IMAGINACJE
Błękitny rumak
Na błękitnym wierzchowcu
nieskończone przestrzenie
przemierza ten, który władzę
ma nad początkiem
bez początku i nad końcem
bez końca.
W kuźniach gwiazd ten,
który niczego nie zapomina,
wykuwa zbroję dla rodzących
się z łona odwiecznej pamięci.
I ja tę zbroję założyłem,
taki był mój wybór.
Teraz pomiędzy wschodami i zachodami
słońca gaśnie światło mojego życia.
Z przeszłości ciemnej wyłaniają
się kolejne jaźnie.
Koło czasu obraca się i w każdym momencie
mija to, co już przeminęło.
Gdybym dopadł rumaka niebiańskiego
jeźdźca i chwycił się jego grzywy,
uwolniłbym się z niewoli
powracającego czasu.
W nocnym mieście
Gdzie jest ten, którego wołanie
rozdziera zasłonę nocy i dnia?
Podnoszę głowę i wypatruję w błękicie
krwawych ran na biczowanym ciele.
Do Bizancjum już nie dopłynę,
tam młodzi zaklęci w ruinach
oszukali śmierć,
a ja samotnym starcem się stałem,
moją duszę uwięziło niedołężne ciało.
W nocnym mieście jęki nierządnic
zagłusza chór od Gregoriusa.
Gdzieś w oddali płoną wieże
zapomnianych katedr.
Żebrak przy głuchej dzwonnicy
mruczy i cicho zawodzi
pieśń niezdarną, lament nędzarza.
Za darowanego miedziaka
może kolejny dzień przeżyje.
Pijany poeta, wyrzucony na bruk,
tęskni w deszczu za utraconą miłością
„Na wieczność zastygła w marmurze” —
zakracze ptak o północy.
„Lepiej więźniem być w czeluści
i obserwować na ścianach obrazy
niż zapaść w sen bez pamięci!” —
woła uliczny kaznodzieja.
Bywam tu ostatnio każdej nocy.
W świetle latarń przemierzam ulice,
mijam wieże wnoszące się ku niebu,
potem idę tam, gdzie knajpiane
wyszynki witają mnie nocnym gwarem.
Zatrzymuję się, potem idę dalej.
Gdy przemierzam kręte uliczki,
ciemność podąża za mną.
Szukam stąd wyjścia,
by uciec przed mrokiem.
Wszystko to wydaje się snem,
lecz widzę i czuję.
Idę w górę krętymi schodami,
miasto jest daleko w dole.
Nie słychać już dźwięków nocy.
Zatrzymuję się przed domem
otoczonym bujnym ogrodem.
„To ja żyję, a ty umierasz” —
Beatrycze szepcze mi do ucha.
Kości
Słońce spada, drzewo jesieni usycha,
liście rozrzuca na jałową ziemię.
Wiatr odsłania kości tych,
którzy odeszli i zostali zapomniani.
Świat unicestwia się w moich myślach.
Patrzę teraz na swoje kości —
są czyste i białe jak dary Salomona.
Żadne ścierwo ich nie kala —
dawno przegniło, robactwo odeszło.
Ziemia tuli moje kości
i usypia w nieskończonej czułości.
W noc
Ulice lśnią sztucznym blaskiem lamp,
księżniczki wyruszają zdobyć noc.
Gdy świt rozproszy mrok,
ich dręczone ciała uniewinni sen.
Samotny nędzarz wyciąga rękę,
z okien nie spada okruch litości,
upojony zapomnieniem zasypia,
rankiem obudzi go uliczny hałas.
Pałace próżności otacza szpaler limuzyn,