“bo jak śmierć potężna jest miłość”
(Pnp 8,6 Biblia Tysiąclecia)
Między miłością a śmiercią (łac. inter amorem et mortem)
Roma, 753 r. p.n.e.
Pośród surowych wzgórz środkowej Italii od pokoleń żył lud Sabinów. Ich ziemia nie była łaskawa — kamienista, pełna stromych zboczy i gęstych lasów, które zimą przeszywał chłodny wiatr schodzący z Apeninów. To właśnie ta ziemia ukształtowała ich charakter. Byli wytrwali jak skały, na których budowali swoje domy, oszczędni w słowach, wierni dawnym obyczajom i bogom przodków. Mężczyźni od świtu pracowali na polach lub wypasali stada, kobiety zaś doglądały domostw, tkały wełnę i wychowywały dzieci, przekazując im opowieści o honorze, odwadze i szacunku dla rodziny.
Sabinowie nie marzyli o podbojach. Ich siłą była wspólnota, a bogactwem ziemia i potomstwo. Nie przypuszczali, że na południowym brzegu Tybru rodzi się miasto, które odmieni los całego świata.
Na wzgórzu Palatyn dojrzewała bowiem legenda.
Opowiadano, że synowie boga wojny Marsa i westalki Rei Sylwii zostali skazani na śmierć jeszcze jako niemowlęta. Umieszczono ich w wiklinowym koszu i powierzono nurtowi Tybru, wierząc, że rzeka wykona wyrok ludzi. Lecz bogowie mieli wobec nich inne plany.
Gdy woda opadła, kosz zatrzymał się u podnóża wzgórza. Tam odnalazła go wilczyca. Zwierzę, zamiast rozszarpać bezbronne dzieci, położyło się obok nich i nakarmiło je własnym mlekiem. W cieniu figowego drzewa bliźnięta przetrwały najtrudniejsze dni, aż odnalazł je pasterz Faustulus wraz z żoną Accą Larenzją. To oni wychowali Romulusa i Remusa na silnych, odważnych młodzieńców.
Kiedy poznali swoje pochodzenie, postanowili założyć nowe miasto tam, gdzie niegdyś uratowała ich wilczyca.
Jednak nawet boskie pochodzenie nie chroni przed ludzką pychą.
Bracia pokłócili się o władzę i o to, które wzgórze stanie się sercem nowej osady. Gniew narastał szybciej niż mury miasta. Według legendy Remus przekroczył wyznaczoną przez Romulusa granicę, szydząc z jego dzieła. W odpowiedzi Romulus podniósł miecz.
Brat zabił brata.
Na ziemię spadła pierwsza krew Rzymu.
Romulus został jedynym królem, a miasto przyjęło jego imię — Roma.
Nowe państwo rosło z niezwykłą siłą. Do osady przybywali pasterze, wygnańcy, zbiegowie i poszukiwacze lepszego losu. W krótkim czasie na Palatynie wyrosły pierwsze domy, place i świątynie. Rozlegał się stuk młotów, rżenie koni i śpiew robotników.
Jednak pod pozornym rozkwitem kryło się zagrożenie.
Miasto pełne było młodych wojowników, lecz niemal pozbawione kobiet. Bez rodzin nie mogło być dzieci, bez dzieci nie mogło być przyszłości. Rzym przypominał potężne drzewo, które wyrosło szybko, ale nie zdążyło zapuścić korzeni.
Romulus wysłał posłów do sąsiednich ludów, prosząc o zgodę na małżeństwa. Spotkał się jednak z pogardą i odmową. Nikt nie chciał oddawać swoich córek miastu pełnemu obcych i awanturników.
Wtedy król sięgnął po podstęp.
Ogłosił wielkie igrzyska ku czci boga Neptuna. Wieść o niezwykłym święcie rozeszła się po całej okolicy. Na uroczystość przybyli mieszkańcy pobliskich osad wraz z rodzinami, dziećmi i córkami. Wśród nich znaleźli się również Sabinowie.
Był pogodny dzień. Na placach rozstawiono stragany, rozpalono ogniska, rozbrzmiewała muzyka fletów i bębnów. Młodzieńcy ścigali się na rydwanach, zapaśnicy walczyli na arenie, a tłum wiwatował.
Nagle Romulus uniósł płaszcz.
Był to umówiony znak.
Rzymianie rzucili się w tłum. W jednej chwili śmiech zamienił się w krzyk, muzykę zagłuszył tupot setek nóg, a kurz wzbił się wysoko nad placem. Przerażone kobiety były odciągane od rodzin, ojcowie chwytali za broń, lecz było już za późno. Sabinowie zostali wyparci z miasta, a ich córki pozostały w Rzymie.
Tak narodziła się jedna z najbardziej znanych i najbardziej kontrowersyjnych legend starożytności.
Minęły miesiące.
Z czasem porwane kobiety stały się żonami Rzymian. Powstały nowe domy, narodziły się dzieci, a obce miasto zaczęło być również ich domem. W ich sercach żyły jednak dwa światy — pamięć o ojcach i miłość do mężów.
Sabinowie nie zapomnieli zniewagi.
Ich król zebrał wojowników i ruszył przeciw Rzymowi. Dolinę między wzgórzami wypełniły tarcze, włócznie i sztandary. Obie armie stanęły naprzeciw siebie, gotowe rozpocząć bitwę, która mogła zniszczyć jedno z rodzących się państw Italii.
Wtedy wydarzyło się coś, czego nie przewidział żaden dowódca.
Między dwa szeregi uzbrojonych mężczyzn wyszły kobiety.
Nie miały mieczy ani pancerzy.
Na rękach niosły niemowlęta, za dłonie prowadziły małe dzieci. Ich twarze były pełne łez, lecz kroki pozostawały pewne. Stanęły pomiędzy ojcami a mężami, pomiędzy przeszłością a przyszłością.
Jedna po drugiej błagały, aby miecze pozostały w pochwach.
— Jeśli zwyciężycie wy — mówiły do Sabinów — zabijecie naszych mężów i uczynicie nas wdowami.
— Jeśli zwyciężą oni — zwracały się do Rzymian — odbiorą życie naszym ojcom i uczynią nas sierotami.
Ich dzieci były jednocześnie wnukami Sabinów i synami Rzymian.
Wojownicy opuścili włócznie.
Gniew ustąpił miejsca milczeniu.
Tak zamiast bitwy narodziło się pojednanie. Dwa ludy połączyły się w jedno państwo, dzieląc władzę, ziemię i przyszłość. Surowa wytrwałość Sabinów spotkała się z odwagą i ambicją Rzymian, tworząc fundament narodu, który w kolejnych stuleciach miał podbić niemal cały świat śródziemnomorski.
Legenda ta przetrwała tysiące lat nie dlatego, że opowiada o wojnie, lecz dlatego, że pokazuje niezwykły paradoks narodzin Rzymu. Miasto przyszłych legionów i cesarzy zrodziło się z przemocy, ale ocalało dzięki zawarciu pokoju.
**
Każde imperium rodzi się z marzeń, rozbudowuje się dzięki podbojom, a umiera z własnego ciężaru.
Przez stulecia Rzym wydawał się wieczny. Jego drogi przecinały trzy kontynenty niczym kamienne żyły, którymi płynęło życie całego świata. Legiony maszerowały od mglistych wybrzeży Brytanii po rozpalone słońcem piaski Afryki, od lasów Germanii po góry Armenii. W miastach wznosiły się marmurowe świątynie, amfiteatry pełne tysięcy widzów i akwedukty dostarczające wodę tam, gdzie wcześniej była tylko sucha ziemia.
Rzymianie wierzyli, że ich państwo zostało stworzone przez bogów i będzie trwało tak długo, jak świeci słońce.
Jednak nawet największe kamienie kruszą się pod wpływem czasu.
Najpierw pojawiły się rysy niewidoczne dla zwykłych ludzi.
Cesarze przestawali być mężami stanu, a coraz częściej stawali się zdobywcami tronu. O władzę walczyli generałowie, których wynosiły na tarczach własne legiony. W ciągu kilku lat purpurowy płaszcz cesarski przechodził z rąk do rąk, często splamiony krwią poprzednika. Żołnierze, którzy mieli strzec granic, maszerowali przeciwko swoim rodakom.
Państwo słabło od środka.
Skarbiec pustoszał szybciej, niż wpływały podatki. Aby utrzymać ogromną armię, urzędników i miasta rozsiane po całym imperium, cesarze podnosili daniny. Kupcy zamykali warsztaty, rolnicy opuszczali pola, a monety, które kiedyś błyszczały czystym srebrem, stawały się coraz lżejsze i mniej warte.
Bogaci budowali jeszcze większe pałace, biedni sprzedawali swoją wolność za kawałek chleba.
Granice również zaczęły pękać.
Były zbyt długie, aby obronić je jednym mieczem. Na północy szumiały lasy Germanii, za Dunajem gromadziły się wojownicze plemiona, a na wschodzie rosła potęga nowych przeciwników. Rzym nie miał już tylu obywateli gotowych walczyć za ojczyznę, dlatego coraz częściej przyjmował do armii barbarzyńców.
Byli odważni i wierni swoim wodzom, lecz nie zawsze wierni samemu Rzymowi.
Potem nadeszła burza.
Ze stepów Azji przybyli Hunowie, pędząc przed sobą całe narody niczym wiatr pędzi suche liście. Przerażeni Goci, Wandalowie i inne plemiona ruszyły ku granicom cesarstwa, szukając schronienia i nowych ziem. Granice, które przez wieki wydawały się nieprzekraczalne, zaczęły ustępować.
W 410 roku wydarzyło się coś, co jeszcze niedawno uznano by za niemożliwe.
Do Wiecznego Miasta wkroczyli barbarzyńcy.
Przez osiemset lat Rzym nie znał obcego zdobywcy. Tymczasem teraz jego bramy otworzyły się przed wojownikami, którzy mówili obcym językiem i nie czcili dawnych bogów. Marmurowe pałace zostały splądrowane, świątynie ograbione, a mieszkańcy z niedowierzaniem patrzyli, jak świat, który wydawał się niezniszczalny, rozpada się na ich oczach.
Był to jednak dopiero początek.
Kilka dziesięcioleci później kolejna fala najeźdźców przeszła przez miasto, pozostawiając po sobie zgliszcza i pustkę. Dawna stolica świata stawała się cieniem samej siebie.
W międzyczasie cesarstwo zostało podzielone na dwie części. Wschód, bogatszy i lepiej zorganizowany, rozwijał się dalej pod złotymi kopułami Konstantynopola. Zachód słabł z roku na rok, tracąc prowincje, miasta i wpływy.
Aż nadszedł rok 476.
Na tronie zasiadał chłopiec o imieniu Romulus Augustulus. Los okazał się przewrotny — pierwszy legendarny król Rzymu nosił imię Romulus, a ostatni cesarz Zachodu również je nosił.
Nie rozegrała się wielka bitwa ani heroiczna obrona.
Germański dowódca Odoaker po prostu odebrał młodemu cesarzowi purpurę i insygnia władzy. Nie potrzebował zburzyć miasta ani spalić jego murów. Cesarstwo było już tak słabe, że upadło niemal bezgłośnie.
Tak zakończyła się historia państwa, które przez stulecia rządziło światem.
Lecz Rzym nie umarł całkowicie.
Przetrwał w kamiennych drogach prowadzących przez Europę, w prawie, które do dziś stanowi fundament wielu państw, w języku łacińskim, z którego narodziły się nowe języki, i w idei państwa silniejszego od pojedynczego człowieka.
Dlatego historycy mówią, że Rzym nie został pokonany jednego dnia. Nie runął jak świątynia trafiona piorunem. Gasł powoli, przez pokolenia, niczym zbyt wielkie ognisko, którego płomienie stają się coraz słabsze, aż pozostają tylko żarzące się w ciemności węgle.
Rzym, 63 r. n.e. Brennos
Brennosa przywieziono z Lutecji do Rzymu w ciężkich kajdanach, jako jednego z wielu jeńców wojennych skazanych na życie niewolnika. Wraz z tłumem pokonanych przemierzał zatłoczone ulice Wiecznego Miasta, słysząc szyderstwa mieszkańców i czując na sobie ich pogardliwe spojrzenia. Dla Rzymian był jedynie barbarzyńcą — kolejnym człowiekiem, którego los miał rozstrzygnąć się na arenie.
Nie trafił jednak od razu do amfiteatru. Został sprzedany właścicielowi szkoły gladiatorów i zamknięty za wysokimi murami ludusu, gdzie rozpoczęło się jego nowe życie. Każdy dzień wyglądał podobnie: pobudka o świcie, wyczerpujące ćwiczenia, marsze w pełnym uzbrojeniu, nauka posługiwania się drewnianym mieczem oraz wielogodzinne pojedynki treningowe. Instruktorzy — często byli gladiatorzy noszący na ciałach ślady dziesiątek walk — nie znali litości. Za najmniejszy błąd karano batem, a słabość oznaczała głód lub kolejne godziny ćwiczeń.
Z czasem Brennos nauczył się, że na arenie sama siła nie wystarczy. Musiał opanować cierpliwość, dyscyplinę i umiejętność przewidywania ruchów przeciwnika. Poznał różne style walki, sposoby wykorzystania tarczy, miecza i włóczni, a także sztukę zachowania zimnej krwi wtedy, gdy strach paraliżował ciało. Każda rana, każdy siniak i każde złamane żebro były częścią inwestycji, jaką właściciel szkoły czynił w swojego wojownika.
Gladiator nie był bowiem zwykłym niewolnikiem. Dobrze wyszkolony i silny wojownik przedstawiał ogromną wartość. Jego zwycięstwa przynosiły właścicielowi pieniądze, sławę i uznanie wpływowych Rzymian, dlatego karmiono go lepiej niż większość niewolników, lecz jednocześnie wymagano od niego bezwzględnego posłuszeństwa. Był jednocześnie człowiekiem i kosztownym narzędziem, którego życie miało przynosić zysk.
Po wielu miesiącach treningów nadszedł dzień pierwszego występu. Gdy ciężkie bramy areny zaczęły się otwierać, Brennos usłyszał huk tysięcy głosów spragnionych widowiska. Zapach piasku mieszał się z wonią potu i krwi tych, którzy walczyli przed nim. Wiedział, że dla tłumu będzie jedynie kolejnym uczestnikiem krwawej rozrywki. Dla siebie samego był jednak wojownikiem, który pragnął przeżyć jeszcze jeden dzień, zachować honor i być może kiedyś odzyskać utraconą wolność.
**
— Stawiam na tego druida z Galii… Jak mu tam? — mruknął, mrużąc oczy i wskazując brodą jednego z wojowników rozgrzewających się na arenie
— Brennus — odparł siedzący obok mężczyzna. — W zeszłym miesiącu rozbroił trzech przeciwników, zanim którykolwiek zdążył go zranić.
— Właśnie, Brennos. Ma szybkie ręce i nie boi się ryzykować. Pięć denarów, że dziś wyjdzie stąd o własnych siłach.
Brennos wyszedł na arenę cyrku i wypowiedział niskim, głębokim głosem zdanie, które gladiatorzy wypowiadali przed walką:
Ave Caesar morituri te salutant!
Witaj, cezarze, idący na śmierć cię pozdrawiają!
Rzym, 64 r. n.e. Kornelia
“Myślę o tobie, Brennosie, zaraz po przebudzeniu. Myślę o tobie tuż przed zaśnięciem. Jesteś stale obecny przy mnie, nawet, kiedy cię nie ma; bo jesteś w każdej mojej myśli, oddechu, wspomnieniu… Jesteś zawsze blisko mnie. Tak jak nie potrafię zapanować nad śmiercią, nie mogę przed nią uciec, oddalić jej w tej chwili od siebie, tak nie mogę i nie chcę zapanować nad miłością do ciebie, ona jest sensem mojego życia i jego celem. Wybrałam cię do kochania. Miłość jest tak samo nie do pokonania i nieunikniona jak śmierć. Tylko miłość przetrwa wszystko i przechodzi z tego świata na tamten.
Kocham cię. Oddaję życie za ciebie, oddaję życie za naszą ostatnią noc. Kocham cię teraz, kiedy jeszcze żyję i będę kochać dalej, po śmierci.
“Te amo, Brennos, te amo…”
Rok wcześniej
Kornelia była westalką — kapłanką bogini Westa — wychowaną od dzieciństwa w cieniu świętego ognia Rzymu. Wybrano ją do służby, gdy miała zaledwie dziesięć lat. Od tej chwili należała już nie do rodziny, lecz do bogini i państwa. Dorastała w marmurowych murach świątyni, pośród ciszy modlitw, woni kadzideł i nieustannie płonącego ognia, którego zgaśnięcie Rzymianie uznaliby za znak nadchodzącej klęski.
Miała siedemnaście lat. Smukła, jasnowłosa, o spokojnej twarzy i oczach pełnych łagodnego smutku, wydawała się bardziej cieniem niż kobietą z krwi i kości. Nosiła białe szaty westalek z prostotą i godnością, które budziły szacunek nawet wśród senatorów i legionistów. Wychowana w posłuszeństwie, wierzyła, że obowiązek jest ważniejszy od pragnień serca. Jej życie miało być czyste, milczące i podporządkowane rytuałowi.
A jednak pod spokojem Kornelii kryło się coś więcej — czułość, wrażliwość i tęsknota za światem poza murami świątyni. Widząc okrucieństwo Rzymu, śmierć chrześcijan na arenach i strach zwykłych ludzi, coraz częściej zadawała sobie pytania, których westalka nie powinna zadawać. Czy bogowie naprawdę żądają takiego cierpienia, zadawanego bezlitośnie innym ludziom? Czy człowiek został stworzony wyłącznie do posłuszeństwa? Czy miłość może być winą?
Kornelia nie pamiętała już życia poza murami świątyni. Wspomnienie domu, głosu matki i dziecięcych zabaw zatarło się jak rysunek na piasku, który od dawna zmyły deszcze. Świat, jaki znała, zamykał się pomiędzy białymi kolumnami, marmurowymi krużgankami i okrągłą świątynią, gdzie od niepamiętnych czasów płonął święty ogień Westy.
Każdy dzień rodził się tak samo.
Jeszcze zanim pierwsze promienie słońca dotknęły dachów Rzymu, westalki budziły się w ciszy. Bez słów obmywały dłonie i twarz chłodną wodą ze świętego źródła, jakby zmywały z siebie wszystko, co ludzkie: sen, zmęczenie, pragnienia i lęki. Potem, z opuszczonymi oczami, szły do świątyni. Słychać było jedynie miękki szelest białych szat i cichy oddech kobiet, które należały już nie do siebie, lecz do bogini.
Najważniejszy był ogień.
Płonął nieprzerwanie od pokoleń, rzucając złote światło na marmur i twarze kapłanek. Kornelia z niezwykłą troską dokładała do niego wysuszone drewno, obserwując, jak płomienie tańczą niczym żywe istoty. Wierzono, że dopóki płomień trwa, trwa także potęga Rzymu. Gdyby zgasł, wraz z nim mogłoby zgasnąć szczęście całego imperium.
Dlatego strzegła go z oddaniem większym niż własnego życia.
Każdy gest miał swoje znaczenie. Garść białej mąki, szczypta soli, kilka kropli wina składane bogini nie były tylko ofiarą — były cichą obietnicą, że porządek świata pozostanie nienaruszony. Modlitwy wypowiadano powoli, niemal szeptem, a ich rytm mieszał się z trzaskiem drewna i zapachem kadzidła, który wnikał w skórę i włosy tak głęboko, że Kornelia nie potrafiła już wyobrazić sobie innej woni.
Najpiękniejszym czasem roku była Vestalia.
W czerwcu do świątyni przychodziły rzymskie matrony, bose i pokorne, niosąc dary dla bogini. Ich twarze rozjaśniała nadzieja, gdy modliły się o pomyślność swoich domów i dzieci. Westalki przygotowywały wtedy świętą mola salsa — prosty placek z mąki i soli — który miał uświęcać najważniejsze obrzędy państwa. Cała świątynia pachniała świeżym ziarnem, dymem i ziołami, a przez chwilę wydawało się, że nawet kamienie oddychają spokojem.
Kornelia została wybrana do tej służby jako mała dziewczynka. Pamiętała jedynie dłoń najwyższego kapłana prowadzącą ją ku marmurowym schodom i matkę stojącą daleko, z oczami pełnymi łez, których nie wolno było otrzeć. Tamtego dnia utraciła rodzinę, ale zyskała nowe imię i nowe przeznaczenie. Zapleciono jej włosy w sześć starannych warkoczy, ubrano w białe szaty i nauczono, że odtąd jest strażniczką ognia, a nie zwyczajnym człowiekiem.
Życie westalki było zaszczytem i więzieniem jednocześnie.
Senatorowie ustępowali jej z drogi, lud kłaniał się z szacunkiem, a jej słowa miały moc przed sądem. Mogła posiadać majątek i cieszyć się przywilejami, o których większość kobiet nie śmiała nawet marzyć. Lecz za tę godność płaciła najwyższą cenę — własną wolnością.
Każdego dnia przypominano jej, że święty ogień nie może zgasnąć, a serce nie może pokochać.
Przez lata wierzyła, że taki jest porządek świata. Że cisza jest spokojem, a obowiązek szczęściem. Nie zadawała pytań, nie marzyła o niczym więcej. Marmurowe mury były jej domem, płomień — towarzyszem, a rytuały — oddechem.
Dopiero kiedy zobaczyła Brennosa walczącego o życie, coś pękło w niej cicho jak wyschnięta gałązka wrzucona do ognia.
Od tamtej chwili każdy poranek był taki sam, lecz ona nie była już tą samą dziewczyną. Obmywając dłonie, czuła na nich wspomnienie jego krwi. Dokładając drewna do świętego płomienia, widziała jego oczy. W zapachu kadzideł odnajdywała echo jego oddechu.
I po raz pierwszy odkryła, że w jej sercu płonie ogień silniejszy od tego, którego od dziecka strzegła dla Rzymu.
Była rozdarta między ślubami a własnym sercem. Między Rzymem a wolnością. Między świętym ogniem Westy a życiem, którego nigdy nie miała zaznać. Gdyby nie zobaczyła wtedy Brennosa, który pada na zakrwawiony piasek, rażony ciosem przeciwnika, nie byłaby teraz tak rozdarta. Wiodłaby dalej spokojne, senne życie, służąc w świątyni. A teraz jak ma dalej żyć? Dlaczego?! Dlaczego musiała w swoim życiu poznać Brennosa?
Brennos
Brennos był druidem z Lutecji — kapłanem starej Galii, strażnikiem świętych gajów i pamięci dawnych bogów. Jego imię znaczyło „Kruk” i rzeczywiście przypominał ptaka wojny i wolności. Wysoki, potężnie zbudowany, o ciemnych włosach opadających na ramiona i oczach głębokich jak leśne jeziora, budził respekt samą obecnością.
Był nie tylko wojownikiem, lecz także uzdrowicielem, nauczycielem i sędzią swojego ludu. Znał mowę ziół, rytm gwiazd, znaczenie snów i szelestu drzew. Wierzył, że człowiek jest częścią natury, a nie jej panem. W świętych dębach widział obecność bogów, w rzekach — pamięć przodków, a w ogniu — siłę życia. Dla swoich ludzi był duchowym przewodnikiem i symbolem dawnej wolności Celtów.
Rzymianie widzieli w nim jednak zagrożenie. Druidzi byli dla imperium niebezpieczni, bo uczyli ludzi niezależności ducha. Brennos został zdradzony przez przyjaciela, pojmany przez legionistów i przewieziony do Rzymu, gdzie miał umrzeć jako gladiator ku uciesze tłumu.
Choć znalazł się w świecie marmuru, krwi i niewoli, nie utracił dumy ani wewnętrznej siły. Gardził okrucieństwem imperium i nie rozumiał, jak cywilizacja mieniąca się najwyższą na świecie może znajdować rozrywkę w cierpieniu ludzi. W głębi duszy pozostał człowiekiem lasu — wolnym nawet w kajdanach.
Dopiero spotkanie Kornelii sprawiło, że po raz pierwszy zapragnął czegoś bardziej niż przetrwania. Nie chciał już tylko odzyskać wolności. Chciał żyć dla drugiego człowieka.
Rzym 54—68 r. n.e. Neron
Od świtu okolice amfiteatru pulsowały życiem. Rzym kochał dni igrzysk bardziej niż święta bogów. Na ulicach prowadzących ku arenie tłoczyli się handlarze sprzedający gorące placki z miodem, oliwki, rozwodnione wino i pieczone mięso zawinięte w liście figowe. Niewolnicy przeciskają się przez tłum z koszami owoców dla bogatych widzów, podczas gdy dzieci biegały między ludźmi, próbując dostrzec gladiatorów prowadzonych do podziemi amfiteatru.
Powietrze było ciężkie od kurzu, potu i dymu pochodni dogasających po nocy.
Przed wejściem strażnicy odpychali biedotę kijami, pilnując porządku. Patrycjusze przybywali w lektykach ozdobionych purpurowymi tkaninami, otoczeni służbą. Senatorowie wymieniali uprzejme uśmiechy, choć pod nimi kryły się polityczne układy, urazy i strach przed cesarskim gniewem.
Dla ludu igrzyska były rozrywką. Dla cesarza — pokazem władzy.
Pod arkadami amfiteatru lanistae, czyli ci, którzy utrzymywali i szkolili gladiatorów dla wykorzystywania ich w walkach, doglądają swoich gladiatorów jak kupcy cennego bydła. Sprawdzano uzbrojenie, smarowano oliwą skórzane pasy i opatrywano stare rany, by wojownicy wyglądali dostatecznie dobrze przed tłumem. Niektórzy gladiatorzy modlili się cicho do Marsa lub Nemezis. Inni pili wino dla odwagi.
Byli też tacy, którzy milczeli.
Brennos siedział pod kamienną ścianą podziemi, z łokciami opartymi o kolana. Na jego ramionach połyskiwał pot, a światło pochodni wydobywa stare blizny przecinające skórę. Wokół panował gwar — szczęk metalu, przekleństwa strażników, rżenie koni ciągnących klatki ze zwierzętami — lecz on zdawał się odcięty od tego wszystkiego.
Jeden z młodszych gladiatorów drżał tak mocno, że nie potrafił zawiązać rzemyków przy naramienniku.
— To twoja pierwsza walka? — spytał Brennos spokojnie.
Chłopak skinął głową.
— Nie patrz na tłum — powiedział Gal. — Oni już zdecydowali, że jesteśmy martwi.
Nad areną rozległ się niski dźwięk rogu.
Tłum zawył z zachwytu.
Na górze tysiące ludzi zajmowało miejsca na kamiennych trybunach. Kobiety wachlowała się cienkimi tkaninami, mężczyźni obstawiali zakłady i spierali się o nazwiska gladiatorów. Sprzedawcy krzyczeli jeden przez drugiego, a kapłani składali krótkie ofiary przed rozpoczęciem widowiska.
W loży dla patrycjuszy Kornelia obserwowała arenę zza lekkiej osłony chroniącej przed słońcem.
Nie słuchała rozmów o polityce ani plotek o kolejnych kaprysach Nerona.
Czekała tylko na moment, gdy otworzą się bramy podziemi.
Zapach krwi mieszał się z wonią rozgrzanego piasku areny. Powietrze drżało od okrzyków tłumu, a słońce odbijało się od stalowych hełmów i ostrzy, zmieniając amfiteatr w rozpalony kocioł. Kornelia siedziała nieruchomo pośród rzymskich patrycjuszy, choć wokół niej dudniły oklaski i okrzyki spragnionych widowiska ludzi. Nie patrzyła jednak na cesarską lożę ani na bogato odzianych senatorów. Jej wzrok zatrzymał się na nim.
Brennos wszedł na arenę powoli, ciężkim krokiem człowieka, który nie musiał nikomu udowadniać swojej siły. Był wysoki, szerszy w barkach od pozostałych gladiatorów, a jego jasne włosy, przycięte nierówno przy karku, zdradzały północne pochodzenie. Na lewym ramieniu miał świeżą bliznę, jeszcze zaczerwienioną po ostatniej walce. Nie wyglądał jak niewolnik. Wyglądał jak ktoś, kto kiedyś dowodził ludźmi.
Tłum ryknął, gdy strażnicy otworzyli drugą bramę. Na piasek wybiegło dwóch gladiatorów uzbrojonych w krótkie miecze i sieć. Brennos uniósł głowę. Jego twarz pozostawała spokojna — niemal obojętna.
Pierwszy przeciwnik ruszył gwałtownie, próbując zarzucić sieć na jego ramiona. Brennos uskoczył w ostatniej chwili. Piasek prysnął spod sandałów. Nim tłum zdążył krzyknąć, Gal zamachnął się tarczą, roztrzaskując przeciwnikowi nos. Chrzęst kości zginął w huku widowni.
Drugi gladiator wykorzystał moment. Ostrze przecięło bok Brennosa, zostawiając cienką smugę krwi. Kornelia wciągnęła powietrze. Po raz pierwszy od dawna poczuła coś więcej niż znudzenie.
Brennos cofnął się o krok. Potem zaatakował.
Nie walczył jak rzymski gladiator szkolony dla widowiska. Walczył brutalnie, dziko — jak człowiek wychowany pośród wojen i lasów północy. Uderzył barkiem w pierś przeciwnika, przewracając go na ziemię, a gdy tamten próbował się podnieść, wbił miecz pod żebra jednym krótkim, pewnym ruchem.
Krew rozlała się po piasku.
Tłum oszalał.
Kornelia nie słyszała jednak okrzyków. Brennos podniósł wzrok ku trybunom — i przez krótką chwilę patrzył prosto na nią.
Nie było w tym spojrzeniu pokory niewolnika.
Było wyzwanie.
Tej nocy po tym krwawym widowisku, Kornelia nie potrafiła zasnąć.
Leżała na szerokim łożu w chłodnej komnacie pachnącej mirrą i oliwą różaną, lecz ilekroć zamykała oczy, widziała arenę. Rozgrzany piasek. Krew. I jego twarz.
Brennos.
Imię usłyszała dopiero pod koniec igrzysk, wypowiedziane mimochodem przez jednego z senatorów siedzących obok jej ojca.
— Ten Gal to druid, ale długo nie pożyje — rzucił z obojętnym śmiechem. — Zbyt dumny.
A jednak to właśnie duma nie dawała Kornelii spokoju.
Widziała wielu gladiatorów. Od dziecka zabierano ją na igrzyska, gdzie śmierć była rozrywką dla bogatych Rzymian. Większość walczyła jak zwierzęta wypuszczone na piasek — przerażone albo żądne krwi. Brennos był inny.
W jego spojrzeniu nie było strachu.
Nie błagał tłumu o łaskę.
Nie szukał ich podziwu.
Walcząc, wyglądał raczej jak człowiek, który już dawno pogodził się z losem… lecz nadal odmawia klęczenia przed Rzymem.
Kornelia
Kornelia przewróciła się na bok i odsunęła cienką zasłonę przy łożu. Za oknem nocne miasto jeszcze nie spało. Z daleka dochodziły pijane śpiewy i stukot kół wozów na kamiennej ulicy.
Powinna była myśleć o podtrzymywaniu w świątyni wiecznego ognia Rzymu, który był emanacją Westy — bogini domowego ogniska. Do tego została powołana. Powinna myśleć o rodzinie, z którą musiała się rozstać, kiedy została Westalką. O pozycji ojca na dworze Nerona.
Zamiast tego myślała o barbarzyńcy z areny.
I najbardziej niepokoiło ją jedno.
Kiedy Brennos spojrzał na nią po walce, przez tę krótką chwilę poczuła się tak, jakby to nie on był więźniem.
Tylko ona.
**
Poranek w Rzymie budził się powoli, lecz nigdy naprawdę nie był cichy.
Z tarasu domu Kornelii miasto wyglądało jak bezkresne morze dachów, marmuru i dymu unoszącego się nad ulicami. W oddali błyszczały kopuły świątyń, a pierwsze promienie słońca odbijały się w złoceniach posągów bogów. Niewolnicy już od świtu polewali kamienne dziedzińce wodą, by ochłodzić powietrze przed nadchodzącym upałem.
W domu patrycjuszy dzień zaczynał się spokojnie i dostatnio. Pachniało świeżym chlebem pszennym, oliwą i drogimi olejkami sprowadzanymi z Egiptu. Służące układały Kornelii włosy cienkimi grzebieniami z kości słoniowej, podczas gdy jej matka wybierała biżuterię odpowiednią do porannej wizyty w świątyni Westy.
Ale wystarczyło wyjść poza chłodne atrium bogatego domu, by zobaczyć inne oblicze Rzymu.
Ulice były ciasne, brudne i duszne. Między wysokimi czynszowymi kamienicami tłoczyli się handlarze, żebracy i niewolnicy niosący ciężkie amfory z winem lub wodą. Powietrze pachniało jednocześnie pieczonym mięsem, rybami gnijącymi na słońcu, końskim nawozem i dymem palenisk. Z każdej strony dochodził hałas — przekupki nawoływały klientów, kowale uderzali młotami o metal, dzieci biegały boso po kamieniach.
Kornelia widziała czasem ludzi śpiących pod arkadami świątyń. Widziała kalekich żołnierzy wyciągających ręce po monety od tych samych patrycjuszy, którzy wieczorami wydawać fortuny na uczty i igrzyska.
Rzym żył okrucieństwem tak naturalnie jak oddechem.
W amfiteatrach tłum domagał się krwi. Śmierć gladiatora była dla jednych rozrywką, dla innych okazją do zakładów i pijackich śmiechów. Najbogatsi sponsorowali igrzyska, kupując sobie przychylność ludu. Im więcej trupów na arenie, tym głośniejsze owacje.