drukowana A5
63.42
Impresje Wiktorii

Bezpłatny fragment - Impresje Wiktorii


4
Objętość:
343 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-8351-174-0

Zanim zaczniesz czytać

Kilka słów od autorki

Drugie wydanie romansu historycznego IMPRESJE WIKTORII uzupełniłam o wiele nowych scen z życia Wiktorii oraz Benedykta. Pojawia się w nim kilka ciekawych wątków, których nie napisałam poprzednim razem. Dlaczego dopiero teraz zdecydowałam się rozwinąć tej powieści skrzydła? Książkę pisałam na konkurs, zatem ograniczała mnie ilość znaków ze spacjami. Przez lata miałam ochotę napisać tę powieść tak, jak ją sobie wymarzyłam. Teraz w końcu doszło do tego. Miło było po raz kolejny wczuć się w akcję i rozbudować historię.

Niniejsza powieść to romans historyczny osadzony w drugiej połowie XIX wieku. Był to burzliwy okres dla naszego państwa, podobnie jak dla żyjących w tym czasie różnych przedstawicieli warstw społecznych. Nie pozostawiam jednak Czytelnikowi/Czytelniczce złudzeń — nie jest to powieść historyczna lecz romans. Nie poruszam tutaj wątków politycznych, nie wspominam o datach. I choć zapożyczam pewne fakty z codziennego życia ludzi tej dynamicznej epoki, jest to rzeczywistość wykreowana przeze mnie, stworzona na potrzeby wątku miłosnego. Dlatego jeśli Czytelnik/Czytelniczka pragnie zgłębić realia epoki, odsyłam do stosownych publikacji, o których wspominam także pod koniec, w posłowiu. Wyjaśniam tam także pewne wątki obyczajowe epoki, których niewprawny Czytelnik/Czytelniczka może nie zrozumieć.

Powieść IMPRESJE WIKTORII służy tylko i wyłącznie rozrywce. Moim zadaniem jako autorki jest zapewnienie dobrej zabawy Czytelnikom, a nie edukowanie ich w zakresie historii — dat i suchych faktów. W powieści skupiam się na miłości i obyczajach, bo o tym właśnie są moje książki.

Życzę przyjemnej lektury :)

Ewelina C. Lisowska

1. Wschód słońca

Wschodni blasku w różowości spowity

Delikatnie rozstawiasz swe światła

Dotykasz mych jasnych błękitów

Łaskawie rozpraszasz czernie.

Złota jasności świata

Złóż pocałunek na mej czerwieni

Otul moją jasną skórę

Pokochaj zieloność źrenic

Zespół się ze mną w bieli.

Pospolity, płaski, nudny… Ach! Wiejski krajobraz rysował mi się przed oczyma, gdy tego dnia jechałam na codzienną, poranną Mszę Świętą do kaplicy. Tatuś zawsze ubolewał, że tak daleko mamy do miasta i do wielkiej, gotyckiej katedry, gdzie łatwiej byłoby mu chwalić wspaniałe i wielkie dzieła Pana. Rzadko jednak uczestniczyliśmy w mieście we mszy. Tata nie lubił dalekich podróży, które były dla niego uciążliwe ze względu na bóle stawów i kości, które dokuczały mu podczas jazdy wyboistą, polną drożyną. Nasza drewniana kapliczka, wybudowana z inicjatywy papy, mogła pomieścić tylko najważniejsze osobistości, a reszta — to znaczy chłopska hołota — stała zawsze boso na zewnątrz. Najwięcej zawsze było ich w niedzielę. Zawsze ten sam smętny obraz. Z szacunku dla Boga chłopi i ich parobcy odsłaniali swoje głowy, klękali na gołej ziemi, biadolili i wywracali gałkami ocznymi, spoglądając ku górze, jakby w niebie nad swoimi głowami szukali Boga we własnej osobie. W dłoniach trzymali swoje niechlujne nakrycia głowy lub drobne rączki swoich brudnych, zasmarkanych dzieciątek — ten widok zawsze przyprawiał mnie o mdłości, dlatego wolałam jechać na Mszę w środku tygodnia, gdy wiejskie baby i ich mężowie oraz starsze potomstwo byli zajęci pracą na roli lub w gospodarstwie.

Ta sama od tylu lat, pokonywana powozem polna droga, wiodąca pośród zielonych łąk i łanów zbóż… a w kwietniu pomiędzy brudnymi, ciemnymi pasami ziemi pól uprawnych, poprzedzielanych miedzami. Jedyne co ratowało ten widok to rosnące gdzieniegdzie krzewy i drzewa, które pokryły się świeżą, wiosenną zielenią. Jakże monotonne wydawały mi się te codziennie oglądane obrazki w stosunku do dzieł Renoira i Maneta. Ach! Paryskie malarstwo! Paryska sztuka! Ach! Jakżeby to było cudownie mieszkać tam i żyć jak dama u boku ukochanego mężczyzny, który dzieliłby ze mną jedno łoże, podziwiał kunszt mojego malarstwa i sprzedawał moje obrazy, a wieczorem…

— Co u licha! — krzyknął mój tata, gdy powóz niebezpiecznie zatrząsł się i nagle przechylił w jego stronę. Na szczęście zareagował szybko — uciekł w moim kierunku, aby utrzymać pojazd w równowadze. O mały włos a nasz powozik przewróciłby się całkowicie! Estera i Joanna, moje dwie piękne, starsze siostry, pisnęły przestraszone. Po chwili jedna po drugiej zaczęły wysiadać przy pomocy naszego woźnicy na polną drogę.

— Och! Nie pchaj się tak, Ester! — fuknęła najstarsza z nas trzech, Joanna. Płochliwa Esterka chciała jak najszybciej wydostać się z potencjalnej pułapki. Kilka razy już miałyśmy nieprzyjemną sytuację na tej drodze. Raz powóz stracił koło i przewrócił się tak, że moja młodsza siostra rozbiła sobie łuk brwiowy. Później musiał go zszywać nasz lekarz… Paskudna historia!

Wyszłam z powozu zaraz po moich siostrach. Owionął mnie rześki chłód świeżego, kwietniowego poranka. Omal nie wpadłam wtedy do ogromnego, brudnego bajora, znajdującego się kilka centymetrów od moich jasnych bucików! W oddali na polach jacyś chłopi sadzili ziemniaki. Miałam nadzieję, że żaden z nich nie wpadnie nagle na pomysł, aby nam pomóc. Szczerze mówiąc, wolałam iść na nogach niż oglądać z bliska ich brudne, nagie stopy, czuć odór ich potu i widzieć ich szkaradne twarze spalone słońcem.

Niestety, musiałam mieć dar do przyciągania tego, czego starałam się za wszelką cenę unikać. Dwu ubranych w proste, szare koszule i lniane portki chłopów, wyrosło przede mną niczym spod ziemi. Musieli obrabiać pole z drugiej strony drogi, bo ich nie zauważyłam wcześniej. Albo szli za nami!

— Łaskawy Panie, pomóc? — zapytał niższy z nich, starzec o łysiejącej głowie. Poczułam smród czosnku. Zatkałam nos chusteczką i odeszłam na stosowną dla mnie odległość.

— Będzie dobrze, bo inaczej spóźnimy się na nabożeństwo! — odparł ojciec, po czym uniósł wysoko głowę, aby dodać swojej osobie dystynkcji.

Drugi z nich, dobrze zbudowany, wysoki blondyn o włosach niczym strzecha wiejskiej chaty, zerknął na mnie łapczywie. Jego kolega prędko dał mu kuksańca w bok.

— Nie dla psa kiełbasa! Nie dla kota śpyrka! Bierz się Benek do roboty, bo państwo się spóźnią na Mszę!

— Ja nic nie muszę! — fuknął zarozumiale pod nosem i znów spojrzał na mnie tym samym bezczelnym wzrokiem. Był bardzo brzydki, tylko tyle rzuciło mi się w oczy za tym pierwszym razem, gdy go ujrzałam. I jeszcze ten jego warczący głos, jakby miał za chwilę wszystkich pokąsać.

Siostry cofnęły się za mnie, a on dodał:

— Chyba, że panienka mnie poprosi.

Tego było za wiele! Miałam ochotę przyłożyć mu w ten jego kartoflowaty nos! Lecz kierując się dobrem swojej rodziny, zagryzłam wargi, a później rzekłam nieswoim głosem, dodając do wypowiedzi pewną dozę niesmacznej mi pokory:

— Prosimy… o pomoc.

Młody mężczyzna, który mógł mieć nie więcej niż dwadzieścia cztery lata, wyszczerzył do mnie swoje żółte zęby przykryte krzywym uśmiechem, co wydało mi się niezwykle obleśne, po czym obydwoje ze swoim towarzyszem wzięli się do roboty. Warczący wielkolud złapał belkę pozbawioną koła, naprężył swoje silne ciało i przechylił wóz ku górze, aby niższy chłop mógł prędko założyć koło na swoje miejsce. Mimowolnie poczułam podziw dla siły mięśni tego pierwszego, a gdy jego wydatne mięśnie napięły się w tytanicznym wysiłku, odwróciłam wzrok. Był niczym mityczny Atlas, ratujący świat przed upadkiem! Odrzuciłam natychmiast myśl o tym, że był bardzo męski i parsknęłam do siebie pod nosem, szydząc z własnych myśli. „Męski, też mi coś!”

— Tylko ostrożnie po tych wybojach, panie woźnica! Bo za chwilę znowu będziem naprawiać! — rzekł starszy chłop do naszego służącego, po czym wytarł ubrudzone błotem dłonie o swoje i tak już ubłocone portki.

Odetchnęłam z ulgą, gdy w końcu tata zaczął gramolić się do środka powozu. Oznaczało to bowiem, że zaraz znajdziemy się poza zasięgiem tych dwóch intruzów. Wcale nie zdziwiłabym się, gdyby specjalnie zastawili na nas pułapkę! Czekałam, aż zażądają od nas zapłaty, ale nie stało się nic takiego. To było gorsze niż wszystko to, co mogło mnie spotkać w kontaktach z obcymi chłopami, którzy spoceni i cuchnący czosnkiem, zeszli prosto z pola od brudnej roboty. Niższy chłop podał rękę mojej najstarszej siostrze Joannie, aby weszła do powozu, a ta z wdzięcznością przyjęła jego pomoc. To samo uczyniła Estera, lecz gdy przyszła moja kolej, zawahałam się czy podejść.

— Ja wejdę sama! — Ruszyłam odważnie przed siebie. Ominęłam chłopów, nie spojrzawszy więcej na ich prostackie twarze, i zaczęłam samodzielnie gramolić się do góry. Pech chciał, że stanęłam na skraju mojej długaśnej sukni i przechyliłam się do tyłu. Złapały mnie czyjeś ręce i wepchnęły do powozu.

Obejrzałam się za siebie. Niezadowolona odkryłam, że moim wybawicielem był wyższy z chłopów. Ten o charczącym głosie i patrzący na mnie jak zwierz chcący zaatakować! Skłonił mi się nisko i służalczo, a później zamknął drzwi powoziku. Od razu pomyślałam, że moja błękitna sukienka musiała zostać naznaczona śladami jego utytłanych błotem rąk.

— Z Bogiem Państwu! Niech Pan Bóg zdrowia da! — powiedział obcy młodzieniec.

Spojrzał na mnie spode łba, takim dzikim wzrokiem, aż ciarki po mnie przeszły. Uciekłam od tego spojrzenia. Usiadłam na swoim miejscu z nadętymi dziecinnie ustami. Gdy wyjrzałam przez okno, jeszcze tam stał, choć jego kolega ciągnął go za rękaw.

— Chodźże, tępoto jedna! Nie widzisz, że panienka chce, żebyś jej z oczu zniknął!? Weź ty się obudź w końcu! Zawalidrogo!

— Idę, idę… — bąknął, a nasz powóz w końcu ruszył, co było dla mnie wybawieniem.

— Ale bezczelny! — warknęłam pod nosem, oburzona zachowaniem młodego mężczyzny. — Widziałyście, jak się gapił!? I do tego jeszcze mnie dotknął! Pewnie pobrudził mi sukienkę! — Zaczęłam okręcać się na boki, aby dostrzec na mojej kreacji brud, którego niczym nie wybieli nawet najlepsza praczka.

— Wiktorio, ci ludzie też mają prawo przyglądać się! — zganił mnie ojciec surowo. Zawsze był za równością klas, choć niesamowicie skrupulatnie pilnował swojej pozycji społecznej. Od wielu lat sprawował władzę nad rodzinnym, ziemskim majątkiem. — Każdemu Bóg oczy dał.

— Taki, to sobie może tylko popatrzeć! — fuknęła Joanna, zadzierając nosa, a Estera jak zwykle nic nie powiedziała, tylko skinęła grzecznie głową, przyznając jej rację. Biedna Esterka, od śmierci matki, to jest od piętnastu lat, była bardzo małomówna i tylko grzecznie potakiwała, jakby nie miała swojego zdania. W dodatku była taka lękliwa…

— Pycha przez ciebie mówi, moja córko! — oburzył się tato. — Wstydź się! I zanim do Komunii Świętej przystąpisz, wyspowiadaj się dobrze ze swoich grzechów, aby uchronić się od kary boskiej!

Joasia została kompletnie „wgnieciona” słowami ojca w kanapę, na której siedziała. Zrobiła się nagle malutka, mimo swojego aż stusiedemdziesięciocentymetrowego wzrostu.

— Sądziłem, że mam córki skromne i dobrze wychowane w wierze katolickiej, a tym czasem… — westchnął ciężko i spojrzał w sufit, jakby Duch Święty przykleił się do tapicerki naszego powozu. — Będę musiał, Panie, ukrócić te wybryki. — Zastanowił się przez chwilę i potarł swoją siwą brodę, łypiąc na nas swoim błękitnym, przekrwionym okiem. — Dlatego dziś wieczorem nie pojedziecie na spotkanie do Kwiatkowskich.

— Papo! Tak nie można, to niesprawiedliwe! — jęknęłam. Miałam nadzieję, że to tylko tragiczny żart. — Przecież ze szkół powrócił pan Robert Kwiatkowski! Bardzo chciałyśmy go poznać! Nie może nam tego papa zrobić!

— Och, może jestem zbyt surowy… — zmiękł, gdy tylko zobaczył moje błagalne spojrzenie. — Wymyślę coś innego. Ale kara was nie ominie! — Pogroził nam palcem i swoją srogą miną.

— Dziękuję tato! — Ucałowałam go w szorstki policzek, co zmiotło z jego twarzy marsową minę. Potem zaczęłam marzyć o tym, że dzisiejszego wieczora być może spotkam miłość mojego życia. I być może tą miłością będzie sam syn Kwiatkowskich!

Pan Robert od dziecka dużo chorował, rodzice wozili go do uzdrowisk. Raz widziałam go przejazdem, jakieś trzy lata temu. To było przed jego wyjazdem do szkół. Był bardzo zdolnym malarzem i mówili, że i poetą także. Nie było mi dane go poznać osobiście. Jego rodzice uważali, aby podczas pobytu w domu nie spotykał się z sąsiadami, którzy mogliby go zarazić jakąś tutejszą chorobą. Legenda o jego delikatności, mądrości, zdolnościach i urodzie wywoływała w moich myślach romantyczne wizje. Marzyłam o dniu, gdy w końcu go poznam. Jednak od dnia, gdy go widziałam po raz pierwszy jako dorosłego młodzieńca, zaczęły chodzić między moimi sąsiadkami słowa uwielbienia na jego temat, których nieraz słuchałam z zazdrością. Kilka z nich poznało go, rozmawiał z nimi nawet! Byłam pewna, że wzdychają do niego potajemnie i marzą o jego miłości. Jednak pan Robert jeszcze nie zaręczył się z żadną z dam i wyglądało na to, że jego rodzice będą szukali dla niego panny wśród dobrych znajomych, to znaczy tutaj, w naszym elitarnym kole. A to zwiększało moje możliwości i sprawiało, że zaczęłam mieć nadzieję. Bo być może tego wieczora syn Kwiatkowskich to na mnie zwróci uwagę, a nie na te inne panny. I z taką myślą pojechałam do kaplicy, aby pomodlić się o szansę na małżeństwo z panem Robertem.


***


Jak cudownie było znów wystroić się w te zwiewne falbany i eleganckie tkaniny, wprost zaczerpnięte z paryskiego żurnala mody. Gdy wysiadałam z powozu, poczułam się niczym księżniczka, która zaraz zostanie powitana w salonie Kwiatkowskich ogromem męskich spojrzeń pełnych podziwu. Mimo iż u mojego boku szła moja śliczna siostra Estery, która była ode mnie o wiele ładniejsza i wyższa, byłam pewna, że prezentuję się równie nienagannie, co ona. Choć był jeden szkopuł, i to od zawsze. Zadbałam o każdy szczegół, a mimo to starannie upięte, kasztanowe loki mojej siostry prezentowały się schludniej niż moje proste, cienkie pasma o pospolitej, ciemnobrązowej tonacji, upięte srebrną spinką.

Lecz tego wieczora to nie ja czy Estera miałyśmy być tą pierwszą pośród kawalerów. Ojciec postawił sobie za zadanie, tego jeszcze wieczora, znaleźć katolickiego męża dla Joanny. Wraz z panem Robertem zjawiło się bowiem u Kwiatkowskich pięciu jego kolegów, kawalerów — każdy z nich mógł być szansą dla Joanny, aby mogła w końcu wyjść za mąż. Miała już dwadzieścia siedem lat, więc była starą panną. Niczego jej nie brakowało, choć przyznam, że łaskawy Bóg nie obdarzył jej nadzwyczajną bystrością. Joasia była pięknością o jasnych, falujących włosach i jasnobłękitnych oczach, tak jak nasza świętej pamięci matka. Nie lubiła czytywać książek czy poezji. Jedyne co umiała, to grać pięknie na fortepianie w naszym saloniku. Jednak, gdy tylko dookoła zjawiali się młodzi mężczyźni, myliła nuty i pąsowiała, wstydziła się swoich pomyłek.


Początek przyjęcia jest zawsze towarzysko uciążliwy. Wszyscy witają się, później poznaje się nowych ludzi, czasem spotka się dalszą rodzinę… Lecz gdy ma się do poznania wiele nowych osób na raz, ciężko jest spamiętać te wszystkie imiona i nazwiska, aby potem skojarzyć je z twarzami podczas pierwszej, dłuższej konwersacji. Ja z reguły podczas takich rozmów unikałam wymawiania imienia takiej nowopoznanej osoby. Nigdy nie zapamiętałam wszystkich imion od razu. Co jeszcze jest uciążliwego w tego typu przyjęciach? Zawsze jakaś panna wygrywa na instrumencie znaną wszystkim melodię i daje popis możliwości swojego głosu. Ja nie potrafiłam śpiewać. Natomiast malowanie było dla mnie drugą częścią mojej istoty. Cała byłam wypełniona kolorami, tonacjami barw, refleksami świetlnymi i akcentami, które stanowiły centra mojej osobowości duchowej i cielesnej. Lecz tym razem miało być całkiem inaczej, jednak nie spodziewałam się, jak bardzo.

Z racji wieku i przysługującego jej pierwszeństwa Joanna weszła do salonu Kwiatkowskich jako pierwsza. Wprowadził ją tam tato, na którego ramieniu spoczywała dłoń jego najstarszej córki. Byłam pewna, że moja siostra zrobi wrażenie na zebranych gościach swoją nieskazitelną urodą. Niestety ja nie miałam tyle szczęścia, nie miałam szans zrobić na zebranym towarzystwie mojego wymarzonego, pierwszego, dobrego wrażenia wizualnego. Zakryta wysokością wzrostu moich sióstr, zdałam sobie sprawę z tego, że tego wieczora będę bardzo samotna.

Powitano nas serdecznie, lecz niewylewnie. To nie my dziś byliśmy najważniejsi, lecz syn gospodarzy i jego koledzy z miasta. O ile państwo Kwiatkowscy nie wywarli na mnie tym razem dobrego wrażenia, inaczej było z ich synem. Pan Robert Kwiatkowski słynął w okolicy ze swojej urody i zamiłowania do sztuki, oraz z tego, że mało kto go znał. Miałam okazję przyjrzeć się jego niewątpliwej urodzie, gdy stanął przede mną twarzą w twarz. Później oglądałam go niepostrzeżenie z daleka, stojąc niepozornie z Esterką u boku, w okolicy kominka.

Pamiętam, jak zbliżył się ku nam ze swoim ojcem. Mnie przedstawiono mu jako ostatnią, nad czym mocno ubolewałam, oczekując na swoją kolej. Najpierw papa, potem 27-letnia Joanna, 21-letnia Estera i na końcu ja: 20-letnia Wiki.

— Pozwól, panie Robercie, to moja najmłodsza córka, Wiktoria — przedstawił mnie tatko.

Robert ujął moją dłoń, pochylił nisko głowę i… tyle! Nawet nie musnął ustami mojej rękawiczki. Ledwie zdołałam nawiązać z nim kontakt wzrokowy. Po chwili bowiem pan Kwiatkowski zaczął przedstawiać syna nowym gościom, którzy weszli do salonu tuż za nami. I to by było na tyle z moich wielkich marzeń. Lecz serce nie odpuszczało, a moja romantyczna dusza zaczęła krążyć myślami wokół aury tego młodzieńca.

Ach, pan Robert! Jego widok napawał mnie jednym z tych romantycznych uniesień, co to zawiązują supełek w gardle i uwierają w klatce piersiowej, czyniąc twarz ciemnoróżową z nadmiaru zebranych emocji. Co tu dużo mówić, był pięknym młodzieńcem, jedynie o rok starszym ode mnie. Jego bujne, brązowe, lśniące loki, czarne oczy i słodki uśmiech przyprawiały o zawrót głowy. Nigdy nie odważyłabym się podejść do takiego mężczyzny jako pierwsza. Onieśmielał mnie. Lecz damy zebrane tutaj zdawały się otaczać go niczym wianuszek polnych kwiatów — wabiły go słodyczą swoich zapachów i melodyjnych głosów, chciały go skusić, aby choć przez chwilę zatrzymał się dłużej swoim uwodzicielskim wzrokiem właśnie na nich. A ja stałam z boku, nawet nie chciało mi się rozmawiać z siostrą. Goście pana Roberta byli zajęci rozmową z innymi panienkami. My dwie jakoś nie zwróciłyśmy na siebie uwagi. Nawet papa nas opuścił i poszedł do znajomych. Obawiałam się, że niebawem i Estera mnie porzuci na pastwę towarzyskiego niebytu.


I stało się! W końcu i moja siostrzyczka mnie opuściła. A to na rzecz tajemniczej sprawy, którą chciała omówić z nią jej przyjaciółka. Ja bym jej tak nie nazwała, ale Estera bardzo ufała Annie Lipskiej, która była dwa lata od niej starsza. Niestety nie miałam wpływu na to, jakie towarzystwo wybiera moja siostra.

— Wybacz, zaraz wracam! — rzekła do mnie i poszła sobie. No, to pozostało mi robienie dobrej miny do złej gry. Bałam się, że ktoś zobaczy mój wstyd — zostałam sama jak ten palec, nikt się mną nie interesował. A już najmniej pan Robert, jak mi się wtedy zdawało. Zatem podeszłam do sytuacji z iście aktorską precyzją — uśmiech na twarz, wachlarzyk do ręki i… Zajęłam miejsce tuż obok kominka, na uboczu, aby nie zwracać na siebie przesadnie uwagi. W końcu przecież któraś z sióstr musiała przyjść mi z pomocą! Zatem czekałam, czekałam… Ale czas mijał, a ja nadal byłam sama.

Nie mogłam podejść do Joanny, która właśnie rozmawiała z jednym z kawalerów z miasta. Mogłabym jej niechcący przeszkodzić w rozmowie i odciągnąć uwagę tego potencjalnego adoratora od niej, a tego nie chciałam jej zrobić. Joanna zawsze narzekała, gdy rozmawiając z mężczyzną, musiała się dzielić ze mną jego uwagą. Zatem nie miałam zamiaru podejść do siostry. Papa ucinał sobie pogawędkę z sąsiadem. Próbowałam jakoś oswoić się z tym miejscem i starałam się udawać, że to, iż siedzę zupełnie sama pośród rozmawiających z sobą gości, nie sprawia mi trudności czy przykrości. Zaczęłam rozglądać się po wnętrzu domu.

Jasne ściany zakryte były gdzieniegdzie obrazami przedstawiającymi pejzaże o bardzo przedawnionej manierze, zupełnie niepasującej do opisów dzieł Maneta czy Renoira. Jeden ozdobny, pozłacany zegar z kurantem, dekoracyjna porcelana malowana w kwiatowe wzory, ustawiona w przeszklonej witrynce, miękkie, tapicerowane meble… Było mi coraz bardziej głupio, że tak siedzę samotnie i nikt, zupełnie nikt na mnie nie zwraca uwagi. Salon był obszerny i mieścił około dwudziestu osób. Towarzystwo składało się w większości z młodych ludzi, poza moim tatą, rodzicami pana Roberta i sąsiadami, którzy przyszli tutaj z swoimi dwiema córkami. Zatem sześciu kawalerów i proporcjonalnie tyle samo panien. Lecz żadnej pary dla mnie.

Poszukałam wzrokiem Estery, lecz ta była zajęta rozmową ze swoją przyjaciółką, zupełnie nie zwracały na mnie uwagi. Joanna natomiast, właśnie była przedstawiana jednemu ze znajomych Roberta Kwiatkowskiego. Ci kawalerowie z miasta stanowili grupkę interesujących osób. Cera Joasi była niemal szkarłatna z nadmiaru emocji, gdy mężczyzna przedstawił się jej i zaczął od razu konwersację. Wyglądał na najstarszego z kawalerów, miał nienaganną prezencję. Moje czujne ucho wyłapało jego imię oraz nazwisko: Krystian Walawski.

Nagle ktoś usiadł naprzeciwko mnie i ze zdziwieniem odkryłam, że była to starsza pani, babka pana Roberta. Jej twarz zawsze była taka pogodna i uśmiechnięta, gdy widywałam ją w drugiej ławce, w kaplicy podczas nabożeństwa. Musiała być bardzo pobożna i pełna miłości.

— Co tam, Moja Złota? Siedzisz biedulko sama? — Uścisnęła moją dłoń tak silnie, że zdziwiłam się, że taka staruszeczka może mieć w sobie aż tyle siły!

— Tak… to znaczy: Tak proszę pani, lecz nie nudzę się! — Uśmiechnęłam się z ulgą, że ktoś raczył odkryć, że jestem w tym pomieszczeniu obecna. — Podziwiam piękno tego salonu.

— Nie ma o czym mówić. — Machnęła ręką. — Lepiej przypomnij mi, duszyczko, jak się nazywasz? Wiem, że jesteś córką Teodora Jankowskiego i wnuczką świętej pamięci Konrada Jankowskiego.

— Na imię mi Wiktoria.

— Och, jak ślicznie! Pozwól Wiktorio, że przedstawię ci mojego wnuczka…

W tej chwili zjawił się przy nas pan Robert, a mnie z lekka okrył strach przed tym ideałem piękna i romantyzmu.

— Robercie, to panna Wiktoria Jankowska.

— My już się znamy babciu…

Kobiecina najwidoczniej nie dosłyszała słów wnuka, bo rzekła:

— To jest mój wnuk, Robert.

Młodzieniec, nie chciał się najwidoczniej więcej tłumaczyć, więc dla świętego spokoju ujął moją dłoń, schludnie owiniętą koronkową rękawiczką, i… tym razem ucałował ją. Spojrzał przy tym prosto w moje zalęknione, brązowe oczy. Niemal czułam, jak przeszywa mnie strzała Amora. Byłam kompletnie oszołomiona jego bliskością i dotykiem dłoni. A ten pocałunek…

— Robert Kwiatkowski. Proszę mów mi po imieniu, Wiktorio. — Jego głos oczarował mnie równie mocno, jak ledwie wyczuwalny na mojej dłoni dotyk jego palców czy samo spojrzenie jego czarnych oczu.

— No, to teraz duszyczko nie będziesz już sama! — rzekła ukontentowana starsza pani. Mocno uścisnęła moją dłoń, po czym wstała i pozostawiła miejsce dla swojego wnuka. Robert zajął miejsce babki. Wsparłszy się na poręczy fotela, zaczął tajemniczo mi się przyglądać. Uśmiechał się lekko, jakby chciał mnie ośmielić do rozmowy.

— Słyszałem o twoich talentach malarskich — rzekł w końcu, rozpoczynając konwersację. — Ponoć próbujesz naśladować Renoira i Maneta?

— Och, znam ich prace jedynie z opowiadań, z gazet… — zaczęłam tłumaczyć się ze swojej oczywistej niewiedzy na temat wyśnionych ideałów.

— Chciałabyś zobaczyć je na własne oczy?

— Tam? W Paryżu? — Wyprostowałam się podekscytowana. — Och, nie śmiem marzyć…

— Tak się składa, że wybieramy się z babcią do Paryża. Jeśli twój papa zgodzi się, mogłabyś pojechać razem z nami. W ramach nauki sztuki oczywiście! — W jego oczach pojawił się dziwny blask, który mnie onieśmielił. Odwróciłam wzrok, aby nie dać po sobie poznać, jakie wrażenie robi na mnie jego osoba.

— To nie wypada — odparłam cichutko.

— Może siostra mogłaby ci towarzyszyć? — W tej chwili jego wzrok powędrował do Estery, która stała nieopodal i rozmawiała z nowopoznanymi kawalerami. Ja natomiast odnalazłam oczy Joanny, która wbijała we mnie spojrzenie ostre niczym sztylety. Och! Żeby wzrok mógł zabijać… nie żyłabym właśnie w tej chwili! Widać zależało jej na uwadze Roberta, a ja…

Postanowiłam szlachetnie, wbrew samej sobie, zrezygnować z moich romantycznych uniesień na rzecz starszej siostry.

— Mówisz o Joannie? — zapytałam.

— Nie, o Esterze.

— Nie wiem. Ona jest taka płocha… Joanna byłaby dla mnie lepszym towarzystwem. Jest starsza.

— Tak, o wiele starsza. — Uśmiechnął się niemal złośliwie, po czym wesoło zaproponował: — Chciałabyś zobaczyć jedną z kopii Renoira? Mam ją w teczce, w swoim pokoju. Kuzyn przysłał mi ją z Paryża całkiem niedawno temu. Po wystawieniu tych prac zrobiła się w świecie artystów niezła zawierucha. Krytykowano ich ostro, ale jak widać znaleźli oni również i swoich sprzymierzeńców.

— Tak, gdyby nie to zamieszanie, pewnie nigdy nie usłyszałabym o impresjach…

— Zatem chodź! Ujrzysz je na własne oczy!

Nie czekał na moją zgodę, tylko wstał, podał mi ramię, po czym poprowadził przez salon wprost na korytarz. Zdążyłam jedynie wyłapać pytający, skierowany wprost na mnie, surowy wzrok ojca — który rozmawiał z babką Roberta — aby chwilę później znaleźć się na schodach, a następnie, o zgrozo, w pokoju kawalera!

— Wejdź, nie obawiaj się! Nie trzymam tutaj żadnej zjawy! He, he!

Wpuścił mnie do środka i pozostawił drzwi szeroko otwarte. Zbliżył się do biurka, otworzył teczkę, która — jakby specjalnie pozostawiona tutaj na tę właśnie okazję — prezentowała zawartość wyjątkowo dla mnie interesującą i kuszącą.

— Zbliż się, Wiktorio. — Wyciągnął do mnie dłoń i zachęcił, abym stanęła obok niego. Z drżeniem duszy podeszłam do niego i spojrzałam po raz pierwszy na dzieła, o których śniłam po nocach. Nic jednak nie zajmowało mnie w tej chwili tak bardzo, jak bliskość Roberta. Niemal stykał się ze mną swoim ciałem. Dzieliły nas centymetry! Zaczęło wirować mi w głowie, serce zaczęło bić mocniej…

— Zobacz ten! — Przełożył kartkę i położył swoją dłoń blisko mojej, spoczywającej na blacie biurka. Później pochylił się w moim kierunku tak, że czułam jego oddech na swoim policzku.

— Tak… — szeptałam oszołomiona — niesamowity. — Gdy za sprawą jego czynu, nasze palce zetknęły się, zadrżałam ni to ze strachu, ni to z podniecenia.

— Wiktorio — wyszeptał nagle przy moim uchu. — Ty, jesteś niesamowita. Nie mam słów… Jesteś o wiele piękniejsza niż twoje siostry.

Zamknęłam oczy i zupełnie zapomniałam o dobrym wychowaniu, którego uczył mnie ojciec. W przeciągu zaledwie kilku minut złamałam aż trzy zakazy właściwego postępowania: sam na sam z kawalerem, dotyk i… Ujął moją dłoń — ledwie dotknął jej swoimi palcami — po czym równie delikatnie złożył na niej kolejny pocałunek. Gdyby nie barykada rękawiczki, pewnie poczułabym go jeszcze intensywniej. Westchnęłam, ujęta za serce.

— Mam nadzieję, że pozwolisz mi spędzić z tobą ten wieczór — rzekł cicho tuż przy moim uchu. Poczułam jego gorący oddech na swojej skórze, co sprawiło mi subtelną przyjemność.

— Tak — niemal wyszeptałam. Dobrze mnie wyczuł, byłam nim oczarowana, a on mógł zrobić ze mną, co tylko chciał. Byłam gotowa złamać dla niego wszystkie zasady dobrego wychowania. Nie posunął się w swoich amorach dalej, ale podawszy mi ramię, poprowadził mnie bardzo wolno do salonu. Spojrzał przy tym kilkakrotnie na moją zaróżowioną twarz. Jego subtelne lecz odważne maniery ostatecznie rozbudziły we mnie płomień miłości.


Byłam dla niego najpiękniejsza, byłam niesamowita w jego oczach. Posługiwał mi, jakbym była damą a on moim służącym. Opowiadał o Paryżu i o jego cudownościach. Zakochałam się, kompletnie upiłam się miłością! Spełniły się moje marzenia, odnalazłam pokrewną duszę, mężczyznę, który chciał ze mną jeść śniadania w Paryżu, wzdychać nad moimi obrazami i… Tak, całować mnie!

— Cheri, a posłuchaj tego — szepnął do mnie, a później otwarłszy jeden z dramatów Szekspira, zaczął czytać, a zazdrosne uszy dam łowiły jego głos, smutne oczy dziewcząt szukały jego wzroku, lecz wszystko nadaremno.


„Katusza to, nie łaska. Tu jest niebo,

Gdzie Julia żyje; lada pies, kot, lada

Mysz marna, lada nikczemne stworzenie

Żyje tu w niebie, może na nią patrzeć,

Tylko Romeo nie może.

Mdła mucha

Więcej ma mocy, więcej czci i szczęścia

Niźli Romeo; jej wolno dotykać

Białego cudu, drogiej ręki Julii

I nieśmiertelne z ust jej kraść zbawienie;

Z tych ust, co pełne westalczej skromności

Bez przerwy płoną i pocałowanie Grzechem być sądzą…”


— Romeo i Julia — powiedziałam do siebie, a w moich wspomnieniach odżyła cała historia nieszczęśliwej miłości dwojga kochanków z Werony, których rodziny swoją nienawiścią doprowadziły do śmierci obojga. To była jedna z moich zmor: wyjść za mąż za mężczyznę, którego bym nie kochała. Wszak zmora ta czekała na każdą z dziewcząt tego świata. W moich romantycznych marzeniach łudziłam się, że mnie to nie spotka. Gdyby jednak moim mężem miał zostać ten, który siedział przede mną, rzecz miałaby się z goła inaczej.

— Oby nie było nam dane tak cierpieć — szepnął smutno, gdy skończył czytać. Zamknął książkę, po czym skierował ku mnie swoje piękne oczy. Rysowało się w nich wzruszenie, jakieś tajemne, ukryte cierpienie. Czyżby obawiał się tego samego, co ja? — Kiedy znów się ujrzymy? Twój ojciec zbiera się do wyjścia — zaczął szeptać pospiesznie.

— Nie wiem — odparłam w panice.

— Ja o to zadbam. — Wstał i podał mi ramię, a potem po raz ostatni tego wieczora szepnął tak, abym tylko ja słyszała: — Nie będziemy jak ci nieszczęśnicy z Werony.

Pożegnałam się z towarzystwem, pożegnałam się z babką Roberta i z nim samym, będąc święcie przekonaną, że jestem niezaprzeczalnie obiektem jego westchnień miłosnych i jego niezmiernie głębokiej tęsknoty.


***


— Joanno, wybacz mi — powiedziałam do siostry nazajutrz rano, gdy zasiedliśmy całą rodziną do śniadania w jadalni. Siostra od rana zdawała się mnie ignorować i traktować, jakbym była nic nieznaczącym przedmiotem zdobiącym otoczenie, choć siedziałam tuż obok niej. Nadęła swoje wargi, po czym spojrzała na mnie z pogardą. Później nachyliła się ku mnie i szepnęła wprost do mojego ucha, tak, aby nie usłyszeli tego tata, który siedział po mojej lewicy u szczytu stołu, Estera, która siedziała po jej prawicy i kręcąca się koło nas służąca, która podawała nam do stołu.

— Nie myśl sobie, że paniczykowie tacy, jak Robert Kwiatkowski, są wierni. Znam renomę tego młodzieńca i bynajmniej nie jestem nim zainteresowana. — Ta uwaga ukłuła mnie do żywego, lecz powstrzymałam się od komentarza. Na taką szczerość było stać jedynie rodzoną siostrę. Lecz skąd wiedziała to wszystko o Robercie?! Miałam ochotę natychmiast wypytać ją o wszystko, ale stało się coś niespodziewanego, co odciągnęło moją uwagę od tego kawalera i jego renomy. Nagle, zupełnie niespodziewanie Estera poderwała się z krzesła i wybiegła z jadalni.

— Co jej się stało?! — zapytałam ojca z pretensją. To jego kazania były zazwyczaj powodem jej łez. Papa oderwał wzrok od modlitewnika, z którym nie rozstawał się nawet podczas posiłków, po czym zdezorientowany odparł spokojnie:

— Nie wiem. — Spojrzał przez ramię za uciekinierką. — Zaczekajcie tutaj. — Powolnym ruchem papa wstał i udał się w ślad za Esterą.

— Joasiu, czy ty może wiesz, o co chodzi? — zapytałam siostrę.

Pokiwała głową na boki. Potem milczała dłuższą chwilę, spożywając posiłek. Mnie zupełnie odechciało się jeść. Zapatrzyłam się za to w kominek, gdzie raźno tańczył sobie ogień. To była chwila, aby jeszcze raz móc zapytać Joannę o Roberta. W zamian moje współczujące serce odwołało się do siostrzanych uczuć.

— A może Estera zakochała się nieszczęśliwie? — szepnęłam do niej, tak aby nie słyszała tego służąca dokładająca do kominka. Widziałam, że nadstawia ucha z ciekawością. Widać żywo interesowało ją życie wyższych sfer, i byłam pewna, że rozmawia na temat naszej rodziny ze swoimi kumoszkami ze wsi.

Joanna odetchnęła głęboko i odparła na głos, choć już w innym tonie niż uprzednio:

— Nic mi nie wiadomo na ten temat, Wiktorio — mówiła jakby zmartwiona. — Masz z nią lepsze relacje, w końcu dzieli was jedynie rok różnicy wieku. Porozmawiaj z nią — to ostatnie zabrzmiało jak prośba. O to samo poprosił mnie tata, który niczego się nie dowiedział od zamkniętej w sobie i wrażliwej dziewczyny.


Tuż po śniadaniu poszłam do Estery, lecz i przede mną nie chciała uchylić rąbka tajemnicy, którą skrywała przed całym światem. Zapukałam do jej pokoju i nacisnęłam klamkę. Drzwi były zamknięte.

— Estero, wpuść mnie. To ja, Wiki!

Po dłuższej chwili usłyszałam jej kroki i trzask przekręcanego w zamku klucza. Uchyliła mi drzwi. Pierwsze co ujrzałam, to jej zapłakane, brązowe oczy. Oddaliła się od drzwi i powróciła do łóżka, na którym leżała, zanim do niej przyszłam. Pościel była zmięta, nierówna, jakby dopiero co na niej leżała. Zamknęłam za sobą drzwi i podeszłam ku niej. Siedziała biedulka na łóżku i ucierała łzy świeżutko krochmaloną, bieluśką chusteczką. Na dziewczynę padało blade, poranne światło, które potęgowało atmosferę cichego cierpienia panującego w pokoju.

— Co ci jest siostrzyczko? — zapytałam i ukucnęłam przed nią, aby widzieć jej twarz. Nawet na mnie nie popatrzyła. Zerknęła tylko w okno znajdujące się na lewo, tuż za jej pulpitem do pisania. — Czy mogę ci jakoś pomóc? Przecież dobrze wiesz, że możesz na mnie liczyć? Nie ma takiej sprawy, której…

— Niepotrzebne są twoje słowa Wiktorio — odparła cicho i markotnie. Zerknęła na mnie jedynie przez moment.

— Jestem twoją przyjaciółką, Estero — wspomniałam na nastoletni czas, gdy byłyśmy nierozłączne. Przecież Ester była ode mnie starsza tylko o rok. Zawsze bardzo dobrze się rozumiałyśmy. Odkąd jednak trzy lata temu zaczęła zadawać się z Anną, córką naszych znajomych, oddaliła się ode mnie, stała się bardziej skryta. — Powiedz mi, a ja dochowam tajemnicy — rzekłam i serdecznie uścisnęłam jej dłoń. Ale ona była nieugięta. Zacisnęła usta i spuściła głowę. Po chwili nawet zamknęła oczy. — Nic tu po mnie. — Powstałam zrezygnowana. — Gdybyś jednak chciała… — nie dokończyłam, bo i po co. Siostra zamknęła się w sobie na dobre. Przykro tylko mi było, że jestem dla niej mniej ważna niż jakaś tam Anka Lipska.

Odwróciłam się od niej i powoli podeszłam do drzwi. Wtedy Estera niespodziewanie cicho rzekła:

— Jeszcze nie mogę wyjawić ci mojego sekretu. Ale obym zdecydowała się na to na tyle wcześnie, aby nikt z naszej rodziny na tym nie ucierpiał — po tych słowach położyła się na łóżku i skuliła w kłębek, nie bacząc na to, że jej śliczna sukienka, którą służąca prasowała dziś rano przez około pół godziny, zemnie się i będzie prezentowała się nieestetycznie. Pozostawiłam ją w jej cichym cierpieniu, niezdolna przeniknąć do jej myśli. Musiałam odpuścić. Wyszłam.

Słowa siostry zaniepokoiły mnie na tyle mocno, że udałam się na spacer do ogrodu. Tam zawsze raczyłam się pięknem natury, choć bez porównania piękniejsze były zapewne widoki Paryża w nocy, wypełnionego po brzegi milionami świateł, tętniącymi życiem ulicami, śpiewem i miłością… Przypomniałam sobie wtedy o Robercie i nie mogłam powstrzymać się od głośnego „ach”. Wsparta o szorstki i nierówny pień jabłoni, która dopiero co otworzyła swoje białe kwiaty, napełniając otoczenie cudownym, słodkim zapachem i dźwiękiem cichego bzyczenia uwijających się w pocie czoła przy zbieraniu nektaru pszczół, przypomniałam sobie ciepło jego rąk, bliskość oraz kolor oczu przepełnionych nieznanym mi blaskiem. Rzekłam cichutko:

— Och! Kochany, kiedyż się znowu zobaczymy?

2. Gwiazd migotanie

Tyle migotania we mnie,

ile gwiazd na niebie.

Tyle jasności w Tobie,

ile moje oko dostrzeże.

Tyle blasku w gwieździe,

ile we mnie drgnień rozkoszy.

Tyle cienia we mnie,

ile sekretnych westchnień.

Tyle szarości w Tobie,

ile we mnie niepokoju.

Tyle czerni w nas,

ile bólu w rozłące.

Minął tydzień nerwowego oczekiwania na wiadomość, drżenia niepewności serca i tęsknego wzdychania do gwiazd. W tym czasie trzy razy zdążyłam przeczytać „Romea i Julię” Szekspira oraz dziesięciokrotnie przejrzeć przewodnik po Paryżu. Tej soboty również myślałam o tym, jak cudownie będzie zobaczyć Pola Elizejskie, muzea, galerie sztuki, pałace… te ulice, nowoczesność, pomniki! W chwili, gdy właśnie czytałam o łuku triumfalnym, ktoś zapukał do moich drzwi.

— Proszę!

Ktoś wszedł do środka, a ja obejrzałam się za siebie. To była moja siostra z listem.

— Estero? — Wstałam od biurka, gdy zobaczyłam bladość jej cery. Podeszła ku mnie prędko. Jej dłonie drżały, gdy podawała mi wiadomość zapieczętowaną czerwoną laką. — To do mnie?

— Wiki, siostrzyczko… — chciała mi coś ważnego powiedzieć, widziałam to, lecz w zamian tylko spuściła wzrok i pospiesznie wyszła.

Przestraszona jej zachowaniem zerknęłam na nadawcę wiadomości, lecz nie znalazłam go. Był to list zaadresowany do mnie i zawierał co następuje:


„Jeśli Julia jest gotowa spotkać się z Romeem ponownie, musi zjawić się jutro nad rzeką przy moście, o godzinie 9:00. Ani godziny później, ni wcześniej.”


To był list od Roberta. Lecz dlaczego pisał szyfrem? I dlaczego sam osobiście nie pofatygował się, aby poprzez ojca zaprosić mnie do swojego domu wraz z moimi siostrami? Przecież mógł zjawić się u nas jako znajomy! To było jasne — chciał spotkać się tylko ze mną! To jednocześnie mnie oburzyło i zachwyciło! Potajemne spotkania, romantyczne, zakazane przechadzki po lesie i polach… Tylko dlaczego nie robił tego jawnie?! Przecież mogły z nami iść Estera lub Joanna, albo służąca. Tego dnia i w tej właśnie chwili przestało mnie to obchodzić, bowiem ze złożonej wpół kartki wypadł mały, zasuszony, żółty fiołek dwukwiatowy.

— Och, jaki uroczy. — Wzięłam go do rąk i ucałowałam niczym najdroższy skarb.


Następnego ranka wybrałam się o umówionej godzinie na spacer, niby to porysować szkice węglem, aby przygotować ryciny pod nowy obraz. Nikt się nie zorientował, że tak naprawdę udałam się piechotą w kierunku sąsiedniej wsi, gdzie obok mostka przebiegającego ponad rzeką, miał na mnie czekać ukochany. Ponad kilometr piechotą, samotnie! Gdy zobaczyłam go tam, stojącego pod rozłożystym dębem, ubranego tak ładnie, przystanęłam na chwilę, aby przekonać się, czy aby mi się nie przywidziało. To był on! Robert! W mig mnie dostrzegł i prędko podszedł. Bez słowa ujął moją dłoń, a później ciągnąc mnie za sobą, poprowadził w głąb lasu. Zatrzymał się dopiero nad stawem ukrytym pośród drzew. Nigdy nie byłam w tym miejscu…

— Wybacz mi, że nie przywitałem się od razu — odezwał się do mnie w końcu. Ucałował moją dłoń i uśmiechnął się. Potem rozejrzał się dookoła, jakby ktoś go śledził.

— Czy coś się stało? — zapytałam zaniepokojona jego zachowanie. — Dlaczego jesteś taki czujny?

— Cheri, muszę wyjawić ci straszną prawdę… — westchnął ciężko, a jego twarz posmutniała — i cały powód tego, dlaczego musimy spotykać się po kryjomu.

Zamarłam w oczekiwaniu.

— Niebawem odbędą się moje zaręczyny z pewną damą, której nie kocham. Co ja mówię?! Nie znoszę jej! — Nachmurzył się i spoważniał, ale nawet wtedy nie przestał być piękny. Ujął moją dłoń i patrząc prosto w oczy, mówił dalej: — Jesteś cudowną kobietą. Ile bym dał, żeby móc wziąć ślub z taką jak ty. Lecz moi rodzice nigdy się nie zgodzą. Tamta to dama mająca znaczne dochody i tylko tyle. Ale… — zawahał się przez chwilę i spojrzał na mnie błagalnie — jeśli jednak mógłbym liczyć na coś więcej z twojej strony, to może wtedy moje życie potoczyłoby się inaczej. Czyż jednak mogę liczyć na taki cud?

To było szaleństwo, ale tak, byłam gotowa wyjść za tego człowieka, bo właśnie przecież o tym do mnie mówił w tej chwili! Nagle pojęłam, że jest mi bliższy niż ktokolwiek inny na tym świecie. Nasze dusze znały się i przenikały, łączyły we wzajemnej miłości. Czyż mogłabym mu odmówić wobec tak wielkiego uczucia?! Nie miałam do tego prawa!

— Robercie — szepnęłam upojona chwilą. — Tak, jesteś dla mnie kimś, kogo mogłabym kochać przez całe życie. — Te słowa były dla mnie tak naturalne jak to, że świeciło słońce i otaczała nas aura zieloności i ptasich treli. Nic się jednak w tej chwili dla mnie nie liczyło, nic prócz niego.

Zbliżył się do mnie, objął czule i złożył pocałunek na moich ustach. Pierwszy pocałunek był niczym dotyk samego nieba. Moje serce stało się nagle uwięzionym w klatce ptaszkiem, który chciał wydostać się na zewnątrz. Drugi pocałunek był bardziej intensywny. Poczułam go w całym moim ciele, które zdawało się przyciągać jego ciało. Spowita aurą miłości, oddałam się we władanie jego zachłannych warg i rąk. Robert oderwał się od moich ust i rzekł z płomiennym uczuciem:

— Obiecaj mi, że zawsze będziesz moja.

— Tak, zawsze będę twoja — odparłam z głębi serca, przekonana o jedynej, słusznej racji, która wypełniła moje istnienie po same brzegi. — Tylko twoja, na zawsze.

Robert ucałował po raz kolejny moje usta, po czym odsunął mnie od siebie delikatnie. Potem poprowadził mnie nad skraj stawu i położywszy na trawie swoją marynarkę, kazał mi na niej spocząć. Gdy już obok siebie siedzieliśmy, zaczął opowiadać o Paryżu, jak to będzie cudownie tam razem pojechać i spędzić razem czas. Opowiadał tak, jakby naprawdę to wszystko widział. Kształty, kolory, dźwięki… Niemal czułam się, jakbym tam była. Daleka byłam od podziwiania gładkiej tafli stawu, melodii szumiących nad nami liści drzew i podziwiania ptasich popisów muzycznych. Tylko Robert, tylko Paryż, tylko moja wielka miłość! Właśnie spełniało się moje największe marzenie i to na wszystkich jego poziomach. Kompletnie zapomniałam o reszcie świata.

— Niedługo cię tam zabiorę, ale nie jako pannę Wiktorię Jankowską… — powiedział do mnie w pewnym momencie mój Ukochany. Pomyślałam, że chyba śnię, ale brzmiało to jak prośba o to, żebym została jego żoną. W jego oczach wyczytałam szczerość, dlatego uznałam za pewnik jego słowa. Objął mnie ramieniem i zaczął nucić pod nosem jakąś francuską melodię. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie, że siedzimy razem na jednym z paryskich placów, całkiem sami.

Cudowna godzina wypełniona miłością minęła bardzo prędko. Przyszedł czas na powrót do domu. Robert odprowadził mnie do mostku i obiecawszy, że znowu się zobaczymy, ruszył w stronę dworu Kwiatkowskich. I ja także poszłam w stronę mojego domu. Przysiadłam nieopodal, na ściętym pniu drzewa i zaczęłam wzdychać. Rozkochana do szaleństwa, naszkicowałam kilka rysunków — tylko dla niepoznaki. I choć miałam ochotę po raz pierwszy w życiu namalować portret ukochanego, na moich szkicach pojawiły się wyobrażenia zakochanej pary, siedzącej nad stawem. Nawet przez moment nie byłam w stanie ocenić sytuacji trzeźwym okiem. Wszak miłość była dla mnie siłą najwyższą, której nic w stanie nie było zniszczyć.


Kolejnych kilka dni było niczym życie w nieustającym śnie, który nie chciał się skończyć. To znaczy ja nie chciałam, aby się skończył. Nieustannie myślałam o Robercie. Nikt inny nie liczył się teraz dla mnie tak bardzo, jak on — Mój Ukochany i zapewne niebawem Mąż. Nawet przez chwilę nie zastanawiałam się nad tym, czy aby na pewno to wszystko nazbyt szybko się nie posuwa. Nie zdziwiło mnie również pojawienie się kolejnego liściku, w którym „Romeo” zapraszał mnie w to samo miejsce, gdzie mnie po raz pierwszy pocałował. Poszłam bez wahania, lecąc w jego ramiona niczym ćma do ognia.

Ku mojemu zdumieniu i niezmiernej radości, spotkałam go już wcześniej, pod tym dębem, pod którym widziałam go przy pierwszym spotkaniu. Na mój widok uśmiechnął się od ucha do ucha i podszedł ku mnie.

— Jesteś, Cheri! — Objął mnie, nie zważając na zbędne konwenanse i na to, że jesteśmy blisko publicznej drogi, skąd mógł nas zobaczyć każdy. Ale dla mnie nie liczyło się nic poza naszą miłością i nikt poza Robertem. Przecież kochaliśmy się jak dwie połowy tego samego owocu.

— Tęskniłam za tobą — wyznałam z głębi serca.

— Ja też, ale… — odsunął się ode mnie i ujął moją dłoń. — Chodźmy prędko, mam ci coś ważnego do powiedzenia. Chodź!

Jak zwykle zaciągnął mnie tam, gdzie chciał. Poprowadził mnie za rękę jak naiwne i łatwowierne dziecko. Tym razem minęliśmy staw i poszliśmy dalej. Szliśmy dosyć długo leśną ścieżką, aż w końcu trafiliśmy na coś nietypowego.

— Chata? — zdziwiłam się. Nigdy nie zapuszczałam się samotnie lub nawet z siostrami aż tak daleko w las. Bałam się dzikich zwierząt. Ale z Ukochanym nic mi przecież nie groziło. Byłam z nim bezpieczna. Znaleźliśmy się na skraju niewielkiej polany otoczonej buczyną. Tam stał drewniany, stary domek. Miał dach pokryty mchem i sprawiał wrażenie opustoszałego.

— Chodź, Cheri! — szepnął tuż przy moim uchu. Jego czuły głos sprawił, że posłuchałam go. Robert zaprowadził mnie prosto do tej właśnie chatynki, która wyglądała na od dawna opuszczoną. Pełna ufności, posunęłam się jeszcze o krok dalej.

— Wejdź proszę — zachęcił. Wpuścił mnie pierwszą, a później zamknął za nami drzwi. W środku było ciemno, ciasno i czuć było grzybem i wilgocią. Stół, krzesło i łóżko przykryte kocem, który nie wyglądał na stary — to było całe wyposażenie wnętrza.

Robert przyjął poważny wyraz twarzy, po czym ujął moje dłonie. Nawet przez chwilę nie podejrzewałam go o niecne pobudki.

— Kochasz mnie Wiktorio?

— Tak.

— Czy tak bardzo, że chciałabyś oddać mi siebie całą?

— Jestem twoja Robercie.

— Lecz… czy na tyle mocno, abym mógł pojąć cię za żonę?

— Robercie, och, tak! — Niemal krzyknęłam z radości.

Zbliżył się do mnie i zaczął namiętnie całować. Potem jego usta niespodziewanie zaczęły dotykać nie tylko moich warg — zaczęły wodzić po mojej szyi i dekolcie. Działo się coś, nad czym przestawałam panować.

— Kochaj się ze mną, pragnę cię — poprosił w chwili, gdy zaczynałam oddawać się szaleńczej namiętności. — Chcę, abyś była moja na zawsze.

Jego słowa tak omamiły i obezwładniły moją czujność, że nie bacząc na wszelkie aspekty moralne, oddałam się mu bez najmniejszego protestu. Robert był bardzo czułym i delikatnym kochankiem. Potrafił rozpalić moje ciało, mimo iż jeszcze nigdy przez nikogo nie zostało pobudzone do miłosnego tańca zmysłów. Od tak, zwyczajnie oddałam mu swoje dziewictwo, które od zawsze pragnęłam złożyć w ofierze ukochanemu, który miał zostać moim mężem na zawsze.

Jak opisać to przeżycie? Fale gorąca, moje ciało nazbyt wyczulone na każdy dotyk… Zupełnie jakbym rodziła się na nowo. Jego dłonie dotykające moich piersi i miejsc intymnych… Pocałunki w miejscach, o których wstyd mi nawet mówić. Zajrzał chyba do każdego zakamarka mojej istoty, tym razem nie tylko duchowo ale i cieleśnie. Ostateczne zbliżenie było trochę bolesne, a jednak to co działo się później, przeważyło nad wszelkim bólem. Pozbawiona kontroli nad swoim ciałem i umysłem, poddałam się jego zabiegom tak, jak jeszcze nigdy nikomu, obezwładniona najwyższym przejawem rozkoszy. Po czymś takim nie mogło być mowy o rozstaniu. To musiało skończyć się ślubem i wspólnym życiem w Paryżu.

Objął mnie i zaczekał, aż dojdę do siebie. Czułam się spełniona, ten niespodziewany akt miłości sprawił, że wszelkie napięcie ze mnie uleciało. Byłam spokojna, wyciszona i pełna ufności w stosunku do mojego przyszłego męża. Nago, ciało przy ciele, oddychaliśmy rytmicznie i równo, niczym jeden organizm. Wkrótce jednak dały o sobie znać przyziemne potrzeby. Zrobiłam się głodna. Rozejrzałam się po wnętrzu, już nieco bardziej trzeźwym spojrzeniem. Dopiero teraz, gdy spełniona w miłości leżałam u boku Roberta, zorientowałam się, że chata wcale nie wyglądała na porzuconą, lecz taką, którą odwiedza się raz na jakiś czas, systematycznie.

— Ktoś tutaj mieszka? — zapytałam cicho.

— Ja czasem zaszywam się tutaj — mówił ospałym głosem — aby pobyć na chwilę w samotności. To taka moja kryjówka przed światem i kłopotami. — Ucałował moją skroń i pogładził policzek. — Ale od dziś to będzie nasze wspólne miejsce.

— Yhm, to cudownie — odpowiedziałam rozanielona. Tylko jakoś tak za bardzo utkwił mi w głowie ten jeden wyraz. Musiałam go zapytać, co się za nim kryje: — Masz kłopoty?

Pytanie podziałało na niego niczym katapulta, która wyrwała go z moich rąk i z łóżka. Porzuciwszy mnie bez sentymentu, wstał i popatrzył na mnie z wyrzutem.

— Przecież wiesz, że chcą, abym wziął ślub z kobietą, której nie kocham — rzekł z pretensją, po czym zaczął się pospiesznie ubierać. Wyglądał na bardzo zdenerwowanego, co zabolało moje wrażliwe serce. Nie chciałam mu sprawić przykrości, a już tym bardziej czuć się tak, jak teraz. Posmutniałam. Okryłam się szczelniej kocem, bo zrobiło mi się zimno. Robert miał już na sobie komplet ubrań. Mnie jednak nie ubieranie było teraz w głowie, ale ten problem, który mógł nas rozdzielić na zawsze. Za wszelką cenę nie chciałam tego! Zaczęłam szukać rozwiązania… które przecież było bardzo proste. Przynajmniej dla mnie. Postanowiłam podzielić się z nim moim pomysłem:

— Powiedzmy swoim rodzicom, że się kochamy. Na pewno nie będą stali nam na drodze do ślubu — czuły ton mojego głosu, okraszony z lekka smętną nutką, przyciągnął uwagę Roberta. Zapewne pod wpływem mojej smutnej minki rozchmurzył swoje oblicze. Przysiadł obok mnie, na łóżku i z uczuciem odpowiedział:

— Kochanie, nie myślmy o tym na razie. — Dotknął mojego policzka i pogładził go pieszczotliwie. — Dziś wydarzyło się coś bardzo ważnego między nami. Proszę, abyś zachowała to w tajemnicy. — Popatrzył na mnie z naciskiem.

— Dobrze, Kochany — odparłam i uśmiechnęłam się do niego oraz do świeżo zarysowanych, bogatych w cudowne doznania wspomnień. Zaufałam mu, posłuchałam jego prośby. Przecież mój Ukochany Robert kochał mnie, i byłam pewna, że zrobi wszystko, aby ze mną być, nawet wbrew woli swoich rodziców.


Grzeczne dziewczynki zawsze słuchają swoich tatusiów, a niedojrzałe kobiety wierzą we wszystko, co powie im starszy, doświadczony kochanek. Po tym zbliżeniu przyszły kolejne, które przeżyłam równie mocno. Pewnego dnia, jakiś miesiąc po moim pierwszym razie z Robertem, całkiem niespodziewanie Estera zadała mi pytanie:

— Czy ty spotykasz się nadal z Robertem Kwiatkowskim?

To pytanie mnie powaliło. Skąd mogła o tym wiedzieć?! Piękne, wiosenne popołudnie, spędzane z siostrą w salonie, nagle zmieniło się dla mnie w sądną godzinę. Z wrażenia odłożyłam na bok książkę, którą czytałam, i zapatrzyłam się na Esterę.

— Skąd to pytanie? — zapytałam oszołomiona.

— Wiem, że dostawałaś od niego listy — mówiła, nie odrywając swoich brązowych oczu od robótki. — Wiem, jesteś zdziwiona, ale rozpoznałam jego pismo na kopercie, którą ci wtedy przyniosłam. List dostarczył obcy chłopiec ze wsi, ale to i tak mnie nie zmyliło.

Zaniemówiłam na dobre. Na szczęście taty nie było w domu, podobnie jak Joanny, która udała się z nim po raz kolejny na spotkanie z kawalerami w innej części wsi, w domu niejakich państwa Dąbrowskich, gdzie przebywało nieznajome towarzystwo z miasta. Byłyśmy więc same, był to dobry moment na szczerą rozmowę, jak uznała moja siostra. Wystarczyło tylko mówić na tyle cicho, aby nie usłyszała tego żadna ze służących. Estera odłożyła swoją pracę na bok i spojrzała na mnie tym tak dobrze mi znanym, umęczonym spojrzeniem. Powstała z fotela, na którym siedziała, i przesiadła się do mnie na sofę. Przez moment wahała się, zaciskała usta to znów nabierała w płuca powietrza, jakby chciała coś powiedzieć, ale się bała. W końcu odważnie rzekła:

— Ja też się z nim spotykałam. Też wysyłał do mnie listy przez posłańca i spotykał ze mną potajemnie.

Moja nieszczęsna głowa nie była w stanie tego przyjąć do świadomości. Mój Robert, mężczyzna mający wziąć ze mną ślub, ten sam, który kochał się ze mną w naszej chacie, spotykał się kiedyś z moją siostrą?!

— Nie myśl, że byłyśmy jedyne — mówiła bardzo cicho. — To jego strategia działania.

— Nie wierzę! Ale kiedy? Przecież jego tu prawie nie ma! Mieszka w mieście, wpada tylko raz na jakiś czas, ale unika ludzi!

— Pewnego dnia przedstawiła mi go Anna, moja przyjaciółka. Dobrze wiedziała, kiedy Robert jest w domu, bo brat Anny uczył się razem z Robertem w szkołach. Poszłyśmy do Kwiatkowskich i… ale nie o tym chciałam rozmawiać! Robert to oszust! Bawi się kobietami!

— On mówił, że mnie kocha! — wściekałam się cicho na podobną bzdurę.

— Wiki, byłaś z nim w chacie na skraju lasu?

Tym razem nie byłam w stanie odpowiedzieć. Spuściłam wzrok i zamknęłam oczy ze wstydu. Wiedziała nawet o tym. To nie mogła być pomyłka. Też musiał ją tam zaprowadzić i…

— Oddałam mu tam swoje dziewictwo. — Jeszcze nigdy nie słyszałam takiego bólu w jej głosie. — To było rok temu, gdy przyjechał tutaj w lecie na miesiąc, aby polować ze swoim elitarnym kołem, do którego nie zaliczano nas, Jankowskich… — Estera zakryła twarz dłońmi i z łamiącym się głosem dodała jeszcze: — Od tamtego czasu nie mogę spojrzeć sobie w oczy w lustrze.


Tego było zbyt wiele. Poderwałam się i uciekłam do ogrodu, aby wypłakać pierwszy szok i zrozumieć „dlaczego”? Nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi. Nie chciałam wierzyć siostrze! Musiałam wypytać go o wszystko osobiście, lecz nie wiedziałam, kiedy znów się zobaczymy. Postanowiłam postawić wszystko na jedną kartę. Mając nadzieję, że go tam znajdę, poszłam do chaty. Był tam, ale nie sam. Towarzyszył mu służący i jakiś obcy mi mężczyzna. Służący trzymał konie, a kawalerowie oporządzali broń. Wyglądało na to, że szykują się na polowanie. Byłam tak oszołomiona, że służący i obcy mężczyzna wydali mi się niczym element nieożywionego otoczenia. Miałam jeden cel: poznać prawdę, i nie obchodziła mnie cała reszta. Po prostu podeszłam prosto do Roberta i pochwyciłam jego dłonie. Broń wypadła mu z rąk, a on spojrzał na mnie gniewnie.

— Co ty tutaj robisz?! — warknął cicho.

— N-natychmiast muszę… — wydyszałam zmęczona — z tobą porozmawiać. — Starałam się panować nad swoimi emocjami, choć w tej chwili przesłaniały mi one cały świat.

— Chodź! — Niezadowolony z mojej niespodziewanej wizyty, Robert ujął mnie pod rękę i poprowadził w głąb lasu, aby nikt nie słyszał naszej rozmowy.

Opowiedziałam mu w skrócie, co wyznała mi Estera. Najpierw zbladł, potem zaczerwienił się i spuścił oczy. Wyglądał, jakby mocno ważył w sobie słowa. Jaka była jego ostateczna odpowiedź?

— Tak — wyznał odważnie, patrząc mi w oczy — spotkałem się kilka razy z twoją siostrą, ale… nie przypadliśmy sobie do gustu. Kochanie… — Ujął moją twarz w swoje dłonie, po czym, z przekonującym spojrzeniem swoich czarnych oczu, rzekł: — Kocham cię. Jej nie kochałem. Przynajmniej na początku zdawało mi się, że to coś więcej. Teraz już wiem, że zanim poznałem ciebie, nie wiedziałem co to miłość. — Zabrzmiał wiarygodnie, lecz nie do końca mnie przekonał. Widząc zapewne niepewność na mojej twarzy, posunął się o krok dalej. Objął mnie i pocałował czule, tak jak zwykle gdy się spotykaliśmy, co uśpiło troszkę moją czujność. Ale w mojej głowie nadal krążyły pytania bez odpowiedzi, więc zapytałam:

— A te inne damy?

Jego ciemne oczy zwęziły się w wąskie szparki, a twarz przybrała obcy wyraz. Mocno zastanawiał się nad tą drugą odpowiedzią. Spoglądał na mnie czujnie, badał mnie, jakby chciał wyczuć stan moich emocji. Na szczęście nie mógł czytać w moich myślach, choć pewnie by chciał. Nie był w stanie ich przeniknąć, choć byłam pewna, że z całej siły pragnął włamać się do mojego umysłu i poznać, albo chociaż zgadnąć to, co chodziło mi teraz po głowie.

— Poznałem kilka dam — mówił ostrożnie i chłodno — owszem, ale żadna nie przypadła mi do gustu.

— A twoja przyszła żona? — To było dwuznaczne, podchwytliwe pytanie, które zadałam mu specjalnie. Chciałam, żeby powiedział, że to ja nią będę, że wyznał prawdę rodzicom i już niebawem poprosi ojca o moją rękę. Ale on odpowiedział:

— Później będziemy się nad tym zastanawiać. Teraz wybacz, ale jestem umówiony z przyjacielem na polowanie, a to nie jest dobre zajęcie dla pięknych, wrażliwych panienek — wywinął się zręcznie.

Ta odpowiedź mnie nie uspokoiła, do tego ten jego chłodny ton. Za moimi plecami toczyła się gra, o której nie miałam pojęcia. Wtedy nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że stoję na wierzchołku góry lodowej, której potężny i niedostępny masyw skrywają bezlitosne i nieprzeniknione odmęty oceanu. To był ostatni raz, gdy spotkałam się z Ukochanym. Ale jeszcze wtedy tego nie wiedziałam.

Miłosne zapewnienia Roberta przykryły w końcu złe wrażenia, jakie wywarła na mnie tragedia mojej siostry. Twierdził, że mnie kocha, a ja chciałam mu wierzyć. Wyczekiwałam wiadomości od niego każdego dnia i każdej godziny, ale żaden posłaniec z liścikiem nie zjawiał się. W nadziei, że spotkam Ukochanego gdzieś w naszych miejscach schadzek, samotnie spacerowałam w tamte strony, oczywiście tłumacząc się rysowaniem lub malowaniem pejzaży. Nie to jednak było mi w głowie. Robert zupełnie chyba zapadł się pod ziemię, doszłam do tego wniosku po czterech dniach mojego daremnego wyczekiwania i tęsknoty. Tłumaczyłam to sobie tym, że być może zajmuje się swoim gościem, albo wyjechał na kilka dni do miasta. Póki co nie wysłał do mnie żadnej wiadomości o zerwaniu wszelkich stosunków. W pewnym momencie oparłam swoją przyszłość na nadziei, że mój Ukochany właśnie zaczyna działać w sprawie naszego przyszłego małżeństwa. I tak czekałam dalej…


***


Robert nie odezwał się do mnie przez cały tydzień. Być może obraził się na mnie za to, że zadawałam mu te wszystkie trudne pytania? Kochałam go, tęskniłam, miałam nadzieję, że niebawem napisze i znów się spotkamy. Ale jeszcze bardziej pragnęłam tego, żeby w końcu przyznał się do mnie przed całym światem. Z drżeniem serca modliłam się o jakiś znak z Nieba, które jednak milczało. Unikałam ostatnio codziennych wyjazdów do kaplicy na poranną mszę. Wykręcałam się złym samopoczuciem, co zresztą było prawdą. Byłam pewna, że cierpię z tęsknoty. Ale gorsze było coś innego. Bóg widział wszystko, co robiłam. Nie chciałam się spowiadać z moich grzechów, gdyż nie czułam, żebym robiła coś złego. Ale mimo wszystko wiedziałam, że ojciec i cała reszta świata potępiliby mnie za to. Czy i Bóg potępiał? Rozważałam nad tym niejedną, samotną noc.

Coś dziwnego działo się ostatnio z moim ciałem. Nie mogłam przypomnieć sobie, kiedy ostatnio miałam krwawienia miesięczne. Może coś mi się poprzestawiało? Faktem było, że nie czułam się dobrze, a nad ranem miałam dziwne mdłości. Ciągłość tych zjawisk doprowadziła mnie do podjęcia decyzji o wizycie u lekarza. Nie chciałam sprowadzać medyka do dworku, aby nikt nie wiedział, że coś mi dolega. Pojechałam więc pod asystą służącej Janiny do miasta, pod pretekstem zakupów. Kiedy udałyśmy się na targowisko, ja oznajmiłam, że chcę odwiedzić znajomą. Ale starsza ode mnie o 20 lat służąca nie chciała mnie puścić samej, przecież grała rolę mojej towarzyszki i przyzwoitki. Ale cudem udało mi się osiągnąć swój cel. Podczas gdy Janina targowała się z pewną przekupką, ja oddaliłam się do straganu ze słodkościami. Kupiłam dla niepoznaki trochę cukierków, obejrzałam się za siebie i korzystając z okazji, że Janina dalej miele ozorem, dałam nogę w sąsiednią uliczkę. Stamtąd poszłam prędko do lekarza, do którego nieraz przyjeżdżał mój tato…


Pan doktor stwierdził najgorsze. Zszokowana wróciłam do domu. Przez całą podróż powozem starałam się zachowywać przed Janiną twarz, udawać, że nic się nie stało. Parę razy wypytywała mnie, czy dobrze się czuję i czy mi czego nie trzeba… Zaprzeczałam, choć w mojej głowie i w sercu toczyła się wojna emocji, faktów i koszmarnych wizji przyszłości, pomieszanych z nadziejami. Rozstałam się ze służącą przed dworem. Ona poszła do spiżarni, która znajdowała się z drugiej strony domu, ja zaś ruszyłam prosto do wejścia. Teraz mogłam w końcu przestać udawać, że wszystko jest dobrze i że nie otrzymałam od losu celnego ciosu za moje grzechy. Jak tylko przekroczyłam próg, podeszła do mnie Estera. Musiała być zdziwiona moją nieobecnością, gdy wróciła od przyjaciółki. Teraz wyszła mi naprzeciw.

— Gdzie byłaś? Dlaczego jesteś taka blada?

Ale ja nie byłam w stanie rzec ani słowa. W głowie huczała mi ta tragiczna wieść. Zrobiło mi się słabo.

— Wiki! — rzekła przejęta i od razu mnie podtrzymała, abym nie upadła. Ujęła mnie pod rękę i zaprowadziła prosto do mojej sypialni.

— Połóż się, siostrzyczko, na łóżku. — Posłuchałam jej z chęcią. Ułożyła mi poduszkę pod głową i dotknęła czoła, tak jak kiedyś robiła to świętej pamięci mamusia. Zmarszczyła swoją ciemną brew w akcie najwyższego niepokoju. Nagle zrobiło mi się niedobrze.

— Daj prędko nocnik! — rzekłam w panice. Wymiociny miałam już na końcu przełyku. Estera zdążyła na czas podać mi naczynie… Jak skończyłam, siostra podała mi szklankę wody, która stała na szafce nocnej od wczorajszej nocy. Z tych mdłości przestałam jeść, piłam tylko wodę. W drodze jednak zjadłam kilka cukierków i jabłko, które podała mi Janina, twierdząc, że powinnam coś w końcu zjeść. Zauważyła, że opuszczam się z jedzeniem.

Położyłam się ponownie, a wtedy milcząca i zamyślona Estera przysiadła obok mnie i zadała mi to najgorsze na świecie pytanie:

— Jesteś w ciąży? Prawda?

Nawet nie musiałam odpowiadać. Ona po prostu to wyczuła. A może od dawna podejrzewała? Współżyliśmy ze sobą pięć razy w ciągu siedmiu tygodni. To była normalna kolej rzeczy. Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałam? Może dlatego, że miłość do Roberta przesłoniła mi cały świat? A teraz do tego świata miała zaliczać się jeszcze jedna, malutka osóbka, która rozwijała się w moim łonie. Na samą myśl zrobiło mi się znów niedobrze i poczułam przerażenie. Tym razem jednak nie miałam już czym wymiotować. Za to lęk nie odpuszczał, powodując gwałtowne bicie serca i zawroty głowy. Wtedy przyszła mi na myśl najgorsza rzecz, a raczej osoba, której muszę stawić czoła w pierwszej kolejności.

— Ojciec — wyrzekłam słowo, które już samo w sobie wydało mi się konsekwencją, osądem i karą za moje postępowanie.

— Nieszczęsna dziewczyno! Dlaczego nie pomyślałaś o konsekwencjach?! — zgromiła mnie Estera. — Czy ty wiesz, co ojciec teraz zrobi?! — Wstała z łóżka i zaczęła nerwowo przechadzać się po moim pokoju, jakby szukała wyjścia z najlepiej strzeżonego więzienia na świecie. W końcu zatrzymała się i zapytała: — Czy Robert wie?

— Nie, jeszcze mu nie powiedziałam.

— Będzie musiał się z tobą ożenić!

— On mówił, że ma ożenić się z kimś innym…

— I mimo to oddałaś mu się?! — oburzyła się.

Tak, to było przekroczenie wszelkich zasad moralnych wiary katolickiej i norm etycznych. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, jak mogło to wyglądać z zewnątrz. Przecież byłam jawnogrzesznicą! W tej chwili przeleciały mi przed oczyma te wszystkie razy, z których tak się cieszyłam, a które stały się teraz dla mnie powodem tragedii. Ten jeden raz za dużo sprawił, że zaczęłam zastanawiać się nad moralnością miłości, którą czułam do Roberta. Czy służące wiedziały, że z kimś się spotykam? Czy chłopiec, który dostarczał mi wiadomości, opowiadał ludziom we wsi, że panienka Jankowska spotyka się potajemnie z kawalerem? A jeśli ktoś poszedł za nami i widział, co się dzieje w chacie? Z każdym takim pytaniem, pogrążałam się coraz bardziej we wstydzie, strachu i czarnych wizjach najbliższej przyszłości.

— Idę natychmiast porozmawiać z Robertem! — oznajmiła niespodziewanie Estera.

— Nie! — zaprotestowałam odruchowo. Nie chciałam, aby wiadomość o mojej ciąży rozeszła się dalej w świat.

— Nie mamy innego wyjścia, Wiki! — mówiła odważnie. — Jeszcze dziś musi poprosić cię o rękę! I ja tego dopilnuję! Ze mną spał raz, ale to nie miało żadnych konsekwencji. — Na moment ucichła, a na jej twarzy pojawił się smutek. Potem powiedziała zmienionym głosem: — Cierpiałam, bo nie potrafiłam nakłonić go do małżeństwa. Ale z tobą sprawa jest inna. — Usiadła na łóżku i pochwyciła moją dłoń. — Módl się, siostrzyczko, żeby wszystko się dobrze poukładało.

— Myślisz, że powinnam do niego napisać? — nie wiem, dlaczego przyszło mi to wtedy do głowy.

— Myślę, że to dobry pomysł. Ale i tak sama z nim porozmawiam.

— Dobrze, zatem… — zaczęłam gramolić się z łóżka. Siostra pomogła mi wstać i usiąść przy pulpicie do pisania. Ujęłam w dłoń pióro, a Estera wyciągnęła spod blatu pergamin. Potem podała mi otwarty kałamarz, a ja zanurzyłam w tuszu ostry koniec piórka. Z drżeniem ręki i dużym wysiłkiem zaczęłam pisać…


„Najdroższy Robercie

Piszę do Ciebie, gdyż czas przyszedł na ostateczne rozrachunki. Jestem w ciąży, potrzebuję Twojej pomocy. Teraz bardziej niż kiedykolwiek musisz stawić czoła rodzicom i ich planom względem Ciebie. Nie zwlekaj Najdroższy z odpowiedzią i działaniem. Jesteś moim jedynym ratunkiem. Wiem, że mnie kochasz, dlatego nie obawiam się Twej odmowy. Przybądź do mojego ojca i porozmawiaj z nim, zanim on sam się dowie o wszystkim. Pamiętaj, że bardzo Cię kocham i nie wyobrażam sobie życia bez Ciebie. Teraz już nic nie może nas rozdzielić.


Twoja na zawsze

Wiktoria Jankowska”

3. Zachód słońca

Złotem zaczynasz swą mowę,

obietnicą kusisz.

Nagle wlewasz we mnie czerwienie,

tniesz słowem,

żółcienie z błękitami łączysz.

Słodyczą gorycz malujesz,

granatem kończysz wystąpienie.

Jakby było ci mało,

czerń po sobie zostawiasz

ukojony mym bólem.

Lecz oto jasność nadchodzi.

Rozświetli mą drogę.

Estera wróciła godzinę później z pustymi rękoma. Nie odnalazła Roberta czy też on nie znalazł chwili, aby mi odpisać? Nie wiedziałam. Fakt był taki, że nie otrzymałam odpowiedzi na moje szczere wyznania i błagania.

— Dałaś mu list?

— Nie — odparła, patrząc na swoje dłonie.

— Czyli nie znalazłaś go?

Wzruszyła ramionami. Była jakaś dziwnie zmieszana.

— Estero? Mów prawdę! — poprosiłam ją z naciskiem.

— Przepraszam, ale nie mam teraz do tego głowy. Później do tego wrócimy — nie zaczekawszy na moją odpowiedź, wyszła.

Musiała być mocno zdenerwowana tą rozmową, skoro nie chciała tak od razu mi o wszystkim opowiedzieć. Widać musiała odpocząć, zanim do mnie powróci. Czy to oznaczało jednak, że odpowiedź mojego Ukochanego była zła? A nawet bardzo zła? A może po prostu Robert sam chciał mi o wszystkim opowiedzieć? Miotałam się między nadzieją a ostateczną rozpaczą, ale nie miałam innego wyjścia: musiałam zaczekać na to, co się wydarzy.

Czekałam więc do wieczora, nieustannie leżąc w łóżku. Żałowałam, że nie było ze mną Joanny, która wyjechała ze znajomą do miasta. Wiązała z tym wyjazdem nadzieję na znalezienie męża. Byłam pewna, że moja starsza siostra wiedziałaby, co trzeba zrobić. Tymczasem jednak musiałam poradzić sobie sama. Nie zjawiłam się na podwieczorku, co zaniepokoiło tym razem również i mojego ojca. Zapukał do mojego pokoju i wszedł, a jak tylko zobaczył mnie w łóżku, przejął się i podszedł ku mnie prędko. Popatrzył na mnie zmartwiony. Jego siwe brwi oraz czoło wyrażały teraz najwyższy objaw ojcowskiej troski.

— Co ci, Wiktorio? — zapytał.

Odwróciłam oczy w drugą stronę. Nie byłam w stanie spojrzeć mu prosto w twarz. Przypomniałam sobie, jak się zachowywałam, jak wiele razy złamałam tak pilnie przestrzegane przez niego przykazania. Tata strzegł mnie i moje siostry przed popełnianiem błędów, ale mnie jakoś zawsze dawał więcej swobody. Ufał mi, a ja… Okłamywałam go, mówiąc, że idę rysować. W dodatku oddałam się mężczyźnie przed ślubem i spodziewałam się jego potomka. Czyż był jakikolwiek sens kłamać, że nic się nie stało? Wszak prawda zawsze jak oliwa na wierzch wypływa. Brzuch urośnie i wszyscy zobaczą moją hańbę. Jedyna moja nadzieja była w tym, że Robert sprzeciwi się swoim rodzicom i weźmie ślub ze mną. Taki człowiek nie mógł przecież wyrzec się swojego dziecka… Dlaczego zatem Estera nie przyszła do mnie z dobrymi wieściami?

— Wezwę medyka — oznajmił papa, gdy nie odpowiedziałam mu ani słowem. To miał być ostatni gram nieszczęścia, który miał przeważyć szalę. Tata wyszedł i pozostawił mnie z śmiertelnym lękiem w sercu. „Boże, teraz wszystko wyjdzie na jaw!”


Medyk potwierdził diagnozę swojego poprzednika. Byłam w ciąży. Tata dowiedział się o tym jako pierwszy. Kiedy lekarz pojechał, ojciec wszedł do mojego pokoju i spojrzał na mnie tak, jakbym popełniła morderstwo. Jeszcze nigdy się tak na mnie nie wściekł. Jego twarz była cała czerwona i rysował się na niej marsowy grymas.

— Wstań! — rozkazał surowo, co też uczyniłam. Ledwie trzymałam się na nogach z tych wszystkich emocji. Strach, nikła nadzieja, wiara w miłość i ciężkie poczucie winy. Stanął naprzeciwko mnie, spojrzał z pogardą, a później ciężkie uderzenie jego ręki w mój policzek powaliło mnie na podłogę. Estera, która stała o krok za nim, rzuciła mi się na pomoc.

— Tato! Miej litość! Ona ma urodzić twojego wnuka! — Zasłoniła mnie swoim ciałem, gdy bezradnie kuliłam się na podłodze, nie mogąc powstrzymać dławiącej fali łez, które zaczęły wypływać z moich oczu.

— Kim on jest?! — krzyknął rozjuszony.

— Później o tym porozmawiacie — łagodnie prawiła moje siostra. — Ona jest cała roztrzęsiona.

— Niech ona mi odpowie! — warknął, a później poczułam gwałtowne szarpnięcie za ramię, zmuszające mnie do powstania. Ale ja nie miałam siły, aby stać. Upadłam po raz drugi.

— Tato! — Błagalny krzyk Estery zmusił ojca do puszczenia mojego ramienia. Pomogła mi usiąść na łóżku. — Ten człowiek nigdy się nie ujawni — rzekła do taty. — Powiedział, że nie przyznaje się do dziecka i że lada dzień ma związać się świętym węzłem małżeńskim z bardzo majętną damą.

Dopiero teraz zrozumiałam, dlaczego nie chciała ze mną wcześniej porozmawiać. Nie chciała mi przekazać najgorszego. Jakże wielki spoczął na jej sercu ciężar: pozbawić siostrę ostatniej nadziei. Jej słowa zabolały mnie sto razy mocniej niż uderzenie dłoni ojca. Blisko dwa miesiące związku, ba! narzeczeństwa! i całą miłość, która była między nami, unieważnił tym jednym zdaniem. Świat się dla mnie skończył.


***


„Nie będzie Paryża, nie będzie już więcej wspólnych spacerów, pocałunków i wyznań miłości. Opuściłeś mnie Ukochany i jestem teraz zupełnie sama, ogołocona z wszelkiej godności ludzkiej. Nikt i nic nie jest w stanie mi teraz pomóc. Karząca ręka Pana Boga dosięgła mnie. Cierpieniom moim nie ma końca…” — pisałam w swoim pamiętniku. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że szybko nie przyjdzie mi nakreślić w nim następnych, równie szczerych słów. Że być może nigdy nie postawię tam nawet kropki. Nie ma takich słów, które byłyby w stanie objąć mój smutek i rozpacz tych dni. Cokolwiek bym nie napisała, było niewystarczające.

Ojciec tak bardzo dręczył mnie i Esterę o imię kawalera, który mnie pohańbił, że w końcu jedna z nas musiała mu to powiedzieć. Zrobiła to Estera. Tata spotkał się z Robertem i z jego rodzicami następnego dnia. On wyparł się wszelkich związków ze mną, a jego rodzice kategorycznie zabronili mu związać się z biedniejszą kobietą niż jego prawowita narzeczona — panienka z dobrego domu. Ja już nie byłam panną z dobrego domu, byłam potępiona w oczach wszystkich na wieki. Zatem przez cały ten czas, gdy spotykałam się z Robertem, byłam oszukiwana. Nie kochał mnie na tyle, aby spędzić ze mną resztę swoich dni, może nawet wcale nie byłam przez niego kochana, skoro tak po prostu się mnie wyrzekł. Przyszło mi więc zamienić miłość na rozpacz, a rozpacz na nienawiść, lecz zanim to miało nastąpić, musiałam przejść jeszcze wiele upokorzeń, aby zrozumieć, dlaczego Robert Kwiatkowski potraktował mnie w ten najgorszy z możliwych, upokarzający sposób.


Kilka dni później moje życie znów miało się przewrócić do góry nogami, lecz któż mógłby się spodziewać po swoim ojcu, że może posunąć się aż tak daleko. Kazał mi się ubrać w najlepszą suknię, taką na najlepsze okazje, i kazał Esterze ufryzować moje włosy, aby dopełnić całości. Obydwie byłyśmy przekonane o tym, że tata wiezie mnie co najmniej na zaręczyny. Odżyła we mnie nadzieja, że może Robert jednak zmienił zdanie! W rzeczywistości jednak ja i ojciec pojechaliśmy do kaplicy.

Była sobota, piękny majowy dzień, a dookoła budynku zebrało się wielu znamienitych posiadaczy ziemskich. Działo się coś bardzo ważnego, właśnie w tej chwili! Ojciec pomógł mi zejść z powozu, następnie przecisnąwszy się ze mną przez tłum, wprowadził mnie do środka kościółka i zatrzymał się w miejscu, skąd mogłam zobaczyć ołtarz. Tam, odwróconych tyłem do reszty, stało dwoje osób — kobieta ubrana w białą suknię i mężczyzna o ciemnych, kręconych włosach, po których od razu rozpoznałam Roberta. Na ten widok zrobiło mi się słabo, ale ojciec podtrzymał mnie, abym mogła ustać. Trzymał mnie tak przez całą ceremonię, i doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jaki ból sprawia mi patrzenie na to wszystko.

Przez całą godzinę nie mogłam zaprotestować, nie mogłam zatkać uszu i oderwać oczu od tej sceny. W pewnej chwili nawet pomyślałam, że może to tylko koszmar, z którego będzie mi dane się przebudzić. Ale nie… Ojciec poczekał, aż przysięga zostanie dopełniona. Chyba nie miał już siły, aby mnie podtrzymywać, więc wyprowadził mnie ze świątyni. Mimo iż opuściłam to miejsce i do moich płuc dotarło świeże powietrze, nadal czułam, że się duszę.

Tata zupełnie nie zważał na moje cierpienie fizyczne i emocjonalne. Po prostu wciągnął mnie do powozu i rozkazał woźnicy jechać do osady chłopskiej. Po drodze wymiotowałam kilka razy i rozbolała mnie głowa. Papa był milczący i jakby niewzruszony moim cierpieniem. Czułam jego nienawiść do mnie na swojej skórze, jakby przenikała do mnie z jego zgorzkniałego serca. W kaplicy wszyscy na nas patrzyli z pogardą, byłam pewna, że było to duże upokorzenie dla papy. Ale on miał swój cel: ukarać mnie za mój grzech.

Nie śmiałam nic rzec, nawet na niego nie patrzyłam. Skuliłam się tylko w kącie powozu i objęłam się ramionami. Dyskretnie ocierałam chusteczką łzy, które same cisnęły się mi do oczu. Chciałam zapaść się pod ziemię, wyparować, albo chociaż… umrzeć. Ale nic się nie działo. Dlaczego jeszcze żyłam? Nie wiedziałam, dokąd jedziemy, ale byłam pewna, że na pewno nie do domu. Przez głowę przeszło mi, że być może jedziemy do medyka, aby usunąć owoc mojego grzechu, ale stało się coś niespodziewanego.

— Zatrzymaj się! — nagle rozkazał woźnicy ojciec.

Zdziwił mnie taki finał podróży. A może kazał się tutaj zatrzymać, bo miał coś do załatwienia? Ale dlaczego tutaj?


Wysiedliśmy z powozu w samym środku wiejskiej osady. Drewniane chaty pokryte strzechami ze słomy, błotnista, grząska droga, kręcący się tu i tam chłopi, ubrani w swoje codzienne łachmany, szczekające psy, krowy muczące gdzieś na łące… Padał drobny deszczyk, było chłodno jak na maj. Papa zaczepił jednego z wieśniaków, który właśnie prowadził jedną z krów na sznurze, i coś mu powiedział. Nie dosłyszałam tego, bo stałam za daleko. Wsparta o powóz, ledwie trzymałam się na nogach i czekałam na dalszy ciąg zdarzeń. Po kilku minutach zaczęło zbierać się dookoła nas coraz więcej wieśniaków, głównie młodych mężczyzn. Obraz ich brzydkich twarzy i nagich, umorusanych stóp spotęgował moje mdłości. Widok ich ironicznych uśmieszków upokarzał mnie. W końcu, gdy znalazło się dookoła nas dwudziestu chłopa, tata przemówił dostojnym i pewnym siebie głosem:

— Czy to już wszyscy kawalerowie z tej osady?!

— NO! TA! TAK!!! — odpowiedziało chórem kilka niskich, basowych głosów.

— Dobrze! Słuchaj ta mnie wszyscy! Ja wasz pan i właściciel ziemski pól, które uprawiacie, oznajmiam wszem i wobec, że od dziś mam tylko dwie córki! — Słowa te zmroziły mi krew w żyłach, ale to jeszcze nie był koniec jego przemowy. — Ta oto osoba sprzeniewierzyła się wszelkim regułom wiary katolickiej! Ja, jako przykładny pan, mam obowiązek ją ukarać! Oświadczam, że ta kobieta dopuściła się cudzołóstwa i nosi w swoim grzesznym łonie haniebny owoc tego czynu! Jako osoba zdolna do decydowania o jej losie oświadczam, co następuje! Oddam ją w zamian za dobrą krowę cielną, pod warunkiem, że właściciel tejże krowy pojmie za żonę tę godną najgorszej pogardy kobietę.

Upokorzenie, poczucie niesprawiedliwości, ostateczne upodlenie… Nie miałam siły wydobyć z siebie choćby jednego jęku protestu.

Po słowach ojca rozpętał się wśród zebranych taki gwar głosów, że miałam wrażenie, iż jestem w środku gniazda szalejących szerszeni i że zaraz rozsadzi mi głowę od tego rumoru. Targowanie trwało długo, a ja nie potrafiłam znaleźć słów na swoją obronę. Byłam kompletnie bezbronna.

— Z takiej to nic będzie! — komentował jeden z drugim.

— Jak dopłaci do weźniem!

— Chude to takie! Mizerne!

— Nawet bym za darmo nie wzion! Baba w ciąży to, psia krew, przekleństwo pod dachem! — Chłop, który to powiedział, splunął siarczyście na ziemię.

Wielu chłopów stwierdziło, że nie opłaca się brać kogoś takiego jak ja do pracy w gospodarstwie, bo nie będzie ze mnie żadnego pożytku. W krótce tłum się rozproszył i zostaliśmy z ojcem sami. Czy był to koniec czy początek kary? Przez moment miałam nadzieję, że jednak koniec. Ale stało się coś całkiem innego.

— Widzisz, nikt cię nie chce! — odparł mój ojciec i rozłożył teatralnie ramiona, udając bezradność. — Chyba nadajesz się jedynie do służby jako pokojowa lub pomywaczka. Żaden porządny mężczyzna nie będzie cię chciał! Ladacznicy z nieślubnym dzieckiem!

Teraz już nie miałam wątpliwości. Nienawidził mnie dozgonnie, chciał się mnie na zawsze pozbyć, ale najpierw chciał wyżyć się na mnie za to, że zdradziłam jego zasady moralne i upokorzyłam go przed wszystkimi znajomymi i sąsiadami. Trzęsąc się z nerwów, zmęczona przeżyciami i osłabiona wymiotami, uklękłam na mokrej, grząskiej ziemi i zapłakałam. Deszcz wzmógł się. Czy tak wygląda śmierć? Jeśli tak, to wolałam już umrzeć, niż to znosić. Nie było już dla mnie żadnej nadziei na uratowanie. Byłam pewna, że ojciec nie przyjmie mnie z powrotem do domu. Zatem nie czekało mnie nic ponad wygnanie, tułaczkę i skrajne ubóstwo. Choć byłam pewna, że skonam z głodu po kilku dniach mąk…

— Czyżby jednak ktoś zechciał się nad tobą zlitować?

Podniosłam głowę. W odległości kilku metrów od nas zobaczyłam mężczyznę prowadzącego na sznurze ogromną, łaciatą krowę, której brzuch był nienaturalnie wielki. Krowa ta była bardzo zadbana, o lśniącej sierści, przyozdobiona w biało-brązowe łaty. Mężczyzna, w którym rozpoznałam jednego z chłopów, którzy niegdyś pomogli nam w naprawie powozu, zatrzymał się przed nami i podał mojemu ojcu sznur.

— Piękna krowa. — Ojciec poklepał ją po szyi, po czym kazał woźnicy przywiązać zwierzę do powozu.

Zatem kupił mnie ten, który wzbudzał we mnie odrazę. Było mi w tej chwili obojętne, czy pociągnie mnie po ziemi za rękę, za nogę czy też poprowadzi na jutowym sznurze. Lecz on zrobił coś, czego się nie spodziewałam. Zbliżył się do mnie, ujął za ramiona i podniósł z klęczek. Potem podniósł mnie, jakbym była piórkiem i wziął na ręce.

— Panienka obejmie mnie za szyję — rzekł łagodnie.

Posłuchałam go i osłabiona oparłam głowę na jego ramieniu. Chłop odcharknął ślinę z głębi swojego gardła i splunął siarczyście pod nogi ojca.

— Żeby cię to samo spotkało, co tą biedną dziewczynę. — Odwrócił się i począł iść przed siebie mimo obelg Jankowskiego.

— Ty łotrze! Ja się dowiem, kto ty jesteś i wyrzucę cię z moich ziem! Do więzienia trafisz! Na szubienicy zawiśniesz ty, ty…! — zaperzył się.

— Ścierwojad jeden — fuknął pod nosem chłop, nie przestając mnie nieść błotnistą drogą, prowadzącą w głąb chłopskiej osady.


***


— Coś ty mnie tu naniósł do doma?! Zepsucie, grzech, ladacznice jaką! Toć to na dom zarazę ściągniesz, bydło padnie, a wszyscy na chorobę zapadniem! Bóg nas pokarze za jej grzech!

— Co też matko opowiadacie! Jakie kary?! Jakie zarazy?! Toż to ludzie same na siebie ściągają efekty tego, co robią! A co my zrobili, że ma nas złe dopaść?! Schronienia biednej dziewczynie udzielili?!

Stek obelg, jaki chłop dostał od swojej matki, przyprawił mnie o kolejne mdłości i dreszcze. Leżałam w dużej izbie, która musiała służyć za sypialnię małżeńską, bo oprócz tego na którym leżałam, stało w niej jeszcze jedno dwuosobowe łoże. W chacie było zimno i ponuro. Do tego w jednym z kątów izby stało naczynie, do którego kapała woda przeciekająca przez dach.

— Jak ją za żonę wezmę, to żadne licho nas nie ruszy!

— Co?! Coś ty powiedział?! — oburzyła się kobieta.

Zalękniona skuliłam się pod pledem, którym jakieś dziesięć minut temu okrył mnie mój wybawca. Byłam przemoczona, więc musiałam ściągnąć najpierw z siebie sukienkę i zostać w samej halce i pozostałej bieliźnie. Zupełnie nie obchodziło mnie wtedy to, że rozbieram się przed obcym mężczyzną w dodatku chłopem. Odarto mnie już bowiem z całej godności.

— I ty ją za żonę chcesz brać?! Chybaś z byka spadł! — pieniła się dalej pięćdziesięcioletnia pani tego domu.

— Matko, uspokójcie się — rzekł łagodniej. Chyba musiała zesłabnąć, bo nastąpiła chwila ciszy. — Napijcie się wody.

— Toć to ona w łonie grzech nosi… — kontynuowała już mniej zapalczywie.

— Dziecko nie jest niczemu winne, że na świat przychodzi. A ta panna na złą nie wygląda. Pewno ją jaki zbałamucił i zostawił!

— To córka właściciela ziemskiego. Jankowskiego, co połowę wsi za gardła trzyma — biadoliła kobiecina.

— Ale nas nie.

— Po co ty się w to plączesz?!

— Bo tak trzeba. Dziecko ojca musi mieć, a kobieta bezbronna schronienie i opiekę.

— Będziesz ty za to cierpiał! Co ty se myślisz? Że ona ciebie pokocha?! Panienka ze dwora pokocha brudnego chłopa?!

— Ja nie jestem zwykły chłop! Tylko syn mojego ojca, co tu wolnym był szlachcicem! I ja wolnym jestem! A brudny też nie jestem, bo się myję codziennie.

— Synku, synku… — biadoliła nieszczęśliwa kobieta.

Wtedy odezwał się trzeci głos.

— Anno — to był głosik cichy, schorowany, starczy. — Córko, dajże tej dziewczynie spokój. Ona ci się do pola przyda, do domu… Odciąży cię. Upierze, zaceruje…

— Matulu, ona się dziecka nieślubnego dorobiła — odpowiedziała matka chłopa.

— Nie sądź, abyś i ty nie była sądzona — mówiła staruszka. — Co ona przeszła i jeszcze przejdzie, nie zazdrość jej. Nie twoja rzecz kary wymierzać.

— Babciu… — usłyszałam dwa cmoknięcia — dopilnujcie, żeby matula jej tu za dużo przykrości nie zrobiła. I pracą na razie nie obarczała!

— Tak Benedykcie, dopilnuję… — zakaszlała, jakby miała suchoty. — Będzie z niej pociecha, zobaczysz Anno.

— Będzie z tego tylko kłopot, zgryzoty i hańba! — fuknęła kobieta, a później usłyszałam, jak ktoś trzasnął drzwiami. Zaległa głucha cisza.

Zatrwożona nakryłam się pledem po same uszy. Nagle do sypialni wszedł chłop, a ja podskoczyłam przestraszona, na dźwięk zamykanych przez niego drzwi. Wyglądał tak, jak wtedy, gdy widziałam go po raz pierwszy. Wysoki, dobrze zbudowany, ubrany w szarą, płócienną koszulę i jakby skórzany kubrak. Na nogach miał wysokie, czarne oficerki, co dziwnie nie pasowało mi do jego ogólnego wyglądu i stanu społecznego. Głowę zakrywały mu blond włosy, uformowane na kształt strzechy wiejskiego domu, były dziwnie sztywne i przykurzone. Musiał nie dbać o ich higienę. Ogólnie czuć od niego było potem, krową i sianem. Jego twarz zaś miała ostre rysy, kanciaste — duży nos, niebieskie oczy, jasne brwi i pełne, czerwone ust. Teraz po jego niezbyt urodziwej facjacie krążył niepokój pomieszany z troską.

— Panienka się nie boi — powiedział łagodnie, jakby z uczuciem. — Przyniosłem zupy i kawałek chleba. — Postawił mi to na szafce obok łóżka i cofnął się. Najwidoczniej czekał teraz, aż zacznę jeść. — Musi coś zjeść, bo zasłabnie znowu.

Miał rację, musiałam zmusić moje ciało do życia. Tylko po co? Nie ważny był teraz powód. Z głodu aż ściskało mnie w żołądku. Usiadłam na łóżku i okręciłam się powoli, aby postawić nogi na podłodze. Wzięłam do ręki drewnianą, wielokrotnie używaną, niezbyt piękną łyżkę, po czym odstawiłam ją z obrzydzeniem na poprzednie miejsce. W domu jadałam tylko srebrnymi sztućcami.

— Dlaczego panienka nie je? — zdziwił się chłop Benedykt. Dziwnie to imię nie pasowało mi do chłopa, podobnie jak buty, które miał na nogach.

— Wybaczcie, ale u mnie w domu jada się srebrnymi sztućcami — odparłam najgrzeczniej, jak tylko potrafiłam.

— O! Nie wiedziałem. — Podparł głowę i zasępił się przez chwilę. — Wiem! Michalakowa ma takie, co dostała od pani za posługę! Dam jej za to wiadro, co mnie tak prosiła. Ja se zrobię nowe! — i nie zaczekawszy na mój komentarz, wypadł z izby niczym oparzony.


Minęło dziesięć minut. Już byłam skłonna przełamać się i użyć tego obrzydliwego narzędzia do spożywania posiłku, bo żołądek zaczął mnie już z głodu boleć, już brałam ten kawałek drewna do ust, gdy Benek niespodziewanie powrócił i zadowolony z siebie podał mi srebrną łyżkę.

Wzięłam ją, przetarłam skrajem chusteczki, którą miałam przy sobie, i zaczęłam jeść.

— Dziękuję — odparłam łaskawie.

W zamian zostałam obdarowana uśmiechem mojego wybawcy, który chwilkę potem pozostawił mnie samą, nie zaczekawszy na to, aż dokończę danie.


Byłam kompletnie sama w obcej, chłopskiej chacie. Leżałam w nieswoim łóżku, pod cudzym kocem, w brudnej sukience. Pięć minut temu przyniosła mi ją staruszeczka, babka chłopa.

— Masz, dziecko. Już sucha jest, nad piecem suszyłam. Ale nie jest już pewnie taka ładna jak wcześniej. Trzeba będzie ją uprać — po tych słowach wyszła.

Jeszcze nie wiedziałam, co się ze mną dalej stanie, ale nie myślałam o tym na razie. Miałam bowiem co wspominać. Choćby to, co wydarzyło się dzisiaj i wcześniej, gdy byłam tak naiwna jak ćma, która leci w płomień, żeby zginąć. Moim płomieniem był Kwiatkowski. Leżąc kompletnie sama w izbie sypialnej, myślałam o bardzo wielu rzeczach. Czy Robert kiedykolwiek mnie kochał? Czy miał więcej kobiet w tym samym czasie, gdy spotykał się ze mną? Czy tak naprawdę żywił do swojej żony niechęć, czy było to kłamstwo? Czy żałował tego, co mi zrobił?

Jeśliby mnie naprawdę kochał, przed naszym zbliżeniem poszedłby najpierw do mojego ojca i poprosił o moją rękę. Dałam się wykorzystać, choć od początku mówił mi, że ma zamiar ożenić się z inną. Nic jednak nie wskazywało na to, kiedy dokładnie miało to nastąpić. Ponadto sugerował, choć może niedosłownie, że chciałby związać się na zawsze ze mną. Czyż to nie były pewnego rodzaju oświadczyny? Wszystko musiało dziać się za moimi plecami — wszystkie te przygotowania do ślubu… A ja byłam tak zaślepiona miłością do niego, że nie widziałam poza nim świata. Przypomniałam sobie, jak po naszej rozmowie o Esterze nie dawał znaku życia przez tydzień. Musiał być gdzieś wtedy z tamtą kobietą, swoją obecną żoną. Nie wiedziałam, czy Robert teraz żałował tego, co uczynił, ale ja żałowałam tego, że byłam tak naiwna i dałam się tak łatwo podejść jakiemuś taniemu podrywaczowi. A przecież już Joanna, na początku naszej znajomości, dawała mi wyraźne sygnały, kim jest ów osobnik. Nawet ona wiedziała o nim więcej niż ja, ta która była z nim tak blisko jak żona z mężem. Żal, wstyd, upokorzenie — czułam wszystko na raz. Próbowałam go znienawidzić, lecz gdy tylko przypominałam sobie nasze wspólne chwile, ból i rozrywająca tęsknota rozsadzały mnie od środka. Nie potrafiłam od tak przestać go kochać, i to chyba było najgorsze. Najmniej myślałam o dziecku, praktycznie o nim zapomniałam.

Moje rozmyślania przerwało wejście Benedykta. Nagle okazało się, że już wieczór nastał. Wszedł ze świecą do środka, a za nim weszła mocno zgarbiona staruszeczka o lasce i trochę wyższa od niej kobieta, która obrzuciła mnie wrogim, błękitnym spojrzeniem. Obydwie miały na głowach chusty.

— Czas na modlitwę — rzekł Benedykt.

Usiadłam nerwowo, nie wiedziałam, jak mam się zachować.

— Leż, dziecko. Pomodlimy się wspólnie, a ty leż — łagodnie powiedziała staruszka i obdarowała mnie promiennym uśmiechem.

Wszyscy troje klęknęli przed małym ołtarzykiem, który dopiero teraz dostrzegłam na przeciwległej ścianie pokoju. „Ojcze nasz” i „Litania do Matki Bożej” były mi znane, jednak w tej chwili wydały mi się tak obce. Przypomniałam sobie ojca i to jak mnie dziś upokorzył. „Bóg ci nigdy nie wybaczy, Wiktorio” — przypomniałam sobie nagle jego słowa. Nie mogłam powstrzymać się od łez. Byłam potępiona na wieki!

Nagle ból duszy uderzył mnie z ogromną siłą. Zaczęłam krzyczeć, zawodzić i targać swoje włosy i sukienkę. Chciałam rozerwać swoje ciało na strzępy i wyrzucić z niego te wszystkie rany, które krwawiły świeżymi wspomnieniami. Wyrzucić każde złe wspomnienie, rysę, skazę i grzech, który trwale uszkodził moją duszę.

Zaślepiona szałem emocji, poczułam, że ktoś łapie mnie za nadgarstki i mocno trzyma. To był ten chłop, który oddał za mnie cielną krowę. Byłam warta niewiele więcej ponad bydlę!

— Matko dajcie jej kozłka! — usłyszałam pośród moich zawodzeń, krzyk obcego mężczyzny.

— Jakby ją demon opętał! — zajęczała Anna, matka chłopa.

— Nie demon, tylko ból serca z niej uchodzi! Da mama jej tych ziół!

— Może po dochtora zawezwać? — zapytała staruszka.

— Babciu, powiedzcie parobkowi, żeby pojechał prędko! Ja ją przytrzymam, żeby se co nie zrobiła!

Pamiętam, że najpierw Benek długo trzymał mnie za ramiona, przygważdżając do łóżka. O ile udało się mu powstrzymać moje ręce, w żaden sposób nie mógł opanować moich jęków, wycia z rozpaczy, kręcenia głową i rzucania się. Potem zjawiła się Anna i zaczęła mi wlewać coś do gardła. Było paskudnie gorzkie, wymieszane z alkoholem. Ognisty napój na moment odebrał mi dech w piersiach. Poczułam, że się duszę. Chłop posadził mnie na łóżku i poklepał po plecach. Zaczęłam łapczywie łapać oddech. Zobaczyłam jego twarz, taką przejętą moim cierpieniem, współczującą i zdeterminowaną do niesienia mi pomocy. Skąd wziął w sobie to wszystko? Przecież nie znaliśmy się, nie moglibyśmy nigdy nawet przebywać w tym samym pomieszczeniu, gdyby nie ta tragedia, którą ściągnęłam sobie na głowę. A teraz to on, a nie moja rodzina, pomagał mi, i nie miałam siły, aby się temu w jakikolwiek sposób przeciwstawić. Byłam pokonana, pod każdym aspektem upadła, przeklęta. A ten chłop wziął mnie sobie na utrzymanie, choć byłam najgorszym co mogło go spotkać. Zaczęłam słabnąć. Benedykt pomógł mi położyć się na łóżku. Przymknęłam oczy. Zdaje się, że zasnęłam na moment. Obudziłam się dopiero, gdy zjawił się lekarz, który dał mi zastrzyk. Zasnęłam z nadzieją, że to już ostatni sen w moim życiu.


Spałam do rana, obezwładniona silnym lekiem nasennym. Obudziło mnie ćwierkanie ptaszków, ale jakieś inne niż to, które słyszałam zazwyczaj o poranku w domu. Przez moment, gdy miałam jeszcze zamknięte oczy, miałam wrażenie, że jestem w swoim pokoju. Później usłyszałam czyjeś oddechy. Ktoś spał ze mną w pokoju!? Otworzyłam z przerażeniem oczy i odkryłam straszną prawdę. Nie byłam u siebie! A to, co zaczęłam sobie przypominać chwilkę później, naprawdę się wydarzyło. Wszystko wróciło z potrójną siłą: wspomnienia, emocje, ból fizyczny. Zostałam wymieniona na dobrą krowę cielną i wyklęta przez ojca. Najpierw jednak wyparł się mnie ukochany… Spałam teraz w izbie chłopskiej chaty, z dwiema obcymi kobietami. Nagle jedna z nich się poruszyła! Szybko nakryłam się pledem po sam czubek głowy i udałam, że śpię.

Potem ta pierwsza kobieta obudziła drugą i zaczęły razem krzątać się po izbie.

— A ta dalej śpi! — burknęła z wyrzutem jedna z nich.

— Dajże jej spokój Aniu. Tyle jej, że se pośpi. Wczoraj miała straszne piekło — odparła cicho staruszka.

Chwilę potem obydwie wyszły i zostawiły mnie samą.

Byłam w innym świecie. Przeżyłam tragedię, wszystko co najgorszego mogło mnie spotkać. Ale teraz nie wiedziałam, co przyniesie mi każda kolejna minuta. W myślach biłam się z pragnieniem powrotu do domu, nadzieją na przebaczenie ojca i ewentualną śmiercią. Przecież skądś musiało przyjść wybawienie w tej męce! Ja, Wiktoria Jankowska, córka dziedzica ziemskiego Jankowskiego, miałam mieszkać z chłopami do końca swoich dni! Z tą hołotą, którą gardziłam, a która gardziła mną?!

Nagle do pokoju wszedł znajomy mężczyzna. Benedykt. Był jakiś dziwnie pomięty, na głowie miał jeszcze większy nieład niż wczoraj. Zbliżył się do mnie z kromką chleba i miską zupy, tej samej co wczoraj. Zdziwiło mnie to.

— Śniadanie — uzasadnił swoją obecność przy mnie i postawił mi posiłek na krzesełku obok łóżka.

Podniosłam się i popatrzyłam na to jedzenie.

— A to już od wczoraj nie jest nieświeże? — zapytałam nieśmiało. Nie chciałam denerwować gospodarza wyrzutami, ale jednak musiałam upewnić się co do świeżości posiłku.

— Panienko, u nas się je, póki się nie skończy, póki w garnku dno się nie pokaże — wyjaśnił po krótce. Potem skrzyżował swoje ręce na piersi i w szerokim rozkroku stał, przyglądając mi się. — Panienka je, póki gorące. Medyk kazał dopilnować.

Teraz zrozumiałam jego obecność i oczekiwanie. Miał dopilnować, żebym przeżyła, aby znosić w chłopskiej chacie dalsze tortury.

— Po co? — zapytałam niezbyt miło. — Przecież ciężarem dla was jestem!

— Pod opiekę mnie was ojciec pozostawił, to i robię swoje — odparł grzecznie.

Zrozumiałam, że mój tata pozostawił mnie tutaj tylko na chwilę, aby mnie ukarać, dlatego zapytałam z nadzieją:

— Czy to jest kara? Mój tata po mnie wróci, prawda?

Benedykt zmarszczył swoje brwi, zacisnął usta, po czym odparł:

— Nie.

— Ale mówiliście, że jestem pod opieką, to znaczy, że na chwilę…

Pokręcił stanowczo głową na boki.

— Nie.

Zakryłam twarz dłońmi, aby na moment ukryć przed światem swoje emocje. Znów pogrzebano żywcem moje nadzieje na ocalenie.

— Co teraz ze mną będzie?

— Po jutrze będzie ślub. Właśnie idę do panienki ojca, żeby go zaprosić.

To było jeszcze gorsze niż to, co usłyszałam przed chwilą.

— J-jak to… ślub? — wymamrotałam z przerażeniem. Chłop był poważny, nie wyglądał na takiego, co żartuje.

— A no ślub. Wedle umowy. Nie mam zamiaru pozostawić panienkę w hańbie. Zostanę mężem i ojcem — zapewnił mnie z ręką na sercu. — Walczaki zawsze słowa dotrzymują. A teraz panienka zje — wskazał mi głową miskę i kawałek chleba. — Bo po dochtora każę jechać.

Nie żartował. Nie chciałam spać po kolejnych zastrzykach, czy pić jakieś zielsko od Walczakowej. Musiałam pomyśleć, jak się stąd wydostać! Dlatego właśnie posłusznie wzięłam do ręki miskę i łyżkę, i zaczęłam jeść. A ten idiota stał przy mnie i czekał aż zjem, jak jakiś strażnik więzienny! Zjadłam dla świętego spokoju. W sumie byłam też głodna. Po wszystkim podałam mu miskę i łyżkę.

— Dziękuję — bąknęłam.

— Niech na zdrowie idzie — odparł. — A teraz idę do panienki ojca. Do zobaczenia koło południa. — Skinął mi głową, po czym wyszedł, zabierając razem z sobą swoją natarczywą obecność.

— Prostak! — syknęłam za nim z pogardą. Zaraz później zaczęłam szukać wyjścia z sytuacji. Musiałam stąd jakoś uciec, zanim moje życie zostanie na zawsze pogrzebane i stanę się żoną chłopa!


Co powiedział tata Walczakowi, gdy do niego przyszedł, aby zaprosić go na ślub? Dowiedziałam się tego z ust samego Walczaka. Zjawił się koło południa, tak jak mówił. Mokry, zziębnięty i zmęczony. On jednak mimo wszystko stał prosto, jakby był w każdej chwili gotów do pracy i działania. Dziś także padał deszcz i było zimno. Jego buty były całe ubłocone.

— Jestem — oznajmił. A ja od razu pomyślałam, że chciałabym, żeby nie istniał wcale! Godzinę temu to jego matka podała mi posiłek do łóżka i nieprzyjemnym tonem zachęcała mnie do wstania. Wykręciłam się osłabieniem.

— Jaka jest odpowiedź ojca?

Tym razem chłop pochylił swoją głowę i popatrzył na swoje stopy, jakby poczuł się niepewnie. Tak samo robiła Estera, gdy nie chciała mi przekazywać złych wieści.

— Mówcie! — nacisnęłam na niego.

— Powiedział, że nie ma już córki i że nic go nie interesuje ślub chłopów.

Nie musiał mówić nic więcej. Na jego twarzy wyczytałam współczucie, którym od razu pogardziłam. Odwróciłam się plecami do niego i zakryłam pledem po sam nos.

— Przepraszam — rzekł, po czym wyszedł z izby. Popatrzyłam się za nim zdziwiona. Przejawiał nieraz maniery wyżej urodzonych, ale przecież nie mógł się do nich zaliczać. Skąd więc w jego usposobieniu taka kultura słowa? Wnet zapomniałam o tym, gdy przypomniałam sobie, co czekało mnie pojutrze.


Jakoś przetrwałam resztę dnia w chłopskiej chacie. Benek nie pokazał się więcej tego dnia, musiał pracować gdzieś w polu albo w gospodarstwie. Kolację podała mi babcia Benka. Przez cały dzień układałam w swojej głowie plan ucieczki i dalsze swoje losy.

Nie chciałam dzielić życia z człowiekiem, którego nie kochałam, a już tym bardziej nie z obleśnym prostakiem wywodzącym się z dna społecznego. To było dla mnie gorsze niż śmierć. Targana dziwną, nieuzasadnioną nadzieją na powrót do Roberta, postanowiłam o własnych siłach udać się do dworku Kwiatkowskich, aby przekonać się, czy aby ten jego cały ślub mi się nie przyśnił. A może tata zrobił to całe przedstawienie w kościele, żeby mnie ukarać, a tak naprawdę nic takiego się nie zdarzyło? Musiałam przekonać się na własne oczy, jak to wszystko teraz wygląda! Może Robert naprawdę mnie kochał i jeszcze nie wszystko było stracone? To był obłęd, dziwne jakieś zaćmienie umysłu…

O ósmej rano, która wydawała mi się bardzo wczesnym świtem, wstałam i wsunęłam na nogi moje buty. Za oknem świeciło słońce, przestało już padać. Weszłam do izby i zobaczyłam tylko śpiącą na łóżku obok pieca staruszkę. Anny Walczak nie było. Wyszłam na podwórko i rozejrzałam się. Przechadzały się tam kury, gęsi i kaczki, gdzieś w oddali słyszałam świnie i muczenie krów. Było tak głośno jak na jakim dużym folwarku. Nagle rozległ się jeszcze większy huk, a właściwie krzyk, tętent kopyt i smaganie batem.

— Nie bij panie! Ja już nie będę! Nie bij! — ktoś błagał rozpaczliwie i płakał jednocześnie.

Na podwórko wleciał bosy piętnastolatek, a za nim, na silnym, umięśnionym koniu przysposobionym do pracy w polu, wjechał Benek z rozchełstaną koszulą, batem siekący uciekającego. Zatrzymał się, zeskoczył z wierzchowca i wymierzył batem cios. Trafił w kostkę chłopaka i powalił go na ziemię.

— Będziesz mi tu kury kradł, złodzieju jeden!? Ja tu pod swój dach przyjmuje, jeść daje, a ty mnie okradasz?! — Złapał go za fraki i podniósł do góry. Zauważyłam, że koszula chłopaka jest w kilku miejscach przecięta i naznaczona strugami krwi. To mnie przeraziło do głębi!

— Zostaw go!!! — krzyknęłam, gdy chłopak zaczął się dusić, przytrzymywany za gardło przez tyrana.

W tej dopiero chwili Benek zdał sobie sprawę z mojej obecności. Natychmiast puścił parobka.

— Idź się umyj! I daj kurom źryć! Jak cię jeszcze raz przyłapię na kradzieży, to skórę wygarbuję! — warknął na niego, po czym zwinąwszy bat, zwrócił się w moją stronę. Podszedł powoli, patrząc na mnie spode łba tym swoim dzikim spojrzeniem, które tak mnie niepokoiło.

— Złodzieja należy ukarać, inaczej dalej będzie kradł i do reszty na złe zejdzie — uzasadnił swoje zachowanie.

— A co należy zrobić z takimi jak ja? — zapytałam pewna, że i ja będę w ten sposób traktowana, gdy zostanę jego żoną.

Twarz mężczyzny wygładziła się, a jego ostry głos złagodniał:

— Złe pytanie, panienko. Co należałoby zrobić z tym, co to panienkę porzucił z dzieckiem w brzuchu?

Na samą myśl jaka kara spotkałaby Roberta, gdyby to Walczak miał mu ją wymierzyć, przeszył mnie dreszcz grozy.

— Ale taki to i tak swoją nagrodę dostanie: w piekle — syknął, po czym ukłonił mi się nisko i pociągnął konia w stronę szopy.

Przestraszyłam się go nie na żarty. Taki wariat miał zostać moim mężem?! A jeśli mnie też tak będzie bił?! Wolałam uciec i zamieszkać w lesie, jeść korzonki i pić wodę z rzeki, albo po prosu umrzeć.

Wróciłam do chaty i do łóżka, zakryłam się kocem po sam czubek głowy. Postanowiłam nie jeść, nie pić i nie oddychać, żeby tylko szybciej skonać! Po krótkiej chwili wstrzymywania oddechu, poddałam się — organizm zmuszał mnie do nabrania powietrza w płuca. Podobny figiel wywinął mi żołądek, gdy Walczakowa godzinę później przyniosła mi śniadanie składające się z jajecznicy i chleba z masłem. Jak mi to zapachniało, to zapomniałam o umieraniu!

— No, panienka widzę już nabiera chłopskich manier! — zaśmiała się ze mnie. — Ciamka jak świnka, co to wpadła do koryta! — po tych słowach wyszła, a ja nie bacząc na kulturę, zaczęłam pochłaniać posiłek jeszcze szybciej.

Co dawano mi do picia? Mleko, zioła, czasem kawę z żołędzi. Piłam i jadłam, żeby zebrać siły na wieczór. Nie zrezygnowałam bowiem z ucieczki. To był mój ostatni ratunek!


Ten dzień przyniósł mi jednak jeszcze inne rewelacje, które wzmogły moją determinację. Ledwie minęło śniadanie, a do pokoju powróciła matka Walczaka. Łypnęła na mnie swoimi wrogimi ślepiami i podeszła do stojącej pod ścianą koło ołtarzyka skrzyni. Otworzyła wieko i zaczęła tam coś szukać i grzebać. Wyciągała po kolei jakieś kiecki i bluzki, w końcu wyciągnęła białą sukienkę w kwiatowe wzory i bluzkę z długim, białym rękawem. Położyła je na drugim łóżku. Potem wyciągnęła jeszcze coś jakby czepek. Były do niego przymocowane zasuszone kwiatki.

— Pewnie się zastanawiasz, co to jest? — zagadnęła mnie kąśliwie.

— Nie wiem co to… — i chciałam dodać, że mnie to nie obchodzi, ale ona dokończyła za mnie.

— Powinnaś wiedzieć, bo to jutro na ślub z moim synem założysz — burknęła, po czym wyszła zdenerwowana. Widać nie tylko mnie nie było po drodze z tym nonsensownym ślubem. Wstałam, aby z bliska przyjrzeć się tym rzeczom. Były zmięte, czuć je było grzybem. Skoro leżały w tej skrzyni, to musiały należeć do matki Walczaka lub do jego babki. To był ślubny strój jednej z nich. Lecz dlaczego ta kobieta dawała mi swoje ubranie? Czyż Walczak nie mógł mi sprawić mojej własnej sukni?!

— Ja nie będę miała sukienki — rzekłam do samej siebie, wyobrażając sobie ślubną kreację żony Roberta i jej koronkowy, długi welon. — Nie, ja nie wezmę tego ślubu — sprzeciwiłam się cicho i powróciłam do łóżka.

Jak się potem okazało, matka chłopa fatycznie miała zamiar stanąć na drodze niepowołanym zaślubinom. Nadeszła pora obiadowa. Tym razem to on przyniósł mi posiłek. Ziemniaki ze słoniną i zsiadłe mleko. Nigdy nie jadłam czegoś takiego, dlatego gdy chłop podsunął mi to danie, przez moment wahałam się, czy w ogóle brać je do ust.

— Czy to dobre połączenie? — zapytałam go.

— Mnie smakuje. — Wzruszył ramionami.

— Czy to nadaje się do jedzenia? — sprostowałam pytanie.

— Wszyscy to jemy, nikt jeszcze po tym nie umarł — zażartował zadziornie.

Zacisnęłam usta i przyjęłam od niego talerz.

— Tym razem też będziecie czekać, aż zjem? — zapytałam, bo najwidoczniej na coś czekał.

— Sprawdzę tylko, czy panienka je i sobie pójdę.

Popatrzyłam w jego błękitne oczy, a on zapatrzył się na mnie, po czym spuścił głowę. Zazwyczaj sprawiał wrażenie pewnego siebie, wręcz bojowego, ale gdy przychodziło mu do rozmowy ze mną robił się potulny niczym baranek. Nie potrafiłam tego wyjaśnić. Onieśmielało go to, że ma w domu szlachciankę? Pozostawiłam te rozważania na potem, tymczasem zaczęłam jeść dla świętego spokoju.

— Przeżyje? — zapytał mnie, gdy przełknęłam pierwszą porcyjkę.

— Tak, możecie odejść, Walczak — zabrzmiałam jak prawdziwa pani ze dwora.

Mężczyzna zmarszczył brwi i nachmurzył się, jakby nie spodobało się mu to, co powiedziałam. Może zabrzmiałam zbyt ostro? To on tutaj był panem. Nic jednak nie powiedział, tylko zacisnął usta, ukłonił się i wyszedł.

— Muszę bardziej uważać — szepnęłam do siebie. Nie chciałam rozgniewać tego tyrana i narazić się na jego gniew. Jak żywe przed oczami stanęły mi zadane parobkowi krwawe ciosy batem, których sprawcą był ten wariat. Ostatecznie jednak przegoniłam ten strach. Zbliżała się bowiem godzina mojej ucieczki.

Jak tylko chłop wyszedł do głównej izby, usłyszałam jego głos:

— Matko, naszykujcie mi odświętną koszulę, a jej z sukienką zróbcie, bo się na pewno zatęchła w tej skrzyni. Ja się ogolę i umyję, nie trzeba więcej cudować. Cała wieś i tak do nas nie przyjdzie na wesele, to się nie ma co szykować!

— No właśnie, nie ma się co szykować! W takiej se pójdzie, jaka jest! Nie będę prać! Na wstyd i pogardę taką żonę bierzesz! — biadoliła Anna. — Nigdy nie myślałam, że mój jedyny syn w takiej hańbie i bez gości weselnych będzie ślub brał! Cała wieś się od nas odwróci! Wszystkie sąsiady! Pomyślałeś o tym?!

— Matko, chcecie żebym tego ślubu nie brał?

— Nie chcę! Wypędź ją! Niech se do miasta jedzie! Niech biedaczką będzie! A tobie trzeba porządnej żony, a nie takie barachło…

— Ścichnijcie! Bo ona to słyszy na pewno!

— I niech se słyszy! Że najgorszą sromotą jest! Zarazą, psia krew!

— Dosyć! Wystarczy, Anno! — uniosła się starsza pani. Po chwili ciepło odezwała się do swojego wnuka: — Ja ci to wszystko syneczku przygotuję. Nic ty się nie martw. Ładną se żonę będziesz miał i dobra to dziewczyna jest. Zobaczysz, będzie ładny ślub. Ja zaśpiewam jak na weselu i modlić się za was będę.

— Matko! — oburzyła się Walczakowa.

— Już powiedziałam! — odwarknęła jej. — Niech se żonę bierze, jak chce taką. A i tobie z czasem pomoc będzie.

— Żadna pomoc! Nic tylko tragedię sprowadzi! — krzyknęła, potem usłyszałam trzask drzwi.

— Idź se Benuś, zrób co trzeba i się przyszykuj na jutro. Ja się zajmę wszystkim.

— Babciu… — usłyszałam dwa cmoknięcia, jakby Benek całował swoją babcię. — Z nieba mi spadacie. Lecę! Będę na wieczór, a wy mi jej pilnujcie, żeby się jej co nie stało.

— Ale ty z nią masz, oj Benuś, Benuś — cokolwiek to miało znaczyć.

— Cudem ten ślub, jakby nie mój! No, to idę! Zostańcie z Bogiem.

— Z Bogiem!

I tym sposobem mój los został przypieczętowany. Tylko dlaczego Walczak nazwał ślub ze mną „cudem”? Tego jeszcze wtedy nie rozumiałam.


Nadeszła cicha noc, której spokój zmącony mi został strachem. Następnego dnia miałam wyjść za mąż. Na dwuosobowym łóżku, usytuowanym po drugiej stronie pokoju, położyła się Anna. Przez godzinę nasłuchiwałam jej chrapania i szmerów dochodzących z izby, oraz szczekania psa z sąsiedniego gospodarstwa. Gdy w końcu zaległa cisza, wstałam i wsunęłam buty. Od dwóch dni spałam w ubraniu, więc nie musiałam się przebierać do wyjścia. Na palcach weszłam do izby, gdzie spała babka. Na drewnianej ławie drzemał Benek, który chrapał głośno. Po cichutku wykradłam się z domu na podwórko. Omal nie wyskoczyłam ze skóry, gdy pies, przywiązany do budy obok stodoły, zaczął ujadać w niebogłosy.

Przyspieszyłam krok i wyszłam z zagrody, potem skierowałam się w stronę drogi, którą przybyłam tutaj z ojcem. Odnalazłam ją bez trudu. Pamiętałam jedynie, że do Kwiatkowskich skręcało się z tej drogi przed starym dębem. Z tego miejsca było już widać pierwsze domy, ale w znacznej odległości. Nigdy nie szłam tam jednak o tej porze. Noc była ciemna, bezksiężycowa, ale niebo było przejrzyste. Drogę więc rozświetliły mi gwiazdy. Bałam się nocy, ciemności i dzikich zwierząt. Droga okazała się jednak dłuższa niż sądziłam. Wszystko było do zniesienia do momentu, aż przyszło mi przejść przez mroczny las bukowy. To było straszne przeżycie! Bałam się każdego szelestu, pohukiwania sowy i dzikich, zwierzęcych odgłosów. Nic jednak nie było w stanie mnie tak przestraszyć, jak perspektywa życia z nieokiełznanym wariatem, który w dodatku był brudnym i obleśnym chłopem, wywodzącym się z najniższej z klas społecznych.

Mimo strachu szłam dalej, prosto do celu. Przez chwilę miałam wrażenie, że ktoś mnie śledzi. Wyraźnie posłyszałam czyjeś kroki! Nawet odwróciłam się kilka razy, ale nikogo nie widziałam. Przestraszona schowałam się w końcu za jednym z szerokich pni drzew i zamarłam. Czekałam dosyć długo… W końcu usłyszałam coś jakby kroki, ale było ich znacznie więcej niż mogłabym się spodziewać. Lecz to nie była grupa osób, ale stado saren, które najwidoczniej tutaj miało swoją ścieżkę. Zerknęłam na nie zza pnia. Wkrótce spora gromadka zniknęła mi gdzieś w ciemnościach drogi, którą jeszcze miałam do pokonania, a ich kroki umilkły. Zatem jednak nikt mnie nie śledził. Ulżyło mi, mogłam iść dalej. W końcu opuściłam las i weszłam na łąkę należącą do Kwiatkowskich. „Jeszcze chwila i zaraz będę!” Paraliżujący strach złapał mnie znowu za gardło, gdy weszłam na ganek znajomego dworku. Zastukałam kilka razy, ale bez skutku. Dopiero po dziesięciu minutach zjawił się służący ze strzelbą i psem. Ale ten zaszedł mnie od tyłu, od strony podwórza.

— Kto to?! — Jakiś mężczyzna oświetlił mnie szklaną latarnią. Jej światło na chwilę mnie oślepiło.

— Jestem Wiktoria Jankowska.

— Czego tu? — zabrzmiał niemiły głos starca.

— Muszę rozmawiać z panem Robertem Kwiatkowskim.

— Pan wyjechał razem z żoną w podróż poślubną.

Jednak to nie był sen. Z wrażenia musiałam usiąść na schodach ganku. Nawet obcy okazał mi wówczas odrobinę współczucia.

— Wezwać pomoc?

— Nie… — odparłam, zanim zapłakałam z bezradności. — O Boże, Boże!

— To ja obudzę pana.

Nie zdążyłam zareagować. Ból serca tak bardzo zaćmił szybkość mojej reakcji, że zorientowałam się, o co chodziło służącemu, dopiero wtedy, gdy ten znikł już za drzwiami wejściowymi dworku. Po kilku minutach zjawił się przy mnie ojciec Roberta. Zaspany, w koszuli nocnej, okryty dodatkowo ciepłym płaszczem. Na mój widok zmarszczył swoje brwi w niezadowoleniu.

— Proszę, niech mi pan pomoże… — zaczęłam z płaczem.

— Mam już dość wysłuchiwania skarg na mojego syna! — wyrzucał z siebie oschłe komentarze. — Nie wiem, kim pani jest i nie obchodzi mnie to! Proszę odejść i dać nam spokój!

— Proszę! Ja muszę porozmawiać z babką Roberta! Ona…

— Won mi stąd! Wynocha!!! — miotał agresją w moją stronę.

Zrozumiałam, że nic tutaj nie wskóram, więc zalękniona odeszłam w ciemną noc bez cienia nadziei na ratunek.


Nie do końca świadoma tego, co się ze mną dzieje, wróciłam do głównego traktu. Tam skręciłam w lewą stronę, w kierunku mojego starego domu, gdzie po drodze miałam natknąć się na most, przy którym kiedyś spotykałam się z Robertem. Na pamięć znałam drogę do domku na skraju lasu. Gdy tam dotarłam, odżyły wspomnienia, więc zawróciłam, słaniając się pod obezwładniającą falą rozpaczy. Wspierając się o drzewa, hacząc suknią o gałęzie i ciernie krzewów, doszłam do stawu, przy którym Robert po raz pierwszy mnie pocałował. Usiadłam na mokrej trawie i objęłam się ramionami. Nie wiedziałam, co mam dalej począć.

Gdy patrzyłam na gwiazdy, odbijające się w tafli wody, rozmyślałam o milionach spraw. Siedząc tak bez sensu przez wiele godzin, doczekałam się jasnej łuny, która zaczęła rozszerzać się od wschodu. Był ranek, i to bardzo wczesny. Poczekałam, aż zrobi się zupełnie jasno, wstałam i nie dbając o to, co będzie dalej, poszłam przed siebie w gąszcz liściastego lasu. Pozbawiona domu, rodziny i godności nie miałam, dokąd pójść. Weszłam na obszerną polanę. Poczułam na mojej buzi ciepłe promienie słońca. Przez głowę przeszła mi wtedy tylko jedna myśl: „Skończyć ze sobą”.

Ruszyłam przed siebie…

Gdzieś w połowie polany usłyszałam dobiegający z oddali tętent końskich kopyt. Sądziłam, że to odgłos dochodzący z traktu. Później stukot się powtórzył, tym razem głośniejszy, i nagle okazało się, że nie jestem sama. Zza krzaków, z których uprzednio wyszłam, wyłonił się jeździec. Od razu rozpoznałam w nim Benedykta. Skąd on się tutaj wziął?! Jakim cudem bądź niefartem mnie znalazł?! Przypomniałam sobie manto, jakie sprawił swojemu parobkowi, i wyobraziłam sobie, że za moją ucieczkę spotka mnie za karę coś równie strasznego. Zebrałam resztki sił i zaczęłam biec. To był daremny wysiłek, o czym przekonałam się chwilę później, lądując na kolanach. Potknęłam się i upadłam. Tętent kopyt zbliżył się ku mnie ze swoją mocą. Jeździec zeskoczył z konia w galopie. Nagle poczułam na sobie czyjeś ręce i ciężar, który mnie obezwładnił. Benek przygniótł mnie swoim ciałem do ziemi. Miotałam się jak szalona, usiłując się uwolnić. Krzyczałam, lecz nadaremno.

— Zostaw mnie! Zostaw! Puść!

Odwrócił mnie przodem do siebie, po czym usiadł na mnie okrakiem i pochwycił za nadgarstki. Potem przełożył mi ręce za głowę i przytrzymał je, aby kompletnie obezwładnić. W końcu krzyknął:

— Uspokój się!

— Puść mnie! Puść!

Potrząsnął mną, żebym się uspokoiła, ale nie uderzył, czego tak bardzo się bałam. W obawie przed karą szamotałam się jak opętana. Był tak silny, że w końcu zmęczyłam się tą walką. Odpuściłam. Przełożył jedną z moich rąk do swojej drugiej dłoni i zacisnął swój stalowy uścisk na moich delikatnych nadgarstkach. Wolną dłonią odgarnął mi z buzi potargane włosy.

— Coś ty chciała zrobić? Gdzie chciała pójść? — zapytał łagodnie, wlepiając we mnie błękitne oczy przejęte niepokojem. — Przecież nie ma panienka, gdzie pójść.

— Wolę śmierć od małżeństwa z tobą! Wolę się zabić! — rzuciłam w niego wściekle. Cios był celny, ale on zagryzł jedynie zęby, zamiast mi oddać.

— Chcecie, pani, zabić dziecko?! — zapytał z powagą oskarżycielskim tonem.

— Jakie dziecko?! — Dopiero teraz przypomniałam sobie o tym, że jestem w ciąży.

— Panienka jest w ciąży. Rozsądniej będzie wyjść za mąż za kogoś, kto się zajmie dzieckiem. Ja nie dam panience krzywdy zrobić — zapewniał cierpliwie, łypiąc na mnie spod jasnych, przydługich włosów.

— Twoja matka mnie nienawidzi! Wszyscy mnie nienawidzą! Puść mnie! — Zaczęłam się wyrywać, odzyskawszy odrobinę sił.

— Nie, dopóki się panienka nie uspokoi! — Przytrzymał mnie mocniej i poczekał, aż przestanę się miotać. Opadłam z sił, potem on kontynuował: — Za kilka godzin pojedziemy do ślubu. Dom jest mój, ojciec przepisali go na mnie. Po ślubie będzie panienka panią domu, a nie służącą, a dziecko będzie się chowało jak swoje.

— To zbyt wysokie poświęcenie jak na człowieka, któremu jestem zupełnie obca.

Spuścił oczy, a po chwili spojrzał na mnie łagodnie i miękko.

— Ja panienkę kocham — mówił całkiem poważnie. — Od tego czasu, gdy przy wozie z Józkiem pomagalim. Pewnie już panienka nie pamięta, ale ja tak. Gdy we wsi zjawił się ojciec panienki, bez wahania poszedłem po cielną krowę.

Odwróciłam od niego głowę i rzekłam zimno:

— Nigdy cię nie pokocham.

— Nie oczekuję tego. Chcę tylko, żeby panienka i dziecko mieli godne życie. Wiem, że jestem tylko niedouczonym chłopem, a nie taki jak panienka — oczytany i na świecie się obracający. Ale będę dobrym mężem.

Zerknęłam na niego z ciekawości. Jego twarz była pełna łagodności i cichego cierpienia. Był gotów znosić moją niechęć, aby móc się mną zająć. To mu wystarczało zamiast uczuć, którymi nie mogłam go przecież obdarzyć. Nie miałam innego wyjścia. Ojciec mnie wyklął, siostry nie zareagowały na to, a Kwiatkowski wyjechał. Nie mogłam na nikogo liczyć. Wiedziałam, że sama sobie nie poradzę. Musiałam z nim zostać. I choć niezwykle trudno było mi się poddać losowi, odpuściłam walkę. Tylko to chłostanie batem nie mogło mi wciąż z głowy wyjść.

— A będziesz mnie bił, tak jak tego parobka? — zapytałam potulnie, jak owca, która idzie na rzeź i już nic nie może zrobić.

— Nigdy! — zapewnił zdecydowanie.

I tą autentyczną szczerością i miłością, spoglądającą na mnie z jego dzikich, błękitnych oczu, Benek przekonał mnie do ślubu.

— Dobrze, zatem — odparłam. Nie widziałam jego reakcji, bo odwróciłam od niego głowę. Był dla mnie obcy, choć był teraz jedyną żywą istotą na tej ziemi, która okazywała mi życzliwość. Wdzięczność i cienie sympatii walczyły we mnie zawzięcie z pogardą i niechęcią do niego.

Wstał i pochwyciwszy za ręce, podniósł mnie. Potem ujął mnie pod rękę i podprowadził do konia. Podstawił mi splecione dłonie, abym mogła wybić się na nich i zająć miejsce na końskim grzbiecie. Było mi już wszystko jedno. Wsunęła kolano między jego złączone ręce, a on dźwignął mnie ku górze. Zajęłam miejsce na siodle. Pochwycił wodze i poprowadził konia przed siebie, prosto do miejsca gdzie miałam spędzić najbliższą przyszłość, być może nawet całe życie…

4. Spadająca gwiazda

Każdy dzień wyrzeźbiony jest małymi upadkami.

Co wzniesie mnie nadzieja płona,

to zaraz upadam niczym rzucony kamień.

Chwila blasku, później tylko czerń.

Zbyt ciężki mój krok, aby do światła dosięgnąć.

Zbyt krótkie moje oko, aby dojrzeć jasności.

Właśnie spadła gwiazda, która ogonem zamiotła pół nieba…

Nawet nie zdążyłam pomyśleć marzenia.

Teraz już tylko ciemność widzę.

Ostatni to dech starego życia.


Przywiózł mnie pod samą chatę, ale gdy przyszło do zsiadania, pojawił się problem. Przełożyłam nogę ponad koniem, a potem zawahałam się, czy mam skorzystać z pomocy Benka. Stał przy koniu, u mojego lewego boku i wyciągał do mnie ręce. Uniosłam wysoko swoją głowę, czując w tej chwili połączenie dumy i czegoś dziwnego, niesmacznego mi, jakby na kształt przedsionka wdzięczności.

— Niech się panienka nie boi, macał nie będę, jak nie chce — zabrzmiał ordynarnie i uśmiechnął się psotnie. Po chwili jednak spoważniał.

— Myślisz, Walczak, że mógłbyś to zrobić bezkarnie? — uniosłam się.

— Ależ skąd! Wiem, żeby mnie panienka potraktowała jak psa — odgryzł się, choć w jego głosie dał się słyszeć ból.

— Zatem zrób to kulturalnie, żebym nie musiała tego robić — odparłam. Potem on zbliżył się jeszcze bardziej, a ja powoli zsunęłam się w jego ramiona. Byłam z nim blisko przez zaledwie kilka sekund. Zobaczyłam z bliska jego twarz, najbardziej jednak zwróciły moją uwagę jego oczy. Ten maślany wzrok — wydał mi się taki obrzydliwy. W następnej chwili dołączyło inne uczucie, które powiedziało mi, że chciałabym być tak trzymana jeszcze choć przez chwilę, żeby tylko móc się do kogoś przytulić, schować w bezpiecznych objęciach kogoś silniejszego ode mnie. Nagle poczułam się zawstydzona i poniżona. Benek postawił mnie, bez żadnego wydziwiania, na ziemi i podszedł do głowy konia. Pociągnął go za uzdę. Na odchodne rzucił mi przez ramię:

— Niech się panienka idzie przebrać w suknię, co w pokoju jest na łóżku. Babcia uprali.

Nie odpowiedziałam mu nawet słowem. Dotknęłam swoich policzków — były nazbyt ciepłe i byłam pewna, że są zaczerwienione. Uznałam to za skutek kumulacji rozmaitych emocji, które gdzieś przecież musiały znaleźć ujście. Tylko co to właściwie było? Porzuciłam wnet te rozważania, gdy na progu chaty stanęła Anna i podparła sobie boki.

— No, jużem myślała, że śluba nie będzie! — rzekła niezadowolona. Po chwili zniknęła znów w chacie.

Tak, zaraz miałam się przygotować do tego dramatu, który miał przypieczętować głęboką raną całe moje życie.


Suknia owszem, była biała i czysta, uprana szarym mydłem. Ale nie pachniała kwiatkami. Dół sukienki był przyozdobiony haftem przedstawiającym polne kwiaty, w tym róże i niezapominajki. Rancik był zgrabnie zawinięty i obroniony haftem z dziurkami, który tworzył coś w rodzaju falbany. W górze suknia była wycięta pod biustem i miała szerokie ramiączka, tak aby pokazywała także białą bluzkę z długim, szerokim rękawem, którą założyłam pod spód. Do tego był czepek, również haftowany, który ktoś przystroił żywymi kwiatami polnymi i trawami.

— Dziecko, pomóc ci się ubrać? — usłyszałam zza swoich pleców starczy głosik. To babcia Walczak przyszła do mnie i pogładziwszy mnie po ręce, dodała jeszcze: — Pięknie będziesz wyglądać.

Wtedy dopadł mnie bezkresny smutek. Usiadłam na łóżku, tuż obok ślubnej sukienki, i zapłakałam bez żadnego skrępowania.

— Nie płacz, dziecko — pocieszała mnie staruszka. — Benek będzie dobry mąż. Nic ci on krzywdy nie zrobi, niczego ci nie zabraknie. A i dziecko będzie miał jak swoje. — Poczułam, jak jej drżąca ręka zaczyna gładzić moją głowę. Jej troska i współczucie podniosły mnie trochę na duchu. Nigdy nie miałam babci czy dziadka. Umarli przed moimi narodzinami. Pozwoliłam nawet Walczakowej się przytulić. — No, już dobrze. Zaraz ci się pomogę ubrać, żebyś ładnie wyglądała. Ja wierzę, że będzie wam dobrze razem. Niech se Anna mówi, co chce.

Wizja posiadania wrednej teściowej nie napawała mnie optymizmem. Ona nie chciała, żebym była jej synową. Czyż nie wiedziała, że moje pragnienia są podobne?

Przy pomocy poczciwej babuni, która okazywała mi więcej ciepła niż jej własna córka, udało mi się umyć i ubrać nowy strój. Gdy stanęłam już taka, ubrana od stóp do głów w chłopskie, ślubne odzienie, poczułam się upokorzona. Nie żeby suknia i bluzka były brzydkie, ale nie były w moim guście. Ponad to po raz pierwszy miałam na sobie coś, co kiedyś należało do kogoś innego. Zawsze marzyłam, że ubiorę na siebie cudowną suknię ślubną, skrojoną wedle najświeższych trendów mody. Tymczasem ubrałam to coś, co uświadomiło mi, że już zawsze będę się tak ubierać. Stawałam się powoli chłopką, a ślub z chłopem miał przypieczętować mój los.

Ubrana w to chłopskie przebranie wyszłam z chaty. Przed domem stał zwyczajny wóz do pracy w polu, przyozdobiony kolorowymi wstążkami i kwiatami. Czyż to miała być „karoca” ślubna?! Na wozie siedział już Benek, zaś Anna i babcia czekały obok i patrzyły na mnie z oczekiwaniem.

— Ja mam tym jechać do ślubu?! — zapytałam, nie zapanowawszy nad językiem. Na twarzy Benka pojawił się grymas utrapienia, podobnie było z babcią. Ale Walczakowa się zdenerwowała.

— Karocy ze dwora nie przysłali! Woli iść pieszo?! — burknęła.

— Matko! — upomniał ją syn. Zeskoczył z wozu i podszedł do mnie. Spuściłam głowę, żeby na niego nie patrzeć. Ogolił się, uczesał, ubrał czysto… ale nadal był chłopem. — Pozwól — podał mi rękę, której ja nie przyjęłam. Uniosłam tylko głowę, wydęłam usta jak rozkapryszona dziewczynka i zapytałam:

— Gdzie mam usiąść? Z przodu czy z tyłu?

— Może ze mną, może z tyłu, wedle woli… — rzekł, po czym odwrócił się ode mnie i wskoczył na wóz. Na jego twarzy ujrzałam smutek, przykryty z lekka niesmakiem. Obraziłam go swoim zachowaniem. Przecież dobrze wiedział, że nie może liczyć na nic z mojej strony. Dlaczego więc zdziwiło go, że nie przyjęłam jego ręki?

— Benek, jedź! Niech se hrabianka idzie pieszo! — rzekła Anna do syna.

— Matko, dejcie spokój! — odburknął.

Skoro już miałam iść pieszo, to wolałam ten brzydki, ubrudzony błotem wóz niż pojawić się w kaplicy utytłana w wiejskie błoto. Nie miałam też zamiaru klęczeć na sianie, tak jak Walczakowe, więc podeszłam z drugiej strony do ławeczki, na której siedział Benek. Wystarczyło teraz tylko wspiąć się na górę. Ale było dla mnie zbyt wysoko, żebym mogła sięgnąć tam nogą. Benek zauważył, z czym mam problem. Wstał, przysunął się w moją stronę i wyciągnął ku mnie rękę.

— Teraz musi — odparł z naciskiem. Tak musiałam skorzystać z jego pomocy, mimo że wcześniej nią pogardziłam. Podałam mu rękę, a on wciągnął mnie na wóz. Potem pomógł prędko zająć miejsce na koźle. — Niech się panienka trzyma, bo będzie trzęsło.

Usiadł na swoim miejscu i popędziła konia. Złapałam się ławki i zaczęłam się modlić, żeby po drodze stało się coś, żeby do tego ślubu nie doszło…


Jazda po polnych wybojach chłopskim wozem, przypominała jazdę konną na nieujeżdżonym rumaku. Musiałam naprawdę mocno trzymać się wozu. W pewnym momencie miałam już dosyć:

— Dłużej tego nie zniosę! Nie dam rady! Zaraz spadnę! Albo zwymiotuję!

Chłop zatrzymał konia, popatrzył na mnie z zapytaniem i odparł:

— Pieszo jeszcze kawał drogi.

— Jak to? Nie bierzemy ślubu w kaplicy nieopodal?!

Benek zapatrzył się przed siebie, potem zwrócił głowę ku mnie i pokiwał przecząco.

— Pan Jankowski nie pozwolił. Trzeba jechać do innej. Już mam tam wszystko uzgodnione.

Spuściłam głowę, zawstydzona i poczułam znajomy ból utraty. Przypomniałam sobie, co się stało…

— Jest tylko jedna rada na to, żeby panienka nie spadła… — Powoli odsunął od siebie prawą rękę, jakby robił dla mnie miejsce i zapraszał do przysunięcia się. — Będę trzymał, jakby co.

Dobrze wiedział, co o tym myślę, a mimo to posunął się do czegoś takiego! Zawsze mogłam jeszcze usiąść z tyłu.

— Niech ta na nogach idzie! — warknęła Anna.

Musiałam się przełamać. Przysunęłam się do tego obcego mi człowieka, a on objął mnie swoim ramieniem. Był stanowczo za blisko mnie, ale musiałam to jakoś znieść. Przytrzymał mnie mocniej i ruszył. Okazało się, że faktycznie jedzie się mi znacznie lepiej. Nie musiałam już walczyć o przetrwanie. Tylko ta bliskość… krępująca, poniżająca. Tym razem Benek nie śmierdział krowami czy końskim potem. Zadbał o siebie… Nagle wyobraziłam sobie, że dzisiaj wieczorem ten człowiek będzie zapewne chciał się do mnie zbliżyć w łóżku! „Nie pozwolę mu na to, nigdy! Prędzej go zabiję!”


Dojechaliśmy na miejsce, pod kaplicę na skraju lasku brzozowego. To była sąsiednia wieś. Odtąd to Benek zarządzał moimi ruchami. Dałam się mu poprowadzić. Najpierw pomógł mi zejść z wozu, potem pod rękę zaprowadził mnie do środka świątynki. Szłam tam na miękkich nogach. Po drodze zaliczyłam jednak wymioty w pobliskich krzakach. A on stał przy mnie cierpliwie przez cały czas i podtrzymywał, żebym nie upadła.

Ślub był bardzo skromny, nie taki jak to zazwyczaj hucznie obchodzi się na wsi. Była tylko najbliższa rodzina mojego narzeczonego, czyli Anna i babcia Zofia. Ceremonia była bardzo skrócona i ograniczała się tylko do prostej formuły przysięgi. Miałam na sobie chłopską, ślubną sukienkę. Robert. To o nim myślałam podczas zaślubin. Myliłam słowa, bo przez cały czas miałam przed oczyma duszy widok ślubnej pary, stojącej przed innym ołtarzem, przed którym nie dane mi było stanąć w tak ważnym momencie. To tam Robert przysiągł swojej żonie wieczną miłość. A ja tutaj pakowałam się w życie z człowiekiem niższego stanu, którego miałam nigdy nie pokochać…

Pocałunek Benedykta — jakże skromny, bo w oba moje blade policzki zamiast w usta — przemknął prawie niezauważalnie. Jego wspierające mnie ramię było jedynym bodźcem, który wyholował mnie z kaplicy na upalne, suche powietrze rozpoczynającego się lata. Prawie nie zwracałam uwagi na towarzyszące nam Annę i babcię Zofię, zupełnie jakbym zamknęła się w swoim wnętrzu na zawsze. Stało się, skończyło się moje ziemiańskie życie, odtąd byłam tylko chłopką.


Po wszystkim wróciliśmy do domu na odsłoniętym, rozchybotanym wozie, tłukąc się po koleinach nierównej drogi. Znów musiałam walczyć o to, aby nie spaść. Tym razem jednak nie skorzystałam z pomocy Benka. Postanowiłam od teraz jak najbardziej unikać jego bliskości, aby dać mu do zrozumienia, że się nim brzydzę! Jazda po wertepach sprawiła, że znów dostałam mdłości. Po drodze kilka razy wymiotowałam, a za każdym razem to „mój chłop” — nie potrafiłam go nazywać „mężem” — pomagał mi zsiadać i wsiadać. Niesmaczna mi była ta jego szlachetna pomoc. Bałam się, umierałam ze strachu, co też mnie teraz w tym nowym życiu czeka.

Dojechaliśmy do wsi. Po drodze mijaliśmy różnych ludzi. Ja byłam zbyt wykończona, żeby myśleć, co kto sobie myśli o naszym ślubie. Benkowi było to obojętne, choć widać nie do końca, skoro w pewnym momencie, gdy wjechaliśmy do osady, rzekł:

— Sąsiady, psia krew! — Splunął gdzieś w bok.

— A coś ty myślał?! Że cię będą chwalić za takie małżeństwo?! — huczała Anna. — Że się nie obrażą, jak na wesele nie zaprosisz?!

— Sprawa pilna była, powinni wszystkie zrozumieć! — uniósł się Benek.

— Trza było poczekać, to by się jakieś inne rozwiązanie znalazło! Aleś ty nie chciał!

Nie powiedział ani słowa więcej. Tak, być może dało się tego jakoś uniknąć albo chociaż odwlec, ale Walczak chciał mnie jak najszybciej usidlić! Dlaczego o tym wcześniej nie pomyślałam?! Teraz było już po wszystkim, nic nie dało się zrobić! Zakryłam twarz dłońmi i zaczęłam płakać. W pewnym jednak momencie przestałam. Gdzieś przed nami ktoś coś śpiewał. Grono różnych głosów przykuło moją uwagę. Popatrzyłam przed siebie. Przed wjazdem do zagrody Walczaków stała pokaźna grupka młodych osób, które śpiewały ludową pieśń.

— Jacek, Maciek, Janka… — mówił do siebie Benek. Na jego twarzy zobaczyłam uśmiech. Rozpogodził się na widok znajomych osób. — I jeszcze Brzeziny przyszli.

— A widzisz Ania! — powiedziała ukontentowana babcia.

Benek wjechał na podwórze, a za nami poszli młodzi, obcy mi ludzie. Tam się dopiero zaczęło właściwe śpiewanie.

— Siedźcie panienko — rzekł do mnie Benek, po czym zszedł i zaczął się ściskać z tymi ludźmi, co nam śpiewali. Jeden miała nawet w ręce butelkę, pewnie z bimbrem, bo wypili zdrowie.

Anna i babcia zeszły z wozu. Tylko ja zostałam jak ta sierota, sama. Patrzyły na mnie zazdrośnie panny, które przyszły z kawalerami. A ja nie wiedziałam, co mam zrobić. Benek nie podchodził do mnie, tamte też jakby o mnie zapomniały.

— No co Benek, przedstawże nam tę swoją żonę! — odezwał się jeden z chłopaków. Padł na mnie blady cień strachu. Wszyscy zebrani popatrzyli na mnie. Znów zakryłam twarz dłońmi i zaczęłam zawozić.

— Ona za delikatna na to jest — wytłumaczył mnie. Potem Benek obszedł wóz i zbliżył się do mnie. — Chodź — wyciągnął ku mnie ręce i zaczął mnie powoli z ściągać z kozła. Pozwoliłam się mu wziąć na ręce.

— Benek, zabierz mnie stąd — poprosiłam cichutko przez łzy. Nie chciałam się witać z tymi obcymi ludźmi, nie chciałam patrzeć na te nieprzychylne spojrzenia panien. Chciałam zapaść się pod ziemię, zniknąć, najlepiej natychmiast.

— Żona jest zmęczona, potrzebuje spokoju — powiedział głośno. — Potem tam do was przyjdę, te sobie co wypijemy!

Radosny gwar ucichł, zebrani pożegnali się i poszli sobie. A on? Niosąc mnie na rękach, doszedł do chaty i przeszedł przez próg.

— Witaj w domu, żono — powiedział, ucałował mój policzek i postawił mnie na podłodze w sieni. Potem wszedł do izby, gdzie Walczakowa i babcia zaczęły przygotowywać posiłek.

„Żona. Jestem jego żoną.”


W chacie zjedliśmy zwyczajny obiad, taki jak na co dzień jadałam w dworku — rosół z ziemniakami zamiast z makaronem — a później wszyscy wrócili do swoich zajęć. Było około 15:00. Zostałam w chacie sama. Obarczona nadmiarem złych myśli, zaczęłam analizować to, co wydarzyło się zaledwie ponad godzinę temu.

Byłam teraz żoną chłopa. Na palcu, zamiast złotej obrączki wykonanej starannie przez jubilera, miałam pierścionek z metalu, który wykuł prawdopodobnie jakiś kowal. Ta dziwna obrączka była zbyt luźna, więc miałam nadzieję, że niebawem ją zgubię, bo była bardzo brzydka.

Z największym przestrachem oczekiwałam wieczora. To miała być nasza noc poślubna. „Czy Benedykt okaże się na tyle grubiański, że siłą zmusi mnie do zbliżenia?” Od tego wieczora mieliśmy wspólnie dzielić pokój, dlatego Anna wyprowadziła się do głównej izby. Jej syn wstawił tam dla niej dodatkowe łóżko, które skądś przywiózł wozem. Mieliśmy dzielić wspólnie jedno łoże — małżeńskie. Obok niego zaś pojawiła się, o zgrozo, starannie rzeźbiona w drewnie kołyska dla dziecka. Gdy na nią spoglądałam, przypominałam sobie, że niebawem urodzę w mękach dziecko mężczyzny, który mnie porzucił.

Z rozważań nad tamtym i przyszłym życiem wyrwało mnie wejście Walczaka do izby głównej. Gdy ujrzał mnie, pochyloną nad bezsensownym dumaniem o tym, co już nigdy nie wróci, zatrzymał się na chwilę i zdjąwszy swoją codzienną czapkę, ukłonił się nisko.

— Mam dla pani prezent.

Dopiero teraz w ciemnej izbie zdołałam dostrzec, że w rękach trzymał jakieś płócienne zawiniątko. Zbliżył się i położywszy je na stole, rozwinął pakunek. Wyciągnął z niego spódnice, białe bluzki, luźne halki, biały, haftowany fartuszek, a także chustę na głowę w kolorze czerwieni, z malowanymi biało różami oraz dekoracyjnie ułożonymi listkami i gałązkami. Bardzo spodobała mi się ta chusta, ale chwilę później zdałam sobie sprawę z tego, że teraz to będzie moje codzienne ubranie. Z żalem pomyślałam o swojej błękitnej sukience, którą zniszczyłam w histerycznym ataku szału, i westchnęłam tęsknie do tamtych czasów, gdy w szafie miałam do wyboru dwadzieścia najróżniejszych kreacji, kapeluszy, butów oraz biżuterię.

— Nie podobają się pani? — zapytał cicho mój chłop. Zakłopotanie na jego twarzy w mig zmusiło moje usta do wypowiedzenia odpowiedzi.

— To bardzo ładne rzeczy, dziękuję.

— Starałem się wybrać najładniejsze, ale jeśli się pani nie podobają, to mogę je zwrócić i…

— Nie, to zbyteczne. Jakoś będę musiała przywyknąć do nowego stylu ubierania. — Na widok jego strapionej miny, poczułam dla niego współczucie. Starał się, jak mógł, nie mogłam temu zaprzeczyć. Aby nie być aż taką niewdzięcznicą, dodałam prędko: — Ale ty się nie przejmuj! To nie twoja wina. Po prostu przywykłam do innych ubrań.

— Rozumiem.

Ukłonił mi się nisko i pozostawiwszy moje nowe odzienie na stole, opuścił pomieszczenie. „Ciekawe, dokąd poszedł? I co będzie wieczorem?”


Nadszedł wieczór, czas wieczerzy — jak nazywali chłopi kolację. Był już półmrok, gdy Anna i babka zapaliły świece i wyszły na zewnątrz przed dom. Benek, który milczał i dumał podczas posiłku, zerkając na mnie z drugiej strony stołu, zachęcił mnie gestem, abym i ja wyszła razem z nimi. Usiadłyśmy na drewnianej ławeczce, a on stanął przed nami i zaintonował refren jakiejś melodii. Gdy cała rodzina Walczaków zaczęła śpiewać, mimowolnie poczułam zachwyt. Słowa były piękne, a melodia łatwa do zapamiętania, ale jakaś taka melancholijna. A ja znów wróciłam myślami do wspomnień o utraconej miłości. Czułam w tej chwili, że nigdy nikogo już tak nie pokocham. Coś we mnie umierało, a ja stawałam się coraz bardziej sucha, jak kwiat, który więdnie z braku wody. Gdy pieśń skończyła się, zaczęli nucić następną. Byłam jakby na uboczu, choć siedziałam razem z nimi. Wszystko to wydawało mi się takie chwilowe, ulotne… jakby senna mara wciąż oplatała mnie swoimi szponami.

Zgasły świece, ucichły śpiewy, w domach pogasły światła, a w miarę jak robiło się coraz ciemniej, mrok zapadał także w mojej duszy.

— Idziem spać — oznajmiła Anna. Na jej ramieniu wsparła się babcia, która zaczynała przysypiać.

Benedykt wziął staruszkę pod ramię i zaprowadził prosto do łóżka. Kobiecinka ta zawsze sypiała w najcieplejszym miejscu, w łóżku koło pieca, gdzie przez większość czasu palił się ogień. Babcia Zofia szybko zasnęła. Benek w tym czasie usiadł na ławce przy stole i zaczął coś dłubać w pile do cięcia drewna. Chyba ją ostrzył, nie wiem, nie znałam się na tym. W tym samym czasie Anna przy pomocy parobka postawiła na piecu do gotowania garnek z wodą.

— Tutaj masz wodę — mówiła do mnie — możesz się wykąpać przed nocą poślubną.

Czy oczekiwała, że tej nocy zrobię z jej synem to samo, co tak chętnie robiłam z utraconym ukochanym?

— Matko! — zagrzmiał Benedykt. Zmierzył surowym spojrzeniem swoją rodzicielkę, po czym wyszedł razem ze swoją piłą. Wyjrzałam przez okno, aby zobaczyć, dokąd poszedł.

— On się zawsze myje w rzece — wyjaśniła mi Anna, po czym wzięła drewnianą balię do mycia i zaniosła ją do sypialni małżeńskiej.

Umyłam się, przebrałam w koszulę nocną, którą podarował mi mąż i z przestrachem położyłam się do łóżka. Czuwając przy świecy, pogrążona niemal w zupełnym mroku, czekałam na niego. Obawiałam się najgorszego, czyli chamskiego, agresywnego zachowania, typowego dla prostackich mężczyzn. Zjawił się w pokoju, ubrany w czyste ubranie i na bosaka podszedł w kierunku łoża.

„Boże, teraz się zacznie!” Skuliłam się pod kołdrą i nakryłam po sam nos. Chciałam zrobić barykadę z pierzyny, która nazbyt mocno zaczęła grzać moje ciało.

— Matka chcieli, żebyśmy spali razem. Nie dało inaczej rady jej przekonać. — Wzruszył ramionami zakłopotany.

— Nie szkodzi — udałam, że zupełnie mnie to nie obchodzi. Wyglądało na to, że jednak nie chciał uczynić mi krzywdy. Musiał też być równie skrępowany, co ja. Odetchnęłam z ulgą.

Chwilkę później zmroziło mnie, gdy Benek ściągnął koszulę. I nagle stało się coś dziwnego — mimowolnie poczułam zachwyt nad jego umięśnionym torsem. Nie dałam niczego po sobie poznać, tylko schowałam się głębiej pod kołdrę.

— Dobranoc, żono — powiedział. Ziewnął, następnie położył się na swojej połowie łoża. Chwilę później już chrapał. Ja natomiast zachowałam czujność prawie przez całą noc. Byłam przygotowana na każdy przejaw samczej namiętności, która zechciałaby gwałtem sięgnąć po moje ciało. Ale nic takiego się nie stało.


***


Stało się, Anna nagle zagoniła mnie do roboty. To było następnego dnia po ślubie. Przyniosła do izby prześcieradła, jakieś stare łachy i położyła je na stole pod oknem. Po chwili do szmat dołączyły nici i igły do cerowania.

— Czy panienka potrafi cerować? — Przyjrzała mi się z powątpiewaniem. Była pewna, że nie potrafię, i nie myliła się.

— N-nie — zawstydziłam się, jakby moja teściowa właśnie odkryła, że mam na sobie dziurawą bieliznę.

— No! To się nauczy! Nie może przez cały dzień sterczeć przy oknie i gapić się jak sroka w kość!

Zbyłam jej docinki i nie powiedziałam ani słowa. To ona była tutaj panią a nie ja. Usiadła obok mnie przy niewielkim stoliku, przy oknie i zaczęła pokazywać, jak się ceruje. Nigdy nie lubiłam haftować, a wszelkie cerowania odzieży wykonywała za mnie służąca! Igły i nici to nie był mój świat, a jednak zmuszono mnie do sięgnięcia po te narzędzia tortur, które zaczęły zadawać moim palcom kłujące ostro ciosy.

— Nie tak! No popatrz! Jucha leci!!! — Wyszarpnęła mi z rąk prześcieradło i prędko poszła do studni wypłukać moją krew w zimnej wodzie. Miałam chwilę czasu, zanim Anna znów zagoni mnie do kontynuowania nauki cerowania. Z mojego palca wciąż leciała krew. Gdy powróciła, od razu zwróciła na to uwagę.

— Oj dziewczyno! Przecie na podłogę leci! — marudziła bardziej z powodu mojej bezradności niż z gniewu. Zawiesiła mokre prześcieradło nad piecem i ponownie wyszła. Po chwili wróciła do izby niezadowolona. W ręku trzymała wiadro z wodą i małą szmatkę.

— Szycia dosyć na dziś! Masz chustkę i zimną wodę! Zatamuj te krwawienie! — Podała mi szarawą, świeżo wysuszoną szmatkę, jeszcze ciepłą od słońca. Podeszłam do wiadra, które postawiła przy drzwiach i zanurzyłam swoje dłonie w lodowatej wodzie. Nie było jej dużo, ale wystarczająco, aby obmyć ręce. Zawinęłam sobie na palcu chusteczkę i zapytałam:

— A co z tą wodą?

— Zostaw, ja to potem wyleję — machnęła ręką.

W tej chwili odkryłam coś bardzo dziwnego. Mimo całej pogardy, jaką ta kobieta do mnie żywiła, potrafiła mi także okazać współczucie, a nawet wyręczyć mnie z drobnych czynności. Czyżby zaakceptowała moją rolę w życiu swojego syna? Nagle przypomniałam sobie, że przecież w brzuchu mam dziecko, któremu coś mogłoby się stać, gdybym zaczęła się przemęczać.

— Może gotowanie pójdzie ci lepiej — pomyślała na głos. Widać było, że stara się dopasować do mnie jakąś pracę, żebym nie była taka bezużyteczna. Podparła sobie boki i westchnęła, a przed wyjściem dodała jeszcze: — W końcu każda porządna żona potrafi zrobić zupę!

„Kolejny przytyk? Czy druga szansa?”


— Pokrój kapustę i koperek — powiedziała pięć minut później. Wróciła z ogródka za domem, z koszykiem, w którym przyniosła dużą głowę kapusty, kilka gałązek kopru i jedną, małą cebulę. Czy z tego dało się zrobić zupę? Tego jeszcze nie wiedziałam. Podała mi jeszcze mały nożyk i duży garnek.

To było gorsze niż cerowanie! Podczas walki z obieraniem cebuli zacięłam się kilka razy do krwi.

— Matko Boska! Dziecko, nadyż ty z głodu umrzesz i mi syna zamorzysz! — Zajęczała teściowa. — Idźże umyj te ręce i przynieś wiadro czystej wody! Tylko sama nie dźwigaj, ale parobkowi każ! Tylko wracaj prędko!

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.