drukowana A5
17.25
Imaginacje i ballady #2

Bezpłatny fragment - Imaginacje i ballady #2


Objętość:
66 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-8440-898-8

IMAGINACJE

Błękitny rumak

Na błękitnym wierzchowcu

nieskończone przestrzenie

przemierza ten, który władzę

ma nad początkiem

bez początku i nad końcem

bez końca.


W kuźniach gwiazd ten,

który niczego nie zapomina,

wykuwa zbroję dla rodzących

się z łona odwiecznej pamięci.

I ja tę zbroję założyłem,

taki był mój wybór.


Teraz pomiędzy wschodami i zachodami

słońca gaśnie światło mojego życia.

Z przeszłości ciemnej wyłaniają

się kolejne jaźnie.

Koło czasu obraca się i w każdym momencie

mija to, co już przeminęło.


Gdybym dopadł rumaka niebiańskiego

jeźdźca i chwycił się jego grzywy,

uwolniłbym się z niewoli

powracającego czasu.

W nocnym mieście

Gdzie jest ten, którego wołanie

rozdziera zasłonę nocy i dnia?

Podnoszę głowę i wypatruję w błękicie

krwawych ran na biczowanym ciele.


Do Bizancjum już nie dopłynę,

tam młodzi zaklęci w ruinach

oszukali śmierć,

a ja samotnym starcem się stałem,

moją duszę uwięziło niedołężne ciało.


W nocnym mieście jęki nierządnic

zagłusza chór od Gregoriusa.

Gdzieś w oddali płoną wieże

zapomnianych katedr.


Żebrak przy głuchej dzwonnicy

mruczy i cicho zawodzi

pieśń niezdarną, lament nędzarza.

Za darowanego miedziaka

może kolejny dzień przeżyje.


Pijany poeta, wyrzucony na bruk,

tęskni w deszczu za utraconą miłością

„Na wieczność zastygła w marmurze” —

zakracze ptak o północy.


„Lepiej więźniem być w czeluści

i obserwować na ścianach obrazy

niż zapaść w sen bez pamięci!” —

woła uliczny kaznodzieja.


Bywam tu ostatnio każdej nocy.

W świetle latarń przemierzam ulice,

mijam wieże wnoszące się ku niebu,

potem idę tam, gdzie knajpiane

wyszynki witają mnie nocnym gwarem.

Zatrzymuję się, potem idę dalej.


Gdy przemierzam kręte uliczki,

ciemność podąża za mną.

Szukam stąd wyjścia,

by uciec przed mrokiem.

Wszystko to wydaje się snem,

lecz widzę i czuję.


Idę w górę krętymi schodami,

miasto jest daleko w dole.

Nie słychać już dźwięków nocy.

Zatrzymuję się przed domem

otoczonym bujnym ogrodem.

„To ja żyję, a ty umierasz” —

Beatrycze szepcze mi do ucha.

Kości

Słońce spada, drzewo jesieni usycha,

liście rozrzuca na jałową ziemię.

Wiatr odsłania kości tych,

którzy odeszli i zostali zapomniani.


Świat unicestwia się w moich myślach.

Patrzę teraz na swoje kości —

są czyste i białe jak dary Salomona.


Żadne ścierwo ich nie kala —

dawno przegniło, robactwo odeszło.

Ziemia tuli moje kości

i usypia w nieskończonej czułości.

W noc

Ulice lśnią sztucznym blaskiem lamp,

księżniczki wyruszają zdobyć noc.

Gdy świt rozproszy mrok,

ich dręczone ciała uniewinni sen.

Samotny nędzarz wyciąga rękę,

z okien nie spada okruch litości,

upojony zapomnieniem zasypia,

rankiem obudzi go uliczny hałas.

Pałace próżności otacza szpaler limuzyn,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.