Patroni
Patronkom przesyłam masę wdzięczności i tego, co najlepsze, bo to dzięki nim ta książka żyje dłużej w social mediach, dociera w dalsze zakątki, a być może i do Ciebie, drogi czytelniku!
Dziękuję @books_for_everyone_16 za zwrócenie uwagi na okładkowy opis książki i pomoc w dążeniu do jego zachęcającej wersji.
Dziękuję @fantasypozmroku za betowanie przy okazji patronatu, poprawienie literówek, wszelkie sugestie (z wielu z nich naprawdę skorzystałam), „śmieszki” z anatomii człowieka, budujące komentarze i uśmiechnięte buźki przy tekście.
Dziękuję wszystkim patronkom za podjęcie się tej, wbrew pozorom, nieprostej roli promowania książki, zaangażowanie, dobre słowo i nieopisane wsparcie. Jesteście wspaniałe!
Niech nasza wspólna przygoda trwa jak najdłużej :)
Mojemu mężowi, Kamilowi
Lata temu I
— Wyciągnij to ze mnie, zanim zniszczy moją duszę i wszystko wokół!
Chłopiec stał nad tarzającym się na ziemi mężczyzną i mrugał gwałtownie, próbując powstrzymać łzy cisnące się do oczu. Zamaszyście pokręcił głową i odsunął się, gdy w jego stronę wystrzeliła ręka poległego.
— To je powstrzyma…
Oddech mężczyzny stał się urywany a słowa przeszywane jękami bólu.
— Ale tato — szepnął. — Nie mogę cię zabić!
— To jedyne wyjście…
Wyciągnął rękę, tym razem łapiąc chłopca za kostkę. Pociągnął silnie, przewracając go na kolana tuż koło swego boku. Przerażone dziecko spojrzało w oczy ojca i nie zobaczyło w nich nic, prócz wijącej się ciemności. Rozprzestrzeniała się niczym wąż, aż z ust mężczyzny wyleciały ogromne obłoki czarnej pary. Chłopiec uchylił się, wystraszony. Chciał uciekać, ale serce trzymało go przy najbliższej osobie. Czuł się rozdarty i sparaliżowany. Obowiązek i posłuszeństwo ojcu nakazywało wykonać rozkaz równoznaczny ze śmiercią. Ciemność cofnęła się i ponownie ujrzał oczy mężczyzny.
— Nie wybaczę ci, jeśli pozwolisz… światu zginąć — sapnął.
— Nie mam tyle mocy. — Bronił się, zaciskając pięści z bezsilności, aż zbielały mu kłykcie.
— Masz… nie umiesz… używać… — zakaszlał impulsywnie, siłą powstrzymując pojawiającą się w oczach czerń — ćwiczyć… obiecaj… jesteś…
Z gardła mężczyzny dobiegł rozdzierający duszę wrzask. Chłopiec odskoczył, zasłaniając twarz przedramionami. Obok przefrunęło tysiące czarnych zjaw, powalając go na ziemię. Szum, jaki przy tym wywołały, rozsadzał uszy. Podczołgał się do ojca mówiącego coś niewyraźnie.
— Osłoń siebie… przed zaczęciem, m-m-mo-yjesz…
Głowa mężczyzny opadła bezwładnie na bok, a ciałem wstrząsały dreszcze. Dziecko załkało przeraźliwie, a łzy wreszcie spłynęły po policzkach szerokim strumieniem. Może przeżyjesz? To miał na myśli? Doskonale wiedział, że jego moc jest zbyt słaba na dokonanie uwolnienia. Pozostawały zaledwie dwie opcje: odejść, pozwalając światu pogrążyć się w chaosie, gdy miliardy cieni wypłyną z pozostawionego ciała albo spróbować w nadziei, że uda mu się uratować świat, przy okazji zachowując ojca przy życiu.
Skrzywił się. Żadna z opcji nie przypadła mu do gustu. Kiedy kolejne zjawy zaczęły wylatywać z otwartych ust mężczyzny, natychmiast przypadł do niego, postanawiając spełnić ostatnie życzenie.
Skrzyżował ręce na własnej piersi. Krótką i prostą inkantacją wyuczoną przez ojca posłał w siebie trochę ochronnej magii. Położył ręce na klatce taty ze świadomością, że nie ma dość mocy próbować z daleka i zaczął mamrotać zaklęcie. Zacinał się i gubił, nie pamiętał słów ani ich znaczenia a tym bardziej kolejności. To sztuka, której uczyło się latami. Długo należy to robić? Powinno dziać się coś pomiędzy. Najwyraźniej nie działało. Za to własne dłonie paliły go, jakby dotykał słońca. Otarł oczy z łez wierzchem dłoni i mamrotał dalej, nie ustając w wysiłkach. Za późno, by się wycofać, cokolwiek się stanie.
Nagły wybuch przeszył uszy, nim oczy zorientowały się, że ciało ojca zostało rozdarte na kawałki. Podmuch powietrza posłał chłopca wprost na najbliższe drzewo. Upadł z bolesnym jękiem, łapiąc zranioną głowę. Wszystko stracone. Moc odeszła, a on też się rozpadnie i zniknie. Dotrzymał obietnicy, uratował świat. Osunął się bezładnie wśród falującego od żaru powietrza.
Rozdział 1
Nigel Rasac osłabił swoją moc, orientując się, że chłopak stojący przed nim się męczy. W jego ruchach zaczynało brakować płynności, choć mimo widocznego wyczerpania wciąż zadawał ciosy z dużą siłą. Przyjrzał się dokładniej, doznając nagłego olśnienia. Chłopakiem władał urok sterowności.
Jakiś mag kierował nim z dużej odległości — potężny mag. Odebranie wolnej woli to nic prostego. Ani miłego. Skrzywił się na samą myśl o tym. Zajmowali się nimi magowie — czarodzieje szkoleni w wąskich dziedzinach sztuki, które doprowadzali do irytującej perfekcji. Nie sądził, że istniał czarodziej o tych zdolnościach. Większość zmarła, bo posiadali ją wiekowi magowie. Najwyraźniej jakiś uchował się przy życiu, pewnie nie na długo.
Czekał na wyczerpanie mocy — posługując się kimś innym miało się do rozdysponowania określoną ilość energii, nawet jeśli moc sterującego była dużo większa. Rozmyślał. Czarni zaatakowali granice Gildii Ruin niespodziewanie i w środku dnia. Po co? Jaki mieli w tym cel? Od tysięcy a może i milionów lat pragnęli panować nad Światami — Światem Magii i Światem Śmiertelników. Gildie i Stowarzyszenie Strażniczek pilnowały wspólnie, by do tego nie doszło.
Czarni posługiwali się czarną magią, od której zyskali niechlubną nazwę. Używali jej jako tej silniejszej, ale najwyraźniej robili to źle, skoro wciąż nie udało im się dojść do celu. Dlaczego atakowali dzisiaj? W dodatku wiedząc, że są skazani na porażkę? Gdzie jakiś cel?
Wrócił myślami do chwili obecnej. Przeciwnik stanął, a jego ręce dyndały niczym u bezwładnej marionetki. Nastąpiło wyczerpanie. Sterujący stracił możliwość przelania w niego swojej mocy na długie godziny. Dopóki to się nie stanie albo nie zostanie uwolniony, nie będzie w stanie zrobić nic, prócz mówienia. Przyjrzał się rywalowi. Nie mógł być starszy od niego, z tą różnicą, że wyglądał znacznie solidniej. Lepiej zbudowany, o ostrzejszych rysach twarzy i oczach w kolorze przezroczystego strumienia, zupełnie niepasujących do czarnych jak smoła włosów.
Nigel opuścił zasłonę, choć magia wciąż otaczała przeciwnika delikatną mgiełką. Nie atakował. Czarny spoglądał z autentycznym przerażeniem w oczach.
— Nie zabijaj — szepnął.
Rasac złapał twarz chłopaka palcami. Właśnie to powinien zrobić. Nie zważając na narastający opór, wytwarzany przez strach, potarł kciukiem o palec wskazujący tuż przed jego oczami, wpuszczając do umysłu czarnego odrobinę magii. Wróciła zapełniona wspomnieniami tamtego. Bezsprzecznie urodził się czarny i tak został wychowany — brutalnie i niegodziwie, by być właśnie taki. Wystarczyło. Zignorował całą resztę, wyrzucając niechciane informacje ze swojej głowy.
Odsunął się krok i zacisnął pięść, wzmacniając duszące opary wokół wroga. Chłopak padł na kolana, niezdolny ruszyć się z miejsca. Nigel zauważył, że nie spuszcza z niego wzroku. Zawahał się. Znał cel tej niemej prośby i jej przyczynę. Nie wierzył temu, co przemknęło we wspomnieniach podczas przeglądania. Znalazł w nich nutę nienawiści do systemu, w którym czarny został wychowany. Czy mógł temu ufać? Nie trzeba wytrawnego maga do wytworzenia takiej iluzji uczuć.
A jednak coś go powstrzymywało — ludzka intuicja. Magia nakazywała zabić. Zacisnął pięść mocniej i patrzył na chłopaka duszącego się niewidzialnym pyłem.
Gwałtownie rozluźnił pięść i opuścił rękę, zdając sobie sprawę, że pozwolił drugiej magii na odrobinę władzy. Cofnął się nieznacznie, otoczywszy siebie i czarnego kopułą chroniącą. Magia ostrzegawczo zaiskrzyła, wyczuwając zbliżające się osoby.
Spojrzał przez ramię, dostrzegając swoich przełożonych. Tylko ich tu brakowało. Syknął pod nosem, odwracając się ku chłopakowi. Może zdąży chociaż zacząć.
— Ou te faʻatagaina oe e alu saoloto ma faasaoloto oe mai le oona uliuli o lou agaga — szepnął.
Powtórzył to kilkukrotnie, za każdym razem wywołując grymas bólu na twarzy czarnego. To skomplikowana procedura wymagająca czasu. I bolesna. Skończy później, wstęp powinien wystarczyć na jakiś czas. Przynajmniej, dopóki nie zostaną sami.
Ledwo skończył mówić, kolorowa mgła otoczyła wroga, uwalniając od związku z jego Wyższymi. Ten popatrzył zaskoczony na Nigela. Nie zdawał sobie sprawy, że ktoś z łatwością umie to uczynić. Nikt już nim nie zawładnie, jeśli się nie zwiąże.
— Mauruuru mo te tohu i taku ora, ka tukuna atu e ahau ki a koe, ka oati ahau ki te mahi ki a koe — odpowiedział.
Nigel zerknął niepewnie. Czarni posługiwali się językiem Maori podczas inkantacji, on Samoańskim. Rozumiał oba, lecz Maori ranił jego uszy. Nie chciał brać go jako służącego, darował wolność, więc niech ją ma.
— Ou te talia le taulaga ma lafoai loʻu saolotoga.
Czarny wstał z kolan i skłonił się głęboko, niczym nieskrępowany.
— Zostanę, jeśli pozwolisz.
Nigel westchnął.
— A mogłem cię zabić — mruknął.
Teraz się go nie pozbędzie. Zamierzał powiedzieć, żeby spadał, gdy wiatr przyniósł powiew złowrogiej magii. Rozejrzał się. Na placu nie pozostał żaden wróg, zaklęcie przychodziło z daleka. Od razu rozpoznał rozkaz dla czarnego, nakazujący powrót. Magia próbowała złapać go i teleportować, lecz powiewy przelatywały przez ciało niczym zwykłe muśnięcia powietrza.
Nigel uśmiechnął się na tak demonstracyjny dowód siły jego mocy. Czarny natomiast stał przestraszony, jakby huragan miał go porwać, dopiero po chwili zrozumiawszy, że faktycznie został uwolniony.
— Nie zostawiaj mnie — poprosił Nigela. — Wiesz, że mnie zabiją, jedni albo drudzy.
Rasac bił się z własnymi myślami. To prawda. Jeśli go zostawi, nie zdoła wystarczająco szybko schować się, nim odnajdą go Wyżsi. Ciągle dokładał sobie kłopotów. Według prawa Gildii Ruin mógł wziąć pod opiekę wiele osób, dopóki za nich odpowiadał.
Odbywał się turniej, na którym przewodniczący Wyższych ścierał się z czarodziejem broniącym kogoś, kogo chciał zostawić pod opieką. Jeśli czarodziej wygrał, osoba zostawała w Ruinie, jeśli nie — znikała bezpowrotnie. Żadne prawo nie wspominało jednak o wzięciu pod skrzydła dotychczasowego wroga.
Magia ostrzegawczo piekła w umyśle, lecz intuicja wciąż podpowiadała zatroszczyć się o chłopaka. Skinął, podejmując decyzję i owionął czarnego niebieskim pyłem, całkowicie izolując od poszukującej czarnej magii. Ruszył w kierunku swoich Wyższych, a czarny podążył za nim.
— Jak masz na imię? — zapytał Nigel, nawet za siebie nie spoglądając.
— Ren.
— No dobrze, Ren… Utną mi za ciebie głowę, więc milcz, dopóki nie pozwolę ci się odezwać.
— Rozumiem. — Skłonił się do pleców Nigela, nie zwalniając kroku. Zrównali się z Wyższymi.
— Co to za jeden? — spytał przewodniczący.
— Jest mój.
— To czarny.
— Już nie.
Wyższy dmuchną na Rena, czekając, aż magia powróci z żądanymi informacjami.
— Ma wolną wolę, nie zezwalam.
— Prawo nic o tym nie mówi, nie zwiążę go, będę bronił.
Starszy czarodziej otworzył usta, chcąc zaprotestować. W tym samym momencie powietrze wokół zawirowało ostro i pojawił się Najwyższy. Czarodzieje zgięli się w pokłonach. Nigel pozostał niewzruszony, jedynie odsunął się nieznacznie, robiąc miejsce. Najwyższy zatrzymał wzrok na przewodniczącym.
— Nie będzie obrony — zwrócił się do niego, tym samym przyznając, że cały czas obserwował.
— Prawo tak stanowi, nie przyjmę czarnego pod dach bez odpowiednich procedur — mruknął przewodniczący.
— Absurd. Prawo stanowi też, że czarodziej do turnieju ma prawo stanąć wyposażony w pełnię swej mocy. W związku z tym należy zdjąć mu Bariery Mana. — Skinął w stronę Nigela. — Tak chcesz się z nim mierzyć?
Przewodniczący spuścił wzrok, choć miał ochotę zgromić nim Najwyższego za pilnowanie dokładnej znajomości prawa. Od lat absolutnie nie dopuszczał do siebie myśli o ściągnięciu chłopakowi opasek, nie mówiąc o pojedynkowaniu się z nim wtedy na moc.
— Nie — bąknął w odpowiedzi.
— Nie zezwalam więc na coś, co z góry skazane jest na porażkę.
Nigel uśmiechnął się pod nosem. Oto jawny dowód na to, że nawet Wyżsi się go boją, a ich trwogę śmiało brał za przyczynę tego, co z nim robili. Najwyższy zwrócił się ku niemu.
— Co ci podpowiadała magia?
— Zabroniła. — Uśmiech znikł z twarzy młodego czarodzieja, pojawiając się u przewodniczącego.
— Więc?
Nigel zamilkł, zaciskając usta w wąską kreskę. Nie zamierzał rezygnować. Przepłynął przez niego strach stojącego obok Rena.
— Więc zostanie, bo tak postanowiłem. Prawo na to zezwala, jeśli go obronię.
— Powiedziałem, że nie będzie obrony — przypomniał.
— W takim razie po prostu jest mój. — Spojrzał na maga z pytająco uniesionymi brwiami. Najwyższy uważnie zmierzył go wzrokiem.
— Odpowiadasz za każdy jego czyn. Bez względu na to, w jaki sposób go pozyskałeś, dalsze zasady się nie zmieniają — ostrzegł.
Najwyższego otoczyła biała mgła. Nachylił się do młodego czarodzieja, znikając. Wyłącznie Nigel usłyszał, co powiedział.
— Nie wyobrażaj sobie, że podoba mi się twoja bezczelność i brak ukłonów. Zapisuję minusy przy twoim nazwisku, Rasac. Za każdym razem. Kiedyś moja cierpliwość do ciebie się skończy i módl się, żebyś nie miał wtedy założonych barier.
Zniknął, nim chłopak zdążył zareagować. Nigel wymienił spojrzenia z Wyższymi, wzruszając ramionami. W tym przypadku brak ukłonów nie oznaczał braku szacunku i zdawało się, że Najwyższy o tym wie. Otoczył mgłą siebie i Rena, sprawnie przenosząc ich do ruiny.
Lata temu II
Chłopcu huczało w głowie, kiedy się ocknął. Podniósł się z trudem, rozglądając. Cisza i spokój. Zło nie nadeszło, a on żył. Wstał, zataczając się. Nieznośny pisk w uszach nie pozwalał skupić myśli. Co teraz zrobić? Jest dzieckiem. O tym ojciec już nie poinstruował. Wiedział, że kiedyś to z niego wyjdzie. Chyba nie spodziewał się, że tak szybko. Obaj byli nieprzygotowani.
Ruszył chwiejnie przez las, byle dalej od tego miejsca. Nie wróci do domu, nic tam nie czekało. Nie przetrwa sam w domku w środku puszczy. Zawroty głowy powodowały nieprzyjemne mdłości. Opadł na kolana, podnosząc się długie minuty później.
Myśli zbiegły w jeden cel: powinien dotrzeć do Świata Magii, ale nie miał pojęcia jakim sposobem. Zebrał po drodze parę dzikich owoców, napełniając dziwnie skręcający się żołądek. Szedł do zapadnięcia zmroku. W końcu zmęczony ułożył się przy rozłożystym drzewie i zasnął, targany niespokojnymi wizjami.
Obudziło go solidne szturchnięcie. Zerwał się na nogi, dojrzawszy przez sobą dwóch mężczyzn w szatach czarodziejów. Zanim zdążył uciec, jeden z nich złapał go za kaptur szarej peleryny podarowanej przez ojca całkiem niedawno. Skutecznie ogrzewała w chłodne dni i kamuflowała w gęstwienie leśnej.
— Jesteś sam?
Chłopiec popatrzył zdziwiony: usta poruszały się bez dźwięku. Dopiero po chwili zrozumiał — huk wczorajszej eksplozji ogłuszył. Kręcąc głową, wskazał na uszy. Czarodziej przytaknął ze zrozumieniem. Usiadł na ziemi, zachęcając do zajęcia miejsca obok siebie. Nieco oszołomiony chłopiec zrobił, o co został poproszony.
~ Słyszysz mnie?
— Tak — potwierdził, bo głos czarodzieja w jego głowie wybrzmiał głośno i wyraźnie; nie słyszał za to własnej mowy.
~ Odpowiadaj w myślach, przeczytam je. Jesteś sam?
~ Tak.
~ Gdzie rodzice?
~ Zjadły ich zjawy.
~ Jesteś głuchy?
~ Nie. Coś wybuchło, gdy zbierałem owoce.
~ Masz tu rodzinę?
~ Nie.
~ Pójdziesz z nami?
~ Po co?
~ Ochronimy cię.
Chłopiec przezornie mijał się z prawdą, zastanawiając się, ile czarodziej wie. Nawet on, choć jeszcze dziecko, umiał znaleźć nieskrywaną aurę mężczyzn. Nie potrafił określić jej wielkości, ale odczuwał, że nie są zwykłymi ludźmi. Zatem i oni wiedzą o jego mocy. Zaryzykuje.
~ Nie jestem zwykłym dzieckiem.
~ Czujemy.
~ Nie ufam Wam.
~ Nie każę ci tego robić. Ale nie masz wyjścia, jeśli chcesz przeżyć. Jeszcze tysiące zjaw krąży w tych lasach. Miną tygodnie, nim doświadczeni magowie je zabiją.
~ Zgoda. Kiedy to zrobią, wracam do domu.
Twarz czarodzieja pojaśniała. Wstał, podając rękę dziecku. Chłopiec podniósł się sam i spojrzał pytająco, czekając na kierunek, w jakim ma podążać. Poczłapał za mężczyznami, trzymając się nieco z tyłu. Jakoś nie przekonały go te uśmiechy.
Rozdział 2
We wnętrzu gildii Nigel popędził przed siebie. Zbiegł krętymi schodami najniżej jak się dało, dalej labiryntem korytarzy. Ren biegł z tyłu, bez trudu dotrzymując tempa, a mimo to na jego twarzy malował się niepokój. Nie chciałby zgubić się tutaj. To obce miejsce nie tylko ze względu, że to dom dotychczasowych wrogów. Emanowało jakąś niespotykaną energią i nie był to efekt białej magii.
Wzdrygnął się, skręcając gwałtownie za nowym panem. Wpatrywał się bezwiednie w plecy czarodzieja biegnącego przed nim, zwalniając do truchtu. Sam go wybrał. Po głowie krążyły myśli, czy to aby nie akt desperacji przez sytuację w jakiej się znajdował. Wątpił jednak w to złudne przeczucie. Od dawna nosił się z myślą o uwolnieniu od Czarnych. Latami pozostawał jednym z nich. Nie zaprzeczał, choć został wychowany inaczej, a to pozostawiło w nim znacznie większy ślad niż pieczęć Czarnych.
Buntownicy zajmowali się nim przez dziecięce lata. Dziki lud zamieszkujący surowe tereny Świata Magii; czarodzieje mający w głębokim poważaniu zasady Gildii, Stowarzyszenia i konflikty między czarnymi a białymi czarodziejami, żyjący według własnych; nikomu nieznanych zasad. Odcięli się od światów tysiące lat temu, a gildia zostawiła ich w spokoju, od kiedy zasiedlili dalekie, mało warte tereny. Ponoć nie używali magii często, więc nie stanowili zagrożenia.
Pamiętał raczej odwrotny stosunek do magii. Szanowali ją ponad wszystko, lecz używali co rusz, również do codziennych czynności. Przypominali mnichów oddających się energii, którą dysponowali, badający ją w sposób do tej pory dla nikogo niepojęty. Lud z sekretami przekazywanymi ustnie od tysiącleci. Tajemniczy, skryci i gościnni dla tych, którzy potrafili poszanować dar magii. Niewątpliwie silni.
Wpoili wartości, które brutalnie wyciągnięto z jego głowy podczas szkolenia na czarnego. Został nim jak matka, ojciec i cała rodzina od wielu, wielu pokoleń. Został zmuszony do związania się z nimi. Trafił do Buntowników, bo matka broniła jego życia podczas jednej z wojen, gdy był jeszcze niemowlęciem. Odebrała go od nich lata później, a on do tej pory nie zrozumiał, dlaczego trwało to tak długo.
— Elias! Przygotuj izolatkę! — Nigel zwolnił do szybkiego marszu, krzycząc do kogoś, kogo nie mieli w zasięgu. Ren niemal wpadł na jego plecy zajęty rozmyślaniem.
— Jaka izolatka? — zapytał ze zdziwieniem, a przez głos przebijała się drżąca niepewność.
— Sala Zatrzymująca.
Koło nich pojawił się wysoki, starszy mężczyzna odziany w szatę strażnika złożoną z szarych, prostych spodni, szarej koszuli i równie szarej peleryny. Włosy, choć przyprószone siwizną, odznaczały się niewiarygodną wręcz gęstością dostrzegalną na pierwszy rzut oka, zaraz po wyraźnie zaznaczonej, typowo męskiej szczęce.
— Panicz Nigel lubi dziwne skróty — wyjaśnił, skinąwszy młodemu czarodziejowi i przepraszająco się uśmiechnął.
— Panicz? — Ren całkiem się pogubił, rotując wzrokiem pomiędzy jednym a drugim.
— Ach, to niezwykle ciekawa historia na długi nudny wieczór. Przyjdź kiedyś do mnie. — Mrugnął okiem i teleportował się, spełnić życzenie Nigela.
— Nawet o tym nie myśl. — Nigel rzucił czarnemu twarde spojrzenie.
— Postaram się, książę. — Wyszczerzył zęby, niezwykle zadowolony.
— Za krótko się znamy na żarty. Pamiętaj, że zawsze mogę zwrócić cię Czarnym, w końcu nim jesteś — warknął.
Ren zamrugał szybko, ewidentnie zaskoczony tymi słowami. Nie może sobie pozwolić na urażenie go. Nie chciał wracać do dawnego domu, skłonił się więc delikatnie w przeprosinach i zamilkł.
— Mogę o coś zapytać? — odezwał się, gdy wędrowali już dalej.
Nigel machnął ręką, dając znak pozwolenia.
— Po co idziemy do Sali Zatrzymującej?
— Zmieniłeś zdanie i jednak chcesz pozostać czarny? — Zatrzymał się.
— Skądże znowu! — Spuścił wzrok pod podejrzliwym spojrzeniem czarodzieja.
Nigel westchnął. Przejdzie z nim istną przeprawę, nim upewni się, że warty jest choć odrobiny zaufania.
— Podnieś głowę — nakazał.
Ren spojrzał na czarodzieja. Drgnął, bo Rasac uniósł rękę, ale nie protestował, gdy pocierając palcami, wpuszczał do wspomnień opary magii. Nigel cofnął się, nie wyczuwając wrogości. Odwrócił się napięcie, ruszając dalej. Jeszcze dwa zakręty i będą na miejscu.
Parę kroków dalej nagle uświadomił sobie, dlaczego tamten pyta o salę. Uśmiechnął się pod nosem, rozważając głupawy pomysł nastraszenia nowego towarzysza. Szybko zrezygnował, rozumiejąc, że sprzyja to nadmiernemu spoufalaniu się. Powinien traktować go chłodno.
— Nie wiesz, jak wygląda procedura uwalniania. — Bardziej stwierdził, niż zapytał, nie zwalniając kroku.
Ren nieśmiało skinął głową. Czarodzieje winni byli nabywać wszelaką wiedzę na temat różnych rytuałów. Czarni nie zwracali na to zbytniej uwagi i jak mniemał, sporo na tym tracili. Po kilku metrach zdał sobie sprawę, że Nigel nie widział skinięcia.
— Nie bardzo — przyznał.
— Czyli wcale, sądząc po twoim zdziwieniu, gdy cię zabolało na początku i fanfarach, kiedy twoim nie udało się ciebie ściągnąć.
Stanęli wreszcie pod kurtyną mlecznobiałej magii, falującej spokojnie na końcu korytarza. Po chwili wyszedł stamtąd Elias; z wielkim uśmiechem na ustach podszedł do czekających.
— Jest gotowa, upewniłem się, czy nic nie szwankuje. To cholerstwo przeżyje nasze wnuki — zameldował.
— Twoje na pewno — mruknął Nigel, czyniąc aluzję do wieku strażnika. — Dzięki, Elias.
Mężczyzna zamknął usta gotowe do riposty i skłonił się, zauważając, że nie czas na słowne przepychanki. Teleportował się bezszelestnie.
Nigel zwrócił się w stronę Rena. Wpatrywał się w niego jakiś czas, szukając czegokolwiek, co odwiodłoby od tego pomysłu. Ufał swojej intuicji, jednak takie gierki potrafiły skończyć się bardzo źle. Bierze pod opiekę wroga. Westchnął wreszcie niezauważalnie, rezygnując z wymyślania.
— Wytłumaczę ci coś, Ren. Tam na placu dopiero zacząłem uwalnianie. Podejrzewam, że właśnie przestało funkcjonować. Jeśli ma zadziałać na zawsze, trzeba odbyć całą procedurę.
— Dobrze.
— Nie, niedobrze. To nie jest przyjemne. Jest długie i bardzo boli. Uwalniającego też. Podzielę ból, ale nie zamierzam za ciebie cierpieć, rozumiesz?
Ren przytaknął, znienacka uświadamiając sobie, że to Nigel ma nad wszystkim kontrolę i jeśli zechce, zarzuci go bólem. Wyrywanie magicznych pieczęci z serca i duszy raczej nie obejdzie się bez dramatów.
— Robiłeś to wcześniej? — zapytał, przestraszony.
— Raz.
Ren patrzył płonącymi oczami, oczekując czegoś więcej.
— Nie wyszło — przyznał, wzmacniając tym obawy czarnego. — Nie pytaj, bo to nie jest miły widok. Mogę pocieszyć cię tym, że byłem wtedy małym dzieckiem.
Ren stał sparaliżowany. To oczywiste, że taka magia nie jest uprawiana na co dzień. Jak śmiał od młodego czarodzieja wymagać niebywałych czynów? Pewnie niewiele różnili się wiekiem, a on nie skończył jeszcze siedemnastu lat. Zmierzył Nigela. Ma powierzyć swoje życie nastolatkowi?
Analizował sytuację, zerkając na Nigela. Niższy od niego, szczupły, z krzywo ostrzyżonymi, nie do końca brązowymi włosami i wymiętą białą peleryną wyglądał dość niechlujnie. Nie przystało to na czarodzieja głównej gildii. Przemknął wzrokiem po jego twarzy, nie dostrzegając koloru oczu, za to niewielki nos dodawał mu dziecięcego uroku.
A jednak Czarni nie zdołali go porwać z placu po rzuconych przez Nigela zaklęciach. Uświadomił sobie, że ten chłopak to jedyna nadzieja. Albo zostanie czarny i swoją siłą teleportują go z powrotem, albo zostanie tutaj. Zdawał sobie sprawę, że nikt, poza stojącym przed nim czarodziejem, nie da takiej szansy. Jest ich wrogiem i powinien głęboko zastanowić się nad tym, dlaczego Nigel postąpił inaczej.
— Nie zmuszam. Poczułeś zaledwie namiastkę całej procedury. Wyobraź sobie jak straszna jest reszta. Pozwolę ci ze mną zostać bez tego — zaoferował Rasac.
Ren pokręcił głową. To zbyt wiele. Nie powinien ryzykować bezpieczeństwa wybawcy dla własnej wygody.
— To jak wyganianie zła? — dopytywał.
Kąciki ust Nigela drgnęły nieznacznie. Powstrzymał szeroki uśmiech, lecz w oczach zatańczyły iskierki rozbawienia.
— Nie. Uwalnianie białego maga czy kogokolwiek innego wygląda podobnie. Nie chodzi o zło, ale o związek. Boli rozerwanie zapieczętowanej więzi. Im dłuższe, tym trudniejsze do rozwiązania. Zależy od oporu, lojalności, chęci i innych bzdet. — Powstrzymał się przed wytłumaczeniem, że czarna magia wcale nie jest zła a silniejsza i przez to niegodziwie wykorzystywana.
— Oporu? Robi się to na siłę?
— Praktykowano dawno temu — wyjaśnił. — Zbyt czasochłonne i kosztowne. Jak zauważyłeś, teraz się zabijamy.
Ren zacisnął zęby, zdeterminowany.
— Chcę tego — powiedział pewnie — spróbuj na mnie.
Nigel nie wytrzymał i roześmiał się, kładąc mu rękę na ramieniu.
— Nie będę próbował, kretynie. Zrobię to, jeśli jest w tobie choć odrobina dobrej woli. Nie zabrałbym cię tu, gdybym po raz kolejny zamierzał oglądać efekt nieudanego uwolnienia. Właź. — Wskazał na izolatkę.
Czarny przeszedł przez kurtynę magii i stanął na środku pomieszczenia. Zaraz pojawił się Nigel i obaj rozejrzeli się po błyszczącej różnymi kolorami sali. Ren odczuwał swoiste déjà vu, przypominając sobie, że kiedyś znajdował się w podobnym pomieszczeniu. Wzdrygnął się.
Patrzył na czarodzieja, który zaraz uwolni go od wieloletniej służby ciemnej stronie. Nigel stał tyłem, podparty pod boki, jakby całym sobą chłonął tajemniczą aurę tego miejsca. Doprawdy niezwykła chwila. Żywił nadzieję, że spodobał się młodemu czarodziejowi, nie chciał sam walczyć z tym, co nastąpi.
Nigel odwrócił się, wskazując palcem miejsce na końcu sali.
— Stań tam.
Ren zastosował się, czekając na dalsze polecenia; nie otrzymał żadnych. Cofnął się pod ścianę, pchnięty nieoczekiwanym naciskiem mocy.
— Ou te faʻatagaina oe e alu saoloto ma faasaoloto oe mai le oona uliuli o lou agaga…
Słowa Nigela odbijały się echem od ścian pomieszczenia, zagłuszając jego własne myśli napływem magii. Napierała na umysł i wdzierała się w ciało, boleśnie raniąc na razie tylko uszy. Ból głowy wzmógł się, niemal rozsadził czaszkę, nim zorientował się, że broni się przed tym ze wszystkich sił. Nie powinien. Rozluźnił się, szybko czując różnicę.
Zerknął na Nigela, szukając na jego twarzy aprobaty lub jakiegokolwiek potwierdzenia, że postępuje odpowiednio. Nie dostrzegł nic, prócz pełnego skupienia. Ku wielkiemu zdziwieniu odkrył, że czarodziej stoi zupełnie swobodnie, a ręce trzyma w kieszeniach. Miotał potężną magią, używając do tego jedynie umysłu.
Zdziwiony, przestał skupiać się na magii wdzierającej się do czaszki. Wydawało się, że pływa w próżni, w nicości. Słowa docierały w zwolnionym tempie i dziwił się, że chłopak jest w stanie cokolwiek mówić.
— Tuu lou mafaufau saoloto ia lava mai le mea na tuʻuina i ai. Tuʻu ia e maua fua e mafai ona e faʻatautaia oe lava. Lou finagalo o lou finagalo lea. E le mafai e seisi ona faʻamalosi lou loto e aunoa ma lau faʻatanaga.
Głos czarodzieja wbijał się w skronie. Fala gorąca, która ogarnęła czaszkę, coś zrobiła. Krzyknął. Jakby ktoś zabrał kawałek niego. Przestało mu się podobać. Złapał się za skronie, bo szarpnięcie magii znów coś wydarło. Jęczał, obejmując głowę dłońmi.
Szarpnięcie powtórzyło się kilkukrotnie, za każdym razem słabsze i mniej bolesne. Zdał sobie sprawę z mgły otaczającej oczy, gdy przestał cokolwiek widzieć. Strach opanował. A jeśli ten czarodziej robi coś zupełnie innego? Zaufał naiwnie nieznajomemu. Chciał odejść, ale umysł nie panował nad ciałem.
— Tuʻu lou agaga faʻasaʻolotoina ia lava mai le mea na tuʻuina i ai. Tuʻu ia e maua fua e mafai ona e faʻatautaia oe lava. Lou finagalo o lou finagalo lea. E le mafai e seisi ona faʻamalosi lou loto e aunoa ma lau faʻatanaga.
Kolejne zaklęcie dosięgło klatki. Cofnął się pod naporem mocy, próbującej wejść do wnętrza. Wcale nie chciał jej wpuszczać. Oparł się o ścianę, oddychając głęboko. Spoglądał na Nigela, którego wzrok biegał naokoło, szukając wejścia. Ren dał się złapać na spojrzenie i w jednej chwili magia dostała się do duszy, ogarnęła całe ciało.
Padł na kolana, wrzeszcząc. Jakiś potwór rozrywał od środka, darł pazurami po jego… czym? Nie rozumiał, gdzie znajduje się dusza, czuł ból wszędzie. Nieokreślony, wszechobezwładniający.
— Boli! — krzyknął.
Nigel drgnął, obudzony z transu i przyjrzał się Renowi. Oczywiście, że boli, ostrzegał przecież. Jego też bolało. Odczuł to dopiero teraz i żałował, że dał się wybić ze skupienia. Całe ciało płonęło żywym ogniem. Skoncentrował się na słowach, zmuszał umysł do oddzielenia od ciała. Nie przestając mówić, wciągnął powietrze głęboko w płuca i powoli je wypuszczał.
Zająknął się. Poczuł w ustach metaliczny smak, odkrywając, że krew spłynęła do gardła. Czyżby nie posiadał wystarczającej siły? Raczej potrafił ocenić swoje możliwości. Bał się. Jeśli przerwie, z Rena nic nie zostanie; umrze. Starcie dwóch przeciwnych magii rozerwie go na strzępy. Musi zostać w nim tylko jedna, tylko jego.
Odruch wymiotny wstrząsnął ciałem. Zerknął na Rena. Z nim działo się gorzej, choć z całych sił próbował rozłożyć cierpienie po równo. Turlał się po ziemi, obejmując ramionami. Spokój oznaczać będzie spalenie pieczęci. Zaschło mu w gardle, ale nie czas na rozpoczęcie kolejnej inkantacji.
Nigel uklęknął na kolano, łapiąc się za klatkę, jakby dostał obuchem. Wyrwał mu się cichy jęk. Wstał, zaraz opadając z powrotem. Wydawało się, że pójdzie łatwiej. Kilkukrotne powtórzenie miało wystarczyć, tymczasem prawie mylił się w słowach, tak wiele razy je powtarzał. Rena nie pieczętował przypadkowy czarodziej; raczej potężny mag.
Zacisnął pięść, wzmagając własne zaklęcie. Szarpał się z niewidzialną magią kogoś innego, powstrzymując narastające mdłości. Minęły długie minuty, nim Ren uspokoił się i zaczął oddychać powoli i głęboko, wciąż leżąc na ziemi.
— Nie chcę więcej — wycharczał — nie rób tego. — Zwrócił wzrok ku Nigelowi. — Wolę umrzeć.
Nigel współczuł mu z całego serca, ale nie planował przerywać. Nie zamierzał ponownie oglądać nieudanego uwolnienia. Doprowadzi to do końca, choćby za cenę własnego życia.
Chwilowo zdolny się poruszać, wstał i zmienił miejsce. Oparł się o ścianę, mrucząc pod nosem zaklęcia pośredniczące. Da im chwilkę przerwy. Odetchnął głęboko, płynnie wchodząc w inkantację.
— Tuʻu lou fatu faʻasaʻolotoina ia lava mai le mea na tuʻuina i ai. Fai fua e mafai ai ona e faʻatonutonuina oe. Lou finagalo o lou finagalo lea. E le mafai e seisi ona faʻamalosi lou loto e aunoa ma lau faʻatanaga.
Ren krzyknął, ponownie skulony. Nigel zamknął oczy, usilnie wywołując skupienie. Wrzaski chłopaka nie pozwalały na koncentrację. Ból rozsadzał głowę. Miał serdecznie dosyć i zaczynał żałować, że wziął sobie podopiecznego. Oczy zaszły łzami, tracił oddech. Odepchnął w stronę czarnego część cierpienia, ale widząc, co się z nim dzieje, zabrał je z powrotem.
Wypowiadał słowa mechanicznie, kompletnie nie wiedząc, jak długo to robi. Ren przestał się ruszać, sparaliżowany bólem i gdyby nie dochodzące jęki pomyślałby, że go zabił.
Nigela przy świadomości utrzymywała własna magia, która piekła równie boleśnie, próbując uleczyć powstające niewidzialne rany. Mówił coraz wolniej i ciszej, łzy ciekły strumieniami po policzkach. Każde słowo paliło żywym ogniem w gardle i klatce. Nie wyobrażał sobie tego, co czuł Ren.
Nie umiał rozpoznać, kiedy zacząć zakończenie. Nie dostanie żadnych znaków. Wyczuje moment dokonania ostatecznego uderzenia mocą. Jednocześnie powinna wepchnąć się w każdą cząstkę czarnego: do umysłu, duszy i serca. A później wydrze ją z niego wraz z niechcianą czarną magią i wpuści kojące, lecznicze zaklęcie. Jeśli zdąży.
Uznał, że dość się nagadał. Dokończył inkantację, biegle wchodząc w ostatnią. Ren nie stawiał oporu. Nigel nie był pewny, czy jest nieprzytomny, czy poprzednie zaklęcia tak dobrze zadziałały. Osłabł, czując swoją materię w ciele czarnego. Wyczuwał rytmy życiowe Rena: krążenie krwi, powolne bicie serca — miarowe, co odrobinę go uspokoiło, choć wydawało się nieco zbyt wolne.
Zmusił się do ostatecznego skupienia i złapał spalone pieczęcie. Owinął je swoją magią, szarpiąc. Wrzask Rena powielał się echem od ścian pomieszczenia i zmieszał w głowie Nigela z sykiem rozpadających się w drobny mak pieczęci. Ginęły bez karmiącej magii, niczym ryby bez wody.
Zakręciło mu się w głowie. Łapczywie złapał powietrze, zdając sobie sprawę, że widzi Rena przez mgłę. Ostatnim wysiłkiem woli wypchnął z siebie uzdrawiające zaklęcie, wlewając w ciało chłopaka. Tym samym pozbawił samego siebie dodatkowej pomocy. Padł nieprzytomny na podłogę.
Lata temu III
Chłopiec milczał przez całą drogę. Bez protestów zgodził się, by czarodzieje zaprowadzili do jaskini i teleportowali do innego świata — Świata Magii. Właśnie tam powinien się teraz znaleźć. Podążanie za mężczyznami to jedyne wyjście. Miną długie lata, nim zrozumie, co naprawdę się wydarzyło i co powinien zrobić. Do tego czasu będzie potrzebował ochrony i wsparcia.
Zaprowadzono go do ruin starego zamku, do gildii, i potraktowano jakby mieszkał tu od dawna. Jakiś czarodziej wyleczył jego uszy twierdząc, że nic się nie uszkodziło, więc ogłuszenie minęłoby samoistnie. Przydzielono mu pokój i kazano spać, a następnego dnia zjawić się w dużej sali, w której dziś został zapoznany z miejscem. Nie widząc innego wyjścia, tak też uczynił.
…
Biegiem zmierzał w stronę dużej sali zaraz po tym, jak czyjś głos brutalnie wdarł się do myśli, przeganiając resztki snu. Nie brzmiał przyjaźnie.
— Rasac — usłyszał za sobą głos wypowiadający jego nazwisko i zatrzymał się raptownie.
— Kim jesteś? — spytał równie cicho mężczyzny znienacka stojącego w korytarzu.
— Przyjacielem twojego rodu, paniczu Rasacu. Stało się coś złego, skoro tu trafiłeś. Dostaniesz teraz ochronę, ale pamiętaj, że to ostatnie miejsce, w którym powinieneś się znaleźć. Uważaj na niego. — Wskazał palcem przed siebie, jakby przenikając ściany i zniknął.
— Zaczekaj! — Chłopiec wyciągnął rękę, lecz mężczyzna rozpłynął się w powietrzu.
Kim był? Dlaczego ostrzegał i przed czym? Skąd znał to nazwisko? Serce biło mocno i szybko, gdy chwilę później przemierzał dalsze korytarze. Pchnął drzwi sali, wchodząc do środka.
— Usiądź. Wszystko ci wytłumaczę. — Jakiś czarodziej wskazał głęboki fotel, w którym niemal utonął, wykonując rozkaz. — Jak się nazywasz?
— Nigel. Nigel Rasac, proszę pana.
— No dobrze, Najdżelu…
— Nigel, tak normalnie — poprawił. Tak na niego mówiono bez względu na to, jak powinno czytać się to imię.
— Nie ważne. — Machnął ręką z rozpromienioną twarzą. — Mam na imię Secra. Jestem przewodniczącym Wyższych i będę twoim opiekunem. Teraz milcz i słuchaj, bo prawa są trudne i jest ich naprawdę wiele.
Rozdział 3
Elias przyszedł pod salę sprawdzić, jak chłopaki sobie radzą. Nadszedł akurat, gdy falującym przejściem wstrząsnął rozbłysk tak potężny, aż zwątpił, czy aby starożytna magia to wytrzyma. Wibracje przeszły przez ciało od podłogi. Strach ścisnął za gardło. Wprawdzie nie zapytał kim jest znajomy Nigela i co zamierzają robić w izolatce. Powinien był.
Stał przed kurtyną magii, niepewny czy wejść do środka. Jeśli działo się coś poważnego, może wszystko zepsuć, powodując zakłócenia. A jeśli właśnie zobaczył koniec odprawianych tam sztuczek, powinien sprawdzić, czy wszystko w porządku. Sterczał kilka minut, aż zdecydował się wejść.
Był prawie po drugiej stronie, kiedy zasłona wypchnęła go z powrotem. Upadł, zaskoczony, podpierając się rękami. W takim razie tym bardziej nie zostawi ich samych. Usiadł pod ścianą naprzeciwko i czekał cierpliwie, wpatrując się palącym wzrokiem w falujące powietrze, mieniące się dynamicznymi barwami czerwieni.
Kolory z minuty na minutę traciły na intensywności, a on czekał, coraz bardziej zniecierpliwiony. Wreszcie uznał, że sala go wpuści i wszedł do środka raźnym krokiem. Rozejrzał się, natychmiast przypadając do Nigela. Potrząsnął nim bez skutku. Sprawdził oddech, identycznie postępując z jego kolegą. Nie wiedział, dlaczego obaj są nieprzytomni, ale martwił się.
Przeciągnął Rena, chcąc mieć ich obu w zasięgu ręki. Krążące po izolatce resztki zużytej energii uderzały w niego raz po raz niczym piłeczki do ping-ponga. Najwyraźniej Nigel wyzwolił naprawę silne uderzenie mocy albo kilkanaście mniejszych w krótkim czasie. Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby nie zrobił tego w sali chroniącej.
Wzrok mężczyzny padł na Bariery Mana na nadgarstkach Nigela, popularnie nazywanymi opaskami. Jedna z nich ledwo wisiała, rozerwana. Druga posypała się w drobny mak pod dotykiem Eliasa.
Ren usiadł gwałtownie. Mrowienie rozchodziło się po całym ciele. Obmacał ręce i tułów, sprawdzając, czy jest cały. Swoista lekkość jaką odczuwał, zwróciła uwagę. Spojrzał na strażnika.
— Już jestem wolny? Dlatego mi dziwnie?
— Nie mów, że dokonywał uwolnienia? — Elias chwycił się za głowę, bo czarny potwierdził. — Szaleniec — szepnął.
— Co mu? — Ren skinął na Nigela.
— Nie mam zielonego pojęcia, ja tu tylko sprzątam. — Mężczyzna rozłożył bezradnie ręce. Długie minuty później Nigel jęknął i otworzył oczy.
— Aaa — syknął — moja głowa. — Usiadł, obejmując kolana ramionami. — Gdzie to zasrane uleczanie?
Zauważył pękniętą opaskę i przyłożył do niej dłoń. Krótkim impulsem rozerwał ją całkiem. Spadła na podłogę z cichym brzękiem. Roztarł w palcach pył z tej drugiej. Sprawa rozwiązana. Pewność siebie trochę przerosła możliwości. Zeszło długo i ciężko, bo szarpał się jeszcze sam ze sobą.
Nie wziął pod uwagę narzuconych ograniczeń i po fakcie zdał sobie sprawę, jak lekkomyślnie postąpił. Gdyby bariery nie puściły, wszystko diabli by wzięli. Rena by rozerwało, a sam sobie mógł zrobić porządną krzywdę. Widowiskowy pokaz głupoty. Spojrzał na Rena. Na jego młodziutkiej twarzy malowało się zdziwienie pomieszane z odrobiną przerażenia. Po gwałtownym rytuale ciemne niczym noc włosy zwichrzyły się, tworząc coś na kształt gniazda. Nigel niemal parsknął śmiechem na ten widok. Powstrzymał się, spojrzawszy w szeroko otwarte oczy chłopaka i wąskie usta złożone w niemym pytaniu. Wyraźnie miał się dobrze, choć z zewnątrz nie potrafił stwierdzić, czy uwolnienie się udało.
— Wpuściłem w ciebie stabilizator, prawda? — Bardzo nie chciał zaraz oglądać, jak wolna wola robi z niego świra.
— Że co?
Nigel westchnął, pocierając palcami przed jego oczami. Drobinki magii wróciły z pełną pulą informacji. Nie tylko wyrównał stan i wyleczył powstałe rany, ale uwolnienie przebiegło w pełni prawidłowo. Odetchnął z ulgą. Dopiero teraz zwrócił uwagę na Eliasa wbijającego w niego wzrok ze zmarszczonymi brwiami.
— Procedura uwalniania wymaga poinformowania o tym osoby trzecie — rzekł sucho.
— Ci kretyni z chęcią pozwolą mi się zabić — mruknął, ubliżając elicie gildii. — Kogo interesuje, co ja robię?
— Mnie!
Nigel lekceważąco machnął ręką. Nic go nie obchodziło, prócz odczuwanej ulgi. Znajome mrowienie polepszyło samopoczucie, naprawiając powstałe uszkodzenia. Czuł powracającą moc. Uśmiechnął się sam do siebie.
— Nie widzę w tym niczego zabawnego — skomentował Elias.
Nigel odpowiedział szerszym uśmiechem. Mężczyzna długo nie przestanie się gniewać.
— Cieszę się, że jesteś przy mnie — odpowiedział po prostu.
Lata temu IV
Nigel stał na podwyższeniu wraz z przewodniczącym i czekał, co nastąpi. Niewiele mu powiedziano. W Gildii Ruin mieszkał ponad rok, a wciąż nie połapał się w panujących zasadach. Ciągle robił coś źle.
Ubrał pełen strój czarodzieja: białe, luźne spodnie, gryzącą koszulkę w tym samym kolorze, do tego pelerynę z kapturem zapiętą pod szyją. Nie znosił tego stroju i unikał go jak ognia, narzucając jedynie pelerynę. Na ważne okazje zakładał cały, w przeciwnym razie dostawał szlaban i umierał z nudów w swoim pokoju.
Secra kazał mu chodzić do szkoły czarodziejów. To jedna z niewielu rzeczy, które szczerze uwielbiał. Cieszyło go panowanie nad własną mocą. Nauczyciele dawali sporo cennych wskazówek, natychmiast i sprawnie przez niego wykorzystywanych. Wyróżniał się na tle innych uczniów. Był lepszy, dysponował większą mocą i zdecydowanie szybciej uczył się sztuczek, których wcześniej nie potrafił.
Z tego względu od pół roku, oprócz do szkoły, chodził też na zajęcia do Secry. Opiekun przerabiał z nim materiały dla starszych czarodziejów. Niedawno zaproponował związek z gildią. Propozycji przedstawianych przez Secrę w gruncie rzeczy nie dało się odrzucić. Zwykle funkcjonowały niczym grzecznościowy rozkaz. Nie rozumiał wszystkiego, ale domyślał się, że to z uwagi na posiadany przez niego avanoa — potencjał, określający możliwy rozwój mocy.
Ćwiczył też sam, a dzięki temu potrafił dużo więcej, niż pokazywał. Nikomu się do tego nie przyznał i na razie nie zamierzał. Czasem w gildii działy się dziwne rzeczy. Kto wie, do czego przydadzą się własne tajemnice.
Patrzył teraz na przewodniczącego, z niecierpliwością czekając, co się będzie działo. Sala pozostawała pusta.
— Myślałem, że będzie więcej ludzi — odezwał się, oczekując widowni, skoro uroczystość należała do ważnych.
— Bądź cicho i pozwól mi się skupić. Daj ręce.
Chłopiec posłusznie wyciągnął dłonie wewnętrzną stroną do góry i pozwolił mężczyźnie zawiesić nad nimi swoje.
Odetchnął głęboko, czując pieczenie. Spojrzał na zamknięte oczy Secry. Może też powinien? Przymknął powieki, spoglądając na energię przy dłoniach jedynie przez małą szparkę. Ciepło rozeszło się wyżej po przedramionach, całym ciele aż dotarło do klatki i tam pozostało.
Trochę kłuło, trochę łaskotało. Starał się nie ruszać, powstrzymując miliony pytań kłębiących się w głowie. Opiekun nie należał do wyrozumiałych. Beształ z byle powodu i wciąż kazał uważać na to, w jaki sposób używa magii.
Do niewygodnych myśli dołączył głos mężczyzny bełkoczącego inkantacje, których znaczenia kompletnie nie rozumiał. Dopóki nie działa mu się krzywda, pozwalał przewodniczącemu wlewać w siebie magię.
Niby czemu nie? Ledwo skończył dziewięć lat. Nie wiedział o tym i o innych światach zupełnie niczego. Potrzebował osoby, która przez następne lata będzie mówiła mu, co powinien robić.
Oczekiwał, że z czasem sprawy zaczną się wyjaśniać, tymczasem ostanie miesiące niczego nie zmieniły. Przeciwnie — chaos w głowie zwiększył się do rozmiarów na tyle dużych, że przeszkadzał w nauce. Głównie z tego powodu w kółko otrzymywał reprymendy od Secry. A ten nigdy nie zapytał, czy wszystko w porządku. Z niewyjaśnionych źródeł znał jego pochodzenie i domyślił się, że zjawy wypłynęły z ciała ojca. Widząc łzy na wspomnienia, szorstko nakazywał się nie mazać.
— Ała! — wrzasnął, doznając niepohamowanego bólu, w który przerodziło się przyjemne dotąd ciepło.
Zabrał ręce w odruchu obronnym, patrząc na zadowolonego mężczyznę. Wcale nie podobała mu się jego mina, choć nie potrafił powiedzieć, dlaczego.
— I co, strasznie?
— Nie — burknął w odpowiedzi, pocierając nagle zziębnięte dłonie. — Bardzo mi zimno.
— Nie przejmuj się, to normalne. Przejdzie. Jutro widzimy się na naukach. Możesz odejść.
— Ale ja chcę wiedzieć, co się właściwie stało?
— Później. — Machnął ręką, odprawiając chłopca.
Nigel odwrócił się, wzdychając cicho. Dorastał, próbował zrozumieć, a tajemnice i brak wyjaśnień mocno w tym przeszkadzały. Wyszedł, wciąż pocierając ręce.
Przeszedł spacerkiem setki metrów korytarzy. Secra nie pozwalał używać teleportacji w ścianach gildii. Nie pozwalał na wiele rzeczy, a Nigel często te zakazy ignorował. Mieszkał tutaj, bo był dzieckiem i pójście gdziekolwiek indziej wydawało się niedorzeczne. Za parę lat pomyśli nad znalezieniem innego domu.
Rozglądał się wokół, co rusz wzdychając ciężko. Wystarczył miesiąc na poznanie najważniejszych ścieżek. Można się tu zgubić. W wolnych chwilach zwiedzał zakamarki, często te zakazane i zapamiętywał rozkład korytarzy.
— Dałeś się zapieczętować. Związał cię z gildią na długie lata, jeśli nie na zawsze — warknął ktoś za jego plecami.
— Zawsze pojawiasz się za mną i marudzisz. Powiesz wreszcie kim jesteś i dlaczego wszystko, co robię, uważasz za złe? — Odwrócił się do mężczyzny, nazywanego Eliasem.
— Jestem strażnikiem tej gildii, chyba nauczyli cię tego w szkole. I twoim, ale nie czas teraz na to. Źle zrobiłeś. Ile razy powtórzę, że Secra nie jest twoim przyjacielem, żebyś to zrozumiał?
— Twoje tajemnice nie przekonują mnie do odwrotnego zdania. — Założył ręce na klatce, zaciskając usta w wąską kreskę.
— Zaufaj mi wreszcie — poprosił mężczyzna.
— Bo? Wiem o tobie tyle, co o reszcie pałętających się tu osób. Znam twoje imię i pełnioną funkcję. Nic więcej. Jestem dzieckiem, chcę wytłumaczenia! — krzyknął, przytupując gniewnie.
— Przykro mi, ale zrobię to dopiero, kiedy dorośniesz. Pilnuj, by twój opiekun nie robił sobie z tobą, co chce. To jedyne, co ci poradzę.
— Oboje jesteście tacy sami — podsumował ze łzami w oczach i odszedł, mijając strażnika.
Rozdział 4
Nigel siedział na schodach prowadzących do lochów gildii. Lekki chłód nie przeszkadzał w rozmyślaniach. Jeśli zechce, ogrzeje się własną magią. Ostatnimi czasy powróciło do niego wiele wspomnień z dzieciństwa — tego wczesnego spędzonego z ojcem, ale też z czasów, gdy przebywał już tutaj.
Pamiętał, gdzie mieszkał z tatą w lesie. Ojciec uczył używania magii i wciąż powtarzał, że jest wyjątkowy, bo ma dwie moce. Zabierał do Świata Magii raz w miesiącu, pokazać, jak wygląda i jak działa. Kazał przyjść do niego, gdy wydarzy się coś niespodziewanego. Mieszkali w Świecie Śmiertelników w neutralnej strefie w środku dzikiego lasu, bywali na terenie czarodziejów i w tamtejszej gildii dostał zakazał wychodzenia za otaczający mur — do miasta. Śmiertelnicy z miasta ponoć umieli zabijać czarodziejów, choć nie wyobrażał sobie, w jaki sposób.
Tajemnice wisiały nad nim niczym topór, a najgorsze, że przez lata nie udało się wyjaśnić ani jednej. Grzęzł w Gildii Ruin, z miesiąca na miesiąc przekonując się, jak bardzo nie znosi tego miejsca i ludzi. Nienawidzili go, a on nie wiedział, dlaczego. Wykorzystywali jego moc, nie dając w zamian nic, prócz dachu nad głową. Traktowali źle, ukrywali siłę jego energii i kazali milczeć. Wystarczało, gdy potrzebował schronienia jako mały dzieciak. Dorósł. Przestało mu się podobać.
Myśli zaprzątały sprawy, o których zapomniał dawno temu. Co tu właściwie robi, komu ufać? Do tej pory żył tutaj z dnia na dzień, zupełnie nie zwracając uwagi na to, co robi na tym świecie. Dwa tygodnie temu dostał kolejną strażniczkę — nową. Poprzednia zginęła w walce sprzed miesiąca. Czarni zaczynali szaleć i całe zastępy czarodziejów zastanawiały się, dlaczego atakują gildię.
Nikt nie wiedział, a jego to nie obchodziło. Aż do dzisiaj. Tknęły złe przeczucia. Działo się coś, w czym powinien bardziej się orientować. Najwyższy czas zdobyć jakieś informacje. Pamiętał, że przez lata strażnik gildii, Elias, wciąż dawał jakieś rady, których nie potrafił ani zrozumieć, ani wcielić w życie. Kim był i co chciał powiedzieć?
Nie opuszczało wrażenie, że mężczyzna zawsze stoi gdzieś w pobliżu i pojawia się, jeśli zrobi coś niewłaściwie. Dawno odkrył, jak mają się sprawy z przełożonym i opiekunem, Secrą, i zaczął ufać Eliasowi. Nawet go lubił. Nie zmieniało to faktu, że stało się to zbyt późno, by żyć własnym życiem.
W gildii zaczynało mu się nudzić. I to śmiertelnie. Nie odejdzie jednak od niej daleko, bo stawało się to bolesne. Nosił w sobie jej pieczęć, choć nabywał umiejętność ignorowania i zmniejszania palącego bólu w klatce, kiedy wędrował znacznie dalej niż pieczęć pozwalała. Secra związał go z nią wiele lat temu, a konsekwencje odczuwał do dziś. Mężczyzna za każdym razem czuł, że oddala się od gildii w zakazane rejony i próbował zawrócić go do domu.
Gdyby wyłącznie Secra stwarzał problem, Nigel nie miałby kłopotu. Potrafił odrzucić magię Secry. Przewodniczący nigdy nie był przychylny; właściwie to powinien zabić go za dziecka, gdy jego noga stanęła za tym progiem. Nie zrobił tego, więc czego oczekiwał? Chciał drugiej magii, to pewne.
Moc Secry nie stanowiła zagrożenia. Jeśli zechce, zabije swojego opiekuna pod warunkiem, że uzna to za właściwe rozwiązanie. Kłopotem stała się sama pieczęć, której nie ściągnie, nawet uruchamiając duże zasoby energii. Taki mały mankament nakładania związków.
Pieczęci nie rozbije sam, a żaden z licznych czarodziejów w tym nie pomoże. Unikali go niczym ognia, a on nie miał najmniejszych wątpliwości, co do wykonywania przez nich rozkazu zakazującego zbliżania się do niego w sposób wyrażający przyjacielskie więzi. Secra odcinał go od innych skutecznie i bez wysiłku. Nikt nie zamierzał podpadać przewodniczącemu, toteż elegancko wypełniali to niezbyt trudne polecenie.
Pieczęć sprawiała, że własna magia zmuszała do powrotu tutaj. Czasem bardzo boleśnie, na siłę teleportując do wnętrza gildii. To jedyne chwile, kiedy nie panował nad energią. A sporo jej do opanowania — zwykłą moc, którą posługiwał się w pełni i drugą. Tą, której wszyscy się bali, tą, której ćwiczeń zakazali, bo to zbyt niebezpieczne, i o której nie wolno nikomu powiedzieć.
Nie zmieniało to faktu, że w pamięci wciąż tkwiły jedne z ostatnich słów ojca. Musisz ćwiczyć. Bezdyskusyjnie myślał o tej nadzwyczajnej energii. Jego tata też ukrywał ją w sobie. Patrząc na koniec jego życia zaczynał się zastanawiać, czy Secra nie ma racji. Moc ojca niemal zniszczyła Świat Śmiertelników. Jak to opanować?
Wrócił świadomością do panujących tutaj zasad. Zapamiętanie ich zajęło mnóstwo czasu, a zdarzały się sytuacje, że wciąż się mylił. Do tego prawa Stowarzyszenia Strażniczek oraz wspólnej Rady. Kręciło mu się w głowie, kiedy zaczynał to rozpatrywać. Wiele z nich uznawał za absurdalne, niezliczone wykluczały się, utrudniając postępowanie.
Jednym z dziwnych praw było posiadanie strażniczki przez dorosłego czarodzieja. Przez prawie pięć lat przez ręce Nigela przeszło ich całkiem sporo. Za wiek graniczny uznawano szesnaście lat, a wtedy czarodziej otrzymywał strażniczkę — kobietę o niezwykłych zdolnościach do ochrony. Kształtowały złapaną energię, używając w najróżniejszy sposób. Opiekunki strażniczek i Najwyższa Strażniczka używały energii w bardzo wykwintny sposób.
Żaden czarodziej nie znał ich sekretów, przekazywały je sobie wyłącznie ustnie, z pokolenia na pokolenie. Nawet Secra nie otrzymał dostępu do ich oficjalnych ksiąg i historii. Nie pamiętano skąd wzięły się kobiety o tych umiejętnościach. Wiele rodziło się z tym darem, inne szkolono. Jak? Tajemnice pozostawały zamknięte w Stowarzyszeniu.
W praktyce wyglądało to tak, że w bitwach z Czarnymi jakaś ginęła i pojawiała się nowa. Drażniło go to. Posiadał dwie moce, a każda z nich była niezwykle silna, silniejsza niż energia wszystkich czarodziejów w tej gildii. Nie rozumiał, po co dziewczyny wchodziły w pole manewru. Śmierć z głupoty i brawury zamiast dogadania na polu walki to kiepskie rozwiązanie.
Westchnął cicho. Strażniczki musiały też być na zawołanie czarodzieja, jeśli chodziło o sprawy intymne. Rada Strażniczek i Czarodziejów od lat utrzymywała pogląd, że napięcia niekorzystnie wpływają na moc czarodzieja. Dla niego to bez znaczenia, ale nie narzekał. Rozpromienił się.
— Co to za mina? Nowa strażniczka lepsza niż poprzednia?
— Nie. Równie beznadziejna, jak poprzednie. Chyba lubią umierać. — Odwrócił się i dojrzał Rena za swoimi plecami.
— Pytałem o łóżko. — Uśmiechnął się łobuzersko, przysiadając do czarodzieja.
— To już nie twój interes.
Czarny roześmiał się szczerze.
— Nad czym dumasz?
— Nad tobą. Zastanawiam się, kiedy odwalisz jakiś cyrk ze zdradą. Zbyt długo jesteś spokojny.
Ren przestał się uśmiechać, spoglądając badawczo na przyjaciela. Blisko pięć lat temu uwolnił go od związku z Czarnymi — czarodziejami czarnej magii, chcącymi zapanować nad istniejącymi światami, żywiącymi się klęską życia i wyższych uczuć. Minął szmat czasu, odkąd uratował go, dojrzawszy we wspomnieniach pragnienie bycia kimś innym.
Nigel zobaczył ogół życia Rena, namiastkę. Poszukiwanie konkretnych wspomnień stawało się możliwe do kilkunastu lat wstecz, lecz za pozwoleniem osoby, której myśli poddawano tej próbie. Albo siłą, czego w tamtym momencie nie uczynił. Nie odgadł, że pierwsze lata życia spędził z Buntownikami.
Nauczyli go dobroci i miłości, pokazali, co to rodzinne życie i oddanie. Podobało mu się to. Nie przeszkadzał fakt, że własna matka go tam zostawiła, by wlaczyć z czarodziejami właśnie z tej gildii. Potem stał się czarny, wracając do rodziny. Historia zataczała koło, Czarni znów atakowali gildię. Po co?
Wrócił myślami do rzeczywistości, nie spuszczając wzroku z Nigela patrzącego w schody. Czyżby stracił zaufanie? Nawet jeśli, to dlaczego? Nie chciał wracać do Czarnych. Należał wyłącznie do młodego czarodzieja. Nawet nie do tej gildii. Jego panem pozostawał Nigel i nie miało znaczenia, że się zaprzyjaźnili. Oddał mu siebie na wieczną służbę.
— Zrobiłem coś nie tak? — Odważył się zapytać.
— Nie, po prostu chciałem dokończyć zastanawianie się. Sprawiłem, że zamknąłeś się na potrzebną mi chwilę.
— To niemiłe — obruszył się.
— Wiem. Dbasz o to, bym ci ufał. Gdybyś zamierzał coś odwalić, nawet bym nie zauważył.
— To dobrze czy źle?
— Po prostu nie wykorzystaj tego, że ci to powiedziałem.
— Zgoda. Nad czym się zastanawiałeś?
Nigel oparł łokieć o kolano i podniósł dłoń, zginając dwa ostatnie palce. Natychmiast poczuł budzącą się moc. Wolał zabezpieczyć rozmowę przed podsłuchiwaniem. Nawet Secra nie przebrnie przez taką zaporę.
— Nad sobą, gildią, ojcem, Czarnymi i wszystkim, co się tu wyprawia. Mam wrażenie, że żyję w zupełnie innym świecie niż oni. Czuję się głupi i bardzo, ale to bardzo nieuświadomiony pewnych rzeczy.
— To jaki jest plan? — Ren podniósł się, opierając ręce o biodra.
— Dobrze mnie znasz. — Kombinowanie to ich drugie imię. Nie zostawi tak swojej niewiedzy. — Plan jest taki: ja idę po zakazane księgi, a ty sprawdzasz, co robi Secra.
— Kiedy się widzimy i gdzie?
— Koło lodowej, za godzinę?
— Będzie.
Nigel opuścił rękę i wstał. Czas zadbać o samego siebie.
Lata temu V
Nigel podążał do Sali Głównej. Prawie roześmiał się na wspomnienie nazywania jej w dzieciństwie dużą salą. Rozbawienie znikło, kiedy powróciła świadomość, kto go tam wezwał. Secra nakrył go na ćwiczeniach drugiej magii, natychmiast nakazując pojawić się przed jego obliczem. Niedobrze się stało. Dostrzegł przy okazji wielkość zwykłej magii. Urosła niepomiernie przez lata ćwiczeń. Od miesięcy ukrywał swoje poczynania — niemożnością było zachować je w tajemnicy w nieskończoność, lecz co za pech sprawił, że akurat Secra to zobaczył?
Pchnął drzwi z ciężko bijącym sercem. Nie lubił się ze swoim opiekunem. Secra obchodził się z nim niczym ze złem koniecznym, a on odwdzięczał się tym samym. Zaczynało irytować traktowanie go jak powietrze, gdy trzeba było coś wyjaśnić. Nie znał nawet swoich własnych możliwości. Secra karał za ćwiczenia i kazał milczeć na temat drugiej magii.
Westchnął głośno, rozglądając się po obszernym pomieszczeniu; zupełnie pusta przestrzeń pozbawiona jakichkolwiek ozdób. Niezmąconą pustkę rozdzierał niewielki schodek umieszczony na środku sali. Mieściły się na nim maksymalnie dwie osoby. Aktualnie z gniewną miną sterczał tam Secra. Podszedł pod podwyższenie, przyklękając na jedno kolano z kapturem na głowie. Głupie zasady. Głupia hierarchia.
— Wstań. Dlaczego nie masz pełnego stroju?
— Nie lubię go a to żadna uroczystość. — Założył ręce na klatce.
— Przestałeś być posłuszny — rzucił od niechcenia.
— Mam wolną wolę. Chyba nie jestem tu więźniem, żeby służyć?
— Nic z tych rzeczy, dziecko, ale zaufaj mi. Jestem doświadczonym czarodziejem i jeśli mówię, że coś jest złe, to takie jest.
— Troszkę zaczynam w to wątpić.
— Zauważyłem. Interesuje cię twoja druga magia?
— To chyba normalne.
Secra ukrył półuśmieszek, założył ręce za plecami, przechadzając się po sali. Nigel podążał wzrokiem za jego krokami.
— Ciekawość jest naturalna, ale nie należy do najlepszych cech czarodzieja. Nie ty jeden dysponujesz dwoma mocami. Kłopot w tym, że ta druga zwykle jest dość niebezpieczna. Jej posiadacze od tysięcy lat są zabijani, bo mogą zniszczyć świat. Widziałeś zresztą na własne oczy. Lepiej blokować tę moc.
— Dlaczego więc ja żyję?
Mężczyzna podszedł do chłopca i spojrzał na niego z góry.
— Nie lubimy się. Wiem, że kombinujesz i zrozumiałeś brak mojej przychylności. Jak wspomniałem, takich jak ty się zabija… Jesteś mi potrzebny. To wszystko.
— Do czego?
— Ile masz lat? Trzynaście?
— Piętnaście — poprawił.
— W takim razie okaże się w ciągu najbliższych dziesięciu lat. Jeśli nie, nie miej wątpliwości, zabiję cię.
Nigel zmilczał. Pierwszy raz opiekun otwarcie mówił o swoich zamiarach. Nastraszył go.
— Założę ci Bariery Mana.
— Co to i po co? — Odsunął się od mężczyzny.
— Pomagają kontrolować moc. Jedną i drugą. Żeby bezpieczniej ćwiczyć. — Uśmiechnął się, podchodząc do ściany.
Chłopiec przyglądał się, jak Secra przykłada do niej rękę, wyzwalając zaklęcie. Ściana rozwarła się i mężczyzna wyciągnął tacę, na której leżały srebrne obręcze.
— Nie ufam ci — powiedział Nigel, znów się cofając.
— Nie obchodzi mnie to. Masz się mnie słuchać bez względu na to, co sobie ubzdurałeś.
— Nie. — Zmarszczył brwi, uciekając do drzwi.
Krzyknął, dotknąwszy klamki. Oparzyła. Przyłożył rękę do skrzydła, sprawdzając zaklęcie. Zbyt silne, w dodatku na hasło. Secra zadbał, by nie uciekł. Odwrócił się do mężczyzny, zaciskając pięści. Machnął ręką, rzucając potężną falą energii. Powiew przesunął opiekuna niemal na koniec sali. Secra spojrzał na chłopca, nie ścierając z twarzy zdziwionej miny.
— Ładnie. Gdybyś się mnie słuchał, zostałbyś świetnym czarodziejem.
— Będę nim bez twojej pomocy. — Rozglądał się, rozpaczliwie poszukując ratunku.
Był za słaby na pokonanie Secry. Skrzywił się, czując napór mocy, zmuszający do przysunięcia się bliżej.
— Nie chcę! — krzyknął, wyzwalając własną energię.
Przez chwilę siłował się na moc, a potem zrezygnował, zrozumiawszy, że przegrał. Nie ma siły. Będzie miał o wiele, wiele więcej niż Secra, ale nie w tej chwili. Za dwa, może trzy lata pod warunkiem, że nie przestanie nielegalnie ćwiczyć. Pozwolił popychać się magią pod ścianę. Silna fala przyparła, nie pozostawiając centymetra na ruch.
Wyższy westchnął głęboko i pokręcił głową, jakby karcąc małe dziecko za rozlanie mleka. Szybkim krokiem przemierzył dzielącą ich odległość. Bez słowa zapiął srebrne obręcze na rękach chłopca — dwie na każdym nadgarstku. Po namyśle dodał jeszcze jedną, zapinając na szyi.
— Jesteś wolny, możesz odejść. — Machnął ręką, ściągając pieczęć z drzwi.
— Nigdy nie byłem wolny — mruknął i wyszedł.
Zwolnił parę kroków dalej, oglądając bariery. Opaski szerokości pół centymetra dopasowały się do wielkości ciała, szczelnie obejmując nadgarstki i szyję. Swędziały. Postukał w nie palcem, próbując przeniknąć przez ich stałość za pomocą magii. Nic z tego. Skrzywił się, nie bez trudu opanowując złość.
Secra kłamał. Nie spodziewał się niczego innego. Wcale nie pomogą kontrolować mocy; blokowały ją. Przyłożył dłoń do jednej z nich. Wyczuł nałożone zaklęcia. Nieskomplikowane, choć trwałe.
Podążył do swojego pokoju, coraz bardziej zawiedziony postępowaniem mężczyzny. Żałował, że lata temu pozwolił czarodziejom zabrać się do tego miejsca. Powinien uciekać. Ta wiedza przyszła za późno.
— Masz niewiele czasu na rozbicie barier.
— Spadaj — burknął, omijając Eliasa.
— Nie chcesz usłyszeć, jak się ich pozbyć?
Nigel stanął, zakładając ręce na klatce. Czekał.
— Mogłeś na to nie pozwolić. — Mężczyzna wpatrywał się w młodziutkiego czarodzieja z nikłym uśmiechem na ustach. Jeszcze nie wiedział, ile zła czeka w świecie, który szykował dla niego coś znacznie trudniejszego niż bariery.
— Moja moc jest za słaba.
— I tu się mylisz. Przestań ignorować siłę drugiej magii. Jest o wiele mocniejsza niż ta zwykła. Już jesteś silniejszy od Secry, ale pokazując to, musiałbyś go zabić.
— Powiedz wreszcie, jak je ściągnąć.
Elias zaśmiał się ciepło niskim, dudniącym głosem.
— Brak ci cierpliwości. Czarodziej winien być cierpliwy do samego końca, zapamiętaj to. Choćbyś patrzył śmierci w oczy, poczekaj. A teraz do rzeczy: opaski zatrzymują moc, raczyłeś to zauważyć, lecz mają ograniczone pole. Jeśli będziesz ćwiczył, rozpadną się. Każdą da się zerwać, wyzwalając moc odrobinę większą niż ta, która je stworzyła. Dwie z nich jesteś w stanie zlikwidować teraz.
— Nie kłamiesz? — Spojrzał z ciekawością, wreszcie się odwracając.
— Dlaczego miałbym to robić? Najtrudniej zerwać tę z szyi — wskazał palcem — blokuje przepływ mocy między umysłem a duszą.
— Skąd wiesz?
— Wiele wiem. Secra założy ci kolejne. Używaj nakładki, bo narobisz sobie kłopotów, jeśli szybko zauważy ich brak. Może zakładać ci dziesięć na rok, nie więcej. Jeśli przekroczy ilość, masz prawo złożyć skargę do Najwyższego, pamiętaj o tym — poradził i znikł.
Rozdział 5
~ Wstawaj!
Ostry głos w głowie wyrwał z głębokiego snu. Z niechęcią uruchomił własne zasoby telepatii, jednocześnie zerkając na zegarek — druga.
~ Jest środek nocy, czego chcesz?
~ Atakują gildię od wschodniej strony. Rusz się — warknął, zrywając połączenie.
Nigel niechętnie posłuchał. Nie spieszy się, zdąży ich pozabijać. Dopiero, gdy ubrał się w pełni, poszedł spacerkiem na wschodnie mury. Narzucił kaptur, chroniąc się od nocnego wiatru.
— Co tak długo?
Odwrócił się, spojrzawszy prosto w twarz zezłoszczonego Secry.
— Może: cieszę się, że przyszedłeś? — syknął, wodząc wzrokiem po horyzoncie.
— Tam — pokazał palcem, ignorując docinki — zburzyli jedną wieżę obserwatorów i schowali się w lesie.
— Nikt ich nie zatrzymał? — Zwrócił wzrok na przewodniczącego.
— Dopiero przyszedłem. Ponoć jest ich sporo.
— Bzdury — odpalił, przeszukując spojrzeniem najbliższe metry lasu. Przywołał drugą moc, kiedy Secra odszedł.
Drzewa i ciemność przestały przeszkadzać. Wyczuwał energię wielu czarodziejów. Nie emanowała niesamowitą siłą, za to porządnie skupioną. Nie dziwne, że udało im się coś rozbić.
Ochrona gildii nie należała do dobrze zaplanowanych. Organizacja leżała na całej linii. Właściwie od lat opierała się głównie na nim. Wyżsi zbyt długo nie odpierali ataków i chyba zapomnieli, jak to się robi. Potrzeba im na przyszłość sprawnego planu, nie samej energii.
Sięgnął wzrokiem wzdłuż murów a potem dalej. Gildię stworzono w ruinach starego zamku, odbudowano i wzmocniono magicznie. Część murów wciąż przypominała gruzy. Punkty obserwacyjne stanowiły cztery wieżyczki umiejscowione na rogach. Gildię otaczał gęsty las na przestrzeni tysięcy kilometrów, a potem gwałtownie się kończył. Za nim i na tyłach gildii ciągnęły się niezliczone pustkowia z siedemnastoma innymi gildiami gdzieś na ich terenach.
Do tej pory nie zbadano dalekich zakątków tych suchych miejsc. Czarodzieje nie chcieli marnować na to czasu, nie mówiąc już o wielkich wodach przyległych do pustkowi. Nieliczni odważni pływali tam łodziami wzmacnianymi przez magię a i to niezbyt daleko. Taka wycieczka kosztowała kilkanaście dni i wyczerpanie magii, przebywając najpierw pustkowia.
Idąc na wprost od głównego wejścia gildii, docierało się do drugiego lasu koło Lodowej Krainy — mroźnego zakątka Świata Magii, który kończył się i zaczynał podobnie nieracjonalnie jak lasy. Jakby ktoś postawił wokół magiczne bariery, przez co chłód nie sięgał dalej.
Za lasem na zachodzie stało Stowarzyszenie Strażniczek, którego nie dane było mu jeszcze ujrzeć. Strażniczki teleportowały się przez pływy magii między swoim domem a gildiami. Dalej na mapach zaznaczono kolejne pustkowia a za nimi tereny Buntowników. Czy kiedykolwiek było tam zielono? Nie wiedział. Świat otaczały bariery stworzone przez tysiące magów na przestrzeni wieków, żyli niczym w złotej klatce.
Według książek świat kończył się niczym platforma, czy to przed tym magowie chronili ludność? Przed upadkiem w nicość, nieznaną nikomu przestrzeń powietrzną? Nie do niego należało wyjaśniać te sprawy, choć absolutnie nie wierzył w taki wygląd historii.
Do tego Świat Śmiertelników. Zawieszony w innej przestrzeni, do której można się teleportować przez pływy w jaskiniach i innych dzikich miejscach. Zaczął o nim rozmyślać, gdy iskra bólu rozpaliła bok. Uleczył się, natychmiast wracając do rzeczywistości.
Wyciągnął rękę w stronę lasu, posyłając krótką skondensowaną falę. Obserwował, co się dzieje. Napastnicy zaczęli rozglądać się, zdziwieni nieoczekiwanym naporem mocy. Westchnął cicho. Koniec zabawy. Wyciągnął obie ręce, używając pierścieni energii. Zgniecie ich niczym wąż. Posłał wszystkich na ziemię, wprawiając w spore oszołomienie.
Odwrócił się natychmiast, słysząc krzyki na przeciwnej stronie muru. Czarni też tam byli. W dodatku skutecznie rozbijali kolejną wieżyczkę obserwacyjną. Zatrzymał wzrok, dojrzawszy tam Secrę. Dysponował ogromem mocy, lecz nie potrafił jej odpowiednio wykorzystywać. Atakowany gubił się i przestawał skupiać. W ochronę wpadało sporo pocisków, osłabiając ją. Pomóc mu?
Odwrócił się z powrotem i wysłał w las sporo niszczącej energii. Albo ich pozabija albo nastraszy na tyle, by się wycofali. Spojrzał na Secrę. Jego tarcza ledwo iskrzyła. Mruknął pod nosem szybkie słowa sprawiając, że aura opiekuna pozostała dla niego widoczna. Zostało sporo energii, lecz Wyższy nie potrafił użyć jej do obrony. I on jest przewodniczącym?
Podniósł rękę, widząc zbitek energii lecący w stronę mężczyzny. Z pewnością przebije ochronę. Ręka zadrżała. W ostatniej chwili wypuścił swoją moc, ale impuls jedynie rozbił pocisk na drobniejsze kawałki. Część trafiła w znikającą tarczę, dotkliwie raniąc Secrę w ramię i szyję.
Nigel uśmiechnął się mimowolnie. Przebiegł mur dwukrotnie dookoła, bez trudu odpierając atak Czarnych. Nie odważyli się podjeść pod ściany. Coś kombinowali, próbowali ich siły. Zatrzymał się, świadomy odwrotu wrogów. Ze spokojem wrócił do swojego pokoju. Nawet nie siadał — dostanie wezwanie do Sali Głównej, pójdzie zdać sprawozdanie całej Radzie.
Zamknął oczy, przypominając sobie o czymś. Co ze strażniczką? Na pewno też dostała wezwanie na mury. Nie wyczuwał jej obecności, strażniczki nie posiadały aury, podobnie zresztą Śmiertelnicy. Gorzej, że umysłu również nie znalazł. Wyszedł z pokoju, słysząc rozkaz w głowie. Natknął się na Rena, podążającego w tym samym kierunku.
— Widziałeś strażniczkę?
— Pałętała się gdzieś koło Secry, słabo kształtowała. — Wzruszył ramionami, niezbyt przejęty.
— Idiotyzm — powiedział, rozumiejąc, że dziewczyna oddała życie za czarodzieja. Wcale nie przeszkadzał mu fakt, że nie stała wtedy koło niego.
Weszli razem do sali. Ren stanął z boku, Nigel zbliżył się do środka i przyklęknął przed przewodniczącym i opiekunką strażniczki stojącymi na podwyższeniu.
— Zaraz dostaniesz nową strażniczkę — poinformowała kobieta. Skinął, zachowując milczenie.
— Wstań i zdaj sprawozdanie — usłyszał głos mężczyzny.
Tak też uczynił, opowiadając o tym co zrobił, ile zobaczył i w jakiej organizacji atakowali Czarni. Powrócił do przyklęknięcia, gdy skończył.
— Zostanie to zanotowane. Jak również to, że nie udzieliłeś właściwej pomocy swojemu opiekunowi, czyli mnie.
Nigel zgrzytnął zębami.
— Uratowałem ci życie.
— Zawahałeś się. Widziałeś pocisk.
— Masz ogrom energii. Nie mój problem, że nie umiesz jej wykorzystać. Tarcza powinna utrzymać się co najmniej dwa razy dłużej — warknął.
— Zostaniesz ukarany.
— Za co?! — Podniósł głowę, powstrzymując wzbierający gniew.
— Za brak pomocy.
Chłopak nie wytrzymał. Wstał, wkładając ręce w kieszenie i stanął przed opiekunem. Secra przewyższał go o głowę nawet bez schodka.
— Zaczynam żałować, że moje wahanie nie trwało dłużej. — Patrzył w oczy mężczyzny, niewzruszony jego złością.
— Łamiesz zasady — syknął. — Klękaj.
— Nie.
Secra machnął ręką, odsuwając go od siebie naporem mocy.
— No i przegiął — mruknął do siebie Nigel, zatrzymując się na ścianie.
Sala zamarła w oczekiwaniu na reakcję. Przejechał wzrokiem po zgromadzonych. Starszyzna, młodziki, reprezentantki strażniczek i kobiety czarodziejki. Standardowo w znacznie mniejszej ilości niż mężczyźni. Rzadziej rodziły się z naturalnym darem magii. W większości obdarzano je jej namiastką specjalnymi procedurami, żeby żyły bez przeszkód w świecie rządzonym przez magię. W innym wypadku, według ustanowionych lata temu praw, odsyłano je do Świata Śmiertelników.
Nigel zerknął na wystraszonego Rena i niezadowolonego Eliasa kręcącego głową. Zatrzymał spojrzenie na twarzy Najwyższego, który zdawał się nie zwracać uwagi na to zamieszanie. Utrzymywał obojętny wyraz twarzy, jedynie ciekawskim wzrokiem śledził wydarzenia. Jego pozycja stanowiła fundament wszystkich gildii. Zadaniem Najwyższego było rozwiązywanie konfliktów niemogących ucichnąć za sprawą Wyższych, udzielanie mocy i przyglądanie się funkcjonowaniu gildii. Nie wtrącał się, jeśli nie został o to poproszony, wyjątek stanowiły sytuacje zagrażające zniszczeniem gildii.
Nigel skierował dłonie ku podłodze, wprawiając powietrze w drgania. Zacisnął pięści. Obie magie szarpały się w jego wnętrzu. Zwykła wzmacniała się mimo opasek, drugą brutalnie zatrzymywały. Chciała wyjść, żądając krwi i zadośćuczynienia za doznane krzywdy. Powinien ją uspokoić.
Wziął kilka głębokich wdechów, sięgając swojej głębi uciszył moc. Przynajmniej jedną. To zły pomysł pozwolić jej wybuchnąć. Falowanie powietrza ustało. Secra uśmiechnął się kpiąco, podnosząc kącik ust. Nigel uczynił to samo. Nie brak mu odwagi jawnie przeciwstawić się opiekunowi.
Wydawało się, że zatrzymał energię, tymczasem zebrał ją w dłoni i wypuścił, rozluźniając pięść. Posłał mężczyznę na przeciwległą ścianę. Spojrzał na Radę zebraną po prawej stronie. Zdziwieni, zaskoczeni i oburzeni. Wzrok Nigela padł na opiekunkę strażniczki przewodniczącej zebraniu. Marszczyła brwi, mordując go chłodnym spojrzeniem. Zbliżył się i przyklęknął.
— Proszę wybaczyć małą kłótnię.
— Nie znam powodów twojego gniewu, młody czarodzieju, ale uznaję go za zasadny, skoro śmiesz atakować własnego opiekuna w obecności całej Rady.
— Może odwrotnie? Mój opiekun atakuje mnie po tym, jak uratowałem mu życie. Oddałem, uznając to za niesprawiedliwe.
— Zuchwały jesteś.
— Raczej szczery — poprawił. Nie odważył się podnieść głowy, wolał pozostać w cieniu kaptura.
Poczuł burzliwą moc koło siebie, gdy Secra wrócił na swoje miejsce. Z pewnością uraził jego dumę. Dostanie mu się za to później.
— Możemy kontynuować? — zapytała kobieta.
Przytaknął. Secra najwyraźniej też, bo zaczęła prowadzić spotkanie do końca. Żadne z nich nie pozwoliło mu wstać, więc rozglądał się ze spokojem po widocznej spod kaptura sali. Ogromne, puste pomieszczenie z jednym podwyższeniem, przed którym właśnie klęczał. Zebrani w niej uczestnicy przesłuchań zawsze stali dookoła pod ścianami. Wreszcie opiekunka ogłosiła koniec spotkania, pozwalając wstać.
— Zaczekaj — usłyszał głos mężczyzny, gdy wszyscy zaczęli wychodzić.
— Nie. — Postawił się po raz drugi. — Jeśli chcesz mnie ukarać, będziesz musiał mnie do tego zmusić. Teraz idę odpocząć. — Odszedł, nim Secra zdążył odpowiedzieć.
Nie obejrzał się za siebie. Nie miał najmniejszej ochoty patrzeć dziś na tego czarodzieja. Wyszedł z sali, szybkim krokiem przemierzając korytarze.
— Poczekaj.
Stanął, niezadowolony, bo usłyszał nowy głos. Wzrok napotkał drobną dziewczynę.
— Czego chcesz? — Przyglądał się kasztanowym włosom, lekko opadającym na jej ramiona.
— Przedstawić się. Jestem nową strażniczką, Nigelu Rasacu.
— Znasz moje imię — odparł obojętnie, choć nie uszło uwadze, że wymówiła imię zgodnie z pisownią.
— Asteria Honses. — Wyciągnęła rękę, zbliżając się.
Zmierzył dziewczynę spojrzeniem. Drobna, choć biła od niej dziwna aura. Ledwie sięgała mu do ramienia, ale pewność siebie otaczała ją niczym kokon ochronny. Uścisnął chłodną dłoń strażniczki.
— Powiesz mi, gdzie mam spać?
— Nie — odpowiedział powoli, zaskoczony pewnością w głosie tej zadziornej postaci. Mówiła tonem nie znoszącym sprzeciwu, jednocześnie nadzwyczaj miękkim. — On to zrobi. — Wskazał palcem za jej plecy, zauważając Rena.
Odwróciła się, by zobaczyć.
— Okej.
Gdy Ren do nich dołączył, Nigel nakazał odprowadzić strażniczkę, sam podążył w przeciwną stronę. Przespaceruje się naokoło.
— Lubisz go? — Asteria zerknęła na Rena.
— Kogo? Nigela? — Zapytał głupio, zupełnie zaskoczony.
Przytaknęła, wciąż mając przed oczami krótkie potargane włosy, których kolor potrafiła określić jedynie jako wyblakłą czerń. I duże, bursztynowe oczy pełne tajemnic. Ten czarodziej to ktoś więcej niż uważało Stowarzyszenie, a przynajmniej niż mówiono głośno.
— Służę mu — odparł wymijająco. Nie dowie się, że się przyjaźnią. Jeszcze nie.
— Wydaje się butny.
Ren powstrzymał uśmiech. Rzeczywiście, Nigel nie robił dobrego pierwszego wrażenia.
— Ma swoją dumę, zdążysz go poznać. — Wskazał drzwi pokoju. — Pod warunkiem, że nie dasz się zabić — dorzucił, odchodząc.
Asteria wzruszyła ramionami. Faktycznie, ciekawił ją ten czarodziej. Uczestniczyła w sprawozdaniu mniej więcej od połowy. Widziała iskrzącą złość pomiędzy Secrą i Nigelem. Nigdy nie zdarzały się kłótnie w gildiach, zwłaszcza podopieczny z opiekunem. Nie mieli do siebie szacunku, a to niedopuszczalny stan. Tym bardziej, że groziła im wojna. Intrygowała ją ta relacja. Nareszcie działo się coś godnego uwagi. Z przyjemnością będzie to obserwować.
Lata temu VI
Nigela drażniły tajemnice w gildii. Mówiono mu niewiele lub wcale. Po prostu sobie tutaj żył, kierowany przez Wyższych i swojego opiekuna. Pragnął dowiedzieć się czegoś więcej. Co tutaj robił? Co działo się w światach? Nie ulegało wątpliwości, że jedynym przyjacielem jest Elias, który często wydawał się raczej zdziwaczałym nudnym staruszkiem niż wszystkowiedzącym mężczyzną.
Secra nie traktował go dobrze, choć powinien troszczyć się o niego. Gubił się coraz bardziej, nie zdając sobie sprawy z działania tego świata. Odkąd konflikt z opiekunem stał się otwarty, przestał czuć się bezpiecznie.
Od czasu do czasu pojawiał się Elias wraz ze swoimi radami, które do niczego się nie przydały. Próbował utrzymać w nim przekonanie, że jest silniejszy niż przewodniczący. Postać Secry i jego charakter skłaniały ku odwrotnemu myśleniu.
Biegał korytarzami, poszukując strażnika. Niech wreszcie coś wyjaśni. Stanął, zmachany. Zniknął. Czego innego się spodziewać?
— Mnie szukasz?
Odwrócił się, zakładając ręce na klatce.
— Pojawiasz się wtedy, kiedy nie trzeba. Nieźle się nabiegałem.
— Wystarczyło mnie wezwać. Odbieram telepatię i jej używam.
— Trzeba było wcześniej o tym powiedzieć.
— Trzeba było spróbować — odparował. — Jak idzie z opaskami? Idę sprawdzić Salę Zatrzymującą, chcesz iść ze mną?
Nigel skinął głową. Chciał. Podążył za strażnikiem, zerkając niepewnie.
— Pękła jedna — poinformował z zawodem, ściągając zaklęcie nakładki sprawiającą, że bariery pozostawały niewidoczne.
— Cierpliwości.
— Za miesiąc koniec roku. Mówiłeś, że może nałożyć mi następne.
— Rzeczywiście. Wobec tego, spiesz się.
— Pomóż — poprosił.
— Przykro mi, ale nie potrafię. Nie mam energii, jaką znasz z własnego ciała. Rozbij je sam albo poproś jakiegoś kolegę.
— Nie mam kolegów. Poza tym szybciej na mnie naskarżą niż pomogą — mruknął.
— Mówiłem już, jaką masz siłę. Nie chcesz mnie słuchać — przypomniał.
Nigel wzruszył ramionami. Wszedł za mężczyzną do sali, w której ćwiczono albo dokonywano rytuałów. Ściany pochłaniały wyzwalaną energię, nie czyniąc krzywdy osobom znajdującym się poza nią. Młody czarodziej nazywał ją izolatką, ponieważ izolowała moc od reszty świata.
Przyglądał się Eliasowi podchodzącemu do każdej ze ścian i przykładającemu do nich ręce. Raz na jakiś czas między dłońmi a ścianami pojawiał się krótki intensywny błysk. Nie śmiał zapytać o działanie tej magii. Rolą mężczyzny była opieka nad takimi pomieszczeniami w Gildii Ruin i to on znał sekrety ich funkcjonowania.
— Kim ja jestem? — rzucił nagle, wyrywając Eliasa z zamyślenia.
— Czarodziejem.
— Nie odpowiadaj głupio. Gdy siedem lat temu czarodzieje mnie tutaj przyprowadzili, zwróciłeś się do mnie tytułem panicza. Powiedz, dlaczego?
— Należysz do potężnego rodu czarodziejów, Nigelu Rasacu, Czarodzieju Wyższej Magii, Paniczu Nieodrodzonego Rodu. Powiedz Secrze, że powinien zwracać się do ciebie w ten sposób.
— Nie sądzę, by zechciał.
— Mądre z ciebie dziecko — przytaknął.
— Mam dwie moce.
— Takich jest wielu.
Chłopiec spojrzał pytająco.
— Ale na palcach jednej ręki policzysz takich, których ta moc ma znaczenie.
— A jaśniej? Dlaczego tata nie wyjaśnił mi, kim jestem?
— Co o sobie wiesz?
Nigel zastanowił się chwilę.
— Jestem czarodziejem. Mam dwie moce. Moja mama zmarła przy porodzie, a tata uciekł, gdy dowiedział się, że jestem taki jak on. Kazał się ukrywać i ćwiczyć. I przyjść tutaj, gdy stanie się coś złego.
— Do gildii?
— Nie. Do tego świata.
— Kim była twoja matka?
Czarodziej otworzył usta, zaraz zamknął je z powrotem. Nie wiedział. Gorzej. Nie miał zielonego pojęcia! Spojrzał na Eliasa przerażonym wzrokiem.
— Pogubiłem się. Niczego mi nie wyjaśniłeś.
— W gildii jest biblioteka. Wpuszczą cię do niej bez problemu. Jest też archiwum z zakazanymi księgami. Założę się o własną głowę, że sporo się tam dowiesz.
— Mogę je oglądać? — Zdziwił się.
— Skądże znowu, nie bądź naiwny! Spróbuj je zdobyć. Oczywiście, jeśli chcesz. — Uśmiechnął się lekko, wychodząc z sali.
Nigel przeszedł przez kurtynę zasłaniającą wejście do izolatki szybkim krokiem. Mężczyzna zniknął, pozostawiając go z większymi wątpliwościami niż dotychczas.
Rozdział 6
Asteria wpadła do pokoju Nigela bez pukania. Zaświeciła światło i wzięła parę zdyszanych wdechów, nim się odezwała.
— Wstawaj. Atakują gildię.
— Znowu? — Zakrył się kołdrą. — Nie mają lepszych zajęć? Byli tu jakiś tydzień temu. Chyba oszaleli.
— Skończyłeś narzekać? To rusz tyłek, są ich setki.
— Nie wolno ci zwracać się do mnie w ten sposób. — Spojrzał gniewnie, ale wstał, niechętnie się ubierając.
— Mało mnie to w tej chwili obchodzi — odparła obojętnie i czekała aż się zbierze.
— Bezczelna jesteś — prychnął, narzucając pelerynę na bluzę.
Zerknął na zegarek. Znów atakują w środku nocy. Powinni odkryć powód takich zagrań.
— Ty nie mniej — odparowała, wbiegając w głąb korytarzy.
Nigel skrzywił się, podążając za nią. Mieszkała tu dopiero parę dni, a już zdążyła zadziwić. Trenowała z nim podczas ćwiczenia zaklęć. Kształtowała z zadziwiającą lekkością nawet silną energię. Obserwował i nie mógł zaprzeczyć, że z chęcią oglądał ją w tej roli. Zobaczy, jak spisze się dzisiaj.
Przerwał rozmyślania, wbiegając na mur. Przymknął na chwilę oczy. Rzeczywiście, dziewczyna miała rację. Skąd wzięło się tu aż tylu Czarnych? Dzisiaj nie pójdzie łatwo. Zwłaszcza, że dwa dni temu Secra nałożył kolejne Bariery Mana, zmniejszając energię.
— Dosięgniesz stąd wszystkich? — Strażniczka pojawiła się obok. Najwyraźniej ktoś uprzejmie poinformował ją, że zwykle radził sobie z atakami sam.
— Chciałbym, ale nie. — Dałoby się dwa dni temu. Niestety nie wyjaśni jej tego.
— Schodzimy?
— Tak, tylko proszę nie biegaj w polu, w które celuję, rozumiemy się?
— Po prostu nie celuj tam, gdzie będę stała? — żachnęła się, zeskakując z wysokiego muru.
Nigel ledwo zdążył wesprzeć ją magią. Podążył dalej, ciągle zaskoczony śmiałym zachowaniem dziewczyny. Obiegli ruiny dookoła, unikając Czarnych i sprawdzając ich rozmieszczenie. Zdawało się, że stoją zupełnie przypadkowo.
— Co oni wyprawiają? — zastanawiał się Rasac.
— Czegoś oczekują albo coś sprawdzają. — Asteria kucnęła przy Nigelu między drzewami.
— Czego? Nie przekroczą muru. Odbija im ostatnio. Nie mają szans zniszczyć gildii.
— Co chroni tę gildię? Oprócz was.
— Magiczna bariera, ale jest postawiona zaraz za murami, wewnątrz, dlatego pociski sięgają ruin do tego miejsca i są w stanie je rozbić. Nic więcej.
— Co się stanie, jeśli uda się ją rozbić?
Nigel spojrzał na nią, zdumiony. Od kiedy to strażniczka rozumowała zamiast latać jak szalona i zabijać czarodziejów ich własną mocą? Czym jeszcze zaskoczy? Uśmiechnął się, dostrzegając błysk w oczach dziewczyny.
— Pochłoną zapieczętowaną w niej energię — odpowiedział. — Po co?
— To sprawa nie na teraz. Spróbujmy wybić im to z głowy. Wyczuwasz ilu ich jest?
— Blisko dwustu. Zebrali co najmniej dwie gildie. Nie jestem w stanie określić dokładniej.
— Troszkę dużo — syknęła. — Dlaczego atakują akurat was? W innych gildiach jest spokój, prawda?
— Nie wiem. Jesteśmy główną gildią, ale nie ma tu niczego szczególnego.
— Dziwne.
— Jak wyślę cię w przeciwną stronę, to się nie zabijesz? — zapytał, czując nieoczekiwany przypływ zaufania.
— Nie widzi mi się.
— Świetnie. Idziesz tam. — Wskazał w lewo. — Spotykamy się na środku z drugiej strony murów.
Skinęła głową bez zbędnych słów, ruszając w swoją stronę. Czarodziej przywołał odrobinę drugiej mocy, spoglądając w ciemność. Dopiero teraz dostrzegał jej sylwetkę — skuloną, poruszającą się cichutko w nocnym lesie. Skupił się bardziej, obserwując, jak pokonuje pierwszych dwóch Czarnych.
Wysłał ją w tamtą stronę, wyczuwając słabszą energię. Żywił szczerą nadzieję, że sobie poradzi. Jeśli się nie mylił, powinna napotkać po drodze około pięćdziesięciu Czarnych. Oby rozstawili się w sporej odległości. Nie sądził, by potrafiła walczyć z większą ilością przeciwników.
Poszedł wreszcie w druga stronę. Bez kłopotów odsyłał Czarnych na ich teren, posyłając w nich teleportującą falę. Zabijanie pochłaniało więcej energii. Przeszedł niemal do końca, spotykając niewielu czarodziejów. Stanął, przyglądając się głównemu wejściu gildii. Blisko setka wrogów zebrała się w tym miejscu. Rzucali energią w barierę.
Na murach nikogo nie zobaczył. Pokręcił głową. Czarodzieje z gildii powinni tam stać i nie pozwalać na osłabianie ochrony. Bez opasek zdmuchnąłby wszystkich jedną falą. Nie nadążał z ich rozrywaniem i dzięki temu Secra zyskiwał przewagę. Koniecznie musi wziąć się do roboty, jeśli kiedykolwiek chce poczuć odrobinę wolności.
Siedemnaście barier blokowało obie moce. Trudno w ten sposób wyzwalać energię o odpowiedniej sile. To tak, jakby ktoś zatkał kran i została mała szparka. Niby dało się przelewać wodę, ale wolniej i z mniejszym ciśnieniem. Pierwsza magia jakoś sobie radziła, nieustannie ćwiczona. Drugiej nie pokazywał. Do tego dostał kategoryczny zakaz jej używania, co powodowało zmniejszą odporność na ograniczenia. Dodatkowe opaski zgasiły ją niemal całkowicie.
Westchnął cicho. Jeśli chce jeszcze dziś iść spać, powinien coś zrobić. Nie ma innego wyjścia, zaryzykuje. Podniósł dłoń, wysyłając w stronę Czarnych największą falę, jaką dał radę aktualnie wytworzyć. Zniknęło niewielu. Niedobrze. Reszta natychmiast narzuciła tarcze.
Nigel wyszedł na pole przed murami. I tak wiedzieli, że tam jest. Z pewnością wyczuwali energię, ukrywaną do momentu wysłania fali. Uderzając mocą, pozwolił na zauważenie go. Również wytworzył wokół siebie tarczę ochronną, wolnym krokiem podchodząc do atakujących.
Odpierał pociski ciesząc się, że Secra pozostawił dość mocy do utrzymywania ochrony. Ciekawe czy wytrzyma wystarczająco długo. Jeszcze nie walczył z tyloma opaskami. Z przerażeniem odkrył, że szybko się męczy. Czuł swoją energię, ale bariery nie pozwalały na wyrzucenie jej na zewnątrz.
~ Rija! — przywołał strażniczkę.
~ Idę, daj minutę. Może dwie.
Tarcza skwierczała niebezpiecznie. Zbyt wiele pocisków pomijał. Powinien odbijać ich trzy razy więcej.
~ Secra! Zamorduję cię! — warknął, znajdując umysł przełożonego. Nie otrzymał odpowiedzi.
Zamknął na chwilę oczy. Zostało pół setki czarodziejów, nie zlikwiduje wszystkich sam. Fala traciła siłę. Mieniło mu się w oczach od rozbijającej się o tarczę energii. Gorąco posyłanej w niego mocy zaczynało przez nią przenikać. Trzasnęło niczym piorunem, ochrona zniknęła.
— Co za pech — szepnął, rozkładając ręce na boki.
Skupił się maksymalnie, rezygnując z obrony. Po lewej i prawej zostało po dwudziestu Czarnych. Z przyjemnością pośle ich do piekła. Pozostała dziesiątka albo ucieknie, albo postanowi go zabić lub zranić.
Krzyknął, nieco poszerzając strumień wyzwalanej energii. Ciepło zalało dłonie, magia wykonała rozkaz. Wyzwoliła się, mknąc w stronę napastników. Krzyknął znów, czując pojedyncze pociski uderzające w ciało. W ostatniej chwili skrzyżował ręce przed sobą, schylając głowę. Połączona moc pozostałych Czarnych wpadła w niego z całym impetem. Prawie się przewrócił.
Palące gorąco zmalało sekundę później. Opuścił zranione ręce. Asteria osłaniała go z dłońmi wyciągniętymi przed siebie. Z trudem odpychała napierającą moc. Dawała radę. Zacisnęła pięści, zatrzymując jej nacisk. Cofnęła ręce aż do klatki i wypchnęła przed siebie. Zwrócona energia dosięgła pozostałych Czarnych.
Krótki rozbłysk później wszystko ucichło. Nigel odetchnął z ulgą. Czy to możliwe, że moc tak zmalała? Bariery ograniczały go coraz mocniej. Skrzywił się, czując intensywne pieczenie na rękach. Narzucił na siebie nakładkę, nim Asteria się odwróciła.
— Rija? — Oparła ręce na biodrach, mrożąc go wzrokiem.
— Im krócej, tym szybciej — wyjaśnił, wzruszając ramionami.
— Masz sporo mocy — zauważyła.
Czarodziej nie odpowiedział. Gdyby wiedziała, ile ma jej naprawdę.
— Jesteś cholernie sprytna — pochwalił, bo wciąż pozostawał pod wrażeniem ilości energii, jaką odepchnęła.
— Kto cię nauczył takiego języka? — Kształtne usta wykrzywił grymas niezadowolenia.
— Ojciec… i gildia w drugim świecie. Śmiertelnicy mają tam całkiem przydatne wyrażenia.
— Krwawisz. — Wskazała palcem na przedramiona chłopaka.
— Odpocznę i się wyleczę. — Z chęcią uczyniłby to natychmiast. Wyczerpałby tym limit energii do zera. Z każdym ruchem ujście mocy zmniejszało się. Nie chciał zamknąć go całkiem.
— Wracamy? — spytała cicho.
Przytaknął bez słowa. Przyjrzał się jej. Zmęczona, lecz wciąż stała prosto. Pierwszy raz przemknęło przez myśl, że to niesamowicie ambitna dziewczyna. I godna stać u jego boku. Wreszcie jakaś warta miana strażniczki.
— Nie idziesz spać? — Asteria zdziwiła się, gdy minęli pokój Nigela.
— Nie. Idę z kimś porozmawiać.
— Z opiekunem?
— Tak.
— Widziałam, co robiliście wtedy w sali. Chcesz mu zrobić krzywdę?
— Raczej on mi — sprostował.
— Nie pleć głupot. Powinieneś go szanować.
— A ty mniej pyskować — odciął się. Niczego nie rozumiała, nie powinna z góry go oceniać.
— To zły pomysł, żebyś tam teraz szedł.
— Milcz. — Zmroził ją wzrokiem.
Asteria zamknęła usta wedle rozkazu. Nie pojmowała, o co chodzi. Nie każdy zgadzał się ze swoim opiekunem, ale aż tak? Wiele by dała, żeby odgadnąć, co się między nimi dzieje. Bez słowa skręciła w korytarz prowadzący do pokoju, nawet nie oglądając się na idącego dalej Nigela.
Chłopak podążył prosto do malutkiej Sali Gościnnej. Tam wyczuwał energię Secry. Wyobrażał sobie przełożonego, siedzącego w jednym z ciepłych foteli tam umieszczonych. Świadomość przytulnego klimatu, w którym Wyższy pewnie właśnie odpoczywał przy świetle żółtych magicznych kul, rozgniewała go. Z impetem otworzył drzwi i poczekał aż zamkną się z hukiem.
— Co to za złość? — przywitał go Wyższy, znajdując się dokładnie w stanie z wyobrażeń młodego czarodzieja.
— Chcesz, żebym bronił tego zasranego miejsca, ale blokujesz mi moc! Naucz się robić to w taki sposób, żebym nie zginął, bo gildia upadnie.
— Po pierwsze grzeczniej, po drugie robię, co mi się podoba a po trzecie żyjesz. W czym kłopot?
Nigel zacisnął pięści. Szkoda dyskutować. Pewnego dnia dojdzie do walki między nimi; nie dziś. Rozbije opaski, najlepiej do zera, potem podąży za tym, co przyniesie życie. Zrezygnowany wyszedł z sali, z trudem hamując gniew.
Poszedł do pokoju, po drodze lecząc głębokie, palące draśnięcia na rękach. Trzasnął drzwiami, chcąc choć w ten sposób rozładować złość. Dopóki nie upora się z barierami, bezsilność wobec poczynań Secry będzie narastała. Czekało go trudne zadanie. Rzucił się na łóżko, wyczerpany. Przynajmniej doczekał się wyśmienitej strażniczki.
Lata temu VII
Nigel rozglądał się po bibliotece. Elias nie kłamał, wpuścili go bez pytań do części nienależącej do szkolnych zbiorów. Regały sięgały niewiarygodnie wysokiego sufitu. Kręciło mu się w głowie od patrzenia na stosy tomów. Jak wśród nich odnaleźć te zakazane? Zamknął oczy. Może wyzwalają jakąś energię? Nie sądził. Elias powiedziałby o tym, prawda? I raczej nikt nie trzymałby ich na zwykłych półkach.
Ksiąg nie znalazł, za to umysł wyczuł dwie potężne energie po drugiej stronie biblioteki. Wciąż skupiony poszedł tam i rozejrzał się. Nikogo nie widział. Interesujące. Zamknął oczy ponownie. Nie mylił się. Nie wyczuwał dokładnego miejsca, ale aury drgały silnie. Znajdowały się w pobliżu.
Obrócił się dookoła. Stał w małym zaułku biblioteki o nazwie „Historia Światów”. Ściągnął z półki pierwszą książkę, na którą padł wzrok. Usiadł przy stoliku, przekładając stronice. Poczeka. Do końca dnia niedaleko, coś się wydarzy.
Mijały długie minuty i nic się nie działo. Zaczynał się niecierpliwić, wiercąc na krześle. Przejrzał cztery księgi. O wszystkim, co w nich zawarte, nauczono go w szkole. O połączeniu obowiązujących światów, że to jeden wielki świat, choć istnieją w nieco innych wymiarach, przez co nie można bezpośrednio przejść z jednego do drugiego, tylko trzeba używać teleportacji w specjalnych miejscach. Nawet bujna, nastoletnia wyobraźnia, nie potrafiła tego ogarnąć.
To znaczyło, że dochodząc do końca Lodowej Krainy gdzieś za magiczną barierą znajdował się inny świat. Świat Śmiertelników. Może las, w którym kiedyś mieszkał? Tak czy inaczej każdy świat otaczały magiczne bariery. Po prostu w pewnym momencie się kończył i wpadałeś na niewidzialną ścianę. Dziwaczne.
Drgnął, wyczuwając nagłą zmianę. Energie, silne do tej pory, zaczynały się kurczyć. Spojrzał w ścianę. Są gdzieś tam. Z hukiem zatrzasnął książkę i wybiegł z biblioteki, nie odkładając jej na miejsce. Pobiegł przejściami okrążającymi bibliotekę. Podążał za coraz słabszymi mocami aż trafił w miejsce, gdzie ponownie zaczęły rosnąć.
Schował się w zaułku korytarza, obserwując ścianę, z której dochodziły. Poszukał w swoim wnętrzu własnej energii, zmniejszając ją do minimum. Sekundy później ściana rozwarła się i wyszło z niej dwóch czarodziejów, w tym Secra; żywo o czymś dyskutowali. Przejście znikło, a mężczyźni poszli dalej.
Nigel odczekał dłuższą chwilę, potem wyszedł z kryjówki. Postukał w ścianę. Absolutnie twarda i normalna. Brak tajemniczego przejścia. Tam znajdują się księgi, o których mówił Elias. Przyłożył rękę do ściany. Zimna i nieprzyjemna. Wyzwolił małą falę energii. Natychmiast poczuł, jak rodzi się coś na kształt odpowiedzi. Pod dłonią krążyła moc zamknięta w lodowatych cegłach.
Hasło. Tego potrzebował. Nikt nie ukrywałby takich przejść, by ktoś przypadkiem otworzył je uderzeniem magii. Westchnął cicho, trzeba czekać. Gdy ktoś będzie wchodził, sięgnie jego umysłu i pozna hasło. Ktoś, kto nie nazywa się Secra. Pozostawała nadzieja, że nie on jeden ma dostęp do tego sekretu. Na nim nie odważy się spróbować. Powinien to być słabszy czarodziej.
Ponownie wlazł w zaułek. Siedział tam do końca dnia. Przed nocą zmęczenie sprawiło, że zrezygnował z pomysłu i podążył do swojego pokoju.
Rozdział 7
Nigel usłyszał ciche pukanie do drzwi. Zerknął na zegarek. Dwudziesta trzecia. Nawet Ren nie przychodził o tak później porze.
— Proszę! — krzyknął, nie zamierzając ruszyć choćby palcem. Ułożył się do spania i było mu niesamowicie wygodnie.
— Cześć. — W pokoju pojawiła się Asteria; bez zaproszenia wpakowała się do łóżka.
Chłopak spojrzał na nią z ukosa. Zapomniał, że strażniczki nie są wyłącznie od obrony. Do ich powinności należało również zadowalanie czarodzieja fizycznie. Korzystał czasem, nie zaprzeczał. Tym razem jednak poczuł się dziwnie, gdy Rija położyła się obok. Nie odezwał się, więc odkryła go i położyła dłoń na jego nagim torsie.
Nigel zamknął oczy. Po kręgosłupie przebiegł chłodny piorun, kiedy Asteria przesunęła rękę, gładząc jego klatkę i szyję. Miał dreszcze. Dreszcze, których nigdy nie czuł. Nie pamiętał, by zdarzyło się to przy jakiejś innej strażniczce. Nie pamiętał, czy którejkolwiek chciał odmówić.
Błyskawicznie złapał dziewczynę za nadgarstek, bo jej ręka zjechała niżej. Może to niespotykane, ale nie chciał, by wkładała mu ją w spodnie.
— Nie podobam ci się? — zapytała, wyrywając rękę z uścisku.
— Nic z tych rzeczy — odpowiedział. Stowarzyszenie zapyta, czy spełnia wszystkie swoje obowiązki. Jeśli będzie odmawiał, zabiorą ją stąd, uznając, że nie wykonuje poleceń. — Po prostu nie chcę.
To nie była prawda. Przynajmniej nie do końca. Jednocześnie chciał i nie chciał. Oczywiście, że mu się podobała, poprzednie też. W niej dostrzegał coś więcej. Siłę. Charakter. Odwagę. Nie tylko wygląd. Pociągało go to i absolutnie nie zamierzał zepsuć tego uczucia zwyczajnym seksem.
— Okej. — Zabrała rękę nieco rozczarowana, ale wciąż leżała obok.
— Idź spać.
— Zawołaj mnie — rzuciła i wyszła.
Lata temu VIII
Nigel stał w zaułku przy tajemniczym wejściu do biblioteki. Czekał kolejny dzień. Sprawdzał nawet w nocy, ale nikogo nie zastał, więc zrezygnował. Nie ma co się wysilać. Sterczenie tu całymi godzinami wystarczająco nużyło. Do tej pory nie wchodził tu nikt, oprócz Secry i towarzyszącego czarodzieja.
Nudził się niemiłosiernie. Zależało mu. Już planował przerwę, gdy wyczuł zbliżającą się energię. Mniejszą niż zwykle. Pojawił się jakiś młody czarodziej ubrany w cały obowiązujący strój. Idealnie. Wciąż starając się ukrywać własną moc, sięgnął do jego umysłu, gdy ten przyłożył rękę do ściany.
Krążył delikatnie wokół myśli nieznajomego czarodzieja, prosząc po cichu, nie wiadomo kogo, żeby nie odkrył jego zamiarów. Zamknął oczy, pomagając sobie w skupieniu. W głowie pustka, czekał. Zaklęcie czarodzieja rozbrzmiało w umyśle, jakby tamten mówił je na głos. Długie, ale nieskomplikowane. Uśmiechnął się do siebie, wycofując moc. Teraz znajdzie odpowiedni moment na wejście do środka. Secra przychodził tu w ciągu dnia. W takim razie wróci w nocy.
…
Przyłożył rękę do ściany, powoli wyzwalając zaklęcie. Nie potrzebował pomyłki. Przejście otworzyło się, przekroczył granicę. Zamknęło się, nie czyniąc najmniejszego szelestu. Westchnął cicho z zachwytem. Mała biblioteka, z ogromnymi tomami na wielkich półkach. Otaczały go stosy zakurzonych ksiąg i z lekka spróchniałe regały. W porównaniu z korytarzem wewnątrz ściany odczuwał przyjemne ciepło, jakby powiewy letniego wiatru.
Nawet z tego miejsca widział przeciwną ścianę biblioteki. Podszedł tam, licząc kroki. Dwadzieścia wzdłuż i dwadzieścia wszerz. Kwadrat zapełniony starymi regałami i pachnącymi stęchlizną książkami.
Przeszedł ścieżkami, oglądając tytuły. Znalazł całą półkę o rodach czarodziejów. Tego szukał. Wyciągnął pierwszy tom i przekartkował. Nie znalazł spisu treści, a wielkość literek przyprawiała o zawrót głowy. Ledwo odczytał je w półmroku pomieszczenia. Spojrzał na półkę, wzdychając ciężko. Dwanaście tomów. Oby nie musiał przeglądać wszystkich. Biblioteki nie wyposażono w stoły, nie zmieściłyby się między ciasno ustawionymi regałami. Usiadł na podłodze, kładąc przed sobą księgę. Do roboty, noc nie potrwa wiecznie.
Rozdział 8
— Macie przed sobą karty do wypełnienia. Czarni zaczynają pozwalać sobie na coraz więcej. Waszym zadaniem jest uzupełnienie raportu, który zostanie rozesłany do wszystkich gildii.
Nigel skrzywił się. Nie znosił papierów. Zerknął na Secrę. Czy on oszalał? Nie mogli po prostu zdać relacji ustnie? To jasne, że nikt z nich nie wiedział, co się dzieje. Czarni rzeczywiście w ostatnich tygodniach wyczyniali niespotykane rzeczy. Podchodzili pod gildię i albo atakowali albo nie. Coś sprawdzali, na coś się szykowali. I na tym koniec mądrości. Nie sądził, by którykolwiek z czarodziejów zebranych w sali podejrzewał coś więcej. A jeśli już, to zapewne niekoniecznie chcą się tym podzielić.
Spojrzał na Asterię siedzącą obok. Znajdowali się w sali, w której młodsi czarodzieje pobierali nauki. Tylko tutaj postawione zostały ławki. Uśmiechnęła się tym swoim bezczelnym uśmiechem i zaczęła skrobać coś na kartce.
— Serio?
— Cicho bądź i pisz.
— Nie mam co. Powiedziałem wszystko ostatnim razem — mruknął.
— Jesteś nieznośny.
— Co takiego zrobiłem? — Podniósł brwi, zaskoczony gwałtowną reakcją.
— Każą, to pisz, albo coś namaluj, wszystko jedno. W każdym razie wypełnij, bo póki wszyscy nie skończą, nikt stąd nie wyjdzie. Nie zamierzam siedzieć tu połowy dnia przez ciebie.
Nigel nie odpowiedział. Postukał długopisem w stolik, a później podsunął strażniczce swoją kartkę. Spiorunowała go wzrokiem, otrzymawszy w zamian błagalną minę.
— Jesteś niemożliwy — syknęła, lecz wzięła kartę i podsunęła swoją, już wypełnioną.
— Dziękuję.
— Oho. Kto by pomyślał, że potrafisz — burknęła.
— Nie bądź złośliwa. Potrafię być wdzięczny.
— Fascynujące. Doprawdy, pasjonujące — szepnęła pod nosem i skupiła się na pytaniach, nie chcąc przypadkiem wpisać tego samego, co w swojej karcie.
— I kto tu jest złośliwy.
Minutę później zamieniła karty z powrotem.
— Nie wypłacisz się za to. Podpisz.
— Jesteś moją strażniczką, nie powinnaś przypadkiem robić tego, co każę?
— Że też żadna poprzednia nie nauczyła cię kultury. — Spojrzała twardo. — Nie, czarodzieju. Jestem od pomagania i ratowania twojego tyłka. Nie jestem służką.
— Nie rozkazuję ci zamiatać, nie przesadzaj.
— Twoja głupota i lenistwo czasami doprowadzają mnie do szału. Trochę szacunku, bo pożałujesz.
— Nie możesz mi grozić. — Zmarszczył brwi. — Jesteś strasznie pyskata.
Asteria nie odpowiedziała. Sięgnęła ręką po jego kartę i podarła ją.
— Możesz poprosić o nową. Poczekam. — Założyła ręce na klatce, odwracając głowę w drugą stronę.
Nigel zamilkł. Tego się nie spodziewał. Nie pierwszy raz się stawiała. Zagryzł zęby. Sprytna i cwana. Najgorsze, że pod irytacją czuł szacunek. Podziwiał jej odwagę i mądrość.
Westchnął cicho, podnosząc rękę i prosząc o kolejną kartę. Nienawistny wzrok opiekuna posłużył jako wystarczająca kara. Bez słowa wypełnił linijki samodzielnie i oddał sprawozdanie, gdy przyszedł na to czas.
Wyszedł z sali z Asterią u boku. Nie spojrzał na nią do tej pory. Może rzeczywiście miała się o co zdenerwować? Schował dumę do kieszeni, stając przy pokoju dziewczyny.
— Przepraszam.
— Patrząc w ziemię, z rękami w kieszeniach? — Oparła ręce na biodrach.
— Mam klękać, czy co? — warknął.
Patrzyła na niego kilka sekund, a potem zaśmiała się w głos.
— Dużo cię to kosztuje, czarodzieju, prawda?
— Prawda — przyznał, ponownie spuszczając głowę.
— Osobliwy jesteś, słowo daję. Nie potrafię zrozumieć, ale doceniam przeprosiny. Idziesz posiedzieć? — zapytała.
— A nie wyrzucisz mnie? I nie nawrzeszczysz na mnie?
— Jeśli będziesz się zachowywał jak idiota, to nawrzeszczę i wyrzucę.
— Dobra — zgodził się.
— Piszę sprawozdanie do swojego stowarzyszenia.
— Po co?
— Z pobytu tutaj. Pomożesz?
— Nawet o tym nie myśl. — Żachnął się.
Na jej ustach zagościł szeroki uśmiech.
— Siadaj. Pogadamy — zaprosiła, nie powstrzymując rozbawienia.
Nigel rozsiadł się w fotelu stojącym w kącie i obserwował Asterię segregującą papiery do wypełnienia. Należało dostarczyć jej opiekunce sprawozdanie z wykonywanych obowiązków. Wpatrywała się w kartki, marszcząc malutki nos ozdobiony delikatnymi piegami. Nie widział ich stąd, ale były tam. Dokładnie dziesięć; sześć po lewej stronie, cztery po prawej. Przyglądał jej się częściej niżby chciał.
— I? — Podniosła głowę znad biurka.
— Co chcesz wiedzieć? — odpowiedział pytaniem na pytanie, lustrując pokój wyglądający zupełnie jak jego. Biurko, łóżko, szafa. Niemal pusty, bez ozdób.
— Najlepiej to, co mnie interesuje najbardziej. Secra. I ty. Nigdy nie widziałam takiej zaciekłości i braku szacunku między opiekunem i podwładnym.
— To skomplikowane.
— Wiesz, co jest w tym wszystkim najdziwniejsze? Że nawet, jeśli się w pełni ze sobą nie zgadzacie, to powinniście robić to po cichu. Otwarty konflikt bardzo przyciąga wszystkich naokoło. Niekoniecznie tych życzliwych.
Czarodziej zerknął przez okno, uciekając od uporczywego spojrzenia dziewczyny.
— Masz pokój gdzie indziej niż wszyscy. Młodsi czarodzieje omijają cię szerokim łukiem, a starsi rozmawiają z tobą wtedy, kiedy muszą. To widać i jest tego więcej. Nie chcą, żebyś istniał albo się wychylał. Dlaczego? Przed czym cię chronią? Do tego masz potężną moc. Wiesz, że powinnam to wiedzieć — wymieniała.
Nigel przeniósł wzrok na strażniczkę. Nie miała pojęcia o potędze jego mocy. Na końcu języka piekło szczere wyjaśnienie, a mimo to nie odpowiedział. Nie mógł. Milczał, wpatrując się w nią intensywnie. Widziała doskonale, co się tu dzieje, niestety źle to interpretowała. Przypuszczała, że go chronią i izolują, bo jest wyjątkowy, a nie ze względu na niebezpieczeństwo.
— To zupełnie nie tak — odpowiedział wreszcie.
— Więc jak?
— Nie wolno mi. — Pokręcił głową.
Asteria zajęła się wypełnianiem papierów, spoglądając na czarodzieja. Powinien mówić wszystko. Tak wyglądały zasady. Ochraniała go pod warunkami, które gildia wieki temu ustaliła ze stowarzyszeniem. Nie ma tajemnic przed strażniczkami. Nie wymyśliła pokojowego sposobu na zmuszenie Nigela do wyjaśnień.
— Zwołam Radę i wtedy o to zapytam.
— Nie strasz, bo niczego tym nie osiągniesz.
Nawet przy całej Radzie nie powiedziałby niczego innego. Sprawiłoby to sporo kłopotu, ale dałby radę wymyślić wymijające odpowiedzi. Secra chętnie by w tym pomógł, nie pozwoliłby Radzie drążyć.
— Zrobię to, gdy się wkurzę.
— Śmiało — rzucił i wyszedł.
Nie takiej rozmowy oczekiwał. Z drugiej strony wcale się nie dziwił. Odetchnął ciężko. Nie wyjdzie z tego nic dobrego.
Lata temu IX
Nigel siedział w ukrytej bibliotece nad zakazaną księgą. Oczy szkliły mu się od łez. W dziewiątym tomie znalazł swoje nazwisko. Ba! Zajmowało co najmniej połowę stronic. Jego ród to przepiękna historia, okraszona szczęściem i bólem. Chciałby podzielić się tym odkryciem z Eliasem, ale nie wydobyłby teraz z siebie ani słowa.
Walczyli. Wszyscy czarodzieje z rodziny. Walczyli ostro o połączenie światów rozbitych wcześniejszymi walkami. O życie w zgodzie z Buntownikami i Śmiertelnikami. Księgi opisywały dawny ład, w którym to funkcjonowało.
Potem zaczęły się wojny, podziały i powstały bariery rozdzielające jeden świat na dwa, które znał. Kolejna niespodzianka. Światy nie istniały w innych wymiarach. To jeden świat podzielony przez wojny, przez magiczne bariery. Wciąż wisi w jednej przestrzeni otoczony przez samoistne bariery. Te oddzielające światy są sztuczne, stworzone dla podziału.
Pierwsze pokolenia pamiętały życie w symbiozie, doceniając wysiłki poszczególnych czarodziejów. Kolejne nie. Przyzwyczaili się do podziałów, do władzy silniejszych aż jego ród przestał być uznawany za bohaterów.
Ich status raptownie zmienił się z dobrych na złych. Z tych, którzy walczą o pokój i dobro, na tych, którzy burzą nowy porządek i wywołują niepotrzebne konflikty. W ostatnim rozdziale wspomniano jego ojca jako ostatniego z rodu, próbującego coś zmienić.
O nim ani słowa. Czyżby oficjalnie się nie urodził? A może pominięto go, bo ojciec uciekł do innego świata? Kto w ogóle uzupełniał te księgi? Tego nie wiedział. Przypuszczał, że odpowiedź na to pytanie zna Elias, ale nie liczył na jej udzielenie. Przynajmniej na razie. Wciąż twierdził, że musi dorosnąć do tłumaczeń. Założyłby się o własną głowę, że w przyszłości też nic z nich nie zrozumie. Po co więc czekać? Historia sięgała tak daleko, że liczyło się tu i teraz, nie to, co było.
Przeczytał księgę powtórnie, a potem zamknął ją z trzaskiem, wzniecając kłęby kurzu. Zgasił kulkę energii, świecącą nad głową. Zaraz zapalił ją z powrotem i przeszedł wzdłuż regałów, szukając półki o mocach. Znalazł. Przejechał palcem po zabrudzonych grzbietach ksiąg, przekrzywiając głowę przy czytaniu tytułów.
Wyciągnął jedną. Uśmiechnął się, widząc spis treści. Przynajmniej jeden mądry autor. Zacisnął powieki. Bolały go oczy. Nic dziwnego. Zarywał czwartą noc przychodząc tutaj, bo to jedyna bezpieczna pora.
Przekartkował stronice, pociągając nosem. Dostawał kataru od nadmiaru kurzu. Znów usiadł na podłodze i czytał, odkrywając rozdział o posiadaczach podwójnej magii. Nawet starożytni magowie nie odgadli skąd się wzięła. Myśleli, że pochodzi z mieszanki czarnych czarodziejów z białymi, ale takie dzieci rodziły się też w czystych związkach. Druga magia zwykle nie objawiała się niczym szczególnym, raczej uzupełniała tę zwykłą, która samoistnie wytworzyła się w umyśle człowieka.