Ja to widzę
Oddaję Ci ten tomik bez pośpiechu.
Jak podaje się ciszę- z uważnością.
Te wiersze powstawały na przestrzeni lat od 1979r.- 2025r.,
gdy świat mówił szeptem.
Z obserwacji, z zatrzymania, z potrzeby nazwania tego,
co często zostaje pomiędzy.
Nie są opowieścią o jednym czasie ani o jednej drodze
— raczej zapisem patrzenia i czucia.
Poezja nie daje odpowiedzi- uczy być bliżej siebie.
Jeśli odnajdziesz tu coś swojego, zatrzymaj to na chwilę.
Jeś nie- pozwól słowom po prostu być.
Czasem to wystarczy.
Dziękuję za wspólną obecność.
Chcę rozdawać ciepło
Chcę pisać wiersze,
żeby dotarły do wielu,
i wnieść w dusze więcej jeszcze,
dając ciepło Tobie, Przyjacielu.
Chcę tworzyć poezję,
żeby czytano ją wszędzie,
nie z suchych reguł i teorii,
lecz z tajemnicy szczęścia w człowieku.
Chcę opowiadać wersami
o ludziach wspaniałych,
i pisać o nas — sonetami,
o osiągnięciach tych niematerialnych.
Chcę zobaczyć świat
oczami smutku i radości,
miłość rosnącą jak kwiat,
który nigdy żalów nie gości.
Chcę mówić o przebaczeniu,
o zdolności do kompromisów,
nie zauważać drobnych potknięć
pośród niezrozumiałych zapisów.
Chcę pisać językiem prostym
o tym, co duże i małe,
w świecie okrutnym, zazdrosnym
odnajdując uczucia ocalałe.
Blask życia
Dajesz mi promień słońca,
uśmiechem twarz rozświetlasz.
Zamykam oczy — myśli wędrują,
czuję zapach trawy,
wyobraźnia odnajduje ciszę.
Słyszysz kukułkę w lesie?
Ciepły powiew wiatru,
piosenkę słoneczną gra.
Widzisz, przyjacielu?
Nie mamy czasu na smutki.
Przy zejściach tak wielu
oddech w nas tka chwile.
Nie umiem pisać jak wieszcz,
życie się toczy — ale wiersz.
Jutro wiosną zakwitnie,
poruszy pączki kwiatów.
Niech spełni się marzenie,
co w duszy gra cichutko.
Widzisz, przyjacielu?
Nie zamknę się na rzeczywistość,
chcę śpiewać tylko pieśń
o słońcu,
o lecie,
o nocy gwieździstej
i przyjaźni czystej.
Nie tylko na wiosnę
— to mój Boże dar
w ten kruchy
Jakże mam…
Jakże mam płakać,
gdy moja dusza śpiewa.
Jakże mam mieć smutek,
gdy usta niosą śmiech wolności.
Jakim prawem ludzkości
nie przyjąć, co mi dane.
Jakim przypływem energii
nie iść do przyszłości.
Jak nie oddać miłości,
gdy tyle ludzi ubogich.
Jak zmierzyć marzenia,
gdy nie czujesz trwogi.
Zapal życie
Zapal życie — choć drży przy palcu.
Nie czekaj na wiatr, który je zgasi,
ani na ciszę, która powie: „teraz”.
Zapal — mały ruch dłoni,
iskra, co nie pyta o zgodę nocy.
Idź z cieniem tam, gdzie jeszcze nie było śladu.
Nie musisz nieść całego świata na plecach
— pojedynczy krok wystarczy, by ziemia odpowiedziała.
Słuchaj swojego oddechu — prostego, ludzkiego.
On zna drogę z powrotem do domu.
Zbieraj dni jak kamienie — nie po to, by ciążyły,
lecz by budować mosty: przez radość, przez ból.
Gdy stracisz mapę, narysuj ją od nowa.
Gdy zabraknie słów, przestań mówić — poczuj.
Miłość to ręka, która nie upomina się o wynik.
Odwaga — powrót do stołu, choć talerz pękł.
Żyj tak, by móc spojrzeć w oczy jutru
i powiedzieć: „Tak — próbowałem.
Tak — byłem tu”.
Zapal życie — nie po to, by światło było wielkie,
lecz po to, by Twoje wieczory miały przy kim zgasnąć.
Brzoza
Brzozo otulona w białą korę,
Liście twe powiewają lirycznie.
Gdy upiększasz miejsca florę
Wyglądasz tak antycznie!
Brzozo, gdy wiatr w tobie szepcze,
Pieśń niesiesz po polach daleko.
Twoje gałęzie w słońcu drżą lekkie,
Niczym ramiona człowieka.
Pamiętasz dłonie, co cię sadziły,
Gdy ziemia pachniała deszczami?
Czasami łzy na korze świeciły,
Gdy żegnano się z marzeniami.
Pod twoim cieniem dzieci siadały,
Wplatając sny w białe smugi.
Wiosną słowiki pieśni śpiewały,
A jesień złociła cię czas długi.
Brzozo, choć lata wciąż płyną wartko,
Ty trwasz na straży wspomnień i ciszy.
Czy wciąż nas słuchasz? Czy szumisz wiatrom,
O dawnych czasach, co serce kołyszą?
Spokój serc
Idź do lasów zielonych,
czuj oddech wszystkich żyjących.
Zobacz oblicza zakochanych,
piękno lat mijających.
— spokój serc dojrzewających —
Chodź ścieżkami cichymi,
wśród rozłożystych kniei.
Życie drogami niewydeptanymi,
w nadziei miłości wielkiej.
— spokój serc wędrujących —
Miej w oczach gwiazdy nieba,
niech w sercu słońce świeci.
Co w życiu więcej trzeba
niż pięknych lat, co lecą?
— spokój serc żyjących —
Zobacz błękit morza,
tonie wśród zieleni.
Twoja dusza niczym ranna
wspomnieniem lat spełnionych.
— spokój serc unoszonych —
Odpoczynek w lesie
Jak dobrze spacerować po lesie…
Przytulić się do drzewa.
Słuchać, gdy ptaków trel niesie.
Czuć, jak ciepłem ogrzewa.
Jak dobrze spacerować po lesie…
Podziwiać odcienie zieleni.
Do raju dusza się rwie,
gdy łąka kwiatami się mieni.
Jak dobrze spacerować po lesie…
Wejść na rykowisko jeleni.
Z podziwu człowiek się ugina,
widząc zwierza w brązu odcieni.
Jak dobrze spacerować po lesie…
Wchłaniać piękno natury.
Gdy roślina ku górze się pnie,
a za lasem świat staje się bury.
Elegia cichego tematu
Cicho… i spokojnie tak,
Nie słychać szumu morza!
O poranku nie śpiewa ptak,
Po deszczu nie wzeszła zorza!
Myślisz, że słyszą nas?
Gdy serce łka i płacze?
Chcesz ukoić czas…
Lecz nigdy ich nie zobaczę!
Czemu wspaniali ludzie uciekają?
Łamią przepisy życia!
Najpierw dają, później zabierają…
Żyć trudno bez ich bycia!
Widzisz, ile radości wokół?
Świat tętni głosami istnienia!
Czemu tyle smutku o zmroku?
Serce w kamień się zmienia.
Życia okruchy ulatują…
Nerwy w strzępy się rwą…
Istoty ludzkie miłość marnują…
Po ziemi stąpając, nie całując jej!
Szanuję Twoje zdanie!
Cenię Twe starania!
Lecz czasem serce się łamie,
Natłok myśli w głowie…
Dobrze, że jesteś tam, wysoko!
Wyżalić się do Ciebie można,
Nie zobaczy Cię ludzkie oko.
Nie muszę być ostrożna!
Droga do gwiazd
Nie zaczyna się w niebie.
Zaczyna się w środku
— tam, gdzie człowiek
na chwilę przestaje uciekać.
Idę powoli.
Nie dlatego, że nie umiem szybciej,
lecz dlatego, że gwiazdy
nie lubią pośpiechu.
Po drodze gubię strach.
Zostawiam go przy kamieniu,
który zna ciężar milczenia
lepiej ode mnie.
Czasem potykam się o własne myśli,
czasem siadam na skraju nocy
i uczę się oddychać od nowa
— bez winy, bez tłumaczeń.
Droga do gwiazd
nie prowadzi w górę.
Prowadzi w głąb,
aż światło przestaje być celem,
a staje się towarzyszem.
Gdy wreszcie podnoszę wzrok,
one już tam są.
Ciche.
Niewymagające.
Jakby zawsze wiedziały,
że przyjdę,
- a gwiazdy zapalą się wtedy,
gdy odważę się być światłem.
Życie w koronie drzew
Zielono mi- nawet, gdy deszcz szepcze łzami,
bo drzewo nie pyta, czy warto- po prostu trwa.
W koronach nadziei, splecionych z marzeniami,
gałęzie wspinają się wyżej niż ludzki strach.
Jestem liściem- drżeniem wśród świtu i burzy,
niosę oddech poranka, czułość spadającej rosy.
W każdej żyłce mego istnienia coś się poruszy
— jak echo dzieciństwa wśród cichych głosów.
Czasem wichura targa mnie pytaniami,
a grzmot przetacza się przez myśli bez słów.
Lecz korzenie- to dłonie, które pod nami
czuwają wiernie, nawet gdy opada znów puch.
Melancholia przysiada w cieniu po odejściu,
gdy ktoś opadł zbyt wcześnie, nim nastał świt.
Ale w drzewie jest więcej niż jedno oddechów miejsce
— jest przestrzeń dla ciszy, dla wspomnień i chwil.
Jesień się zbliża- maluje mnie złotem,
ale nie boję się blaknąć, nie lękam się zim.
Bo nawet pod śniegiem coś drga delikatnie
— to życie w ukryciu… to puls wśród głębin.
Zielono mi- tak głęboko, aż do rdzenia,
nawet gdy czasem wiatr zrzuca mnie z dróg.
Bo w koronie drzew mieszka sens istnienia
— odradzać się z wiosną. I wierzyć. I trwać.
One mówią- Drzewa
Zielone, stare, pnie chropowate, wrosły w ziemię, milczące szaty.
Stoją latami w słońcu i deszczu, pamiętają, co ludzkie serce mieści.
One widziały, gdy ziemia drżała od huku, gdy dym się wzbijał jak z piekieł duch.
Widziały twarze blade, oczy pełne trwogi, słyszały krzyk – ten ostatni, ubogi.
Nie szepczą słów, nie krzyczą w żalu, lecz liście drżą, gdy wiatr pędzi w oddali, jak echa wspomnień, co w korze się kryją, o ludziach, którzy w cieniu ich byli.
A wiosną, gdy pąki budzą się do życia, niosą nadzieję – choć trudną do ukrycia.
Bo wiedzą drzewa: po burzy jest cisza, a życie wraca, nawet gdy dusza dyszy.
I o tym mówią tym swoim milczeniem, że choćby runął świat, nadejdzie ukojenie.
Że po żałobie, po ogniu i cieniu, zawsze powraca zieleń, w cichym istnieniu.
Kropla rosy
Na źdźble trawy, o świcie,
sama jedna – małe życie.
Kropla rosy, drżąca cisza,
w niej słońce, co wschodzi, błyszczy.
Jest jak miłość, taka mała,
lecz światłość w sobie schowała.
Jak pocałunek, co ledwo drgnie,
a cały wszechświat w nim się mieści.
I patrzy w tę kroplę ona
– cała mgiełka ulotniona.
Wie, że zniknie z pierwszym wiatrem,
zanim dzień rozejdzie się teatrem.
I o to chodzi- kochany
Tak prosto jest, kochany, ach, tak prosto,
gdy rankiem kawa wonieje, a słońce nad miastem
wstaje leniwie jak ty z mej poduszki, a ja udaję,
że czytam, szepcząc do muszki.
Nie o wielkie gesty z filmów wyjęte,
nie o gwiazdy z nieba, co za drogę wzięte.
Nie o słów potoki, ni obietnic wianki,
lecz o spokój w duszy i poranne ranki.
O to, że patrzysz w oczy, gdy myślę o niczym,
że ciepło dłoni masz, które mnie zachwyca.
Że zmarszczka na czole, gdy zamyślisz się,
mówi mi więcej niż sto „kocham cię”.
I o to chodzi, kochany, o tę małą prawdę,
że życie wcale nie jest wielką paradą,
lecz szeptem w poduszkę, słońcem na twarzy
i wiernością, co nigdy nie przeraża.
Bo w drobnostkach świat się cały mieści,
w milczeniu ust, które nie znają nieszczęść.
I to jest miłość, co wierszem się staje,
gdy tylko patrzę, jak serce ci bije.
Strumień wspomnień
W moim wnętrzu płynie rzeka,
nie widać jej na skórze,
lecz czuję, jak łagodnie
omija ostre głazy dawnych słów.
Zbieram z niej obrazy-
dom pachnący chlebem,
śmiech, co zbiegał po schodach,
oczy, które patrzyły- i widziały mnie.
Czasem rzeka ta wzburzona,
niesie żal i strzępy chwil,
które wciąż drżą
jak skrzydła przelękłych ptaków.
Ale płynie dalej-
nie zatrzymasz jej dłońmi,
ani milczeniem.
Bo pamięć ma swoje źródło
w miłości,
która nie umiera-
nawet, gdy znikną głosy.
Siadam przy tym brzegu,
nie szukam już odpowiedzi.
Słucham.
Jak woda niesie mnie
tam, gdzie znów czuję- że byłam
i że jestem.
Źródło we mnie
Nie szukam już daleko.
Nie wypatruję znaków w chmurach,
ani śladów na ścieżkach cudzych kroków.
Źródło…
jest we mnie.
Biję powoli.
Cicho.
Jak serce, które
nauczyło się kochać bez obietnic
i ufać bez dowodów.
Tam, gdzie cisza spotyka światło,
rodzi się łagodność.
Nie ta udawana
— ale ta, która przetrwała burze
i nie zgubiła czułości.
Źródło nie krzyczy.
Nie musi.
Płynie głęboko pod skórą,
karmi to, co niedopowiedziane,
zasila sny,
rozświetla blizny.
Kiedy zamykam oczy
— czuję je.
Nie w myślach,
lecz w oddechu.
To tam mieszka
moja prawda.
Perły chwili
Zegar tyka miarowo, słońce znów wschodzi,
każda chwila to perła
— ukryta w gąszczu snów.
Krople życia spadają, jedna po drugiej, cicho,
tworząc rzeki wspomnień,
co w nas płyną- jak echo.
W pierwszej kropli- nadzieja, gdy świt budzi dzień,
w drugiej- miłość, co serce ogrzewa jak cień.
W trzeciej- ból, co uczy, hartuje duszę wciąż,
w czwartej- śmiech, co rozprasza
każdy smutku pnącz.
Widzę w nich trudy, zmagania, co siłę nam dały,
i chwile zwątpienia, gdy mroki nas otaczały.
Każda kropla to lekcja, każdy upadek- wstań,
nauka pokory, odwagi,
by stawiać czoło dniom.
Są krople potu- znak pracy ciężkich rąk,
i łzy- te słone, płynące z serca pełnych mąk.
Są krople deszczu, co ziemię spragnioną poi,
i krople słońca- barwą tęczy nas stroi.
Niech każda kropla życia, co z nieba spada,
będzie przypomnieniem,
że w nas siła się układa.
Że każda chwila- to skarb,
co warto z sercem czuć.
Bo tylko ten naprawdę żyje,
kto w istnienie umie się wtulić jak w czuły nurt.
Krople codzienności
W filiżance chłodnieje poranek,
a w nim echo snu,
którego nie zdążyłam zapisać.
Kropla mleka w kawie
tańczy jak myśl,
która przyszła- i zniknęła.
Na parapecie cisza
liczy ptaki
i nie zadaje pytań.
Wokół krzątanina,
klucze w kieszeni,
zupa na ogniu,
list nieotwarty
i światło- co nie gaśnie.
To nie są wielkie sprawy.
To codzienność.
A jednak w niej pulsuje
coś większego
niż wszystkie burze.