E-book
9.56
drukowana A5
44.01
Ja BenJamin

Bezpłatny fragment - Ja BenJamin


5
Objętość:
291 str.
ISBN:
978-83-8221-851-0
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 44.01

Wszystkie sytuacje, miejsca i postaci występujące w tej książce są fikcyjne. Tym samym jakiekolwiek podobieństwo może być wyłącznie przypadkowe.

Maria Zając uczyła mnie polskiego w naszej zawodówce przez wszystkie cztery lata. Dlaczego przez wszystkie cztery?… No dobra, poślizgnąłem się lekko z mechaniki i w zeszłym roku nie udało mi się wyjść z trzeciej klasy. Jednak sam język polski nie był aż tak uciążliwy dla mnie, radziłem sobie jakoś. Trzeba też dodać, że pani Maria nie była aż tak mocno wymagająca i pewne rzeczy, można powiedzieć, że tolerowała. W moim przypadku zawsze trójka była pewna, a nawet — mocna trójka. Chociaż nie aż tak mocna, żeby powiedzieć „prawie czwórka”. To była taka trójka „ze wskazaniem” na trzy plus. Polski więc nie był aż takim problemem dla mnie, gorsze były matematyka, technologia i ta zasrana mechanika.

Pani Maria była kobietą około pięćdziesięcioletnią. Mogła mieć najwyżej pięćdziesiąt cztery. Nie była zbyt urodziwa czy elegancka, lecz zawsze jakąś kieckę czy garsonkę założyła, ażeby chociaż trochę wyglądać, jak to na nauczycielkę przystało. Na nas w szkole, czyli na wszystkich uczniach płci męskiej, taka kobieta, w tym wieku, nie robiłaby wielkiego wrażenia. Sama Maria może i nie była efektowna, ale za to jej piersi! Jej piersi, to dwa ogromne balony. Powiedzieć, że były wielkości dorodnych melonów byłoby nawet i obrazą, ponieważ na jedną pierś, objętościowo, dwa melony mogłoby być mało. Dokładnie można je porównać do wielkich arbuzów rosnących na dobrze nawadnianym i słonecznym polu. Kiedy wchodziła do klasy, to wszyscy mówili, że widać najpierw piersi… Długo, długo piersi i dopiero potem widać było nauczycielkę. Nie ma się jednak co dziwić takiemu widokowi i takim komentarzom, ponieważ nawet sam dyrektor Kuśmierski też często przecierał zaparowane okulary, gdy tak zerkał na jej dekolt. Miał też chyba do niej z tego powodu wyjątkową słabość. Prócz tych najważniejszych walorów miała jedną zasadniczą wadę w postaci wielkich, wysuniętych do przodu zębów. Malowała usta czerwoną szminką, tak że często widać było te zęby ubrudzone. Czy jednak nabierały one koloru ust z powodu tego, że nadmiernie wystawały, czy też z powodu nieumiejętnego posługiwania się pomadką, tego nie było wiadomo i nikt w zasadzie nad tym się nie rozwodził. Miała też dość długie blond włosy, które częściowo spinała jakąś spinką, czy też czasem robiła z połowy tych włosów dość śmiesznego koka, który wcale nie ujmował jej lat.

Z powodu tych zębów otrzymała w szkole przezwisko Nutria, lecz moim zdaniem nie było ono obraźliwe, ponieważ i nutria, i zając, wydaje mi się, że to chyba są gryzonie.

Akurat prowadziła swój przynudzający monolog, chodząc po klasie i mówiąc o jakichś Rzeckim i Wokulskim. Nikt chyba tego nie czytał i nikt dalej nie będzie miał zamiaru czytać. Jest to tak samo fascynujący temat jak wskaźnik wzrostu gospodarczego w Gwatemali. Jakieś streszczenie albo zeszyt ze starszych klas ktoś załatwi, gdzie będzie elegancko ten temat opracowany i pewnie jakoś to będzie. Zającowa jednak chodziła tak po klasie i opowiadała te dyrdymały. Nuuda jak nie wiem co. Myślami byłem przy przewidywaniu wyników meczów w lidze piłkarskiej.

Obok mnie, w sąsiedniej ławce po prawej stronie, siedział Janek Wolny. Kiedy Nutria przechodziła po klasie pomiędzy stolikami, Wolny komentował na migi jej walory i śmiał się przy tym jak koń do marchewki (by nie mówić osioł). W pewnym momencie pani Zając zauważyła te jego wymachiwania, jak pokazywał rękoma na swoim torsie zarys i kształt wiadomych walorów. Odwróciła się i spojrzała na niego jak na wariata albo jak na wspomnianego osła, tak jak zwykła zawsze i na mnie patrzeć. Nie zdenerwowała się jednak z tego powodu, być może dlatego, że była świadoma tych „argumentów”. Powiedziała tylko:

— Co dziwnego jest w damskich piersiach? Nikt z was nie ma matki czy siostry?

— Mamy, mamy — odpowiedział Janek Wolny, a z nim chórem z nieukrywaną radością odpowiadała reszta klasy.

— No więc zachowujecie się dziwnie, jak jakieś matoły!

— Widzimy jednak różnicę, proszę pani — odezwał się Leszek Ropniak, który siedział ze mną w ławce.

Cała klasa zaczęła się bardziej nakręcać widząc, że te uwagi nie wywołują u Nutrii negatywnych emocji. Ogólnie zawsze prowadziła swe monologi bez większego zdenerwowania, czy ktoś jej słuchał, czy też nie. Wtedy również rozejrzała się po klasie z dziwnym ironicznym uśmiechem i jednocześnie z pewną satysfakcją, po czym płynnie przeszła na tryb edukacyjny, bez dalszego komentowania sprawy. Być może w duszy łechtało to jej ego, że posiada jeszcze jakieś walory, nad którymi nawet młodzież szkolna dyskutuje.

— Zaczynam wątpić, czy którykolwiek z was przeczytał całą książkę. Rozumiem wasze młodzieńcze fascynacje erotyczne, dlatego na ochłodę tych emocji na jutro napiszecie streszczenie.

— Uuuu! — z wielkim niezadowoleniem zabuczeli wszyscy w klasie.

— Nie da się, proszę pani, tego jakoś ominąć? Mamy drugą godzinę dzisiaj jeszcze, to może moglibyśmy omówić resztę i mieć z głowy?

— Już ja was znam, jesteście leniami i ignorantami.

— Ooo! Wypraszamy sobie, to pomówienia! — odezwał się Ropniak.

Leszek Ropniak siedział w ławce obok mnie. Na nazwisko miał Kowalczyk, lecz wszyscy zwracali się do niego Ropniak, ponieważ miał jedną wadę czy też taki tik, że zdarzało mu się odkaszleć. Kiedyś chłopaki skojarzyły to z pracą dieslowskiego silnika i od tamtej pory został Ropniakiem.

— Już ty się Kowalczyk nie odzywaj — grożącym tonem odezwała się pani Zając.

— Zawsze jak coś złego, to na mnie!!!

— Gdybyś inaczej do nauki podchodził, mógłbyś cośkolwiek wnieść do tej dyskusji.

— To jest stara cholera! — powiedział szeptem do mnie.

Kiedy zadzwonił dzwonek na przerwę, pani Zając zabrała z biurka dziennik lekcyjny i jej postać, ubrana wtedy akurat w czarną garsonkę, zniknęła za drzwiami. Za nią, później, wszyscy wybiegli z klasy w celu puszczenia dymka w toalecie. Ja nie palę, więc tak mocno nie spieszyłem się. Wtedy Ropniak wyjął z plecaka papierowe pudełko, w którym znajdowały się strzelające korki do pistoletu, a które kupił na odpuście. Lubię wszelkiego rodzaju zabawy wybuchowe, dlatego ucieszyłem się tym widokiem i poszliśmy za szkołę postrzelać z nich. Nie mieliśmy pistoletu, więc eksplozje inicjowaliśmy rzucając w korki kamieniami. W pewnej chwili Ropniak wpadł na pewien pomysł, w moim odczuciu całkiem genialny i zabawny.

— Ty! A jak podłożylibyśmy te korki w klasie pod krzesło Nutrii?…

— Ale byłyby jaja!

— Kurde, ale byłby ubaw.

Podekscytowani tak genialnym pomysłem, nie zastanawialiśmy się już więcej nad niczym. Najważniejszą kwestią już wtedy było tylko zainstalowanie tych korków pod nogami krzesła w klasie. Kiedy weszliśmy do klasy, Ropniakowi zadrżała ręka i zaczął się wycofywać.

— Ty, Benek! Nie! Lepiej nie, bo będzie draka.

— Weź wyluzuj, Lechu!

— Niee! Szorty mi przyfalowały. Dajmy spokój!

— Nie przesadzaj! Jaka będzie zadyma! Fajnie będzie. Zobaczysz!

— Nie, ja wymiękam.

— Zachowujesz się jak ciota! Dawaj te korki.

Oddał mi papierowe pudełko z umieszczonymi w nim korkami, które były poprzesypywane trocinami. Zostało pięć sztuk, a nam potrzeba czterech, tak, aby podłożyć po jednej sztuce pod każdą nogą.

— Chłopaki, uważajcie! — zwróciłem się do kilku z nich, którzy już zdążyli wejść do klasy.

Dwóch stanęło przy drzwiach i zaczęło obserwować przedpole naszego „poligonu”. Ropniak już mocno wystraszony, nie bardzo chciał brnąć w ten projekt. Zaczął się bać, ponieważ to on przyniósł korki do szkoły. Wynikła z tego wielka dyskusja, czy ciągnąć temat dalej, czy może wycofać się z tego.

Być może gdyby był na to czas, zrezygnowalibyśmy z całej akcji ze względu na konsekwencje. Wtedy nawet trochę i mnie samego oświeciło, że może rzeczywiście chłopaki mają rację. Zbyt wielką aferę można wywołać takim numerem. Miałem już zamiar powyjmować te korki spod nóg krzesła i wyjąłbym je, gdyby nie głos Wolnego:

— Uwaga! Idzie!

Zwinęliśmy się szybko i wszyscy niewinnie usiedli na swoich miejscach. Pani Zając, kiedy weszła do klasy, to nawet była lekko zaskoczona, tak jakby coś przeczuwała.

— Oo! Co taka cisza?

Nie usłyszała tego, czego mogła się zawsze spodziewać, czyli głupich odzywek i docinek. Nie zaświeciła jej się jednak w głowie żadna lampka kontrolna z tego powodu. Przeszła spokojnie obok tablicy, nieświadomie położyła dziennik na biurku i spokojnie zaczęła przymierzać się do spoczęcia na tym wybuchowym krześle. Cała klasa w tej danej chwili była skupiona na tym, co może zaraz się wydarzyć. Mnie również udzieliło się uczucie strachu. Zaraźliwe to jest. Chyba od Ropniaka przeszło na mnie. Moment niepewności, podczas którego siadała, z powodu mocnego skupienia, akurat w moim odczuciu wydłużył się lekko. Jakby w tamtej chwili obraz zwolnił niczym „replay” wyświetlany podczas meczu transmitowanego w telewizji, kiedy padła bramka.

Huknęło aż miło!!! Upłynęła mikrosekunda od momentu wybuchu do chwili, kiedy pani Zając przerażona podskoczyła i szybko, podpierając się o to przewrócone krzesło, bardzo sprawnie wskoczyła na biurko. Tempa, w jakim wykonała cały ten skok, mogłyby jej pozazdrościć o wiele młodsze koleżanki. Darła się jeszcze wniebogłosy nie wiedząc, co się stało. W tej czarnej garsonce i w tych czarnych rajstopach lub w tym, co po nich pozostało, wyglądała jak jakaś gotka. Nie spodziewałem się nawet tego, że iskry powstałe z eksplozji korków zrobią z jej rajstop rybacką sieć. Okazuje się więc, że są rzeczy, których nie można przewidzieć. Gdyby zamiast tej garsonki miała jakąś inną kreację do tych rajstop, równie dobrze wyglądałaby jak podstarzała burdelmama w amsterdamskiej różowej dzielnicy. Szczególnie właśnie z tymi swoimi wielkimi balonami, które podczas skoku zatrzęsły się kilkakrotnie, tworząc krótkotrwały, jednak spektakularny widok. Dodatkowo odpiął się jej jeden guzik, odsłaniając mocniej dekolt.

Zanim ochłonęła, darła się jeszcze przez chwilę. Trzeba przyznać, że jej zdenerwowanie sięgało zenitu. Jeszcze jej takiej nigdy nie widziałem i inne chłopaki w klasie też chyba podobnego widoku nie miały okazji obserwować. Może, więc warto dla takich nowych wizualnych doznań od czasu do czasu eksperymentować. Nie wiedziałem na razie, co dalej będzie. Cała klasa teraz w roli aktorów udawała przerażone niewiniątka, tak jakby to dla nich było również niebywałym zaskoczeniem.

Zającowa zeszła z biurka na podłogę i podeszła akurat do mnie. Cała klasa udawała aktorów… Ja natomiast chyba mam do tego jeszcze większy talent. Mógłbym pomyśleć kiedyś o szkole aktorskiej, ale do tego trzeba by mieć maturę. Powiedziałem, że mam talent aktorski, ponieważ przerażona Zającowa popatrzyła na wszystkich chłopaków w całej klasie i tylko do mnie podeszła. Pewnie musiałem zbyt mocno to przerażenie udawać.

— Noo! Zimny!!! Nie wmówisz mi, że to nie ty!!!

Huk musiał być wyraźnie słyszany w drugim końcu korytarza, ponieważ zdążył właśnie przylecieć dyrektor Kuśmierski. Wpadł niby mocno przerażony w pierwszej chwili, jednak po sekundzie widać było, że ucieszył go perwersyjny widok pani Zając stojącej tak w tych podartych rajstopach, do tego z tym rozpiętym guzikiem na piersiach. Okulary nie zdążyły mu w tak krótkim czasie zaparować, ale widać było po spojrzeniu, że rozmarzył się jak małe dziecko patrzące przez szybę wystawową na słodycze w cukierni. Nie mógł oderwać wzroku od takiego widoku, ale dyrektorski obowiązek nakazywał mu ogarnąć się i działać w związku z zaistniałą sytuacją. Rozejrzał się po klasie i zatrzymał wzrok… na kim? Oczywiście na mnie!

— Zimny! Do pokoju! Zapraszam na dywanik!!!

— Ale ja?! Panie dyrektorze…

— Bez dyskusji!!!

Dyrektor w swoim gabinecie miał na ścianie fajną szablę z napisem „Bóg, honor i ojczyzna”. Wyeksponowana była na czerwonym suknie i zawieszona na dwóch hakach. Pod spodem widniała mosiężna tabliczka z napisem: Jankowi Kuśmierskiemu — z okazji 30-lecia pracy — Koledzy. Skąd on w ogóle nabrał tylu kolegów, żeby mu taką pamiątkę ufundowali? Już nie raz miałem ochotę „podprowadzić” tę szablę i powymachiwać, tak jak Wołodyjowski albo Kmicic w „Potopie”. Nijak jednak nie dało się tego zrobić, ponieważ zawsze, gdy pokój był otwarty, to Kuśmierski w nim przebywał.

Pan dyrektor wprowadził do gabinetu roztrzęsioną Zającową, podtrzymując ją za ramię, i posadził na krześle.

— Proszę, pani Marysiu.

— Dziękuję — odpowiedziała pani Zając jeszcze przerażonym i drżącym głosem.

Sam usiadł za biurkiem, a gdy ja chciałem to zrobić, widząc wolne krzesło, zdenerwowany zwrócił się do mnie, krzycząc:

— Ty, Zimny, wcale nie próbuj! Ty masz stać!

— Ale dlaczego ja, panie dyrektorze?! Ja z tym nie mam nic wspólnego.

— Z czym?! Widzisz, jak sam się do tego przyznajesz. Skąd wiesz, o co chciałbym ciebie zapytać? Może wezwałem ciebie, jako jedynego pełnoletniego już ucznia w klasie, ażeby odprowadzić poszkodowaną panią Marię do domu. Przecież powtarzasz trzecią klasę, to osiemnaście lat masz już skończone. — Uśmiechnął się szelmowsko przy tym, co spowodowało, że wyglądał wyjątkowo wrednie. Jak głodny wilk przed skonsumowaniem Czerwonego Kapturka. Odpowiedziałem mu, zachowując jak największy spokój:

— No tak! W takim razie nie spodziewałem się, panie dyrektorze. Zrobię to z przyjemnością.

— I dobrze, że nie spodziewałeś się!!! Czy ty tak do końca już taki debil jesteś?!

— Czyli nie odprowadzać pani Marii? Już sam nie wiem.

— Czy ty teraz nawet ze mnie próbujesz debila zrobić?! — Kuśmierski denerwował się coraz bardziej, a nawet to jego zdenerwowanie łatwiej byłoby jakimś wulgaryzmem określić. W każdym razie zadowolony nie był.

— Skądże, gdzieżbym śmiał! — Dalej spokojnie starałem się odpowiadać.

— Nie wiem, Zimny, co z tobą zrobić. — Dyrektor zamyślił się przez chwilę.

Zastanawia mnie błyskotliwość i inteligencja tego człowieka. Skąd niby wiedział, że to ja jestem temu wszystkiemu winien? Czy tylko dlatego, że najlepiej grałem przerażonego? A może tylko dlatego, że jak wszedł, to Zającowa stała akurat obok mnie?

— Benek, takich rzeczy nie spodziewałam się po tobie — powiedziała w tym momencie pani Zając.

— Ale proszę pani! Przecież ja nic nie zrobiłem!

— Miałam do końca nadzieję, że ty trochę mądrzejszy jesteś.

Nie mogę się przyznać do tego wszystkiego, bo może być tak, że znów kolejny, trzeci już rok będę tę trzecią klasę powtarzał. Muszę się zawziąć i udawać głupiego do końca.

— Nie musisz udawać głupiego — powiedział dyrektor — ponieważ ciągle jakieś afery w szkole, to tylko twoja sprawka.

Ten cholernik jeden wyczuł mnie. Dokładnie mnie wyczuł i przewidział moje myśli. Ciekawe, co teraz zrobi z tym wszystkim?

— Zimny! Rodziców nie będę wzywał, bo nie mam już siły do ciebie, a ty dorosły jesteś i powinieneś za siebie odpowiadać.

Uff! Całkiem dobrze, bo ojciec też ostatnio nie jest przychylnie do mnie nastawiony. Matka również czasem załamuje ręce. Niby czemu się wszyscy tak mnie czepiają? Uwzięli się na mnie, wcześniej razem się zmawiając? Starość jest straszna, wszyscy jak jeden nie rozumieją młodych. Ja, jak będę miał te lata, to chyba będę inaczej myślał. To jest pewne, że w ich wieku będę mądrzejszy.

— Powiedz, co ty sobie myślisz?

— Ja nic, panie dyrektorze. Współczuję szczerze pani Zając, a myśleć nic więcej sobie nie myślę. Zresztą… Wielokrotnie słyszę od nauczycieli, że nie podejrzewają mnie o myślenie.

— W zasadzie to jedyny logiczny wniosek, który usłyszałem z twych ust!

— Więc nie myślę, tylko współczuję.

— Biedactwo! I do tego zdziwiony jesteś, że źli ludzie panią Marię tak załatwili.

— Źli, to prawda, panie dyrektorze.

— My sobie inaczej porozmawiamy — powiedział, po czym zwrócił się do Zającowej. — Pani Marysiu, proszę iść do domu, ja tutaj z Zimnym porozmawiam.

— Nie takie to proste pokazywać się w takim stanie, panie dyrektorze.

— Rozumiem, rozumiem, bardzo, ale to bardzo mi przykro.

Dyrektor z całym szacunkiem do damskiej płci i z indywidualnym uwielbieniem do pani Marii Zając odprowadził ją do drzwi, dość perwersyjnie i namiętnie ucałował w rękę, śliniąc ją przy tym mocno. Kiedy nauczycielka odchodziła, jeszcze odprowadzał ją wzrokiem, a jego oczy, widać to było dokładnie, jak rozmazywały się maślanym spojrzeniem. Stał tak i patrzył przez chwilę, jakby się wyłączył. Widać, że ten rozpięty guzik, te podarte rajstopy na nogach polonistki podnieciły tego starego zbereźnika i całkiem go rozkojarzyły.

Gdy tak stał, pomyślałem sobie, że zaraz zacznie się monolog i popłynie z jego ust potok jadu skierowanego w moją stronę. Nie wiedziałem, co zrobić i nie mogłem wiedzieć też, czego mogłem się za chwilę spodziewać. Zanim dyrektor przystąpił do ataku, postanowiłem odezwać się pierwszy. Kiedy jeszcze odprowadzał wzrokiem Zającową, powiedziałem:

— Popieram gust pana dyrektora, a piersi pierwsza klasa!

Momentalnie ocknął się z tego letargu. Spoglądając na mnie zmieszał się mocno i twarz jego natychmiast zrobiła się czerwona jak polne pomidory na początku września. Był to dobry ruch z mojej strony, ponieważ Kuśmierski zaciął się i nie wiedział, jak rozpocząć rozmowę ze mną. Usiadł przy biurku, napił się wody i dopiero po tym zaczął mówić.

— Nie próbuj, Zimny, wpłacać pieniędzy na wyjazd do Ustki. Nie pojedziesz z klasą na ten obóz. Za karę nie pojedziesz.

— Ale jak to?! Panie dyrektorze!

— Nie próbuj dyskutować. Nie pojedziesz!

No kurczę! Tyle czasu szykowałem się na ten obóz i tyle miałem planów na tę okoliczność, a on teraz ma mi to uniemożliwić? Jak go podejść, żeby złagodniał?

— Panie dyrektorze kochany, zaplanowany miałem ten wyjazd i nawet rodzice gotówkę mi na ten cel dali, czekałem tylko, aby wpłacić.

— Nigdzie nie pojedziesz, jakieś konsekwencje muszą być.

— Ale jakie konsekwencje? Ja przecież…

— Nie dyskutuj! Ja tu jestem dyrektorem i muszę mieć coś do powiedzenia. Nie sądzisz?

Czy akurat sadzę, czy nie, to w tej chwili nie było istotne. Do tej pory do mnie nie docierało to, że jest w stanie aż tak mocno mnie uziemić. Jego gadki puszczałem jeszcze sobie mimo uszu. Nie myślałem, że jest aż tak zdeterminowany, aby skutecznie uniemożliwić mi ten wyjazd.

— Ale, panie dyrektorze!

— Nie chcę nic już słyszeć! — powiedział stanowczo.

Zerknąłem na ścianę, na tę szablę bojowo prezentującą się na tym czerwonym suknie i zastanawiałem się, czy można ją stamtąd, z tych zaczepów, wyjąć gołą ręką i od razu móc nią wymachiwać. Ciekawe, czy dałbym sobie radę podczas walki pod takim Grunwaldem na przykład albo gdyby tak jadąc na koniu atakować po drodze przeciwnika, przecież taki koń galopuje i trzęsie… Ciekawe to jest.

Dyrektor gadał jeszcze coś, ale zbytnio to do mnie nie docierało. Po prostu olewałem jego gadkę i nic sobie z tego nie robiłem. Wygada się, to nerwy mu przejdą. Kiedy skończył, ja powiedziałem, że jestem lojalny wobec całej klasy i nawet gdybym wiedział, kto to zrobił, to ta lojalność nie pozwoliłaby mi na ujawnienie takich wiadomości. Dyrektor spojrzał tylko na mnie i powiedział:

— Przez cztery lata już zdążyłem cię poznać, szelmo!!! Dopilnuję, ażeby twoja edukacja nie zakończyła się przypadkowo! Twoja wiedza będzie dogłębnie weryfikowana! Obiecuję ci to! Do tego jeszcze jeden warunek, który potwierdzisz mi na piśmie.

— Podpisywałem już kiedyś coś.

— Tamte oświadczenia były terminowe i zawsze po ich wygaśnięciu odwalałeś jakiś numer. Teraz podpiszesz bezterminową i konkretną obietnicę, ważną aż do ukończenia edukacji. Do momentu, kiedy zostaniesz absolwentem naszej szkoły.

Nie wiem, czy Kuśmierski słyszał siebie teraz. Przecież ta groźba i to straszenie, to jak obietnica ukończenia tej wybitnej uczelni. To znaczy, że uzyskam tytuł ślusarza narzędziowego potwierdzony świadectwem. Będę absolwentem! Tak to odebrałem, ponieważ powiedział, „że będę absolwentem naszej szkoły”. No cóż, nie takie oświadczenia podpisywałem i zawsze wywinąłem jakiś numer dopiero po wygaśnięciu tych oświadczeń.

Dyrektor wstał, otworzył drzwi do sekretariatu i powiedział do sekretarki:

— Dorotka! Napisz na maszynie oświadczenie o zobowiązaniu się do niewywoływania żadnych afer.

— Jakie nazwisko ucznia mam umieścić? — Zapytała sekretarka.

— Benek Zimny!

Po chwili leżało już przede mną gotowe pismo, które miałem podpisać tylko samym imieniem i nazwiskiem. Bywały w moim życiu już podobne sytuacje, więc mam doświadczenie. Spojrzałem w tę kartkę… Jest dobrze! Znów sekretarka popełniła błąd, z którego nie będę jej wyprowadzał. Napisała Beniamin Zimny. Moje imię przez „i” krótkie napisała, a ja mam w dokumentach przez „j”. Taki drobny błąd, a całe oświadczenie może być niezobowiązujące. W każdym razie przy tej opcji będę się upierał w razie niedotrzymania tego, o czym tam było napisane. Dla pewności, że to ma sens, podpisuję zawsze wszystko lewą ręką. Wtedy mogę zaprzeczyć, że jednak podpis różni się od tego składanego prawą ręką. Czytam dalej: Ja Beniamin Zimny zobowiązuję się przez czas pozostały do zakończenia edukacji w Zasadniczej Szkole Zawodowej przy Państwowej Fabryce Narzędzi uczęszczać na lekcje bez wywoływania jakichkolwiek incydentów i afer. Świadomy jestem, że każdy taki wybryk zakończony będzie wezwaniem Milicji Obywatelskiej oraz wykreśleniem mnie z listy uczniów. Podpisał: … Uuu! Grubo zagrał dyrektor tym razem. Drżącą ręką, ale z nadzieją, że to lewa ręka, podpisuję ten diabelski cyrograf. Z drugiej strony, podpisać muszę, ponieważ Kuśmierski nie dał mi wyboru.

Wyszedłem z pokoju. Jakoś się udało. Najważniejsze, że nie musiałem wysłuchiwać długich, przynudzających monologów. Najgorszy jest ten obóz. Jeśli nie pojadę na niego, to kara będzie znaczna. Tak się cieszyłem, że jeszcze ostatni raz wyjedziemy z całą klasą nad morze. To już ostatni wyjazd przed wakacjami i przed podjęciem pracy w dorosłym życiu. Chyba, że… dyrektor mówił prawdę i uziemi mnie na kolejny rok. Kurde! Może to być prawda. Nawet jak dam sobie radę z matematyką, to ta technologia i zasrana mechanika mogą stanowić problem. Narobiłby mi bałaganu w życiu, nie powiem.

Pani Zając poszła do domu, a ja wróciłem do chłopaków. Lekcja prawie już zleciała i za chwilę miał być dzwonek.

— No i jak? — pytali wszyscy.

— Normalnie! — odpowiedziałem i zrobiłem kozacką minę, że niby nic takiego, że to spłynęło po mnie.

— Puściłeś parę? — zapytał się Ropniak, widać, że mocno wystraszony.

— Tak. A co miałem powiedzieć? Przycisnął mnie. Wygadałem, kto przyniósł korki. Zaraz ciebie wezwie do siebie.

— Poważnie?!

Mina Ropniaka sugerować mogła, że całym tym wydarzeniem wystraszył się mocniej niż Zającowa.

— Spójrz w lustro i zobacz, jak szorty ci falują. Wyglądasz marnie, ty trzęsidupo!

Ropniak rozluźnił się po tym stwierdzeniu, jakby nazwanie go trzęsidupą było jakimś wielkim komplementem. Twarz wyraźnie mu się rozpromieniła, jakby zaraz chciał powiedzieć: „Spoko, nie takie numery się w życiu robiło”.

— Wiedziałem, że można na ciebie liczyć.

— Umiesz liczyć, to licz na siebie. „Kuśmier” mnie uziemił.

— W jaki sposób?

— Na obóz nie pozwolił mi jechać.

— Cholera, niedobrze! Ale wyluzuj, trudno. Ważne, że zabawa była przednia. Widziałeś, jak Zającowa skakała jak zając.

— A jak jej cyce falowały! — powiedział Wolny i zaczął rżeć jak koń.

— No efekt był elegancki, była jazda, nie powiem.

Od tej pory, nie wiedzieć czemu, zostałem nazwany w szkole pirotechnikiem. Przecież lepiej to przezwisko pasowało do Ropniaka, bo to on przyniósł korki. Jednak z tym przezwiskiem jest tak samo jak z moją wpadką. Znów wszystko na mnie. Jednak szczerze mówiąc lubię takie wybuchowe zabawy. Ciekawe to jest. W przyszłości fajnie byłoby iść służyć do wojska w jakiejś artylerii i tam napierdzielać z jakiejś armaty przeciwlotniczej albo z jakiegoś moździerza.


W domu starzy zawsze mi trują o tej nauce. „Ucz się, ucz się”. Ciągle słyszę tę samą mantrę. Jakbym to ja jakiś uniwersytet kończył czy coś podobnego. Zwykła zawodówka, do tego przyzakładowa. Nie wiem, czy moim największym marzeniem byłaby praca jako ślusarz w Państwowej Fabryce Narzędzi. W życiu trzeba by coś lepszego robić. Najlepiej, moim zdaniem, mieć negatywny stosunek do pracy fizycznej. Ojciec to już takie głupoty zawsze wygaduje, że szok! Nie chcę mu wygarniać, ale czasem mam ochotę. Tak, chociaż raz powiedzieć: „Dobra, stary nie truj już. Czy ty siebie słyszysz i widzisz? Spójrz w lustro i zobacz, kto tam stoi? Ojciec sukcesu! Obchodowy urządzeń ciepłowniczych elektrociepłowni miejskiej. Przebieg kariery zawodowej: Przyjął się i pracuje po dziś dzień. Do tego brązowa odznaka: Zasłużony dla PRL i druga 25 lat w energetyce. Obie stoją za szklaną szybą meblościanki.

Tak bym chciał ojcu wygarnąć kiedyś, ale za bardzo nie mam odwagi. Ja jednak nie chciałbym tak życia spędzić. Ja chciałbym, aby to życie było ciekawsze, dlatego ten ślusarz to nie do końca moja bajka.

Do wyjazdu na obóz w Ustce zostało już coraz mniej czasu. Prawie wszystkie chłopaki powpłacały kasę i mają pewność, że pojadą, a ja niestety nijak nie mogę cofnąć mojego zakazu. Okazało się, że „Kuśmier” postawił na swoim i ma zamiar dotrzymać danego słowa. Uparta menda jest jak osioł. Nakręcił jeszcze do tego Niutonową, czyli panią Julię Elton, która uczyła nas technologii i tej zasranej mechaniki, żeby konsekwentnie nie brała pod uwagę mojego uczestnictwa w tym obozie. Chociaż Julia Elton była młodą nauczycielką, to samemu również trudno byłoby mi ją jakoś podejść i ubłagać. W zeszłym roku mechaniki nijak, na żadną litość, nie zaliczyła mi. Błagałem i upokarzałem się jak mogłem, jednak nic to nie pomogło. Wymagająca jest cholera. Dlatego zostałem na kolejny rok, aby móc dłużej pooglądać urodę pani Elton, którą przezwaliśmy „Niutonowa”. Była młodą, bo mogła mieć nie więcej niż 28 lat, bardzo zgrabną i ładną kobietą. W zasadzie miała tylko tę jedną wadę, że uczyła mechaniki. Cała klasa na myśl o tym, że Niutonowa jedzie również na ten obóz, pokładała nadzieję w słonecznej pogodzie. Byłaby to szansa oglądania Niutonowej opalającej się w bikini. W moim przypadku zapowiadało się, że ten widok przejdzie mi koło nosa.

Właśnie siedziała w klasie za swym biurkiem, w wyjątkowo modnych jeansowych spodniach firmy Cassucci, które można kupić w Pewex-ie. Do tego miała kraciastą bluzkę przypominającą roboczą koszulę flanelową, lecz nie wyglądała jakoś roboczo. Wyglądała jak amerykańska tancerka country. Nie prowokowała nijak strojem w postaci niedopiętych guzików czy też spódniczek. Nie musiała prowokować, jej uroda i młody wiek wystarczyły, żeby z całej klasy zrobić stado wygłodniałych wilków, które wyło i pokrzykiwało głupio. Nie sadzę jednak, aby cała klasa była stadem debili, myślę, że jej uroda wystarczyła, żeby z nich tych debili zrobić. To również uzasadnia mój stosunek do mechaniki. Przecież skupić na nauce nijak się nie idzie. Taką też wersję przyjąłem podczas ostatecznego zaliczenia w zeszłym roku, ale cóż, nie pomogło. Teraz również na moje prośby nie reagowała.

— Wiesz co, Benek? Dla mnie to nawet lepiej, że nie jedziesz. Jestem spokojniejsza.

— No proszę pani, przecież to ostatni taki obóz w moim życiu.

— Znając twoje dotychczasowe osiągnięcia i dalsze możliwości… — Spojrzała w dziennik na moje oceny z mechaniki i kontynuowała. — Powinieneś rozważać, że może w przyszłym roku jeszcze pojedziesz.

Chociaż wszyscy słabo radzili sobie z tą mechaniką, to jednak robili sobie polewkę wtedy ze mnie. Banda łachudrów, a ja ich za kolegów uważałem. Nawet Ropniak rechotał, za co zdzieliłem go w głowę. Zauważyła to Niutonowa.

— Benek! Przeginasz!

— Dobrze, dobrze, przepraszam.

Kurde, jeszcze za tego łachudrę Ropniaka muszę panią Elton przepraszać.

— Niestety, nic ci to nie da, nie pojedziesz na obóz i to już definitywnie potwierdzone! — powiedziała takim tonem, jakby to już było zdanie ostateczne.

Czas do dnia wyjazdu na obóz zbliżał się wielkimi krokami. Ja w domu nie puściłem nawet pary z ust, że nie jadę. Rodzice nie byli tego świadomi, więc byli o wiele zdrowsi. Wiele rzeczy dla dobra rodziców nie mówię, bo po co mają sobie zdrowie tracić? Dlatego to, co jest możliwe do przemilczenia, to zawsze przemilczam. Czasem chciałoby się coś wygarnąć, ale dla ogólnego spokoju warto jednak wiele rzeczy pominąć. Nie jestem też jakimś zwyrodnialcem, żeby tak całą prawdą rodziców katować.

Właśnie przy obiedzie rozmowa zeszła na temat wyjazdu.

— To kiedy wyjeżdżacie na ten obóz? — zapytała się mama.

— Przed Bożym Ciałem, pierwszego czerwca, w dzień dziecka — skłamałem.

— Pociągiem będziecie jechać, czy jest autobus?

— Pociągiem z Łodzi Kaliskiej. — Leciałem z kłamstwem już dalej, ponieważ cała klasa miała jechać autobusem. — Trzynasta pięć jest wyjazd.

— No to musisz dojechać wcześniej, żeby się nie spóźnić.

— Tak, tak, chyba z samego rana muszę autobusem do Łodzi wyjechać, tym o dziewiątej.

— No tylko tym, bo następny jest o jedenastej trzydzieści, to pewnie nie zdążyłbyś. A to zawsze jeszcze jakieś sprawy organizacyjne na miejscu, picie na drogę w sklepie sobie kupisz.

— Tak, tak, mamo.

Ściema na całego, ale nie mogłem już wybrnąć z tego i powiedzieć, że ich synek znów wywinął kolejny numerek, którym obniżył sobie znacznie notowania. Trzeba będzie coś z tym zrobić. Dla dobra obu pokoleń w tej rodzinie, trzeba będzie zniknąć z domu na dwa tygodnie.

Cała klasa pojechała już autobusem w poniedziałek, a ja we wtorek 31 maja spakowałem plecak. Wziąłem ze sobą śpiwór, bo sam nie wiedziałem, gdzie będę spał. W każdym razie postanowiłem pojechać do Ustki i odwiedzić kolegów na tym obozie.


Autobus PKS zatrzymał się na przystanku obok mnie dokładnie o godzinie dziewiątej. Wyjątkowy to przypadek, ponieważ zdarzało się, że notował dość znaczne spóźnienia, a nawet przejeżdżał często przeładowany i z powodu braku miejsc w ogóle się nie zatrzymywał. Tak więc szczęście dopisywało mi od samego rana. Chociaż w autobusie tłok spory, to jednak było na tyle luzu, ażebym mógł w tym ścisku ściągnąć plecak i postawić go sobie pomiędzy nogami. Czy pociąg do Ustki był tego dnia i o której godzinie, tego wcale nie wiedziałem. Mogłem wszystko sprawdzić dopiero na dworcu. Tak więc jechałem z wielką niewiadomą, jak w pokerze, jechałem w ciemno. Jedynymi pewnymi danymi, jakie posiadałem, był adres ośrodka, w którym wszyscy mieli przebywać i numer telefonu na portiernię. Dostałem je od chłopaków, ponieważ oni otrzymali je w szkole od Niutonowej, aby zostawić rodzicom.

Kiedy autobus podjechał na dworcowy przystanek, szybko udałem się do kasy, aby zobaczyć, o której ewentualnie odjeżdżać miał pociąg. Przechodząc obok tablicy z wielkim, swojsko brzmiącym hasłem: Sumienną pracą zbudujemy lepsze jutro, pomyślałem sobie o tej pracy, która czeka mnie niedługo po skończeniu szkoły. Co też za dyrdymały ta władza wymyśla. Nie sądzę, aby człowiek do pracy był stworzony. Mnie w głowie też jakoś jeszcze nie chce się ułożyć scenariusz mojego przyszłego życia. Nijak nie mogę sobie uzmysłowić, że mógłbym być kontynuacją życia Edwarda Zimnego lub mógłbym być równoległą wersją mojego ojca, takim Edwardem Zimnym II. Idąc dalej mijałem sporo ludzi, którzy błądzili po dworcu i przemieszczali się z peronu na peron. Dokąd oni tak jeżdżą tymi pociągami? Ja raz się wybrałem, to zrozumiałe, ale oni wszyscy?

W okienku kasowym siedziała otyła kobieta z tłustymi, krótko przyciętymi blond włosami. Ubrana była w białą koszulę z niebieskim napisem PKP. Biorąc pod uwagę jej tuszę, to muszę przyznać, że zasiedziała się. Sumiennie pracuje i buduje lepsze jutro. Swoją drogą, ile jest jeszcze w stanie wypracować tych kilogramów dla państwa socjalistycznego, jeżeli dalej będzie tak siedzieć sumiennie?

— Dzień dobry, widzę, że pociąg do Ustki odjeżdża o godzinie czternastej trzydzieści.

— Tak, proszę pana!

— Poproszę jeden ulgowy.

— Legitymację szkolną pan posiada?

— Owszem, proszę bardzo.

To małpa jedna! Co to ją może obchodzić, czy ja mam legitymację, czy nie, czy chodzę do szkoły, czy też nie? Konduktora podczas kontroli to jeszcze jestem w stanie zrozumieć, ale ją? Nie wypadało mi robić afery, bo biletu by mi nie sprzedała i inaczej mogłoby to się skończyć. Zachowałem spokój, zapłaciłem i odszedłem od kasy myśląc sobie: siedź sobie ty wredny babsztylu i obrastaj w tłuszcz na chwałę socjalistycznej ojczyzny.

Pociąg odjeżdżał o godzinie czternastej trzydzieści. Bardzo dobrze się składało, ponieważ mogłem pokręcić się po okolicy. Sklepy monopolowe otwierali o trzynastej, więc była okazja kupić sobie jakieś wino na drogę. Zawsze niewielki łyk umili nudną jazdę. Fajnie! Wszystko szło zgodnie z planem.

Kiedy wszedłem do sklepu, zobaczyłem, że wybór trunków był dużo większy niż u nas w wiejskim sklepie. Zawsze sklepy w miastach są lepiej zaopatrzone. Wziąłem sobie dwie butelki armeńskiego. Było dużo słodsze, bardziej esencjonalne i gronowe, podczas gdy nasze polskie przeważnie zrobione były z jabłek. Armeńskie było trochę droższe, ale coś za coś, jakość i smak przede wszystkim, a do tego wino owo miało szesnaście procent alkoholu. Kiedy ekspedientka postawiła na stole te dwie butelki z etykietami koloru wiśniowego, zapytała:

— Ma pan osiemnaście lat? Proszę pokazać dowód.

To cholera jedna! Następna nawiedzona znów zaczęła mnie atakować i to dlaczego? Za co dokładnie? Za niewinność. Mnie, Bogu ducha winnego człowieka! Tak jest na każdym kroku; wszędzie, czy to w szkole, czy to poza nią. Zewsząd atak i jad na niewinnego człowieka. Tamtej w kasie wydałem się zbyt dorosły na ulgowy bilet, a tej znów wydawałem się zbyt młody na niewinne winko, które tak do końca alkoholem trudno nazwać. Opanowałem się, ale tylko dlatego, że nabrałem ochoty na to armeńskie wino, a pójście do drugiego sklepu nie gwarantowało, że takie samo tam dostanę. Wyjąłem dowód osobisty i pokazałem.

— Proszę bardzo. Czy ja nie wyglądam na osiemnaście lat?

— Dziękuję — odpowiedziała. — Wie pan, różnie to bywa, ale to miłe powinno być dla pana, że wygląda pan młodziej.

Do tego będzie mi wciskała takie głupie teksty, że miłe, że powinienem się cieszyć. Czy te wszystkie kobiety powariowały? Nic dziwnego, siedzą za ladą i tak cały dzień użerają się z klientami, to mogą im się cegiełki w głowie poprzestawiać. Zapłaciłem, schowałem wina do plecaka i odszedłem starając się nie denerwować.

— Dziękuję bardzo. Do widzenia! — rzuciłem na odchodne, będąc już przy drzwiach. Chociaż z tym widzeniem to blef, bo nie wiem, czy chciałbym ją jeszcze kiedyś oglądać.

Kręcąc się tak wcześniej po dworcu i czekając na pociąg, dowiedziałem się, że skoro pociąg rozpoczyna swoją trasę tutaj na dworcu kaliskim, to muszą dwie godziny wcześniej obok przygotowywać skład i można tam wcześniej wejść. Wtedy można zapewnić sobie miejscówkę. Poszedłem więc tymi torami w poszukiwaniu owego składu. Musiałem tylko uważać na sokistów, ponieważ gonią takich przypadkowych łazików i straszą mandatem w przypadku złapania delikwenta. Błądząc tak wśród zestawów ustawionych na torach, odnalazłem skład z bocznym napisem: Ustka. Zapytałem jakiegoś ciecia, który chyba zajmował się porządkami, czy jak wsiądę teraz tutaj, to dojadę do Ustki. Odpowiedział twierdząco. Wszedłem więc i wyszukałem sobie, moim zdaniem, najdogodniejszy przedział w wagonie klasy drugiej.


Powinienem być wdzięczny temu gościowi, który podpowiedział mi trik z wcześniejszym wsiadaniem. Tak jak ja postąpiło jeszcze wielu ludzi. Jakie to było dobre rozwiązanie okazało się dopiero, kiedy pociąg wjechał na peron. Ludzi czekających na niego było mnóstwo. Zaczął się jeden wielki wyścig do tego, aby jak najszybciej wsiąść i próbować zająć jakiekolwiek miejsce siedzące. Jedni weszli pierwsi, zajmowali przedziały i odbierali przez okna bagaże od pozostałych. Byli też i tacy, którzy jako młodsi i sprawniejsi, wciągani byli przez kolegów oknem. Pasażerów było tylu, że cały korytarz wypełniony był ludźmi do tego stopnia, że trudno było dostać się do toalety w razie ewentualnej potrzeby. W moim przedziale zdobywcami pożądanych siedzących miejsc były kolejno: obok mnie małżeństwo z synem około 14-letnim, a naprzeciwko dwie kobiety, może siostry, nie wiem, a obok nich dwie zakonnice. Droga zapowiadała się więc nudnie, ponieważ towarzystwo jakieś takie niedopasowane do mnie. Nie znajdziemy wspólnego języka. Nikt zresztą nie próbował jakichkolwiek konwersacji, wszyscy siedzieli i milczeli. Zakonnice trzymały w rękach różańce, co mogłoby znaczyć, że w duchu się modlą. Chociaż tak do końca w to nie wierzę, że zakonnice się modlą. Myślę, że to taki wizerunkowy chwyt dla oka postronnych obserwatorów. Osobiście nawet nie wierzę w to, że papież modli się po zamknięciu w pokoju, kiedy inni go nie widzą. Myślę, że cała ta modlitwa, to taki chwyt związany z zasadami kościelnymi. Ja też bywam w kościele tylko wtedy, gdy matka mnie do tego zmusi. Zazwyczaj w niedzielę po jakiejś zabawie, gdy jestem wyjątkowo zmęczony. Bardzo dobrze, że w naszej parafii naprzeciw kościoła jest tak zwana rybka, czyli smażalnia, w której sprzedają lane piwo. Zawsze przez ulicę słychać z megafonu jak ksiądz nadaje, tak więc można spokojnie pić piwo i uczestniczyć we mszy.

Kolejne kilometry mijały, a otoczenie niczego spektakularnego nie wnosiło do całej akcji. Wszyscy siedzieli tak, jak jakieś melepety, ale czemu niby ja się temu dziwiłem? Facet obok nawet może zagadałby do tych dwóch kobiet, które siedziały naprzeciwko mnie, bo widać było, jak na nie patrzył. Oko szło mu w szkodę jak krowa Cieplickiego w seradelę Krynickich. Jednak siedząca obok niego małżonka i synek, samą swoją obecnością niszczyli jakąkolwiek inicjatywę. Burzyli w zarodku potencjalnie dobrze mogącą się zapowiadać akcję. Cała droga i patrzenie na to towarzystwo normalnie zemdliło mnie. Musiałem się czegoś napić. Kupiłem sobie na drogę dwa Grzesie w Litrowych butelkach, ale naszła mnie ochota na to wino. Wyjść i napić się w ustronnym miejscu nie dało się, ponieważ za drzwiami przedziału stał gęsty mur zbudowany z ludzi. Co mi tam szkodzi. Pomyślałem sobie, że spokojnie pociągnę z butelki w przedziale. Okoliczności mnie do tego zmuszały. Wyjąłem butelkę, zdjąłem plastikowy kapsel i miałem zamiar wypić, ale pohamowałem się. Przecież byłoby to niezbyt mile widziane, jakieś takie niekulturalne. Zanim wziąłem szyjkę do ust, wyciągnąłem najpierw butelkę do przodu i zaproponowałem wszystkim czterem paniom siedzącym naprzeciwko:

— Może mają panie ochotę? To proszę, bardzo dobre, armeńskie!

— Nie, dziękujemy! — odpowiedziały zgodnie najpierw obie panie, a po nich te same słowa jak echo powtórzyły zakonnice.

Kobieta, która siedziała z mężem obok, zrobiła już taką zniesmaczoną minę, że nie musiałem powtarzać pytania. Zrozumiałem bez słów. Chociaż po facecie widać było, że miał rozmarzony wzrok, gdy tak piłem później z butelki. Ich około czternastoletni synuś też widać, że znał smak tego armeńskiego specjału. Próbował dla niepoznaki przed rodzicami zachowywać pozory, jednak pragnienie dawało się wyczytać w jego źrenicach do tego stopnia, że aż mi było go żal.

Wino armeńskie to jeden z niewielu pożądanych produktów, pochodzących ze Związku Radzieckiego. Uplasowałbym je równolegle obok złota, samochodów marki Łada i kolorowych telewizorów. Z jedną małą różnicą, że na pozostałe trzy nie stać mnie i nie wiem czy kiedykolwiek będzie mnie stać, gdy zacznę pracować. Mogę więc powiedzieć, że wino armeńskie to jedyny najbardziej pożądany produkt pochodzący z Kraju Rad. Kiedy tak sączyłem sobie z butelki ten znakomity trunek, kobiety siedzące przede mną, jakby na przekór, na znak protestu przeciw naszemu ustrojowi, wyjęły plastikową butelkę z napojem, na której widniał napis: Fanta. Butelka ta pochodziła z wrogiego nam zgniłego zachodu. Jedna z tych kobiet trzymała metalowy kubek, a druga zaczęła wlewać do niego napój i tak napiły się po kolei obie. Skąd miały taki napój? U nas zdarzało się, że widywałem go w małych kioskach, które komisowo sprzedawały artykuły pochodzenia zagranicznego. Cena takiej fanty nijak nie uzasadniała jej zakupu, ponieważ była droższa od naszych krajowych napojów około czterdziestokrotnie. Taka nietłukąca się butelka była jednak bardzo praktyczna w podróży i niejednokrotnie ktoś kupował raz, aby potem ją sobie napełniać innymi napojami. W tym konkretnym przypadku zachód nas mocno wyprzedził, ponieważ plastikowych butelek do celów spożywczych wcale u nas nie było. Ile jest jeszcze rzeczy, o których nie wiem, a mogą sugerować wyższość zachodnich państw nad naszymi Demoludami? Może być różnie, za młody jestem, żeby to wszystko wiedzieć. Jednak, kiedy pociągnąłem kolejny łyk wina i zrobiło mi się błogo, pomyślałem sobie, że jednak żadna fanta czy inne napoje w nietłukących plastikowych butelkach nie przewyższą klasą, technologią i smakiem tego armeńskiego wina.

Cała ta nuda i męczarnia podczas jazdy trwała prawie do godziny pierwszej w nocy. Kiedy wysiadłem na dworcu w Ustce, musiałem odnaleźć miejsce, gdzie chłopaki z mojej klasy wraz z zacnym ciałem pedagogicznym nocowali. Był to jakiś przestarzały pensjonat z Funduszu Wczasów Pracowniczych. Wtedy było jeszcze przed sezonem, więc dyrektor mógł zarezerwować taką całą placówkę tylko dla naszej szkoły. Najpierw rzuciłem okiem na mapę znajdującą się na ścianie poczekalni dworcowej, a potem zapytałem kasjerkę o drogę. Udzieliła mi wstępnych informacji i z taką wiedzą wyruszyłem na poszukiwania.

Z dworca kolejowego należało przejść przez całe miasto, a pensjonat, którego szukałem, usytuowany był gdzieś we wschodniej jego części na peryferiach, prawie w lesie. Poszukiwania zajęły mi około dwóch godzin, zanim stanąłem przed bramą jednopiętrowego budynku, który ogrodzony był metalowym płotem. Na parterze nie widziałem żadnych świateł w oknach oprócz jednego, lecz niektóre okna były przysłonięte drewnianymi okiennicami, które mogły bardzo szczelnie zasłaniać światło. Na piętrze było widać, że świeci się jeszcze w trzech oknach. Pewnie tam chłopaki jeszcze urzędują. Podszedłem do bramy, ale była zamknięta. Przy murowanym słupku znajdował się dzwonek. Zadzwoniłem. Było późno, ale co mi szkodzi. Po pewnej chwili przyszedł zaspany, gruby i niski portier. Przyglądał mi się z daleka, a kiedy podszedł bliżej, odezwał się.

— Słucham, o co chodzi?

— Dobry wieczór panu. Tutaj podobno przebywa cała męska klasa ze szkoły narzędziowej. Mają tutaj obóz.

— Tak, a o co chodzi?

— Wie pan, chciałem odwiedzić kolegów i przyjechałem do nich.

— Czyś ty człowieku na głowę upadł?! Teraz? Wiesz, która jest godzina? W nocy jest zamknięte.

— To znaczy, że nie wpuści mnie pan?

— Pewnie, że nie! Jest cisza nocna, proszę przyjść rano.

Rzeczywiście, godzina już się zrobiła „lekko późnawa”, ponieważ dawno już minęła druga w nocy, ale cóż to takiego, każda pora jest dobra, a do tego ten gość był nocnym stróżem, więc dla niego normalna robocza dniówka przypadała akurat w nocy. To zgred stary jeden! Grzecznie dziada proszę, a on tak do mnie? Stał tak i nie chciał odejść od bramy. Przyglądał się mi, jakbym był jakimś włamywaczem. Musiałem się oddalić na sporą odległość, dopiero zauważyłem, jak odchodzi od bramy i wchodzi do środka. Ile to w ludziach podejrzeń i braku zaufania siedzi w środku. Czy ja wyglądam na podejrzanego? Niech mu będzie, dobra. Pomyślałem sobie: ja cię gagatku załatwię. Poszedłem dalej, później skręcając w bok do lasu, aby okrążyć pensjonat od tyłu i tam wskoczyć przez ten metalowy płot. Jak wejdę do środka, tego jeszcze nie wiedziałem. Może jakoś po balkonach. Najpierw jednak musiałem podejść do budynku.

Las rosnący za pensjonatem był lasem sosnowym, z jakimiś krzewami rosnącymi w jego dolnej partii. Pensjonat był bardzo dobrze usytuowany, ponieważ od tyłu, od strony tego lasu, nie było oświetlenia. Jedyne światło, jakie tam docierało, to to, pochodzące z tych lamp znajdujących się z przodu ogrodzenia. Kiedy podszedłem do samego płotu, zacząłem się przyglądać, jak to wszystko wyglądało. Nie było to dla mnie zbyt dobre rozwiązanie, ponieważ z tyłu budynku nie widać było żadnych balkonów, tylko same okna. Na dole we wszystkich było ciemno. Część dolnych okien zabezpieczona była okiennicami, natomiast w trzech oknach na górze paliło się światło. Ciekawe, czy to chłopaki siedzą jeszcze, czy też ktoś z szanownego ciała pedagogicznego czuwał w nocy? W takim układzie problemem dla mnie mogło się okazać przejście na przednią stronę budynku, aby tam po drucie uziemiającym od instalacji odgromowej dostać się na górny balkon. Samo dostanie się na górę, przewidywałem, że nie mogło być aż tak trudne. Gorzej tylko, jak ten zgred portier mnie zauważy, wtedy mógłbym narobić sobie kłopotu. Sforsowanie samego płotu to była dla mnie bułka z masłem albo jak kto woli, kiełbasa z kaszanką. Szybko podbiegłem pod ścianę budynku i wtedy, idąc tak przy ścianie, w pewnej chwili zauważyłem, że nie we wszystkich oknach na parterze jest ciemno. Drewniane okiennice były tak szczelne, że nie przepuszczały żadnego światła. Prawie nie przepuszczały, gdyby było wszystko okej, lecz w jednej z desek wyleciał okrągły sęk i dało się zauważyć płynącą stamtąd strużkę światła. Pewnie to pokój dyżurny tego ciecia. Postanowiłem lekko się wspiąć i zobaczyć, co też on robi. Może usiadł z powrotem i drzemie, wtedy byłoby świetnie. Kiedy spojrzałem…

Okazało się, że człowiek może w ciągu jednej chwili nauczyć się więcej, niż przez całą trzyletnią edukację. Przez dziurkę, w miejscu po brakującym sęku, ujrzałem, jak wielka jest siła grawitacji. Nie wiedziałem, a nawet nigdy nie przypuszczałem, że te wielkie balony Zającowej mogą po usunięciu podtrzymującego stanika wydłużyć się aż tak mocno. Jej brodawki, kiedy uzyskały całkowitą swobodę, znajdowały się poniżej pępka. Jak dla mnie, tak młodego jeszcze i niedoświadczonego mężczyzny, był to widok mocno zaskakujący. Jednak nie tylko te piersi były zaskoczeniem. Światło nie świeciło zbyt jasno i można powiedzieć, że w środku panował półmrok, jednak wszystko dało się zauważyć. Na stole stały dwie szklanki od herbaty i pusta butelka po wódce ratafii. W jednej szklance było jeszcze trochę niewypitego alkoholu. Obok stała naga pani Zając, a pod stołem… Stał na czworaka goły dyrektor Kuśmier. Jedynym jego strojem był czerwony krawat zawiązany na gołej szyi, którego trzymała Zającowa. Szok!!! Ale teraz jestem świadkiem spektaklu!!! Zającowa rzucała mu kawałki jakiejś zakąski i kazała łapać. Słabo było słychać, ale próbowałem nasłuchiwać.

— Masz, łap, piesku. — Słychać głos Zającowej, po czym dyrektor chwytał kęs i dalej słychać jego: hau, hau!

Noo, jak na moje niedoświadczone oczy, to zbyt wiele wrażeń na raz, ale spektakl był na tyle ciekawy, że nie zrezygnowałem z oglądania. Postanowiłem zobaczyć, jak ta akcja się rozwinie.

Zającowa nachylała się i w nagrodę dawała pieskowi do possania pierś. Potem głaskała go po głowie, mówiąc: dobry piesek! W następnym etapie odwróciła się do niego tyłem i wypięła się mocno. Teraz zauważyłem, że ten mój wybryk z wybuchem, wtedy na lekcji w klasie, podziałał wyjątkowo inspirująco na dyrektora albo na nich oboje. Zającowa bowiem miała, wprawdzie nie czarne, ale miała na sobie same tylko cieliste rajstopy, które były porozrywane w kilku miejscach, z jednym największym otworem w kroczu. Do tego na nogach miała czerwone szpilki. Przyjrzałem się jeszcze raz i już byłem pewien, że to ja byłem przyczyną tej ich fantazji. Pamiętam, jak ślinił się, patrząc na nią w szkole, kiedy odchodziła w tych podartych rajstopach.

Gdy dyrektor próbował ze swoim językiem zbliżyć się do tego wypiętego tyłka, ta się odwróciła i powiedziała do niego:

— Proś, proś, psie!!!

Wtedy Kuśmier… Ten stary, zboczony Kuśmier, wysunął ręce przed siebie i złożył tak, jak psy składają łapki przy proszeniu i… zaczął skamleć. Wyglądało to wyjątkowo komicznie, a ona podciągała tylko ten czerwony krawat ku górze, dając mu do zrozumienia, kto tu rządzi i kto tu jest panią. Patrzyłem na to wszystko z zapartym tchem, bo dla mnie to był widok niecodzienny. Ba! To był widok, który widziałem pierwszy raz w życiu, dlatego nie mogłem sobie tego odmówić i nie mogłem zignorować takiej okazji do patrzenia. A to stary cap! Zabronił mi jechać na ten obóz, a proszę! Ja sobie śmiało dałem radę i oglądam, jak to on również nieźle sobie poczyna. Ale okazja mi się trafiła! Doczekałem się nawet i pełnej kulminacji tego widowiska. Po wszystkim położyli się oboje na leżance, a Kuśmier sięgnął za leżankę i wyjął kolejną butelkę ratafii. Sama konsumpcja trunku już nie była dla mnie tak ciekawa, postanowiłem iść dalej zobaczyć, jak ten budynek wygląda z przodu.

Od frontu widać było, że na parterze w jednym pomieszczeniu pali się światło. To mogła być dyżurka tego ciecia, więc nie podchodziłem dalej, tylko postanowiłem wejść na górny balkon wcześniej, w miejscu położonym bliżej szczytu, tam gdzie na górze paliło się światło. Drut od piorunochronu miał co metr haki mocujące, co pozwoliło mi na niezbyt skomplikowaną wspinaczkę, w której trochę przeszkadzał mi plecak, lecz po chwili byłem już na balkonie. Przez okno widać było, jak czterech chłopaków grało w karty. Byli to Jarek Bzikowski, Adam Borkowski, Ropniak i Grzesiek Wons. Gdy to zobaczyłem, uznałem, że jestem w domu. Zapukałem w okno.

Nie powiem, żebym tym pukaniem nie wywołał paniki wśród tych czterech herosów. Kozaki wielkie, a podchodzili do okna, jakby tam smok wawelski zionąć miał ogniem. Wons otworzył drzwi balkonowe i zdziwił się moim widokiem.

— Zimny?!

— Nie! Ciepły! — odpowiedziałem lekko zirytowany. — Co się tak gapisz? Jak gościa witasz?

— Ja pierdzielę! Ale numer!

— Co się dziwicie? Benek jak mówi, to mówi. Przewaletujecie mnie?

— No nie ma sprawy, ale to nie są tanie rzeczy — odezwał się Bzikowski.

— Jedno armeńskie musi wam wystarczyć — powiedziałem.

— Masz kwasa?!

— Armeńskie, to nie taki kwas.

— Dawaj!

Wyjąłem z plecaka butelkę i zaczęliśmy wszyscy pić po trochu. Na tylu chłopaków to nie była jakaś znacząca dawka. Plusem było to, że wino miało szesnaście procent, co pod względem mocy można było porównać do dwóch butelek zwykłych jaboli. Zanim porozmawialiśmy i postanowiliśmy iść spać, za oknem było już całkiem widno. Nie puściłem pary z ust chłopakom o tym, co widziałem w pokoju na parterze. Nie dlatego, żebym potrafił dochować tajemnicy, tylko z takiego powodu, że ja, jako wracający tu w nocy na kolejne noclegi, miałem w duszy nadzieję na kolejne seanse serialu, którego pierwszy odcinek już zobaczyłem. Chciałem więc w ciszy, bez innych widzów to oglądać.

Pierwszego dnia udało mi się pozostać niezauważonym i nawet w ciągu dnia, kiedy wszyscy poszli na plażę, ja zachowywałem dystans. Z daleka, pomiędzy innymi plażowiczami, udało mi się też zobaczyć naszą Niutonową. Muszę szczerze przyznać, że to inne doznania estetyczne niż patrzenie na panią Zającową. Mówię o doznaniach estetycznych, nie mówiąc o doznaniach… erotycznych. Teraz na plaży potwierdzała się dokładnie moja teoria, że jedyną wadą pani Elton vel Niutonowa było to, że uczyła mechaniki… Tej zasranej mechaniki, której do głowy nijak nie mogłem sobie wcisnąć. Czy jednak tylko byłem zacięty na samą mechanikę? Raczej nie! Z technologią również bywało słabo, że o matematyce nie wspomnę.


Pierwszy raz byłem nad morzem. Dlatego wielkim ciosem było dla mnie wykluczenie z tego obozu, ponieważ podniecałem się tym wyjazdem jak dzieci watą cukrową na odpuście. Ustka, jako miasteczko nadmorskie, bardzo mi się spodobała. Czy była ładniejsza, czy brzydsza w porównaniu z innymi nadmorskimi miasteczkami, tego nie wiedziałem, ponieważ nie miałem porównania. W każdym razie w ciągu dnia, jak również wieczorem aż do późnej nocy, mogłem korzystać z okolicznych atrakcji. Pieniądze przeznaczone na obóz, które dostałem od rodziców, mogłem w inny sposób wykorzystać. W dzień zaglądałem do Syrenki, a wieczorem zachodziłem do Bałtyckiej. Bałtycka to był lokal! To mi się podobało, to nie te same imprezy, co u nas w remizach. Muzyka i sami didżeje, jak również możliwość kupowania napojów w barze, wszystko było fajniejsze. U nas nie ma takiego wyboru, a czasem nie ma żadnego wyboru. Dziewczyny też były całkiem inne. To był świat z innej bajki. Dobrze, że tu przyjechałem pomimo zakazu, bo inaczej zostałbym w domu i byłyby nici ze wszystkiego.


Stary zboczeniec Kuśmier w swojej wielkiej hojności i wspaniałomyślności pozwolił chłopakom na przedłużony pobyt na mieście do godziny dwudziestej trzeciej. Z przekory i biorąc poprawki na tak zwany margines, chłopaki wracały pół godziny później. Jednak na dłużej nie pozwalał im. Dobrze kombinował zbereźnik. Chciał odliczyć skład jak najwcześniej, aby później samemu mieć czas na swoje szczekania i wycia nie tylko do księżyca.

Ja natomiast mogłem być panem samego siebie i mogłem wracać dopiero po zamknięciu Bałtyckiej. Poznane tam dziewczyny robiły na mnie wrażenie. To nie te same prowincjonalne i nieśmiałe myszki wyglądające spod miotły albo stojące na wiejskiej zabawie w remizie. Cała ta Ustka wraz z Bałtycką, to inny świat.

Chociaż wracałem do pensjonatu o podobnych godzinach, to jednak nigdy więcej nie mogłem trafić na kolejny odcinek serialu pod tytułem „Kuśmierski & Zając”.

To, że nie mogłem na nich trafić, to nie było takim wielkim problemem. Problem był, że to Kuśmierski trafił na mnie. Kiedy wróciłem dość późno, zasnąłem twardym snem. Wszyscy w pokoju również nie czuwali zbytnio, co było spowodowane winami, które spożyliśmy jeszcze dość późno w nocy albo nawet wcześnie rano. Kiedy dyrektor wszedł do pokoju, był mocno zdziwiony.

— Zimny?!! Co ty tu robisz?!

— Śpię w śpiworze! — odpowiedziałem zgodnie z prawdą i zgodnie z tym, co Kuśmierski akurat widział.

— Jak się tu znalazłeś?

— Mówiłem panu, że bardzo chciałem przyjechać na ten obóz.

— Przegiąłeś!!!

— Dlaczego, panie dyrektorze?!

— Mam twoje oświadczenie!

— No, ale że co? Za to, że sobie niewinnie spałem, to pan wezwie milicję?

Dyrektor zrobił się jakiś poddenerwowany, a przecież oświadczenie dotyczyło moich wybryków w szkole. A tutaj? Co tutaj za szkoła była? Czy mówił prawdę, czy udawał, tego nie wiedziałem, więc lepiej jednak było dmuchać na zimne.

— Natychmiast stąd wypad, żebym tu więcej cię nie widział!

— Dobrze, dobrze, panie dyrektorze!

Zebrałem się szybko, ponieważ bałem się, że nie znając granicy, w której kończyły się jego żarty, mógłbym ponieść jakieś konsekwencje. Zwinąłem śpiwór do plecaka i na odchodne rzuciłem:

— Do widzenia. Wszystkiego dobrego życzę i proszę pozdrowić panią Marię!

— Do widzenia. Już! — Powiedział to takim tonem, jakby rozkazywał, abym wyszedł jak najszybciej.

Kolejne dwie noce spędziłem na plaży, leżąc w śpiworze rozłożonym w dwóch złączonych z sobą wiklinowych koszach. Takie nocki nie były w pełni komfortowe i w końcu postanowiłem się zwijać i wracać do domu. Jednak pomimo, że nie byłem tu tyle dni, co chłopaki, to byłem bardzo zadowolony z tego pobytu.

Wróciłem do domu spokojnie w piątek rano, a klasa miała wrócić w niedzielę, dlatego nie miałem zbyt dużego poślizgu. W ten sposób również rodzice niczego nie zauważyli. Poopowiadałem tylko, że było fajnie i tyle. Mama była zadowolona, a i ojciec o nic nie pytał. Dobrze zrobiłem, jadąc indywidualnie nad morze, inaczej byłoby niefajnie ciągle wysłuchiwać wszystkich przytyków i nieprzyjemnych komentarzy rodziców.


W szkole, po powrocie z obozu, od samego poniedziałku zaczął się jeden wielki chaos. W mojej głowie chaos, ponieważ zaczęły się ostatnie zaliczenia. Nie mogłem sobie pozwolić na komfort, ponieważ dwójki groziły mi z technologii, matematyki i mechaniki. Z językiem polskim u Zającowej dałem sobie jakoś radę, chociaż było ciężko. Po tamtym wybuchowym incydencie zaczęła się czepiać o wszystko. Często słabo było z wypracowaniami pisemnymi, ale nadrabiałem to ustnie i jakoś z litości zaliczyła mi semestr na koniec.

Technologię u Niutonowej również udało mi się jakimś ślizgiem przebrnąć. Gorzej było z mechaniką. Właśnie stałem na środku klasy przed wszystkimi. Niutonowa kazała mi narysować jakąś kratownicę (podobno najprostszą) i kazała mi obliczać jakieś sumy reakcji, o czym nie miałem zielonego pojęcia.

— Benek! No, jakie siły mogą działać w miejscach podparcia?

— Yy, yy, noo, ten, tego… — Tyle tylko mogłem wydukać z siebie.

— No pomyśl, chociaż raz w swoim życiu rusz głową.

— No to będą…

Nic nie mogłem wymyślić. Niutonowa podeszła do tablicy i narysowała trójkąt, a na nim u góry koło. Według niej była to jakaś równia pochyła czy coś takiego.

— To, chociaż to mi powiedz. Jakie zjawisko może powodować, że ten wałek potoczy się w dół.

— Aa! To wałek jest proszę pani?

— Wałek.

Narysowała tylko jakieś koło i nie pomyślałbym, że to wałek, ale myśląc, że to koło nagle… Olśniło mnie! Skojarzyłem sobie to koło z… Balonami Zającowej. Odpowiedziałem zadowolony:

— Grawitacja!

— Oo! Cóż za błyskotliwość! — odpowiedziała Niutonowa. — Jestem pod wrażeniem! To epokowy dzień! — Zwróciła się do klasy: — Benjamin Zimny przemówił słowem, które miało jakikolwiek związek z zadanym pytaniem.

Sprawa była wyjątkowo poważna. Sam byłem w szoku i miałem sporego stracha, ponieważ nie zanosiło się na jakikolwiek postęp. Jednak z samej tej grawitacji już byłem mocno zadowolony. Tym samym niechcący może, ale cycki Zającowej stały się w tym przypadku pomocą dydaktyczną. Niutonowa patrzyła się na mnie, a ja już nie wiedziałem, co dalej robić.

— Narzędziową szkołę kończysz i chcesz być ślusarzem. Nie wiem tak do końca, czy nawet umiesz posługiwać się suwmiarką.

Podeszła do szafek, które stały z tyłu klasy za uczniowskimi ławkami, otworzyła jedną z nich i przyniosła stamtąd suwmiarkę. Podając mi, powiedziała:

— Proszę, odczytaj mi ten wymiar.

Taka kobieta mogłaby się zająć przymierzaniem bielizny erotycznej, pozowaniem do zdjęć, a nie jakieś mechaniki i technologie jej w głowie, a teraz jeszcze ta suwmiarka. Skąd u niej takie zainteresowania? Nie za bardzo wiedziałem, jak to odczytać i nie miałem głowy do takich rzeczy. Wieczorem miał być mecz, Legia grała z Szombierkami. Miałem w głowie tylko to, jaki może być wynik, a nie jakieś tam suwmiarki i wyniki odczytywane z noniusza.

— Oj, Benek, Benek! Nie wiem, co z tobą zrobić!

— Uczyłem się, proszę pani, tylko nie mogę się skupić.

Nawiązałem tym stwierdzeniem do jej wyjątkowej urody, co miało być równoznaczne z komplementem. Jednak z takimi komplementami ze strony uczniów spotykała się na co dzień, więc tego typu teksty spływały po niej, jak po kaczce.

— Ostatecznie jeszcze… To, co przerabialiśmy już w młodszych klasach. Podstawa i fundament! — powiedziała demonstracyjnie, akcentując ostatni wyraz.

Otworzyła książkę i podała mi jakiś wykres.

— Proszę, omów mi dokładnie wykres żelazo-węgiel.

No, załatwiła mnie na amen. Fundamentalnie mnie załatwiła tym fundamentem, tak, że nic nie powiem już chyba. Myślałem już nad własną agonią, ponieważ byłem pewien, że wtedy rozpoczęła się moja największa klęska życiowa. Wiedziałem już, że to tylko kwestia chwili, zanim zostanę uziemiony i wydam ostatnie tchnienie. Trzy lata, żeby trzecią klasę powtarzać? Nie dosyć, że sam na siebie już byłem wściekły i sytuacja nie napawała optymizmem, to te dwa barany siedzące w pierwszej ławce dolewały oliwy do ognia.

Jarek Bzikowski i Adam Borkowski to były dwa klasowe zgrywusy. Dla draki sami na siebie donosiliby nawet na milicję czy do Służby Bezpieczeństwa. Wielokrotnie byłem świadkiem, jak jeden z nich kupował papierosy, a drugi meldował sprzedawczyni, żeby mu nie sprzedawać, ponieważ jest nieletni. Działało to w obie strony. Raz Borkowski na Bzikowskiego donosił, a drugim razem Bzikowski na Borkowskiego. Czasami bywało tak, że żaden z nich fajek nie kupił i wtedy prosili mnie, aby im kupić, ponieważ byłem już pełnoletni. Teraz też zaczynali mnie irytować, kiedy tak stałem jak skazaniec przed ostatecznym wyrokiem. Siedzieli w pierwszej ławce i chociaż odzywali się po cichu, to jednak Niutonowa słyszała wszystko, tylko na wszystko nie zwracała uwagi. Zaczęli do mnie cicho mówić…, że mi stoi.

Sytuacja nie była na tyle wesoła dla mnie, żebym miał się jeszcze podniecać. To nie miało w ogóle miejsca, dlatego tym bardziej denerwowało mnie to, że ostatecznie mnie pogrążają te dwa barany. Niutonowa, słysząc to, zrobiła się mocno czerwona i wlepiła nos w dziennik, nie kierując już wcale wzroku w moją stronę. Stałem tak i nic nie mogłem zrobić, a te… już nie barany, tylko imbecyle jakieś, nakręcały się coraz bardziej. Do czego mogła doprowadzić taka kuriozalna sytuacja, nie byłem w stanie przewidzieć. Nie mówiłem też nic, bo i zasób mojej wiedzy nie pozwalał mi na jakąś elokwencję, w ogóle nie pozwalał mi na nic. Lecz tego, co się stało, nikt nie przewidział!!!

Niutonowa z wlepionym nosem w dzienniku, dalej nie patrząc wcale na mnie powiedziała:

— Siadaj, Zimny. Dla świętego spokoju stawiam ci tę trójkę.

— Dziękuję! — Szedłem powoli do ławki, nie dowierzając jeszcze wcale w to, co się wydarzyło przed chwilą.

Nie mogłem ukryć radości. Ale mi się fartnęło! Zlitowała się nade mną! Jednocześnie pomyślałem sobie, ile to rzeczy można załatwić za pomocą zwykłego penisa. Do tego ile jeszcze można by załatwić za pomocą stojącego penisa! Nastało święto i radość. Wieczorem mogłem spokojnie oglądać mecz Legia — Szombierki. Nie myślałem, że jestem aż takim orłem z mechaniki!

Radość trwała tylko przez następny dzień. Trzeciego dnia od zaliczenia mechaniki okazało się, że z zaliczeniem matmy będzie kłopot. Nie tylko, że będzie, ponieważ problem już był i to definitywnie potwierdzony przez matematyczkę. Postawiła mi w dzienniku niedostateczny. Dziwna sprawa, bo przecież w zeszłym roku zaliczyłem matematykę na poziomie trzeciej klasy (co prawda słabiutko, ale zaliczyłem). To powinno być wiążące. Wyszło jednak tak, jakbym się cofnął ze swoją wiedzą. Błagałem i podchodziłem jak mogłem panią od matmy, lecz nic to nie dawało. To chyba spisek jakiś był. Kuśmier nagadał, żeby mnie przycisnąć i ta dała się na to namówić. Krótko mówiąc, dała się nabrać na te jego gadki. W takim przypadku nie miałem wyjścia. Rozwiązaniem, które uznałem za ostateczne, było pójście do gabinetu Kuśmierskiego, aby prosić go o litość i o jakiś życzliwy gest w postaci aktu łaski.

Zapukałem do drzwi pokoju dyrektorskiego i czekałem pokornie, aż ktoś mnie poprosi. Pukałem jeszcze raz, ponieważ nic nie słyszałem. Czekałem dalej… W końcu usłyszałem głos za drzwiami.

— Proszę!

— Dzień dobry, panie dyrektorze.

Wszedłem i zachowywałem się najpokorniej, jak tylko potrafiłem, żeby czasem nie zepsuć sobie dobrego wizerunku jakimś głupim gestem.

— Cóż za pilna sprawa sprowadza cię tutaj, panie Zimny?

— Nie ukrywam, panie dyrektorze, że jakoś zbliżam się do końca roku i pragnę nadmienić, że od tamtej pory nic szczególnego nie zaszło.

— Powiem ci, że sam jestem zdziwiony. Widzę, że pomagają jednak takie oświadczenia.

— Panie dyrektorze, spokojnie. Chciałbym przeprosić na zakończenie tej szkoły za wszystkie moje wybryki — próbowałem najłagodniej, jak tylko mogłem.

— Oo! Nawet miłe z twojej strony, ale czy tak definitywnie już wiesz, że kończysz? Czy zaliczyłeś wszystkie przedmioty?

To cholernik jeden! Jednak coś z tym miał wspólnego, bo zaczął sobie ze mnie drwić. Nic, tylko szybko ściągnąć ze ściany tę szablę i postraszyć go trochę, chociażby przykładając mu ją do gardła. No, ale nie przyszedłem tutaj, żeby jakieś numery na koniec wywijać, które całkiem mnie pogrążą. Muszę spróbować bardziej popłaszczyć się przed dziadem.

— Drobny poślizg, panie dyrektorze, z matematyki. I dlatego chciałbym prosić…

— Oo! A jednak! Mnie chcesz prosić?! Trzeba było się uczyć! Ja z tym nie mam nic wspólnego. Nic nie mogę zrobić.

Już ja widziałem, jak on się w duchu śmiał. Jednak potwierdzał się fakt, że zapowiedział wszystkim nauczycielom, żeby mnie uziemić i to mu się udało.

— Myślę, że mógłby pan dyrektor wpłynąć na panią Mazur. Ja nie mogłem już nic zrobić, a to może nie do końca wina mojej niewiedzy. Może pani Mazurowa miała tylko zły dzień.

— Nic z tego, panie Zimny — odpowiedział i zrobił taką wredną minę, jakby to go cieszyło. Normalnie patrzył na mnie, jak diabeł Blekota znany z czechosłowackiego filmu Arabela!

„Już ja cię załatwię” — pomyślałem. „Już ja mam coś dla ciebie”. Postanowiłem działać inaczej, skoro po dobroci nic nie mogłem wskórać. Niechętnie, jednak musiałem wytoczyć ostateczny argument.

— Pańska żona, panie dyrektorze, piersi ma małe, z tego co wiem.

— Zimny! Jak ty się zachowujesz?! Zaraz cię wyproszę i nie będziesz miał żadnego wstępu do szkoły.

— Nie wiem właśnie, czy ona wie, że jednak woli pan duże.

Dyrektor momentalnie poczerwieniał. W ciągu pięciu sekund zaparowały mu okulary. Zdjął je i przetarł, ponownie założył i spojrzał na mnie podejrzliwie.

— Do czego zmierzasz?

— Do trójki z matematyki na koniec roku.

Był mocno zdenerwowany i nie wiedział, jak się zachować i co z sobą zrobić. Jeszcze bardziej nie wiedział, co zrobić ze mną. Dyplomatycznie postanowił nie pytać mnie o nic więcej. Powiedział tylko:

— Dobrze! Proszę, wyjdź. Ja porozmawiam z panią Mazur.

Jego rozmowa z Mazurową była bardzo skuteczna, ponieważ w dzień zakończenia nauki szkolnej stałem odświętnie ubrany, trzymając wymarzone świadectwo w ręku. Czytałem je i sam się sobie dziwiłem, jaki to ja jestem fachowiec. Gdy poszedłem do kibla, spojrzałem w lustro nad umywalką. Oto jest ślusarz narzędziowy z tytułem pracownika wykwalifikowanego. Trudno mi to przyszło. Wiele pracy, wręcz harówy mnie to kosztowało, ale okazuje się, że jednak sprawdza się hasło, które ostatnio widziałem na dworcu. To całkowita prawda, że sumienną pracą, a tym bardziej harówą i nauką, zbudujemy lepsze jutro. Naharowałem się i to jeszcze rok dłużej niż pozostali, teraz trzeba odpocząć po tym wszystkim. Zanim nastąpi jutro w moim życiu, najpierw nastąpią wakacje!!!


Ostatnie takie wolne dni przed podjęciem przyszłej pracy powinienem dobrze wykorzystać. Problemem był tylko chroniczny brak pieniędzy. Rodzice zbytnio nie chcieli wspierać moich inspiracji, mówiąc, że za dużo wydaję na pierdoły. Nie dyskutuję z nimi, ponieważ każda taka dyskusja kończyła się krytycznie. Wychodzi na to, że prawdą jest powiedzenie mówiące o niegryzieniu karmiącej ręki. Próbowałem jakoś sobie dorobić i udawało mi się to całkiem nieźle, ale tylko w weekendy, kiedy organizowane były zabawy w okolicznych remizach. Z reguły na takich imprezach sprzedawane jest tylko samo piwo i oranżada. Skutecznie udawało mi się sprzedawać wino, które kupić można było w sklepie od godziny trzynastej, za jedyne sześćdziesiąt do osiemdziesięciu złotych (w zależności od gatunku), a potem takie wino sprzedać w nocy za dwieście do dwustu pięćdziesięciu złotych, a w sytuacjach kryzysowych nawet byli chętni dać trzysta. Nie mogłem tylko kupić tego towaru więcej, ponieważ nie miałem innego transportu, tylko rower.

Wiejskie zabawy pod koniec lat osiemdziesiątych były w zasadzie bezalkoholowe, co sprzyjało mojej przedsiębiorczości. Przynajmniej tak to wyglądało w naszej okolicy. Oczywiście piwa nikt nie zaliczał do alkoholu. Wszyscy uczestnicy takich imprez mogli przecież wykazać się odrobiną jakiejś zaradności czy przewidywalności. Z reguły jednak nikt nie przywoził trunków, a potem w nocy jeździli po okolicznych melinach, szukając pożądanego napoju i przepłacając krocie. Zawsze byłem w stanie sprzedać wszystko, ile tylko zdołałem przywieźć. Często podnosiłem cenę do trzystu złotych, a i tak we wspomnianych sytuacjach kryzysowych nie byłem jakimś zdziercą, tylko „ratującym ich w potrzebie”. Sprzedając w ten sposób alkohol czułem, jak wypełniam wielką misję na zasadzie czegoś z Biblii. Bo przecież pomijając te drobne opłaty, które pobierałem, to „poiłem spragnionych wołających o ratunek na pustyni”. Kupowali zadowoleni.

Ciekawym elementem tych imprez były słoiczki po musztardzie. To nie to, co w Bałtyckiej, gdzie był większy wybór napojów i niektóre nawet można było skosztować w szklance lub literatce. W remizie „szkłem” nazywano mały słoiczek po musztardzie bądź dżemie, za którego strażacy w bufecie życzyli sobie zastaw 100 złotych. W latach sześćdziesiątych czy jeszcze na początku siedemdziesiątych nawet, na które to przypadał okres młodości mojego ojca, musztarda była sprzedawana w opakowaniach przypominających szklanki. Zawsze taka konsumpcja wyglądała lepiej. Jednak kryzys lat osiemdziesiątych wszystko zmienił. O prawdziwych szklankach, żeby tak sobie można na takiej zabawie zastaw brać za nie, nikt nawet nie marzył. Najczęściej konsumpcja odbywała się bezpośrednio z butelki. Jedynie gdy ktoś zapragnął większej kultury, bądź jakaś dziewczyna nie miała ochoty ciągnąć prosto z tak zwanego „gwinta”, aby nie wyglądało to wulgarnie, wtedy można było wypożyczyć słoiczek. Zwykły wulgarny słoiczek z gwintem, tylko bez metalowego wieczka, a jaka wielka kultura! Wręcz szampana i kawioru tylko brakowało.

Podczas wizyt na tego typu imprezach rozrywkowych udało mi się poznać nawet bardzo fajną dziewczynę o imieniu Grażyna. Jak na nasze okoliczne, wiejskie warunki, była niczego sobie. Miała długie blond włosy i była dość wysoka. Spodobała mi się i nawet była przychylnie do mnie nastawiona. Byłem już bardzo blisko i mogłem „ugrać” dużo. Mówiąc „dużo” mam na myśli element kulminacyjny… Jednak jakoś nie wypaliło. Nie rozumiem jeszcze do końca kobiet. Niby nic takiego się nie stało, ale wszystko się rozleciało. Powiedziałem coś jakby komplement w moich oczach, który opacznie został przez nią zrozumiany. Chciałem powiedzieć, że wygląda świetnie i wyrwało mi się szczere stwierdzenie. Jednak kobiety — kto je zrozumie?… Powiedziałem patrząc tak na nią:

— Kulawa nie jesteś.

Niestety, przymiotnik kulawa może był wtedy nie na miejscu. Oczekiwała z mojej strony bardziej romantycznych uniesień. Wychodzi na to, że powiedzenie „ładna dupa z twarzy”, określające wyjątkowo piękną kobietę, też należy wyrzucić ze słownika, będąc przy dziewczynie. Jeszcze wiele innych słów również trzeba będzie zastępować czymś delikatniejszym. Trzeba nabrać trochę ogłady w kontaktach z płcią przeciwną, bo inaczej nie wróży mi to sukcesów w tej dziedzinie.


Czas szybko mijał i nawet nie zauważyłem, kiedy zrobił się październik. Tak spędzałbym dalej czas, nie myśląc o podejmowaniu jakiejkolwiek pracy, jednak w domu ojciec, a potem już razem z nim matka, zaczęli mi głowę suszyć, że niby czas brać się w garść i wziąć się do roboty. Mało tego, oni tak jakby — zacząłem to wyczuwać — nie wierzyli we własne dziecko. Dodatkowo nawet wydawało mi się, jakby obawiali się, a nawet mieli mi za złe, że nie uczyłem się. Przecież kwalifikacje ślusarza posiadam. Jeszcze mocniej ojciec zaczął wątpić wtedy, kiedy próbowałem poprawić zepsuty zawias w drzwiach. Po tej mojej naprawie należało wymienić całe drzwi z futryną. No, ale cóż to takiego? Nie zepsuje nic ten, co nic nie robi. Może i brak mi trochę doświadczenia, ale wiedza… Przecież jest poświadczona świadectwem.

Mimo braku jakiejkolwiek chęci do pracy, dla świętego spokoju, poszedłem w końcu na pierwszą rozmowę kwalifikacyjną. Zgodnie z moim wykształceniem widniejącym na świadectwie, poszedłem do Państwowej Fabryki Narzędzi, która to fabryka była patronem naszej szkoły i miała zapewniać zatrudnienie absolwentom. Kierownik kadr, Józef Suflida — jak było napisane na drzwiach — siedział za swoim biurkiem. Ubrany był w jakiś wełniany, brązowy garnitur, który dawno wyszedł z mody. Posiadał też białą koszulę, do której miał wywiązany krawat jedynie słusznego koloru, czyli czerwonego. Pewnie zwolennik partii i jej długoletni członek. Był to bardzo szczupły facet. Wyglądał również na bardzo starego, ale ile miał lat, nie byłem w stanie określić. Młody człowiek nie potrafi tak do końca ocenić wieku starszych osób. I dla mnie to było trudne. Jeśli ktoś powiedziałby, że ten gość ma sto lat, to uwierzyłbym. Stary był i już. Taki był mój tok myślenia.

Ten stary kierownik wziął moje świadectwo i zaczął oglądać. Po chwili odłożył je na bok, zdjął okulary, spojrzał na mnie i powiedział:

— Przykro mi bardzo, ale przyjmujemy absolwentów naszej szkoły tylko ze średnią oceną powyżej trzech i pół.

— Czyli to znaczy, że nie mam szans?

— Tak! Dokładnie tak.

Po co ja tu przyszedłem? Żeby tak okrutnie zostać upokorzonym? Nie chcą mieć dobrych fachowców, to trudno. „Arrivederci” jak mówią Włosi lub „La revedere”, jak mawiają Rumuni. Lepszą przyszłość sobie znajdę gdzieś indziej. Na razie jednak stąpałem po ziemi, więc odrzekłem na odchodne:

— Do widzenia.

— Nie sądzę — odpowiedział zza biurka ten mocno podstarzały typek.

To niewyobrażalna potwarz! Takiego chamstwa i takiej klęski nie przeżyłem jeszcze, jak żyłem do tej pory. Trudno, wychodzi na to, że wejście w dorosłe życie nie wygląda tak różowo. Dodatkowo wychodzi na to, że z każdą chwilą może wyglądać gorzej. Do kogo jednak mam mieć pretensję, że oto dorosłem? Wyrosłem jak słonecznik za drewnianym wychodkiem u sąsiada, lecz ziarno podejrzane. Jeść nikt nie chce, chociaż materiał nasienny pierwsza klasa. Chory świat. Niby ludzi potrzebują, a jak ludzie sami przychodzą, to mają ich gdzieś.

Wróciłem do domu, jeszcze lekko zdenerwowany tym całym incydentem. Nie mogłem jednak nawet chwili odetchnąć, bo już ojciec i wtórująca mu mama, niecierpliwi i ciekawscy jak Irena Kwiatkowska w Czterdziestolatku, już zaczynali przesłuchanie.

— To jak? Załatwiłeś robotę?

— Nie takie proste, mamo.

— Co nie proste?! — odezwał się ojciec. — Nie przyjmują?

— No nie. Nie ma wolnych miejsc — odpowiedziałem, nie rozwijając tematu o dalsze szczegóły.

— A gdzieś indziej byłeś? — ojciec za to starał się rozwijać temat.

— Gdzie? Nie wiedziałem, gdzie szukać.

— Jak tak będziesz szukał, mając w duchu nadzieję, żeby nie znaleźć, to nigdy nie znajdziesz! — ojciec już zaczął się nakręcać i unosić zarazem, mówiąc coraz głośniej.

— Spokojnie, znajdę. Dopiero zaczynam szukać, mam czas.

— Już ja domyślam się, jakim zapałem pałasz do tej roboty.

— Do jakiej? Przecież jeszcze nie wiem, gdzie będę robił.

— Do każdej! — uniósł się jeszcze bardziej.

Po co on się tak unosił? Sam się nakręcał. Niezdrowe to dla niego. Nie rozumiem jego toku postępowania. Nie może wyluzować? Pomyślałem o melisie, która podobno uspokaja. Odezwałem się więc:

— Może melisy ci tato zaparzyć?

Człowiek niby chciał dobrze, a taką miał zapłatę. Ta propozycja jeszcze bardziej zdenerwowała mojego ojca. Krzyczał na mnie, tracąc swoje zdrowie i energię. Widać, że należy do grupy ludzi, którzy potrafią sami swoimi emocjami wpędzać się do grobu.

Kiedy ta cała dyskusja (pod względem poziomu hałasu) rozwinęła się na dobre, w pewnym momencie matka wtrąciła się, przerywając ojcu.

— Edek… A może u ciebie w ciepłowni coś by się znalazło dla Benka?

— U mnie? A co on niby tam miałby robić?

— No, to samo, co ty.

— Może i masz rację. Trzeba będzie się rozejrzeć. Jutro pójdę do roboty na ranną zmianę, to się czegoś dowiem.

Widziałem, że ojciec z tego pomysłu tak do końca nie był zadowolony, tylko uległ sugestiom matki. Ciekawe czy coś załatwi? Mam robić to samo, co on? Ile lat tak chodzić jak chomik w karuzeli? Nie za bardzo mi się to uśmiechało, ale dobra. Na początek można by zacząć i od tego. Zobaczymy, czego też jutro się dowie.

Na drugi dzień nie mogłem doczekać się jego powrotu. Miałem mieszane uczucia w związku z tą pracą. Z jednej strony, dla świętego spokoju można coś robić, z drugiej bałem się, czy byłaby to robota do ogarnięcia. Kiedy przyszedł i usiadł przy talerzu z ziemniakami i mielonym, najpierw zjadł trochę, a dopiero potem zaczął odpowiadać na moje i matki pytania.

— Byłem w kadrach i powiedzieli, że możesz składać papiery. Najprawdopodobniej przyjmą cię na ten dział, gdzie ja pracuję.

— Ale to co? Miałbym robić tak jak ty — na zmiany?

— No tak, a co ci nie pasuje?

— No, te nocki nie za bardzo…

— Jeszcześ nie zaczął, a już ci nie pasuje!!!

— Nie, no dobra, w porządku.

— No! Nie marudź, jutro pojedziesz i złożysz podanie.

Nie bardzo mi się uśmiechała taka praca, szczególnie, gdy przyjdzie iść na nocną zmianę w weekend. Niby będę tam chodził w celach zarobkowych, a pozbawiał się będę możliwości zarobienia na zabawach w remizach. Trzeba jednak wykonać polecenie i iść do tej roboty, żeby mi starzy więcej nie truli.

Ojciec pracował w Elektrociepłowni na ulicy Wróblewskiego, w tak zwanej Ecedwójce. W wydziale kadr okazało się, że towarzystwo było o wiele lepsze od tamtego w fabryce narzędzi. Całkiem inaczej odnosił się do mnie gość, do którego kadrowa zwracała się: kierowniku. Wszystkie formalności udało mi się załatwić i ze skierowaniem na badania okresowe w ręku wyszedłem już prawie jako pracownik. Od poniedziałku miałem zacząć moją pracę.


Kiedy, bardzo zadowolony, idąc ulicą przechodziłem obok budki telefonicznej, przypomniałem sobie o tamtym starym kierowniku kadr z narzędziówki. Pomyślałem, że co mi to szkodzi zadzwonić i umilić mu dzień. On wtedy mi tak umilił, to należy mu się jakieś zadośćuczynienie. Rozmawiając z telefonu będę anonimowy, ponieważ nikt nie jest w stanie sprawdzić, kto do niego dzwonił. Nawet gdyby była taka możliwość, to przecież wyjdę z budki i pójdę dalej. Postanowiłem odżałować jeden żeton, co mi szkodzi, to żadna strata. Numer miałem zapisany w notesie, otworzyłem go i wybrałem na tarczy po kolei cyfry, które widniały przy napisie: kierownik Suflida. Odezwał się głos w słuchawce.

— Kierownik wydziału kadr Państwowej Fabryki Narzędzi, słucham.

— Nie za długo ty tam tym kierownikiem już jesteś?

— Słucham?

— No to ciesz się, że jeszcze słuchasz. Na emeryturę wypad, a nie zajmować miejsce uczciwym ludziom, chętnym do roboty!

— Nie rozumiem!

— Żebym ci nie musiał tłumaczyć! Jak ty się odnosisz do pracowników? Do uczciwych ludzi, którzy chcą pracować!

— Proszę pana!

He, he, he, ale dziadzisko zdezorientowane. Nie wiedział, o co chodzi i zastanawiał się, kto i po co do niego dzwonił. Teraz zdziwiony dopiero będzie mi tu mówił „proszę pana, proszę pana”! Puściłem mu na koniec porządną wiązankę nie skąpiąc wulgarnych wstawek. Odwiesiłem słuchawkę i pomyślałem, że telefon to jednak bardzo dobry wynalazek.


Przyszedł poniedziałek i zacząłem pracę. Okazało się, że zanim zdobędę odpowiednie uprawnienia do samodzielnego wykonywania zadań, będę tak zwanym szkolącym się pod okiem współpracownika, który takie uprawnienia posiadał. Sama praca nie była wyczerpująca, ponieważ polegała na cogodzinnym obchodzeniu urządzeń i sprawdzaniu parametrów. Czasem trzeba włączyć lub wyłączyć jakąś pompę albo zakręcić zawór. Jednak czy ja to wszystko zapamiętam? Całą tę plątaninę instalacji i urządzeń? Jakieś kotły, rury, wymienniki. Dla mnie to czarna magia. Jarek Wroński, czyli ten mój współpracownik, wiele rzeczy mi tłumaczył, ale nic nie mogłem zajarzyć. Jakieś to wszystko było pogmatwane. Ojciec mój pracował tu na tym samym miejscu, tylko na innej zmianie, no, ale on już tyle lat, to poznał te urządzenia jak koń cyrkową arenę. Często tak się zdarza, według grafiku, że przychodzi i zmienia nas.

Sam sobie nie mogłem tak do końca uwierzyć, że już cztery miesiące przepracowałem, aż w końcu przyszedł czas na egzamin sprawdzający moją znajomość z tych układów i urządzeń. Stawiłem się w tym celu u kierownika. Zadał mi kilka pytań, a ja poczułem się znów jak na egzaminie u Niutonowej. Tutaj jednak moje napięcie seksualne nijak nie pomogłoby, więc się nie udało. Do takich sprawdzianów podchodziłem jeszcze trzy razy. Za czwartym też nie błysnąłem wiedzą, ponieważ dałem plamę przy budowie i umiejscowieniu desorbera. Pomyliłem to gówno z absorberem. Kierownik tylko zaśmiał się i powiedział, że przeskoczyłem technologicznie do czegoś, czego nie ma w naszej ciepłowni. No dobra, mogłem się przejęzyczyć i tak to traktujmy, ale myślę, że kierownik trochę odpuścił i zaliczył mi to wszystko, tym bardziej, że nie wiedziałem dokładnie, gdzie ten wspomniany desorber się znajduje. Od tej chwili mogłem pracować samodzielnie, co nie uśmiechało mi się wcale. Wielka odpowiedzialność, to nie jest dziedzina, w której mógłbym być dobry.

Jednak tę odpowiedzialność musiałem przyjąć, jako fakt i zacząłem pracować na swojej zmianie już bez Jarka Wrońskiego. Starałem się nie popełnić jakiegoś błędu, którego efektem mogło być pozbawienie mnie połowy dochodów ukrytych pod postacią premii. Starałem się, bo przecież w końcu byłem pracownikiem z kwalifikacjami. Obchodowy urządzeń ciepłowniczych Benjamin Zimny! Swoją drogą, dziwny zbieg okoliczności, Zimny, a w ciepłownictwie pracuję. Może to dla kontrastu albo dla wyrównania temperatur.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 44.01