E-book
28.35
drukowana A5
78.95
IMAGO

Bezpłatny fragment - IMAGO


5
Objętość:
461 str.
ISBN:
978-83-8440-463-8
E-book
za 28.35
drukowana A5
za 78.95

Rozdział 1
Jan

20 października, środa

Patrzę na jej spo­kojną, śliczną twarz. Skórę ma cienką i bladą, pra­wie białą. To efekt za­trzy­ma­nego krą­że­nia. Nie od­dy­cha, to oczy­wi­ste. Nie mu­szę tego spraw­dzać, ale ro­bię to co­dzien­nie, mi­mo­wol­nie, czy­niąc z tego ele­ment po­ran­nego ry­tu­ału.

Zu­peł­nie jak te kwiaty, które sta­wiam tak, by mo­gła je zo­ba­czyć. Nie uj­rzy ich, a ja po kilku dniach wy­rzucę uschnięty wie­cheć i za­stą­pię go no­wym bu­kie­tem z mar­ketu.

Za­pła­kał­bym, ale nie mogę. Z pew­no­ścią nie mam już gru­czo­łów łzo­wych. Jak to mó­wią: na­rząd nie­uży­wany za­nika.

Od­gar­niam ja­sny ko­smyk z jej czoła, przy oka­zji do­ty­ka­jąc po­zba­wio­nej ru­mień­ców skóry. Zim­nej. Naj­wy­żej sie­dem, osiem stopni, ale to dla­tego, że w cha­cie jest rów­nie chłodno. Ciało leży wy­star­cza­jąco długo, by jego cie­płota zrów­nała się z tem­pe­ra­turą oto­cze­nia.

Mnie to zimno nie prze­szka­dza. I tak czę­sto wy­cho­dzę. Gro­ma­dzę za­pasy. Ostat­nia par­tia przy­nie­sio­nych kar­to­ni­ków pię­trzy się jesz­cze na dę­bo­wej ła­wie. Upchnę je do spi­żarni za chwilę. Te­raz mu­szę przez mo­ment od­po­cząć i zjeść. We­zmę coś z po­przed­niej wy­prawy. Tej, pod­czas któ­rej okra­dłem ma­ga­zyn Erb­sen Markt. Te pro­dukty mają krót­sze ter­miny przy­dat­no­ści. Wy­bie­ram lio­fi­li­zo­waną kostkę opi­saną jako kon­cen­trat owo­cowy. Oczy­wi­ście bazą tej pulpy nie są praw­dziwe owoce. Zresztą, mam to gdzieś.

Sia­dam przy oknie i pa­trzę na po­kryte świe­żym śnie­giem zbo­cza. Syp­nęło w nocy — pierw­szy raz tej je­sieni. Stro­mi­zny do­brze trzy­mają puch, więc będę mu­siał uwa­żać. Po­cze­kać z opusz­cze­niem chaty, aż znów za­cznie pa­dać. W le­sie prędko nie od­kryją mo­ich śla­dów, ale go­rzej na otwar­tej prze­strzeni.

Żuję po­woli owo­co­wego gluta, prze­su­wa­jąc wzro­kiem po ostrej al­pej­skiej grani od­dzie­la­ją­cej mnie od świata. Jest piękna, ale da­leko jej do mo­jej ma­je­sta­tycz­nej góry. Tej je­dy­nej. Tej, któ­rej szczyt wy­pa­lił się we wspo­mnie­niach z dzie­ciń­stwa.

Za­czyna de­li­kat­nie pró­szyć. W nocy, je­śli nie za­cznie wiać cie­pły fen, tem­pe­ra­tura może mocno spaść. Spo­glą­dam na stertę drewna przy ko­minku. Rzecz ja­sna, nie za­mie­rzam roz­pa­lać ognia. Dym uniósłby się po­nad drze­wami, a tego mu­szę uni­kać. Przy­go­to­wany stos czeka na wła­ściwy mo­ment.

Rzu­cam pu­stym kar­to­ni­kiem przez cały po­kój do sto­ją­cego przy wej­ściu wia­dra. Tra­fiam. Nie jest źle. Mimo na­si­la­ją­cych się bó­lów dłoni i ra­mion nie stra­ci­łem ko­or­dy­na­cji. Po­woli za­czy­nam się też przy­zwy­cza­jać do tego, że na­dal chudnę.

Chyba ją przy­kryję. Wiem, że nie ma to więk­szego zna­cze­nia, ale nie chciał­bym, by za­mar­zła.

Biorę stary, wy­pło­wiały pled i do­kład­nie ją okry­wam, po­zo­sta­wia­jąc twarz od­sło­niętą. Nie­sforny ko­smyk znów zsu­nął się jej na czoło. To pew­nie przez prze­ciąg.

— Ko­cham cię.

Rozdział 2

5 kwietnia, poniedziałek

De­cy­zję pod­ją­łem rano. Ju­tro udam się do punktu ko­rek­cyj­nego, aby pod­nieść swój mnoż­nik. Pół dnia mielę to w gło­wie, szu­ka­jąc in­nego roz­wią­za­nia, ale go nie znaj­duję. W końcu sku­piam się na pracy, bo nie wi­dzę sensu dal­szego roz­trzą­sa­nia tego po­sta­no­wie­nia.

Pod­czas prze­rwy łą­czę się z matką i za­po­wia­dam przy­jazd na dzi­siej­szy obiad. Jak zwy­kle jest bar­dzo za­do­wo­lona. Obie­cuje, że zrobi po­trawkę z kur­czaka, którą tak bar­dzo lu­bię.

Drób z ry­żem lub z ka­szą fo­nio to naj­częst­sze da­nie na wielu ro­dzin­nych sto­łach, więc lu­bi­łem je nie­jako z przy­zwy­cza­je­nia. Zna­la­zło się na czo­ło­wej po­zy­cji głów­nie z po­wodu ceny. Za­wsze pod­trzy­my­wa­łem ilu­zję, że mi sma­kuje, nie chcąc na­ra­żać do­mo­wego bu­dżetu dziew­czyn na nie­po­trzebne wy­datki.

Po od­pra­co­wa­niu swo­jej dzie­siątki ze­ga­ro­wej wci­skam się na sta­cji Vy­so­čan­ská w tłum lu­dzi wy­peł­nia­jący wa­gon me­tra. Od Čer­nego Mo­stu składy są już prze­peł­nione, więc na moim przy­stanku nie za­wsze udaje się wejść do pierw­szego nad­jeż­dża­ją­cego po­ciągu. Dziś mam szczę­ście, nie tylko wsia­dam, ale na­wet udaje mi się chwy­cić ka­wa­łek wol­nej po­rę­czy. Roz­glą­dam się.

O tej po­rze pu­dło po­ciągu wy­peł­nione jest po­dob­nymi do mnie nie­szczę­śni­kami. Zmę­czone twa­rze, sku­lone ciała przy­sy­pia­jące na sto­jąco, cze­ka­jące na gong i za­po­wiedź sta­cji, na któ­rej wy­siądą. Pra­wie nikt się nie od­zywa, a mało kto spo­gląda na wia­do­mo­ści wy­świe­tlane na ekra­nach z fo­lii gra­fe­no­wej, na­kle­jo­nych na co dru­gie okno.

Przed oczami mam swoją rękę trzy­ma­jącą rurę. Wid­get ze­gara na wy­świe­tla­czu bran­so­lety wska­zuje kwa­drans po czwar­tej. Za oknem prze­su­wają się cie­nie tu­nelu, co jak za­wsze działa na mnie usy­pia­jąco. Ko­ły­sany de­li­kat­nym bu­ja­niem wa­gonu na boki, za­pa­dam w płytki pół­sen. Już od wielu lat ten od­ci­nek pra­skiego me­tra prosi się o pilny re­mont i wy­mianę szyn.

Za­po­wiedź przy­stan­ków nie działa pra­wi­dłowo, ko­mu­ni­katy emi­to­wane są co dwie, trzy sta­cje. Przy każ­dym za­trzy­ma­niu mu­szę więc ob­ró­cić głowę, aby kon­tro­l­nie spoj­rzeć na wy­świe­tlacz z na­zwą przy­stanku, i nie po­zwa­lam so­bie na za­pad­nię­cie w głęb­szą drzemkę. Na któ­rejś sta­cji, bo­dajże na Flo­rencu, coś moc­niej wy­bija mnie z odrę­twie­nia. Chwilę trwa, nim od­naj­duję przy­czynę: to wy­soki, przy­gar­biony męż­czy­zna sto­jący w przed­nim seg­men­cie i kur­czowo trzy­ma­jący się rury. Wi­dzę tylko jego twarz oraz za­ci­śnięte na drążku dło­nie, reszta kryje się za ścianą pa­sa­że­rów. Cał­ko­wi­cie prze­ciętny, ni­jaki, ubrany — jak mi się wy­daje — w za dużą bluzę z kap­tu­rem.

Za­uwa­żam go, bo się wy­róż­nia, mimo że usil­nie stara się wto­pić w tłum znu­żo­nych fi­gur. Kap­tur ma na­su­nięty na po­chy­loną głowę i kiwa nią w rytm ko­ły­sa­nia się me­tra. To, co mnie do niego przy­cią­gnęło, to jego oczy. Przy­mru­żone, mar­ku­jące przy­sy­pia­nie, ale cały czas czuj­nie zer­ka­jące na wszyst­kie strony. Jego głowa ob­raca się de­li­kat­nie i po­woli, w har­mo­nii z ryt­mem bu­ja­nia, co umoż­li­wia mu spo­glą­da­nie raz w tył, raz w przód wa­gonu. Długi rę­kaw bluzy na­cią­gnięty aż do po­łowy dłoni za­sła­nia jego bran­so­letę.

Zaj­muje mu ze dwie mi­nuty, nim od­krywa moje za­in­te­re­so­wa­nie. Wy­raź­nie się pło­szy: kuli się jesz­cze bar­dziej, opusz­cza głowę i chowa twarz za dłońmi na ru­rze. Te­raz wi­dzę le­d­wie czu­bek jego kap­tura.

Czuję się nie­zręcz­nie, bo w końcu nie mam po­wodu, żeby go na­chal­nie pod­glą­dać. Może to ja­kiś neu­ro­tyk albo inny nie­przy­sto­so­wany spo­łecz­nie osob­nik. Po­woli od­wra­cam wzrok od niego, sta­ra­jąc się, by wy­szło to na­tu­ral­nie. Jed­nak po chwili cie­ka­wość zwy­cięża, więc dys­kret­nie znów zer­kam w jego kie­runku. Znik­nął. Mu­siał przejść na przód. Za­uwa­żam go mi­nutę póź­niej, gdy skład ru­sza z ko­lej­nej sta­cji, a on prze­suwa się za oknem.

Wzru­szam ra­mio­nami sam do sie­bie. Mimo wszystko nie było to wy­star­cza­jąco zaj­mu­jące zda­rze­nie, by dłu­żej nur­to­wało moje my­śli.

Wra­cam do śle­dze­nia cieni i świa­teł mi­ga­ją­cych za szybą. In­cy­dent roz­bu­dził mnie jed­nak na tyle, aby po­wró­ciły po­ranne roz­wa­ża­nia. Cze­kała mnie jesz­cze roz­mowa z dziew­czy­nami, a ta mo­gła mieć różny prze­bieg, uza­leż­niony głów­nie od na­stroju April. Roz­mowy o sys­te­mie za­wsze tak na nią dzia­łały. Cza­sem cze­kały mnie wrza­ski i pre­ten­sje, a cza­sem — dą­sa­nie się o byle głup­stwo.

A prze­cież nie palę się do zmiany mnoż­nika. Ko­rekta nie jest ani przy­jemna, ani obo­jętna dla ciała. Z jed­nej strony je­stem świa­dom, że or­ga­nizm do­sta­nie w kość, że zmę­cze­nie bę­dzie więk­sze, a do­dat­ko­wego czasu na re­ge­ne­ra­cję nie do­stanę. Bo niby skąd? Doba na­dal bę­dzie dwu­dzie­stocz­te­ro­go­dzinna. Z dru­giej strony to tylko do­dat­kowe dzie­sięć pro­cent. Ja­koś się przy­zwy­czaję i za parę mie­sięcy będę trak­to­wał wszyst­kie zmiany na­tu­ral­nie. Prze­kro­czę je­den trzy, co pod­nie­sie mi po­ziom kwa­li­fi­ka­cyjny i au­to­ma­tycz­nie wy­win­duje do grupy pra­cu­ją­cej w eg­zosz­kie­le­cie. Cho­ciaż samo to nie jest ce­lem — bar­dziej za­leży mi na pod­wyżce.

Co­raz czę­ściej wy­płata nie po­zwala mi na odło­że­nie na­wet kilku punk­tów. „Eu­ro­grosz” — tak w my­ślach od ja­kie­goś czasu na­zy­wam unijną wa­lutę. Gdzieś to okre­śle­nie usły­sza­łem i za­anek­to­wa­łem. War­tość na­byw­cza punk­tów cią­gle ma­leje, a opłaty ro­sną nie­ustan­nie.

Gdy­bym był sam, spo­koj­nie mógł­bym po­zo­stać przy swoim do­tych­cza­so­wym po­zio­mie kwa­li­fi­ka­cji. Nie­stety, do­kła­da­nie się do wy­dat­ków do­mo­wych matki i sio­stry sys­te­ma­tycz­nie na­ru­sza moje oszczęd­no­ści. Jesz­cze trzy lata temu dziew­czyny ja­koś spi­nały same swój bu­dżet i nie mu­siały wsty­dli­wie pro­sić mnie o wspar­cie.

Po­moc fi­nan­sowa w po­staci za­ku­pów i po­kry­wa­nia nie­spo­dzie­wa­nych wy­dat­ków stała się moją co­dzien­no­ścią. Nie ma przy tym wi­do­ków, by przy­chody dziew­czyn mo­gły się zwięk­szyć. Matka, wia­domo, otrzy­muje stałą eme­ry­turę, nie­ustan­nie tra­cącą na war­to­ści, a sio­stra… Za­trzy­muję się chwilę na tej my­śli. Nie, tu także nie ma naj­mniej­szych szans na zmianę.

— Na­stępna sta­cja: An­děl Smíchov. — Za­po­wiedź wy­rywa mnie z odrę­twie­nia. Pusz­czam po­ręcz i ob­ra­cam się w kie­runku wyj­ścia.

W go­dzi­nach szczytu wy­do­sta­nie się z wa­gonu pra­skiego me­tra jest dzie­cin­nie pro­ste, zwłasz­cza na więk­szych sta­cjach. Wy­star­czy pod­dać się stru­mie­niowi wy­cho­dzą­cych, by gładko prze­być pe­ron i ru­cho­mymi scho­dami wy­je­chać na po­wierzch­nię. Wy­sia­da­jący roz­ci­nają tłum na pe­ro­nie, a za chwilę, ni­czym wie­lo­głowy wąż, wdzie­rają się na ta­śmę alu­mi­nio­wych stopni. Po wy­jeź­dzie z pod­ziemi stają się znów nie­za­leż­nymi jed­nost­kami, roz­pra­sza­jąc się płyn­nie na wszyst­kie strony.

Jed­nak tym ra­zem ru­tyna jest za­kłó­cona. Po wyj­ściu z wa­go­nów wszy­scy tło­czą się na pe­ro­nie, w wi­rze wza­jem­nie prze­py­cha­ją­cych się lu­dzi. Wąż nie może opu­ścić pod­ziemi. Nie dzia­łają schody ru­chome. Rynny nie­czyn­nego eska­la­tora wy­peł­nia fa­lu­jąca, gę­sta ludzka masa, bar­dzo wolno prze­su­wa­jąca się ku gó­rze.

Je­stem po­py­chany, a jed­no­cze­śnie sam na­pie­ram na in­nych; dro­bię sto­pami naj­pierw po ka­mien­nych pły­tach pe­ronu, a kilka mi­nut póź­niej po nie­wi­docz­nych w cia­snej ciż­bie me­ta­lo­wych stop­niach.

Z gór­nego po­ziomu sta­cji do­cho­dzi do mnie wrzawa wielu gło­sów, z któ­rej wy­bi­jają się gło­śniej­sze okrzyki. Bę­dąc już na szczy­cie, pró­buję do­strzec przy­czynę dzi­siej­szego za­mętu, lecz poza tłu­mem wo­kół mnie nic wię­cej nie wi­dzę. Po­dróżni nie roz­cho­dzą się swo­bod­nie, tylko — na­dal zbici w gro­madę — krok za kro­kiem prze­ci­skają się przez wą­skie wyj­ścia ze sta­cji.

Wszystko staje się ja­sne, gdy w końcu do­cie­ram na ulicę. To szpa­ler po­li­cji ha­muje ruch i od­dziela wy­cho­dzą­cych z me­tra od gę­stego po­chodu prze­su­wa­ją­cego się środ­kiem ulicy. De­mon­stranci idą bez po­śpie­chu ulicą Nádra­žní w kie­runku Hrad­czan. Pro­te­stu­ją­cych są ty­siące i, jak okiem się­gnąć, wy­peł­niają szczel­nie pas, który po­wstał po roz­sta­wie­niu od­dzia­łów mun­du­ro­wych.

Mię­dzy szpa­le­rem po­li­cjan­tów a ścia­nami ka­mie­nic jest naj­wy­żej dwu­me­trowa prze­strzeń. To wła­śnie nią prze­są­czają się po­woli stru­mie­nie wy­cho­dzą­cych z me­tra oraz prze­chod­niów, ta­mo­wane do­dat­kowo przez ga­piów ob­ser­wu­ją­cych prze­marsz.

Po­po­łu­dniowe słońce praży z bez­chmur­nego nieba, a tem­pe­ra­tura w cie­niu sięga trzy­dzie­stu stopni.

Po­li­cjanci mimo upału stoją nie­po­ru­szeni. Blo­kują ruch ze wszyst­kich bocz­nych uli­czek i bram. Za­równo unie­moż­li­wiają pie­szym włą­cze­nie się do prze­mar­szu, jak i utrud­niają pro­te­stu­ją­cym opusz­cze­nie po­chodu. Nikt jed­nak na­wet nie po­dej­muje ta­kich prób, ma­jąc przed sobą czarne kom­po­zy­towe pan­ce­rze funk­cjo­na­riu­szy.

Dzięki tym cięż­kim bo­jo­wym eg­zosz­kie­le­tom szpa­ler po­li­cji two­rzy dla pie­szych ba­rierę nie do sfor­so­wa­nia. Pod­czas gwał­tow­nego ru­chu masa ta­kiego pan­ce­rza oraz moc jego si­łow­ni­ków sta­no­wią dla zwy­kłych oby­wa­teli śmier­telne za­gro­że­nie. Gdy do­dać do tego mnoż­nik przy­spie­sze­nia mun­du­ro­wych, który ustę­puje tylko mnoż­ni­kowi służb spe­cjal­nych, nie dzi­wią re­spekt ani re­zerwa, które tłum oka­zuje po­li­cji. Mimo stło­cze­nia nikt z de­mon­stran­tów czy pa­sa­że­rów me­tra nie do­tyka przed­sta­wi­cieli wła­dzy. A przy­naj­mniej pró­buje nie do­ty­kać, pil­nu­jąc tych kil­ku­na­stu cen­ty­me­trów bez­piecz­nego od­stępu od po­li­cjan­tów.

W gó­rze, po­nad da­chami ka­mie­nic, krążą drony na­gry­wa­jące szcze­góły wy­da­rze­nia. Oprócz ka­mer są do­dat­kowo wy­po­sa­żone w ska­nery sze­ro­ko­pa­smowe, wy­ła­pu­jące wszyst­kie iden­ty­fi­ka­tory w za­sięgu an­ten. Zdaję so­bie sprawę, że każdy, kto po­jawi się dziś w po­bliżu de­mon­stra­cji, zo­sta­nie za­re­je­stro­wany przez sys­tem.

Ma­ni­fe­stanci niosą ręcz­nie ro­bione trans­pa­renty: „Chcemy JEŚĆ!”, „Tań­sza KA­SZA!”, „WODY!”, „Pracy!” i „Precz z Unią!”. Kil­ku­me­trowy ba­ner o tre­ści „JE­DYNKI to też OBY­WA­TELE!” fa­luje w po­przek po­chodu, trzy­many przez las wy­cią­gnię­tych rąk. Ma­sze­rują całe ro­dziny; młode matki przy­ci­skają do piersi pła­czące nie­mow­laki, a oj­co­wie niosą na ra­mio­nach star­sze dzieci. Do­strze­gam także sporo si­wych głów. Więk­szość pro­te­stu­ją­cych bez­ład­nie wy­krzy­kuje ha­sła, które giną w ogól­nej wrza­wie.

Po ści­sku w wa­go­nie oraz na sta­cji drażni mnie ten zgiełk i za­gęsz­cze­nie na chod­niku wy­wo­łane de­mon­stra­cją. Nie że­bym nie znał po­wo­dów, dla któ­rych pro­te­stują je­dynki. Mam prze­cież dwie w ro­dzi­nie. Bez za­trud­nie­nia trudno żyć, czego bo­le­snym przy­kła­dem jest April. Lecz i pra­cu­ją­cym, eks­plo­ato­wa­nym po­nad miarę, też nie jest lekko. Tu aku­rat nie po­trze­buję da­leko szu­kać przy­kładu.

Oczy­wi­ście, pro­blemy de­mon­stran­tów są tro­chę inne niż moje. Ro­zu­miem, że mogą oni le­dwo wią­zać ko­niec z koń­cem, żyć na gra­nicy ubó­stwa lub na­wet po­ni­żej tego progu. Trudno im bez peł­nej opieki me­dycz­nej, bo pań­stwowa mocno ku­leje, a na pry­watną ich nie stać. Bez do­stępu do płat­nych przed­szkoli i żłob­ków, do za­jęć in­nych niż świad­czone przez fun­da­cje po­mo­cowe. Bez udo­god­nień ofe­ro­wa­nych pra­cu­ją­cym, bez moż­li­wo­ści za­kupu dro­gich pro­duk­tów spo­żyw­czych lep­szej ja­ko­ści. Nie­ko­niecz­nie tej naj­lep­szej żyw­no­ści, de­li­ka­te­so­wej. Po pro­stu tej tro­chę mniej tru­ją­cej. Wszystko to jest dla je­dy­nek trudno osią­galne, a to je wy­klu­cza i spy­cha na mar­gi­nes. Uwła­cza god­no­ści.

Ale je­dynki mają je­den ele­ment co­dzien­nej ru­tyny, któ­rego nie do­świad­czają mo­dy­fi­ko­wani. Coś, co zmie­nia wiele i o czym nikt wcze­śniej — za­nim wpad­nie w ot­chłań sys­temu — nie my­śli: sen. Moż­li­wość wy­spa­nia się i re­ge­ne­ra­cji or­ga­ni­zmu ob­cią­żo­nego po­nad osob­ni­czą fi­zjo­lo­giczną wy­dol­ność.

Prze­chod­nie wo­kół mnie mają chyba po­dobne zda­nie. Pra­wie wszy­scy piesi po tej stro­nie kor­donu wra­cają z pracy lub po­dą­żają do niej. Cią­głe zmę­cze­nie ro­botą oraz przy­spie­szo­nym me­ta­bo­li­zmem zo­bo­jęt­nia na nie­dolę in­nych. Nie tylko mnie. Dla­tego po pierw­szym za­sko­cze­niu de­mon­stra­cją pa­sa­że­ro­wie me­tra cichną i idą da­lej bez słowa. Prze­su­wają się za ple­cami opan­ce­rzo­nych osił­ków i je­dy­nie z dala ob­ser­wują ma­ni­fe­stan­tów. Wy­cią­gają szyje, chłoną wy­da­rze­nia, lecz nie do­łą­czają do skan­do­wa­nia ha­seł, mimo że część do­ty­czy także ich wła­snej eg­zy­sten­cji. Szcze­gól­nie te o wo­dzie oraz ce­nach żyw­no­ści.

Udaje mi się pod­nieść do wy­so­ko­ści oczu obie ręce za­klesz­czone w ści­sku. Spo­glą­dam na ekran swo­jej bran­so­lety i pal­cem do­ty­kam ikony ko­mu­ni­ka­tora, by wy­wo­łać matkę.

— Będę tro­chę póź­niej. Tram­waje od An­děla nie kur­sują. Po­chód na Hrad­czany.

— Do­brze, synku. Po­cze­kamy. — Awa­tar na wy­świe­tla­czu bran­so­lety kiwa głową.

Po kilku mi­nu­tach do­cie­ram do skrzy­żo­wa­nia z Plze­ňską, gdzie od razu robi się luź­niej. Kor­don po­li­cjan­tów cią­gnie się na­dal po pra­wej stro­nie, prze­ci­na­jąc skrzy­żo­wa­nie, na­to­miast lewa strona w kie­runku Kla­mo­vki jest od­blo­ko­wana i tam tłum pa­sa­że­rów me­tra wresz­cie się roz­cho­dzi. Na tej wol­nej prze­strzeni stoi jed­nak kil­ku­na­stu po­li­cjan­tów, któ­rzy wy­ryw­kowo spraw­dzają opusz­cza­ją­cych chod­niki Nádra­žní. Wszy­scy mun­du­rowi trzy­mają po­dłużne pałki ska­ne­rów ręcz­nych.

— Ma­nela — mówi w moim kie­runku spo­cony po­li­cjant.

Ma głos mo­du­lo­wany, o ni­skiej skali „ba­ry­tonu służ­bo­wego”, wspól­nego dla wszyst­kich funk­cjo­na­riu­szy. Za­równo barwa, gło­śność, jak i in­to­na­cja tego głosu są ste­ro­wane, a także do­pa­so­wane do wy­ko­ny­wa­nych czyn­no­ści. Po­li­cjanci mają stan­dar­dowo osiem­dzie­się­cio­pro­cen­towe przy­spie­sze­nie. Ich ko­mendy emi­to­wane z gło­śni­ków eg­zosz­kie­letu mu­szą być spo­wal­niane do dwu­dzie­stu pro­cent i prze­pusz­czane przez fil­try. Dzięki temu po­le­ce­nia są zro­zu­miałe, a przy­spie­sze­nie nie pod­waża po­wagi urzędu. Wy­su­wam nad­gar­stek w stronę ska­nera. Nad urzą­dze­niem po­ja­wia się holo prze­strzenne z wi­ze­run­kiem mo­jej głowy i me­tryką. Do­strze­gam tylko: „Jan Kel­ler, 1.254, ID 00U­776R­F2004, za­mieszk. Praga 13, Lu­žiny…”. Mun­du­rowy gasi ho­lo­gram.

— Co tu ro­bisz? — dudni z gło­śnika ba­ry­ton.

— Moja matka tu mieszka. Na Kla­mo­vce. Plze­ňská sto dwa­dzie­ścia dzie­więć. Sy­grida Kel­ler.

Funk­cjo­na­riusz uru­cha­mia wy­świe­tlacz HUD w przy­łbicy hełmu bo­jo­wego i uzy­skuje po­twier­dze­nie mo­ich słów.

— Mo­żesz iść — mówi, a od­wra­ca­jąc się do ko­lej­nego kon­tro­lo­wa­nego, roz­ka­zuje: — Ścią­gnij kap­tur. Ma­nela.

Wstrzy­mane de­mon­stra­cją tram­waje omi­jają te­raz Kla­mo­vkę. Mu­szę po­ko­nać parę przy­stan­ków pie­szo, ale dzięki temu po dro­dze wstą­pię po za­kupy do sklepu sa­mo­ob­słu­go­wego. Do­brze, że jedna strona ulicy jest za­cie­niona, marsz nie bę­dzie taki mę­czący.

***

Drzwi dys­kontu otwie­rają się au­to­ma­tycz­nie, a ja wkra­czam w przy­jemny chłód kli­ma­ty­zo­wa­nego wnę­trza.

— Dzień do­bry, Ja­nie. Wi­tamy po­now­nie. Po­dejdź do ter­mi­nala nu­mer dwa — mówi miły, dam­ski głos z gło­śnika kie­run­ko­wego, gdy tylko prze­kra­czam próg sklepu.

To tu­taj naj­czę­ściej ro­bię za­kupy, więc sys­tem skle­powy do­sko­nale zna moje na­wyki i pre­fe­ren­cje. Po­wi­ta­nie jest sper­so­na­li­zo­wane, a tuż po nim wy­świe­tlają się re­klamy do­sto­so­wane do mo­jego pro­filu klienta. Na pod­sta­wie hi­sto­rii mo­ich wcze­śniej­szych wi­zyt sys­tem przy­go­to­wuje rów­nież wstępną li­stę za­ku­pów.

W skle­pie znaj­duje się kil­ka­na­ście ter­mi­nali za­ku­po­wych, a pod nimi umiesz­czono okienka po­daw­cze. Przed nie­któ­rymi ter­mi­na­lami stoją klienci, a trzy są wy­łą­czone i okle­jone ta­śmą z na­pi­sem „AWA­RIA”.

— Ener­go­jo­gurty po­sta­wią cię na nogi. Ze­staw wi­ta­min, po któ­rym chce się żyć! Najle…

Pu­kam pal­cem w ekran, prze­ry­wa­jąc re­klamę, a na­stęp­nie za­twier­dzam wy­świe­tlony ko­szyk su­ge­ro­wa­nych to­wa­rów. Za­zwy­czaj ku­puję te same pro­dukty, więc pod­sta­wowy wy­kaz po­zo­staje nie­zmienny. Po chwili na­my­słu do­daję jesz­cze dwu­ki­lo­gra­mową paczkę fo­nio. Będą dziew­czyny miały co jeść przez ko­lejny ty­dzień.

Na ekra­nie po­ja­wiają się także ar­ty­kuły ku­po­wane spo­ra­dycz­nie i z nich wy­bie­ram słoik pa­pryki oraz małą paczkę mięsa wo­ło­wego. Od kilku dni mam ochotę na do­mową gu­la­szową, któ­rej mi­strzy­nią jest Sy­grida. Nie­stety, to kosz­towna przy­jem­ność: wo­ło­wina jest pra­wie dzie­się­cio­krot­nie droż­sza od dro­biu. I co­raz czę­ściej bywa nie­do­stępna.

Do­ty­kam bran­so­letą płytki ka­so­wej ter­mi­nala.

Po chwili z okienka po­daw­czego wy­jeż­dżają ta­śmo­cią­giem za­kupy spa­ko­wane w pa­pie­rową torbę i do­staję ko­mu­ni­kat:

— Dzię­ku­jemy. Za­ma­wiaj też przez apli­ka­cję z do­stawą do domu.

Wy­cią­ga­jąc rękę po za­kupy, sły­szę ci­che wes­tchnie­nie za ple­cami. Po­woli się od­wra­cam. Za mną stoi nie­wy­soka dziew­czyna z kil­ku­mie­sięcz­nym ma­leń­stwem na ręku.

— Per­dón por mo­le­star. Pod­ría com­prarme algo de co­mer para mí y mi hijo?

Wie­lo­krot­nie spo­ty­ka­łem się z sy­tu­acjami, w któ­rych lu­dzie że­brali w skle­pie. Je­śli prośby nie były zbyt na­chalne, a osoby je skła­da­jące nie bu­dziły we mnie od­razy czy iry­ta­cji, ule­ga­łem ich ape­lom. Na­trętne do­ma­ga­nie się al­ko­holu czy in­nych uży­wek igno­ro­wa­łem lub zby­wa­łem krótką, ostrą ri­po­stą. Za­zwy­czaj to wy­star­czało.

Dziew­czyna nie wy­wo­łuje nie­chęci, jest ładna, a jej dziecko spo­kojne i ci­che. Oboje mają ciem­niej­szą, śród­ziem­no­mor­ską kar­na­cję oraz duże brą­zowe oczy. Młoda matka wy­gląda schlud­nie, nosi czy­ste ubra­nie, a jej kasz­ta­nowe włosy są gładko spięte w koń­ski ogon. Na żad­nym z jej od­sło­nię­tych przed­ra­mion nie do­strze­gam bran­so­lety. Nie­mow­lak wpa­truje się we mnie nie­ru­chomo, ssąc kciuk.

— Ro­zu­miesz po cze­sku? — py­tam.

Słabo znam hisz­pań­ski. Mimo że w Pra­dze mieszka pra­wie trzy­dzie­ści ty­sięcy imi­gran­tów z Pół­wy­spu Ibe­ryj­skiego, do­tąd nie mia­łem oka­zji pra­co­wać z żad­nym Hisz­pa­nem. Mam na­dzieję, że ta ko­bieta choć tro­chę uła­twi mi za­da­nie.

— Un poco. Tro­chie.

— Co ci ku­pić?

— Le­che. Mleko. Le­che en­tera, si pu­ede ser. Y un poco de pan y pollo.

— Co to jest „pollo”?

— Ko-ko-ko. Ku… czak — od­po­wiada z uśmie­chem, bły­ska­jąc bia­łymi, zdro­wymi zę­bami. Pod­cho­dzi bli­żej.

Na ekra­nie wy­bie­ram bo­che­nek chleba z fo­nio, por­cję obia­dową kur­czaka i mleko. Dziew­czyna do­tyka na ekra­nie ob­razka in­nego kar­to­nika z mle­kiem.

— No esa, esta. En­tera.

— Chcesz ja­kieś go­towe ze­stawy obia­dowe? Coś po­żyw­nego?

— No en­tiendo — prze­pra­sza ci­cho.

Po chwili wa­ha­nia do­daję do ko­szyka kilka ja­błek, dwie po­ma­rań­cze oraz po paczce ryżu i ja­glanki. Pro­dukty, które wy­bra­łem, to — oprócz owo­ców — pod­sta­wowe, dość ta­nie to­wary, ale do­brej ja­ko­ści.

Do­kła­dam także trzy­li­trową bu­telkę wody, nieco zdzi­wiony, że dziew­czyna o nią nie pro­siła.

Zbli­żam po­now­nie nad­gar­stek z ma­nelą do czyt­nika kasy. Hoj­ność sa­ma­ry­ta­nina kosz­tuje mnie pra­wie dwa­dzie­ścia punk­tów. Z okienka wy­jeż­dża druga torba za­ku­pów.

— Dzię­ku­jemy po­now­nie. Kup jesz­cze za trzy­dzie­ści punk­tów i otrzy­masz nowy bo­nus!

Młoda matka wolną ręką ła­pie uchwyt opa­ko­wa­nia. Lekko stęka, opusz­cza­jąc ra­mię z torbą ob­cią­żoną wodą.

— Mu­chas gra­cias. Que Dios le acom­pañe. — Biały uśmiech po­now­nie roz­ja­śnia jej twarz. Jest tak szczery, że czuję, jak fala cie­pła za­lewa moje ciało, a ru­mie­niec po­ja­wia się na mo­jej twa­rzy.

— Nie ma za co.

Wy­cho­dzimy ra­zem przed sklep. Dziew­czyna znów bły­ska zę­bami, pod­rzuca nieco malca, by po­pra­wić chwyt, i po­woli od­cho­dzi za­cie­nioną czę­ścią chod­nika.

Kilka me­trów od wej­ścia do dys­kontu, rów­nież w cie­niu, stoi grupa męż­czyzn. Od lat sta­no­wią stały ele­ment kra­jo­brazu. Ich obec­ność jest mi cał­ko­wi­cie obo­jętna. Prawdę mó­wiąc, oni także igno­rują mnie, gdy po­ja­wiam się pod skle­pem. Ni­gdy nie pro­szą o pie­nią­dze, za­kupy czy co­kol­wiek in­nego. Do­ra­sta­łem na Kla­mo­vce, więc pew­nie je­stem dla nich swo­ja­kiem, któ­rego znają z wi­dze­nia i to­le­rują. Grupa ma stały skład, dla­tego wiem, że ich przy­wódcą jest ni­ski Azjata z krzy­wymi zę­bami. Ko­le­dzy trak­tują go z wy­raźną re­zerwą. Dys­ku­tują i kłócą się gło­śno mię­dzy sobą, zu­peł­nie po­mi­ja­jąc swo­jego li­dera. Ten nie za­cze­pia prze­chod­niów: stoi z rę­kami w kie­sze­niach, ob­ser­wu­jąc oto­cze­nie oraz wszyst­kich klien­tów sklepu.

Dziś, prze­cho­dząc obok grupy, na­po­ty­kam by­stry wzrok Krzy­wo­zęb­nego.

— Do­kar­miasz Jajo? — rzuca nie­gło­śne py­ta­nie. Mówi do­brze po cze­sku, bez śladu wschod­niego ak­centu.

Nie ro­zu­miem. Nie wiem, co ma na my­śli i dla­czego się ode­zwał. Zdu­miony idę da­lej bez słowa. Tamci uci­chli. Stoją nie­ru­chomo, a ja czuję na ple­cach ich ba­daw­cze spoj­rze­nia.

***

— Hej, mamo! — wo­łam, prze­kra­cza­jąc próg kuchni.

— Hej, Janku. — Sy­grida uśmie­cha się na mój wi­dok. Stoi przy pły­cie in­duk­cyj­nej, mie­sza­jąc w garnku. Od­kłada starą drew­nianą łyżkę, zmniej­sza moc pola grzew­czego i pod­cho­dzi, by się przy­tu­lić.

Ca­łuję czu­bek jej si­wej głowy. Pach­nie ta­nim szam­po­nem po­krzy­wo­wym, który musi być kiep­ski, skoro tak prze­su­sza jej włosy. Nie mam wpływu na za­kupy ko­sme­ty­ków: April upiera się, że nie znam się na tym, więc gdy coś spon­ta­nicz­nie przy­no­szę, robi mi awan­turę.

Matka za­dziera głowę, szu­ka­jąc mo­jego wzroku. Ma zmę­czone, przy­ga­szone oczy, ale wciąż mniej zmarsz­czek niż jej ró­wie­śnice. Nie wy­gląda na swój wiek. Gdyby po­far­bo­wała włosy, spo­koj­nie mo­głaby ucho­dzić za dzie­sięć lat młod­szą.

— Za­raz bę­dzie obiad. Zro­bi­łam fo­nio z kur­cza­kiem w po­trawce — mówi, choć za­po­wia­dała to już rano. Słowa wy­po­wiada nie­spiesz­nie, wolno, swoim wła­snym tem­pem, nie pró­bu­jąc uda­wać ko­goś wię­cej niż zwy­kłej je­dynki. I za to ją ko­cham: za uczci­wość wo­bec sie­bie i in­nych.

Uwal­niam się z uści­sku. Torbę z za­ku­pami oraz ba­niak z wodą od­kła­dam na stół obok roz­sta­wio­nych ta­le­rzy.

— Wiem. Prze­cież za­pach czuć już na ko­ry­ta­rzu. Ku­pi­łem mięso na gu­la­szową. Może zro­bisz na so­botę lub nie­dzielę?

— Wo­ło­wina jest strasz­nie droga. Znów nas roz­piesz­czasz. Może na ju­tro? — pyta, pod­cho­dząc do ku­chenki, by prze­mie­szać ka­wałki mięsa za­nu­rzone w so­sie. Na dru­gim polu bul­go­cze ka­sza fo­nio.

— Nie bę­dzie­cie żyły tylko na kur­cza­kach. Zrób na so­botę, bo ju­tro… mam ko­rektę — wy­rzu­cam z sie­bie i ob­ser­wuję jej re­ak­cję.

Ob­ró­cona te­raz do mnie ty­łem, wzdy­cha za­uwa­żal­nie. Cze­kam na ja­kiś do­dat­kowy ko­men­tarz, ale Sy­grida mil­czy, je­dy­nie ener­gicz­niej mie­sza sos. Kręci łyżką z za­an­ga­żo­wa­niem, za­miast zre­du­ko­wać moc in­duk­cji. Cze­kam. Mie­sza­nie w garnku nie wy­maga prze­cież aż ta­kiego po­świę­ce­nia.

— Jesz­cze z pięć mi­nut — od­zywa się wresz­cie, cią­gle od­wró­cona ple­cami do mnie.

Pod­daję się.

— Ap u sie­bie?

— Chyba śpi.

Wpraw­dzie już wcze­śniej spo­dzie­wa­łem się po­dob­nej od­po­wie­dzi, ale mimo to jest mi przy­kro. Sta­jąc na progu drzwi do po­koju sio­stry, wa­ham się przez chwilę. Pu­kam i nie cze­kam na za­pro­sze­nie, wcho­dzę.

Nie śpi. Leży owi­nięta ko­cem, wpa­tru­jąc się w ekran wi­szący na ścia­nie. Na wy­świe­tla­czu mi­gają bez­dź­więcz­nie pod­glądy kil­ku­dzie­się­ciu ka­na­łów. April po­trafi go­dzi­nami tak ga­pić się na pul­su­jącą mo­zaikę, nie wy­bie­ra­jąc żad­nego z pro­po­no­wa­nych stru­mieni.

— Cześć, za­raz obiad.

— Do­oobraaa — prze­ciąga wy­praną z emo­cji od­po­wiedź. Spo­gląda na mnie tylko przez chwilę, a po­tem znów wraca do elek­tro­nicz­nego pat­chworku.

Gdy roz­my­ślam o Ap, co­raz czę­ściej ogar­nia mnie smu­tek. Wiem, że szansa, by z jej po­zio­mem przy­spie­sze­nia, a wła­ści­wie jego bra­kiem, otrzy­my­wać wię­cej niż za­si­łek dla bez­ro­bot­nych, jest zni­koma. Ale ist­nieje. Naj­bar­dziej boli, że Ap nie oka­zuje chęci zmiany. Ten jej brak sta­rań, brak mo­ty­wa­cji do ży­cia w ogóle. Z pew­no­ścią cza­sem to tylko poza, de­mon­stra­cja, lecz nie­stety co­raz czę­ściej fak­tyczna apa­tia i bez­rad­ność.

Oprócz smutku prze­peł­nia mnie czę­sto mie­szanka sprzecz­nych uczuć. Czu­łość po­łą­czona z sil­nym im­pe­ra­ty­wem chro­nie­nia jej, po­zo­sta­jąca w chwiej­nej rów­no­wa­dze ze zło­ścią. Ta złość na­ra­stała la­tami. W co­raz mniej­szym stop­niu skie­ro­wana prze­ciw sio­strze, a w co­raz więk­szym prze­ciw oko­licz­no­ściom, które za­my­kają ją w klatce miesz­ka­nia. Oczy­wi­ście, mo­głaby z niej w każ­dej chwili wyjść. Gdyby tylko ze­chciała.

— Co tam u cie­bie? Spraw­dza­łaś oferty?

— Tak, w sieci. Nic nie ma — od­po­wiada, znów de­ner­wu­jąco przy­długo wy­po­wia­da­jąc słowa.

Mogę spraw­dzić hi­sto­rię prze­glą­darki, ale po­dej­rze­wam, że sio­stra kła­mie, i wolę nie pro­wo­ko­wać awan­tury. Pew­nie dziś i tak do niej doj­dzie.

Nie wiem, czy jej ocię­ża­łość, także w ru­chach, jest ce­lowa, czy na­tu­ralna. Za­sta­na­wiam się nad tym od ja­kie­goś czasu. Może ta opie­sza­łość nie jest pozą, lecz przy­ro­dzoną ce­chą? Nie je­stem tego już pe­wien: zbyt długo żyję na wspo­ma­ga­niu daw­kami neu­ro­hor­mo­nów i za­po­mi­nam, jaka April była w dzie­ciń­stwie.

Cza­sem iry­tuję się na sio­strę i od­bie­ram jej za­cho­wa­nie jako prze­sa­dzony gest pro­te­stu. Zo­stała wy­klu­czona z sys­temu mo­dy­fi­ka­cji, więc de­mon­struje swoją przy­na­leż­ność do od­rzu­co­nych, pie­czo­ło­wi­cie pie­lę­gnu­jąc po­wol­ność.

Przy­wy­kłem do eg­zy­sto­wa­nia u boku za­równo osób po­ru­sza­ją­cych się z więk­szą pręd­ko­ścią, jak i je­dy­nek, które mó­wią i dzia­łają wol­niej. Umysł ad­ap­tuje się prze­cież do dy­na­micz­nych bodź­ców i cią­gle zmie­nia­ją­cych się wa­run­ków. Tak samo swo­bod­nie roz­ma­wiam i z pod­krę­co­nymi ko­le­gami z pracy, i z kim­kol­wiek bez wspo­ma­ga­nia. Ko­mu­ni­ka­cja nie­wer­balna, ta wol­niej­sza lub przy­spie­szona do mo­jej pręd­ko­ści, rów­nież przy­cho­dzi mi na­tu­ral­nie. Ro­bię to in­stynk­tow­nie, bez po­czu­cia dy­so­nansu. W końcu moje przy­spie­sze­nie to za­le­d­wie dwa­dzie­ścia parę pro­cent.

— Wy­cho­dzi­łaś gdzieś? Wła­śnie mi­ną­łem de­mon­stra­cję idącą na Hrad­czany. Mo­gli­by­śmy przejść się po obie­dzie na Wzgó­rze Pe­třín. Po­pa­trzy­li­by­śmy na wiec z da­leka…

Sio­stra bez słowa wy­biera na ekra­nie trzy stru­mie­nie re­la­cjo­nu­jące pra­skie pro­te­sty. Ob­razy o wy­so­kiej roz­dziel­czo­ści ser­wi­sów in­for­ma­cyj­nych prze­pla­tane są ma­te­ria­łami z ka­mer ulicz­nych.

— Po co?

Wzru­szam bez­sil­nie ra­mio­nami.

April ma dziś lekko na­puch­niętą twarz od snu. Mimo to nic nie traci ze swo­jej urody. Re­gu­larne rysy twa­rzy oko­lo­nej na­tu­ral­nymi, ja­snymi wło­sami — tak bar­dzo nie­po­dobne do ry­sów matki. Może tylko oczy odzie­dzi­czyła po niej? Nie­mniej jedną ce­chę ma wspólną z Sy­gridą: Ap także nie wy­gląda na swój wiek. Za kilka dni skoń­czy trzy­dziestkę, a oce­niam, że jej też można dać z dzie­sięć lat mniej. Cho­ciaż je­stem od niej star­szy o kil­ka­na­ście mie­sięcy, cza­sem czuję się jak sta­rzec, pa­trząc na jej młodą bu­zię.

Roz­glą­dam się po po­koju. Na fo­telu za­lega sterta odzieży. Kie­dyś by­łoby to nie do po­my­śle­nia. Ciu­chy wi­sia­łyby w sza­fie lub zo­sta­łyby od­dane do pra­nia. Wi­docz­nie Sy­grida także prze­stała wal­czyć z apa­tią córki.

— Chodź­cie na obiad — roz­lega się zza ściany.

***

— Do­łóż so­bie ka­szy. — Matka wy­ciąga mi­skę z fo­nio w moją stronę.

— Nie, dzięki. Nie po­wi­nie­nem dziś dużo jeść.

— Dla­czego? — April pod­nosi głowę znad ta­le­rza.

— Mam ju­tro ko­rektę… — od­po­wia­dam, nie­za­mie­rze­nie ci­szej. Jak­bym się wsty­dził tej de­cy­zji. Może tak wła­śnie jest…

Cze­kam, czy wy­buch­nie, ale nic nie ko­men­tuje i znów ucieka wzro­kiem w ta­lerz. No ład­nie. Cała przy­go­to­wana wcze­śniej ar­gu­men­ta­cja staje się nie­po­trzebna. Ani Sy­grida, ani sio­stra nie re­agują tak, jak się spo­dzie­wa­łem.

Wspo­ma­ga­nie me­ta­bo­liczne i przy­spie­sze­nie to te­mat wy­soce draż­liwy. Naj­czę­ściej wtedy Ap wsz­czyna awan­turę, wy­rzu­ca­jąc z sie­bie na­gro­ma­dzone emo­cje, całą złość na nie­spra­wie­dli­wość losu i okrutne, wy­klu­cza­jące za­sady sys­temu. Ro­zu­miem, że kłót­nia jest dla niej za­wo­rem bez­pie­czeń­stwa, więc po­zwa­lam na roz­ła­do­wa­nie stresu, przy­zna­jąc jej we wszyst­kim ra­cję. Zresztą w więk­szo­ści po­dzie­lam jej po­glądy na funk­cjo­no­wa­nie spo­łe­czeń­stwa pod­da­nego mo­dy­fi­ka­cjom, na po­li­tykę so­cjalną czy wy­ko­rzy­sty­wane tech­no­lo­gie. Mimo to sio­stra za­rzuca mi wspie­ra­nie sys­temu wy­łącz­nie dla­tego, że mam pracę. A pra­cuję, po­nie­waż kil­ka­na­ście lat temu za­kwa­li­fi­ko­wano mnie do prze­róbki. Ani ja, ani ona nie mie­li­śmy wpływu na osta­teczne wy­niki na­szych kwa­li­fi­ka­cji.

Po dru­giej stro­nie skali re­ak­cji emo­cjo­nal­nych Ap znaj­duje się osten­ta­cyjne po­mi­ja­nie te­matu. Robi to rza­dziej, ale za­wsze ce­lowo, jakby tylko cze­kała, aby móc de­mon­stra­cyj­nie igno­ro­wać roz­mowy czy wia­do­mo­ści do­ty­czące pro­gramu mo­dy­fi­ka­cji. Ta ma­ni­fe­sta­cja jest tak sztuczna, że ociera się wręcz o gro­te­sko­wego fo­cha.

Dziś jed­nak moja sio­stra spra­wia inne wra­że­nie: coś w niej pę­kło. Wi­dzę opad­nię­cie ra­mion, zmę­czone, przy­ga­szone spoj­rze­nie, dło­nie scho­wane pod sto­łem.

Nie wiem, co mam zro­bić. Nie przy­cho­dzą mi do głowy żadne słowa, które mo­głyby jej po­móc.

Sy­grida de­cy­duje się szybko zmie­nić te­mat. Ob­raca głowę w moją stronę.

— A wiesz, że za­częli wy­bu­rzać te cztery bloki przy cen­trum kul­tury? Były stare i za ni­skie. W ich miej­sce mają po­sta­wić punk­towce po sześć­dzie­siąt pię­ter.

— Nie wie­dzia­łem. Ale sły­sza­łem, że coś mają tu wy­bu­do­wać dla Niem­ców. Może ma to sens… Za dużo ich się gnie­cie na Ze­le­neču. Bloki z cza­sów Wiel­kiej Mi­gra­cji bu­do­wano o po­łowę niż­sze i te­raz się w nich du­szą.

— No to oprócz Hisz­pa­nów i Fran­cu­zów będą u nas na Kla­mo­vce Niemcy.

— Ję­zyk so­bie przy­po­mnisz, mamo — mó­wię.

— Es wäre gro­ßar­tig… — uśmie­cha się sze­roko, tro­chę na siłę, zer­ka­jąc przy tym na córkę.

Do końca po­siłku roz­ma­wiamy na błahe te­maty, nie wcią­ga­jąc do tego mil­czą­cej Ap. Sie­dzi po­sępna, na­dal przy­gar­biona, od dłuż­szej chwili za­my­ślo­nym wzro­kiem wpa­tru­jąc się w okno.

— Bar­dzo do­bre to było. Zresztą jak za­wsze. No cóż, na mnie pora. — Pod­pie­ram się dłońmi o blat, by wstać.

— Janku, znów wzro­sły opłaty za me­dia. Masz może…? — od­zywa się ci­cho matka.

— Nie ma pro­blemu, ile wam prze­lać? Pięć­set star­czy? — Do­ty­kam od­ru­chowo bran­so­lety i wy­wo­łuję dys­po­zy­cję. Prze­lew mam pre­de­fi­nio­wany i czę­sto uru­cha­miany, więc z po­ziomu pul­pitu zaj­muje mi to ze trzy se­kundy.

— Dzię­kuję — jesz­cze cich­sza od­po­wiedź.

Spo­glą­dam na sio­strę. Wbija te­raz nie­ru­chome spoj­rze­nie w moją twarz, a usta za­ci­ska w wą­ską kre­skę.

— Jał­mużna — mru­czy le­dwo sły­szal­nie pod no­sem.

***

6 kwietnia, wtorek

Rano w skle­pie przy moim bloku ku­puję bo­gaty w wę­glo­wo­dany go­towy ze­staw śnia­da­niowy oraz zgrzewkę izo­to­ni­ków. Do­tych­cza­sowe do­świad­cze­nia na­uczyły mnie, że gdy or­ga­nizm za­czyna przy­spie­szać, gwał­tow­nie ro­śnie za­po­trze­bo­wa­nie na ener­gię. Zdrowy or­ga­nizm za­zwy­czaj przy­sto­so­wuje się w ciągu dwóch dni, a sama per­cep­cja zmie­nia się cał­ko­wi­cie pod­czas kilku go­dzin po prze­stro­je­niu im­plantu. Przy po­przed­nich ko­rek­tach do­świad­czy­łem je­dy­nie spo­ra­dycz­nych bie­gu­nek, przej­ścio­wych mdło­ści i nie­wiel­kiego osła­bie­nia. Z ob­ja­wów neu­ro­lo­gicz­nych po­ja­wiło się je­dy­nie drże­nie rąk. Cały pro­ces prze­bie­gał spo­koj­nie, a symp­tomy ustę­po­wały w pierw­szej do­bie po zmia­nie mnoż­nika, co po­zwa­lało mi za­wsze zy­skać je­den dzień wolny z dwóch usta­wowo przy­słu­gu­ją­cych po ko­rek­cie w górę.

Po za­nie­sie­niu za­ku­pów do miesz­ka­nia idę nie­spiesz­nie zie­lo­nym chod­ni­kiem, prze­zna­czo­nym tylko dla dwu­dzie­sto­pro­cen­tow­ców, do naj­bliż­szego osie­dlo­wego punktu Unij­nego Sys­temu Wspo­ma­ga­nia Pracy. Wszyst­kie pla­cówki USWP dzia­łają ca­ło­do­bowo. O tej po­rze ruch na chod­niku jest nie­wielki. Więk­szość za­trud­nio­nych Pra­żan jest już w pracy lub od­sy­pia nockę. Szcze­rze mó­wiąc, za­po­wiada się ko­lejny go­rący dzień, co nie za­chęca do włó­cze­nia się po mie­ście.

Ko­rekta wy­maga prze­pro­gra­mo­wa­nia im­plantu przy­kle­jo­nego do ko­ści po­ty­licz­nej oraz po­da­nia do­żyl­nie ze­stawu sty­mu­lan­tów. Nie od­bywa się to w stan­dar­do­wym kon­te­ne­rze USWP, w któ­rym można je­dy­nie uzu­peł­nić po­ziom neu­ro­hor­mo­nów i sta­bi­li­za­to­rów w do­zow­niku bran­so­lety. Zmiana mnoż­nika wy­maga wi­zyty w pla­cówce sys­temu, gdzie nad prze­pro­wa­dza­niem mo­dy­fi­ka­cji może zdal­nie czu­wać ope­ra­tor.

Z pię­ciu ka­bin w punk­cie dwie są za­jęte. Wcho­dzę do pierw­szej wol­nej. Znam całą, dość pro­stą, pro­ce­durę. Gdy­bym miał wąt­pli­wo­ści, ko­mendy na ekra­nie po­pro­wa­dzą mnie przez mo­dy­fi­ka­cję krok po kroku.

Sia­dam na fo­telu przed ter­mi­na­lem i wsu­wam przed­ra­mię z bran­so­letą w otwór dys­try­bu­cyjny. Czuję, jak pneu­ma­tyczne po­duszki de­li­kat­nie obej­mują moją rękę, na­peł­nia­jąc się i unie­ru­cha­mia­jąc koń­czynę. Ter­mi­nal sys­temu wy­świe­tla moje dane, w tym obecną war­tość mnoż­nika, która wy­nosi 1.259, co ozna­cza, że me­ta­bo­lizm jest pod­wyż­szony w tej chwili o dwa­dzie­ścia pięć koma dzie­więć pro­cent. Moje ba­zowe przy­spie­sze­nie je­den dwa­dzie­ścia pięć jest nie­ustan­nie ko­ry­go­wane i sta­bi­li­zo­wane przez im­plant. Wa­ha­nia, które wy­stę­pują przy każ­dym po­mia­rze, ob­ra­zuje ostat­nia cy­fra mnoż­nika, zmie­nia­jąc się w za­leż­no­ści od cech in­dy­wi­du­al­nych, pory dnia czy po­ziomu stresu.

Cze­kam, aż na ekra­nie po­jawi się in­for­ma­cja o zwe­ry­fi­ko­wa­nym sta­nie zdro­wia, głów­nie pod ką­tem in­fek­cji i ukry­tych sta­nów za­pal­nych. Na di­spleju po­ja­wia się ko­mu­ni­kat: „Pa­ra­me­try w nor­mie. Je­śli zmie­niasz in­deks, wpro­wadź nową war­tość”.

Wpi­suję: 1.36.

Sys­tem we­ry­fi­kuje te­raz sta­tus za­trud­nie­nia, wy­ma­gane kwa­li­fi­ka­cje na sta­no­wi­sku oraz to, czy pra­co­dawca za­pew­nia wspar­cie w po­staci eg­zosz­kie­letu. Przy pod­krę­ce­niach po­wy­żej trzy­dzie­stu pro­cent jest ono ob­li­ga­to­ryjne.

Zza opar­cia fo­tela wy­suwa się koł­nierz, który obej­muje moją szyję i usztyw­nia głowę. Czuję dwa wkłu­cia: w tęt­nicę szyjną oraz w żyłę unie­ru­cho­mio­nego przed­ra­mie­nia.

— Wy­ko­nano prze­pro­gra­mo­wa­nie ste­row­nika. W ciągu czter­dzie­stu ośmiu go­dzin osią­gniesz in­deks je­den trzy­dzie­ści sześć. Za­leca się od­po­czy­nek. Mo­żesz opu­ścić ka­binę.

Wraz z wy­gło­szo­nym ko­mu­ni­ka­tem uścisk na­pom­po­wa­nych po­du­szek nik­nie, a ja mogę wstać z fo­tela.

***

Po­wrót do mo­jej ka­wa­lerki nie trwa długo, ale wy­star­cza­jąco, by zdą­żyła roz­bo­leć mnie głowa. Od­czu­wam de­li­katne pul­so­wa­nie, które z każ­dym kro­kiem na­ra­sta. Po­woli, lecz nie­ubła­ga­nie. Windy w wie­żowcu nie na­leżą do naj­szyb­szych, więc za­nim do­cie­ram na swoje czter­dzie­ste pię­tro, ucisk w skro­niach staje się uciąż­liwy.

„Chyba piwo mi po­może” — myśl ta po­ja­wia się, gdy do­ty­kam bran­so­letą zamka w drzwiach. Na­wod­nię się i roz­luź­nię.

Od razu kie­ruję się do kuchni, wy­cią­gam z lo­dówki bu­telkę i wlokę się z nią na fo­tel usta­wiony przed ekra­nem z fo­lii gra­fe­no­wej.

Di­splej jest spory, zaj­muje nie­mal całą ścianę. Gdy jest wy­łą­czony, wy­świe­tla mój ulu­biony wi­dok: kra­jo­braz al­pej­ski z Mat­ter­hor­nem w świe­tle ju­trzenki. Ta sce­ne­ria — w nie­zro­zu­miały spo­sób — mnie przy­ciąga, wy­wo­łuje nie­okre­śloną tę­sk­notę. Za­wsze mia­łem wra­że­nie, że tam by­łem, że już kie­dyś oglą­da­łem ten wi­dok: czer­wony, wy­gięty szczyt góry, a nad nim nocne niebo ja­śnie­jące tuż nad gra­niami.

Ni­gdy nie by­łem w Szwaj­ca­rii.

Głowa na­dal pul­suje tę­pym bó­lem. Mam jed­nak na­dzieję, że uda się przejść ad­ap­ta­cję bez więk­szych do­le­gli­wo­ści i spę­dzę dzień na zbi­ja­niu bą­ków. Spo­glą­dam od­ru­chowo na wy­świe­tlacz bran­so­lety. Cią­gle jest dość wcze­śnie, więc mam pra­wie cały dzień na od­po­czy­nek: łyknę ja­kieś pro­chy, a gdy mi­grena od­pu­ści, po­oglą­dam no­wo­ści w stru­mie­niach, może tra­fię na coś cie­ka­wego. By­leby wy­trzy­mać do wie­czora.

— Włącz stru­mie­nie — mó­wię i ru­chem ręki za­kre­ślam pole na ścia­nie wi­zyj­nej, aby wy­świe­tlić ma­te­riał z wy­bra­nego ka­nału.

— Ja­nie, twój cle­an­bot ma już dwa lata. Zo­bacz now­szy mo­del: Ro­bo­jet ef cztery, który…

— Bez re­klam — prze­ry­wam i otwie­ram piwo. — Wia­do­mo­ści na żywo. Praga je­den.

Pole ekranu wy­peł­nia się błę­ki­tem stu­dia ka­nału in­for­ma­cyj­nego. Po­ja­wia się duża, nie­mal na­tu­ral­nej wiel­ko­ści syl­wetka dzien­ni­ka­rza pro­wa­dzą­cego ser­wis. Fa­cet uśmie­cha się sztucz­nie do ka­mery.

— …Po­dob­nie jak przed­wczo­raj, licz­nie zgro­ma­dzeni oby­wa­tele o na­tu­ral­nych pa­ra­me­trach prze­ma­sze­ro­wali pod Pa­łac Pre­zy­dencki, gdzie zło­żyli pe­ty­cję wzy­wa­jącą do zwięk­sze­nia świad­czeń gwa­ran­to­wa­nych. Zgro­ma­dze­nie miało spo­kojny prze­bieg i…

Przez ekran prze­wi­jają się zrzutki z wczo­raj­szego po­chodu. Lu­dzie idą po­woli, tak jak to sam wi­dzia­łem. Część trans­pa­ren­tów zo­stała wy­blu­ro­wana. Do tego ma­te­riał przed­sta­wia da­leki, ogólny plan, co do­dat­kowo utrud­nia od­czy­ta­nie nie­sio­nych ha­seł.

— Po­każ stru­mień nie­za­leżny. — Po­cią­gam łyk. — Może być Al­ma­nya Ta­ges­schau Fünf…

Nie­bie­skie kra­jowe stu­dio zmie­nia się po­słusz­nie na zie­lony ser­wis cze­sko­ję­zycz­nej sta­cji nada­wany zza za­chod­niej gra­nicy.

— …ama­chy bom­bowe w Szcze­ci­nie, Miń­sku oraz Do­niecku. Znisz­czono biura oraz obiekty Unij­nego Sys­temu Wspo­ma­ga­nia Pracy. Liczba ofiar nie jest na ra­zie znana, ale we­dług ofi­cjal­nych ko­mu­ni­ka­tów po­li­cji kra­jo­wych ucier­pieli głów­nie in­te­re­sanci urzę­dów. Do za­ma­chów nie przy­znały się jesz­cze żadne or­ga­ni­za­cje.

— Już trzeci dzień trwają pro­te­sty je­dy­nek w więk­szo­ści miast No­wej Eu­ropy. Naj­ostrzej­sze star­cia ze służ­bami po­rząd­ko­wymi miały miej­sce w Odense, Bu­da­pesz­cie, Po­zna­niu, Kra­ko­wie, Pra­dze, Ostra­wie i Kow­nie. W Pra­dze liczbę po­szko­do­wa­nych w star­ciu z po­li­cją oce­nia się na po­nad pięć­set osób. Otrzy­ma­li­śmy ma­te­riał do­ty­czący pa­cy­fi­ka­cji pro­te­stów w Po­zna­niu. We­dług do­nie­sień są ofiary śmier­telne.

Inne ob­razy. Prze­py­chanki, dym i ba­ry­kady. Ar­matki wodne i gu­mowe kule. Ma­te­riał z Pol­ski, gdzie sy­tu­acja była chyba naj­ostrzej­sza. I uję­cia spod pra­skiego Pa­łacu Pre­zy­denc­kiego: tu sztur­mowcy w eg­zosz­kie­le­tach czarną ławą spy­chają lu­dzi z placu.

— Eu­ro­sport.

— …w na­szym stu­diu olim­pij­skim. Jak sko­men­tu­jesz wczo­raj­szy suk­ces ekipy Sło­wa­cji w dar­cie?

— To było dość nie­ocze­ki­wane. Jak do­tąd Sło­wa­cja ni­gdy nie do­szła do fi­na­łów olim­pij­skich. No, ale gdy ma się w rzut­kach ta­kiego za­wod­nika jak Mi­ku­láš Slota, nie było to trudne.

W je­li­tach mi coś gło­śno chlu­po­cze. Raz, drugi, cały ciąg we­wnętrz­nych tąp­nięć. Brzuch za­czyna się wzdy­mać. Gazy. Nie po­wi­nie­nem był otwie­rać piwa. Czuję nad­cho­dzącą bie­gunkę. Chcę ją tro­chę po­wstrzy­mać, nie ulec tak od razu.

— Na­wia­sem mó­wiąc, Sło­wa­cja ura­sta do rangi czar­nego ko­nia tej olim­piady. Cho­ciaż aku­rat ich złoto w sno­oke­rze było do prze­wi­dze­nia. Pięć ko­lej­nych kom­plet­nych brej­ków cał­ko­wi­cie za­ła­mało re­pre­zen­ta­cję Ło­twy.

Nie mogę się sku­pić. Za­czyna draż­nić mnie dźwięk. Naj­le­piej prze­łą­czę na ja­kiś stru­mień z ko­lo­rową, dziką sce­ne­rią, bez iry­tu­ją­cego pie­prze­nia. Może coś o gó­rach.

— Daj coś o przy­ro­dzie. Bep… — od­bija mi się.

Głowa wciąż pul­suje bó­lem. Coś za­czyna się dziać ze wzro­kiem. Kra­wę­dzie pola wi­dze­nia się roz­my­wają.

— …w tym ty­pie prze­obra­że­nia nie­zu­peł­nego, czyli he­mi­me­ta­bo­lii, wy­stę­puje do­dat­kowe sta­dium roz­woju osob­ni­czego zwane sub­i­mago. Jest to nie­doj­rzała płciowo, li­nie­jąca forma do­ro­słych owa­dów pro­me­ta­bo­licz­nych…

Od żo­łądka do gar­dła unosi się bą­bel gazu. Pali kwas w prze­łyku. Ręce drżą, a mro­wie­nie, które się w nich po­ja­wia, po­woli roz­cho­dzi się po ca­łym ciele, aż do­ciera do stóp. Bo­le­sny skurcz brzu­cha zgina mnie, ścią­ga­jąc na pod­łogę. Wy­mio­tuję żół­cią, a gdy się koń­czy, bez­pro­duk­tywne spa­zmy wstrzą­sają ca­łym ukła­dem po­kar­mo­wym. Tracę ostrość wi­dze­nia.

— …na­to­miast tu wi­dzimy imago, osta­teczne sta­dium w roz­woju osob­ni­czym owa­dów prze­cho­dzą­cych pro­ces prze­obra­że­nia. Jest to owad do­sko­nały, nie­prze­cho­dzący już li­nień. U więk­szo­ści ga­tun­ków jest osob­ni­kiem zdol­nym do roz­rodu, ale czę­sto nie­po­bie­ra­ją­cym po­karmu lub uzu­peł­nia­ją­cym je­dy­nie…

Spa­zma­tyczne tor­sje przy­gi­nają moją głowę do syn­te­tycz­nych pa­neli. Nie wi­dzę nic poza ró­żową mgłą. Wszyst­kie mię­śnie za­czy­nają za­sty­gać i po ko­lei tward­nieć w bo­le­snym skur­czu tęż­co­wym.

— Do­oy­y­y­ychch­cho­ole­ry­y­ychch… — char­czę prze­kleń­stwo, lecz jest to już tylko nie­udolna na­miastka blu­zgu. Mię­śnie szyi przy­cią­gają brodę do piersi, od­bie­ra­jąc mi zdol­ność mowy.

AI ściany wi­zyj­nej po swo­jemu in­ter­pre­tuje char­kot.

— Zro­zu­miano: Di­sco­very.

— …owa kon­cep­cja. Opra­co­wa­nie elek­tro­che­micz­nego in­ter­fejsu biał­ko­wego BCI po­zwo­liło na bez­pieczne po­łą­cze­nie mi­kro­elek­tro­niki z ukła­dem ner­wo­wym. Po­cząt­kiem tych prac były ko­ronki ner­wowe stwo­rzone przez Neu­ra­link Elona Mu­ska jako roz­wią­za­nie umoż­li­wia­jące ste­ro­wa­nie urzą­dze­niami ze­wnętrz­nymi po­przez ośrod­kowy układ ner­wowy czło­wieka. Dzięki za­sto­so­wa­niu sia­tek neu­ro­no­wych utka­nych z syn­te­tycz­nych i me­ta­lo­wych nici moż­liwa stała się in­te­gra­cja oraz ko­mu­ni­ka­cja dwu­stronna z sys­te­mem ner­wo­wym…

Płuca usil­nie pró­bują za­czerp­nąć po­wie­trza, ale nie ma już miej­sca na od­dech — tylko płyt­kie, bez­silne drgnię­cia prze­pony. Bra­kuje mi tlenu. Serce bije szybko, zu­peł­nie jakby chciało nad­ro­bić ten brak.

— …im­plant, zwany też neu­ro­ste­row­ni­kiem, ozna­czony jako mo­duł A, jest przy­kle­jony do ko­ści po­ty­licz­nej. Po­siada dwa porty: je­den ste­ru­jący, wsz­cze­piony w pień współ­czulny au­to­no­micz­nego układu ner­wo­wego, i drugi dia­gno­styczny, pod­łą­czony do za­toki tęt­nicy szyj­nej. Oczy­wi­ście, ma rów­nież mo­duł łącz­no­ści bez­prze­wo­do­wej i lo­ka­li­za­cji. Wszystko to za­mknięte w fa­solce o śred­nicy pię­ciu mi­li­me­trów…

Pró­buję się roz­luź­nić, ale nie jest to już moż­liwe. Stra­ci­łem kon­trolę nad swoim cia­łem. Wy­krę­cony przez za­krze­płe po­stronki mię­śni, oto­czony mgłą, nie mogę na­wet wyć. Je­dy­nie słuch jesz­cze działa, re­je­stru­jąc głos lek­tora pły­nący z ekranu.

— …zsyn­chro­ni­zo­wany z nim mo­duł B, czyli bran­so­leta, zwana też ma­nelą lub in­iek­to­rem, wy­dziela do krwio­biegu ści­śle od­mie­rzone dawki neu­ro­tran­smi­te­rów. Dzięki mi­kro­por­towi wsz­cze­pio­nemu w tęt­nicę przed­ra­mie­nia dawki hor­mo­nów są pre­cy­zyjne. Po­zwa­lają re­gu­lo­wać ho­me­ostazę oraz me­ta­bo­lizm or­ga­ni­zmu na za­ło­żo­nym po­zio­mie. Ten mo­duł re­ali­zuje także funk­cje lo­ka­li­za­cyjne, ko­mu­ni­ka­cyjne, bio­me­tryczne i iden­ty­fi­ka­cyjne, umoż­li­wia­jąc także płat­no­ści…

Tracę przy­tom­ność.

Gdy się bu­dzę, mam pod sobą przy­schniętą zupę wszel­kich moż­li­wych wy­dzie­lin. Bolą mnie wszyst­kie mię­śnie. Czuję się zlep­kiem luź­nych, jakby wy­izo­lo­wa­nych, na­rzą­dów i or­ga­nów, a każdy pali bó­lem osobno. Wi­dzę nie­ostro, ale ró­żowa mgła znik­nęła.

Za­schnięta plama pły­nów znaj­duje się tylko w miej­scu, które przy­kry­wa­łem, le­żąc. W po­koju i na­około mnie pod­łoga jest su­mien­nie wy­po­le­ro­wana przez ro­bota sprzą­ta­ją­cego, któ­rego owal par­kuje te­raz w sta­cji do­ku­ją­cej. Ro­bot mruga do mnie zie­loną diodą czu­wa­nia, jakby ucie­szony, że żyję. „Nie wy­mie­nię cię” — my­ślę o nim z wdzięcz­no­ścią.

Pod­no­szę ciężką rękę, by chwy­cić się sto­lika. Czuj­nik ekranu wy­krywa ten ruch.

— Ja­nie, je­śli sma­ko­wał ci ki­siel lniany z mu­sem o smaku cze­ry­moi, za­mów także bu­dyń z ka­szy ja­gla­nej. Tylko dla cie­bie, w twoim skle­pie, zbior­cze opa­ko­wa­nie sześć kub­ków za sześć eu­ro­punk­tów.

— Za­mknij się!

***

8 kwietnia, czwartek

Po dwóch dniach od ko­rekty mu­szę zgło­sić się do pracy. Prze­pisy unijne nie prze­wi­dują dłuż­szego okresu ad­ap­ta­cji, na­wet w przy­padku więk­szych zmian.

Je­stem nagi. Kil­ka­na­ście go­dzin temu zdją­łem śmier­dzące ubra­nie, nie­sko­or­dy­no­wa­nymi ru­chami umy­łem się i pa­dłem na łóżko. Osła­biony, zwle­kam się z niego te­raz, by chwiej­nym kro­kiem przejść do ła­zienki.

Mała be­to­nowa klitka zdaje się pul­so­wać ryt­micz­nie, co utrud­nia mi uchwy­ce­nie kra­wę­dzi umy­walki. Spazm nad­cho­dzą­cych nud­no­ści wci­ska mą głowę w cze­luść misy z kom­po­zytu, lecz poza so­plem gę­stej śliny nic wię­cej nie wy­plu­wam.

Ubie­ram się po­woli, wal­cząc z nie­zbor­nymi ru­chami drżą­cych rąk. Ból mię­śni, zwłasz­cza klatki pier­sio­wej i ra­mion, wciąż daje o so­bie znać, ale te­raz przy­po­mina bar­dziej prze­tre­no­wa­nie niż roz­pa­da­nie się ciała.

Wy­pi­jam dusz­kiem litr izo­to­nika z szafki ku­chen­nej, wal­cząc przy tym z od­ru­chem cofki. Je­stem do­kucz­li­wie głodny, ale cią­gle mam mdło­ści, więc ze­staw śnia­da­niowy, który ku­pi­łem przed­wczo­raj, po­zo­sta­wiam nie­tknięty.

Wy­mę­czony, wciąż nie­wy­spany mimo tylu go­dzin snu, lekko drżąc, po­woli za­my­kam drzwi miesz­ka­nia. Pod­czas jazdy windą atak­sja po­mału ustę­puje. Zjazd z wy­so­kiego pię­tra z pręd­ko­ścią do­pa­so­waną do naj­wol­niej­szych, czyli nie­pod­krę­co­nych lo­ka­to­rów, cią­gnie się w nie­skoń­czo­ność. Za­my­kam oczy.

Za drzwiami bloku czeka na mnie ściana kwiet­nio­wego żaru. Znów za­po­wiada się upalny dzień. Prze­cho­dzę przez po­most do nie­bie­skiego zej­ścia. Po raz pierw­szy ofi­cjal­nie mogę wejść na błę­kitny chod­nik dla klasy trzy­dzie­sto­pro­cen­tow­ców. Ten wije się w sa­mym środku ar­te­rii tro­tu­arów, za­sy­sa­ją­cych tłum, ni­czym ol­brzymi lej, w od­da­loną sta­cję me­tra.

Na nie­bie­skim chod­niku pa­nuje spory ruch, lecz jest znacz­nie luź­niej niż na szer­szym zie­lo­nym pa­sie dla dwu­dzie­stek, znaj­du­ją­cym się po pra­wej stro­nie. Z dru­giej strony nie­bie­skiej wstęgi, na czer­wo­nym chod­niku, ener­gicz­nie wy­prze­dzają wszyst­kich czter­dziestki i pięć­dzie­siątki. Są na tyle nie­liczne, że w za­sięgu wzroku wi­dzę tylko kil­ka­na­ście osób. Wszyst­kie z nich mu­szą być pra­cow­ni­kami re­sor­to­wymi, przed pracą lub po niej. Już wcze­śniej po­dej­rze­wa­łem, że nie każdy, kto ma prawo ko­rzy­stać z tego chod­nika, po­ru­sza się nim na co dzień. Ża­den wy­wia­dowca czy ope­ra­cyjny nie ze­chce prze­cież ujaw­niać swo­jego wi­ze­runku. Przy­pusz­czal­nie mę­czą się w tłu­mie dwu­dzie­sto­pro­cen­tow­ców.

Za­raz obok, za czer­wo­nym chod­ni­kiem, żółci się pas alar­mowy dla po­li­cji oraz in­nych służb. To wła­śnie nim funk­cjo­na­riu­sze mogą po­ru­szać się na Urzą­dze­niach Trans­portu Oso­bi­stego. Czę­sto są to ci sami, któ­rzy wcze­śniej mieli prawo ko­rzy­stać z czer­wo­nego pasa.

Po­dział ko­ry­ta­rza dla pie­szych na strefy ozna­czone ko­lo­rami wpro­wa­dzano je­dy­nie przy no­wych in­we­sty­cjach. By umoż­li­wić to dość no­wa­tor­skie roz­wią­za­nie ko­mu­ni­ka­cyjne, ogra­ni­czano ruch po­jaz­dów. W śród­mie­ściu i na sta­rówce wą­skie uliczki nie po­zwa­lają na za­sto­so­wa­nie ta­kich in­no­wa­cji. Tam Pra­ża­nie oraz tu­ry­ści swo­bod­nie mie­szają się ze sobą, nie zwra­ca­jąc uwagi na sto­pień mo­dy­fi­ka­cji lub jego brak. Na Lu­ži­nach, pod­czas sta­wia­nia ko­lej­nych punk­tow­ców, prze­bu­do­wano drogi mię­dzy­osie­dlowe, wy­ty­czono ko­lo­rowe chod­niki i zli­kwi­do­wano ruch sa­mo­cho­dowy. Co­raz czę­ściej miesz­kańcy tej dziel­nicy — z po­wodu wy­so­kich cen elek­try­ków — nie po­sia­dają wła­snych po­jaz­dów.

Na sta­cji me­tra pa­nuje cią­gły ścisk i za­mie­sza­nie. Choć dziś ko­rzy­stam z mniej ob­ło­żo­nego błę­kit­nego chod­nika, to żeby wsiąść do wa­gonu, mu­szę prze­pchać się przez pe­ron bez stref. Jazda z blo­ko­wi­ska Lu­žiny do cen­trum, bez względu na po­ziom mo­dy­fi­ka­cji pa­sa­żera, wiąże się z tło­kiem i ner­wo­wymi prze­py­chan­kami.

Prze­ci­skam się do kąta przy prze­gu­bie wa­gonu. Wo­kół jak zwy­kle same zmę­czone, nie­wy­spane twa­rze. Za­mknięte oczy, głowy opad­nięte na piersi w roz­pacz­li­wym prze­dłu­ża­niu noc­nego wy­po­czynku. Za­raz tłok w po­jeź­dzie osią­gnie swoje apo­geum.

Czas w wa­go­nie me­tra za­zwy­czaj wy­peł­niam drzemką na sto­jąco lub roz­my­śla­niami. Dziś o ner­wo­wym pół­śnie mogę tylko ma­rzyć — tępy ból mię­śni i ssący głód nie dają mi spo­koju. Po­wra­cają więc roz­wa­ża­nia o ko­rek­cie oraz o moim co­dzien­nym ży­ciu, ukształ­to­wa­nym przez sys­tem wspo­ma­ga­nia pracy.

Więk­szość oby­wa­teli Unii pra­cuje po osiem ze­ga­ro­wych go­dzin dzien­nie, do­jeż­dża do pracy przez jedną lub dwie, a po­tem wraca tyle samo. Ci, któ­rym pod­nie­siono mnoż­nik o trzy­dzie­ści pro­cent, za­miast fak­tycz­nych dzie­się­ciu lub dwu­na­stu od­czu­wają szes­na­ście go­dzin. Na­zywa się je „in­dy­wi­du­al­nymi”. Po in­nych ak­tyw­no­ściach, na przy­kład za­ku­pach czy do­dat­ko­wej pracy, przy­spie­szo­nym zo­staje na sen około dzie­się­ciu go­dzin in­dy­wi­du­al­nych. Wy­daje się to dłu­gim okre­sem, ale su­biek­tywne od­czu­cie dłuż­szego czasu od­po­czynku nie rów­no­waży wy­dłu­żo­nego czasu pracy. Or­ga­nizm dra­stycz­nie ob­cią­żony — za­równo samą mo­dy­fi­ka­cją, jak i wy­tę­żoną pracą — nie re­ge­ne­ruje się, mimo złu­dze­nia dłuż­szej por­cji snu. Taki cykl w osta­tecz­nym ra­chunku jest wy­czer­pu­jący.

W wielu przy­pad­kach do­dat­kowy su­biek­tywny czas ak­tyw­no­ści zo­staje wy­ko­rzy­stany na ko­lejną pracę. Czę­sto osoba po mo­dy­fi­ka­cji ma na utrzy­ma­niu co naj­mniej jed­nego nie­zmo­dy­fi­ko­wa­nego członka ro­dziny, który po­zo­staje na za­siłku. Sta­ty­stycz­nie jed­nak zmo­dy­fi­ko­wany utrzy­muje trzy osoby, po­nie­waż klasę po­wy­żej je­dynki otrzy­muje tylko czwarta część miesz­kań­ców Unii. Wśród osób, które z róż­nych przy­czyn nie zwięk­szyły lub nie mogą pod­nieść swo­jego mnoż­nika po­nad je­den, tylko nie­wielka część jest za­trud­niona, a i to z re­guły za naj­niż­szą płacę. Świad­cze­nia so­cjalne, ta­kie jak eme­ry­tura czy za­si­łek dla bez­ro­bot­nych, po­zwa­lają je­dy­nie na we­ge­ta­cję.

Wszystko to znam z au­top­sji, sam prze­cież sys­te­ma­tycz­nie wspie­ram matkę i sio­strę. Choć wy­na­jem sa­mo­dziel­nej ka­wa­lerki po­chła­nia sporą część mo­jej wy­płaty, nie chcę miesz­kać z nimi. Ob­ser­wo­wa­nie April po­grą­żo­nej w de­pre­sji oraz wal­czą­cej z tym matki zbyt wy­trąca mnie z rów­no­wagi. Wy­na­ją­łem ma­leńki, tani lo­kal z dala od cen­trum, w blo­ko­wi­sku na Lu­ži­nach. Te­raz co­dzien­nie mu­szę po­ko­ny­wać od­le­głość szes­na­stu sta­cji li­nii B, aby do­trzeć na Vy­so­čany.

Pe­ry­fe­ryjne dziel­nice, ta­kie jak Lu­žiny, gwał­tow­nie roz­ro­sły się pod ko­niec lat dwu­dzie­stych. Wtedy wznie­siono ogromne bloki, ma­jące po­mie­ścić uchodź­ców z daw­nej Eu­ropy Za­chod­niej, głów­nie miesz­kań­ców Fran­cji i Bel­gii oraz pierw­sze na­pły­wowe grupy Niem­ców. Exo­dus trwał do 2031 roku, kiedy zo­stała pro­kla­mo­wana Al­ma­nya, pań­stwo is­lam­skie na te­re­nie obej­mu­ją­cym dawne Niemcy. Uszczel­nie­nie gra­nic po­wstrzy­mało dal­sze ma­sowe mi­gra­cje z tego kie­runku. W roku po­wsta­nia no­wego pań­stwa nie­miec­kiego mia­łem za­le­d­wie sie­dem lat, więc wła­ści­wie nic z tego nie pa­mię­tam. Tłumy wie­lo­ję­zycz­nych miesz­kań­ców trak­tuję jako coś zu­peł­nie na­tu­ral­nego.

Gdy wy­sia­dam na swo­jej sta­cji, skład me­tra, wciąż pe­łen pa­sa­że­rów, ru­sza w stronę blo­ko­wi­ska na Ze­le­neču.

***

Przed­się­bior­stwo Dvo­řák La­mi­náty s.r.o. mie­ści się w kilku sta­rych ha­lach prze­my­sło­wych tuż za to­rami ko­le­jo­wymi. Jest to główna sie­dziba firmy. Poza Pragą znaj­dują się jesz­cze od­działy te­re­nowe, które pro­wa­dzą bu­dowy w głębi Czech oraz w in­nych kra­jach Unii Eu­ro­pej­skiej.

Przy naj­więk­szym pa­wi­lo­nie mon­ta­żo­wym wznosi się pię­trowe biuro za­rządu, gdzie miesz­czą się kie­row­nic­two pro­duk­cji oraz ad­mi­ni­stra­cja, a także mały punkt Sys­temu Wspo­ma­ga­nia Pracy — stan­dar­dowy, bez­ob­słu­gowy kon­te­ner do­star­czany do przed­się­biorstw, za­pew­nia­jący po­łą­cze­nie z sie­cią sys­te­mową oraz gwa­ran­tu­jący pra­cow­ni­kom stałe uzu­peł­nia­nie da­wek neu­ro­prze­kaź­ni­ków z dys­try­bu­to­rów. Sys­tem USWP au­to­ma­tycz­nie ak­tu­ali­zuje moje dane, więc in­for­ma­cja o ko­rek­cie już znaj­duje się w fir­mo­wej kar­to­tece. Mam jed­nak obo­wią­zek oso­bi­ście zgło­sić zmianę mnoż­nika u bez­po­śred­niego prze­ło­żo­nego, by uspra­wie­dli­wić moją dwu­dniową nie­obec­ność w pracy.

Gdy staję przed drzwiami kie­row­nika, prze­ły­kam kilka razy ślinę, czu­jąc wciąż nie­smak w gar­dle. Po­ranny izo­to­nik dawno już zo­stał wchło­nięty przez wy­mę­czony or­ga­nizm i te­raz od­czu­wam lek­kie skur­cze głodu. Moja gor­sza kon­dy­cja nie po­winna jed­nak wpły­wać na nad­cho­dzące ne­go­cja­cje pła­cowe.

Wcho­dzę do biura pro­duk­cji bez pu­ka­nia. Od progu sły­szę zna­jomy ter­kot wen­ty­la­tora kli­ma­ty­za­cji. Urzą­dze­nie prosi się o prze­gląd od wielu mie­sięcy, ale póki wy­dmu­chuje choć odro­binę chłod­niej­sze po­wie­trze, nikt nie za­mie­rza go czy­ścić. Przez moje nowe przy­spie­sze­nie od­no­szę wra­że­nie, że dud­nie­nie ło­pa­tek brzmi dziś jakby wol­niej.

Roz­party na fo­telu kie­row­nik Cvach po­woli ob­gryza ja­kiś owoc lub jego sub­sty­tut, wpa­tru­jąc się w ho­lo­gram nad biur­kiem. Na mój wi­dok ma­cha ręką, a pro­jek­cja ga­śnie. W jej miej­sce po­ja­wia się moja pra­cow­ni­cza kar­to­teka z in­for­ma­cją o ko­rek­cie.

Cvach od­czy­tuje zmie­nione re­kordy i prze­nosi na mnie nie­za­do­wo­lone spoj­rze­nie.

— Nie mam wol­nego szkie­letu. Nie mo­głeś zo­sta­wić, jak było?

— Po­trze­buję kasy. Będę o dzie­sięć pro­cent szyb­szy.

To za­zwy­czaj je­dyna przy­czyna pod­no­sze­nia grupy i prze­ło­żony do­brze o tym wie. Zgod­nie z prze­pi­sami musi te­raz przy­znać mi pod­wyżkę.

Bez po­śpie­chu prze­żuwa owoc, po­now­nie wpa­tru­jąc się w wy­świe­tlone in­for­ma­cje. Sam ma ob­ni­żony wskaź­nik do po­ziomu je­den dwa, co jest tak na­prawdę za­słu­żoną na­grodą za wcze­śniej­sze lata eks­plo­ata­cji or­ga­ni­zmu.

Za­czy­nam się iry­to­wać jego osten­ta­cyjną flegmą. Cią­gły ból mię­śni po­tę­guje moje roz­draż­nie­nie.

— Dam ci sie­dem pro­cent pod­wyżki. — Szef, wi­dząc, jak mi­mo­wol­nie za­ci­skam szczęki, do­daje: — Trzy pójdą na raty za eg­zosz­kie­let.

— Ja­kie raty?! Prze­cież krab nie bę­dzie moją wła­sno­ścią! — Na­ra­sta we mnie złość.

— Spo­koj­nie, bez emo­cji. Jest moż­li­wość do­ro­bie­nia spo­rej pre­mii. Mogę cię wy­słać na kon­trakt za gra­nicę — pro­po­nuje. Wie, że w ten spo­sób zdusi mój bunt. Pew­nie prze­pro­wa­dził już wiele ta­kich roz­mów.

Ko­le­dzy wspo­mi­nali o ja­kichś opła­tach za szkie­let, ale nie o trzech pro­cen­tach. A może jed­nak o tym mó­wili, tylko nie za­re­je­stro­wa­łem tej in­for­ma­cji? Od­pusz­czam.

— Do­kąd? Pol­ska czy Ro­sja? — Ko­ja­rzę, że tam Dvo­řák pro­wa­dzi naj­wię­cej in­we­sty­cji.

— Szwe­cja. Po­zwa­lają tam pra­co­wać fir­mom z Unii.

— Prze­cież to is­lam. Ści­nają za przy­spie­sze­nia.

— Nie w Szwe­cji. To je­dyny kraj mu­zuł­mań­ski, gdzie tro­chę po­my­śleli i dzięki umo­wom z Unią na­dal się roz­wi­jają. Hisz­pa­nie czy Ka­li­fat Fran­cu­sko-Bel­gij­ski fak­tycz­nie ści­nają za mo­dy­fi­ka­cje. W Al­ma­nyi tra­fisz za to do wię­zie­nia. — Cvach otwiera za­kładkę w mo­jej kar­to­tece do­ty­czącą przy­działu. — Mu­zuł­ma­nie z pół­nocy są cwańsi i chęt­nie wy­ko­rzy­stują nie­wier­nych do pracy, szcze­gól­nie w bu­dow­nic­twie. By­leby się nie afi­szo­wać z mo­dy­fi­ka­cjami i po ro­bo­cie sie­dzieć w ho­stelu. Oczy­wi­ście bez pi­cia. To co? Wpi­sać?

Za­styga z dło­nią nad kla­wia­turą.

— Do­sta­niesz tam od razu szkie­let — do­daje, wi­dząc moje wa­ha­nie.

— No to pro­szę. A mam ja­kiś wy­bór?

***

10 kwietnia, sobota

Sta­nie przed drzwiami miesz­ka­nia matki wy­daje się po pro­stu głu­pie. Nic wię­cej już nie wy­my­ślę. W dro­dze ze sta­cji me­tra prze­ro­bi­łem już wszyst­kie moż­liwe wątki „dys­ku­sji”. Zre­zy­gno­wa­łem z jazdy za­tło­czo­nym tram­wa­jem, by dać so­bie do­dat­kowy czas na prze­my­śle­nia.

Wy­cie­ram spo­cone dło­nie w ma­te­riał spodni. Aż wy­schło mi w gar­dle ze stresu. Tam cieknę, a tu wy­sy­cham.

Cóż, wcho­dzę.

Po­czą­tek spo­tka­nia jest nad­spo­dzie­wa­nie sym­pa­tyczny: April stara się pod­trzy­mać roz­mowę, uśmie­cha się nie­wy­mu­sze­nie, jakby moja świeża ko­rekta nie miała dla niej już zna­cze­nia. To na­prawdę miłe.

Aro­mat zupy gu­la­szo­wej, którą przy­go­to­wała matka, krąży po kuchni, zwia­stu­jąc ucztę dla pod­nie­bie­nia. Gu­la­szowa jest oczy­wi­ście wy­śmie­nita: słodka pa­pryka na­daje cha­rak­teru ide­al­nie kru­chym ka­wał­kom wo­ło­winy. Wszystko, co go­tuje Sy­grida, jest wy­borne. Jej sosy, zupy i sa­łatki za­wsze mają wy­raźny, okre­ślony cha­rak­ter. Mimo fi­nan­so­wych ogra­ni­czeń, które po­zba­wiają ją do­stępu do czę­ści pro­duk­tów i przy­praw, po­trafi wy­cza­ro­wać do­sko­nałe da­nia. Ale moż­liwe też, że nie je­stem obiek­tywny. Tak na­prawdę nie znam in­nej do­mo­wej kuchni. Po­trawy matki przy­rów­nuję do ze­sta­wów obia­do­wych z ta­nich re­stau­ra­cji lub go­tow­ców z dys­kontu.

Roz­mowa nad ta­le­rzami zupy to­czy się spo­koj­nie. Każde z nas cie­szy się tym obia­dem i ro­dzin­nym spo­tka­niem. Pod­trzy­mu­jemy ten na­strój, roz­ma­wia­jąc o bła­host­kach — o wcze­śniej­szej fali upa­łów, o no­wych są­sia­dach z par­teru oraz o naj­now­szym sit­co­mie, który wcią­gnął sio­strę. Słu­cham, jak z eks­cy­ta­cją opo­wiada o fa­bule, po­wstrzy­mu­jąc gorzką uwagę, że nic w jej ży­ciu nie zmieni tkwie­nie przed ekra­nem. Na­wet ostat­nie wzmianki o pod­wyż­kach cen wody i zmniej­sze­niu jej przy­działu na miesz­kańca nie psują nam przy­jem­nej, ro­dzin­nej at­mos­fery. Na­dal jest sym­pa­tycz­nie.

I tak do mo­mentu, gdy wresz­cie de­cy­duję się i kon­wer­sa­cyj­nym to­nem in­for­muję dziew­czyny o moim wy­jeź­dzie na trzy mie­siące do Szwe­cji.

April za­styga, sze­roko otwiera oczy. Jej twarz przy­biera trudny w in­ter­pre­ta­cji wy­raz. Pa­trzy na mnie przez długą chwilę, po czym wstaje i wy­biega do swo­jego po­koju. Nie trza­ska drzwiami, co mnie nieco dziwi.

Sy­grida tym­cza­sem za­czyna zbie­rać ta­le­rze i sprzą­tać po po­siłku. Jest ci­cha, sku­piona na czyn­no­ści. Spło­szona, ucieka wzro­kiem.

Nie spo­dzie­wa­łem się, że obie zo­sta­wią mnie z tym sa­mego, nie po­dej­mu­jąc naj­mniej­szej dys­ku­sji. By­łem przy­go­to­wany na płacz lub krzyki sio­stry, do­py­ty­wa­nie matki „dla­czego to ro­bię” i tym po­dobne. A tu obie wstają de­mon­stra­cyj­nie, koń­cząc w ten spo­sób so­bot­nie spo­tka­nie. Ko­niec, fi­nito, nie ma o czym roz­ma­wiać… Ja to spro­wo­ko­wa­łem, ale mimo wszystko jest mi przy­kro.

Coś wisi w po­wie­trzu. April od ja­kie­goś czasu jest wy­raź­nie wy­co­fana, jakby od­da­wała pole i ucie­kała.

Sie­dzę w ci­szy, nie wie­dząc, co po­wie­dzieć. Ob­ser­wuję, jak matka — za­nim włoży ta­le­rze do zmy­warki — prze­ciera je ręcz­ni­kiem pa­pie­ro­wym nad po­jem­ni­kiem na od­pady. Ta­kie przy­go­to­wa­nie na­czyń po­zwala na uży­cie naj­oszczęd­niej­szego pro­gramu i mi­ni­mal­nej ilo­ści pary wod­nej.

— Zleci szybko, mamo. W lipcu wrócę, będę miał obo­wiąz­kowe dwa ty­go­dnie prze­rwy, mo­żemy wtedy po­je­chać w trójkę w Alpy — pró­buję ją po­cie­szyć. Na­gle ten po­mysł wy­daje mi się do­sko­nały. — Pre­mia za pracę na kontr­ak­cie plus pod­wyżka: mo­żemy za­sza­leć. Dawno ni­g­dzie ra­zem nie by­li­śmy.

— Do­brze, synku — od­po­wiada, uśmie­cha­jąc się smutno. — Uwa­żaj na sie­bie w tej Szwe­cji.

Prze­cho­dzi do wy­cie­ra­nia blatu ku­chen­nego i do­daje:

— Tylko nie pij nic. Że­byś nie miał nie­przy­jem­no­ści.

— Hej! Nie rób ze mnie prze­cięt­nego bu­dow­lańca — śmieję się tro­chę sztucz­nie. Wciąż je­stem zdzi­wiony jej pa­sywną po­stawą i bra­kiem sprze­ciwu. Czuję, że w tej sy­tu­acji nic, co bym zro­bił lub po­wie­dział, nie ura­tuje już po­po­łu­dnia.

— Zo­ba­czę, co u Ap.

Wcho­dzę do jej po­koju, nie pu­ka­jąc.

Leży na łóżku, ob­ró­cona twa­rzą do ściany, nogi ma pod­wi­nięte w po­zy­cji em­brio­nal­nej. Po drob­nych ru­chach jej ra­mion do­strze­gam, że pła­cze bez­gło­śnie.

— Mó­wi­łem Sygi, że jak wrócę, wy­sko­czymy w góry.

Nie ma żad­nej re­ak­cji. Roz­glą­dam się bez­rad­nie, za­sta­na­wia­jąc się, co mogę jesz­cze po­wie­dzieć. Do­piero po chwili za­uwa­żam zmiany, ja­kie za­szły w jej azylu: ekran jest wy­łą­czony, a po­kój po­sprzą­tany, znik­nęły ciu­chy za­le­ga­jące na fo­telu. Łóżko, za­nim się na nie rzu­ciła, było bez po­ścieli, przy­kryte tylko ko­cem. Po­sta­rała się, li­cząc za­pewne na to, że sprawi mi tym przy­jem­ność i że ją po­chwalę. Może także po­sta­no­wiła ogar­nąć się dla sa­mej sie­bie, prze­ła­mać cią­głą nie­moc. Cały ten wy­si­łek zni­we­czy­łem.

Stoję tak chwilę, nie ma­jąc od­wagi przy­siąść na łóżku i jej do­tknąć. Od ja­kie­goś czasu na­sze roz­mowy się nie ukła­dają. Ge­sty stają się obo­jętne, po­zba­wione daw­nej bli­sko­ści, bez­tro­skiego po­sztur­chi­wa­nia i za­cze­pek. Stra­ci­łem chyba cier­pli­wość, zo­bo­jęt­nia­łem, przez co sta­ram się co­raz mniej. Nie pa­mię­tam już, kiedy ostat­nio ją roz­ba­wi­łem i kiedy sły­sza­łem jej ser­deczny, nie­wy­mu­szony śmiech. Te­raz też coś mnie blo­kuje przed ja­kim­kol­wiek ge­stem za­ży­ło­ści.

— Będę już wy­cho­dził. Wsta­niesz?

Je­dyną re­ak­cją jest ci­chy szloch, na tyle sub­telny, że może to być tylko głęb­sze wes­tchnie­nie.

— Na­prawdę nie chcesz mnie po­że­gnać? Chcesz przez te trzy mie­siące mieć pre­ten­sje? Albo być ob­ra­żona?

Ob­raca się po­woli na plecy, spo­gląda na mnie mo­krymi oczami. Pa­trzy tak chwilę, a jej broda de­li­kat­nie drga. Wstaje jed­nak. Po­woli pod­cho­dzi. Na­gle wy­rzuca gwał­tow­nie ręce w przód i obej­muje mnie w pa­sie, przy­ci­ska­jąc twarz do mo­jej piersi. Wkłada sporo siły w uścisk, ale jej ra­miona cią­gle dy­go­czą.

Za­sko­czony tą na­głą czu­ło­ścią, pod­no­szę dłoń, by po­gła­dzić ją po wło­sach.

— Boję się… — szepce le­d­wie zro­zu­miale w ma­te­riał bluzy.

— Da­cie radę. To tylko trzy mie­siące.

— Śniło mi się to… parę razy… Jak wy­jeż­dżasz… na pół­noc. — Jej głę­bo­kie, rwane od­de­chy prze­bi­jają się przez ma­te­riał ubra­nia, a cie­płe tchnie­nie do­ciera do mo­jej skóry. — Coś się sta­nie. Mamy się spo­tkać w trójkę po twoim po­wro­cie, ale nie mogę od­na­leźć jed­nego z was! Nie wiem… cie­bie czy Sygi… Czuję się tak strasz­nie sa­motna… Śniło mi się to, śniło… — po­wta­rza.

Mu­skam włosy sio­stry, pró­bu­jąc wy­my­ślić na po­cze­ka­niu ja­kąś po­cie­sza­jącą od­po­wiedź na te za­ska­ku­jące słowa. Zlek­ce­wa­że­nie tego wy­zna­nia i ob­ró­ce­nie go w żart by­łoby nie­sto­sowne. Wy­czu­wam, że jest na gra­nicy hi­ste­rii. Dla­tego mó­wię tylko:

— Wrócę, obie­cuję.

Tkwimy tak, obej­mu­jąc się: ona wci­ska nos w moją pierś, a ja ota­czam jej ra­miona i głasz­czę głowę. Z wolna jej od­dech się uspo­kaja, ciało prze­staje drżeć.

— Nie bę­dziesz na mo­ich uro­dzi­nach — mówi przy­tłu­mio­nym gło­sem w ostat­niej pró­bie pro­te­stu.

Rozdział 3

12 kwietnia, poniedziałek

Stoję w dłu­giej ko­lejce dla pa­sa­że­rów lo­tów czar­te­ro­wych. Nie pa­mię­tam, kiedy ostat­nio by­łem na pra­skim lot­ni­sku. Na pewno w dzie­ciń­stwie, ale nie po­tra­fię okre­ślić, ile mia­łem wtedy lat. Przy­pro­wa­dziła nas wtedy Sy­grida, a je­dyne, co za­pa­dło mi w pa­mięć z tam­tej wy­cieczki, to ryk sil­ni­ków przy star­cie naj­więk­szych sa­mo­lo­tów. Ni­gdy nie mie­li­śmy go­ści, któ­rych trzeba by­łoby od­bie­rać z lot­ni­ska, a sami też nie la­ta­li­śmy. Ten śro­dek trans­portu był poza na­szym za­się­giem fi­nan­so­wym. Dla­tego to bę­dzie mój pierw­szy lot.

Roz­glą­dam się, pró­bu­jąc za­jąć czymś my­śli i przy­tłu­mić zde­ner­wo­wa­nie, przy­spie­szone bi­cie serca oraz ścisk je­lit. Rano nie mo­głem prze­łknąć śnia­da­nia mimo do­kucz­li­wego głodu, który to­wa­rzy­szy mi już od dwóch dni.

Wzdłuż hali od­praw, od­dzie­lony nie­prze­suw­nymi sta­lo­wymi ba­rier­kami, cią­gnie się żółty pas, po któ­rym po­ru­szają się pa­trole po­li­cji gra­nicz­nej. Każdy z funk­cjo­na­riu­szy trzyma długą broń skie­ro­waną lufą w dół, a przy pa­sie ma kom­pak­towy au­to­mat. Mun­du­rowi zgru­po­wani są w for­ma­cje trzy­oso­bowe. Stoją nie­ru­chomo przez kilka mi­nut, lu­stru­jąc halę od­praw, by na­gle, na je­den sy­gnał, ru­szyć z pełną pręd­ko­ścią, przy wtó­rze wy­raź­nego chrzę­stu eg­zosz­kie­le­tów. To przy­ciąga wzrok po­dróż­nych. Wi­dać, że szcze­gól­nie przy­by­sze z Al­ma­nyi oraz in­nych suł­ta­na­tów zer­kają na tę de­mon­stra­cję ukrad­kiem, wy­raź­nie spło­szeni szyb­ko­ścią i wiel­ko­ścią po­li­cjan­tów.

Po­dej­rze­wam, że to ce­lowa ma­ni­fe­sta­cja siły, ma­jąca dzia­łać pre­wen­cyj­nie na cy­wili, a zwłasz­cza na przy­by­szów spoza Unii. Przy­śpie­szony o osiem­dzie­siąt pro­cent, opan­ce­rzony i uzbro­jony pa­trol bu­dzi zro­zu­miały re­spekt oraz nie­do­wie­rza­nie u osób, które wcze­śniej nie ze­tknęły się z tak pod­krę­co­nymi oso­bami. W ści­sku ulicz­nym, gdzie w każ­dej chwili ist­nieje ry­zyko nie­spo­dzie­wa­nego kon­taktu z prze­chod­niami, po­li­cjanci na ogół ha­mują swoją eks­pre­sję, kon­tro­lują ru­chy i nie de­mon­strują peł­nej ak­ce­le­ra­cji. Zresztą po mie­ście naj­czę­ściej po­ru­szają się ra­dio­wo­zami, uni­ka­jąc pa­tro­lo­wa­nia pie­szo.

Na mnie także wi­dok tej po­li­cyj­nej ma­ni­fe­sta­cji robi wra­że­nie. Moja zwięk­szona per­cep­cja su­biek­tyw­nie „spo­wal­nia” ruch ma­sze­ru­ją­cych, ale wciąż do­strze­gam, jak są im­po­nu­jąco szybcy.

Po­gra­nicz­nik ska­nuje moją bran­so­letę i wska­zuje mi ko­ło­wro­tek, przez który prze­cho­dzę do wła­ści­wej od­prawy. Usta­wiam się w ko­lejce do bramki kon­tro­l­nej. Żo­łą­dek ści­śnięty skur­czami do­maga się ja­kie­go­kol­wiek po­ży­wie­nia. Może coś da­dzą na po­kła­dzie?

Na­gle ktoś kle­pie mnie w ra­mię.

— Cześć! Wi­dzę, ko­leś, że też je­steś od Dvo­řáka. Je­stem Ma­rek — przed­sta­wia się sto­jący za mną si­wawy męż­czy­zna.

No tak, obaj mamy na blu­zach wy­ha­fto­wane logo firmy.

— Jan.

— By­łeś już na kontr­ak­cie?

— Nie, to mój pierw­szy raz.

— Spo­koj­nie, wpro­wa­dzę cię. To już moja ósma szwedzka tura, a w ogóle to ze dwu­dzie­sta. Po­la­ta­łem so­bie już tro­chę, he, he. A ty, gdzie masz bu­dowę? — Ma­rek spra­wia wra­że­nie wy­lu­zo­wa­nego, kon­tak­to­wego fa­ceta.

Nie znam ko­legi, ale je­śli tyle razy był na kon­trak­tach, to rze­czy­wi­ście mo­gli­śmy się ni­gdy nie spo­tkać. Taka liczba wy­jaz­dów to przy­naj­mniej pięć lat ży­cia w cią­głym przy­spie­sze­niu, i to co naj­mniej trzy­dzie­sto­pro­cen­to­wym.

— Sztok­holm, gdzieś w cen­trum — od­po­wia­dam.

— No to bę­dziemy ra­zem pra­co­wać, bra­chu. Dvo­řák robi w sto­licy tylko na jed­nej bu­do­wie. W czar­te­rze nie ma miejsc nu­me­ro­wa­nych, usiądź koło mnie.

Do­cie­ramy do cel­ni­ków sto­ją­cych przy ta­śmo­ciągu. Na­śla­du­jąc Marka, wy­cią­gam na tacę wszystko, co mam w kie­sze­niach, i ścią­gam buty. Kon­trola jest sprawna, bez ce­lo­wego czy zło­śli­wego prze­dłu­ża­nia. Pa­sa­że­ro­wie — pra­cow­nicy na kon­trak­tach za­gra­nicz­nych — po­sia­dają za­zwy­czaj mo­dy­fi­ka­cje w prze­dziale od trzy­dzie­stu do pięć­dzie­się­ciu pro­cent, a cel­nicy po­ru­szają się w zbli­żo­nym tem­pie. Nie wiem, czy ob­sługa celna jest do­bie­rana pod ką­tem stop­nia przy­spie­sze­nia pa­sa­że­rów da­nego lotu, czy jest to stan­dard dla wszyst­kich funk­cjo­na­riu­szy tej służby.

Ska­nery wmon­to­wane w bram­kach po­bie­rają in­for­ma­cje iden­ty­fi­ka­cyjne z bran­so­let, a czuj­niki bio­me­tryczne we­ry­fi­kują ich zgod­ność. Nikt z na­szej grupy od­la­tu­ją­cej do Szwe­cji nie wy­wo­łuje alarmu ani nie wzbu­dza za­in­te­re­so­wa­nia per­so­nelu od­pra­wia­ją­cego.

Sa­mo­lot jest cia­sny: to średni Air­bus, który lata świet­no­ści ma już za sobą. Za­pewne wy­pro­du­ko­wano go w la­tach trzy­dzie­stych, gdy kon­sor­cjum jesz­cze ist­niało, a fa­bryki w za­chod­niej Eu­ro­pie nie były za­my­kane z po­wodu prze­mian po­li­tyczno-re­li­gij­nych. Po­siada tylko klasę eko­no­miczną z gę­sto po­upy­cha­nymi fo­te­lami. Wnę­trze wska­zuje, że sa­mo­lot służy do szyb­kiego, czę­stego trans­portu pra­cow­ni­ków, bez ca­te­ringu czy in­nych zbęd­nych udo­god­nień. Kli­ma­ty­za­cja jesz­cze nie działa, więc w po­wie­trzu unosi się por­cja kwa­śnego odoru. Cuch­nie po­tem i skar­pet­kami. Na po­kła­dzie jest tylko jedna ste­war­desa, w do­datku nie pierw­szej mło­do­ści i urody. Może to też stan­dard w prze­wo­zach ro­bot­ni­czych.

— Chcesz przy oknie? Nie? To ja siądę — mówi Ma­rek, wci­ska­jąc się pod ilu­mi­na­tor. — Cza­sem, jak nie mam z kim ga­dać, to przy­naj­mniej mogę so­bie po­pa­trzeć. Nie śpię w sa­mo­lo­tach, bo jakby spa­dał, nie chciał­bym tego prze­ga­pić, he, he — szcze­rzy się.

Na ten drę­twy żart roz­cią­gam usta w sy­mu­la­cji uśmie­chu. Czuję się klau­stro­fo­bicz­nie w tej cia­snej, śmier­dzą­cej ru­rze. Dzię­kuję so­bie w du­chu, że mam pu­sty żo­łą­dek.

— A w ogóle to co ro­bisz, bra­chu? Ja je­stem in­sta­la­to­rem.

— Spa­wacz. Co kła­dziesz?

— Wszystko, ale na kontr­ak­cie głów­nie zaj­muję się złą­czami wie­lo­me­dial­nymi i sie­ciami. Mó­wię ci, ro­bota nie jest naj­gor­sza, tylko trzeba się uwi­jać, bo jak zro­bisz opóź­nie­nie, to cię ode­ślą. Ci cho­lerni mu­zuł­ma­nie każ­dego pil­nują. Do­stają od na­szych in­for­ma­cje o twoim mnoż­niku, a po­tem pod­krę­cają ci normę dzienną.

— To kto nami za­rzą­dza? Szwe­dzi czy nasi?

Ma­rek wzdy­cha. Nie wiem, czy z po­wodu na­iw­no­ści mo­jego py­ta­nia, czy przez te­mat, który po­ru­szy­łem.

— For­mal­nie za­wsze pod­le­gasz maj­strowi, a on pod­lega na­szemu kie­row­ni­kowi bu­dowy. To on wy­zna­cza normy do wy­ko­na­nia. Ale w prak­tyce na każ­dej bu­do­wie jest tak zwany mu­ta­ha­mis, czyli „gor­liwy”. Kon­tro­luje na­szą pracę, wtrąca się do pla­nów i, co naj­waż­niej­sze, pil­nuje, by­śmy nie siali zgor­sze­nia. Naj­le­piej: kwa­tera–ro­bota, ro­bota–kwa­tera i tak w kółko.

Wszy­scy od­la­tu­jący już za­jęli miej­sca w sa­mo­lo­cie. Wi­dzę tylko sa­mych męż­czyzn. Każdy wy­gląda na pra­cow­nika fi­zycz­nego, wra­ca­ją­cego na nową turę po gra­fi­ko­wej pau­zie. Mimo wy­po­czynku w kraju, wśród ro­dzin, ich twa­rze są zmę­czone i po­zba­wione ra­do­ści. Roz­mowy sły­chać nie­liczne i przy­ci­szone. Nie­któ­rzy już za­my­kają oczy, żeby wy­ko­rzy­stać lot na dwu­go­dzinną do­dat­kową re­ge­ne­ra­cję.

Czy ja też będę tak wy­glą­dał po kilku wy­jaz­dach kon­trak­to­wych? Wy­eks­plo­ato­wany przez przy­spie­sze­nie i tempo pracy?

Drę­czy mnie jesz­cze coś.

— Wiesz, mogę mieć pro­blem ze szkie­le­tem. Ostat­nio za­kła­da­łem taki jesz­cze przy na­uce za­wodu, w szkole.

— Nie martw się. Je­den dzień po­pra­cu­jesz z kra­bem i się przy­zwy­cza­isz. A po rusz­to­wa­niach to się w nim śmiga, że hej! Wszyst­kie na­rzę­dzia mo­żesz na nim po­wie­sić.

Star­tu­jemy pla­nowo. Na­bie­ramy pręd­ko­ści na pa­sie lot­ni­ska przy prze­raź­li­wym huku sil­ni­ków, po­chła­nia­ją­cym wszyst­kie inne dźwięki. Sa­mo­lot lekko pod­ska­kuje, a mój żo­łą­dek go na­śla­duje, pod­rzu­ca­jąc żółć do gar­dła. Jesz­cze za­nim nasz Air­bus osta­tecz­nie ode­rwie się od ziemi, wy­raź­nie i gwał­tow­nie ude­rzają we mnie neu­ro­hor­mony.

Czuję przy­spie­sze­nie pulsu w skro­niach i szyb­kie, pal­pi­ta­cyjne bi­cie serca. Moje mię­śnie naj­pierw za­czy­nają drżeć, by po chwili gęst­nieć w nad­cią­ga­ją­cych pa­rok­sy­zmach skur­czów. Te jed­nak nie na­stę­pują: włókna tę­żeją na tyle, by nie wy­stą­piła bo­le­sność, i choć są twarde, czuję, że mogę się po­ru­szać. Przód ma­szyny mocno unosi się w górę, ad­re­na­lina mnie za­lewa, a serce gwał­tow­nie trze­po­cze…

Ma­rek mówi coś, ale brzmi zu­peł­nie nie­zro­zu­miale, słowa roz­cią­gają się w ba­sowy ciąg beł­ko­tli­wych dźwię­ków. Czas staje. Sły­szę wszech­obecny, bar­dzo ni­ski, ryt­miczny i dud­niący od­głos. Sa­mo­lot wisi nie­ru­chomo w po­wie­trzu, a ja wy­raź­nie wi­dzę w ilu­mi­na­to­rze, że bu­dy­nek hali za­styga w kil­ku­se­kun­do­wej stop­klatce. Nikt się nie po­ru­sza ani w środku, ani na ze­wnątrz. I już nie sły­szę pul­su­ją­cego dud­nie­nia. Jest je­den długi dźwięk nie dźwięk. Jak tło czy woda, która cię ota­cza. Od­bie­rasz to ca­łym sobą, a nie tylko uszami…

…a po­tem wszystko jed­no­cze­śnie ożywa. Ka­dłub pul­suje, dud­nie­nie prze­cho­dzi stop­niowo w brzę­czące drga­nia, za­głu­szane ry­kiem sil­ni­ków.

— …nnnn­no­ooo tooo po­oomy­y­y­śla­łem: „Co mi za­leży”. I tak cią­gnę już ko­lejny rok. Moja Li­duszka ma­ru­dzi za każ­dym ra­zem, ale jak mam wy­kar­mić ich wszyst­kich? Jesz­cze moi ro­dzice…

Je­stem zdez­o­rien­to­wany i oszo­ło­miony. Lekko dy­go­czę. Czego wła­śnie do­świad­czy­łem? Chwi­lo­wej aber­ra­cji umy­słu, a może ja­kie­goś udaru? Nie stra­ci­łem przy­tom­no­ści, tego je­stem pe­wien. Po­dob­nie jak tego, że to wy­da­rzyło się na­prawdę i trwało te spek­ta­ku­larne kilka se­kund.

— …ojca renta tro­chę ra­tuje sy­tu­ację, ale nie są w sta­nie już sami miesz­kać…

Po­ja­wia się myśl, że do­świad­czy­łem na­głego przy­spie­sze­nia o nie­wy­obra­żal­nym współ­czyn­niku. Choć na po­czątku od­rzu­cam ją jako ab­sur­dalną, nie­ubła­ga­nie po­wraca, aż za­gnież­dża się na stałe. Ile to mo­gło być pro­cent? Dwie­ście? Trzy­sta? Ra­czej nie­moż­liwe. Z tego, co pa­mię­tam z pro­gra­mów w sieci, prze­kro­cze­nie mnoż­nika po­wy­żej dwóch i pół koń­czyło się nie­od­wra­cal­nymi zmia­nami w or­ga­ni­zmie, a w kon­se­kwen­cji śmier­cią. Pro­wa­dzono ba­da­nia w tym kie­runku, ale nikt nie ogło­sił suk­cesu.

Na ję­zyku czuję me­ta­liczny smak. Znów skręca mnie z głodu.

— Masz może coś do je­dze­nia? — prze­ry­wam Mar­kowi mo­no­log.

— Znamy się do­piero go­dzinę, a ty już wpra­szasz się na obiad? — krzywi się za­baw­nie, ale w jego gło­sie nie sły­chać pre­ten­sji ani zło­śli­wo­ści. — Mam cia­sto zro­bione przez Lidę. Droż­dżowe, z praw­dzi­wymi owo­cami! Dam ci ka­wa­łek.

Sięga do torby pod­ręcz­nej i wy­ciąga pa­pie­rowy pa­ku­nek. Cia­sto, po­kro­jone na kil­ka­na­ście ma­łych ka­wał­ków, wy­gląda sma­ko­wi­cie. Biorę od razu dwa, na co Ma­rek kiwa tylko głową. Bez wa­ha­nia wpy­cham oba do ust. Spra­gniony wę­glo­wo­da­nów nie mogę się opa­no­wać.

— Pyszne, dzię­kuję — mem­łam z pełną gębą.

— Smacz­nego! Ale się bę­dzie śmiała, gdy jej opo­wiem, jak się rzu­ci­łeś…

Prze­żu­wa­jąc wy­piek żony Marka, do­znaję olśnie­nia. Przy tak na­głej ak­ce­le­ra­cji in­iek­tor mu­siał wstrzyk­nąć więk­szą dawkę neu­ro­prze­kaź­ni­ków. A to można spraw­dzić w hi­sto­rii bran­so­lety. Ta­kie in­for­ma­cje są zrzu­cane do sys­temu au­to­ma­tycz­nie, gdy ma­nela po­ja­wia się w za­sięgu punk­tów do­stę­po­wych. Jed­nak tu, w sa­mo­lo­cie, mu­szą jesz­cze znaj­do­wać się w urzą­dze­niu na moim nad­garstku. Do­ty­kam ekranu i za­głę­biam się w menu. Po ko­lei prze­ska­kuję różne in­for­ma­cje, aż w końcu do­cie­ram do da­nych, które mnie in­te­re­sują.

Hi­sto­ria in­iek­tora obej­muje ostat­nie trzy go­dziny. We­dług za­pi­sów w niej za­war­tych pra­wie nie przyj­mo­wa­łem w tym cza­sie miksu hor­mo­nów. Z kil­ku­dzie­się­ciu sub­stan­cji, które po­winny być po­da­wane w spo­sób cią­gły do pod­trzy­ma­nia przy­spie­sze­nia, otrzy­ma­łem tylko kilka, a i te w śla­do­wych ilo­ściach. Im­plant prze­ana­li­zo­wał stan mo­jego or­ga­ni­zmu i uznał, że nie ma po­trzeby zwięk­szać da­wek. Mi­kro­port bran­so­lety uwal­niał za­le­d­wie po­je­dyn­cze mi­kro­gramy paru neu­ro­prze­kaź­ni­ków. A w chwili, gdy do­świad­cza­łem do­mnie­ma­nego spo­wol­nie­nia czasu, pro­ces po­da­wa­nia tych sub­stan­cji za­trzy­mał się cał­ko­wi­cie. Cho­lera, to prze­cież bez sensu…

— …chcesz zo­ba­czyć? — Ko­lega sztur­cha mnie w ra­mię.

— Co…? A, tak. — Nie mam po­ję­cia, o czym mówi.

— O, zo­bacz! To moja banda. — Ma­rek wy­świe­tla holo nad ekra­nem swo­jej bran­so­lety: trójka dzieci stroi głu­pawe miny, dwoje sta­rusz­ków stoi za nimi, a on obej­muje drobną blon­dynkę. — Jest nas tro­chę. A ty? Masz żonę i dzieci?

— Nie, je­stem sam.

— Szczę­ściarz! My mamy jesz­cze psa i kota.

Lot trwa kró­cej niż dwie go­dziny stan­dar­dowe. Mam o czym my­śleć, ale choć cią­głe ga­dul­stwo no­wego kom­pana jest mę­czące, sta­ram się nie oka­zy­wać iry­ta­cji. Gdy pod­cho­dzimy do lą­do­wa­nia, ze zdu­mie­niem stwier­dzam, że czas po­dróży zle­ciał mi za­dzi­wia­jąco szybko.

W trak­cie ko­ło­wa­nia na pły­cie Ma­rek nie­spo­dzie­wa­nie pro­po­nuje:

— Mam wolne miej­sce w po­koju, jak chcesz, mo­żesz się do­kwa­te­ro­wać. Nor­mal­nie, jako no­wemu, pew­nie przy­dzielą ci łóżko w czwórce lub więk­szym po­koju. Ja mam dwójkę.

— Dzięki. Twój współ­lo­ka­tor wró­cił na stałe do domu?

— W su­mie to tak. Wy­wa­lili go za al­ko­hol. Parę piw, wy­szedł na mia­sto, no i wy­lot.

***

W ter­mi­nalu sztok­holm­skim można za­uwa­żyć mniej po­dróż­nych niż w pra­skim. Kie­ru­nek pół­nocny obec­nie nie cie­szy się szcze­gólną po­pu­lar­no­ścią tu­ry­styczną. Mu­zuł­mań­ska Szwe­cja nie jest człon­kiem Unii Eu­ro­pej­skiej, a liczne za­kazy i ogra­ni­cze­nia, ta­kie jak te do­ty­czące spo­ży­wa­nia al­ko­holu, znie­chę­cają do ma­so­wych wy­cie­czek.

Idę za Mar­kiem, za­do­wo­lony, że w ob­cym kraju mam do­świad­czo­nego prze­wod­nika. Z hali przy­lo­tów wy­cho­dzimy całą grupą na boczny par­king, gdzie mają na nas cze­kać busy roz­wo­żące do kwa­ter.

Za­ska­kuje mnie tem­pe­ra­tura na ze­wnątrz. Przy­jemne kil­ka­na­ście stopni i lek­kie po­dmu­chy wia­tru to coś, na co o tej po­rze roku w Pra­dze nie można li­czyć. Zie­leń drzew jest in­ten­sywna, a w po­wie­trzu unosi się za­pach soli i wil­goci. Niebo jest za­cią­gnięte war­stwą wy­soko skłę­bio­nych, pie­rza­stych chmur. Po­dobne wi­dzia­łem ostat­nio chyba w lu­tym.

Czeka na nas zbie­ra­nina po­jaz­dów róż­nych ma­rek i w róż­nym sta­nie tech­nicz­nym. Nasz bus, po­rdze­wiały mer­ce­des, ma za przed­nią szybą odra­paną ta­bliczkę z na­pi­sem „Lilla Es­sin­gen”. Kie­rowcą, za­pewne rów­nież wła­ści­cie­lem, jest Szwed o ciem­niej­szej kar­na­cji. Gdy wsia­damy, ob­raca się ospale na sie­dze­niu, mie­rząc każ­dego z nas wzro­kiem, po czym bez po­śpie­chu wrzuca bieg.

Ru­chy kie­rowcy w pierw­szej chwili wy­dają mi się prze­sad­nie zwol­nione, jakby po­wie­trze miało gę­stość ki­sielu. Po chwili przy­po­mi­nam so­bie, że każdy spo­tkany kra­jo­wiec jest je­dynką. De­mon­stra­cyjne ocią­ga­nie się może być także formą wy­ra­ża­nia po­gardy dla przy­spie­szo­nych przy­by­szów. Ma­rek wcze­śniej wy­ja­śnił mi, że wszy­scy miesz­kańcy Sztok­holmu, z ja­kimi się ze­tkniemy, mają za za­da­nie nas pil­no­wać. Jako nie­wierni, a do­dat­kowo jako „zmu­to­wane po­czwary”, sta­no­wimy za­gro­że­nie dla zdro­wego spo­łe­czeń­stwa re­pu­bliki is­lam­skiej.

Na­sza stan­cja pra­cow­ni­cza znaj­duje się w sta­rym blo­ko­wi­sku na jed­nej z wysp śród­mie­ścia. Wy­spa na­zywa się, jak wska­zuje ta­bliczka w bu­sie: Lilla Es­sin­gen. Ba­ner na wjeź­dzie wita wy­bla­kłym „Väl­kom­men”.

— Wi­taj w domu — od­zywa się z drwiną mój to­wa­rzysz.

Cia­sno po­bu­do­wane pię­trowce wy­glą­dają na za­pusz­czone i zde­wa­sto­wane. Ich odra­pane ele­wa­cje, ob­fi­cie upstrzone pstro­ka­tymi pla­mami graf­fiti, two­rzą po­nure wą­wozy. As­falt mię­dzy bu­dyn­kami jest spę­kany, pe­łen dziur, a traw­niki zdzi­czałe, po­ro­śnięte kę­pami do­rod­nych po­krzyw. Mi­jamy sto­jący na rogu czę­ściowo spa­lony, kil­ku­pię­trowy bu­dy­nek. Okna oraz wej­ścia do jego kla­tek scho­do­wych stra­szą czar­nymi, po­zba­wio­nymi sto­larki otwo­rami. Przez mgnie­nie w czerni po­go­rze­li­ska ma­ja­czy ja­kaś syl­wetka, ktoś zdaje się ob­ser­wo­wać nasz prze­jazd. Albo tylko tak mi się wy­daje, bo po chwili nie je­stem już tego pe­wien.

Od mo­mentu wjazdu na wy­spę to­wa­rzy­szą nam śmieci wa­la­jące się do­okoła, głów­nie fo­lie i pa­piery pod­ry­wane gwał­tow­nym po­dmu­chem prze­jeż­dża­ją­cych sa­mo­cho­dów. Wszystko wska­zuje na to, że służby ko­mu­nalne od­wie­dzają ten kwar­tał rzadko. Lub wcale.

Nasz blok stoi w sze­regu ta­kich sa­mych, wy­sma­ro­wa­nych spre­jami, ko­stek. Po­cie­sza­jące jest to, że przy­naj­mniej w jego oknach tkwią wszyst­kie szyby.

Po­kój na pię­trze, który mam dzie­lić z Mar­kiem, jest nie­wielki. Wy­po­sa­że­nie obej­muje je­dy­nie dwie jed­no­drzwiowe szafy sto­jące w na­roż­ni­kach przy wej­ściu oraz sto­lik i dwa łóżka usta­wione wez­gło­wiami w stronę okna. Me­ble są pro­ste, kla­sycz­nie ike­ow­skie, z licz­nymi prze­tar­ciami i za­dra­pa­niami, które świad­czą o ich wie­lo­let­nim użyt­ko­wa­niu. Za oknem, po­mię­dzy do­mami w ko­lej­nym rzę­dzie, po­ły­skują wody za­toki. Po­kój ma wła­sną, małą ła­zienkę.

— Lewe jest moje. Mo­żesz wy­brać z po­zo­sta­łych, he, he — uśmie­cha się Ma­rek, rzu­ca­jąc swój ple­cak na pod­łogę przy łóżku.

Nie przy­wio­złem zbyt wielu rze­czy, więc upy­cham je do szafy na jedną półkę. Nie mam po­my­słu, co da­lej ro­bić. Wi­dząc to, Ma­rek pod­po­wiada:

— Te­raz mamy tro­chę czasu. Za dwie go­dziny mo­żemy po­je­chać na drugą zmianę. Nie ma sensu cze­kać do ju­tra. Im wię­cej pra­cu­jesz, tym wię­cej za­ro­bisz — mówi i wy­ciąga przy­wie­ziony z domu pro­wiant. — Zjemy coś naj­pierw, a póź­niej do ro­boty. Je­dze­nie trzy­maj w po­koju, bo ze wspól­nych lo­dó­wek, nie wie­dzieć czemu, znika.

Czuję się nie­zręcz­nie, przyj­mu­jąc od niego paczkę z za­pa­ko­waną por­cją obia­dową. Nie po­my­śla­łem zu­peł­nie o tym, by za­brać z Czech żyw­ność.

— Ju­tro zro­bię za­kupy, to uzu­peł­nię ci za­pasy. Albo je­śli chcesz, to za­płacę.

Ma­rek ma­cha ręką.

— Jedz, na zdro­wie. Lida dała mi je­dze­nia i tak tylko na ty­dzień. Choć tu jest dro­żej, nie ma sensu wię­cej przy­wo­zić. Zresztą, wy­szedłby wtedy po­nadnor­ma­tywny ba­gaż. A kasa… sam wiesz…

Po­woli żuję mięso z paczki. Oczy­wi­ście, to kur­czak, przy­rzą­dzony dość ostro, na bry­kie­cie z ryżu. Po­dej­rze­wam, że na bar­dziej wy­szu­kane mięso nie było ich stać.

— Wiesz, co jest naj­gor­sze? Że sta­rasz się, za­pie­przasz, pod­krę­casz, a kasy ja­koś nie przy­bywa — żali się Ma­rek. Milk­nie na chwilę i pa­trzy w stronę okna. — Moja pen­sja i so­cjal po­zwa­lają ja­koś prze­żyć. Ale sam wi­dzia­łeś, ile nas jest. Dziadki do­stają tyle, co kot na­pła­kał. Stare je­dynki poza sys­te­mem. Li­duszka mo­głaby pra­co­wać, bo ma je­den dwa, ale przy trójce dzie­cia­ków sie­dzi w domu. Jak pod­nio­słem na trzy­dzie­ści pro­cent, my­śla­łem, że nam się po­prawi. A tu raty za szkie­let. Wtedy jesz­cze Jitki nie było, a Honza był ma­leńki.

— Też mnie za­sko­czyło, ile nam po­trą­cają.

— Po po­wro­cie spró­buję pod­krę­cić na pół­tora.

Pa­trzę na niego z nie­do­wie­rza­niem.

— Chcesz na maksa!?

— Za kraba już płacę, więc pod­wyżka bę­dzie od­czu­walna. — Ma­rek wzru­sza ra­mio­nami.

— Mniej niż pół pro­cent lu­dzi ma pół­tora! Nie każdy jest w sta­nie to osią­gnąć. Mo­żesz się prze­grzać.

— Wiem, ale mu­szę spró­bo­wać. Zresztą, cała po­li­cja i mun­du­rowi cią­gną na osiem­dzie­się­ciu.

— Za­po­mi­nasz, że ich eg­zosz­kie­lety mają wła­sną ak­ce­le­ra­cję. Służby mają bo­jowe wsz­czepy z więk­szą czę­sto­tli­wo­ścią im­pul­sów. Poza tym ich przy­spie­sze­nia są okre­sowe. Dwa, trzy mie­siące i spo­wal­niają ich do bez­piecz­nej pręd­ko­ści. O ro­boli nikt się tak nie trosz­czy.

— Wie­rzę, że mi się uda. Chcesz cia­sta?

***

Na bu­dowę przy­jeż­dżamy około dru­giej. Na­sza firma wznosi wie­żo­wiec w oto­cze­niu po­dob­nych, już ukoń­czo­nych i od­da­nych do użytku. Kon­struk­cja bu­dynku sięga kil­ku­dzie­się­ciu pię­ter, a umiej­sco­wie­nie dźwi­gów su­ge­ruje, że pla­no­wane jest mon­to­wa­nie ko­lej­nych kon­dy­gna­cji. Na ra­zie struk­tura nie ma jesz­cze ele­wa­cji, we­wnętrz­nych stro­pów ani ścian.

— Chodź, po­znasz bry­ga­dzi­stę, który nad­zo­ruje spa­wa­czy — mówi Ma­rek, pro­wa­dząc mnie do jed­nego z kon­te­ne­rów przy wjeź­dzie na bu­dowę. — Zo­sta­wię cię tam, a sam pójdę do swo­ich.

Maj­ster, ni­ski Czech o imie­niu Ja­ro­mir, wita mnie bez zbęd­nych ce­re­mo­nii. Ma na swoim biur­ko­wym ter­mi­nalu moje dane, a więc i in­for­ma­cję o do­piero co uzy­ska­nym pod­krę­ce­niu. Dłuż­sze prze­py­ty­wa­nie wo­bec tego jest zby­teczne. Ska­nuje moją bran­so­letę i pyta o do­świad­cze­nie z eg­zosz­kie­le­tem.

— Brak — od­po­wia­dam.

— Po­bierz kraba z ma­ga­zynu. Trzeci kon­te­ner na prawo. Masz pół go­dziny na za­po­zna­nie się ze szkie­le­tem. Spa­warka jest pod­łą­czona w gnieź­dzie. Daj, wgram plany i za­da­nia.

Wy­cią­gam rękę z ma­nelą w jego kie­runku, a on do­tyka jej koń­cówką szy­fro­wa­nego in­ter­fejsu sty­ko­wego. Na ekra­nie bran­so­lety po­ja­wiają się ikony pli­ków pro­jek­to­wych oraz har­mo­no­gramu mon­tażu. I to by było na tyle. Bry­ga­dzi­sta prze­staje się mną in­te­re­so­wać, ob­ra­cam się więc na pię­cie i ru­szam po sprzęt.

Za­kła­dam ste­laż ze­wnętrz­nego pan­ce­rza. Jest sztywny i nie­wy­godny, do­póki nie wpro­wa­dzam w swoją bran­so­letę kodu do urzą­dze­nia. Kom­pu­ter szkie­letu łą­czy się bez­prze­wo­dowo z moim im­plan­tem. Mo­men­tal­nie czuję, jak ręce i nogi stają się lżej­sze. Si­łow­niki „kraba” syn­chro­ni­zują się z ge­ne­ra­to­rem im­pul­sów wsz­cze­pio­nym w moje ciało. Wy­star­czy pod­nieść do­wolną koń­czynę, a eg­zosz­kie­let po­wta­rza ten ruch.

Oglą­dam spa­warkę. To stan­dar­dowy mo­del, wy­po­sa­żony w zbior­nik ży­wicy oraz po­daj­nik włó­kien kar­bo­no­wego la­mi­natu. Koń­cówka zgrze­wa­jąca alu­mi­nium jest czy­sta, co do­brze świad­czy o po­przed­niku, który ko­rzy­stał z tego ze­stawu.

Pół go­dziny prze­zna­czone na oswo­je­nie się z uprzężą wy­ko­rzy­stuję w pełni. Cho­dzę po placu i mar­kuję pre­cy­zyjne ru­chy rąk oraz trzy­ma­nych na­rzę­dzi. Od­pa­lam zgrze­warkę, a na­stęp­nie kle­jow­nicę i czuję, że za­czy­nam swo­bod­nie ope­ro­wać ca­łym ze­sta­wem.

Gdy czas tre­ningu mija, wjeż­dżam windą na szczyt bu­dynku. Zgod­nie z pla­nami oraz har­mo­no­gra­mem mam za­cząć od po­łu­dnio­wej strony rdze­nia. Tam po­winny być po­przeczne belki cze­ka­jące na po­łą­cze­nie. Na miej­scu uwija się już kilku mon­te­rów oraz trzech spa­wa­czy. Każdy z nas otrzy­mał inną, szcze­gó­łową część pro­jektu kon­struk­cyj­nego z wy­zna­czo­nymi łą­cze­niami do wy­ko­na­nia.

Lu­bię swoją pracę. To uczu­cie two­rze­nia rze­czy ma­te­rial­nych, po­trzeb­nych, a wręcz nie­zbęd­nych. Nie­za­leż­nie od tego, czy cho­dzi o łą­cze­nie więk­szych kon­struk­cji, czy o sta­wia­nie zbior­ni­ków ci­śnie­nio­wych, moje spawy będą la­tami słu­żyć in­nym. Daje mi to sa­tys­fak­cję i po­zwala, mimo kon­cen­tra­cji na za­da­niu, za­cho­wać we­wnętrzny spo­kój. W ta­kich chwi­lach nie my­ślę o ni­czym szcze­gól­nym i od­daję się ci­chej me­dy­ta­cji.

Dziś jed­nak od­czu­wam po­de­ner­wo­wa­nie, sto­jąc na wą­skiej, za­le­d­wie me­tro­wej sze­ro­ko­ści belce, za­mo­co­wa­nej na wy­so­ko­ści kil­ku­dzie­się­ciu pię­ter. Źró­dłem wzbu­rze­nia nie jest oto­cze­nie, bo w po­dob­nych wa­run­kach — oczy­wi­ście oprócz za­ło­żo­nego kraba — by­wa­łem czę­sto.

Czuję we­wnętrzny nie­po­kój, na­ra­sta­jące dy­go­ta­nie oraz roz­draż­nie­nie, które utrud­niają mi kon­cen­tra­cję na pracy. Moje my­śli cią­gle krążą wo­kół zda­rze­nia w sa­mo­lo­cie. Gdy sta­ram się je ode­gnać, wy­pchnąć z głowy, po­ja­wia się nie­spo­dzie­wa­nie scena po­że­gna­nia z April. Sły­szę jej słowa… Jed­no­cze­śnie mam wra­że­nie, że to nie wspo­mnie­nia są źró­dłem mo­jego zde­ner­wo­wa­nia. Jego pod­łoże musi być bar­dziej or­ga­niczne, umiej­sco­wione gdzieś w moim ciele.

Łą­czę po­dłuż­nicę, sta­pia­jąc jej alu­mi­niowy rdzeń ze słu­pem. Sta­ran­nie ukła­dam na wierz­chu spawu kar­bo­nową ple­cionkę. Mu­szę to ro­bić po­woli i pew­nie, miej­sce przy miej­scu, aby ba­da­nie kon­tro­lne nie wy­ka­zało ob­ni­żo­nej wy­trzy­ma­ło­ści szwu.

Wła­śnie za­le­wam spo­inę ży­wicą, szy­ku­jąc się do jej utwar­dze­nia, gdy prze­staję wi­dzieć. Na­gle, bez ostrze­że­nia.

Ogar­nia mnie ciem­ność, w któ­rej pul­sują nie­wy­raźne po­wi­doki tego, co za­re­je­stro­wały moje oczy przed chwilą. Od­ru­chowo od­su­wam spa­warkę od sie­bie. Za­mie­ram prze­ra­żony, wolną dło­nią in­stynk­tow­nie ma­cam lonżę, którą je­stem pod­łą­czony do pręta ase­ku­ra­cyj­nego nad swoją głową. Boję się po­ru­szyć, nie ufam już wła­snemu zmy­słowi rów­no­wagi. Uświa­da­miam so­bie, że dźwięki do­cie­ra­jące do mnie zmie­niły barwy na niż­sze i brzmią dłu­żej, niż po­winny. Znów przy­spie­szam…

Nie wiem, ile to trwa: stę­żały w bez­ru­chu, po­zba­wiony wzroku, cze­kam, aż mi przej­dzie. Mi­jają ko­lejne se­kundy. Cze­kam, bo po pierw­szym wstrzą­sie po­ja­wiła się we­wnętrzna pew­ność, że to chwi­lowe. Dzi­wię się, bo wcze­śniej­szy nie­po­kój oraz dy­go­ta­nie zni­kają. Z każ­dym od­de­chem, mimo kom­plet­nej ciem­no­ści, po­wraca spo­kój. Nic mnie nie boli, nic nie za­kłóca funk­cjo­no­wa­nia or­ga­ni­zmu. Od­dy­cham głę­boko, a każdy ko­lejny haust po­wie­trza roz­luź­nia na­pięte ciało co­raz bar­dziej. Po­ja­wia­jące się krót­kimi fa­lami lek­kie drże­nia mię­śni wy­dają się te­raz na­tu­ralne i ko­nieczne. Już nie boję się, że spadnę. Cze­kam.

Naj­pierw od­głosy oto­cze­nia wra­cają do wła­ści­wych re­je­strów, a chwilę póź­niej ciem­ność za­czyna się roz­wie­wać. Na­dal stoję przed po­dłuż­nicą, z unie­sioną w bok spa­warką. Chyba nikt z pra­cu­ją­cych w po­bliżu nie za­uwa­żył mo­jego za­wie­sze­nia. Moż­liwe, że trwało to zbyt krótko. Moje su­biek­tywne od­czu­cia nie są już żad­nym wy­znacz­ni­kiem czasu.

Do końca dnia nic wię­cej się nie dzieje. Czuję się świet­nie, je­stem pe­łen ener­gii i chęci do pracy. Je­dy­nie głód znów daje o so­bie znać, ale co­raz le­piej go igno­ruję.

Pra­cuję zgod­nie z har­mo­no­gra­mem, wy­ko­nu­jąc ko­lejne po­łą­cze­nia. Pier­wotny nie­po­kój już nie wraca. My­ślę tro­chę o tym, co się wy­da­rzyło — tu na bu­do­wie oraz wcze­śniej w sa­mo­lo­cie. Za­sta­na­wia mnie, że te zda­rze­nia już mnie nie prze­ra­żają. Jakby były na­tu­ralne, jakby przy­go­to­wy­wały mnie na coś.

Po zmia­nie, w dro­dze po­wrot­nej na kwa­tery, pra­cow­ni­czy bus za­trzy­muje się przy ca­ło­do­bo­wym skle­pie. Ku­puję spory za­pas go­to­wych por­cji śnia­da­nio­wych i obia­do­wych. Pa­kuję też całą torbę ba­to­nów, su­szo­nych owo­ców oraz pacz­ko­wa­nych cia­stek — na wszelki wy­pa­dek, gdyby znów do­padł mnie mały głód.

Ceny są fak­tycz­nie wyż­sze niż u nas, ale nie na tyle, by uza­sad­niać przy­wo­że­nie pro­wiantu z Czech. Ka­sowy ter­mi­nal, co mnie za­ska­kuje, roz­li­cza też trans­ak­cje w eu­ro­punk­tach z wy­ko­rzy­sta­niem bran­so­let. Spo­dzie­wa­łem się, że bę­dzie z tym pro­blem. W Is­lam­skiej Re­pu­blice Szwe­cji obo­wią­zuje ko­rona. Spe­cjal­nie do­wią­za­łem konto de­wi­zowe do ma­neli i wy­mie­ni­łem za­wczasu tro­chę euro. A te­raz pa­trzę zdzi­wiony, jak ko­le­dzy z bu­dowy płacą unijną wa­lutą.

To do­bry pro­gno­styk. Za­czy­nam wie­rzyć, że moja tura w Szwe­cji prze­bie­gnie szybko i bez pro­ble­mów.

Na kwa­te­rze rzu­cam za­kupy na sto­lik, in­for­mu­jąc Marka, że to do na­szej wspól­nej spi­żarni. Tro­chę się wzbra­nia, ale osta­tecz­nie przy­staje na moją ofertę. Jemy bez po­śpie­chu późną obia­do­ko­la­cję i do­gry­zamy sło­dy­czami. Zmę­cze­nie lo­tem, stre­sem oraz pracą daje o so­bie znać, więc pra­wie nie roz­ma­wiamy. Kilka ogól­ni­ko­wych zdań i tyle.

***

W nocy śpię nie­spo­koj­nie.

Bu­dzę się czę­sto. Wy­ry­wam się ze snu, zlany po­tem; przy na­stęp­nej po­budce drżę z zimna. Roz­go­rącz­ko­wany, naj­pierw zrzu­cam koc, w ma­li­gnie ścią­gam ko­szulkę, a za ja­kiś czas szu­kam jej i za­wi­jam się w cia­sny ko­kon, szczę­ka­jąc zę­bami. Po każ­dym wy­bu­dze­niu szybko za­pa­dam w ko­lejną ot­chłań ma­ja­ków. Sny są mę­czące, ob­le­pia­jące, in­ten­sywne. Jed­nak już chwilę po każ­dym prze­bu­dze­niu ich treść, ob­raz i fa­buła mi umy­kają. Po­zo­staje tylko pew­ność, że są złe.

Pa­mię­tam je­den… a może… A może to za­wsze ten sam sen…?

Je­stem za­mknięty w wo­rze. Wy­raź­nie wy­czu­wam pod pal­cami fak­turę juty. Jest cia­sno, ciemno i bar­dzo zimno. Ma­cam dłońmi na­około, nie­po­rad­nie szu­ka­jąc wyj­ścia. Szczę­kam gło­śno zę­bami, a moje na­gie ciało drży, wal­cząc z igłami mrozu. Gdy w końcu od­naj­duję drobną skazę w ścia­nie wora, roz­ry­wam go skost­nia­łymi rę­kami i prze­ci­skam się przez po­wstałą szcze­linę. Tylko że to już nie jest wo­rek, a coś ży­wego. Wór zmie­nił się w ko­kon utkany z pul­su­ją­cych żył, ró­żo­wych pa­sów ścię­gien po­kry­tych ście­ka­ją­cym ślu­zem. Nie jest już zimny: czuję fale nie­zno­śnego go­rąca, na­bie­ga­jące w rytm tętna ar­te­rii. Wy­śli­zguję się i spo­cony spa­dam na zie­mię. Ta, choć naj­pierw twarda i prze­su­szona, za­czyna szybko na­sią­kać ślu­zem z ko­konu. Ugina się pode mną. Go­rąca, go­tu­jąca się maź szybko wy­peł­nia po­wstałe za­głę­bie­nie, a ja pró­buję nie­zdar­nie wy­peł­znąć na brzeg. Bez­rad­nie śli­zgam się po ścian­kach leja. Zie­mi­sty dół z mla­śnię­ciem pęka wresz­cie od spodu i za­pa­dam się jak w ba­gnie. Znów robi się zimno i cia­sno. Ma­cam dłońmi na­około…

***

13 kwietnia, wtorek

Bu­dzę się spo­cony pół go­dziny przed bu­dzi­kiem. Czuję się roz­bity i wy­mę­czony, ale wiem, że już nie za­snę — mam dość tej nocy. Ma­rek śpi na wznak, prze­cią­gle po­chra­pu­jąc. Ci­cho wstaję, by nie obu­dzić ko­legi, i boso prze­cho­dzę do ła­zienki.

Staję pod let­nim stru­mie­niem prysz­nica, opie­ram dło­nie o ka­felki i po­woli spłu­kuję nocne ma­jaki. Je­stem zbyt otę­piały, żeby my­śleć o czym­kol­wiek. Tkwię tak chwilę, po­zwa­la­jąc, by dro­go­cenna ciecz mnie do­bu­dziła. Jej stru­mień, roz­rze­dzony per­la­to­rem, jest moc­niej­szy niż w moim pra­skim domu czy u matki. Nie ma też ogra­nicz­nika zu­ży­cia, mogę więc tak jesz­cze tro­chę po­stać.

Je­śli do­brze pa­mię­tam, po pro­kla­mo­wa­niu re­pu­bliki is­lam­skiej wszyst­kie pro­gramy oszczęd­no­ściowe w Szwe­cji za­wie­szono. A może to było póź­niej… Zresztą, ja­kie to ma te­raz zna­cze­nie. Jak przy­jem­nie…

Na kost­kach stóp czuję, że po­ziom wody w bro­dziku za­czyna się pod­no­sić. Schy­lam się do od­pływu i krzy­wiąc się z od­razy, wy­cią­gam z niego garść wło­sów. W pierw­szej chwili my­ślę z obrzy­dze­niem, że to po­zo­sta­ło­ści po wcze­śniej­szych ką­pie­lach lo­ka­to­rów. Kiedy jed­nak ko­lejne spły­wa­jące strugi niosą nowe ciemne ko­smyki, bły­ska­wicz­nie wy­ska­kuję spod na­try­sku.

Wy­cie­ram się po­spiesz­nie, zer­ka­jąc w lu­stro. Więk­szość dłuż­szych wło­sów znik­nęła. Nie by­łem prze­sad­nie owło­siony, ale też ni­gdy nie świe­ci­łem gołą klatą. Do dziś. Brzuch jest cał­ko­wi­cie nagi, a na pier­siach po­zo­stały smętne resztki. Przy gład­kich udach kępa na pod­brzu­szu wy­gląda co naj­mniej nie­przy­zwo­icie.

Pa­trzę lekko oszo­ło­miony: mam sze­ścio­pak na brzu­chu… Jesz­cze tro­chę przy­kryty tłusz­czem, ale tak mało, że wi­dzę za­rys smug ścię­gni­stych. Mało tego: na klatce, rę­kach oraz no­gach wszyst­kie mię­śnie są także wy­raź­nie zde­fi­nio­wane, po­kryte te­raz prze­wo­dami żył.

Za­wsze by­łem zbu­do­wany dość prze­cięt­nie. Szczu­pły, lecz nie chudy. Umię­śniony, lecz bez prze­sady. Praca fi­zyczna oraz spo­ra­dyczne upra­wia­nie róż­nych spor­tów ukształ­to­wały moje ciało. Jed­nak tkanka tłusz­czowa do­tąd przy­kry­wała mu­sku­la­turę i nie bu­dzi­łem wes­tchnień ko­biet na ba­se­nie. Te­raz tłuszcz na­gle znik­nął w kilka dni. Zu­peł­nie jak­bym mie­sią­cami tre­no­wał ja­kiś fit­ness.

Pró­buję zła­pać pal­cami fałd skóry na brzu­chu, ale mi się nie udaje. Na­pięta po­włoka przy­wiera do ciała i wy­śli­zguje się z chwytu.

Za drzwiami sły­szę sy­gnał po­budki z bran­so­lety. Po­spiesz­nie oczysz­czam od­pływ, za­kła­dam slipy i prze­po­coną ko­szulkę. Nie chcę, by współ­lo­ka­tor za­czął za­da­wać py­ta­nia, zwłasz­cza że sam nie znam na nie od­po­wie­dzi. Mu­szę to wszystko so­bie po­ukła­dać.

Przy śnia­da­niu je­stem nieco roz­ko­ja­rzony, co Ma­rek szybko za­uważa. Nie na­ci­ska na roz­mowę, chce tylko wie­dzieć, jak do­ga­duję się z chło­pa­kami na bu­do­wie. Od­po­wia­dam zgod­nie z prawdą, że nie było jesz­cze oka­zji do bliż­szych zna­jo­mo­ści. Da­lej jemy w mil­cze­niu. Po­chła­niam dwie por­cje śnia­da­niowe, a wciąż czuję głód. To­wa­rzy­szy mi on od kilku dni. Od mo­mentu zmiany mnoż­nika.

Pracę na bu­dynku za­czy­nam w miej­scu ostat­nio wy­ko­na­nego złą­cza. Har­mo­no­gram mon­tażu nie po­zo­sta­wia w tej kwe­stii miej­sca na do­wol­ność. Wy­ćwi­czone przez lata ru­chy, ła­godne brzę­cze­nie spa­warki do alu­mi­nium i za­pach wy­le­wa­nej na kar­bon ży­wicy po­zwa­lają mi się uspo­koić na tyle, by my­śli ode­rwały się od cią­głego ana­li­zo­wa­nia mo­jej me­ta­mor­fozy. Wą­ska belka na wy­so­ko­ści kil­ku­dzie­się­ciu pię­ter to nie miej­sce na roz­trzą­sa­nie ży­cio­wych dy­le­ma­tów. Z wolna pod­daję się me­dy­ta­cji.

— Hej, bra­chu! — sły­szę wo­ła­nie z dołu.

Kon­dy­gna­cję ni­żej Ma­rek prze­ciąga in­sta­la­cje do naj­bliż­szego złą­cza wie­lo­me­dial­nego. Bę­ben z ta­śmami prze­wo­dów przy­cze­pił so­bie do kraba. Ma­cha do mnie ręką.

— Jak tam?

— Robi się! — od­ma­chuję.

Pa­trzę chwilę, jak spraw­nie prze­miesz­cza się po kon­struk­cji, przy­kle­ja­jąc ka­ble i rurki do ka­na­łów w bel­kach. Nie­ustan­nie zmie­nia miej­sce; roz­ciąga wie­lo­ta­śmę, zmaga się z jej sprę­ży­sto­ścią i jed­no­cze­śnie ope­ruje kle­jarką. Po­ru­sza się w eg­zosz­kie­le­cie cał­kiem na­tu­ral­nie. Au­to­ma­tycz­nie prze­pina lonże mię­dzy sek­cjami pręta ase­ku­ra­cyj­nego, nie prze­ry­wa­jąc wy­bie­ra­nia in­sta­la­cji z bębna. Do­sko­nale wiem, że to mi­strzo­stwo osią­gnął dzięki spe­cy­fice za­wodu: in­sta­la­to­rzy są w cią­głym ru­chu, za­trzy­mują się je­dy­nie w mo­men­cie wpi­na­nia ta­śmy w gniazda.

W mo­jej spe­cja­li­za­cji więk­szość czasu spę­dza się w jed­nym miej­scu, na ko­lej­nych łą­cze­niach, sta­ran­nie na­kła­da­jąc war­stwy w usta­lo­nej ko­lej­no­ści: spaw na car­bo­nal­loyu, spraw­dze­nie spawu, siatka i zbro­je­nie kar­bo­nowe, kon­trola na­prę­żeń, a na końcu za­lewka z ży­wicy i jej utwar­dze­nie. Ro­bota wol­niej­sza niż Marka, ale lu­bię ją. Nie są­dzę, żeby coś się mo­gło wy­da­rzyć…

…chyba że po­peł­nię głupi błąd, który znisz­czy mój świat.

Za­biła mnie ru­tyna. Po­wi­nie­nem być za­bez­pie­czony dwiema lin­kami lonży ase­ku­ra­cyj­nej. Od­twa­rza­jąc póź­niej to zda­rze­nie w my­ślach, do­sze­dłem do wnio­sku, że to brak oby­cia z kra­bem do­pro­wa­dził do wy­padku.

Prze­miesz­cza­jąc się po kon­struk­cjach na wy­so­ko­ściach, naj­pierw na­leży wy­piąć je­den ka­ra­biń­czyk, wpiąć go w nowe miej­sce, a po­tem zro­bić to samo z dru­gim. Jed­nak w prak­tyce rzadko kto na bu­do­wie tak po­stę­puje. Szkoda czasu. Jedną linkę mamy za­cze­pioną na stałe za pa­skiem przy spodniach i uży­wamy tylko dru­giej, prze­kła­da­jąc ją. Bo prze­cież co może się stać?

W na­roż­niku struk­tury prze­cho­dzę więc z jed­nej belki na drugą, a wy­pięty ka­ra­bi­nek trzy­mam w dłoni. Krok jest za krótki. Bra­kuje może pię­ciu cen­ty­me­trów do sta­bil­nego pod­par­cia. Czuję, że lekki opór eg­zosz­kie­letu skraca mój ruch. To wy­star­cza: ści­skana w pra­wej ręce spa­warka prze­waża, lewa ręka wy­strze­li­wuje w bok, pró­bu­jąc za­trza­snąć trzy­many za­czep. Ale nie ma już o co.

SPA­DAM. Je­stem przez se­kundę zdzi­wiony. Póź­niej ude­rzają falą ka­te­cho­la­miny.

Prze­la­tuję koło Marka, który otwiera usta w krzyku. Nie sły­szę go. Bo sam wrzesz­czę.

SPA­DAM, ze stra­chu za­tyka mnie te­raz; to se­kunda ci­szy.

Jak te pię­tra szybko ucie­kają!…

Wi­dzę blade plamy twa­rzy na mi­ja­nych kon­dy­gna­cjach.

Pa­trzę w za­pła­kane oczy April: „Nie bę­dziesz na mo­ich uro­dzi­nach”.

Ob­razy: ostat­nie dni; pod­krę­ce­nie, rzy­ga­nie po nim, obiad u matki…

Prze­kli­nam wul­gar­nie, wy­pusz­czam spa­warkę, roz­kła­dam ra­miona.

„Boję się, że cię już nie zo­ba­czę”.

SPA­DAM, znów wrzesz­czę.

Ależ głu­pia to bę­dzie śmierć!

Ob­razy: pra­skie lot­ni­sko, wa­ka­cje w gó­rach z matką. Mała April pod­rzuca su­che li­ście w parku.

Wrzesz­czę. Już mnie boli gar­dło. Ką­tem oka do­strze­gam po­wie­wa­jący, bez­u­ży­teczny ab­sor­ber lonży.

Ile mogę spa­dać?

Już nie krzy­czę, pa­trzę, jak spa­warka szy­buje z boku, okręca się po­woli w ta­necz­nym pi­ru­ecie…

Nie wie­rzę: to za­raz? Oczy łza­wią. Prze­kli­nam.

Twarz po­chy­lona nad mym łó­żecz­kiem. „Ko­cham cię”. Matka po­pra­wia mi ma­leń­kie skar­petki sko­pane przy fi­ka­niu.

Nie mogę prze­cież tego pa­mię­tać… Tak krótko by­łaś ze mną… Mamo…

Ob­raz: Mat­ter­horn z ogni­stym czub­kiem.

SPA­DAM, spa­dam… i strasz­nie się to cią­gnie. Już nie na­cho­dzą mnie ob­razy. Wiem, co się dzieje. Lecę. Ko­lejne pię­tra wolno od­pły­wają do góry. Jak w win­dzie. Nie… Co­raz wol­niej. Wkrótce nie będę już krzy­czeć. Roz­chla­pany wo­rek mięsa i ko­ści nie krzy­czy. Ob­ra­cam się twa­rzą na spo­tka­nie śmierci. Zo­stały ze dwa pię­tra.

W jed­nej chwili po­ja­wiają się ol­brzy­mie po­ma­rań­czowe pa­rówki po­du­szek po­wietrz­nych, ota­cza­jące mnie zni­kąd, re­je­struję szorstką fak­turę be­tonu… już na wy­cią­gnię­cie ręki…

Ciem­ność, ci­sza.

Rozdział 4

14 kwietnia, środa

Star­szy, nie­wy­soki męż­czy­zna o znacz­nej nad­wa­dze wpa­truje się w ekran swo­jego ter­mi­nala. Sie­dzi w skó­rza­nym fo­telu za ma­syw­nym ma­ho­nio­wym biur­kiem, pod­czas lek­tury bez­wied­nie ba­wiąc się dłu­go­pi­sem. Nosi białą ko­szulę, prze­po­coną pod pa­chami; zdobi ją nie­bie­ski kra­wat za­cią­gnięty pod samą szyję. Biurko i fo­tel har­mo­ni­zują sty­lem z resztą wy­po­sa­że­nia ga­bi­netu: gru­bym dy­wa­nem oraz re­ga­łem na całą ścianę z po­ciem­nia­łego ze sta­ro­ści drewna te­ko­wego. Półki są szczel­nie wy­peł­nione cięż­kimi to­mami, w więk­szo­ści ob­ło­żo­nymi skórą. Ca­łość ema­nuje klu­bową ele­gan­cją i po­czu­ciem wła­dzy. Wio­senne słońce wpada przez okno, od­bi­ja­jąc się w zło­co­nych grzbie­tach ksią­żek. Jest cie­pło, za­równo na ze­wnątrz, jak i w po­miesz­cze­niu.

Do ga­bi­netu, po jed­no­krot­nym puk­nię­ciu w drzwi, wcho­dzi ener­gicz­nie młod­szy męż­czy­zna. Bru­net o spor­to­wej syl­wetce zdra­dza­ją­cej woj­skowy sznyt. Jego ru­chy są szyb­kie, lecz jed­no­cze­śnie pełne mięk­ko­ści, nie­mal ko­cie. Staje metr przed biur­kiem, nie roz­gląda się: wie, że krze­sła, na któ­rym mógłby usiąść, tu nie znaj­dzie.

— Tak, Ka­ra­nian? — pyta star­szy męż­czy­zna, od­kła­da­jąc dłu­go­pis, ale wciąż wpa­tru­jąc się w ekran.

— Sys­tem wy­krył po­ten­cjal­nego Suba. Do­brze ro­kuje.

— A kon­kret­niej, ma­jo­rze. — W gło­sie sie­dzą­cego po­ja­wia się za­in­te­re­so­wa­nie.

— Wy­pa­dek na bu­do­wie kon­trak­to­wej. Obiekt już ścią­gnięty. Obec­nie prze­bywa w szpi­talu Na Ho­molce, gdzie prze­pro­wa­dzimy pełną dia­gno­stykę. Osob­nik pra­wie nie po­biera sty­mu­lan­tów. Śla­dowe ilo­ści ty­rok­syny, no­re­pi­ne­fryny i do­pa­miny. Reszty nie bie­rze.

— Ste­row­nik sprawny? — Męż­czy­zna w końcu spo­gląda na Ka­ra­niana.

Zna go już od dwóch lat i prze­ko­nał się wie­lo­krot­nie, że in­for­ma­cje prze­ka­zy­wane przez pod­wład­nego są za­wsze zwię­złe i kon­kretne. Do­kład­nie ta­kie, jak lubi.

— Tak, prze­pro­wa­dzi­li­śmy zdalny au­to­test i spraw­dzi­li­śmy po­łą­cze­nie z sys­te­mem. Nie wy­kryto nie­pra­wi­dło­wo­ści. Ostat­nio pod­wyż­szył się o dzie­sięć punk­tów, ale wciąż jest nie­sta­bilny. Ro­bimy pełną dia­gno­stykę w szpi­talu. Gdy po­twier­dzi się, że może być Subem, przej­miemy go.

— Do­brze, mo­ni­to­ruj­cie go. Co z ro­dziną? Ma ja­kąś?

— Sio­stra i matka. Nic cie­ka­wego, obie oscy­lują przy na­tu­ral­nej je­dynce. Oj­ciec: brak da­nych.

— Wy­ja­śnij brak da­nych o ojcu. I prze­rób­cie do­kład­nie ge­no­typy ca­łej trójki.


***

15 kwietnia, czwartek

Świa­tło.

Ostre, wci­ska­jące się w szparę pod po­wie­kami. Czuję cie­pło na twa­rzy. Otwie­ram oczy, by za­raz je po­now­nie zmru­żyć. Wi­dzę okno od­da­lone od mo­jego łóżka o naj­wy­żej metr. Pro­mie­nie sło­neczne przy­pie­kają mnie przez szyby.

Leżę na ple­cach, chło­nąc przez chwilę to cie­pło. Pró­buję przy­po­mnieć so­bie, gdzie mogę być. Czuję się ro­ze­spany i otę­piały, więc mój umysł chwi­lowo nie pod­suwa od­po­wie­dzi. Usi­łuję po­ru­szyć głową, ale nie mogę. Ani nią, le­żącą cał­kiem pła­sko, ani tu­ło­wiem. Ręce i nogi mam wolne, choć lewe przed­ra­mię jest zdrę­twiałe i cięż­kie. Z tru­dem je pod­no­szę: tkwi w tu­bie usztyw­nie­nia z la­mi­natu, od łok­cia do dłoni. Tuba przy­krywa także bran­so­letę. Ze­zu­jąc na bok, do­strze­gam inne łóżko. Chyba ktoś na nim leży.

— Hej… — mó­wię, choć wy­cho­dzi z tego słabe „eej”.

— Obu­dził się! — sły­szę mę­ski star­czy głos, a po chwili sze­lest po­ścieli i kla­pa­nie od­da­la­ją­cych się kro­ków. Głos mówi po cze­sku.

Mrużę oczy, wpa­tru­jąc się w su­fit i w kratki le­do­wej lampy. Dla­czego nie mogę się ru­szyć? Za­czyna do mnie do­cie­rać, że w ca­łym ciele palą mnie ogni­ska tę­pego bólu.

— Dzień do­bry, pa­nie Kel­ler — mówi po­stać, która wcho­dzi w moje pole wi­dze­nia. — Jest pan w pra­skim szpi­talu. Miał pan wy­pa­dek.

Le­karka, chyba w śred­nim wieku, staje tuż przy mo­jej gło­wie i jedną dło­nią stuka w ekra­nik na wez­gło­wiu łóżka. Z mo­jej po­zio­mej per­spek­tywy wi­dzę głów­nie jej roz­pięty ki­tel, piersi, a nad nimi pod­bró­dek i dziurki nosa.

Te­raz przy­po­mi­nam so­bie: kon­trakt, bu­dowę, prze­ra­ża­jący lot. I upa­dek. A nie, tego ostat­niego aku­rat nie pa­mię­tam. Prze­ży­łem to…

— …dzie je­stem? — Mó­wie­nie przy­cho­dzi mi z tru­dem. Czuję wa­łek opu­chli­zny w gar­dle i dra­pa­nie na wy­schnię­tym pod­nie­bie­niu.

— Mó­wi­łam: w szpi­talu — od­po­wiada, da­lej stu­ka­jąc w di­splej. Po chwili do­daje: — Na Ho­molce.

To bar­dzo do­bra wia­do­mość. Z domu matki na Ho­molkę jest nie­da­leko. Dziew­czyny będą mo­gły mnie od­wie­dzić. Może jesz­cze dziś.

— Jak bar­dzo mnie…? To zna­czy, co mi jest?

Le­karka spo­gląda w dół na mnie. Da­lej wi­dzę głów­nie jej piersi, ale te­raz nad nimi, w miej­sce pod­bródka, po­ja­wiają się oczy i ciemna grzywka.

— Ma pan ob­ra­że­nia we­wnętrzne. Jest pan w gor­se­cie.

— A… coś wię­cej? Jak w ogóle zna­la­złem się w Pra­dze?

— In­for­ma­cji udzieli panu le­karz pro­wa­dzący. Ja nie opie­kuję się pa­nem, pa­nie Kel­ler — mówi z wy­raźną iry­ta­cją. — Przy­le­ciał pan lo­tem spe­cjal­nym.

Wi­dząc moją zdzi­wioną minę, do­daje:

— Mo­dy­fi­ko­wa­nych nie le­czą za gra­nicą. Za dużo zgo­nów.

— Czy mogę po­łą­czyć się… khe khe… — od­chrzą­kam, bo gar­dło wciąż jest prze­su­szone — …z kimś z ro­dziny?

Pod­no­szę odro­binę lewe przed­ra­mię, by przy­po­mnieć jej, że ko­mu­ni­ka­cja z bran­so­lety jest w tej chwili nie­moż­liwa.

— O tym za­de­cy­duje le­karz pro­wa­dzący — od­po­wiada oschle i znika, nim zdążę za­pro­te­sto­wać.

O co cho­dzi? Prze­cież mam prawo po­wia­do­mić ro­dzinę. Je­stem o tym prze­ko­nany, tak samo jak o tym, że mu­szą udzie­lić mi in­for­ma­cji na te­mat mo­jego stanu.

Pró­buję się pod­nieść, ale tu­łów jest ciężki i unie­ru­cho­miony aż do pasa. Mogę jed­nak na­pi­nać i roz­luź­niać mię­śnie. Boli chwi­lami jak dia­bli, ale nic nie wska­zuje na to, że­bym utra­cił kon­trolę nad cia­łem. Nie je­stem spa­ra­li­żo­wany. Te­stu­jąc swoje ogra­ni­cze­nia, wy­czu­wam pod brodą obrzeże gor­setu. Do­ty­kam go prawą dło­nią i prze­su­wam pal­cami wzdłuż rantu. Prze­cho­dzi za uszami i za­sła­nia po­ty­licę. Zjeż­dżam ręką pod koc, by po­szu­kać dol­nej kra­wę­dzi usztyw­nie­nia. Po­śladki nie są za­kryte, więc moż­liwe bę­dzie przy­ję­cie po­zy­cji sie­dzą­cej, o ile uda mi się do niej po­dźwi­gnąć. Sko­rupa, choć długa, nie przy­krywa też ukry­tego w majt­kach członka. Do­ty­kam koń­cówki pe­nisa. Co za ulga — nie mam cew­nika. Czy wy­ko­nali mi ja­kieś ope­ra­cje? Na­bie­ram prze­ko­na­nia, że nie.

— Jaki mamy dziś dzień? — rzu­cam w prze­strzeń. Mój głos brzmi już moc­niej.

Nic. Ci­sza. Po chwili sły­szę sze­lest po­ścieli i czła­pa­nie. Na gra­nicy mo­jego wzroku po­ja­wia się siwa głowa.

— Czwar­tek — mówi głowa bar­dzo po­woli. To ten sam sta­ru­szek, który po­szedł po­wia­do­mić dy­żurkę. Nie­wąt­pli­wie je­dynka, bez mo­dy­fi­ka­cji.

— Ale któ­rego?! — py­tam tro­chę za gło­śno, z wy­raź­nym znie­cier­pli­wie­niem. Zbyt za­uwa­żal­nym.

— Pięt­na­stego — od­bur­kuje i ura­żony moim to­nem, znika z wi­doku. Gdy szura w dro­dze na swoje łóżko, robi mi się głu­pio. Jed­nak nie wi­dzę go już i nie de­cy­duję się prze­pra­szać.

Cią­gle leżę; ga­pię się w su­fit, roz­my­śla­jąc o mo­jej sy­tu­acji. Ukła­dam cztery punkty do roz­wa­żań.

Po pierw­sze, prze­ży­łem. Ale jak? Mu­siały za­dzia­łać po­duszki eg­zosz­kie­letu. Przy upadku z dwóch, trzech pię­ter są dość sku­teczne, ale aż z tylu? Fuks. Na ra­zie to wy­tłu­ma­cze­nie przyj­muję za do­pusz­czalne.

Po dru­gie, zgu­bi­łem gdzieś po dro­dze środę. Nie ma w tej kon­sta­ta­cji ni­czego od­kryw­czego: mu­sia­łem być nie­przy­tomny. Po pro­stu wcięło mi je­den dzień. Do­sta­łem ane­ste­tyk czy stra­ci­łem przy­tom­ność na dwa dni? Brak po­szlak, więc na ra­zie po­zo­sta­wiam to bez dal­szych spe­ku­la­cji.

Po trze­cie, po­bieżna ana­liza do­le­gli­wo­ści, ja­kie od­czu­wam, nie wska­zuje na cięż­kie ob­ra­że­nia. Mimo spo­rego dys­kom­fortu i ognisk bólu ulo­ko­wa­nych głów­nie w ra­mio­nach oraz no­gach czuję się za­ska­ku­jąco do­brze. Chyba że w mo­ich ży­łach krąży nie­praw­do­po­dobny miks środ­ków prze­ciw­bó­lo­wych znie­czu­la­ją­cych je­dy­nie or­gany we­wnętrzne. Jed­nak gdyby było na­prawdę źle, po­winni trzy­mać mnie w sta­nie śpiączki far­ma­ko­lo­gicz­nej. Pew­nie cew­nik też by za­ło­żyli. Wy­gląda to le­piej, niż po­wie­działa le­karka. Tylko dla­czego, do cho­lery, skła­mała i dla­czego je­stem unie­ru­cho­miony jak spa­ko­wana próż­niowo por­cja pie­czeni? Tu rów­nież bra­kuje mi punktu za­cze­pie­nia. No i masz! Le­dwo po­my­śla­łem o szczel­nie za­la­mi­no­wa­nym mię­sie, na­gle za­częła mnie swę­dzieć skóra pod gor­se­tem.

Po czwarte i ostat­nie, znaj­duję się za­le­d­wie trzy ki­lo­me­try od naj­bliż­szych mi osób, a nie mogę ich po­wia­do­mić. Zu­peł­nie nie wiem, co o tym my­śleć. Mam na­dzieję, że le­karz pro­wa­dzący wy­ja­śni mi kilka wąt­pli­wo­ści, a em­bargo na in­for­ma­cje jest po pro­stu nie­po­ro­zu­mie­niem.

Skóra pali mnie co­raz moc­niej. Pró­buję zna­leźć szpary w pły­tach gor­setu, ale nic ta­kiego nie wy­czu­wam. Za to od­kry­wam za­mon­to­waną pod lewą pier­sią apa­ra­turę — coś w ro­dzaju wy­pu­kłego ter­mi­nala z gniaz­dami por­tów. Z jego boku wy­cho­dzą wiązki ka­blowe lub rurki opa­da­jące za łóżko. Cóż, sam się nie po­dra­pię. Dziel­nie wy­trzy­muję jesz­cze kilka mi­nut.

— Sio­stro! — krzy­czę wresz­cie.

Miało wy­brzmieć gło­śno, ale wy­cho­dzi mar­nie. Na szczę­ście sta­ru­szek z są­sied­niego łóżka uru­cha­mia we­zwa­nie.

Tym ra­zem kroki są inne — ener­giczne i szyb­kie.

— Co się dzieje, pa­nie Su­dek?

— To ten nowy, spod okna. — Na­dal ma w gło­sie pre­ten­sję. Mu­szę go udo­bru­chać.

— Jak tam, sło­neczko? Je­stem Weda. Mów mi po imie­niu — mówi we­soło pie­lę­gniarka, a jej głos jest przy­jemny i lekko no­sowy. Gdy po­chyla się nade mną, wi­dzę jej nie­wy­mu­szony uśmiech i po­godne oczy.

— Swę­dzi mnie skóra… Chciał­bym też skon­tak­to­wać się z kimś.

— A może być tak za dwa­dzie­ścia mi­nut? Za­raz bę­dzie obiad. Po nim… — spo­gląda na wy­świe­tlacz nad moją głową — …Ja­nie, po­ra­dzimy coś na ten świąd. Wtedy też się po­łą­czymy, do­brze? — mówi i uważ­nie lu­struje resztę nie­wi­docz­nego dla mnie ciała.

Kiw­nął­bym głową, gdy­bym mógł. Od Wedy bije tyle na­tu­ral­nego cie­pła. Re­flek­tuję się, że może mieć pil­niej­sze za­ję­cia niż dra­pa­nie pa­cjen­tów. Roz­mowa z dziew­czy­nami też może chwilę po­cze­kać, skoro po­ja­wia się szansa na wy­cią­gnię­cie in­for­ma­cji.

— Dam radę. Ale pro­szę, pa­mię­taj o mnie.

— Oczy­wi­ście, bądź spo­kojny, słonko.

Aby wy­peł­nić czas ocze­ki­wa­nia i ode­rwać my­śli od swę­dzą­cego pro­blemu, za­czy­nam li­czyć diody LED na su­fi­cie. Mógł­bym po­mno­żyć liczbę punk­tów w jed­nej lam­pie przez liczbę lamp, ale to by­łoby zbyt pro­ste. Nie o to cho­dzi. Prze­kra­czam sto, gdy sły­szę kroki kilku osób.

— Pa­nie Su­dek, prze­no­simy pana do in­nej sali. — To głos le­karki, którą już po­zna­łem.

— Pani dok­tor, ale dla­czego? Ty­dzień już tu leżę. — Sta­ru­szek na­gle do­znaje olśnie­nia i pod­nosi głos. — To przez no­wego, tak?! To skan­dal! — wy­krzy­kuje.

— Pro­szę się uspo­koić, pa­nie Su­dek. Po­zna pan no­wych ko­le­gów…

— Ale ja nie chcę! A ten to kto?! Pew­nie re­sor­towy! Pół­to­rak! Albo go­rzej!!!

Nie­wiele do­strze­gam, ze­zu­jąc w bok. Przy­była grupa spraw­nie zwija mo­jego, by­łego już, współ­lo­ka­tora i przy wtó­rze jego gło­śnych pro­te­stów wy­pro­wa­dza z sali. Jego łóżko wy­jeż­dża za nim.

Za­my­kają drzwi, tłu­miąc od­głosy z ko­ry­ta­rza. Zo­staję sam.

To tak nie­spo­dzie­wane i da­jące do my­śle­nia wy­da­rze­nie, że na­stę­puje ilu­mi­na­cja. Za­po­mi­nam o świą­dzie. Otwiera mi się klapka w mó­zgu i na­gle ro­zu­miem, że mu­szę zmie­nić moją li­stę roz­wa­żań. Punkt czwarty o nie­moż­no­ści kon­taktu uzu­peł­niam in­for­ma­cją o izo­la­cji. Naj­waż­niej­sze jed­nak jest do­da­nie punktu ze­ro­wego: tych na­głych za­bu­rzeń świa­do­mo­ści, po­łą­czo­nych z su­biek­tyw­nym wra­że­niem gwał­tow­nego przy­spie­sze­nia, pro­ces ad­ap­ta­cji oraz za­uwa­żone przeze mnie zmiany w or­ga­ni­zmie. Nowo do­dany punkt zero wy­daje się wła­śnie tą zmienną, która prze­war­to­ścio­wuje całą moją re­flek­sję.

Po­zo­staje tylko zwe­ry­fi­ko­wać moje prze­my­śle­nia przy naj­bliż­szej oka­zji. Zdaję so­bie sprawę, że bez po­mocy sta­ruszka mogę tylko cze­kać. Nie wiem, gdzie znaj­duje się przy­cisk wzy­wa­jący per­so­nel od­działu. Ko­niecz­nie mu­szę o to za­py­tać, gdy zja­wią się z obia­dem.

Czas dłuży się nie­mi­ło­sier­nie.

***

Weda przy­nosi na obiad wo­re­czek zmik­so­wa­nej papki, którą mam sa­mo­dziel­nie wcią­gać przez giętką rurkę z ust­ni­kiem. Pod­nosi po­łowę mo­jego ma­te­raca, dzięki czemu tu­łów i głowa nie leżą już po­ziomo. Pod ko­la­nami two­rzy się po­przeczny wa­łek, unie­moż­li­wia­jący ze­śli­zgnię­cie się.

Pie­lę­gniarka po­daje mi koń­cówkę wę­żyka do wol­nej ręki.

— Szejk dla cie­bie, słonko. Pro­szę się de­lek­to­wać — uśmie­cha się i mruga okiem. — Jak skóra? Te­raz mogę się jej do­kład­niej przyj­rzeć.

Weda nie za­chwyca urodą, ale też nie jest brzydka. Ma prze­ciętną twarz ko­biety w śred­nim wieku. Zmarszczki mi­miczne wo­kół błę­kit­nych oczu su­ge­rują żywe i we­sołe uspo­so­bie­nie.

— Jest le­piej. Chwi­lowo da się wy­trzy­mać — mó­wię, sta­ra­jąc się uśmiech­nąć ser­decz­nie. — Czy na­prawdę wy­ma­gam peł­nego unie­ru­cho­mie­nia?

— Nie wiem, Ja­nie. Je­stem tylko pie­lę­gniarką.

— Pro­szę o ja­ką­kol­wiek in­for­ma­cję. Le­karka mnie zbyła.

— No tak, Fa­stová nie na­leży do zbyt wy­lew­nych. Do­dat­kowo jest zła, bo do­stała na swoją salę cie­bie, czyli pa­cjenta od ob­cego le­ka­rza.

— A kto jest moim le­ka­rzem?

Za­sta­na­wia się chwilę. Spo­gląda w stronę drzwi, jakby chciała upew­nić się, że są za­mknięte. Ści­sza głos.

— Nie znam. To ktoś spoza szpi­tala.

No pro­szę. Ta wia­do­mość pa­suje ide­al­nie do kie­runku mo­ich roz­wa­żań.

— Jak to? Czę­sto coś ta­kiego się zda­rza?

— Wła­śnie nie. Ja­nie, kiedy przy­wieźli cię śmi­głow­cem, mia­łeś le­żeć na sali sze­ścio­oso­bo­wej, ale or­dy­na­tor ka­zał prze­nieść cię do dwójki, do Fa­sto­vej. U nas nie ma je­dy­nek.

— Te­raz są — mru­czę. — Wiesz, ja­kie mam urazy?

— Na­prawdę nie wiem. Masz na stałe pod­łą­czony ska­ner dia­gno­styczny. — Puka pal­cem w wy­świe­tlacz na mo­jej piersi. — Kiedy by­łeś nie­przy­tomny, zro­bili ci pełną dia­gno­stykę: ba­da­nia la­bo­ra­to­ryjne, pod­sta­wowe DNA, CT, RF+G oraz MRI. Wy­niki jesz­cze nie do­tarły na od­dział.

De­ner­wuję się. Ści­skam ner­wowo pal­cami koń­cówkę ust­nika, przez co na dłoń ciek­nie odro­bina papki. Nie chcę spło­szyć Wedy, za­nim nie po­łą­czy mnie z matką. Mimo to po­sta­na­wiam za­ry­zy­ko­wać.

— Ja­kie in­for­ma­cje mo­żesz mi po­dać?

— Po­win­nam już iść, a ty zjeść obiad.

— Pro­szę, co­kol­wiek, Wedo. — Wkła­dam w tę prośbę cały mój urok le­żą­cej mu­mii.

Wy­cho­dzi to bar­dziej ża­ło­śnie, niż bym chciał, ale mimo wszystko od­nosi sku­tek.

Ko­bieta wzdy­cha i przy­siada na kra­wę­dzi po­sła­nia. Wy­szu­kuje in­for­ma­cje w pa­nelu na wez­gło­wiu łóżka. Gdy tak po­ru­sza ręką nad moją głową, czuję de­li­katny kwia­towy za­pach. Nie­na­chalny, ide­al­nie do niej pa­su­jący.

Cze­kam cier­pli­wie, wpa­tru­jąc się w jej pół­pro­fil po­nad ra­mie­niem prze­szu­ku­ją­cym dane. Nie jest wcale taka zwy­czajna, jak wy­da­wało mi się chwilę temu.

— Hmm… — mru­czy pod no­sem, wy­raź­nie za­in­try­go­wana. Po kil­ku­na­stu se­kun­dach koń­czy i spo­gląda na mnie ba­daw­czo.

— Je­steś dużo młod­szy, niż my­śla­łam. Wcze­śniej tego nie spraw­dzi­łam.

Nie ta­kich in­for­ma­cji ocze­kuję. Uśmie­cham się głup­ko­wato.

— A na ile wy­glą­dam?

— Czter­dzie­ści, może ze dwa wię­cej — od­po­wiada cał­kiem po­waż­nie.

Mu­szę te­raz wy­glą­dać na zdu­mio­nego, co z ko­lei za­ska­kuje ją. Ale to nie jest jesz­cze ta wia­do­mość, która ma mnie za­cie­ka­wić.

— Spraw­dza­łeś swoją wagę? Ile wa­ży­łeś ostat­nio?

— Coś pod dzie­więć­dzie­siąt pięć kilo. Nie pa­mię­tam do­kład­nie. A co?

— No wła­śnie. Też bym tyle ci dała, może z pięć mniej. Przy two­jej bu­do­wie ciała, mię­śniach oraz wzro­ście tak mniej wię­cej wy­cho­dzi, ale we­dług me­tryki pa­cjenta wa­żysz sie­dem­dzie­siąt dwa ki­lo­gramy… — za­wie­sza głos.

Ta in­for­ma­cja prze­kra­cza gra­nice mo­jego poj­mo­wa­nia. To prze­cież ab­sur­dalne i nie­wy­tłu­ma­czalne. Moja mu­sku­la­tura jest taka jak daw­niej, może tro­chę le­piej wy­rzeź­biona, wy­raź­niej­sza, jed­nak masa oraz gę­stość są ta­kie same jak za­wsze. Nie za­uwa­ży­łem, abym tyle schudł, i to w kilka dni. No, tro­chę zgu­bi­łem tkanki tłusz­czo­wej oraz wło­sów, ale po­nad dwa­dzie­ścia kilo?!

— Czy te dane są pewne? Może wy­stą­pił ja­kiś błąd?

— To za­pis z przy­ję­cia na izbie, kiedy za­kła­dali ci fol­der. Nie są­dzę, żeby był błąd.

— Co jesz­cze wi­dzisz?

— To wszystko. Płeć, wzrost, waga, data uro­dze­nia, współ­czyn­nik mo­dy­fi­ka­cji to dane pro­fi­lowe, do­stępne dla ca­łego per­so­nelu me­dycz­nego. Reszta, czyli roz­po­zna­nie, pro­wa­dzone le­cze­nie i wy­niki ba­dań, jest dla mnie nie­do­stępna. — Weda prze­ka­zuje mi in­for­ma­cje cał­kiem spo­koj­nie, choć do­strze­gam, że jest po­ru­szona. — Spraw­dzi­łam na wszyst­kich po­zio­mach, do któ­rych mam upraw­nie­nia. Nic wię­cej nie znajdę.

— Kto jest moim le­ka­rzem pro­wa­dzą­cym? Ja­kieś na­zwi­sko? — Szu­kam cze­go­kol­wiek, co mógł­bym prze­ka­zać matce.

Do­tyka po­now­nie gra­fe­no­wej fo­lii.

— In­for­ma­cja także za­strze­żona.

Przy­gląda mi się przez dłuż­szą chwilę, a ja na­gle nie wiem, co po­wie­dzieć. Robi mi się duszno. Słońce mu­siało na chwilę scho­wać się za chmurą, bo te­raz na­gle ostre pro­mie­nie wpa­dają przez okno. W nie­bie­skich oczach ko­biety mi­go­czą re­fleksy świa­tła. Znów czuję ten kwia­towy za­pach, ale tym ra­zem jest on bar­dziej in­ten­sywny. Nie­ocze­ki­wa­nie po­ja­wia się myśl, że to jest po­cią­ga­jące. Bar­dzo wa­biące. To do­zna­nie jest tak na­głe, że czuję cie­pło na twa­rzy. Jesz­cze chwila, a to cie­pło prze­nie­sie się w inne re­jony ciała.

Weda chyba coś za­uważa, bo po­spiesz­nie od­wraca głowę i spo­gląda na wy­świe­tlacz.

— Oj!

— Co się stało?

— Pierw­szy raz wi­dzę taki ko­mu­ni­kat: „Od­mowa do­stępu, pil­nie skon­tak­tuj się z ad­mi­ni­stra­to­rem sys­temu” — dziwi się, stu­ka­jąc pal­cem pa­ro­krot­nie w ekran. — Nie re­aguje. Nie mogę po­wró­cić do menu.

To spro­wa­dza mnie z po­wro­tem na zie­mię. Prze­staję roz­my­ślać o ko­bie­cie przy moim łóżku — choć nie bez trudu. Nic sen­sow­nego nie przy­cho­dzi mi do głowy.

Od­kry­cia do­ty­czące mo­ich wy­ni­ków, blo­kada do­stępu mie­szają się ze słod­kim za­pa­chem. Coś jesz­cze chcia­łem, ale co…?

— Przy­kro mi — mówi Weda szcze­rze, wsta­jąc z ma­te­raca.

Mu­szę ją jesz­cze za­trzy­mać. A, już wiem…

— Po­cze­kaj. To już ostat­nia prośba. Jak wi­dzisz, nie mogę sko­rzy­stać ze swo­jej ma­neli. Chciał­bym po­roz­ma­wiać z matką.

Uśmie­cha się na­tu­ral­nie i ładny jest to uśmiech.

— Za­raz przy­niosę ci net­koma. Mamy go dla pa­cjen­tów bez bran­so­let. Po­łą­czysz się z sie­cią ogólną. Będę za pięć mi­nut.

Wy­cho­dzi, zo­sta­wia­jąc mnie na pod­nie­sio­nym ma­te­racu. Co to, kurde, było? Fe­ro­mony? Strzał Amora? Lu­bię ko­biety, ale po­dobne in­ten­sywne re­ak­cje ni­gdy wcze­śniej mi się nie zda­rzały. Na­wet gdy in­te­re­suję się ja­kąś dziew­czyną, a ona po­ja­wia się w mo­ich póź­niej­szych fan­ta­zjach, trak­tuję to bar­dzo na­tu­ral­nie, wręcz fi­zjo­lo­gicz­nie. A te­raz wciąż de­li­kat­nie pie­cze mnie twarz, a cie­pło scho­dzi aż do pod­brzu­sza.

Mu­szę się czymś za­jąć, a w mo­jej sy­tu­acji mogę co naj­wy­żej do­koń­czyć przy­nie­siony obiad. Jest pa­skudny. Pro­te­inowy, bez­sma­kowy miks, który z pew­no­ścią za­wiera an­ty­bio­tyki i ze­staw wi­ta­min. Mimo głodu wcią­gam go po­woli, wal­cząc z obrzy­dze­niem.

Mija pięć mi­nut, po­tem dzie­sięć. Weda nie wraca. Nie mogę skrę­cić głowy i nie wiem na­wet, gdzie szu­kać przy­ci­sku przy­wo­łu­ją­cego pie­lę­gniarki. Je­stem zły na sie­bie, że za­po­mnia­łem o to za­py­tać.

Weda nie po­ja­wia się do końca dnia. Bar­dzo ża­łuję, i to nie tylko z po­wodu braku obie­ca­nego ko­mu­ni­ka­tora. Pod wie­czór zja­wia się inna pie­lę­gniarka z ko­lej­nym wo­recz­kiem za­wie­ra­ją­cym ko­la­cję. Oznaj­mia, że pie­lę­gniarki z dzien­nej zmiany już po­szły do do­mów. Sta­now­czo od­ma­wia do­star­cze­nia ko­mu­ni­ka­tora, za­sła­nia­jąc się po­le­ce­niem or­dy­na­tora. Nie, nie py­tała, za py­ta­nia jej nie płacą.

Gdy na­dal pro­te­stuję, uru­cha­mia w au­to­ma­tyce po­sła­nia ja­kiś tryb, który unosi opar­cie i two­rzy wgłę­bie­nie pod mo­imi po­ślad­kami. Bez słowa pod­suwa mi ba­sen, zsuwa majtki, a po wszyst­kim opusz­cza ma­te­rac do po­ziomu. Przy­cisk przy­wo­ła­nia do­staję do ręki, ale z za­strze­że­niem, że­bym nie dzwo­nił w spra­wie kon­taktu z ro­dziną. Oczy­wi­ście, ro­bię to chwilę po jej wyj­ściu. Zja­wia się po­now­nie, bo jak się oka­zuje, na noc­nej zmia­nie jest tylko jedna dy­żurna. Pyta grzecz­nie, czy ma mi za­brać przy­cisk. Po czym gasi świa­tło.

***

16 kwietnia, piątek

Męż­czy­zna w ga­bi­ne­cie z ma­ho­nio­wym biur­kiem ma zwy­czaj roz­po­czy­na­nia pracy bar­dzo wcze­śnie. Ten na­wyk po­zo­stał mu z cza­sów, gdy bez­po­śred­nio pod­le­gała mu jed­nostka li­niowa. Wsta­wał ra­zem z żoł­nie­rzami i — choć nie prze­pa­dał za wy­sił­kiem fi­zycz­nym — czer­pał przy­jem­ność z ob­ser­wo­wa­nia z bal­konu swo­jej willi za­stę­pów mło­dych, pręż­nych męż­czyzn bie­ga­ją­cych po placu ape­lo­wym. Cza­sami z tę­sk­notą wraca w my­ślach do tych pro­stych ra­do­ści ży­cia: do cza­sów, gdy roz­kazy były ja­sne, a pro­blemy znane i prze­wi­dy­walne. Te­raz, gdy for­mal­nie kie­ruje obiek­tem cy­wil­nym, musi cza­sami zma­gać się z mo­co­daw­cami, któ­rzy by­wają nie­obli­czalni, oraz z pra­cow­ni­kami, któ­rzy nie pod­dają się zwierzch­no­ści czy dys­cy­pli­nie. Szcze­gól­nie trudno mu z na­ukow­cami, tak bar­dzo prze­ko­na­nymi o wła­snej wyż­szo­ści, uni­ka­to­wej in­te­li­gen­cji i zna­cze­niu swo­ich ba­dań dla roz­woju wie­dzy. Mało jest w jego oto­cze­niu lu­dzi ta­kich jak Ka­ra­nian: z woj­skową prze­szło­ścią, a jed­no­cze­śnie po stu­diach me­dycz­nych lub che­micz­nych. Lu­dzi, któ­rzy znają swoje miej­sce, dzia­łają sku­tecz­nie i szybko po­mimo stresu, a jed­no­cze­śnie po­tra­fią kon­tro­lo­wać ten cy­wilny bur­del.

Stary wie, że tak wcze­śnie nie spo­tka w Ośrodku dok­to­ran­tów ani pro­fe­so­rów, ale na pewno bę­dzie już ma­jor, który do­gląda pra­cow­ni­ków ope­ra­cyj­nych. Spo­gląda w stronę okna — je­dy­nego nie­za­kra­to­wa­nego na tym pię­trze. Ja­sne pro­mie­nie słońca oświe­tlają park za szybą i roz­ja­śniają zie­leń drzew. Znów za­po­wiada się go­rący kwiet­niowy dzień. Męż­czy­zna prze­ciera wil­gotne czoło ba­weł­nianą chu­s­teczką i do­tyka ekranu ter­mi­nala.

— Po­zwól do mnie.

Pod­władny zja­wia się bez zwłoki, jego ga­bi­net znaj­duje się na tym sa­mym pię­trze bu­dynku. To także wielka za­leta ma­jora: jest pra­wie za­wsze dys­po­zy­cyjny. Przy­jeż­dża na­wet w nocy, gdy zaj­dzie taka po­trzeba.

We­zwany przyj­muje swoją zwy­cza­jową, wy­pro­sto­waną po­stawę metr od biurka. Czeka.

— Ja­kieś nowe wia­do­mo­ści?

— Obiekty dzie­sięć i trzy­na­ście prze­cho­dzą ko­lejne ak­tu­ali­za­cje. Nie wy­ka­zują istot­nych po­stę­pów. Z dzie­siątką chcę skoń­czyć. Po­twier­dziło się, że nie jest Subem. Usta­bi­li­zo­wał się, więc je­dyne, co mamy, to cy­wila o pod­wyż­szo­nym wskaź­niku.

— Ile ma?

— Pod­cho­dzi pod je­den sie­dem. Je­śli nie ma pan, pa­nie ge­ne­rale, nic prze­ciwko, to wy­ślę go do Brna.

Stary kiwa głową, otwiera na ter­mi­nalu fol­der obiektu, w któ­rym au­to­ry­zuje de­cy­zję pod­wład­nego, pod­pi­su­jąc e-pió­rem: „za­twier­dzam A.M. Du­now”.

— Co z tym no­wym z Ho­molki?

— Jest wstępna we­ry­fi­ka­cja. Zna­czące zmiany w go­spo­darce hor­mo­nal­nej. Te­stu­jemy bodźce, przy ja­kich utrzy­muje ho­me­ostazę. Są też pewne zmiany w bu­do­wie we­wnętrz­nej. Nie mam jesz­cze peł­nego ra­portu. Prze­nie­śli­śmy go do je­dynki.

— Przy­spiesz­cie dia­gno­stykę. Ile to jesz­cze zaj­mie? Blo­ku­je­cie in­for­ma­cje?

— Góra dwa dni. Tak, dane utaj­nione.

— Do­brze, Ka­ra­nian. Póź­niej go przy­wieź. Mó­wi­łeś wczo­raj coś o matce i sio­strze? A… i wy­ja­śni­łeś, co z bra­kiem da­nych o ojcu?

— Obie ko­biety są z Pragi. Nic nie zna­le­ziono w ich kar­to­te­kach me­dycz­nych. Jesz­cze nie po­rów­ny­wa­li­śmy ge­no­ty­pów. Cze­kamy na kom­plet ba­dań obiektu. — Ma­jor robi pauzę. — Z oj­cem będą pro­blemy: Jo­hann Kel­ler, Szwaj­car, zgi­nął w wy­padku sa­mo­cho­do­wym w dwu­dzie­stym czwar­tym roku. Nie mamy da­nych ge­ne­tycz­nych ani żad­nych in­for­ma­cji me­dycz­nych. Wtedy w Szwaj­ca­rii nie two­rzono jesz­cze kar­to­tek DNA. Moż­liwe, że nie znaj­dziemy ni­czego na jego te­mat.

***

Bu­dzę się, gdy pie­lę­gniarka z noc­nej zmiany wcho­dzi zmie­rzyć mi tem­pe­ra­turę. Ce­luje w czoło czuj­ni­kiem, a wy­nik spraw­dza na ta­ble­cie. Bez słowa i uśmie­chu.

Za­sta­na­wiam się, dla­czego do­ko­nują po­miaru ręcz­nie, skoro wi­dzą dane z urzą­dzeń dia­gno­stycz­nych. Jesz­cze je­stem otę­piały po śnie, więc do­piero po chwili do­ciera do mnie, że do­stęp do tych in­for­ma­cji musi być za­blo­ko­wany.

Wata w mó­zgu roz­pusz­cza się bar­dzo wolno. Noc spę­dzi­łem, śpiąc głę­boko, bez ma­rzeń czy ma­ja­ków. Po­dej­rze­wam, że w kok­tajlu z wo­reczka były leki uspo­ka­ja­jące.

Za oknem słońce już wze­szło, ale jego pro­mie­nie jesz­cze nie do­tarły do mo­jego okna. Wpa­truję się w błę­kit nieba, roz­my­śla­jąc o tym, co da­lej.

Kiedy zjawi się Weda, po­pro­szę o po­łą­cze­nie z dziew­czy­nami. Co jesz­cze mogę zro­bić? Mogę prze­stać bier­nie cze­kać na roz­wój wy­da­rzeń.

Chwy­tam kra­wędź łóżka wolną dło­nią i prze­ta­czam się na prawy bok. Coś mnie trzyma i cią­gnie z po­wro­tem na plecy. Za­po­mnia­łem o ka­blach pod­łą­czo­nych do urzą­dze­nia na mo­jej klatce pier­sio­wej. Po­dej­muję więc próbę prze­to­cze­nia się w lewo. Usztyw­niona la­mi­na­tową tubą ręka tro­chę mi prze­szka­dza, ale wy­su­wam ją poza po­sła­nie. Wy­sta­wiam też obie nogi poza brzeg ma­te­raca, wy­ko­rzy­stu­jąc je jako prze­ciw­wagę. Ma­cham nimi, pod­ry­wa­jąc tors i jed­no­cze­śnie opie­ram się na przed­ra­mie­niu w la­mi­na­cie. Pod­no­szę się pra­wie do pionu, ale znów pod­cze­pione prze­wody ogra­ni­czają mój za­sięg. Chwilę tak sie­dzę po­chy­lony, zer­kam w dół.

Na pod­ło­dze przy łóżku stoi apa­rat, z któ­rego wy­cho­dzą wiązki ka­bli pod­pię­tych do mo­jej kom­po­zy­to­wej zbroi. Do­strze­gam wśród nich także cie­niut­kie rurki po­da­jące che­mię.

Po­wra­cam do po­zy­cji le­żą­cej. Do­brą wia­do­mo­ścią jest brak bólu w ręce, na któ­rej się opie­ra­łem. Skoro mnie nie boli, to na­suwa mi się wnio­sek, że tuba z la­mi­natu jest za­ło­żona po to, by blo­ko­wać mi do­stęp do bran­so­lety, w tym do da­nych z in­iek­tora.

Uno­szę lewe przed­ra­mię nad głowę i za­czy­nam oglę­dziny. La­mi­nat od spodu spi­nają trzy za­trza­ski chro­nione pla­sti­ko­wymi plom­bami. Za­czy­nam dłu­bać pa­znok­ciem przy pierw­szej. Dość ła­two daje się pod­wa­żyć, ale aby od­blo­ko­wać dźwi­gienkę za­pię­cia, mu­szę ją cał­ko­wi­cie ze­rwać. Kręcę nią, szar­pię ją przez kilka mi­nut, aż unie­sione ręce za­czy­nają mi cią­żyć i mu­szę od­po­cząć.

Śnia­da­nie przy­nosi nowa pie­lę­gniarka, znacz­nie sym­pa­tycz­niej­sza od tej z nocki. Pod­ciąga opar­cie w górę, dzięki czemu mogę ob­ser­wo­wać drzwi. Py­tam ją o Wedę, ale nic nie wie. Tyle że po­winna być w pracy, ale nie przy­szła.

Nie pro­szę już o ko­mu­ni­ka­tor, po­nie­waż w ci­chym usu­wa­niu plomb osią­gam zna­czące po­stępy. Jedna już zo­stała zdjęta, a druga jest nie­mal go­towa. Spo­dzie­wam się, że upo­ram się z resztą w ciągu kilku mi­nut. La­mi­nat jest za­pi­nany, więc będę mógł go po­now­nie za­ło­żyć. Je­śli nikt nie za­uważy usu­nię­cia za­bez­pie­czeń, mogę pod­trzy­my­wać ilu­zję mo­jej izo­la­cji, jed­no­cze­śnie zy­sku­jąc do­stęp do łącz­no­ści.

Gdy do uwol­nie­nia ostat­niego za­trza­sku po­zo­staje tylko kilka ru­chów, drzwi na­gle się otwie­rają, a w progu staje dok­tor Fa­stová, uśmie­cha­jąc się z ja­kie­goś po­wodu. Mo­men­tal­nie zdaję so­bie sprawę, że to nie wróży nic do­brego. Le­karka wcho­dzi do środka, a za nią dwóch męż­czyzn: je­den niż­szy, w oku­la­rach i w ki­tlu le­kar­skim, a drugi po­tężny, bar­czy­sty, w kom­bi­ne­zo­nie ra­tow­nika me­dycz­nego. Za nimi wjeż­dża wó­zek in­wa­lidzki, po­py­chany przez pie­lę­gniarkę.

***

Wy­strój po­koju jest asce­tyczny. Przy­wo­dzi na myśl ko­szary lub wię­zie­nie. Wy­po­sa­że­nie wnę­trza ogra­ni­cza się do dwóch pro­stych drew­nia­nych krze­seł oraz biurka bez szu­flad, osa­dzo­nego na czar­nych no­gach, z ter­mi­na­lem sto­ją­cym na bla­cie. Na ścia­nie za biur­kiem znaj­dują się sta­lowe drzwiczki nie­wiel­kiego sejfu. Przez za­kra­to­wane okno i pio­nowe ża­lu­zje wpada świa­tło de­li­kat­nie fil­tro­wane przez ko­rony drzew. Me­ble są usta­wione bo­kiem do okna, co unie­moż­li­wia pod­glą­da­nie ekranu z ze­wnątrz. Je­dy­nym ele­men­tem wy­stroju, który od­biega od woj­sko­wego stylu, jest nie­wielki pro­sto­kąt fo­lii gra­fe­no­wej, umiesz­czony tuż obok wy­świe­tla­cza ter­mi­nala. Fo­lia wy­świe­tla ho­lo­gram ser­decz­nie uśmie­cha­ją­cej się ko­biety, obej­mu­ją­cej ro­ze­śmia­nego chłopca w wieku przed­szkol­nym. Sztywna, pełna rama z koł­nie­rzem sku­tecz­nie skrywa ten ob­raz przed oso­bami wcho­dzą­cymi do po­koju.

Każ­dego ranka ma­jor Gor Ka­ra­nian zaj­muje się bie­żącą ko­re­spon­den­cją: czyta ra­porty z te­renu oraz prze­gląda wy­niki, które na­de­szły w nocy, za­równo te z ze­wnątrz, jak i z la­bo­ra­to­riów wła­snych. Cie­szy go ten po­ranny spo­kój. Więk­szość per­so­nelu jesz­cze nie do­tarła do pracy. Na miej­scu są je­dy­nie ope­ra­cyjni, ob­sługa tech­niczna oraz dy­żurny le­karz z pie­lę­gniar­kami. Ga­bi­net Du­nowa znaj­duje się na od­le­głym końcu ko­ry­ta­rza, co ma tę za­letę, że Stary ra­czej sam nie fa­ty­guje się do Ka­ra­niana.

Ze znu­dzoną miną ma­jor otwiera i za­myka ko­lejne pliki. Prze­gląda wy­niki ba­dań. Nie znaj­duje także ni­czego za­ska­ku­ją­cego w ostat­nich te­stach obiektu ozna­czo­nego nu­me­rem trzy­na­ście. Pew­nie bę­dzie to ko­lejny nie­wy­pał. Obiekt nie jest szcze­gól­nie in­te­re­su­jący: z po­wodu osła­bio­nej syn­tezy ty­ro­zyny ma za­kłó­cone wy­twa­rza­nie ka­te­cho­la­min. Nie re­aguje na stres, nie daje się po­bu­dzić, a jego kon­cen­tra­cja jest ob­ni­żona. Bi­lans po­bie­ra­nych z za­sob­nika bran­so­lety neu­ro­prze­kaź­ni­ków wska­zuje, że nie może być Subem. Stra­cony czas. „Osta­tecz­nie pew­nie wy­ślemy rów­nież go do Brna tak jak dzie­siątkę” — my­śli ma­jor. No do­brze, spró­bujmy jesz­cze tego: wpi­suje ozna­cze­nie no­wej wer­sji opro­gra­mo­wa­nia, które ma zo­stać wgrane do im­plantu obiektu. Wresz­cie za­myka fol­der.

Na ko­niec wy­świe­tla wy­niki tego no­wego, Kel­lera. Wstępna dia­gno­styka ujaw­nia róż­nice mor­fo­lo­giczne oraz zmiany bu­dowy we­wnętrz­nej. Ka­ra­nian z za­do­wo­le­niem stwier­dza, że do­tąd nie miał obiektu, który na po­cząt­ko­wym eta­pie byłby tak obie­cu­jący.

Sku­piony, prze­gląda całą do­ku­men­ta­cję: wy­niki la­bo­ra­to­ryjne, ana­lizę składu ciała oraz wy­da­tek ener­ge­tyczny przy ak­tyw­nym pod­krę­ce­niu. Do­kład­nie za­po­znaje się z ob­ra­zami re­zo­nansu ma­gne­tycz­nego i to­mo­gra­fii, a szcze­gól­nie długo za­trzy­muje się na wy­ge­ne­ro­wa­nej wi­zu­ali­za­cji 3D. Staje się co­raz bar­dziej za­in­try­go­wany, po­rów­naw­szy po­szcze­gólne in­for­ma­cje z ba­dań składu ciała. W końcu uru­cha­mia au­to­ma­tyczną pro­gnozę roz­woju obiektu, uwzględ­nia­jącą wszyst­kie dane.

— Пиздец — mru­czy z po­dzi­wem.

Na­stęp­nie otwiera kar­to­tekę ba­dań ge­ne­tycz­nych. Apli­ka­cja wy­świe­tla wy­niki ana­liz oraz wy­ge­ne­ro­wane pro­gra­mowo ko­men­ta­rze do po­szcze­gól­nych se­kwen­cji DNA. Ka­ra­nian prze­gląda wy­niki Kel­lera i jego obiek­tów re­fe­ren­cyj­nych: matki i sio­stry. Po­rów­nuje krzy­żowo dane obiektu i re­fe­ren­cji. Otrzy­muje wy­nik te­stu na po­kre­wień­stwo.

Ze zdzi­wie­niem od­czy­tuje wy­świe­tloną in­for­ma­cję. Na mo­ment od­suwa się od ekranu, in­ten­syw­nie my­śląc. Po chwili wy­biera z da­nych ge­ne­tycz­nych ana­lizę kil­ku­na­stu mar­ke­rów STR dla chro­mo­somu Y. Łą­czy się z bazą w sieci i uru­cha­mia wy­szu­ki­wa­nie dal­szych po­wią­zań ge­ne­tycz­nych Jana.

Cze­ka­jąc na re­zul­tat, za­sta­na­wia się, czy wczo­raj pod­jął wła­ściwą de­cy­zję. Wciąż ma moż­li­wość za­po­bie­że­nia jej skut­kom.

Gdy wresz­cie wy­nik po­ja­wia się na ekra­nie, Ka­ra­nian za­miera w bez­ru­chu, z dło­nią za­wie­szoną w po­wie­trzu. Wresz­cie z nie­do­wie­rza­niem stuka w ekran, by otwo­rzyć kar­to­tekę do­pa­so­waną przez wy­szu­ki­warkę. Kar­to­tekę bez zdję­cia. Tę, którą zna na pa­mięć. Nie spo­dzie­wał się ta­kiego tra­fie­nia. Po wielu mie­sią­cach po­szu­ki­wań los za­ska­kuje go i pod­syła pre­zent.

— Mam cię — mówi ci­cho do sie­bie, a w jego gło­sie sły­chać nutkę triumfu. Serce bije mu gło­śno. Uśmie­cha się na­tu­ral­nie, w nie­wy­mu­szony spo­sób po raz pierw­szy od trzech lat i z tym uśmie­chem spo­gląda na ob­raz ko­biety z dziec­kiem. Do­tyka ramki ho­lo­gramu. Sie­dzi tak przez chwilę, od­dy­cha­jąc głę­boko.

Jed­nak ma­jor nie może po­zwo­lić so­bie na dal­szą stratę czasu. Kilka spraw wy­maga na­tych­mia­sto­wych dzia­łań. Naj­pierw upew­nia się, kto z upo­waż­nio­nych osób prze­glą­dał fol­der Kel­lera. Na szczę­ście grupa z od­po­wied­nimi upraw­nie­niami jest nie­wielka.

Wy­szu­kuje w ba­zie obiekt o zbli­żo­nym pro­filu ge­ne­tycz­nym. Chwilę go stu­diuje. „Musi wy­star­czyć” — my­śli. Po­tem przez kil­ka­na­ście mi­nut in­ten­syw­nie pra­cuje, ko­piu­jąc część da­nych z wy­bra­nej kar­to­teki do ory­gi­nal­nych pli­ków Jana. W końcu, za­do­wo­lony, od­suwa się od ekranu. Czas wy­ko­rzy­stać je­den ze swo­ich asów, które trzyma na taką oka­zję. Do­tyka wy­świe­tla­cza ma­neli.

— Jáchym, pro­szę do mnie. Na­tych­miast — mówi do swo­jej bran­so­lety.

Po chwili w po­koju zja­wia się le­karz, który od wczo­raj ma dy­żur.

— O co cho­dzi? — pyta, wy­raź­nie zły z po­wodu na­głego we­zwa­nia.

— Stary coś wie kon­kret­nego na te­mat no­wego Suba?

— Nie, jesz­cze nie wy­sy­ła­łem ra­portu.

— Kiedy wró­cisz do sie­bie, za­po­znaj się z no­wymi wy­ni­kami ba­dań Kel­lera. Są obo­wią­zu­jące. I te wła­śnie masz prze­słać Sta­remu. Aha, od te­raz je­steś pro­wa­dzą­cym tego no­wego.

— Co masz na my­śli? Ja­kie nowe wy­niki? Dziś prze­cież nic no­wego nie zle­ca­li­śmy. — Le­karz jest cią­gle po­iry­to­wany.

— Po­przed­nie in­for­ma­cje są już nie­ak­tu­alne. Dla cie­bie i dla reszty. Wszel­kie nowe ma­te­riały, za­nim je udo­stęp­nisz ko­mu­kol­wiek, mu­sisz mi po­ka­zać.

— Bre­dzisz. Nie mo­żesz mi tego na­ka­zać. Jak to so­bie wy­obra­żasz?! — Jáchym pod­nosi głos. — Ry­jesz pod Sta­rym?!!! Nie będę fał­szo­wał wy­ni­ków ani spi­sko­wał z tobą…

— Brą­zowe Oczko — mówi spo­koj­nie Ka­ra­nian.

— Że co…? — Le­karz na mo­ment za­styga. — Że co?!

— Brą­zowe Oczko — po­wta­rza ma­jor i ob­raca ekran ter­mi­nala w stronę roz­mówcy. Na di­spleju od­twa­rzany jest ja­kiś film. — Czy włą­czyć dźwięk?

Ka­ra­nian ob­ser­wuje, jak męż­czy­zna ru­mieni się, pa­trząc z nie­do­wie­rza­niem na ekran. Na czoło wy­cho­dzą mu kro­ple potu, przy­gar­bia się, a ra­miona wy­raź­nie opa­dają. Ma­jor czuje przy­jem­ność rów­no­wa­żącą obrzy­dze­nie, ja­kie wy­wo­łuje w nim pod­władny. Nie ma jed­nak wię­cej czasu na de­lek­to­wa­nie się tym ma­łym trium­fem. Musi dzia­łać da­lej.

— My­ślę, że mo­żesz już iść do sie­bie i prze­stu­dio­wać bie­żące wy­niki obiektu oraz obu re­fe­ren­cyj­nych.

***

— Do­bre wie­ści, pa­nie Kel­ler. — Uśmiech Fa­sto­vej kon­tra­stuje nie­przy­jem­nie z jej nie­wzru­szo­nymi oczami. — Opusz­cza pan nasz szpi­tal. Zo­sta­nie pan prze­wie­ziony do ośrodka spe­cja­li­stycz­nego, gdzie w lep­szych wa­run­kach od­bę­dzie pan le­cze­nie.

Wszy­scy stoją pół­ko­lem przy moim łóżku. Le­karz — z ra­cji mło­dego wieku ra­czej sta­ży­sta albo re­zy­dent w trak­cie spe­cja­li­za­cji — po­pra­wia ner­wowo oku­lary.

— Dzień do­bry, je­stem dok­tor Jo­sef Pe­terka. Po­je­dzie pan z nami.

Mó­wiąc to, ma­cha bez­sen­sow­nie ręką w stronę sa­ni­ta­riu­sza, który pa­trzy na mnie jak na ka­wał mięsa do po­kro­je­nia. Z jego ga­ba­ry­tami wy­gląda ra­czej na ochro­nia­rza niż ra­tow­nika.

— Chwi­leczkę… Do­tąd nikt ze mną po­waż­nie nie roz­ma­wiał — mó­wię spo­koj­nie, choć w my­ślach go­rącz­kowo za­sta­na­wiam się, jak wy­ko­rzy­stać obecną sy­tu­ację. — Nie po­zwo­lono mi też skon­tak­to­wać się z ro­dziną. Czy pan jest moim le­ka­rzem pro­wa­dzą­cym?

— Nie, nie… — jąka się. — Na miej­scu spo­tka pan swo­jego le­ka­rza, a wszystko zo­sta­nie do­kład­nie omó­wione.

Za­sta­na­wiam się, czy je­śli nie wy­rażę zgody, prze­wiozą mnie siłą. Pew­nie tak.

— A gdzie jest ten ośro­dek? — Gram jesz­cze na czas.

— Nie­da­leko, w Pra­dze.

Lo­ka­li­za­cja jest dziw­nie nie­pre­cy­zyjna. Spo­glą­dam na Fa­stovą, która wy­daje się co­raz bar­dziej znie­cier­pli­wiona prze­dłu­ża­jącą się dys­ku­sją. Ściąga usta w ciup.

— Nie mo­żemy już pana tu­taj trzy­mać — mówi bez uśmie­chu. — Po dy­żu­rze wpro­wa­dzamy na tę salę no­wych pa­cjen­tów.

Jakby nie mo­gli do­sta­wić tu dwóch łó­żek. Miej­sca jest wy­star­cza­jąco dużo. Nie ma jed­nak sensu od­wle­kać od­po­wie­dzi.

— W po­rządku. Jadę w tej sko­ru­pie?

— Ależ nie… — za­prze­cza Pe­terka po­spiesz­nie. — Dia­gno­styka wy­ka­zała, że mo­żemy to ścią­gnąć. Nie ma pan zła­mań, a resztą zaj­miemy się na miej­scu. Przy­wieź­li­śmy też dla pana ubra­nie — wska­zuje na odzież, którą do­piero te­raz za­uwa­żam na wózku.

— Do­brze, po­ra­dzi­cie już so­bie sami — mówi Fa­stová, wy­raź­nie da­jąc do zro­zu­mie­nia, że je­dyne, co ją in­te­re­suje, to pu­sty po­kój. — Sio­stro, pro­szę za mną.

Obie wy­cho­dzą, zo­sta­wia­jąc mnie z dwu­oso­bową ekipą trans­por­tową, która ster­czy przy łóżku.

Pe­terka chwilę dłu­bie przy za­trza­skach prze­wo­dów wpię­tych w pan­cerz, a gdy je wresz­cie od­pina, z uwol­nio­nego wę­żyka wy­pływa stru­myk cie­czy. Męż­czy­zna w od­ru­chu wstrętu wy­pusz­cza całą wiązkę z ręki i szybko schyla się do urzą­dze­nia na pod­ło­dze. Do­piero wtedy sły­szę klap­nię­cie wy­łącz­nika. Le­karz wy­daje się za­dzi­wia­jąco nie­pro­fe­sjo­nalny jak na pra­cow­nika me­dycz­nego.

Sa­dzają mnie na skraju ma­te­raca. Dok­tor przy­trzy­muje mnie za gor­set, a ra­tow­nik prze­biera w rze­czach przy­wie­zio­nych na wózku. Mru­cząc coś pod no­sem ze zło­ścią, za­kłada mi płó­cienne spodnie na gu­mie oraz jed­no­ra­zowe te­ni­sówki na cien­kiej po­de­szwie. Na­stęp­nie obaj chwy­tają mnie pod pa­chy i sta­wiają na po­sadzce.

Przez chwilę mroczki tań­czą mi przed oczami, ale nie na tyle, bym się za­chwiał.

Pe­terka staje za mną, sły­szę, jak strze­lają uwal­niane za­ci­ski gor­setu. Po ich od­pię­ciu pan­cerz otwiera się jak róża: po­łówki na­ra­mien­ni­ków od­chy­lają się do przodu, a na moją pierś opada kryza obej­mu­jąca szyję. Le­karz bez­ce­re­mo­nial­nie od­rzuca sko­rupy gor­setu na łóżko.

Czuję po­wiew chłod­niej­szego po­wie­trza na ple­cach. Spo­glą­dam na swoją pierś i brzuch. Mam ochotę za­kląć, ale się po­wstrzy­muję. Więk­szość mo­jej cien­kiej skóry po­kry­wają wy­bro­czyny oraz roz­le­głe pręgi si­nia­ków, które od­zwier­cie­dlają miej­sca, gdzie w chwili upadku znaj­do­wały się pasy oraz si­łow­niki eg­zosz­kie­letu.

Tym­cza­sem sa­ni­ta­riusz jed­nym szyb­kim ru­chem roz­wiera la­mi­nat na moim przed­ra­mie­niu. Za­trza­ski pę­kają.

Nie wy­gląda to na pro­fe­sjo­nalne usu­nię­cie sta­bi­li­za­tora. Nie mó­wię jed­nak nic, bo zo­rien­to­wa­łem się już, że z ja­kie­goś po­wodu — od mo­mentu odłą­cze­nia dia­gno­styki — chło­paki za­częły się bar­dzo spie­szyć.

Uno­szę przed­ra­mię, by spraw­dzić stan ma­neli. Funk­cjo­nuje nor­mal­nie, na ekra­nie nie pul­sują ikony alar­mów ani nie­ode­bra­nych po­łą­czeń. Mam też pra­wi­dłowy za­sięg sieci.

— Za­łóż tę bluzę i na­cią­gnij kap­tur — mówi ra­tow­nik, po­da­jąc mi ostatni ele­ment odzieży.

— Dla­czego kap­tur? — py­tam grzecz­nie.

— Nie py­skuj. Masz to za­ło­żyć i sia­dać na wó­zek — war­czy, wy­raź­nie roz­złosz­czony.

— Vik­tor, uspo­kój się! — prosi le­karz, ale w jego gło­sie rów­nież sły­chać na­pię­cie. — Niech pan go po­słu­cha i za­raz stąd wy­je­dziemy.

***

Po­kój nad­zoru nie ma okien. Jedną ze ścian zaj­muje ogromny gra­fe­nowy wy­świe­tlacz, po­dzie­lony pro­gra­mowo na sek­cje, które pre­zen­tują różne in­for­ma­cje. Sek­cja wy­peł­nia­jąca więk­szość ekranu to mapa Pragi, na któ­rej wi­doczne są po­zy­cje po­jaz­dów ob­sługi, wo­zów in­ter­wen­cyj­nych oraz ak­tu­al­nie śle­dzo­nych obiek­tów. Jedną trze­cią ekranu obej­muje pod­gląd z kil­ku­na­stu ka­mer mo­ni­to­ru­ją­cych Ośro­dek i jego oto­cze­nie. Pra­wie po­łowa pro­sto­ką­tów w tej sza­chow­nicy jest szara lub czarna, z nie­ru­chomą ikoną braku sy­gnału. Na dole, w na­roż­niku, mruga ko­lo­rowe okno ofi­cjal­nego ka­nału wia­do­mo­ści rzą­do­wych.

Na­prze­ciwko ściany wi­zyj­nej, przy biur­kach, sie­dzi dwóch ope­ra­to­rów, każdy przed wła­snym wy­świe­tla­czem. W po­miesz­cze­niu znaj­dują się jesz­cze trzy sta­no­wi­ska, które w tej chwili są nie­ob­sa­dzone.

Na­gle na ma­pie za­pala się czer­wona ikona, a z gło­śnika wy­do­bywa się po­je­dyn­czy sy­gnał alarmu. Je­den z re­kor­dów zmie­nia ko­lor.

Dy­żurny fleg­ma­tycz­nie spraw­dza, czy nie po­ja­wił się mel­du­nek o ogól­nym błę­dzie łącz­no­ści, co jest dość czę­stą awa­rią. Sys­tem jed­nak nie wy­ka­zuje żad­nych we­wnętrz­nych od­chy­leń, a lo­ka­li­za­cja za­zna­czo­nego obiektu jest pra­wi­dłowa. Spo­gląda więc na sie­dzą­cego obok ko­legę.

— Zgło­sić?

Za­py­tany star­szy ope­ra­tor zerka kon­tro­l­nie na wy­świe­tlacz.

— Zgłoś. To może być awa­ria sys­temu dia­gno­stycz­nego, więc i tak mu­sisz tam wy­słać tech­nika. A je­śli to coś po­waż­niej­szego, to szef cię opier­doli za zwłokę.

Młod­szy dy­żurny wy­biera na ekra­nie je­den z do­stęp­nych kon­tak­tów.

— Pa­nie ma­jo­rze, obiekt sie­dem­na­ście prze­stał prze­sy­łać ra­porty me­dyczne.

— Za­raz będę. — In­ter­kom szczęka prze­rwa­nym po­łą­cze­niem.

Chwilę póź­niej za ple­cami ope­ra­to­rów sły­chać brzę­czyk in­for­mu­jący, że osoba upraw­niona wcho­dzi do po­koju nad­zoru. Ka­ra­nian za­trzy­muje się za ope­ra­to­rami i spo­gląda na mapę.

— I co? Wzno­wił trans­fer da­nych?

— Nie, pa­nie ma­jo­rze. Mi­nutę temu znik­nęła też po­zy­cja.

— Блядь! — wy­rywa się bru­ne­towi, co bar­dzo dziwi dy­żur­nych. — Wy­ślij­cie tam na­tych­miast wolne pa­trole, niech go szu­kają! Zgar­nij­cie też oba obiekty re­fe­ren­cyjne z Kla­mo­vki, Plze­ňská sto dwa­dzie­ścia dzie­więć. I ob­staw­cie bu­dy­nek. Wy­ślij­cie grupy na Lu­žiny, do jego miesz­ka­nia i do za­kładu pracy. Już!!! — ry­czy.

Palce ope­ra­to­rów za­czy­nają za­dzi­wia­jąco szybko stu­kać w przy­ci­ski po­le­ceń oraz wpi­sy­wać wy­da­wane ko­mendy. Obaj dy­żurni wie­dzą, że prze­ło­żony nie opu­ści te­raz po­miesz­cze­nia, a spo­kój po­ran­nej zmiany się skoń­czył.

— Tylko żeby obiekt prze­żył — do­daje już spo­koj­niej­szym gło­sem ma­jor.

Rozdział 5

Mój plan jest pro­sty: wy­do­stać się z bu­dynku szpi­tala i uciec na ze­wnątrz.

Nie znam do­kład­nie układu obiek­tów szpi­tal­nych Na Ho­molce. Po co zry­wać się zbyt wcze­śnie, bie­gać ko­ry­ta­rzami i ry­zy­ko­wać po­trą­ce­nie nie­win­nych pa­cjen­tów? Gdy już wyj­dziemy na ze­wnątrz, zo­rien­tuję się, czy je­stem bli­żej Roe­ntge­no­vej, czy We­be­ro­vej, i do­sto­suję swoje dzia­ła­nia do sy­tu­acji.

Ra­tow­nik Vik­tor pcha wó­zek przez szpi­talne ko­ry­ta­rze, a drogę to­ruje nam Pe­terka. Tempo mają nie­złe — jak­bym był przy­pad­kiem za­gro­żo­nym śmier­cią i kwa­li­fi­ku­ją­cym się do na­tych­mia­sto­wej ope­ra­cji. Cały czas po­zor­nie za­cho­wuję spo­kój, choć w środku nieco się de­ner­wuję: za­sta­na­wiam się, czy uda mi się wejść w stan pod­wyż­szo­nego przy­spie­sze­nia na za­wo­ła­nie.

Do­cie­ramy do windy to­wa­ro­wej, która, jak przy­pusz­czam, zwie­zie nas na plat­formę, gdzie za­zwy­czaj stają ka­retki. Je­ste­śmy sami w win­dzie. Zgod­nie, w ci­szy, ob­ser­wu­jemy od­li­cza­nie wy­świe­tla­ją­cych się nu­me­rów pię­ter. Mię­dzy je­dynką a ze­rem pod­wi­jam rę­kaw bluzy, by spoj­rzeć na bran­so­letę. Le­karz bły­ska­wicz­nie po­chyla się i na­ciąga man­kiet z po­wro­tem na dłoń.

In­te­re­su­jące…

Na mi­nus je­den winda się za­trzy­muje: rze­czy­wi­ście wy­jeż­dżamy na rampę dla po­jaz­dów sa­ni­tar­nych. Jedna ka­retka stoi tuż przed windą, druga na końcu plat­formy i tam pcha mnie sa­ni­ta­riusz.

Przy­go­to­wuję się do skoku. Czuję, jak ze zde­ner­wo­wa­nia mocno bije mi serce. Za­ci­skam dło­nie na po­rę­czach fo­tela. Na­dal nie mogę przy­spie­szyć. Dźwięki nie zmie­niają barwy, nic nie zwal­nia. Nie uda się, je­stem zbyt po­obi­jany…

Zer­kam na Vik­tora. Pcha mnie z na­bur­mu­szoną miną, nie spo­dzie­wa­jąc się żad­nych kom­pli­ka­cji. Przy ka­retce stoi jesz­cze je­den osi­łek w uni­for­mie ra­tow­nika. Wi­dzi nas i już wsiada do ka­biny.

Zo­stają ze dwa me­try, nie ma co cze­kać…

Wy­ska­kuję z wózka na as­falt pod rampą. Bie­gnę w kie­runku, z któ­rego przy­by­li­śmy. Wiem, że ka­retka nie może tu za­wró­cić. Gnam ile sił i w trak­cie biegu czuję, jak moje przy­spie­sze­nie ro­śnie. Na­ra­sta­jące basy stają się w mo­ich uszach naj­pięk­niej­szą mu­zyką nio­sącą ra­tu­nek. Prze­mie­rzam pę­dem całą dłu­gość plat­formy, po czym wpa­dam na chod­nik, od­da­la­jący się od jezdni. Tu­taj nie będą mieli szansy do­go­nić mnie sa­mo­cho­dem.

Ką­tem oka do­strze­gam na pa­sie do­jaz­do­wym do szpi­tala nie­bie­skie bły­ski sy­ren zbli­ża­ją­cych się aut. To nie fur­gony po­go­to­wia ra­tun­ko­wego, lecz pę­dzące na sy­gnale ra­dio­wozy po­li­cji. Chwilę póź­niej krzaki ro­snące wzdłuż chod­nika za­sła­niają mi ten wi­dok.

Pę­dzę da­lej wzdłuż bu­dyn­ków lecz­nicy, aż do­bie­gam do ulicy We­be­ro­vej. Wy­ko­rzy­stuję prze­rwę w sznu­rze aut i prze­dzie­ram się na drugą stronę. Za kil­ka­set me­trów skryje mnie la­sek po­kry­wa­jący gę­sto wzgó­rze le­żące mię­dzy Mo­to­lem a Ko­tlářką.

***

Sy­grida nie uwa­żała się za od­ważną. Po na­głej śmierci męża, gdy zna­la­zła się na skraju de­pre­sji, dzieci ura­to­wały ją od cał­ko­wi­tego za­ła­ma­nia. Po­świę­ciła im cały swój czas i za­an­ga­żo­wa­nie. W nocy pła­kała, ale w ciągu dnia uśmiech co­raz czę­ściej go­ścił na jej twa­rzy. Mimo to cią­gle od­czu­wała lęk: mar­twiła się o bez­pie­czeń­stwo, o zdro­wie i o to, czy wy­star­czy im środ­ków na ży­cie.

Jej brat nie uła­twiał sprawy, stra­sząc ją wi­szą­cym nad głową za­gro­że­niem. Ostrze­gał ją przed elek­tro­niką, po­wta­rza­jąc: „Co­kol­wiek jest pod­łą­czone do sieci, oni mogą to ze­ska­no­wać. Gdy zo­sta­wisz ślad, przyjdą”. Mó­wił o strasz­li­wych kon­se­kwen­cjach wy­ja­wie­nia ro­dzin­nej ta­jem­nicy. Niby mu wie­rzyła, ale miała ci­chą na­dzieję, że się myli. A po­tem sam znik­nął.

Kiedy dzieci były małe, Sy­grida sta­ran­nie do­bie­rała słowa, aby nie dać sy­nowi i córce po­wo­dów do nie­po­koju. Bu­dziła się cza­sem w nocy, cała spo­cona, ze ści­śnię­tym gar­dłem, prze­ra­żona my­ślą, że mogą je za­brać. Jed­nak lata mi­jały, brat nie da­wał żad­nych zna­ków ży­cia, a ona po­woli przy­zwy­cza­jała się do co­dzien­no­ści.

Pewne na­wyki we­szły jej w krew: uni­kała wpi­sy­wa­nia cze­go­kol­wiek waż­nego w do­mo­wym ter­mi­nalu czy na swo­jej bran­so­le­cie. Wio­dła spo­kojne, nor­malne ży­cie matki i nie­pra­cu­ją­cej je­dynki. Gdy Jan i April wy­ro­śli z wieku na­sto­let­niego, po­sta­no­wiła wszystko im opo­wie­dzieć. Oczy­wi­ście bała się tej roz­mowy, re­ak­cji dzieci i moż­li­wych kon­se­kwen­cji. Z roku na rok od­kła­dała więc wy­zna­nie prawdy. Są­dziła, że nie­bez­pie­czeń­stwo już mi­nęło i nie ma po­trzeby ni­czego zmie­niać. Żyła skrom­nie, bez spe­cjal­nych wy­ma­gań i ma­rzeń, wie­rząc, że wszystko po­to­czy się w do­brym kie­runku. Dla­tego, gdy po­ja­wiła się pierw­sza za­po­wiedź nad­cho­dzą­cych zmian, chwilę trwało, za­nim ją do­strze­gła i zro­zu­miała. Nie po­dej­rze­wała jed­nak, że przy­czyna nad­cho­dzą­cych zda­rzeń le­żała gdzieś in­dziej, niż my­ślała.

Naj­pierw za­pi­kał ko­mu­ni­ka­tor. Po­łą­cze­nie z sy­nem za­sko­czyło ją, ale jed­no­cze­śnie bar­dzo ucie­szyło.

— Tak, ko­cha­nie? Wró­ci­łeś? Mów wol­niej. — Po­chyla się nad bran­so­letą. — Nie ro­zu­miem cię, synku. Mów wol­niej…

Nor­mal­nie Jan bez­wied­nie zwal­niał swoje wy­po­wie­dzi, aby po pierw­sze, nie draż­nić sio­stry, a po dru­gie, by być do­brze zro­zu­mia­nym. Jed­nak tym ra­zem jego głowa na ekra­nie po­ru­sza się bar­dzo szybko, a usta mi­go­czą w rytm słów.

— Nie de­ner­wuj­cie się, mia­łem wy­pa­dek, ale…

— Mó­wisz cią­gle troszkę za szybko. Je­steś w Pra­dze? Halo? Janku, halo… — Zdu­miona spo­gląda na wy­świe­tlacz ma­neli. Na ekra­nie pul­suje na­pis: „Osoba chwi­lowo nie­do­stępna”.

Matka pró­buje wzno­wić roz­mowę z sy­nem, ale bez re­zul­tatu.

— Ap, spró­buj po­łą­czyć się z bra­tem! — krzy­czy w stronę po­koju córki.

W drzwiach po­ja­wia się zdzi­wiona April.

— Nie można. Coś się dzieje? — Sen­ność znik­nęła jej z twa­rzy.

— Nie wiem. Za­dzwo­nił, a po­tem prze­rwało nam roz­mowę. Mó­wił jak na­krę­cony, tak, że nic nie zro­zu­mia­łam.

— Pójdę się umyć — mówi córka i wraca do po­koju po świeże ubra­nie.

Sy­grida kil­ka­krot­nie puka pal­cem w wi­ze­ru­nek Jana na wy­świe­tla­czu, ale za każ­dym ra­zem wi­dzi tylko ko­mu­ni­kat o nie­do­stęp­no­ści. Siada ciężko na krze­śle, czu­jąc, jak za­lewa ją fala nie­po­koju. Serce bije nie­spo­koj­nie.

Na nie­spo­dzie­wany sy­gnał wia­do­mo­ści aż pod­ska­kuje. Spo­gląda z na­dzieją na bran­so­letę. Za­piera jej dech.

Dzi­siaj zo­sta­nie Pani do­wie­ziona do Dziel­ni­co­wego Biura Unij­nego Sys­temu Wspo­ma­ga­nia Pracy ce­lem we­ry­fi­ka­cji ka­te­go­rii i prawa do świad­czeń. We­ry­fi­ka­cja jest stan­dar­dowa i obej­muje wy­ty­po­wane grupy oby­wa­teli. W przy­padku po­zy­tyw­nej we­ry­fi­ka­cji przy­znane świad­cze­nia zo­staną zin­dek­so­wane. Pro­szę cze­kać na in­for­ma­cję o trans­por­cie. Dzię­ku­jemy”.

— Mamo, zo­bacz, co do­sta­łam! — April w pod­ko­szulku wy­cho­dzi z ła­zienki i wy­ciąga do Sy­gridy rękę z ko­mu­ni­ka­to­rem. Na wy­świe­tla­czu ma­neli ja­śnieje pa­sek ta­kiej sa­mej wia­do­mo­ści. — O co może cho­dzić?

Matkę ogar­nia pa­nika. „Czy to moż­liwe? Po tylu la­tach? Może to we­zwa­nie do­ty­czy cze­goś in­nego; może fak­tycz­nie we­ry­fi­ka­cji prawa do za­siłku?” — my­śli in­ten­syw­nie, kur­czowo chwy­ta­jąc się ostat­niej na­dziei. Bie­rze głę­boki od­dech. Serce wali tak mocno, że aż może je usły­szeć.

— Ubierz się na spo­koj­nie. Jak znam ży­cie, mamy sporo czasu, za­nim ktoś się zjawi — mówi.

W tym sa­mym mo­men­cie obie bran­so­letki sy­gna­li­zują na­dej­ście ko­lej­nej wia­do­mo­ści: „Biuro USWP pod­stawi za pięć mi­nut sa­mo­chód dys­po­zy­cyjny, który za­wie­zie Pa­nią na te­sty we­ry­fi­ka­cyjne”.

Sy­grida czuje, że za­raz się roz­pła­cze. Nie ma siły się ru­szyć. Nie przy­go­to­wała żad­nego planu awa­ryj­nego. Kie­dyś, gdy od­wie­dzał ją brat, oma­wiali różne sce­na­riu­sze bez­pie­czeń­stwa, ale te­raz, po tylu la­tach nor­mal­nego ży­cia, nie wie­działa, co po­cząć.

Na­gle ro­zu­mie, że je­dyną rze­czą, jaką może w tej chwili zro­bić, jest zo­sta­wie­nie wia­do­mo­ści dla Janka.

Po­woli wstaje, wy­łą­cza czaj­nik, w któ­rym od dłuż­szego czasu go­to­wała się woda, i pod­cho­dzi do szafki, gdzie trzyma luźne kartki do no­to­wa­nia bie­żą­cych spraw. Szybko pi­sze wia­do­mo­ści na dwóch ar­ku­si­kach.

— Za­raz wrócę! — krzy­czy do córki i wy­biega na chwilę z miesz­ka­nia.

Trans­port zja­wia się po upły­wie za­po­wie­dzia­nych pię­ciu mi­nut. Ktoś dzwoni do­mo­fo­nem i każe im scho­dzić. Scho­dzą na­tych­miast. Przed do­mem stoi czarny mi­ni­van z przy­ciem­nio­nymi szy­bami, bez ozna­czeń ja­kiej­kol­wiek in­sty­tu­cji. Kie­rowca we­ry­fi­kuje ich toż­sa­mość za po­mocą ręcz­nego ska­nera, otwiera tylne drzwi auta bez słowa i czeka, aż wsiądą. Blo­kuje drzwi.

Gdy sa­mo­chód ru­sza, prze­ra­żona Sy­grida spo­strzega, że od szo­fera od­dziela je kom­po­zy­towa ścianka, unie­moż­li­wia­jąca ko­mu­ni­ka­cję. Przy­ciem­nione szyby po­jazdu stały się ma­towe od środka, przez co nie może do­strzec ciem­nego auta eskorty, które ru­sza rów­no­cze­śnie z mi­ni­va­nem.

Nie do­strzega także dru­giego czar­nego fur­gonu, który za­par­ko­wał po prze­ciw­nej stro­nie ulicy Plze­ňskiej.

***

Po­ru­szam się po wzgó­rzach bocz­nymi, osie­dlo­wymi ulicz­kami w kie­runku Kla­mo­vki i miesz­ka­nia matki. Od czasu mo­jego dzie­ciń­stwa wzgó­rza te sys­te­ma­tycz­nie od­da­wały swój te­ren pod nowe punk­towce, te­raz w więk­szo­ści za­miesz­kałe przez imi­gran­tów. Nie spo­dzie­wam się uj­rzeć ekipy, która mnie ściga. Zresztą, kto mógłby mieć po­wód, by mnie prze­śla­do­wać?

Ko­lejne próby kon­taktu z dziew­czy­nami koń­czą się nie­po­wo­dze­niem. Sy­gnał sieci jest do­bry, ale ja nie mogę się po­łą­czyć. Pró­buję więc wy­słać wia­do­mość tek­stową do biura firmy, ale rów­nież otrzy­muję ko­mu­ni­kat o nie­do­stęp­no­ści abo­nenta.

Idę szyb­kim kro­kiem. Od zmiany mnoż­nika po­tra­fię wy­czuć po­ziom przy­spie­sze­nia: te­raz oce­niam go na czter­dzie­ści pro­cent. W dro­dze ba­dam bluzę, którą otrzy­ma­łem od Vik­tora. Re­ak­cja Pe­terki w win­dzie za­su­ge­ro­wała mi, że bluza może od­zna­czać się spe­cjal­nymi wła­ści­wo­ściami. Z ze­wnątrz to zwy­czajny, luźny ciuch w nie­rzu­ca­ją­cej się w oczy sza­rej ko­lo­ry­styce. Jed­nak do­ty­kiem wy­czu­wam po­dwójną war­stwę ma­te­riału oraz przy­naj­mniej jedną ukrytą we­wnętrzną po­włokę. Prze­su­wam pal­cami po rę­ka­wie i ma­cam de­li­katną, re­gu­larną fak­turę tej ta­jem­ni­czej wszywki. Przy­po­mina drobną siatkę. Na­daje więk­szą sztyw­ność ma­te­ria­łowi, ale jest wy­star­cza­jąco pla­styczna, by za­cho­wy­wać się jak tka­nina. W kap­tu­rze ta siatka wy­daje się na­wet po­dwój­nie gruba.

Nie za­mie­rzam szcze­gó­łowo ana­li­zo­wać bu­dowy ubra­nia; wnio­skuję tylko, że bluza praw­do­po­dob­nie ekra­nuje sy­gnały emi­to­wane przez bran­so­letę i im­plant. Do­wodu do­star­czają trzy drony prze­la­tu­jące w szyku nad wzgó­rzami. Ma­sywne ma­szyny bez żad­nych ozna­czeń zmie­rzają wła­śnie w to miej­sce, z któ­rego ostat­nio pró­bo­wa­łem na­wią­zać łącz­ność. Od­da­li­łem się od tego punktu już o kil­ka­set me­trów, a one prze­la­tują nade mną, nie wy­kry­wa­jąc mnie i nie zmie­nia­jąc ani for­ma­cji, ani kie­runku.

Gdy po­ru­szam się z pręd­ko­ścią bli­ską tej, jaką po­wi­nie­nem osią­gnąć po zmia­nie współ­czyn­nika, ból obi­tego ciała po­wraca. Pali mnie wła­ści­wie wszystko: skóra, mię­śnie, or­gany we­wnętrzne, na­wet ko­ści. Je­stem też nie­ustan­nie głodny. Co za­dzi­wia­jące, ani ból, ani głód nie unie­moż­li­wiają mi dal­szego dy­na­micz­nego wy­siłku. Za­uwa­żam, że im szyb­ciej się po­ru­szam, tym bar­dziej tłu­mione są sy­gnały alar­mowe or­ga­ni­zmu. Przy mak­sy­mal­nej ak­ce­le­ra­cji nie tylko nie czuję bólu, ale do­świad­czam stanu upo­je­nia i pew­no­ści wła­snej mocy, jakby ten stan był dla mnie bar­dziej na­tu­ralny niż ostat­nie pod­krę­ce­nie.

Do­cie­ram w końcu na Plze­ňską, pod dom matki. Stoję w bra­mie bloku po dru­giej stro­nie ulicy, ob­ser­wu­jąc oto­cze­nie oraz wej­ście do bu­dynku. Nie do­strze­gam ni­czego nie­po­ko­ją­cego: małe elek­tryki miesz­kań­ców par­kują je­den za dru­gim; lu­dzie spa­ce­rują chod­ni­kami po obu stro­nach jezdni. Nikt nie stoi, nie czai się, nie ob­ser­wuje. Choć…

Jed­nak coś mnie nie­po­koi. Na wprost wej­ścia do ka­mie­nicy, po mo­jej stro­nie ulicy, stoi auto, które nieco się wy­róż­nia. To czarny fur­gon, wy­raź­nie pod­ra­so­wany: ma sze­ro­kie, ni­sko­pro­fi­lowe opony a na da­chu pła­skie ka­sety do­dat­ko­wych ba­te­rii za­mon­to­wa­nych tuż za ko­puł­kami an­ten. Przy­ciem­nione szyby unie­moż­li­wiają ocenę, czy auto jest pu­ste, czy ktoś w nim sie­dzi. Ale je­śli jest tam ja­kiś ob­ser­wa­tor, to ma do­sko­nały wi­dok na wej­ście do domu matki.

Znów po­wraca py­ta­nie: kto się mną in­te­re­suje? Kto ma moż­li­wo­ści prze­chwy­ce­nia lo­ka­li­za­cji do­wol­nej osoby, utaj­nie­nia dia­gno­styki, wy­dzie­le­nia jed­no­oso­bo­wej sali w szpi­talu? Naj­prost­sza od­po­wiedź na­suwa się sama: służby. Cze­skie, unijne czy inne.

Po­dobno w jed­nost­kach spe­cjal­nych po­tra­fią krót­ko­trwale prze­kra­czać dwa i tro­chę. Przy­naj­mniej ta­kie krążą po­gło­ski, bo nikt ofi­cjal­nie tego nie po­twier­dza. W świe­tle tego fakt, że nieco za mocno się pod­krę­cam, nie po­wi­nien ni­kogo in­te­re­so­wać. Taki tam wy­bryk, po­wstały z ma­riażu tech­no­lo­gii z na­turą.

Moje przy­spie­sze­nia są mocne, ale chwi­lowe, nie do końca kon­tro­lo­wane i w nor­mal­nym ży­ciu nie­spe­cjal­nie przy­datne. Nie są­dzę, by ktoś po­waż­nie in­te­re­so­wał się ja­kim­kol­wiek wy­ko­rzy­sta­niem nieco żwaw­szego spa­wa­cza kon­struk­cji. Ni­kogo nie za­bi­łem, nic nie ukra­dłem, płacę po­datki. Żadne służby nie po­winny się mną in­te­re­so­wać…

No tak, ale jest prze­cież jesz­cze ekipa Pe­terki i jego „ra­tow­ni­ków”. Kon­ku­ren­cja? Dla służb? Tu nic, choćby tro­chę sen­sow­nego, nie przy­cho­dzi mi do głowy. Po­roz­ma­wiam z Sy­gridą i Ap, za­sta­no­wimy się wspól­nie. Nie wy­klu­czam, że sam od­najdę mo­ich prze­śla­dow­ców, by do­bro­wol­nie od­dać się w ich ręce. Naj­pro­ściej bę­dzie wró­cić do szpi­tala.

Tkwię bez sensu na­prze­ciwko miesz­ka­nia matki i sio­stry, od­da­lo­nego o sze­ro­kość ulicy i dwa pię­tra scho­dów. Je­śli chcę zo­ba­czyć moje dziew­czyny, mu­szę dzia­łać, a nie ster­czeć w bra­mie.

Pod­po­wiedź, jak roz­wią­zać sy­tu­ację, po­ja­wia się nie­spo­dzie­wa­nie. Tram­waj li­nii cztery prze­ta­cza się wzdłuż ulicy i na chwilę za­sła­nia wej­ście do bu­dynku ko­muś, kto może sie­dzieć w fur­go­nie. Tak, to może się udać — je­śli tylko zdążę roz­pę­dzić się do od­po­wied­niej pręd­ko­ści. Co­fam się ze sto me­trów, prze­cho­dzę na drugą stronę ulicy, mie­szam się z gru­pami prze­chod­niów i cze­kam na ko­lejny tram­waj. Gdy prze­jeż­dża, ru­szam bie­giem. Na po­czątku skład je­dzie szyb­ciej, niż ja bie­gnę, ale wy­rzut ad­re­na­liny zwięk­sza moją moc i zrów­nuję się z jego pierw­szym wa­go­nem, aku­rat przed bramą domu. Za­nim od­jeż­dża­jący tram­waj od­słoni moją syl­wetkę przed ewen­tu­al­nym ob­ser­wa­to­rem w fur­go­netce, do­pa­dam wej­ścia, wy­stu­kuję kod i za­my­kam za sobą drzwi.

***

— Jak to moż­liwe, że znik­nął?! — Na­pię­cie w gło­sie Du­nowa zdra­dza wy­si­łek, z ja­kim Stary ha­muje wy­buch wście­kło­ści.

Ka­ra­nian stoi wy­prę­żony, z nie­ru­chomą twa­rzą. Zna na­pady zło­ści ge­ne­rała, ale tak na­prawdę jest mu obo­jętne, w jaki spo­sób za­re­aguje prze­ło­żony. Wy­ko­nuje swoją pracę na­le­ży­cie, przy­naj­mniej tak to wy­gląda z ze­wnątrz. Wie jed­nak, że przy­ję­cie służ­bo­wej po­stawy skróci spo­tka­nie i po­zwoli mu wró­cić do pil­niej­szych dzia­łań. Pa­nuje nad swoim przy­spie­sze­niem i uspo­kaja ru­chy, aby do­dat­kowo nie pro­wo­ko­wać Sta­rego.

— Na od­dziale zja­wił się le­karz, który miał od­po­wied­nie upraw­nie­nia do za­bra­nia obiektu — od­po­wiada spo­koj­nie. — Jego bran­so­leta, po­dob­nie jak bran­so­leta to­wa­rzy­szą­cego mu osob­nika, lo­go­wały się fał­szy­wymi toż­sa­mo­ściami. Ana­li­zu­jemy za­pisy mo­ni­to­ringu i zbie­ramy ślady DNA.

— Co z obiek­tem?

— Uciekł im. Ma ekra­no­waną lo­ka­li­za­cję. Za­kła­dam, że po­jawi się u matki na Plze­ňskiej albo u sie­bie, na Lu­ži­nach.

— Za­bez­pie­czy­li­ście?

„A te­raz coś, co ze­psuje ci dzień” — my­śli ma­jor, nie bez zło­śli­wo­ści.

— Oczy­wi­ście. Nasi ob­sta­wiają te­ren — mówi. — Jak za­pewne do­my­śla się pan ge­ne­rał, mu­szą mieć in­for­ma­tora w na­szych sze­re­gach. Lub wy­żej, choć to dru­gie jest mniej praw­do­po­dobne. Upraw­nie­nia były nadane pra­wi­dłowo, po­sia­dali pełne dane.

Stary chwilę prze­tra­wia tę wia­do­mość. Po­ciąga za wę­zeł kra­wata, po­luź­nia­jąc go nieco. Jego twarz przy­biera ko­lor doj­rza­łej brzo­skwini. Ka­ra­nian wie, że ko­lejny wy­buch zło­ści już nie na­stąpi. Przy­gląda się bez emo­cji, jak Du­now mie­rzy się z moż­li­wymi kon­se­kwen­cjami po­sia­da­nia wtyki w swo­ich sze­re­gach. Ge­ne­rał za­czyna do­strze­gać, jak to może wpły­nąć na jego dal­szą ka­rierę.

— Te in­for­ma­cje mu­si­cie utaj­nić, ma­jo­rze.

— Dy­żurni, któ­rzy o tym wie­dzą, do­stali już taki roz­kaz. Będę sam nad­zo­ro­wał ten wą­tek śledz­twa.

Ge­ne­rał pa­trzy na pod­wład­nego po raz pierw­szy od otrzy­ma­nia mel­dunku i za­sta­na­wia się, z czego wy­nika ta jego sta­ran­ność. To zwy­kła su­mien­ność, czy jest w tym coś jesz­cze? Nic nie po­trafi wy­czy­tać z twa­rzy sto­ją­cego przed biur­kiem.

— A co z obiek­tami re­fe­ren­cyj­nymi? Matka i sio­stra, tak? Zgło­szono mi, że ka­za­łeś je prze­jąć? Po co?

— Są w dro­dze. Nie chcia­łem, aby były świad­kami ewen­tu­al­nego uję­cia obiektu. Mo­głyby ucier­pieć. Zro­bimy z nimi wy­wiad, po­py­tamy o ojca, dzie­ciń­stwo i wy­pu­ścimy wie­czo­rem lub ju­tro. Za­kwa­te­ruję je w po­koju dla go­ści.

W tym mo­men­cie bran­so­leta Ka­ra­niana sy­gna­li­zuje po­wia­do­mie­nie.

Ma­jor czyta wia­do­mość i mówi:

— Mamy go! Dron za­re­je­stro­wał jego wej­ście do domu na Plze­ňskiej. Idę do ope­ra­torki.

***

Do miesz­ka­nia matki wcho­dzi się, wpro­wa­dza­jąc sta­ro­modny kod na pro­stym pa­nelu zamka, co eli­mi­nuje po­trzebę po­sia­da­nia do­dat­ko­wego klu­cza. Nie trzeba więc uży­wać bran­so­lety jak w mo­jej ka­wa­lerce i ża­den or­gan nie re­je­struje da­nych o wcho­dze­niu i wy­cho­dze­niu oraz cza­sie prze­by­wa­nia miesz­kań­ców w lo­kalu. Wy­stu­kuję szyfr i sze­roko się uśmie­cham, wcho­dząc do środka. Li­czę na to, że swoim po­ja­wie­niem zro­bię dziew­czy­nom nie­spo­dziankę mimo ze­rwa­nego po­łą­cze­nia sprzed kil­ku­na­stu mi­nut.

Wita mnie ci­sza, która gasi mój uśmiech i ro­dzi prze­ko­na­nie, że dziew­czyn nie ma. Znam na pa­mięć ich przy­zwy­cza­je­nia, plan dnia i na­wyki, więc ich nie­obec­ność jest co naj­mniej za­sta­na­wia­jąca. Być może Sy­grida wy­szła mnie szu­kać, ale to wy­daje się zbyt nie­praw­do­po­dobne. Za­wsze wy­wa­żona i ostrożna, nie opu­ści­łaby domu bez in­for­ma­cji, do­kąd się uda. Prę­dzej April by­łaby zdolna do ta­kich im­pul­syw­nych kro­ków. Je­stem pe­wien, że matka po ze­rwa­niu po­łą­cze­nia na pewno po­zo­sta­łaby w domu, cze­ka­jąc na ko­lejny kon­takt.

Dla pew­no­ści ob­cho­dzę miesz­ka­nie. Ni­czego nie­po­ko­ją­cego nie za­uwa­żam. Brak śla­dów rap­tow­nych dzia­łań. Wra­cam do kuchni, opie­ram się o blat i za­sta­na­wiam, co da­lej. Czuję cie­pło bi­jące od czaj­nika, co utwier­dza mnie w prze­ko­na­niu, że wy­szły przed chwilą.

Po­cze­kam, zjem coś, co da się gryźć, a nie wcią­gać przez rurkę, i we­zmę prysz­nic. Spo­glą­dam na lo­dówkę. Jest bar­dzo stara. Tak stara, że jej obu­dowa jest me­ta­lowa, a nie z kom­po­zytu, jak tych obec­nie pro­du­ko­wa­nych. Dzięki temu małe ma­gnesy do­sko­nale przy­cze­piają się do jej po­wierzchni. Dziew­czyny to wy­ko­rzy­stują, przy­kle­ja­jąc so­bie kar­teczki z li­stami pla­no­wa­nych za­ku­pów, ra­chunki do opła­ce­nia czy inne przy­po­mi­najki. Z przy­zwy­cza­je­nia rzu­cam okiem na kartki.

„Idź do Kre­cika”. Ta kar­teczka nie pa­suje do reszty. „Idź”, a nie „Iść”. In­for­ma­cja na­pi­sana w ten spo­sób musi być ad­re­so­wana tylko do mnie. Poza tym, gdyby Ap czy Sy­grida mu­siały tam pójść, zro­bi­łyby to od razu, bez pi­sa­nia wia­do­mo­ści. Bo Kre­cik za­wsze jest w domu.

Wiem już, co zro­bię. Mogę jesz­cze po­cze­kać z je­dze­niem — przy­zwy­cza­jam się do cią­głego uczu­cia głodu — ale mu­szę się od­świe­żyć. Śmier­dzę okrut­nie. Przy­naj­mniej od trzech dni nie bra­łem prysz­nica, a mój or­ga­nizm re­ago­wał na stres, zda­rze­nia i wy­si­łek, in­ten­syw­nie się po­cąc. Po na­try­sku zejdę do Kre­cika, by do­wie­dzieć się, co ma mi do prze­ka­za­nia. Póź­niej wrócę, zjem coś i będę cze­kał na dziew­czyny.

***

W po­koju nad­zoru wciąż pra­cują je­dy­nie dwaj dy­żurni. Ka­ra­nian za­bro­nił im in­for­mo­wać in­nych ope­ra­cyj­nych o ak­cji po­szu­ki­wań obiektu ozna­czo­nego nu­me­rem sie­dem­na­ście. Otrzy­mali rów­nież za­kaz po­dej­mo­wa­nia klu­czo­wych de­cy­zji bez jego ak­cep­ta­cji. Star­szy z ope­ra­to­rów za­uwa­żył, że ni­gdy wcze­śniej nie było ta­kiego za­mie­sza­nia przy przej­mo­wa­niu no­wego celu. Do tego ta blo­kada in­for­ma­cji — istne sza­leń­stwo.

Ma­jor wcho­dzi do po­miesz­cze­nia, wy­suwa na śro­dek sali fo­tel z nie­ob­sa­dzo­nego sta­no­wi­ska i siada za ple­cami pra­cow­ni­ków. Ogar­nia wzro­kiem wszyst­kie in­for­ma­cje wy­świe­tlane na ścia­nie wi­zyj­nej. Na cen­tral­nym polu znaj­duje się te­raz pod­gląd z ka­mer drona, który unosi się kil­ka­set me­trów nad Kla­mo­vką. Ob­raz jest ostry, uka­zuje szcze­góły domu oraz przy­le­głej do niego ulicy. Wi­dać także sa­mo­chód ope­ra­cyjny za­par­ko­wany na­prze­ciwko wej­ścia. Obok, na ma­pie, za­zna­czone są po­zy­cje in­nych po­jaz­dów in­ter­wen­cyj­nych, jed­nak ża­den z nich nie znaj­duje się w po­bliżu ob­ser­wo­wa­nej lo­ka­li­za­cji.

— Mają go zdjąć? — pyta star­szy z ope­ra­to­rów.

— Nie, niech jesz­cze cze­kają. Po­łącz­cie mnie z dys­po­zy­torką dziel­ni­cową.

Ma­jor pod­cho­dzi i po­chyla się nad mi­kro­fo­nem kon­soli.

— Hře­benki, Ka­ra­nian. Po­trze­buję od­działu tak­tycz­nego na Plze­ňską sto dwa­dzie­ścia dzie­więć, praw­do­po­dobne uży­cie broni. Nie­ozna­ko­wany.

— Zro­zu­mia­łam, będą za… sie­dem mi­nut. — Po­li­cjantka przyj­muje zgło­sze­nie bez zdzi­wie­nia.

Dy­żurni wy­mie­niają spoj­rze­nia, ale ża­den z nich się nie od­zywa. W po­miesz­cze­niu sły­chać je­dy­nie spo­ra­dyczne, krót­kie roz­mowy po­mię­dzy pa­tro­lami. Po­ja­wia się py­ta­nie ze­społu sie­dzą­cego w fur­go­netce: pro­szą o po­zwo­le­nie na prze­ję­cie obiektu. Otrzy­mują po­le­ce­nie in­ter­wen­cji tylko na sy­gnał lub po wej­ściu po­li­cji. Ma­jor, lekko po­chy­lony, z nie­od­gad­nioną miną ob­ser­wuje sceny prze­ka­zy­wane z ka­mer drona uno­szą­cego się nad dziel­nicą.

— Pa­nie ma­jo­rze, obiekt po­ja­wił się na ma­pie. Jest lo­ka­li­za­cja — in­for­muje młod­szy dy­żurny, ob­ra­ca­jąc się do prze­ło­żo­nego, ale ten już to za­uwa­żył. Nie ko­men­tuje ani nie re­aguje, więc cze­kają da­lej. Mi­jają ko­lejne mi­nuty. Na par­king dys­kontu nie­da­leko domu na Plze­ňskiej wjeż­dżają dwa ma­sywne, czarne po­li­cyjne vany.

Na­gle Ka­ra­nian pro­stuje się, gdyż do­strzega coś istot­nego w ob­ra­zie z ka­mer.

— Po­łącz­cie mnie z do­wo­dzą­cym od­dzia­łem tak­tycz­nym.

Gdy ope­ra­tor wy­wo­łuje po­li­cjanta, pod ob­ser­wo­wany bu­dy­nek za­jeż­dża ka­retka po­go­to­wia ra­tun­ko­wego i staje na ko­per­cie tuż przed wej­ściem. Wy­siada z niej trzech męż­czyzn, otwie­rają drzwi za po­mocą klu­cza Re­scue i wcho­dzą do środka.

— Prze­sy­łamy wam plan lo­kalu oraz dane obiektu, który ma być za­trzy­many — mówi ma­jor, ki­wa­jąc głową do star­szego dy­żur­nego. — Wy­sy­łaj.

— Trzy osoby to­wa­rzy­szące, które we­szły, są uzbro­jone. Ze względu na ry­zyko, także dla obiektu… — za­wie­sza na chwilę głos — pro­po­nuję po­stę­po­wać zgod­nie z pro­ce­durą RAID.

***

Mu­szę zde­cy­do­wać, czy zdję­cie bluzy oraz moż­li­wość na­mie­rze­nia mo­jej po­zy­cji sta­no­wią dla mnie za­gro­że­nie. „Za­gro­że­nie” to może zbyt mocne słowo — ozna­cza je­dy­nie po­wrót do szpi­tala na dia­gno­stykę. Skoro nie wy­klu­czam sa­mo­dziel­nego zgło­sze­nia się, naj­gor­sze, co może mnie spo­tkać, to fakt, że zja­wią się po mnie, za­nim zdążę spo­tkać się z dziew­czy­nami. W końcu wła­śnie dla­tego ucie­kłem ze szpi­tala. „No tak, nie do końca ze szpi­tala, ale to na jedno wy­cho­dzi” — my­ślę.

Biorę bok­serki z szafki, w któ­rej trzy­mam ubra­nia na wy­pa­dek no­co­wa­nia u matki, i idę pod prysz­nic. Usta­wiam per­la­tor na bar­dzo drobne kro­ple, aby przy­dzia­łowa ilość wody na ką­piel zra­szała mnie dłu­żej. Stoję pod cie­płą mgiełką i wcie­ram żel w ciało. Pod do­ty­kiem wszystko boli, ale tem­pe­ra­tura mnie roz­luź­nia i po­zwala znieść ból. Cią­gle za­ska­kuje mnie cien­kość mo­jej skóry oraz wy­raź­nie wy­czu­walne włókna mię­śni. To ciało staje się mi obce. Za­krę­cam wodę, za­nim licz­nik ode­tnie do­pływ po od­mie­rze­niu re­gla­men­to­wa­nej jed­no­ra­zowo ilo­ści.

Ubie­ram bie­li­znę i wła­śnie koń­czę się wy­cie­rać, gdy sły­szę ło­mot do­cho­dzący od drzwi wej­ścio­wych. Su­chy trzask pla­stiku w po­łą­cze­niu z me­ta­licz­nym od­gło­sem cze­goś spa­da­ją­cego na po­sadzkę ko­ry­ta­rza. Wy­ska­kuję z ła­zienki. Czuję, jak w stre­sie bły­ska­wicz­nie zmie­nia się mój me­ta­bo­lizm. Wi­dok przed­po­koju po­twier­dza moje obawy. Nie spo­dzie­wa­łem się tylko, że sta­nie się to tak szybko i tak dy­na­micz­nie. Otwór fu­tryny szczel­nie wy­peł­nia czer­wień kom­bi­ne­zo­nów dwóch ra­tow­ni­ków me­dycz­nych. Wza­jem­nie się po­py­cha­jąc i sztur­cha­jąc, ra­tow­nicy prą w moim kie­runku. Oczy­wi­ście to Vik­tor ze swoim sza­fo­po­dob­nym ko­legą. Wiem już, że za nimi za­raz zo­ba­czę oku­lar­nika Pe­terkę.

Wy­co­fuję się do po­koju i staję za sto­łem, który od­dziela mnie od nie­pro­szo­nych go­ści. Ci prze­py­chają się w końcu przez przed­po­kój i roz­dzie­lają na boki. Zza ich ple­ców wy­cho­dzi zna­jomy le­karz.

Pa­trzymy przez chwilę w mil­cze­niu na sie­bie, jak przy­cza­jone owczarki, oce­nia­jąc szanse. Ich — by mnie zła­pać, moje — by się nie dać. Mimo że mają li­czebną prze­wagę, a miej­sca jest mało, czuję swoją moc. Moje ciało go­tuje się do kon­fron­ta­cji. Po­czu­cie wła­snej szyb­ko­ści i siły na­ra­sta. Uśmie­cham się.

— Nie kom­bi­nuj, Kel­ler… Po­je­dziesz z nami… Czy chcesz… czy nie… — Ka­te­go­ryczny prze­kaz nie współ­brzmi z za­sa­pa­nym, nie­pew­nym gło­sem Pe­terki.

Do­piero te­raz za­uwa­żam, jak bar­dzo jest zdy­szany. Mu­sieli wbie­gać po scho­dach, czyli wciąż ści­gają się z cza­sem. Wy­dają mi się dość po­wolni; prze­wyż­szam ich sporo w pręd­ko­ści i cza­sie re­ak­cji. Oce­niam, że nie mają wię­cej niż je­den dwa. Mogę wcią­gnąć ich głę­biej do po­koju, a po­tem przy­spie­szyć i wy­mi­nąć, lecz nie chcę zo­sta­wić ich w miesz­ka­niu matki. Nie za­mie­rzam ro­bić dziew­czy­nom przy­krej nie­spo­dzianki. Trzeba wy­cią­gnąć całą trójkę na ze­wnątrz.

— Po­daj­cie ad­res, sam się zgło­szę. Na ten wie­czór mam już plany.

Co­fam się o dwa kroki. Re­agują nie­mal na­tych­miast, ale nie na tyle szybko, by opóź­nie­nie nie było wi­doczne. Już wiem, jak szybko mu­szę się po­ru­szać, by nie dać się zła­pać i jed­no­cze­śnie po­zo­stać w ich za­sięgu, tak aby wszy­scy za mną po­dą­żyli.

— Dość tych bredni — war­czy Vik­tor i ru­sza, by obejść stół z le­wej strony. — Foka, zo­stań w przej­ściu.

Drugi z „ra­tow­ni­ków” po­słusz­nie cofa się, ta­ra­su­jąc otwór do ko­ry­ta­rza. To nieco kom­pli­kuje sy­tu­ację, ale po­sta­na­wiam im­pro­wi­zo­wać. Szkoda tylko, że je­stem w sa­mej bie­liź­nie.

Gdy Pe­terka zbliża się do mnie z pra­wej strony, Foka wy­ciąga z kie­szeni pi­sto­let. Ten wi­dok mrozi mnie i za­czy­nam się wa­hać.

Broń jest grubą prze­sadą. Pa­trzę na uzbro­joną rękę osiłka i nie ro­zu­miem, co jest stawką w tej roz­grywce. Może po­ja­wił się ja­kiś nie­znany ele­ment, o któ­rym nie mam po­ję­cia, lub ist­niał od sa­mego po­czątku, a ja go prze­ga­pi­łem? Wpa­truję się w ten pi­sto­let w chwi­lo­wym stu­po­rze, przez co nie re­je­struję ru­chu w głębi ko­ry­ta­rza i tracę kilka cen­nych se­kund. A po­tem wszystko to­czy się bły­ska­wicz­nie. Wy­star­cza­jąco szybko, bym nie zdą­żył do końca otrzą­snąć się z drę­twoty.

Naj­pierw — rów­no­cze­śnie z przy­tłu­mio­nym od­gło­sem wy­strzału — eks­plo­duje głowa trzy­ma­ją­cego broń Foki. Jego mózg, wraz z frag­men­tami czaszki i krwią, za­chla­puje ścianę oraz część su­fitu. Mar­twe już ciało „ra­tow­nika” stoi przez chwilę, by w końcu zwa­lić się do przodu, ude­rza­jąc dziu­rawą twa­rzą o pod­łogę.

Vik­tor re­aguje z mi­ni­mal­nym opóź­nie­niem. Ob­raca się w stronę wej­ścia. W pół­ob­ro­cie pada na pod­łogę, prze­wraca stół i wy­szar­puje pi­sto­let z za­ka­mar­ków bluzy.

Pe­terka wy­gląda na rów­nie za­szo­ko­wa­nego jak ja, więc jego re­ak­cja jest znacz­nie wol­niej­sza. Za­czyna się ku­lić do­piero wtedy, gdy do po­koju wpa­dają pierwsi po­li­cyjni ko­man­dosi.

— Nie ru­szać się! — ry­czy wzmoc­niony ba­ry­ton z gło­śnika. — Po­li­cja!!!

Uła­mek se­kundy póź­niej idę za przy­kła­dem Pe­terki i lecę na pod­łogę.

Upa­da­jąc za prze­wró­co­nym sto­łem, re­je­struję jesz­cze, jak Vik­tor tra­fia funk­cjo­na­riu­sza sztur­mu­ją­cego na prze­dzie fa­langi. Jed­nak po­li­cjant, osło­nięty bo­jo­wym eg­zosz­kie­le­tem, nie traci im­petu. Gdy ude­rzam cia­łem o po­sadzkę, ką­tem oka do­strze­gam ruch w miej­scu, w któ­rym po­wi­nien kryć się młody le­karz. Nade mną ma­ja­czy już lufa broni po­li­cyj­nego ko­man­dosa.

Póź­niej dzieje się kilka rze­czy jed­no­cze­śnie. Vik­tor try­ska krwią z prze­strze­lo­nej szyi. Brzę­czy tłu­czone szkło tam, gdzie znikł mi z oczu Pe­terka. Ce­lu­jący we mnie funk­cjo­na­riusz strzela.

W mo­jej klatce pier­sio­wej eks­plo­duje ogień.

Za­pa­dam w nie­byt.

Rozdział 6

17 kwietnia, sobota

Sygrida nie za­pala świa­tła. Nie chce obu­dzić April, a poza tym nie jest pewna, gdzie znaj­duje się włącz­nik. Naj­ci­szej, jak po­trafi, pod­cho­dzi do okna, usi­łu­jąc przy­po­mnieć so­bie, czy coś stoi pod nim lub na pa­ra­pe­cie. Maca kra­wędź wnęki w po­szu­ki­wa­niu łań­cuszka ża­lu­zji. Prze­kręca la­mele z na­dzieją, że mrok w po­koju nieco się roz­ja­śni. Ciem­ność po­miesz­cze­nia zo­staje de­li­kat­nie zła­mana ma­li­no­wym fil­trem przed­świtu.

Ko­bieta pod­piera się łok­ciami na pa­ra­pe­cie, pró­bu­jąc do­strzec ja­kieś szcze­góły za oknem. Wi­dzi je­dy­nie czarną ścianę drzew w parku, ob­ry­so­waną smuż­kami czer­wieni. Spraw­dza na ma­neli go­dzinę: za kilka mi­nut bę­dzie wpół do szó­stej.

Ci­cho wraca na swoje łóżko, siada i opiera plecy o ścianę. Czeka na prze­bu­dze­nie córki. Ciemna plama po­sła­nia po dru­giej stro­nie po­koju bar­dzo po­woli na­biera kształ­tów.

Gdzieś pod su­fi­tem za­łą­cza się na­dmuch; kli­ma­ty­za­cja za­czyna de­li­kat­nie szu­mieć i wy­mie­niać cie­płe po­wie­trze, które na­gro­ma­dziło się w nocy. Do­piero te­raz Sy­grida za­uważa, że jej ko­szulka jest wil­gotna od potu.

Noc była nie­spo­kojna, prze­ry­wana czę­stymi po­bud­kami, po któ­rych matka prze­wra­cała się z boku na bok. Gdy w końcu uda­wało jej się za­snąć, za­pa­dała w płytki sen nie­da­jący wy­po­czynku.

Wczo­raj­sze nie­spo­dzie­wane wy­da­rze­nia zbu­rzyły bez­pieczny ko­kon, który przez lata bu­do­wała z co­dzien­nej ru­tyny, za­po­mnie­nia i z wła­snych pro­jek­cji. Te­raz drży na myśl, że de­mony prze­szło­ści mo­gły się obu­dzić. W pa­nu­ją­cym do­okoła pół­mroku wra­cają do niej stre­su­jące wspo­mnie­nia z po­przed­niego dnia.

Wy­sia­dły w ja­kimś pod­ziem­nym ga­rażu, gdzie auto sta­nęło na sta­cji ła­do­wa­nia wśród kilku po­dob­nych czar­nych va­nów o przy­ciem­nio­nych szy­bach. Kie­rowca za­pro­wa­dził je do windy, przed którą cze­kała już młoda dziew­czyna. Przed­sta­wiła się jako opie­kunka klienta w Dziel­ni­co­wym Biu­rze USWP. Pra­cow­nica wy­da­wała się sym­pa­tyczna, jed­nak nie udzie­liła im żad­nych in­for­ma­cji. Uśmie­chała się tylko, kiedy April na­ga­by­wała ją o to, ja­kim te­stom zo­staną pod­dane.

Wje­chały na par­ter bu­dynku, gdzie mie­ściły się okienka re­cep­cji po­dobne do prze­szklo­nego akwa­rium. Trans­pa­rentne prze­pie­rze­nia od­dzie­lały ko­ry­ta­rze od głów­nego wej­ścia, znaj­du­ją­cego się na­prze­ciwko wind. Par­teru pil­no­wała para nie­ru­cho­mych żoł­nie­rzy. Ich po­tężne syl­wetki, wci­śnięte w eg­zosz­kie­lety, wy­dały się Sy­gri­dzie szcze­gól­nie zło­wiesz­cze.

Gdyby nie uzbro­jona ochrona i te prze­zro­czy­ste ba­riery, wy­strój Biura przy­po­mi­nałby tani pen­sjo­nat z dłu­gimi ko­ry­ta­rzami po­kry­tymi wy­kła­dziną i z re­gu­lar­nie roz­miesz­czo­nymi drzwiami.

Opie­kunka od­blo­ko­wała za po­mocą swo­jej bran­so­lety naj­pierw szklane drzwi ko­ry­ta­rza, a na­stęp­nie drzwi do kwa­tery i za­pro­wa­dziła obie pe­tentki do przy­dzie­lo­nego im po­koju. Po­miesz­cze­nie było nie­wiel­kie, wy­po­sa­żone w ła­zienkę stan­dardu ho­te­lo­wego, dwa łóżka, sto­li­czek, parę krze­seł oraz duży ścienny wy­świe­tlacz sie­ciowy.

Po około go­dzi­nie do po­koju zaj­rzała star­sza pra­cow­nica, która zde­cy­do­wa­nie nie bu­dziła sym­pa­tii. Jej cien­kie usta, po­ma­lo­wane ja­skrawą szminką, przy­po­mi­nały po­ziomą, ogni­stą pręgę. We­zwała Sy­gridę na roz­mowę we­ry­fi­ka­cyjną.

Sala na końcu ko­ry­ta­rza, wy­po­sa­żona w kilka biu­rek z ter­mi­na­lami, w tam­tej chwili świe­ciła pust­kami. Ko­bieta za­jęła miej­sce przy je­dy­nym sta­no­wi­sku z uru­cho­mio­nym wy­świe­tla­czem; po­cze­kała, aż ba­dana usią­dzie, i bez wstęp­nych wy­ja­śnień za­częła za­da­wać py­ta­nia. Ze­stre­so­wana Sy­grida na po­czątku po­my­liła się przy po­da­wa­niu swo­jego ad­resu. Póź­niej za­po­mniała, kiedy ostat­nio była u le­ka­rza i kiedy prze­cho­dziła ba­da­nia kon­tro­lne.

Pra­cow­nica Biura spraw­dzała zgod­ność od­po­wie­dzi z da­nymi wy­świe­tla­nymi na ekra­nie. Po­pra­wiała błędne od­po­wie­dzi, nie ko­men­to­wała po­my­łek ani nie re­ago­wała na wa­ha­nie. Nie pró­bo­wała na­wią­zać re­la­cji z ba­daną, ogra­ni­cza­jąc się je­dy­nie do cier­pli­wego za­da­wa­nia py­tań.

Z cza­sem Sy­grida za­częła od­po­wia­dać płyn­niej i nie my­liła się już. Py­ta­nia nie były zbyt szcze­gó­łowe, nie do­ty­czyły nie­bez­piecz­nych te­ma­tów — a mimo to cią­gle czuła nie­po­kój. Po kwe­stiach do­ty­czą­cych stanu zdro­wia wy­py­ty­wano ją o su­biek­tywną ocenę sa­mo­po­czu­cia, po­ziom za­do­wo­le­nia z sy­tu­acji ma­te­rial­nej oraz wy­so­kość opłat sta­łych i ostat­nich więk­szych wy­dat­ków. Ca­łość roz­mowy wy­dała jej się dość dziwna, wręcz nie­spójna.

Za­raz po niej na we­ry­fi­ka­cję za­brano April.

Po po­wro­cie z wy­wiadu córka za­częła cho­dzić ze wzbu­rze­nia po po­koju i ner­wowo ge­sty­ku­lo­wać rę­kami. Z jej wy­krzy­cza­nej re­la­cji wy­ni­kało, że prze­bieg lu­stra­cji był po­dobny. Może nie do końca: Ap nie mo­gła po­wstrzy­mać się od za­da­wa­nia py­tań pra­cow­nicy i gło­śnych pro­te­stów prze­ciwko for­mie za­trzy­ma­nia. Nie usły­szała jed­nak żad­nego ko­men­ta­rza ani nie wy­wo­łała żyw­szej re­ak­cji. Ba­da­jąca ją cier­pli­wie cze­kała na wła­ściwe od­po­wie­dzi, in­for­mu­jąc je­dy­nie, że April nie­po­trzeb­nie prze­dłuża wy­wiad.

— Nie mają prawa nas prze­trzy­my­wać!!! Sły­sza­łaś, aby ko­go­kol­wiek pod­da­wali we­ry­fi­ka­cji z za­kwa­te­ro­wa­niem?! Cała ta we­ry­fi­ka­cja to fik­cja. Nie py­tają nas o nic, czego już nie wie­dzą lub nie mogą spraw­dzić. Prze­cież stan zdro­wia mają w da­nych zbie­ra­nych przez sys­tem. A moje sa­mo­po­czu­cie gówno ich ob­cho­dzi!

— Ap…

— Co, „Ap”? ! Taka jest prawda! Mamo, zrób coś. Czego się bo­isz? Prze­cież nie mamy mnoż­nika. Je­ste­śmy praw­dzi­wymi, na­tu­ral­nymi je­dyn­kami. Co nam mogą za­brać? Mamy tylko usta­wowe świad­cze­nia. — Za­trzy­mała się wresz­cie przed Sy­gridą. — Je­śli ty, mamo, nie chcesz, to ja pójdę zro­bić awan­turę.

Matce udało się jed­nak prze­ko­nać April, by po­cze­kały do rana. Prze­cież nie­długo wszystko się wy­ja­śni i zo­staną zwol­nione do domu.

Te­raz, po nie­prze­spa­nej nocy musi zgo­dzić się z córką.

Po­winny na­le­gać na opusz­cze­nie ośrodka. Nic nie wska­zuje na to, aby na­głe we­zwa­nie do Biura USWP miało zwią­zek z wy­da­rze­niami, które były głę­boko skry­wane przez lata. Je­śli zo­staną zwol­nione dziś do po­łu­dnia, zdąży zdjąć kartkę z lo­dówki, za­nim przyj­dzie Ja­nek. Nie zro­zu­miała, o czym mó­wił do niej syn pod­czas po­łą­cze­nia, ale wy­da­wało się, że cho­dziło o jego po­wrót do kraju. Ma prze­czu­cie, że on już jest w Pra­dze. Czuje to.

Ścią­gnie kartkę i wszystko wróci na swoje miej­sce.

O brza­sku wy­daje jej się to do­brym po­my­słem. Tak, wszystko wróci na swoje miej­sce.

***

— Prze­ję­li­śmy obiekt sie­dem­na­ście — mel­duje Ka­ra­nian.

Pa­trzy na ge­ne­rała wci­śnię­tego w nieckę skó­rza­nego fo­tela i na­wet tro­chę jest mu go żal. Wi­dać, że od wczo­raj­szej roz­mowy ener­gia wy­raź­nie uszła z si­wego ofi­cera. Dziś to tylko przy­gar­biony, tłu­sty sta­ru­szek w lekko przy­cia­snej ko­szuli.

Du­now nie pod­nosi wzroku na pod­wład­nego. Okręca dłu­go­pis pal­cami na bla­cie biurka i wpa­truje się tępo w fo­lię wy­świe­tla­cza. Wy­gląda, jakby nie spał całą noc: ko­szula nie jest świeża, a po­liczki sre­brzą się za­ro­stem. Jest ja­sne, że nie po­je­chał do domu.

Ka­ra­nian jest pe­wien, że Stary nie cierpi Ośrodka oraz cy­wili w nim pra­cu­ją­cych. Jego ko­le­dzy z mło­do­ści już dawno oku­pują stołki mi­ni­ste­rialne lub unijne, a on wy­lą­do­wał w czar­nej dziu­rze i nie może jej opu­ścić.

Ge­ne­rał, któ­rego do­pusz­czano do ści­śle taj­nych pro­jek­tów i wy­bie­rano spo­mię­dzy ogra­ni­czo­nego grona za­ufa­nych, li­czył na to, że też zo­sta­nie w końcu wła­ści­wie na­gro­dzony. Jed­nak za­miast jaw­nej no­bi­li­ta­cji wy­lą­do­wał w pla­cówce Na Hře­ben­kách 737, za­kon­spi­ro­wa­nej jed­no­stce zwa­nej kró­cej „Ośrod­kiem 737”. Choć ma ona istotne zna­cze­nie dla sys­temu wspo­ma­ga­nia, a w pla­nach rządu unij­nego od­grywa new­ral­giczną rolę, jej utaj­niony sta­tus nie po­zwala Du­no­wowi afi­szo­wać się jej do­wo­dze­niem. Tym bar­dziej że krąg osób wta­jem­ni­czo­nych w dzia­ła­nia tej pla­cówki jest mocno ogra­ni­czony — także wśród rzą­dzą­cych.

Ofi­cjal­nie jest dy­rek­to­rem przy­krywki, czyli Dziel­ni­co­wego Biura USWP, co oczy­wi­ście nie od­po­wiada jego am­bi­cjom. Gdy lata mi­jały, a on nie do­sta­wał in­nej pro­po­zy­cji z góry, po­go­dził się z my­ślą o pracy w Ośrodku do sa­mej eme­ry­tury. Za­mie­rzał w spo­koju do niej do­trwać, li­cząc na hojną od­prawę, która wy­na­gro­dzi mu te ostat­nie lata w od­stawce.

Ma­jor wi­dzi te­raz, że moż­li­wość in­fil­tra­cji pla­cówki to cios, który za­chwiał Sta­rym. Je­śli in­for­ma­cja o kre­cie do­trze wy­żej, z du­żym praw­do­po­do­bień­stwem prze­niosą ge­ne­rała w try­bie pil­nym na eme­ry­turę, ale bez apa­naży i w nie­sła­wie. Jed­no­cze­śnie bę­dzie to naj­ła­god­niej­sza kara, jaka może go spo­tkać. Nie można wy­klu­czyć, że ktoś rzuci na niego po­dej­rze­nia o kry­ciu prze­cieku, sprzy­ja­niu dru­giej stro­nie lub — co naj­gor­sze — o ak­tyw­nym uczest­nic­twie w dzia­ła­niach szpiega. Każdy ma wro­gów, także Du­now.

O tych wszyst­kich moż­li­wych wa­rian­tach wy­da­rzeń i ich kon­se­kwen­cjach Stary my­ślał pew­nie całą noc.

— Jak po­szło? — Ge­ne­rał spo­gląda w końcu na pod­wład­nego.

— Nie wszystko się udało. Sztur­mowcy zli­kwi­do­wali dwójkę po­ry­wa­czy, ale trzeci wy­sko­czył przez okno i uciekł. — Ka­ra­nian ce­lowo mówi to jak mel­du­nek, nie ak­cen­tu­jąc wy­po­wie­dzi. — Z trze­ciego pię­tra spadł na dach ka­retki, ra­czej jest ranny. Dwa na­sze ze­społy go szu­kają.

Stary nie pyta, skąd na miej­scu uję­cia obiektu byli jego po­ry­wa­cze, co świad­czy, że nie do końca do­cie­rają do niego słowa ma­jora.

— Dla­czego po­li­cja go nie ści­gała?

— To był od­dział tak­tyczny, a in­nych jed­no­stek nie było. Nasi zdą­żyli wejść do bu­dynku za po­li­cją.

Ge­ne­rał stara się sku­pić. Marsz­czy krza­cza­ste brwi, jakby chciał so­bie coś przy­po­mnieć.

— Mó­wi­łeś, że mamy obiekt?

— Tak. Dziś zro­bimy z nim wy­wiad, ju­tro lub w po­nie­dzia­łek pierw­sze ba­da­nia. Przy­dzie­li­łem go Jáchy­mowi.

Sta­ru­szek kiwa po­woli po­ta­ku­jąco głową.

— Chcę wy­ko­rzy­stać fakt, że mamy też obiekty re­fe­ren­cyjne, i oprócz wy­wiadu wy­ko­nać ich szcze­gó­łowe ana­lizy — do­daje ma­jor.

— Rób, jak chcesz…

— Pro­szę o au­to­ry­za­cję, pa­nie ge­ne­rale.

Star­szy męż­czy­zna pro­stuje się w fo­telu. Pa­trzy przez chwilę na sto­ją­cego przed biur­kiem, jakby oce­niał, czy to nie żart. Czy ten pod­pis nie spro­wa­dzi na jego głowę do­dat­ko­wych pro­ble­mów. Nie, Ka­ra­nia­nowi można ufać. Chyba.

— Do­bra, po­daj karty — mówi z re­zy­gna­cją.

Ma­jor puka w ekran swo­jej bran­so­lety i na ter­mi­nalu prze­ło­żo­nego po­ja­wia się fol­der.

Ge­ne­rał otwiera go i wy­świe­tla trzy kar­to­teki oso­bowe. W każ­dej za­zna­cza opcję „skie­ro­wać do dal­szych ba­dań” i pa­ra­fuje e-pió­rem.

Du­now wy­gląda te­raz, jakby za­wie­sił się na chwilę. W końcu zbiera się w so­bie, by za­dać nur­tu­jące go py­ta­nie.

— A co ze śledz­twem do­ty­czą­cym kreta?

— Ana­li­zuję, kto miał pier­wotny do­stęp do da­nych obiektu. Oprócz na­szych spraw­dzamy też szpi­tal. Igor ma pe­wien trop. My­ślę, że na ju­tro będę mieć wy­ty­po­wa­nych po­dej­rza­nych.

***

Noc nie ostu­dziła wo­jow­ni­czego za­pału April.

Sy­grida roz­po­znaje ten stan córki. Ap jest pod­eks­cy­to­wana od rana, szybka w ru­chach — oczy­wi­ście, jak na nią — i z bły­skiem w oku go­towa do kon­fron­ta­cji.

Taki na­strój wy­stę­po­wał u niej dość rzadko. Naj­czę­ściej wtedy, gdy miał je od­wie­dzić Jan lub gdy pod wpły­wem im­pulsu za­mie­rzała pod­jąć próbę zdo­by­cia pracy. Za­pał za­zwy­czaj wy­star­czał jej na kilka go­dzin — gasł, kiedy tylko po­kłó­ciła się z Ja­nem lub na­po­tkała pierw­szą prze­szkodę w swoim pla­nie. Na ogół po­ranki za­czy­nała w mil­cze­niu, zo­bo­jęt­niała, a po śnia­da­niu zni­kała w swoim po­koju.

Dziś jed­nak ener­gia ją roz­piera. Po prze­bu­dze­niu wpa­dła do ła­zienki szybko umyć twarz i prze­płu­kać zęby, a te­raz z im­pe­tem siada na swoim łóżku. Po­chyla się w stronę matki i opiera się wy­pro­sto­wa­nymi rę­kami o kra­wędź po­sła­nia. Wy­gląda, jakby szy­ko­wała się do skoku z da­chu.

— To co? Idziemy?

„Wszystko wróci na swoje miej­sce” — my­śli Sy­grida, ale te­raz nie jest tego taka pewna. Znik­nął pół­mrok koń­czą­cej się nocy i już nic nie roz­mywa rze­czy­wi­sto­ści. Wnę­trze po­koju jest wy­peł­nione ostrym świa­tłem; słońce już wznosi się po­nad drze­wami w parku. Jest zbyt ja­sno, zbyt wy­raź­nie. Zbyt praw­dzi­wie.

— Może po­cze­kajmy do po­łu­dnia?

— Oj, mamo. Ja idę, niech tylko otwo­rzą drzwi. Wy­garnę im!

Sy­grida prze­czuwa, że to za­koń­czy się ka­ta­strofą. W tym sta­nie du­cha April po­wie za dużo, za­cznie krzy­czeć, a kto wie, może na­wet skry­ty­kuje ideę wspo­ma­ga­nia oraz sam sys­tem. To ni­gdy nie jest bez­pieczne. Nie pu­blicz­nie.

Przy­po­mina so­bie prze­zro­czy­ste ścianki od­ci­na­jące wyj­ście z bu­dynku oraz akwa­rium re­cep­cji, przy któ­rym stały groźne, nie­ru­chome po­sągi żoł­nie­rzy. Tak, awan­tura nie wyj­dzie im na do­bre. Może le­piej spró­bo­wać spo­koj­nie po­roz­ma­wiać z ob­sługą?

— Do­brze, Ap… — wzdy­cha. — Ja pójdę.

Chyba spra­wia córce nie­spo­dziankę, bo ta za­uwa­żal­nie się roz­luź­nia i prze­siada na łóżko obok matki.

Sy­grida, chcąc do­dać so­bie od­wagi, wolno wy­li­cza w my­ślach ko­lejne ar­gu­menty, które za­mie­rzała przed­sta­wić. Bez­wied­nie przy­ta­cza słowo w słowo wszystko to, co wie­czo­rem wy­rzu­ciła w zło­ści Ap. Umac­nia­jąc swoją ar­gu­men­ta­cję, prze­ko­nu­jąc samą sie­bie, matka po­woli się uspo­kaja. Po­maga jej także cie­pło sie­dzą­cej obok córki.

W ocze­ki­wa­niu na otwar­cie za­blo­ko­wa­nych drzwi roz­ma­wiają o Ja­nie i o ostat­nich wy­da­rze­niach. April przy­znaje, że już tę­skni za bra­tem, czuje rów­nież smu­tek, my­śląc o ich po­że­gnal­nym spo­tka­niu. Ma też do sie­bie żal za te emo­cjo­nalne wy­bu­chy, któ­rymi ostat­nio go ra­czyła.

Mi­nuty cią­gną się w nie­skoń­czo­ność.

W końcu brzę­czy za­mek, a do po­koju wcho­dzi młod­sza z ich opie­ku­nek, nio­sąc tacę za­sta­wioną pu­deł­kami. Sta­wia ją na stole.

— Czy mo­żemy po­roz­ma­wiać z kimś z kie­row­nic­twa? — pyta Sy­grida.

— Po po­ran­nych ba­da­niach. Za chwilę zo­staną pa­nie po­pro­szone.

— Chcemy te­raz! — wy­rywa się April.

— Pro­szę z tym po­cze­kać — od­po­wiada pra­cow­nica, przy­kła­da­jąc bran­so­letę do czyt­nika przy wyj­ściu. Za­nim wy­cho­dzi, za­trzy­muje się w drzwiach. — Po ba­da­niu bę­dzie roz­mowa z nad­zo­ru­ją­cym we­ry­fi­ka­cję. On wszystko wy­ja­śni.

I tyle. Znika, uci­na­jąc dal­szą dys­ku­sję. Dziś się nie uśmie­chała.

Je­dze­nie nie było przy­rzą­dzone na miej­scu. Otrzy­mały dwa stan­dar­dowe ze­stawy śnia­da­niowe, ja­kie można ku­pić w do­wol­nym dys­kon­cie. Za­wie­rają papkę ry­żową z do­dat­kiem barw­ni­ków i esen­cji sma­ko­wych wraz z po­je­dyn­czym pro­sto­ką­tem pie­czywa. Do tego kar­to­niki soku z owo­cem w na­zwie. Ta­nio.

Go­towe por­cje, do tego po­dane na zimno, su­ge­rują, że Biuro nie ma za­ple­cza za­pew­nia­ją­cego po­byt. „Albo nie we­ry­fi­kuje wielu osób, więc nie utrzy­muje in­fra­struk­tury, albo ba­da­nia są prze­pro­wa­dzane szybko, na bie­żąco, bez po­trzeby za­trzy­my­wa­nia ko­go­kol­wiek” — za­sta­na­wia się Sy­grida. W ko­ry­ta­rzu wi­działa sze­reg ta­kich sa­mych drzwi bez prze­szkleń, ale ile z nich pro­wa­dziło do kwa­ter, a ile do biur, nie mo­gła zgad­nąć. Może po­byt pe­ten­tek tu­taj jest za­sko­cze­niem dla ob­sługi, więc ktoś za­mó­wił ca­te­ring w naj­bliż­szym skle­pie? Znów na­ra­sta w niej nie­po­kój.

Je­dzą w mil­cze­niu aż do po­now­nego otwar­cia drzwi.

***

Ta sama co wczo­raj, star­sza, po­nura ko­bieta z czer­woną pręgą za­miast ust pro­wa­dzi Sy­gridę w stronę dy­żurki. Mi­jają za­sty­głe fi­gury mun­du­ro­wych, by sta­nąć przed wej­ściem do windy. Nie ma ko­niecz­no­ści przy­wo­ła­nia: drzwi roz­su­wają się au­to­ma­tycz­nie. Wjeż­dżają pię­tro wy­żej.

Tak samo jak na dole, Sy­grida wi­dzi sze­regi iden­tycz­nych drzwi ko­ja­rzą­cych się z ta­nim ho­te­lem. Choć może nie: miękka wy­kła­dzina nie skrywa już pod­łogi, za­stą­piona wi­ny­lem, a w miej­scu, gdzie po­winno być zej­ście scho­dami, po­sta­wiono ścianę. Ko­lejny pu­sty, mar­twy ko­ry­tarz.

Wcho­dzą do nie­wiel­kiego po­koju, w któ­rym cen­tralne miej­sce zaj­muje fo­tel za­bie­gowy wraz z apa­ra­turą, ob­ró­cony ty­łem do drzwi. Bar­dzo po­dobny do tych z przy­chodni. Po­siada na­wet man­kiet do wsu­nię­cia przed­ra­mie­nia z bran­so­letą.

— Pro­szę usiąść. Pod­łą­czę pa­nią do dia­gno­styki. Pro­szę tu wło­żyć rękę z ma­nelą.

— Wiem. U le­ka­rza też na ta­kim sie­dzia­łam. — Sy­grida uśmie­cha się nie­śmiało. Jej głos lekko się trzę­sie, ujaw­nia­jąc na­pię­cie.

Kre­ska ja­skra­wych warg opie­kunki na­wet nie drga.

Gdy rę­kaw au­to­ma­tycz­nie za­ci­ska się na bran­so­le­cie i unie­ru­cha­mia ba­daną, pra­cow­nica wy­ciąga pu­dełko z mi­nia­tu­ro­wymi czuj­ni­kami. Przy­cze­pia je do obu ra­mion, karku oraz głowy pa­cjentki, a małe przy­ssawki au­to­ma­tycz­nie do­cią­gają skórę do sen­so­rów.

W trak­cie tego pod­pi­na­nia Sy­grida pró­buje od­dy­chać spo­koj­nie, lecz za dłu­gie i za głę­bo­kie od­de­chy zdra­dzają ro­snącą pa­nikę. Nie czuje na­wet, że nie­które czuj­niki są son­dami na­kłu­wa­ją­cymi na­skó­rek i wsu­wa­ją­cymi głę­biej swoje re­cep­tory.

„Nic się prze­cież nie dzieje” — uspo­kaja się. „To tylko ko­lejne ba­da­nie”.

Przy­myka po­wieki. Nie­po­trzeb­nie się na­kręca. „Nic nie daje po­wodu do ta­kiego stresu” — po­wta­rza so­bie. „Nad­in­ter­pre­tuję to wszystko”. Bo o czym mają świad­czyć go­towe ze­stawy śnia­da­niowe czy żoł­nie­rze na ko­ry­ta­rzu? Ni­gdy wcze­śniej nie była w tego typu pla­cówce — może to wszystko jest cał­ko­wi­cie nor­malne? Zwy­kłe biuro, zwy­kła pro­ce­dura, po któ­rej od­wiozą je do domu… Może na­wet dzi­siaj? „Ja też prze­cież je­stem zwy­czajna. Na­tu­ralna je­dynka bez pracy, miesz­ka­jąca z ko­cha­jącą córką i od­wie­dzana przez ko­cha­ją­cego syna”. I tej my­śli po­sta­na­wia się trzy­mać.

Sły­szy pla­śnię­cie za­my­ka­nych drzwi. Za­sko­czona otwiera oczy i roz­gląda się ostroż­nie na boki. Jest sama.

Przez mi­nutę lub dwie na­słu­chuje, prze­krzy­wia­jąc lekko głowę, ale żadne od­głosy z ze­wnątrz nie do­cie­rają do po­koju. Tylko de­li­katny szum na­wiewu kli­ma­ty­za­cji — i nic wię­cej. Mija ko­lejna mi­nuta, póź­niej na­stępna… Mi­jają ko­lejne. Nic się nie dzieje. Czas jakby się roz­cią­gnął. Za­czyna tra­cić ra­chubę: to już kil­ka­na­ście mi­nut czy do­piero pięć?

Stres po­woli od­pusz­cza, a ona od­dy­cha już swo­bod­niej.

Spo­gląda na rękę unie­ru­cho­mioną w rę­ka­wie, a póź­niej na me­ta­liczne groszki przy­cze­pione do skóry ra­mion. Czy ba­da­nie już trwa? Może to tylko ja­kiś ro­dzaj dia­gno­styki? Ap — w swoim wo­jow­ni­czym na­stroju — pew­nie by już wo­łała ob­sługę.

Do­piero te­raz zwraca uwagę na nie­wielki sto­lik z ob­ró­co­nym w jej stronę wy­świe­tla­czem gra­fe­no­wym. Za­raz za nim usta­wiono drugi, skie­ro­wany w prze­ciw­nym kie­runku, w stronę pu­stego krze­sła.

Ko­lejne mi­nuty mi­jają i nic się nie dzieje. „To musi być wła­śnie to ba­da­nie” — na­biera co­raz więk­szej pew­no­ści.

Brzę­cze­nie zamka w otwie­ra­nych drzwiach jest tak nie­ocze­ki­wane, że Sy­grida aż pod­ska­kuje na fo­telu. Męż­czy­zna, który wcho­dzi do ga­bi­netu, ru­sza się tak szybko, jakby był sporo pod­krę­cony. Nie mija se­kunda, gdy roz­siada się na pu­stym krze­śle.

Sy­gri­dzie wy­daje się, że jego tempo przy­po­mina pręd­kość funk­cjo­na­riu­szy pa­tro­lu­ją­cych ulice — jakby ten męż­czy­zna był po­li­cjan­tem lub żoł­nie­rzem. Choć może jest już prze­wraż­li­wiona albo nie po­trafi obiek­tyw­nie tego okre­ślić? Więk­szość lu­dzi, któ­rych zna, jest je­dyn­kami. Przy­spie­szeni w jej obec­no­ści za­zwy­czaj pró­bo­wali opa­no­wać swoją eks­pre­sję tak, by nie czuła dys­kom­fortu. Oprócz syna to naj­czę­ściej pra­cow­nicy urzę­dów lub przy­chodni. Ten męż­czy­zna jest jed­nak od nich szyb­szy. I szyb­szy od Janka.

Nosi luźną bluzę o spor­to­wym kroju oraz ta­kie same spodnie. Dość ma­sywny, ra­czej umię­śniony niż otyły. Spłasz­czony nos i bli­zna prze­ci­na­jąca prawą brew pa­sują do ob­razu spor­tow­ców, ja­kich pa­mięta z mło­do­ści. „Tak wy­glą­dali kie­dyś za­pa­śnicy lub bok­se­rzy” — my­śli Sy­grida. Dziś te dys­cy­pliny już nie ist­nieją.

W cza­sie, gdy go oce­nia, „bok­ser” ak­ty­wuje apli­ka­cję na swoim ekra­nie gra­fe­no­wym. Na wy­świe­tla­czu przed nią po­ja­wia się okno te­stu.

— Wy­ko­nam te­raz ka­li­bra­cję sprzętu. Pro­szę bez wa­ha­nia od­po­wia­dać na py­ta­nia. — Męż­czy­zna do­tyka swo­jego ekranu, a na fo­lii przed Sy­gridą wy­świe­tla się cy­fra. — Jaką liczbę pani wi­dzi?

Mówi tak szybko, że ba­dana musi się sku­pić, by wszystko zro­zu­mieć. Ma też spe­cy­ficzny ak­cent, któ­rego ona nie po­trafi roz­po­znać.

— Trzy — od­po­wiada.

— A ta?

— Sto trzy­dzie­ści osiem.

Cy­fry zni­kają, a kwa­drat okienka wy­peł­nia się jed­no­litą barwą.

— Jaki to ko­lor?

— Szkar­łatny.

Ba­dacz krzywi się.

— Pro­szę to opi­sać in­nym sło­wem. Pro­ściej.

— Może być czer­wony.

— Pro­szę po­dać imię, na­zwi­sko, ID oraz mnoż­nik.

— Sy­grida Kel­ler, 10A­896Z­Z9505, je­stem je­dynką.

— W któ­rym roku zgi­nął pani mąż i co było bez­po­śred­nią przy­czyną zgonu?

Sy­grida za­styga na mo­ment, wstrzy­mu­jąc od­dech, a w jej gło­wie im­plo­duje czarna dziura.

— A eee…? — beł­ko­cze tylko.

Rzu­cone bez uprze­dze­nia py­ta­nie o Jo­han­nie prze­raża ją tak, że nie po­trafi wy­do­być z sie­bie nic wię­cej. Ru­sza bez­wied­nie ustami, pró­bu­jąc coś po­wie­dzieć. Ta na­gła pustka w gło­wie po­chło­nęła wszyst­kie my­śli, a te­raz jesz­cze za­biera po­wie­trze.

Ko­bieta od­nosi kosz­marne wra­że­nie, że się udusi. Szar­pie przed­ra­mię z bran­so­letą, lecz rę­kaw fo­tela trzyma mocno. Kłuje ją w mostku oraz pod lewą pa­chą. Wolną ręką chwyta się pod pier­sią i wy­czuwa gwał­tow­nie bi­jące serce. Na­dal roz­pacz­li­wie pró­buje za­czerp­nąć tchu. Przy­cho­dzi jej na myśl, że być może umiera.

Jed­nak nie traci przy­tom­no­ści — mózg do­staje tlen, więc mimo wszystko od­dy­cha, choć z tru­dem. Z każ­dym pa­rok­sy­zmem na­biera wię­cej po­wie­trza. Spa­zmy stają się jed­nak co­raz płyt­sze, prze­kształ­ca­jąc się w krót­kie, ury­wane od­de­chy. Sy­grida wciąż ru­sza ustami jak ryba, ale czuje już, że nie ze­mdleje, a trze­po­ta­nie serca nie zwia­stuje za­wału.

My­śli stop­niowo wra­cają do jej głowy. Z po­czątku cha­otyczne i bar­dzo emo­cjo­nalne, zdo­mi­no­wane przez roz­pacz i bez­sil­ność, nie niosą od­po­wie­dzi. Po­woli od­dech się uspo­kaja, co po­maga jej za­pa­no­wać nad mę­tli­kiem w gło­wie. Pró­buje przy­po­mnieć so­bie we­wnętrzne dia­logi, które ćwi­czyła w skry­to­ści przez wiele lat.

Męż­czy­zna z obo­jętną miną ob­ser­wuje jej re­ak­cje po­nad kra­wę­dzią wy­świe­tla­czy.

— Zro­zu­miała pani czy po­wtó­rzyć? — Cho­ciaż jego słowa wciąż płyną szybko, Sy­grida do­sko­nale je te­raz sły­szy i poj­muje.

***

Otwie­ram sze­roko oczy. Serce wali jak osza­lałe. Cią­gle wi­dzę koń­cówkę ma­jaku, te roz­bry­zgi mó­zgu na ścia­nie i su­fi­cie. Foka…

Ob­raz jest zbyt pla­styczny, krwi­sty i ko­lo­rowy, by mógł być je­dy­nie senną wi­zją. Od­dy­cham szybko i ocie­kam po­tem jak po in­ten­syw­nym biegu. Cze­kam chwilę, aż ro­ze­dr­gane ciało ochło­nie i wróci do wła­ści­wego rytmu. Zwal­niam od­dech i na mo­ment przy­my­kam po­wieki, li­cząc, że to mnie uspo­koi, wy­ci­szy.

Błąd. Te­raz, oprócz krwa­wego po­wi­doku, do­strze­gam w ciem­no­ści błysk elek­trycz­nego wy­ła­do­wa­nia. Wspo­mnie­nie wy­strzału, któ­rym do­się­gnął mnie po­li­cjant. Zdaję so­bie sprawę z ab­sur­dal­no­ści tych ob­ra­zów — sen nie po­wi­nien tak wy­raź­nie na­kła­dać się na jawę. Sen się koń­czy, ma­jak znika, ko­niec, kropka. Pa­mię­tasz, ale już tego nie wi­dzisz. A ja, po otwar­ciu oczu, wpa­truję się w bie­lony su­fit, lecz cią­gle wi­dzę plamki czer­wieni, a w środku ogni­sty re­fleks.

Od kilku dni po­ranki mnie za­ska­kują. Jakby los po­sta­no­wił, że co rano mam do­stać za­gadkę, gdzie się znaj­duję. Szkoda, że wszyst­kie moje prze­bu­dze­nia są do sie­bie po­dobne. Tro­chę jak w sta­rym se­rialu in­ter­ne­to­wym, w któ­rym bo­ha­ter nie­za­leż­nie od tego, co zrobi, bu­dzi się w tym sa­mym miej­scu. Za­czy­nam tę­sk­nić za po­ranną jazdą do pracy za­tło­czo­nym me­trem.

W końcu uspo­ka­jam się na tyle, by usiąść na łóżku i się ro­zej­rzeć. Ten ruch przy­po­mina mi bo­le­sno­ścią o przej­ściach ostat­nich dni. Co tym ra­zem do­ło­żono do mo­jej mapy bólu? Chyba re­ge­ne­ruję się szyb­ciej niż kie­dyś, bo „stare” ob­ra­że­nia są znacz­nie mniej do­kucz­liwe niż za­le­d­wie dwa dni temu. Je­stem prze­ko­nany, że mogę pod­jąć ko­lejne wy­zwa­nia, igno­ru­jąc przy­tłu­mioną bo­le­sność mię­śni i sta­wów. Na­wet dwa świeże ogni­ska bólu na piersi nie wy­dają się uciąż­liwe. To miej­sca, gdzie tra­fiły mnie strzałki elek­trod ta­sera. Od­ru­chowo je ma­cam. Nie ma dziur, a przy­naj­mniej ta­kich wy­czu­wal­nych przez odzież.

Ubra­nie… w miesz­ka­niu by­łem w sa­mych bok­ser­kach, te­raz mam na so­bie pro­sty, bez­pł­ciowy, szary dres. Za­glą­dam w spodnie: bie­li­zna — moja wła­sna — jest na miej­scu. To do­daje mi otu­chy.

Po­kój, w któ­rym się obu­dzi­łem, nie przy­po­mina apar­ta­mentu ho­te­lo­wego ani szpi­tal­nej sali. Brak tu okna, a w na­roż­niku, tuż przy drzwiach, znaj­duje się je­dy­nie mała kom­po­zy­towa umy­walka oraz sta­lowa misa to­a­lety. Bez żad­nego prze­pie­rze­nia. Po­miesz­cze­nie ma pro­sto­kątny kształt i około dzie­się­ciu me­trów kwa­dra­to­wych. Brud­no­nie­bie­skie ściany są po­zba­wione ozdób, z wy­jąt­kiem nie­wiel­kiego ob­razu przed­sta­wia­ją­cego ża­glo­wiec na wzbu­rzo­nym mo­rzu. To spra­wia, że ca­łość ema­nuje ab­sur­dem lub spa­czo­nym po­czu­ciem hu­moru de­ko­ra­tora. W po­koju znaj­duje się także drew­niane łóżko, cał­kiem zwy­czajne, które nie przy­po­mina szpi­tal­nego, nie­duża szafka me­blowa oraz nie­wielki, przy­mo­co­wany do ściany stół z pod­no­szo­nym bla­tem i z dwoma kom­po­zy­to­wymi, po­dob­nie pod­no­szo­nymi sie­dzi­skami. Na wprost łóżka wi­dać drzwi wej­ściowe oraz — obok nich — wy­świe­tlacz gra­fe­nowy. To pod nim mie­ści się wę­zeł sa­ni­tarny.

Zza mo­ich ple­ców pada na­tu­ralne świa­tło. Oglą­dam się. Nad po­sła­niem, pod su­fi­tem, ja­śnieje pro­sto­kąt mlecz­nej lampy wpusz­czo­nej w ścianę. Imi­tuje małe okno. Obok do­strze­gam nie­wielką szcze­linę na­dmu­chu. Pod­no­szę dłoń. De­li­katny stru­mień cie­płego po­wie­trza opływa moje palce. To albo zwy­kła wen­ty­la­cja, albo kli­ma­ty­za­cja, któ­rej padł ter­mo­stat.

Wstaję i roz­po­czy­nam do­kład­niej­szą in­spek­cję mo­jego po­koju. Że jest to wię­zienna cela, po­twier­dzają małe, czarne groszki ka­mer pod­su­fi­to­wych, wci­śnięte w dwa prze­ciw­le­głe na­roż­niki po­miesz­cze­nia, za­mek elek­tro­niczny, dzia­ła­jący na chip lub bran­so­letę, oraz brak klamki.

Spod łóżka wy­cią­gam tek­stylne te­ni­sówki z gum­kami za­miast sznu­ró­wek. Pstro­katy dy­wa­nik, na któ­rym le­żało obu­wie, wy­daje mi się w tym oto­cze­niu kom­plet­nie nie­do­rzeczny. Za­kła­dam te­ni­sówki: roz­miar pa­suje, albo, co bar­dziej praw­do­po­dobne, oni znają go tak jak po­zo­stałe moje pa­ra­me­try.

Na umy­walce leży mała tubka pa­sty do zę­bów, szczo­teczka oraz nie­wielka kostka my­dła. Pod­czas ob­chodu znaj­duję jesz­cze ręcz­niki pa­pie­rowe w szafce oraz pi­lot do wy­świe­tla­cza. To wszystko. Wra­cam na łóżko, sia­dam i za­czy­nam za­sta­na­wiać się, co da­lej.

Czas na pod­su­mo­wa­nie mo­jego stanu oraz upo­rząd­ko­wa­nie wy­da­rzeń. Naj­pierw spraw­dzam bran­so­letę. Wy­świe­tla datę i czas on­line, co ozna­cza, że jest po­łą­czona z sys­te­mem. Ze­gar wska­zuje kilka mi­nut po je­de­na­stej w so­botę, więc tym ra­zem nie zgu­bi­łem dnia po dro­dze. Blo­kada wszyst­kich po­łą­czeń na­dal jest ak­tywna. Nie dziwi mnie to już — wła­ści­wie był­bym za­sko­czony, gdyby było ina­czej.

Po tym, co ostat­nio prze­ży­łem, nie mam złu­dzeń, że ktoś zjawi się z prze­pro­si­nami albo z in­for­ma­cją, że za kilka dni zo­stanę zwol­niony do domu. Gorzko uświa­da­miam so­bie, że moje do­tych­cza­sowe szare ży­cie spa­wa­cza nie­ubła­ga­nie do­bie­gło końca. Krwawa eg­ze­ku­cja „sa­ni­ta­riu­szy” pod­czas rajdu po­li­cji na dom matki wska­zuje na wy­soką stawkę tej gry. Skoro zdo­łali mnie obez­wład­nić, mo­gli w ten sam spo­sób zwi­nąć resztę. „Gra” to być może nie­wła­ściwe słowo, ale nic in­nego nie przy­cho­dzi mi do głowy. Zwy­kłe ba­da­nia ja­kiejś mu­ta­cji nie uspra­wie­dli­wiają prze­cież ta­kiej eska­la­cji prze­mocy.

Włą­czam pi­lo­tem wy­świe­tlacz na ścia­nie. Szybko prze­glą­dam do­stępne stru­mie­nie i ka­nały. Z in­for­ma­cyj­nych są tylko rzą­dowe oraz unijne; a z roz­ryw­ko­wych — sit­comy, kilka stru­mieni fil­mo­wych oraz sport. Brak swo­bod­nego do­stępu do sieci. Brak wy­szu­ki­wa­rek. Brak smar­tapa pro­fi­lu­ją­cego treść do pre­fe­ren­cji wi­dza. Cóż, to oczy­wi­sty ze­staw w mo­jej sy­tu­acji. Wzdy­cham, wy­ga­sza­jąc ob­raz.

Nie mam po­my­słu, co da­lej ro­bić. Moż­li­wo­ści są ża­ło­śnie ogra­ni­czone: mogę snuć się po celi lub po­zo­stać na łóżku. Ta druga opcja wy­grywa. Mo­ni­to­ring w na­roż­ni­kach oraz bran­so­leta w sieci sys­temu na pewno ujaw­niły moje prze­bu­dze­nie, więc nie­długo na­leży spo­dzie­wać się go­ści. Cie­kawe tylko, czy świa­tło jest za­pa­lone cały czas, czy zgod­nie z ryt­mem dzien­nym. We­dług go­dziny na wy­świe­tla­czu ma­neli zbliża się po­łu­dnie.

Jed­nak się nie spie­szą. Mi­nie pra­wie go­dzina, za­nim ci­szę prze­rwie brzę­czyk zamka.

***

W drzwiach mo­jej celi staje wy­soki, bar­czy­sty bru­net w nie­bie­skiej blu­zie le­kar­skiej. To je­dyny jego atry­but su­ge­ru­jący pro­fe­sję me­dyczną. Reszta stroju — ciem­no­szare spodnie bo­jówki w ka­mu­flażu miej­skim oraz so­lidne buty tak­tyczne — kon­tra­stuje z tą su­ge­stią.

W szpa­rze do­my­ka­ją­cych się drzwi miga mi jesz­cze frag­ment ja­kie­goś ko­ry­ta­rza i po­pie­la­to­szary woj­skowy uni­form.

Przy­bysz pod­cho­dzi do opusz­czo­nego sto­lika, pod­nosi jego blat oraz sie­dzi­sko dla sie­bie. Sto­jąc, czeka na moją re­ak­cję.

Jego ru­chy — zbyt szyb­kie, zbyt sprę­ży­ste — mnie nie­po­koją. Po­ziom przy­spie­sze­nia i re­ak­cji wy­daje się bar­dzo nie­ty­powy, chyba wyż­szy niż u funk­cjo­na­riu­szy, któ­rzy wczo­raj wtar­gnęli do miesz­ka­nia matki. A prze­cież po­li­cyjni ko­man­dosi, za­mknięci w bo­jo­wych pan­cer­zach, to naj­spraw­niej­sza for­ma­cja, jaką można spo­tkać na ulicy. Przed sobą mam osobę, która zdaje się być pod­krę­cona do ich po­ziomu, ale bez wi­docz­nego, ze­wnętrz­nego wspo­ma­ga­nia. Tylko jedna grupa za­wo­dowa po­ru­sza się w ten spo­sób, wspie­rana ul­tra­lek­kimi, kosz­tu­ją­cymi for­tuny, nie­wi­docz­nymi eg­zosz­kie­le­tami.

Przy­po­mi­nam so­bie, że kie­dyś oglą­da­łem do­ku­men­talny ma­te­riał o spe­cjal­sach. Te­raz to je­dyne przy­datne źró­dło mo­jej wie­dzy. Od­rzu­ciw­szy fan­ta­zje o nich czy miej­skie le­gendy.

Spo­glą­dam na łok­cie bru­neta. Wy­daje mi się, że do­strze­gam nie­wiel­kie wy­pu­kło­ści pod ma­te­ria­łem na ze­wnętrz­nych po­wierzch­niach sta­wów. To praw­do­po­dob­nie miej­sca mo­co­wa­nia ser­wo­na­pę­dów.

Wstaję z de­mon­stra­cyj­nym ocią­ga­niem, ro­bię trzy kroki, by sta­nąć po dru­giej stro­nie blatu. Męż­czy­zna wy­ciąga w moją stronę rękę, rów­nież dość wolno, jakby jego przy­spie­sze­nie ule­gło ob­ni­że­niu.

— Gor Ka­ra­nian, le­karz w tu­tej­szym Ośrodku — przed­sta­wia się.

— Ro­sja­nin? — py­tam, ma­jąc ochotę sko­men­to­wać jego ty­tuł „le­ka­rza”, ale coś mnie po­wstrzy­muje.

Ści­skam krótko jego dłoń, a on siada i kła­dzie pła­sko ręce na sto­liku. Zde­cy­do­wa­nie jest te­raz wol­niej­szy niż kil­ka­na­ście se­kund temu. Cie­kawe. Jakby był w sta­nie w pełni kon­tro­lo­wać swoje przy­spie­sze­nie.

— Nie. Je­stem Or­mia­ni­nem. Mogę do pana, Ja­nie, mó­wić po imie­niu? — mówi przy­były po cze­sku, bez wy­raź­nego ak­centu, kon­tro­lu­jąc głos na tyle, że pręd­kość słów wy­daje mi się na­tu­ralna.

Wzru­szam ra­mio­nami i opa­dam na sie­dzi­sko. Cze­kam na to, co po­wie, ale on za­styga nie­ru­chomo, z po­zba­wioną emo­cji ma­ską na twa­rzy.

Przez chwilę mie­rzymy się wzro­kiem; jego szare oczy — tak rzad­kie u or­miań­skiej na­cji — są bez wy­razu, a lekki gry­mas wy­gię­tych w dół ust wy­daje się na­tu­ralny. Męż­czy­zna ma ten typ czar­nego za­ro­stu, który jest wi­doczny, nie­za­leż­nie od tego, jak do­kład­nie się ogo­lisz.

Prze­dłu­ża­jąca się ci­sza staje się draż­niąca i przy­tła­cza­jąca, a prze­czu­cie, które na­gle kieł­kuje w mo­jej gło­wie, po­zba­wia mnie pew­no­ści sie­bie. To dra­pież­nik… Tu cho­dzi o coś znacz­nie głęb­szego niż ofi­cjalna pro­fe­sja. Ema­nuje od niego siła. Im dłu­żej się so­bie przy­glą­damy, tym bar­dziej utwier­dzam się w prze­ko­na­niu, że Ka­ra­nian jest groźny.

Jesz­cze kilka dni temu nie kla­sy­fi­ko­wa­łem lu­dzi w ten spo­sób. Ży­łem w końcu pro­stą eg­zy­sten­cją. Re­je­stro­wa­łem zda­rze­nia wo­kół, oglą­da­łem sie­ciową papkę, mar­twi­łem się pro­ble­mami sio­stry, wła­snym zmę­cze­niem i my­ślami, które się­gały naj­wy­żej do na­stęp­nego urlopu. Moje dys­ku­sje z Ap na te­mat sys­temu były tylko aka­de­mic­kimi dys­pu­tami, które nie prze­kła­dały się na na­sze ży­cie. Oczy­wi­ście mia­łem świa­do­mość na­ra­sta­ją­cej w spo­łe­czeń­stwie fru­stra­cji oraz ist­nie­nia sił, które wza­jem­nie się ście­rają w walce o wła­dzę. Jed­nak po go­rączce sporu wra­ca­łem do sie­bie, kła­dłem się spać, a rano, nie­wy­spany, wsta­wa­łem do pracy.

Ko­rekta mnoż­nika oraz wy­da­rze­nia ostat­nich dni spra­wiły, że szyb­ciej do­strze­gam i przy­swa­jam szcze­góły oto­cze­nia. Może po sztur­mie na Kla­mo­vce sta­łem się bar­dziej wy­czu­lony na bez­po­śred­nie za­gro­że­nie. A może cho­dzi o coś wię­cej? Moje ciało ulega prze­obra­że­niom. Do­ty­ka­jąc go i prze­su­wa­jąc pal­cami po mię­śniach i po­stron­kach ścię­gien, ak­cep­tuję za­cho­dzące zmiany. Nie je­stem już tym sa­mym Ja­nem. Ta trans­for­ma­cja mnie fa­scy­nuje, do­daje mi śmia­ło­ści, po­czu­cia mocy i pew­no­ści swo­jej prze­wagi — jak przed kon­fron­ta­cją z Vik­to­rem i Foką.

Mimo to, gdy ob­ser­wuję tak przez kilka chwil Ka­ra­niana, spi­nam się we­wnętrz­nie. Czuję, że mój krótki czas re­ak­cji nie jest już moim naj­więk­szym atu­tem. Oczy­wi­ście, nie roz­trzą­sam tego w tej roz­wle­czo­nej w cza­sie ci­szy mię­dzy nami. Po pro­stu to czuję.

Praw­do­po­dob­nie jego pro­po­zy­cja przej­ścia na „ty” ma na celu skró­ce­nie dy­stansu i uła­twie­nie kon­taktu, jed­nak na­ra­sta we mnie na­pię­cie i stres. Je­stem świa­domy, że i przy­bysz mnie oce­nia, jakby od wy­niku tego osądu za­le­żał dal­szy prze­bieg roz­mowy. W końcu to ja pierw­szy się pod­daję.

— Mój pro­wa­dzący?

— Nie. Je­stem ko­or­dy­na­to­rem — od­po­wiada bez­na­mięt­nie, nie­mal bez in­to­na­cji. — Bę­dzie się tobą opie­ko­wał dok­tor Jáchym. Pew­nie masz py­ta­nia…

— Nie — prze­ry­wam mu.

Drga za­sko­czony, lekko za­ci­ska­jąc wargi. Ten od­ruch wy­myka się spod jego kon­troli, ale to wszystko, co udaje mi się osią­gnąć. Nie pyta „dla­czego?”, tylko czeka, znów opa­no­wany i nie­ru­chomy.

— Nie wie­rzę w wa­sze wy­ja­śnie­nia — do­daję spo­koj­nym gło­sem.

— Spró­buj.

Przez chwilę za­sta­na­wiam się, od czego za­cząć. Gdzie je­stem, przy­pusz­czal­nie sam mi po­wie… Może też po co? Na po­czą­tek niech wy­ja­śni to, co sta­nowi dla mnie naj­więk­szą za­gadkę.

— Co się wy­da­rzyło w szpi­talu i póź­niej w miesz­ka­niu?

Do­my­śla się, o co py­tam.

— Łowcy na­rzą­dów. Szu­kają zdro­wych mo­dy­fi­ko­wa­nych, z peł­nym ze­sta­wem ba­dań. Przej­mują ich i roz­bie­rają na czę­ści.

Nie za­sta­na­wia się nad od­po­wie­dzią, więc albo to prawda, albo go­towa le­genda.

— Pierw­sze sły­szę o czymś ta­kim.

— No i nie usły­szysz. Szcze­gól­nie w wia­do­mo­ściach. Jest już wy­star­cza­jąco nie­spo­koj­nie. — Szcze­rzy zęby w dra­pież­nej na­mia­stce uśmie­chu. — To zor­ga­ni­zo­wany pro­ce­der, bo ry­nek od­bior­ców jest spory, głów­nie na serca, wą­troby, nerki. Zresztą na­wet skórę sprze­dają. Są też bo­gate je­dynki, które wie­rzą, że prze­szczep płuc, serca i paru in­nych or­ga­nów od przy­spie­szo­nego da im su­per­moc.

— A da?

— Oczy­wi­ście, że nie. Tylko zna­cząco skróci ży­cie.

— To dla­czego ich nie aresz­to­wano?

— Ludz­kie śmie­cie. — Ka­ra­nian po­now­nie bły­ska zę­bami. — Re­duk­cja kosz­tów re­so­cja­li­za­cji.

— Mó­wi­łem, że nie uwie­rzę.

Te­raz on wzru­sza ra­mio­nami. Nie wiem, ja­kiej re­ak­cji się spo­dzie­wał i ja­kie ro­bię na nim wra­że­nie, ale pod­jął już de­cy­zję, bo puka pal­cami le­wej ręki o blat.

— Wiesz, gdzie je­steś?

— Ja­kiś rzą­dowy ośro­dek — od­po­wia­dam.

— Zga­dza się. Wy­szu­ku­jemy ta­kich jak ty.

— Czyli?

— Osoby, u któ­rych mo­dy­fi­ka­cje wy­wo­łują skutki uboczne. Które zy­skują nowe zdol­no­ści.

Nie za­prze­czam, a on nie jest tym zdzi­wiony.

— Mamy tu taką no­men­kla­turę… Nie jest zbyt pre­cy­zyjna ani na­ukowa, ale się przy­jęła. Jaja to osob­niki poza sys­te­mem, bez mo­dy­fi­ka­cji i bran­so­let. Larwy nie mają przy­spie­szeń, ale są pod kon­trolą dzięki ma­ne­lom. Nimfy to ta część spo­łe­czeń­stwa, która jest zmo­dy­fi­ko­wana stan­dar­dowo. Wiesz, bran­so­leta, wsz­czep, in­iek­cja neu­ro­prze­kaź­ni­ków i stały, usta­wiony po­ziom pod­krę­ce­nia…

Znów za­styga, pa­trząc mi pro­sto w oczy, jakby się za­sta­na­wiał, co może po­wie­dzieć. Gdy uznaję, że jed­nak skoń­czył, znów się od­zywa.

— Po­dob­nych do cie­bie na­zy­wamy Sub­ami. To od Sub­i­mago. Po­bór hor­mo­nów u nich się zmie­nia, naj­czę­ściej ma­leje. Do­cho­dzi do zmian or­ga­nicz­nych i na­by­cia no­wych cech. Mu­tują. Gdy osob­nik pa­nuje w ja­kimś stop­niu nad no­wymi zdol­no­ściami, zo­staje uznany za Suba. Gdy nie, uzna­jemy go za Nimfę z czę­ścio­wym prze­obra­że­niem. Jako taki jest nie­przy­datny.

Brzmi to zło­wróżb­nie.

— Mó­wisz mi to, ot tak, po pro­stu? O kon­troli i o mu­ta­cjach?

Spo­gląda kpiąco, z lek­kim pół­u­śmiesz­kiem.

— Je­steś wy­star­cza­jąco in­te­li­gentny, by ro­zu­mieć, że wyj­dziesz stąd tylko wtedy, gdy ci na to po­zwo­limy.

Tu mnie ma. Może fak­tycz­nie grać w otwarte karty lub tylko to uda­wać — a ja nie mam wy­boru.

— Te Suby… Ja­kie mają zdol­no­ści?

— Oczy­wi­ście przy­spie­sze­nia. Rzadko jed­nak prze­kra­czają dwa. Przy dwa i pół naj­czę­ściej się go­tują i po spra­wie. — Ka­ra­nian po­now­nie bębni pal­cami o stół. — Są jesz­cze inne mu­ta­cje, ale o tym nie będę ci opo­wia­dał.

— Co z nami ro­bi­cie?

— Po­wiem tak: pod­dasz się wszyst­kim ba­da­niom do­bro­wol­nie, a je­śli uznamy, że je­steś uży­teczny, otrzy­masz pro­po­zy­cję współ­pracy od­po­wied­nią do two­ich zdol­no­ści.

— A je­śli się nie zgo­dzę lub nie je­stem tym… Subem?

— Do domu i tak już nie wró­cisz.

Nie chcę jesz­cze wie­dzieć, co kryje się za tą od­po­wie­dzią. Czuję, że co­kol­wiek bym usły­szał, nie by­łoby prawdą.

— Ja­kie to będą ba­da­nia?

— Oprócz szcze­gó­ło­wych ana­liz la­bo­ra­to­ryj­nych, a wła­ści­wie ich do­koń­cze­nia, do­sta­niesz mie­szanki neu­ro­hor­mo­nów z do­dat­kami, które mają usta­bi­li­zo­wać twoją prze­mianę. Do tego ak­tu­ali­za­cja so­ftu w im­plan­cie.

Ci­śnie mi się na usta py­ta­nie o ry­zyko z tym zwią­zane, ale od­po­wiedź jest tak oczy­wi­sta, że re­zy­gnuję. Ka­ra­nian ob­ser­wuje moje re­ak­cje, a ja mam trud­no­ści z oceną, czego ode mnie ocze­kuje i jak osta­tecz­nie wy­pa­dam.

— Wy­staw ma­nelę — roz­ka­zuje nie­spo­dzie­wa­nie.

Gdy kładę rękę na bla­cie, wy­ciąga z kie­szeni bluzy nie­wielki dysk i wpina wy­su­nięty prze­wód w port mo­jej bran­so­lety.

Spi­nam się nieco, gdy jego palce obej­mują mój nad­gar­stek.

— Po co to?

— Ko­piuję dane — od­po­wiada, uru­cha­mia­jąc na wy­świe­tla­czu dysku ja­kąś apli­ka­cję.

— Nie mo­że­cie tego zro­bić przez sieć? — dzi­wię się.

Uśmie­cha się sa­mymi ustami. Przy­naj­mniej tak in­ter­pre­tuję oszczędny gry­mas, który go­ści na jego twa­rzy.

— Tego ofi­cjal­nie nie mó­wimy. Sys­tem zbiera dość ogólne dane. Przy tylu mi­lio­nach użyt­kow­ni­ków za­pchałby się bły­ska­wicz­nie.

Cze­kam, aż za­koń­czy trans­fer i wy­pnie ka­bel. Mię­dzy nami wisi draż­niąca ci­sza.

— Okej. — Roz­łą­cza urzą­dze­nia. — Na ra­zie musi wy­star­czyć ci to, co po­wie­dzia­łem. Dziś jesz­cze od­wie­dzi cię dok­tor Jáchym z wy­wia­dem. — Za­biera dło­nie i pu­dełko pa­mięci ze stołu.

Gdy pod­nosi się z sie­dzi­ska, po­spiesz­nie py­tam:

— Po­cze­kaj… Je­ste­śmy w Pra­dze?

Stoi nade mną, nie­ru­chomy, i je­śli wy­czuwa pro­szącą nutę w moim py­ta­niu, nie daje po so­bie znać.

— Tak.

— W miesz­ka­niu, skąd mnie zgar­nę­li­ście, miesz­kają moja matka z sio­strą. Pew­nie są prze­stra­szone tym, co za­stały po po­wro­cie. Czy…

— Po­li­cja po­in­for­mo­wała je, że to było wła­ma­nie uda­rem­nione przez pa­trol. Imi­granci z Ka­li­fatu. Za­nim wró­ciły do domu, po­li­cyjna ekipa czę­ściowo uprząt­nęła ba­ła­gan.

— I co, uwie­rzyły?

— Zro­bi­li­śmy do­dat­kowy włam obok. Uwie­rzyły.

— Wie­dzą, że by­łem w miesz­ka­niu? Nie… Oczy­wi­ście, że nie… Chcę je zo­ba­czyć — znów pro­szę, choć do­my­ślam się już, jaka bę­dzie od­po­wiedź.

— Nie.

***

Sy­grida z ca­łej siły ści­ska w le­wej dłoni zwi­niętą w kulkę prawą pięść. Po­wstrzy­muje tym drże­nie obu rąk. Gdy ją od­pro­wa­dzono, ich po­kój, a wła­ści­wie cela, był pu­sty. Sie­dzi te­raz na kra­wę­dzi łóżka i czeka na po­wrót córki.

Przez ostat­nią go­dzinę wszel­kie złu­dze­nia, na­dzieje oraz próby opty­mi­stycz­nego po­dej­ścia do rze­czy­wi­sto­ści zo­stały bru­tal­nie wy­gnane z jej umy­słu. Te­raz się trzę­sie z bez­sil­no­ści i stra­chu. My­śli wciąż nie chcą ukła­dać się sen­sow­nie. Pa­trzy przed sie­bie, lecz wzrok ma nie­obecny.

Py­ta­nia, ja­kie pa­dały pod­czas ba­da­nia, zmu­siły ją do od­two­rze­nia ca­łego dzie­ciń­stwa Jana i April: gdzie i w ja­kim szpi­talu przy­szli na świat; czy prze­by­wali pod opieką pań­stwo­wych ośrod­ków wy­cho­waw­czych; gdzie miesz­kali oprócz Pragi; do ja­kich szkół cho­dzili; ja­kie sporty upra­wiali i czy stwa­rzali pro­blemy wy­cho­waw­cze. Na co cho­ro­wali, kiedy pod­dani byli kla­sy­fi­ka­cji do sys­temu i pierw­szej zmia­nie mnoż­nika. Aku­rat te ostat­nie in­for­ma­cje pra­cow­nicy Biura mo­gli spraw­dzić w sys­te­mie, ale Sy­grida chciała, aby ten wy­wiad skoń­czył się jak naj­szyb­ciej, więc od­po­wia­dała bez dys­ku­sji. Zresztą dys­ku­to­wa­nie nie le­żało w jej na­tu­rze.

Na po­czątku da­wała skru­pu­latne od­po­wie­dzi mimo prze­ra­że­nia, sta­ra­jąc się mó­wić pew­nie, bez wa­ha­nia. Choć głos i tak ją zdra­dzał. Cza­sami za­sta­na­wiała się nad ja­ki­miś szcze­gó­łami, lecz nie prze­cią­gała od­po­wie­dzi, by nie wy­da­wały się wy­my­ślone na po­cze­ka­niu. W więk­szo­ści nie były.

Za­dzi­wia­jąco mało py­tań do­ty­czyło Jo­hanna. Sy­grida do­sko­nale ro­zu­miała, czemu w Biu­rze bra­ko­wało in­for­ma­cji o nim: nie miesz­kali wtedy na te­re­nie sta­rej Unii, nie udo­stęp­niano in­for­ma­cji oso­bo­wych, więc nie sta­no­wiły pu­blicz­nej bazy da­nych. Pro­wa­dzą­cego ba­da­nie in­te­re­so­wało jed­nak tylko to, gdzie Jo­hann pra­co­wał, kiedy i jak po­znała męża oraz kiedy za­warli zwią­zek mał­żeń­ski.

Poza pierw­szym py­ta­niem, które wy­wo­łało u niej szok, kwe­stia na­głej śmierci męża nie była da­lej po­ru­szana. Po­dej­rze­wała, że to ce­lowe dzia­ła­nie, a na tej jed­nej roz­mo­wie się nie skoń­czy. Tym bar­dziej, że to wła­śnie okres bez­po­śred­nio po odej­ściu Jo­hanna był new­ral­giczny. A o te mie­siące i w tym kon­tek­ście ba­dacz już nie za­py­tał.

Wy­wiad za­koń­czył się nie­spo­dzie­wa­nie. Męż­czy­zna po pro­stu wstał i wy­szedł bez słowa po jej ko­lej­nej od­po­wie­dzi. Tak jakby za­pla­no­wana pula py­tań ule­gła wy­czer­pa­niu. Chwilę póź­niej po­wró­ciła po­nura opie­kunka.

***

Wie­czór de­li­kat­nymi po­wie­wami roz­rze­dził za­stałą i go­rącą pie­rzynę po­wie­trza, która w dzień przy­kryła mia­sto. Jest już zno­śnie, pot nie spływa po ple­cach i znik­nął skwar utrud­nia­jący od­dy­cha­nie.

Weda pod­nosi odro­binę głowę, by po­dmu­chy prze­śli­zgnęły się po jej szyi i od­kry­tych ra­mio­nach. Spa­ce­ruje nie­spiesz­nie za­ro­śnię­tym chod­ni­kiem, ma­jąc po le­wej stro­nie, za krza­kami, le­ni­wie pły­nącą We­łtawę, a po pra­wej — po­zo­sta­ło­ści pra­skiego zoo, które zli­kwi­do­wano po­nad dwa­dzie­ścia lat temu.

Pas zie­leni od­dzie­la­jący ścieżkę od ogrodu zoo­lo­gicz­nego składa się głów­nie ze zdzi­cza­łych krze­wów, wy­ro­śnię­tej, prze­su­szo­nej trawy i nie­licz­nych drzew, które ostały się z pier­wot­nego drze­wo­stanu. Gę­ste za­ro­śla, zło­żone z kol­cza­stych krza­ków po­kry­tych nie­wiel­kimi li­śćmi mają pew­nie afry­kań­ski ro­do­wód, bo do­sko­nale czują się w obec­nym kli­ma­cie i za­chłan­nie przej­mują ten od­ci­nek na­brzeża. Przez gę­stwę z tru­dem można do­strzec zde­wa­sto­wany pa­wi­lon go­ryli, który stra­szy krzy­kli­wymi klek­sami graf­fiti — obec­nie spo­tyka się tam mło­dzież z gó­ru­ją­cych nad wzgó­rzem punk­tow­ców. A w miej­scu afry­ka­rium i wy­biegu dla słoni stoją brzyd­kie bloki.

Gdzie­nie­gdzie chasz­cze scho­dzą aż do wody i wtedy, tak jak w tym miej­scu, ścieżka wije się wci­śnięta mię­dzy dwie ściany zie­leni.

Weda wzdy­cha ci­cho, za­to­piona w swo­ich my­ślach.

Cały dzień cze­kała na wia­do­mość ze szpi­tala. A tu nic, ci­sza. Ani prze­ło­żona, ani żadna z ko­le­ża­nek nie dały znać, co ma da­lej ro­bić. Pew­nie ju­trzej­szy, nie­dzielny dy­żur też jej prze­pad­nie.

Na­dal nie ro­zu­mie, co się wy­da­rzyło. Skąd na­gła dys­po­zy­cja przy­mu­so­wego urlopu, która do­tarła do zwierzch­niczki pie­lę­gnia­rek jako pilna wia­do­mość od or­dy­na­tora? Nie po­zwo­lono jej do­koń­czyć co­dzien­nych obo­wiąz­ków i na­ka­zano cze­kać w domu na de­cy­zję kie­row­nic­twa od­działu. Na­wet do tego przy­stoj­niaka, Jana, nie mo­gła już wró­cić.

Żad­nych wy­ja­śnień, żad­nej in­for­ma­cji. Kon­tak­to­wała się ze szpi­ta­lem w pią­tek, także dziś rano, i nic. Szef od­działu bę­dzie do­piero w po­nie­dzia­łek, może wtedy do­wie się wię­cej?

Je­dyna ko­rzyść z tej ca­łej sy­tu­acji to chwile ta­kie jak ta, gdy może, nie pa­trząc na ze­gar ma­neli, prze­cha­dzać się nie­spiesz­nie nad rzeką. Zu­peł­nie jak w dzie­ciń­stwie, gdy od­wie­dzała zwie­rzy­niec ra­zem z ro­dzi­cami. Weda nie ma męża ani dzieci, więc więk­szość czasu spę­dzała w pracy i za­nie­dby­wała ta­kie drobne przy­jem­no­ści. Od lat tyle nie spa­ce­ro­wała, co przez ostat­nie dwa dni.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 28.35
drukowana A5
za 78.95