E-book
18.9
drukowana A5
54.67
IMPERATYW

Bezpłatny fragment - IMPERATYW

TOM III


Objętość:
271 str.
ISBN:
978-83-8440-415-7
E-book
za 18.9
drukowana A5
za 54.67

Dla mojego przyjaciela Roberta Krumina.

To zabawne, jak dopiero najgorsze dni pokazują, kto zostaje.

Ty zostałeś.

I dlatego to miejsce jest dla ciebie.






























Niech pierworodny syn Moretti płaci za grzechy swego ojca aż do końca świata. Niech jego ciało stanie się nieśmiertelne, a serce — puste. Niech stanie się bestią, która pożre cały swój ród.

   A co do Beaumontów… niech całe pokolenia będą skazane na życie rozdarte między naturą a rozumem, bez spokoju, bez pełnej wolności, bez miejsca, które mogliby nazwać domem.

Allesyia Chevalier

ROZDZIAŁ I

Początek

Lucien

Kto walczy z potworami, powinien uważać, by sam nie stał się potworem. 
— Friedrich Nietzsche

Taverno, Włochy 2001 r.

To był kolejny wieczór, który zaczął się nudną kolacją z wysłanniczką rodu Clairmont, a skończył w moim łóżku, dokładnie tam, gdzie przewidziałem, że się skończy.

Francuzki. Pełne wdzięku, a przy tym niezmiennie próbujące ukryć desperację pod warstwą Chanel i pretensjonalnych cytatów z Baudelaire’a.

Camille? Celeste? Ktokolwiek na „C”. Jeszcze przez chwilę leżała u mojego boku. Rozmazany tusz ściekał jej pod okiem, a usta, wcześniej wyrażające pewność siebie, teraz drżały.

W oczach miała osobliwą mieszaninę fascynacji i onieśmielenia, jakby nie wiedziała, czy powinna coś powiedzieć, czy po prostu się ubrać. Jedną ręką sięgnęła po satynową narzutę, drugą uniosła, jakby chciała coś powiedzieć, ale zabrakło jej słów.

— To było… intensywne — wymamrotała z miną nieskalaną myślą.

Przewróciłem oczami tak subtelnie, jak tylko potrafiłem.

Wstałem z łóżka bez słowa. Nie dlatego, że byłem nieuprzejmy, tylko dlatego, że od dawna nie czułem już potrzeby nim być. Zresztą nigdy naprawdę jej nie czułem, nie po tym wszystkim, co od lat działo się w tych murach. Jeśli Rody chciały mnie ubłagać ciałem, proszę bardzo, ale niech robią to chociaż z odrobiną klasy.

Na podłodze, wśród zmiętych prześcieradeł i bielizny, leżała moja koszula. Zarzuciłem ją na ramiona, nie zapinając guzików.

— Strażnik odprowadzi cię do bramy. Tam będzie czekał samochód. Clairmontowie mogą uznać, że sprawa została przyjęta do rozpatrzenia.

Nie czekałem na odpowiedź. Zamknąłem za nią drzwi i ruszyłem korytarzem z powrotem do biblioteki. Nie interesowało mnie, czy zrozumiała przekaz. W końcu to ona przyszła do mnie z problemem. Zresztą każda z tych lafirynd prędzej czy później dochodzi do właściwych wniosków. Zwykle dopiero wtedy, gdy jej reputacja legnie już w gruzach.

Rzadko przychodziły tu z własnej woli. Zwykle była to decyzja podjęta przy długim stole, między jednym kieliszkiem a drugim, kiedy ktoś w końcu dochodził do wniosku, że może łatwiej będzie przekonać mnie ciałem niż argumentem.

Wysyłali je w jedwabiach, pachnące drogimi perfumami i cudzymi ambicjami. Uczyli, co mówić, jak patrzeć, kiedy się uśmiechać. Nie uczyli tylko jednego: kiedy przestać.

Większość z nich orientowała się za późno.

Kamień pod moimi stopami był chłodny, wygładzony przez pokolenia kroków, a mimo to wciąż idealnie równy. Przez uchylone okno sączył się zapach jaśminu i wilgotnej winorośli. Gdzieś w oddali ciszę przeciął stuk kielicha o marmurowy blat. Włoska noc pachniała winem, kurzem i wilgocią po niedawnej burzy.

Biblioteka była moją wersją domu. Miałem ten pokój, antyczne regały i ciszę bliższą mi niż jakikolwiek człowiek. Ciszę pozbawioną westchnień, jęków i całych tych teatralnych „intensywnych” uniesień.

Na stoliku wciąż leżała otwarta książka — „De Rerum Natura” Lukrecjusza. Ironia losu. Lektura o naturze wszechrzeczy, czytana przez człowieka, który od dawna jej przeczył.

Usiadłem w fotelu, sięgnąłem po kieliszek wina i upiłem łyk, czując znajomy smak tanin na języku. Po chwili wróciłem wzrokiem do otwartego fragmentu:

„Czas nie istnieje poza ruchem i świadomością. Bez nich nic nie ma znaczenia.”

Oparłem się wygodniej. Dla ludzi czas zawsze był dramatem: starzeniem, przemijaniem, strachem przed jutrem. Dla mnie był już tylko monotonią. Niekończący się ciąg takich samych nocy, spojrzeń i deklaracji w stylu: „to było intensywne”.

Jeśli piekło istnieje, musi wyglądać dokładnie tak.

Pamiętam czasy, kiedy ludzie wierzyli, że świat się kończy. Za każdym razem byli równie przekonani i równie przerażeni. A potem budzili się następnego dnia i odkrywali, że wszystko trwa dalej, tylko w nieco bardziej zepsutej wersji.

Widziałem imperia, które miały trwać wiecznie, a upadały szybciej niż reputacje kobiet, które wysyłano do mojego łóżka.

Jeśli nie czytam, gram. Jeśli nie gram, rozładowuję napięcie z kimś o idealnych biodrach i zerowym potencjale intelektualnym.

Wieczory w zamku Moretti bywają rytualne jak msza, z tą różnicą, że nikt tu nie wierzy w zbawienie. Czas płynie wolniej, kiedy nie masz już niczego do odkrycia, a każdy oddech kobiety brzmi, jak kolejne wcielenie tego samego błagania. Niektóre z nich potrafią mówić o sztuce, inne o śmierci, ale żadna nie zostaje na śniadanie. I bynajmniej nie chodzi o brak grzanek z truflą. Chodzi o to, że z chwilą, gdy przekraczają próg, zaczynają grać w grę, której reguły znam od dwóch stuleci.

Czasem potrafią mnie jeszcze zaskoczyć na godzinę, dwie, z rzadka na całą noc, ale nigdy na tyle, bym zapamiętał ich imię dłużej niż do pierwszego „Lucien, czy mógłbyś…”

Nie. Nie mógłbym.

Zamki mają pamięć. Ten szczególnie. Mury przesiąkły tyloma sekretami, że czasem myślę, że gdyby mówiły, Clairmontowie spaliliby ten budynek własnoręcznie. Na szczęście nie mówią.

Zerknąłem na zegar. Była druga piętnaście. O tej porze zwykle czytałem: rzymskich poetów, greckich tragików, współczesnych socjopatów. Każdy z nich coś wnosił do mojego świata: estetykę, rozpad, diagnozę. Mimo to żadnego nie chciałbym spotkać na kolacji.

Wieczność to nie przywilej. To wyrok dla tych, którzy nie potrafią zrezygnować z kontroli.

A ja, cóż, kontrolowałem wszystko: kobiety, Rody, historię, której nigdy nie chciałem być częścią.

Francuski ród Clairmontów… zawsze elegancki i subtelnie wściekły, że nie stoją pierwsi w kolejce do władzy. Kobiety z ich linii mają w sobie osobliwe połączenie delikatności i ambicji, jakby jednocześnie próbowały pocałować i podciąć gardło.

Lana twierdzi, że to ich narodowy sport. Mówi to z irytującą lekkością, jakby nie była jedną z nich. Czasem jednak widzę w jej oczach ten sam lodowaty błysk nieprzejednanej lojalności, nie wobec zasad, lecz wobec mnie.

Zapukała bez zapowiedzi. Otworzyła drzwi z tą swoją nieznośną gracją. Niedbałym krokiem weszła do środka, stukając obcasami w taki sposób, jakby właśnie schodziła z paryskiej sceny.

— Nie uwierzysz — powiedziała chłodno, nie wchodząc dalej. — Mamy gości.

Podniosłem brwi. O tej porze?

— Nie mam dziś już ochoty na polityczne striptizy — mruknąłem. — Kto ich wpuścił?

— Ja — odparła spokojnie, jakby to wyczerpywało temat. — Nie przyszli z Rodów. I nie mają zaproszenia.

Zawiesiła głos. Rzuciłem jej pytające spojrzenie.

— Dwie kobiety. Jedna w zaawansowanej ciąży. Druga… — zawahała się na ułamek sekundy. — Chodzi, jak ktoś gotowy w każdej chwili poderżnąć komuś gardło.

Nie odezwałem się. Czekałem.

Lana przesunęła wzrokiem po mojej twarzy, jakby oceniała, czy już jestem gotowy na tę rewelację.

— Są w holu.

Spojrzałem na nią uważnie.

W tym wieku nie tylko przestajesz liczyć urodziny, lecz także zakładać, że cokolwiek może cię jeszcze zaskoczyć.

Lana podała mi tożsamość obu kobiet.

Przeliczyłem się.

— Chcesz, żebym je przyprowadziła? — zapytała po chwili.

— Nie — odpowiedziałem spokojnie. — Sam do nich zejdę.

Lana skinęła głową. Nie wyglądała na zaskoczoną, jakby przeczuwała, że tak właśnie zareaguję. Odwróciła się bez słowa i zostawiła mnie samemu sobie.

W moim zamku właśnie zaczynało się coś, czego nie dało się już zatrzymać.

***

Schodziłem powoli, bez pośpiechu, bez napięcia, jak do gości, których nikt nie prosił, a którzy i tak przyszli.

Robiłem to od lat.

Nie potrzebowałem flagi, żeby wiedzieli, po której stronie stanę, kiedy nadejdzie wojna.

Ukrywałem ich po cichu, bez ceremonii i bez deklaracji. Tak właśnie robi się rzeczy naprawdę niebezpieczne: bez świadków i bez śladów.

Nie z litości. Z kalkulacji.

Mieszani nie mieli dokąd pójść. Byli ścigani, eliminowani, zdesperowani, zmęczeni, poszarpani strachem.

A ja oferowałem im coś lepszego niż schronienie: niewidzialność.

Pierwszy raz zrobiłem to przypadkiem.

Chłopak miał może siedemnaście lat. Dziki z odpalonym genem nieśmiertelności. Sabat znalazłby go w ciągu tygodnia.

Został trzy dni. Czwartego już go nie było.

Znalazłem go później, a raczej to, co z niego zostało.

Od tamtej pory przestałem działać przypadkiem.

Zasady były proste. Nie zadawali pytań. Nie zostawali długo. Nie wracali.

Ci, którzy je łamali, nie dostawali drugiej szansy.

Nie dlatego, że byłem okrutny.

Dlatego, że świat poza tymi murami był jeszcze gorszy.

Niektórzy byli sami, inni przychodzili z dziećmi, partnerami, kobietami w ciąży albo niemymi starcami, którzy pamiętali jeszcze czasy, kiedy Sabat nie był tyranią.

Nie byli na tyle głupi, by nie wiedzieć, że ich wybawca nie działa bezinteresownie. Mimo to lgnęli do mnie jak ćmy do ognia.

Wiedziałem, że przyjdzie dzień, w którym Sabat straci cierpliwość, że przestanie się bawić w selektywne egzekucje i ruszy otwarcie na mnie, na moich ludzi, na zamek. I wtedy ci, których ocaliłem, staną za moimi plecami. Może nie z wdzięczności, ale z konieczności na pewno. Nikt inny wszak nie zaoferuje im pomocy. Nikogo innego już nie będzie.

Te odwiedziny były jednak inne. Wiedziałem, że tym razem nie goszczę zwykłych uciekinierek. Już sama ich obecność była policzkiem dla wszystkich niepisanych zasad, które przez dekady trzymały ten świat w równowadze. Jedna była w zaawansowanej ciąży, druga o krok od konfrontacji z całym korytarzem strażników.

Nie spodziewałem się tak osobliwego połączenia krwi. Tak bliskiego… tronu.

Jeśli Sabat był młotem, a Dzicy tarczą, to one były klingą. Cichą, precyzyjną i cholernie nie na miejscu.

Tego nie widuje się co dzień.

To nie były zwykłe kobiety. I nie przyszły po zwykłą przysługę.

Pierwsza z nich była wyczerpana, blada, z brzuchem, który nie pozostawiał pola na domysły. Wyglądała jak ktoś, kto trzyma się pionu wyłącznie siłą woli. Była po prostu ciałem, które jeszcze nie zdecydowało, czy umrze przed świtem, czy tuż po nim.

Druga stała nieruchomo, czujna, ze spojrzeniem mówiącym: „Nie próbuj.” Nie drgnęła nawet wtedy, gdy zbliżyłem się na tyle, by wejść w jej przestrzeń.

To nie była odwaga. Widziałem ją tysiące razy. To było coś gorszego — przyzwyczajenie do przemocy.

Kobieta, która przeżyła już tyle, że nie miała ochoty bać się kolejnego mężczyzny w pięknym domu.

Lana stała z boku, oparta o filar. Jej sylwetka jak zawsze spięta w perfekcyjną linię. Rzuciła mi spojrzenie — krótkie, znaczące. Bez słów, bo słowa były tu zbędne.

Strażnicy nie ruszyli się ani o milimetr. Tylko ogień w kominku trzaskał złośliwie — jakby wyczuwał, że coś się właśnie przesuwa, że równowaga świata drgnęła.

— Dwieście lat — powiedziałem cicho. — I człowiek zaczyna sądzić, że nic już go nie zaskoczy.

Zbliżyłem się do nich powoli.

— Zaskoczyłyście mnie, panie — rzuciłem półgłosem. — A to już osiągnięcie samo w sobie.

Kobieta, czekająca na rozwiązanie, wyraźnie polegała na starszej towarzyszce, Johannie, ale ta nie raczyła otworzyć ust. Patrzyła tylko wyzywająco, czekając na mój ruch. Nie doczekała się. To ona musiała odezwać się pierwsza.

— Potrzebujemy schronienia — powiedziała w końcu. Głos miała głęboki, kontrolowany. Taki, który zna komendy lepiej niż błaganie.

Uniosłem brwi.

— W nocy, bez zaproszenia. Odważnie.

— Nie miałyśmy wyboru — odpowiedziała, nie cofając się. — Wiesz, skąd przybyłyśmy. Wiesz, ile kosztowało nas dotarcie do tego miejsca.

— Mówisz w liczbie mnogiej, ale tylko jedna z was się wypowiada.

Rzuciłem okiem na młodą. Rękę kurczowo zaciskała na brzuchu. Spocona szyja, blada twarz, palce wydawały się drżeć.

— Ona… — Johanna zawahała się po raz pierwszy. — Jest zbyt zmęczona.

Zrobiłem kilka kroków bliżej. Strażnicy nie drgnęli.

— A skąd mam wiedzieć, że nie nasłał was Sabat? — zapytałem łagodnie, jakby to był żart. Może nawet był.

Johanna skrzywiła się.

— Spójrz na nią! Czy ona wygląda jak ktoś, kogo Sabat wysłałby z misją?

Spojrzałem. Długo. Uważnie.

— Wygląda na głupią. Wyjątkowo głupią — powiedziałem z jadowitą uprzejmością. — A twój syn jest jeszcze głupszy. Bo zgaduję, że to on jest sprawcą tej… komplikacji?

Chwila ciszy. Zaskoczenie. Johanna odetchnęła ciężko.

— Oni… oni nie mieli wyboru. Ani jedno, ani drugie.

Zaśmiałem się cicho, sucho.

— Ach, te wasze rytuały. Tłumaczycie nimi wszystko: zdradę, porywczość, seks w krzakach, instynkt, biologię, przetrwanie gatunku. „Nie miałam wyboru” — to brzmi tak szlachetnie. Łatwiej tak powiedzieć, niż przyznać, że twój syn zaliczył panienkę z Sabatu, a ja teraz mam po was posprzątać.

Nie odpowiedziała, ale i nie spuściła ze mnie wzroku.

Odwróciłem się w stronę Lany, żeby wydać jej instrukcje.

Nim rozległ się dźwięk mojego głosu, usłyszałem spokojnie wypowiedziane słowa. Każde z nich wbijało się pod moją skórę z siłą zarezerwowaną dla najstarszych wspomnień.

— Niech całe pokolenia będą skazane na życie rozdarte między naturą a rozumem, bez pokoju, bez pełnej wolności, bez miejsca, które mogliby nazwać domem. — Głos Johanny był jak cięcie nożem.

Cisza po tych słowach była cięższa niż wszystko, co padło wcześniej.

Przez dwieście lat żyłem z własną wersją tej pieprzonej układanki. Inną częścią tej samej klątwy — bardziej wymierzoną, bardziej osobistą. Wypaloną w pamięci jak rozżarzony znak.

Wiedziałem, skąd pochodzi ten język. I wiedziałem, co oznacza jego obecność tutaj.

Johanna uniosła głowę z cieniem grymasu.

— Wierzę, że te słowa obiły ci się już o uszy?

Spojrzałem na Lanę.

— Przyszły same?

— Wyszły z mroku jak duchy — odparła spokojnie. — Żadnej eskorty.

— W porządku. — Odwróciłem się do Lany. — Przydziel im komnatę gościnną. Nie tę z widokiem, tylko tę z solidnymi drzwiami. Na jedną noc.

— Na jedną noc? — zapytała Johanna, głosem zbyt spokojnym.

Odwróciłem się z powrotem.

— Na jedną noc. Rano macie zniknąć.

— Tyle zostało z twojej słynnej niezależności, Lucien? — wycedziła. — Odsyłasz ją jak psa, bo boisz się, że ktoś zobaczy?

— Nie jestem sierocińcem, Johanno. Ani kliniką położniczą. A już na pewno nie jestem tym, który będzie sprzątał po waszym rodzinnym burdelu.

— Ona nie miała dokąd pójść!

— I to niby moja wina?

— Ona jest twoim jedynym zabezpieczeniem przed tym, co nadchodzi!

Zbliżyłem się o krok, głos obniżył mi się automatycznie.

— Nie próbuj mnie szantażować. Dobrze wiesz, że gdyby wasz pieprzony książę z bagien nie zaczął spiskować z Wiedźmami, nie byłoby dziś problemu. To twój syn. Wasze decyzje.

— Roland nie wiedział… — zaczęła, ale nie pozwoliłem jej dokończyć.

— Roland to jebany zdrajca. I gdyby nie był na innym kontynencie, wyrwałbym mu gardło własnymi rękami.

Johanna zacisnęła szczękę, ale nie odwróciła wzroku.

— To nie jest takie proste.

Zaśmiałem się sucho.

— Zawsze wszystko komplikujecie, prawda? Imperatyw… Ładne słowo na jedną, prostą prawdę — ktoś nie zapanował nad własnym kutasem.

Lana, stojąca obok filaru, uniosła nieznacznie brwi. Nawet Strażnicy zesztywnieli, jakby spodziewali się, że zaraz coś poleci w ścianę.

Johanna milczała. Patrzyła na mnie bez mrugnięcia z tą swoją cholerną dumą, której nie zdołały złamać ani wieki, ani wojny, ani nawet Sabat.

— Ona jest moją wnuczką — powiedziała w końcu. Cicho, bez ozdobników. — To dziecko nie powinno płacić za to, że jego ojciec myślał fiutem.

Chciałem coś odpowiedzieć — szyderczo, złośliwie, bezlitośnie — ale wtedy nastała przerażająca, nieruchoma cisza.

Spojrzeliśmy wszyscy w stronę kobiety, która do tej pory nie odezwała się ani słowem.

Jej nogi drżały. Pod stopami rozlewała się krew, mieszając się z wodami płodowymi na marmurze. Jej wzrok był wbity gdzieś przed siebie. Stała blada jak ściana, z dłonią zaciśniętą na brzuchu.

— Błagam… — wyszeptała Lucy. — Pomóż mi. Ratuj moje dziecko. Ratuj Laylę.

***

To nie był pierwszy poród w murach tego zamku. Żaden nie przypominał jednak egzekucji.

Stałem pod ścianą, w cieniu. Nie dlatego, że nie umiałem pomóc. Ale dlatego, że nie było już nic do zrobienia.

Lucy wiła się na pościeli zlana potem i blada jak ściana. Skurcze szarpały jej ciałem, a mury zamku odbijały echem jej wrzaski. Przygryzione wargi krwawiły, bo tłumiła krzyk zębami, jakby chciała zagryźć własny ból. Mięła pięściami prześcieradło, wzrokiem zapraszała śmierć.

Lana wróciła z ręcznikiem i miską wody, trzaskając drzwiami, jakby właśnie zaciągnęła się do najgorszego zakładu położniczego w Europie.

— Brakuje mi tylko czepka i dyplomu z paryskiej kliniki — mruknęła pod nosem. — Nie po to ratowałam ten zamek przed trzema zamachami, żeby teraz bawić się w cholerną akuszerkę.

— Powiedz Federice, że potrzebujemy więcej świeżych ręczników i wody — powiedziałem cicho, całkowicie ignorując jej komentarz.

— Chcesz też balonik i ciasteczka?

Spojrzałem na nią chłodno.

— Nie. Chcę tylko, żebyś się do czegoś przydała.

Lana zmrużyła oczy, ale nie odpowiedziała. Odwróciła się powoli i wyszła, zatrzaskując drzwi z godnością królowej, która właśnie została zdegradowana do roli pokojówki.

Johanna klęczała przy Lucy.

Ujęła ją za rękę z czułością, której nie spodziewałem się po tej kobiecie. Długi, jasny warkocz spływał jej na ramię, kiedy szeptała Lucy coś uspokajającego do ucha. Nie dosłyszałem ich. Może nie chciałem.

Lucy wyglądała gorzej z każdą minutą. Oddychała płytko, urywanymi haustami powietrza, jakby tlen był czymś, co trzeba wywalczyć.

Nie ruszyłem się z miejsca.

Nie znoszę zapachu świeżej krwi. Zimna już mnie nie rusza, ale świeża, gęsta, lepka, spływająca po udach kobiety ma w sobie coś z wyroku.

Johanna klęczała obok, z podwiniętymi rękawami, skupiona i opanowana. Jej dłonie były całe we krwi, ale ani razu się nie zawahały. Działała jak ktoś, kto już to robił wiele razy. Wystarczająco wiele, by nie wpaść w panikę.

Krzyk Lucy rozerwał ciszę jak nóż. Instynktownie zacisnąłem zęby. To nie był krzyk przerażenia, tylko krzyk ciała próbującego rozdzielić się na dwie części, z których żadna nie chce ustąpić.

Lana wróciła z kuchni i stanęła z boku, ze spojrzeniem utkwionym w posadzkę. Nawet ona milczała.

Pościel nasiąkała zbyt szybko. Lucy jęczała, potem milkła, potem znowu krzyczała. Pot spływał jej po skroniach, usta miała sine. Każdy skurcz wstrząsał jej ciałem, jakby była marionetką w rękach jakiejś okrutnej siły.

Johanna w końcu nachyliła się niżej.

— Jeszcze chwila, Lucy. Jeszcze chwila — szepnęła, choć obie dobrze wiedziały, że kłamie.

I nagle było po wszystkim.

Dziecko wysunęło się z niej gwałtownie, cicho, bez jednego dźwięku. Tylko śliskie ciało, siny odcień skóry, zamknięte oczy.

Johanna podniosła je zdecydowanym, choć łagodnym, ruchem. Oczyściła usta i nos dziecka z krwi oraz wód płodowych, po czym zaczęła energicznie rozcierać jego plecy, próbując wymusić pierwszy oddech.

Nic.

— No już… — mruknęła pod nosem. — Dalej, Layla.

Lucy otworzyła oczy i spojrzała na nią z przerażeniem.

— Nie słyszę Layli… — wychrypiała. — Czemu nie płacze?

Johanna nie odpowiedziała, pochyliła się nad klatką piersiową Layli. Ta pozostawała nieruchoma. Nie było oddechu. Nie było żadnej odpowiedzi ciała.

Przycisnęła noworodka do siebie i wpatrywała się w nieruchomą twarz dziecka. Liczyła na cud, który nie nadchodził.

Lucy zapłakała. Krótko. Cicho. Jakby już wiedziała, że to koniec.

Po chwili oddech urwał się w pół wdechu. Głowa opadła jej na bok, a dłoń zsunęła się z brzucha.

Jej oczy pozostały otwarte i nieobecne.

Przez chwilę nikt się nie poruszył.

Cisza, która po niej zapadła, była nie do wytrzymania. Była pustką, pojawiającą się wtedy, gdy obecność jednego człowieka nagle znika i nie ma już nic, co mogłoby ją zastąpić.

— Zostaną pochowane z godnością, Johanno. Obie — powiedziałem cicho.

Milczała. Trzymała martwe dziecko w ramionach i płakała bezgłośnie. Zastanowiłem się, czy ktokolwiek kiedykolwiek widział łzy spływające po policzkach tej silnej kobiety.

Lana podeszła do niej i odebrała noworodka. Zawinęła ją ostrożnie w jeden z czystych ręczników. Ruchy miała mechaniczne. Obojętne. Jakby próbowała oddzielić się od tego, co właśnie widziała.

Odwróciłem się lekko w jej stronę z zamiarem wydania instrukcji, kiedy usłyszałem to.

Najpierw szmer. Nadstawiłem uszu, pewien, że się przesłyszałem. Potem pisk. A zaraz po nim pełen życia płacz.

Johanna wstrzymała oddech, nawet Lana zamarła.

— Co do… — zaczęła, ale nie dokończyła.

Spojrzała na mnie. Pierwszy raz widziałem w jej oczach coś, co przypominało zaniepokojenie.

— Ona się rusza.

Johanna podeszła błyskawicznie i wyciągnęła ręce.

— Daj mi ją. Natychmiast.

Lana bez słowa oddała dziecko.

Johanna spojrzała na nie z niedowierzaniem, a potem… zaczęła się śmiać. I płakać. Jednocześnie. Przytuliła dziecko do swojej piersi. Dziewczynka przestała płakać, jakby ten dotyk wystarczył, żeby zrozumieć, że już jest na świecie. Że ktoś tu czekał.

— Moja mała Layla… — wyszeptała Johanna, całując jasną główkę. — To cud. Prawdziwy, pieprzony cud.

— To nie cud — powiedziałem cicho. — To nasz gen. Nieśmiertelności.

Johanna uniosła na mnie oczy.

— Ona jest taka jak my — dodałem. — Cokolwiek to znaczy.

Nie odpowiedziała. Nie musiała.

Spojrzałem na dziecko. Miało jasne, wpadające w rudość włosy i sine usta. Skóra była jeszcze nienaturalnie blada, ale oddychała. Była głośna.

Lana stała z boku. Milczała. Patrzyła na dziewczynkę jak na coś niepojętego. Jak na wyjątek, który mógłby zniszczyć wszystkie reguły, jeśli ktoś go nie zauważy wystarczająco wcześnie.

— Co teraz? — zapytała w końcu Johanna. — Co to znaczy?

Spojrzałem najpierw na nią, potem na dziecko.

Dziewczynka oddychała miarowo, z nosem wtulonym w szyję Johanny, jakby ten jeden punkt na ziemi był wszystkim, czego potrzebowała, żeby żyć.

Johanna kołysała ją powoli, cicho, jakby bała się, że jeśli przestanie, coś zniknie. Lana dalej stała przy stole, nieruchomo.

Ja… obserwowałem. Jak zawsze.

Ale tym razem nie miałem gotowej odpowiedzi.

— Nie rozumiem — wyszeptała Johanna, nie podnosząc wzroku. — Ona żyje. W pełni. Nie mogę tego pojąć.

Lana zrobiła dwa kroki w stronę ognia. Przyglądała się dziecku, jakby analizowała je jak próbkę pod mikroskopem.

— Nie przebudziła się — powiedziała cicho. — Jej oczy są nadal niebieskie.

— To noworodek — rzuciłem zbyt ostro. — Każde dziecko ma niebieskie oczy po urodzeniu.

— Ale nie każde urodziło się z krwi Wiedźmy i Dzikiego. I nie każde wskrzesza się po śmierci, Lucien.

Patrzyłem na nią chwilę dłużej, niż powinienem. Nie na Lanę. Na dziecko.

Widziałem już, jak gen się budzi u innych. Widziałem ciała, które nie wytrzymywały tego procesu. Widziałem oczy zmieniające kolor, jakby ktoś rozlał w nich ogień.

Ale nigdy tak wcześnie. Nigdy u czegoś tak kruchego.

A jednak to już się wydarzyło.

Śmierć. I powrót.

Spojrzałem jeszcze raz w jej oczy.

Niebieskie.

Czyste. Ludzkie.

Nie przebudziła się.

To oznaczało tylko jedno.

Dziewczynka była Mieszana.

To słowo przyszło z opóźnieniem, ciężkie i niewygodne jak wyrok, którego nie da się już cofnąć.

Samo zmieszanie krwi Wiedźmy i Dzikiego wystarczyłoby, żeby świat uznał ją za błąd.

Ale jeśli przeżyła śmierć… jeśli jej ciało samo zdecydowało, że nie zamierza umrzeć…

Jedna mutacja to przypadek.

Dwie to problem.

Potencjalnie trzy…

Taka mutacja nie mogła pozostać niezauważona.

Wiedźmy mają swoje sposoby. Zawsze je miały. Wyczuwają pęknięcia w porządku świata tak, jak drapieżnik wyczuwa krew w wodzie.

Prędzej czy później któreś z nich poczuje, że coś się zmieniło.

A potem przyjdą.

Nie po odpowiedzi.

Po dziewczynkę.

Zbyt wiele razy widziałem, jak to się kończy.

Coś we mnie drgnęło. Nie powinno. Nie po tylu latach i decyzjach podejmowanych bez zawahania. Było obce, niewygodne. Natychmiast to zdusiłem.

Zbliżyłem się o krok. Zatrzymałem wzrok na jej włosach — jasno rudych. Takich jak u Lucy.

I wtedy podjąłem decyzję.

— Nigdy cię tu nie było — powiedziałem cicho, odwracając głowę w stronę Johanny. — Ani ciebie, ani Lucy.

Johanna zamarła.

— Obie zmarły przy porodzie. — powiedziałem sucho — Dziecko się nie narodziło. Lucy nie przeżyła.

— Lucien…

— Jeśli ktokolwiek dowie się, że ona żyje, nie będzie miała szans. Ani tu, ani nigdzie.

Johanna zadrżała.

— Nie możesz mi jej zabrać!

Oparłem dłonie na stole. Nie z gniewu. Z ciężaru tej decyzji.

— Nie może zostać z tobą. Wiesz to. Oboje to wiemy.

Zapanowała cisza. Skierowałem wymowny wzrok na Lanę, która cicho westchnęła. W końcu podeszła powoli do Johanny i kiwnęła głową.

— Daj mi ją.

Johanna się zawahała. Pocałowała dziewczynkę w czubek głowy, potem spojrzała na mnie — jakby ostatni raz szukała alternatywy. Nie znalazła jej.

Ostrożnie przekazała dziecko Lanie.

Johanna zaczęła rozpinać cienki łańcuszek na szyi. Złoty, z medalikiem. Gdy mi go podawała, zauważyłem, że jest stary, wytarty, a na odwrocie widnieje litera B.

— Daj jej to. Niech wie, że babcia ją kochała.

Wziąłem go. Skinąłem głową.

Johanna wzięła głęboki wdech, odwróciła się i wyszła. Nie obejrzała się. Drzwi zamknęły się za nią bez dźwięku. Nawet nie słyszałem jej kroków w korytarzu. Tylko tę pustkę, która została po niej.

Przez chwilę się nie odzywaliśmy.

Lana stała obok, z dzieckiem w ramionach, i patrzyła na nie zbyt długo, jak na kogoś, kto zawsze twierdzi, że nie znosi dzieci. Jej twarz pozostała chłodna, ale w oczach mignęło coś, czego dawno u niej nie widziałem. Jakby nawet ona rozumiała, że to nie jest zwykły poród.

Przez sekundę wyglądała tak, jakby Layla poruszyła w niej coś dawno pogrzebanego, jakby na moment pękł pancerz, który budowała przez całe życie. Potem pojawił się uśmiech: cienki, zimny, odcinający wszystko. Lana zwinęła się z powrotem w swoją maskę.

— Co zrobimy z naszą małą katastrofą? — spytała sucho, ale jej dłonie wciąż trzymały dziecko z ostrożnością, której nigdy wcześniej u niej nie widziałem.

Spojrzałem na Laylę. Spała.

Nie wiedziałem.

A to zdarzało się rzadko.

Za rzadko, by to zignorować.

***

Nowy Orlean, Luizjana 2019 r.

Nie znosiłem Nowego Orleanu.

Było coś obrzydliwie teatralnego w tym mieście, jakby wszyscy grali role w sztuce, której reżyser dawno umarł. Zbyt gorąco. Zbyt wilgotno. Zbyt głośno. A mimo to właśnie tu lubili robić interesy. Sabat kochał sceny, a Nowy Orlean był ich ulubioną scenografią.

Siedziba Chevalierów wyglądała jak wszystko, co do nich należało: imponująca, zimna i cholernie nieszczera. Marmurowe posadzki, kolumny rodem z francuskiej opery i zapach, jakby ktoś próbował przykryć gnijące sekrety drogim kadzidłem.

Już przy wejściu było czuć napięcie. Drzwi otwierały się przede mną bez oporu, jak zawsze. To, co działo się potem, rzadko bywało równie uprzejme.

Siedziałem w sali konferencyjnej z Ronanem Chevalierem, kuzynem Allysy. Starym psem Sabatu, który nauczył się szczekać w eleganckich butach.

— Doceniam, że przyjechałeś osobiście — powiedział, nalewając sobie koniaku. Mnie nie zaproponował. Dobrze wiedział, że nie pijam ich trunków.

Na blacie wyświetlała się godzina 14:37. Wystarczająco wcześnie, by udawać uprzejmość.

— Nie szukamy konfliktu — ciągnął z manierą konferansjera balu maskowego. — Ale wczorajsze wydarzenia… wywołały niepokój wśród wszystkich…

Nie odpowiedziałem. Nie dlatego, że nie miałem nic do powiedzenia. Po prostu wolę, kiedy boją się ciszy.

— Zgładzenie Rodu Kogitsu — kontynuował ostrożnie — było… nagłe.

Spojrzałem mu prosto w oczy.

— Ich śmierć była równie nagła jak decyzje, które podejmowali w ostatnich miesiącach — rzuciłem spokojnie.

Na chwilę zrobiło się naprawdę cicho.

— Nie mieliśmy dowodów, że ich lojalność została podważona — odezwał się w końcu Ronan, ważąc słowa. — A już na pewno nie takich, które uzasadniałyby… taką reakcję. Zwłaszcza podczas balu.

Milczałem.

To właśnie było sedno. Bali się mnie. Bali się, że przestałem być częścią ich gry.

— Więc o to chodziło? — zapytałem spokojnie. — Dlatego kazaliście mi przylecieć z samego rana? Wyciągnęliście mnie z własnego domu pod groźbą… jak to ujęliście? „Konsekwencji”?

Ronan odchrząknął, jakby próbował nadać sobie powagę.

— Sprawa Rodu Kogitsu nie mogła zostać zignorowana.

— Sprawa Rodu Kogitsu — powtórzyłem wolno, smakując słowa. — Chevalierowie nigdy nie mieli zwyczaju wpierdalać się w to, co dzieje się między Rodami. Więc… jaki jest prawdziwy powód?

Zapadła cisza. Ronan napiął szczękę, ale odpowiedział dopiero po kilku sekundach.

— Wydarzenia z wczorajszej nocy wywołały niepokój. Potrzebujemy twojej gwarancji, że nie zamierzasz działać impulsywnie.

Impulsywnie — pomyślałem.

Uwielbiałem, jak ubierali władzę w eufemizmy. Gdy robi to ktoś inny, nazywają to zdradą. Gdy robię to ja, nazywają to impulsem.

W sali zrobiło się chłodniej. Albo tylko mnie się tak wydawało. Przeszklona ściana wychodziła na dziedziniec, który wyglądał zbyt cicho jak na Nowy Orlean.

Coś było nie tak. Nie w słowach, bo te jak zawsze były ostrożne i pozbawione sensu. W ciszy między nimi, zbyt napiętej, jakby ktoś wstrzymał oddech i czekał na sygnał.

Wtedy odezwał się mój telefon.

Na ekranie pojawiło się imię Lany. Sięgnąłem po telefon bez słowa i odebrałem.

Zamarłem.

Twarz mi stężała.

Rozłączyłem się bez słowa.

Wsunąłem telefon do kieszeni. Powoli. Jakby ważył więcej, niż powinien.

Ronan wpatrywał się we mnie uważnie.

Wstałem.

Bez słowa.

Chciał coś powiedzieć, ale nie dałem mu tej szansy. Chwyciłem go za frak i pociągnąłem w górę tak, jak podnosi się worek z mokrym piaskiem.

Był zaskoczony i sparaliżowany.

— Miałem z tym poczekać do końca tej rozmowy — powiedziałem chłodno, patrząc mu prosto w oczy. — Ale niestety… właśnie się naprawdę wkurwiłem.

Otworzyłem drzwi.

Wyciągnąłem go na korytarz.

Zapach uderzył pierwszy.

Metal. Krew. Coś palonego. Coś, co jeszcze kilka minut temu było ludzkim ciałem.

A potem Ronan to zobaczył.

Na podłodze leżały rozczłonkowane ciała.

Krew była na ścianach, pod butami i na białych rękawach Ronana, kiedy odwróciłem go i wcisnąłem plecami w marmurową kolumnę.

Popatrzył na mnie, oczami rozszerzonymi ze strachu.

— Uwielbiam gorzką ironię — powiedziałem szeptem, tuż przy jego twarzy. — To wy zakłóciliście sygnał, prawda? Żeby mnie ogłuszyć. Żebym nie zauważył, że wasi ludzie ustawiają się na zewnątrz jak na jebanej paradzie.

Zacisnął szczękę. Nie odpowiedział. Wiedział, że nie musi.

— I wiesz co, Ronan? Zadziałało. — Wycedziłem przez zęby. — Zakłócenie było perfekcyjne. Nie usłyszałeś, kiedy weszli moi Strażnicy. Nie usłyszałeś, kiedy zaczęli was wycinać, jednego po drugim.

Puściłem go, a on opadł na mokrą od krwi posadzkę.

Był blady.

— To nie ja… Ja nie wiedziałem, Lucien…

Podszedłem do niego wolno.

— Wiedziałeś. Po prostu sądziłeś, że jestem zbyt zajęty, by to zauważyć.

Nachyliłem się.

— Wiesz, Ronan… mogłem się domyślić, że to pułapka. Cały ten burdel był zbyt oczywisty. Chciałem jednak zobaczyć, jak wygląda wasze dno.

Przechyliłem głowę.

— I powiem ci jedno. Nie zrobiło to na mnie wrażenia.

Zamilkł i nawet nie mrugnął.

— Dzisiaj jest twój szczęśliwy dzień — kontynuowałem cicho. — Możliwe, że najszczęśliwszy w całym twoim bezwartościowym życiu.

Ronan drżał. Nie udawał już spokoju.

— Potrzebuję tylko jednego — zbliżyłem się tak, że poczuł mój oddech na policzku. — Żebyś był wiadomością. Gdyby zmasakrowana siedziba waszego Sabatu nie wystarczyła…

Widziałem w jego oczach czystą panikę.

— Powiedz swojej kuzynce, że przyjdę po nią. I że nie zapukam.

Wytarłem krew z dłoni o jego jasną marynarkę. Powoli. Z namysłem.

Ronan nie wytrzymał. Cofnął się gwałtownie, niemal potykając o własne nogi, i rzucił się do ucieczki.

Odwróciłem się do Strażników.

Silvio wyszedł przed szereg.

— Dotarła wieść o ataku na Taverno — powiedział tonem niezmiennym jak stal.

Skinąłem głową.

— Wiem. Lana już mnie uprzedziła. — rzuciłem sucho. — Dowiedz się, czy mają ją Chevalierowie. Czy… Theo. Chcę tę informację natychmiast.

Silvio kiwnął głową.

Odwrócił się do Strażników i krzyknął tylko jedno słowo:

— Caccia!

Rozpłynęli się jak stado drapieżników.

Silvio zniknął za nimi.

Zostałem sam ze swoim rachunkiem.

Jeżeli mają ją Chevalierowie, znajdę ją szybko. Z nimi zawsze chodziło o rytuał, o pokaz, o gówno owinięte w flagę własnej wielkości.

Problem zaczynał się, jeśli uciekła z nim.

Theo Erso nie jest głupi.

Nie zabierze jej tam, gdzie nie mają sojuszników.

A sojuszników… cóż. Każdy, kto mógłby im pomóc, już nie żyje. Albo zaraz nie będzie.

Poza jednym wyjątkiem.

Zbyt bliskim, żeby go zignorować.

Ani Erso, ani Nora nie mają prawa wiedzieć, że ta ścieżka w ogóle istnieje.

Ale nie zaszkodzi złożyć wizyty.

Niektóre rachunki czekają latami.

Ten ma dokładnie osiemnaście.

I wreszcie jest szansa, żeby go wyrównać.

ROZDZIAŁ II

Bagno

Theo

Przeszłość nigdy nie umiera. Ona nawet nie minęła.

— William Faulkner

Nie wiem, czy to był krzyk Nory, czy trzask rozrywającego się powietrza. W jednej chwili wszystko się rozpłynęło — ciemność zamku, oddech nieśmiertelnego za drzwiami, dotyk jej dłoni zaciśniętej na mojej — a potem nie było nic.

Tylko ból. Napięcie w kręgosłupie, jakby ktoś przeciął mnie na pół i złożył na nowo. Świat rozdarł się, zgiął, zmienił kierunek. Czułem się, jakby każda kość próbowała wyłamać się z własnego stawu.

Upadłem na coś twardego i mokrego. Oddychałem błotem. W nozdrza uderzył mnie zapach stęchlizny, zgnilizny i… czegoś jeszcze. Czegoś dzikiego.

Zacisnąłem powieki. Serce waliło jak oszalałe, dzwoniło mi w uszach od ciśnienia. Próbowałem złapać oddech, ale powietrze było gęste. Cięższe niż powinno.

Przez chwilę nie ufałem własnym dłoniom. Palce drżały mi tak mocno, jakby nie należały już do mnie. Obraz falował, raz przybliżał błoto pod nosem, raz je oddalał, jakby świat nie mógł się zdecydować, czy mnie tu utrzymać.

Gdy spróbowałem wstać, kręgosłup zaprotestował tępym bólem, jakby ktoś próbował poskładać mnie z części, które nie pasowały do siebie od początku.

Zapadła cisza. Potem usłyszałem szelest.

Przetarłem oczy, próbując zlokalizować źródło dźwięku, i wtedy ją zobaczyłem — kilka metrów dalej, leżącą w błocie, z rozwianymi włosami i twarzą pobladłą jak kreda.

— Nora! — rzuciłem się w jej stronę, ślizgając się po rozmokłej ziemi. — Jesteś cała?!

Nie odpowiedziała od razu. Miała szeroko otwarte oczy, ale jej wzrok był gdzie indziej. Powoli wracała do siebie, jakby dopiero przypominała sobie, że wciąż ma ciało.

Skinęła głową.

— Gdzie my jesteśmy?

Rozejrzałem się. Ciemnozielona ściana drzew, gęsty mech, paprocie. Było duszno i lepko, a powietrze tak ciężkie, że każdy wdech palił płuca. Żadnych śladów cywilizacji.

— To… nie jezioro — wyrwało mi się.

— Poważnie, Theo? — jej głos był słaby, ale sarkastyczny.

Pomogłem jej usiąść. Błoto wokół wciągało nas po kostki, czasem po kolana. Mokre trawy smagały po twarzach. Komary rzucały się jak wygłodniałe wilki.

Wstałem, wytarłem ręce o swój sweter, próbując przywrócić sobie choć odrobinę kontroli.

— Wiem, jak działa moja teleportacja. Wiem, gdzie miałem nas zabrać. Ale to nie jest Taverno, Nora. To nawet nie są Włochy. To…

Zawiesiłem głos. Nie chciałem tego mówić. Nie chciałem w ogóle dopuścić tej myśli.

Zerknęła na mnie spod mokrych włosów.

— To nie ty — powiedziała cicho. — Ja to zrobiłam, prawda?

Nie odpowiedziałem od razu. Wciąż próbowałem uwierzyć w to, co podpowiadała mi logika.

— Nie wiem, jak — dodałem po chwili — ale ty nas tu ściągnęłaś.

— Nie chciałam.

— Wiem, Nora.

To właśnie było najbardziej przerażające. Bo to, co się wydarzyło, nie było zamierzone ani świadome. Było instynktowne.

Szliśmy przez las, a raczej przez bagno, które udawało las. Buty zapadały się w mokry grunt, każdy krok brzmiał jak siorbanie, a gęste powietrze dusiło jak gruby koc narzucony na twarz.

— Masz jakiś plan? — rzuciła w końcu.

— Znaleźć cywilizację. Drogę. Cokolwiek.

— A potem?

— A potem się zastanowimy.

— Brzmisz, jakbyś miał wszystko pod kontrolą.

— Nie mam — odparłem spokojnie — ale mogę udawać, że mam.

— Świetnie — odetchnęła, a kącik jej ust uniósł się lekko. — To ja będę udawać, że ci wierzę.

Kiwnąłem głową, jakby to zamykało temat. Wcale nie zamykało.

Zaśmiała się pod nosem. Pierwszy raz, odkąd tu byliśmy. I może właśnie to mnie najbardziej uderzyło — że mimo błota, brudu, tego całego syfu… ona wyglądała na spokojniejszą. Jakby jej ciało wiedziało coś, czego moje nie chciało przyjąć.

Wtedy to zobaczyłem.

Zardzewiały znak. Ledwo widoczny, wciśnięty między korzenie drzew. Wyciągnąłem rękę i odgarnąłem mech. Litery były wypłowiałe, ale wciąż czytelne. Angielski.

LUIZJANA

Moje serce uderzyło gwałtownie. Przez chwilę miałem wrażenie, że ktoś kopnął mnie w klatkę piersiową.

— Theo? — Nora podeszła bliżej.

Odwróciłem się do niej powoli.

— Jesteśmy w Stanach Zjednoczonych.

Patrzyła na mnie, jakby nie rozumiała języka, którym mówiłem.

— Co?

— Teleportowałaś nas… przez ocean.

Usiadła w błocie bez słowa. Tak po prostu.

Czułem, jak serce próbuje wyrwać się z klatki. Moja magia miała granice. Obejmowała krótkie dystanse, nie kontynenty. Nawet dla mnie przeskok o kilometr kończył się zawrotami głowy i krwią w gardle. A teraz? Byliśmy tu bo w jednej sekundzie. Kilka tysięcy kilometrów dalej.

To nie miało prawa się udać. Nie mieliśmy prawa tego przeżyć.

Spojrzałem na nią, na jej mokre włosy, na błoto, które kleiło się do skóry. Wyglądała jak zwykła dziewczyna, a jednak… zrobiła coś, co wykraczało poza wszelkie reguły, które znałem.

I wtedy zrozumiałem, że to nie miejsce mnie przerażało.

Tylko to, co właśnie zrobiła.

***

Szliśmy w milczeniu, ale bagna nie pozwalały o sobie zapomnieć. Każdy krok wciągał, lepił, szarpał. Gałęzie rysowały skórę, jakby celowo, a powietrze… to nie było powietrze, to był gorący, ciężki, słodkawo zgniły syrop. Oddychanie bolało.

— Musimy wejść wyżej — powiedziałem w końcu, rozglądając się po gąszczu. — Jeśli zacznie lać, te bagna nas połkną, a ja nie mam siły nas znowu przenosić.

Nora sapnęła cicho, próbując wytrzepać błoto z rękawa.

— Mam ochotę zwymiotować samym myśleniem o tym — mruknęła. — Więc idźmy, zanim zacznę rzygać magią.

Szliśmy dalej. A ja nie mogłem przestać myśleć o tamtej chwili. O teleportacji.

Całe życie ćwiczyłem, jak przesunąć się o trzydzieści metrów. Maksymalnie. Zawsze sam.

Próbowałem z Jane — nigdy się nie udało.

Za każdym razem, kiedy próbowałem skoczyć dalej, kończyło się krwią z nosa i bólem w czaszce, jakby mi ktoś wsadził dłonie do środka i rozrywał nerwy. Raz obudziłem się z drętwymi nogami, innym razem przestałem widzieć na godzinę. Wiedziałem, że gdybym spróbował jeszcze raz, mogłoby się to skończyć trwale — paraliżem, ślepotą, może gorzej.

Nora zrobiła to pierwszy raz w życiu i przeniosła nas przez jebany ocean.

Z Włoch do Luizjany.

Bez przygotowania.

Bez wiedzy.

Tak po prostu.

Jakby łamała wszystkie prawa, o których ja uczyłem się całe życie.

Nie bałem się jej.

Bałem się o nią.

Bo za coś takiego płaci się wysoką cenę.

I wtedy pojawiło się pytanie, które paliło mnie od środka, dlaczego tu?, dlaczego bagna? Nie znała tego miejsca. Nigdy tu nie była. Nawet ja nie miałem pojęcia, gdzie dokładnie jesteśmy, dopóki nie zobaczyłem zardzewiałej tablicy.

Nie potrafiłem tego pojąć.

Zewsząd dochodziły dźwięki, których nie dało się nazwać. Plusk gdzieś w ciemności. Trzask gałęzi. Krótkie, mokre szuranie, jakby coś pełzło tuż pod powierzchnią bagna. Owady nie brzęczały już w tle. Atakowały. Wchodziły do oczu, siadały na karku, wbijały się w skórę z uporem, jakby całe bagno żywiło się krwią wszystkiego, co odważyło się przez nie przejść.

Im dalej szliśmy, tym bardziej miałem wrażenie, że bagno nas obserwuje. Nie w metaforycznym sensie. Naprawdę.

Każdy plusk pod butem, każdy ruch gałęzi i każdy cień między drzewami zdawały się częścią czegoś większego, co od początku wiedziało, że tu jesteśmy.

Szliśmy już długo, za długo. Wilgoć wdzierała się pod ubrania, błoto ciągnęło w dół. Oboje byliśmy brudni, zmęczeni, na skraju wyczerpania.

Korzenie wychodziły z ziemi, jak kości przebijające skórę, poskręcane i śliskie od wilgoci.

— Uważaj — powiedziałem, kiedy po raz kolejny poślizgnęła się na mokrym konarze. — Jeszcze wylądujesz twarzą w błocie.

— Theo, nie mów mi, co mam robić — odburknęła bez odwracania głowy.

— Staram się pomóc.

— Nie prosiłam o pomoc.

— To nowość.

Zatrzymała się gwałtownie. Ziemia pod jej stopami zachlupotała głucho.

Odwróciła się powoli, twarz miała wykrzywioną grymasem znużenia i złości. Jej oddech był płytki, dłonie zacisnęła w pięści.

— Serio? Będziemy się teraz bawić w pasywno-agresywny ping-pong? — zapytała niskim głosem.

— Ty zaczęłaś.

— A ty nie umiesz skończyć.

Zacisnąłem zęby.

Zrobiliśmy sobie piekło na środku bagna. Gratulacje.

Chciałem odpowiedzieć czymś uszczypliwym, ale zamiast tego wziąłem głęboki, gorzki oddech.

Spojrzałem na nią. Była uparta jak zawsze. Ociekała błotem i trzęsła się z zimna.

I po prostu powiedziałem:

— Przepraszam — mruknąłem w końcu — że nie umiesz żyć beze mnie, choć tak bardzo chcesz.

Tylko brew jej drgnęła. Cisza zawisła między nami, ciężka jak błoto, w którym staliśmy. Rozchyliła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale ostatecznie prychnęła i syknęła:

— Tralalala.

To jedno słowo było absurdalne, wkurwiające i wręcz piekielne. Znam je od dziesięciu lat i zawsze oznaczało to samo — koniec dyskusji, Theo. Masz rację, ale spierdalaj.

Uśmiechnąłem się pod nosem. Nawet w tym bagnie, nawet teraz, wciąż potrafiła mnie tym rozbroić.

Kiedyś to słowo kończyło głupią kłótnię, złośliwość, dzień, który i tak dało się jeszcze naprawić. Tutaj zabrzmiało jak resztka świata, do którego już nie mieliśmy jak wrócić.

Byliśmy kilka tysięcy kilometrów od domu, a ja po raz pierwszy naprawdę nie wiedziałem, jak nas stąd wyciągnąć.

Przez jakiś czas szliśmy bez słowa. Odruchowo złapałem ją za przedramię, kiedy grunt nagle osunął się pod nią przy jednym z korzeni. Po sekundzie strąciła moją dłoń. Kilka kroków później to ona zatrzymała mnie krótkim ruchem ręki, zanim wlazłem prosto w ciemną wodę ukrytą pod warstwą mchu.

Otaczały nas drzewa. Nienaturalnie ciche. Jakby coś je uciszyło.

I wtedy to poczułem.

Nie był to dźwięk ani zapach. To była obecność.

Coś było z nami w lesie.

Coś, co wiedziało, że tu jesteśmy.

I właśnie przestało się ukrywać.

Szeleszczenie. Najpierw ledwo słyszalne. Potem coraz intensywniejsze, szybsze. Jakby coś biegło między drzewami, krążyło.

Zatrzymaliśmy się.

Nora zacisnęła dłoń na moim ramieniu.

— Theo… — szepnęła.

Nie odpowiedziałem.

W mroku błysnęły oczy. Potem drugie. I trzecie.

Niskie sylwetki. Przesuwające się płynnie wśród krzewów. Krążyły wokół nas. Cicho.

Wilki.

Sześć. Może siedem.

Otoczyły nas.

— Nie ruszaj się — powiedziałem bezgłośnie.

Nora tylko kiwnęła głową. Ale nie była sparaliżowana strachem. Wpatrywała się w nie… z dziwną uważnością.

Jeden z nich zbliżył się do nas. Był ogromny: czarny, lśniący, z piaskowymi oczami. Przysiadł kilka kroków przed Norą i przechylił łeb.

Spojrzała mu prosto w oczy.

Wtedy ruszyły.

Wilki zatoczyły półokrąg. Nie rzuciły się — nie wprost. Po prostu… napierały. Powoli, metodycznie.

— Uciekajmy, Nora — wyszeptałem.

Ale ona się nie ruszyła.

— Nora, słyszysz mnie?

Zrobiła krok do przodu.

— NORA! — rzuciłem.

Nie zareagowała.

Podniosłem rękę. Moc zebrała się we mnie, jak napięcie w mięśniach przed ciosem. Chciałem je odepchnąć. Zatrzymać.

I wtedy Nora też podniosła dłoń.

W jednej chwili poczułem, jak mój własny impuls się rozprasza, jakby prąd przecięto w połowie.

Zamrugałem. Spojrzałem na nią.

— Nie rób tego, Theo — powiedziała i spojrzała na mnie stanowczo.

— Oszalałaś?!

Wtedy wilki zadrżały.

Najpierw jeden.

Potem drugi.

Drżenie przeszło przez ich ciała jak fala, która zaczyna się gdzieś głęboko w mięśniach i wychodzi na powierzchnię skóry. Łapy napięły się w błocie. Pazury wbiły się głębiej w ziemię.

Wilk stojący najbliżej Nory wydał niski, zduszony dźwięk — coś pomiędzy warknięciem a jękiem bólu.

Jego kręgosłup wygiął się nagle, jakby ktoś pociągnął go niewidzialną siłą od środka.

Trzask.

Kość przeskoczyła pod skórą.

Ciało wilka zaczęło się rozciągać w sposób, który nie miał nic wspólnego z naturalnym ruchem. Stawy przesuwały się jeden po drugim, jak zawiasy w źle dopasowanych drzwiach.

Trzask.

Trzask.

Łapy wydłużyły się nagle. Palce rozsunęły się, a pazury cofnęły się powoli, jakby wciągane w głąb ciała.

Sierść zaczęła znikać.

Cofała się pod skórę.

Pysk skracał się powoli.

Tylne łapy wyprostowały się gwałtownie.

I nagle nie były już łapami.

Były nogami.

Wilk stał teraz na dwóch kończynach, chwiejąc się lekko, jak ktoś, kto dopiero uczy się równowagi.

Pozostałe wilki robiły to samo.

Las wypełnił się dźwiękiem łamanych kości i ciężkiego oddechu.

Skóra przesuwała się po ciałach jak napięta tkanina. Ramiona wysuwały się z masy mięśni. Kręgosłupy prostowały się z kolejnymi suchymi trzaskami.

Zapach zmienił się nagle w silną woń sierści, krwi i potu.

A potem wszystko ucichło.

Tam, gdzie przed chwilą stały wilki, byli już nadzy ludzie.

Ich mokre włosy przyklejały się do karków i ramion. Ich klatki piersiowe unosiły się ciężko, jakby każdy oddech wciąż przypominał ciału, że jeszcze przed chwilą było czymś innym.

Tylko oczy się nie zmieniły.

Błyszczały w półmroku.

Dzikie. Czujne. Nienaturalnie jasne.

Zamarłem.

Bo już to kiedyś widziałem.

Było ich siedmioro: sześciu mężczyzn i jedna kobieta. Blizny, brud, mięśnie. Ich ciała parowały od ciepła i przemiany.

Zrobiłem krok w bok, osłaniając Norę.

Nie wyglądali na zdezorientowanych.

To my byliśmy tutaj obcy.

Zrobiłem krok w przód, unosząc dłoń w geście pokoju.

— Zgubiliśmy się — powiedziałem spokojnie. — Nie szukamy zatargów.

— Pachnie jak trup — warknął pierwszy z nich, wysoki, czarny, z siecią blizn na klatce piersiowej. — Czuć od niej śmierć.

— Uważasz nas za idiotów? — dodał inny, rudy chłopak. — Nieśmiertelna, przypadkiem błąkająca się po naszym lesie?

— Czuję magię — warknął trzeci, łysy, z głosem jak rozżarzone węgle. — Śmierdzi jak gnijąca krew.

— Pozwólcie nam odejść — powiedziałem stanowczo. — Nie mamy złych zamiarów.

— Jebany książę ciemności wysyła dzieci, żeby nas szpiegować? — splunął kolejny, starszy, z bruzdami jak pęknięcia drewna.

Zacisnąłem zęby.

— Nie chcemy nikogo skrzywdzić. Ale nigdzie z wami nie pójdziemy. Ostrzegam was.

Zaśmiali się. Twardo, krótko, bez cienia rozbawienia.

— Czekajcie — odezwała się najmniejsza z nich, brunetka o lazurowych oczach. Głos miała ostry, ale nie wrogi. — Nie wyglądają na groźnych.

— To nie ty decydujesz — powiedział łysy. — Roland zdecyduje, kto wchodzi. I kto wychodzi.

Zrobił dwa kroki w naszą stronę.

Wtedy Nora wyszła zza moich pleców i śmiało ruszyła w ich kierunku.

Zamarłem.

— Nora, co ty odpierdalasz? — syknąłem szeptem.

Ale ona patrzyła przed siebie. Nie na mnie. Nie na nich. Na coś dalej. Jakby widziała drogę, której nie było.

Nikt jej nie zatrzymał.

Przeszła między nimi — jakby należała tu od zawsze.

— Cisza — warknął postawny mężczyzna z ciemnymi oczami i siwą brodą, największy z nich. — To Roland zdecyduje, co z nimi zrobić.

— Ona jest Nieśmiertelna — wycedziłem. — Nie złapiecie jej bez łańcuchów.

— A kto mówi, że musimy ją łapać?

Nieśmiertelna. Potężna. A jednak szła za nimi jak dziecko we śnie. A oni się rozstąpili. Jakby czekali.

Patrzyłem, jak znika wśród obcych ciał, wśród cieni i ciemności bagna.

Zacisnąłem pięści. W moim gardle narastał krzyk. Ale nie byłem w stanie go z siebie wydobyć.

Po prostu poszedłem za nią.

Nie miałem innego wyjścia.

***

Z bliska obóz wyglądał inaczej, niż się spodziewałem.

Było coś surowego w tych ludziach, coś pierwotnego — ale nie dzikiego. Nie brud, nie smród, nie zdziczenie, tylko ciężka, fizyczna codzienność. Drewno. Skóra. Ogień. Głosy. Zgrzyt metalu. Ślady życia. Ostre, bezkompromisowe rytmy wspólnoty.

Ogniska. Drewniane platformy rozpięte między drzewami. Śmiech dzieci, biegających boso między drzewami. Kobieta taszcząca wiadro z wodą. Ktoś ostrzący nóż o kamień. Mężczyzna bez koszuli, który szorował zbutwiałą deskę jakimś zielskiem. Dym unosił się powoli, gryząc w oczy. Wilgoć była wszechobecna.

I wszystko to… ucichło, gdy tylko nas wprowadzili.

Czułem na sobie dziesiątki spojrzeń.

Powietrze było gęste. Nie tylko od dymu — od czegoś więcej. Od napięcia. Nieufności. Każdy, kto nas mijał, patrzył. Jeden z mężczyzn splunął w moją stronę, nie przerywając rąbania drewna.

Dwóch chłopaków, może dziesięcioletnich, siedziało przy ognisku i próbowało coś zrobić z kawałkiem mięsa. Jeden z nich zauważył nas i szturchnął drugiego.

— Patrz.

Starsza kobieta siedząca obok odwróciła się powoli.

Jej ręce były zajęte szyciem skóry grubą igłą. Materiał był twardy, więc za każdym razem, gdy przebijała go igłą, jej dłonie napinały się mocno.

Spojrzała na Norę.

I przestała szyć.

Nie pasowaliśmy tu.

— Nie spuszczaj oczu z ziemi — rzucił największy z Dzikich. — Patrzysz komuś w oczy, to jakbyś prosił się o kłopoty.

Nie odpowiedziałem. Ale nie zamierzałem spuszczać głowy.

Byłem gotów zginąć, jeśli trzeba.

Zatrzymali nas dopiero na skraju największego ogniska. Ogień buchał żywym żarem, a wokół niego stali ci, którzy — jak szybko zrozumiałem — decydowali tutaj o wszystkim.

Mężczyzna, który podszedł, był wysoki i barczysty. Miał może czterdzieści lat, choć jego twarz wyglądała na dużo starszą. Miał oczy czarne jak smoła, twarz pooraną zmarszczkami i bliznami, ciężki oddech.

Władza emanowała z niego jak fala gorąca. Wystarczyło jedno jego spojrzenie, a nawet dzicy się cofali.

Stanął naprzeciw nas. Spojrzał na mnie. Jego wzrok był chłodny i przeszywający.

— Co to, kurwa, jest? — zapytał chłodno, jakby mówił o padlinie. — To ci z lasu?

Rudy przytaknął.

— Wleźli na nasze terytorium, Rolandzie. Dziewczyna przyszła sama. Chłopak… próbował ją zatrzymać.

Mężczyzna zmrużył oczy. Zrobił krok w moją stronę.

— Mów — rozkazał. — Kim jesteście?

Otworzyłem usta, ale w tym samym momencie poczułem, że Nora się cofa. Zasłoniłem ją instynktownie.

— To pomyłka — powiedziałem spokojnie. — Nie mieliśmy zamiaru tu trafić. Nie wiedzieliśmy, że to wasz teren.

Roland podszedł bliżej, ale nie wyglądał na zaskoczonego. Jego twarz była skupiona, nieufna. Nie zszokowana — bardziej gotowa.

— Skąd się tu wzięliście? — zapytał twardo, spoglądając na mnie ostro.

— Nie planowaliśmy tu trafić. Ale jesteśmy. I nie zamierzamy nikomu wchodzić w drogę.

— To ty ich przyprowadziłeś? — rzucił do najpostawniejszego z mężczyzn.

— Znaleźliśmy ich na bagnach. Byli sami — odparł.

— W środku naszych lasów? Bez tropu? — warknął. — Pieprzone szczury. Nie ma przypadków.

Spojrzał na Norę. I wtedy to zobaczył.

Jej oczy.

Cofając się, zamrugał.

— Bursztyn — syknął. — Wiedziałem. To jego suka.

— Jeszcze jedno słowo — powiedziałem to takim tonem, że sam usłyszałem, jak ludzie w kręgu wstrzymali oddech.

Roland wpadł we wściekłość.

— Książę trupów wysyła swoje szczury, bo sam się boi wdepnąć w błoto? — splunął z odrazą na ziemię.

Nie musiałem pytać, o kogo chodzi. W jego tonie słychać było pogardę, gniew i strach.

Lucien.

— Nie mamy z nim nic wspólnego — powiedziałem.

— Tak? A co robi tu jego suka z bursztynowym spojrzeniem?

Zadrżała mi dłoń. Magia zebrała się pod skórą, pulsowała w karku, gotowa rozerwać ciszę. Czułem, że wystarczy impuls, abym jej użył.

Za plecami Rolanda pojawiła się starsza kobieta. Włosy miała splecione w gruby, jasny warkocz. Stała między Rolandem a pozostałą częścią Dzikich. Obserwowała. Nie ruszała się. Tylko patrzyła. Prosto na Norę.

Ale nikt nie zwracał na nią uwagi.

Bo Roland podszedł o krok bliżej.

— Chcesz, żebyśmy ją zapakowali i wysłali Lucienowi w pudełku? — rzucił z półuśmiechem. — Myślisz, że nie rozpoznam jego smrodu? Pachnie od niej jak z jego sypialni.

Zacisnąłem pięści.

— Zamknij się, kurwa — powiedziałem groźnie. — Jeszcze chwila, a będziesz wypluwał własne zęby.

Roland tylko się szerzej uśmiechnął.

— A więc książę ma gwardzistę.

Zrobiłem krok w przód.

— Nie jestem jego gwardzistą.

Zawiesiłem głos. Spojrzałem mu prosto w oczy.

— Ale zabiję cię, jeśli spróbujesz jej dotknąć.

Spojrzał na Dzikich, którzy nas przyprowadzili. A potem prosto na mnie. Długo. Za długo.

— Zabić ją — powiedział. — Odciąć głowę. Dla Luciena.

Słowa nie zdążyły opaść.

Podniosłem dłonie.

Spojrzałem na Norę. Ona zrozumiała w sekundę — zrobiła krok w tył, chowając się za mnie.

Dopiero wtedy go zmiotłem.

Fala uderzyła w niego z potężną siłą — odrzuciło go kilka metrów w tył, runął jak kłoda, a wokół nas zawyło powietrze. Grunt zachrobotał, tłum się cofnął, jakby ciężar upadku przeszedł przez każdego.

Dzicy zamarli.

Wzrok każdego skierował się na mnie.

Ziemia drgała jeszcze pod stopami, powietrze iskrzyło od resztek mojej magii, a oni… patrzyli. Dzicy. Z bliznami, z gołymi torsami, z oczami świecącymi jak u zwierząt. Patrzyli na mnie, ale nie z lękiem. Z oceną, jakby ważyli, czy warto mnie zabić, czy może lepiej najpierw połamać.

A potem… rozszedł się głos.

— DOŚĆ!

To już nie ja byłem w centrum, tylko ta kobieta.

Patrzyła wprost na Norę.

Z takim szokiem, jakby widziała ducha.

Wszystko, absolutnie wszystko stanęło w miejscu.

Wszyscy spojrzeli na kobietę, która stanęła w pełnym świetle ognia.

Była inna niż reszta. Nie nosiła swoich ran jak odznak. Miała w sobie coś… nieprzejednanego. Czystego jak ostrze.

— Dość — powtórzyła wolniej.

Roland podnosił się z ziemi. Kaszlnął, splunął błotem. Miał zaschniętą krew na wardze. Chciał się rzucić, ale spojrzał na nią i… zawahał się. Tylko przez ułamek sekundy. Ale ja to zobaczyłem.

— Kim jesteś, żeby mi rozkazywać? — warknął. — Nie rządzisz tu już, starucho!

— Spójrz na nią — powiedziała cicho, z lodowatą stanowczością. — Nie na mnie. Na nią. I przestań się w końcu kompromitować.

Wszyscy zrobili to samo.

Spojrzeli na Norę.

Stała nieruchomo. Ale w jej oczach… coś się działo. Miała rozszerzone źrenice. Jakby coś ją uderzyło od środka.

A wtedy kobieta podeszła wolno. Bez strachu. Bez pośpiechu. Przeszła obok mnie, jakbym był duchem. Zatrzymała się tuż przed Norą.

Spojrzała jej w twarz.

Zamarła.

W powietrzu zapanowała cisza — gęsta, napięta, jakby sama wilgoć przestała parować.

— Layla? — wyszeptała. Jej głos zadrżał, prawie niedosłyszalny.


Nora poruszyła się lekko.

Zmarszczyła brwi.

— Co…?

— Layla…? — powtórzyła kobieta, tym razem głośniej.

Zerknąłem na Norę. Jej twarz była bez wyrazu — jakby to słowo nic jej nie mówiło.

— Ja… nie wiem, o czym pani mówi — wyszeptała Nora. Jej głos był miękki, zdławiony.

Kobieta patrzyła na nią jeszcze chwilę — po czym nagle zbliżyła się bez agresji czy lęku. Z czymś innym w oczach.

Jej wzrok zatrzymał się na łańcuszku na szyi Nory.

Brudny, porysowany, ale wciąż ten sam: stary, złoty, z medalikiem. Z wyrytą literą „B” na odwrocie. Kołysał się lekko na nitce światła.

W oczach kobiety błysnęło coś ostrego. Jakby ją uderzono.

— To… — wykrztusiła. — To… należało do mnie…

Podeszła jeszcze bliżej. Ręce zaczęły jej drżeć. Sięgnęła do łańcuszka — z wahaniem, delikatnie, jakby bała się, że zniknie.

— Skąd… skąd to masz?

Nora odsunęła się nieznacznie, zaskoczona.

— Mam go, odkąd pamiętam — powiedziała, z trudem formułując słowa. Odruchem uniosła dłoń do szyi, jakby dopiero teraz poczuła ciężar złota, które nosiła od zawsze. — Był… zawsze. Miałam go, gdy…

Spojrzała na mnie.

— Miała go od dziecka. Odkąd ją pamiętam — dokończyłem za nią.

I wtedy to do mnie dotarło.

Medalik.

Widziałem ten medalik setki razy.

Schowany pod swetrem, wciśnięty między obojczyki, kiedy zasypiała na kanapie, kiedy śmiała się z Cass, kiedy wracała z deszczu przemoczona do suchej nitki.

Był tak oczywisty, że przestałem go widzieć.

A teraz nagle palił mnie w oczy.

Nora nigdy go nie zdejmowała. A z tyłu, na odwrocie… jedna litera.

B.

Zawsze brałem to za przypadek. Albo jakiś sentymentalny drobiazg z dzieciństwa.

B.

Jak Beaumont.

Zrobiło mi się zimno. Jakby całe to duszne powietrze nagle wyparowało, a w jego miejsce weszła świadomość.

Ród Beaumontów.

Najstarszy.

Najpotężniejszy.

Pierwszy ród Dzikich.

Wiedziałem już, kim jest kobieta stojąca przed nami.

I wiedziałem, co to znaczy.

Lucien nigdy mi nie powiedział, kim jest ojciec Nory. Nigdy. I nagle zrozumiałem dlaczego.

Nie chodziło o ochronę. Ani o sekrety.

Chodziło o to, że prawda była zbyt niebezpieczna. Nawet jak na niego.

Spojrzałem na Norę.

Nie rozumiała jeszcze. Ale była blisko.

Spojrzałem na kobietę.

Odetchnęła — ale to nie był oddech ulgi.

To był oddech człowieka, który właśnie runął w sam środek przeszłości.

W jej oczach była już tylko jedna rzecz.

Prawda.

I wtedy mnie uderzyło: ten warkocz, światło świecy, noworodek w ramionach. Ten śmiech przez łzy, który widziałem wtedy, kiedy próbowałem nas przenieść. Myślałem, że to był przypadkowy obraz.

Ale nie był.

To była ona.

Ta kobieta.

Matka Rolanda.

Babcia Nory.

Poczułem, jak krew pulsuje mi w skroniach.

Nora nie teleportowała nas do miejsca. Przeniosła nas do niej. Do kobiety, której nigdy wcześniej nie widziała świadomie, ale która nosiła ją na rękach.

Do swojego pierwszego wspomnienia.

Nagle rozległ się jego głos. Twardy jak kamień.

— Co to za pierdolony teatr? — warknął Roland. — Powiedziałem, odciąć jej łeb. Czego nie zrozumieliście?

— Spójrz na nią, głupcze — warknęła kobieta, a w jej głosie drżała wściekłość, nie łzy. — Spójrz na nią, Rolandzie. Otwórz w końcu oczy, zanim zrobisz coś, czego nie da się cofnąć.

— Co ty pieprzysz? — warknął Roland. Jego głos był jak zgrzyt żelaza po betonie.

Kobieta nie odpowiedziała od razu. Jej oczy — jasne, przenikliwe — utkwiły w Norze, jakby patrzyła przez nią aż do samego początku.

— To twoje dziecko. Twoja krew.

W obozie zapadła cisza jak przed burzą.

Tylko ogień skwierczał cicho, jakby nie wiedział, że zaraz wszystko eksploduje.

— Bredzisz — syknął Roland. Kręcił głową, ale jego wzrok nie odrywał się od Nory. — Znowu ci się coś popierdoliło.

— Spójrz na nią, idioto — powiedziała, tym razem bez cienia łagodności. Jej głos był lodowaty, bezdyskusyjny. — Jest zdjęta z Lucy. Widzisz to. Każdy to widzi.

Roland patrzył.

Zmarszczki na czole pogłębiały się z każdą sekundą.

A potem… spojrzał jeszcze raz.

Tym razem nie tylko na twarz.

Na całą sylwetkę.

Na coś, czego nikt inny nie widział.

W jego oczach coś drgnęło.

To nie była litość. To było coś znacznie gorszego — rozpoznanie.

— Lucy… uciekła — warknął. — Zniknęła. Sama. Zdradziła.

— Mylisz się, synu — odpowiedziała kobieta powoli. Jej słowa spadały jak kamienie.

Zamarłem. Nora stała obok mnie nieruchomo, jakby każdy mięsień w jej ciele odmówił posłuszeństwa.

Wszyscy patrzyli.

— Ona nie uciekła. Ja ją ukryłam. Z twoim dzieckiem w brzuchu.

Ktoś jęknął. Jakaś kobieta zakryła usta dłonią.

Chłopiec, który jeszcze przed chwilą biegał przy ognisku z patykiem, stał teraz z szeroko otwartymi oczami.

Złapałem Norę za rękę.

Drżała.

Spojrzała na mnie nieobecnym wzrokiem, jakby właśnie zaczęła się kruszyć od środka.

— Lucy urodziła twoje dziecko, Rolandzie. To była ostatnia rzecz, jaką zrobiła — ciągnęła kobieta. — A ja… ja oddałam wnuczce swój medalik. I zostawiłam ją z Lucienem.

To imię znów zawisło w powietrzu, choć nikt nie ważył się go powtórzyć.

— CO TY POWIEDZIAŁAŚ?! — ryknął Roland. Całe jego ciało drżało. Nie z szoku. Z furii.

Wataha cofnęła się o krok. To był czysty instynkt.

Nie potrzebowali wyjaśnień — ich ciała wiedziały pierwsze, że zaraz poleje się krew.

— Ukryłam ją przed tobą! — krzyknęła, bez śladu żalu w głosie. — Wiedziałam, że ją wydasz. Że pójdziesz z tym do Chevalierów. Nie mogłam na to pozwolić.

W jej głosie nie było już miejsca na odwrót.

Ogień odbijał się w jej oczach.

— Ale to twoja córka, Roland. Twoja krew.

Przez ułamek sekundy nie było żadnego dźwięku.

Nora patrzyła w ziemię.

Jakby próbowała znaleźć pod warstwą błota cokolwiek, co mogłoby ją uratować.

Ale nie było tam nic — tylko brud i prawda.

A potem Roland znowu się odezwał.

— To… — zaczął, ale głos mu zadrżał. Wziął wdech, ścisnął pięści, zgiął kark. I wtedy wypluł to słowo jak jad. — To nie jest moje dziecko. To abominacja. W najczystszej postaci!

Kobieta zrobiła krok naprzód.

W całym jej ciele była determinacja. Nie strach.

— Roland…

— ZAMKNIJ SIĘ! — ryknął. Tak głośno, że ptaki zerwały się z drzew.

W jego oczach była nienawiść. Prawdziwa, stara jak świat. Nie do swojej matki, nie do Nory — do tego, że czuł.

— Zapłacisz za to matko — warknął niskim głosem. — Jeszcze przyjdzie twoja pora.

Obrócił się nagle w stronę Watahy.

A potem zerknął na Norę.

Jego oczy płonęły jak ogień.

— PRZYNIEŚCIE MI JEJ ŁEB!

ROZDZIAŁ III

Przysięga

Nora

Władza nie jest dana. Władza jest brana.

— George R.R. Martin

Nie wiedziałam, co mnie bardziej uderzyło krzyk czy cisza po nim.

Wszystko stało się nagle.

Roland wrzeszczał, Theo stał w napięciu, a ja próbowałam nie zwymiotować z nerwów. Czułam drżenie ciała, choć byłam kompletnie nieruchoma.

Widziałam, jak ta kobieta rusza w jego stronę. Powoli. Ramiona trzymała nisko, ale nie było w tym uległości. To był spokój, który nie koi, tylko zapowiada burzę.

— Nie musisz tego robić — powiedziała. — To jest twoje dziecko, do jasnej cholery!

— Nie. To nie jest moje dziecko. — Słowa przecięły przestrzeń jak nóż. — To hańba zrodzona z pomyłki.

Mój własny „ojciec” właśnie wydał na mnie wyrok śmierci. Miałam oczy przypominające mu kogoś, kogo nienawidził, a krew, która we mnie płynęła, nie była dla niego wystarczająco czysta.

— Jesteś gotowa zginąć za nią? — zapytał z drwiącym uśmiechem. — Serio? Za tę trupią, małą sukę?

Zacisnęłam zęby. Gdybym mogła, rzuciłabym się na niego. Ale nie zrobiłam nic. Patrzyłam i słuchałam, jak mój biologiczny ojciec nazywa mnie „trupią, małą suką”.

— Lepiej umrzeć za nią, niż patrzeć, jak staczasz się do poziomu swojego ojca.

Wtedy zrobił coś czego się nie spodziewałam, splunął jej pod nogi.

— Powiedz to jeszcze raz — wycedził.

— Jesteś jego kopią — odpowiedziała spokojnie.

— Może silniejszą. Może bardziej wygadaną. Ale tak samo ślepą. Tak samo dumną. — Zrobiła krótką pauzę. — Tak samo durną.

Nie sądziłam, że kiedyś będę świadkiem dyskusji mojej rodziny o tym, czy warto mnie zabić — na głos. Przy świadkach.

Roland był bliski furii. Widziałam, jak drży mu kark, jak palce zaciskają się na biodrach.

Dzicy spojrzeli po sobie szybko i nerwowo, sprawdzając, kto stoi po stronie Rolanda, a kto Johanny.

To przestała być rozmowa.

Johanna nie patrzyła już na Rolanda. Jej wzrok przesunął się w stronę lasu — jakby dostrzegła coś, czego inni jeszcze nie widzieli.

Theo też tam zerknął, a jego twarz stężała. W sekundę mechanicznie przesunął mnie za siebie, jakby wiedział, że zaraz coś się wydarzy.

Spojrzałam w tę samą ciemność, ale nie zobaczyłam nic.

— Dość tego! — warknął Roland, rozglądając się po zgromadzonych. — Kurwa, patrzcie na nią. Z jego smrodem na skórze. Czy nikt z was nie widzi, że ona jest skazą? Że przez tę małą sukę wszyscy zginiemy?

To było jak policzek. Nie ruszyłam się. Czułam tylko, jak Theo napina się obok mnie. Nigdy nie widziałam w jego oczach takiej mieszaniny pogardy i obrzydzenia, jakie miał patrząc na Rolanda. Nigdy wobec nikogo.

Roland splunął w ziemię.

— Półgnój. Plugastwo. Pośmiewisko dla całego rodu.

I wtedy kobieta wypowiedziała słowa z taką mocą, że cały obóz zamarł.

— Wzywam cię do walki, Rolandzie Beaumont.

Roland spojrzał na nią, jakby oszalała.

— Co ty pierdolisz?

— Wzywam cię do rytuału o przywództwo watahy — powtórzyła powoli, dokładnie. — W imię krwi. W imię przodków.

Kilku Dzikich wstało. Rozległy się szepty.

Słowo „rytuał” ścisnęło mi żołądek. Ostatnim razem rytuał skończył się dla mnie kulką między oczy i pobudką z nowymi tęczówkami.

Roland tylko się uśmiechnął. Ale w tym uśmiechu nie było nic z człowieka.

— Ty nie masz prawa mnie wyzwać.

— Urodziłam cię. Karmiłam. Wychowałam. Byłam żoną Alfy. Masz rację — nie rządzę tu już. Ale to miejsce nie należy do ciebie.

Zamilkł na chwilę.

— W porządku — powiedział w końcu. — Rytuał ma swoje prawa.

— Miles — rzucił, bez odwracania się.

Z ciemności wyłonił się mężczyzna. Masywny, z blizną przez pół twarzy. Za nim ruszyła grupa Dzikich, jakby wyczuła moment. Czułam, jak ludzie wokół zamarli, jak napina się w nich złość, strach, może oczekiwanie.

— To mój reprezentant. — Roland wskazał głową na Milesa, który rozprostował palce z cichym trzaskiem. — Jeśli ona chce rytuału, niech ma rytuał.

Theo zerknął znowu w stronę lasu. Szybko, nerwowo. Brwi ściągnęły mu się na sekundę, ale nic nie powiedział. Spojrzałam na niego pytająco, lecz nie odpowiedział. Wzrok wciąż uciekał mu między drzewa.

— No proszę. Dochodzimy do najlepszego momentu tej farsy. Kto, do kurwy nędzy, ma cię reprezentować? Las? Przodkowie? Duch święty?

Jej głos przeciął powietrze.

— Lucien Moretti.

Słowa Johanny zawisły w powietrzu.

Przez sekundę nikt się nie odezwał.

— Lucien… — usłyszałam za sobą przerażone szepty.

Coś było nie tak.

Nie w nich.

W powietrzu.

Las nagle ucichł.

Nie tak jak zwykle, kiedy zwierzęta się chowają.

Głębiej.

Jakby coś większego weszło na ich terytorium.

Spojrzałam na Theo.

Nie patrzył na Johannę ani na Rolanda.

Patrzył w las.

Już trzeci raz.

Tym razem nie udawał, że to przypadek.

Jego szczęka się napięła.

Palce drgnęły przy udzie.

— Theo…? — szepnęłam.

Nie odpowiedział.

Powietrze zgęstniało.

Owady ucichły.

Zapadła absolutna, nienaturalna cisza.

Nawet ogień przygasł na moment, jakby ktoś go przydusił dłonią.

I wtedy zrozumiałam.

On już tu był.

Roland roześmiał się — pusto i nieprzyjemnie.

Coś za nim zaszeleściło.

Miles nie zdążył się nawet odwrócić.

Lucien pojawił się za nim w ułamku sekundy.

Bez słowa zlał się z jego cieniem.

Widać było tylko ruch ręki, szarpnięcie i krew.

Usłyszałam dźwięk rozrywanego mięsa.

Miles upadł z dziurą w piersi.

Roland… zamarł.

Nikt się nie poruszył.

Przez sekundę nic nie usłyszałam, jakby ktoś wyciął dźwięk ze świata.

Widziałam tylko jego ciało.

I rękę Luciena.

Reszta dotarła później.

Z lewej strony jedna z Dzikich odsunęła swoje dziecko za plecy. Ktoś inny wypuścił powietrze, jakby dopiero przypomniał sobie o oddychaniu.

Lucien stał nad ciałem, trzymając w dłoni serce Milesa, jakby właśnie rozwiązał jakiś banalny problem.

Spojrzał na Rolanda. Nie z pogardą, czy gniewem.

Ze znudzeniem.

Krew kapała powoli z jego dłoni, ciemna i gęsta. Uderzała o ziemię z cichym, mokrym dźwiękiem.

Zapach uderzył sekundę później.

— Ty… pierdolony… potworze… — wysyczał Roland, wskazując na niego drżącym palcem.

Lucien spojrzał na niego bez cienia emocji. Odgarnął z nadgarstka kroplę krwi, która spłynęła po jego palcach. Gdy się odezwał, brzmiał łagodnie. Prawie uprzejmie.

— Jeśli to miał być dowód twojej siły, Rolandzie, to dowiodłeś tylko, że jesteś kurewsko żałosny.

Dzicy zastygli.

Oczy Rolanda roziskrzyły się złością, kark napiął się jak struna. Wiedział, że przegrał.

— Jeszcze pożałujesz… — wypluł z siebie.

— Prawdopodobnie. — Lucien wzruszył ramionami. — Ale nie dzisiaj.

Krzyk wyrwał się z gardła Rolanda. Rzucił głowę w tył, a potem — rozdzierając ubranie — skoczył naprzód i w pół sekundy zmienił się w wilka. Ciemne futro błysnęło, pazury wbiły się w błoto, warkot przeszedł przez obóz jak prąd.

Wilk odwrócił się i pobiegł. Nie w stronę przeciwnika — w stronę lasu.

Uciekł.

Lucien nie poruszył się nawet o milimetr. Stał z tym samym spokojem, z jakim zabił Milesa. Tylko jego oczy — błyszczące, nieruchome — śledziły sylwetkę wilka znikającą wśród drzew.

A potem rozlała się fala.

Ludzi. Dźwięków. Ruchu.

Dzicy krzyczeli, bili brawo, rzucali się sobie w ramiona. Wszystko wybuchło naraz. Ryk śmiechu. Klepanie się po plecach.

Kobieta zniknęła w tłumie, przygarniana raz po raz.

Lucien zrobił krok, omijając kałużę krwi jakby był na spacerze w ogrodzie.

— A ja myślałem, że to dla mnie — mruknął — szkoda.

Żołądek podszedł mi do gardła tak gwałtownie, że przez sekundę widziałam tylko czerwień.

Wtedy zwymiotowałam.

Tuż obok ogniska. Na trawę. Na własne buty. Widziałam już wiele — za dużo jak na osiemnaście lat — ale trzymanie czyjegoś serca w dłoni jak przekąski z bufetu?

To był mój pierdolony limit.

***

Odeszliśmy od ogniska w milczeniu. Nikt nam nie zakazał, nikt nawet nie spojrzał. Dzicy byli w euforii, wiwatowali i śmiali się, jakby przed chwilą nie wydarzyło się nic poza świętem. Tu, na skraju obozu, gdzie gęstsze drzewa zasłaniały światło, a powietrze pachniało bagnem i dymem z wilgotnego drewna, było choć odrobinę ciszej.

Znaleźliśmy miejsce tuż przy zwalonym drzewie. Siedzieliśmy obok siebie, ale przez chwilę oboje baliśmy się odezwać. Theo zerknął na mnie kątem oka. Krótkie, szybkie spojrzenie, jakby sprawdzał, czy jeszcze oddycham. A ja nie potrafiłam zdecydować, czy chcę płakać, wrzeszczeć, czy zwyczajnie wyparować z tego pieprzonego lasu.

— Masz… może… chusteczkę? — zapytałam cicho, zrezygnowana.

Theo wyjął coś z kieszeni i bez słowa podał mi zmięty kawałek materiału. Nie miałam siły dziękować. Otarłam usta i dopiero wtedy na niego spojrzałam. Jego oczy błądziły między krwią a ogniskiem, jakby próbował ogarnąć, ile z tego było snem, a ile naszym nowym, pieprzonym życiem.

— On go po prostu… — zaczęłam.

— Tak — Theo skinął głową. — Po prostu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 18.9
drukowana A5
za 54.67