Rozdział 1
Napięta niczym struna żyłka wyprostowała się nagle, przerywając ciszę nad brzegiem Bałtyku. Czerwony spławik zanurzył się kilka razy, dając znak, że kolejna zdobycz połknęła haczyk. Michał z wyczuciem kręcił korbką kołowrotka. Terkot mechanizmu przypominał miarową pracę wskazówek zegara. Każdy obrót przybliżał mężczyznę do celu.
W metalowym wiadrze pływały już cztery sztuki. Ta ostatnia nie szarpała się tak mocno jak poprzednie; raczej poddała się na starcie, jakby przeczuwała nieuchronny los. Wędkarz przyspieszył zwijanie, by woda stawiała mniejszy opór. Poderwał wędkę, jednocześnie domykając dystans szybkim ruchem korby. Kilka minut później na powierzchni ukazała się ryba. Wybijała ogonem rytm o taflę wody, nie mając już sił na walkę w głębinie.
Michał ocenił jej wielkość, sprawnym ruchem wypiął haczyk z pyska i wrzucił ją do wiadra.
— Na dziś koniec — mruknął do siebie.
Złożył wędkarskie krzesełko, zabezpieczył wędziska i schował akcesoria do torby. Chwycił wiadro. Ruszył ścieżką w górę, w kierunku domu stojącego na szczycie klifu. Wdrapywanie się po kamienistym zboczu z obciążeniem było wyzwaniem, ale dla byłego żołnierza takie podejście nie stanowiło problemu. Mięśnie wyćwiczone w armii wciąż pracowały bez zarzutu. Ostatnie metry pokonał pewnie, niemal przeskakując rozpadliny skalne wielkimi susami.
Dom na północnym krańcu wyspy stał otworem. Michał znalazł go przypadkiem, szukając własnego miejsca na ziemi. Pobliska wioska Hallshuk zamierała poza sezonem, co czyniło tę okolicę idealną oazą odosobnienia. To nie była Warszawa. Stolica Polski rozrastała się w obłędnym tempie, pożerając okoliczne wsie i zamieniając je w betonowe dzielnice. Gotlandia, zagubiona gdzieś na środku Bałtyku, była dla niego bezpieczną jaskinią — schronieniem przed przeszłością.
Pierwszy okoń, już sprawiony i obtoczony w mące, zaskwierczał na patelni. Służba wojskowa nauczyła Michała samowystarczalności, także w kuchni. Kiedy był szeregowcem, często trafiał na garnuszek do kucharzy. Później, gdy przeszedł selekcję do FORMOZY, na misjach zagranicznych jadał to, co udało się zdobyć w lokalnych akwenach.
Kilka minut później złota panierka ozdobiła bałtyckiego okonia. Były komandos sięgnął po widelec, by skosztować dzieła, lecz wibracja telefonu przerwała mu posiłek. Czarny, prostokątny przedmiot niemal wyślizgnął mu się z rąk ubrudzonych tłuszczem. Gdy na ekranie wyświetliło się imię „Jaro”, Michał zamarł. Przez głowę w ułamku sekundy przemknęły mu obrazy z jednostki. Czego po dwóch latach w cywilu mógł chcieć od niego były dowódca?
Odebrał.
— Zadomowiłeś się już na dobre na tej skale? — Głos Jaro brzmiał chłodno.
Był sarkastyczny i opanowany, ale do bólu lojalny. Takiego go Michał zapamiętał. Szef nie zmienił się ani trochę przez te wszystkie miesiące.
— Czyżby komandor wydzwaniał do każdego podwładnego w stanie spoczynku? — odbił piłeczkę Michał.
— Tylko do moich najlepszych ludzi.
— Panie komandorze, melduję posłusznie: Gotlandia zdobyta — Michał przełączył telefon na tryb głośnomówiący i wrzucił kolejną rybę na patelnię.
— Różycki, nie wygłupiaj się. Brakuje mi tu takich jak ty.
— Młodziki nie umieją pływać? — Michał obrócił rybę na drugi bok.
— Twój rocznik był ostatnim z najlepszych, jakie miałem. Poza tym politykierzy znowu mieszają się do naszych spraw… — uciął Jaro.
Michał przypomniał sobie lata pod dowództwem komandora Jarosława „Jaro” Stępińskiego i jego utarczki na sejmowych salonach. Szef zawsze walczył o zwiększenie nakładów finansowych na formacje takie jak GROM czy jego FORMOZA. Polska już dwa lata temu potrzebowała wzmocnień; konflikt na Ukrainie był tego najlepszym dowodem. Niestety cywile w garniturach z Wiejskiej nie rozumieli nowoczesnego pola walki. Przez te przepychanki komandor o mało nie został dyscyplinarnie usunięty z armii.
— Pan wybaczy, że nie mogłem zostać. Rozstanie z żoną, walka o majątek…
— Wiem, co czujesz, Michał. Kiedy odeszła moja druga połowa, też przeżyłem załamanie. Śmierć to wprawdzie nie rozwód, ale coś te sprawy łączy.
— Pan jednak został w Formozie… — Różycki wrzucił na gorącą patelnię trzeciego okonia.
Olej prysnął na wszystkie strony, a kilka kropel spadło na ekran telefonu, lądując dokładnie na napisie „Jaro”. Różycki lekko się uśmiechnął.
— Samotność i brak pomysłu na życie przybijają. Uciekłem w pracę i tyle. — Do uszu komandora doleciały odgłosy smażonej ryby. — Co tam pitrasisz?
— Rozbitka ze szwedzkiego statku handlowego — Różycki zaśmiał się do słuchawki.
Po drugiej stronie na chwilę zapadła cisza.
— Dobrze. Koniec ze wspomnieniami. W zasadzie dzwonię do ciebie w innej sprawie.
— Uprzedzam pytania: nie piszę się na misje jako najemnik.
— Nie o to chodzi, Różycki. Stul dziób i słuchaj.
Michał przełożył rybę na talerz i wyłączył płytę indukcyjną. Miał wrażenie, że znów jest w gabinecie Jaro na odprawie przed kolejną misją. Komandor kontynuował:
— Od momentu wybuchu konfliktu na Ukrainie Ruscy wypuścili na Bałtyk dwie łodzie podwodne i niszczyciele. NATO przeczuwa, że twoja spokojna ostoja może być ich celem.
— Czerwoni chcą zająć ten skrawek lądu? — Michał podniósł telefon do ucha, wyłączając tryb głośnomówiący.
— Sojusz bierze pod uwagę rozszerzenie konfliktu. Kluczem do panowania na morzu ma być opanowanie Gotlandii. Taki scenariusz zakładają też Amerykanie, którzy wysyłają w ten rejon swoje jednostki.
Różycki wyciągnął paczkę papierosów z kuchennej szuflady. Zapalił jednego, zaciągając się tak mocno, że usłyszał to komandor.
— Niech zgadnę: mam być czujnym szpiegiem Rzeczypospolitej?
— Na polityków nie mam co liczyć. Kłócą się teraz o to, ile sankcji jeszcze nałożyć na Rosję. Wojskowi zerkają na sojuszników z NATO, którzy radzą zwiększyć czujność na Bałtyku. Więc gdybyś coś zauważył albo usłyszał…
— Jasne. Jak zacznie się inwazja, polecę strzelać pierwszy. Panie komandorze, ryba mi stygnie.
Jaro westchnął do słuchawki tak ciężko, że Michał poczuł mrowienie na skórze. Najwyraźniej lojalność wobec niedawnego szefa jeszcze nie wygasła. Ciało zareagowało jak u dobrze wyszkolonego żołnierza pozostającego w ciągłej gotowości. Michał niemal stanął na baczność; powstrzymała go jedynie niewidzialna siła nabytego w cywilu dystansu.
— Różycki… gdyby nie fakt, że jesteś w cywilu…
— Panie komandorze, żartowałem. Jak będzie się coś dziać, pomogę. Człowiek wychodzi z armii, ale służba z człowieka nigdy — Michał zaciągnął się kolejną porcją dymu, po czym powoli wypuścił go ustami.
— Dziękuję. Miej oczy i uszy otwarte — rzucił Jaro i rozłączył się.
Komandos zgasił peta w popielniczce i wrócił do ryby. Zjadł kilka kęsów, czując na podniebieniu słony smak Morza Bałtyckiego. „Służba z człowieka nie wychodzi” — te słowa znów zabrzmiały mu w głowie. Minęły dwa lata spokoju od odejścia z FORMOZY i świat znów się o niego upomniał. Gdziekolwiek by nie uciekł, los i tak go znajdował. Chwycił widelcem płat okonia i zaczął żuć. Przez chwilę planował puścić prośbę dowódcy mimo uszu. NATO, wojna, nurkowanie w lodowatych odmętach — chciał od tego odpocząć tutaj, na wyspie.
Bił się z myślami jeszcze przez kwadrans, podjadając resztki panierki. Doszedł w końcu do wniosku, że jakieś zajęcie pozwoli mu skuteczniej zapomnieć o rozwodzie. Zabawa w szpiega? Czemu nie. Lepsze to niż wypieranie bolesnych wspomnień na siłę.
Wstał, otworzył zmywarkę i wstawił do niej naczynia. W chwili, gdy chciał zatrzasnąć drzwiczki, usłyszał dwa głośne uderzenia w drzwi. Dudnienie wypełniło kuchnię niczym huk pioruna. W pierwszej chwili Różycki pomyślał, że to wyobraźnia przywołała wojenne echa. Telefon od byłego szefa mógł uruchomić lawinę niechcianych skojarzeń. Ocknął się dopiero przy kolejnym łomocie — tym razem nieco słabszym.
Podszedł do wejścia i szarpnął za klamkę. W progu stał blondyn. Ledwo trzymał się na nogach, kołysząc się na boki niczym kadłub statku na fali. Komandos, mimo doskonałego refleksu, nie zdążył złapać przybysza. Mężczyzna zwalił się do środka i padł na podłogę niczym ścięte drzewo.
Rozdział 2
Sterta dokumentów przewalała się przez biurko niczym śmieci na wysypisku. Nieposegregowane teczki, oznaczone różnymi kryptonimami, walały się też na podłodze. Jaro z trudem przeciskał się przez ten bałagan, chodząc nerwowo z kąta w kąt. Od kilku dni atmosfera w bazie nie pozwalała mu skupić się nawet na sprzątaniu. Jedyne, co robił bezbłędnie, to palenie. Jak w zegarku, co godzinę dym wypełniał każdy zakamarek jego gabinetu w budynku portowym.
Między jednym a drugim zaciągnięciem obserwował wychodzące w morze jednostki. Okręty Marynarki Wojennej tuż za falochronem południowym zwiększały obroty, szybko znikając za horyzontem. Cywilne łajby, jakby ceremonialnie, wolno mijały wyjście z portu, mozolnie opuszczając wody terytorialne Polski. Jaro, stojąc w oknie, doszedł kiedyś do wniosku, że armatorzy musieli wydać specjalne rozkazy: pasażerowie mieli oglądać widok oddalającej się Gdyni jak najdłużej. Taka dodatkowa atrakcja w cenie biletu. Splunął kilka razy przez framugę, pozbywając się gorzkiego posmaku nikotyny.
Krawaciarze z Warszawy przez lata cięli koszty, co doprowadziło do rozłożenia armii na łopatki. Stępiński nie mógł się nadziwić, jak szybko, w zaledwie rok, zlikwidowano WSI, pozostawiając kontyngenty polskich żołnierzy bez wsparcia wywiadowczego. Potem przyszła kolej na nich — elitę NATO, Formozę. Walczyli w Afganistanie, Iraku i Syrii, by w końcu zostać uziemionymi i zapomnianymi przez polityków. Jaro pociągnął kolejny łyk dymu. Uśmiechnął się pod nosem na myśl o panice, jaka wybuchła w stolicy, gdy Ruscy ruszyli na Ukrainę. Takiego „popłochu” wśród cywili dawno nie widział. Nagle wszystkie jednostki bojowe dostały zastrzyk gotówki i wolną rękę. Sytuacja skomplikowała się jednak, gdy rosyjskie fregaty wyszły na Bałtyk. NATO dało jasno do zrozumienia: jedna iskra może przeistoczyć się w trzecią wojnę światową.
Komandor podszedł do biurka i wygrzebał ostatni raport. Słowo „Gotlandia” pojawiało się w co drugim zdaniu. Największa wyspa na środku Bałtyku, należąca do Szwecji, mogła stać się nową zawleczką w wojennym granacie. Na dodatek Szwedzi długo opierali się przed wejściem do Sojuszu, który teraz działał w pośpiechu, by nadrobić stracony czas.
— Nie przeszkadzam? — Komandor odwrócił się gwałtownie. W progu gabinetu stał ubrany w garnitur, niemal łysy facet. Wyszczerzył zęby, ściskając w ręku czarną teczkę.
— Chyba nie byliśmy dzisiaj umówieni. — Jaro usiadł za biurkiem, nie zapraszając gościa do środka.
— Nastały takie czasy, że nie musimy się umawiać — odparł „garniak”, robiąc kilka kroków w stronę biurka.
— Nadal nie rozumiem. — Jaro splótł dłonie na piersi i oparł się ciężko w fotelu.
— Leon Kord, oficer SWW. — Nieznajomy wyciągnął rękę. Stępiński zawahał się, ale po sekundzie odwzajemnił gest.
— Proszę siadać. Co sprowadza kontrwywiad do naszej bazy?
Oficer uśmiechnął się lekko, zajmując miejsce naprzeciwko komandora. Omiótł wzrokiem pomieszczenie. Stępiński odniósł wrażenie, że gość przyjechał go przesłuchać. Pytanie brzmiało: w jakim celu? Czyżby szykowała się tajna misja na Ukrainie? Oficjalnie wojsk NATO tam nie było. Nieoficjalnie jednak…
— Wróciliście do łask przez te walki na wschodzie. — Kord wyjął z teczki kilka kartek zapisanych drobnym drukiem. Położył je przed Stępińskim, układając je w wachlarz. Wyglądało to tak, jakby komandor miał za chwilę wylosować jedną z nich niczym kartę w kasynie.
— To raporty naszych agentów z akwenu Bałtyku. Rosjanie po sukcesach na Ukrainie i przełamaniu frontu puścili armadę na morze.
— Dwa okręty podwodne i niszczyciele. Wiem to od swoich ludzi — uciął Jaro.
— Właśnie. — Oficer SWW uniósł jedną z kartek zatytułowaną „Gotlandia”. Przez moment analizował tekst, jakby widział go po raz pierwszy, po czym podał dokument Stępińskiemu.
Komandor wczytał się w raport ze Szwecji. Wynikało z niego, że okręty podwodne rozpoczęły ciszę radiową tuż po minięciu wysepki Gotska Sandön, położonej na północ od Gotlandii. Na końcu widniała krótka, porażająca informacja o zatonięciu jednej z jednostek.
— Nie rozumiem ostatnich wersów. Jeden z okrętów eksplodował po osadzeniu się na dnie? — Stępiński zmarszczył brwi i spojrzał na oficera.
— Ma pan to czarno na białym. Czyż nie?
— Kto ich zdjął? Amerykanie? Brytyjczycy? — Jaro świdrował Korda wzrokiem, próbując odgadnąć odpowiedź.
Oficer odebrał kartkę i położył ją na biurku. Jego twarz skamieniała.
— Ani jedni, ani drudzy, panie komandorze.
— Awaria? Powtórka z Kurska?
— To próbują ustalić Szwedzi. Wysyłają drona podwodnego. Rosjanie oficjalnie milczą, nabrali wody w usta.
— Dziwne, że nie wywołali jeszcze propagandowej burzy — mruknął komandor i wyciągnął w stronę gościa paczkę papierosów. Kord odmówił krótkim skinieniem głowy i zaczął chować dokumenty do teczki.
— Proszę szykować najlepszy zespół. FORMOZA ma być w pełnej gotowości. — Agent SWW wstał i ruszył ku wyjściu. Zatrzymał się dopiero przy drzwiach. Wsunął dłoń do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyciągnął białą kopertę. Podał ją zaskoczonemu Stępińskiemu, po czym wyszedł bez słowa.
Komandor stał przez chwilę jak zahipnotyzowany, wpatrując się w biały prostokąt. Czuł, że w środku znajduje się oficjalne pismo. Wyciągnął kartkę. Rozkaz z Ministerstwa Obrony Narodowej nie pozostawiał złudzeń: nakazywał wszystkim żołnierzom, bez wyjątku, natychmiastowe stawiennictwo w jednostkach. Jaro zbladł. Rosyjski wrak na dnie Bałtyku mógł oznaczać tylko jedno. Eskalację, na którą nikt nie był gotowy.
Rozdział 3
Srebrny Gulfstream przecinał niebo nad Atlantykiem niczym rozgrzany nóż wchodzący w masło. Pilot pchnął przepustnicę do oporu, gdy tylko zostawili za sobą wschodnie wybrzeże USA. Kiedyś nad tym bezkresem wód z ogłuszającym hukiem latały Concorde’y, zamieniając ocean w pole bicia rekordów prędkości. Gulfstream nie pędził tak szybko jak sławna maszyna pasażerska i ustępował jej wielkością, był jednak wystarczającym środkiem transportu dla służb wywiadowczych Stanów Zjednoczonych. Tylko nieliczni mogli otrzymać pozwolenie na przelot „srebrną strzałą”, jak nazywano maszynę w Langley. Specjalny bilet na pokład wystawiał sam szef CIA.
Anna Lind dostała rozkaz wyjazdu nagle, właśnie gdy szykowała się do urlopu. Wniosek o odpoczynek cofnięto jej w trybie natychmiastowym. Zamiast na Hawajach, z dala od szpiegów i wojen, siedziała teraz nad Atlantykiem, studiując stertę raportów. Pomarańczową teczkę szef wcisnął jej osobiście w chwili wejścia do samolotu. Podziękował jedynie za szybkie przybycie i odprawił ją bez słowa wyjaśnienia. Kilka minut później była już na pułapie przelotowym, ponad zwartą warstwą chmur.
Lind zerknęła raz jeszcze na ostatnie strony raportu. Szef wyraźnie podkreślił zdania: „anomalie na dnie morza w rejonie Gotlandii” oraz „awarie przyrządów pomiarowych”. Agentka miała przed sobą dokumentację czegoś, co w centrali określono jako zjawiska skrajnie niepokojące. Porównała zapiski dotyczące Bałtyku z pozycjami rosyjskich okrętów. Flota uderzeniowa, która wyszła z Petersburga, dziwnym trafem zatrzymała się w okolicy szwedzkiej wyspy. Rosjanie stali na kotwicy czwarty dzień, zachowując całkowitą ciszę radiową. W dobie kryzysu na Ukrainie było to zjawisko zagadkowe i groźne.
Samolot wleciał nad kontynent, przecinając linię brzegową Francji. Pilot skorygował kurs w okolicach Nantes. Anna z trudem przełknęła ślinę na myśl o rodakach, którzy pod nią spędzali właśnie wymarzone wakacje. Francuskie winnice cieszyły się ostatnio ogromnym wzięciem; Amerykanie mieli dość zatłoczonych autostrad we własnym kraju, wybierając pozornie spokojniejszą Europę. I to mimo wojny szalejącej na wschodzie. Niemcy i Polska wydawały się turystom wystarczającym buforem bezpieczeństwa.
— Jesteśmy na wysokości Hamburga, za pół godziny podchodzimy do Visby — metaliczny głos z głośnika wyrwał agentkę z lektury.
Zaczęła zbierać rozrzucone strony, chowając je z powrotem do pomarańczowej teczki. Samolotem szarpnęło, gdy maszyna wleciała nad Morze Bałtyckie. Z lewej strony Lind dostrzegła Bornholm, który po chwili zniknął za horyzontem. Mówi się, że najtrudniejszy jest start i lądowanie, jednak dotknięcie pasa w Visby było niczym muśnięcie piórem. Agencja zatrudniała tylko najlepszych pilotów.
— Witamy na Gotlandii, panno Lind! — Mężczyzna w czarnym garniturze krzyknął w stronę Anny, gdy ta schodziła po stopniach. Machał do niej energicznie, niczym mąż, który rok nie widział żony.
— Anna Lind, sekcja wywiadu CIA — rzuciła oschle, nie odwzajemniając uśmiechu.
— Erik Holm, szwedzki kontrwywiad SÄPO.
— Mój szef przekazał, że ma mi pan udzielić wszelkiej pomocy.
— Mój powiedział mi to samo. — Erik wskazał ręką na czarnego Mercedesa. — Ma pani szczęście, że w ogóle wylądowała na wyspie.
— Nie rozumiem.
— Od północy rząd zaostrzył reguły podróżowania na Gotlandię. Wszystko przez tych Rosjan, którzy tam stoją. — Holm wskazał dłonią kierunek wschodni.
— Chyba nie obawiacie się inwazji? — odparła Lind, gdy wsiadali do samochodu.
Szofer uruchomił silnik, który wydał pomruk niczym kot zamknięty w klatce. Anna przez chwilę myślała, że maszyna jest elektryczna — pracowała niezwykle cicho. Szwedzi, podobnie jak cała Skandynawia, od lat mieli obsesję na punkcie ekologii. Zupełne przeciwieństwo USA, gdzie nadal królowały potężne, ryczące diesle.
— Dostaliśmy od was raporty o okrętach podwodnych na północ od wyspy. To wystarczyło, by politycy zdecydowali tak, a nie inaczej.
Samochód ruszył w stronę bramy lotniska. Minął posterunek kontrolny i skierował się do centrum Visby.
— Teraz pewnie żałujecie, że nie jesteście w NATO?
— Politycy żałują wszystkiego, ale zazwyczaj po fakcie — skwitował Holm, gdy podjechali pod hotel Landgården. — Proszę się odświeżyć, panno Lind. Za godzinę mamy odprawę na miejscowym posterunku policji.
Agentka skinęła głową i weszła do hotelu. W portierni szybko wypełniła kartę meldunkową, po czym udała się do pokoju. Gdy zdjęła buty, poczuła trudy podróży. W łazience był tylko prysznic, ale to wystarczyło, by odzyskać siły na resztę dnia.
Punktualnie sześćdziesiąt minut później znów siedziała w Mercedesie, który kluczył wąskimi uliczkami stolicy Gotlandii. Miejscowy posterunek policji różnił się od wszystkiego, co Lind widywała do tej pory. Wyglądał jak poniemiecki bunkier; niemal pozbawiony okien, z jedynymi drzwiami od frontu. Surowa bryła betonu z delikatnie odświeżoną elewacją pamiętała zapewne mroczne czasy zimnej wojny. W korytarzu spotkała Holma. Tym razem nie uśmiechał się szeroko. Bez słowa ruszyli w stronę sali konferencyjnej na pierwszym piętrze.
Pomieszczenie było niewielkie jak na pokaźne rozmiary samego budynku. Stoły ustawiono w półokrąg, z centralnym miejscem dla dowodzącego. Po bokach stały drewniane krzesła z metalowymi oparciami, przypominające te ze szkolnych klas. Siedziało na nich dwunastu mężczyzn — wojskowi i cywile. Gdy weszła, zmierzyli ją wzrokiem, z trudem kryjąc protekcjonalne uśmieszki. Była jedyną kobietą w tym towarzystwie.
Z wyuczonym opanowaniem zajęła miejsce, a Holm usiadł obok niej. Po chwili do sali wszedł tęgi, łysy mężczyzna. Anna natychmiast rozpoznała szefa SÄPO. Lars Berg, ubrany w mundur polowy, bardziej przypominał dowódcę szykującego się na front niż urzędnika mającego wygłosić prelekcję. Zerknął podejrzliwie na agentkę CIA, dając jej do zrozumienia, że nie jest tu mile widziana. Lind pamiętała z raportów, że Szwedzi zawsze utrudniali zagraniczne śledztwa w rejonie Skandynawii.
— Pozwolą państwo, że będę mówił po angielsku — rzucił łysy. — Mamy sytuację nadzwyczajną. Dlatego zdecydowałem się zasięgnąć pomocy u naszych amerykańskich przyjaciół. — Zmierzył wzrokiem Annę, która lekko skinęła głową. — Pani Anna Lind z CIA. Witamy na wyspie. Proszę referować.
Agentka popatrzyła po zgromadzonych. Wyglądali jak dwunastu apostołów o kamiennych twarzach. Ich chłodne spojrzenia niemal ją zmroziły.
— Moja agencja od kilku dni śledzi ruch jednostek rosyjskich w rejonie Gotlandii — zaczęła. — Wykryliśmy aktywność nawodną oraz dwa obiekty podwodne, o czym na bieżąco informowaliśmy SÄPO.
— Jednak nie to nas niepokoi… — Lind zerknęła na Berga, który zmarszczył brwi. Erik też z zaciekawieniem spojrzał w stronę agentki. Kobieta nabrała powietrza w płuca. — Jeden z rosyjskich okrętów podwodnych zatonął. Początkowo wydawało się, że to awaria, jednak nasz satelita zarejestrował dziwne anomalie. Coś na kształt impulsu elektromagnetycznego w rejonie zaginięcia jednostki.
W sali zapadła głucha cisza.
— Impuls elektromagnetyczny? — bezgłos przerwał Berg.
— Na głębokości około dziewięćdziesięciu metrów, w bliskiej odległości od Gotska Sandön.
— Sugeruje pani atak podwodny kogoś z NATO?
— CIA niczego nie sugeruje. Nie mamy wglądu pod powierzchnię. To może być równie dobrze nowa broń. Rosjanie mogli wypłynąć na Bałtyk, by ją przetestować, a konflikt na Ukrainie idealnie odwraca uwagę.
— Za dużo w tym wszystkim słowa „może” — Berg wstał od stołu. Lind spojrzała na niego podejrzliwie, przypominając sobie o legendarnej nieufności Szwedów. Szef SÄPO rozejrzał się po sali, jakby szukał wsparcia u kolegów. Beznamiętne wodzenie wzrokiem zakończył na Lind.
— Langley liczy na pomoc szwedzkiego rządu. Ta sprawa musi zostać wyjaśniona jak najszybciej. — Agentka CIA wyprostowała się na drewnianym krześle niczym wzorowa uczennica. Lars spuścił wzrok. To zadziałało jak sygnał dla wytrenowanego pracownika wywiadu. — Chyba że wy wiecie już coś więcej? — wyrwała Berga z zamyślenia.
— Obecnie nasz kontrwywiad niczego dokładnie nie ustalił. Jednak tuż przed spotkaniem dostałem zaszyfrowaną wiadomość. Marynarka Wojenna za godzinę wejdzie w rejon wyspy z rozkazem pełnej gotowości bojowej.
— Mieliście nas informować o każdym ruchu! — Anna wstała gwałtownie. Lars Berg zrobił krok w tył. Najwyraźniej rzadko spotykał się z taką reakcją, zwłaszcza ze strony kobiety.
— Szwecja nie jest w NATO, Rosjanie o tym wiedzą. Jeśli na Bałtyku ma dojść do bitwy, chcemy dyktować warunki.
Erik stanął naprzeciw Anny Lind, patrząc jej prosto w oczy i dając niemy znak, by odpuściła dalszą wymianę zdań. Sala konferencyjna opustoszała w kilka minut. Szef SÄPO wyszedł pierwszy, a za nim posłuszni podwładni. Nikt więcej się nie odezwał. Agentka CIA odniosła wrażenie, że dwunastu pretorianów stanowiło tylko tło dla tej sceny.
— Nigdy nie widziałam tak krótkiej odprawy. I co to miało być? Dwunastu apostołów?
— My, Szwedzi, nie tracimy czasu na gadanie. Wolimy konkrety i rozkazy — rzucił Holm.
— Tak czy inaczej, ta wymiana zdań była dość tajemnicza. Nie uważasz?
— Pozwól, że nie będę podważał kompetencji swojego przełożonego. — Szwed ruszył w stronę wyjścia, a Lind podążyła za nim. Po chwili znaleźli się przed budynkiem.
— Zapewniałeś mnie na lotnisku, że udzielicie wszelkiej pomocy. Tymczasem to moja agencja wie więcej niż wasz rząd. — Agentka CIA nie kryła ironicznego uśmiechu. Erik jedynie pokiwał głową. — Muszę zameldować o „owocnym” spotkaniu. — Wyciągnęła telefon, niemal ceremonialnie pokazując go Erikowi. Ten przytaknął i wrócił do budynku policji.
Anna wybrała numer. Rozmówca po drugiej stronie Atlantyku odebrał niemal natychmiast. Lind usłyszała znajome sapanie.
— Jakieś postępy w sprawie? Co mówili Szwedzi?
— Miałam najkrótszą odprawę sztabu kryzysowego w karierze — rzuciła Anna do słuchawki.
— Mówiłem ci, to specyficzny naród. Europejczycy działają chaotycznie — odparł George.
— Mam wrażenie, że wiedzą więcej. Zasłaniają się brakiem akcesji do NATO, co daje im poczucie panowania nad sytuacją.
— Powiedziałaś im o impulsie?
— Tak. Na szefie SÄPO nie zrobiło to wrażenia. Jakby wiedział… — Lind urwała w połowie zdania.
— Myślisz, że chcą potajemnie zbadać rosyjski wrak?
Agentka milczała, zbierając myśli. Spoglądała na surową bryłę posterunku, z którego właśnie wyszli Szwedzi.
— Sprawdzę to. Potrzebuję wsparcia kogoś z szybkimi palcami. Ich marynarka wojenna jest w drodze. To okazja na mały hakerski abordaż.
— Zwykle nie atakujemy przyjaciół, ale… podeślę ci kogoś. Czekaj w hotelu na namiary. I nie daj się wykurzyć z Gotlandii.
Rozdział 4
Wielkie pęcherze powietrza, przypominające dryfujące meduzy, zaczęły gwałtownie wykwitać na powierzchni spokojnego Bałtyku. W ciągu kilku minut ich liczba wzrosła czterokrotnie, tworząc spieniony spektakl niedaleko północnego krańca Gotlandii. Pod mętnym lustrem wody zarysowała się żółta, jajowata sylwetka. Z każdą chwilą obiekt zdawał się potężnieć, aż w końcu „jajo” powoli przebiło taflę. Kadłub, zaprojektowany do wytrzymywania miażdżącego naporu ziemskich głębin, wyszedł z tej próby bez najmniejszego uszczerbku.
Fale morskie z minuty na minutę odsłaniały pełen obraz tajemniczej konstrukcji. Intensywna żółć pociemniała, wpadając w odcienie głębokiego pomarańczu. W miarę jak woda spływała z gładkich burt, ukazały się kontury okrągłych iluminatorów. Wielka bryła w otoczeniu kłębiącej się piany niemal wyskoczyła nad powierzchnię, po czym zaczęła kołysać się na fali niczym ciężka, stalowa boja.
Pasażer wewnątrz oddychał z trudem, chwytając powietrze spazmatycznie jak ryba wyrzucona na piach. Leżał na profilowanym fotelu z podnóżkiem. Tylko dzięki trzem pasom bezpieczeństwa nie wylądował na podłodze, gdy miniaturowa łódź gwałtownie wytraciła pęd u celu podróży. Komputer pokładowy wyłączył się, kwitując wykonanie zadania suchym, trzykrotnym sygnałem, który w sterylnej ciszy kabiny brzmiał wyjątkowo złowrogo.
Mężczyzna rozpiął klamry i wstał z wielkim wysiłkiem. Lekko zgarbiony, podszedł do iluminatora. Chciał zrozumieć, gdzie rzucił go los. Żył, był cały i jako jeden z nielicznych mógł teraz oglądać błękit nieba nad Bałtykiem. Ten widok przywrócił mu resztki sił.
Zaczął manipulować przy sufitowym włazie. Mechanizm nie drgnął — ani za pierwszym, ani za drugim razem. Ogromne ciśnienie, z którym mierzyli się przez ostatnie tygodnie, musiało nadwyrężyć uszczelki lub zassać pokrywę. Mężczyzna zaparł się nogami i szarpnął z furią, wkładając w to całą pozostałą energię. Koło zamachowe w końcu puściło, wydając z siebie metaliczny skowyt. Furta ustąpiła, a do wnętrza wtargnęło świeże powietrze, nasycone słonym smakiem bałtyckiej bryzy.
Oczy pasażera powoli oswajały się z jaskrawym światłem, tak różnym od mroku, w którym tkwił przez ostatnie tygodnie. Rozejrzał się, oceniając położenie. Około kilometra dalej dostrzegł ciemny zarys lądu. W macierzystej jednostce nigdy nie ćwiczono podobnego scenariusza — zazwyczaj kapsuła wynurzała się w bezpośrednim sąsiedztwie ścigacza lub okrętu patrolowego.
Pozostawało dryfować i liczyć na szczęście, choć istniało ryzyko, że prądy zniosą go na otwarte morze. Mógłby spróbować wiosłować, ale szybko zdał sobie sprawę z beznadziejności tego pomysłu. Nie miał czym.
Zaczął nerwowo przeszukiwać wnętrze. Próba wyrwania elementów elektroniki czy stelaża fotela spełzła na niczym. W szafce nad głową znalazł jedynie apteczkę; reszta skrytek świeciła pustką. Usiadł zrezygnowany. W tej chwili nawet kawałek deski byłby na wagę złota.
Nagle jego wzrok zatrzymał się na emaliowanym godle Federacji Rosyjskiej, wtopionym w ścianę kabiny. Podszedł do emblematu, szukając jakiejkolwiek szczeliny. Spróbował podważyć metal, ale tylko złamał paznokcia. Syknął z bólu i odruchowo włożył palec do ust, przeklinając pod nosem. Jeszcze raz przeszukał każdy centymetr podłogi, zaglądając pod pulpit sterowniczy. W końcu pod wiązką kabli dostrzegł stalową blaszkę mocującą. Szarpnął raz, drugi — za trzecim metal ustąpił. Trzymał w ręku ostry, prymitywny kawałek stali. To musiał być jego nóż i jedyne narzędzie ratunku.
Zaostrzoną krawędzią blachy zaczął wydłubywać herb ze ściany. Gdy wykruszył kilka centymetrów spoiwa, podważył krawędź i wsunął pod spód drżące palce. Szarpnął z całej siły. Emblemat odpadł od grodzi z głośnym łoskotem. To prowizoryczne wiosło musiało mu wystarczyć.
Wydostał się na zewnątrz i przykucnął przy krawędzi kadłuba, desperacko wiosłując metalową płytą. Miał szczęście — Bałtyk był tego dnia nad wyraz spokojny. Do brzegu zostało około sześciuset metrów, ale prąd znosił go na południowy zachód.
Pół godziny walki z oporną masą wody wycisnęło z niego ostatnie poty. Gdy poczuł, że głębokość na to pozwala, zsunął się do morza i dopłynął wpław do płytkiej mielizny. Padł na piasek, ciężko dysząc. Fale obmywały mu nogi, a kilka kropel słonej wody wdarło się do ucha, powodując irytujące kłucie. Wylądował na odludziu. Jedynym dźwiękiem był rytmiczny szum Bałtyku rozbijającego się o brzeg. Na plaży nie było żywej duszy. Potrzebował kwadransa, by opanować drżenie mięśni.
Usiadł, mrużąc oczy i szukając punktów orientacyjnych. W pamięci kołatała mu tylko jedna nazwa: „Gotska Sandön”. To ostatnie słowa, jakie usłyszał przed zatrzaśnięciem włazu kapsuły. Jeśli rzeczywiście był na terytorium obcego państwa, musiał przygotować wiarygodną legendę. Zdradzenie celu misji nie wchodziło w grę — w kraju czekałby go za to sąd wojskowy i kula w potylicę. Wstał powoli, prostując zesztywniałe ciało. Wąska plaża kończyła się tu stromym klifem. Musiał wdrapać się na górę, by zorientować się w terenie i sprawdzić, czy grozi mu niebezpieczeństwo.
Zrobił kilka kroków w stronę skalistej ściany i nagle zamarł. Na górze dostrzegł sylwetkę. Z tej odległości wyglądał na mężczyznę w średnim wieku. Nieznajomy, ubrany w spodnie moro i skórzaną kurtkę, sprawnie piął się w górę z wędką przewieszoną przez plecy. Przypominał żołnierza na przepustce.
W klifie musiała istnieć wydeptana ścieżka, bo tamten co chwilę znikał za załomami skał, pojawiając się coraz wyżej. W końcu dotarł na szczyt, pokonując ostatnie metry kilkoma pewnymi skokami.
Rozbitek odczekał chwilę, obserwując krawędź urwiska. Gdy upewnił się, że nieznajomy zniknął, podszedł bliżej. Między ostrymi jak noże głazami odnalazł wąskie przejście. W głębi zaczynała się stroma, niemal pionowa ścieżka, wijąca się ku szczytowi niczym wąż. Zaczął wspinaczkę. Metr po metrze pokonywał zawiłą trasę, walcząc z grawitacją. Krótkie szkolenie przed misją nie przygotowało go na taką eskapadę.
W połowie drogi zabrakło mu tchu. Zatrzymał się na niewielkim skalnym tarasie. Przed oczami zaczęły latać ciemne plamy, obraz świata falował. Pulsujące skronie i łomot serca przypomniały o gwałtownej dekompresji podczas wynurzenia. Odczekał, aż organizm odzyska względną równowagę, i ruszył dalej. Wyższe partie klifu były jeszcze trudniejsze. Pamiętał, że facet w moro pokonał je „susami” — spróbował zrobić to samo, choć jego nogi były jak z waty.
Wykrzesał z siebie ostatnie pokłady energii. Trzy pierwsze kroki wykonał bezbłędnie, ale przy ostatnim potknął się i runął na samą krawędź klifu, prosto w gęste pokrzywy. Pieczenie skóry pomogło mu nie zemdleć. Potrzebował długich minut, by uspokoić oddech. Podniósł się na drżących nogach. Kilkaset metrów dalej dostrzegł mały dom — samotny budynek wyglądający jak pustelnia.
Ruszył w jego stronę, gdy nagle za plecami usłyszał narastający warkot silnika. Odwrócił się gwałtownie. Na wysokości plaży, gdzie zostawił kapsułę, pojawiła się szwedzka łódź patrolowa. Podpłynęła na tyle blisko, że wojskowi mogli wyskoczyć do wody. Czterech ludzi w pełnym rynsztunku, walcząc z przybojem, dopadło do pomarańczowej bryły. Zaczęli nerwowo przeszukiwać wnętrze. Gdy stało się jasne, że kabina jest pusta, jeden z nich uniósł głowę i wskazał palcem prosto na szczyt klifu. Mężczyzna nie czekał dłużej. Resztkami sił pobiegł w stronę domu.
Uderzył pięścią w drzwi, łapząc ustami rzedniejące powietrze. Obejrzał się przez ramię, wypatrując pościgu. Na krawędzi klifu nie zauważył jeszcze żadnego ruchu. Podejście pod tak stromą ścianę nawet szwedzkim komandosom musiało zająć sporo czasu. Miał najwyżej kilka minut, zanim ich sylwetki odetną się na tle nieba.
Zebrał resztki woli i raz jeszcze rąbnął w drewniane deski. Wewnątrz usłyszał ciężkie kroki. Kiedy drzwi w końcu skrzypnęły, w progu mignęła mu znajoma sylwetka w moro. To było ostatnie, co zarejestrował. Świat nagle zwinął się do czarnego punktu, a podłoga uderzyła go w twarz z bolesną twardością.
Organizm ostatecznie odmówił posłuszeństwa.
Rozdział 5
Różycki złapał przybysza pod pachy i wtaszczył do środka. Nieznajomy opadł na łóżko bezwładnie, niczym worek piasku. Przez moment Michał miał wrażenie, że mężczyzna skonał na jego oczach, ale puls, choć słaby, był wyczuwalny. Oddech — płytki i rzężący. Przybysz nie wyglądał na rybaka z Gotlandii. O tej porze roku pobliska osada świeciła pustkami, sezon miał ruszyć dopiero za miesiąc. Różycki wpatrywał się w bladą twarz nieprzytomnego, szukając odpowiedzi na pytania, które zaczęły kłębić się pod czaszką. Miał tu odpocząć, odciąć się od przeszłości i poukładać życie na nowo. Najwyraźniej nie było mu to pisane.
Przypomniał sobie nagły telefon od Jaro. Były dowódca nie dzwonił bez powodu. Myśl o rosyjskiej inwazji, którą sugerował, wydawała się niedorzeczna, ale teraz ten człowiek tutaj…
Nieznajomy poruszył się gwałtownie.
— Vorota, volna, svet… — wycharczał, nie otwierając oczu.
Brama, fala, światło. Różycki poczuł chłód na karku. Rozpoznał rosyjski. A więc to, co mówił komandor Stępiński, mogło być prawdą. Czy Rosjanin był zwiadowcą? Jeśli tak, to dlaczego wybrał akurat jego azyl?
Michał podszedł do stołu, wyciągnął papierosa i przypalił. Gorzki dym wypełnił płuca, wymuszając na mózgu wyższe obroty. Miał zameldować Jaro o każdej nietypowej sytuacji. Tylko czy to, co się właśnie działo, było już incydentem, czy wciąż tylko niefortunnym wypadkiem? Bałtyk to nie prywatne jezioro, a ten człowiek mógł być zwykłym żeglarzem, który rozbił jacht na pobliskich szkierach. Słowa o fali i świetle pasowały do morskiej katastrofy aż nadto.
Zaciągnął się ostatni raz, walcząc z wątpliwościami, po czym sięgnął po telefon. Wybrał numer. Buczenie w słuchawce przeciągało się w nieskończoność. Raz, drugi, trzeci… Szef FORMOZY nie odbierał.
Różycki odłożył smartfon na blat, zamierzając dopalić papierosa, gdy nagle usłyszał stłumione głosy za oknem. Podszedł do szyby i ostrożnie uchylił zasłonę. Dostrzegł trzech mężczyzn w mundurach Szwedzkiej Straży Przybrzeżnej. Podchodzili pod drzwi, rozglądając się czujnie. Przez ramiona mieli przewieszone karabiny. Szukali Rosjanina. Szpieg czy inwazja — w głowie Michała znów zabrzmiało ostrzeżenie Jaro o napiętej sytuacji na morzu.
Z każdym krokiem Szwedów narastał dylemat. Jeśli wyda rannego, zaczną się przesłuchania, a wojskowa przeszłość Różyckiego szybko wyjdzie na jaw. W najgorszym razie posądzą go o współpracę z obcym mocarstwem. Jeśli skłamie, strażnicy będą żądać przeszukania pomieszczeń. Mógł ich zbyć brakiem nakazu, ale wtedy jego samotnia na Gotlandii przestałaby być bezpiecznym schronieniem.
Stukanie do drzwi przecięło ciszę. Trzeba było działać. W Różyckim odezwał się stary nawyk żołnierza. Wyprostował się, wziął głęboki oddech i ruszył do wejścia. Uchylił drzwi tylko tyle, by pokazać twarz w wąskim prześwicie.
— Yes? How can I help you? — zapytał po angielsku.
Zaskoczenie w ich oczach utwierdziło go w przekonaniu, że nie spodziewali się nikogo zastać w budynku.
— Czy nie kręcił się tu ktoś podejrzany? — zapytał lider grupy, mierząc Michała uważnym wzrokiem.
Różycki zaprzeczył spokojnym ruchem głowy.
— Nie zauważyłem niczego niepokojącego.
— Pan tu mieszka?
— Kupiłem ten dom kilka miesięcy temu. Emerytura — skwitował krótko. Szwed uśmiechnął się blado, wodząc wzrokiem po elewacji budynku, jakby szukał śladów włamania.
— Możemy wejść do środka?
— Niestety, spieszę się na spotkanie w Visby. Czy to coś pilnego? — Michał uciął krótko, patrząc strażnikowi prosto w oczy. Zmarszczył brwi, przybierając maskę człowieka lekko poirytowanego zawracaniem głowy. Wpuszczenie ich do środka nie wchodziło w grę. Musiał grać na zwłokę.
Szwed zerknął porozumiewawczo na kompanów. Czy nabrał podejrzeń? A może widział, jak Rosjanin wślizguje się do domu? Różycki próbował wyczytać cokolwiek z twarzy mundurowego, gdy nagle zza rogu wyszedł czwarty mężczyzna. Michał zarejestrował go kątem oka, spinając mięśnie, choć na zewnątrz pozostał niewzruszony. Musiał założyć, że w pobliżu może być ich więcej.
— W okolicy grasuje niebezpieczny człowiek — podjął lider. — Jego łódź porzucono na brzegu, u dołu klifu.
— Rozumiem. Mam dzwonić, jeśli kogoś zobaczę?
— Dokładnie tak, panie…?
— Michał Różycki. — Wyciągnął rękę, licząc, że ten gest zakończy wizytę.
— Polak? Ciekawe.
— Czy to wszystko? Naprawdę muszę już ruszać — uciął komandos.
— Proszę dzwonić pod sto dwanaście. Przełączą pana do Straży Przybrzeżnej. To tyle. — Szwed zasalutował niedbale i dał znak swojej grupie. Ruszyli w stronę zejścia na plażę.
Różycki zamknął drzwi i oparł się o nie plecami. Spojrzał na postać na łóżku. Jeśli to nie żaden agent, tylko pospolity morderca, właśnie popełnił największy błąd w życiu. Znów chwycił za telefon. Pięć, sześć, siedem sygnałów… Nic. Stępiński milczał jak zaklęty.
Michał podszedł do Rosjanina. Przebudzony przez szmery przybysz oddychał z trudem, ale jego stan wydawał się stabilny. Wyglądał, jakby przepłynął wpław połowę Bałtyku, choć wzmianka Szweda o łodzi sugerowała coś innego. Różycki przypalił kolejnego papierosa, nie spuszczając wzroku z nieznajomego. Musiał go przeszukać, zanim tamten odzyska przytomność.
Odłożył papierosa na krawędź popielniczki i zaczął fachowo sprawdzać kieszenie gościa. W spodniach i bluzie nie znalazł nic. Żadnych dokumentów, portfela, nawet drobnych. Jeśli ten człowiek był żołnierzem lub marynarzem, nie nosił przy sobie niczego, co mogłoby go zidentyfikować. Żadnych emblematów, sygnetu, nieśmiertelnika.
Różycki zaciągnął się dymem, czując narastającą irytację. Istniała szansa, że coś zostało na łodzi, ale to już zapewne zabezpieczyli Szwedzi.
— Kim ty, do kurwy nędzy, jesteś? — mruknął pod nosem.
Rosjanin poruszył się i zakasłał. Po chwili otworzył oczy. Przez dłuższą chwilę tępo wpatrywał się w sufit, aż w końcu przeniósł wzrok na okno, za którym płynęły wolno chmury.
Nieznajomy próbował poskładać w całość ostatnie zarejestrowane obrazy. Odwrócił głowę i dostrzegł Różyckiego stojącego nad nim z papierosem. Twarz mężczyzny była ostatnią rzeczą, jaką zapamiętał przed utratą przytomności.
— Czy to Kaliningrad? Jestem w Rosji? — wymamrotał.
— W zasadzie jeszcze nie, chyba że twoi kumple są już w drodze — odparł po rosyjsku Różycki, wypuszczając kłąb dymu.
— Estonia? Łotwa?
— Gotlandia. Szwedzka wyspa na środku Bałtyku. — Michał zrobił dwa kroki w stronę łóżka. — Kim jesteś i czego tu szukasz?
Przybysz zamknął oczy i z trudem przełknął ślinę. Nawet ta krótka wymiana zdań wyraźnie go wyczerpywała.
— Jestem Igor… — wydusił, po czym zaniósł się gwałtownym kaszlem. Łapał powietrze jak ryba wyciągnięta z wody.
— Wyglądasz fatalnie. Nie przywlokłeś tu chyba żadnej zarazy? — Różycki odruchowo cofnął się o krok.
Igor dźwignął się na łokciach i usiadł na krawędzi materaca, próbując uspokoić rozregulowany organizm. Szybka dekompresja i wspinaczka po klifie zrobiły swoje.
— Nie jestem chory — wycharczał w końcu.
— Cieszy mnie to. Niedawno mieliśmy pandemię, ludzie wciąż są przewrażliwieni. — Różycki splótł ramiona na piersi, lustrując gościa. — Igor, a nazwisko?
Rosjanin zmierzył go wzrokiem, zatrzymując się na spodniach moro gospodarza. Próbował ocenić, czy ten człowiek jest godny zaufania. Każde zbędne słowo mogło być wyrokiem. Gdyby był w Rosji, szukałby najbliższego posterunku policji, ale szwedzka wyspa zmieniała postać rzeczy na jego niekorzyść.
— Nie musisz się bać, ja się przedstawiłem. A ty? Jak na Szweda świetnie mówisz po rosyjsku — zauważył Igor.
— Michał Różycki.
— Polak?
— Co w tym dziwnego? Jesteś dzisiaj kolejną osobą, która zadaje to pytanie. Czy bycie Polakiem to jakaś zbrodnia?
Rosjanin zmarszczył brwi, wyraźnie zdezorientowany.
— Nie rozumiem.
— Przywlokłeś za sobą Straż Przybrzeżną. Kiedy tu smacznie spałeś, niemal zrobili mi abordaż do domu.
— Straż? Byli tutaj?
— Zostawiłeś łódź na brzegu. Każdy patrol by się zainteresował. Powiedz mi, ty nie jesteś czasem mordercą? — Różycki spojrzał mu prosto w oczy, opuszczając ręce. Stał teraz w lekkim rozkroku, gotowy do błyskawicznej reakcji, gdyby gość wykonał gwałtowny ruch.
— Skąd ci to przyszło do głowy?
— Strażnicy o tym wspominali. Nieważne. Zbyłem ich, ale mogą wrócić. Jeśli masz coś na sumieniu, lepiej gadaj teraz. Nie lubię niejasnych sytuacji, zwłaszcza we własnym domu.
Igor milczał przez kilka sekund. Analizował mimikę Różyckiego, szukając w niej podstępu. Rosja była daleko, dowódca został na dnie Bałtyku, a ten Polak, mimo że mógł wydać go Szwedom, nie zrobił tego. Rosjanin przełknął ślinę i postanowił zaryzykować, choć zamierzał dawkować informacje.
— Nazywam się Igor Pietrow. Jestem… a w zasadzie byłem akustykiem. Bardziej naukowcem niż żołnierzem.
— I tak sobie pływałeś łódką po Bałtyku? — Michał przerwał mu ironicznie, nie spuszczając gościa z oka.
— Jeśli rosyjski atomowy okręt podwodny to dla zachodu „łódka”, to właśnie tak było — wycharczał Pietrow. Kolejny atak kaszlu wstrząsnął jego ciałem. Przez minutę walczył o oddech, z trudem powstrzymując odruch wymiotny.
Różycki milczał, analizując fakty. Hasło „okręt podwodny” natychmiast uruchomiło w nim stare mechanizmy. Jaro miał rację — na Bałtyku zaczynała się brudna gra, a on właśnie znalazł się w samym jej centrum. Przez chwilę żałował żartów o strzelaniu do wszystkiego, co podpłynie pod klif. Karma wróciła szybciej, niż się spodziewał. Skoro jednak Rosjanin zaczął odkrywać karty, Michał postanowił pójść za ciosem.
— Były dwie jednostki. Z której ty jesteś?
Źrenice Pietrowa rozszerzyły się gwałtownie. Polak wiedział za dużo. To nie był zwykły cywil, który kupił domek na wyspie. Spodnie moro, styl bycia, chłodne spojrzenie… Rosjanin zaczął podejrzewać, że wylądował w sfabrykowanym punkcie przesłuchań. Może to wcale nie była Gotlandia, tylko polskie wybrzeże, a cała ta sceneria była jedynie teatrzykiem dla jednego widza? Adrenalina zaczęła krążyć w jego żyłach, zagłuszając ból mięśni.
— Zanim odpowiem… Poczęstuj papierosem. Nie miałem nic w ustach od kilku godzin — rzucił, wskazując wzrokiem paczkę leżącą na stole.
— Czemu nie. Rzadko miewam tu gości.
Różycki odwrócił się w stronę blatu. Gdy tylko wyciągnął rękę po paczkę, Pietrow skoczył.
To był desperacki zryw, napędzany czystym instynktem przetrwania. Michał jednak nie był amatorem. Zarejestrował ruch i wykonał krótki, oszczędny unik. Rosjanin, nie napotykając oporu, runął do przodu i uderzył głową w krawędź ciężkiego, dębowego stołu. Padł na podłogę z głuchym jękiem. Krew z pękniętego łuku brwiowego natychmiast zalała mu oko. Krótki wyrzut energii wypalił się równie szybko, jak się pojawił.
Różycki błyskawicznie przydusił butem nogę leżącego napastnika, tuż nad kostką. Rosjanin syknął z bólu.
— Ya nichego ne skazhu — wycharczał przez zaciśnięte zęby, krzywiąc się z bólu.
— Liczyłem na miłą konwersację, ale teraz przesadziłeś. Co tu robisz i jakie masz zadania? — Głos Różyckiego stał się lodowaty. Dawny żołnierz FORMOZY wrócił ze stanu spoczynku. Pietrow zadziałał jak zapalnik. Michał potrzebował tej adrenaliny bardziej, niż chciał przed samym sobą przyznać. Docisnął nogę mocniej, gdy Rosjanin spróbował przetrzeć zakrwawioną twarz.
— Żądam widzenia z przełożonym… i ambasadorem Federacji Rosyjskiej!
— Gówno możesz żądać. Jesteś tu tak samo obcy jak ja.
Spojrzenie Pietrowa zmieniło się w wyraz czystego niedowierzania.
— Co to za baza? Gdynia? Kołobrzeg? Gdzie ja jestem?
Różycki zdjął nogę z jego kostki i cofnął się o krok, nie tracąc jednak czujności.
— Jakie bazy? Jesteś na Gotlandii, człowieku. Mam ci to przeliterować?
— Jak mam ci wierzyć? — wycharczał Rosjanin, próbując powstrzymać krwawienie rękawem.
Michał wyciągnął papierosa z paczki i podał go Igorowi. Rosjanin przyjął poczęstunek, wyprostował się z trudem i usiadł na podłodze, opierając plecy o kuchenną ścianę. Przez dwie minuty trwali w milczeniu, czekając, aż tytoń porządnie się rozpali. Obłoki dymu krążyły pod sufitem, szukając ujścia w nieszczelnościach przy framugach okien.
— Jesteś na północ od Visby — zaczął spokojnie Różycki. — Kilometr stąd leży wioska Hallshuk. Poza sezonem nie uświadczysz tam żywej duszy. Domki dawno wykupili bogacze, wpadają tu na ryby dopiero, gdy robi się ciepło. — Michał zaciągnął się, wypuszczając dym z lekko uniesioną głową. Czuł, że odzyskał kontrolę nad sytuacją.
— Jestem kretynem — mruknął Igor, kręcąc głową.
— Jesteś przede wszystkim idiotą. Gdybym chciał wycisnąć z ciebie zeznania, ta rozmowa wyglądałaby zupełnie inaczej. Skąd ci przyszła do głowy ta Gdynia?
— Wyglądasz na zawodowca. Mówisz, jakbyś wciąż był na służbie. No i ten unik… — Rosjanin zawiesił głos, dotykając palcami rozbitego łuku brwiowego. — Takich rzeczy nie uczą w cywilu.
Różycki wbił wzrok w żarzący się koniec papierosa. Otworzył usta, chcąc zdradzić skrawek swojej przeszłości i powód, dla którego wybrał życie pustelnika na szwedzkim klifie.
Nie zdążył. Rozmowę uciął głośny brzęk tłuczonego szkła.
Obaj zamarli, patrząc na podłogę. Po deskach przetoczył się stalowy walec. Granat ręczny. Zawleczki nie było, a mechanizm czasowy już odliczał ostatnie sekundy.
Igor cisnął papierosem i desperacko spróbował dźwignąć się z ziemi. Różycki, reagując szybciej niż świadoma myśl, rzucił się w stronę otwartych drzwi łazienki. Wpadł do środka, niemal wbijając się w emaliowaną wannę.
Rozległ się ogłuszający huk. Fala uderzeniowa i oślepiający błysk w jednej sekundzie wymiotły resztki szyb z ram. Potem zapadła martwa, dzwoniąca w uszach cisza, przesycona gryzącym dymem i zapachem spalonego materiału wybuchowego.
Rozdział 6
Czarny mercedes przekroczył bramę portową w Visby. Cywile nie zwrócili na auto uwagi; jak zahipnotyzowani wpatrywali się w jednostkę szwedzkiej marynarki wojennej. Wyglądali, jakby uczestniczyli w religijnym misterium, a nie w rutynowym wejściu okrętu do bazy. Kadłub majestatycznie przecinał spokojną taflę Bałtyku. Gdy jednostka minęła falochron, powietrzem wstrząsnął niski, potężny ryk syreny, budząc wśród gapiów pomruk zachwytu. Smartfony poszły w ruch — dziesiątki osób rejestrowały niecodzienny widok, transmitując go na żywo do sieci.
Mercedes podjechał pod samo nabrzeże w momencie, gdy marynarze odbierali pierwsze rzuty. Kierowca wysiadł, obszedł auto i otworzył tylne drzwi. Lars Berg i Erik Holm wysiedli, zadzierając głowy. Przed nimi wyrastała niemal jednolita, grafitowa bryła o ostrych, geometrycznych krawędziach. Okręt przypominał pływającą, futurystyczną piramidę z lądowiskiem dla śmigłowca na rufie.
— Robi wrażenie ten nasz nowy nabytek — mruknął Berg.
— SAAB stanął na wysokości zadania. Terminy były zabójcze, ale dowieźli projekt — odparł Holm, wyciągając paczkę papierosów w stronę szefa. Dowódca SÄPO poczęstował się, przypalił i zaciągnął głęboko. Wypuścił dym, mrużąc oczy od słońca.
— Jak go nazwali? Luleå?
Holm skinął potakująco głową, odpalając własnego papierosa.
— Tak jak miasto, w którym stacjonuje dowództwo północnego odcinka.
— W samą porę. Stare korwety typu Visby czy Göteborg powoli przestawały wystarczać do utrzymania dominacji na tym odcinku Bałtyku. Ten drapieżnik to zupełnie inna liga — rzucił Berg.
Na burcie okrętu otworzyły się luki. Trap powoli opadł na nabrzeże. Nowoczesna „Luleå” według pierwotnych planów miała wejść do służby dopiero w 2030 roku, jednak eskalacja konfliktu na wschodzie i rosyjskie prowokacje na morzu wymusiły przyspieszenie prac o trzy lata.
Lars Berg rzucił niedopałek na beton i zgasił go butem. Holm poszedł w jego ślady w momencie, gdy na trapie pojawił się kapitan. Dowódca korwety szedł wolno, z ręką uniesioną w geście powitania, niemal jak monarcha pozdrawiający poddanych. Erik i Lars odnieśli wrażenie, że to wystudiowana poza, mająca podkreślić, kto tu naprawdę rozdaje karty.
Gdy marynarz podszedł bliżej, wyszczerzył zęby w nienagannie białym uśmiechu. Holm pomyślał z przekąsem, że facet bardziej pasuje do Hollywood niż na mostek nowoczesnej maszyny do zabijania. Lars Berg wyciągnął rękę pierwszy. Szef SÄPO nie miał zamiaru bawić się w kurtuazję.
— Berg. A to Holm. Jesteśmy z SÄPO. Witamy na Gotlandii — rzucił z kamienną miną.
— Viktor Sandström. Dowódca tej łajby.
— Imponująca jednostka.
— Nówka sztuka — Viktor wyprostował się dumnie. — Mam zabrać na pokład dwie osoby, zgadza się?
Berg zmarszczył brwi.
— Tylko mnie. Agent Holm zostaje na wyspie.
— Doprawdy? — Kapitan uniósł brwi, sięgając do kieszeni munduru. Wyjął złożoną na pół karteczkę. — Dowództwo godzinę temu przysłało radiogram. Wyraźnie zaznaczono: mężczyzna i kobieta. — Rozwinął świstek, mrużąc oczy. — Niejaka pani Anna Lind. Mówi to panu coś?
Erik spojrzał na swojego przełożonego. Berg delikatnie kiwnął głową, by nic nie mówił.
— Nikt ważny, zmiana planów. Zabiera pan tylko mnie –rzucił szef SÄPO.
— Muszę zatem nadać radiogram, z potwierdzeniem…
— Nic pan nie musi, proszę jedynie dać sygnał do wypłynięcia z portu. Sprawa jest pilna, mamy być w punkcie docelowym, najpóźniej za godzinę! –Lars podniósł głos, mierząc wzrokiem szefa korwety.
Z twarzy marynarza, zniknął uśmiech, a białe zęby schowały się za wargi. Viktor Sandström przerzucił wzrok na Erika, a następnie z powrotem na Berga. Patrzyli na niego wzrokiem pełnym agresji. Kapitan dał za wygraną. Gestem ręki zaprosił szefa SÄPO, do wejścia na pokład statku.
— Załatw sprawę pani Lind –rzucił Berg w kierunku swojego agenta, znikając w metalowej bryle, unoszącej się na falach Bałtyku.
Trap się schował. Po chwili zatrzasnęły się wodoszczelne drzwi. Pracownicy nabrzeża odcumowali korwetę, która ryknęła ponownie. Silniki rozpędziły śruby napędowe, i statek zaczął manewrować, w kierunku falochronu. Po dziesięciu minutach wyszedł na pełne morze, kierując się na północ.
Nieliczna załoga nowoczesnej maszyny, wyglądała jak grupa informatyków, piszących jakąś aplikację komputerową. Nie przypominali dawnych marynarzy, sterczących przy analogowych instrumentach. Siedzieli przy biurkach, gdzie leżały klawiatury, naprzeciw dużych monitorów. Lars Berg miał wrażenie, że grają oni w grę, a nie prowadzą duży statek bojowy. Mostek kapitański jaki szef SÄPO znał tylko z filmów wojennych, różnił się znacząco. Viktor Sandström wyglądał na nim jak kapitan James T. Kirk, ze Star Treka. Dowódca wpatrywał się w wielką ścianę wideo, która symulowała okno.
Płynęli coraz szybciej oddalając się od Visby. Na kilku ekranach Lars dostrzegł satelitarne mapy Google, z dokładną pozycją wszystkich jednostek pływających na Bałtyku. Z lewej strony, wielkiej ściany wideo, wyświetlała się aktualna prędkość okrętu. Analogicznie po prawej stronie, była liczba sugerująca mile morskie do celu podróży.
— Jest pan widzę pod wrażeniem naszej szwedzkiej inżynierii –ciszę przerwał kapitan
— Przez chwilę myślałem, że to jakaś iluzja. Czy ten statek sam się prowadzi?
— W zasadzie sam, pilnują nas satelity GPS. Załoga okrojona do minimum, tylko patrzy czy komputery dobrze pracują –na twarzy Sandströma powrócił uśmiech. Znowu się wyprostował, prężąc klatkę piersiową dumnie, niczym paw na wybiegu.
— Jak ktoś nas zaatakuje, to jak będziemy się bronić? Gdzie spece od ładowania dział, obsługi karabinów
Viktor spojrzał na Berga, takim wzrokiem, jak nastolatek na swojego rodzica, zakazującego mu korzystania z telefonu.
— Komputer przejął na tym okręcie większość zadań, ma załadowaną sztuczną inteligencję.
— Nie powie mi pan, że korwetą steruje “Chat GPT”
— Ten “chat” jest dla cywili, wojsko już od kilkunastu lat ma własne AI. Nie tylko Amerykanie chowają się za swoją “Strefę 51” –uciął Viktor. Chwilę się zamyślił. –Ta pani Lind to czasem nie amerykanka. Nazwisko by pasowało? –rzucił w kierunku Berga, który patrzył na ilość mil do celu, jakie zostały.
— Nie miał pan w radiogramie kogo ma konkretnie zabrać –odparł wymijająco Lars
— Pan miał być z tą panią. Liczyłem, że szef SÄPO wie z kim pracuje
Berg nabrał powietrza, jakby miał wygłosić długi monolog. Wypuścił jednak tlen po chwili, sapiąc przy tym głośno. Viktor popatrzył na niego. Miał wrażenie, że agent zaczyna mieć objawy choroby morskiej. Na myśl o tym, się uśmiechnął.
— Proszę się tak nie szczerzyć. Anna Lind to wrzód na dupie, jaki przysłało nam CIA.
— Muszę nadać radiogram — uciął Sandström, ruszając w stronę konsoli komunikacyjnej. Berg jednak błyskawicznie złapał go za ramię.
— Amerykanie wiedzą o anomalii. Dlatego przysłali Lind. Jeśli nada pan meldunek, każą nam po nią zawracać, a o całej operacji natychmiast dowie się Langley. SÄPO chce tego uniknąć. Szwecja ma prawo jako pierwsza zbadać to, co leży na dnie. Naszym dnie.
Viktor Sandström wyrwał się z uścisku szefa wywiadu. Dwóch marynarzy, słysząc
podniesione głosy, oderwało wzrok od monitorów. Kapitan zmroził ich spojrzeniem, dając jasny sygnał, by wrócili do swoich zadań.
— Jest pan na moim okręcie, a tutaj ja jestem Bogiem — odparł Viktor tonem spokojnego szachisty, który właśnie szykuje się do mata. — Z chwilą przekroczenia progu tej korwety, podlega pan jurysdykcji Marynarki Wojennej. Czy wyrażam się jasno? — Gdy uznał, że Berg nie ma argumentów, dodał łagodniej: — Nadam radiogram, gdy będziemy u celu. Poinformuję, że pani Lind nie było na miejscu, a misji nie można przerwać.
Berg przytaknął, choć w środku kipiał z wściekłości. Szefował agencji od lat i nie znosił sprzeciwu, ale wiedział, że armia rządzi się własnymi prawami. Okręt wojenny to nie cywilna motorówka, którą można spacyfikować jednym telefonem.
Korweta przez kilkanaście minut cięła fale, omijając Gotlandię od północy i korygując
kurs na wschód. Lars Berg zafascynowany patrzył, jak grafitowa bryła pruje morze niczym drapieżnik z głębin. Wydawało mu się, że nic nie zdoła ich powstrzymać.
Mylił się.
„IMPULS ELEKTROMAGNETYCZNY” — czerwony alert zalał główny ekran.
Jednocześnie metaliczny, syntetyczny głos systemu operacyjnego potwierdził komunikat tekstowy. Szef SÄPO pomyślał, że ta maszyna żyje własnym życiem, bardziej przypominając autonomiczny organizm niż okręt. „Luleå” zaczęła gwałtownie tracić prędkość. Turbiny wyły, aż w końcu zapadła cisza. Jednostka kołysała się bezwładnie na spokojnym morzu.
„ATAK ODPARTY. SKANOWANIE CELU” — kolejny komunikat przeciął ciszę na mostku.
— Mój Boże… Rosjanie? — szepnął Lars, spoglądając na kapitana. Sandström zignorował go, skupiony na danych spływających na konsole. Załoga uderzała
rytmicznie w klawiatury, filtrując szum informacyjny.
— Spokojnie — rzucił po chwili Viktor. Analiza systemów wspomaganych przez sztuczną inteligencję trwała kilka sekund.
„TRZY MILE. PÓŁNOCNY ZACHÓD. GŁĘBOKOŚĆ 120 METRÓW” — znów przemówił system.
— Jesteśmy na miejscu, panie Berg. Wrak na dnie najwyraźniej wysłał nam zaproszenie — Sandström spojrzał na Larsa z kamienną miną.
— Pan tu rządzi. Proszę się nie krępować — odgryzł się Berg, nawiązując do wcześniejszej tyrady o „Bogu na statku”.
Kapitan podszedł do jednego z operatorów i szepnął mu krótki rozkaz. Szef SÄPO próbował wyczytać coś z ruchu jego warg, ale bezskutecznie. Nie musiał jednak długo czekać. Na wielkim ekranie otworzyło się okno podglądu. Obraz z kamery podwodnego drona najpierw zamigotał, a potem ustabilizował się w wysokiej rozdzielczości. Robot ruszył w głębiny, rozcinając mrok Bałtyku czterema potężnymi reflektorami. Wszyscy na mostku wstrzymali oddech, obserwując, jak maszyna pędzi w stronę źródła anomalii.
Berg zerknął na pomocniczy monitor z mapą. Znajdowali się na zachód od wyspy Gotska Sandön, dokładnie nad miejscem, gdzie według danych wywiadu spoczął rosyjski atomowy okręt podwodny — jeden z dwóch, które w ostatnich dniach prowokacyjnie patrolowały Bałtyk. W duchu przyznał, że bez przecieków z CIA błądziliby po omacku. Mimo to nie żałował pozostawienia Anny Lind na brzegu. Amerykanie mieli irytujący zwyczaj przypisywania sobie cudzych sukcesów, a SÄPO potrzebowało tego znaleziska wyłącznie dla Sztokholmu. Gdyby misja zakończyła się klęską, Langley i tak wyparłoby się jakichkolwiek związków z operacją.
Dron błyskawicznie schodził w głębinę. Cyfrowy licznik głębokości mrugał miarowo, odliczając kolejne metry. Gdy robot minął setkę, na mostku zapadła absolutna cisza. Sandström zrobił pół kroku w stronę ekranu, mrużąc oczy. Głębiny, choć rozcinane potężnymi snopami światła, wciąż wydawały się pochłaniać każdą wiązkę fotonów. Na stu dwudziestu metrach dron wyhamował. System operacyjny uruchomił dodatkowe reflektory dalekosiężne.
Kiedy z mroku dna wyłoniła się potężna, czarna bryła, Lars Berg poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy.
— Co to, do diabła, jest? — wychrypiał szef SÄPO.
— Według raportów spoczywa tu rosyjski okręt podwodny — odparł Sandström, nie odrywając wzroku od wyświetlacza.
— Jeśli to coś zbudowali Rosjanie, to nasze raporty wywiadowcze nadają się tylko do niszczarki.
Kapitan korwety spojrzał na Berga.
— Jakie raporty?
— Amerykanie, Brytyjczycy, nawet Niemcy… Wszyscy przysięgali, że sankcje cofnęły rosyjską zbrojeniówkę o dwie dekady.
Viktor wrócił wzrokiem do przekazu z drona.
— Jeśli to, co leży tam na dnie, jest efektem zacofania, to nasza naszpikowana elektroniką korweta jest jedynie zabytkiem techniki — mruknął kapitan.
Kształt na dnie był nienaturalny. Zamiast charakterystycznego dla rosyjskich jednostek cygarowatego kadłuba z kioskiem, reflektory drona oświetlały idealnie gładką, niemal organicznie zaokrągloną strukturę. Obiekt nie przypominał niczego, co kiedykolwiek opuściło ziemskie stocznie.
— Trzeba podpłynąć bliżej — zarządził Berg. — Skoro wysyła impulsy, może to sygnał ratunkowy. Jeśli na pokładzie są marynarze, SÄPO musi ich przejąć. Musimy zdobyć tę technologię, zanim zainteresują się nią inni.
Sandström skinął głową i podyktował łącznościowcowi krótki szyfrogram do Admiralicji. Zaszyfrowana przez AI wiadomość pomknęła do satelity, niosąc meldunek o znalezisku, które mogło zmienić układ sił na świecie.
Dron zbliżył się do kadłuba. Obecni na mostku wpatrywali się w metaliczną powierzchnię, która zdawała się pochłaniać światło reflektorów. Gdy maszyna zawisła tuż nad dziwną strukturą, na ekranie ukazały się ciągi znaków.
— Ktoś tutaj zna cyrylicę? — rzucił kapitan.
Wśród załogi zapanowała kłopotliwa cisza. W dobie automatycznych tłumaczy znajomość rosyjskiego stała się rzadką umiejętnością. Viktor zamierzał wydać polecenie systemowi VOX, by dokonał przekładu, ale nie zdążył.
„IMPULS ELEKTROMAGNETYCZNY!” — zaryczał syntetyczny głos okrętu.
W jednej chwili wszystkie konsole zgasły. Mostek utonął w mroku, który po sekundzie rozdarło krwistoczerwone oświetlenie awaryjne. Jeden z marynarzy przy konsolecie krzyknął z bólu. Potężne przepięcie, przebijające przez teoretycznie izolowane obwody, rzuciło nim o ścianę. Powietrze wypełnił swąd spalonej izolacji i ozonu. „Luleå” stała się martwym kawałkiem metalu na środku Bałtyku.
Po chwili jedna po drugiej zaczęły gasnąć żarówki LED, przepalone nagłym skokiem napięcia. Warta setki milionów dolarów korweta w ułamku sekundy stała się bezużyteczną kupą żelastwa. Gdyby nie wyporność kadłuba, nowoczesna duma szwedzkiej floty poszłaby na dno niczym kamień. Zdezorientowana załoga patrzyła po sobie, szukając ratunku w procedurach, które nagle przestały istnieć.
— Muszę przyznać panu rację. Rzeczywiście jesteśmy zabytkiem — Lars Berg spojrzał w oczy dowódcy. Sandström milczał, jakby nie potrafił przyjąć do wiadomości, że jego cudowna jednostka została pokonana jednym impulsem.
— Pan również się pomylił — ocknął się w końcu Viktor. — To nie jest wołanie o pomoc uwięzionych marynarzy. To system obronny, który aktywuje się przy każdej próbie zbliżenia.
— Sugeruje pan, że wrak na dnie świadomie nas zaatakował?
— Niewykluczone, że awaria Rosjan była tylko przynętą, by zwabić „Luleå”. Sprawdzili swoją najnowszą broń na naszej sztucznej inteligencji. — Sandström zerknął z goryczą na wygaszone monitory.
— W takim razie inżynierowie z SAAB-a mogą sobie darować budowę kolejnych jednostek. Szkoda koron — rzucił zniechęcony szef SÄPO. — Trzeba przywrócić zasilanie i nadać szyfrogram. Taka technologia to śmiertelne zagrożenie dla całego paktu.
Kapitan zaczął wydawać krótkie, ostre rozkazy. Marynarze rzucili się do sprawdzania zapasowych układów. Każdy miał nadzieję, że inżynierowie przewidzieli taką ewentualność i odizolowali choć jeden system komunikacji. Berg usiadł na wolnym krześle, obserwując narastający chaos. Ludzie biegali między grodziami, meldując Sandströmowi o kolejnych awariach.
Po półgodzinie sytuacja wyglądała beznadziejnie. Impuls elektromagnetyczny dosłownie usmażył większość jednostek sterujących. Główny procesor spalił się na węgiel, a zaawansowane układy scalone przypominały teraz bezużyteczne stopki krzemu. Viktor wraz z technikami studiował grubą, papierową księgę procedur awaryjnych — jedyną rzecz, która wciąż działała na tej wartej miliardy łajbie.
— Spece ze stoczni nie napisali rozdziału o broni, która cofa nas do epoki pary — skwitował kapitan, kierując wzrok na Berga. Szef SÄPO chciał coś odpowiedzieć, ale powstrzymał się, widząc kamienną twarz dowódcy. Zaczął intensywnie myśleć o Annie Lind. Może Amerykanie wiedzieli coś więcej? Może jej obecność była kluczowa, by przetrwać to starcie?
Okręt, dryfując bezwładnie na środku Bałtyku, przypominał teraz łupinę orzecha porwaną przez prąd. Po godzinie bezskutecznych prób uruchomienia choćby radia, Sandström opadł ciężko na swój fotel. Berg próbował przypomnieć sobie każdy detal z raportów CIA, które czytał przed wyjazdem ze Sztokholmu. Służby poległy na całej linii, tracąc najnowocześniejszy okręt wraz z elitarną załogą.
Najgorsze przyszło jednak później. Okazało się, że projektanci, w dążeniu do pełnej automatyzacji, zrezygnowali z manualnego otwierania zewnętrznych grodzi. Byli uwięzieni w stalowym pancerzu, nie widząc nawet, w jakim kierunku znosi ich morze. Czy wciąż znajdowali się w pobliżu Gotlandii, czy prąd spychał ich prosto w ramiona rosyjskiej floty?
Viktor odruchowo zerkał na czarne ekrany, łudząc się, że nagle rozbłysną życiem. Cisza na mostku stawała się nie do zniesienia.
— Ta kobieta, Anna Lind… Kim właściwie jest i dlaczego tak bardzo nie chciał jej pan na pokładzie? — przerwał milczenie kapitan, nie odrywając oczu od mroku za szybą.
— To agentka oddelegowana przez CIA — wyjaśnił Berg, wycierając pot z czoła. — Miała pomóc w ustaleniu natury tego impulsu. Amerykanie nazywają to „Złotym Strzałem”. Jak pan widzi, energia z łatwością sparaliżowała naszą korwetę.
— Nic nie widzieli na satelitach? — Sandström wyprostował się, mrużąc oczy. — Podobno mają podgląd na każdy metr kwadratowy planety.
— Satelita nie zagląda pod lustro wody, nawet amerykański. Zarejestrowali jedynie potężne wyładowanie. Z tego, co zdążyła mi przekazać, najpierw wystąpił impuls, a dopiero potem rosyjski okręt poszedł na dno.
— Czyli symulowali awarię, by nas tu zwabić. Sygnał SOS był tylko przynętą — skwitował kapitan. Berg przytaknął w milczeniu.
Chciał coś dodać, gdy nagle wnętrze stalowej bryły okrętu przeszył potężny, dźwięczny odgłos. Przypominał uderzenie gigantycznego młota o dzwon. Po kilku sekundach nastąpiła kolejna seria. Sandström zerwał się z fotela jak oparzony. Berg instynktownie skulił ramiona, nasłuchując źródła dźwięku. Trzy kolejne uderzenia, następujące w równych odstępach, nie pozostawiały złudzeń.
Ktoś forsował zewnętrzne grodzie. Te same, przez które szef SÄPO wszedł na pokład. „Luleå”, pozbawiona zasilania i cyfrowego mózgu, była teraz bezbronną, dryfującą trumną.
— Jest tu jakaś broń? — Berg oprzytomniał pierwszy, rzucając pytanie w stronę dowódcy.
— W zbrojowni mamy służbowe Beretty i kilka sztuk broni maszynowej — odparł Viktor, dając marynarzom znaki, by natychmiast ruszyli po ekwipunek.
Kadłubem wstrząsnęły kolejne uderzenia, a po nich nastąpił przeraźliwy zgrzyt rozwiercanego metalu. Napastnicy działali z brutalną determinacją. Kilka minut później kakofonia dźwięków wypełniła całe śródokręcie. Marynarze wrócili z pistoletami, rozdając je pozostałym członkom załogi. Berg i Sandström podeszli do głównego luku, skąd dochodziły odgłosy cięcia konstrukcji.
Nagle w ciemnościach pojawiła się wąska szczelina. Potężna, stalowa zapora drgnęła pod wpływem nieludzkiej siły. Metal wyginał się jak tektura. Po kilkunastu sekundach drzwi puściły całkowicie i z potwornym łoskotem wypadły na zewnątrz, prosto w otchłań Bałtyku.
Oślepiający blask słońca wdarł się do ciemnego wnętrza korwety, paląc oczy przyzwyczajone do czerwonego światła awaryjnego. Przez moment panowała martwa cisza, jakby niewidzialna potęga, która wyrwała właz, czekała na ich reakcję. Viktor zrobił pół kroku do przodu, mrużąc oczy. Berg trwał w bezruchu, celując oburącz w stronę wyrwy.
— Rosyjska Marynarka Wojenna. Wchodzimy na pokład — usłyszeli dudniący głos z charakterystycznym, twardym akcentem.
— To szwedzka jednostka wojenna! — odkrzyknął Viktor, starając się opanować drżenie głosu. — Jestem kapitan Sandström. Nie zezwalam na wejście bez zgody mojej Admiralicji!
Odpowiedzią była cisza. W otwartym luku nikt się nie pojawiał. Najwyraźniej Rosjanie nie byli pewni, jak silny opór napotkają w środku. Stanowcze słowa kapitana na moment zamroziły bieg wydarzeń. Szef SÄPO kątem oka spojrzał na dowódcę okrętu. Widział w jego oczach szaleńczą determinację. Sandström uniósł lufę pistoletu. Pozostali marynarze zrobili to samo, tworząc kordon obronny wzdłuż korytarza. Czekali, z palcami na spustach, gotowi na krwawą wymianę ognia w sercu sparaliżowanej maszyny.
Rozdział 7
Fala uderzeniowa wyrwała z zawiasów drzwi łazienki, które z łoskotem rąbnęły o kafelki tuż obok wanny. Michał Różycki leżał nieruchomo, czując na twarzy pył i drobinki tynku. Nastała głucha, dzwoniąca w uszach cisza. Polak nie miał pojęcia, czy Igor Pietrow przeżył. Stalowy korpus granatu upadł niemal pod nogi Rosjanina. Żołnierz FORMOZY przeklinał w duchu — nie zdążył wyciągnąć z przybysza niczego konkretnego, a teraz jego jedyne źródło informacji mogło być kupką dymiącego mięsa. „Legenda” o mordercy, którą sprzedali mu strażnicy, była grubym blefem. Prawdziwy świat, od którego Michał tak desperacko uciekał, właśnie wyważył drzwi do jego samotni.
Różycki wytężył słuch. Ten, kto wrzucił granat, zaraz przyjdzie sprawdzić efekty. Agresor musiał być jednak ostrożny, gotowy na to, że któryś z celów wciąż dycha. Michał początkowo nie wychwycił żadnego dźwięku poza świstem wiatru wpadającego przez wybite okna. Czekanie na egzekucję nie wchodziło w grę. Musiał znaleźć jakąkolwiek broń. Przesunął dłonią po półce pod lustrem — nożyczki i stalowy pilnik. Mało, ale w rękach profesjonalisty to wystarczy, by przebić tętnicę szyjną.
Prawie bezszelestnie opuścił wannę. Podkradł się do framugi zdemolowanych drzwi, nasłuchując. Pole widzenia miał ograniczone, ale jedno było pewne: tam, gdzie ostatnio siedział Pietrow, teraz ziała pustka. Rosjanin albo wyleciał przez okno siłą wybuchu, albo jakimś cudem zdołał się skryć.
Minuty dłużyły się niemiłosiernie. Różycki trwał w bezruchu. Wyjście do salonu bez rozeznania byłoby samobójstwem. Łazienka dawała mu ciasną, ale bezpieczną osłonę i element zaskoczenia. Zapach spalenizny powoli wietrzał, ustępując miejsca chłodnej bryzie znad Bałtyku.
Nagle usłyszał to, na co czekał — krótki, piskliwy dźwięk miażdżonego szkła. Ktoś wszedł do środka. Sposób poruszania się intruza zdradzał zawodowca. Dwa miękkie kroki, długa pauza, nasłuchiwanie. Michał cofnął się o milimetry, by jak najdłużej pozostać poza kątem widzenia napastnika. Kolejne chrupnięcie pod podeszwą. Było coraz bliżej.
Skoro napastnik poruszał się tak ostrożnie, oznaczało to, że nie widzi ciał. A więc Pietrow żył i kręcił się gdzieś w cieniu. Michał poczuł nagły przypływ nadziei. Jeden napastnik kontra dwóch zaszczutych ludzi, z których każdy miał za sobą lata szkolenia… szanse właśnie się wyrównywały.
Dźwięk zgniatanych odłamków stał się wyraźny. Wraz z nim do łazienki wdarła się nuta perfum — ciężka, piżmowa, zdecydowanie męska. Różycki dostrzegł załamanie światła na ścianie salonu. Intruz wślizgnął się przez okno przy aneksie kuchennym, najpewniej schodząc prosto z blatu na podłogę.
„Dwa, może trzy metry” — ocenił w myślach Michał.
Czekał, aż sylwetka przetnie linię światła wpadającego przez dziurę w drzwiach. Postanowił, że uderzy pierwszy. Jeśli Pietrow rzeczywiście czaił się gdzieś w pobliżu, wspólny atak nie da napastnikowi najmniejszych szans na reakcję. Palce Michała mocniej zacisnęły się na stalowym pilniku. Dawny odruch bojowy przejął kontrolę nad ciałem, wyciszając strach.
Zgrzyt szkła pod butami intruza stał się tak bliski, że Michał zaparł się nogą o ścianę wanny, gotowy do skoku. Czuł się jak sprinter na bloku startowym, czekający na wystrzał sędziego. W pokoju obok nastała cisza tak gęsta, że słyszał własne, spowolnione tętno. Przez ułamek sekundy widział fragment ciemnego rękawa przesuwający się obok framugi.
— Ty cholerny psie — męski głos rzucił po rosyjsku krótką obelgę.
Różycki zamarł. Nie wiedział, czy te słowa są skierowane do niego, czy może napastnik odnalazł ciało Pietrowa. Kontur intruza zniknął z pola widzenia — facet zmienił kierunek. Kolejne chrupnięcia odłamków sugerowały, że ruszył w stronę sypialni. Chwilę później z głębi domu dobiegło ciężkie charczenie. To był Pietrow. Akustyk najwyraźniej przeżył eksplozję, ale dym i pył podrażniły jego i tak już zniszczone płuca.
— Nic nie powiedziałem! Nie strzelaj, chcę widzieć się z Orłowem! — Głos Igora był ochrypły i przerywany, przypominając dźwięk zdartej płyty winylowej.
— Gdzie jest ten Polak? — warknął napastnik. Różycki usłyszał charakterystyczny, metaliczny szczęk przeładowywanego karabinka.
Perspektywa ataku z pilnikiem w ręku przeciwko broni maszynowej była czystym szaleństwem. To nie była walka, to była egzekucja. Michał wiedział jednak, że nie ma innego wyjścia. Adrenalina zaczęła rozpierać mu żyły, zmuszając organizm do maksymalnego skupienia.
— Muszę pogadać z Orłowem… Wrak leży gdzie indziej, niż mówiły raporty… — Pietrow łapał powietrze z gwizdem astmatyka.
— Iwan skreślił cię w momencie, gdy straciliśmy łączność. Jesteś śmieciem, Igorze — odpowiedział sucho intruz.
Dźwięk krótkiej serii z karabinka wypełnił całe pomieszczenie, odbijając się echem od pustych ścian. Michał skulił się, czując jak fala uderzeniowa dźwięku uderza w jego bębenki. Po sekundzie nastąpiła kolejna seria, a potem szczęk wymienianego magazynka. Teraz przyszła kolej na niego.
Różycki rozejrzał się desperacko po łazience, ale nie znalazł niczego, co mogłoby zrównoważyć siłę ognia przeciwnika. Postanowił, że nie odda skóry tanio. Weteran misji w Iraku i Afganistanie nie zamierzał zginąć w łazience na szwedzkim odludziu bez zadania choćby jednego ciosu. Zagryzł wargi do krwi, czując, jak serce bije mu w piersi niczym młot o kowadło.
Kroki na szkle znów stały się głośne. Napastnik metodycznie sprawdzał kolejne zakamarki, zbliżając się do kryjówki Polaka.
Nagły huk frontowych drzwi uderzających o framugę rozdarł napięcie. Zaraz po nim padły trzy krótkie, suche strzały. Różycki natychmiast rozpoznał ten odgłos — metaliczny „klik” i krótki huk 9-milimetrowej Beretty. Sekunda przerwy i dwa kolejne pociski przeszyły powietrze w salonie. Usłyszał głuchy łoskot upadającego ciała i brzęk upuszczonej broni maszynowej.
Ktoś jeszcze włączył się do gry. Po liczbie kul, które przeszyły jego dom w ciągu ostatnich minut, Michał mógł oficjalnie uznać swoją „samotnię” za poligon. Leżąc na zimnej podłodze łazienki, czekał na kolejny ruch nowej siły, która właśnie oczyściła salon.
Pytanie, które pulsowało w skroniach Różyckiego, było proste: czy ten, kto właśnie wyeliminował napastnika, jest przyjacielem, czy nowym wrogiem? W tej grze różnica często sprowadzała się jedynie do tego, czy właściciel Beretty wpakuje mu kulę w potylicę od razu, czy najpierw zaserwuje sesję pytań w piwnicy.
— Jeśli pan żyje, może pan wyjść. Teren jest czysty — rzucił znajomy głos.
Michał przez chwilę nie mógł skojarzyć, skąd go zna. Dopiero po sekundzie przypomniał sobie spotkanie. Szwedzka straż przybrzeżna. Wtedy uznał tę rozmowę za zakończoną remisem; teraz ten sam człowiek przybył z odsieczą.
Różycki wyszedł z łazienki. Tuż obok, z lewej strony, spoczywały zwłoki mordercy. Facet w ciemnym płaszczu i czerwonym krawacie wyglądał jak postać z filmu o zawodowych zabójcach, tyle że tutaj finał nastąpił szybciej niż w hollywoodzkim hicie. „Leon zawodowiec” poległ w pierwszej scenie konfrontacji z rzeczywistością.
— Nic mi nie jest — Michał uniósł puste dłonie, wychodząc z ukrycia. — Nie jestem uzbrojony.
Strażnik opuścił broń i uśmiechnął się blado, chowając Berettę do kabury.
— Mówiłem panu, że w okolicy grasuje ktoś niebezpieczny. Nie wyglądał pan wtedy na przekonanego.
— Dzięki za pomoc. Ten gość wyglądał na kogoś, kto wie, jak używać karabinu — Michał wskazał głową na trupa w płaszczu.
Do środka weszli pozostali strażnicy, ich buty zgrzytały na rozbitym szkle.
— Usłyszeliśmy serię z broni maszynowej. Szczerze mówiąc, spodziewałem się zastać tu pana w nieco innej pozie. Bardziej… horyzontalnej. Do kogo on strzelał?
Różycki zamilkł na sekundę, błyskawicznie analizując opcje. Jeśli przyznałby, że ukrywał Pietrowa, natychmiast stałby się wspólnikiem rosjanina. Musiał grać kartą przypadkowej ofiary.
— W sypialni leży drugi trup. Siedziałem w łazience, kiedy tamten pierwszy wpadł do środka, a zaraz za nim ten w płaszczu. Kłócili się po rosyjsku, wywiązała się walka, potem padły strzały. Resztę pan zna.
Strażnik zmarszczył brwi, lustrując powybijane okna i zniszczony salon, ale nie skomentował kłamstwa. Dał znak dwóm swoim ludziom, by sprawdzili sypialnię. Wrócili po chwili, skinieniem głowy potwierdzając obecność ciała Pietrowa. Bajka kupiona. A przynajmniej taką Michał miał nadzieję. Strażnik wcześniej blefował z mordercą, teraz historia o sprzeczce dwóch Rosjan idealnie domykała jego wersję zdarzeń. Ponownie mieli remis.
— Muszę zabrać pana do Visby na zeznania. A potem podrzucimy pana na spotkanie.
— Spotkanie? — Michał uniósł brwi.
— Sam pan wspominał o pilnym spotkaniu w mieście. Chętnie pomożemy, jak tylko spiszemy raport w kapitanacie — rzucił Szwed, wyciągając paczkę papierosów.
Wyszli przed dom. Chłodne, morskie powietrze mieszało się z aromatem tytoniu, wypierając odór spalonego prochu i ozonu. Michał czuł, jak schodzi z niego napięcie, zastąpione przez narastający niepokój.
— Czy to konieczne? Ktoś musi dopilnować domu.
— Domem zajmą się moi ludzie. Mamy teraz napiętą sytuację na Bałtyku, zapewne pan słyszał? — Szwed przyglądał mu się uważnie, zaciągając się dymem.
— Coś mi się obiło o uszy.
— Właśnie dlatego muszę pana zabrać. Takie mam rozkazy — skwitował strażnik, przydeptując niedopałek na chodniku.
Podeszli do krawędzi klifu. Samotnia Różyckiego, byłego żołnierza FORMOZY, właśnie została oficjalnie skreślona z listy spokojnych miejsc. Strażnik zatrzymał się przed wejściem na stromą ścieżkę prowadzącą ku przystani, wskazując Michałowi drogę.
— No dobrze, panie Michale. Teraz poproszę wszystko od początku. Co tu się właściwie stało? — Głos strażnika stracił dawną, udawaną uprzejmość.
Różycki zmarszczył brwi, starając się zachować zimną krew.
— Nie rozumiem. Złożyłem już wyjaśnienia.
— Czy znał pan wcześniej Igora Pietrowa?
— Nikogo takiego nie znam — uciął krótko Polak.
— Rosjanina, którego wciągnął pan do domu i którego zwłoki leżą teraz w pana sypialni? — Szwed zawiesił głos, świdrując Michała wzrokiem. Punkt dla niego.
— Kim pan jest i czego właściwie pan chce? — Różycki zmienił ton. Mięśnie jego karku napięły się, gotowe do gwałtownej reakcji.
— Oskar Lindholm, MUST. Wojskowa Służba Wywiadu — mężczyzna wyciągnął z kieszeni skórzane etui z legitymacją. Na mieniącej się hologramami stronie widniało zdjęcie i pieczęcie, które nie pozostawiały złudzeń. — Pan mnie zapewne nie pamięta, ale ja pana znam. Z Afganistanu.
Różycki zawahał się, przeszukując zakamarki pamięci. Twarz wydawała się znajoma, ale w tamtym piekle twarze zlewały się w jedną maskę z kurzu i potu.
— Wybaczy pan, nie kojarzę.
— Polska FORMOZA. Byliście najlepsi w zabezpieczaniu uderzeń na pozycje talibów. Mignął mi pan w bazie Bagram. Ja podlegałem wtedy pod CIA, a Amerykanie kazali nam patrzeć wam na ręce.
— To odległe czasy. Jestem poza służbą — skwitował Michał.
— Igor Pietrow też był. Do dzisiaj — sarkazm w głosie Lindholma był niemal namacalny. — Skoro już wiemy, kim jesteśmy, oszczędźmy sobie teatrzyku. Rusek wpadł do pana na pół przytomny, a ten drugi na niego polował. Dlaczego?
— Obserwował pan mój dom?
— Interesy Europy nieco się skomplikowały, panie Różycki. Ruskie stoją na Bałtyku, a pod powierzchnią pływa ich najnowsza zabawka. Pietrow był akustykiem morskim. Pojawił się na plaży w czymś, co przypominało ratunkowy batyskaf. Jedna z ich atomówek zatonęła niedaleko stąd. Mam powody sądzić, że Pietrow był jedynym ocalałym.
— A ten elegancik w płaszczu? — rzucił Michał.
— Próbujemy to ustalić. Prawdopodobnie zawodowy cyngiel wysłany, żeby domknąć sprawę.
Różycki milczał, analizując sytuację. Lindholm mógł blefować, by sprawdzić jego wiarygodność, ale detale o batyskafie brzmiały zbyt konkretnie.
— Poczęstuje mnie pan jeszcze szlugiem? — Michał zmienił ton na bardziej koncyliacyjny.
Przez chwilę kopcili w milczeniu, a wspomnienia z Afganistanu wróciły z całą siłą. Nurkowanie w jeziorze Nawur, sześćdziesiąt kilometrów od Ghazni, przeczesywanie jaskiń w poszukiwaniu składów broni… Nagła śmierć jednego z operatorów, która przerwała misję, a potem plotki o zbombardowaniu całego rejonu przez USA.
Z rozmyślań wyrwał ich dźwięk. Nie był to ryk silnika, lecz coś znacznie potężniejszego. Odgłos niosący się po tafli Bałtyku przypominał ryk rannego lwa. Lindholm błyskawicznie chwycił lornetkę, kierując ją na wschód.
Po wodzie sunęło coś, co nie przypominało żadnej znanej jednostki. Czarna, matowa bryła metalu, będąca seryjnym połączeniem piramidy i sfinksa, cięła fale z nienaturalną prędkością. Wyglądała jak drapieżnik z innej ery.
— Luleå… — wyszeptał Szwed, a jego dłoń zacisnęła się na lornetce tak mocno, że zbielały mu kłykcie.
— Mój Boże, co to za monstrum?
— Jeśli się nie mylę, to jeden z naszych czterech okrętów szóstej generacji. Nie przypuszczałem, że wyślą go tutaj tak szybko — mruknął Lindholm, odprowadzając wzrokiem czarną bryłę na horyzoncie.
Michał zaciągnął się ostatni raz. Gorzki dym wypełnił jego płuca, a on poczuł, jak stare odruchy przejmują nad nim kontrolę. Okręty wojenne, wywiad, agenci CIA… Przez chwilę musiał przyznać przed samym sobą, że brakowało mu tej adrenaliny. Spokój Gotlandii był jedynie grubym plastrem na ranie, która nigdy się nie zagoiła.
— Musi być tam naprawdę gorąco, skoro wyciągnęli taką zabawkę — Różycki splunął na ziemię, gasząc niedopałek butem.
Lindholm spojrzał na Polaka znad lornetki.
— Jeśli „Luleå” jest w grze, to znaczy, że układ sił na Bałtyku właśnie przestał istnieć. Ta korweta teoretycznie powinna zmieść wszystko, co Rosjanie mają w tym rejonie, w niecałą godzinę.
— Zbyt pewna siebie teza — rzucił Michał. — Amerykanie zawsze twierdzili, że mają monopol na technologiczną przewagę.
— Nie chcieli nas w NATO zbyt wcześnie, więc musieliśmy radzić sobie sami. Wojsko zleciło SAAB-owi budowę tych jednostek z myślą o całkowitej dominacji elektronicznej. Miały wejść do służby za trzy lata, ale Ukraina wszystko przyspieszyła.
Schodzili wąską ścieżką ku plaży. Na falach kołysała się motorówka Straży Przybrzeżnej, a obok, na piasku, spoczywał jaskrawopomarańczowy batyskaf ratunkowy. Wyglądał jak obcy element w surowym krajobrazie klifów. Jeśli Pietrow mówił prawdę, to właśnie w tej metalowej bańce uciekł z tonącego, atomowego grobowca.
— Myślałem, że będziesz stawiał opór — odezwał się Szwed, gdy ich buty dotknęły mokrego piasku.
— Uświadomiłem sobie, że z żołnierza nigdy do końca nie wyjdzie żołnierz. Wspomnienie o Afganistanie zrobiło swoje. — Michał uśmiechnął się ironicznie. — A jeśli ma wybuchnąć wojna, to nie zamierzam uciekać wpław do Polski jak Czarniecki.
Lindholm zaśmiał się krótko, rozpoznając historyczną aluzję.
— Niezłe porównanie. Bylebyś tylko nie zaczął nam tu uprawiać partyzantki.
Weszli na pokład motorówki. Sternik przekręcił zapłon i silnik zawarczał niskim, pewnym tonem. Ścigacz wyrwał przed siebie, tnąc grzbiety fal z narastającą prędkością. Nagle jednak coś się zmieniło. Powietrze wokół nich jakby zgęstniało, wypełniając się statyczną elektrycznością.
Michał zobaczył to pierwszy. Po obudowie silnika przeskoczyła jaskrawa, błękitna iskra. Wyglądała jak miniaturowy piorun, który w ułamku sekundy przemknął po pokładzie, skacząc na instrumenty sterownicze. Sternik wrzasnął i odskoczył od konsoli, trzymając się za zdrętwiałe dłonie.
Maszyna zawyła nienaturalnie, po czym silnik zgasł z głuchym stuknięciem. Lindholm popatrzył na Michała z przerażeniem.
— Co to do cholery było?!
— Coś mnie kopnęło… całe ręce mi drętwieją — wykrztusił marynarz, desperacko próbując ponownie uruchomić zapłon. Bezskutecznie. Wszystkie zegary, radary i wyświetlacze GPS były martwe. Ciemne szkło ekranów odbijało jedynie ich blade twarze.
Michał nie słyszał już pytań Lindholma. Patrzył na dymiącą konsolę, a w jego głowie obrazy zaczęły układać się w spójną całość. To wyładowanie, ten specyficzny błękitny błysk… Widział to już kiedyś. W Afganistanie. W jeziorze Nawur, tuż przed tym, jak Amerykanie „przypadkowo” zbombardowali okolicę.
— Czy ten wasz cudowny okręt ma jakieś innowacyjne uzbrojenie? — rzucił Polak, nie odrywając wzroku od miejsca, w którym czarna sylwetka korwety stopiła się z linią horyzontu.
— Z tego, co nam mówili, jest naszpikowany elektroniką i sterowany przez sztuczną inteligencję. To w zasadzie pływający superkomputer. Dlaczego pytasz? — Lindholm przetarł twarz, wciąż czując mrowienie w palcach po nagłym wyładowaniu.
— Ma działo elektromagnetyczne? Bo mam wrażenie, że to, co nas unieruchomiło, było ukierunkowanym impulsem energii.
— Skąd niby mam to wiedzieć? — Szwed żachnął się, choć w jego głosie słychać było narastającą niepewność. — To świeży projekt, ściśle tajny. Nawet MUST nie dostał jeszcze pełnej dokumentacji systemów ofensywnych.
— Jeśli ma takie urządzenie, to właśnie zostało użyte — skwitował Różycki. — A jeśli zostało użyte tutaj, na środku Bałtyku, to znaczy, że właśnie zaczęła się wojna morska.
Sternik i agent wywiadu zamilkli, a jedynym dźwiękiem był teraz miarowy plusk fal uderzających o burtę martwej motorówki. Michał Różycki rzadko się mylił w takich kwestiach — lata spędzone na misjach nauczyły go rozpoznawać zapach nadciągającego konfliktu, zanim jeszcze padną pierwsze strzały.
Dryfowali bezwładnie, uwięzieni na łupinie orzecha w samym sercu punktu zapalnego. Gdzieś niedaleko nich „Luleå” — duma Szwecji i prawdopodobna przyczyna ich nieszczęścia — pruła fale, niosąc ze sobą technologię, która właśnie zaczęła obracać się przeciwko swoim twórcom. W Europie, na pozór spokojnej i zaspanej, właśnie otwierały się wrota do kolejnego piekła.
Rozdział 8
Służbowy telefon Anny Lind dzieliły milimetry od upadku na podłogę. Mimo że wyciszyła go przed drzemką, zostawiła włączone wibracje. Ciche drgania nie zdołały wybudzić agentki, ale centymetr po centymetrze zsuwały smartfon ku krawędzi stolika. Lind padła na łóżko kompletnie wyczerpana po bezowocnej naradzie ze Szwedami. Gospodarze nie przejawiali najmniejszej ochoty do współpracy, a Anna miała nieodparte wrażenie, że o tajemniczej anomalii wiedzą znacznie więcej niż Langley.
Dokumentacja, którą przełożony wcisnął jej w ręce na lotnisku, była irytująco lakoniczna. Liczyła na to, że po wylądowaniu na Gotlandii tubylcy okażą się bardziej wylewni. Szybko jednak zrozumiała, dlaczego Szwedom tak niespieszno do struktur NATO — czuli się panami Bałtyku, nad którym sprawowali niemal absolutną kontrolę. I zamierzali tę kontrolę utrzymać, nie zważając na koszty.
Smartfon wykonał ostatni taniec na blacie i zaczął przechylać się nad przepaścią. Lind otworzyła oczy w ułamku sekundy, instynktownie wyrzucając rękę i łapiąc urządzenie tuż nad podłogą. Przetarła dłonią twarz, odgarnęła splątane włosy i odebrała połączenie.
— Lind, co się z tobą dzieje? Żyjesz jeszcze? — usłyszała w słuchawce głośne sapanie. Brzmiało to tak, jakby jej szef właśnie uprawiał jogging w Central Parku.
— To przez jet lag. W Nowym Jorku wciąż mamy noc — mruknęła, siadając na skraju łóżka.
— Myślałem, że jesteś już na morzu razem ze Szwedami. Dlaczego sygnał namierzamy z hotelu w Visby?
— Jak to ze Szwedami? — Anna wyprostowała się gwałtownie, czując, jak resztki snu ulatują z głowy.
— Wysłaliśmy dyspozycję do ich Marynarki. Ruszyli z portu godzinę temu zbadać anomalię. Dostałaś wszystkie instrukcje na telefon!
Anna szybko przejrzała wiadomości. Była tam — jedna, krótka depesza z punktem zbornym i godziną. Miała stawić się w porcie i wejść na pokład razem z Larsem Bergiem, szefem SÄPO.
— Cholera… — rzuciła pod nosem.
— Gdyby nie okoliczności, wyciągnąłbym konsekwencje — głos szefa stał się twardy.
— Co się stało, że tak nagle podnieśli kotwicę?
— Sytuacja na Bałtyku właśnie eksplodowała. Berg niemal uprowadził ich najnowszą korwetę, tę całą „Luleå”, organizując wyprawę na własną rękę. Langley dowiedziała się o tym kanałami nieoficjalnymi. Nasi ludzie postawili Szwedom ultimatum: albo ty znajdziesz się na pokładzie, albo zawieszamy wymianę danych wywiadowczych.
— Ultimatum? Dlaczego tak ostro?
Przełożony zawiesił głos. Słyszała tylko jego głęboki oddech, który w ciszy pokoju hotelowego brzmiał nienaturalnie głośno.
— Rosjanie zostali zaatakowani — rzucił w końcu. — I nie mówię o przypadkowym otarciu.
— Chodzi o tę łódź podwodną, którą stracili? — dopytywała Lind, wstając i podchodząc do okna.
— Tak. Jedną z dwóch, które operowały w tym sektorze. Wygląda na to, że ktoś, albo coś, wyłączyło ich jednostkę jednym ciosem. Za pół godziny do Visby przybije frachtowiec z zaopatrzeniem wojskowym. Szwedzi w panice przerzucają na Gotlandię posiłki. Na pokładzie będzie nasz człowiek. Wyjaśni ci szczegóły.
— „Lepkie rączki”? — Anna podeszła do ekspresu. Włożyła kapsułkę i uruchomiła maszynę. Charakterystyczny terkot urządzenia na moment zagłuszył szum w słuchawce. Potrzebowała kofeiny, by przetrwać nadchodzące godziny.
— Prosiłaś o kogoś od systemów. Myślę, że w obecnych okolicznościach dzieciak się przyda — głos szefa w słuchawce stał się na moment poważniejszy.
— Spróbujemy ugrać coś dla Agencji. Lars Berg tak bardzo podkreślał, że nie są w NATO, więc może czas pokazać mu, co to oznacza w praktyce — Lind upiła łyk kawy. Ciepło napoju i uderzenie kofeiny niemal natychmiast rozjaśniło jej umysł. — Utrzemy im nosa przy samej skórze.
— Najpierw ustal, co wiedzą o anomalii. To jedyny priorytet rządu.
Anna dopiła kawę. Jak na hotelową lurę, była zaskakująco znośna. Szef kontynuował raport:
— Z tego, co wiemy, Erik Holm został w Visby. Berg nie zabrał go na pokład korwety.
— Dużo pan wie. Mamy swojego człowieka w SÄPO? — rzuciła z zaciekawieniem. Czyżby nie była jedynym pionkiem CIA na Gotlandii?
— Zaufaj Agencji, Anna — uciął krótko, co było jasnym sygnałem do zakończenia tematu.
Wiedziała, jak to działa. CIA uwielbiała dublować agentów. W razie wpadki lub zdrady jednego, drugi miał za zadanie zatrzeć ślady i kontynuować misję. To była stara szkoła, wypracowana na błędach z Bliskiego Wschodu, gdzie każdy błąd kosztował życie.
— Idę szukać Holma. Ten Szwed wydawał się najbardziej skory do rozmowy. Dam znać, jak tylko go przycisnę.
— Lind, ruszaj się. Jest piąta rano, pora do roboty — usłyszała jeszcze żartobliwe sapanie, po czym szef dodał: — Namiary na łącznika już lecą. Tym razem odczytaj wiadomość od razu.
Połączenie zostało przerwane. Chwilę później telefon zawibrował. Eliasz Nowak. Polak, rude, krótko przystrzyżone włosy, błękitne oczy. Anna uniosła brwi, czytając datę urodzenia. Chłopak skończył dziewiętnaście lat zaledwie miesiąc temu. Student Uniwersytetu Warszawskiego.
„Dzieciak?” — pomyślała ze zdziwieniem. Pracowała z dziesiątkami specjalistów, ale zazwyczaj byli to ludzie z siwiejącymi skroniami i dyplomami z MIT. Skoro Langley rzucało dziewiętnastolatka w sam środek bałtyckiego kryzysu, chłopak musiał być albo geniuszem, albo największym szaleńcem w branży.
Kwadrans później była już przed hotelem. Tym razem nie czekał na nią czarny mercedes kontrwywiadu, co tylko potwierdzało, że Szwedzi mają teraz ważniejsze sprawy na głowie niż wożenie amerykańskiej agentki. Pod budynkiem stały dwie taksówki. Anna wsiadła do pierwszej, podając adres posterunku policji w Visby. Stary taksówkarz zmierzył ją niechętnym spojrzeniem, pewnie kalkulując niską opłacalność krótkiego kursu. Kiedy jednak na siedzeniu pasażera wylądował banknot studolarowy, na jego twarzy wykwitł szeroki, bezzębny uśmiech.
— Już się robi, proszę pani — wycedził łamaną angielszczyzną.
Gdy zajechali pod posterunek, Anna od razu dostrzegła Erika. Stał przed budynkiem, nerwowo zaciągając się papierosem. Na jej widok rzucił niedopałek na chodnik tak energicznie, że niemal trafił w buty przechodzącego obok policjanta.
— Mieliście z nami współpracować, Holm. Nie możecie wiecznie bawić się w kotka i myszkę — rzuciła Anna, zanim Szwed zdążył otworzyć usta. Zatrzymała się metr od niego, krzyżując ręce na piersi. — Nasza Agencja nie rozdaje informacji za darmo. Może wreszcie zaczniecie mnie traktować poważnie?
— Widzę, że wie pani już o „Luleå” — mruknął Holm, wyciągając paczkę z ostatnimi dwiema sztukami papierosów. Anna pokręciła głową, gdy chciał ją poczęstować. Sam przypalił, zaciągając się głęboko.
— Dowiedziałam się od swojego przełożonego, a powinnam od was — ucięła chłodno Lind. — Langley zaczyna się poważnie zastanawiać, czy dzielenie się z wami naszą wiedzą operacyjną nie było błędem.
— To był pomysł Berga. Mój szef nic nie wspomniał o tym, że ma pani płynąć z nim.
— Ruszyli badać anomalię czy może wyłowić rosyjski wrak? — Lind podeszła bliżej, świdrując Szweda wzrokiem.
Holm wypuścił dym i pokiwał głową. Widziała w jego oczach rezygnację człowieka, którego ambicje zostały stłamszone przez biurokrację i gierki na szczytach władzy.
— Jak już mówiłem, nie wiedziałem o planach wobec korwety. Od samego początku tej cholernej sytuacji na Bałtyku jestem tu tylko pionkiem. Lars Berg dowodzi osobiście.
— Mógł mi pan to powiedzieć wcześniej. Nasza odprawa nie skończyłaby się taką farsą.
— Chcieli dopaść tę łódź, zanim zrobią to inni. Według naszych analiz, ta anomalia to sygnał ratunkowy. Przejęcie rosyjskiej technologii szóstej generacji wraz z załogą dałoby Szwecji kartę przetargową, o jakiej marzyliśmy od dekad.
Anna zrozumiała. Berg nie działał w imieniu bezpieczeństwa regionu, ale w imieniu własnej kariery. Portfel ministra spraw zagranicznych albo premiera był w zasięgu ręki, jeśli tylko dostarczyłby rosyjską atomówkę do portu w Karlskronie.
— Czym niby mieliby ją wyciągnąć? Ta wasza korweta ma zdolności, o których zapomnieliście wspomnieć w raporcie dla NATO? — spytała ironicznie.
Holm zgasił papierosa butem, starannie przydeptując niedopałek.
— W zasadzie mogę to pani powiedzieć. Projekt był tajny, ale skoro okręt wyszedł z portu, to jego zdjęcia i tak krążą już na TikToku. To nie jest zwykły kuter. To jedna z czterech jednostek szóstej generacji budowanych przez SAAB-a.
Erik zebrał myśli i zaczął referować szczegóły projektu „Luleå”. Nowoczesne korwety miały zastąpić jednostki typu Visby, które mimo swojego futurystycznego wyglądu, na dzisiejszym polu walki były już przeżytkiem. „Luleå” była większa, posiadała pełną zdolność operowania i, co najważniejsze, jej systemami bojowymi zarządzała zaawansowana sztuczna inteligencja.
— Świetnie. I kiedy zamierzaliście podzielić się tymi rewelacjami z sojusznikami? — przerwała mu Lind.
— To był projekt zatwierdzony osobiście przez króla. Najwyższa klauzula tajności — próbował bronić się Holm.
— Macie okręt zdolny do wywołania III wojny światowej i bawicie się w kowbojów na środku Bałtyku. Czy Berg zdawał sobie sprawę z ryzyka? — Agentka CIA zasypywała go pytaniami jak bokser, który zapędził przeciwnika do narożnika.
Holm zamilkł. Wiedział, że ma rację. Brawurowy rajd najnowszego dziecka szwedzkiej zbrojeniówki był skrajnie ryzykowny, zwłaszcza przy napiętych stosunkach między SÄPO a wywiadem wojskowym MUST. Gdyby te dwie agencje współpracowały, „Luleå” nie wypłynęłaby bez wsparcia lotnictwa i osłony dyplomatycznej.
— Ma pani rację — przyznał w końcu Holm, kapitulując. — Berg postawił wszystko na jedną kartę.
— Skoro pana szef bawi się teraz w kapitana Nemo na Bałtyku, to kto właściwie dowodzi tutaj, w Visby?
— Jeśli chodzi o SÄPO, zostałem sam — Erik rozłożył ręce w geście bezradności. — Lars Berg nie dopuścił nikogo więcej do operacji na Gotlandii.
— A tych „dwunastu apostołów” z narady? — rzuciła sarkastycznie Anna.
— Lokalni dowódcy, którzy mają zabezpieczyć transport ze Sztokholmu i garstka cywilów z ochrony wyspy. Z agentów kontrwywiadu na placu boju jestem tylko ja. No i pani, jako wsparcie z Langley.
Lind wyciągnęła telefon. Wybierając numer przełożonego, odwróciła się plecami do Holma i odeszła kilka kroków, szukając odrobiny prywatności.
— Melduj. Tylko konkretnie — usłyszała w słuchawce szorstki głos szefa.
— Lars Berg prowadzi prywatną krucjatę. Użyli swojej tajnej jednostki, „Luleå”, żeby przechwycić rosyjski wrak bez powiadamiania sojuszników. Erik Holm został na lodzie, w SÄPO panuje informacyjny burdel. Chcą położyć łapy na rosyjskiej technologii, zanim my to zrobimy. Tyle wiem na chwilę…
Nagle w słuchawce coś zgrzytnęło. Metaliczny, wysoki pisk niemal rozerwał Annie bębenek. Odsunęła smartfon od ucha, klnąc pod nosem. Spojrzała na wyświetlacz — urządzenie, mimo połowy baterii, po prostu zgasło. Próbowała je zrestartować, ale ekran pozostał martwy. Zasilanie zostało wyssane w ułamku sekundy, jakby przez jakąś niewidzialną siłę.
Zerknęła na Erika. Szwed nie patrzył już na nią, lecz na plac przed budynkiem policji. Kilku funkcjonariuszy stało z podobnymi minami, nerwowo wciskając przyciski swoich telefonów. Powietrze wydawało się dziwnie naładowane, niemal czuło się zapach ozonu.
— Co jest grane? — rzucił Holm, widząc, że Anna walczy ze swoim urządzeniem.
— Nie mam pojęcia. Bateria padła w sekundę.
— Nie jesteś osamotniona — Szwed wskazał głową na policjantów. — Wygląda na to, że cała ulica właśnie straciła łączność.
— Twój rząd odciął wyspę? Czy to już otwarta wojna?
Erik Holm zaklął siarczyście. Z budynku policji wybiegł żołnierz, potrząsając ciężką, zieloną radiostacją. Urządzenie, które powinno działać w każdych warunkach, milczało jak zaklęte. Wojskowy wklepywał kody, przełączał kanały, ale jedynym efektem był głuchy szum, który po chwili również zamarł.
Anna Lind zmarszczyła brwi, obserwując otoczenie. To nie były tylko telefony. Na pobliskim skrzyżowaniu dwa samochody stanęły jak wryte. Silniki zgasły w trakcie jazdy, a tylko dzięki hamulcom i refleksowi kierowców nie doszło do karambolu. Miasto powoli zamierało, jakby ktoś wyciągnął wtyczkę z kontaktu całego Visby.
— Idę zasięgnąć języka na komendzie — Erik ruszył w stronę schodów, ale Anna złapała go za ramię.
— Zaczekaj. Chyba wiem, co się dzieje. To przypomina mi pewne wydarzenia z 2016 roku.
— Tajna broń Rosjan? — Szwed zatrzymał się, patrząc na nią z niedowierzaniem.
— Czytałam raport Marynarki Wojennej USA. Incydent na Morzu Czarnym, okręt USS „Donald Cook”. Oficjalnie mówiono o niskim przelocie rosyjskiego SU-24, ale nieoficjalnie… cały system Aegis na pokładzie niszczyciela został wyłączony jednym impulsem. Rosjanie przetestowali wtedy system walki elektronicznej, który oślepił nasz najnowocześniejszy okręt.
— Jaki to ma związek z nami? — Holm nerwowo rozejrzał się po okolicy. — Przecież jesteśmy na lądzie, w środku miasta.
— Taki, że „Złoty Strzał” właśnie uderzył w Gotlandię. Jeśli to, co unieruchomiło „Donalda Cooka”, zostało teraz użyte na większą skalę, to znaczy, że „Luleå” nie jest jedynym drapieżnikiem na tych wodach. Albo co gorsza — to wasza korweta właśnie kogoś zaatakowała, a my zbieramy odpryski wyładowania.
— Muszę ci coś jeszcze powiedzieć. Istniała nieoficjalna część raportu o „Donaldzie Cooku” — Anna mówiła szybko, ignorując panikę narastającą wokół nich. — Po przelocie Rosjan łączność padła całkowicie, a system Aegis został sparaliżowany. Dowództwo było pewne: przeciwnik użył ukierunkowanego impulsu EMP o niespotykanej dotąd mocy.
— Chcesz powiedzieć, że uderzyli właśnie w nas? Że Gotlandia stała się celem ataku bronią elektromagnetyczną? — Holm patrzył na nią z niedowierzaniem, wyciągając ostatniego papierosa.
— Niewykluczone — Anna pokiwała głową, a jej lodowaty spokój zmroził Szweda bardziej niż poranny wiatr.
Erik przypalił, zaciągając się gorącą porcją nikotyny. Próbował racjonalizować, odrzucić wizję techno apokalipsy, ale fakty były nieubłagane. Wojna elektroniczna, dotąd traktowana jak teoretyczne ćwiczenie sztabowe, właśnie stała się ich rzeczywistością. Jedyna nadzieja tliła się w „Luleå” — okręt szóstej generacji musiał mieć systemy ochrony przed EMP. Może to właśnie on toczył teraz pojedynek na falach Bałtyku, a impuls, który dotarł do Visby, był jedynie „odpryskiem” tej gigantycznej bitwy.
Lind wciąż próbowała reanimować smartfon. Pamiętała, że na amerykańskim niszczycielu obwody w końcu wróciły do życia. Jeśli Rosjanie użyli tej samej technologii, istniała szansa, że paraliż jest tymczasowy.
Chciała zaproponować Erikowi wejście na komendę, by skorzystać ze starych, analogowych linii, o ile takie jeszcze istniały, ale nie zdążyła otworzyć ust. Całą okolicę Visby przeszył przeraźliwy huk, po którym nastąpił zgrzyt dartego metalu, tak potężny, że aż zadrżała ziemia.
Z budynku policji wybiegło trzech wojskowych, rzucając się w stronę nabrzeża. Holm i Lind bez słowa pobiegli za nimi. Półtora kilometra pokonali w morderczym tempie, a kiedy wypadli zza ostatniego zakrętu przy porcie, ich oczom ukazał się obraz jak z filmu katastroficznego.
Ogromna, stalowa bryła statku transportowego, pozbawiona sterowności i hamulców silnika, z całym impetem wbijała się w betonowe nabrzeże. Dziób frachtowca rozrywał nabrzeże niczym pług, wyrzucając w powietrze wielotonowe bloki betonu. Odłamki świszczały w powietrzu jak pociski, rozbijając okna pobliskich magazynów i budynków portowych.
Na plac wbiegali kolejni żołnierze z pobliskiego garnizonu, próbując opanować chaos, ale byli bezsilni wobec praw fizyki. Anna Lind stanęła sparaliżowana. Widziała pył unoszący się nad zmiażdżonym nabrzeżem i słyszała nieludzki pisk stali trącej o kamień. Erik Holm coś do niej krzyczał, szarpał ją za ramię, ale jego głos tonął w huku walących się konstrukcji.
Rozdział 9
Boeing 737 linii LOT stał na płycie postojowej warszawskiego Okęcia od dobrych trzydziestu minut. Kapitan nie dołączył do kolejki maszyn kołujących w stronę pasa startowego. Zamiast tego studiował depeszę, którą w ostatniej chwili dostarczył mu technik pokładowy. Centrala, pod naciskiem międzynarodowych zaleceń, wdrożyła nadzwyczajne korekty korytarzy powietrznych.
Dowodzący lotem do Sztokholmu wklepywał do komputera pokładowego nowe ciągi cyfr i liter. Bezpośredni skok nad Bałtykiem przestał wchodzić w grę. Zgodnie z nowymi wytycznymi, musieli nadłożyć trasy, kierując się nad Danię, by dopiero nad terytorium Norwegii odbić na wschód. Kapitan podpisał dokument, potwierdzając przyjęcie instrukcji. Chwilę później stewardesa zatrzasnęła drzwi, a maszyna drgnęła, zaczynając powolny marsz w stronę progu pasa.
Eliasz Nowak wyglądał przez małe, okrągłe okno, po raz kolejny odczytując napis na hali terminala. Jeszcze kilka godzin temu celująco zdawał kolokwium na Uniwersytecie Warszawskim, wprawiając w zakłopotanie profesora swoimi teoriami na temat kryptografii kwantowej. Wyszedł z sali szybkim krokiem, zostawiając na biurku indeks z wpisem, który dla każdego innego byłby powodem do świętowania. Dla Eliasza był tylko formalnością przed prawdziwym sprawdzianem.
Taksówka podjechała pod główne wejście na Nowym Świecie idealnie o czasie. Kierowca pędził przez zakorkowaną stolicę, wykorzystując każdy skrót i lukę w ruchu, jakie znał tylko stary warszawski taksiarz. Dzięki temu Eliasz wpadł na lotnisko w ostatniej możliwej chwili. Z plecakiem wypchanym książkami, notatnikami i laptopem, trzymając w ręku telefon z wyświetlonym kodem QR, błyskawicznie przeszedł kontrolę bezpieczeństwa. Status VIP, przyznany mu przez nieznanego „sponsora”, otwierał wszystkie bramki.
Wsiadł na pokład jako ostatni, zajmując miejsce w klasie biznes obok młodej kobiety. Zapiął pas, obserwując, jak technik w żółtej kamizelce opuszcza kokpit z pustą podkładką pod dokumenty. Gdy silniki zawyły, a siła odrzutu wgniotła go w fotel, poczuł znajomy ucisk w żołądku. Nigdy nie lubił startów; zbyt wiele czytał o statystyce katastrof podczas tych krytycznych sekund. Dopiero gdy odrzutowiec osiągnął pułap przelotowy, młody student odetchnął z ulgą.
Samolot wylądował gładko na lotnisku Sztokholm-Bromma po półtorej godzinie lotu. W hali przylotów Eliasz niemal natychmiast dostrzegł tabliczkę ze swoim nazwiskiem. Trzymał ją wysoki, nienagannie ubrany Szwed o idealnie ułożonych blond włosach. Mężczyzna wyglądał, jakby właśnie zszedł z planu reklamy luksusowych zegarków, a nie czekał na zmęczonego studenta.