E-book
10.92
drukowana A5
44.44
Inna

Bezpłatny fragment - Inna


5
Objętość:
295 str.
ISBN:
978-83-8189-436-4
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 44.44

Prolog

Sędzina uderzyła młotkiem o stół, tym samym przywołując zgromadzonych do porządku.

Spojrzała groźnie na Lenę, stojącą na miękkich nogach w miejscu dla świadków. Następnie monotonnym głosem pouczyła ją o prawach i obowiązkach, przypomniała o bezwarunkowym mówieniu prawdy i oznajmiła, że fałszywe zeznania są karalne, popierając ten fakt przytoczeniem odpowiedniego artykułu z kodeksu karnego.

Zanim rozpoczęło się przesłuchanie, Lena spojrzała na Marcela. Stał z opuszczoną głową obok Pawła i trzeciego mężczyzny, zwanego Łysym. Nie próbował nawiązywać kontaktu wzrokowego. Podejrzewała, iż obawiał się jej zeznań.

Nie widzieli się od trzech miesięcy, kiedy to policja zabrała Marcela z jej mieszkania. Jego widok zdekoncentrował ją tak, że z trudem skupiła się na tym, co mówi do niej postać w todze.

— Dlaczego pani nie słucha? — huknęła gromko kobieta. — Jeszcze raz pytam. Jak się pani nazywa? Proszę też o podanie adresu, pod którym pani mieszka i daty urodzenia.

Lena drżącym głosem odpowiedziała na zadane pytania.

— Czy jest pani spokrewniona z oskarżonym Marcelem Słowikiem?

— Jestem jego konkubiną — dziewczyna wymówiła ostatnie słowo, krzywiąc się lekko. Jak to paskudnie brzmiało: „konkubina”, no ale nie było wyjścia, musiała go użyć, żeby osiągnąć swój cel. — I chciałabym skorzystać z przysługującego mi prawa do odmowy zeznań — dodała.

— Czyli rozumiem, że mieszkaliście ze sobą, skoro twierdzi pani, że jest konkubiną pana Słowika? — chciała upewnić się sędzina.

— Tak. Mieszkaliśmy ze sobą przez ostatni rok.

— Nie mam więcej pytań. Świadek jest wolny.

Lena opuściła miejsce do składania zeznań i usiadła na ławce dla świadków. Odważnie spojrzała na Marcela. Tym razem chłopak nie unikał jej wzrokiem. Zobaczyła wyraźną ulgę w jego oczach. I, o cholera, nadzieję…

Rozdział I

Lena znacznie różniła się od rówieśników. Kierowała się własnym, niezrozumiałym dla innych systemem wartości, który słabo wpisywał się w powszechnie obowiązujące normy społeczne. Samotnica, nieznosząca przymusu i ograniczeń oraz wszystkiego, co hamowało jej wolność ruchów.

Sensem istnienia była dla niej miłość do mężczyzny. Każdą komórką pragnęła miłości. Każdą komórką ją chłonęła i podporządkowywała jej całe swoje życie odwrotnie proporcjonalnie do potrzeby nieokiełznanej wolności.

Niestety mimo wielu doświadczeń sercowych nie przyjmowała do wiadomości, że miłość na etapie zakochania się była jak kampania wyborcza w polityce. Każdy plan wyborczy zakładał mnóstwo optymistycznych, wręcz niemożliwych do spełnienia obietnic. Kandydat na polityka pamiętał o nich do momentu, w którym okazywał się zwycięzcą. Wtedy nagle dostawał postępującej amnezji. W końcu osiągnął swój cel. Już nie trzeba było się starać.

Z kochankiem było podobnie. Zdobył, zaliczył, odpuścił.

To z powodu miłości Lena stanęła właśnie na symbolicznym rozstaju dróg. Wciąż zastanawiała się, co zrobić? Ciężko jej było podjąć decyzję. Zranić rodzinę, zrujnować stabilny, choć nudny świat? Postawić na jedną kartę i rozwalić małżeństwo dla młodego chłopaka, który notabene nie miał nic do zaoferowania oprócz… miłości? Serce podpowiadało, by zaryzykować. Rwało się do nowego uczucia. Złośliwy chochlik z tyłu głowy podpowiadał: „Rzuć to wszystko w cholerę! Pozwól sobie na miłość! Niech motyle w brzuchu rozpoczną swój taniec! Poza tym wreszcie odzyskasz wolność!”

Stary związek już nie kręcił. W żaden sposób nie potrafił się więc obronić. Tylko rozum podpowiadał, by wymazać z pamięci młodego kochanka, potraktować jako nic nieznaczący epizod…

Co robić? Natrętne pytanie tłukło się po głowie…

Jak na swoje dwadzieścia pięć lat Lena miała bardzo niedojrzałe podejście do życia. Odczuwała w tej chwili irracjonalne pragnienie, by móc cofnąć czas do kadru, w którym jeszcze nie ma rodziny. Chciałaby przewinąć życie jak taśmę magnetofonową do stosownego miejsca i zacząć od początku. Niestety, tak to tylko w bajkach…

Tak nie rozumują dorośli — zauważyła w myślach. — Zamiast konstruktywnie rozwiązać problem, ja usiłuję uciec do świata, którego już nie ma. Jednak muszę coś zrobić, tak się nie da żyć. Muszę wybrać, czy chcę być z mężem, czy z kochankiem…

***

Gdy Lena była nastolatką, odgrażała się, że po skończeniu osiemnastu lat będzie decydować o sobie. Działo się tak najczęściej wtedy, kiedy słyszała od rodziców, że czegoś jej nie wolno lub coś bezwzględnie musi. Wychowała się bowiem w zimnym emocjonalnie domu, pozbawionym miłości, zrozumienia i przede wszystkim zaufania. Tutaj nie okazywało się uczuć. Rodzice nie mówili jej, że ją kochają, rzadko przytulali, prawie wcale nie chwalili. Twierdzili, że od nadmiaru pochlebstw może jej się w głowie poprzewracać. Sprawiali wrażenie, jakby nie była dla nich dość ważna, nie dość mądra czy inteligentna. Po prostu dzierżyli władzę, żonglując nakazami i zakazami, wydając polecenia. Dzieci nie miały prawa głosu. Wyrażenie własnej opinii niosło za sobą konsekwencje nałożenia kary, więc wolały się nie odzywać. Wychowanie polegało na strofowaniu, napominaniu, przestrzeganiu, prawieniu morałów. Można by rzec, że rodzice stosowali metodę kija i marchewki, ale niestety w głównej mierze był tylko kij. Niedosłownie, bo nie lali jej, ale jednak. Może dlatego, nie znajdując akceptacji w rodzinie, Lena szukała jej u płci przeciwnej. Rozpaczliwie wręcz pragnęła być kochana. W żadnym razie nie chodziło jej o miłość fizyczną. Na to była zbyt niedojrzała. Nie pragnęła seksu. Nie była ciekawa, jak pod ubraniem wygląda chłopak, nawet po cichu brzydziła się tego. Chodziło jej o taką niewinną miłość, od głowy. Czułe gesty, przytulanki, pocałunki, gorące wyznania, stanowiły sens jej życia. Od miłości platonicznej kręciło jej się w głowie. Bez miłości uschłaby jak prymulka. Na szczęście mając piętnaście lat, zaczęła podobać się chłopakom, więc jej pragnienia zostały zaspokojone. Zakochiwała się i przez jakiś czas była szczęśliwa. Niestety motyle w brzuchu pojawiały się tylko na początku. Później robiło się nudno i zwyczajnie. No i nastolatka zaczynała szukać kogoś nowego…

Najczęściej, kiedy poznała jakiegoś chłopaka i zakochała się w nim, nie podobał się mamie. Mimo wszystko pełna euforii próbowała zwierzać się rodzicielce, ale ta bagatelizowała ważne dla córki sprawy. Odpowiadała, że ma ona jeszcze czas na miłość. Czasem bezdusznie wyśmiewała jej problemy, wyolbrzymiała wady aktualnego wybranka córki. Nie tego oczekiwała Lena. Wycofywała się rakiem, starając się nie okazać rozczarowania. Później przestała opowiadać, gdyż matka zawsze znalazła w rzeczonym nieboraku jakieś niedoskonałości. W każdym razie, według niej, żaden nie był dość dobry dla córki. Scenariusz powtarzał się przez kilka lat, aż w życiu Leny pojawił się Antek — jej obecny mąż. O dziwo, z góry zaskarbił sobie sympatię mamy. Lubiany był też przez ojca. Po prostu akceptowany! Lena wpadła w pułapkę. Nie mogła uwierzyć, że wreszcie mama pochwaliła jej wybór. Zachłysnęła się tym. Wzięła za miłość coś, co nią nie było.

W wieku dwudziestu lat zaszła w ciążę. Właśnie zdała maturę i w swoim mniemaniu była strasznie zmęczona nauką. Zwyczajnie nie chciało jej się uczyć, do czego nie była w stanie głośno się przyznać. Rodzice chcieli, żeby poszła na studia. Ględzili o tym do znudzenia. Ona przyparta do muru, mydliła im oczy, dokąd się dało. Z jednej strony ta ciąża z nieba jej spadła. Antek był kolegą z klasy. Właściwie dzięki uporowi chłopaka zostali parą kilka miesięcy wcześniej, ale Lena nie była do końca przekonana, czy to ten „jedyny”. Niemniej jednak ciąża zmieniła wszystko.

Nikt jej nie pytał, czy chce brać ślub. Ani rodzice, ani Antek. Ci pierwsi z góry założyli, że chce. Ona zaś bała się im powiedzieć, że najchętniej zostałaby panną z dzieckiem. Wychowanie zrobiło swoje.

Rodzice widzieli, że coś się z nią działo przed ślubem. Zauważyli opór w jej oczach, ale woleli milczeć, udawać, że niczego nie dostrzegają. Nie zadali podstawowego pytania: „Dziecko, czego ty chcesz?” Jej zaś nie przeszło przez gardło wyartykułowanie prawdy. Wolała w to brnąć. W końcu machina ruszyła, wszystkie sprawy z weselem zostały załatwione i nie było możliwości się wycofać. Tak jej się przynajmniej wtedy wydawało…

Zbyt dużo rzeczy robiłam pod wpływem rodziców — podsumowała. — No i wpakowałam się w małżeństwo z leniem śmierdzącym — tak czasem nazywała Antka.

Zaraz po ślubie ojciec Leny kupił im mieszkanie do kapitalnego remontu, więc własnymi rękami zrobili ten remont. Wspólnie malowali, tapetowali, układali wykładziny. Można powiedzieć, że wili sobie gniazdko.

Był początek lat dziewięćdziesiątych. Skończyły się czasy, kiedy obowiązywało powiedzenie: Czy się stoi, czy się leży, to wypłata się należy. Polacy przyzwyczajeni do tego, że każdy ma pracę, nagle zetknęli się z okrutną rzeczywistością. Kapitalizm z hukiem zdominował kraj. Wiele państwowych zakładów upadło. Jednocześnie przeprowadzano reformy polegające na prywatyzowaniu przedsiębiorstw. Przed społeczeństwem otwarły się nowe możliwości. Ludzie zachłystywali się odzyskaną wolnością. Każdy kto miał trochę pieniędzy i oleju w głowie, zakładał własny biznes. Do wyboru było to, albo szerzące się jak zaraza bezrobocie. Antek nie chciał pracować na etacie, co miało miejsce przez kilka pierwszych miesięcy ich małżeństwa. Również postanowił założyć firmę. Chciał prowadzić pracownię reklamowo-poligraficzną, robić reklamy wolnostojące, drukować naklejki, wizytówki, papiery firmowe na sitodruku i w większych ilościach na maszynie offsetowej. Częściowo umiejętności wyniósł ze szkoły, a częściowo nauczył się w pracy. Zaraz po ukończeniu liceum zatrudnił się bowiem u znajomego drukarza.

Lena była przerażona, gdy usłyszała o tym pomyśle, ponieważ szybko zorientowała się, jaki słomiany zapał ma jej mąż praktycznie w każdej dziedzinie, za którą się zabierał. Sytuacja ta miała miejsce zaraz po urodzeniu się dziecka.

Jednak nie była w stanie go powstrzymać. Kiedy już wpadł na pomysł, trudno go było od niego odwieść. W ekspresowym tempie wynajął lokal niedaleko bloku, w którym mieszkali, postawił reklamę i czekał na zlecenia. Ludzie przychodzili zamawiać po sto wizytówek, czasem szyld niewielkich rozmiarów. Początkowo ciężko było z tego wyżyć. Jakoś jednak żyli. Z dnia na dzień. Pod warunkiem wielu wyrzeczeń. Jednak firma powoli się rozwijała. Z czasem jakoś to poukładali. W opiece nad Polą pomagała niepracująca teściowa, dzięki czemu Lena mogła wspomóc męża w prowadzeniu działalności. Na nieustannym borykaniu się problemami minęło niepostrzeżenie kilka lat…

***

Prowadząc firmę, oboje z Antkiem, mieli podzielone zadania. Zwykle to Lena była na miejscu, obsługiwała klientów, realizowała zamówienia związane z projektami, reklamami i sitodrukiem. Do Antka należały wyjazdy do klientów, zakupy materiałów oraz druk offsetowy. Ku niezadowoleniu Leny, najwięcej czasu zajmowały Antkowi wyjazdy. Niestety pieniędzy z tych jego działań nie było. Nazywało się, że Antek prowadzi firmę. Prezes z bożej łaski — tak czasem pogardliwie myślała o nim żona. W kasie pusto, a on strugał ważniaka i nie przejmował się tym, że rachunki trzeba płacić, że mama Leny ciągle pożycza im pieniądze, bo nieregularnie zasilają konto. No ale czym mieli zasilać, skoro Antkowi zawsze wydawało się, że jakoś to będzie. Gdy narzekała, że znowu brakuje pieniędzy, mówił: „to załatw u mamusi, przecież nam pożyczy”, lecz ona nie chciała pożyczać. Chciała mieć stabilną sytuację finansową, nie martwić się wiecznie o pieniądze. Uważała, że gdyby czas, który spędzali w pracowni, przeznaczali na rzetelną pracę, to nie mieliby żadnych problemów finansowych. Jednak nie wystarczyło tylko być. Trzeba było podjąć wysiłek i realizować zamówienia jedno po drugim. Tłumaczyła to Antkowi niejednokrotnie, ale nie docierało.

Najgorsze było to, że kiedy tylko stawali na nogi, Antek wymyślał nową inwestycję. A to była gilotyna do papieru dużego rozmiaru, a to maszyna do pieczątek czy zszywarka na drut. Czasem nie wiedziała, że pożyczał od kogoś pieniądze. Dłużnik przychodził do niej i ona głupia, z bólem serca, oddawała gotówkę odłożoną na rachunki. Gdy klient płacił za zlecenie, Antek bardzo często brał pieniądze do kieszeni i bez konsultacji z Leną wydawał je na coś, jego zdaniem absolutnie niezbędnego, bez czego nie potrafił się obejść. Był jak małe dziecko, które zobaczyło zabawkę w sklepie i za wszelką cenę musiało ją mieć. Różnica polegała na tym, że Antek nie tupał nóżkami.

Oczywiście prowadzenie firmy bez samochodu nie było możliwe. Kupili więc auto. Lena zgodziła się na ten zakup z pewnym oporem, związanym jak zwykle z finansami. Nie mieli przecież żadnych odłożonych pieniędzy. Banki jednak w tych czasach już bardzo chętnie udzielały kredytów.

Ani Antek, ani Lena nie znali się na samochodach. Antek poprosił znajomego, by razem z nim pojechał na giełdę po auto. Lena im nie towarzyszyła, bo nie miała z kim zostawić Poli, a poza tym nie bardzo interesowała się samochodami. Bała się tylko, że Antek napali się na jakiegoś gruchota i będzie problem. Podświadomie czuła, że jej mąż był wymarzonym frajerem dla handlarzy. Zobaczy samochód i kupi go bez targowania. Będzie ślepy i głuchy na jego mankamenty, bo zachwyci go kolor lub sportowy kształt nadwozia. Niestety, stało się tak, jak przewidywała.

Wysłużony mercedes wcale nie prezentował się tak wspaniale, jak dzwoniąc z budki telefonicznej, zapewniał Lenę Antek. W dodatku miał silnik o wielkiej pojemności, za którą trzeba było zapłacić jeszcze większe ubezpieczenie. Jakoś by to zniosła, ale bardzo szybko okazało się, że w aucie jest do naprawy dosłownie wszystko. Najpierw silnik zaczął rzęzić, później odezwała się skrzynia biegów, wzbogacając podróż zgrzytaniem podczas zmiany każdego biegu. Stuki zawieszenia podczas jazdy stały się normą. Siłą rzeczy, auto stało się skarbonką bez dna i powodem nieustannych kłótni małżeńskich. Antek wiecznie naprawiał ten samochód, a przez to brakowało funduszy na inne rzeczy. Kłótnie o pieniądze były stałym elementem ich pożycia małżeńskiego.

***

Małżeństwo miało być partnerskie, a oni z Antkiem mieli dogadywać się bez żadnego problemu. Babcia ze strony ojca ją ostrzegała. Żałowała Leny, jakby ta szła do więzienia, a nie wychodziła za mąż. Wtedy naiwnie myślała, że babce odbiło. Co mogło być złego w małżeństwie? Wyobrażała sobie, że mąż będzie jej partnerem, a nie drugim dzieckiem, w dodatku adoptowanym, bo przecież go nie urodziła.

W macierzyństwie zaś miała się spełniać jako kobieta, a stało się całkiem inaczej. Najgorsze, że przed mężem, rodzicami, znajomymi, Lena grała komedię.

Dopóki chodziła w ciąży, wszystko było w porządku. Kompletowała wyprawkę. Prasowała sterty ubranek i pieluch tetrowych. Urządzała pokój dla dziecka. Czytała fachowe książki na temat pielęgnacji niemowląt. Przygotowywała się psychicznie do roli matki. Nic nie wskazywało na to, że pojawi się problem.

Tymczasem urodziła dziecko i nagle zaczęło dziać się z nią coś złego. Patrzyła na córkę i nie czuła miłości. Nie czuła nic gwoli ścisłości! Wpadała w popłoch, że nie potrafi w sobie wzbudzić gejzeru uczuć macierzyńskich, o jakich rozpisywali się w książkach dla młodych mam. Nieustannie zadawała sobie też pytanie, dlaczego jest inna niż wszystkie matki, u których instynkt macierzyński uruchamiał się wraz z porodem? Dlaczego jedyne co czuje, to obojętność i zmęczenie?

Później miejsce obojętności zajął lęk przed odpowiedzialnością za dziecko. Myślała o czekających ją latach opieki nad Polą i była przerażona. Najgorsze, że bała się mówić o targających ją emocjach. Podświadomie czuła, że to, co się z nią dzieje, nie znajdzie akceptacji otoczenia.

Po powrocie ze szpitala Lena już całkiem rozsypała się psychicznie. Przerastały ją obowiązki i rutyna. To całe karmienie, kąpanie, przewijanie, ubieranie, pranie i prasowanie pieluch tetrowych, bo na pampersy — produkt, który pojawił się w Polsce wraz z kapitalizmem, niekoniecznie było ich stać, wszystko to wykańczało ją. A do tego zwykłe obowiązki domowe, czyli sprzątanie mieszkania i gotowanie sprawiały, że miała ochotę uciec na koniec świata. Bardzo często płakała i nie wiedziała dlaczego. Po prostu nagle pojawiały się łzy… Morze łez. Rozpacz wciągała ją w otchłań bez dna.

Niestety rodzina nie pomagała jej. Nie próbowała ulżyć w cierpieniu. Wybuchy płaczu początkowo wprawiały Antka i mamę w konsternację. Później mama, widząc jej łzy, irytowała się i zaczęła wyzywać ją od nienormalnych, od wariatek. Twierdziła też, że Lena ma jakieś fanaberie, że powinna się cieszyć, bo urodziła zdrową córeczkę. Nie potrafiła zrozumieć, co dzieje się z młodą mamą. Ba, nawet wstydziła się jej zachowania przed otoczeniem.

Na dodatek, chyba żeby dobić Lenę, wszyscy zachwycali się Polą. Tego też nie potrafiła zrozumieć. Co było fajnego we wrzeszczącym noworodku, który tylko jadł i wydalał, a żeby uatrakcyjnić Lenie życie, czasem dla odmiany zwymiotował???

Pierwsze tygodnie po urodzeniu dziecka, to czas, kiedy matka i noworodek są ze sobą bez przerwy. Inni domownicy pojawiają się sporadycznie. Nie ma z kim porozmawiać… Lena wtedy dużo myślała. W swoich rozważaniach wracała do czasu sprzed ciąży, wyobrażając sobie, że jest wolna. Dziecko i mąż znikali jak kamfora. Po prostu nie było żadnego ślubu, ciąży i całej reszty… Tęskniła za tamtym okresem. Niestety, to już było daleko za nią…

W miarę upływu czasu wciąż skrycie analizowała swoje uczucia względem córki. Zadawała sobie pytanie: „co czuję do Poli?” i odpowiedź nie była jednoznaczna. Latorośl nadal nie wzbudzała w niej żadnych pozytywnych emocji, a płacz małej wyraźnie ją wkurzał. Kojarzył się wyłącznie z obowiązkami, bo za każdym razem trzeba było podejść, zmienić pieluchę lub dać jeść. Trudno się dziwić, że słowo „obowiązek” cały czas chodziło Lenie po głowie. Zastanawiała się nawet, ile lat będzie musiała wychowywać swoje dziecko, żeby odzyskać upragnioną wolność. Na ten moment wydawało jej się, że wystarczy osiemnaście, ale kto to wiedział? Jeśli córka pójdzie na studia to ona, Lena będzie ją musiała utrzymywać do dwudziestego piątego roku życia. A jak za mąż nie wyjdzie, to może jeszcze dłużej? Absurdalne to były rozważania, ale po nich czuła się trochę lepiej.

Wszelkie czynności pielęgnacyjne Lena wykonywała mechanicznie, w duchu marząc o tym, aby mieć je za sobą. Brakowało jej książek. Przez całą ciążę czytała. Teraz nie miała na to czasu, a jak znalazła chwilę, zasypiała nad książką.

Nigdy nie była wielkim śpiochem, ale kilkakrotne wstawanie w nocy do dziecka powodowało, że w ciągu dnia bywała nieprzytomna. Antek nie pomagał. Nie słyszał w nocy płaczu córki. Czasem rano pytał: „chyba tej nocy nie wstawałaś do Poli, co?” A ją trafiał szlag, bo najczęściej mijało się to z prawdą. Na szczęście dziewczynka rosła i nocne wstawanie, ku uldze Leny, skończyło się. Zostało zastąpione innymi obowiązkami. Trzeba było dla odmiany mieć oczy dookoła głowy, bo mała zaczęła chodzić.

Kiedy zwracała się do Antka, by zerknął na córkę biegającą po mieszkaniu, podczas gdy ona mogłaby w tym czasie ogarnąć mieszkanie, mąż odmawiał, mówiąc: „to ty jesteś matką, ty się nią zajmij”. Na początku te słowa wywoływały zdziwienie, potem bezsilność, ale powtarzane zbyt często, zaczęły wzbudzać w niej agresję. Krzyczała na niego bez umiaru, wyzywała na czym świat stoi, ale najwyraźniej niewiele go to obchodziło. Nie ruszał się z kanapy. Nie sadzał córki na nocnik. Nie przecierał zupek. Nie karmił jej. Nie pilnował. Nie chodził z nią na spacery ani na plac zabaw. Podsumowując, po prostu nie interesował się nią i miał na to od wszystkich przyzwolenie.

Nie tak to sobie wyobrażała. Myślała, że będą dzielić się obowiązkami nad dzieckiem.

Kiedyś próbowała poskarżyć się jego matce, ale teściowa, jak to teściowa, zawsze stawała murem za swoim synem. Ona również uważała, że zajmowanie się domem i dzieckiem jest obowiązkiem kobiety, a nie mężczyzny. Nie widziała żadnych wad u swojego syna. Lena z kolei nie miała siły przebicia. Nie potrafiła przekonać teściowej, że nie ma racji, że to już nie te czasy.

Kiedyś odważyła się podjąć temat braku instynktu macierzyńskiego w rozmowie z matką i powiedzieć otwarcie coś, co wciąż chodziło jej po głowie:

— Wiesz mamo, strasznie bym chciała cofnąć czas do momentu, kiedy nie było Poli i Antka… Kiedy byłam zupełnie sama… Dzisiaj bardzo żałuję, że nie poszłam na studia, tylko władowałam się w pieluchy.

— Co ty wygadujesz, dziecko??? — mama przybrała karcący ton, jak za czasów, kiedy Lena była mała. — Przecież dziecko to najwyższe dobro dla kobiety!

— Może dla ciebie! — odpowiedziała córka. Już żałowała, że próbowała się zwierzyć matce. — Ja nie widzę w tym żadnej radości. Jestem ciągle zmęczona! Antek nie pomaga mi przy małej. Ty wiesz, co on powtarza jak katarynka, gdy proszę go, by zajął się Polą? Mówi, że to ja jestem matką i że to moje obowiązki!

— No i ma rację. Ty jesteś matką! — Jeśli Lena spodziewała się zrozumienia, przeliczyła się. Stwierdzenie matki było jak smagnięcie biczem.

— Ale on jest ojcem. Powinien mi pomagać, a nie zajmować się tylko sobą. — próbowała buntować się dziewczyna.

— Lena, nie dramatyzuj. Tak skonstruowany jest świat. To przede wszystkim kobiety zajmują się dziećmi i ty też powinnaś do tego przywyknąć. Ja to robię całe życie i nie narzekam.

— Ale ja tego nie lubię. Wracam z pracy i mam kolejne obowiązki związane z prowadzeniem domu. Nigdy nie mam czasu poczytać, bo Pola ciągle się drze, ciągle czegoś chce. Proszę Antka, żeby mi pomógł, ale on mówi, że jest zmęczony. On może być zmęczony, a ja nie? Mówię ci mamo, najchętniej bym rzuciła tym wszystkim w cholerę. Zostawiłabym Antkowi Polę, żeby zobaczył, jak to jest fajnie samemu zajmować się dzieckiem, gotować obiadki i sprzątać mieszkanie. Ciekawe czy miałby wtedy siłę na nieustanne imprezki ze znajomymi?

— Dziecko, nie powtarzaj nikomu tych bredni, bo się spalę ze wstydu i rób, co do ciebie należy. Było nie wskakiwać do łóżka z Antkiem, to byś teraz problemu nie miała.

— Mogłam zostać panną z dzieckiem, ale nie!!!! Jak tylko wy z ojcem usłyszeliście, że jestem w ciąży, to zaraz miałam wyciągnięty akt chrztu z kościoła. Pognaliście do księdza, jakby się za wami kurzyło. A mnie nikt nie pytał, czy chcę wychodzić za mąż!!! — wybuchła Lena, gdyż ta dyskusja wyprowadziła ją z równowagi.

— Moja droga, mogłaś powiedzieć, że masz inne plany — powiedziała mama urażonym tonem, chociaż dobrze wiedziała, że córka miała rację.

— Tak!!! Przez całe życie „mogłam” mówić co myślę i robić co chcę, prawda? Jeśli tylko śmiałam wyrazić swoje zdanie na jakiś temat, od razu była kara, szlaban czy inne metody, którymi udowadniałaś mi, kto jest górą!

— Lena, byłaś dzieckiem! To oczywiste, że rodzice są od tego, by decydować za swoje dzieci i zawsze kierują się ich dobrem. Teraz też chcieliśmy dla ciebie jak najlepiej. Nie rozumiem, dlaczego tak narzekasz? Antek naprawdę nie jest taki zły, a już na pewno lepszy od jego poprzednika — dodała mama.

— Może według ciebie! Ja bardzo żałuję, że w ogóle związałam się z Antkiem i gdybym mogła, to wróciłabym do tamtego.

— Ale nie możesz! — ucięła matka z satysfakcją — I chwała bogu.

I tyle było rozmowy.

Później już Lena nie próbowała z nią o tym rozmawiać, ale rozgoryczenie było coraz większe.

***

Przyszło lato i czas urlopów. Przez ostatnich kilka lat małżonkowie nigdzie nie wyjeżdżali. Najpierw powodem było małe dziecko, później rozwój firmy stawiany był przez nich na pierwszym miejscu. Dopiero w tym roku postanowili to zmienić, planując na początek lipca wyjazd nad morze. Chcąc naprawdę odpocząć, zdecydowali, że wyślą Polę z rodzicami Antka w Bieszczady. Teściowa miała tam, odziedziczony po swoich rodzicach, dom. Każdego roku spędzała w nim całe lato, a czasem i jesień. I odkąd Pola pojawiła się na świecie, teściowa zabierała ją ze sobą, odciążając w ten sposób wiecznie zapracowane małżeństwo. Oczywiście Lena nasłuchała się różnych uwag na ten temat ze strony swojej święcie oburzonej rodzicielki:

— Jaka z ciebie wyrodna matka — mówiła z przyganą mama, zapominając, że gdy Lena była mała, pojechali z ojcem na wakacje do Bułgarii bez niej i bez brata. — Powinnaś zabrać Polę ze sobą, a nie podrzucać ją teściowej, jak kukułka.

— Ja też mam prawo do odpoczynku — odszczeknęła się wtedy ostro. — Gdy zabiorę Polę, to równie dobrze mogę w domu zostać, bo to dla mnie nie będą żadne wakacje. Antek będzie odpoczywał, a ja będę dziecka pilnować.

— Zupełnie tego nie rozumiem. Jakoś twoja teściowa może z nią na wakacje jechać?

— A ja nie mogę i tyle. Teściowa ma więcej cierpliwości. Wnuki kocha się inaczej niż własne dzieci. Koniec dyskusji, jak ci nie pasuje, by teściowa ją wzięła, to sama się nią zajmij — Lena była już całkiem wyprowadzona z równowagi, więc przestała się kontrolować. — Mówiłam ci kiedyś, że bycie matką, to nie moja życiowa rola. Oskara za nią na pewno nie dostanę. Uwielbiam, kiedy teściowa przejmuje opiekę, bo wtedy mam czas dla siebie. Mam złudzenie bycia wolną.

— No wiesz? — mamę zapowietrzyło. — Jak możesz tak mówić? Przecież to twoja córka! Nie kochasz jej?

— Kocham, ale nie tak jak inne kobiety kochają swoje dzieci. Jestem po prostu inna.

— Inna??? Jesteś nienormalna!!!

— Mamo, po co ta dyskusja? To już postanowione. Jedziemy z Antkiem sami.

Później jeszcze koleżanka Iza, z którą chodziła na spacery, powiedziała jej, co myśli:

— Wiesz Lena, ja nie zostawiłabym swojej Róży z teściową na cały tydzień. Tęskniłabym jak cholera, a poza tym zżarłyby mnie wyrzuty sumienia — powiedziała ostrożnie koleżanka, gdy siedziały na ławce w parku, a ich dzieci bawiły się obok na placu zabaw.

— No cóż, Iza, ja jestem egoistką, która potrzebuje odpocząć przynajmniej od jednego z dzieci — wypaliła.

— Jak to? A masz jeszcze jakieś inne dziecko? — mało inteligentnie zdziwiła się Iza.

— Tak. Mam. Antka. On też zachowuje się jak małe dziecko i naprawdę nie mam ochoty zajmować się dwójką na urlopie.

— Już lepiej byś zrobiła, gdybyś pojechała z Polą, a jego zostawiła w domu.

— Może twoim zdaniem… Antka trzeba pilnować. Jak popije, to zawsze szuka damskiego towarzystwa, więc zapewne zaraz by sobie jakąś babę przygruchał i po wakacjach miałabym imponujące poroże, niczym jeleń.

— Och już od razu znajdzie sobie babę. Zależy ci? Mnie tam bardziej na Róży zależy. A mąż? — Iza przechyliła głowę i na chwilę zawiesiła głos. — Jest, to jest, a jakby go nie było, to bym się nie zmartwiła. Chłopa sobie zawsze znajdę jak będę chciała, a dziecko to moja krew. Jest dla mnie całym światem.

Lena przez chwilę się nie odzywała. A to ci niespodzianka. Iza ma Filipa w głębokim poważaniu? W życiu by się nie spodziewała. Iza z Filipem wyglądali na takie zgodne małżeństwo. Robili wszystko razem. No tak, zreflektowała się. Robili wszystko razem, to znaczy Filip pomagał Izie w opiece nad Różą, sprzątał w domu, czasem też gotował. To czemu go nie doceniała? Mieć w domu taki skarb i tak go olewać?

— Ty wiesz — kontynuowała Iza — że ja nawet na popołudnie nie lubię Róży zostawiać u teściowej? Ona czasem prosi o to, a mnie cholera bierze. Nie lubię się z małą rozstawać. Nie rozumiem kobiet, które podrzucają dzieci matkom czy teściowym. Przecież zabawa z dzieckiem to sama przyjemność. Razem czytamy książeczki, chodzimy na plac zabaw, bawimy się w berka. Nie lubisz tego? Ja uwielbiam. Najchętniej rzuciłabym pracę i zajmowała się Różą cały czas, ale niestety potrzebujemy kasy. Filip nie zgodziłby się, żebym siedziała w domu.

— Ja zaś wolałabym cały czas pracować niż siedzieć w domu. Nie lubię zajmować się dzieckiem. Brakuje mi książek, ale takich dla dorosłych. Nie mam czasu czytać. Czasem, gdy jakaś książka mnie wciągnie, to myślę o niej cały dzień. Liczę na to, że przyjdzie wieczór i wtedy będę mogła dowiedzieć się, co było dalej. Tymczasem rzeczywistość jest zgoła inna. Gdy przychodzi wieczór, sama padam na pysk, a jeszcze mam w domu faceta, który ma duże potrzeby seksualne. Stosuję uniki, ale nie zawsze mi się udaje. Czasem długo w wannie siedzę. Czasem coś w kuchni robię. Jednak zdarza się, że Antek czeka do oporu. Kiedyś mu powiedziałam, że nie będę się z nim kochać, to płakał w łazience — przypomniała sobie Lena.

— Oj Lenka, Lenka, przecież seks to sama przyjemność… — radośnie stwierdziła Iza.

— Przed urodzeniem Poli dosyć lubiłam seks. Powtarzam: dosyć lubiłam! Może fajerwerków nie było, ale nie unikałam go. Teraz wieczorem chce mi się tylko spać. Ani w głowie mi jakieś harce. Rano wstaję przed Antkiem. Robię nam wszystkim śniadanie. Ubieram Polę do przedszkola. Antek w tym czasie śpi jak król. Budzę go przynajmniej pięć razy, zanim wstanie. Ósma godzina to nie środek nocy, a ten się zachowuje, jakby wstawał o piątej. To jest nie do wytrzymania!

— My nie mamy problemu ze wstawaniem — odpowiedziała Iza. — Dzwoni budzik, więc wstajemy, jemy śniadanie, wychodzimy do pracy. Nawet Róża za bardzo nie marudzi.

— Wiesz? Powinnaś bardziej doceniać swego męża — podsumowała Lena całą dyskusję. — Bo ktoś ci go w końcu ukradnie. Będziesz wtedy płakać rzewnymi łzami.

Koleżanka spojrzała na nią z powątpiewaniem. Widać było, że nie zamierza brać serio tej uwagi. Lena machnęła ręką. Nie sądziła, że mogłyby się porozumieć. Dla Izy najważniejsze było dziecko, a na szarym końcu związek z mężczyzną. Dla Leny dokładnie na odwrót, tyle że nie ten związek i nie ten facet. Nie Antek! Brakowało jej motyli w brzuchu, miłości unoszącej ją nad ziemią, ale nie powiedziała tego Izie. Przemknęło jej przez myśl, że chciałaby się znowu zakochać. Czasem jednak trzeba uważać z życzeniami, bo mogą się spełnić…

***

Ten urlop zmienił wszystko…

Lena zakochała się jak nastolatka.

Młody sąsiad z bloku podobał się Lenie od zawsze. Nie można powiedzieć, żeby był jakoś super przystojny, ale Lena nigdy na to nie patrzyła. Facet miał się podobać jej, a nie koleżankom. No więc się podobał. Miał wydatne usta i jasne blond włosy. Był drobnej, ale żylastej budowy ciała. Mieszkał piętro wyżej z matką i ojcem. Brat zdążył się już wyprowadzić. Rodzina była patologiczna. Nie jeden raz słyszała odgłosy dochodzących stamtąd awantur, ale nikt w bloku nie ingerował więc i oni z Antkiem także siedzieli cicho.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 44.44