Rozdział α
Kaliope
— Aleksander, ile razy mam ci powtarzać unikaj takich sytuacji. — rzekł Achilleus gdy wrócili z synem do domu.
— Ojcze to nie moja wina…
— Że mamy przez ciebie problemy? — spytał ojciec.
— Przecież nic nie zrobiłem.
— Słuchaj nie chcę mieć inkwizycji na karku tylko dlatego, gdyż mój syn powiedział że wierzy w starych bogów.
— Ty też w nich wierzysz. — obruszył się Aleksander.
— Gdybyś tylko wiedział… — Achilleus spojrzał na swoje przedramiona.
— Tak właściwie to mam pytanie.
— Słucham.
— Dlaczego masz odcisk łańcuchów na ramionach?
Achilleus zamarł na ułamek sekundy.
— Jako że masz już 18 lat… pokażę ci coś. — odparł.
Odsunął dywan i otworzył klapę w podłodze.
Wyjął coś zawiniętego w szmaty.
— To podarował mi Ares, bóg wojny. — wyjaśnił starannie odwijając zawartość zawiniątka.
Oczom Aleksandra ukazały się dwa identyczne ostrza jarzące się delikatnym pomarańczowym blaskiem.
— Ares ci to dał? — spytał chcąc się upewnić.
— Na długo przed twoimi narodzinami poznałem pewnego człowieka. — Achilleus zaczął wracać wspomnieniami do czasów kiedy jako członek Myrmidonów spotkał Mirę. — Był z pochodzenia Sklawenem, pomogłem mu w pokonaniu bardzo potężnego wroga.
Ojciec zamilkł na moment.
— Abym miał jakieś szanse Ares podarował mi te ostrza. — podjął odwracając się do syna. — Teraz należą do ciebie.
Po chwili usłyszeli kroki.
— Już wróciliście? — spytała kobieta ubrana w śnieżnobiałą szatę.
— Tak mamo. — mruknął zawstydzony Aleksander.
Achilleus spojrzał na żonę.
— Olimpias, nasz syn znowu nawywijał.
— Co się stało?
— Powiedz mamie. — Achilleus trącił syna ramieniem.
— Powiedziałem, że wierzę w Zeusa. — wymamrotał Aleksander.
Olimpias przez chwilę nic nie mówiła.
Achilleus jednak zauważył, że na jej twarzy zagościł delikatny uśmiech.
— Musisz bardziej uważać synku. — powiedziała. — Nie każdy podziela wiarę przodków, szczególnie w Europie.
Aleksander wyjrzał przez okno.
Flaga Stanów Zjednoczonych Europy powiewała delikatnie na wietrze.
— Wiem. — powiedział chłopak spuszczając wzrok.
— Dajesz mu ostrza? — spytała Olimpias.
— Najwyższy czas kochanie. — odparł mąż.
Olimpias jedynie skinęła głową na zrozumienie.
Achilleus odwrócił się do syna.
— To może boleć.
Natychmiast, gdy wypowiedział te słowa ostrza wskoczyły do rąk Aleksandra a łańcuchy zaczęły powoli zaciskać się na przedramionach chłopaka.
— Boli. — syknął.
— Wytrzymaj. — powiedział spokojnie ojciec.
Po kilku minutach ból ustał.
Aleksander spojrzał na rękojeść.
Na głowni była omega.
— Symbol wojny… — szepnął Aleksander.
Ojciec skinął głową.
— Omega oznacza ostateczność synu. — powiedział. — A wojna jest zawsze ostatecznością.
— To też oznacza koniec. — dodała matka.
Po chwili spojrzała na syna inaczej niż zwykle.
Po chwili rozległo sie pukanie do drzwi.
— Kto idzie? — spytała Olimpias.
— Policja. — padła odpowiedź.
— Na górę. — wyszeptał Achilleus biorąc pistolet.
— Ale…
— Nie kłóć się z ojcem. — syknęła Olimpias.
— Pilnuj go. — powiedział Achilleus do żony.
— Będę pilnować.
Gdy poszli na górę otworzył drzwi.
— Dzień dobry panu. — powiedział policjant z Europejskiej Służby Bezpieczeństwa. — Pan Achilleus Kleonides?
— Owszem to ja.
— Można wejść? — spytał policjant.
— Oczywiście. — odparł Achilles.
Wpuścił do środka dwóch policjantów i jednego człowieka ubranego w czarno-białe szaty.
— Przedstawię się, aspirant Metaksas, mój kolega Karmelis i inkwizytor Schleicher tutejszy przedstawiciel Inkwizycji Rozumu.
— Bardzo mi miło panów gościć. — odpowiedział Achilleus.
— Przychodzimy w dość delikatnej sprawie obywatelu. — powiedział inkwizytor. — Wasz syn popełnił wykroczenie.
— Jakież to? — spytał Achilleus.
— Wasz syn, obywatel Aleksander urodzony 24 września 2027 roku publicznie przyznał do wiary w bogów olimpijskich. — wyjaśnił Niemiec po grecku z wyraźnym szwabskim akcentem. — Jak obywatel wie to stanowi pewien problem natury prawnej.
— Zdaję sobie z tego sprawę. — odpowiedział beznamiętnie Grek. — Aleksander był od dziecka zafascynowany antyczną Helladą jej kulturą, mitologią i historią, proszę mu wybaczyć wasza ekscelencjo to jeszcze młokos nie zna tak dobrze prawa jak ja czy moja żona.
Schleicher spojrzał na niego zimnym wzrokiem.
— Niewiedza nie zwalnia z odpowiedzialności obywatelu.
Po chwili dodał.
— Artykuł pierwszy punkt pierwszy podpunkt czwarty jasno zakazuje wyznawania jakiejkolwiek religii, wszakże to jedynie bajeczki mające wyjaśniać podstawowe prawa fizyki.
— Nie chcę być wścibski, ale skoro wszystko jest państwowe i zsekularyzowane czemu rząd korzysta z w zasadzie religijnej instytucji? — spytał Grek.
— Cóż widzicie obywatelu, aby pokonać zabobony i fałszywe religie trzeba czasami przyjmować organizację tak archaicznych organizacji jak kler.
Achilleus skinął głową.
— Pamiętam jeszcze czasy, gdy Europa nie była w takim stanie. — powiedział. — Używano naszego języka i łaciny opieraliśmy się na rządach ludu, prawie rzymskim i etyce chrześcijańskiej a teraz? Rewolucyjna Partia Europy, Inkwizycja Rozumu, Kult Rozumu Zakon Oświeconych…
— Dobierajcie słowa ostrożnie obywatelu. — powiedział Schleicher.. — Inaczej może to być wasz ostatni dzień na wolności.
Achilleus odwrócił się.
Spojrzał na zdjęcie syna i żony.
Po kilku sekundach odwrócił się i szybko wyjął pistolet.
— Co czynicie obywatelu? — spytał Schleicher.
— Przychodzisz do mojego domu, oskarżasz moje dziecko o nieprawomyślność, grozisz mi więzieniem a w waszym języku oznacza to śmierć. — wyliczył. — Ja dobierałem słowa ostrożnie Niemcu ty powinieneś zrobić to samo.
— Jesteście szaleni obywatelu, żaden Europejczyk nie atakuje inkwizytora.
— Niech pan się opamięta. — powiedział Metaksas. — Tu nie trzeba rozlewu krwi.
— Panie aspirancie. — Achilleus spojrzał na niego. — Od kiedy ci barbarzyńcy mają prawo mówić nam, Hellenom, potomkom Spartan, Ateńczyków i Kreteńczyków co mamy robić? W co mamy wierzyć, co jeść i ogólnie jak żyć?
Metaksas zamyślił się.
— Obywatelu aspirancie macie tego człowieka natychmiast aresztować. — rozkazał Niemiec.
— Przykro mi wasza ekscelencjo, lecz on ma rację. — odparł Karmelis sięgając po broń.
— To bluźnierstwo, to szaleństwo! — ryknął Niemiec.
Achilleus przyłożył mu broń do czoła.
— Szaleństwo? — spytał.
Po czym ryknął.
— TO HELLADA!
…
W tym samym czasie w pokoju Aleksander się pakował.
— Czemu właściwie mam wyjechać?
— Zrobiło się niebezpiecznie. — powiedziała matka. — Zbyt niebezpiecznie, gdybyś zginął ojciec nigdy by mi nie wybaczył.
— Mamo jestem tylko chłopakiem z bardzo dziwacznymi ostrzami. — Aleksander był zdezorientowany.
Matka spojrzała na niego poważnie.
— Dla mnie tak, ale dla ojca nie.
— Ale…
— Nie zadawaj głupich pytań. — Olimpias położyła mu palec na ustach. — Musisz żyć.
— Ponieważ jestem waszym synem?
Olimpias zamilkła na dłuższą chwilę.
— Jesteś kimś więcej Alex. — wyszeptała.
Na schodach rozległy się kroki.
— Przez okno prędko.
Aleksander wyskoczył przez okno i wylądował na bruku.
Usłyszał strzały.
To go zatrzymało.
— Nie będę uciekał. — wyszeptał. — Spartiata nie jest tchórzem.
Dobył ostrzy.
Jarzyły się ognistym blaskiem.
— Aresie… jeśli rzeczywiście istniejesz…
Urwał na moment.
— Daj mi siłę bym zabił tych barbarzyńców.
…
Funkcjonariusze policji spisywali dane.
— Opór zlikwidowany, ośmiu zabitych, dwunastu rannych. — usłyszał.
— Tata sporo ich ukatrupił. — parsknął cicho Aleksander.
Gdy już miał podejść bliżej…
— Nie bądź głupcem. — usłyszał za sobą.
Odwrócił się.
Za nim stała dziewczyna ubrana dość niecodziennie jak na tę porę roku.
— Nie będziesz mi mówić co mam robić. — odparł.
— W obecnym stanie nie masz z nimi szans.
— Mam ostrza ojca.
Dziewczyna patrzyła na nie przez chwilę.
— Nie ważne jak potężną masz broń nie pokonasz ich, gdyż mają przewagę liczebną i karabiny.
— Skąd prosta dziewczyna może znać się na walce? — spytał zirytowany.
— Sam zapał nie wystarczy, musisz myśleć długofalowo, jeśli chcesz wygrać.
— Byłaś w jakiejś akademii wojskowej? — spytał Aleksander.
— Powiedzmy. — zaśmiała się cicho.
Aleksander patrzył przez chwilę na nią.
— Czemu właściwie mi pomagasz? — spojrzał na nią podejrzliwie. — Równie dobrze możesz być w zmowie z inkwizycją.
— To prawda nie masz gwarancji, że nie jestem z nimi w zmowie.
Po chwili podeszła i szepnęła mu do ucha.
— Jestem taka jak ty.
Drgnął.
— Też wierzysz w Zeusa, Herę, Posejdona i innych?
Dziewczyna uśmiechnęła się.
— Oczywiście.
— Imię jakieś masz? — zapytał. — Nie pytam z ciekawości pytam dla ułatwienia rozmowy.
Tamta zawahała się.
— Możesz nazywać mnie Minerwą.
— To rzymskie imię. — stwierdził Aleksander.
— Prawda. — odparła Minerwa. — Ale zapewniam cię jestem Hellenką.
— Dziwne, kto nadaje córce niezwiązane z naszą kulturą imię.
— Powiem tak, wielu cesarzy rzymskich rządzących z Konstantynopola miała rzymskie imiona.
Ten milczał.
— Chcesz przeżyć czy pójść do Charona jak twoi rodzice? — spytała wyciągając dłoń.
— Lepiej przeżyć. — powiedział ostatni raz oglądając dom rodzinny.
Wyszli z miasta.
— Zastanawiam się nad jedną rzeczą… — zamyślił się Aleksander.
— Jaką? — spytała Minerwa uśmiechając się figlarnie.
— Czy naprawdę bogowie Olimpu istnieją.
— Nawet jeśli nie istnieją trzeba w coś wierzyć Aleksandrze. — odparła.
Po chwili spytała.
— Czemu właściwie wierzysz w Olimpijczyków?
Chłopak zamyślił się.
— Mój ojciec powiedział, że to… — pokazał jedno z ostrzy. — Podarował mu Ares.
Na dźwięk tego imienia Minerwa drgnęła.
— Ares? Bóg wojny?
— Tak mi powiedział. — skinął głową Aleksander. — Nie wiem na ile jest to prawdą.
— Ciekawe. — szepnęła.
— Znasz Aresa? — spytał. — Zareagowałaś na jego imię.
— Powiedzmy, że widuję go czasami. — odparła. — Znaczy śni mi się czasami.
— Coś nie wierzę ci.
— Mało kto by w to dziś uwierzył. — uśmiechnęła się smutno.
Odwróciła się do niego plecami.
— Kiedyś wierzyła w Olimpijczyków większość znanego świata, Hellada, Afryka Północna, Italia, Iberia, Galia, Brytania, Azja, Judea, Egipt, Syria, Cylicja, Tauryda, nawet dotarliśmy do kraju Indów.
— Indów? — zdziwił się Aleksander.
— Teraz nazywają ich Hindusami, ale Herodot nazywał ich Indami.
— Mówisz, jakbyś znała go osobiście.
— Czytałam jego badania. — wyjaśniła.
— Uwielbiasz historię? — spytał chłopak.
— Tak. — parsknęła cicho. — Wiedza, szczególnie ta zawierająca mądrość jest najcenniejszą rzeczą na świecie.
Po chwili znów podjęła.
— Potem przyszedł Chrystus i jego nauka… zniszczono świątynie, dzieła mające wartość spalono, zamknięto Gimnazjon i Akademię Platona, zakazano igrzysk ku czci bogów.
Głos jej się załamał.
— A gdy przyszło odrodzenie zwyczajów…
Rozpłakała się.
— Pojawili się oni.
— Kim są ci oni? — spytał.
— Ci co zabili twoich rodziców. — wyjaśniła próbując się uspokoić.
— Inkwizycja?
Pokręciła głową.
— Nazywają siebie Oświeconymi.
— Przecież Iluminaci to teoria spiskowa. — zdziwił się Grek.
Tamta pokręciła głową po raz kolejny.
— To nie jest akurat żaden spisek, oni faktycznie istnieją.
— Opowiesz mi o nich? — spytał.
Kiwnęła głową
Rozdział β
Klio
— Oświeceni nie są zakonem religijnym tak jak Krzyżacy czy Joannici. — zaczęła. — Ich historia o ile dobrze pamiętam rozpoczyna się w XVIII wieku ery Chrystusa dokładniej w 1776 przez jakiegoś Germanosa, imiona nie będę próbowała wymówić poza łaciną no może jeszcze koptyjskim i perskim nie znam żadnego innego języka.
Zamyśliła się.
— Prawnie istnieli dziesięć wiosen, ale ich wyjęcie spod prawa nie oznaczało, że zniknęli.
— Co masz na myśli? — spytał Grek.
— Zakon przestał istnieć to prawda, ale wielu jego członków miało powiązania z tajnymi stowarzyszeniami a ich pomysły legły u podstaw wydarzeń w Galii trzy lata później.
— Masz na myśli Francję? — spytał Aleksander.
— Tak ją teraz nazywają. — potwierdziła dziewczyna. — Dawniej nazywaliśmy ją Galacją
— To dawna kraina w Anatolii. — powiedział zaskoczony.
Na dźwięk tego słowa Minerwa spojrzała na niego surowym wzrokiem.
— Nie waż się przy mnie używać słów o barbarzyńskim rodowodzie. — syknęła.
— Ja tylko używam nazwy jaka występuje w podręcznikach.
— To nie jest nasze słowo. — zacisnęła szczękę. — Dla nas zawsze to była Azja
— Dobrze nie denerwuj się na mnie. — chłopak podniósł ręce w geście poddania się.
— Dobry chłopiec. — na jej twarzy pojawił się triumfalny uśmiech.
Westchnęła.
— Na czym to ja… a o powstaniu galackiego ludu, trzy lata później obywatele Lugdencji podnieśli rękę na swojego króla, ścieli mu głowę, syna zabili i ogłosili władzę ludową.
Ziewnęła.
— Szybko władzę zaczęli dzierżyć ci, którzy byli powiązani z tajnymi stowarzyszeniami, wtedy to zaczęto w Galacji wprowadzać bezbożny Kult Rozumu.
— A ci dzisiejsi Iluminaci? — spytał Aleksander.
— Do tego zmierzam. — odparła. — Przez dziesięciolecia stowarzyszenia podobne pierwotnym Oświeconym były u władzy, wbrew temu co mówią nie mieli nad wszystkim władzę całkowitą.
Zamilkła na dłuższą chwilę.
— Oświeceni zostali ponownie stworzeni jako zbrojne ramię inkwizycji.
— Jak na prostą dziewczynę ze stolicy mówisz bardzo dziwnie. — Aleksander przyglądał się jej dłużej niż zwykle.
— Doprawdy? — na twarzy dziewczyny pojawił się uśmiech.
— Kim ty właściwie jesteś? — spytał.
— Ja? — rzekła niewinnie. — Jestem bardzo oczytaną, helleńską dziewczyną.
— Nikt już na nas tak nie mówi. — powiedział chłopak.
Przez chwilę milczeli.
— Właściwie, dokąd chcesz się udać? — spytał.
— Do wyroczni Apolla. — odpowiedziała. — Wszakże nie wszystko jeszcze co odtworzyli popadło w ruinę.
— Zanim się urodziłem mój ojciec należał do oddziału poświęconego strzeżenia Olimpu.
— Myrmidonowie prawda? — spytała chcąc się upewnić.
— Skąd wiesz o tym oddziale? — spytał z niedowierzaniem.
— Nie odpowiada się pytaniem na pytanie. — odparła.
— Po prostu. — spojrzał jej w oczy. — Nikt poza moim ojcem i jego kolegami z formacji tego nie wiedział.
— Powiedzmy, że czytałam jedno z opracowań na temat tego hufca. — powiedziała wymijająco Minerwa.
— Ale…
Położyła mu palec na ustach.
— Po prostu zaufaj mi. — szepnęła.
— Niech ci będzie. — powiedział w końcu.
Po chwili jednak dodał.
— Wiesz, Minerwa to rzymskie imię…
— Bogini mądrości. — dokończyła za niego. — Tak.
Spojrzała mu w oczy.
— Dostałam to imię na jej pamiątką.
— A nie za nadprzeciętną inteligencję?
— Aleksandrze, za dużo pytasz. — uśmiechnęła się lekko.
— Jeśli cię uraziłem Minerwo to przepraszam. — Aleksander spuścił wzrok.
— Musiałbyś się mój drogi postarać się, aby mnie urazić. — uśmiechnęła się szerzej.
…
Delfy były inne niż Ateny.
Z pozoru ta sama architektura, białe kolumny z marmuru świątyni Apolla kontrastowały z tradycyjnymi greckimi domami jednopiętrowymi.
Gdy weszli po schodach i stanęli przed wejściem Minerwa powiedziała.
— Zostanę tutaj.
— Nie idziesz?
— Jesteśmy tu abyś ty mógł poznać swoje przeznaczenie. — wyjaśniła.
— A twoje jakie jest? — spytał z ciekawości.
— Pytia powiedziała, że mam cię chronić. — odparła.
— Czemu mam wrażenie, że coś przede mną ukrywasz?
— Tym razem to co mówię jest prawdą.
Podszedł do drzwi.
Spojrzał na nią ostatni raz.
— Uważaj na siebie. — powiedział.
— Nie martw się o mnie Aleksandrze. — odparła czule.
Tamten tylko skinął głową i wszedł do środka.
Korytarz sprawiał wrażenie niekończącej się galerii dawnych marmurowych posągów.
Każdy z nich przedstawiał kolejną wyroczni.
Szedł powoli podziwiając posągi.
Doszedł do ostatniego.
— Alatheia. — przeczytał napis.
Wszedł do pomieszczenia, gdzie znajdowała się Pytia.
Kapłanka leżała na wznak.
Ubrana w czystą białą szatę.
Podniosła na niego wzrok.
— Nie przybyłeś tu samotnie. — zauważyła.
— Towarzyszy mi dziewczyna.
Alatheia uśmiechnęła się tylko.
— Nie pytam o dziewczynę.
— Co masz na myśli?
Pytia patrzyła na niego milcząco.
— Ona nie jest tym kim sądzisz, że jest.
— Kolejne zagadki.
Na twarzy kapłanki pojawił się ledwo widoczny uśmiech.
— Nie jestem od prowadzenia za rękę. — rzekła.
Po chwili dodała.
— Przybywasz tu jak każdy po odpowiedzi.
Po chwili wyrecytowała.
Przybędzie do nas, gdy wyjrzy jutrzenka
Wybraniec z linii rodu Hellena
On znów Europę zjednoczyć zdoła
Choć wrogów będzie miał dookoła
I wsparty siłą gromnego mocarza
Wypędzi z tej ziemi wrogiego siłacza
I tak zdobędzie władzę i uznanie
I serce bogini, która go pragnie
A wszystko to prawda
Bo się rymuję
— Zawsze tak wyglądają przepowiednie u ciebie? — spytał.
— Nie. — przyznała Pytia. — Ale zawsze wierszuje.
— Nic z tego nie rozumiem.
— Z początku nikt nie rozumiał. — uspokoiła go. — Dopiero z biegiem czasu zrozumiesz.
— To co powiedziałaś brzmi jak absurd.
— W dzisiejszych czasach Aleksandrze wiele rzeczy kiedyś oczywistych wydają się absurdalne.
Po chwili dodała.
— Nie próbuj przed tym uciekać, król Teb próbował, na próżno.
— Jak mam zjednoczyć Europę? — spytał.
— Wszystko w swoim czasie, bądź cierpliwy.
Gdy już miał wychodzić.
— Mówiłaś o Afrodycie? — spytał.
Alatheia przewróciła oczami.
— Afrodyta jest żoną Hefajstosa.
— Przecież to ona odpowiada za miłość.
— Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie i proszę nie pytaj mnie już chcę odpocząć.
Wyszedł z pokoju i myśląc nad słowami wróżby wyszedł ze świątyni.
Minerwa czekała oparta o kolumnę.
— Co powiedziała? — spytała.
— Sam nie wiem. — przyznał. — Coś o jednoczeniu Europy, sercu bogini.
— Czyli typowa Pytia.
— Rozumiesz coś z tego?
Minerwa odwróciła wzrok.
— Rozumiem wiele rzeczy. — odparła.
— Ponoć tata miał do czynienia z bogami, ale sam nie wiem czy to prawda.
— Nie wierzysz ojcu? — spytała.
— To nie tak. — pokręcił głową.
Spojrzał na swoje przedramiona.
— Być może gdyby je nadal miał, on i mama nadal by żyli. — powiedział z wyrzutem.
— Czasami umierają ci co zasłużyli na życie. — powiedziała stanowczo. — Potrafisz wskrzeszać umarłych?
— Orfeusz potrafił. — syknął.