Zatrać się dzisiaj w słowie
Głębokość jego znajdziesz
Wystawna uczta bowiem
Wskazuje drogę palcem
Koniec z początkiem łączy
Blisko pozwala patrzeć
Błękitem lazurowym
20.02.2026 7:12
Droga
Cztery dedykacje
Zaproszonaś w podróż do mojego świata.
Wiatr w me żagle tchnęłaś.
Zostanie na lata.
W oceanów liter wyruszyły słowa.
W błękicie najczystszym połów ten zachowam.
Uskrzydlonym moich słów westchnieniom
rześkość dałaś, nowej tej przygody ścieżce.
Czas łaskawca w ziarna piasku zmieniał,
dając w zamian szept wstrzymany wierszem.
W rozmowie intymność skryła swoje barwy.
Przecinek i kropka były naszym skarbem.
Choć historia niosła słów opowiadanie,
to „nic ciekawego” na zawsze zostanie.
Nosisz ciężar wielki, przeszłością spisany.
Słowo czasem bywa plastrem z literami.
Nuty ukojenia w nim już są zawarte.
Choć czas nic nie leczy, dać czas słowom — warto.
Do weny
Wystarczy chwila.
Ułamek mrugnięcia.
Niepowtarzalny już nigdy więcej.
Ty go uchwycisz.
Uchwyć ten moment.
Bezbarwny w pierwszej sekundzie.
Wyblakły i szary.
Bez znaczenia przemijający.
Aż do chwili błysku.
Zderzenia z wielobarwnością jednej emocji.
Teraz tęczy żywej nabiera,
jak płomień rozpala się w piecu twego natchnienia.
Powstaje w błysku historia coraz bardziej.
Przejrzysta, jaśniejsza.
Przez chwilę jakby brakło powietrza.
Płomień przygasa, wstrzymany wahaniem konceptu
i eksploduje forma pajęcza,
tkając historię płynącą z wnętrza.
Każdy następny będzie tym innym.
Małym momentem w czasie,
w przestrzeni zgoła odmiennej.
Myśl pokruszona
Wrzucona jak garść zebranych świetlików.
W ciszy zamknięta. W wieczornym słoiku.
Gdy ciemność nastanie, słój lampą się stanie.
Między światami wytycza drogę.
Przychodzisz ze wspomnień oceanu.
Bez stopy postawionej na piasku.
Bez kropli słonych dywanów.
Przed słońcem lub o jego brzasku.
Unosisz się wonią majowych bukietów
i potarganych westchnień wśród czterech żywiołów
Nie sposób cię chwycić, dotknąć — niełatwo.
Przechodzisz i znikasz, jakby nie patrząc.
Ach myśli moja! Tobie dam się ponieść.
Wprowadź mnie w twoje nieznane krainy,
a ja cię pokruszę na domowym stole,
jak ciasta okruchy, smakując chwili tej aromat.
Nie można się oprzeć tej ze słów pokusie,
więc popchnij w nieznany błękitu horyzont.
Dopóki milczeniem sen nie spowije,
mieszasz dzień z nocą.
Noc — dniem rozświetlasz ochoczo.
Prowadź w obrazów twych powab nietknięty.
Wiosennym kuszeniem ze słów niedopiętych.
Myśli ty moja! Trwaj przy mnie! Blisko.
Morfeusz niebawem ukradnie to wszystko.
Droga
W poszukiwaniu siebie zatrzymałem się nad moją doliną.
Wspiąłem się na szczyt, gdzieś ponad — tu jestem.
Zielony spokój znalazłem i lekko przydymioną krainę.
Niewzruszonych drzew adoruję milczącą historię.
I tylko ptasie skrzydła mówią:
— Idź dalej.
Daj siebie ten kawałek.
Odłam.
Podaj dalej.
Obłoki dziś nie dla ciebie.
One daleko unoszą się na tym niebie.
Ty patrz, gdzie droga prowadzi.
Zawiła, kręta. Czasem zanika we wzroku błędach.
Proste odcinki? Też się odnajdą.
Nie tam, gdzie chciałbyś, lecz ciebie… znajdą.
Stawiam ślady poza plecami.
Dla tych, co moją historię chcą czytać garściami.
W tych śladach — znajdą kierunek.
Nadzieję odnajdą.
Cel swój czy ktoś tu pochwyci?
Zostaję przy swoim.
I idę dalej.
Kim jestem
W teatrze gram rolę życia,
lecz kim jestem… chciałbym to uchwycić.
Ucharakteryzowany na drugoplanowego bohatera.
Bez czerwonej peleryny.
Do końca nie wiadomo czy to tylko rola.
W dialogach robię bardziej za suflera,
czy autorem jestem przedstawienia?
Zagubiony
Weno moja, co w błękicie nieba
oczu twych, natchnień wypatruję.
Jesteś porankiem jak jutrzenka
czy koguta pianie.
Przychodzisz poranną rosą i myśli me skrapiasz niedbale.
W twym spojrzeniu łany zboża mi złocieją,
a pękate kłosy chylą przed twym licem
pełne urodzaju głowy.
Sypnij ziarnem natchnień poecie,
który drogę do sieni zgubił w zapachu łąki
i barwach polnej gawiedzi kwiatów.
Poszukiwania
…a poezję gdzie złapać możesz?
Podczas jazdy na motorze.
Ryby łowiąc w dzikim stawie,
albo tańcząc na zabawie.
Chodząc ulicami miasta.
Jedząc wielki kawał ciasta.
Rozmawiając z blond włosami,
albo milcząc pod gwiazdami.
Wybory
Życie nie zapytało mnie, ile jeszcze mam siły.
Nie zapytało, gdzie ta moja granica granic.
Pokazało palcem azymut.
Rzuciło pożegnalne: radź sobie, będzie dobrze.
W drodze spotkałem tłum bijący brawo,
taki z widowni cyrkowej.
Skandowali: bohater! bohater!,
chcąc wznieść mnie na piedestały swoich ambicji.
Cóż ja?
W butach z oderwaną podeszwą,
złapaną na gumkę recepturkę.
Z pytaniem: kim jestem? trzymanym w jednej dłoni.
W drugiej dłoni ściskając listę tych wszystkich strat,
z którymi nie mogłem się pogodzić.
W tym wszystkim najważniejsze było to, że szedłem dalej.
Chociaż nadal nie wiedząc, czy dobry kierunek obrałem.
Początek
Nie będę w grząskim bagnie
zmyślnie mierzyć swych ambicji.
Przyspieszać bicia serca nie będę nawet w krzyku.
I dla oklasków nie będę zginać karku,
lub czołem chmur sięgać w letargu.
Naręcze zmyślnie strzegło przed ścięciem
ostrym językiem — lśniącym narzędziem.
Brzęczącym nie tyle w uchu, co w sercu.
Zdeptanym zgrzytem na miłosierdziu.
Bez kropli przejrzystej
w ślad drugiej idącej,
strzaskanej bezgłośnie ziemskim napojem.
Sięgnąć początku bez rysy skrzywionej.
Dosięgnąć po prostu — bez dosięgnięcia.
W tym porzuceniu,
czystym w istnieniu,
dotknąć istoty bez skazy.
Ukrytej w rdzeniu.
Krok
Czasami
chciałbym być
jak Herod.
Zrobić krok.
Bez zastanowienia się nad nim.
A w tym moim poukładaniu:
zatrzymuję się,
analizuję,
nie jestem pewien,
waham się.
Ten jedyny moment mija.
A ja?
Zbieram statystyki,
czy warto byłoby
zrobić krok.
Jednakże są tacy,
którzy mi zazdroszczą.
Do gwiazd
Nie jestem z tego świata.
Bezdomność swą wybrałem.
Połowę siebie skradłem.
Po niebie rozsypałem.
Nocnych map morze czytam.
W ciszy gwiazd o drogę pytam.
Czy zbłądziłem do siebie?
Czy jeszcze wiem, gdzie stoję?
Obcych historii znam wiele,
ale czy znam swoje?
Wskazujących palców
w ciężkim bagażu znoszę.
Wskazówek, zakazów
dźwigam pełne kosze.
Poświęcać siebie
ile jeszcze zdołam?
Gwiazd mych rozsypanych
za przewodem wołam.
Zdrada
Zdradziłem cię poranku
Zbyt wcześnie dziś przyszedłeś
Za szybko się zjawiłeś
Po nocy upojnej
Był wieczór
ogarnął mnie ciepłem mroku
Słońce zaszło
cóż pocznę
Był wieczór
Ja — Ty
Dieta
Nie chcę być
plastrem na skołatane serce
czy
kawałkiem tortu
którego za chwilę
w swym przesłodzeniu
odepchniesz
Twoja paleta barw
Paletę barw od ciebie dostałem.
Róże, fiolety,
żółcie, czerwienie,
błękity, amarant.
W odcieniach zielenie.
A w każdym kolorze
jakaś część ciebie.
Ja trzymam paletę,
ty nią malujesz.
Humory, radości.
Ciszę i burzę.
Ocean, co moja łajba przemierza
Pełen zagadek
i wysp do odkrycia.
Dotyk
Ot tak.
Od niechcenia.
Niby muśnięcie, a przepełnione celem,
misternym planem skupionym na tym właśnie momencie.
Zawartym gdzieś na styku dwóch obcych sobie ciał.
Czasem trwającym chwilę dłużej,
zatrzymanym na czas przekazywanego uśmiechu.
To taki mały akcent, często z intencją
ukrytą zaraz pod powierzchnią linii papilarnych.
Niby nic, a jednak ten skrawek naszego życia,
który nie ginie w gąszczu wielu innych chwil
wypełnionych właśnie dotykiem.
***
Są takie dni jak dzisiaj
Zjadłbym cię
Całą
Bez reszty
Każdym kawałkiem zachwycał namiętnie
Pieścił
Dotykał
Splótł się najbardziej jak można
I delikatnym dotykiem ogień wyzwalał
a opuszkami palców płomienie kształtował
Ustami dreszcze wyzwalał i spijał czerwień twych ust
W twym spojrzeniu sonety bym czytał
I jadłbym cię
Bez końca…
Do panny z lampą
Niewiasto, spóźniłaś się.
Zbyteczna lampa twoja.
Bo miły już zamknął drzwi.
Wesela dobiega głos.
Zapomniał o tobie dziś.
Z inną już dzieli łoże.
Dałem siebie
Wszystko co najlepsze
Tobie dałem
Z siebie
W miłości
Po kawałku
W ciszy
Czasami w niezrozumiałej burzy
Z obowiązku
W rezygnacji
Kawałek po kawałku
Ile potrafiłem
Tyle dałem
Niepamięć
Jeśli kiedyś pęknie mi serce,
wypłynie z niego słowa więcej.
Zapomnieć o mnie będzie łatwiej.
Przejść nie po drodze, gdzie dziś patrzę.
Zostawię nasze dzienne sprawy
nocnym westchnieniom, chwilom łzawym.
Błękitom ciepłym nie przeszkodzę
i nie zabronię marznąć wodzie.
Rozpalisz w piecu moim zdaniem.
Popiół rozrzucisz. Nad nim staniesz.
Poranne słońce znowu wzejdzie,
lecz mojej myśli tam nie będzie.
Już inne zdania milczeć będą.
Niepamięć będzie teraz świętą.
Weźmie w opiekę tych nieznanych.
Szczera niepamięć między nami.
Tęsknota
Skąd się bierze?
Jak przychodzi?
Boso? Zimową porą?
Zziębnięta
niepostrzeżenie siada na mych kolanach
i obejmując czule,
składa ten jeden śmiertelny pocałunek
w miejscu wypełnionym pustką.
Pieśń drwala
Mówiłem do ciebie
Tak jak chciałem
Niebanalnie
W metaforach
W uśmiechu
Ze zgrzytaniem zębów
O poranku
I schyłku słońca
O jednym zapomniałem:
Pień… jest głuchy… jak pień.
Wobec
Początek
Podążyłem na początek słów
raz tylko wypowiedzianych,
lecz znaleźć go nie mogłem.
Na koniec słów tych spojrzeć chciałem,
utknąłem w nich po pogrzeb.
Nieoczywistość
Dobrze mówisz,
decyzja jest moja.
…bo jeśli
w tym wszystkim
nie istnieję
nie mam prawa być tutaj.
…tylko
co znaczą łzy twoje?
Sprawiedliwość
Temu wolno.
Tobie nie wolno.
Tutaj można,
ale pod pewnymi względami,
lecz tylko tamtym,
bo tobie już nie.
Tu jest zakaz,
ale tam można.
Tolerancja
Bo byłem inny
A to ci nie pasowało
Nie zmieściłem się w twych ramach
Więc splunąłeś na mnie śmiało
Nie tam gdzie chcesz krzyżyk postawiłem
Więc do krzyża mnie przybiłeś
Ja jak ja dziś się ubrałem
Nie jak ty
Więc mnie ukarałeś
Igrzyska
Wołacie: Zdrajca!
Żądacie krwi
wsiąkniętej w piach
co między zębów lwa
kroplami dziś ocieka
wśród skrawków mego ciała
Igrzysk i chleba!
Nic więcej wam nie trzeba
I tylko zadać ból
i ranić, wznosząc ściśniętą pięść do nieba
Igrzysk i chleba!
Vive la liberté
W cieniu gilotyny schroniłem skroń
pokrytą pulsem mych przekonań.
Straciłem głowę, mowę, wzrok,
piętno idei chcąc zachować.
Kat niepotrzebnie łapie spust.
Wisielczy humor spod kaptura.
Coś o wolności słychać z ust.
Czyjej? Zapytać trzeba pióra.
Wokół elegii słychać ton,
co smak wolności nieco zmienia.
Którą odegrasz rolę swą:
brata, czy kata? — dziś bez znaczenia.
Wierny jak pies ideom — trwam,
Waruję przy nich bez kagańca.
Ktoś mi łańcuchem przestrzeń dał,
a potem krzyknął: zdrajca!
Wolność
Przez całe życie wmawiano mi:
zgoda buduje, niezgoda rujnuje,
a gdy mamy zgoła odmienne zdania,
to kto ma się z kim zgodzić?
Czy spotkanie w pół drogi wystarczy?
Czy wolność, mimo wszystko, nie umożliwia nam
posiadania swojego zdania?
A może o coś innego w tym wszystkim chodzi?
Do zwierzyny
Być.
Po prostu…
Nienachalnie.
W swoim tempie.
Tu i teraz.
Bez pośpiechu.
Wbrew ściganiu,
wbrew tropieniu.
Przy nagonce
trwać gdzieś w cieniu.
Zanurzony w błogiej ciszy.
Jak w zasiadce
nieruchomieć.
Swoim pulsem
wejść w grobowiec.
Czas odmierzać
i zapomnieć.
Jesienny spacer
Przychodzisz w treści dawnego wiersza.
Małymi wąskimi uliczkami myśli.
Przemierzasz starych kamiennych schodów uniesienia.
W prawdzie i fałszu stajemy się sobie bliżsi.
Tętniące krwiste wodospady
przywołują mym spojrzeniom bezkresną szczerość,
przeplatając ten samotny dialog wielobarwnością liści
z łzawym koncertem milczenia.
Przy śmierci bez strachu przystanąłem,
spoglądając na drzewa odarte z życia i liści.
Zostały nagie ramiona wznoszące się do nieba.
Za mnie? Za ciebie? Czy dla własnej korzyści?
Tu cykliczny koniec z początkiem się przeplata,
zwieńczając mokre owacje cichym srebrzystym portretem.
i… tylko myśl pulsuje taka:
Wszystko to trwa z każdym moim oddechem.