E-book
15.75
drukowana A5
31.07
ίερός λόχος

Bezpłatny fragment - ίερός λόχος


Objętość:
68 str.
ISBN:
978-83-8467-783-4
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 31.07

Rozdział α

Kaliope

— Aleksander, ile razy mam ci powtarzać unikaj takich sytuacji. — rzekł Achilleus gdy wrócili z synem do domu.

— Ojcze to nie moja wina…

— Że mamy przez ciebie problemy? — spytał ojciec.

— Przecież nic nie zrobiłem.

— Słuchaj nie chcę mieć inkwizycji na karku tylko dlatego, gdyż mój syn powiedział że wierzy w starych bogów.

— Ty też w nich wierzysz. — obruszył się Aleksander.

— Gdybyś tylko wiedział… — Achilleus spojrzał na swoje przedramiona.

— Tak właściwie to mam pytanie.

— Słucham.

— Dlaczego masz odcisk łańcuchów na ramionach?

Achilleus zamarł na ułamek sekundy.

— Jako że masz już 18 lat… pokażę ci coś. — odparł.

Odsunął dywan i otworzył klapę w podłodze.

Wyjął coś zawiniętego w szmaty.

— To podarował mi Ares, bóg wojny. — wyjaśnił starannie odwijając zawartość zawiniątka.

Oczom Aleksandra ukazały się dwa identyczne ostrza jarzące się delikatnym pomarańczowym blaskiem.

— Ares ci to dał? — spytał chcąc się upewnić.

— Na długo przed twoimi narodzinami poznałem pewnego człowieka. — Achilleus zaczął wracać wspomnieniami do czasów kiedy jako członek Myrmidonów spotkał Mirę. — Był z pochodzenia Sklawenem, pomogłem mu w pokonaniu bardzo potężnego wroga.

Ojciec zamilkł na moment.

— Abym miał jakieś szanse Ares podarował mi te ostrza. — podjął odwracając się do syna. — Teraz należą do ciebie.

Po chwili usłyszeli kroki.

— Już wróciliście? — spytała kobieta ubrana w śnieżnobiałą szatę.

— Tak mamo. — mruknął zawstydzony Aleksander.

Achilleus spojrzał na żonę.

— Olimpias, nasz syn znowu nawywijał.

— Co się stało?

— Powiedz mamie. — Achilleus trącił syna ramieniem.

— Powiedziałem, że wierzę w Zeusa. — wymamrotał Aleksander.

Olimpias przez chwilę nic nie mówiła.

Achilleus jednak zauważył, że na jej twarzy zagościł delikatny uśmiech.

— Musisz bardziej uważać synku. — powiedziała. — Nie każdy podziela wiarę przodków, szczególnie w Europie.

Aleksander wyjrzał przez okno.

Flaga Stanów Zjednoczonych Europy powiewała delikatnie na wietrze.

— Wiem. — powiedział chłopak spuszczając wzrok.

— Dajesz mu ostrza? — spytała Olimpias.

— Najwyższy czas kochanie. — odparł mąż.

Olimpias jedynie skinęła głową na zrozumienie.

Achilleus odwrócił się do syna.

— To może boleć.

Natychmiast, gdy wypowiedział te słowa ostrza wskoczyły do rąk Aleksandra a łańcuchy zaczęły powoli zaciskać się na przedramionach chłopaka.

— Boli. — syknął.

— Wytrzymaj. — powiedział spokojnie ojciec.

Po kilku minutach ból ustał.

Aleksander spojrzał na rękojeść.

Na głowni była omega.

— Symbol wojny… — szepnął Aleksander.

Ojciec skinął głową.

— Omega oznacza ostateczność synu. — powiedział. — A wojna jest zawsze ostatecznością.

— To też oznacza koniec. — dodała matka.

Po chwili spojrzała na syna inaczej niż zwykle.

Po chwili rozległo sie pukanie do drzwi.

— Kto idzie? — spytała Olimpias.

— Policja. — padła odpowiedź.

— Na górę. — wyszeptał Achilleus biorąc pistolet.

— Ale…

— Nie kłóć się z ojcem. — syknęła Olimpias.

— Pilnuj go. — powiedział Achilleus do żony.

— Będę pilnować.

Gdy poszli na górę otworzył drzwi.

— Dzień dobry panu. — powiedział policjant z Europejskiej Służby Bezpieczeństwa. — Pan Achilleus Kleonides?

— Owszem to ja.

— Można wejść? — spytał policjant.

— Oczywiście. — odparł Achilles.

Wpuścił do środka dwóch policjantów i jednego człowieka ubranego w czarno-białe szaty.

— Przedstawię się, aspirant Metaksas, mój kolega Karmelis i inkwizytor Schleicher tutejszy przedstawiciel Inkwizycji Rozumu.

— Bardzo mi miło panów gościć. — odpowiedział Achilleus.

— Przychodzimy w dość delikatnej sprawie obywatelu. — powiedział inkwizytor. — Wasz syn popełnił wykroczenie.

— Jakież to? — spytał Achilleus.

— Wasz syn, obywatel Aleksander urodzony 24 września 2027 roku publicznie przyznał do wiary w bogów olimpijskich. — wyjaśnił Niemiec po grecku z wyraźnym szwabskim akcentem. — Jak obywatel wie to stanowi pewien problem natury prawnej.

— Zdaję sobie z tego sprawę. — odpowiedział beznamiętnie Grek. — Aleksander był od dziecka zafascynowany antyczną Helladą jej kulturą, mitologią i historią, proszę mu wybaczyć wasza ekscelencjo to jeszcze młokos nie zna tak dobrze prawa jak ja czy moja żona.

Schleicher spojrzał na niego zimnym wzrokiem.

— Niewiedza nie zwalnia z odpowiedzialności obywatelu.

Po chwili dodał.

— Artykuł pierwszy punkt pierwszy podpunkt czwarty jasno zakazuje wyznawania jakiejkolwiek religii, wszakże to jedynie bajeczki mające wyjaśniać podstawowe prawa fizyki.

— Nie chcę być wścibski, ale skoro wszystko jest państwowe i zsekularyzowane czemu rząd korzysta z w zasadzie religijnej instytucji? — spytał Grek.

— Cóż widzicie obywatelu, aby pokonać zabobony i fałszywe religie trzeba czasami przyjmować organizację tak archaicznych organizacji jak kler.

Achilleus skinął głową.

— Pamiętam jeszcze czasy, gdy Europa nie była w takim stanie. — powiedział. — Używano naszego języka i łaciny opieraliśmy się na rządach ludu, prawie rzymskim i etyce chrześcijańskiej a teraz? Rewolucyjna Partia Europy, Inkwizycja Rozumu, Kult Rozumu Zakon Oświeconych…

— Dobierajcie słowa ostrożnie obywatelu. — powiedział Schleicher.. — Inaczej może to być wasz ostatni dzień na wolności.

Achilleus odwrócił się.

Spojrzał na zdjęcie syna i żony.

Po kilku sekundach odwrócił się i szybko wyjął pistolet.

— Co czynicie obywatelu? — spytał Schleicher.

— Przychodzisz do mojego domu, oskarżasz moje dziecko o nieprawomyślność, grozisz mi więzieniem a w waszym języku oznacza to śmierć. — wyliczył. — Ja dobierałem słowa ostrożnie Niemcu ty powinieneś zrobić to samo.

— Jesteście szaleni obywatelu, żaden Europejczyk nie atakuje inkwizytora.

— Niech pan się opamięta. — powiedział Metaksas. — Tu nie trzeba rozlewu krwi.

— Panie aspirancie. — Achilleus spojrzał na niego. — Od kiedy ci barbarzyńcy mają prawo mówić nam, Hellenom, potomkom Spartan, Ateńczyków i Kreteńczyków co mamy robić? W co mamy wierzyć, co jeść i ogólnie jak żyć?

Metaksas zamyślił się.

— Obywatelu aspirancie macie tego człowieka natychmiast aresztować. — rozkazał Niemiec.

— Przykro mi wasza ekscelencjo, lecz on ma rację. — odparł Karmelis sięgając po broń.

— To bluźnierstwo, to szaleństwo! — ryknął Niemiec.

Achilleus przyłożył mu broń do czoła.

— Szaleństwo? — spytał.

Po czym ryknął.

— TO HELLADA!

…

W tym samym czasie w pokoju Aleksander się pakował.

— Czemu właściwie mam wyjechać?

— Zrobiło się niebezpiecznie. — powiedziała matka. — Zbyt niebezpiecznie, gdybyś zginął ojciec nigdy by mi nie wybaczył.

— Mamo jestem tylko chłopakiem z bardzo dziwacznymi ostrzami. — Aleksander był zdezorientowany.

Matka spojrzała na niego poważnie.

— Dla mnie tak, ale dla ojca nie.

— Ale…

— Nie zadawaj głupich pytań. — Olimpias położyła mu palec na ustach. — Musisz żyć.

— Ponieważ jestem waszym synem?

Olimpias zamilkła na dłuższą chwilę.

— Jesteś kimś więcej Alex. — wyszeptała.

Na schodach rozległy się kroki.

— Przez okno prędko.

Aleksander wyskoczył przez okno i wylądował na bruku.

Usłyszał strzały.

To go zatrzymało.

— Nie będę uciekał. — wyszeptał. — Spartiata nie jest tchórzem.

Dobył ostrzy.

Jarzyły się ognistym blaskiem.

— Aresie… jeśli rzeczywiście istniejesz…

Urwał na moment.

— Daj mi siłę bym zabił tych barbarzyńców.

…

Funkcjonariusze policji spisywali dane.

— Opór zlikwidowany, ośmiu zabitych, dwunastu rannych. — usłyszał.

— Tata sporo ich ukatrupił. — parsknął cicho Aleksander.

Gdy już miał podejść bliżej…

— Nie bądź głupcem. — usłyszał za sobą.

Odwrócił się.

Za nim stała dziewczyna ubrana dość niecodziennie jak na tę porę roku.

— Nie będziesz mi mówić co mam robić. — odparł.

— W obecnym stanie nie masz z nimi szans.

— Mam ostrza ojca.

Dziewczyna patrzyła na nie przez chwilę.

— Nie ważne jak potężną masz broń nie pokonasz ich, gdyż mają przewagę liczebną i karabiny.

— Skąd prosta dziewczyna może znać się na walce? — spytał zirytowany.

— Sam zapał nie wystarczy, musisz myśleć długofalowo, jeśli chcesz wygrać.

— Byłaś w jakiejś akademii wojskowej? — spytał Aleksander.

— Powiedzmy. — zaśmiała się cicho.

Aleksander patrzył przez chwilę na nią.

— Czemu właściwie mi pomagasz? — spojrzał na nią podejrzliwie. — Równie dobrze możesz być w zmowie z inkwizycją.

— To prawda nie masz gwarancji, że nie jestem z nimi w zmowie.

Po chwili podeszła i szepnęła mu do ucha.

— Jestem taka jak ty.

Drgnął.

— Też wierzysz w Zeusa, Herę, Posejdona i innych?

Dziewczyna uśmiechnęła się.

— Oczywiście.

— Imię jakieś masz? — zapytał. — Nie pytam z ciekawości pytam dla ułatwienia rozmowy.

Tamta zawahała się.

— Możesz nazywać mnie Minerwą.

— To rzymskie imię. — stwierdził Aleksander.

— Prawda. — odparła Minerwa. — Ale zapewniam cię jestem Hellenką.

— Dziwne, kto nadaje córce niezwiązane z naszą kulturą imię.

— Powiem tak, wielu cesarzy rzymskich rządzących z Konstantynopola miała rzymskie imiona.

Ten milczał.

— Chcesz przeżyć czy pójść do Charona jak twoi rodzice? — spytała wyciągając dłoń.

— Lepiej przeżyć. — powiedział ostatni raz oglądając dom rodzinny.

Wyszli z miasta.

— Zastanawiam się nad jedną rzeczą… — zamyślił się Aleksander.

— Jaką? — spytała Minerwa uśmiechając się figlarnie.

— Czy naprawdę bogowie Olimpu istnieją.

— Nawet jeśli nie istnieją trzeba w coś wierzyć Aleksandrze. — odparła.

Po chwili spytała.

— Czemu właściwie wierzysz w Olimpijczyków?

Chłopak zamyślił się.

— Mój ojciec powiedział, że to… — pokazał jedno z ostrzy. — Podarował mu Ares.

Na dźwięk tego imienia Minerwa drgnęła.

— Ares? Bóg wojny?

— Tak mi powiedział. — skinął głową Aleksander. — Nie wiem na ile jest to prawdą.

— Ciekawe. — szepnęła.

— Znasz Aresa? — spytał. — Zareagowałaś na jego imię.

— Powiedzmy, że widuję go czasami. — odparła. — Znaczy śni mi się czasami.

— Coś nie wierzę ci.

— Mało kto by w to dziś uwierzył. — uśmiechnęła się smutno.

Odwróciła się do niego plecami.

— Kiedyś wierzyła w Olimpijczyków większość znanego świata, Hellada, Afryka Północna, Italia, Iberia, Galia, Brytania, Azja, Judea, Egipt, Syria, Cylicja, Tauryda, nawet dotarliśmy do kraju Indów.

— Indów? — zdziwił się Aleksander.

— Teraz nazywają ich Hindusami, ale Herodot nazywał ich Indami.

— Mówisz, jakbyś znała go osobiście.

— Czytałam jego badania. — wyjaśniła.

— Uwielbiasz historię? — spytał chłopak.

— Tak. — parsknęła cicho. — Wiedza, szczególnie ta zawierająca mądrość jest najcenniejszą rzeczą na świecie.

Po chwili znów podjęła.

— Potem przyszedł Chrystus i jego nauka… zniszczono świątynie, dzieła mające wartość spalono, zamknięto Gimnazjon i Akademię Platona, zakazano igrzysk ku czci bogów.

Głos jej się załamał.

— A gdy przyszło odrodzenie zwyczajów…

Rozpłakała się.

— Pojawili się oni.

— Kim są ci oni? — spytał.

— Ci co zabili twoich rodziców. — wyjaśniła próbując się uspokoić.

— Inkwizycja?

Pokręciła głową.

— Nazywają siebie Oświeconymi.

— Przecież Iluminaci to teoria spiskowa. — zdziwił się Grek.

Tamta pokręciła głową po raz kolejny.

— To nie jest akurat żaden spisek, oni faktycznie istnieją.

— Opowiesz mi o nich? — spytał.

Kiwnęła głową

Rozdział β

Klio

— Oświeceni nie są zakonem religijnym tak jak Krzyżacy czy Joannici. — zaczęła. — Ich historia o ile dobrze pamiętam rozpoczyna się w XVIII wieku ery Chrystusa dokładniej w 1776 przez jakiegoś Germanosa, imiona nie będę próbowała wymówić poza łaciną no może jeszcze koptyjskim i perskim nie znam żadnego innego języka.

Zamyśliła się.

— Prawnie istnieli dziesięć wiosen, ale ich wyjęcie spod prawa nie oznaczało, że zniknęli.

— Co masz na myśli? — spytał Grek.

— Zakon przestał istnieć to prawda, ale wielu jego członków miało powiązania z tajnymi stowarzyszeniami a ich pomysły legły u podstaw wydarzeń w Galii trzy lata później.

— Masz na myśli Francję? — spytał Aleksander.

— Tak ją teraz nazywają. — potwierdziła dziewczyna. — Dawniej nazywaliśmy ją Galacją

— To dawna kraina w Anatolii. — powiedział zaskoczony.

Na dźwięk tego słowa Minerwa spojrzała na niego surowym wzrokiem.

— Nie waż się przy mnie używać słów o barbarzyńskim rodowodzie. — syknęła.

— Ja tylko używam nazwy jaka występuje w podręcznikach.

— To nie jest nasze słowo. — zacisnęła szczękę. — Dla nas zawsze to była Azja

— Dobrze nie denerwuj się na mnie. — chłopak podniósł ręce w geście poddania się.

— Dobry chłopiec. — na jej twarzy pojawił się triumfalny uśmiech.

Westchnęła.

— Na czym to ja… a o powstaniu galackiego ludu, trzy lata później obywatele Lugdencji podnieśli rękę na swojego króla, ścieli mu głowę, syna zabili i ogłosili władzę ludową.

Ziewnęła.

— Szybko władzę zaczęli dzierżyć ci, którzy byli powiązani z tajnymi stowarzyszeniami, wtedy to zaczęto w Galacji wprowadzać bezbożny Kult Rozumu.

— A ci dzisiejsi Iluminaci? — spytał Aleksander.

— Do tego zmierzam. — odparła. — Przez dziesięciolecia stowarzyszenia podobne pierwotnym Oświeconym były u władzy, wbrew temu co mówią nie mieli nad wszystkim władzę całkowitą.

Zamilkła na dłuższą chwilę.

— Oświeceni zostali ponownie stworzeni jako zbrojne ramię inkwizycji.

— Jak na prostą dziewczynę ze stolicy mówisz bardzo dziwnie. — Aleksander przyglądał się jej dłużej niż zwykle.

— Doprawdy? — na twarzy dziewczyny pojawił się uśmiech.

— Kim ty właściwie jesteś? — spytał.

— Ja? — rzekła niewinnie. — Jestem bardzo oczytaną, helleńską dziewczyną.

— Nikt już na nas tak nie mówi. — powiedział chłopak.

Przez chwilę milczeli.

— Właściwie, dokąd chcesz się udać? — spytał.

— Do wyroczni Apolla. — odpowiedziała. — Wszakże nie wszystko jeszcze co odtworzyli popadło w ruinę.

— Zanim się urodziłem mój ojciec należał do oddziału poświęconego strzeżenia Olimpu.

— Myrmidonowie prawda? — spytała chcąc się upewnić.

— Skąd wiesz o tym oddziale? — spytał z niedowierzaniem.

— Nie odpowiada się pytaniem na pytanie. — odparła.

— Po prostu. — spojrzał jej w oczy. — Nikt poza moim ojcem i jego kolegami z formacji tego nie wiedział.

— Powiedzmy, że czytałam jedno z opracowań na temat tego hufca. — powiedziała wymijająco Minerwa.

— Ale…

Położyła mu palec na ustach.

— Po prostu zaufaj mi. — szepnęła.

— Niech ci będzie. — powiedział w końcu.

Po chwili jednak dodał.

— Wiesz, Minerwa to rzymskie imię…

— Bogini mądrości. — dokończyła za niego. — Tak.

Spojrzała mu w oczy.

— Dostałam to imię na jej pamiątką.

— A nie za nadprzeciętną inteligencję?

— Aleksandrze, za dużo pytasz. — uśmiechnęła się lekko.

— Jeśli cię uraziłem Minerwo to przepraszam. — Aleksander spuścił wzrok.

— Musiałbyś się mój drogi postarać się, aby mnie urazić. — uśmiechnęła się szerzej.

…

Delfy były inne niż Ateny.

Z pozoru ta sama architektura, białe kolumny z marmuru świątyni Apolla kontrastowały z tradycyjnymi greckimi domami jednopiętrowymi.

Gdy weszli po schodach i stanęli przed wejściem Minerwa powiedziała.

— Zostanę tutaj.

— Nie idziesz?

— Jesteśmy tu abyś ty mógł poznać swoje przeznaczenie. — wyjaśniła.

— A twoje jakie jest? — spytał z ciekawości.

— Pytia powiedziała, że mam cię chronić. — odparła.

— Czemu mam wrażenie, że coś przede mną ukrywasz?

— Tym razem to co mówię jest prawdą.

Podszedł do drzwi.

Spojrzał na nią ostatni raz.

— Uważaj na siebie. — powiedział.

— Nie martw się o mnie Aleksandrze. — odparła czule.

Tamten tylko skinął głową i wszedł do środka.

Korytarz sprawiał wrażenie niekończącej się galerii dawnych marmurowych posągów.

Każdy z nich przedstawiał kolejną wyroczni.

Szedł powoli podziwiając posągi.

Doszedł do ostatniego.

— Alatheia. — przeczytał napis.

Wszedł do pomieszczenia, gdzie znajdowała się Pytia.

Kapłanka leżała na wznak.

Ubrana w czystą białą szatę.

Podniosła na niego wzrok.

— Nie przybyłeś tu samotnie. — zauważyła.

— Towarzyszy mi dziewczyna.

Alatheia uśmiechnęła się tylko.

— Nie pytam o dziewczynę.

— Co masz na myśli?

Pytia patrzyła na niego milcząco.

— Ona nie jest tym kim sądzisz, że jest.

— Kolejne zagadki.

Na twarzy kapłanki pojawił się ledwo widoczny uśmiech.

— Nie jestem od prowadzenia za rękę. — rzekła.

Po chwili dodała.

— Przybywasz tu jak każdy po odpowiedzi.

Po chwili wyrecytowała.

Przybędzie do nas, gdy wyjrzy jutrzenka

Wybraniec z linii rodu Hellena

On znów Europę zjednoczyć zdoła

Choć wrogów będzie miał dookoła

I wsparty siłą gromnego mocarza

Wypędzi z tej ziemi wrogiego siłacza

I tak zdobędzie władzę i uznanie

I serce bogini, która go pragnie

A wszystko to prawda

Bo się rymuję

— Zawsze tak wyglądają przepowiednie u ciebie? — spytał.

— Nie. — przyznała Pytia. — Ale zawsze wierszuje.

— Nic z tego nie rozumiem.

— Z początku nikt nie rozumiał. — uspokoiła go. — Dopiero z biegiem czasu zrozumiesz.

— To co powiedziałaś brzmi jak absurd.

— W dzisiejszych czasach Aleksandrze wiele rzeczy kiedyś oczywistych wydają się absurdalne.

Po chwili dodała.

— Nie próbuj przed tym uciekać, król Teb próbował, na próżno.

— Jak mam zjednoczyć Europę? — spytał.

— Wszystko w swoim czasie, bądź cierpliwy.

Gdy już miał wychodzić.

— Mówiłaś o Afrodycie? — spytał.

Alatheia przewróciła oczami.

— Afrodyta jest żoną Hefajstosa.

— Przecież to ona odpowiada za miłość.

— Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie i proszę nie pytaj mnie już chcę odpocząć.

Wyszedł z pokoju i myśląc nad słowami wróżby wyszedł ze świątyni.

Minerwa czekała oparta o kolumnę.

— Co powiedziała? — spytała.

— Sam nie wiem. — przyznał. — Coś o jednoczeniu Europy, sercu bogini.

— Czyli typowa Pytia.

— Rozumiesz coś z tego?

Minerwa odwróciła wzrok.

— Rozumiem wiele rzeczy. — odparła.

— Ponoć tata miał do czynienia z bogami, ale sam nie wiem czy to prawda.

— Nie wierzysz ojcu? — spytała.

— To nie tak. — pokręcił głową.

Spojrzał na swoje przedramiona.

— Być może gdyby je nadal miał, on i mama nadal by żyli. — powiedział z wyrzutem.

— Czasami umierają ci co zasłużyli na życie. — powiedziała stanowczo. — Potrafisz wskrzeszać umarłych?

— Orfeusz potrafił. — syknął.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 31.07