Igorkowi, dzięki któremu stałam się mamą:*
IGOR I MAŁE LICHO
Wstęp Kim jestem
Cześć! Jestem Igor (nie Igorek, jak często mawia moja mama) i mam dwanaście lat. Od urodzenia mieszkam w Rzeszowie i nie wyobrażam sobie, abym musiał kiedyś się stąd wyprowadzić. Tu mam kilku dobrych kumpli na osiedlu, z którymi spotykam się często na boisku szkolnym, by pokopać piłkę, powygłupiać się i uprzykrzyć trochę życie staruszkom zameldowanym w moim bloku.
Ogólnie należę do grzecznych chłopców, odrabiam lekcje, dobrze się uczę, czytam książki, a nauczyciele mnie lubią z wzajemnością.
Każdy wiek ma swoje prawa, więc kiedy mam rozrabiać jak nie teraz?
Rozdział 1
PYCHA
— Bartku, twoje opowiadanie było naprawdę dobre, wstawiłam ci do dziennika piątkę z plusem — powiedziała pani nauczycielka na lekcji języka polskiego, rozdając poprawione prace domowe.
Spojrzałem na swoje wypracowanie ocenione na cztery plus i byłem zadowolony. Wiedziałem, że rodzice będą ze mnie i tak dumni.
Nie jest ważne, jakie mam wyniki, istotny był trud włożony w wykonywaną pracę. Nie muszę być omnibusem ze wszystkiego.
Mimo iż nie zazdrościłem koledze ze szkolnej ławki sukcesów, to widząc jego spojrzenie pełne wyższości, mimowolnie westchnąłem. Czułem, że na przerwie Bartek będzie przechwalać się, jaki to z niego będzie pisarz w przyszłości.
Gdy zadzwonił szkolny dzwonek, próbowałem szybko i niepostrzeżenie minąć kumpla, ale gdy zawołał moje imię, musiałem zareagować.
— Igor.
Udałem, że nie słyszę.
— Igor! — powtórzył głośniej. Miał na tyle donośny głos, że przekrzyczał bandę trzecioklasistów, która właśnie wylęgła na korytarz.
— Co tam? — zapytałem obojętnie.
— Słyszałeś, jak pani pochwaliła moje opowiadanie? — nadal mówił podniesionym tonem, tak aby pół naszej klasy, która przeglądała notatki na kartkówkę z matmy nieopodal, zwróciła na nas uwagę.
— Oczywiście! — zapewniłem. — Wszyscy byliśmy tego świadkami. — Kilka osób, stojących bliżej znacząco przewróciło oczami.
Takie sceny były u nas na porządku dziennym.
— Gratulacje — dodałem jeszcze, bo czułem, że Bartek tego ode mnie oczekuje. Cieszyłem się, że tak dobrze mu poszło, ale te jego przechwałki doprowadzały mnie do granicy wytrzymałości.
— Skoro tak dobrze mi poszło, to może nawet wezmę udział w międzyszkolnym konkursie i zapiszę się na nowe kółko zainteresowań — roztrząsał. — Na pewno zajmę pierwsze miejsce, bo mam wrodzony talent.
Na szczęście to całe puszenie się, przerwał dzwonek zwiastujący kolejną lekcję.
Na matematyce miałem spokój, bo nauczyciel zapowiedział kartkówkę i wszyscy w ciszy skupili się na rozwiązywaniu równań. Chociaż pewnie i tak będzie opowiadał później, jak ten szybki sprawdzian wiedzy był banalnie prosty i że znał wszystkie odpowiedzi. Fajnie, że sobie radzi z przedmiotami szkolnymi, ale czy musi się tak tym chwalić na prawo i lewo?
Nie wszyscy mają tyle szczęścia do nauki.
Mnie osobiście matematyka sprawia wiele trudności. Rodzice nawet zatrudnili miłą panią korepetytorkę, ale to i tak nie pomogło. Wiem, że liczby nie są moją mocną stroną. Wolę zdecydowanie grać w piłkę, ale staram się, jak mogę i trójki muszą mi wystarczyć.
Całe szczęście, że mama z tatą nie cisną mnie ponad miarę. Wiedzą, że moje porażki nie są spowodowane lenistwem, tylko ograniczeniami organizmu.
Zresztą moi czterdziestoletni staruszkowie też nie są geniuszami w każdej dziedzinie i dlatego pięknie się uzupełniają. Tata potrafi sprawnie liczyć, za to mama ma bogatą wyobraźnię i dlatego tak dobrze sprawdza się w artystycznych projektach.
W końcu lekcja się skończyła, a ostatnia była moją ulubioną. WF w ten piękny październikowy dzień miał odbyć się na szkolnym boisku i bardzo mnie to ucieszyło. Od małego uwielbiam ruch i uważam, że jest to idealny sposób, by pozbyć się napięć całego dnia właśnie poprzez sport. Dziś mieliśmy zagrać w nogę. Trener szybko podzielił nas na grupy i przydzielił mi do drużyny Bartka. Już wiedziałem, że nie skończy się to dobrze, ale nie miałem zwyczaju dyskutować z nauczycielami w tak nieistotnych kwestiach.
Byłem rasowym napastnikiem. Uważam, że mój kolega najbardziej nadawałby się na obrońcę (przy okazji byłby po drugiej stronie boiska, co ułatwiłoby mi grę), on jednak od razu udał się na pozycję pomocnika. Bardziej mi jednak przeszkadzał niż pomagał i w dodatku ciągle mnie pouczał.
— Igor, podaj do mnie! — krzyczał, gdy tylko piłka trafiła pod moje nogi, a nie chwaląc się, miałem ją często, bo na boisku dawałem z siebie wszystko. Gdy jednak próbowałem sam stworzyć okazję do gola i bramkarz obronił mój strzał, to Bartek od razu rzucał mi pełne wyrzutu spojrzenie, a zaraz za nim leciała piorunem reprymenda.
Nie rozumiałem jego zachowania, bo trener był zadowolony i bił brawo, a uniesionym kciukiem sygnalizował, że akcja była dobra.
— Gdybyś podał do mnie, to na pewno zdobyłbym dla nas punkt — dalej nie było wcale lepiej. — Czy ty w ogóle potrafisz grać chłopcze? — pytał z sarkazmem — Może powinienem udzielić ci kilku lekcji?
Starałem się nie reagować, naprawdę. Nie jestem typem chłopaka, który pięść traktuje jako pierwsze rozwiązanie, ale po całym dniu wysłuchiwania przechwałek i podważania mojej wartości, nie wytrzymałem i rzuciłem się na Bartka.
Na szczęście szybko rozdzielił nas nauczyciel, ale i tak wylądowałem na dywaniku u dyrektora, gdzie miałem zaczekać na tatę, którego wezwano telefonicznie.
Siedziałem w sekretariacie i milczałem uparcie nawet wtedy, kiedy szef naszej szkoły podstawowej numer 10, pytał, o co poszło. Obok na krześle spoczął Bartek, który wrócił już od pielęgniarki. Miał tylko lekko rozciętą i spuchniętą wargę, ale nic, poza tym mu nie dolegało.
Na widok zapłakanej twarzy kolegi poczułem wyrzuty sumienia, nawet jeśli chłopak zasłużył sobie na manto. Obaj ukradkiem zerkaliśmy na siebie, ale żadne słowo nie padło.
Na to wszystko przyszedł mój tata.
— Nic ci nie jest? — zapytał kontrolnie, a kiedy pokręciłem głową, wszedł do gabinetu dyrektora. Nie było go dobrych piętnaście minut, a gdy wyszedł, czułem, że jest wzburzony i zaskoczony. WF był ostatnią lekcją, więc wróciłem do domu razem z ojcem. W aucie nie zamieniliśmy ze sobą słowa.
Wiedziałem dlaczego.
Tata chciał dać nam obu czas na ochłonięcie po trudnej sytuacji. Przyjdzie jeszcze pora na rozmowę, kiedy emocje opadną, na spokojnie w domu. Mama wiedziała już o całej sprawie, bo spojrzała na mnie z troską, a gdy upewniła się, że oprócz lekkiego zadrapania na ręce nic mi nie dolega, odetchnęła z ulgą. Zjedliśmy obiad, a potem mama zrobiła nam herbatę malinową (to zawsze był nasz rytuał, kiedy musieliśmy poruszyć jakiś ciężki temat, jak np. śmierć dziadka Wiesia). Usiedliśmy we trójkę w moim pokoju. Ja na fotelu, a rodzice na łóżku i po upiciu pierwszego łyku mama zaczęła.
— Opowiedz mi kochanie, co się stało. Pamiętaj, że cię nie oceniam. Chcę się dowiedzieć od ciebie, co się wydarzyło i zrozumieć. Od rodziców Bartka wiemy, że rzuciłeś się na niego bez powodu, wytłumaczysz nam to?
Odłożyłem ostrożnie gorący kubek na biurko, zastanowiłem się chwilę, od czego mam zacząć. Postanowiłem opowiedzieć o całym dniu.
O tym, jak Bartek jest chwalipiętą i się wywyższa, a wszystkich traktuje jak gorszych od siebie i w końcu o tym, jak nerwy mi puściły podczas meczu, kiedy kolega podważył moje umiejętności.
— Machnąłbym jeszcze ręką, gdybym grał jak fajtłapa, ale ja wylewałem siódme poty, żeby zdobyć dla nas gola! — zakończyłem z pasją.
— Wiem skarbie — zapewniła mnie mama — ale przemoc to nie jest rozwiązanie, nawet jeśli przyjaciel cię sprowokował.
— Jestem świadomy, że mnie poniosło i przeproszę za to, że rozciąłem mu wargę, ale co z Bartkiem?! On też nie jest bez winy!
Mam ciągle wysłuchiwać pochwał na jego cześć?
— Na zachowanie Bartka wpływ miało chyba małe licho — z cieniem uśmiechu wtrącił się tata.
Dobrze, że nie piłem akurat herbaty, bo pewnie porządnie bym się zakrztusił, a płyn wytrysnąłby mi z nosa jak postaciom z kreskówek (których oczywiście już nie oglądam, bo nie jestem przecież dzieckiem).
— Małe co?! — zapytałem.
— Licho — powtórzył tata. — Taki duch, który często kusi nas do złych uczynków. W przypadku Bartka tym lichem jest pycha. Spróbuj może z nim porozmawiać, zwrócić mu uwagę, że swoim postępowaniem sprawia innym przykrość.
— Postaram się, ale nie mam wpływu na to, czy to coś da — odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
— Jasne — przytaknęła mama. — Nie możemy odpowiadać za czyny innych ludzi. Jeśli jednak chcesz mu delikatnie wytknąć jego błędy, to zacznij najpierw od siebie i nie pozwól małemu lichu, aby sterowało tobą i podszeptywało ci, byś bił innych.
— Nawet jeśli na to zasługują? — zapytałem w żartach.
— Zwłaszcza wtedy — powiedziała mama, grożąc palcem, ale z uśmiechem czającym się w kącikach ust. — Poza tym nie możemy nikogo oceniać. Każde zachowanie ma swoją przyczynę.
— I skutek — dokończył tata. — Wiesz, co masz jutro zrobić?
— Wiem, przeproszę go i pogadam jak mężczyzna z mężczyzną — zapewniłem poważnie, a potem dokończyliśmy pić herbatę i rozeszliśmy się do swoich zajęć.
Kiedy odrobiłem lekcje, chciałem pójść do łazienki i usłyszałem, jak mama opowiadała tacie o Bartku.
— Poznałam jego rodziców na jednej z wywiadówek i miałam okazję kilka razy zaobserwować, w jaki sposób odnoszą się do syna, kiedy np. odbierają go z bali szkolnych i muszę z przykrością stwierdzić, że traktują go trochę po macoszemu. Niby słuchali, co do nich mówi, ale cały czas wgapiali się w telefon. Być może te przechwałki wynikają z braku zainteresowania, które on próbuje sobie wynagrodzić wśród kolegów z klasy, skoro nie otrzymuje należytej uwagi od rodziców.
— Pewnie masz rację kochanie. Szkoda mi tego dzieciaka, ale całego świata nie zbawimy. Skupmy się na wychowaniu Igorka, żeby wyrósł na dobrego i szczęśliwego człowieka z kompasem moralnym.
Następnego dnia podszedłem do Bartka jeszcze w szatni, poczekałem, aż będziemy sami i zagadałem:
— Słuchaj Bartek, przepraszam cię za wczoraj. Nie powinienem rzucać się na ciebie z pięściami, nawet jeśli mnie wkurzyłeś.
— Zasłużyłem — przyznał z pokorą. — To ja przepraszam. Niepotrzebnie na ciebie naskoczyłem. Tak naprawdę uważam, że jesteś super napastnikiem. Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby cię skrytykować.
— To było małe licho — odparłem z pewnością siebie, ale kiedy zobaczyłem zbaraniałą minę kumpla, wybuchnąłem śmiechem.
Po chwili Bartek zaśmiewał się razem ze mną, a cała napięta atmosfera między nami zniknęła na dobre.
Tak oto zaczęła się moja przygoda z małym lichem, choć nie jest ono wcale takie znów małe, bo potrafi nieźle namieszać, szczególnie w relacjach z dobrym kolegą.
Bartek początkowo myślał, że „pyyyychhhhaaaa” to reakcja na coś dobrego do jedzenia. Podejrzewał, że zjadł coś, co mu zaszkodziło, mimo iż było pyszne, ale wytłumaczyłem mu, że nie o taką pychę chodzi:-)
Nie bądź jak Bartek i nie chwal się na prawo i lewo swoimi sukcesami.
Nie umniejszaj ich, ale też i nie wyolbrzymiaj, a na pewno koledzy, koleżanki szczerze Ci pogratulują i będą się cieszyć razem z Tobą:-)
Rozdział 2
Chciwość
— Bardzo podoba mi się twoja figurka z naszej ulubionej kreskówki — zagadnęła mnie Maja, pewnej listopadowej soboty, kiedy włóczyliśmy się bez większego celu po Lisiej Górze.
— Noo — potwierdził Franek, który też należał do mojej osiedlowej paczki.
Spojrzałem na koleżankę z sąsiedniego bloku i nie wiem, co mnie podkusiło, ale wypaliłem bez zastanowienia, że mogę jej sprzedać figurkę.
Miałem cały zestaw postaci z kultowej bajki. Część kupili mi rodzice, część dostałem lub wymieniłem, kiedy akurat trafił mi się podwójny egzemplarz.
Maja lekko się spłoszyła, ale ciekawość wzięła górę i zapytała:
— A ile za nią chcesz?
— Pięćdziesiąt złotych kosztowała bez paru groszy, ale jak dla ciebie obniżę cenę o dziesięć złotych. Co ty na to?
Usiedliśmy na ławce, na placu zabaw i kumpela zaczęła grzebać w swojej małej torebeczce na jedno ramię, z którą nigdy się nie rozstawała. Widziałem po jej minie, że nie będzie mieć uzgodnionej kwoty. W portfelu miała tylko dwadzieścia złotych.
— Nie martw się mała — jak zwykłem ją nazywać, bo była ode mnie niższa co najmniej o głowę. — Przetrzymam ją dla ciebie i sprzedam, kiedy tylko uzbierasz potrzebną część. Już niedużo ci brakuje.
— Dzięki Igor, postaram się szybko załatwić kasę.
Patrzyliśmy chwilę w milczeniu na bawiące się dzieci. Trzeba przyznać, że w tym roku mamy piękną, słoneczną i ciepłą jesień. Jednak, gdy tak się siedzi przez dłuższy czas na ławce, a niedaleko płynie Wisłok, to czuć chłód ciągnący od wody. Po krótkim odpoczynku (kto by pomyślał, że zwykły spacer po parku krajobrazowym może zmęczyć) ruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Gadaliśmy o szkole, nowej pani z angielskiego i że trzeba jeszcze odrobić zadanie z geografii na poniedziałek.
Cały następny tydzień był pełen sprawdzianów, testów, kartkówek i całkiem wypadła mi z głowy sytuacja ze sprzedażą figurki z bajki, której od dawna już nie oglądam, bo jestem na nią po prostu za stary.
Chwilę więc się zastanowiłem zanim załapałem, że Maja uzbierała pieniądze i chciałaby kupić kultową figurkę. Ucieszyłem się, że wpadnie mi do skarbonki dodatkowa kasa. Umówiliśmy się, że kumpela wstąpi do mnie po szkole i dobijemy targu. Tak też się stało.
Oboje byliśmy zadowoleni.
Następnego dnia jednak miny nam zrzedły, bo pani wychowawczyni poruszyła temat kradzieży dwudziestu złotych jednej z naszych koleżanek z klasy. Paulina pochodziła z zamożnej rodziny, jej tata prowadził sieć sklepów, a mama była menadżerem w dużej firmie. Dziewczyna była pewna, że miała te pieniądze przed lekcją wf-u, bo akurat chowała do portfela banknot, który nosiła pół dnia w kieszeni spodni. Kiedy po ciężkim treningu zeszła do szkolnego sklepiku, aby kupić sobie wodę, pieniędzy tam nie było. W tym czasie lekcję sportu miała tylko nasza klasa i wstęp do szatni dziewczyn miały tylko one. Żaden z nas, chłopaków nie był podejrzany.
Ja jednak dodałem dwa do dwóch (mimo że matma nie jest moją mocną stroną) i mimowolnie spojrzałem w kierunku ławki, w której siedziała Maja.
Była czerwona jak lakier na paznokciach naszej pani.
— Jeśli któraś z was wzięła te pieniądze, to proszę je zwrócić do mnie po lekcji i przeprosić koleżankę — kontynuowała w międzyczasie nauczycielka.
Maja jakby zapadła się jeszcze głębiej w krześle i lada moment wpadłaby pod ławkę, ale w tej chwili zadzwonił dzwonek wieszczący koniec lekcji.
Chciałem złapać ją, gdy będzie wychodzić z sali, ale przemknęła obok jak błyskawica i zniknęła mi z oczu. Byłem coraz bardziej pewny, że moje podejrzenia są słuszne.
— Kotku, a co ty dzisiaj jesteś taki zamyślony? — zapytała mnie mama przy obiedzie. — Tak przecież kochasz pierogi z jagodami. Jedz, bo ci wystygną.
Ale kiedy nie zwróciłem na nią (ani na ulubione pierogi) uwagi, sama przestała jeść i zapytała, czy coś się stało.
Wiedziałem, że mogę jej zaufać i opowiedziałem o wszystkim.
— Jesteś pewny, że Maja ukradła te pieniądze, żeby zapłacić ci za figurkę?
— Mam nadzieję, że nie, ale wszystko na to wskazuje.