźli świadków. Nie było nikogo, kto by mnie wsypał. Musieli mi odpuścić wiele uczynków z braku dowodów, ale zrobili z tego wielką sprawę; była prasa, były zdjęcia i dostałem po całości. Trzy lata w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Gdy usłyszałem „Czarne”, nogi ugięły mi się w kolanach. Wiedziałem, czym jest to więzienie, znałem je dobrze z opowiadań. Znałem ludzi po „Czarnym”, znałem ich przed odsiadką i nie poznawałem ich po powrocie. „Czarne” ich zmieniało. Na gorsze. Stawali się bezwzględnymi, pozbawionymi zasad ludźmi. Unikałem ich, bałem się ich, nie chciałem stać się taki jak oni. Pragnąłem być kimś innym. Nowym człowiekiem, a może… jak się nad tym dobrze zastanowić, być właśnie sobą. Zacząć być wreszcie Zygmuntem. Nie ksywą na mieście, lecz właśnie Zygmuntem. Kimś z imienia i nazwiska. Takim, jakim poznał mnie Turek, Maciejak i inni.
Ten „pies” mógł mi w tym przeszkodzić. Mógł to zrobić, a ja nie wiedziałem jak temu zapobiec. Mogłem tylko czekać, mieć nadzieję, że nic się nie zdarzy. Modlić się, że nikt nie będzie miał ochoty coś ukraść na moje konto.
Młotek uprzedzał mnie, że w małym miasteczku się nie ukryje, że milicja szybko mnie wyłapie i będą próbowali, pozbyć się mnie.
— Musisz być ostrożny — mówił — nie włóczyć się nocami, nie wdawać się w bójki, nie pić do upadłego.
Więc postanowiłem, że nie będę pił, wychodził w nocy, nie będę wdawał się w bójki. Czy mogłem zrobić coś więcej? Coś przyszło mi do głowy. Chytry plan. Gdyby tak bardziej zaprzyjaźnić się z Maciejakiem, a jeszcze lepiej, z panią Gertrudą? To mogłoby przekonać ich syna, by dał mi spokój. Pomyślałem, że to dobry plan i nie widziałem w tym nic nieuczciwego. Lubiłem Maciejaka, a jego żona była uroczą starszą panią, którą mógłbym traktować jak własną babcię. Już widziałem się w ich domu, przy wspólnym posiłku, na który chętnie by mnie zapraszali. Komendant musiałby sobie odpuścić, bo niby co by powiedział ludziom, że jego rodzice zapraszają na obiad kryminalistę?
Po krótkich rozważaniach utwierdziłem się w przekonaniu, że to plan doskonały. Musiałem tylko szybko go wdrożyć, zanim ich syn nie wpadnie na jakiś pomysł, który uniemożliwi mi jakikolwiek ruch, poza ucieczką.
Gdy usłyszałem nadjeżdżający gazik Turka, byłem już gotowy. Odczekałem, aż stary podejdzie do mnie i bez zbędnego wstępu, powiedziałem:
— Ja mógłbym pomóc w ogródku.
Starzec zatrzymał się i spojrzał na mnie zaskoczony.
— Mógłbym skopać wam ogródek — dodałem — chętnie to zrobię.
Szkliste szare oczy zwęziły się do cienkiej linii.
— Zrobię to za darmo.
Jego spojrzenie nie wróżyło nic dobrego. Zacząłem obawiać się, że przejrzał mój plan i jest zły na mnie.
— Nie, Zygmuncie. Zrobi to syn — odpowiedział stanowczym tonem, po czym ruszył w kierunku gazika.
Nie odezwaliśmy się do siebie przez drugą część dnia, a ja odpuściłem sobie chwilowo plan zaskarbienia sobie Maciejaków.
To dziwne, ale pod koniec dnia, zapomniałem o bólu w plecach i ramionach. Tak jakby ciało poddało się i przestało błagać o litość. Skóra na dłoniach stała się obca w dotyku, ale bąble zniknęły bez śladu. Wydało mi się to niezwykłe, ale nie szukałem zbytnio wytłumaczenia. Było git.
Wróciliśmy z Turkiem do leśniczówki, gdy było już szaro. Prawie nie rozmawialiśmy, spytał tylko, jak mi dziś poszło i czy potrzebuję maść na pęcherze? Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że praca mi się podoba, a dłonie już przywykły i nie mam pęcherzy. Leśniczy pokiwał głową, patrząc na mnie z uznaniem.
Domyślałem się, że Turek wie o moim spotkaniu z policją i spodziewałem się, że zacznie mnie wypytywać, on jednak milczał, czego trochę żałowałem, bo chciałem o tym z nim porozmawiać.
W domu cisza i pustka. Zapaliłem światła w korytarzu, a potem w kuchni. Turek został na zewnątrz, mówiąc, że chce sprawdzić obejście. Cokolwiek miał na myśli, zajęło mu to zaledwie kilka minut. Zanim wszedł do domu, woda już gotowała się na małej kuchence elektrycznej.
— Herbata? — spytał.
Pokiwałem głową.
— A może masz ochotę na mały kieliszeczek czegoś dobrego? — dodał, puszczając do mnie konspiracyjny uśmieszek.
Piekielny bimberek — pomyślałem — czemu nie. Było już po robocie, piątek wieczór, a poza tym zapraszał mnie mój pracodawca i gospodarz. Nie mogłem i nie miałem ochoty odmówić.
— Z przyjemnością się napije — odpowiedziałem i żeby zabrzmiało skromnie, dodałem — ale tylko po jednym.
Spojrzał na mnie zdziwionym wzrokiem, a ja pomyślałem — po co ta udawana skromność?! Kogo chciałem oszukać? Siebie, czy jego?
Odwrócił się i poszedł do swojego gabinetu.
Czemu nie obróciłem tego w żart? Mogłem uśmiechnąć się i udać, że to dowcip, który nie wyszedł, a tak czułem się jeszcze większym oszustem, niż byłem.
Zalałem wrzątkiem dwie szklanki z sypką czarną herbatą. Taką samą, jaką piłem w więzieniu, Yunnan, w kartonowym prostokątnym opakowaniu. W odpowiedniej dawce, mniej więcej pół na pół z wodą, dawała niezłego kopa, po którym słychać było w głowie bicie własnego serca. Trunek nie pozwalał spać, czasami całą noc, dręczył suchością w ustach, szybkim oddechem, ale sprawiał, że rozmowa w celi kwitła nowym życiem. Dawał złudzenie, że ludzie, z którymi siedziało się kilka lat, są ciekawsi, bardziej interesujący jako mówcy i bardziej zaangażowani jako słuchacze. Czaj działał jak alkohol i tak był traktowany za kratami. Piło się go okazjami, ale i też nałogowo.
Turek wrócił z pękatą butelką wypełnioną czerwonym płynem. Postawił na stół i wyciągnął z szafki dwa kieliszki. Malutkie jak naparstki i na wysokich nóżkach. Szkło było grube i głęboko szlifowane w romby. Dyskretnie spojrzałem na szyjkę butelki i korek. Banderola była zerwana. Utwierdziłem się tylko w podejrzeniach, bo i tak wiedziałem, że etykieta na butelce nie ma nic wspólnego z jej zawartością.
Usiedliśmy naprzeciw siebie. Czerwień wypełniła szkło, była jak krew. Czemu pomyślałem właśnie o krwi?
— Jeszcze ci nie mówiłem, Zygmuncie, ale nie mieszkamy tu sami.
No jasne — pomyślałem — drugi pokój na górze, ten od poduszki pachnącej miętą.
— Jutro przyjeżdża moja siostrzenica.
Jego oczy powędrowały po mojej twarzy, jakby chciał coś z niej wyczytać. Nie poruszyłem się, a mój wzrok nadal obserwował załamanie czerwieni na jednym z rombów szkła, które trzymałem na wysokości twarzy. Udałem, że nowa informacja jest mi obojętna i nie chciałem mu zdradzić, że wzmianka o dziewczynie, z którą będę dzielić poddasze, sprawiła iż poczułem dziwny niepokój.
— Pojadę po nią z samego rana, więc zostaniesz w domu sam.
Jego słowa zabrzmiały jak ostrzeżenie. Spojrzałem mu w oczy i pomyślałem: za kogo on mnie uważa?
Zrozumiał, pokiwał przecząco głową i szybko wytłumaczył:
— Chciałem cię tylko uprzedzić, że rano wyjeżdżam do miasta i wrócimy być może pod wieczór. Chciałem, żebyś wiedział.
Pierwszy raz widziałem go zmieszanego.
— Nie ma problemu — odpowiedziałem z lekkością, starając się, by słowa zabrzmiały jak najbardziej naturalnie. Nie chciałem, by czuł zażenowanie. Nie w chwili, gdy zbierałem się na odwagę, by mu opowiedzieć o sobie.
Kieliszek w jego palcach obracał się wokół własnej osi. Krwisty płyn lekko drgał w grubym szkle, tworząc na zewnątrz nierówne linie.
— To nalewka z wiśni. Kiedyś robiła ją moja matka — powiedział z nostalgią, nadal spoglądając na obracający się kieliszek. Jasna żarówka oświetlająca kuchnie jakby straciła swą moc. Zrobiło się smutno i poczułem żal. To była tęsknota za kimś ko był daleko i kogo się kocha. Za matką. Niewidzialna siła zdusiła mi pierś, uciskając serce i dławiąc gardło. To moja matka.
— Wypijmy Zygmuncie! — To był już inny Turek. Ten twardy i stanowczy. — Wypijmy za nasze matki!
Zbliżyłem małe szkło do ust.
— Za nasze matki — głos lekko mi zadrżał, przechodząc przez twardą grudkę w gardle, po czym wlałem krwisty płyn z nadzieją, że to ukoi mój smutek.
Słodki, gęsty i spirytusowy — tak bym określił jego smak. Pozwoliłem płynowi rozlać się po policzkach, zanim wpuściłem go w siebie. Intensywny smak wiśni był tak mocny… jak może być miłość matki.
Nie chciałem o niej myśleć, nie w tym momencie. Oczy zapiekły mnie, grożąc potokiem łez, więc spojrzałem w bok, na emaliowany bielą zlew i szafkę obok, na dwie filiżanki herbaty, które stygły i wydały mi się, jakby były z innego świata.
— Panie Turek… Chcę coś panu opowiedzieć o mnie.
Poczułem, że najgorsze mam za sobą, a przecież był to tylko wstęp, zapowiedź tego, z czego chciałem się zwierzyć.
Spojrzałem w twarz leśniczego, był spokojny i skupiony na mnie.
— Trzy dni temu wyszedłem z więzienia.
Spuściłem wzrok i czekałem. Czekałem, ale nic się nie działo, nie padło żadne pytanie, nie usłyszałem żadnego dźwięku z jego ust, nie poruszył się nawet. Zapadła cisza, w której usłyszałem dalekie pohukiwanie sowy. Swoim huuu-huuu, huuu-huuu jakby wyrażała swoje zaskoczenie moimi słowami. Tylko ona. Nikt więcej. Zastanawiałem się, co teraz zrobi mój gospodarz. Czy dalej będzie chciał, bym mieszkał pod jego dachem? Nie byłem pewny jego decyzji, ale wiedziałem, że zrobiłem dobrze. Matka uczyła mnie, że prawda prowadzi do dobra. Znowu ona. Matka. Sowa nie przestawała pohukiwać, a ja nie umiałem zdobyć się na kolejny krok.
Ręka leśniczego chwyciła butelkę i ją uniosła. Śledziłem jej ruch z nadzieją w sercu, jakby od niej zależało wszystko. Butelka zatoczyła łuk, jak pływak skaczący do wody, skierowała się w moją stronę i napełniła czerwienią mój kieliszek. Potem zrobiła to samo z drugim kieliszkiem. Uniosłem oczy na gospodarza, wpierw na złożone ręce pod brodą, na jasną bliznę wzdłuż szczęki, a potem na jego oczy, spokojne, bez śladu niepokoju.
— Wiedziałem, Zygmuncie — powiedział spokojnym głosem — od chwili, gdy cię pierwszy raz zobaczyłem.
Tamtej nocy długo rozmyślałem o tym, co się wydarzyło w ciągu dnia. Zwłaszcza nad moją spowiedzią przed Turkiem. Tak. To była prawdziwa spowiedź. Bez ukrywania, przyznałem się do wszystkiego. Opowiedziałem mu o moich najgorszych uczynkach: jak wyrwałem kluczyki mężczyźnie, brutalnie go uderzyłem i wskoczyłem do jego auta. Śmiejąc się, patrzyłem w lusterko, jak wstaje i spogląda na odjeżdżający samochód. Nie krzyczał, nie biegł za mną, wydawał się, że nie rozumie, co się stało. A potem zadzwoniłem do niego i podałem cenę za odzyskanie auta. Odpowiadał krótko i spokojnie, jak ktoś, kto został pokonany, a ja miałem nad nim władzę.
Jak dostałem zlecenie na konkretny samochód. Włamałem się do mieszkania młodego małżeństwa, by odnaleźć klucze i dowód od nowiutkiej „beemki”. Poszedłem do ich sypialni i patrzyłem, jak śpią. Klucze leżały na nocnej szafce wraz ze świeżutkim dowodem. Nie zostawiłem żadnych śladów, ale i tak wiedzieli, że tam byłem. Nigdy nie odzyskali samochodu, który jeszcze tej samej nocy przekroczył wschodnią granicę. Ze zwieszoną głową, opowiadałem o rozbieranych samochodach, o wywożeniu ludzi do lasu, bo mieli ochotę powiadomić milicje, o pobiciach, w których brałem udział.
Turek nie przerywał mi, a ja wpatrzony w punkt na sole, zwierzałem mu się z moich grzechów. Gdy skończyłem, gdy zrzuciłem ciężar który mnie dręczył, poczułem wdzięczność i maleńką radość z tego, że nie muszę się dalej ukrywać, że teraz on wie, kim jestem, kim byłem i mogę zacząć od początku.
Turek chwilę milczał, a potem zadał pytanie. Spytał, co dalej zamierzam robić.
Powiedziałem prawdę, że nie chcę wracać do miasta, bo tam czeka na mnie stare życie, koledzy i wszystko to, czego już nie chcę robić. Że pragnę zacząć od początku: pracować, kupić dom, pokochać i być szczęśliwy.
Potem spojrzałem mu w oczy. Zobaczyłem w nich zrozumienie i troskę. Patrzył na mnie jak ojciec. Miałem ochotę puścić napięte mięśnie i uwolnić bulgoczący we mnie żal i wstyd. Długo siedzieliśmy, wlewając w siebie małe porcje krwawej słodkości. Turek nie roztrząsał tego, co mu opowiedziałem. Nie pytał więcej o nic, tylko patrzył na mnie życzliwym spojrzeniem, prawie z wyrazem radości na twarzy, jakby spotkał dawno niewidzianą osobę.
Na koniec opowiedziałem mu o wizycie policjanta i nakazie meldowania się co tydzień. Uśmiechnął się i powiedział, bym się zbytnio tym nie przejmował. Tłumaczył, że przecież to syn Maciejaka, dobry człowiek i uczciwy. Zapewniał mnie, że zna go dobrze i nie wierzy, by zrobił krzywdę niewinnej osobie.
Alkohol i jego słowa uspokoiły mnie. Zacząłem inaczej patrzeć na swoją przyszłość. Turek obiecywał, że z czasem będzie mi lżej i łatwiej, tylko muszę być cierpliwy i wytrwały. Mówił to z radością i taką pewnością, że gdy kończyliśmy rozmowę i szedłem do swego pokoju, cieszyłem się jak dzieciak, który ma jutro otworzyć świąteczne prezenty.
Za uchylonym oknem, drzewa cicho szumiały. Tej nocy długo patrzyłem w mrok nieba i układałem na nowo plan i tym razem byłem go pewny. A potem śniłem o lesie, drewnianym domku i szczęściu, które w nim na mnie czekało.
Rozdział 5
o platynowej kobiecie, Demonie, dziewczynie i leśnych istotach.
Obudziłem się późno. Las śpiewał tysiącem ptaków i miałem wrażenie, że był już środek dnia. Spojrzałem w lekko uchylone okno, próbując odgadnąć godzinę. Nie udała mi się ta sztuka i stwierdziłem, że muszę sobie kupić zegarek.
Zszedłem do kuchni i zabrałem się za przyrządzenie śniadania. Nic szczególnego: herbata, pętka kiełbasy z lodówki i kawałek chleba. Moje myśli zaprzątała dziewczyna, która miała przybyć tego dnia. Zastanawiałem się, jaka jest. Czy będzie to napuszona damulka, która nie ma ochoty na rozmowę z robolem, a może równa babka, z którą, jak to się mówi, można konie kraść.
Zacząłem fantazjować na temat jej wyglądu, ale dałem sobie z tym spokój. W końcu za kilka godzin miałem się przekonać o tym osobiście. Wpychając w usta kiełbasę, starałem się nie myśleć o niej, a o tym, co widziałem przez okno. Więc z zadumą spoglądałem na słoneczne promienie przebijające się przez korony drzew, na plamy światła kładące się między świerkami i kontemplowałem, jak pięknie wygląda świat, gdy nie ma w nim betonu i stali. Zmuszałem się do myślenia o drzewach, ptakach i jeleniach, a i tak pod koniec śniadania miałem w głowie gotowy obraz dziewczyny o blond włosach i niebieskich oczach.
Zegar z drugiego pokoju wybił godzinę dziesiątą. Powinienem udać się do wioski, ale przedtem postanowiłem wrócić do swojego pokoju i posprzątać tam trochę. Nie podejrzewałem, by zajrzała do mojego pokoju pod moją nieobecność, w końcu miałem klucz i mogłem zamknąć drzwi, ale nie wiedziałem, jak potoczy się pierwsze spotkanie, więc na wszelki wypadek posłałem łóżko i schowałem plecak do szafy.
Z rozmowy z Turkiem udało mi się dowiedzieć, że uczy się w mieście, a tu spędza dni wolne od nauki. Dodał, że mieszka tu od czasu, gdy zmarła babcia, która ją wychowywała po śmierci rodziców. Pomyślałem, że coś nas łączy, też nie miałem rodziców, z tym że moi żyli i mieli się dobrze ze swoimi nowymi rodzinami. Nienawidziłem ich za to!
Zanim wyszedłem na podwórko, przez chwilę stałem w drzwiach domu i z przezorności dokładnie rozejrzałem się po okolicy, szukając szarego futra ze srebrnymi oczami. Po ostatnim spotkaniu z Demonem nie byłem już taki pewny siebie i nawet w dzień omiatałem wzrokiem okolice.
Droga do wioski była piaszczysta jak brzeg morza i szło się nią równie ciężko, jak po plaży. Dotarłem do pierwszego zakrętu i na wszelki wypadek spojrzałem za siebie, wypatrując wilka. Nie szedł za mną ani nie dojrzałem niczego podejrzanego w pobliżu, co uznałem za dobry omen. Zwierzę nie potraktowało mnie jak złodzieja uciekającego z fantami.
Spojrzałem na dom. Na swój pierwszy dom w życiu. Byłem w nim tylko lokatorem, ale pierwszy raz czułem, że to dom, do którego chciałem wracać.
Drogę do wioski pokonałem dość szybko. To tylko kilka kilometrów, które wypełniłem myślami o przyszłości, umyślnie unikając wspomnień. Nie chciałem wracać do tego, co było. Ważna była dla mnie tylko teraźniejszość i przyszłość. Książka, którą przeczytałem w więzieniu, zwabiła mnie w to miejsce i wskazała nową drogę. Nie traktowałem jej jak instrukcji, a raczej jak podpowiedź, jak mogę żyć i jak może wyglądać mój świat.
Była połowa czerwca, a słońce rozgrzało powietrze jak w letni dzień. Las tłumił to ciepło, ale gdy wyszedłem z jego cienia na czyste, błękitne niebo, poczułem to gorąco i szybko ściągnąłem ciężką kurtkę.
Przechodząc obok domu doktora, nie zauważyłem nikogo w obejściu, a dom Maciejaków, stojący kilka posesji dalej, wyglądał jakby opuszczony. Spodziewałem się, że zobaczę w obejściu gospodarzy i wąsacza kopiącego w ogrodzie, ale nic z tego. Idąc dalej, przyglądałem się innym domostwom, lecz tam też nikogo nie zauważyłem. Tylko psy szczekały, uwiązane na łańcuchu chodziły nerwowo i ostrzegały donośnym hau, hau, hau, a te małe podbiegały do zamkniętych bram i piskliwym szczekaniem towarzyszyły mi na całej długości ich rewiru. Nikt z ludzi nie reagował na te alarmy. Tak jakby wioska wymarła. Gdzie oni się podziali? — zastanawiałem się — spali jeszcze, bo była sobota?
Sklep odnalazłem tam, gdzie był opisany w przewodniku, na końcu wioski i blisko brzegu jeziora. Był to samotnie stojący płaski budynek z kratami w oknach i napisem „G.S. Społem”. Droga z betonowych płyt oddzielała go od reszty wioski. Prostokątny klocek z brudnożółtymi ścianami i czarnym, krytym papą, lekko nachylonym ku przodowi dachem. Kraty w oknach, masywne metalowe drzwi i szyby zbrojone stalową żyłką. Nie pasował tu. Nie było w nim nic, co choćby próbowało upodobnić go do domów po przeciwnej stronie drogi. Był tu obcy.
Wchodząc do środka, poczułem ostry zapach ryb. Tuż przy wejściu stała duża kuweta wypełniona srebrnymi tuszami, po których biegały tłuste czarne muchy. W głębi, za ladą stała znudzona kobieta po trzydziestce. Rozejrzałem się. W rogu stał stojak z pocztówkami i od razu przypomniałem sobie o Młotku. Szybko wybrałem widokówkę z widokiem jeziora z lotu ptaka.
W takich wioskowych sklepach można było dostać wszystko. Począwszy od masła, a kończąc na ocynkowanym wiadrze na mleko. Często był to jedyny punkt w promieniu kilkunastu kilometrów, więc zaopatrywano je we wszelaki asortyment. Znalazłem nawet mały mechaniczny budzik, na który jednak nie było mnie stać. Pieniądze, które dostałem, wychodząc z Czarnego, mogły mi wystarczyć do pierwszego, ale tylko jeśli oszczędzałem na drogich i zbytecznych rzeczach. Zegar był mi zbędny, na razie, no i cena odstraszała mnie aż nazbyt skutecznie.
Sklep funkcjonował jak mały supersam, więc zabrałem z regału chleb, pasztet w puszce i cztery butelki piwa, wspomnianą pocztówkę, i to wszystko położyłem na ladzie przed milczącą ekspedientką, która miała znudzoną i obrażoną minę. Nabijając ceny na wielką kasę, patrzyła mi w oczy z wyższością typową dla osoby urzędowej. Ja odwzajemniłem się obojętnym spojrzeniem, jakbym wcale nie dostrzegał, jak wredną suką stara się być.
— To będzie trzydzieści sześć tysięcy, czterysta dwadzieścia pięć złotych — rzuciła z obrazą w głosie, lekko przekrzywiając głowę.
Przełknąłem ślinę. Robiłem już zakupy w „nowej” Polsce, ale i tak miałem ochotę krzyknąć — Ile?!!
Zerknąłem na półkę za kobietą i dostrzegłem coś, co mogło mi się przydać.
— Poproszę jeszcze tę czekoladę — wskazałem palcem większą z dwóch tabliczek, ustawionych między butelką żytniej, a długim szeregiem paczek papierosów różnych marek.
Wtem metalowe drzwi za mną otworzyły się z hałasem. Nie odwróciłem się, ale coś mi mówiło, że tak gwałtowne wejście, nie wróżyło nic dobrego. Usłyszałem zbliżające się do mnie kroki kilku mężczyzn i poczułem mrowienie na karku. Kobieta podała mi niebieski prostokąt z tabliczką czekolady i rzuciła szybki uśmieszek nad moim ramieniem.
— Jeszcze sześć tysięcy dwieście się należy — syknęła z wyraźną pretensją w głosie.
Jezu! Co się stało z cenami w Polsce?!
— Jak się macie chłopaki? — rzuciła zawadiacko do stojących za mną osób.
— Po piwku? — spytała całkowicie odmienionym głosem, kładąc na moje rzeczy plastykową siatkę, o którą wcale nie prosiłem.
Jeden z przybyłych podszedł do lady i spojrzał na mnie z boku.
— Krysiu, kochanie, cztery piwa bez kaucji.
Domyśliłem się, że to był ten najodważniejszy, przywódca, reszta tylko obserwowała z tyłu i czekała. Czekała też pani Krysia nerwowo zerkając, jak kładę pieniądze, a potem ładuję zakupy do torby. Kąciki jej ust skakały w górę i w dół jakby nie mogła się zdecydować, czy się cieszyć, czy może martwić. Wydawała się zakłopotana tą sytuacją, jakby przyłapano ją na czymś wstydliwym.
Odwróciłem się i nie spojrzawszy na mężczyznę, ruszyłem w stronę wyjścia. Jednym z czekających był Andrzej z lasu. Rozpoznał mnie i zrobił niewyraźną minę.
— Cześć, Andrzej — przywitałem się z uśmiechem, a on otworzył usta i nic nie powiedział, jakby stał się nagle niemową. Nie robiąc sobie z tego nic, minąłem ich i pewny, że mam to za sobą, że nikt więcej się nie odezwie, nagle usłyszałem gromki głos przywódcy stada.
— Ej! Nowy!
Nie zatrzymałem się i dalej wolno szedłem do wyjścia.
— Do ciebie gadam, łysy!
To nie było przyjemne. Odwróciłem się i wbiłem w niego oczy. Wyższy ode mnie o pół głowy, z rdzawymi włosami, oczami głęboko schowanymi pod łukami brwi i z kanciastą szczęką, przypominał mi wikinga z obrazka z jakiejś książki, którą kiedyś przeglądałem. Patrzył na mnie z odrazą i wyższością.
— Czego chcesz?! — odpowiedziałem bez strachu, ale też bez niepotrzebnej wyniosłości.
— A z nami się nie przywitasz?! Co?!
— Nie znam was — odrzekłem, po czym ruszyłem do drzwi.
— Ale może ja mam ochotę poznać cię?! Co?!
Chwyciłem klamkę i otworzyłem drzwi, lecz nim wyszedłem, powiedziałem głośno i stanowczo, tak by wszyscy to usłyszeli, by zabrzmiało to mocnej niż jego słowa.
— Nie chcesz mnie poznać!!
Po czym zamknąłem za sobą drzwi i wolnym krokiem poszedłem w stronę jeziora. Wiedziałem, że prędzej czy później spotkam go jeszcze raz i wówczas nie skończy się tylko na wymianie zdań. Przy następnej okazji najpewniej sprowokuje bójkę między nami. Zrobi to, bo jest jak wilk alfa, który musi pokazać nowemu w stadzie, gdzie jego miejsce. Przyjrzałem się mu dobrze i wiedziałem, że będzie mi trudno go pokonać. Celowo położył dłoń na ladzie tuż przy moich zakupach. Zrobił to, abym mógł przyjrzeć się jej i spłaszczonym od uderzeń kostkom. Ćwiczył jakąś sztukę walki, co było modne w Polsce od czasu filmu z Bruce Lee.
Nie spoglądając za siebie, dotarłem do jeziora. Ależ było wielkie! Ciągnęło się w lewo po horyzont, gdzie cienka linia brzegu znaczyła jego koniec. Wioska leżała po prawej stronie zakola kończącego jezioro. Na wprost mnie była ogromna wyspa, porośnięta wysokimi liściastymi drzewami, a za nią, patrząc na drugi brzeg, widać było budynki miasteczka. Wiedziałem z przewodników, że nazywa się Marty i był tam wielki ośrodek wypoczynkowy, przystań żeglarska i ogromna plaża. Po stronie gdzie ja stałem, był tylko długi pomost, przy którym cumowało kilka łódek kołyszących się leniwie na małych falach dobijających do brzegu. Na niebie pozbawionym chmur latało kilka mew. Rozpoznałem je, były takie same jak te, które latały nad portem w moim mieście. Nie wiedziałem, że latają też nad jeziorami.
Ląd od wody był przedzielony krótką plażą, która kończyła się małą skarpą. Usiadłem na niej i wyciągnąłem z siatki piwo. Otworzyłem jedno z nich, podważając kapsel o kapsel drugiej butelki i wlałem w siebie dwa porządne łyki. Smaczne jak cholera, oceniłem z zadowoleniem, po czym dyskretnie spojrzałem w stronę sklepu. Stali oparci o barierkę schodów i tak jak ja, pili piwo. Ich przywódca, otoczony przez trzech kompanów, wysłuchiwał ich porad. Zapewne namawiali go, by skopał mi tyłek. Sami bali się, ale popatrzeć by chcieli. Andrzej stał trochę z boku ze zwieszoną głową i chyba nie brał udziału w dyskusji. Szkoda, że się mnie wyparł, pomyślałem, mógł być z niego fajny kolega.
Pod sklep podjechał radiowóz i wysiadł z niego zwalisty wąsacz i od razu zrobiło się tam jakby mniej tłocznie.
Słyszałem, jak komendant ich rozganiał:
— Jazda stąd! Do roboty byście się wzięli. Wasi ojcowie pracują w polu a wy co?! — krzyczał na nich.
Na wszelki wypadek odwróciłem wzrok, by nie ściągnąć na siebie jego uwagi.
Spoglądałem na jezioro. Widziałem kilka żagli w oddali. Jak białe trójkąciki przesuwały się leniwie po kobaltowym oceanie. Wydawały się, że stoją w miejscu, nie poruszają się, ale wystarczyło przytrzymać wzrok na jednym z nich i można było dostrzec, jak tło za nim przesuwa się powoli. Zamarzyłem, by kiedyś popłynąć taką żaglówką.
— Co ty tu robisz?
Nie usłyszałem, jak podchodził i mimowolnie lekko drgnąłem.
— Odpoczywam, panie władzo, jest sobota.
Stanął z boku mnie, czarne buty zatrzymały się w miejscu, gdzie kończyła się trawa i ziemia urywała się kilkanaście centymetrów w dół. Być może był to naturalny falochron utworzony przez wodę w czasie większej fali i jezioro docierając w to miejsce, wypłukiwało piasek spod zarośniętego brzegu, tworząc mini urwisko.
Młodszy Maciejak stał, wpatrując się w jezioro.
— Piękne, co? — powiedział z nostalgią w głosie.
Zaskoczył mnie tym innym, niesłużbowym tonem.
— Ma pan na myśli jezioro?
— Tak synku, jezioro — mówił powoli, lekko i z wyraźną sympatią, tylko dlaczego znowu wyjechał z tym synkiem? Przecież już wiedział, że mnie to drażni. Czy chciał być jednocześnie dobrym i złym gliną?
Nabrałem kilka głębszych wdechów i spróbowałem przywrócić w sobie spokój. Jezioro faktycznie było piękne. Ogrom wody i otoczenie wokół, no i wyspa, jak w świecie piratów i te trójkąty białych żagli na ciemnej tafli. Ten widok uspokajał.
Wzdłuż brzegów ciągnęły się wysokie drzewa, chyba buki. Kilka z nich rosło nieopodal. Jasna, szara kora i malachitowe listki, faliście karbowane, ułożone skrętolegle. Zarastały jezioro prawie na całej linii brzegu, robiąc przerwy tylko w miejscach ludzkich osad. To są Mazury, kraina wielkich jezior i bezkresnych lasów.
— W poniedziałek widzimy się u mnie na komendzie.
Przerwał mój spokój i zrobił krok w tył, za moje plecy.
— O ósmej. Komenda jest w Martach — dodał i odszedł w stronę sklepu.
O ósmej, przecież będę w pracy. Chciałem zaprotestować, ale powstrzymałem się. Musiałbym go prosić, a to nie wchodziło w rachubę.
Czas wolno płynie, gdy jest się w takim miejscu i nabiera się ochoty, by pozostać w nim na dłużej. Ja jednak postanowiłem wrócić do domu i wcale nie gnała mnie ciekawość do dziewczyny, którą miałem dziś poznać, lecz zepsuł wszystko komendant, wrzucając mi na głowę kolejny problem. Na dodatek piwo w butelce skończyło się, a trzy pozostałe zarezerwowałem na wieczór i jutrzejszy dzień. Wróciłem do sklepu, by oddać pustą butelkę. Ekspedientka już nie patrzyła na mnie jak na wroga, uśmiechała się do mnie i robiła dziwne oczy, które w innych okolicznościach uznałbym za zalotne. Pomyślałem, że ma ostre zaniki pamięci, skoro nie pamiętała mojej poprzedniej wizyty i tego, jak się ze mną obeszła. Jednak uśmiechałem się do niej, pomny, że nie mam sobie tu robić wrogów i odchodząc, pożegnałem się z nią życzliwym tonem:
— Do zobaczenia pani!
Na co usłyszałem, słodki tęskny głos nastolatki:
— Paaa!
Udałem, że tego nie usłyszałem i czym prędzej opuściłem sklep.
Nie chcąc straszyć kolejnych psów na innych ulicach, postanowiłem wracać do domu, tą samą drogą. Pomyślałem, że często będę szedł przez wioskę, więc może z czasem psy przyzwyczają się do mojego widoku i nie będą tak zajadle szczekały.
W ogrodzie Maciejaków nadal panowała cisza, ale na podwórku stał wóz komendanta. Kilka domów dalej już było widać ścianę lasu. Psy ujadały, podwórka były wyludnione, ale tym razem dostrzegłem w oknach ciekawskie twarze. Jakaś kobieta spojrzała, odchylając firankę tylko tyle, by oczy miały dobry podgląd, a w innym dzieciak oparł się piersią o szybę i bacznie mnie obserwując, coś gadał, do schowanej za nim osoby, lub do samego siebie. Przechodząc obok domu doktora, zauważyłem osobę wchodzącą za budynek. Zwolniłem gwałtownie, licząc na to, że ten ktoś wróci niebawem, a ja zaspokoję swoją ciekawość. Przełożyłem siatkę z zakupami do drugiej ręki, udając, że boli mnie dłoń i wolno idąc, czekałem aż ten ktoś wróci, lecz na próżno. Czyżbym przegapił okazję? Już miałem sobie darować polowanie na doktorka, gdy mijając dom, zobaczyłem kobietę schyloną nad rabatą malutkich kwiatów. Wypinała w moją stronę zadek w obcisłym czerwonym dresie, na plecach miała szary płaszcz, a głowę ciasno przykrywała chusta, spod której dostrzegłem siwe kosmyki włosów. Kucając w czarnych gumiakach, rytmicznie uderzała motyczką w ziemie. Pomyślałem, że to gospodyni doglądająca obejścia doktora. Nie zastanawiałem się długo, w końcu co mi szkodziło zapytać.
— Dzień dobry babciu! — krzyknąłem, chcąc mieć pewność, że mnie dosłyszy.
Kobieta znieruchomiała. Nie obawiałem się nazwać ją babcią. Wypraktykowałem to w mieście, zwracając się w ten sposób do staruszek i zawsze obdarzały mnie życzliwym spojrzeniem. Czemu tu miałoby być inaczej?
— Chciałbym zapytać…? — zawieszam pytanie, czekając, aż kobieta zrozumie, że to do niej się zwracam. Nie była już młoda, a po wychudzonym ciele i siwych włosach domniemałem, że mogła mieć więcej lat niż stary Maciejak.
Poderwała się nagle i obróciła w miejscu z zadziwiającą zwinnością. Zaskoczyło mnie to, ale jeszcze bardziej jej oczy. Wściekłe, rzucające iskrami i… piękne. Zobaczyłem zaciśnięte w cienką linię usta, zgrabny nos i gładkie policzki. Pod supłem chusty, pięknie rysowała się gładka skóra długiej szyi. Poczułem, jak krew zalewa mi twarz, jak płonę. Patrzyła mi prosto w oczy ze złością, przechyliła lekko głowę na bok i powiedziała udawanym, skrzeczącym jak Baba Jaga głosem:
— A witam młodzieńca, w czym mogę pomóc?
— Przepraszam panią najmocniej. — Schyliłem głowę na znak skruchy i szybko dodałem wytłumaczenie. — Ten kolor włosów mnie zmylił. Przepraszam.
Jej oczy uśmiechnęły się zwycięsko, a ja paliłem się wstydem, czując żar na policzkach i szyi. Zrobiła kilka kroków w moją stronę, ale nie zbliżyła się do płotu i ściągnęła chustę z głowy.
— Ten kolor? — spytała głosem kobiety pewnej siebie i swojej urody. Potrząsnęła głową, by włosy nabrały puszystości i dopiero wówczas podeszła bliżej.
— Nie znam cię. Jesteś tym nowym pracownikiem leśnym? — Biła z niej pewność, dostojność i wyższość. Poczułem się jak uczniak przy szkolnej tablicy.
— Mieszkasz u Włodka? Prawda?
— Mieszkam u pana Turka — odpowiedziałem, z trudem opanowując zażenowanie. — Tak, pracuję w lesie.
Przyglądała mi się w sposób, jakiego nie znosiłem. Patrzyła na mnie z góry, jej wzrok powoli przemierzał moją postać, począwszy od oczu, poprzez usta, błądził na mojej piersi, jakby czegoś tam szukała i zatrzymał się na ułamek sekundy tuż poniżej paska spodni, a potem wrócił tą samą drogą, do moich oczu, dręcząc mnie wyniosłym, dominującym spojrzeniem. Chciała mnie onieśmielić i jej się to udało. Uśmiechała się przy tym, jak władczyni nad uległym sługą. Mściła się za staruszkę, a ja pozwalałem jej na to, w milczeniu przyjmując zasłużoną karę. Staliśmy tak chwilę, która wydała mi się potwornie długa i ciężka. Jak wyrok i kara w jednym czasie. Nie protestowałem.
— O co chciałeś zapytać? — spytała nagle, spuszczając wzrok na swoje ręce, które wolno uwalniała z gumowych żółtych rękawiczek.
— O doktora — odpowiedziałem bez ociągania, jakbym śpieszył się gdzieś, gdziekolwiek, byle by jak najdalej od tej kobiety.
— O doktora, powiadasz? — Przyglądała się dłoniom, jakby sprawdzała, czy nie ma na nich skazy.
— Chciałbym dowiedzieć się, kiedy przyjmuje? To znaczy, w jakich godzinach mogę go zastać?
— Doktor przyjmuję w ośrodku zdrowia w Martach — odpowiedziała szybko i z nutką pretensji, a ja żałowałem całej tej sytuacji. Po jaką cholerę zachciało mi się pytać o doktora?! Nie pojmowałem siebie i swoich intencji.
— Rozumiem — odpowiedziałem, ciesząc się jednocześnie, że to zbliżyło mnie do końca rozmowy. Mogłem odejść, więc pożegnałem piękną gospodynię doktora, dziękując i jeszcze raz przepraszając za babcie, na co ona uśmiechnęła się, odsłaniając swoje prawdziwe oblicze. Już nie była pyszałkowatą, obrażoną i żądną zemsty damą, tylko uroczą śliczną dziewczyną.
Pozwoliłem sobie odetchnąć głęboko i się uśmiechnąć do niej pojednawczo.
— Poczekaj.
Zatrzymałem się i zwróciłem w jej stronę.
— To platyna.
Patrzyłem w jej ciemne oczy otoczone długimi rzęsami, pytającym wzrokiem.
— Moje włosy, to platyna. — Usta jej rozpromieniały w uśmiechu, który ujął jej dziesięć lat. Przez ułamek sekundy wyobraziłem sobie, jak idę z nią na dyskotekę i głupie serce, głodne i stęsknione, zrobiło dławiącego mnie fikołka.
— Do widzenia. — Uśmiechnąłem się do niej. — Miło było poznać — dodałem i wydawało mi się, że powiedziałem — „Chciałbym cię poznać”.
Odszedłem szybko, mając nadzieję, że nie usłyszała tego, co ja.
Jak spóźniony na pilne spotkanie dotarłem do lasu i tam dopiero zwolniłem kroku.
— Kurwa, ale ze mnie debil — mruknąłem pod nosem, a potem wyjąłem z siatki piwo, bo nagle poczułem suchość w gardle. Otworzyłem butelkę i nie zatrzymując się, łapczywie wlałem w siebie pół.
Szkoda, że nie jest chłodne — narzekałem w duchu, ale tak naprawdę chciałem stłumić uczucia, które kłębiły się we mnie po niedawnym spotkaniu. Słabo mi to szło, więc postanowiłem zboczyć, pójść na skróty i zająć myśli czymś nowym i nieznanym. Wszedłem więc między drzewa, na suchą, gęsto usłaną malutkimi patyczkami ściółkę i obrałem kurs na dom. Tylko przez sekundę miałem uczucie, że to zły pomysł i nie powinienem oddalać się zbytnio od drogi, ale zagłuszyłem ten głos w sobie. Byłem pewny, że na pewno trafie, być może trochę zboczę z linii prostej, ale nie chybię celu. Drogę miałem po prawej, więc w razie problemu mogłem zrobić ostry skręt i dojść do niej.
Drzewa w tej części lasu były innej barwy, jak te gdzie pracowałem. Ich kora była bardziej spękana i jaśniejszego koloru. Pnie w większości były szerokie, gałęzie zaczynały się wysoko, a z ziemi wystawały garby mocnych korzeni. Pomyślałem, że niedługo przyjdzie na nie pora, powalimy je piłami i siekierami, a potem ktoś przerobi je na deski, meble, czy kartki papieru. Na ich miejsce posadzimy małe drzewka, które za kilkadziesiąt lat urosną w nowy las.
Szło mi się łatwo i przyjemnie. Między drzewami rosnącymi co kilkanaście kroków nie było zbyt dużo krzaków, a ściółka była równa i pozbawiona wiatrołomów.
Minęło już dobre kilkanaście minut, a ja wciąż nie widziałem domu. Zacząłem się zastanawiać, a właściwie to obawiać, czy aby nie zabłądziłem. Postanowiłem lekko skręcić w prawo, w stronę drogi, ale po kilku minutach nadal nie widziałem nic oprócz drzew. Zatrzymałem się.
No ładnie — pomyślałem, rozglądając się dokładnie, zaglądając między najdalsze drzewa, mając nadzieję, że dojrzę dom lub drogę, lub chociaż przerwę wśród nich, która mogła być ścieżką.
Czyżbym faktycznie zbłądził? — zadałem sobie pytanie w myślach, ale szybko odrzuciłem taką możliwość. Kropla potu spłynęła mi wzdłuż kręgosłupa, drażniąc mnie nieprzyjemnie. Otarłem ramieniem mokre czoło. Mogło być już za późno, mogłem zajść za daleko, w złym kierunku i dawno minąć leśniczówkę. Poczułem się nieswojo, a wyobraźnia podsunęła mi upokarzający obraz: Siedzę pod drzewem, wymęczony i zrezygnowany, a wszyscy ludzie we wsi, szukają mnie i co gorsza, odnajdują. Zostaje tym, który jak dziecko zabłądził w lesie.
Nie mogłem do tego dopuścić, musiałem zaryzykować i iść dalej, musiałem odnaleźć drogę, ścieżkę, jakikolwiek ślad, który, wierzyłem w to, doprowadzi mnie do ludzkiej osady, lub drogowskazu, który wskaże mi kierunek.
Przywołałem z pamięci obóz harcerski, na który wysłali mnie rodzice. Uczyli nas tam, jak poruszać się w lesie, jak określić północ obserwując mech na pniach. Jak wyznaczyć kierunek za pomocą zegarka i słońca. Pamiętałem to, ale nic mi to nie dało. Nie widziałem słońca, nie miałem zegarka i w końcu nie wiedziałem jaki azymut obrałem, wchodząc do lasu. Spojrzałem za siebie, zastanawiając się, czy powinienem zawrócić, ale szybko zrezygnowałem z tego pomysłu i ruszyłem, ostro skręcając w prawo, przypuszczając, że tam musi być droga.
Wpatrzony w dal, szukając pośród szarych pni drzew, barwy innej niż las, dostrzegłem ruch. Zwolniłem, by lepiej się temu przyjrzeć i to coś przemknęło między drzewami w oddali i poczęło biec w lewo ode mnie. Zamarłem w miejscu. To był Demon. Okrążał mnie szerokim łukiem.
Rozejrzałem się czy przypadkiem nie ma z nim kogoś, liczyłem na leśniczego, ale nikogo więcej nie usłyszałem ani nie dostrzegłem. Wilk przebiegł ćwiartkę koła, zatrzymał się i zwrócił oczy na mnie. Usiadł. Nikła nadzieja tląca się we mnie, że tylko przez przypadek go tu spotkałem i wcale mnie nie zauważył, uleciała niczym spłoszona jaskółka. Patrzył wprost na mnie i czekał. Tylko na co? Nie wyglądał na wilka, który chce mnie pożreć, a raczej był w nim spokój i jakby przyjazna postawa, nie wzbudzał we mnie lęku jak przy pierwszym spotkaniu.
Nagle wstał i ruszył w przeciwnym do mnie kierunku. Zrobił kilka kroków i zwróciwszy się ku mnie, znowu usiadł.
Czy on chce, abym za nim poszedł? — pomyślałem. — Czyżby domyślił się, że zabłądziłem? To niemożliwe, przecież to tylko zwierzę, nie ma rozumu, kieruję się instynktem, a nie współczuciem.
Wilk ponownie wstał i pokłusował w las, a ja nie mając innego pomysłu, ruszyłem za nim.
Prowadził mnie przez kilka minut, co chwilę zerkając za siebie, jakby sprawdzał, czy nadal idę za nim, po czym gwałtownie przyspieszył i pomknął przed siebie. Pobiegłem za nim, nie bardzo wiedząc co myśleć o jego nagłej ucieczce aż dobiegłem na szczyt wzniesienia, na którym widziałem go ostatni raz i ze zdumieniem dostrzegłem między drzewami rdzawy kolor ściany domu. Uczucie ulgi spłynęło po mnie jak strumień letniej wody w upalny dzień. Z radością w sercu pokonałem ostatni odcinek lasu i wszedłem na tyły domostwa.
Dobra psina — pomyślałem z wdzięcznością i obiecałem sobie, że po wypłacie kupie mu piękny kawał mięsa.
Raźnym krokiem szedłem w kierunku domu. Minąłem drewniany wychodek, garaż z otwartymi wrotami i idąc wzdłuż północnej ściany, wszedłem na podwórze z przodu domu.
Turek grzebał coś pod maską gazika. Stał na małej skrzynce i schylony głęboko, coś w nim majstrował. Przed domem, po prawej stronie od wejścia, na plażowym leżaku siedziała dziewczyna i trzymała przed sobą książkę. Ukrywała twarz przed słońcem białym kapeluszem z szerokim rondem i słonecznymi okularami zasłaniającymi jej połowę twarzy. Ciało zapadnięte w siedzisku z prostokątnego twardego materiału skrywało się przed moim wzrokiem i tylko nogi odziane w czarne spodnie i stopy w sandałach koloru czerwieni, przyciągały moją uwagę. Skierowałem kroki ku niej, a ona nieświadoma mojej obecności, zwrócona w kierunku drogi, czytała grubą książkę. Coś mi mówiło, że specjalnie ustawiła leżak tak, by móc mnie dojrzeć z wyprzedzeniem, gdy będę wracał do domu. Turek z pewnością jej o mnie opowiedział i być może była ciekawa mnie w równym stopniu, co ja jej. Niezauważony przez nikogo, przeszedłem wzdłuż ściany i udając, że wychodzę z domu, podszedłem do niej z tyłu. Spojrzałem jej przez ramie, ciekawy co czyta, ale były to tylko nic mi niemówiące litery na białej kartce. Oczy same mi uciekły na wiśniową bluzkę, w miejsce, gdzie lekko unosiły się piersi dziewczyny. Dwa pierwsze guziki były rozpięte, dając mi sposobność dojrzenia skrawka krągłości. Coś przeleciało mi przez wnętrze, coś, czego dawno nie czułem. Uciekłem przed tym i przed widokiem zgrabnych ud i by ta chwila nie trwała zbyt długo, przywitałem się z dziewczyną:
— Cześć.
Drgnęła niespokojnie i uniosła głowę. Z jakiegoś powodu cieszyły mnie te sekund, w których widziałem jej zaskoczenie. Przeszedłem obok i stanąłem na wprost niej, a mój cień położył się bezwstydnie na dziewczynie. Kruczoczarne włosy spływały gładko wzdłuż jej twarzy, kładąc się na ramionach. Tuż poniżej dołeczka u podstawy szyi dostrzegłem srebrny krzyżyk przywiązany ciasno, cienkim czarnym rzemykiem.
— Cześć — odparła lekko, idealnie maskując zaskoczenie.
— Mam na imię Zyga.
Cienkie, naturalnie czerwone usta rozchyliły się i dolna warga zadrgała nieznacznie.
— Mirella — odpowiedziała, wprawiając podwójne „l” w lekkie drżenie.
— Miło mi cię poznać. — Starałem się być jak najdalej uprzejmy, pomyślałem, że nie zaszkodzi.
— Mi również jest przyjemnie pana poznać.
Wydało mi się, że usłyszałem w jej głosie uszczypliwość.
— Co czytasz? — spytałem swobodnym głosem.
Chyba zaskoczyłem ją, tym nagłym przejściem na luzaka. Starała się poprawić ciało w siedzisku, ale luźny materiał, zawieszony na dwóch poprzeczkach, nie dał jej takiej możliwości i tylko zabujała się między drewnianymi poręczami.
— Nie zainteresuję cię to.
— Skąd wiesz, może jednak?
Złożyła księgę, przytrzymując palcem czytaną stronę i ułożyła na biodrach tak, abym mógł przeczytać tytuł, ale nie zrobiłem tego, nie potrafiąc zbyt długo nie patrzeć na jej twarz i ciemne szkła skrywające oczy. Jakie były? — dręczyło mnie to pytanie.
— To do szkoły? — spytałem.
— Owszem — odparła jakby znudzona, po czym odsunęła czarny kosmyk z policzka.
— Więc musi być nudna. — Postawiłem na powszechny młodzieńczy opór przed nauką. Spojrzała na mnie podejrzliwie.
— Mówiłam, nie zainteresuje cię.
Tym razem wyraźnie usłyszałem znudzenie w jej głosie. Miałem wrażenie, że coś przegrywam. Rozłożyła książkę przed twarzą i najzwyczajniej powróciła do lektury. Dała mi wyraźny znak, że nie ma ochoty ciągnąć tej rozmowy.
Dostrzegłem, że przygląda się nam Turek. Stał na drewnianej skrzynce przystawionej do gazika i wycierał w szmatę dłonie.
— Na razie — rzuciłem krótko i nie czekając na odpowiedź, podszedłem do leśniczego.
— Witam gospodarza.
— Cześć przyjacielu.
— Coś się popsuło? — zagadnąłem z ciekawością.
— Właśnie nie wiem — odpowiedział — w coś uderzyłem na leśnej drodze, chyba w kamień i teraz stuka i trzeszczy na większych dziurach.
— Mogę zerknąć? Znam się trochę na tym.
Turek spojrzał w zamyśleniu na dziewczynę, jakby mnie nie słyszał, po czym zwrócił się do mnie.
— No to zerknij.
Zszedł ze skrzynki i odszedł na bok, nadal wycierając w szmaty ubrudzone dłonie. Pozbyłem się bluzy, nie chciałem zabrudzić jedynej odzieży, jaką posiadałem i zanurkowałem pod auto. Jeśli coś uderzyło, to ślad powinien być od spodu, więc szukałem wgniecenia lub wygiętej części zawieszenia. Pod silnikiem niczego nie znalazłem, ale sprawdzając wahacze prawego koła, zauważam szary ślad pozostawiony przez kamień. Uderzył wprost pod sworzniem kulistym; mógł go uszkodzić.
— Proszę poruszać kierownicą w prawo i lewo — wydałem polecenie Turkowi.
Koło lekko wychylało się, a ja położyłem dłoń na ruchomym elemencie, chcąc wyczuć, czy nie ma w nim luzu.
— To nie to — stwierdziłem zawiedziony — proszę przestać ruszać kierownicą.
Spojrzałem wyżej, tam, gdzie zaczynał się resor i przykręcony do niego amortyzator. Znalazłem usterkę.
Wyszedłem spod auta, otrzepując spodnie z drobin igliwia, które doleciały tu z okolicznych drzew. Turek patrzył na mnie z nadzieją.
— To amortyzator, cieknie — powiedziałem tonem eksperta. Mogłem mu nawet podać cenę używanego, sprzed dwóch lat oczywiście, ale się powstrzymałem.
— Jak to? Tak nagle się zepsuł? — Nie dowierzał.
— Dostał kamieniem i pewnie tłoczek się zerwał — wyjaśniłem i od razu zawyrokowałem:
— Jest do wymiany.
Widziałem, że zmartwiło go to, choć nie wiem dlaczego, bo przecież samochód był państwowy, więc to problem państwa. Zamówi część i tyle.
— Dziś już nic nie załatwię, a potrzebuję go na jutro — stwierdził zawiedzionym głosem.
Bardzo chciałem mu pomóc, więc spytałem:
— Ma ktoś w okolicy Żuka albo Nysę?
Turek spojrzał na mnie pytająco.
— Może mieć zapasowy amortyzator, będzie pasował — dodałem, wyjaśniając.
Turek chwilę się zastanawiał, patrząc pod nogi, a potem unosi wzrok pełny nadziei.
— Jest Nyska! U Krogula! Stoi od roku bez silnika! Zaraz do niego pojadę i pożyczę. Szybko zamknął maskę silnika i wskoczył do wozu.
— Dziękuję ci Zyga! — rzucił przez ramię, zawrócił gazika i pojechał w stronę wioski.
Cieszyłem się nie mniej niż on. Odprowadziłem go wzrokiem na skraj zakrętu, aż znikł za nim, a potem nie patrząc w stronę dziewczyny, nie chcąc jej pokazać, że się nią interesuje, poszedłem do swojego pokoju. Po drodze zostawiłem w kuchni zakupy; chleb położyłem na stole, piwo i pasztetową schowałem w lodówce.
W moim pokoju brakowało biurka. Było jedno krzesło, które robiło za wieszak na ciuchy, ale potrzebowałem miejsca, gdzie mógłbym położyć swoje rzeczy, które teraz walały się wszędzie i bez ładu. Przy okazji miałbym gdzie napisać list do Młotka. Wsunąłem pocztówkę między kartki książki i postanowiłem pójść do garażu, z nadzieją, że może tam znajdę coś odpowiedniego i nikomu niepotrzebnego. Mirella nadal siedziała z książką w dłoniach, nie patrzyła na mnie i najwidoczniej nie interesowało jej, co robię.
Garaż był kiedyś małą stodołą. Było w nim sporo gratów, walających się pod jedną ze ścian. Metalowe prostokątne ramy, jakieś pręty, łańcuchy i stare garnki. Tych ostatnich było sporo i w różnych wielkościach, od takich mieszczących dwadzieścia litrów, po całkiem małe, na góra dwa jajka. W rogu, od strony wejścia dostrzegłem kilka ram rowerowych leżących pod ścianą, a nad nimi zawieszone na długim pręcie koła z oponami.
Można by skompletować jeden sprawny — pomyślałem — miałbym czym jeździć do wioski i do miasteczka po drugiej stronie Otchłani.
Obejrzałem dokładnie poszczególne części i doszedłem do wniosku, że jeden udałoby mi się skompletować.
Rozejrzałem się dokładniej po pomieszczeniu, ale nie dostrzegłem żadnego stoliczka, czy czegoś podobnego, co mogłoby za niego posłużyć.
Wyszedłem na zewnątrz, zastanawiając się, czy nie poprosić o pomoc dziewczynę. Przez chwilę rozważałem ten pomysł, a potem stwierdziwszy, że to beznadziejny plan, poszedłem do kuchni.
Zgłodniałem mocno, więc zrobiłem sobie kilka kanapek z zakupionym pasztetem, które z apetytem pochłonąłem, marząc o kiszonym ogórku.
Turek powrócił po dobrej godzinie, więc wyszedłem na podwórko, gotowy zaoferować mu swą pomoc.
Wysiadając z gazika, leśniczy miał zadowoloną minę.
— Dostał pan?
— Wykręciliśmy go w dziesięć minut — odpowiedział, pokazując amortyzator częściowo zawinięty w niebieską szmatę, która kiedyś była męską koszulą.
— To do roboty! — powiedziałem podniesionym głosem i bez ceregieli odebrałem zawiniątek z rąk leśniczego.
— Chcesz sam go zamontować? — spytał zdziwionym głosem, jakby chodziło o wyregulowanie zapalnika bomby termojądrowej.
— Tak — odpowiedziałem beztrosko, po czym spytałem niczym chirurg polowy swego asystenta:
— Gdzie są narzędzia?
Otworzył tylne drzwi samochodu i wyciągnął metalową skrzynkę.
— Proszę, przyjacielu.
Położył ją przy przednim kole i otworzył. W środku była jedna wielka rdza. Spojrzałem na niego pytająco, a on tylko wzruszył ramionami.
— Nigdy ich nie używam — dodał, jakby to tłumaczenie było dla mnie zrozumiałe. Nie było.
— Że niby jak? Przez tyle lat nie miał pan okazji niczego w nim naprawiać?
— Samochód naprawia mi mechanik we wsi — wyjaśnił ze słyszalnym w głosie zażenowaniem.
Więc on faktycznie nigdy nie naprawiał samochodu. Nie umiał tego. Gdyby było inaczej, wiedziałby, że wymiana amortyzatora to tylko kilka śrub. Można nawet koła nie odkręcać, lewarka nie użyć. Gaz 69 był prostą radziecką konstrukcją: sztywne osie napędowe z resorami piórowymi i amortyzatory. Proste jak budowa cepa.
Uwinąłem się z tym w pół godziny.
— I już? — Turek nie ukrywał zaskoczenia.
— Można wypróbować — powiedziałem z satysfakcją, wycierając dłonie w szmaty przyniesione z garażu.
— Gdzie się tego nauczyłeś?
Spojrzałem na niego z ukosa.
— Mówiłem wczoraj, nie słuchał pan.
Turek zrobił poważną minę i podszedł do mnie blisko, stając plecami do dziewczyny.
— Musiałem jej powiedzieć — mówił szeptem — chyba sam rozumiesz, musiałem.
A mi jakby kamień wpadał do żołądka.
— Prosiłem pana — szeptałem, choć czułem złość i miałem ochotę na niego nakrzyczeć.
— Zygmunt — uniósł delikatnie głos — zrozum. Ona mieszka z nami. Nie mogłem przed nią tego zataić.
Odsunąłem się od niego i oparłem barkiem o budę gazika. Dlaczego to zrobił? Czy naprawdę musiał? Mógł dać mi czas, zaufać, sam bym jej to powiedział w odpowiedniej chwili.
Turek nie ruszał się i bacznie przyglądał się mojej twarzy. Jego blizna na brodzie zrobiła się czerwona, a w jego oczach zobaczyłem niepewność. Zrozumiałem, że zależy mu na mnie. Nie pierwszy raz zachowuje się w stosunku do mnie niczym samarytanin. Zacząłem zastanawiać się dlaczego? Mógł znaleźć kogoś normalniejszego, bez więziennej przeszłości. Przecież nie był mi nic winny, nie byłem jego krewnym, ani nawet poleconym przez kogoś i nie wierzyłem, że tak trudno znaleźć pracownika leśnego, w czasach, gdy co drugi Polak szukał pracy.
Coś mi tu nie grało i postanowiłem przemyśleć to w wolnej chwili, a na razie udałem, że godzę się z tą sytuacją.
— Nie ma sprawy panie Turek. Rozumiem.
Uśmiechnął się z widoczną ulgą.
— Cieszę się. — Zatarł dłonie, po czym otworzył drzwi gazika i powiedział:
— To wsiadaj!
— Ja? — Nie potrafiłem ukryć zaskoczenia.
— Tak, ty. Naprawiłeś i do ciebie należy przetestowanie pojazdu.
Od dawna nie prowadziłem auta, a to z napędem na cztery koła, cicho kusiło mnie od samego początku.
Wskoczyłem do terenówki i przekręcam kluczyk w stacyjce. Położyłem dłonie na wielkim kole kierownicy, wcisnąłem sprzęgło, wrzuciłem pierwszy bieg i z wolna wciskając gaz, wsłuchiwałem się w rosnące obroty silnika. Słychać było, że to nie mały silnik, ale gdy puściłem gwałtownie sprzęgło, ku mojemu zaskoczeniu, gazik tylko lekko zabuksował w piasku. Przyśpieszałem coraz bardziej, włączyłem drugi bieg i po chwili byłem już na pierwszym zakręcie. Mała manetka obok lewarka biegów służyła do blokady mostów. Wcisnąłem sprzęgło i podłączyłem przedni napęd, zredukowałem bieg i ostro skręciłem w lewo, w las. Gazik wolno wspinał się na skarpę, ale nie zwalniał. Może i nie miał dużo koni, ale moment obrotowy i spore przełożenie robiły swoje. Silnik wył, a ja przedzierałem się przez wertepy między drzewami i po chwili wpadłem od strony lasu na podwórko. Zatrzymałem się pośrodku niego, zgasiłem silnik i wyskoczyłem z pojazdu.
— Ależ to świetna maszyna, panie Turek. — Nie potrafiłem opanować radości, jaka mnie ogarnęła. — W sam raz na jazdę po terenie.
Uśmiechał się zadowolony.
— A amortyzator jest git! — dodałem i część mojego szczęścia gdzieś uleciała wraz z ostatnim słowem. Znowu ta więzienna gadka, kuźwa.
— Więc gra jak gitara? — spytał, patrząc na mnie porozumiewawczo. Zauważył, że zawstydziłem się tego słowa, więc udał, że usłyszał coś innego.
— Gra, panie Turek — odrzekłem, czując, że ten człowiek staje się mi coraz bliższy.
— Dziękuję, przyjacielu — powiedział z wdzięcznością. — Umyj się w łazience i przyjdź do kuchni. Mamy dziś coś specjalnego — a do dziewczyny krzyknął wesołym głosem — Mirella, pomóż nam w kuchni. Zjemy pizze!
Łazienka była mała jak te w blokowiskach. Mieścił się tu tylko prysznic, pralka i mała szafka z umywalką i lustrem. Zlew był tak mały, że nie skorzystałem z niego, tylko umyłem się pod kranem prysznica. Wyszorowałem ręce, a potem spłukując je wodą, przy okazji umyłem twarz wraz z głową. Krótkie włosy mają swoją zaletę, nie trzeba ich myć, bo ich prawie nie ma, ale za to można opłukać głowę, nie martwiąc się, czy włosy wyschną i jak ułoży się fryzura. To tak jakby myć czoło, bardzo wysokie, sięgające karku.
Stół w kuchni dostał nowy obrus i nie była to już zwykła cerata, a śnieżnobiały materiał, krochmalony i starannie wyprasowany. Mirella krzątała się wokół, rozstawiała talerze, sztućce i szklanki. Zdjęła ciemne okulary, ale i tak nie udawało mi się dostrzec jej oczu, które uciekały zbyt szybko by im się przyjrzeć.
Turek siedział na swoim miejscu i ruchem ręki zaprosił mnie, bym również usiadł.
— Mam coś, co powinno pasować do pizzy — powiedziałem, wyciągnąwszy z lodówki zakupione piwa.
— Przepraszam, że tylko dwa.
Zastanawiałem się, czy skłamać i powiedzieć, że trzecie się zbiło, ale szybko wymyśliłem prostszą wymówkę:
— Nie byłem pewny, czy lubisz — zwróciłem się do dziewczyny i pojąłem, że to było najgłupsze wyjaśnienie, na jakie wpadłem w życiu. Zbeształem się w myślach kilkoma obraźliwymi słowami, obrażając moją inteligencję i wychowanie.
— Nie musisz się tłumaczyć — powiedziała sucho, kładąc na stole duży talerz, na którym parowała pizza — nie przepadam za piwem i uważam, że absolutnie nie pasuje do pizzy.
Turek uśmiechnął się dyskretnie, po czym powiedział:
— Mirella uwielbia pizze i nie namówisz ją, by popiła ją innym napojem niż Pepsi.
— Wolałabym zjeść ją na sucho — powiedziała dobitnie i przysunęła się z krzesłem do stołu.
Migdałowe oczy o herbacianych tęczówkach spojrzały na mnie przelotnie. Długie rzęsy i brwi w regularne łuki, pięknie zwężające się po bokach. Policzki, przedtem przysłonięte okularami, ukazały mi swoją całą urodę. Uśmiechnęła się do mnie. Chyba za długo się gapiłem.
— A ja, jak najbardziej uważam, że piwo pasuję do pizzy — powiedział Turek i podsunął mi szklankę. — Nalewaj, przyjacielu.
Przez kilka minut jedliśmy w skupieniu i w ciszy. Wydawało mi się, że nie tylko ja czułem się z powodu tego dania, jak w siódmym niebie. Milczeliśmy i słychać było tylko mruczenie dziewczyny i mlaskanie Turka. Najwyraźniej nie tylko ja stęskniłem się za pizzą i choć była odgrzewana w elektrycznym piecyku, smakowała jak w najlepszej pizzerii. Grube ciasto a na nim plastry pomidora, kiełbasy, posiekane pieczarki i wszystko to zatopione w serze. Porcje równych trójkątów szybko znikały z talerza.
— Częstuj się Zygmunt, mamy jeszcze jedną — powiedział Turek, widząc, jak się ociągam.
— Dziękuję, ale mi już wystarczy.
— Ej, nie żartuj, zjadłeś zaledwie dwa kawałki.
— Ale ja naprawdę już nie mogę.
— Nie smakuje ci? — spytała Mirella, patrząc na mnie ukradkiem.
— Oj to nie to, smakuję, jak nie wiem co, tylko… ja wcześniej objadłem się pasztetem.
Mężczyzna naprzeciw mnie zakrztusił się piwem, które nieszczęśliwie akurat spożywał, a dziewczyna parsknęła cicho i schyliła szybko głowę.
Patrzyłem na nich zdumiony.
— Co was tak rozbawiło? — spytałem, starając się zachować spokój, bo czułem, że czymś się wygłupiłem.
Pierwsza doszła do siebie Mirella.
— Masz pecha, kolego. — Ukazała białe ząbki w życzliwym uśmiechu. — Być zaproszony na pizze, tuż po kanapkach z pasztetową.
— To moja wina — wtrącił Turek, pozbywszy się kaszlu — przepraszam, mogłem cię uprzedzić, że mamy dziś coś specjalnego.
— Nie szkodzi — odpowiedziałem, starając się powstrzymać rosnący we mnie wstyd.
— A tak przy okazji — dodał gospodarz — to pomysł Mirelli. — Wskazał dłonią na dziewczynę.
— Och tam. — Machnęła dłonią w powietrzu, nie spoglądając na nas. — Zwyczajnie wiem, co masz w lodówce. Tylko boczek i jajka. Pizza to miła odmiana w tym domu, nieprawdaż?
Spojrzała na mnie, oczekując zapewne potwierdzenia swych słów, ale w jej oczach dostrzegłem przebiegłość, jakby chciała mi powiedzieć: „w mym pytaniu jest pułapka i ty w nią wpadniesz”.
— Przyznam, że to najlepsze jedzenie, jakie jadłem od lat — zapewniłem ją, ważąc każde słowo.
Mirella uśmiechnęła się zadowolona, po czym opuściła wzrok, skupiwszy się na swoim talerzu, Turek chrząknął znacząco i rozmowa urwała się jak ucięta nożem. Chyba nie tylko ja w tym momencie pomyślałem o moich latach w więzieniu i każdy wolał milczeć, by nie poruszyć tematu mojej kryminalnej przeszłości. Dręczyła mnie myśl, że oni wiedzą, gdzie byłem przez ostatni czas i krępują się z tego powodu, a to ja powinienem czuć się źle, nie oni. Cholerny życiorys! — krzyknąłem w myśli i nagle przypomniałem sobie o wilku.
— Spotkałem dziś Demona — wypaliłem, chcąc za wszelką cenę przerwać tę niezręczną ciszę. Mirella spojrzała na mnie.
— Gdzie?
— W lesie, gdy wracałem do domu — wyjaśniłem.
— A ja się zastanawiałem — wolno powiedział leśniczy — dlaczego przyszedłeś od strony lasu. Postraszył cię, prawda?
Więc jednak zauważył mnie, jak wchodziłem na podwórko, zastanawiałem się, czy widział, jak skradam się do dziewczyny i co wówczas myślał.
— Raczej pomógł mi wrócić do domu — odpowiedziałem szybko.
— Jak to, pomógł? — zainteresowała się Mirella. — Chcesz powiedzieć, że…
— Zabłądziłem w lesie. — Przerwałem jej gwałtownie, wciąż zastanawiając się, co mógł pomyśleć Turek, gdy widział mnie stojącego za dziewczyną i wpatrującego się w nią.
— Jak to, zabłądziłeś?! — podniesionym głosem wtrącił Turek. — Nie szedłeś drogą?!
— Postanowiłem pójść na skróty — przyznałem, a w głowie wciąż miałem obraz siebie zerkającego na leżącą dziewczynę i jej stryja obserwującego mnie podejrzliwym wzrokiem.
— Opowiadaj! Jak to było? Co zrobił Demon? Co ty zrobiłeś? — dziewczyna wyrzuciła z siebie potok pytań. Widać było, że bardzo ją to zainteresowało. Patrzyła na mnie z oczekiwaniem w oczach, a ja z wolna pozbywałem się uczucia wstydu. Miała piękne oczy, brwi ostro uniesione, zdawały się groźne, ostrzegały i nadawały jej twarzy rysów dojrzałej, pewnej siebie kobiety.
Turek nie przerywał jeść pizze i gdy oczyścił swój talerz, wstał i nałożył sobie kolejny placek.
— Za wioską skręciłem w las. — Zrobiłem przerwę, zastanawiając się jak ubrać tę historię, by zbytnio nie ucierpiała na tym moja duma, ani też prawda.
— Pomyślałem, że dam radę i przejdę się wśród drzew. Zrobię sobie taką małą wycieczkę. Szedłem jakieś dziesięć minut, może piętnaście i pomyślałem, że już powinienem dojrzeć dom, ale go nie widziałem.
— A co z wilkiem? — wtrąciła z niecierpliwością Mirella.
Turek podniósł pustą szklankę, dając mi znać, że napiłby się jeszcze. Nie wydawał się zbytnio poruszony, tym co mówię, sprawiał wrażenie, że wie, co za chwilę usłyszy. Rozlałem do szklanek ostatnie piwo i nie czekając dłużej, opowiedziałem im dalszą historię. Słuchali w milczeniu, nie przerywając mi ani razu. Turek spokojnie jadł pizze i popijał piwem. Mirella już nie jadła, pozostawiła nadgryziony kawałek na talerzu i uważne słuchała moich słów. Z jej przyczyny poczułem się jak bohater opowiadający dalekie wyprawy. Wyraz jej twarzy, błysk w oczach, policzki nabierające rumieńca, wszystko mówiło mi, że towarzyszy w mojej przygodzie całym umysłem. Skończyłem swoją opowieść, nie ukrywając żadnego szczegółu, z wyjątkiem faktu, że bałem się naprawdę.
— … i to tyle — skończyłem opowiadać.
— A nie mówiłam! — Jej oczy szybko przeskakiwały, to na mnie to na leśniczego. — To nie jest zwykły wilk!
— Zwykły — Turek odparował beznamiętnie.
— Nie powiesz mi, że to tylko zwierzęcy instynkt?! — Spojrzała mu w oczy.
— Wilki nie mają nic poza instynktem i szczątkową inteligencją. Tak samo, jak pies, czy kot — odpowiedział, żując pizze.
— Ile czasu tu mieszkasz Zyga? — zwróciła się do mnie.
— No… — szybko policzyłem — ...czwarty dzień tu jestem.
— Widzisz? — Spojrzała na swego wujka. — To za mało czasu, by zaakceptował nowego. Sam mówiłeś.
— Nasz wilk jest już stary — powiedział spokojnym głosem — zdążył się nauczyć przyzwyczajać do nowych ludzi.
— To samo mówiłeś, gdy zginął ten dzieciak z letniska. — W jej głosie słychać było pretensje. — Wtedy też mówiłeś, że to ponoć instynkt samicy zadziałał, a przecież wyprowadził go z lasu. Dwa dni go wszyscy szukali i gdyby nie Demon, kto wie, jakby to się skończyło.
— Nikt oprócz dzieciaka nie widział go. — Pokręcił przecząco głową. — Nie wiemy, co tam się stało naprawdę. Chłopak był w szoku i paplał trzy po trzy.
— O co chodzi z tym dzieciakiem? — wtrąciłem, zaciekawiony historią.
Turek przewrócił oczami, udał zniecierpliwienie.
— Dzieciak letników zabłądził w lesie. Szukaliśmy go cały dzień i całą noc. Przyszedł sam na drugi dzień w południe i tyle — powiedział bez emocji.
— Chyba sam nie wierzysz w to, co mówisz — powiedziała z ironią. — Sam się odnalazł? W tym ogromnym lesie? No proszę cię. Opowiadał o wielkim szarym psie. Wymyślił go sobie?
— Mirella wierzy, że nasz wilk to Leszy — powiedział Turek, patrząc na mnie, jakby chciał, abym wziął jego stronę.
— Nie, że wierzę! — krzyknęła. — Ale tylko zwróciłam uwagę, że pasuję do niego! — A po chwili dodała już spokojnym tonem. — I nie Leszy, tylko Dobrochoczy.
— A nie kłóci ci się to, z tym, czego uczą was na studiach?
— Wręcz przeciwnie. To idealnie pasuję do tego, czym zajmujemy się na zajęciach.
— Kto to Leszy i ten, Dobrochoczy? — wtrąciłem się, chcąc zaspokoić swoją ciekawość i przy okazji trochę wyhamować gniew dziewczyny. Spojrzeli na mnie zaskoczeni.
Turek opuścił głowę, w geście rezygnacji i rozłożył ręce.
— To demony z wierzeń słowiańskich — powiedziała Mirella, wyraźnie uspokoiwszy swoje emocje. — Leszy i Dobrochoczy to istoty demoniczne zamieszkujące lasy. Mają zdolności polimorficzne, więc mogą przybierać różnorakie formy bytu. — Spojrzała mi w oczy, a zobaczywszy, że słucham ją z powagą i ciekawością, kontynuowała:
— Leszy jest złym i przewrotnym demonem, ale Dobrochoczy to istota dobra i pomocna. Ludzie wierzyli, że potrafi wyprowadzić zbłąkanego z lasu.
— No to tajemnica rozwiązana! W lesie mamy istotę nadprzyrodzoną! — powiedział Turek, po czym wstał, przeciągnął się i odstawiając talerz do zlewu, dokończył:
— Pogadajcie sobie jeszcze o krasnoludkach, ja idę do siebie.
Mirella odprowadziła go wzrokiem pełnym złości. Drzwi w sąsiednim pokoju zamknęły się i zostaliśmy sami.
Cisza, jaka nagle zapanowała, szybko wydała mi się niezręczna. Wlałem w gardło ostatni łyk piwa. Spojrzałem na jej dłonie obracające pustą szklankę. Długie palce pełzły po gładkim szkle bez pośpiechu, a ja pomyślałem, jakie są piękne. Ukryła oczy przed moim wzrokiem, zasłaniając twarz włosami. Chyba poczuła się nieswojo.
— Opowiedz mi więcej o tych demonach — powiedziałem spokojnie i z zainteresowaniem w głosie. Z wolna podniosła na mnie oczy.
— Interesuję cię to, czy chcesz mieć materiał, by mi później dokuczać?
Wiedziałem już, skąd ta jej złość do Turka. Zwierzyła się mu z tego, co gdzieś wyczytała, w co uwierzyła, a on ją wyśmiał.
— Naprawdę chcę wiedzieć więcej o tych istotach. Naprawdę.
Zrobiłem poważną minę.
Jej oczy dokładnie przyjrzały się moim. Jakby chciała odczytać w nich moje myśli.
Powoli wstała od stołu i zabrała brudne naczynia.
— Może kiedy indziej — powiedziała, wkładając je do zlewu.
Dopiero wówczas dostrzegłem, że jest wysoka, miała prawie tyle wzrostu co ja i była bardzo szczupła. Włosy spływały jej na plecy, zakrywając łopatki. Mimowolnie spojrzałem w dół, na zwężającą się talie z ciasno przylegającą bluzką, a potem na łukowaty profil wąskich bioder, na długie nogi w czarnych ciasnych jeansach i nagie stopy w sandałach. Przez chwilę patrzyłem na drobne kostki i dołeczki wokół ścięgna, na perłoworóżową skórę i paznokcie pomalowane w kolor wiśni.
Odwróciłem oczy w stronę okna.
Dzień kończył się, zmierzch kładł się na zielonym podwórku, zamieniając go z wolna w ciemną zieleń.
Rozdział 6
o spalonym kotlecie i rowerze Demona
„Czołem Młotek!”
Zastanawiałem się, jak zacząć. Nigdy nie pisałem listu, nie miałem okazji i nie bardzo wiedziałem jak ruszyć.
„Piszę do Ciebie z domu w środku lasu. Tak, udało mi się. Jestem w leśniczówce i mam tu swój pokój na poddaszu. Pracuję przy wyrębie drzew.”
Przerwałem, by wypić łyk herbaty. Byłem sam w domu, Turek i Mirella pojechali do kościoła, więc miałem czas, by spokojnie napisać list. Chciałem go wysłać nazajutrz, gdy będę w Martach. Siedziałem w kuchni naprzeciw okna i spoglądałem na złocące się blaskiem słońca podwórko. O czym mu napisać? Co mogło go zainteresować? — dumałem nad kartką papieru i w końcu ze szczegółami opisałem o spotkaniu z Turkiem, jak zaproponował mi pracę i mieszkanie, jak wyglądał mój pierwszy dzień, trochę o ludziach, z którymi pracowałem i sporo o Maciejaku i o jego synu. Zwierzyłem się też w liście z moich obaw, jakie miałem po spotkaniu z komendantem, a na koniec wspominałem o siostrzenicy leśniczego, pięknej Mirelli.
Lista zakończyłem tylko pozdrowieniami.
Nie byłem pewny, czy życzyć mu szybkiego powrotu na wolność. Dostał kare śmierci. Zamieniono mu ją co prawda na dożywocie, ale moje życzenia mogłoby zabrzmieć jak okrutny żar. Postawiłem kropkę, a na dole dopisałem:
„Skoszronki 16 czerwca 1991 r.”
Odłożyłem długopis w momencie, gdy na podwórze wjechał gazik. Wysiadł z niego Turek, starannie uczesany i ubrany w grafitowy garnitur. Z drugiej strony samochodu ukazała się Mirella. Długimi susami wyprzedziła Turka, głośnym krokiem przeszła korytarzem i uciekła po schodach na piętro.
Zebrałem zapisane kartki, pocztówkę i włożyłem je do koperty, a potem zakleiłem, śliniąc brzeg z klejem.
Do kuchni wszedł Turek.
— Cześć, przyjacielu.
— Witam, szybko wróciliście.
— Szybko? — odrzekł z ironią w głosie.
Wyjął butelkę mleka z lodówki i pociągnął z niej spory łyk.
— Nasz ksiądz to największy gaduła na świecie, kazania potrafi ciągnąć przez pół godziny, a ty mówisz, że szybko wróciliśmy?
Odstawił mleko, zamknął lodówkę.
— Przepraszam cię, za nią. — Spojrzał w sufit, w kierunku skąd usłyszeliśmy głośne trzaśnięcie drzwi.
— Nie wyszło jej spotkanie z chłopakiem — dodał, wyjaśniając zachowanie dziewczyny.