E-book
28.35
drukowana A5
78.74
IMAGO

Bezpłatny fragment - IMAGO


5
Objętość:
459 str.
ISBN:
978-83-8440-463-8
E-book
za 28.35
drukowana A5
za 78.74

Rozdział 1
Jan

20 października, środa

Patrzę na jej spokojną, śliczną twarz. Skórę ma cienką i bladą, prawie białą. To efekt zatrzymanego krążenia. Nie oddycha, to oczywiste. Nie muszę tego sprawdzać, ale robię to codziennie, mimowolnie, czyniąc z tego element porannego rytuału.

Zupełnie jak te kwiaty, które stawiam tak, by mogła je zobaczyć. Nie ujrzy ich, a ja po kilku dniach wyrzucę uschnięty wiecheć i zastąpię go nowym bukietem z marketu.

Zapłakałbym, ale nie mogę. Z pewnością nie mam już gruczołów łzowych. Jak to mówią: narząd nieużywany zanika.

Odgarniam jasny kosmyk z jej czoła, przy okazji dotykając pozbawionej rumieńców skóry. Zimnej. Najwyżej siedem, osiem stopni, ale to dlatego, że w chacie jest równie chłodno. Ciało leży wystarczająco długo, by jego ciepłota zrównała się z temperaturą otoczenia.

Mnie to zimno nie przeszkadza. I tak często wychodzę. Gromadzę zapasy. Ostatnia partia przyniesionych kartoników piętrzy się jeszcze na dębowej ławie. Upchnę je do spiżarni za chwilę. Teraz muszę przez moment odpocząć i zjeść. Wezmę coś z poprzedniej wyprawy. Tej, podczas której okradłem magazyn Erbsen Markt. Te produkty mają krótsze terminy przydatności. Wybieram liofilizowaną kostkę opisaną jako koncentrat owocowy. Oczywiście bazą tej pulpy nie są prawdziwe owoce. Zresztą, mam to gdzieś.

Siadam przy oknie i patrzę na pokryte świeżym śniegiem zbocza. Sypnęło w nocy — pierwszy raz tej jesieni. Stromizny dobrze trzymają puch, więc będę musiał uważać. Poczekać z opuszczeniem chaty, aż znów zacznie padać. W lesie prędko nie odkryją moich śladów, ale gorzej na otwartej przestrzeni.

Żuję powoli owocowego gluta, przesuwając wzrokiem po ostrej alpejskiej grani oddzielającej mnie od świata. Jest piękna, ale daleko jej do mojej majestatycznej góry. Tej jedynej. Tej, której szczyt wypalił się we wspomnieniach z dzieciństwa.

Zaczyna delikatnie prószyć. W nocy, jeśli nie zacznie wiać ciepły fen, temperatura może mocno spaść. Spoglądam na stertę drewna przy kominku. Rzecz jasna, nie zamierzam rozpalać ognia. Dym uniósłby się ponad drzewami, a tego muszę unikać. Przygotowany stos czeka na właściwy moment.

Rzucam pustym kartonikiem przez cały pokój do stojącego przy wejściu wiadra. Trafiam. Nie jest źle. Mimo nasilających się bólów dłoni i ramion nie straciłem koordynacji. Zaczynam się też przyzwyczajać do tego, że nadal chudnę.

Chyba ją przykryję. Wiem, że nie ma to większego znaczenia, ale nie chciałbym, by zamarzła.

Biorę stary, wypłowiały pled i dokładnie ją okrywam, pozostawiając twarz odsłoniętą. Niesforny kosmyk znów zsunął się jej na czoło. To pewnie przez przeciąg.

— Kocham cię.

Rozdział 2

5 kwietnia, poniedziałek

Decyzję podjąłem rano. Jutro udam się do punktu korekcyjnego, aby podnieść swój mnożnik. Pół dnia mielę to w głowie, szukając innego rozwiązania, ale go nie znajduję. W końcu skupiam się na pracy, bo nie widzę sensu dalszego roztrząsania tego postanowienia.

Podczas przerwy łączę się z matką i zapowiadam przyjazd na dzisiejszy obiad. Jak zwykle jest bardzo zadowolona. Obiecuje, że zrobi potrawkę z kurczaka, którą tak bardzo lubię.

Drób z ryżem lub z kaszą fonio to najczęstsze danie na wielu rodzinnych stołach, więc lubiłem je niejako z przyzwyczajenia. Znalazło się na czołowej pozycji głównie z powodu ceny. Zawsze podtrzymywałem iluzję, że mi smakuje, nie chcąc narażać domowego budżetu dziewczyn na niepotrzebne wydatki.

Po odpracowaniu swojej dziesiątki zegarowej wciskam się na stacji Vysočanská w tłum ludzi wypełniający wagon metra. Od Černego Mostu składy są już przepełnione, więc na moim przystanku nie zawsze udaje się wejść do pierwszego nadjeżdżającego pociągu. Dziś mam szczęście, nie tylko wsiadam, ale nawet udaje mi się chwycić kawałek wolnej poręczy. Rozglądam się.

O tej porze pudło pociągu wypełnione jest podobnymi do mnie nieszczęśnikami. Zmęczone twarze, skulone ciała przysypiające na stojąco, czekające na gong i zapowiedź stacji, na której wysiądą. Prawie nikt się nie odzywa, a mało kto spogląda na wiadomości wyświetlane na ekranach z folii grafenowej, naklejonych na co drugie okno.

Przed oczami mam swoją rękę trzymającą rurę. Widget zegara na wyświetlaczu bransolety wskazuje kwadrans po czwartej. Za oknem przesuwają się cienie tunelu, co jak zawsze działa na mnie usypiająco. Kołysany delikatnym bujaniem wagonu na boki, zapadam w płytki półsen. Już od wielu lat ten odcinek praskiego metra prosi się o pilny remont i wymianę szyn.

Zapowiedź przystanków nie działa prawidłowo, komunikaty emitowane są co dwie, trzy stacje. Przy każdym zatrzymaniu muszę więc obrócić głowę, aby kontrolnie spojrzeć na wyświetlacz z nazwą przystanku, i nie pozwalam sobie na zapadnięcie w głębszą drzemkę. Na którejś stacji, bodajże na Florencu, coś mocniej wybija mnie z odrętwienia. Chwilę trwa, nim odnajduję przyczynę: to wysoki, przygarbiony mężczyzna stojący w przednim segmencie i kurczowo trzymający się rury. Widzę tylko jego twarz oraz zaciśnięte na drążku dłonie, reszta kryje się za ścianą pasażerów. Całkowicie przeciętny, nijaki, ubrany — jak mi się wydaje — w za dużą bluzę z kapturem.

Zauważam go, bo się wyróżnia, mimo że usilnie stara się wtopić w tłum znużonych figur. Kaptur ma nasunięty na pochyloną głowę i kiwa nią w rytm kołysania się metra. To, co mnie do niego przyciągnęło, to jego oczy. Przymrużone, markujące przysypianie, ale cały czas czujnie zerkające na wszystkie strony. Jego głowa obraca się delikatnie i powoli, w harmonii z rytmem bujania, co umożliwia mu spoglądanie raz w tył, raz w przód wagonu. Długi rękaw bluzy naciągnięty aż do połowy dłoni zasłania jego bransoletę.

Zajmuje mu ze dwie minuty, nim odkrywa moje zainteresowanie. Wyraźnie się płoszy: kuli się jeszcze bardziej, opuszcza głowę i chowa twarz za dłońmi na rurze. Teraz widzę ledwie czubek jego kaptura.

Czuję się niezręcznie, bo w końcu nie mam powodu, żeby go nachalnie podglądać. Może to jakiś neurotyk albo inny nieprzystosowany społecznie osobnik. Powoli odwracam od niego wzrok, starając się, by wyszło to naturalnie. Jednak po chwili ciekawość zwycięża, więc dyskretnie znów zerkam w jego kierunku. Zniknął. Musiał przejść na przód. Zauważam go minutę później, gdy skład rusza z kolejnej stacji, a on przesuwa się za oknem.

Wzruszam ramionami sam do siebie. Mimo wszystko nie było to wystarczająco zajmujące zdarzenie, by dłużej nurtowało moje myśli.

Wracam do śledzenia cieni i świateł migających za szybą. Incydent rozbudził mnie jednak na tyle, aby powróciły poranne rozważania. Czekała mnie jeszcze rozmowa z dziewczynami, a ta mogła mieć różny przebieg, uzależniony głównie od nastroju April. Rozmowy o systemie zawsze tak na nią działały. Czasem czekały mnie wrzaski i pretensje, a czasem — dąsanie się o byle głupstwo.

A przecież nie palę się do zmiany mnożnika. Korekta nie jest ani przyjemna, ani obojętna dla ciała. Z jednej strony jestem świadom, że organizm dostanie w kość, że zmęczenie będzie większe, a dodatkowego czasu na regenerację nie dostanę. Bo niby skąd? Doba nadal będzie dwudziestoczterogodzinna. Z drugiej strony to tylko dodatkowe dziesięć procent. Jakoś się przyzwyczaję i za parę miesięcy będę traktował wszystkie zmiany naturalnie. Przekroczę jeden trzy, co podniesie mi poziom kwalifikacyjny i automatycznie wywinduje do grupy pracującej w egzoszkielecie. Chociaż samo to nie jest celem: bardziej zależy mi na podwyżce.

Coraz częściej wypłata nie pozwala mi na odłożenie nawet kilku punktów. „Eurogrosz” — tak w myślach od jakiegoś czasu nazywam unijną walutę. Gdzieś to określenie usłyszałem i zaanektowałem. Wartość nabywcza punktów ciągle maleje, a opłaty rosną nieustannie.

Gdybym był sam, spokojnie mógłbym pozostać przy swoim dotychczasowym poziomie kwalifikacji. Niestety, dokładanie się do wydatków domowych matki i siostry systematycznie narusza moje oszczędności. Jeszcze trzy lata temu dziewczyny jakoś spinały same swój budżet i nie musiały wstydliwie prosić mnie o wsparcie.

Pomoc finansowa w postaci zakupów i pokrywania niespodziewanych wydatków stała się moją codziennością. Nie ma przy tym widoków, by przychody dziewczyn mogły się zwiększyć. Matka, wiadomo, otrzymuje stałą emeryturę, nieustannie tracącą na wartości, a siostra… Zatrzymuję się chwilę na tej myśli. Nie, tu także nie ma najmniejszych szans na zmianę.

— Następna stacja: Anděl Smíchov. — Zapowiedź wyrywa mnie z odrętwienia. Puszczam poręcz i obracam się w kierunku wyjścia.

W godzinach szczytu wydostanie się z wagonu praskiego metra jest dziecinnie proste, zwłaszcza na większych stacjach. Wystarczy poddać się strumieniowi wychodzących, by gładko przebyć peron i ruchomymi schodami wyjechać na powierzchnię. Wysiadający rozcinają tłum na peronie, a za chwilę, niczym wielogłowy wąż, wdzierają się na taśmę aluminiowych stopni. Po wyjeździe z podziemi stają się znów niezależnymi jednostkami, rozpraszając się płynnie na wszystkie strony.

Jednak tym razem rutyna jest zakłócona. Po wyjściu z wagonów wszyscy tłoczą się na peronie, w wirze wzajemnie przepychających się ludzi. Wąż nie może opuścić podziemi. Nie działają schody ruchome. Rynny nieczynnego eskalatora wypełnia falująca, gęsta ludzka masa, bardzo wolno przesuwająca się ku górze.

Jestem popychany, a jednocześnie sam napieram na innych; drobię stopami najpierw po kamiennych płytach peronu, a kilka minut później po niewidocznych w ciasnej ciżbie metalowych stopniach.

Z górnego poziomu stacji dochodzi do mnie wrzawa wielu głosów, z której wybijają się głośniejsze okrzyki. Będąc już na szczycie, próbuję dostrzec przyczynę dzisiejszego zamętu, lecz poza tłumem wokół mnie nic więcej nie widzę. Podróżni nie rozchodzą się swobodnie, tylko — nadal zbici w gromadę — krok za krokiem przeciskają się przez wąskie wyjścia ze stacji.

Wszystko staje się jasne, gdy w końcu docieram na ulicę. To szpaler policji hamuje ruch i oddziela wychodzących z metra od gęstego pochodu przesuwającego się środkiem ulicy. Demonstranci idą bez pośpiechu ulicą Nádražní w kierunku Hradczan. Protestujących są tysiące i, jak okiem sięgnąć, wypełniają szczelnie pas, który powstał po rozstawieniu oddziałów mundurowych.

Między szpalerem policjantów a ścianami kamienic jest najwyżej dwumetrowa przestrzeń. To właśnie nią przesączają się powoli strumienie wychodzących z metra oraz przechodniów, tamowane dodatkowo przez gapiów obserwujących przemarsz.

Popołudniowe słońce praży z bezchmurnego nieba, a temperatura w cieniu sięga trzydziestu stopni.

Policjanci mimo upału stoją nieporuszeni. Blokują ruch ze wszystkich bocznych uliczek i bram. Zarówno uniemożliwiają pieszym włączenie się do przemarszu, jak i utrudniają protestującym opuszczenie pochodu. Nikt jednak nawet nie podejmuje takich prób, mając przed sobą czarne kompozytowe pancerze funkcjonariuszy.

Dzięki tym ciężkim bojowym egzoszkieletom szpaler policji tworzy dla pieszych barierę nie do sforsowania. Podczas gwałtownego ruchu masa takiego pancerza oraz moc jego siłowników stanowią dla zwykłych obywateli śmiertelne zagrożenie. Gdy dodać do tego mnożnik przyspieszenia mundurowych, który ustępuje tylko mnożnikowi służb specjalnych, nie dziwią respekt ani rezerwa, które tłum okazuje policji. Mimo stłoczenia nikt z demonstrantów czy pasażerów metra nie dotyka przedstawicieli władzy. A przynajmniej próbuje nie dotykać, pilnując tych kilkunastu centymetrów bezpiecznego odstępu od policjantów.

W górze, ponad dachami kamienic, krążą drony nagrywające szczegóły wydarzenia. Oprócz kamer są dodatkowo wyposażone w skanery szerokopasmowe, wyłapujące wszystkie identyfikatory w zasięgu anten. Zdaję sobie sprawę, że każdy, kto pojawi się dziś w pobliżu demonstracji, zostanie zarejestrowany przez system.

Manifestanci niosą ręcznie robione transparenty „Chcemy JEŚĆ!”, „Tańsza KASZA!”, „WODY!”, „Pracy!” i „Precz z Unią!”. Kilkumetrowy baner o treści „JEDYNKI to też OBYWATELE!” faluje w poprzek pochodu, trzymany przez las wyciągniętych rąk. Maszerują całe rodziny; młode matki przyciskają do piersi płaczące niemowlaki, a ojcowie niosą na ramionach starsze dzieci. Dostrzegam także sporo siwych głów. Większość protestujących bezładnie wykrzykuje hasła, które giną w ogólnej wrzawie.

Po ścisku w wagonie oraz na stacji drażni mnie ten zgiełk i zagęszczenie na chodniku wywołane demonstracją. Nie żebym nie znał powodów, dla których protestują jedynki. Mam przecież dwie w rodzinie. Bez zatrudnienia trudno żyć, czego bolesnym przykładem jest April. Lecz i pracującym, eksploatowanym ponad miarę, też nie jest lekko. Tu akurat nie potrzebuję daleko szukać przykładu.

Oczywiście, problemy demonstrantów są trochę inne niż moje. Rozumiem, że mogą oni ledwo wiązać koniec z końcem, żyć na granicy ubóstwa lub nawet poniżej tego progu. Trudno im bez pełnej opieki medycznej, bo państwowa mocno kuleje, a na prywatną ich nie stać. Bez dostępu do płatnych przedszkoli i żłobków, do zajęć innych niż świadczone przez fundacje pomocowe. Bez udogodnień oferowanych pracującym, bez możliwości zakupu drogich produktów spożywczych lepszej jakości. Niekoniecznie tej najlepszej żywności, delikatesowej. Po prostu tej trochę mniej trującej. Wszystko to jest dla jedynek trudno osiągalne, a to je wyklucza i spycha na margines. Uwłacza godności.

Ale jedynki mają jeden element codziennej rutyny, którego nie doświadczają modyfikowani. Coś, co zmienia wiele i o czym nikt wcześniej — zanim wpadnie w otchłań systemu — nie myśli: sen. Możliwość wyspania się i regeneracji organizmu obciążonego ponad osobniczą fizjologiczną wydolność.

Przechodnie wokół mnie mają chyba podobne zdanie. Prawie wszyscy piesi po tej stronie kordonu wracają z pracy lub podążają do niej. Ciągłe zmęczenie robotą oraz przyspieszonym metabolizmem zobojętnia na niedolę innych. Nie tylko mnie. Dlatego po pierwszym zaskoczeniu demonstracją pasażerowie metra cichną i idą dalej bez słowa. Przesuwają się za plecami opancerzonych osiłków i jedynie z dala obserwują manifestantów. Wyciągają szyje, chłoną wydarzenia, lecz nie dołączają do skandowania haseł, mimo że część dotyczy także ich własnej egzystencji. Szczególnie te o wodzie oraz cenach żywności.

Udaje mi się podnieść do wysokości oczu obie ręce zakleszczone w ścisku. Spoglądam na ekran swojej bransolety i palcem dotykam ikony komunikatora, by wywołać matkę.

— Będę trochę później. Tramwaje od Anděla nie kursują. Pochód na Hradczany.

— Dobrze, synku. Poczekamy. — Awatar na wyświetlaczu bransolety kiwa głową.

Po kilku minutach docieram do skrzyżowania z Plzeňską, gdzie od razu robi się luźniej. Kordon policjantów ciągnie się nadal po prawej stronie, przecinając skrzyżowanie, natomiast lewa strona w kierunku Klamovki jest odblokowana i tam tłum pasażerów metra wreszcie się rozchodzi. Na tej wolnej przestrzeni stoi jednak kilkunastu policjantów, którzy wyrywkowo sprawdzają opuszczających chodniki Nádražní. Wszyscy mundurowi trzymają podłużne pałki skanerów ręcznych.

— Manela — mówi w moim kierunku spocony policjant.

Ma głos modulowany, o niskiej skali „barytonu służbowego”, wspólnego dla wszystkich funkcjonariuszy. Zarówno barwa, głośność, jak i intonacja tego głosu są sterowane, a także dopasowane do wykonywanych czynności. Policjanci mają standardowo osiemdziesięcioprocentowe przyspieszenie. Ich komendy emitowane z głośników egzoszkieletu muszą być spowalniane do dwudziestu procent i przepuszczane przez filtry. Dzięki temu polecenia są zrozumiałe, a przyspieszenie nie podważa powagi urzędu. Wysuwam nadgarstek w stronę skanera. Nad urządzeniem pojawia się holo przestrzenne z wizerunkiem mojej głowy i metryką. Dostrzegam tylko: „Jan Keller, 1.254, ID 00U776RF2004, zamieszk. Praga 13, Lužiny…”. Mundurowy gasi hologram.

— Co tu robisz? — dudni z głośnika baryton.

— Moja matka tu mieszka. Na Klamovce. Plzeňská sto dwadzieścia dziewięć. Sygrida Keller.

Funkcjonariusz uruchamia wyświetlacz HUD w przyłbicy hełmu bojowego i uzyskuje potwierdzenie moich słów.

— Możesz iść — mówi, a odwracając się do kolejnego kontrolowanego, rozkazuje: — Ściągnij kaptur. Manela.

Wstrzymane demonstracją tramwaje omijają teraz Klamovkę. Muszę pokonać parę przystanków pieszo, ale dzięki temu po drodze wstąpię po zakupy do sklepu samoobsługowego. Dobrze, że jedna strona ulicy jest zacieniona, marsz nie będzie taki męczący.

***

Drzwi dyskontu otwierają się automatycznie, a ja wkraczam w przyjemny chłód klimatyzowanego wnętrza.

— Dzień dobry, Janie. Witamy ponownie. Podejdź do terminala numer dwa — mówi miły, damski głos z głośnika kierunkowego, gdy tylko przekraczam próg sklepu.

To tutaj najczęściej robię zakupy, więc system sklepowy doskonale zna moje nawyki i preferencje. Powitanie jest spersonalizowane, a tuż po nim wyświetlają się reklamy dostosowane do mojego profilu klienta. Na podstawie historii moich wcześniejszych wizyt system przygotowuje również wstępną listę zakupów.

W sklepie znajduje się kilkanaście terminali zakupowych, a pod nimi umieszczono okienka podawcze. Przed niektórymi terminalami stoją klienci, a trzy są wyłączone i oklejone taśmą z napisem „AWARIA”.

— Energojogurty postawią cię na nogi. Zestaw witamin, po którym chce się żyć! Najle…

Pukam palcem w ekran, przerywając reklamę, a następnie zatwierdzam wyświetlony koszyk sugerowanych towarów. Zazwyczaj kupuję te same produkty, więc podstawowy wykaz pozostaje niezmienny. Po chwili namysłu dodaję jeszcze dwukilogramową paczkę fonio. Będą dziewczyny miały co jeść przez kolejny tydzień.

Na ekranie pojawiają się także artykuły kupowane sporadycznie i z nich wybieram słoik papryki oraz małą paczkę mięsa wołowego. Od kilku dni mam ochotę na domową gulaszową, której mistrzynią jest Sygrida. Niestety, to kosztowna przyjemność: wołowina jest prawie dziesięciokrotnie droższa od drobiu. I coraz częściej bywa niedostępna.

Dotykam bransoletą płytki kasowej terminala.

Po chwili z okienka podawczego wyjeżdżają taśmociągiem zakupy spakowane w papierową torbę i dostaję komunikat:

— Dziękujemy. Zamawiaj też przez aplikację z dostawą do domu.

Wyciągając rękę po zakupy, słyszę ciche westchnienie za plecami. Powoli się odwracam. Za mną stoi niewysoka dziewczyna z kilkumiesięcznym maleństwem na ręku.

— Perdón por molestar. Podría comprarme algo de comer para mí y mi hijo?

Wielokrotnie spotykałem się z sytuacjami, w których ludzie żebrali w sklepie. Jeśli prośby nie były zbyt nachalne, a osoby je składające nie budziły we mnie odrazy czy irytacji, ulegałem ich apelom. Natrętne domaganie się alkoholu czy innych używek ignorowałem lub zbywałem krótką, ostrą ripostą. Zazwyczaj to wystarczało.

Dziewczyna nie wywołuje niechęci, jest ładna, a jej dziecko spokojne i ciche. Oboje mają ciemniejszą, śródziemnomorską karnację oraz duże brązowe oczy. Młoda matka wygląda schludnie, nosi czyste ubranie, a jej kasztanowe włosy są gładko spięte w koński ogon. Na żadnym z jej odsłoniętych przedramion nie dostrzegam bransolety. Niemowlak wpatruje się we mnie nieruchomo, ssąc kciuk.

— Rozumiesz po czesku? — pytam.

Słabo znam hiszpański. Mimo że w Pradze mieszka prawie trzydzieści tysięcy imigrantów z Półwyspu Iberyjskiego, dotąd nie miałem okazji pracować z żadnym Hiszpanem. Mam nadzieję, że ta kobieta choć trochę ułatwi mi zadanie.

— Un poco. Trochie.

— Co ci kupić?

— Leche. Mleko. Leche entera, si puede ser. Y un poco de pan y pollo.

— Co to jest „pollo”?

— Ko-ko-ko. Ku… czak — odpowiada z uśmiechem, błyskając białymi, zdrowymi zębami. Podchodzi bliżej.

Na ekranie wybieram bochenek chleba z fonio, porcję obiadową kurczaka i mleko. Dziewczyna dotyka na ekranie obrazka innego kartonika z mlekiem.

 No esa, esta. Entera.

— Chcesz jakieś gotowe zestawy obiadowe? Coś pożywnego?

— No entiendo — przeprasza cicho.

Po chwili wahania dodaję do koszyka kilka jabłek, dwie pomarańcze oraz po paczce ryżu i jaglanki. Produkty, które wybrałem, to — oprócz owoców — podstawowe, dość tanie towary, ale dobrej jakości.

Dokładam także trzylitrową butelkę wody, nieco zdziwiony, że dziewczyna o nią nie prosiła.

Zbliżam ponownie nadgarstek z manelą do czytnika kasy. Hojność samarytanina kosztuje mnie prawie dwadzieścia punktów. Z okienka wyjeżdża druga torba zakupów.

— Dziękujemy ponownie. Kup jeszcze za trzydzieści punktów i otrzymasz nowy bonus!

Młoda matka wolną ręką łapie uchwyt opakowania. Lekko stęka, opuszczając ramię z torbą obciążoną wodą.

— Muchas gracias. Que Dios le acompañe. — Biały uśmiech ponownie rozjaśnia jej twarz. Jest tak szczery, że czuję, jak fala ciepła zalewa moje ciało, a rumieniec pojawia się na mojej twarzy.

— Nie ma za co.

Wychodzimy razem przed sklep. Dziewczyna znów błyska zębami, podrzuca nieco malca, by poprawić chwyt, i powoli odchodzi zacienioną częścią chodnika.

Kilka metrów od wejścia do dyskontu, również w cieniu, stoi grupa mężczyzn. Od lat stanowią stały element krajobrazu. Ich obecność jest mi całkowicie obojętna. Prawdę mówiąc, oni także ignorują mnie, gdy pojawiam się pod sklepem. Nigdy nie proszą o pieniądze, zakupy czy cokolwiek innego. Dorastałem na Klamovce, więc pewnie jestem dla nich swojakiem, którego znają z widzenia i tolerują. Grupa ma stały skład, dlatego wiem, że ich przywódcą jest niski Azjata z krzywymi zębami. Koledzy traktują go z wyraźną rezerwą. Dyskutują i kłócą się głośno między sobą, zupełnie pomijając swojego lidera. Ten nie zaczepia przechodniów: stoi z rękami w kieszeniach, obserwując otoczenie oraz wszystkich klientów sklepu.

Dziś, przechodząc obok grupy, napotykam bystry wzrok Krzywozębnego.

— Dokarmiasz Jajo? — rzuca niegłośne pytanie. Mówi dobrze po czesku, bez śladu wschodniego akcentu.

Nie rozumiem. Nie wiem, co ma na myśli i dlaczego się odezwał. Zdumiony idę dalej bez słowa. Tamci ucichli. Stoją nieruchomo, a ja czuję na plecach ich badawcze spojrzenia.

***

— Hej, mamo! — wołam, przekraczając próg kuchni.

— Hej, Janku. — Sygrida uśmiecha się na mój widok. Stoi przy płycie indukcyjnej, mieszając w garnku. Odkłada starą drewnianą łyżkę, zmniejsza moc pola grzewczego i podchodzi, by się przytulić.

Całuję czubek jej siwej głowy. Pachnie tanim szamponem pokrzywowym, który musi być kiepski, skoro tak przesusza jej włosy. Nie mam wpływu na zakupy kosmetyków: April upiera się, że nie znam się na tym, więc gdy coś spontanicznie przynoszę, robi mi awanturę.

Matka zadziera głowę, szukając mojego wzroku. Ma zmęczone, przygaszone oczy, ale wciąż mniej zmarszczek niż jej rówieśnice. Nie wygląda na swój wiek. Gdyby pofarbowała włosy, spokojnie mogłaby uchodzić za dziesięć lat młodszą.

— Zaraz będzie obiad. Zrobiłam fonio z kurczakiem w potrawce — mówi, choć zapowiadała to już rano. Słowa wypowiada wolno, niespiesznie, swoim własnym tempem, nie próbując udawać kogoś więcej niż zwykłej jedynki. I za to ją kocham: za uczciwość wobec siebie i innych.

Uwalniam się z uścisku. Torbę z zakupami oraz baniak z wodą odkładam na stół obok rozstawionych talerzy.

— Wiem. Przecież zapach czuć już na korytarzu. Kupiłem mięso na gulaszową. Może zrobisz na sobotę lub niedzielę?

— Wołowina jest strasznie droga. Znów nas rozpieszczasz. Może na jutro? — pyta, podchodząc do kuchenki, by przemieszać kawałki mięsa zanurzone w sosie. Na drugim polu bulgocze kasza fonio.

— Nie będziecie żyły tylko na kurczakach. Zrób na sobotę, bo jutro… mam korektę — wyrzucam z siebie i obserwuję jej reakcję.

Obrócona teraz do mnie tyłem, wzdycha zauważalnie. Czekam na jakiś dodatkowy komentarz, ale Sygrida milczy, jedynie energiczniej miesza sos. Kręci łyżką z zaangażowaniem, zamiast zredukować moc indukcji. Czekam. Mieszanie w garnku nie wymaga przecież aż takiego poświęcenia.

— Jeszcze z pięć minut — odzywa się wreszcie, ciągle odwrócona plecami do mnie.

Poddaję się.

— Ap u siebie?

— Chyba śpi.

Wprawdzie już wcześniej spodziewałem się podobnej odpowiedzi, ale mimo to jest mi przykro. Stając na progu drzwi do pokoju siostry, waham się przez chwilę. Pukam i nie czekam na zaproszenie, wchodzę.

Nie śpi. Leży owinięta kocem, wpatrując się w ekran wiszący na ścianie. Na wyświetlaczu migają bezdźwięcznie podglądy kilkudziesięciu kanałów. April potrafi godzinami tak gapić się na pulsującą mozaikę, nie wybierając żadnego z proponowanych strumieni.

— Cześć, zaraz obiad.

— Dooobraaa — przeciąga wypraną z emocji odpowiedź. Spogląda na mnie tylko przez chwilę, a potem znów wraca do elektronicznego patchworku.

Gdy rozmyślam o Ap, coraz częściej ogarnia mnie smutek. Wiem, że szansa, by z jej poziomem przyspieszenia, a właściwie jego brakiem, otrzymywać więcej niż zasiłek dla bezrobotnych, jest znikoma. Ale istnieje. Najbardziej boli, że Ap nie okazuje chęci zmiany. Ten jej brak starań, brak motywacji do życia w ogóle. Z pewnością czasem to tylko poza, demonstracja, lecz niestety coraz częściej faktyczna apatia i bezradność.

Oprócz smutku przepełnia mnie często mieszanka sprzecznych uczuć. Czułość połączona z silnym imperatywem chronienia jej, pozostająca w chwiejnej równowadze ze złością. Ta złość narastała latami. W coraz mniejszym stopniu skierowana przeciw siostrze, a w coraz większym przeciw okolicznościom, które zamykają ją w klatce mieszkania. Oczywiście, mogłaby z niej w każdej chwili wyjść. Gdyby tylko zechciała.

— Co tam u ciebie? Sprawdzałaś oferty?

— Tak, w sieci. Nic nie ma — odpowiada, znów denerwująco przydługo wypowiadając słowa.

Mogę sprawdzić historię przeglądarki, ale podejrzewam, że siostra kłamie, i wolę nie prowokować awantury. Pewnie dziś i tak do niej dojdzie.

Nie wiem, czy jej ociężałość, także w ruchach, jest celowa, czy naturalna. Zastanawiam się nad tym od jakiegoś czasu. Może ta opieszałość nie jest pozą, lecz przyrodzoną cechą? Nie jestem tego już pewien: zbyt długo żyję na wspomaganiu dawkami neurohormonów i zapominam, jaka April była w dzieciństwie.

Czasem irytuję się na siostrę i odbieram jej zachowanie jako przesadzony gest protestu. Została wykluczona z systemu modyfikacji, więc demonstruje swoją przynależność do odrzucanych, pieczołowicie pielęgnując powolność.

Przywykłem do egzystowania u boku zarówno osób poruszających się z większą prędkością, jak i jedynek, które mówią i działają wolniej. Umysł adaptuje się przecież do dynamicznych bodźców i ciągle zmieniających się warunków. Tak samo swobodnie rozmawiam i z podkręconymi kolegami z pracy, i z kimkolwiek bez wspomagania. Komunikacja niewerbalna, ta wolniejsza lub przyspieszona do mojej prędkości, również przychodzi mi naturalnie. Robię to instynktownie, bez poczucia dysonansu. W końcu moje przyspieszenie to zaledwie dwadzieścia parę procent.

— Wychodziłaś gdzieś? Właśnie minąłem demonstrację idącą na Hradczany. Moglibyśmy przejść się po obiedzie na Wzgórze Petřín. Popatrzylibyśmy na wiec z daleka…

Siostra bez słowa wybiera na ekranie trzy strumienie relacjonujące praskie protesty. Obrazy o wysokiej rozdzielczości serwisów informacyjnych przeplatane są materiałami z kamer ulicznych.

— Po co?

Wzruszam bezsilnie ramionami.

April ma dziś lekko napuchniętą twarz od snu. Mimo to nic nie traci ze swojej urody. Regularne rysy twarzy okolonej naturalnymi, jasnymi włosami — tak bardzo niepodobne do rysów matki. Może tylko oczy odziedziczyła po niej? Niemniej jedną cechę ma wspólną z Sygridą: Ap także nie wygląda na swój wiek. Za kilka dni skończy trzydziestkę, a oceniam, że jej też można dać z dziesięć lat mniej. Chociaż jestem od niej starszy o kilkanaście miesięcy, czasem czuję się jak starzec, patrząc na jej młodą buzię.

Rozglądam się po pokoju. Na fotelu zalega sterta odzieży. Kiedyś byłoby to nie do pomyślenia. Ciuchy wisiałyby w szafie lub zostałyby oddane do prania. Widocznie Sygrida także przestała walczyć z apatią córki.

— Chodźcie na obiad — rozlega się zza ściany.

***

— Dołóż sobie kaszy — Matka wyciąga miskę z fonio w moją stronę.

— Nie, dzięki. Nie powinienem dziś dużo jeść.

— Dlaczego? — April podnosi głowę znad talerza.

— Mam jutro korektę… — odpowiadam, niezamierzenie ciszej. Jakbym się wstydził tej decyzji. Może tak właśnie jest…

Czekam, czy wybuchnie, ale nic nie komentuje i znów ucieka wzrokiem w talerz. No ładnie. Cała przygotowana wcześniej argumentacja staje się niepotrzebna. Ani Sygrida, ani siostra nie reagują tak, jak się spodziewałem.

Wspomaganie metaboliczne i przyspieszenie to temat wysoce drażliwy. Najczęściej wtedy Ap wszczyna awanturę, wyrzucając z siebie nagromadzone emocje, całą złość na niesprawiedliwość losu i okrutne, wykluczające zasady systemu. Rozumiem, że kłótnia jest dla niej zaworem bezpieczeństwa, więc pozwalam na rozładowanie stresu, przyznając jej we wszystkim rację. Zresztą w większości podzielam jej poglądy na funkcjonowanie społeczeństwa poddanego modyfikacjom, na politykę socjalną czy wykorzystywane technologie. Mimo to siostra zarzuca mi wspieranie systemu wyłącznie dlatego, że mam pracę. A pracuję, ponieważ kilkanaście lat temu zakwalifikowano mnie do przeróbki. Ani ja, ani ona nie mieliśmy wpływu na ostateczne wyniki naszych kwalifikacji.

Po drugiej stronie skali reakcji emocjonalnych Ap znajduje się ostentacyjne pomijanie tematu. Robi to rzadziej, ale zawsze celowo, jakby tylko czekała, aby móc demonstracyjnie ignorować rozmowy czy wiadomości dotyczące programu modyfikacji. Ta manifestacja jest tak sztuczna, że ociera się wręcz o groteskowego focha.

Dziś jednak moja siostra sprawia inne wrażenie: coś w niej pękło. Widzę opadnięcie ramion, zmęczone, przygaszone spojrzenie, dłonie schowane pod stołem.

Nie wiem, co mam zrobić. Nie przychodzą mi do głowy żadne słowa, które mogłyby jej pomóc.

Sygrida decyduje się szybko zmienić temat. Obraca głowę w moją stronę.

— A wiesz, że zaczęli wyburzać te cztery bloki przy centrum kultury? Były stare i za niskie. W ich miejsce mają postawić punktowce po sześćdziesiąt pięter.

— Nie wiedziałem. Ale słyszałem, że coś mają tu wybudować dla Niemców. Może ma to sens… Za dużo ich się gniecie na Zeleneču. Bloki z czasów Wielkiej Migracji budowano o połowę niższe i teraz się w nich duszą.

— No to oprócz Hiszpanów i Francuzów będą u nas na Klamovce Niemcy.

— Język sobie przypomnisz, mamo — mówię.

— Es wäre großartig… — uśmiecha się szeroko, trochę na siłę, zerkając przy tym na córkę.

Do końca posiłku rozmawiamy na błahe tematy, nie wciągając do tego milczącej Ap. Siedzi posępna, nadal przygarbiona, od dłuższej chwili zamyślonym wzrokiem wpatrując się w okno.

— Bardzo dobre to było. Zresztą jak zawsze. No cóż, na mnie pora. — Podpieram się dłońmi o blat, by wstać.

— Janku, znów wzrosły opłaty za media. Masz może…? — odzywa się cicho matka.

— Nie ma problemu, ile wam przelać? Pięćset starczy? — Dotykam odruchowo bransolety i wywołuję dyspozycję. Przelew mam predefiniowany i często uruchamiany, więc z poziomu pulpitu zajmuje mi to ze trzy sekundy.

— Dziękuję — jeszcze cichsza odpowiedź.

Spoglądam na siostrę. Wbija teraz nieruchome spojrzenie w moją twarz, a usta zaciska w wąską kreskę.

— Jałmużna — mruczy ledwo słyszalnie pod nosem.

***

6 kwietnia, wtorek

Rano w sklepie przy moim bloku kupuję bogaty w węglowodany gotowy zestaw śniadaniowy oraz zgrzewkę izotoników. Dotychczasowe doświadczenia nauczyły mnie, że gdy organizm zaczyna przyspieszać, gwałtownie rośnie zapotrzebowanie na energię. Zdrowy organizm zazwyczaj przystosowuje się w ciągu dwóch dni, a sama percepcja zmienia się całkowicie w kilka godzin po przestrojeniu implantu. Przy poprzednich korektach doświadczyłem jedynie sporadycznych biegunek, przejściowych mdłości i niewielkiego osłabienia. Z objawów neurologicznych pojawiło się jedynie drżenie rąk. Cały proces przebiegał spokojnie, a symptomy ustępowały w pierwszej dobie po zmianie mnożnika, co pozwalało mi zawsze zyskać jeden dzień wolny z dwóch ustawowo przysługujących po korekcie w górę.

Po zaniesieniu zakupów do mieszkania idę niespiesznie zielonym chodnikiem, przeznaczonym tylko dla dwudziestoprocentowców, do najbliższego osiedlowego punktu Unijnego Systemu Wspomagania Pracy. Wszystkie placówki USWP działają całodobowo. O tej porze ruch na chodniku jest niewielki. Większość zatrudnionych Prażan jest już w pracy lub odsypia nockę. Szczerze mówiąc, zapowiada się kolejny gorący dzień, co nie zachęca do włóczenia się po mieście.

Korekta wymaga przeprogramowania implantu przyklejonego do kości potylicznej oraz podania dożylnie zestawu stymulantów. Nie odbywa się to w standardowym kontenerze USWP, w którym można jedynie uzupełnić poziom neurohormonów i stabilizatorów w dozowniku bransolety. Zmiana mnożnika wymaga wizyty w placówce systemu, gdzie nad przeprowadzaniem modyfikacji może zdalnie czuwać operator.

Z pięciu kabin w punkcie dwie są zajęte. Wchodzę do pierwszej wolnej. Znam całą, dość prostą, procedurę. Gdybym miał wątpliwości, komendy na ekranie poprowadzą mnie przez modyfikację krok po kroku.

Siadam na fotelu przed terminalem i wsuwam przedramię z bransoletą w otwór dystrybucyjny. Czuję, jak pneumatyczne poduszki delikatnie obejmują moją rękę, napełniając się i unieruchamiając kończynę. Terminal systemu wyświetla moje dane, w tym obecną wartość mnożnika, która wynosi 1.259, co oznacza, że metabolizm jest podwyższony w tej chwili o dwadzieścia pięć koma dziewięć procent. Moje bazowe przyspieszenie jeden dwadzieścia pięć jest nieustannie korygowane i stabilizowane przez implant. Wahania, które występują przy każdym pomiarze, obrazuje ostatnia cyfra mnożnika, zmieniając się w zależności od cech indywidualnych, pory dnia czy poziomu stresu.

Czekam, aż na ekranie pojawi się informacja o zweryfikowanym stanie zdrowia, głównie pod kątem infekcji i ukrytych stanów zapalnych. Na displayu pojawia się komunikat: „Parametry w normie. Jeśli zmieniasz indeks, wprowadź nową wartość”.

Wpisuję: 1.36.

System weryfikuje teraz status zatrudnienia, wymagane kwalifikacje na stanowisku oraz to, czy pracodawca zapewnia wsparcie w postaci egzoszkieletu. Przy podkręceniach powyżej trzydziestu procent jest ono obligatoryjne.

Zza oparcia fotela wysuwa się kołnierz, który obejmuje moją szyję i usztywnia głowę. Czuję dwa wkłucia: w tętnicę szyjną oraz w żyłę unieruchomionego przedramienia.

— Wykonano przeprogramowanie sterownika. W ciągu czterdziestu ośmiu godzin osiągniesz indeks jeden trzydzieści sześć. Zaleca się odpoczynek. Możesz opuścić kabinę.

Wraz z wygłoszonym komunikatem uścisk napompowanych poduszek niknie, a ja mogę wstać z fotela.

***

Powrót do mojej kawalerki nie trwa długo, ale wystarczająco, by zdążyła rozboleć mnie głowa. Odczuwam delikatne pulsowanie, które z każdym krokiem narasta. Powoli, lecz nieubłaganie. Windy w wieżowcu nie należą do najszybszych, więc zanim docieram na swoje czterdzieste piętro, ucisk w skroniach staje się uciążliwy.

„Chyba piwo mi pomoże” — myśl ta pojawia się, gdy dotykam bransoletą zamka w drzwiach. Nawodnię się i rozluźnię.

Od razu kieruję się do kuchni, wyciągam z lodówki butelkę i wlokę się z nią na fotel ustawiony przed ekranem z folii grafenowej.

Displej jest spory, zajmuje niemal całą ścianę. Gdy jest wyłączony, wyświetla mój ulubiony widok: krajobraz alpejski z Matterhornem w świetle jutrzenki. Ta sceneria — w niezrozumiały sposób — mnie przyciąga, wywołuje nieokreśloną tęsknotę. Zawsze miałem wrażenie, że tam byłem, że już kiedyś oglądałem ten widok: czerwony, wygięty szczyt góry, a nad nim nocne niebo jaśniejące tuż nad graniami.

Nigdy nie byłem w Szwajcarii.

Głowa nadal pulsuje tępym bólem. Mam jednak nadzieję, że uda się przejść adaptację bez większych dolegliwości i spędzę dzień na zbijaniu bąków. Spoglądam odruchowo na wyświetlacz bransolety. Ciągle jest dość wcześnie, więc mam prawie cały dzień na odpoczynek: łyknę jakieś prochy, a gdy migrena odpuści, pooglądam nowości w strumieniach, może trafię na coś ciekawego. Byleby wytrzymać do wieczora.

— Włącz strumienie — mówię i ruchem ręki zakreślam pole na ścianie wizyjnej, aby wyświetlić materiał z wybranego kanału.

— Janie, twój cleanbot ma już dwa lata. Zobacz nowszy model: Robojet ef cztery, który…

— Bez reklam — przerywam i otwieram piwo. — Wiadomości na żywo. Praga jeden.

Pole ekranu wypełnia się błękitem studia kanału informacyjnego. Pojawia się duża, niemal naturalnej wielkości sylwetka dziennikarza prowadzącego serwis. Facet uśmiecha się sztucznie do kamery.

— …Podobnie jak przedwczoraj, licznie zgromadzeni obywatele o naturalnych parametrach przemaszerowali pod Pałac Prezydencki, gdzie złożyli petycję wzywającą do zwiększenia świadczeń gwarantowanych. Zgromadzenie miało spokojny przebieg i…

Przez ekran przewijają się zrzutki z wczorajszego pochodu. Ludzie idą powoli, tak jak to sam widziałem. Część transparentów została wyblurowana. Do tego materiał przedstawia daleki, ogólny plan, co dodatkowo utrudnia odczytanie niesionych haseł.

— Pokaż strumień niezależny. — Pociągam łyk. — Może być Almanya Tagesschau Fünf…

Niebieskie krajowe studio zmienia się posłusznie na zielony serwis czeskojęzycznej stacji nadawany zza zachodniej granicy.

— …amachy bombowe w Szczecinie, Mińsku oraz Doniecku. Zniszczono biura oraz obiekty Unijnego Systemu Wspomagania Pracy. Liczba ofiar nie jest na razie znana, ale według oficjalnych komunikatów policji krajowych ucierpieli głównie interesanci urzędów. Do zamachów nie przyznały się jeszcze żadne organizacje.

 Już trzeci dzień trwają protesty jedynek w większości miast Nowej Europy. Najostrzejsze starcia ze służbami porządkowymi miały miejsce w Odense, Budapeszcie, Poznaniu, Krakowie, Pradze, Ostrawie i Kownie. W Pradze liczbę poszkodowanych w starciu z policją ocenia się na ponad pięćset osób. Otrzymaliśmy materiał z pacyfikacji protestów w Poznaniu. Według doniesień są ofiary śmiertelne.

Inne obrazy. Przepychanki, dym i barykady. Armatki wodne i gumowe kule. Materiał z Polski, gdzie sytuacja była chyba najostrzejsza. I ujęcia spod praskiego Pałacu Prezydenckiego: tu szturmowcy w egzoszkieletach czarną ławą spychają ludzi z placu.

— Eurosport.

— …w naszym studiu olimpijskim. Jak skomentujesz wczorajszy sukces ekipy Słowacji w darcie?

— To było dość nieoczekiwane. Jak dotąd Słowacja nigdy nie doszła do finałów olimpijskich. No, ale gdy ma się w rzutkach takiego zawodnika jak Mikuláš Slota, nie było to trudne.

W jelitach mi coś głośno chlupocze. Raz, drugi, cały ciąg wewnętrznych tąpnięć. Brzuch zaczyna się wzdymać. Gazy. Nie powinienem był otwierać piwa. Czuję nadchodzącą biegunkę. Chcę ją trochę powstrzymać, nie ulec tak od razu.

— Nawiasem mówiąc, Słowacja urasta do rangi czarnego konia tej Olimpiady. Chociaż akurat ich złoto w snookerze było do przewidzenia. Pięć kolejnych kompletnych brejków całkowicie załamało reprezentację Łotwy.

Nie mogę się skupić. Zaczyna drażnić mnie dźwięk. Najlepiej przełączę na jakiś strumień z kolorową, dziką scenerią, bez irytującego pieprzenia. Może coś o górach.

— Daj coś o przyrodzie. Bep… — Odbija mi się.

Głowa wciąż pulsuje bólem. Coś zaczyna się dziać ze wzrokiem. Krawędzie pola widzenia się rozmywają.

— …w tym typie przeobrażenia niezupełnego, czyli hemimetabolii, występuje dodatkowe stadium rozwoju osobniczego zwane subimago. Jest to niedojrzała płciowo, liniejąca forma dorosłych owadów prometabolicznych…

Od żołądka do gardła unosi się bąbel gazu. Pali kwas w przełyku. Ręce drżą, a mrowienie, które się w nich pojawia, powoli rozchodzi się po całym ciele, aż dociera do stóp. Bolesny skurcz brzucha zgina mnie, ściągając na podłogę. Wymiotuję żółcią, a gdy się kończy, bezproduktywne spazmy wstrząsają całym układem pokarmowym. Tracę ostrość widzenia.

— …natomiast tu widzimy imago, ostateczne stadium w rozwoju osobniczym owadów przechodzących proces przeobrażenia. Jest to owad doskonały, nieprzechodzący już linień. U większości gatunków jest osobnikiem zdolnym do rozrodu, ale często niepobierającym pokarmu lub uzupełniającym jedynie…

Spazmatyczne torsje przyginają moją głowę do syntetycznych paneli. Nie widzę nic poza różową mgłą. Wszystkie mięśnie zaczynają zastygać i po kolei twardnieć w bolesnym skurczu tężcowym.

— Dooyyyychchchooleryyychch… — charczę przekleństwo, lecz jest to już tylko nieudolna namiastka bluzgu. Mięśnie szyi przyciągają brodę do piersi, odbierając mi zdolność mowy.

AI ściany wizyjnej po swojemu interpretuje charkot.

 Zrozumiano: Discovery.

 …owa koncepcja. Opracowanie elektrochemicznego interfejsu białkowego BCI pozwoliło na bezpieczne połączenie mikroelektroniki z układem nerwowym. Początkiem tych prac były koronki nerwowe stworzone przez Neuralink Elona Muska jako rozwiązanie umożliwiające sterowanie urządzeniami zewnętrznymi poprzez ośrodkowy układ nerwowy człowieka. Dzięki zastosowaniu siatek neuronowych utkanych z syntetycznych i metalowych nici możliwa stała się integracja oraz komunikacja dwustronna z systemem nerwowym…

Płuca usilnie próbują zaczerpnąć powietrza, ale nie ma już miejsca na oddech — tylko płytkie, bezsilne drgnięcia przepony. Brakuje mi tlenu. Serce bije szybko, zupełnie jakby chciało nadrobić ten brak.

— … implant, zwany też neurosterownikiem, oznaczony jako moduł A, jest przyklejony do kości potylicznej. Posiada dwa porty: jeden sterujący, wszczepiony w pień współczulny autonomicznego układu nerwowego, i drugi diagnostyczny, podłączony do zatoki tętnicy szyjnej. Oczywiście, ma również moduł łączności bezprzewodowej i lokalizacji. Wszystko to zamknięte w fasolce o średnicy pięciu milimetrów…

Próbuję się rozluźnić, ale nie jest to już możliwe. Straciłem kontrolę nad swoim ciałem. Wykręcony przez zakrzepłe postronki mięśni, otoczony mgłą, nie mogę nawet wyć. Jedynie słuch jeszcze działa, rejestrując głos lektora płynący z ekranu.

— …zsynchronizowany z nim moduł B, czyli bransoleta, zwana też manelą lub iniektorem, wydziela do krwiobiegu ściśle odmierzone dawki neurotransmiterów. Dzięki mikroportowi wszczepionemu w tętnicę przedramienia dawki hormonów są precyzyjne. Pozwalają regulować homeostazę oraz metabolizm organizmu na założonym poziomie. Ten moduł realizuje także funkcje lokalizacyjne, komunikacyjne, biometryczne i identyfikacyjne, umożliwiając także płatności…

Tracę przytomność.

Gdy się budzę, mam pod sobą przyschniętą zupę wszelkich możliwych wydzielin. Bolą mnie wszystkie mięśnie. Czuję się zlepkiem luźnych, jakby wyizolowanych, narządów i organów, a każdy pali bólem osobno. Widzę nieostro, ale różowa mgła zniknęła.

Zaschnięta plama płynów znajduje się tylko w miejscu, które przykrywałem, leżąc. W pokoju i naokoło mnie podłoga jest sumiennie wypolerowana przez robota sprzątającego, którego owal parkuje teraz w stacji dokującej. Robot mruga do mnie zieloną diodą czuwania, jakby ucieszony, że żyję. „Nie wymienię cię” — myślę o nim z wdzięcznością.

Podnoszę ciężką rękę, by chwycić się stolika. Czujnik ekranu wykrywa ten ruch.

 Janie, jeśli smakował ci kisiel lniany z musem o smaku czerymoi, zamów także budyń z kaszy jaglanej. Tylko dla ciebie, w twoim sklepie, zbiorcze opakowanie sześć kubków za sześć euro-punktów.

— Zamknij się!

***

8 kwietnia, czwartek

Po dwóch dniach od korekty muszę zgłosić się do pracy. Przepisy unijne nie przewidują dłuższego okresu adaptacji, nawet w przypadku większych zmian.

Jestem nagi. Kilkanaście godzin temu zdjąłem śmierdzące ubranie, nieskoordynowanymi ruchami umyłem się i padłem na łóżko. Osłabiony, zwlekam się z niego teraz, by chwiejnym krokiem przejść do łazienki.

Mała betonowa klitka zdaje się pulsować rytmicznie, co utrudnia mi uchwycenie krawędzi umywalki. Spazm nadchodzących nudności wciska mą głowę w czeluść misy z kompozytu, lecz poza soplem gęstej śliny nic więcej nie wypluwam.

Ubieram się powoli, walcząc z niezbornymi ruchami drżących rąk. Ból mięśni, zwłaszcza klatki piersiowej i ramion, wciąż daje o sobie znać, ale teraz przypomina bardziej przetrenowanie niż rozpadanie się ciała.

Wypijam duszkiem litr izotonika z szafki kuchennej, walcząc przy tym z odruchem cofki. Jestem dokuczliwie głodny, ale ciągle mam mdłości, więc zestaw śniadaniowy, który kupiłem przedwczoraj, pozostawiam nietknięty.

Wymęczony, wciąż niewyspany mimo tylu godzin snu, lekko drżąc, powoli zamykam drzwi mieszkania. Podczas jazdy windą ataksja pomału ustępuje. Zjazd z wysokiego piętra z prędkością dopasowaną do najwolniejszych, czyli niepodkręconych lokatorów, ciągnie się w nieskończoność. Zamykam oczy.

Za drzwiami bloku czeka na mnie ściana kwietniowego żaru. Znów zapowiada się upalny dzień. Przechodzę przez pomost do niebieskiego zejścia. Po raz pierwszy oficjalnie mogę wejść na błękitny chodnik dla klasy trzydziestoprocentowców. Ten wije się w samym środku arterii trotuarów, zasysających tłum, niczym olbrzymi lej, w oddaloną stację metra.

Na niebieskim chodniku panuje spory ruch, lecz jest znacznie luźniej niż na szerszym zielonym pasie dla dwudziestek, znajdującym się po prawej stronie. Z drugiej strony niebieskiej wstęgi, na czerwonym chodniku, energicznie wyprzedzają wszystkich czterdziestki i pięćdziesiątki. Są na tyle nieliczni, że w zasięgu wzroku widzę tylko kilkanaście osób. Wszyscy z nich muszą być pracownikami resortowymi, przed pracą lub po niej. Już wcześniej podejrzewałem, że nie każdy, kto ma prawo korzystać z tego chodnika, porusza się nim na co dzień. Żaden wywiadowca czy operacyjny nie zechce przecież ujawniać swojego wizerunku. Przypuszczalnie męczą się w tłumie dwudziestoprocentowców.

Zaraz obok, za czerwonym chodnikiem, żółci się pas alarmowy dla policji oraz innych służb. To właśnie nim funkcjonariusze mogą poruszać się na Urządzeniach Transportu Osobistego. Często są to ci sami, którzy wcześniej mieli prawo korzystać z czerwonego pasa.

Podział korytarza dla pieszych na strefy oznaczone kolorami wprowadzano jedynie przy nowych inwestycjach. By umożliwić to dość nowatorskie rozwiązanie komunikacyjne, ograniczano ruch pojazdów. W śródmieściu i na starówce wąskie uliczki nie pozwalają na zastosowanie takich innowacji. Tam Prażanie oraz turyści swobodnie mieszają się ze sobą, nie zwracając uwagi na stopień modyfikacji lub jego brak. Na Lužinach, podczas stawiania kolejnych punktowców, przebudowano drogi międzyosiedlowe, wytyczono kolorowe chodniki i zlikwidowano ruch samochodowy. Coraz częściej mieszkańcy tej dzielnicy — z powodu wysokich cen elektryków — nie posiadają własnych pojazdów.

Na stacji metra panuje ciągły ścisk i zamieszanie. Choć dziś korzystam z mniej obłożonego błękitnego chodnika, to żeby wsiąść do wagonu, muszę przepchać się przez peron bez stref. Jazda z blokowiska Lužiny do centrum, bez względu na poziom modyfikacji pasażera, wiąże się z tłokiem i nerwowymi przepychankami.

Przeciskam się do kąta przy przegubie wagonu. Wokół jak zwykle same zmęczone, niewyspane twarze. Zamknięte oczy, głowy opadnięte na piersi w rozpaczliwym przedłużaniu nocnego wypoczynku. Zaraz tłok w pojeździe osiągnie swoje apogeum.

Czas w wagonie metra zazwyczaj wypełniam drzemką na stojąco lub rozmyślaniami. Dziś o nerwowym półśnie mogę tylko pomarzyć — tępy ból mięśni i ssący głód nie dają mi spokoju. Powracają więc rozważania o korekcie oraz o moim codziennym życiu, ukształtowanym przez system wspomagania pracy.

Większość obywateli Unii pracuje po osiem zegarowych godzin dziennie, dojeżdża do pracy przez jedną lub dwie, a potem wraca tyle samo. Ci, którym podniesiono mnożnik o trzydzieści procent, zamiast faktycznych dziesięciu lub dwunastu odczuwają szesnaście godzin. Nazywa się je „indywidualnymi”. Po innych aktywnościach, na przykład zakupach czy dodatkowej pracy, przyspieszonym zostaje na sen około dziesięciu godzin indywidualnych. Wydaje się to długim okresem, ale subiektywne odczucie dłuższego czasu odpoczynku nie równoważy wydłużonego czasu pracy. Organizm drastycznie obciążony — zarówno samą modyfikacją, jak i wytężoną pracą — nie regeneruje się, mimo złudzenia dłuższej porcji snu. Taki cykl w ostatecznym rachunku jest wyczerpujący.

W wielu przypadkach dodatkowy subiektywny czas aktywności zostaje wykorzystany na kolejną pracę. Często osoba po modyfikacji ma na utrzymaniu co najmniej jednego niezmodyfikowanego członka rodziny, który pozostaje na zasiłku. Statystycznie jednak zmodyfikowany utrzymuje trzy osoby, ponieważ klasę powyżej jedynki otrzymuje tylko czwarta część mieszkańców Unii. Wśród osób, które z różnych przyczyn nie zwiększyły lub nie mogą podnieść swojego mnożnika ponad jeden, tylko niewielka część jest zatrudniona, a i to z reguły za najniższą płacę. Świadczenia socjalne, takie jak emerytura czy zasiłek dla bezrobotnych, pozwalają jedynie na wegetację.

Wszystko to znam z autopsji, sam przecież systematycznie wspieram matkę i siostrę. Choć wynajem samodzielnej kawalerki pochłania sporą część mojej wypłaty, nie chcę mieszkać z nimi. Obserwowanie April pogrążonej w depresji oraz walczącej z tym matki zbyt wytrąca mnie z równowagi. Wynająłem maleńki, tani lokal z dala od centrum, w blokowisku na Lužinach. Teraz codziennie muszę pokonywać odległość szesnastu stacji linii B, aby dotrzeć na Vysočany.

Peryferyjne dzielnice, takie jak Lužiny, gwałtownie rozrosły się pod koniec lat dwudziestych. Wtedy wzniesiono ogromne bloki, mające pomieścić uchodźców z dawnej Europy Zachodniej, głównie mieszkańców Francji i Belgii oraz pierwsze napływowe grupy Niemców. Exodus trwał do 2031 roku, kiedy została proklamowana Almanya, państwo islamskie na terenie obejmującym dawne Niemcy. Uszczelnienie granic powstrzymało dalsze masowe migracje z tego kierunku. W roku powstania nowego państwa niemieckiego miałem zaledwie siedem lat, więc właściwie nic z tego nie pamiętam. Tłumy wielojęzycznych mieszkańców traktuję jako coś zupełnie naturalnego.

Gdy wysiadam na swojej stacji, skład metra, wciąż pełen pasażerów, rusza w stronę blokowiska na Zeleneču.

***

Przedsiębiorstwo Dvořák Lamináty s.r.o. mieści się w kilku starych halach przemysłowych tuż za torami kolejowymi. Jest to główna siedziba firmy. Poza Pragą znajdują się jeszcze oddziały terenowe, które prowadzą budowy w głębi Czech oraz w innych krajach Unii Europejskiej.

Przy największym pawilonie montażowym wznosi się piętrowe biuro zarządu, gdzie mieszczą się kierownictwo produkcji oraz administracja, a także mały punkt Systemu Wspomagania Pracy. To standardowy, bezobsługowy kontener dostarczany do przedsiębiorstw, zapewniający połączenie z siecią systemową oraz gwarantujący pracownikom stałe uzupełnianie dawek neuroprzekaźników z dystrybutorów. System USWP automatycznie aktualizuje moje dane, więc informacja o korekcie już znajduje się w firmowej kartotece. Mam jednak obowiązek osobiście zgłosić zmianę mnożnika u bezpośredniego przełożonego, by usprawiedliwić moją dwudniową nieobecność w pracy.

Gdy staję przed drzwiami kierownika, przełykam kilka razy ślinę, czując wciąż niesmak w gardle. Poranny izotonik dawno już został wchłonięty przez wymęczony organizm i teraz odczuwam lekkie skurcze głodu. Moja gorsza kondycja nie powinna jednak wpływać na nadchodzące negocjacje płacowe.

Wchodzę do biura produkcji bez pukania. Od progu słyszę znajomy terkot wentylatora klimatyzacji. Urządzenie prosi się o przegląd od wielu miesięcy, ale póki wydmuchuje choć odrobinę chłodniejsze powietrze, nikt nie zamierza go czyścić. Przez moje nowe przyspieszenie odnoszę wrażenie, że dudnienie łopatek brzmi dziś jakby wolniej.

Rozparty na fotelu kierownik Cvach powoli obgryza jakiś owoc lub jego substytut, wpatrując się w hologram nad biurkiem. Na mój widok macha ręką, a projekcja gaśnie. W jej miejsce pojawia się moja pracownicza kartoteka z informacją o korekcie.

Cvach odczytuje zmienione rekordy i przenosi na mnie niezadowolone spojrzenie.

— Nie mam wolnego szkieletu. Nie mogłeś zostawić, jak było?

— Potrzebuję kasy. Będę o dziesięć procent szybszy.

To zazwyczaj jedyna przyczyna podnoszenia grupy i przełożony dobrze o tym wie. Zgodnie z przepisami musi teraz przyznać mi podwyżkę.

Bez pośpiechu przeżuwa owoc, ponownie wpatrując się w wyświetlone informacje. Sam ma obniżony wskaźnik do poziomu jeden dwa, co jest tak naprawdę zasłużoną nagrodą za wcześniejsze lata eksploatacji organizmu.

Zaczynam się irytować jego ostentacyjną flegmą. Ciągły ból mięśni potęguje moje rozdrażnienie.

— Dam ci siedem procent podwyżki. — Szef, widząc, jak mimowolnie zaciskam szczęki, dodaje: — Trzy pójdą na raty za egzoszkielet.

— Jakie raty?! Przecież krab nie będzie moją własnością! — Narasta we mnie złość.

— Spokojnie, bez emocji. Jest możliwość dorobienia sporej premii. Mogę cię wysłać na kontrakt za granicę — proponuje. Wie, że w ten sposób zdusi mój bunt. Pewnie przeprowadził już wiele takich rozmów.

Koledzy wspominali o jakichś opłatach za szkielet, ale nie o trzech procentach. A może jednak o tym mówili, tylko nie zarejestrowałem tej informacji? Odpuszczam.

— Dokąd? Polska czy Rosja? — Kojarzę, że tam Dvořák prowadzi najwięcej inwestycji.

— Szwecja. Pozwalają tam pracować firmom z Unii.

— Przecież to islam. Ścinają za przyspieszenia.

— Nie w Szwecji. To jedyny kraj muzułmański, gdzie trochę pomyśleli i dzięki umowom z Unią nadal się rozwijają. Hiszpanie czy Kalifat Francusko-Belgijski faktycznie ścinają za modyfikacje. W Almanyi trafisz za to do więzienia. — Cvach otwiera zakładkę w mojej kartotece dotyczącą przydziału. — Muzułmanie z północy są cwańsi i chętnie wykorzystują niewiernych do pracy, szczególnie w budownictwie. Byleby się nie afiszować z modyfikacjami i po robocie siedzieć w hostelu. Oczywiście bez picia. To co? Wpisać?

Zastyga z dłonią nad klawiaturą.

— Dostaniesz tam od razu szkielet — dodaje, widząc moje wahanie.

— No to proszę. A mam jakiś wybór?

***

10 kwietnia, sobota

Stanie przed drzwiami mieszkania matki wydaje się po prostu głupie. Nic więcej już nie wymyślę. W drodze ze stacji metra przerobiłem już wszystkie możliwe wątki „dyskusji”. Zrezygnowałem z jazdy zatłoczonym tramwajem, by dać sobie dodatkowy czas na przemyślenia.

Wycieram spocone dłonie w materiał spodni. Aż wyschło mi w gardle ze stresu. Tam cieknę, a tu wysycham.

Cóż, wchodzę.

Początek spotkania jest nadspodziewanie sympatyczny: April stara się podtrzymać rozmowę, uśmiecha się niewymuszenie, jakby moja świeża korekta nie miała dla niej już znaczenia. To naprawdę miłe.

Aromat zupy gulaszowej, którą przygotowała matka, krąży po kuchni, zwiastując ucztę dla podniebienia. Gulaszowa jest oczywiście wyśmienita: słodka papryka nadaje charakteru idealnie kruchym kawałkom wołowiny. Wszystko, co gotuje Sygrida, jest wyborne. Jej sosy, zupy i sałatki zawsze mają wyraźny, określony charakter. Mimo finansowych ograniczeń, które pozbawiają ją dostępu do części produktów i przypraw, potrafi wyczarować doskonałe dania. Ale możliwe też, że nie jestem obiektywny. Tak naprawdę nie znam innej domowej kuchni. Potrawy matki przyrównuję do zestawów obiadowych z tanich restauracji lub gotowców z dyskontu.

Rozmowa nad talerzami zupy toczy się spokojnie. Każde z nas cieszy się tym obiadem i rodzinnym spotkaniem. Podtrzymujemy ten nastrój, rozmawiając o błahostkach — o wcześniejszej fali upałów, o nowych sąsiadach z parteru oraz o najnowszym sitcomie, który wciągnął siostrę. Słucham, jak z ekscytacją opowiada o fabule, powstrzymując gorzką uwagę, że nic w jej życiu nie zmieni tkwienie przed ekranem. Nawet ostatnie wzmianki o podwyżkach cen wody i zmniejszeniu jej przydziału na mieszkańca nie psują nam przyjemnej, rodzinnej atmosfery. Nadal jest sympatycznie.

I tak do momentu, gdy wreszcie decyduję się i konwersacyjnym tonem informuję dziewczyny o moim wyjeździe na trzy miesiące do Szwecji.

April zastyga, szeroko otwiera oczy. Jej twarz przybiera trudny w interpretacji wyraz. Patrzy na mnie przez długą chwilę, po czym wstaje i wybiega do swojego pokoju. Nie trzaska drzwiami, co mnie nieco dziwi.

Sygrida tymczasem zaczyna zbierać talerze i sprzątać po posiłku. Jest cicha, skupiona na czynności. Spłoszona, ucieka wzrokiem.

Nie spodziewałem się, że obie zostawią mnie z tym samego, nie podejmując najmniejszej dyskusji. Byłem przygotowany na płacz lub krzyki siostry, dopytywanie matki „dlaczego to robię” i tym podobne. A tu obie wstają demonstracyjnie, kończąc w ten sposób sobotnie spotkanie. Koniec, finito, nie ma o czym rozmawiać… Ja to sprowokowałem, ale mimo wszystko jest mi przykro.

Coś wisi w powietrzu. April od jakiegoś czasu jest wyraźnie wycofana, jakby oddawała pole i uciekała.

Siedzę w ciszy, nie wiedząc, co powiedzieć. Obserwuję, jak matka — zanim włoży talerze do zmywarki — przeciera je ręcznikiem papierowym nad pojemnikiem na odpady. Takie przygotowanie naczyń pozwala na użycie najoszczędniejszego programu i minimalnej ilości pary wodnej.

— Zleci szybko, mamo. W lipcu wrócę, będę miał obowiązkowe dwa tygodnie przerwy, możemy wtedy pojechać w trójkę w Alpy — próbuję ją pocieszyć. Nagle ten pomysł wydaje mi się doskonały. — Premia za pracę na kontrakcie plus podwyżka: możemy zaszaleć. Dawno nigdzie razem nie byliśmy.

— Dobrze, synku — odpowiada, uśmiechając się smutno. — Uważaj na siebie w tej Szwecji.

Przechodzi do wycierania blatu kuchennego i dodaje:

— Tylko nie pij nic. Żebyś nie miał nieprzyjemności.

— Hej! Nie rób ze mnie przeciętnego budowlańca — śmieję się trochę sztucznie. Wciąż jestem zdziwiony jej pasywną postawą i brakiem sprzeciwu. Czuję, że w tej sytuacji nic, co bym zrobił lub powiedział, nie uratuje już popołudnia.

— Zobaczę, co u Ap.

Wchodzę do jej pokoju, nie pukając.

Leży na łóżku, obrócona twarzą do ściany, nogi ma podwinięte w pozycji embrionalnej. Po drobnych ruchach jej ramion dostrzegam, że płacze bezgłośnie.

— Mówiłem Sygi, że jak wrócę, wyskoczymy w góry.

Nie ma żadnej reakcji. Rozglądam się bezradnie, zastanawiając się, co mogę jeszcze powiedzieć. Dopiero po chwili zauważam zmiany, jakie zaszły w jej azylu: ekran jest wyłączony, a pokój posprzątany, zniknęły ciuchy zalegające na fotelu. Łóżko, zanim się na nie rzuciła, było bez pościeli, przykryte tylko kocem. Postarała się, licząc zapewne na to, że sprawi mi tym przyjemność i że ją pochwalę. Może także postanowiła ogarnąć się dla samej siebie, przełamując ciągłą niemoc. Cały ten wysiłek zniweczyłem.

Stoję tak chwilę, nie mając odwagi przysiąść na łóżku i jej dotknąć. Od jakiegoś czasu nasze rozmowy się nie układają. Gesty stają się obojętne, pozbawione dawnej bliskości, beztroskiego poszturchiwania i zaczepek. Straciłem chyba cierpliwość, zobojętniałem, przez co staram się coraz mniej. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio ją rozbawiłem i kiedy słyszałem jej serdeczny, niewymuszony śmiech. Teraz też coś mnie blokuje przed jakimkolwiek gestem zażyłości.

— Będę już wychodził. Wstaniesz?

Jedyną reakcją jest cichy szloch, na tyle subtelny, że może to być tylko głębsze westchnienie.

— Naprawdę nie chcesz mnie pożegnać? Chcesz przez te trzy miesiące mieć pretensje? Albo być obrażona?

Obraca się powoli na plecy, spogląda na mnie mokrymi oczami. Patrzy tak chwilę, a jej broda delikatnie drga. Wstaje jednak. Powoli podchodzi. Nagle wyrzuca gwałtownie ręce w przód i obejmuje mnie w pasie, przyciskając twarz do mojej piersi. Wkłada sporo siły w uścisk, ale jej ramiona ciągle dygoczą.

Zaskoczony tą nagłą czułością, podnoszę dłoń, by pogładzić ją po włosach.

— Boję się… — szepce ledwie zrozumiale w materiał bluzy.

— Dacie radę. To tylko trzy miesiące.

— Śniło mi się to… parę razy… Jak wyjeżdżasz… na północ. — Jej głębokie, rwane oddechy przebijają się przez materiał ubrania, a ciepłe tchnienie dociera do mojej skóry. — Coś się stanie. Mamy się spotkać w trójkę po twoim powrocie, ale nie mogę odnaleźć jednego z was! Nie wiem… ciebie czy Sygi… Czuję się tak strasznie samotna… Śniło mi się to, śniło… — powtarza.

Muskam włosy siostry, próbując wymyślić na poczekaniu jakąś pocieszającą odpowiedź na te zaskakujące słowa. Zlekceważenie tego wyznania i obrócenie go w żart byłoby niestosowne. Wyczuwam, że jest na granicy histerii. Dlatego mówię tylko:

— Wrócę, obiecuję.

Tkwimy tak, obejmując się: ona wciska nos w moją pierś, a ja otaczam jej ramiona i głaszczę głowę. Z wolna jej oddech się uspokaja, ciało przestaje drżeć.

— Nie będziesz na moich urodzinach — mówi przytłumionym głosem w ostatniej próbie protestu.

Rozdział 3

12 kwietnia, poniedziałek

Stoję w długiej kolejce dla pasażerów lotów czarterowych. Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłem na praskim lotnisku. Na pewno w dzieciństwie, ale nie potrafię określić, ile miałem wtedy lat. Przyprowadziła nas wtedy Sygrida, a jedyne, co zapadło mi w pamięć z tamtej wycieczki, to ryk silników przy starcie największych samolotów. Nigdy nie mieliśmy gości, których trzeba byłoby odbierać z lotniska, a sami też nie lataliśmy. Ten środek transportu był poza naszym zasięgiem finansowym. Dlatego to będzie mój pierwszy lot.

Rozglądam się, próbując zająć czymś myśli i przytłumić zdenerwowanie, przyspieszone bicie serca oraz ścisk jelit. Rano nie mogłem przełknąć śniadania, mimo dokuczliwego głodu, który towarzyszy mi już od dwóch dni.

Wzdłuż hali odpraw, oddzielony nieprzesuwnymi stalowymi barierkami, ciągnie się żółty pas, po którym poruszają się patrole policji granicznej. Każdy z funkcjonariuszy trzyma długą broń skierowaną lufą w dół, a przy pasie ma kompaktowy automat. Mundurowi zgrupowani są w formacje trzyosobowe. Stoją nieruchomo przez kilka minut, lustrując halę odpraw, by nagle, na jeden sygnał, ruszyć z pełną prędkością, przy wtórze wyraźnego chrzęstu egzoszkieletów. To przyciąga wzrok podróżnych. Widać, że szczególnie przybysze z Almanyi oraz innych sułtanatów zerkają na tę demonstrację ukradkiem, wyraźnie spłoszeni szybkością i wielkością policjantów.

Podejrzewam, że to celowa manifestacja siły, mająca działać prewencyjnie na cywili, a zwłaszcza na przybyszów spoza Unii. Przyśpieszony o osiemdziesiąt procent, opancerzony i uzbrojony patrol budzi zrozumiały respekt oraz niedowierzanie u osób, które wcześniej nie zetknęły się z tak podkręconymi osobami. W ścisku ulicznym, gdzie w każdej chwili istnieje ryzyko niespodziewanego kontaktu z przechodniami, policjanci na ogół hamują swoją ekspresję, kontrolują ruchy i nie demonstrują pełnej akceleracji. Zresztą po mieście najczęściej poruszają się radiowozami, unikając patrolowania pieszo.

Na mnie także widok tej policyjnej manifestacji robi wrażenie. Moja zwiększona percepcja subiektywnie „spowalnia” ruch maszerujących, ale wciąż dostrzegam, jak są imponująco szybcy.

Pogranicznik skanuje moją bransoletę i wskazuje mi kołowrotek, przez który przechodzę do właściwej odprawy. Ustawiam się w kolejce do bramki kontrolnej. Żołądek ściśnięty skurczami domaga się jakiegokolwiek pożywienia. Może coś dadzą na pokładzie?

Nagle ktoś klepie mnie w ramię.

— Cześć! Widzę, koleś, że też jesteś od Dvořáka. Jestem Marek — przedstawia się stojący za mną siwawy mężczyzna.

No tak, obaj mamy na bluzach wyhaftowane logo firmy.

— Jan.

— Byłeś już na kontrakcie?

— Nie, to mój pierwszy raz.

— Spokojnie, wprowadzę cię. To już moja ósma szwedzka tura, a w ogóle to ze dwudziesta. Polatałem sobie już trochę, he, he. A ty, gdzie masz budowę? — Marek sprawia wrażenie wyluzowanego, kontaktowego faceta.

Nie znam kolegi, ale jeśli tyle razy był na kontraktach, to rzeczywiście mogliśmy się nigdy nie spotkać. Taka liczba wyjazdów to przynajmniej pięć lat życia w ciągłym przyspieszeniu, i to co najmniej trzydziestoprocentowym.

— Sztokholm, gdzieś w centrum — odpowiadam.

— No to będziemy razem pracować, brachu. Dvořák robi w stolicy tylko na jednej budowie. W czarterze nie ma miejsc numerowanych, usiądź koło mnie.

Docieramy do celników stojących przy taśmociągu. Naśladując Marka, wyciągam na tacę wszystko, co mam w kieszeniach, i ściągam buty. Kontrola jest sprawna, bez celowego czy złośliwego przedłużania. Pasażerowie — pracownicy na kontraktach zagranicznych — posiadają zazwyczaj modyfikacje w przedziale od trzydziestu do pięćdziesięciu procent, a celnicy poruszają się w zbliżonym tempie. Nie wiem, czy obsługa celna jest dobierana pod kątem stopnia przyspieszenia pasażerów danego lotu, czy jest to standard dla wszystkich funkcjonariuszy tej służby.

Skanery wmontowane w bramkach pobierają informacje identyfikacyjne z bransolet, a czujniki biometryczne weryfikują ich zgodność. Nikt z naszej grupy odlatującej do Szwecji nie wywołuje alarmu ani nie wzbudza zainteresowania personelu odprawiającego.

Samolot jest ciasny: to średni Airbus, który lata świetności ma już za sobą. Zapewne wyprodukowano go w latach trzydziestych, gdy konsorcjum jeszcze istniało, a fabryki w zachodniej Europie nie były zamykane z powodu przemian polityczno-religijnych. Posiada tylko klasę ekonomiczną z gęsto poupychanymi fotelami. Wnętrze wskazuje, że samolot służy do szybkiego, częstego transportu pracowników, bez cateringu czy innych zbędnych udogodnień. Klimatyzacja jeszcze nie działa, więc w powietrzu unosi się porcja kwaśnego odoru. Cuchnie potem i skarpetkami. Na pokładzie jest tylko jedna stewardesa, w dodatku nie pierwszej młodości i urody. Może to też standard w przewozach robotniczych.

— Chcesz przy oknie? Nie? To ja siądę — mówi Marek, wciskając się pod iluminator. — Czasem, jak nie mam z kim gadać, to przynajmniej mogę sobie popatrzeć. Nie śpię w samolotach, bo jakby spadał, nie chciałbym tego przegapić, he, he — szczerzy się.

Na ten drętwy żart rozciągam usta w symulacji uśmiechu. Czuję się klaustrofobicznie w tej ciasnej, śmierdzącej rurze. Dziękuję sobie w duchu, że mam pusty żołądek.

— A w ogóle to co robisz, brachu? Ja jestem instalatorem.

— Spawacz. Co kładziesz?

— Wszystko, ale na kontrakcie głównie zajmuję się złączami wielomedialnymi i sieciami. Mówię ci, robota nie jest najgorsza, tylko trzeba się uwijać, bo jak zrobisz opóźnienie, to cię odeślą. Ci cholerni muzułmanie każdego pilnują. Dostają od naszych informacje o twoim mnożniku, a potem podkręcają ci normę dzienną.

— To kto nami zarządza? Szwedzi czy nasi?

Marek wzdycha. Nie wiem, czy z powodu naiwności mojego pytania, czy przez temat, który poruszyłem.

— Formalnie zawsze podlegasz majstrowi, a on podlega naszemu kierownikowi budowy. To on wyznacza normy do wykonania. Ale w praktyce na każdej budowie jest tak zwany mutahamis, czyli „gorliwy”. Kontroluje naszą pracę, wtrąca się do planów i, co najważniejsze, pilnuje, byśmy nie siali zgorszenia. Najlepiej: kwatera–robota, robota–kwatera i tak w kółko.

Wszyscy odlatujący już zajęli miejsca w samolocie. Widzę tylko samych mężczyzn. Każdy wygląda na pracownika fizycznego, wracającego na nową turę po grafikowej pauzie. Mimo wypoczynku w kraju, wśród rodzin, ich twarze są zmęczone i pozbawione radości. Rozmowy słychać nieliczne i przyciszone. Niektórzy już zamykają oczy, żeby wykorzystać lot na dwugodzinną dodatkową regenerację.

Czy ja też będę tak wyglądał po kilku wyjazdach kontraktowych? Wyeksploatowany przez przyspieszenie i tempo pracy?

Dręczy mnie jeszcze coś.

— Wiesz, mogę mieć problem ze szkieletem. Ostatnio zakładałem taki jeszcze przy nauce zawodu, w szkole.

— Nie martw się. Jeden dzień popracujesz z krabem i się przyzwyczaisz. A po rusztowaniach to się w nim śmiga, że hej! Wszystkie narzędzia możesz na nim powiesić.

Startujemy planowo. Nabieramy prędkości na pasie lotniska przy przeraźliwym huku silników, pochłaniającym wszystkie inne dźwięki. Samolot lekko podskakuje, a mój żołądek go naśladuje, podrzucając żółć do gardła. Jeszcze zanim nasz Airbus ostatecznie oderwie się od ziemi, wyraźnie i gwałtownie uderzają we mnie neurohormony.

Czuję przyspieszenie pulsu w skroniach i szybkie, palpitacyjne bicie serca. Moje mięśnie najpierw zaczynają drżeć, by po chwili gęstnieć w nadciągających paroksyzmach skurczów. Te jednak nie następują: włókna tężeją na tyle, by nie wystąpiła bolesność, i choć są twarde, czuję, że mogę się poruszać. Przód maszyny mocno unosi się w górę, adrenalina mnie zalewa, a serce gwałtownie trzepocze…

Marek mówi coś, ale brzmi zupełnie niezrozumiale, słowa rozciągają się w basowy ciąg bełkotliwych dźwięków. Czas staje. Słyszę wszechobecny, bardzo niski, rytmiczny i dudniący odgłos. Samolot wisi nieruchomo w powietrzu, a ja wyraźnie widzę w iluminatorze, że budynek hali zastyga w kilkusekundowej stopklatce. Nikt się nie porusza ani w środku, ani na zewnątrz. I już nie słyszę pulsującego dudnienia. Jest jeden długi dźwięk nie dźwięk. Jak tło czy woda, która cię otacza. Odbierasz to całym sobą, a nie tylko uszami…

…a potem wszystko jednocześnie ożywa. Kadłub pulsuje, dudnienie przechodzi stopniowo w brzęczące drgania, zagłuszane rykiem silników.

— …nnnnnoooo tooo pooomyyyślałem: „Co mi zależy”. I tak ciągnę już kolejny rok. Moja Liduszka marudzi za każdym razem, ale jak mam wykarmić ich wszystkich? Jeszcze moi rodzice…

Jestem zdezorientowany i oszołomiony. Lekko dygoczę. Czego właśnie doświadczyłem? Chwilowej aberracji umysłu, a może jakiegoś udaru? Nie straciłem przytomności, tego jestem pewien. Podobnie jak tego, że to wydarzyło się naprawdę i trwało te spektakularne kilka sekund.

— …ojca renta trochę ratuje sytuację, ale nie są w stanie już sami mieszkać…

Pojawia się myśl, że doświadczyłem nagłego przyspieszenia o niewyobrażalnym współczynniku. Choć na początku odrzucam ją jako absurdalną, nieubłaganie powraca, aż zagnieżdża się na stałe. Ile to mogło być procent? Dwieście? Trzysta? Raczej niemożliwe. Z tego, co pamiętam z programów w sieci, przekroczenie mnożnika powyżej dwóch i pół kończyło się nieodwracalnymi zmianami w organizmie, a w konsekwencji śmiercią. Prowadzono badania w tym kierunku, ale nikt nie ogłosił sukcesu.

Na języku czuję metaliczny smak. Znów skręca mnie z głodu.

— Masz może coś do jedzenia? — przerywam Markowi monolog.

— Znamy się dopiero godzinę, a ty już wpraszasz się na obiad? — krzywi się zabawnie, ale w jego głosie nie słychać pretensji ani złośliwości. — Mam ciasto zrobione przez Lidę. Drożdżowe, z prawdziwymi owocami! Dam ci kawałek.

Sięga do torby podręcznej i wyciąga papierowy pakunek. Ciasto, pokrojone na kilkanaście małych kawałków, wygląda smakowicie. Biorę od razu dwa, na co Marek kiwa tylko głową. Bez wahania wpycham oba do ust. Spragniony węglowodanów nie mogę się opanować.

— Pyszne, dziękuję — memłam z pełną gębą.

— Smacznego! Ale się będzie śmiała, gdy jej opowiem, jak się rzuciłeś…

Przeżuwając wypiek żony Marka, doznaję olśnienia. Przy tak nagłej akceleracji iniektor musiał wstrzyknąć większą dawkę neuroprzekaźników. A to można sprawdzić w historii bransolety. Takie informacje są zrzucane do systemu automatycznie, gdy manela pojawia się w zasięgu punktów dostępowych. Jednak tu, w samolocie, muszą jeszcze znajdować się w urządzeniu na moim nadgarstku. Dotykam ekranu i zagłębiam się w menu. Po kolei przeskakuję różne informacje, aż w końcu docieram do danych, które mnie interesują.

Historia iniektora obejmuje ostatnie trzy godziny. Według zapisów w niej zawartych prawie nie przyjmowałem w tym czasie miksu hormonów. Z kilkudziesięciu substancji, które powinny być podawane w sposób ciągły do podtrzymania przyspieszenia, otrzymałem tylko kilka, a i te w śladowych ilościach. Implant przeanalizował stan mojego organizmu i uznał, że nie ma potrzeby zwiększać dawek. Mikroport bransolety uwalniał zaledwie pojedyncze mikrogramy paru neuroprzekaźników. A w chwili, gdy doświadczałem domniemanego spowolnienia czasu, proces podawania tych substancji zatrzymał się całkowicie. Cholera, to przecież bez sensu…

— …chcesz zobaczyć? — Kolega szturcha mnie w ramię.

— Co…? A, tak. — Nie mam pojęcia, o czym mówi.

— O, zobacz! To moja banda. — Marek wyświetla holo nad ekranem swojej bransolety: trójka dzieci stroi głupawe miny, dwoje staruszków stoi za nimi, a on obejmuje drobną blondynkę. — Jest nas trochę. A ty? Masz żonę i dzieci?

— Nie, jestem sam.

— Szczęściarz! My mamy jeszcze psa i kota.

Lot trwa krócej niż dwie godziny standardowe. Mam o czym myśleć, ale choć ciągłe gadulstwo nowego kompana jest męczące, staram się nie okazywać irytacji. Gdy podchodzimy do lądowania, ze zdumieniem stwierdzam, że czas podróży zleciał mi zadziwiająco szybko.

W trakcie kołowania na płycie Marek niespodziewanie proponuje:

— Mam wolne miejsce w pokoju, jak chcesz, możesz się dokwaterować. Normalnie, jako nowemu, pewnie przydzielą ci łóżko w czwórce lub większym pokoju. Ja mam dwójkę.

— Dzięki. Twój współlokator wrócił na stałe do domu?

— W sumie to tak. Wywalili go za alkohol. Parę piw, wyszedł na miasto, no i wylot.

***

W terminalu sztokholmskim można zauważyć mniej podróżnych niż w praskim. Kierunek północny obecnie nie cieszy się szczególną popularnością turystyczną. Muzułmańska Szwecja nie jest członkiem Unii Europejskiej, a liczne zakazy i ograniczenia, takie jak te dotyczące spożywania alkoholu, zniechęcają do masowych wycieczek.

Idę za Markiem, zadowolony, że w obcym kraju mam doświadczonego przewodnika. Z hali przylotów wychodzimy całą grupą na boczny parking, gdzie mają na nas czekać busy rozwożące do kwater.

Zaskakuje mnie temperatura na zewnątrz. Przyjemne kilkanaście stopni i lekkie podmuchy wiatru to coś, na co o tej porze roku w Pradze nie można liczyć. Zieleń drzew jest intensywna, a w powietrzu unosi się zapach soli i wilgoci. Niebo jest zaciągnięte warstwą wysoko skłębionych, pierzastych chmur — podobne widziałem ostatnio chyba w lutym.

Czeka na nas zbieranina pojazdów różnych marek i w różnym stanie technicznym. Nasz bus, pordzewiały mercedes, ma za przednią szybą odrapaną tabliczkę z napisem „Lilla Essingen”. Kierowcą, zapewne również właścicielem, jest Szwed o ciemniejszej karnacji. Gdy wsiadamy, obraca się ospale na siedzeniu, mierząc każdego z nas wzrokiem, po czym bez pośpiechu wrzuca bieg.

Ruchy kierowcy w pierwszej chwili wydają mi się przesadnie zwolnione, jakby powietrze miało gęstość kisielu. Po chwili przypominam sobie, że każdy spotkany krajowiec jest jedynką. Demonstracyjne ociąganie się może być także formą wyrażania pogardy dla przyspieszonych przybyszów. Marek wcześniej wyjaśnił mi, że wszyscy mieszkańcy Sztokholmu, z jakimi się zetkniemy, mają za zadanie nas pilnować. Jako niewierni, a dodatkowo jako „zmutowane poczwary”, stanowimy zagrożenie dla zdrowego społeczeństwa republiki islamskiej.

Nasza stancja pracownicza znajduje się w starym blokowisku na jednej z wysp śródmieścia. Wyspa nazywa się, jak wskazuje tabliczka w busie: Lilla Essingen. Baner na wjeździe wita wyblakłym „Välkommen”.

— Witaj w domu — odzywa się z drwiną mój towarzysz.

Ciasno pobudowane piętrowce wyglądają na zapuszczone i zdewastowane. Ich odrapane elewacje, obficie upstrzone pstrokatymi plamami graffiti, tworzą ponure wąwozy. Asfalt między budynkami jest spękany, pełen dziur, a trawniki zdziczałe, porośnięte kępami dorodnych pokrzyw. Mijamy stojący na rogu częściowo spalony, kilkupiętrowy budynek. Okna oraz wejścia do jego klatek schodowych straszą czarnymi, pozbawionymi stolarki otworami. Przez mgnienie w czerni pogorzeliska majaczy jakaś sylwetka, ktoś zdaje się obserwować nasz przejazd. Albo tylko tak mi się wydaje, bo po chwili nie jestem już tego pewien.

Od momentu wjazdu na wyspę towarzyszą nam śmieci walające się dookoła, głównie folie i papiery podrywane gwałtownym podmuchem przejeżdżających samochodów. Wszystko wskazuje na to, że służby komunalne odwiedzają ten kwartał rzadko. Lub wcale.

Nasz blok stoi w szeregu takich samych, wysmarowanych sprejami, kostek. Pocieszające jest to, że przynajmniej w jego oknach tkwią wszystkie szyby.

Pokój na piętrze, który mam dzielić z Markiem, jest niewielki. Wyposażenie obejmuje jedynie dwie jednodrzwiowe szafy stojące w narożnikach przy wejściu oraz stolik i dwa łóżka ustawione wezgłowiami w stronę okna. Meble są proste, klasycznie ikeowskie, z licznymi przetarciami i zadrapaniami, które świadczą o ich wieloletnim użytkowaniu. Za oknem, pomiędzy domami w kolejnym rzędzie, połyskują wody zatoki. Pokój ma własną, małą łazienkę.

— Lewe jest moje. Możesz wybrać z pozostałych, he, he — uśmiecha się Marek, rzucając swój plecak na podłogę przy łóżku.

Nie przywiozłem zbyt wielu rzeczy, więc upycham je do szafy na jedną półkę. Nie mam pomysłu, co dalej robić. Widząc to, Marek podpowiada:

— Teraz mamy trochę czasu. Za dwie godziny możemy pojechać na drugą zmianę. Nie ma sensu czekać do jutra. Im więcej pracujesz, tym więcej zarobisz — mówi i wyciąga przywieziony z domu prowiant. — Zjemy coś najpierw, a później do roboty. Jedzenie trzymaj w pokoju, bo ze wspólnych lodówek, nie wiedzieć czemu, znika.

Czuję się niezręcznie, przyjmując od niego paczkę z zapakowaną porcją obiadową. Nie pomyślałem zupełnie o tym, by zabrać z Czech żywność.

— Jutro zrobię zakupy, to uzupełnię ci zapasy. Albo, jeśli chcesz, to zapłacę.

Marek macha ręką.

— Jedz, na zdrowie. Lida dała mi jedzenia i tak tylko na tydzień. Choć tu jest drożej, nie ma sensu więcej przywozić. Zresztą, wyszedłby wtedy ponadnormatywny bagaż. A kasa… sam wiesz…

Powoli żuję mięso z paczki. Oczywiście, to kurczak, przyrządzony dość ostro, na brykiecie z ryżu. Podejrzewam, że na bardziej wyszukane mięso nie było ich stać.

— Wiesz, co jest najgorsze? Że starasz się, zapieprzasz, podkręcasz, a kasy jakoś nie przybywa — żali się Marek. Milknie na chwilę i patrzy w stronę okna. — Moja pensja i socjal pozwalają jakoś przeżyć. Ale sam widziałeś, ile nas jest. Dziadki dostają tyle, co kot napłakał. Stare jedynki poza systemem. Liduszka mogłaby pracować, bo ma jeden dwa, ale przy trójce dzieciaków siedzi w domu. Jak podniosłem na trzydzieści procent, myślałem, że nam się poprawi. A tu raty za szkielet. Wtedy jeszcze Jitki nie było, a Honza był maleńki.

— Też mnie zaskoczyło, ile nam potrącają.

— Po powrocie spróbuję podkręcić na półtora.

Patrzę na niego z niedowierzaniem.

— Chcesz na maksa!?

— Za kraba już płacę, więc podwyżka będzie odczuwalna. — Marek wzrusza ramionami.

— Mniej niż pół procent ludzi ma półtora! Nie każdy jest w stanie to osiągnąć. Możesz się przegrzać.

— Wiem, ale muszę spróbować. Zresztą, cała policja i mundurowi ciągną na osiemdziesięciu.

— Zapominasz, że ich egzoszkielety mają własną akcelerację. Służby mają bojowe wszczepy z większą częstotliwością impulsów. Poza tym ich przyspieszenia są okresowe. Dwa, trzy miesiące i spowalniają ich do bezpiecznej prędkości. O roboli nikt się tak nie troszczy.

— Wierzę, że mi się uda. Chcesz ciasta?

***

Na budowę przyjeżdżamy około drugiej. Nasza firma wznosi wieżowiec w otoczeniu podobnych, już ukończonych i oddanych do użytku. Konstrukcja budynku sięga kilkudziesięciu pięter, a umiejscowienie dźwigów sugeruje, że planowane jest montowanie kolejnych kondygnacji. Na razie struktura nie ma jeszcze elewacji, wewnętrznych stropów ani ścian.

— Chodź, poznasz brygadzistę, który nadzoruje spawaczy — mówi Marek, prowadząc mnie do jednego z kontenerów przy wjeździe na budowę. — Zostawię cię tam, a sam pójdę do swoich.

Majster, niski Czech o imieniu Jaromir, wita mnie bez zbędnych ceremonii. Ma na swoim biurkowym terminalu moje dane, a więc i informację o dopiero co uzyskanym podkręceniu. Dłuższe przepytywanie wobec tego jest zbyteczne. Skanuje moją bransoletę i pyta o doświadczenie z egzoszkieletem.

— Brak — odpowiadam.

— Pobierz kraba z magazynu. Trzeci kontener na prawo. Masz pół godziny na zapoznanie się ze szkieletem. Spawarka jest podłączona w gnieździe. Daj, wgram plany i zadania.

Wyciągam rękę z manelą w jego kierunku, a on dotyka jej końcówką szyfrowanego interfejsu stykowego. Na ekranie bransolety pojawiają się ikony plików projektowych oraz harmonogramu montażu. I to by było na tyle. Brygadzista przestaje się mną interesować, obracam się więc na pięcie i ruszam po sprzęt.

Zakładam stelaż zewnętrznego pancerza. Jest sztywny i niewygodny, dopóki nie wprowadzam w swoją bransoletę kodu do urządzenia. Komputer szkieletu łączy się bezprzewodowo z moim implantem. Momentalnie czuję, jak ręce i nogi stają się lżejsze. Siłowniki „kraba” synchronizują się z generatorem impulsów wszczepionym w moje ciało. Wystarczy podnieść dowolną kończynę, a egzoszkielet powtarza ten ruch.

Oglądam spawarkę. To standardowy model, wyposażony w zbiornik żywicy oraz podajnik włókien karbonowego laminatu. Końcówka zgrzewająca aluminium jest czysta, co dobrze świadczy o poprzedniku, który korzystał z tego zestawu.

Pół godziny przeznaczone na oswojenie się z uprzężą wykorzystuję w pełni. Chodzę po placu i markuję precyzyjne ruchy rąk oraz trzymanych narzędzi. Odpalam zgrzewarkę, a następnie klejownicę i czuję, że zaczynam swobodnie operować całym zestawem.

Gdy czas treningu mija, wjeżdżam windą na szczyt budynku. Zgodnie z planami oraz harmonogramem mam zacząć od południowej strony rdzenia. Tam powinny być poprzeczne belki czekające na połączenie. Na miejscu uwija się już kilku monterów oraz trzech spawaczy. Każdy z nas otrzymał inną, szczegółową część projektu konstrukcyjnego z wyznaczonymi łączeniami do wykonania.

Lubię swoją pracę. To uczucie tworzenia rzeczy materialnych, potrzebnych, a wręcz niezbędnych. Niezależnie od tego, czy chodzi o łączenie większych konstrukcji, czy o stawianie zbiorników ciśnieniowych, moje spawy będą latami służyć innym. Daje mi to satysfakcję i pozwala, mimo koncentracji na zadaniu, zachować wewnętrzny spokój. W takich chwilach nie myślę o niczym szczególnym i oddaję się cichej medytacji.

Dziś jednak odczuwam podenerwowanie, stojąc na wąskiej, zaledwie metrowej szerokości belce, zamocowanej na wysokości kilkudziesięciu pięter. Źródłem wzburzenia nie jest otoczenie, bo w podobnych warunkach — oczywiście oprócz założonego kraba — bywałem często.

Czuję wewnętrzny niepokój, narastające dygotanie oraz rozdrażnienie, które utrudniają mi koncentrację na pracy. Moje myśli ciągle krążą wokół zdarzenia w samolocie. Gdy staram się je odegnać, wypchnąć z głowy, pojawia się niespodziewanie scena pożegnania z April. Słyszę jej słowa… Jednocześnie mam wrażenie, że to nie wspomnienia są źródłem mojego zdenerwowania. Jego podłoże musi być bardziej organiczne, umiejscowione gdzieś w moim ciele.

Łączę podłużnicę, stapiając jej aluminiowy rdzeń ze słupem. Starannie układam na wierzchu spawu karbonową plecionkę. Muszę to robić powoli i pewnie, miejsce przy miejscu, aby badanie kontrolne nie wykazało obniżonej wytrzymałości szwu.

Właśnie zalewam spoinę żywicą, szykując się do jej utwardzenia, gdy przestaję widzieć. Nagle, bez ostrzeżenia.

Ogarnia mnie ciemność, w której pulsują niewyraźne powidoki tego, co zarejestrowały moje oczy przed chwilą. Odruchowo odsuwam spawarkę od siebie. Zamieram przerażony, wolną dłonią instynktownie macam lonżę, którą jestem podłączony do pręta asekuracyjnego nad swoją głową. Boję się poruszyć, nie ufam już własnemu zmysłowi równowagi. Uświadamiam sobie, że dźwięki docierające do mnie zmieniły barwy na niższe i brzmią dłużej, niż powinny. Znów przyspieszam…

Nie wiem, ile to trwa: stężały w bezruchu, pozbawiony wzroku, czekam, aż mi przejdzie. Mijają kolejne sekundy. Czekam, bo po pierwszym wstrząsie pojawiła się wewnętrzna pewność, że to chwilowe. Dziwię się, bo wcześniejszy niepokój oraz dygotanie znikają. Z każdym oddechem, mimo kompletnej ciemności, powraca spokój. Nic mnie nie boli, nic nie zakłóca funkcjonowania organizmu. Oddycham głęboko, a każdy kolejny haust powietrza rozluźnia napięte ciało coraz bardziej. Pojawiające się krótkimi falami lekkie drżenia mięśni wydają się teraz naturalne i konieczne. Już nie boję się, że spadnę. Czekam.

Najpierw odgłosy otoczenia wracają do właściwych rejestrów, a chwilę później ciemność zaczyna się rozwiewać. Nadal stoję przed podłużnicą, z uniesioną w bok spawarką. Chyba nikt z pracujących w pobliżu nie zauważył mojego zawieszenia. Możliwe, że trwało to zbyt krótko. Moje subiektywne odczucia nie są już żadnym wyznacznikiem czasu.

Do końca dnia nic więcej się nie dzieje. Czuję się świetnie, jestem pełen energii i chęci do pracy. Jedynie głód znów daje o sobie znać, ale coraz lepiej go ignoruję.

Pracuję zgodnie z harmonogramem, wykonując kolejne połączenia. Pierwotny niepokój już nie wraca. Myślę trochę o tym, co się wydarzyło — tu na budowie oraz wcześniej w samolocie. Zastanawia mnie, że te zdarzenia już mnie nie przerażają. Jakby były naturalne, jakby przygotowywały mnie na coś.

Po zmianie, w drodze powrotnej na kwatery, pracowniczy bus zatrzymuje się przy całodobowym sklepie. Kupuję spory zapas gotowych porcji śniadaniowych i obiadowych. Pakuję też całą torbę batonów, suszonych owoców oraz paczkowanych ciastek — na wszelki wypadek, gdyby znów dopadł mnie mały głód.

Ceny są faktycznie wyższe niż u nas, ale nie na tyle, by uzasadniać przywożenie prowiantu z Czech. Kasowy terminal, co mnie zaskakuje, rozlicza też transakcje w europunktach z wykorzystaniem bransolet. Spodziewałem się, że będzie z tym problem. W Islamskiej Republice Szwecji obowiązuje korona. Specjalnie dowiązałem konto dewizowe do maneli i wymieniłem zawczasu trochę euro. A teraz patrzę zdziwiony, jak koledzy z budowy płacą unijną walutą.

To dobry prognostyk. Zaczynam wierzyć, że moja tura w Szwecji przebiegnie szybko i bez problemów.

Na kwaterze rzucam zakupy na stolik, informując Marka, że to do naszej wspólnej spiżarni. Trochę się wzbrania, ale ostatecznie przystaje na moją ofertę. Jemy bez pośpiechu późną obiadokolację i dogryzamy słodyczami. Zmęczenie lotem, stresem oraz pracą daje o sobie znać, więc prawie nie rozmawiamy. Kilka ogólnikowych zdań i tyle.

***

W nocy śpię niespokojnie.

Budzę się często. Wyrywam się ze snu, zlany potem; przy następnej pobudce drżę z zimna. Rozgorączkowany, najpierw zrzucam koc, w malignie ściągam koszulkę, a za jakiś czas szukam jej i zawijam się w ciasny kokon, szczękając zębami. Po każdym wybudzeniu szybko zapadam w kolejną otchłań majaków. Sny są męczące, oblepiające, intensywne. Jednak już chwilę po każdym przebudzeniu ich treść, obraz i fabuła mi umykają. Pozostaje tylko pewność, że są złe.

Pamiętam jeden… a może… A może to zawsze ten sam sen…?

Jestem zamknięty w worze. Wyraźnie wyczuwam pod palcami fakturę juty. Jest ciasno, ciemno i bardzo zimno. Macam dłońmi naokoło, nieporadnie szukając wyjścia. Szczękam głośno zębami, a moje nagie ciało drży, walcząc z igłami mrozu. Gdy w końcu odnajduję drobną skazę w ścianie wora, rozrywam go skostniałymi rękami i przeciskam się przez powstałą szczelinę. Tylko że to już nie jest worek, a coś żywego. Wór zmienił się w kokon utkany z pulsujących żył, różowych pasów ścięgien pokrytych ściekającym śluzem. Nie jest już zimny: czuję fale nieznośnego gorąca, nabiegające w rytm tętna arterii. Wyślizguję się i spocony spadam na ziemię. Ta, choć najpierw twarda i przesuszona, zaczyna szybko nasiąkać śluzem z kokonu. Ugina się pode mną. Gorąca, gotująca się maź szybko wypełnia powstałe zagłębienie, a ja próbuję niezdarnie wypełznąć na brzeg. Bezradnie ślizgam się po ściankach leja. Ziemisty dół z mlaśnięciem pęka wreszcie od spodu i zapadam się jak w bagnie. Znów robi się zimno i ciasno. Macam dłońmi naokoło…

***

13 kwietnia, wtorek

Budzę się spocony pół godziny przed budzikiem. Czuję się rozbity i wymęczony, ale wiem, że już nie zasnę — mam dość tej nocy. Marek śpi na wznak, przeciągle pochrapując. Cicho wstaję, by nie obudzić kolegi, i boso przechodzę do łazienki.

Staję pod letnim strumieniem prysznica, opieram dłonie o kafelki i powoli spłukuję nocne majaki. Jestem zbyt otępiały, żeby myśleć o czymkolwiek. Tkwię tak chwilę, pozwalając, by drogocenna ciecz mnie dobudziła. Jej strumień, rozrzedzony perlatorem, jest mocniejszy niż w moim praskim domu czy u matki. Nie ma też ogranicznika zużycia, mogę więc tak jeszcze trochę postać.

Jeśli dobrze pamiętam, po proklamowaniu republiki islamskiej wszystkie programy oszczędnościowe w Szwecji zawieszono. A może to było później… Zresztą, jakie to ma teraz znaczenie. Jak przyjemnie…

Na kostkach stóp czuję, że poziom wody w brodziku zaczyna się podnosić. Schylam się do odpływu i krzywiąc się z odrazy, wyciągam z niego garść włosów. W pierwszej chwili myślę z obrzydzeniem, że to pozostałości po wcześniejszych kąpielach lokatorów. Kiedy jednak kolejne spływające strugi niosą nowe ciemne kosmyki, błyskawicznie wyskakuję spod natrysku.

Wycieram się pospiesznie, zerkając w lustro. Większość dłuższych włosów zniknęła. Nie byłem przesadnie owłosiony, ale też nigdy nie świeciłem gołą klatą. Do dziś. Brzuch jest całkowicie nagi, a na piersiach pozostały smętne resztki. Przy gładkich udach kępa na podbrzuszu wygląda co najmniej nieprzyzwoicie.

Patrzę lekko oszołomiony: mam sześciopak na brzuchu… Jeszcze trochę przykryty tłuszczem, ale tak mało, że widzę zarys smug ścięgnistych. Mało tego: na klatce, rękach oraz nogach wszystkie mięśnie są także wyraźnie zdefiniowane, pokryte teraz przewodami żył.

Zawsze byłem zbudowany dość przeciętnie. Szczupły, lecz nie chudy. Umięśniony, lecz bez przesady. Praca fizyczna oraz sporadyczne uprawianie różnych sportów ukształtowały moją sylwetkę. Jednak tkanka tłuszczowa dotąd przykrywała muskulaturę i nie budziłem westchnień kobiet na basenie. Teraz tłuszcz nagle zniknął w kilka dni. Zupełnie jakbym miesiącami trenował jakiś fitness.

Próbuję złapać palcami fałd skóry na brzuchu, ale mi się nie udaje. Napięta powłoka przywiera do ciała i wyślizguje się z chwytu.

Za drzwiami słyszę sygnał pobudki z bransolety. Pospiesznie oczyszczam odpływ, zakładam slipy i przepoconą koszulkę. Nie chcę, by współlokator zaczął zadawać pytania, zwłaszcza że sam nie znam na nie odpowiedzi. Muszę to wszystko sobie poukładać.

Przy śniadaniu jestem nieco rozkojarzony, co Marek szybko dostrzega. Nie naciska na rozmowę, chce tylko wiedzieć, jak dogaduję się z chłopakami na budowie. Odpowiadam zgodnie z prawdą, że nie było jeszcze okazji do bliższych znajomości. Dalej jemy w milczeniu. Pochłaniam dwie porcje śniadaniowe, a wciąż czuję głód. Towarzyszy mi on od kilku dni. Od momentu zmiany mnożnika.

Pracę na budynku zaczynam w miejscu ostatnio wykonanego złącza. Harmonogram montażu nie pozostawia w tej kwestii miejsca na dowolność. Wyćwiczone przez lata ruchy, łagodne brzęczenie spawarki do aluminium i zapach wylewanej na karbon żywicy pozwalają mi się uspokoić na tyle, by myśli oderwały się od ciągłego analizowania mojej metamorfozy. Wąska belka na wysokości kilkudziesięciu pięter, to nie miejsce na roztrząsanie życiowych dylematów. Z wolna poddaję się medytacji.

— Hej, brachu! — słyszę wołanie z dołu.

Kondygnację niżej Marek przeciąga instalacje do najbliższego złącza wielomedialnego. Bęben z taśmami przewodów przyczepił sobie do kraba. Macha do mnie ręką.

— Jak tam?

— Robi się! — odmachuję.

Patrzę chwilę, jak sprawnie przemieszcza się po konstrukcji, przyklejając kable i rurki do kanałów w belkach. Nieustannie zmienia miejsce; rozciąga wielotaśmę, zmaga się z jej sprężystością i jednocześnie operuje klejarką. Porusza się w egzoszkielecie całkiem naturalnie. Automatycznie przepina lonże między sekcjami pręta asekuracyjnego, nie przerywając wybierania instalacji z bębna. Doskonale wiem, że to mistrzostwo osiągnął dzięki specyfice zawodu: instalatorzy są w ciągłym ruchu, zatrzymując się jedynie w momencie wpinania taśmy w gniazda.

W mojej specjalizacji większość czasu spędza się w jednym miejscu, na kolejnych łączeniach, starannie nakładając warstwy w ustalonej kolejności: spaw na carbonalloyu, sprawdzenie spawu, siatka i zbrojenie karbonowe, kontrola naprężeń, a na końcu zalewka z żywicy i jej utwardzenie. Robota wolniejsza niż Marka, ale lubię ją. Nie sądzę, żeby coś się mogło wydarzyć…

…chyba że popełnię głupi błąd, który zniszczy mój świat.

Zabiła mnie rutyna. Powinienem być zabezpieczony dwiema linkami lonży asekuracyjnej. Odtwarzając później to zdarzenie w myślach, doszedłem do wniosku, że to brak obycia z krabem doprowadził do wypadku.

Przemieszczając się po konstrukcjach na wysokościach, najpierw należy wypiąć jeden karabińczyk, wpiąć go w nowe miejsce, a potem zrobić to samo z drugim. Jednak w praktyce rzadko kto na budowie tak postępuje. Szkoda czasu. Jedną linkę mamy zaczepioną na stałe za paskiem przy spodniach i używamy tylko drugiej, przekładając ją. Bo przecież co może się stać?

W narożniku struktury przechodzę więc z jednej belki na drugą, a wypięty karabinek trzymam w dłoni. Krok jest za krótki. Brakuje może pięciu centymetrów do stabilnego podparcia. Czuję, że lekki opór egzoszkieletu skraca mój ruch. To wystarcza: ściskana w prawej ręce spawarka przeważa, lewa ręka wystrzeliwuje w bok, próbując zatrzasnąć trzymany zaczep. Ale nie ma już o co.

SPADAM. Jestem przez sekundę zdziwiony. Później uderzają falą katecholaminy.

Przelatuję koło Marka, który otwiera usta w krzyku. Nie słyszę go. Bo sam wrzeszczę.

SPADAM, ze strachu zatyka mnie teraz; to sekunda ciszy.

Jak te piętra szybko uciekają!…

Widzę blade plamy twarzy na mijanych kondygnacjach.

Patrzę w zapłakane oczy April: „Nie będziesz na moich urodzinach”.

Obrazy: ostatnie dni; podkręcenie, rzyganie po nim, obiad u matki…

Przeklinam wulgarnie, wypuszczam spawarkę, rozkładam ramiona.

„Boję się, że cię już nie zobaczę”.

SPADAM, znów wrzeszczę.

Ależ głupia to będzie śmierć!

Obrazy: praskie lotnisko, wakacje w górach z matką. Mała April podrzuca suche liście w parku.

Wrzeszczę. Już mnie boli gardło. Kątem oka dostrzegam powiewający, bezużyteczny absorber lonży.

Ile mogę spadać?

Już nie krzyczę, patrzę, jak spawarka szybuje z boku, okręca się powoli w tanecznym piruecie…

Nie wierzę: to zaraz? Oczy łzawią. Przeklinam.

Twarz pochylona nad mym łóżeczkiem. „Kocham cię”. Matka poprawia mi maleńkie skarpetki skopane przy fikaniu.

Nie mogę przecież tego pamiętać… Tak krótko byłaś ze mną… Mamo…

Obraz: Matterhorn z ognistym czubkiem.

SPADAM, spadam… i strasznie się to ciągnie. Już nie nachodzą mnie obrazy. Wiem, co się dzieje. Lecę. Kolejne piętra wolno odpływają do góry. Jak w windzie. Nie… Coraz wolniej. Wkrótce nie będę już krzyczeć. Rozchlapany worek mięsa i kości nie krzyczy. Obracam się twarzą na spotkanie śmierci. Zostały ze dwa piętra.

W jednej chwili pojawiają się olbrzymie pomarańczowe parówki poduszek powietrznych, otaczające mnie znikąd, rejestruję szorstką fakturę betonu… już na wyciągnięcie ręki…

Ciemność, cisza.

Rozdział 4

14 kwietnia, środa

Starszy, niewysoki mężczyzna o znacznej nadwadze wpatruje się w ekran swojego terminala. Siedzi w skórzanym fotelu za masywnym mahoniowym biurkiem, podczas lektury bezwiednie bawiąc się długopisem. Nosi białą koszulę, przepoconą pod pachami; zdobi ją niebieski krawat zaciągnięty pod samą szyję. Biurko i fotel harmonizują stylem z resztą wyposażenia gabinetu: grubym dywanem oraz regałem na całą ścianę z pociemniałego ze starości drewna tekowego. Półki są szczelnie wypełnione ciężkimi tomami, w większości obłożonymi skórą. Całość emanuje klubową elegancją i poczuciem władzy. Wiosenne słońce wpada przez okno, odbijając się w złoconych grzbietach książek. Jest ciepło, zarówno na zewnątrz, jak i w pomieszczeniu.

Do gabinetu, po jednokrotnym puknięciu w drzwi, wchodzi energicznie młodszy mężczyzna. Brunet o sportowej sylwetce zdradzającej wojskowy sznyt. Jego ruchy są szybkie, lecz jednocześnie pełne miękkości, niemal kocie. Staje metr przed biurkiem, nie rozgląda się: wie, że krzesła, na którym mógłby usiąść, tu nie znajdzie.

— Tak, Karanian? — pyta starszy mężczyzna, odkładając długopis, ale wciąż wpatrując się w ekran.

— System wykrył potencjalnego Suba. Dobrze rokuje.

— A konkretniej, majorze. — W głosie siedzącego pojawia się zainteresowanie.

— Wypadek na budowie kontraktowej. Obiekt już ściągnięty. Obecnie przebywa w szpitalu Na Homolce, gdzie przeprowadzimy pełną diagnostykę. Osobnik prawie nie pobiera stymulantów. Śladowe ilości tyroksyny, norepinefryny i dopaminy. Reszty nie bierze.

— Sterownik sprawny? — Mężczyzna w końcu spogląda na Karaniana.

Zna go już od dwóch lat i przekonał się wielokrotnie, że informacje przekazywane przez podwładnego są zawsze zwięzłe i konkretne. Dokładnie takie, jak lubi.

— Tak, przeprowadziliśmy zdalny autotest i sprawdziliśmy połączenie z systemem. Nie wykryto nieprawidłowości. Ostatnio podwyższył się o dziesięć punktów, ale wciąż jest niestabilny. Robimy pełną diagnostykę w szpitalu. Gdy potwierdzi się, że może być Subem, przejmiemy go.

— Dobrze, monitorujcie go. Co z rodziną? Ma jakąś?

— Siostra i matka. Nic ciekawego, obie oscylują przy naturalnej jedynce. Ojciec: brak danych.

— Wyjaśnij brak danych o ojcu. I przeróbcie dokładnie genotypy całej trójki.

***

15 kwietnia, czwartek

Światło.

Ostre, wciskające się w szparę pod powiekami. Czuję ciepło na twarzy. Otwieram oczy, by zaraz je ponownie zmrużyć. Widzę okno oddalone od mojego łóżka o najwyżej metr. Promienie słoneczne przypiekają mnie przez szyby.

Leżę na plecach, chłonąc przez chwilę to ciepło. Próbuję przypomnieć sobie, gdzie mogę być. Czuję się rozespany i otępiały, więc mój umysł chwilowo nie podsuwa odpowiedzi. Usiłuję poruszyć głową, ale nie mogę. Ani nią, leżącą całkiem płasko, ani tułowiem. Ręce i nogi mam wolne, choć lewe przedramię jest zdrętwiałe i ciężkie. Z trudem je podnoszę: tkwi w tubie usztywnienia z laminatu, od łokcia do dłoni. Tuba przykrywa także bransoletę. Zezując na bok, dostrzegam inne łóżko. Chyba ktoś na nim leży.

— Hej… — mówię, choć wychodzi z tego słabe „eej”.

— Obudził się! — słyszę męski starczy głos, a po chwili szelest pościeli i klapanie oddalających się kroków. Głos mówi po czesku.

Mrużę oczy, wpatrując się w sufit i w kratki ledowej lampy. Dlaczego nie mogę się ruszyć? Zaczyna do mnie docierać, że w całym ciele palą mnie ogniska tępego bólu.

— Dzień dobry, panie Keller — mówi postać, która wchodzi w moje pole widzenia. — Jest pan w praskim szpitalu. Miał pan wypadek.

Lekarka, chyba w średnim wieku, staje tuż przy mojej głowie i jedną dłonią stuka w ekranik na wezgłowiu łóżka. Z mojej poziomej perspektywy widzę głównie jej rozpięty kitel, piersi, a nad nimi podbródek i dziurki nosa.

Teraz przypominam sobie: kontrakt, budowę, przerażający lot. I upadek. A nie, tego ostatniego akurat nie pamiętam. Przeżyłem to…

— …dzie jestem? — Mówienie przychodzi mi z trudem. Czuję wałek opuchlizny w gardle i drapanie na wyschniętym podniebieniu.

— Mówiłam: w szpitalu — odpowiada, dalej stukając w displej. Po chwili dodaje: — Na Homolce.

To bardzo dobra wiadomość. Z domu matki na Homolkę jest niedaleko. Dziewczyny będą mogły mnie odwiedzić. Może jeszcze dziś.

— Jak bardzo mnie…? To znaczy, co mi jest?

Lekarka spogląda w dół na mnie. Dalej widzę głównie jej piersi, ale teraz nad nimi, w miejsce podbródka, pojawiają się oczy i ciemna grzywka.

— Ma pan obrażenia wewnętrzne. Jest pan w gorsecie.

— A… coś więcej? Jak w ogóle znalazłem się w Pradze?

— Informacji udzieli panu lekarz prowadzący. Ja nie opiekuję się panem, panie Keller — mówi z wyraźną irytacją. — Przyleciał pan lotem specjalnym.

Widząc moją zdziwioną minę, dodaje:

— Modyfikowanych nie leczą za granicą. Za dużo zgonów.

— Czy mogę połączyć się… khe khe… — odchrząkam, bo gardło wciąż jest przesuszone — …z kimś z rodziny?

Podnoszę odrobinę lewe przedramię, by przypomnieć jej, że komunikacja z bransolety jest w tej chwili niemożliwa.

— O tym zadecyduje lekarz prowadzący — odpowiada oschle i znika, nim zdążę zaprotestować.

O co chodzi? Przecież mam prawo powiadomić rodzinę. Jestem o tym przekonany, tak samo jak o tym, że muszą udzielić mi informacji na temat mojego stanu.

Próbuję się podnieść, ale tułów jest ciężki i unieruchomiony aż do pasa. Mogę jednak napinać i rozluźniać mięśnie. Boli chwilami jak diabli, ale nic nie wskazuje na to, żebym utracił kontrolę nad ciałem. Nie jestem sparaliżowany. Testując swoje ograniczenia, wyczuwam pod brodą obrzeże gorsetu. Dotykam go prawą dłonią i przesuwam palcami wzdłuż rantu. Przechodzi za uszami i zasłania potylicę. Zjeżdżam ręką pod koc, by poszukać dolnej krawędzi usztywnienia. Pośladki nie są zakryte, więc możliwe będzie przyjęcie pozycji siedzącej, o ile uda mi się do niej podźwignąć. Skorupa, choć długa, nie przykrywa też ukrytego w majtkach członka. Dotykam końcówki penisa. Co za ulga — nie mam cewnika. Czy wykonali mi jakieś operacje? Nabieram przekonania, że nie.

— Jaki mamy dziś dzień? — rzucam w przestrzeń. Mój głos brzmi już mocniej.

Nic. Cisza. Po chwili słyszę szelest pościeli i człapanie. Na granicy mojego wzroku pojawia się siwa głowa.

— Czwartek — mówi głowa bardzo powoli. To ten sam staruszek, który poszedł powiadomić dyżurkę. Niewątpliwie jedynka, bez modyfikacji.

— Ale którego?! — pytam trochę za głośno, z wyraźnym zniecierpliwieniem. Zbyt zauważalnym.

— Piętnastego — odburkuje i urażony moim tonem, znika z widoku. Gdy szura w drodze na swoje łóżko, robi mi się głupio. Jednak nie widzę go już i nie decyduję się przepraszać.

Ciągle leżę; gapię się w sufit, rozmyślając o mojej sytuacji. Układam cztery punkty do rozważań.

Po pierwsze, przeżyłem. Ale jak? Musiały zadziałać poduszki egzoszkieletu. Przy upadku z dwóch, trzech pięter są dość skuteczne, ale aż z tylu? Fuks. Na razie to wytłumaczenie przyjmuję za dopuszczalne.

Po drugie, zgubiłem gdzieś po drodze środę. Nie ma w tej konstatacji niczego odkrywczego: musiałem być nieprzytomny. Po prostu wcięło mi jeden dzień. Dostałem anestetyk czy straciłem przytomność na dwa dni? Brak poszlak, więc na razie pozostawiam to bez dalszych spekulacji.

Po trzecie, pobieżna analiza dolegliwości, jakie odczuwam, nie wskazuje na ciężkie obrażenia. Mimo sporego dyskomfortu i ognisk bólu ulokowanych głównie w ramionach oraz nogach czuję się zaskakująco dobrze. Chyba że w moich żyłach krąży nieprawdopodobny miks środków przeciwbólowych znieczulających jedynie organy wewnętrzne. Jednak gdyby było naprawdę źle, powinni trzymać mnie w stanie śpiączki farmakologicznej. Pewnie cewnik też by założyli. Wygląda to lepiej, niż powiedziała lekarka. Tylko dlaczego, do cholery, skłamała i dlaczego jestem unieruchomiony jak spakowana próżniowo porcja pieczeni? Tu również brakuje mi punktu zaczepienia. No i masz! Ledwo pomyślałem o szczelnie zalaminowanym mięsie, nagle zaczęła mnie swędzieć skóra pod gorsetem.

Po czwarte i ostatnie, znajduję się zaledwie trzy kilometry od najbliższych mi osób, a nie mogę ich powiadomić. Zupełnie nie wiem, co o tym myśleć. Mam nadzieję, że lekarz prowadzący wyjaśni mi kilka wątpliwości, a embargo na informacje jest po prostu nieporozumieniem.

Skóra pali mnie coraz mocniej. Próbuję znaleźć szpary w płytach gorsetu, ale nic takiego nie wyczuwam. Za to odkrywam zamontowaną pod lewą piersią aparaturę — coś w rodzaju wypukłego terminala z gniazdami portów. Z jego boku wychodzą wiązki kablowe lub rurki opadające za łóżko. Cóż, sam się nie podrapię. Dzielnie wytrzymuję jeszcze kilka minut.

— Siostro! — krzyczę wreszcie.

Miało wybrzmieć głośno, ale wychodzi marnie. Na szczęście staruszek z sąsiedniego łóżka uruchamia wezwanie.

Tym razem kroki są inne — energiczne i szybkie.

— Co się dzieje, panie Sudek?

— To ten nowy, spod okna. — Nadal ma w głosie pretensję. Muszę go udobruchać.

— Jak tam, słoneczko? Jestem Weda. Mów mi po imieniu — mówi wesoło pielęgniarka, a jej głos jest przyjemny i lekko nosowy. Gdy pochyla się nade mną, widzę jej niewymuszony uśmiech i pogodne oczy.

— Swędzi mnie skóra… Chciałbym też skontaktować się z kimś.

— A może być tak za dwadzieścia minut? Zaraz będzie obiad. Po nim… — spogląda na wyświetlacz nad moją głową — …Janie, poradzimy coś na ten świąd. Wtedy też się połączymy, dobrze? — mówi i uważnie lustruje resztę niewidocznego dla mnie ciała.

Kiwnąłbym głową, gdybym mógł. Od Wedy bije tyle naturalnego ciepła. Reflektuję się, że może mieć pilniejsze zajęcia niż drapanie pacjentów. Rozmowa z dziewczynami też może chwilę poczekać, skoro pojawia się szansa na wyciągnięcie informacji.

— Dam radę. Ale proszę, pamiętaj o mnie.

— Oczywiście, bądź spokojny, słonko.

Aby wypełnić czas oczekiwania i oderwać myśli od swędzącego problemu, zaczynam liczyć diody LED na suficie. Mógłbym pomnożyć liczbę punktów w jednej lampie przez liczbę lamp, ale to byłoby zbyt proste. Nie o to chodzi. Przekraczam sto, gdy słyszę kroki kilku osób.

— Panie Sudek, przenosimy pana do innej sali. — To głos lekarki, którą już poznałem.

— Pani doktor, ale dlaczego? Tydzień już tu leżę. — Staruszek nagle doznaje olśnienia i podnosi głos. — To przez nowego, tak?! To skandal! — wykrzykuje.

— Proszę się uspokoić, panie Sudek. Pozna pan nowych kolegów…

— Ale ja nie chcę! A ten to kto?! Pewnie resortowy! Półtorak! Albo gorzej!!!

Niewiele dostrzegam, zezując w bok. Przybyła grupa sprawnie zwija mojego, byłego już, współlokatora i przy wtórze jego głośnych protestów wyprowadza z sali. Jego łóżko wyjeżdża za nim.

Zamykają drzwi, tłumiąc odgłosy z korytarza. Zostaję sam.

To tak niespodziewane i dające do myślenia wydarzenie, że następuje iluminacja. Zapominam o świądzie. Otwiera mi się klapka w mózgu i nagle rozumiem, że muszę zmienić moją listę rozważań. Punkt czwarty o niemożności kontaktu uzupełniam informacją o izolacji. Najważniejsze jednak jest dodanie punktu zerowego: tych nagłych zaburzeń świadomości, połączonych z subiektywnym wrażeniem gwałtownego przyspieszenia, proces adaptacji oraz zauważone przeze mnie zmiany w organizmie. Nowo dodany punkt zero wydaje się właśnie tą zmienną, która przewartościowuje całą moją refleksję.

Pozostaje tylko zweryfikować moje przemyślenia przy najbliższej okazji. Zdaję sobie sprawę, że bez pomocy staruszka mogę tylko czekać. Nie wiem, gdzie znajduje się przycisk wzywający personel oddziału. Koniecznie muszę o to zapytać, gdy zjawią się z obiadem.

Czas dłuży się niemiłosiernie.

***

Weda przynosi na obiad woreczek zmiksowanej papki, którą mam samodzielnie wciągać przez giętką rurkę z ustnikiem. Podnosi połowę mojego materaca, dzięki czemu tułów i głowa nie leżą już poziomo. Pod kolanami tworzy się poprzeczny wałek, uniemożliwiający ześlizgnięcie się.

Pielęgniarka podaje mi końcówkę wężyka do wolnej ręki.

— Szejk dla ciebie, słonko. Proszę się delektować — uśmiecha się i mruga okiem. — Jak skóra? Teraz mogę się jej dokładniej przyjrzeć.

Weda nie zachwyca urodą, ale też nie jest brzydka. Ma przeciętną twarz kobiety w średnim wieku. Zmarszczki mimiczne wokół błękitnych oczu sugerują żywe i wesołe usposobienie.

— Jest lepiej. Chwilowo da się wytrzymać — mówię, starając się uśmiechnąć serdecznie. — Czy naprawdę wymagam pełnego unieruchomienia?

— Nie wiem, Janie. Jestem tylko pielęgniarką.

— Proszę o jakąkolwiek informację. Lekarka mnie zbyła.

— No tak, Fastová nie należy do zbyt wylewnych. Dodatkowo jest zła, bo dostała na swoją salę ciebie, czyli pacjenta od obcego lekarza.

— A kto jest moim lekarzem?

Zastanawia się chwilę. Spogląda w stronę drzwi, jakby chciała upewnić się, że są zamknięte. Ścisza głos.

— Nie znam. To ktoś spoza szpitala.

No proszę. Ta wiadomość pasuje idealnie do kierunku moich rozważań.

— Jak to? Często coś takiego się zdarza?

— Właśnie nie. Janie, kiedy przywieźli cię śmigłowcem, miałeś leżeć na sali sześcioosobowej, ale ordynator kazał przenieść cię do dwójki, do Fastovej. U nas nie ma jedynek.

— Teraz są — mruczę. — Wiesz, jakie mam urazy?

— Naprawdę nie wiem. Masz na stałe podłączony skaner diagnostyczny. — Puka palcem w wyświetlacz na mojej piersi. — Kiedy byłeś nieprzytomny, zrobili ci pełną diagnostykę: badania laboratoryjne, podstawowe DNA, CT, RF+G oraz MRI. Wyniki jeszcze nie dotarły na oddział.

Denerwuję się. Ściskam nerwowo palcami końcówkę ustnika, przez co na dłoń cieknie odrobina papki. Nie chcę spłoszyć Wedy, zanim nie połączy mnie z matką. Mimo to postanawiam zaryzykować.

— Jakie informacje możesz mi podać?

— Powinnam już iść, a ty zjeść obiad.

— Proszę, cokolwiek, Wedo. — Wkładam w tę prośbę cały mój urok leżącej mumii.

Wychodzi to bardziej żałośnie, niż bym chciał, ale mimo wszystko odnosi skutek.

Kobieta wzdycha i przysiada na krawędzi posłania. Wyszukuje informacje w panelu na wezgłowiu łóżka. Gdy tak porusza ręką nad moją głową, czuję delikatny kwiatowy zapach. Nienachalny, idealnie do niej pasujący.

Czekam cierpliwie, wpatrując się w jej półprofil ponad ramieniem przeszukującym dane. Nie jest wcale taka zwyczajna, jak wydawało mi się chwilę temu.

— Hmm… — mruczy pod nosem, wyraźnie zaintrygowana. Po kilkunastu sekundach kończy i spogląda na mnie badawczo.

— Jesteś dużo młodszy, niż myślałam. Wcześniej tego nie sprawdziłam.

Nie takich informacji oczekuję. Uśmiecham się głupkowato.

— A na ile wyglądam?

— Czterdzieści, może ze dwa więcej — odpowiada całkiem poważnie.

Muszę teraz wyglądać na zdumionego, co z kolei zaskakuje ją. Ale to nie jest jeszcze ta wiadomość, która ma mnie zaciekawić.

— Sprawdzałeś swoją wagę? Ile ważyłeś ostatnio?

— Coś pod dziewięćdziesiąt pięć kilo. Nie pamiętam dokładnie. A co?

— No właśnie. Też bym tyle ci dała, może z pięć mniej. Przy twojej budowie ciała, mięśniach oraz wzroście tak mniej więcej wychodzi, ale według metryki pacjenta ważysz siedemdziesiąt dwa kilogramy… — zawiesza głos.

Ta informacja przekracza granice mojego pojmowania. To przecież absurdalne i niewytłumaczalne. Moja muskulatura jest taka jak dawniej, może trochę lepiej wyrzeźbiona, wyraźniejsza, jednak masa oraz gęstość są takie same jak zawsze. Nie zauważyłem, abym tyle schudł, i to w kilka dni. No, trochę zgubiłem tkanki tłuszczowej oraz włosów, ale ponad dwadzieścia kilo?!

— Czy te dane są pewne? Może wystąpił jakiś błąd?

— To zapis z przyjęcia na izbie, kiedy zakładali ci folder. Nie sądzę, żeby był błąd.

— Co jeszcze widzisz?

— To wszystko. Płeć, wzrost, waga, data urodzenia, współczynnik modyfikacji to dane profilowe, dostępne dla całego personelu medycznego. Reszta, czyli rozpoznanie, prowadzone leczenie i wyniki badań, jest dla mnie niedostępna. — Weda przekazuje mi informacje całkiem spokojnie, choć dostrzegam, że jest poruszona. — Sprawdziłam na wszystkich poziomach, do których mam uprawnienia. Nic więcej nie znajdę.

— Kto jest moim lekarzem prowadzącym? Jakieś nazwisko? — Szukam czegokolwiek, co mógłbym przekazać matce.

Dotyka ponownie grafenowej folii.

— Informacja także zastrzeżona.

Przygląda mi się przez dłuższą chwilę, a ja nagle nie wiem, co powiedzieć. Robi mi się duszno. Słońce musiało na chwilę schować się za chmurą, bo teraz nagle ostre promienie wpadają przez okno. W niebieskich oczach kobiety migoczą refleksy światła. Znów czuję ten kwiatowy zapach, ale tym razem jest on bardziej intensywny. Nieoczekiwanie pojawia się myśl, że to jest pociągające. Bardzo wabiące. To doznanie jest tak nagłe, że czuję ciepło na twarzy. Jeszcze chwila, a to ciepło przeniesie się w inne rejony ciała.

Weda chyba coś zauważa, bo pośpiesznie odwraca głowę i spogląda na wyświetlacz.

— Oj!

— Co się stało?

— Pierwszy raz widzę taki komunikat: „Odmowa dostępu, pilnie skontaktuj się z administratorem systemu” — dziwi się, stukając palcem parokrotnie w ekran. — Nie reaguje. Nie mogę powrócić do menu.

To sprowadza mnie z powrotem na ziemię. Przestaję rozmyślać o kobiecie przy moim łóżku — choć nie bez trudu. Nic sensownego nie przychodzi mi do głowy.

Odkrycia dotyczące moich wyników, blokada dostępu mieszają się ze słodkim zapachem. Coś jeszcze chciałem, ale co…?

— Przykro mi — mówi Weda szczerze, wstając z materaca.

Muszę ją jeszcze zatrzymać. A, już wiem…

— Poczekaj. To już ostatnia prośba. Jak widzisz, nie mogę skorzystać ze swojej maneli. Chciałbym porozmawiać z matką.

Uśmiecha się naturalnie i ładny jest to uśmiech.

— Zaraz przyniosę ci netkoma. Mamy go dla pacjentów bez bransolet. Połączysz się z siecią ogólną. Będę za pięć minut.

Wychodzi, zostawiając mnie na podniesionym materacu. Co to, kurde, było? Feromony? Strzał Amora? Lubię kobiety, ale podobne intensywne reakcje nigdy wcześniej mi się nie zdarzały. Nawet gdy interesuję się jakąś dziewczyną, a ona pojawia się w moich późniejszych fantazjach, traktuję to bardzo naturalnie, wręcz fizjologicznie. A teraz wciąż delikatnie piecze mnie twarz, a ciepło schodzi aż do podbrzusza.

Muszę się czymś zająć, a w mojej sytuacji mogę co najwyżej dokończyć przyniesiony obiad. Jest paskudny. Proteinowy, bezsmakowy miks, który z pewnością zawiera antybiotyki i zestaw witamin. Mimo głodu wciągam go powoli, walcząc z obrzydzeniem.

Mija pięć minut, potem dziesięć. Weda nie wraca. Nie mogę skręcić głowy i nie wiem nawet, gdzie szukać przycisku przywołującego pielęgniarki. Jestem zły na siebie, że zapomniałem o to zapytać.

Weda nie pojawia się do końca dnia. Bardzo żałuję, i to nie tylko z powodu braku obiecanego komunikatora. Pod wieczór zjawia się inna pielęgniarka z kolejnym woreczkiem zawierającym kolację. Oznajmia, że pielęgniarki z dziennej zmiany już poszły do domów. Stanowczo odmawia dostarczenia komunikatora, zasłaniając się poleceniem ordynatora. Nie, nie pytała, za pytania jej nie płacą.

Gdy nadal protestuję, uruchamia w automatyce posłania jakiś tryb, który unosi oparcie i tworzy wgłębienie pod moimi pośladkami. Bez słowa podsuwa mi basen, zsuwa majtki, a po wszystkim opuszcza materac do poziomu. Przycisk przywołania dostaję do ręki, ale z zastrzeżeniem, żebym nie dzwonił w sprawie kontaktu z rodziną. Oczywiście, robię to chwilę po jej wyjściu. Zjawia się ponownie, bo jak się okazuje, na nocnej zmianie jest tylko jedna dyżurna. Pyta grzecznie, czy ma mi zabrać przycisk. Po czym gasi światło.

***

16 kwietnia, piątek

Mężczyzna w gabinecie z mahoniowym biurkiem ma zwyczaj rozpoczynania pracy bardzo wcześnie. Ten nawyk pozostał mu z czasów, gdy bezpośrednio podlegała mu jednostka liniowa. Wstawał razem z żołnierzami i — choć nie przepadał za wysiłkiem fizycznym — czerpał przyjemność z obserwowania z balkonu swojej willi zastępów młodych, prężnych mężczyzn biegających po placu apelowym. Czasami z tęsknotą wraca w myślach do tych prostych radości życia: do czasów, gdy rozkazy były jasne, a problemy znane i przewidywalne. Teraz, gdy formalnie kieruje obiektem cywilnym, musi czasami zmagać się z mocodawcami, którzy bywają nieobliczalni, oraz z pracownikami, którzy nie poddają się zwierzchności czy dyscyplinie. Szczególnie trudno mu z naukowcami, tak bardzo przekonanymi o własnej wyższości, unikatowej inteligencji i znaczeniu swoich badań dla rozwoju wiedzy. Mało jest w jego otoczeniu ludzi takich jak Karanian: z wojskową przeszłością, a jednocześnie po studiach medycznych lub chemicznych. Ludzi, którzy znają swoje miejsce, działają skutecznie i szybko pomimo stresu, a jednocześnie potrafią kontrolować ten cywilny burdel.

Stary wie, że tak wcześnie nie spotka w Ośrodku doktorantów ani profesorów, ale na pewno będzie już major, który dogląda pracowników operacyjnych. Spogląda w stronę okna — jedynego niezakratowanego na tym piętrze. Jasne promienie słońca oświetlają park za szybą i rozjaśniają zieleń drzew. Znów zapowiada się gorący kwietniowy dzień. Mężczyzna przeciera wilgotne czoło bawełnianą chusteczką i dotyka ekranu terminala.

— Pozwól do mnie.

Podwładny zjawia się bez zwłoki, jego gabinet znajduje się na tym samym piętrze budynku. To także wielka zaleta majora: jest prawie zawsze dyspozycyjny. Przyjeżdża nawet w nocy, gdy zajdzie taka potrzeba.

Wezwany przyjmuje swoją zwyczajową, wyprostowaną postawę metr od biurka. Czeka.

— Jakieś nowe wiadomości?

— Obiekty dziesięć i trzynaście przechodzą kolejne aktualizacje. Nie wykazują istotnych postępów. Z dziesiątką chcę skończyć. Potwierdziło się, że nie jest Subem. Ustabilizował się, więc jedyne, co mamy, to cywila o podwyższonym wskaźniku.

— Ile ma?

— Podchodzi pod jeden siedem. Jeśli nie ma pan, panie generale, nic przeciwko, to wyślę go do Brna.

Stary kiwa głową, otwiera na terminalu folder obiektu, w którym autoryzuje decyzję podwładnego, podpisując e-piórem: „zatwierdzam A.M. Dunow”.

— Co z tym nowym z Homolki?

— Jest wstępna weryfikacja. Znaczące zmiany w gospodarce hormonalnej. Testujemy bodźce, przy jakich utrzymuje homeostazę. Są też pewne zmiany w budowie wewnętrznej. Nie mam jeszcze pełnego raportu. Przenieśliśmy go do jedynki.

— Przyśpieszcie diagnostykę, ile to jeszcze zajmie? Blokujecie informacje?

— Góra dwa dni. Tak, dane utajnione.

— Dobrze, Karanian. Później go przywieź. Mówiłeś wczoraj coś o matce i siostrze? A… i wyjaśniłeś, co z brakiem danych o ojcu?

— Obie kobiety są z Pragi. Nic nie znaleziono w ich kartotekach medycznych. Jeszcze nie porównywaliśmy genotypów. Czekamy na komplet badań obiektu. — Major robi pauzę. — Z ojcem będą problemy: Johann Keller, Szwajcar, zginął w wypadku samochodowym w dwudziestym czwartym roku. Nie mamy danych genetycznych ani żadnych informacji medycznych. Wtedy w Szwajcarii nie tworzono jeszcze kartotek DNA. Możliwe, że nie znajdziemy niczego na jego temat.

***

Budzę się, gdy pielęgniarka z nocnej zmiany wchodzi zmierzyć mi temperaturę. Celuje w czoło czujnikiem, a wynik sprawdza na tablecie. Bez słowa i uśmiechu.

Zastanawiam się, dlaczego dokonują pomiaru ręcznie, skoro widzą dane z urządzeń diagnostycznych. Jeszcze jestem otępiały po śnie, więc dopiero po chwili dociera do mnie, że dostęp do tych informacji musi być zablokowany.

Wata w mózgu rozpuszcza się bardzo wolno. Noc spędziłem w głębokim śnie, bez marzeń czy majaków. Podejrzewam, że w koktajlu z woreczka były leki uspokajające.

Za oknem słońce już wzeszło, ale jego promienie jeszcze nie dotarły do mojego okna. Wpatruję się w błękit nieba, rozmyślając o tym, co dalej.

Kiedy zjawi się Weda, poproszę o połączenie z dziewczynami. Co jeszcze mogę zrobić? Mogę przestać biernie czekać na rozwój wydarzeń.

Chwytam krawędź łóżka wolną dłonią i przetaczam się na prawy bok. Coś mnie trzyma i ciągnie z powrotem na plecy. Zapomniałem o kablach podłączonych do urządzenia na mojej klatce piersiowej. Podejmuję więc próbę przetoczenia się w lewo. Usztywniona laminatową tubą ręka trochę mi przeszkadza, ale wysuwam ją poza posłanie. Wystawiam też obie nogi poza brzeg materaca, wykorzystując je jako przeciwwagę. Macham nimi, podrywając tors i jednocześnie opieram się na przedramieniu w laminacie. Podnoszę się prawie do pionu, ale znów podczepione przewody ograniczają mój zasięg. Chwilę tak siedzę pochylony, zerkam w dół.

Na podłodze przy łóżku stoi aparat, z którego wychodzą wiązki kabli podpiętych do mojej kompozytowej zbroi. Dostrzegam wśród nich także cieniutkie rurki podające chemię.

Powracam do pozycji leżącej. Dobrą wiadomością jest brak bólu w ręce, na której się opierałem. Skoro mnie nie boli, to nasuwa mi się wniosek, że tuba z laminatu jest założona po to, by blokować mi dostęp do bransolety, w tym do danych z iniektora.

Unoszę lewe przedramię nad głowę i zaczynam oględziny. Laminat od spodu spinają trzy zatrzaski chronione plastikowymi plombami. Zaczynam dłubać paznokciem przy pierwszej. Dość łatwo daje się podważyć, ale aby odblokować dźwigienkę zapięcia, muszę ją całkowicie zerwać. Kręcę nią, szarpię ją przez kilka minut, aż uniesione ręce zaczynają mi ciążyć i muszę odpocząć.

Śniadanie przynosi nowa pielęgniarka, znacznie sympatyczniejsza od tej z nocki. Podciąga oparcie w górę, dzięki czemu mogę obserwować drzwi. Pytam ją o Wedę, ale nic nie wie. Powinna być w pracy, ale nie przyszła.

Nie proszę już o komunikator, ponieważ w cichym usuwaniu plomb osiągam znaczące postępy. Jedna już została zdjęta, a druga jest niemal gotowa. Spodziewam się, że uporam się z resztą w ciągu kilku minut. Laminat jest zapinany, więc będę mógł go ponownie założyć. Jeśli nikt nie zauważy usunięcia zabezpieczeń, mogę podtrzymywać iluzję mojej izolacji, jednocześnie zyskując dostęp do łączności.

Gdy do uwolnienia ostatniego zatrzasku pozostaje tylko kilka ruchów, drzwi nagle się otwierają, a w progu staje doktor Fastová, uśmiechając się z jakiegoś powodu. Momentalnie zdaję sobie sprawę, że to nie wróży nic dobrego. Lekarka wchodzi do środka, a za nią dwóch mężczyzn: jeden niższy, w okularach i w kitlu lekarskim, a drugi potężny, barczysty, w kombinezonie ratownika medycznego. Za nimi wjeżdża wózek inwalidzki, popychany przez pielęgniarkę.

***

Wystrój pokoju jest ascetyczny. Przywodzi na myśl koszary lub więzienie. Wyposażenie wnętrza ogranicza się do dwóch prostych drewnianych krzeseł oraz biurka bez szuflad, osadzonego na czarnych nogach, z terminalem stojącym na blacie. Na ścianie za biurkiem znajdują się stalowe drzwiczki niewielkiego sejfu. Przez zakratowane okno i pionowe żaluzje wpada światło delikatnie filtrowane przez korony drzew. Meble są ustawione bokiem do okna, co uniemożliwia podglądanie ekranu z zewnątrz. Jedynym elementem wystroju, który odbiega od wojskowego stylu, jest niewielki prostokąt folii grafenowej, umieszczony tuż obok wyświetlacza terminala. Folia wyświetla hologram serdecznie uśmiechającej się kobiety, obejmującej roześmianego chłopca w wieku przedszkolnym. Sztywna, pełna rama z kołnierzem skutecznie skrywa ten obraz przed osobami wchodzącymi do pokoju.

Każdego ranka major Gor Karanian zajmuje się bieżącą korespondencją: czyta raporty z terenu oraz przegląda wyniki, które spłynęły w nocy, zarówno te z zewnątrz, jak i z laboratoriów własnych. Cieszy go ten poranny spokój. Większość personelu jeszcze nie dotarła do pracy. Na miejscu są jedynie operacyjni, obsługa techniczna oraz dyżurny lekarz z pielęgniarkami. Gabinet Dunowa znajduje się na odległym końcu korytarza, co ma tę zaletę, że Stary raczej sam nie fatyguje się do Karaniana.

Ze znudzoną miną major otwiera i zamyka kolejne pliki. Przegląda wyniki badań. Nie znajduje także niczego zaskakującego w ostatnich testach obiektu oznaczonego numerem trzynaście. Pewnie będzie to kolejny niewypał. Obiekt nie jest szczególnie interesujący: z powodu osłabionej syntezy tyrozyny ma zakłócone wytwarzanie katecholamin. Nie reaguje na stres, nie daje się pobudzić, a jego koncentracja jest obniżona. Bilans pobieranych z zasobnika bransolety neuroprzekaźników wskazuje, że nie może być Subem. Stracony czas. Ostatecznie pewnie wyślemy również go do Brna tak jak dziesiątkę, myśli major. No dobrze, spróbujmy jeszcze tego: wpisuje oznaczenie nowej wersji oprogramowania, które ma zostać wgrane do implantu obiektu. Wreszcie zamyka folder.

Na koniec wyświetla wyniki tego nowego, Kellera. Wstępna diagnostyka ujawnia różnice morfologiczne oraz zmiany w budowie wewnętrznej. Karanian z zadowoleniem stwierdza, że dotąd nie miał obiektu, który na początkowym etapie byłby tak obiecujący.

Skupiony, przegląda całą dokumentację: wyniki laboratoryjne, analizę składu ciała oraz wydatek energetyczny przy aktywnym podkręceniu. Dokładnie zapoznaje się z obrazami rezonansu magnetycznego i tomografii, a szczególnie długo zatrzymuje się na wygenerowanej wizualizacji 3D. Staje się coraz bardziej zaintrygowany, porównawszy poszczególne informacje z badań składu ciała. W końcu uruchamia automatyczną prognozę rozwoju obiektu, uwzględniającą wszystkie dane.

— Пиздец — mruczy z podziwem.

Następnie otwiera kartotekę badań genetycznych. Aplikacja wyświetla wyniki analiz oraz wygenerowane programowo komentarze do poszczególnych sekwencji DNA. Karanian przegląda wyniki Kellera i jego obiektów referencyjnych: matki i siostry. Porównuje krzyżowo dane obiektu i referencji. Otrzymuje wynik testu na pokrewieństwo.

Ze zdziwieniem odczytuje wyświetloną informację. Na moment odsuwa się od ekranu, intensywnie myśląc. Po chwili wybiera z danych genetycznych analizę kilkunastu markerów STR dla chromosomu Y. Łączy się z bazą w sieci i uruchamia wyszukiwanie dalszych powiązań genetycznych Jana.

Czekając na rezultat, zastanawia się, czy wczoraj podjął właściwą decyzję. Wciąż ma możliwość zapobieżenia jej skutkom.

Gdy wreszcie wynik pojawia się na ekranie, Karanian zamiera w bezruchu, z dłonią zawieszoną w powietrzu. Wreszcie z niedowierzaniem stuka w ekran, by otworzyć kartotekę dopasowaną przez wyszukiwarkę. Kartotekę bez zdjęcia. Tę, którą zna na pamięć. Nie spodziewał się takiego trafienia. Po wielu miesiącach poszukiwań los zaskakuje go i podsyła prezent.

— Mam cię — mówi cicho do siebie, a w jego głosie słychać nutkę triumfu. Serce bije mu głośno. Uśmiecha się naturalnie, w niewymuszony sposób, po raz pierwszy od trzech lat i z tym uśmiechem spogląda na obraz kobiety z dzieckiem. Dotyka ramki hologramu. Siedzi tak przez chwilę, oddychając głęboko.

Jednak major nie może pozwolić sobie na dalszą stratę czasu. Kilka spraw wymaga natychmiastowych działań. Najpierw upewnia się, kto z upoważnionych osób przeglądał folder Kellera. Na szczęście grupa z odpowiednimi uprawnieniami jest niewielka.

Wyszukuje w bazie obiekt o zbliżonym profilu genetycznym. Chwilę go studiuje. Musi wystarczyć, myśli. Potem przez kilkanaście minut intensywnie pracuje, kopiując część danych z wybranej kartoteki do oryginalnych plików Jana. W końcu, zadowolony, odsuwa się od ekranu. Czas wykorzystać jeden ze swoich asów, które trzyma na taką okazję. Dotyka wyświetlacza maneli.

— Jáchym, proszę do mnie. Natychmiast — mówi do swojej bransolety.

Po chwili w pokoju zjawia się lekarz, który od wczoraj ma dyżur.

— O co chodzi? — pyta, wyraźnie zły z powodu nagłego wezwania.

— Stary coś wie konkretnego na temat nowego Suba?

— Nie, jeszcze nie wysyłałem raportu.

— Kiedy wrócisz do siebie, zapoznaj się z nowymi wynikami badań Kellera. Są obowiązujące. I te właśnie masz przesłać Staremu. Aha, od teraz jesteś prowadzącym tego nowego.

— Co masz na myśli? Jakie nowe wyniki? Dziś przecież nic nowego nie zlecaliśmy. — Lekarz jest ciągle poirytowany.

— Poprzednie informacje są już nieaktualne. Dla ciebie i dla reszty. Wszelkie nowe materiały, zanim je udostępnisz komukolwiek, musisz mi pokazać.

— Bredzisz. Nie możesz mi tego nakazać. Jak to sobie wyobrażasz?! — Jáchym podnosi głos. — Ryjesz pod Starym?!!! Nie będę fałszował wyników ani spiskował z tobą…

— Brązowe Oczko — mówi spokojnie Karanian.

— Że co…? — Lekarz na moment zastyga. — Że co?!

— Brązowe Oczko — powtarza major i obraca ekran terminala w stronę rozmówcy. Na nim odtwarzany jest jakiś film. — Czy włączyć dźwięk? — pyta grzecznie.

Karanian obserwuje, jak mężczyzna rumieni się, patrząc z niedowierzaniem na ekran. Na czoło wychodzą mu krople potu, przygarbia się, a ramiona wyraźnie opadają. Major czuje przyjemność równoważącą obrzydzenie, jakie wywołuje w nim stojący. Nie ma jednak więcej czasu na delektowanie się tym małym triumfem. Musi działać dalej.

— Myślę, że możesz już iść do siebie i przestudiować bieżące wyniki obiektu oraz obu referencyjnych.

***

— Dobre wieści, panie Keller. — Uśmiech Fastovej kontrastuje nieprzyjemnie z jej niewzruszonymi oczami. — Opuszcza pan nasz szpital. Zostanie pan przewieziony do ośrodka specjalistycznego, gdzie w lepszych warunkach odbędzie pan leczenie.

Wszyscy stoją półkolem przy moim łóżku. Lekarz — z racji młodego wieku raczej stażysta albo rezydent w trakcie specjalizacji — poprawia nerwowo okulary.

— Dzień dobry, jestem doktor Josef Peterka. Pojedzie pan z nami.

Mówiąc to, macha bezsensownie ręką w stronę sanitariusza, który patrzy na mnie jak na kawał mięsa do pokrojenia. Z jego gabarytami wygląda raczej na ochroniarza niż ratownika.

— Chwileczkę… Dotąd nikt ze mną poważnie nie rozmawiał — mówię spokojnie, choć w myślach gorączkowo zastanawiam się, jak wykorzystać obecną sytuację. — Nie pozwolono mi też skontaktować się z rodziną. Czy pan jest moim lekarzem prowadzącym?

— Nie, nie… — jąka się. — Na miejscu spotka pan swojego lekarza, a wszystko zostanie dokładnie omówione.

Zastanawiam się, czy jeśli nie wyrażę zgody, przewiozą mnie siłą. Pewnie tak.

— A gdzie jest ten ośrodek? — Gram jeszcze na czas.

— Niedaleko, w Pradze.

Lokalizacja jest dziwnie nieprecyzyjna. Spoglądam na Fastovą, która wydaje się coraz bardziej zniecierpliwiona przedłużającą się dyskusją. Ściąga usta w ciup.

— Nie możemy już pana tutaj trzymać — mówi bez uśmiechu. — Po dyżurze wprowadzamy na tę salę nowych pacjentów.

Jakby nie mogli dostawić tu dwóch łóżek. Miejsca jest wystarczająco dużo. Nie ma jednak sensu odwlekać odpowiedzi.

— W porządku. Jadę w tej skorupie?

— Ależ nie… — zaprzecza Peterka pospiesznie. — Diagnostyka wykazała, że możemy to ściągnąć. Nie ma pan złamań, a resztą zajmiemy się na miejscu. Przywieźliśmy też dla pana ubranie — wskazuje na odzież, którą dopiero teraz zauważam na wózku.

— Dobrze, poradzicie już sobie sami — mówi Fastová, wyraźnie dając do zrozumienia, że jedyne, co ją interesuje, to pusty pokój. — Siostro, proszę za mną.

Obie wychodzą, zostawiając mnie z dwuosobową ekipą transportową, która sterczy przy łóżku.

Peterka chwilę dłubie przy zatrzaskach przewodów wpiętych w pancerz, a gdy je wreszcie odpina, z uwolnionego wężyka wypływa strumyk cieczy. Mężczyzna w odruchu wstrętu wypuszcza całą wiązkę z ręki i szybko schyla się do urządzenia na podłodze. Dopiero wtedy słyszę klapnięcie wyłącznika. Lekarz wydaje się zadziwiająco nieprofesjonalny jak na pracownika medycznego.

Sadzają mnie na skraju materaca. Doktor przytrzymuje mnie za gorset, a ratownik przebiera w rzeczach przywiezionych na wózku. Mrucząc coś pod nosem ze złością, zakłada mi płócienne spodnie na gumie oraz jednorazowe tenisówki na cienkiej podeszwie. Następnie obaj chwytają mnie pod pachy i stawiają na posadzce.

Przez chwilę mroczki tańczą mi przed oczami, ale nie na tyle, bym się zachwiał.

Peterka staje za mną, słyszę, jak strzelają uwalniane zaciski gorsetu. Po ich odpięciu pancerz otwiera się jak róża: połówki naramienników odchylają się do przodu, a na moją pierś opada kryza obejmująca szyję. Lekarz bezceremonialnie odrzuca skorupy gorsetu na łóżko.

Czuję powiew chłodniejszego powietrza na plecach. Spoglądam na swoją pierś i brzuch. Mam ochotę zakląć, ale się powstrzymuję. Większość mojej cienkiej skóry pokrywają wybroczyny oraz rozległe pręgi siniaków, które odzwierciedlają miejsca, gdzie w chwili upadku znajdowały się pasy oraz siłowniki egzoszkieletu.

Tymczasem sanitariusz jednym szybkim ruchem rozwiera laminat na moim przedramieniu. Zatrzaski pękają.

Nie wygląda to na profesjonalne usunięcie stabilizatora. Nie mówię jednak nic, bo zorientowałem się już, że z jakiegoś powodu — od momentu odłączenia diagnostyki — chłopaki zaczęły się bardzo spieszyć.

Unoszę przedramię, by sprawdzić stan maneli. Funkcjonuje normalnie, na ekranie nie pulsują ikony alarmów ani nieodebranych połączeń. Mam też prawidłowy zasięg sieci.

— Załóż tę bluzę i naciągnij kaptur — mówi ratownik, podając mi ostatni element odzieży.

— Dlaczego kaptur? — pytam grzecznie.

— Nie pyskuj. Masz to założyć i siadać na wózek — warczy, wyraźnie rozzłoszczony.

— Viktor, uspokój się! — prosi lekarz, ale w jego głosie również słychać napięcie. — Niech pan go posłucha i zaraz stąd wyjedziemy.

***

Pokój nadzoru nie ma okien. Jedną ze ścian zajmuje ogromny grafenowy wyświetlacz, podzielony programowo na sekcje, które prezentują różne informacje. Największa z sekcji, wypełniająca połowę ekranu, to mapa Pragi, na której widoczne są pozycje pojazdów obsługi, wozów interwencyjnych oraz aktualnie śledzonych obiektów. Jedną trzecią ekranu obejmuje podgląd z kilkunastu kamer monitorujących Ośrodek i jego otoczenie. Prawie połowa prostokątów w tej szachownicy jest szara lub czarna, z nieruchomą ikoną braku sygnału. Na dole, w narożniku, mruga kolorowe okno oficjalnego kanału wiadomości rządowych.

Naprzeciwko ściany wizyjnej, przy biurkach, siedzi dwóch operatorów, każdy przed własnym wyświetlaczem. W pomieszczeniu znajdują się jeszcze trzy stanowiska, które w tej chwili są nieobsadzone.

Nagle na mapie zapala się czerwona ikona, a z głośnika wydobywa się pojedynczy sygnał alarmu. Jeden z rekordów zmienia kolor.

Dyżurny flegmatycznie sprawdza, czy nie pojawił się meldunek o ogólnym błędzie łączności, co jest dość częstą awarią. System jednak nie wykazuje żadnych wewnętrznych odchyleń, a lokalizacja zaznaczonego obiektu jest prawidłowa. Spogląda więc na siedzącego obok kolegę.

— Zgłosić?

Zapytany starszy operator zerka kontrolnie na wyświetlacz.

— Zgłoś. To może być awaria systemu diagnostycznego, więc i tak musisz tam wysłać technika. A jeśli to coś poważniejszego, to szef cię opierdoli za zwłokę.

Młodszy dyżurny wybiera na ekranie jeden z dostępnych kontaktów.

— Panie majorze, obiekt siedemnaście przestał przesyłać raporty medyczne.

— Zaraz będę. — Interkom szczęka przerwanym połączeniem.

Chwilę później za plecami operatorów słychać brzęczyk informujący, że osoba uprawniona wchodzi do pokoju nadzoru. Karanian zatrzymuje się za operatorami i spogląda na mapę.

— I co? Wznowił transfer danych?

— Nie, panie majorze. Minutę temu zniknęła też pozycja.

— Блядь! — wyrywa się brunetowi, co bardzo dziwi dyżurnych. — Wyślijcie tam natychmiast wolne patrole, niech go szukają! Zgarnijcie też oba obiekty referencyjne z Klamovki, Plzeňská sto dwadzieścia dziewięć. I obstawcie budynek. Wyślijcie grupy na Lužiny, do jego mieszkania, i do zakładu pracy. Już!!! — ryczy.

Palce operatorów zaczynają zadziwiająco szybko stukać w przyciski poleceń oraz wpisywać wydawane komendy. Obaj dyżurni wiedzą, że przełożony nie opuści teraz pomieszczenia, a spokój porannej zmiany się skończył.

— Tylko żeby obiekt przeżył — dodaje już spokojniejszym głosem major.

Rozdział 5

Mój plan jest prosty: wydostać się z budynku szpitala i uciec na zewnątrz.

Nie znam dokładnie układu obiektów szpitalnych Na Homolce. Po co zrywać się zbyt wcześnie, biegać korytarzami i ryzykować potrącenie niewinnych pacjentów? Gdy już wyjdziemy na zewnątrz, zorientuję się, czy jestem bliżej Roentgenovej, czy Weberovej, i dostosuję swoje działania do sytuacji.

Ratownik Viktor pcha wózek przez szpitalne korytarze, a drogę toruje nam Peterka. Tempo mają niezłe — jakbym był przypadkiem zagrożonym śmiercią i kwalifikującym się do natychmiastowej operacji. Cały czas pozornie zachowuję spokój, choć w środku nieco się denerwuję: zastanawiam się, czy uda mi się wejść w stan podwyższonego przyspieszenia na zawołanie.

Docieramy do windy towarowej, która, jak przypuszczam, zwiezie nas na platformę, gdzie zazwyczaj stają karetki. Jesteśmy sami w windzie. Zgodnie, w ciszy, obserwujemy odliczanie wyświetlających się numerów pięter. Między jedynką a zerem podwijam rękaw bluzy, by spojrzeć na bransoletę. Lekarz błyskawicznie pochyla się i naciąga mankiet z powrotem na dłoń.

Interesujące…

Na minus jeden winda się zatrzymuje: rzeczywiście wyjeżdżamy na rampę dla pojazdów sanitarnych. Jedna karetka stoi tuż przed windą, druga na końcu platformy i tam pcha mnie sanitariusz.

Przygotowuję się do skoku. Czuję, jak ze zdenerwowania mocno bije mi serce. Zaciskam dłonie na poręczach fotela. Nadal nie mogę przyspieszyć. Dźwięki nie zmieniają barwy, nic nie zwalnia. Nie uda się, jestem zbyt poobijany…

Zerkam na Viktora. Pcha mnie z naburmuszoną miną, nie spodziewając się żadnych komplikacji. Przy karetce stoi jeszcze jeden osiłek w uniformie ratownika. Widzi nas i już wsiada do kabiny.

Zostają ze dwa metry, nie ma co czekać…

Wyskakuję z wózka na asfalt pod rampą. Biegnę w kierunku, z którego przybyliśmy. Wiem, że karetka nie może tu zawrócić. Gnam ile sił i w trakcie biegu czuję, jak moje przyspieszenie rośnie. Narastające basy stają się w moich uszach najpiękniejszą muzyką niosącą ratunek. Przemierzam pędem całą długość platformy, po czym wpadam na chodnik, oddalający się od jezdni. Tutaj nie będą mieli szansy dogonić mnie samochodem.

Kątem oka dostrzegam na pasie dojazdowym do szpitala niebieskie błyski syren zbliżających się aut. To nie furgony pogotowia ratunkowego, lecz pędzące na sygnale radiowozy policji. Chwilę później krzaki rosnące wzdłuż chodnika zasłaniają mi ten widok.

Pędzę dalej wzdłuż budynków lecznicy, aż dobiegam do ulicy Weberovej. Wykorzystuję przerwę w sznurze aut i przedzieram się na drugą stronę. Za kilkaset metrów skryje mnie lasek pokrywający gęsto wzgórze leżące między Motolem a Kotlářką.

***

Sygrida nie uważała się za odważną. Po nagłej śmierci męża, gdy znalazła się na skraju depresji, dzieci uratowały ją od całkowitego załamania. Poświęciła im cały swój czas i zaangażowanie. W nocy płakała, ale w ciągu dnia uśmiech coraz częściej gościł na jej twarzy. Mimo to ciągle odczuwała lęk: martwiła się o bezpieczeństwo, o zdrowie i o to, czy wystarczy im środków na życie.

Jej brat nie ułatwiał sprawy, strasząc ją wiszącym nad głową zagrożeniem. Ostrzegał ją przed elektroniką, powtarzając: „Cokolwiek jest podłączone do sieci, oni mogą to zeskanować. Gdy zostawisz ślad, przyjdą”. Mówił o straszliwych konsekwencjach wyjawienia rodzinnej tajemnicy. Niby mu wierzyła, ale miała cichą nadzieję, że się myli. A potem sam zniknął.

Kiedy dzieci były małe, Sygrida starannie dobierała słowa, aby nie dać synowi i córce powodów do niepokoju. Budziła się czasem w nocy, cała spocona, ze ściśniętym gardłem, przerażona myślą, że mogą je zabrać. Jednak lata mijały, brat nie dawał żadnych znaków życia, a ona powoli przyzwyczajała się do codzienności.

Pewne nawyki weszły jej w krew: unikała wpisywania czegokolwiek ważnego w domowym terminalu czy na swojej bransolecie. Wiodła spokojne, normalne życie matki i niepracującej jedynki. Gdy Jan i April wyrośli z wieku nastoletniego, postanowiła wszystko im opowiedzieć. Oczywiście bała się tej rozmowy, reakcji dzieci i możliwych konsekwencji. Z roku na rok odkładała więc wyznanie prawdy. Sądziła, że niebezpieczeństwo już minęło i nie ma potrzeby niczego zmieniać. Żyła skromnie, bez specjalnych marzeń i wymagań, wierząc, że wszystko potoczy się w dobrym kierunku. Dlatego, gdy pojawiła się pierwsza zapowiedź nadchodzących zmian, chwilę trwało, zanim ją dostrzegła i zrozumiała. Nie podejrzewała jednak, że przyczyna nadchodzących zdarzeń leżała gdzieś indziej, niż myślała.

Najpierw zapikał komunikator. Połączenie z synem zaskoczyło ją, ale jednocześnie bardzo ucieszyło.

— Tak, kochanie? Wróciłeś? Mów wolniej. — Pochyla się nad bransoletą. — Nie rozumiem cię, synku. Mów wolniej…

Normalnie Jan bezwiednie zwalniał swoje wypowiedzi, aby po pierwsze nie drażnić siostry, a po drugie, by być dobrze zrozumianym. Jednak tym razem jego głowa na ekranie porusza się bardzo szybko, a usta migoczą w rytm słów.

— Nie denerwujcie się, miałem wypadek, ale…

— Mówisz ciągle troszkę za szybko. Jesteś w Pradze? Halo? Janku, halo… — Zdumiona spogląda na wyświetlacz maneli. Na ekranie pulsuje napis: „Osoba chwilowo niedostępna”.

Matka próbuje wznowić rozmowę z synem, ale bez rezultatu.

— Ap, spróbuj połączyć się z bratem! — krzyczy w stronę pokoju córki.

W drzwiach pojawia się zdziwiona April.

— Nie można. Coś się dzieje? — Senność zniknęła jej z twarzy.

— Nie wiem. Zadzwonił, a potem przerwało nam rozmowę. Mówił jak nakręcony, tak, że nic nie zrozumiałam.

— Pójdę się umyć — mówi córka i wraca do pokoju po świeże ubranie.

Sygrida kilkakrotnie puka palcem w wizerunek Jana na wyświetlaczu, ale za każdym razem widzi tylko komunikat o niedostępności. Siada ciężko na krześle, czując, jak zalewa ją fala niepokoju. Serce bije niespokojnie.

Na niespodziewany sygnał wiadomości aż podskakuje. Spogląda z nadzieją na bransoletę. Zapiera jej dech.

Dzisiaj zostanie Pani dowieziona do Dzielnicowego Biura Unijnego Systemu Wspomagania Pracy celem weryfikacji kategorii i prawa do świadczeń. Weryfikacja jest standardowa i obejmuje wytypowane grupy obywateli. W przypadku pozytywnej weryfikacji przyznane świadczenia zostaną zindeksowane. Proszę czekać na informację o transporcie. Dziękujemy”.

— Mamo, zobacz, co dostałam! — April w podkoszulku wychodzi z łazienki i wyciąga do Sygridy rękę z komunikatorem. Na wyświetlaczu maneli jaśnieje pasek takiej samej wiadomości. — O co może chodzić?

Matkę ogarnia panika. „Czy to możliwe? Po tylu latach? Może to wezwanie dotyczy czegoś innego; może faktycznie weryfikacji prawa do zasiłku?” — myśli intensywnie, kurczowo chwytając się ostatniej nadziei. Bierze głęboki oddech. Serce wali tak mocno, że aż może je usłyszeć.

— Ubierz się na spokojnie. Jak znam życie, mamy sporo czasu, zanim ktoś się zjawi — mówi.

W tym samym momencie obie bransoletki sygnalizują nadejście kolejnej wiadomości: „Biuro USWP podstawi za pięć minut samochód dyspozycyjny, który zawiezie Panią na testy weryfikacyjne”.

Sygrida czuje, że zaraz się rozpłacze. Nie ma siły się ruszyć. Nie przygotowała żadnego planu awaryjnego. Kiedyś, gdy odwiedzał ją brat, omawiali różne scenariusze bezpieczeństwa, ale teraz, po tylu latach normalnego życia, nie wiedziała, co począć.

Nagle rozumie, że jedyną rzeczą, jaką może w tej chwili zrobić, to zostawić wiadomość dla Janka.

Powoli wstaje, wyłącza czajnik, w którym od dłuższego czasu gotowała się woda, i podchodzi do szafki, gdzie trzyma luźne kartki do notowania bieżących spraw. Szybko pisze wiadomości na dwóch arkusikach.

— Zaraz wrócę! — krzyczy do córki i wybiega na chwilę z mieszkania.

Transport zjawia się po upływie zapowiedzianych pięciu minut. Ktoś dzwoni domofonem i każe im schodzić. Schodzą natychmiast. Przed domem stoi czarny minivan z przyciemnionymi szybami, bez oznaczeń jakiejkolwiek instytucji. Kierowca weryfikuje ich tożsamość za pomocą ręcznego skanera, otwiera tylne drzwi auta bez słowa i czeka, aż wsiądą. Blokuje drzwi.

Gdy samochód rusza, przerażona Sygrida spostrzega, że od szofera oddziela je kompozytowa ścianka, uniemożliwiająca komunikację. Przyciemnione szyby pojazdu stały się matowe od środka, przez co nie może dostrzec ciemnego auta eskorty, które rusza równocześnie z minivanem.

Nie dostrzega także drugiego czarnego furgonu, który zaparkował po przeciwnej stronie ulicy Plzeňskiej.

***

Poruszam się po wzgórzach, bocznymi, osiedlowymi uliczkami w kierunku Klamovki i mieszkania matki. Od czasu mojego dzieciństwa wzgórza te systematycznie oddawały swój teren pod nowe punktowce, teraz w większości zamieszkałe przez imigrantów. Nie spodziewam się ujrzeć ekipy, która mnie ściga. Zresztą, kto mógłby mieć powód, by mnie prześladować?

Kolejne próby kontaktu z dziewczynami kończą się niepowodzeniem. Sygnał sieci jest dobry, ale ja nie mogę się połączyć. Próbuję więc wysłać wiadomość tekstową do biura firmy, ale również otrzymuję komunikat o niedostępności abonenta.

Idę szybkim krokiem. Od zmiany mnożnika potrafię wyczuć poziom przyspieszenia: teraz oceniam go na czterdzieści procent. W drodze badam bluzę, którą otrzymałem od Viktora. Reakcja Peterki w windzie zasugerowała mi, że bluza może odznaczać się specjalnymi właściwościami. Z zewnątrz to zwyczajny, luźny ciuch w nierzucającej się w oczy szarej kolorystyce. Jednak dotykiem wyczuwam podwójną warstwę materiału oraz przynajmniej jedną ukrytą wewnętrzną powłokę. Przesuwam palcami po rękawie i macam delikatną, regularną fakturę tej tajemniczej wszywki. Przypomina drobną siatkę. Nadaje większą sztywność materiałowi, ale jest wystarczająco plastyczna, by zachowywać się jak tkanina. W kapturze ta siatka wydaje się nawet podwójnie gruba.

Nie zamierzam szczegółowo analizować budowy ubrania; wnioskuję tylko, że bluza prawdopodobnie ekranuje sygnały emitowane przez bransoletę i implant. Dowodu dostarczają trzy drony przelatujące w szyku nad wzgórzami. Masywne maszyny bez żadnych oznaczeń zmierzają właśnie w to miejsce, z którego ostatnio próbowałem nawiązać łączność. Oddaliłem się od tego punktu już o kilkaset metrów, a one przelatują nade mną, nie wykrywając mnie i nie zmieniając ani formacji, ani kierunku.

Gdy poruszam się z prędkością bliską tej, jaką powinienem osiągnąć po zmianie współczynnika, ból obitego ciała powraca. Pali mnie właściwie wszystko: skóra, mięśnie, organy wewnętrzne, nawet kości. Jestem też nieustannie głodny. Co zadziwiające, ani ból, ani głód nie uniemożliwiają mi dalszego dynamicznego wysiłku. Zauważam, że im szybciej się poruszam, tym bardziej tłumione są sygnały alarmowe organizmu. Przy maksymalnej akceleracji nie tylko nie czuję bólu, ale doświadczam stanu upojenia i pewności własnej mocy, jakby ten stan był dla mnie bardziej naturalny niż ostatnie podkręcenie.

Docieram w końcu na Plzeňską, pod dom matki. Stoję w bramie bloku po drugiej stronie ulicy, obserwując otoczenie oraz wejście do budynku. Nie dostrzegam niczego niepokojącego: małe elektryki mieszkańców parkują jeden za drugim; ludzie spacerują chodnikami po obu stronach jezdni. Nikt nie stoi, nie czai się, nie obserwuje. Choć…

Jednak coś mnie niepokoi. Na wprost wejścia do kamienicy, po mojej stronie ulicy, stoi auto, które nieco się wyróżnia. To czarny furgon, wyraźnie podrasowany: ma szerokie, niskoprofilowe opony a na dachu płaskie kasety dodatkowych baterii zamontowanych tuż za kopułkami anten. Przyciemnione szyby uniemożliwiają ocenę, czy auto jest puste, czy ktoś w nim siedzi. Ale jeśli jest tam jakiś obserwator, to ma doskonały widok na wejście do domu matki.

Znów powraca pytanie: kto się mną interesuje? Kto ma możliwości przechwycenia lokalizacji dowolnej osoby, utajnienia diagnostyki, wydzielenia jednoosobowej sali w szpitalu? Najprostsza odpowiedź nasuwa się sama: służby. Czeskie, unijne czy inne.

Podobno w jednostkach specjalnych potrafią krótkotrwale przekraczać dwa i trochę. Przynajmniej takie krążą pogłoski, bo nikt oficjalnie tego nie potwierdza. W świetle tego fakt, że nieco za mocno się podkręcam, nie powinien nikogo interesować. Taki tam wybryk, powstały z mariażu technologii z naturą.

Moje przyspieszenia są mocne, ale chwilowe, nie do końca kontrolowane i w normalnym życiu niespecjalnie przydatne. Nie sądzę, by ktoś poważnie interesował się jakimkolwiek wykorzystaniem nieco żwawszego spawacza konstrukcji. Nikogo nie zabiłem, nic nie ukradłem, płacę podatki. Żadne służby nie powinny się mną interesować…

No tak, ale jest przecież jeszcze ekipa Peterki i jego „ratowników”. Konkurencja? Dla służb? Tu nic, choćby trochę sensownego, nie przychodzi mi do głowy. Porozmawiam z Sygridą i Ap, zastanowimy się wspólnie. Nie wykluczam, że sam odnajdę moich prześladowców, by dobrowolnie oddać się w ich ręce. Najprościej będzie wrócić do szpitala.

Tkwię bez sensu naprzeciwko mieszkania matki i siostry, oddalonego o szerokość ulicy i dwa piętra schodów. Jeśli chcę zobaczyć moje dziewczyny, muszę działać, a nie wystawać w bramie.

Podpowiedź, jak rozwiązać sytuację, pojawia się niespodziewanie. Tramwaj linii cztery przetacza się wzdłuż ulicy i na chwilę zasłania wejście do budynku komuś, kto może siedzieć w furgonie. Tak, to może się udać — jeśli tylko zdążę rozpędzić się do odpowiedniej prędkości. Cofam się ze sto metrów, przechodzę na drugą stronę ulicy, mieszam się z grupami przechodniów i czekam na kolejny tramwaj. Gdy przejeżdża, ruszam biegiem. Na początku skład jedzie szybciej, niż ja biegnę, ale wyrzut adrenaliny zwiększa moją moc i zrównuję się z jego pierwszym wagonem, akurat przed bramą domu. Zanim odjeżdżający tramwaj odsłoni moją sylwetkę przed ewentualnym obserwatorem w furgonetce, dopadam wejścia, wystukuję kod i zamykam za sobą drzwi.

***

— Jak to możliwe, że zniknął?! — Napięcie w głosie Dunowa zdradza wysiłek, z jakim Stary hamuje wybuch wściekłości.

Karanian stoi wyprężony, z nieruchomą twarzą. Zna napady złości generała, ale tak naprawdę jest mu obojętne, w jaki sposób zareaguje przełożony. Wykonuje swoją pracę należycie, przynajmniej tak to wygląda z zewnątrz. Wie jednak, że przyjęcie służbowej postawy skróci spotkanie i pozwoli mu wrócić do pilniejszych działań. Panuje nad swoim przyspieszeniem i uspokaja ruchy, aby dodatkowo nie prowokować Starego.

— Na oddziale zjawił się lekarz, który miał odpowiednie uprawnienia do zabrania obiektu — odpowiada spokojnie. — Jego bransoleta, podobnie jak bransoleta towarzyszącego mu osobnika, logowały się fałszywymi tożsamościami. Analizujemy zapisy monitoringu i zbieramy ślady DNA.

— Co z obiektem?

— Uciekł im. Ma ekranowaną lokalizację. Zakładam, że pojawi się u matki na Plzeňskiej albo u siebie, na Lužinach.

— Zabezpieczyliście?

„A teraz coś, co zepsuje ci dzień” — myśli major, nie bez złośliwości.

— Oczywiście. Nasi obstawiają teren — mówi. — Jak zapewne domyśla się pan generał, muszą mieć informatora w naszych szeregach. Lub wyżej, choć to drugie jest mniej prawdopodobne. Uprawnienia były nadane prawidłowo, posiadali pełne dane.

Stary chwilę przetrawia tę wiadomość. Pociąga za węzeł krawata, poluźniając go nieco. Jego twarz przybiera kolor dojrzałej brzoskwini. Karanian wie, że kolejny wybuch złości już nie nastąpi. Przygląda się bez emocji, jak Dunow mierzy się z możliwymi konsekwencjami posiadania wtyki w swoich szeregach. Generał zaczyna dostrzegać, jak to może wpłynąć na jego dalszą karierę.

— Te informacje musicie utajnić, majorze.

— Dyżurni, którzy o tym wiedzą, dostali już taki rozkaz. Będę sam nadzorował ten wątek śledztwa.

Generał patrzy na podwładnego po raz pierwszy od otrzymania meldunku i zastanawia się, z czego wynika ta jego staranność. To zwykła sumienność, czy jest w tym coś jeszcze? Nic nie potrafi wyczytać z twarzy stojącego przed biurkiem.

— A co z obiektami referencyjnymi? Matka i siostra, tak? Zgłoszono mi, że kazałeś je przejąć? Po co?

— Są w drodze. Nie chciałem, aby były świadkami ewentualnego ujęcia obiektu. Mogłyby ucierpieć. Zrobimy z nimi wywiad, popytamy o ojca, dzieciństwo i wypuścimy wieczorem lub jutro. Zakwateruję je w pokoju dla gości.

W tym momencie bransoleta Karaniana sygnalizuje powiadomienie.

Major czyta wiadomość i mówi:

— Mamy go! Dron zarejestrował jego wejście do domu na Plzeňskiej. Idę do operatorki.

***

Do mieszkania matki wchodzi się, wprowadzając staromodny kod na prostym panelu zamka, co eliminuje potrzebę posiadania dodatkowego klucza. Nie trzeba więc używać bransolety jak w mojej kawalerce i żaden organ nie rejestruje danych o wchodzeniu i wychodzeniu oraz czasie przebywania mieszkańców w lokalu. Wystukuję szyfr i szeroko się uśmiecham, wchodząc do środka. Liczę na to, że swoim pojawieniem zrobię dziewczynom niespodziankę mimo zerwanego połączenia sprzed kilkunastu minut.

Wita mnie cisza, która gasi mój uśmiech i rodzi przekonanie, że dziewczyn nie ma. Znam na pamięć ich przyzwyczajenia, nawyki i plan dnia, więc ich nieobecność jest co najmniej zastanawiająca. Być może Sygrida wyszła mnie szukać, ale to wydaje się zbyt nieprawdopodobne. Zawsze wyważona i ostrożna, nie opuściłaby domu bez informacji, dokąd się uda. Prędzej April byłaby zdolna do takich impulsywnych kroków. Jestem pewien, że matka po zerwaniu połączenia na pewno pozostałaby w domu, czekając na kolejny kontakt.

Dla pewności obchodzę mieszkanie. Niczego niepokojącego nie zauważam. Brak śladów raptownych działań. Wracam do kuchni, opieram się o blat i zastanawiam, co dalej. Czuję ciepło bijące od czajnika, co utwierdza mnie w przekonaniu, że wyszły przed chwilą.

Poczekam, zjem coś, co da się gryźć, a nie wciągać przez rurkę, i wezmę prysznic. Spoglądam na lodówkę. Jest bardzo stara. Tak stara, że jej obudowa jest metalowa, a nie z kompozytu, jak tych obecnie produkowanych. Dzięki temu małe magnesy doskonale przyczepiają się do jej powierzchni. Dziewczyny to wykorzystują, przyklejając sobie karteczki z listami planowanych zakupów, rachunki do opłacenia czy inne przypominajki. Z przyzwyczajenia rzucam okiem na kartki.

„Idź do Krecika”. Ta karteczka nie pasuje do reszty. „Idź”, a nie „Iść”. Informacja napisana w ten sposób musi być adresowana tylko do mnie. Poza tym, gdyby Ap czy Sygrida musiały tam pójść, zrobiłyby to od razu, bez pisania wiadomości. Bo Krecik zawsze jest w domu.

Wiem już, co zrobię. Mogę jeszcze poczekać z jedzeniem — przyzwyczajam się do ciągłego uczucia głodu — ale muszę się odświeżyć. Śmierdzę okrutnie. Przynajmniej od trzech dni nie brałem prysznica, a mój organizm reagował na stres, zdarzenia i wysiłek, intensywnie się pocąc. Po natrysku zejdę do Krecika i dowiem się, co ma mi do przekazania. Później wrócę, zjem coś i będę czekał na dziewczyny.

***

W pokoju nadzoru wciąż pracują jedynie dwaj dyżurni. Karanian zabronił im informować innych operacyjnych o akcji poszukiwań obiektu oznaczonego numerem siedemnaście. Otrzymali również zakaz podejmowania kluczowych decyzji bez jego akceptacji. Starszy z operatorów zauważył, że nigdy wcześniej nie było takiego zamieszania przy przejmowaniu nowego celu. Do tego ta blokada informacji — istne szaleństwo.

Major wchodzi do pomieszczenia, wysuwa na środek sali fotel z nieobsadzonego stanowiska i siada za plecami pracowników. Ogarnia wzrokiem wszystkie informacje wyświetlane na ścianie wizyjnej. Na centralnym polu znajduje się teraz podgląd z kamer drona, który unosi się kilkaset metrów nad Klamovką. Obraz jest ostry, ukazuje szczegóły domu oraz przyległej do niego ulicy. Widać także samochód operacyjny zaparkowany naprzeciwko wejścia. Obok, na mapie, zaznaczone są pozycje innych pojazdów interwencyjnych, jednak żaden z nich nie znajduje się w pobliżu obserwowanej lokalizacji.

— Mają go zdjąć? — pyta starszy z operatorów.

— Nie, niech jeszcze czekają. Połączcie mnie z dyspozytorką dzielnicową.

Major podchodzi i pochyla się nad mikrofonem konsoli.

— Hřebenki, Karanian. Potrzebuję oddziału taktycznego na Plzeňską sto dwadzieścia dziewięć, prawdopodobne użycie broni. Nieoznakowany.

— Zrozumiałam, będą za… siedem minut. — Policjantka przyjmuje zgłoszenie bez zdziwienia.

Dyżurni wymieniają spojrzenia, ale żaden z nich się nie odzywa. W pomieszczeniu słychać jedynie sporadyczne, krótkie rozmowy pomiędzy patrolami. Pojawia się pytanie zespołu siedzącego w furgonetce: proszą o pozwolenie na przejęcie obiektu. Otrzymują polecenie interwencji tylko na sygnał lub po wejściu policji. Major, lekko pochylony, z nieodgadnioną miną obserwuje sceny przekazywane z kamer drona unoszącego się nad dzielnicą.

— Panie majorze, obiekt pojawił się na mapie. Jest lokalizacja — informuje młodszy dyżurny, obracając się do przełożonego, ale ten już to zauważył. Nie komentuje ani nie reaguje, więc czekają dalej. Mijają kolejne minuty. Na parking dyskontu niedaleko domu na Plzeňskiej wjeżdżają dwa masywne, czarne policyjne vany.

Nagle Karanian prostuje się, gdyż dostrzega coś istotnego w obrazie z kamer.

— Połączcie mnie z dowodzącym oddziałem taktycznym.

Gdy operator wywołuje policjanta, pod obserwowany budynek zajeżdża karetka pogotowia ratunkowego i staje na kopercie tuż przed wejściem. Wysiada z niej trzech mężczyzn, otwierają drzwi za pomocą klucza Rescue i wchodzą do środka.

— Przesyłamy wam plan lokalu oraz dane obiektu, który ma być zatrzymany — mówi major, kiwając głową do starszego dyżurnego. — Wysyłaj.

— Trzy osoby towarzyszące, które weszły, są uzbrojone. Ze względu na ryzyko, także dla obiektu… — zawiesza na chwilę głos — proponuję postępować zgodnie z procedurą RAID.

***

Muszę zdecydować, czy zdjęcie bluzy oraz możliwość namierzenia mojej pozycji stanowią dla mnie zagrożenie. „Zagrożenie” to może zbyt mocne słowo — oznacza jedynie powrót do szpitala na diagnostykę. Skoro nie wykluczam samodzielnego zgłoszenia się, najgorsze, co może mnie spotkać, to fakt, że zjawią się po mnie, zanim zdążę spotkać się z dziewczynami. W końcu właśnie dlatego uciekłem ze szpitala. „No, tak; nie do końca ze szpitala, ale to na jedno wychodzi” — myślę.

Biorę bokserki z szafki, w której trzymam ubrania na wypadek nocowania u matki, i idę pod prysznic. Ustawiam perlator na bardzo drobne krople, aby przydziałowa ilość wody na kąpiel zraszała mnie dłużej. Stoję pod ciepłą mgiełką i wcieram żel w ciało. Pod dotykiem wszystko boli, ale temperatura mnie rozluźnia i pozwala znieść ból. Ciągle zaskakuje mnie cienkość mojej skóry oraz wyraźnie wyczuwalne włókna mięśni. To ciało staje się mi obce. Zakręcam wodę, zanim licznik odetnie dopływ po odmierzeniu reglamentowanej jednorazowo ilości.

Ubieram bieliznę i właśnie kończę się wycierać, gdy słyszę łomot dochodzący od drzwi wejściowych. Suchy trzask plastiku w połączeniu z metalicznym odgłosem czegoś spadającego na posadzkę korytarza. Wyskakuję z łazienki. Czuję, jak w stresie błyskawicznie zmienia się mój metabolizm. Widok przedpokoju potwierdza moje obawy. Nie spodziewałem się tylko, że stanie się to tak szybko i tak dynamicznie. Otwór futryny szczelnie wypełnia czerwień kombinezonów dwóch ratowników medycznych. Wzajemnie się popychając i szturchając, ratownicy prą w moim kierunku. Oczywiście to Viktor ze swoim szafopodobnym kolegą. Wiem już, że za nimi zaraz zobaczę okularnika Peterkę.

Wycofuję się do pokoju i staję za stołem, który oddziela mnie od nieproszonych gości. Ci przepychają się w końcu przez przedpokój i rozdzielają na boki. Zza ich pleców wychodzi znajomy lekarz.

Patrzymy przez chwilę w milczeniu na siebie, jak przyczajone owczarki, oceniając szanse. Ich — by mnie złapać, moje — by się nie dać. Mimo że mają liczebną przewagę, a miejsca jest mało, czuję swoją moc. Moje ciało gotuje się do konfrontacji. Poczucie własnej szybkości i siły narasta. Uśmiecham się.

— Nie kombinuj, Keller… Pojedziesz z nami… Czy chcesz… czy nie… — Kategoryczny przekaz nie współbrzmi z zasapanym, niepewnym głosem Peterki.

Dopiero teraz zauważam, jak bardzo jest zdyszany. Musieli wbiegać po schodach, czyli wciąż ścigają się z czasem. Wydają mi się dość powolni; przewyższam ich sporo w prędkości i czasie reakcji. Oceniam, że nie mają więcej niż jeden dwa. Mogę wciągnąć ich głębiej do pokoju, a potem przyspieszyć i wyminąć, lecz nie chcę zostawić ich w mieszkaniu matki. Nie zamierzam robić dziewczynom przykrej niespodzianki. Trzeba wyciągnąć całą trójkę na zewnątrz.

— Podajcie adres, sam się zgłoszę. Na ten wieczór mam już plany.

Cofam się o dwa kroki. Reagują niemal natychmiast, ale nie na tyle szybko, by opóźnienie nie było widoczne. Już wiem, jak szybko muszę się poruszać, by nie dać się złapać i jednocześnie pozostać w ich zasięgu, tak aby wszyscy za mną podążyli.

— Dość tych bredni — warczy Viktor i rusza, by obejść stół z lewej strony. — Foka, zostań w przejściu.

Drugi z „ratowników” posłusznie cofa się, tarasując otwór do korytarza. To nieco komplikuje sytuację, ale postanawiam improwizować. Szkoda tylko, że jestem w samej bieliźnie.

Gdy Peterka zbliża się do mnie z prawej strony, Foka wyciąga z kieszeni pistolet. Ten widok mrozi mnie i zaczynam się wahać.

Broń jest grubą przesadą. Patrzę na uzbrojoną rękę osiłka i nie rozumiem, co jest stawką w tej rozgrywce. Może pojawił się jakiś nieznany element, o którym nie mam pojęcia, lub istniał od samego początku, a ja go przegapiłem? Wpatruję się w ten pistolet w chwilowym stuporze, przez co nie rejestruję ruchu w głębi korytarza i tracę kilka cennych sekund. A potem wszystko toczy się błyskawicznie. Wystarczająco szybko, bym nie zdążył do końca otrząsnąć się z drętwoty.

Najpierw — równocześnie z przytłumionym odgłosem wystrzału — eksploduje głowa trzymającego broń Foki. Jego mózg, wraz z fragmentami czaszki i krwią, zachlapuje ścianę oraz część sufitu. Martwe już ciało „ratownika” stoi przez chwilę, by w końcu zwalić się do przodu, uderzając dziurawą twarzą o podłogę.

Viktor reaguje z minimalnym opóźnieniem. Obraca się w stronę wejścia. W półobrocie pada na podłogę, przewraca stół i wyszarpuje pistolet z zakamarków bluzy.

Peterka wygląda na równie zaszokowanego jak ja, więc jego reakcja jest znacznie wolniejsza. Zaczyna się kulić dopiero wtedy, gdy do pokoju wpadają pierwsi policyjni komandosi.

— Nie ruszać się! — ryczy wzmocniony baryton z głośnika. — Policja!!!

Ułamek sekundy później idę za przykładem Peterki i lecę na podłogę.

Upadając za przewróconym stołem, rejestruję jeszcze, jak Viktor trafia funkcjonariusza szturmującego na przedzie falangi. Jednak policjant, osłonięty bojowym egzoszkieletem, nie traci impetu. Gdy uderzam ciałem o posadzkę, kątem oka dostrzegam ruch w miejscu, w którym powinien kryć się młody lekarz. Nade mną majaczy już lufa broni policyjnego komandosa.

Później dzieje się kilka rzeczy jednocześnie. Viktor tryska krwią z przestrzelonej szyi. Brzęczy tłuczone szkło tam, gdzie znikł mi z oczu Peterka. Celujący we mnie funkcjonariusz strzela.

W mojej klatce piersiowej eksploduje ogień.

Zapadam w niebyt.

Rozdział 6

17 kwietnia, sobota

Sygrida nie zapala światła. Nie chce obudzić April, a poza tym nie jest pewna, gdzie znajduje się włącznik. Najciszej, jak potrafi, podchodzi do okna, usiłując przypomnieć sobie, czy coś stoi pod nim lub na parapecie. Maca krawędź wnęki w poszukiwaniu łańcuszka żaluzji. Przekręca lamele z nadzieją, że mrok w pokoju nieco się rozjaśni. Ciemność pomieszczenia zostaje delikatnie złamana malinowym filtrem przedświtu.

Kobieta podpiera się łokciami na parapecie, próbując dostrzec jakieś szczegóły za oknem. Widzi jedynie czarną ścianę drzew w parku, obrysowaną smużkami czerwieni. Sprawdza na maneli godzinę: za kilka minut będzie wpół do szóstej.

Cicho wraca na swoje łóżko, siada i opiera plecy o ścianę. Czeka na przebudzenie córki. Ciemna plama posłania po drugiej stronie pokoju bardzo powoli nabiera kształtów.

Gdzieś pod sufitem załącza się nadmuch; klimatyzacja zaczyna delikatnie szumieć i wymieniać ciepłe powietrze, które nagromadziło się w nocy. Dopiero teraz Sygrida zauważa, że jej koszulka jest wilgotna od potu.

Noc była niespokojna, przerywana częstymi pobudkami, po których matka przewracała się z boku na bok. Gdy w końcu udawało jej się zasnąć, zapadała w płytki sen niedający wypoczynku.

Wczorajsze niespodziewane wydarzenia zburzyły bezpieczny kokon, który przez lata budowała z codziennej rutyny, zapomnienia i z własnych projekcji. Teraz drży na myśl, że demony przeszłości mogły się obudzić. W panującym dookoła półmroku wracają do niej stresujące wspomnienia z poprzedniego dnia.

Wysiadły w jakimś podziemnym garażu, gdzie auto stanęło na stacji ładowania wśród kilku podobnych czarnych vanów o przyciemnionych szybach. Kierowca zaprowadził je do windy, przed którą czekała już młoda dziewczyna. Przedstawiła się jako opiekunka klienta w Dzielnicowym Biurze USWP. Pracownica wydawała się sympatyczna, jednak nie udzieliła im żadnych informacji. Uśmiechała się tylko, kiedy April nagabywała ją o to, jakim testom zostaną poddane.

Wjechały na parter budynku, gdzie mieściły się okienka recepcji podobne do przeszklonego akwarium. Transparentne przepierzenia oddzielały korytarze od głównego wejścia, znajdującego się naprzeciwko wind. Parteru pilnowała para nieruchomych żołnierzy. Ich potężne sylwetki, wciśnięte w egzoszkielety, wydały się Sygridzie szczególnie złowieszcze.

Gdyby nie uzbrojona ochrona i te przezroczyste bariery, wystrój Biura przypominałby tani pensjonat z długimi korytarzami pokrytymi wykładziną i z regularnie rozmieszczonymi drzwiami.

Opiekunka odblokowała za pomocą swojej bransolety najpierw szklane drzwi korytarza, a następnie drzwi do kwatery i zaprowadziła obie petentki do przydzielonego im pokoju. Pomieszczenie było niewielkie, wyposażone w łazienkę standardu hotelowego, dwa łóżka, stoliczek, parę krzeseł oraz duży ścienny wyświetlacz sieciowy.

Po około godzinie do pokoju zajrzała starsza pracownica, która zdecydowanie nie budziła sympatii. Jej cienkie usta, pomalowane jaskrawą szminką, przypominały poziomą, ognistą pręgę. Wezwała Sygridę na rozmowę weryfikacyjną.

Sala na końcu korytarza, wyposażona w kilka biurek z terminalami, w tamtej chwili świeciła pustkami. Kobieta zajęła miejsce przy jedynym stanowisku z uruchomionym wyświetlaczem; poczekała, aż badana usiądzie, i bez wstępnych wyjaśnień zaczęła zadawać pytania. Zestresowana Sygrida na początku pomyliła się przy podawaniu swojego adresu. Później zapomniała, kiedy ostatnio była u lekarza i kiedy przechodziła badania kontrolne.

Pracownica Biura sprawdzała zgodność odpowiedzi z danymi wyświetlanymi na ekranie. Poprawiała błędne odpowiedzi, nie komentowała pomyłek ani nie reagowała na wahanie. Nie próbowała nawiązać relacji z badaną, ograniczając się jedynie do cierpliwego zadawania pytań.

Z czasem Sygrida zaczęła odpowiadać płynniej i nie myliła się już. Pytania nie były zbyt szczegółowe, nie dotyczyły niebezpiecznych tematów — a mimo to ciągle czuła niepokój. Po kwestiach dotyczących stanu zdrowia wypytywano ją o subiektywną ocenę samopoczucia, poziom zadowolenia z sytuacji materialnej oraz wysokość opłat stałych i ostatnich większych wydatków. Całość rozmowy wydała jej się dość dziwna, wręcz niespójna.

Zaraz po niej na weryfikację zabrano April.

Po powrocie z wywiadu córka zaczęła chodzić ze wzburzenia po pokoju i nerwowo gestykulować rękami. Z jej wykrzyczanej relacji wynikało, że przebieg lustracji był podobny. Może nie do końca: Ap nie mogła powstrzymać się od zadawania pytań pracownicy i głośnych protestów przeciwko formie zatrzymania. Nie usłyszała jednak żadnego komentarza ani nie wywołała żywszej reakcji. Badająca ją cierpliwie czekała na właściwe odpowiedzi, informując jedynie, że April niepotrzebnie przedłuża wywiad.

— Nie mają prawa nas przetrzymywać!!! Słyszałaś, aby kogokolwiek poddawali weryfikacji z zakwaterowaniem?! Cała ta weryfikacja to fikcja. Nie pytają nas o nic, czego już nie wiedzą lub nie mogą sprawdzić. Przecież stan zdrowia mają w danych zbieranych przez system. A moje samopoczucie gówno ich obchodzi!

— Ap…

— Co, „Ap”? ! Taka jest prawda! Mamo, zrób coś. Czego się boisz? Przecież nie mamy mnożnika. Jesteśmy prawdziwymi, naturalnymi jedynkami. Co nam mogą zabrać? Mamy tylko ustawowe świadczenia. — Zatrzymała się wreszcie przed Sygridą. — Jeśli ty, mamo, nie chcesz, to ja pójdę zrobić awanturę.

Matce udało się jednak przekonać April, by poczekały do rana. Przecież niedługo wszystko się wyjaśni i zostaną zwolnione do domu.

Teraz, po nieprzespanej nocy musi zgodzić się z córką.

Powinny nalegać na opuszczenie ośrodka. Nic nie wskazuje na to, aby nagłe wezwanie do Biura USWP miało związek z wydarzeniami, które były głęboko skrywane przez lata. Jeśli zostaną zwolnione dziś do południa, zdąży zdjąć kartkę z lodówki, zanim przyjdzie Janek. Nie zrozumiała, o czym mówił do niej syn podczas połączenia, ale wydawało się, że chodziło o jego powrót do kraju. Ma przeczucie, że on już jest w Pradze. Czuje to.

Ściągnie kartkę i wszystko wróci na swoje miejsce.

O brzasku wydaje jej się to dobrym pomysłem. Tak, wszystko wróci na swoje miejsce.

***

— Przejęliśmy obiekt siedemnaście — melduje Karanian.

Patrzy na generała wciśniętego w nieckę skórzanego fotela i nawet trochę jest mu go żal. Widać, że od wczorajszej rozmowy energia wyraźnie uszła z siwego oficera. Dziś to tylko przygarbiony, tłusty staruszek w lekko przyciasnej koszuli.

Dunow nie podnosi wzroku na podwładnego. Okręca długopis palcami na blacie biurka i wpatruje się tępo w folię wyświetlacza. Wygląda, jakby nie spał całą noc: koszula nie jest świeża, a policzki srebrzą się zarostem. Jest jasne, że nie pojechał do domu.

Karanian jest pewien, że Stary nie cierpi Ośrodka oraz cywili w nim pracujących. Jego koledzy z młodości już dawno okupują stołki ministerialne lub unijne, a on wylądował w czarnej dziurze i nie może jej opuścić.

Generał, którego dopuszczano do ściśle tajnych projektów i wybierano spomiędzy ograniczonego grona zaufanych, liczył na to, że też zostanie w końcu właściwie nagrodzony. Jednak zamiast jawnej nobilitacji wylądował Na Hřebenkách 737, w zakonspirowanej jednostce zwanej krócej „Ośrodkiem 737”. Choć ma ona istotne znaczenie dla systemu wspomagania, a w planach rządu unijnego odgrywa newralgiczną rolę, jej utajniony status nie pozwala Dunowowi afiszować się jej dowodzeniem. Tym bardziej że krąg osób wtajemniczonych w działania tej placówki jest mocno ograniczony — także wśród rządzących.

Oficjalnie jest dyrektorem przykrywki, czyli Dzielnicowego Biura USWP, co oczywiście nie odpowiada jego ambicjom. Gdy lata mijały, a on nie dostawał innej propozycji z góry, pogodził się z myślą o pracy w Ośrodku do samej emerytury. Zamierzał w spokoju do niej dotrwać, licząc na hojną odprawę, która wynagrodzi mu te ostatnie lata w odstawce.

Major widzi teraz, że możliwość infiltracji placówki to cios, który zachwiał Starym. Jeśli informacja o krecie dotrze wyżej, z dużym prawdopodobieństwem przeniosą generała w trybie pilnym na emeryturę, ale bez apanaży i w niesławie. Jednocześnie będzie to najłagodniejsza kara, jaka może go spotkać. Nie można wykluczyć, że ktoś rzuci na niego podejrzenia o kryciu przecieku, sprzyjaniu drugiej stronie lub — co najgorsze — o aktywnym uczestnictwie w działaniach szpiega. Każdy ma wrogów, także Dunow.

O tych wszystkich możliwych wariantach wydarzeń i ich konsekwencjach Stary myślał pewnie całą noc.

— Jak poszło? — Generał spogląda w końcu na podwładnego.

— Nie wszystko się udało. Szturmowcy zlikwidowali dwójkę porywaczy, ale trzeci wyskoczył przez okno i uciekł. — Karanian celowo mówi to jak meldunek, nie akcentując wypowiedzi. — Z trzeciego piętra spadł na dach karetki, raczej jest ranny. Dwa nasze zespoły go szukają.

Stary nie pyta, skąd na miejscu ujęcia obiektu byli jego porywacze, co świadczy, że nie do końca docierają do niego słowa majora.

— Dlaczego policja go nie ścigała?

— To był oddział taktyczny, a innych jednostek nie było. Nasi zdążyli wejść do budynku za policją.

Generał stara się skupić. Marszczy krzaczaste brwi, jakby chciał sobie coś przypomnieć.

— Mówiłeś, że mamy obiekt?

— Tak. Dziś zrobimy z nim wywiad, jutro lub w poniedziałek pierwsze badania. Przydzieliłem go Jáchymowi.

Staruszek kiwa powoli potakująco głową.

— Chcę wykorzystać fakt, że mamy też obiekty referencyjne, i oprócz wywiadu wykonać ich szczegółowe analizy — dodaje major.

— Rób, jak chcesz…

— Proszę o autoryzację, panie generale.

Starszy mężczyzna prostuje się w fotelu. Patrzy przez chwilę na stojącego przed biurkiem, jakby oceniał, czy to nie żart. Czy ten podpis nie sprowadzi na jego głowę dodatkowych problemów. Nie, Karanianowi można ufać. Chyba.

— Dobra, podaj karty — mówi z rezygnacją.

Major puka w ekran swojej bransolety i na terminalu przełożonego pojawia się folder.

Generał otwiera go i wyświetla trzy kartoteki osobowe. W każdej zaznacza opcję „skierować do dalszych badań” i parafuje e-piórem.

Dunow wygląda teraz, jakby zawiesił się na chwilę. W końcu zbiera się w sobie, by zadać nurtujące go pytanie.

— A co ze śledztwem dotyczącym kreta?

— Analizuję, kto miał pierwotny dostęp do danych obiektu. Oprócz naszych sprawdzamy też szpital. Igor ma pewien trop. Myślę, że na jutro będę mieć wytypowanych podejrzanych.

***

Noc nie ostudziła wojowniczego zapału April.

Sygrida rozpoznaje ten stan córki. Ap jest podekscytowana od rana, szybka w ruchach — oczywiście, jak na nią — i z błyskiem w oku gotowa do konfrontacji.

Taki nastrój występował u niej dość rzadko. Najczęściej wtedy, gdy miał je odwiedzić Jan lub gdy pod wpływem impulsu zamierzała podjąć próbę zdobycia pracy. Zapał zazwyczaj wystarczał jej na kilka godzin — gasł, kiedy tylko pokłóciła się z Janem lub napotkała pierwszą przeszkodę w swoim planie. Na ogół poranki zaczynała w milczeniu, zobojętniała, a po śniadaniu znikała w swoim pokoju.

Dziś jednak energia ją rozpiera. Po przebudzeniu wpadła do łazienki szybko umyć twarz i przepłukać zęby, a teraz z impetem siada na swoim łóżku. Pochyla się w stronę matki i opiera się wyprostowanymi rękami o krawędź posłania. Wygląda, jakby szykowała się do skoku z dachu.

— To co? Idziemy?

„Wszystko wróci na swoje miejsce” — myśli Sygrida, ale teraz nie jest już tego taka pewna. Zniknął półmrok kończącej się nocy, nic nie rozmywa rzeczywistości. Wnętrze pokoju jest wypełnione ostrym światłem; słońce już wznosi się ponad drzewami w parku. Jest zbyt jasno, zbyt wyraźnie. Zbyt prawdziwie.

— Może poczekajmy do południa?

— Oj, mamo. Ja idę, niech tylko otworzą drzwi. Wygarnę im!

Sygrida przeczuwa, że to zakończy się katastrofą. W tym stanie ducha April powie za dużo, zacznie krzyczeć, a kto wie, może nawet skrytykuje ideę wspomagania oraz sam system. To nigdy nie jest bezpieczne. Nie publicznie.

Przypomina sobie przezroczyste ścianki odcinające wyjście z budynku oraz akwarium recepcji, przy którym stały groźne, nieruchome posągi żołnierzy. Tak, awantura nie wyjdzie im na dobre. Może lepiej spróbować spokojnie porozmawiać z obsługą?

— Dobrze, Ap… — wzdycha. — Ja pójdę.

Chyba sprawia córce niespodziankę, bo ta zauważalnie się rozluźnia i przesiada na łóżko obok matki.

Sygrida, chcąc dodać sobie odwagi, wolno wylicza w myślach kolejne argumenty, które zamierzała przedstawić. Bezwiednie przytacza słowo w słowo wszystko to, co wieczorem wyrzuciła w złości Ap. Umacniając swoją argumentację, przekonując samą siebie, matka powoli się uspokaja. Pomaga jej także ciepło siedzącej obok córki.

W oczekiwaniu na otwarcie zablokowanych drzwi rozmawiają o Janie i o ostatnich wydarzeniach. April przyznaje, że już tęskni za bratem, czuje również smutek, myśląc o ich pożegnalnym spotkaniu. Ma też do siebie żal za te emocjonalne wybuchy, którymi ostatnio go raczyła.

Minuty ciągną się w nieskończoność.

W końcu brzęczy zamek, a do pokoju wchodzi młodsza z ich opiekunek, niosąc tacę zastawioną pudełkami. Stawia ją na stole.

— Czy możemy porozmawiać z kimś z kierownictwa? — pyta Sygrida.

— Po porannych badaniach. Za chwilę zostaną panie poproszone.

— Chcemy teraz! — wyrywa się April.

— Proszę z tym poczekać — odpowiada pracownica, przykładając bransoletę do czytnika przy wyjściu. Zanim wychodzi, zatrzymuje się w drzwiach. — Po badaniu będzie rozmowa z nadzorującym weryfikację. On wszystko wyjaśni.

I tyle. Znika, ucinając dalszą dyskusję. Dziś się nie uśmiechała.

Jedzenie nie było przyrządzone na miejscu. Otrzymały dwa standardowe zestawy śniadaniowe, jakie można kupić w dowolnym dyskoncie. Zawierają papkę ryżową z dodatkiem barwników i esencji smakowych wraz z pojedynczym prostokątem pieczywa. Do tego kartoniki soku z owocem w nazwie. Tanio.

Gotowe porcje, do tego podane na zimno, sugerują, że Biuro nie ma zaplecza zapewniającego pobyt. „Albo nie weryfikuje wielu osób, więc nie utrzymuje infrastruktury, albo badania są przeprowadzane szybko, na bieżąco, bez potrzeby zatrzymywania kogokolwiek” — zastanawia się Sygrida. W korytarzu widziała szereg takich samych drzwi bez przeszkleń, ale ile z nich prowadziło do kwater, a ile do biur, nie mogła zgadnąć. Może pobyt petentek tutaj jest zaskoczeniem dla obsługi, więc ktoś zamówił catering w najbliższym sklepie? Znów narasta w niej niepokój.

Jedzą w milczeniu, aż do ponownego otwarcia drzwi.

***

Ta sama co wczoraj, starsza, ponura kobieta z czerwoną pręgą zamiast ust prowadzi Sygridę w stronę dyżurki. Mijają zastygłe figury mundurowych, by stanąć przed wejściem do windy. Drzwi rozsuwają się automatycznie, nie czekając na przywołanie. Wjeżdżają piętro wyżej.

Tak samo jak na dole Sygrida widzi szeregi identycznych drzwi, kojarzących się z tanim hotelem. Choć może nie: miękka wykładzina nie skrywa już podłogi, zastąpiona winylem, a w miejscu, gdzie powinno być zejście schodami, postawiono ścianę. Kolejny pusty, martwy korytarz.

Wchodzą do niewielkiego pokoju, w którym centralne miejsce zajmuje fotel zabiegowy wraz z aparaturą, obrócony tyłem do drzwi. Bardzo podobny do tych z przychodni. Posiada nawet mankiet do wsunięcia przedramienia z bransoletą.

— Proszę usiąść. Podłączę panią do diagnostyki. Proszę tu włożyć rękę z manelą.

— Wiem. U lekarza też na takim siedziałam. — Sygrida uśmiecha się nieśmiało. Jej głos lekko się trzęsie, ujawniając napięcie.

Kreska jaskrawych warg opiekunki nawet nie drga.

Gdy rękaw automatycznie zaciska się na bransolecie i unieruchamia badaną, pracownica wyciąga pudełko z miniaturowymi czujnikami. Przyczepia je do obu ramion, karku oraz głowy pacjentki, a małe przyssawki automatycznie dociągają skórę do sensorów.

W trakcie tego podpinania Sygrida próbuje oddychać spokojnie, lecz za długie i za głębokie oddechy zdradzają rosnącą panikę. Nie czuje nawet, że niektóre czujniki są sondami nakłuwającymi naskórek i wsuwającymi głębiej swoje receptory.

„Nic się przecież nie dzieje” — uspokaja się. „To tylko kolejne badanie”.

Przymyka powieki. Niepotrzebnie się nakręca. „Nic nie daje powodu do takiego stresu” — powtarza sobie. „Nadinterpretuję to wszystko”. Bo o czym mają świadczyć gotowe zestawy śniadaniowe czy żołnierze na korytarzu? Nigdy wcześniej nie była w tego typu placówce — może to wszystko jest całkowicie normalne? Zwykłe biuro, zwykła procedura, po której odwiozą je do domu… Może nawet dzisiaj? „Ja też przecież jestem zwyczajna. Naturalna jedynka bez pracy, mieszkająca z kochającą córką i odwiedzana przez kochającego syna”. I tej myśli postanawia się trzymać.

Słyszy plaśnięcie zamykanych drzwi. Zaskoczona otwiera oczy i rozgląda się ostrożnie na boki. Jest sama.

Przez minutę lub dwie nasłuchuje, przekrzywiając lekko głowę, ale żadne odgłosy z zewnątrz nie docierają do pokoju. Tylko delikatny szum nawiewu klimatyzacji — i nic więcej. Mija kolejna minuta, później następna… Mijają kolejne. Nic się nie dzieje. Czas jakby się rozciągnął. Zaczyna tracić rachubę: to już kilkanaście minut czy dopiero pięć?

Stres powoli odpuszcza, a ona oddycha już swobodniej.

Spogląda na rękę unieruchomioną w rękawie, a później na metaliczne groszki przyczepione do skóry ramion. Czy badanie już trwa? Może to tylko jakiś rodzaj diagnostyki? Ap — w swoim wojowniczym nastroju — pewnie by już wołała obsługę.

Dopiero teraz zwraca uwagę na niewielki stolik z obróconym w jej stronę wyświetlaczem grafenowym. Zaraz za nim ustawiono drugi, skierowany w przeciwnym kierunku, w stronę pustego krzesła.

Kolejne minuty mijają i nic się nie dzieje. „To musi być właśnie to badanie” — nabiera coraz większej pewności.

Brzęczenie zamka w otwieranych drzwiach jest tak nieoczekiwane, że Sygrida aż podskakuje na fotelu. Mężczyzna, który wchodzi do gabinetu, rusza się tak szybko, jakby był sporo podkręcony. Nie mija sekunda, gdy rozsiada się na pustym krześle.

Sygridzie wydaje się, że jego tempo przypomina prędkość funkcjonariuszy patrolujących ulice — jakby ten mężczyzna był policjantem lub żołnierzem. Choć może jest już przewrażliwiona albo nie potrafi obiektywnie tego określić? Większość ludzi, których zna, jest jedynkami. Przyspieszeni w jej obecności zazwyczaj próbowali opanować swoją ekspresję tak, by nie czuła dyskomfortu. Oprócz syna to najczęściej pracownicy urzędów lub przychodni. Ten mężczyzna jest jednak od nich szybszy. I szybszy od Janka.

Nosi luźną bluzę o sportowym kroju oraz takie same spodnie. Dość masywny, raczej umięśniony niż otyły. Spłaszczony nos i blizna przecinająca prawą brew pasują do obrazu sportowców, jakich pamięta z młodości. „Tak wyglądali kiedyś zapaśnicy lub bokserzy” — myśli Sygrida. Dziś te dyscypliny już nie istnieją.

W czasie, gdy go ocenia, „bokser” aktywuje aplikację na swoim ekranie grafenowym. Na wyświetlaczu przed nią pojawia się okno testu.

— Wykonam teraz kalibrację sprzętu. Proszę bez wahania odpowiadać na pytania. — Mężczyzna dotyka swojego ekranu, a na folii przed Sygridą wyświetla się cyfra. — Jaką liczbę pani widzi?

Mówi tak szybko, że badana musi się skupić, by wszystko zrozumieć. Ma też specyficzny akcent, którego ona nie potrafi rozpoznać.

— Trzy — odpowiada.

— A ta?

— Sto trzydzieści osiem.

Cyfry znikają, a kwadrat okienka wypełnia się jednolitą barwą.

— Jaki to kolor?

— Szkarłatny.

Badacz krzywi się.

— Proszę to opisać innym słowem. Prościej.

— Może być czerwony.

— Proszę podać imię, nazwisko, ID oraz mnożnik.

— Sygrida Keller, 10A896ZZ9505, jestem jedynką.

— W którym roku zginął pani mąż i co było bezpośrednią przyczyną zgonu?

Sygrida zastyga na moment, wstrzymując oddech, a w jej głowie imploduje czarna dziura.

— A eee…? — bełkocze tylko.

Rzucone bez uprzedzenia pytanie o Johannie przeraża ją tak, że nie potrafi wydobyć z siebie nic więcej. Rusza bezwiednie ustami, próbując coś powiedzieć. Ta nagła pustka w głowie pochłonęła wszystkie myśli, a teraz jeszcze zabiera powietrze.

Kobieta odnosi koszmarne wrażenie, że się udusi. Szarpie przedramię z bransoletą, lecz rękaw fotela trzyma mocno. Kłuje ją w mostku oraz pod lewą pachą. Wolną ręką chwyta się pod piersią i wyczuwa gwałtownie bijące serce. Nadal rozpaczliwie próbuje zaczerpnąć tchu. Przychodzi jej na myśl, że być może umiera.

Jednak nie traci przytomności — mózg dostaje tlen, więc mimo wszystko oddycha, choć z trudem. Z każdym paroksyzmem nabiera więcej powietrza. Spazmy stają się jednak coraz płytsze, przekształcając się w krótkie, urywane oddechy. Sygrida wciąż rusza ustami jak ryba, ale czuje już, że nie zemdleje, a trzepotanie serca nie zwiastuje zawału.

Myśli stopniowo wracają do jej głowy. Z początku chaotyczne i bardzo emocjonalne, zdominowane przez rozpacz i bezsilność, nie niosą odpowiedzi. Powoli oddech się uspokaja, co pomaga jej zapanować nad mętlikiem w głowie. Próbuje przypomnieć sobie wewnętrzne dialogi, które ćwiczyła w skrytości przez wiele lat.

Mężczyzna z obojętną miną obserwuje jej reakcje ponad krawędzią wyświetlaczy.

— Zrozumiała pani czy powtórzyć? — Chociaż jego słowa wciąż płyną szybko, Sygrida doskonale je teraz słyszy i pojmuje.

***

Otwieram szeroko oczy. Serce wali jak oszalałe. Ciągle widzę końcówkę majaku, te rozbryzgi mózgu na ścianie i suficie. Foka…

Obraz jest zbyt plastyczny, krwisty i kolorowy, by mógł być jedynie senną wizją. Oddycham szybko i ociekam potem jak po intensywnym biegu. Czekam chwilę, aż rozedrgane ciało ochłonie i wróci do właściwego rytmu. Zwalniam oddech i na moment przymykam powieki, licząc, że to mnie uspokoi, wyciszy.

Błąd. Teraz, oprócz krwawego powidoku, w ciemności dostrzegam błysk elektrycznego wyładowania. Wspomnienie wystrzału, którym dosięgnął mnie policjant. Zdaję sobie sprawę z absurdalności tych obrazów — sen nie powinien tak wyraźnie nakładać się na jawę. Sen się kończy, majak znika, koniec, kropka. Pamiętasz, ale już tego nie widzisz. A ja, po otwarciu oczu, wpatruję się w bielony sufit, lecz ciągle widzę plamki czerwieni, a w środku ognisty refleks.

Od kilku dni poranki mnie zaskakują. Jakby los postanowił, że co rano mam dostać zagadkę, gdzie się znajduję. Szkoda, że wszystkie moje przebudzenia są do siebie podobne. Trochę jak w starym serialu internetowym, w którym bohater niezależnie od tego, co zrobi, budzi się w tym samym miejscu. Zaczynam tęsknić za poranną jazdą do pracy zatłoczonym metrem.

W końcu uspokajam się na tyle, by usiąść na łóżku i się rozejrzeć. Ten ruch przypomina mi bolesnością o przejściach ostatnich dni. Co tym razem dołożono do mojej mapy bólu? Chyba regeneruję się szybciej niż kiedyś, bo „stare” obrażenia są znacznie mniej dokuczliwe niż zaledwie dwa dni temu. Jestem przekonany, że mogę podjąć kolejne wyzwania, ignorując przytłumioną bolesność mięśni i stawów. Nawet dwa świeże ogniska bólu na piersi nie wydają się uciążliwe. To miejsca, gdzie trafiły mnie strzałki elektrod tasera. Odruchowo je macam. Nie ma dziur, a przynajmniej takich wyczuwalnych przez odzież.

Ubranie… w mieszkaniu byłem w samych bokserkach, teraz mam na sobie prosty, bezpłciowy, szary dres. Zaglądam w spodnie: bielizna — moja własna — jest na miejscu. To dodaje mi otuchy.

Pokój, w którym się obudziłem, nie przypomina apartamentu hotelowego ani szpitalnej sali. Brak tu okna, a w narożniku, tuż przy drzwiach, znajduje się jedynie mała kompozytowa umywalka oraz stalowa misa toalety. Bez żadnego przepierzenia. Pomieszczenie ma prostokątny kształt i około dziesięciu metrów kwadratowych. Brudnoniebieskie ściany są pozbawione ozdób, z wyjątkiem niewielkiego obrazu przedstawiającego żaglowiec na wzburzonym morzu. To sprawia, że całość emanuje absurdem lub spaczonym poczuciem humoru dekoratora. W pokoju znajduje się także drewniane łóżko, całkiem zwyczajne, które nie przypomina szpitalnego, nieduża szafka meblowa oraz niewielki, przymocowany do ściany stół z podnoszonym blatem i z dwoma kompozytowymi, podobnie podnoszonymi siedziskami. Na wprost łóżka widać drzwi wejściowe oraz — obok nich — wyświetlacz grafenowy. To pod nim mieści się węzeł sanitarny.

Zza moich pleców pada naturalne światło. Oglądam się. Nad posłaniem, pod sufitem, jaśnieje prostokąt mlecznej lampy wpuszczonej w ścianę. Imituje małe okno. Obok dostrzegam niewielką szczelinę nadmuchu. Podnoszę dłoń. Delikatny strumień ciepłego powietrza opływa moje palce. To albo zwykła wentylacja, albo klimatyzacja, której padł termostat.

Wstaję i rozpoczynam dokładniejszą inspekcję mojego pokoju. Że jest to więzienna cela, potwierdzają małe, czarne groszki podsufitowych kamer, wciśnięte w dwa przeciwległe narożniki pomieszczenia, zamek elektroniczny, działający na chip lub bransoletę, oraz brak klamki.

Spod łóżka wyciągam tekstylne tenisówki z gumkami zamiast sznurówek. Pstrokaty dywanik, na którym leżało obuwie, wydaje mi się w tym otoczeniu kompletnie niedorzeczny. Zakładam tenisówki: rozmiar pasuje, albo, co bardziej prawdopodobne, oni znają go tak jak pozostałe moje parametry.

Na umywalce leży mała tubka pasty do zębów, szczoteczka oraz niewielka kostka mydła. Podczas obchodu znajduję jeszcze ręczniki papierowe w szafce oraz pilot do wyświetlacza. To wszystko. Wracam na łóżko, siadam i zaczynam zastanawiać się, co dalej.

Czas na podsumowanie mojego stanu oraz uporządkowanie wydarzeń. Najpierw sprawdzam bransoletę. Wyświetla datę i czas online, co oznacza, że jest połączona z systemem. Zegar wskazuje kilka minut po jedenastej w sobotę, więc tym razem nie zgubiłem dnia po drodze. Blokada wszystkich połączeń nadal jest aktywna. Nie dziwi mnie to już — właściwie byłbym zaskoczony, gdyby było inaczej.

Po tym, co ostatnio przeżyłem, nie mam złudzeń, że ktoś zjawi się z przeprosinami albo z informacją, że za kilka dni zostanę zwolniony do domu. Gorzko uświadamiam sobie, że moje dotychczasowe szare życie spawacza nieubłaganie dobiegło końca. Krwawa egzekucja „sanitariuszy” podczas rajdu policji na dom matki wskazuje na wysoką stawkę tej gry. Skoro zdołali mnie obezwładnić, mogli w ten sam sposób zwinąć resztę. „Gra” to być może niewłaściwe słowo, ale nic innego nie przychodzi mi do głowy. Zwykłe badania jakiejś mutacji nie usprawiedliwiają przecież takiej eskalacji przemocy.

Włączam pilotem wyświetlacz na ścianie. Szybko przeglądam dostępne strumienie i kanały. Z informacyjnych są tylko rządowe oraz unijne; a z rozrywkowych — sitcomy, kilka strumieni filmowych oraz sport. Brak swobodnego dostępu do sieci. Brak wyszukiwarek. Brak smartapa profilującego treść do preferencji widza. Cóż, to oczywisty zestaw w mojej sytuacji. Wzdycham, wygaszając obraz.

Nie mam pomysłu, co dalej robić. Możliwości są żałośnie ograniczone: mogę snuć się po celi lub pozostać na łóżku. Ta druga opcja wygrywa. Monitoring w narożnikach oraz bransoleta w sieci systemu na pewno ujawniły moje przebudzenie, więc niedługo należy spodziewać się gości. Ciekawe tylko, czy światło jest zapalone cały czas, czy zgodnie z rytmem dziennym. Według godziny na wyświetlaczu maneli zbliża się południe.

Jednak się nie spieszą. Minie prawie godzina, zanim ciszę przerwie brzęczyk zamka.

***

W drzwiach mojej celi staje wysoki, barczysty brunet w niebieskiej bluzie lekarskiej. To jedyny jego atrybut sugerujący profesję medyczną. Reszta stroju — ciemnoszare spodnie bojówki w kamuflażu miejskim oraz solidne buty taktyczne — kontrastuje z tą sugestią.

W szparze domykających się drzwi miga mi jeszcze fragment jakiegoś korytarza i popielatoszary wojskowy uniform.

Przybysz podchodzi do opuszczonego stolika, podnosi jego blat oraz siedzisko dla siebie. Stojąc, czeka na moją reakcję.

Jego ruchy — zbyt szybkie, zbyt sprężyste — mnie niepokoją. Poziom przyspieszenia i reakcji wydaje się bardzo nietypowy, chyba wyższy niż u funkcjonariuszy, którzy wczoraj wtargnęli do mieszkania matki. A przecież policyjni komandosi, zamknięci w bojowych pancerzach, to najsprawniejsza formacja, jaką można spotkać na ulicy. Przed sobą mam osobę, która zdaje się być podkręcona do ich poziomu, ale bez widocznego, zewnętrznego wspomagania. Tylko jedna grupa zawodowa porusza się w ten sposób, wspierana ultralekkimi, kosztującymi fortuny, niewidocznymi egzoszkieletami.

Przypominam sobie, że kiedyś oglądałem dokumentalny materiał o specjalsach. Teraz to jedyne przydatne źródło mojej wiedzy. Odrzuciwszy fantazje o nich czy miejskie legendy.

Spoglądam na łokcie bruneta. Wydaje mi się, że dostrzegam niewielkie wypukłości pod materiałem na zewnętrznych powierzchniach stawów. To prawdopodobnie miejsca mocowania serwonapędów.

Wstaję z demonstracyjnym ociąganiem, robię trzy kroki, by stanąć po drugiej stronie blatu. Mężczyzna wyciąga w moją stronę rękę, również dość wolno, jakby jego przyspieszenie uległo obniżeniu.

— Gor Karanian, lekarz w tutejszym Ośrodku — przedstawia się.

— Rosjanin? — pytam, mając ochotę skomentować jego tytuł „lekarza”, ale coś mnie powstrzymuje.

Ściskam krótko jego dłoń, a on siada i kładzie płasko ręce na stoliku. Zdecydowanie jest teraz wolniejszy niż kilkanaście sekund temu. Ciekawe. Jakby był w stanie w pełni kontrolować swoje przyspieszenie.

— Nie. Jestem Ormianinem. Mogę do pana, Janie, mówić po imieniu? — mówi przybyły po czesku, bez wyraźnego akcentu, kontrolując głos na tyle, że prędkość słów wydaje mi się naturalna.

Wzruszam ramionami i opadam na siedzisko. Czekam na to, co powie, ale on zastyga nieruchomo, z pozbawioną emocji maską na twarzy.

Przez chwilę mierzymy się wzrokiem; jego szare oczy — tak rzadkie u ormiańskiej nacji — są bez wyrazu, a lekki grymas wygiętych w dół ust wydaje się naturalny. Mężczyzna ma ten typ czarnego zarostu, który jest widoczny, niezależnie od tego, jak dokładnie się ogolisz.

Przedłużająca się cisza staje się drażniąca i przytłaczająca, a przeczucie, które nagle kiełkuje w mojej głowie, pozbawia mnie pewności siebie. To drapieżnik… Tu chodzi o coś znacznie głębszego niż oficjalna profesja. Emanuje od niego siła. Im dłużej się sobie przyglądamy, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że Karanian jest groźny.

Jeszcze kilka dni temu nie klasyfikowałem ludzi w ten sposób. Żyłem w końcu prostą egzystencją. Rejestrowałem zdarzenia wokół, oglądałem sieciową papkę, martwiłem się problemami siostry, własnym zmęczeniem i myślami, które sięgały najwyżej do następnego urlopu. Moje dyskusje z Ap na temat systemu były tylko akademickimi dysputami, które nie przekładały się na nasze życie. Oczywiście miałem świadomość narastającej frustracji w społeczeństwie oraz istnienia sił, które wzajemnie się ścierają w walce o władzę. Jednak po gorączce sporu wracałem do siebie, kładłem się spać, a rano, niewyspany, wstawałem do pracy.

Korekta mnożnika oraz wydarzenia ostatnich dni sprawiły, że szybciej dostrzegam i przyswajam szczegóły otoczenia. Może po szturmie na Klamovce stałem się bardziej wyczulony na bezpośrednie zagrożenie. A może chodzi o coś więcej? Moje ciało ulega przeobrażeniom. Dotykając go i przesuwając palcami po mięśniach i postronkach ścięgien, akceptuję zachodzące zmiany. Nie jestem już tym samym Janem. Ta transformacja mnie fascynuje, dodaje mi śmiałości, poczucia mocy i pewności swojej przewagi — jak przed konfrontacją z Viktorem i Foką.

Mimo to, gdy obserwuję tak przez kilka chwil Karaniana, spinam się wewnętrznie. Czuję, że mój krótki czas reakcji nie jest już moim największym atutem. Oczywiście, nie roztrząsam tego w tej rozwleczonej w czasie ciszy między nami. Po prostu to czuję.

Prawdopodobnie jego propozycja przejścia na „ty” ma na celu skrócenie dystansu i ułatwienie kontaktu, jednak narasta we mnie napięcie i stres. Jestem świadomy, że i przybysz mnie ocenia, jakby od wyniku tego osądu zależał dalszy przebieg rozmowy. W końcu to ja pierwszy się poddaję.

— Mój prowadzący?

— Nie. Jestem koordynatorem — odpowiada beznamiętnie, niemal bez intonacji. — Będzie się tobą opiekował doktor Jáchym. Pewnie masz pytania…

— Nie — przerywam mu.

Drga zaskoczony, lekko zaciskając wargi. Ten odruch wymyka się spod jego kontroli, ale to wszystko, co udaje mi się osiągnąć. Nie pyta „dlaczego?”, tylko czeka, znów opanowany i nieruchomy.

— Nie wierzę w wasze wyjaśnienia — dodaję spokojnym głosem.

— Spróbuj.

Przez chwilę zastanawiam się, od czego zacząć. Gdzie jestem, przypuszczalnie sam mi powie… Może też po co? Na początek niech wyjaśni to, co stanowi dla mnie największą zagadkę.

— Co się wydarzyło w szpitalu i później w mieszkaniu?

Domyśla się, o co pytam.

— Łowcy narządów. Szukają zdrowych modyfikowanych, z pełnym zestawem badań. Przejmują ich i rozbierają na części.

Nie zastanawia się nad odpowiedzią, więc albo to prawda, albo gotowa legenda.

— Pierwsze słyszę o czymś takim.

— No i nie usłyszysz. Szczególnie w wiadomościach. Jest już wystarczająco niespokojnie. — Szczerzy zęby w drapieżnej namiastce uśmiechu. — To zorganizowany proceder, bo rynek odbiorców jest spory, głównie na serca, wątroby, nerki. Zresztą nawet skórę sprzedają. Są też bogate jedynki, które wierzą, że przeszczep płuc, serca i paru innych organów od przyspieszonego da im supermoc.

— A da?

— Oczywiście, że nie. Tylko znacząco skróci życie.

— To dlaczego ich nie aresztowano?

— Ludzkie śmiecie. — Karanian ponownie błyska zębami. — Redukcja kosztów resocjalizacji.

— Mówiłem, że nie uwierzę.

Teraz on wzrusza ramionami. Nie wiem, jakiej reakcji się spodziewał i jakie robię na nim wrażenie, ale podjął już decyzję, bo puka palcami lewej ręki o blat.

— Wiesz, gdzie jesteś?

— Jakiś rządowy ośrodek — odpowiadam.

— Zgadza się. Wyszukujemy takich jak ty.

— Czyli?

— Osoby, u których modyfikacje wywołują skutki uboczne. Które zyskują nowe zdolności.

Nie zaprzeczam, a on nie jest tym zdziwiony.

— Mamy tu taką nomenklaturę… Nie jest zbyt precyzyjna ani naukowa, ale się przyjęła. Jaja to osobniki poza systemem, bez modyfikacji i bransolet. Larwy nie mają przyspieszeń, ale są pod kontrolą dzięki manelom. Nimfy to ta część społeczeństwa, która jest zmodyfikowana standardowo. Wiesz, bransoleta, wszczep, iniekcja neuroprzekaźników i stały, ustawiony poziom podkręcenia…

Znów zastyga, patrząc mi prosto w oczy, jakby zastanawiał się, co może powiedzieć. Gdy uznaję, że jednak skończył, znów się odzywa.

— Podobnych do ciebie nazywamy Subami. To od Subimago. Pobór hormonów u nich się zmienia, najczęściej maleje. Dochodzi do zmian organicznych i nabycia nowych cech. Mutują. Gdy osobnik panuje w jakimś stopniu nad nowymi zdolnościami, zostaje uznany za Suba. Gdy nie, uznajemy go za Nimfę z częściowym przeobrażeniem. Jako taki jest nieprzydatny.

Brzmi to złowróżbnie.

— Mówisz mi to, ot tak, po prostu? O kontroli i o mutacjach?

Spogląda kpiąco, z lekkim półuśmieszkiem.

— Jesteś wystarczająco inteligentny, by rozumieć, że wyjdziesz stąd tylko wtedy, gdy ci na to pozwolimy.

Tu mnie ma. Może faktycznie grać w otwarte karty lub tylko to udawać — a ja nie mam wyboru.

— Te Suby… Jakie mają zdolności?

— Oczywiście przyspieszenia. Rzadko jednak przekraczają dwa. Przy dwa i pół najczęściej się gotują i po sprawie. — Karanian ponownie bębni palcami o stół. — Są jeszcze inne mutacje, ale o tym nie będę ci opowiadał.

— Co z nami robicie?

— Powiem tak: poddasz się wszystkim badaniom dobrowolnie, a jeśli uznamy, że jesteś użyteczny, otrzymasz propozycję współpracy odpowiednią do twoich zdolności.

— A jeśli się nie zgodzę lub nie jestem tym… Subem?

— Do domu i tak już nie wrócisz.

Nie chcę jeszcze wiedzieć, co kryje się za tą odpowiedzią. Czuję, że cokolwiek bym usłyszał, nie byłoby prawdą.

— Jakie to będą badania?

— Oprócz szczegółowych analiz laboratoryjnych, a właściwie ich dokończenia, dostaniesz mieszanki neurohormonów z dodatkami, które mają ustabilizować twoją przemianę. Do tego aktualizacja softu w implancie.

Ciśnie mi się na usta pytanie o ryzyko z tym związane, ale odpowiedź jest tak oczywista, że rezygnuję. Karanian obserwuje moje reakcje, a ja mam trudności z oceną, czego ode mnie oczekuje i jak ostatecznie wypadam.

— Wystaw manelę — rozkazuje niespodziewanie.

Gdy kładę rękę na blacie, wyciąga z kieszeni bluzy niewielki dysk i wpina wysunięty przewód w port mojej bransolety.

Spinam się nieco, gdy jego palce obejmują mój nadgarstek.

— Po co to?

— Kopiuję dane — odpowiada, uruchamiając na wyświetlaczu dysku jakąś aplikację.

— Nie możecie tego zrobić przez sieć? — dziwię się.

Uśmiecha się samymi ustami. Przynajmniej tak interpretuję oszczędny grymas, który gości na jego twarzy.

— Tego oficjalnie nie mówimy. System zbiera dość ogólne dane. Przy tylu milionach użytkowników zapchałby się błyskawicznie.

Czekam, aż zakończy transfer i wypnie kabel. Między nami wisi drażniąca cisza.

— Okej. — Rozłącza urządzenia. — Na razie musi wystarczyć ci to, co powiedziałem. Dziś jeszcze odwiedzi cię doktor Jáchym z wywiadem. — Zabiera dłonie i pudełko pamięci ze stołu.

Gdy podnosi się z siedziska, pospiesznie pytam:

— Poczekaj… Jesteśmy w Pradze?

Stoi nade mną, nieruchomy, i jeśli wyczuwa proszącą nutę w moim pytaniu, nie daje po sobie znać.

— Tak.

— W mieszkaniu, skąd mnie zgarnęliście, mieszkają moja matka z siostrą. Pewnie są przestraszone tym, co zastały po powrocie. Czy…

— Policja poinformowała je, że to było włamanie udaremnione przez patrol. Imigranci z Kalifatu. Zanim wróciły do domu, policyjna ekipa częściowo uprzątnęła bałagan.

— I co, uwierzyły?

— Zrobiliśmy dodatkowy włam obok. Uwierzyły.

— Wiedzą, że byłem w mieszkaniu? Nie… Oczywiście, że nie… Chcę je zobaczyć — znów proszę, choć domyślam się już, jaka będzie odpowiedź.

— Nie.

***

Sygrida z całej siły ściska w lewej dłoni zwiniętą w kulkę prawą pięść. Powstrzymuje tym drżenie obu rąk. Gdy ją odprowadzono, ich pokój, a właściwie cela, był pusty. Siedzi teraz na krawędzi łóżka i czeka na powrót córki.

Przez ostatnią godzinę wszelkie złudzenia, nadzieje oraz próby optymistycznego podejścia do rzeczywistości zostały brutalnie wygnane z jej umysłu. Teraz się trzęsie z bezsilności i strachu. Myśli wciąż nie chcą układać się sensownie. Patrzy przed siebie, lecz wzrok ma nieobecny.

Pytania, jakie padały podczas badania, zmusiły ją do odtworzenia całego dzieciństwa Jana i April: gdzie i w jakim szpitalu przyszli na świat; czy przebywali pod opieką państwowych ośrodków wychowawczych; gdzie mieszkali oprócz Pragi; do jakich szkół chodzili; jakie sporty uprawiali i czy stwarzali problemy wychowawcze. Na co chorowali, kiedy podani byli klasyfikacji do systemu i pierwszej zmianie mnożnika. Akurat te ostatnie informacje pracownicy Biura mogli sprawdzić w systemie, ale Sygrida chciała, aby ten wywiad skończył się jak najszybciej, więc odpowiadała bez dyskusji. Zresztą dyskutowanie nie leżało w jej naturze.

Na początku dawała skrupulatne odpowiedzi mimo przerażenia, starając się mówić pewnie, bez wahania. Choć głos i tak ją zdradzał. Czasami zastanawiała się nad jakimiś szczegółami, lecz nie przeciągała odpowiedzi, by nie wydawały się wymyślone na poczekaniu. W większości nie były.

Zadziwiająco mało pytań dotyczyło Johanna. Sygrida doskonale rozumiała, czemu w Biurze brakowało informacji o nim: nie mieszkali wtedy na terenie starej Unii, informacja osobowa nie była udostępniana, więc nie stanowiła publicznej bazy danych. Prowadzącego badanie interesowało jednak tylko to, gdzie Johann pracował, kiedy i jak poznała męża i kiedy zawarli związek małżeński.

Poza pierwszym pytaniem, które wywołało u niej szok, kwestia nagłej śmierci męża nie była dalej poruszana. Podejrzewała, że to celowe działanie, a na tej jednej rozmowie się nie skończy. Tym bardziej, że to właśnie okres bezpośrednio po odejściu Johanna był newralgiczny. A o te miesiące i w tym kontekście badacz już nie zapytał.

Wywiad zakończył się niespodziewanie. Mężczyzna po prostu wstał i wyszedł bez słowa po jej kolejnej odpowiedzi. Tak jakby zaplanowana pula pytań uległa wyczerpaniu. Chwilę później powróciła ponura opiekunka.

***

Wieczór delikatnymi powiewami rozrzedził zastałą i gorącą pierzynę powietrza, która w dzień przykryła miasto. Jest już znośnie, pot nie spływa po plecach i zniknął skwar utrudniający oddychanie.

Weda podnosi odrobinę głowę, by podmuchy prześlizgnęły się po jej szyi i odkrytych ramionach. Spaceruje niespiesznie zarośniętym chodnikiem, mając po lewej stronie, za krzakami, leniwie płynącą Wełtawę, a po prawej — pozostałości praskiego zoo, które zlikwidowano ponad dwadzieścia lat temu.

Pas zieleni oddzielający ścieżkę od ogrodu zoologicznego składa się głównie ze zdziczałych krzewów, wyrośniętej, przesuszonej trawy i nielicznych drzew, które ostały się z pierwotnego drzewostanu. Gęste zarośla, złożone z kolczastych krzaków pokrytych niewielkimi liśćmi mają pewnie afrykański rodowód, bo doskonale czują się w obecnym klimacie i zachłannie przejmują ten odcinek nabrzeża. Przez gęstwę z trudem można dostrzec zdewastowany pawilon goryli, który straszy krzykliwymi kleksami graffiti — obecnie spotyka się tam młodzież z górujących nad wzgórzem punktowców. A w miejscu afrykarium i wybiegu dla słoni stoją brzydkie bloki.

Gdzieniegdzie chaszcze schodzą aż do wody i wtedy ścieżka, tak jak w tym miejscu, wije się wciśnięta między dwie ściany zieleni.

Weda wzdycha cicho, zatopiona w swoich myślach.

Cały dzień czekała na wiadomość ze szpitala. A tu nic, cisza. Ani przełożona, ani żadna z koleżanek nie dały znać, co ma dalej robić. Pewnie jutrzejszy, niedzielny dyżur też jej przepadnie.

Nadal nie rozumie, co się wydarzyło. Skąd nagła dyspozycja przymusowego urlopu, która dotarła do zwierzchniczki pielęgniarek jako pilna wiadomość od ordynatora? Nie pozwolono jej dokończyć codziennych obowiązków i nakazano czekać w domu na decyzję kierownictwa oddziału. Nawet do tego przystojniaka, Jana, nie mogła już wrócić.

Żadnych wyjaśnień, żadnej informacji. Kontaktowała się ze szpitalem w piątek, także dziś rano, i nic. Szef oddziału będzie dopiero w poniedziałek, może wtedy dowie się więcej?

Jedyna korzyść z tej całej sytuacji to chwile takie jak ta, gdy może, nie patrząc na zegar maneli, przechadzać się niespiesznie nad rzeką. Zupełnie jak w dzieciństwie, gdy odwiedzała zwierzyniec razem z rodzicami. Weda nie ma męża ani dzieci, więc większość czasu spędzała w pracy i zaniedbywała takie drobne przyjemności. Od lat tyle nie spacerowała, co przez ostatnie dwa dni.

Słońce zeszło już tak nisko, że krzewy rzucają długie, ciemne cienie na ścieżkę. Pora wracać.

Robi zwrot na pięcie i wtedy zauważa nadbiegającego truchtem mężczyznę. Krępa, jakby przyczajona sylwetka w sportowym dresie zbliża się cicho i niespiesznie.

„Że też chce mu się biegać” — myśli Weda. Choć z drugiej strony, w pełnym słońcu zupełnie się nie da, więc pozostaje wieczór. Rzadki to już widok: podkręceni raczej nie biegają rekreacyjnie. Prawdę mówiąc, jedynki też nie. Wszystkie szybkościowe dyscypliny stopniowo zanikły po wprowadzeniu przyspieszeń.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 28.35
drukowana A5
za 78.74