E-book
6.83
drukowana A5
31.84
Inne opowieści starej Łęczycy

Bezpłatny fragment - Inne opowieści starej Łęczycy

Objętość:
208 str.
ISBN:
978-83-8126-853-0
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 31.84

Opowieści starej Łęczycy

Balcerowiczowie, Soboccy i … „żelazna maska”

Zagłębianie się w dzieje przypomina podróż po wnętrzach bajecznego pałacu wschodniego satrapy o legendarnych bogactwach. Każda, pełna przepychu komnata, posiada kilka połączeń z następnymi. Z tych zaś prowadzą drzwi do kolejnych. Wielki labirynt, w którym samemu trzeba określić kres — podróż bez końca jest co prawda możliwa. Powoduje jednak przesyt i w efekcie otępienie.

W historii wszystko łączy się ze sobą i ma na siebie wpływ. Opowieść, którą piszę, nie osiągnęła jeszcze doskonałości. Nie udało mi się odpowiedzieć na szereg istotnych pytań. Zebrane fragmenty układanki złączyłem jednak w pełen pustych miejsc obraz. Być może kiedyś dotrę do brakujących elementów. Ale tymczasem ad rem!

Otrzymałem w darze książkę. Były to tzw. „Schematyzmy” Diecezji Łódzkiej. Dokładny tytuł — „Diecezja Łódzka. Terytorium. Organizacja. Duchowieństwo”. Przeglądając spis zabytków, we fragmencie o łęczyckim kościele farnym pod wezwaniem św. Andrzeja Apostoła, natrafiłem na informację o epitafium Jana i Andrzeja Balcerowiczów. Czyżby Leszek Balcerowicz miał łęczyckie korzenie? Poszedłem natychmiast do fary, ale była zamknięta. Sięgnąłem zatem do wydanej pod koniec XIX wieku „Monografii Łęczycy” Michała Rawicza — Witanowskiego. Rawita cytuje w swoim dziele wiele inskrypcji z epitafiów w kościele parafialnym. Niestety, tego nie. Zdziwiło mnie to. Witanowski podaje w swojej książce dane o płytach nawet z XIX wieku, a ta Balcerowiczów, według „Schematyzmów”, miała być z XVII stulecia! Ale Rawita nie jest doskonały. Być może nastąpiła pomyłka w druku i płyta, o której mowa znajduje się w innej świątyni, nawet poza Łęczycą. A może została usunięta lub skradziona. Przecież z kościoła bernardyńskiego wyniesiono z kruchty, pod koniec bodaj lat 80. XX wieku, tablicę ufundowaną przez parafian — tak było na niej napisane — poświęconą pierwszemu proboszczowi parafii bernardyńskiej Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny i zarazem gwardianowi klasztoru Ojcu Szpilce. Leonard de Verdmon Jacques w wydanej w 1909 roku książeczce „Łęczyca i Tum” pisał o znajdującym się opodal ołtarza „Świętych Aniołów Stróżów” (w św. Andrzeju) epitafium „zaznaczającym datę zgonu żony jednego z miejscowych kapłanów, zmarłej wówczas, gdy jeszcze bullą papieską nie ustanowiono bezżeństwa księży katolickich”. Próżno wzmianki o takim zabytku szukać u Witanowskiego, a przecież swoją „Monografię” pisał wcześniej niż Verdmon, bo przed 1898 rokiem. Nie ma także tego epitafium w kościele.

Po dwóch kolejnych pobytach u Świętego Andrzeja nareszcie znalazłem epitafium Balcerowiczów. Barokowe, skromne rzeźbiarsko, z niewielkimi wolutami, epitafium Balcerowiczów wmurowane jest w południową ścianę łuku oddzielającego nawę główną od prezbiterium. Napis w języku łacińskim wyryty maj skulną antykwą, jest właściwie poetyckim panegirykiem nie udzielającym czytającemu żadnych informacji o zmarłych. Jego tekst podaję, w dokonanym na moją prośbę, tłumaczeniu Maurycego Zmudy:

Bogu Najwyższemu Najlepszemu

Kto na zawsze spoczywa w tym grobie pod piękny

marmurem

Jan Balcerowicz, który był nieostatnią chwałą naszej Łęczycy

i którego miłą rodzina była wolna od złej sławy. Anna

Balcerowicz, która

wtedy mali byli podobni miłością i czystością

zwyczajami dobrymi, wiernością i religijnością.

Barbara Siemsicka, jak

bardzo odznaczają się miłością i religijnością kochani. Piękny

zaszczyt chroni, współuczonemu Boga

żyją więc żyją nieśmiertelności krainą szczęśliwi

tamto pokazuje dlaczego Bóg kieruje gwiazdami.

W inskrypcji nie ma słowa o Andrzeju. Przy jej przepisywaniu rozejrzałem się za to także między wierszami. Oczywiście odnalazłem wyskrobane na zabytku podpisy „turystów” z XIX być może wieku. Grafitti umieszczone na nagrobku Balcerowiczów pobazgrali swoimi nazwiskami m.in. niejaki Ptaszkiewicz oraz Wincenty Borowski. Znakomite, że ten istniejący od starożytności zwyczaj upamiętniania podpisem na murach świadectwa o swoim pobycie, jest być może jedynym materialnym śladem istnienia tych ludzi. Podpisów jest zresztą więcej, kto ciekaw niech sam sprawdzi.

Szukając związków Leszka Balcerowicza z Łęczycą sięgnąłem do „Herbarza Polskiego” Adama Bonieckiego. Heraldyk niestety skąpo napisał o Franciszku i Marii Balcerowiczach Herbu Doliwa, którzy w 1664 roku otrzymali jakieś „grunta” pod Samborem. Biblioteka w Domu Kultury dysponuje także „Herbarzem Polskim” Kaspra Niesieckiego. Ten zaś doniósł o nagrobku Balcerowiczów w kościele św. Trójcy w Krakowie u fundowanym dla podstolego bracławskiego Franciszka Balcerowicza i jego żony Anny z Gebrowskich herbu Hołobok. Żyjącemu około 1680 roku Franciszkowi Balcerowiczowi, jak podaje Niesiecki, epitafium wystawiła jego matka herbu Ślepowron.

Leszek Balcerowicz, jak można dowiedzieć się z „Kto jest kim w Polsce 1984”, urodził się w 1947 roku w Lipnie. A więc układanka nie chce się skomponować. Ziemia Dobrzyńska nie łączy się nijak z Ukrainą, a tym bardziej z Małopolską i Łęczyckiem (nie licząc księcia Władysława Garbatego zwanego Dobrzyńskim).

Sięgnąłem do „Herbów rycerstwa polskiego” Bartosza Paprockiego. Balcerowiczów tam nie znalazłem. Ale … okazało się, że herb Doliwa nosili także Soboccy z Łęczyckiego. Doliwa Balcerowiczów i Doliwa Sobockich nie musi oznaczać, że byli jedną rodziną, lecz …. Poszedłem dalej tropem Sobockich. Zanim jednak opowiem o nich pozwolę sobie na dygresję o herbach. Zygmunt Gloger w „Encyklopedii Staropolskiej” pisał o Doliwie — „herb polski, na tarczy w polu błękitnem pas ukośny, biały, czyli srebrny, a na nim trzy czerwone róże pięciolistne”. Pieczętować się miało Doliwą kilkadziesiąt szlacheckich rodzin polskich. Jeden z najstarszych wizerunków herbu pochodzi z 1355 roku i należy do kasztelana łęczyckiego Jana. Gloger stwierdza, że „herb” jest wyrazem pochodzenia niemieckiego (erben — dziedzictwo). Polacy nazywali go także klejnotem (po niemiecku „Kleinom” oznacza „sygnet”). Marcin Kromer już w XVI wieku pisał, że początku większości herbów polskich są niewiadome, gdyż przyjęte były przez założycieli pierwszych rodów rycerskich w okolicznościach, których nikt nie zapisał. Pewnikiem jedynie jest to, że w rodzie rycerskim był to znak dziedziczny.

Według Glogera szlachta jednego herbu nazywała siebie, w związku z powyższymi okolicznościami, „stryjcami”. Było to symbolem istniejącego, choć najczęściej niewiadomego już stopnia pokrewieństwa. Nosząc przeto herb Doliwa, Balcerowiczowie i Soboccy byli „stryjcami”, a zatem z pewnością rodziną. Jako, że jednych i drugich spotykamy w Łęczyckiem, może nawet bliską. Przynajmniej w tej gałęzi.

*

Siedziba rodu Sobockich — Sobota, leży na wschodnich krańcach dawnego Województwa Łęczyckiego. Obecnie jest to senna wieś, omijana przez turystów — głównie z powodu umiejscowienia z dala od uczęszczanych tras. Sobota jest położona nad Bzurą, na wprost ujścia do niej rzeczki Mrogi. Nie jest to tematem tego artykułu, ale warto zaznaczyć, że Mroga przepływa przez pobliskie Walewice, w których znajduje się największa w Europie hodowla koni anglo — arabskich. Walewice słyną jednak w dziejach jako siedziba Walewskich. Tutaj, pośród wybujałych drzew parku założonego przez Kronenberga, wybudowano w 1783 roku, klasycystyczny pałac dla szambelana Anastazego Walewskiego i jego żony Magdaleny z Tyzenhauzów. Architektem urokliwego zespołu był Hilary Szpilowski. A pałac znany jest przede wszystkim dzięki drugiej żonie szambelana, Marii z Łączyńskich Walewskiej. Miłosny romans Marysieńki z Cesarzem Franzuzów nie wymaga chyba przypomnienia. Gwoli ścisłości, Napoleon nigdy w Walewicach Nie był. Natomiast, według niektórych legend czy tradycji, miał nocować w Łęczycy.

Odległa od Walewic o trzy kilometry Sobota należała w XIII wieku do depozytury włocławskiej. Jak napisał w 1884 roku Bronisław Chlebowski w „Słowniku geograficznym Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich”, około 1280 roku książę kujawsko — łęczycki Kazimierz prepozytowi włocławskiemu Mikołajowi pozwolił osadzić wieś Sobotę na prawie niemieckim. Na przełomie XIV i XV wieku nadano wsi prawa miejskie. Sobota była jednym z wielu miasteczek Łęczyckiego. Stałą się ponownie wsią w 1870 roku.

Prawa miejskie miały w tych okolicach Piątek, Bielawy i Orłów — do dziś są widoczne w tych miejscowościach charakterystyczne rynki.

Nie ustaliłem kiedy Sobota stała się własnością rodu Sobockich. Była nią na pewno w XV wieku, kiedy zapewne wojewoda łęczycki Jan Sobocki lub kasztelan łęczycki Tomasz Sobocki (wcześniej miecznik łęczycki i sędzia łęczycki), wybudował tu zamek, którego relikty zachowały się w murach renesansowego dworu Zawiszów.

Za czasów Kazimierza Jagiellończyka była na pewno już w ich rękach. Wspomniany król, na prośbę Tomasza „de Sobotha”, przeniósł targi z dni środowych na soboty. W 1459 roku Sobota wystawiła dwu zbrojnych na wyprawę przeciwko Krzyżakom. Król Zygmunt Stary nadał miastu prawo do organizowania jarmarku w dniu św. Bartłomieja. Tomasz Sobocki uzyskał w 1526 roku dwa dalsze jarmarki w dniach Wszystkich Świętych i św. Wita.

W wydanym w 1972 roku „Przewodniku po Województwie Łódzkim” znajduje się informacja o potyczce wojsk Stefana Czarnieckiego ze Szwedami w sierpniu 1655 roku. Inne publikacje wskazują na Aleksandra Koniecpolskiego jako bezpośredniego dowódcę w walkach ze Szwedami między Sobotą i Bielawami. Także w czasie Bitwy nad Bzurą w 1939 roku toczyły się w Sobocie walki między żołnierzami niemieckimi a ułanami z Wielkopolskiej Brygady Kawalerii. Na pamiątkę obu bitew w ściany sobockiego kościoła wmurowano pociski armatnie z 1655 i 1939 roku.

Cytowany już wcześniej Witanowski napisał, że kasztelan Tomasz Sobocki podpisał w 1478 roku Umowę Łęczycką (kasztelanem łęczyckim był od 1451 roku). Niesiecki wspomina w swoim dziele Tomasza z Soboty Sobockiego (Thomko de Sobota), tegoż prawdopodobnie kasztelana (podpisał się w podany sposób na dokumencie z 1484 roku). Jego syn, sędzia Ziemi Łęczyckiej, także na imię miał Tomasz. Z dwóch synów sędziego jeden otrzymał tradycyjnie imię Tomasz. Z wszystkich Sobockich jemu przypadła w udziale największa kariera — urząd kanclerski na dworze Zygmunta Starego. Oprócz kanclerstwa koronnego dzierżył także starostwo rawskie, był również wojskim łęczyckim. Musiał być wysokiej klasy dyplomatą, skoro w 1539 roku wysłano go w poselstwie do sułtana Sulejmana Wspaniałego. Zmarł w stanie bezżennym w 1548 roku.

O zamożności i pozycji Sobockich świadczy do dziś ich kościół pod wezwaniem św. Piotra i Pawła zbudowany w 1518 roku z fundacji Tomasza, kasztelana łęczyckiego. W prezbiterium można obejrzeć nagrobek kanclerza koronnego Tomasza Sobockiego wykonany z brązu przez Santi Gucciego, twórcę, m.in. nagrobka Anny Jagiellonki na Wawelu (Kaplica Zygmuntowska). Na wprost, po drugiej stronie prezbiterium, w dwupoziomowym grobowcu z piaskowca, pochowano Tomasza, zmarłego w 1527 roku i Jakuba, zmarłego 1540 roku, oczywiście Sobockich. Przy czym Chlebowski w „Słowniku Królestwa Polskiego …” podaje nie Jakuba lecz Jana.

Paprocki w swym dziele heraldycznym wymienia brata kanclerza Tomasza, Brykcego. Brykcy był kasztelanem gostyńskim, ożenił się z Brudzecką (?). Mieli jedyną córkę Jadwigę, późniejszą wojewodzinę poznańską. Paprocki wspomina także siostrę Tomasza i Brykcego, z męża Wilkanowską, kasztelankę płocką. Niesiecki uściśla, że żona Brykcego, który był także starostą rawskim i podkomorzym łęczyckim, nazywał się Jaruntówna Brudzewska i była wojewodzianką łęczycką. Dwaj Brudzewscy byli w pierwszej połowie XVI wieku wojewodami łęczyckimi: Jan Jarand z Brudzewa herbu Pomian (był wojewodą łęczyckim od 1519 roku — musiał być ojcem żony Brykcego — Jarand — Jaruntówna) oraz Mikołaj Jarand z Brudzewa z Brudzewa herbu Pomian ( w sumie on też mógł nim być) — wojewoda łęczycki od 1548 roku, być może brat żony Brykcego. Niesiecki podaje imiona pozostałych dzieci Tomasza: córek — Elżbiety Płonkowskiej, Doroty Dzierżgowskiej (wojewodzina mazowiecka), Anny Okuniowej (kasztelanka czerska), wspomnianej Jadwigi Wilkanowskiej oraz Agnieszki Goryńskiej (żony Kaspra — wojewody mazowieckiego). Oprócz wymienionych pojawia się także podczaszy koronny Jakub.

Wszystko to niezmiernie zawiłe. Podsumowując, sędzia łęczycki Tomasz miał trzech synów (w tym przyszłego kanclerza koronnego) i pięć córek. Mimo tak licznego potomstwa, ród Sobockich z Łęczyckiego (a przynajmniej omawiana gałąź), wymarł z powodu braku męskich potomków.

Rozwijała się natomiast wielkopolska linia Sobockich. Miasto Sobota przeszło w inne ręce. W sobockim kościele pw. św. Piotra i Pawła (dziwi wezwanie skoro imię Tomasz było tak istotne dla rodu Sobockich, to czemu nie Tomasza?), istnieje interesujący nagrobek, zmarłego w 1827 roku Cypriana Zawiszy Czarnego. Być może syna Wincentego Zawiszy, właściciela Soboty a zarazem szambelana królewskiego i łowczego łęczyckiego, który uzyskał od Stanisława Augusta Poniatowskiego dwanaście (sic!) jarmarków dla miasta (i co tu narzekać na obecną nomenklaturę). Ich potomkiem był Artur Zawisza Czarny, uczestnik partyzantki Zaliwskiego, powieszony w 1833 roku w Warszawie z rozkazu namiestnika Iwana Paskiewicza. Artur Zawisza by synem radcy departamentu warszawskiego Jana Gwalberta Cypriana Zawiszy Czarnego i kasztelanki Marii Karnkowskiej.

Czy między Sobockimi a Zawiszami ktoś jeszcze posiadał Sobotę? Nie wiem. W parku nieopodal Sobockiego rynku znajduje się pałacyk, ale nie tyle on jest istotny (przebudowano go w stylu romantycznym w XIX wieku — być może dla Zawiszów, choć ci mieli mieć Sobotę już w XVI wieku); ważny jest drzewostan parku, który został zasadzony znacznie wcześniej. Czy tu mieściła się rezydencja właścicieli miasta? Jeśli tak, to czyja? Czy jeszcze Sobockich czy już Zawiszów? A może kogoś zupełnie innego? Obok miasta istniała także wieś Sobota. W 1576 roku należała do wojewody chełmskiego Jana Działyńskiego. Chlebowski powołując się na Paprockiego stwierdza, że Soboccy nosili poprzednio nazwisko … Rozrażewscy. W „Herbach szlachty polskiej” Sławomira Górzyńskiego i Jerzego Kochanowskiego, pod herbem Doliwa (najbardziej rozpowszechniony był w Ziemi Dobrzyńskiej, Krakowskiej, Łęczyckiej i Sieradzkiej, Sandomierskiej i na Mazowszu; po Unii Horodelskiej przeniesiono go także na Litwę — stąd późniejsi Doliwczycy — Balcerowiczowie na Wschodzie?), figurują Rozdrażewscy. Był to potwierdzony przez papieży Piusa V, Grzegorza XII i Klemensa VIII ród hrabiów na Dębniku (Ponsdorf) i baronów na Błatnej. Stanisław Rozdrażewski potwierdził w 1555 roku tytuł w Polsce. Także Krzysztof potwierdził go w 1579 roku. Michał Rawicz — Witanowski pisał w „Monografii Łęczycy” o … Rozrażewskim, nomen omen, Krzysztofie, herbu Doliwa. Był to starosta łęczycki, wiadomo, że w 1579 roku dowodził piechotą niemiecką, której regimenty były bardzo często zatrudniane przez Rzeczpospolitą. Zginął podczas oblężenia Zawłocia w 1583 roku. Jego nagrobek wystawiono w wileńskim kościele Jezuitów.

Zatem z kim mamy naprawdę do czynienia? Z Sobockimi, Rozdrażewskimi czy Rozrażewskimi?

*

Przedmioty i ludzie żyją tak długo, jak długo trwa o nich pamięć. Nie jest ważne, czy człowiek za życia był „kimś”, czy budynek lub rzecz spełniały istotną rolę. Istnieją nawet po śmierci, jeśli zachowało się na ich temat chociaż jedno zdanie na piśmie albo w ustnej tradycji, jeśli istnieje chociaż jedna, jedyna fotografia. Truizmem jest przypomnienie o „słowie trwalszym niż kamień”.

Wspomniani już Walewscy związani byli z Sobotą. A właściwie z Sobockim kościołem, do którego jeździli na niedzielne nabożeństwa. Nie sprawdziłem, lecz jest to niemalże pewne, iż nieślubny syn Marii Walewskiej i Napoleona, Aleksander Colonna Walewski, był chrzczony w Sobocie. Gdzieżby indziej, skoro na świat przyszedł w Walewicach?! Według niektórych tradycji (sprzecznych z większością opinii), Bonaparte miał raz jedyny zajechać do Walewic wracając spod Moskwy.

Dzięki romantycznemu (?) romansowi, obydwie miejscowości trafiły na karty wielkich dziejów i wciąż powracają przetwarzane w coraz to nowych obrazach. Przed kilkunastoma miesiącami reżyser Romuald Dobrzyński nakarmił legendę filmem „Walewice mon amour”. Stare mury Soboty i Walewic ożyły wspomnieniami. A propos Soboty, okazuje się, że od 1576 roku, do wspomnianego wojewody Działyńskiego, należała nie tylko wieś ale także miasto.

Wracając do dylematu z nazwiskami. Paprocki pisał o Rozrażewskich z Wielkopolski, wymieniając nazwiska kilkunastu rodzin z nimi spokrewnionych lub wywodzących od nich swój początek, „od tychże też przodków nasze domy w tym wieku (?) rozrodzone”. Z kolei Niesiecki stwierdził, że Rozrażewscy pisali się inaczej Rozdrażewscy, co całkowicie rozwiązuje sprawę. Był to potwierdzony od 1270 roku ród hrabiowski z Poznańskiego. Swatomir, dziedzic na Rozrażewie, miał być synem „hrabi Bosna”. Koło roku 1585 rozdzielili się na trzy linie: „luboć wszystkie z jednego szczepu wyszły”. Stąd też Soboccy wywodzą się z Rozrażewskich, w jaki sposób?, tego jednak heraldycy nie uściślają.

Ciekawostką rodu jest przypadek kasztelana Rogozińskiego, Stanisława Rozrażewskiego, który przeszedł na luteranizm, lecz siłą zmuszany przez Zygmunta Augusta (m.in. spalono mu kilkakrotnie majątek) wrócił na łono Kościoła (katolickiego).

Wspominałem wcześniej z heraldykiem Niesieckim, że wraz ze śmiercią Tomasza Brykcego i młodziutkiego Jakuba, Sobockich, ród ten, herbu Doliwa, skończył się. Natomiast istniało i istnieje do dziś nazwisko. Przy czym nie należy go utożsamiać ani z Doliwą, ani ze średniowieczno — renesansowym rodem z Łęczyckiego. Niesiecki wymienił np. Sobockich herbu Nałęcz z województwa poznańskiego oraz Sobockich herbu Korab, „jeden że dom z Łaskimi”. Także z linii wielkopolskiej, interesujące, że łożniczy Zygmunta Augusta, Jędrzej Korab Sobocki, zmuszony został przez króla do powrotu do wiary katolickiej. Władca uczynił to także siłą.

Wczytując się w literaturę historyczną, czytelnik śledzący losy ostatniego króla z dynastii Jagiellonów, może doznać niemiłego zaskoczenia. Literacka półprawda uczyniła z króla pełnego miłości, nieszczęśliwego męża Barbary. Stanisław Cynarski w biografii władcy obala mit w sposób najprostszy., opisując dalsze lata panowania po śmierci Radziwiłłówny. Nie będę opisywał licznej rzeszy królewskich kochanek. Nieutulony z żalu za Barbarą król w 1553 ożenił się (trzecie małżeństwo) z wdową Katarzyną Habsburżanką. Związek ten zasługuje na odrębną opowieść, w stylu tragikomicznym. Warto dodać, że jako oprawę, przyszłą królowa miała otrzymać w ramach intercyzy, m.in. Łęczycę.

Ród Sobockich w Łęczyckiem wymarł, ale nazwisko to pojawiło się w dziejach Łęczycy znów na początku XIX wieku. Stefan Kuczyński w „Pieczęciach i herbach Łęczycy i Ziemi Łęczyckiej” wymienia burmistrza z okresu Księstwa Warszawskiego, Stanisława Sobockiego. Więcej o tym włodarzu miasta dowiadujemy się od Wandy Puget, autorki obszernego artykułu naukowego o przemianach urbanistycznych centrum Łęczycy od końca XVII wieku, umieszczonego na łamach „Kwartalnika Architektury i Urbanistyki” w 1990 roku. „Cieniem padającym na ten okres (pocz. XIX wieku) była natomiast kadencja burmistrza Sobockiego, urzędującego jeszcze w 1811 roku. Wśród wielu zarzutów kierowanych przez mieszczan do ministra spraw wewnętrznych oraz przez gwardiana oo. Bernardynów, jeden jest dla nas szczególnie interesujący: traktuje o samowolnym przeprowadzeniu na własny użytek, jako przejazdu na podwórze własnego domu. Ulica ta narażała, przez niewłaściwe odpływy, na pomywanie fundamentów innych domów i szkoły, co pozwalają hipotetycznie usytuować na tyłach szkoły pojezuickiej (przy ulicy Panieńskiej)”.

Mimo złej opinii, Soboccy musieli zdobyć silną pozycję w Łęczycy, skoro nabyli tu duże powierzchnie gruntów. Przykładowo, poza wspomnianymi powyżej, „Katalog planów miasta Łęczycy” Andrzeja Tomczaka, zwiera informacje z 1823 roku o odstąpieniu dawnych gruntów Stanisława Sobockiego na osadę sukienniczą. Niektórzy łęczycanie zaś używają nazwy Sobotczyzna określając nią tereny na wprost Liceum na zachód od ulicy M. Konopnickiej.

Ale Soboccy to nazwisko popularne. Nosi je choćby urodzony w Częstochowie w 1939 roku, a mieszkający w Krakowie, znany grafik i artysta malarz, Leszek Sobocki. Nosi je również obecny szef Łęczyckiego Zakładu Gospodarki Mieszkaniowej, Jarosław Sobocki.

Prócz nazwiska popularny był w Łęczyckiem także herb Doliwa. Nosili go przykładowo: XIII wieczny wojewoda łęczycki Bogusza Miecław, który aż trzykrotnie był łęczyckim wojewodą. W XIV wieku na czele województwa łęczyckiego stał Chwał z Żychlina herbu Doliwa. Po nim w tymże wieku urząd ten sprawował kolejny Doliwczyk, Jan z Nowogrodu.

W przedziwny sposób splotły się natomiast losy Jadwigi Sobockiej z dziejami hrabiów z Górki. Przypomnę, że Jadwiga była córką Brykcego Sobockiego, brata kanclerza Tomasza. Swoją jedyną latorośl Brykcy wydał za Stanisława, hrabiego z Górki, wojewodę poznańskiego, starostę kolskiego, buskiego, ujskiego i wieluńskiego. O hrabiach z Górki, którzy weszli w alians z wymierającym rodem Sobockich i co ze związków Górków z Łęczyckiem wiadomo, piszę dalej.

*

Kim byli hrabiowie z Górki? Niesiecki podaje, że Górkowie herbu Łodzia wywodzili się ze Śląska, a konkretnie z jego pogranicza z Wielkopolską. W wieku XV miał to być już szeroko rozgałęziony ród. Należał do niego m.in. Uryel Górka, syn wojewody poznańskiego Łukasza, będący biskupem poznańskim. Na synodzie łęczyckim w 1489 roku, biskup Uryel brał udział w sporze między wyższym duchowieństwem poznańskim i płockim. Przedmiotem waśni było … pierwszeństwo przy stole obrad. Pisał o tym Witanowski.

Trudno ustalić kiedy Górkowie otrzymali godność hrabiów. W 1287 roku taki tytuł nosił już podsędek krakowski Mikołaj z Górki.

Kilku Górków nosiło imię Łukasz. Jeden z nich był synem wojewodzianki łęczyckiej (Oporowskiej lub Kucińskiej). Inny Łukasz pełnił, m.in., urząd kasztelana łęczyckiego. O nim to napisał Rawita, że w 1509 roku prowadził łęczycan na wyprawę wojenną przeciwko Wołoszczyźnie. Po śmierci żony (sic!) … został biskupem kujawskim (jego ulubioną miejscowością były Szamotuły, o których za chwilę). Tenże Łukasz, nim przywdział duchowną szatę, spłodził syna Jędrzeja i dwie córy. Jędrzej został kasztelanem poznańskim i ojcem dwu cór, z których Katarzyna wyszła za wojewodę łęczyckiego Jana Kościeleckiego, oraz synów — Jędrzeja, Stanisława i Łukasza, którego heraldycy obdarzają numerem trzecim. Łukasz III Górka piastował m.in. urzędy wojewody łęczyckiego a następnie poznańskiego. Sprowadził nieszczęście na ród, gdyż złamał zakaz bodajże biskupa Uryela, który na łożu śmierci zobligował swoich krewnych do zachowania wiary katolickiej. Łukasz III przeszedł na modny wówczas luteranizm. Ponoć Az do śmierci w roku 1565 był nawet jego możnym protektorem. Jego brat Stanisław, zmarły w roku 1592, także został protestantem, ożenił się zaś z Jadwigą Sobocką z Soboty herbu Doliwa, córką wspominanego kilkakrotnie Brykcego, brata kanclerza Tomasza. Nasza łęczycanka musiał więc przejść także na luteranizm. Gdzie poznała męża? Oczywiste, ze w Łęczycy, gdzie jej przyszły szwagier pełnił urząd wojewody. I ją objęła klątwa Uryela, gdyż nie dochowała się potomstwa (żaden z trzech braci Górków go nie miał). Na niej to w zasadzie ród Górków się zakończył wymierając. Soboccy z Łęczyckiego, dziwnym zrządzeniem losu, także wymarli w tym czasie.

Nie ustaliłem, który z trzech barci Górków dokonał, dowcipnej pewnie według niego, profanacji, przetapiając srebra kościelne z Szamotuł na … obrożę dla psa. Może trzeci z braci, Jędrzej zwany też Andrzejem, który był filarem groźnej opozycji wobec Zygmunta Augusta, z którym wcześniej … przyjaźnił się.

Interesuje nas najbardziej Łukasz III, szwagier Jadwigi z Sobockich. Tenże nasz wojewoda żonaty był z Halszką (Heleną), córką księcia Ilji Ostrogskiego. Halszka ta właśnie jest przedmiotem legendy, a raczej autentycznych, pełnych grozy i romantyzmu, przekazów o „żelaznej masce”.

Według jednej z wersji legendy, dziedzicom Szamotuł miała się urodzić córka o twarzy czarnej jak u Murzynki. Ojciec ze wstydu kazał zamknąć ją na całe życie w lochu. Według innej wersji, pan na szamotulskich włościach zeźlił się, gdy mu doniesiono (już w dawnych wiekach donoszono), że jego córka obdarzyła afektem młodzieńca niskiego stanu. Dziewczę przerażone gniewem ojcowskim, uciekło z domu i tułało się samotnie przez czas długi po okolicznych wioskach. Są tacy, którzy twierdzą, że od tej tułaczki pochodzi nazwa Szamotuł. W okolicy mówi się jednak o bidulce „Czarna Księżniczka”.

Prawda historyczna jest nieco inna od bajań. Faktycznie chodzi o księżniczkę zakutą przez zdradzonego męża w „żelazną maskę”. Na historię tę natknąłem się w genialnym kryminale historycznym Waldemara Łysiaka „Szachista”. Akcja książki rozgrywa się częściowo w Szamotułach i pewna jej część związana jest z przekazem o wspomnianej księżniczce. Mianowicie, angielscy spiskowcy, chcieli wykorzystać ganek zbudowany dla niej między wieżą zamkową a kościołem, gdzie w zakratowanym pomieszczeniu księżniczka uczestniczyła w nabożeństwach. Chciano zatem wykorzystać ów ganek do porwania, przy pomocy sztucznego szachisty, samego … NAPOLEONA. Odsyłam ciekawych do „Szachisty” Łysiaka — lektura jest fascynująca. A „żelazna maska”! ? Nie będę przepisywał słowo w słowo za Łysiakiem całego tekstu. Podam tylko najważniejsze fakty. Księżniczka Halszka po śmierci ojca stała się świetną partią dla polskich panów — ze względu na wielkie włości. Jej opiekun, książę Sanguszko, nie chciał oddać jej litewskich posiadłości w polskie ręce, zainicjował więc porwanie księżniczki przez swego syna Dymitra. Zmuszoną do małżeństwa Halszkę wzięła w obronę matka zanosząc skargę do króla. Dymitra skazano na infamię. Wykonawcą wyroku miał być Marcin Zborowski, który postanowił wydać Halszkę … za swojego syna. Zborowski zamordował Dymitra, ale Zygmunt August wydał księżniczkę za Łukasza III Górkę. Jednakże Halszka nie chciał mieszkać z dużo starszym mężem narzuconym przez władcę. Za zgodą królowej Bony księżniczka miała pozostać przez rok przy dworze. Wytłumaczono to mężowi jej brakiem doświadczenia małżeńskiego. Przed upływem roku księżniczka wraz z matką uciekła do Lwowa (na oryginalnych nalepkach wódki Smirnoff widnieje napis „Lwow, Poland”), gdzie schroniła się w klasztorze. Król nakazał sprowadzić Halszkę siłą na zamek Górki, doszło nawet do oblężenia klasztoru. Jedne z oblegających — książę Olelkiewicz — dostał się, za namową matki księżniczki, w przebraniu do klasztoru i potajemnie wziął z Halszką ślub. Zakonnikom nie przeszkadzało, że ich klasztor jest właśnie oblegany z rozkazu króla, w celu sprowadzenia żony do stęsknionego Górki. Nie przeszkadzała im także bigamia Halszki. Górka tak się wściekł, że zabił rywala a Halszkę uwięził w Szamotułach z „żelazną maską” na twarzy. Przebywała z nią do śmierci, która przyszła miłosiernie dopiero, gdy księżniczka wpadła w obłęd.

I to już cała ta dziwaczna historia. Kto nie lubi starych ksiąg, pewnie się znudził. Jeśli ktoś czytał jednak z ciekawością, temu dzięki i wielka dla mnie radość.


Balcerowiczowie, Soboccy i … „Żelazna maska”, „Ziemia Łęczycka”, nr 23 (646) z 18 stycznia 1992 r. (błędna numeracja — powinno być: 1 (646), nr 2 (647) z 2 lutego 1992 r., nr 3 (648) z 14 lutego 1992 r., nr 4 (649) z 1 marca 1992 r..

Dziura w ziemi

Kiedy pan Wiesław Kozanecki powziął zamiar wybudowania przy ulicy Nowotki 12 (ob. ul. J. Grodzkiej) domu mieszkalnego i elektrycznej piekarni, nie przeczuwał z pewnością, że stanie się sponsorem badań archeologicznych. Nie podejrzewa też zapewne, iż działka budowlana kryje w sobie niebywałe skarby kultury materialnej sprzed wieków. Nie! Nie chodzi o pożydowskie złoto, czy inne tego typu znaleziska. Jednak przedmioty znalezione podczas badań okazały się warte wielokroć więcej, a badania przyniosły rewelacyjne wprost odkrycia.

Na początku odpowiedzmy na pytanie dlaczego państwo Kozaneccy finansowali prace archeologiczne? Ich planowana budowa położona jest w obrębie Starego Miasta, a Starówka leży w strefie ochrony konserwatorskiej i wszystkie prowadzone w jej granicach prace ziemne poprzedzone muszą być wykopaliskami dokonywanymi, zgodnie z obowiązującymi przepisami, na koszt inwestora. O zakresie tego typu archeologicznych działań decyduje Wojewódzki Konserwator Zabytków po konsultacji ze specjalistami.

Konserwator płocki zlecił przeprowadzenie potrzebnych działań dyrektorowi Muzeum w Łęczycy, a zarazem archeologowi — Krzysztofowi Gowinowi. I oto na początku października niewykwalifikowani robotnicy pod kierunkiem p. Gowina rozpoczęli prace wykopaliskowe, które rozbudziły miecie wiele plotek i długo przyciągały tłumy gapiów. Ciekawość była niezmierna — każde tego typu badania przynoszą efekty w postaci znalezisk — oczekiwano więc na sensację. Codziennie obok wykopu przeciągały tłumy łęczycan — niejednokrotnie, zwłaszcza w początkowej fazie, niszcząc efekty pracy robotników.

Powoli z ziemi zaczął wyłaniać się coraz głębszy wykop, na którego ścianach zarysowały się kolejne warstwy osadnicze. Mimo, że badania prowadzone były w kwartale miasta od początku zamieszkanym przez Żydów, ziemia zachowywała się neutralnie i okazywała tylko obraz swojej przeszłości, nie odsłaniając szczegółów związanych z zamieszkującą ją nacją. Wykop prowadzono w dwóch kierunkach — wzdłuż Żydowskiej, gdzie dokonano najważniejszych odkryć, oraz krawędzią Nowotki — wykop sondażowy. Ustalono, że pierwotna Łęczyca znajdowała się w początkach swego istnienia o 1,6 metra niżej od obecnego poziomu gruntu. Potwierdzają to badania prowadzone w początkach lat 80. (XX w.) w innych punktach miasta. Ich kierownikiem był wówczas Andrzej Bartczak, który konsultował wykop, o którym mowa. Wykopaliska potwierdziły również trwałość układu przestrzennego miasta — domy w północnej części Starówki zbudowane budowane są wzdłuż działek wytyczonych w średniowieczu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 31.84