E-book
10.92
drukowana A5
39.13
Idol

Bezpłatny fragment - Idol


Objętość:
206 str.
ISBN:
978-83-8189-634-4
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 39.13

Rozdział I

Podwórko

Niezapomniany urok stwarzają padące płatki śniegu, w świetle latarni parkowych. O tej porze roku dzień jest bardzo krótki. Właśnie rozpoczynał się wczesny wieczór. Adrian szedł szeroką aleją parkową, pokrytą cienką warstwą świeżo padającego śniegu, który pokrywał również gałęzie drzew, tworząc piękną scenerię. Stąpając, pod stopami czuł miękki puszysty dywan świeżego śniegu, który pod butami wydawał charakterystyczny odgłos. Szedł wolno, mimo rosnącego podniecenia, powodowanego świadomością, że ona na niego czeka i zaraz będzie ją tulił w swoich ramionach. Park znajdował się w dzielnicy w której się wychował. Mimo woli, idąc, wrócił myślami do lat swojego dzieciństwa. Przypominał sobie kamienicę w centrum miasta, w której mieszkał. Trzypiętrowa, rogowa kamienica, posiadała ładne podwórko, w kształcie zbliżonym do kwadratu, stanowiące pewnego rodzaju patio. Podwórko wyłożone było gładkimi płytami brukowymi, w kolorze czerwono–pomarańczowym. Wejście na posesję stanowiła dwuskrzydłowa furtka. W kamienicy, od frontu (z przodu od ulicy) znajdowały się w większości mieszkania jednoizbowe i dwuizbowe, bez pomieszczeń sanitarnych. Źródłem wody pitnej dla całej kondygnacji był pojedynczy kran wraz ze zlewem do spłukiwania umieszczony na ścianie w korytarzu. Adrian pamiętał jak się kiedyś zepsuł, trzeba było chodzić na inne piętro po wodę.

Po obu bokach podwórka kamienicy, usytuowane były dwie piętrowe oficyny. Były w nich mieszkania o wyższym standardzie, dwu i trzy — pokojowe, wszystkie wyposażone w łazienki. W lewej oficynie, mieściła się szeroka brama wjazdowa. Przez bramę wjeżdżały konne wozy z węglem. Były to czasy powojenne (kilkanaście lat po II-giej wojnie światowej). Wszystkie mieszkania opalane były piecami węglowymi. Piece te na ogół spełniały zarówno rolę ogrzewania mieszkań, jak i kuchenki do gotowania. Podwórko w tylnej części zamykały budynki gospodarcze o niskiej zabudowie. Były tam toalety (ogólne — dla całej kamienicy) oraz pralnia. Do budynków gospodarczych przylegał mały prostokątny ogródek, ogrodzony siatką.

Jezdnie ulic w większości miast, miały nawierzchnie brukowane. zwane popularnie „kocie łby„ układane z kamieni. Niemalże cały transport, zaopatrzenie do sklepów, dostarczanie węgla mieszkańcom, odbywał się przy pomocy wozów konnych. Węgiel wożono dużymi wozami, były to tak zwane rolwagi, ciągnione przez potężne konie tzw. wałachy. Z kolei napoje lemoniady, oranżady, piwa, przewożone były specjalnymi wozami, miały one obudowane nadwozie z rozsuwanymi drzwiczkami, tam chowano część przewożonych skrzynek z napojami. Pozostałe skrzynki układano na górę obudowy oraz podwieszano pod spód wozu. który ciągniony był przez parę koni.

Ruch był taki, że chłopcy wprost na jezdni zaznaczali bramki i grali w piłkę nożną — rozgrywali mecze. Zenuś zwany „Portala” był to silny chłopak, dostał skądś, przedmiot marzeń chłopców piłkę futbolową, zwaną popularnie futbolówką w trzy łaty. Piłkę wynosił na podwórko ale nikomu nie pozwalał się do niej dotknąć. W końcu dał się namówić, abyśmy jego piłką rozegrali mecz. Graliśmy na znajdującym się nieopodal naszego domu placyku, który bezpośrednio przylegał do ulicy. W trakcie gry Zenuś kopną swoją piłkę na bramkę, którą bronił Tolek Sokołowski. Strzał był tak silny, że Tolek nie zdołał piłki wyłapać. Potoczyła się aż do skrzyżowania ulic. Traf chciał, że akurat nadjechał ciągniony przez konika wóz z pieczywem. Wszyscy staliśmy i z zapartym tchem, śledziliśmy ruch piłki. A ona wolno toczyła się wprost pod koła wozu z pieczywem, który na nią najechał. Wóz lekko uniósł się na piłce i zgniótł ją. W efekcie, z wielkim hukiem drogocenna piłka pękła na pół. Zenuś zzieleniał. Tolka już dawno nie było w bramce. Wolał nie czekać. Zenuś jak ochłonął, ruszył na klatkę schodową szukać bramkarza Tolka, którego obwiniał za to, że nie wyłapał piłki. Toluś zamknął się w domu i przez trzy dni nie wychodził na dwór.

Lato. Jest piękna upalna pogoda, świeci słońce. Po południu na dziedzińcu bawią się dzieci. Najstarszym z grupy dzieci bawiących się na podwórku, jest 12-stoletni Stach. Stach był inicjatorem i prowodyrem zabaw a często psot jakich dokonywały, bawiące się na podwórku dzieci. Za które jego matka praczka obwiniając go o przywództwo, nieraz zdzieliła mokrą ścierą po głowie, wykrzykując piskliwym głosem:

— Ty rudy Hitlerze!

Nikt z grupy dzieci tak go nie ośmielił się nazywać, bo Stach był najsilniejszy.

Dzieci bawią się w chowanego. Kryje 9-cioletni Jerzyk z drugiego piętra we froncie, znany powszechnie jako „Piciok”. A starają się ukryć: Bożenka nazywana „Bocianem” ze względu na długie chude nogi, oraz Ewka zwana „Cipką” — obie z lewej oficyny. Również, kryją się chłopcy: Krzyś, zwany „Piki”, Wiesiek, — „Kartofel”, Zenuś — „Portala” i jego starszy kuzyn Romek zwany niewybrednie „Sraka”. Wszyscy oni schowali się w piwnicy, gdzie było ciemno. Piciok odliczył do dziesięciu i rozpoczął szukanie, które z reguły kończyło się właśnie w piwnicy. Wejście wymagało ofiarnej odwagi, gdyż szukający był dla ukrytych widoczny. On sam nie widział przez pewien czas nic, wchodził bowiem z oświetlonego słońcem podwórka, do ciemnej piwnicy. Gdy Piciok wszedł zatrzymał się, wokół ciemność jak u murzyna, ledwo pomyślał, wtem chlast rozległo się głośne chlaśnięcie. To Piciok dostał w mordę.

— O kurwa, który to! — zawołał, w tym momencie zafasował parę solidnych kopów.

— No nie, skurwysyny jedne, sami sobie szukajcie! — wykrzykiwał uciekając z komórki.

Oczywiście po wyjściu z piwnicy nikt się do zadawanych ciosów nie przyznawał. I na tym gra w chowanego z reguły się kończyła.

Obok w rogu podwórka dziewczynki: Grażynka i Bogusia, na wyrysowanych kredą na chodniku dużych polach, (na ogół były to kwadraty i okręgi) grały w klasy. Gra wymagała podskakiwania, to na jednej nodze, to na obydwu. I tak podwórko tętniło wrzawą i śmiechem, bawiących się wesoło dzieci. Aż do czasu gdy przed wieczorem, kolejno były wywoływane przez rodziców do domu na posiłek, czy odrabianie lekcji. Jedynie Adriana nikt nie wołał, często sam zostawał na podwórku i ostatni szedł do domu. Wychowywała go tylko matka, nie miał ojca, który zginął na wojnie. Matka gdy pracowała na popołudniowej zmianie, późno wracała do domu. Adrian nie miał żadnego rodzeństwa, często bywał sam, nieraz z tego powodu płakał. Był chłopcem słusznego wzrostu ale o wątłej posturze. W szkole, gdzie wówczas rządziło prawo siły, istniała ścisła hierarchia. Każdy z chłopców wiedział jakie zajmuje miejsce według kryterium, jak skutecznie potrafił się bić. Adrian plasował się prawie na jednym z ostatnich miejsc.

A to w praktyce znaczyło częste ustępowanie, silniejszym chłopcom. Dlatego nie lubił szkoły i często wagarował. W końcu, kończąc piątą klasę, pomimo że był zdolny, nie zdał do następnej. Co prawda — razem z innymi kolegami, solidarność w tym względzie, nie była wówczas niczym szczególnym.

W wakacje wszystkie dzieci gdzieś wyjeżdżały. Niektóre na tak zwane „letniki” na wieś, najczęściej do rodzin. Z naszego domu na wieś wybierali się Dybalscy drugiego piętra i Kiełbasińscy z parteru. A odbywało się to następująco:

Na podwórko zajeżdżała fura ze wsi. Wynosili z domu pierzyny, garnki do gotowania i inne przedmioty, potrzebne na co dzień. Pakowali to wszystko na furę, potem cała rodzina sadowiła się na tych gratach. Woźnica chłop zacinał konia, który nie omieszkał w międzyczasie wypróżnić się i wysikać na środku podwórka, — ruszali. Bywało, że wybiegał z domu dozorca, z okrzykiem złaź chamie z wozu i sprzątaj te gówna.

Ale woźnica nie reagował zacinał konia i przy wrzawie tych okrzyków, wyjeżdżał na ulicę.; Cały ten ambaras, był nie lada atrakcją dla dzieci, bawiących się na podwórku. Woźnica, nie-raz pozwalał wsiadać dzieciom na furę i przejechać się kawałek. Była to dla nich frajda, mimo że musiały potem wracać na podwórko piechotą.

Swoistym rodzajem zabawy był też sąsiad z drugiego piętra, niejaki pan Innocenty Kotas..Zabawa polegała na tym, że wystarczyło zmienić jedną literę w jego nazwisku i ubaw był po pachy, Pan Innocenty gonił wtedy chłopaków po podwórku. Ale to nie wszystko, Pan Kotas miał motocykl marki NSU. Była to niemiecka maszyna wyprodukowana za czasów Hitlera. Złośliwi sąsiedzi mówili, że tę kupę złomu, wyprodukowano za Bismarcka. Otóż pan Innocenty codziennie po pracy, wytaczał motocykl na podwórko, rozkładał narzędzia i naprawiał. Na ogół wyrabiał się do soboty. A w sobotę wychodził z domu i szedł dumnie przez podwórze, do swojego motocykla. Ubrany w roboczy kombinezon oraz kufajkę, które zastępowały mu strój motocyklisty. Na nogach miał długie wędkarskie wodery, na głowie własnoręcznie wykonany kask z garnka, oraz nienaturalnie wielkie rękawice. Jak tak szedł przez podwórko to już naprawdę złośliwi mówili, że się wybiera na księżyc. Zaczym wsiadł, kilka razy obszedł motocykl dookoła. Bywało że właśnie w tym momencie, Jakiś łobuziak zawołał go po nazwisku, oczywiście przekręcając, literą, „u” zastępował literę „o”. Pan Innocenty zatrzymywał się wówczas i groźnie wypatrywał gnoja, który robił te „jaja„ Wreszcie zasiadł na swoim motorze i tu szykowała się dla chłopaków największa frajda. Pan Innocenty wołał ich żeby go popchnęli, by motor zapalił. Chłopaki pchali, najczęściej kilka przecznic zaczym motor zapalił, lub nie! Ostatnim razem tak się rozpędzili, pan Innocenty rozpaczliwie wołał:

— Stać gnoje, motor nie ma hamulców!

Ale oni nie reagowali, wepchnęli go na potężne drzewo, których wówczas było przy ulicach wiele. Pan Innocenty z impetem wpadł na drzewo, objął je oburącz, nogi zostały z tyłu. Motocykl zarył w drzewo kołem, które odleciało razem z kaskiem który z hałasem podskakiwał na bruku. Pan Inocenty jakoś się wygramolił, był podrapany na twarzy, portki rozdarte, kalesony wystawały błyskały bielą. Jąkając się zwrócił się do chłopców:

— Wołałem gnoje abyście stanęli!

— Motor warczał nie słyszeliśmy.

Polecieli na podwórko i zawołali kilku sąsiadów którzy pomogli panu Kotasowi się pozbierać. Już więcej nikt pana Innocentego na motocyklu nie widział.

Wakacje dla dzieci zawsze były okresem „laby” na które wyczekiwali cały rok szkolny. Dla Adriana który nigdzie nie wyjeżdżał był to okres nudy, ponieważ dzieci z podwórka prawie wszystkie wyjeżdżały, on często zostawał sam. Wówczas niemal codziennie biegł do okolicznego parku. Znajdował się tam nieduży lasek, gdzie biegał. wykonywał ćwiczenia siłowe, na prymitywnych przyrządach, jakie tam były. Z książki która przypadkowo wpadła mu w ręce, ustalił sobie zestaw ćwiczeń, które wykonywał codziennie. Rano zjawiał się na polance i trenował

Pierwszą zaprawą był bieg, przebiegał średnio około 500 metrów. Następnie ćwiczenia:

— tzw. pompki wykonywał ich 10 do 15

— leżąc na plecach, unosił proste nogi 6 do 8 razy

— tzw. pajacyk 6 razy

— wachlowanie wyprostowanymi nogami. 25 razy

— Podciąganie na drążku 6 razy

— Końcowy bieg około 500 m

Taki zestaw ćwiczeń, wykonywał codziennie, a bywało że dwa razy dziennie.

.. Przechodzący tędy często do pracy okoliczni mieszkańcy, przyzwyczajeni byli do widoku gimnastykującego się, lub biegającego chłopca. Ćwiczył sumiennie przez całe wakacje, A w ciągu całego roku ćwiczył niemal codziennie w domu. W systematyczności wykonywanych ćwiczeń, Adrian wykazywał nie spotykaną u takiego chłopca. determinację i siłę woli. Pewnego dnia podszedł do niego starszy pan, zapytał go.

Przechodzę tędy często i widzę z jaką pasją ćwiczysz. Nie chciałbyś ćwiczyć regularnie w profesjonalnym klubie kulturystykę? Jestem trenerem, masz tu jest moja wizytówka zgłoś się.

— Dziękuję zgłoszę się na pewno.

— Czekam na ciebie, Cześć do zobaczenia.

Adrian, od tej pory chodził na treningi i trenował pod okiem pana Stanisława, z którym się zaprzyjaźnił. Zakres treningów obejmował nie tylko kulturystykę, ale trenował też boks i zapasy. W ogóle nie zauważał że jego tężyzna fizyczna bardzo się rozwinęła. Aż Któregoś dnia, a było to pod koniec wakacji, rano rozebrany przypadkowo zobaczył się w lustrze. Podniósł do góry ręce i naprężył mięśnie, z satysfakcją po raz pierwszy, dostrzegł i podziwiał swoją muskulaturę.

Rozdział II

Szkoła

Co roku, zawsze tak było, że przez kilka dni przeżywał traumę, nie mógł spać. Cały czas myśli wracały — rozpoczęcie roku szkolnego. W tym roku bardziej, ponieważ nie zdał, więc w zmuszony będzie rozpocząć naukę w nowej klasie. Nie miał pojęcia, że właśnie teraz stanie się coś, co zupełnie odmieni jego życie szkolne.

Ale kolejno — pierwszy września siódma rano, głośno zadzwonił budzik, wstał zaspany, mama szykowała śniadanie, Adrian dopełnił rannej toalety, która ograniczała się do umycia twarzy. w zimnej wodzie. Po czym ubrany, z dumą założył nowe buty i bez entuzjazmu wyszedł z domu..Szkoła mieściła się bardzo, blisko, wystarczyło przejść, na przeciwną stronę ulicy. Z przysłowiową duszą na ramieniu, wszedł do nowej klasy. Zdążył zauważyć że jego koledzy ze starej klasy, już zajęli miejsca w nowej klasie. Wtem ni stąd ni zowąd, wyłonił się uczeń z nowej klasy ze słowami:

— O ładne masz buty!

mówiąc te słowa, jednocześnie mocno nadepnął swoim butem, jego nowy but, wgniatając go. Wybuchnęła salwa śmiechu, a Adrianowi pociemniało w oczach. Wtem odrzucił tornister z książkami, stanęli naprzeciwko siebie. Gdy napastnik z furią ruszył do ataku, Adrian robiąc mały unik, uchwycił agresora za włosy, przygniótł jego głowę do dołu, jednocześnie z całej siły kilkakrotnie uderzył go od spodu kolanem, i puszczając, popchnął napastnika silnie do przodu. Chłopak poleciał w drugi koniec klasy, był oszołomiony i zakrwawiony, nie bardzo wiedział co się stało — było po walce.

Cała klasa oniemiała z wrażenia, po tym co się stało. Zapadła grobowa cisza, nikt nie miał odwagi się odezwać. Dopiero teraz Adrian się zorientował, że mimo woli znokautował, znanego w całej szkole łobuza. Chłopak zaczął się niezdarnie podnosić, ani mu w głowie była dalsza walka. Zasłaniając ręką jedną stronę twarzy, podszedł do zwycięscy i podał rękę, na zgodę. Adrian odwzajemnił uścisk w milczeniu. Po czym nie śpiesząc się, podniósł swój tornister, i zaczął powoli iść w głąb klasy. Siedzący w trzeciej ławce chłopiec, usłużnie posunął się, i gestem poprosił zwycięzcę, by usiadł koło niego w ławce. Rozległ się dzwonek na lekcje, Rozpoczęła się pierwsza lekcja, w nowym roku szkolnym. Chłopak pokonany przez Adriana, był jednym z największych łobuzów w szkole. Uchodził za najsilniejszego w swojej klasie, oraz jednym z najsilniejszych w całej szkole. Można więc sobie wyobrazić, na jakie wyżyny w hierarchii szkolnej, wzniósł się Adrian, biorąc pod uwagę pozycję jaką do tej pory zajmował. Chłopcy z klasy nie byli jednomyślnie decydowani, jak traktować nowego lidera, ale czuli respekt. albowiem pokonany kolega, był znanym nie tylko w szkole zabijaką. Nazywał się Władek Górski, lecz zwano go „łachu” i sam jego wygląd zniechęcał, do szukania z nim zwady.

Zbliżał się okres świątecznych ferii. Od czasu stoczenia pamiętnej walki, na początku roku szkolnego, życie szkolne Adriana odmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. Przede- wszystkim w rankingu, jego pozycja powędrowała na czołowe miejsce, nie tylko w ramach klasy, ale całej szkoły.

Już nikt nie próbował go poszturchiwać, raczej z szacunkiem, schodzono mu z drogi. Z zadowoleniem stwierdzał, że pozycja jaką obecnie zajmuje, w społeczności klasowej, dostarcza mu nieznanego dotychczas uczucia satysfakcji. Wielu kolegów, starało się, wręcz zabiegało, by się z nim zaprzyjaźnić,.Już chodzenie do szkoły, nie było przykre, ale do nauki nadal zbytnio się nie palił. Lubił lekcje WF, ponieważ dobrze wykonywał, ćwiczenia gimnastyczne. Nigdy wcześniej nie interesował się swoją posturą, zawsze uważał się za cherlaka. Teraz lubił stawać rozebrany przed lustrem, z zadowoleniem podziwiać swoją muskulaturę.. Zwrócił też uwagę na następujący fakt. W każdej klasie trafiały się ładne dziewczyny, ale w żadnej nie było ich tak wiele, jak w tej jego obecnej klasie. Zauważył też, że niektóre z nich, wykazują nieraz dość wyraźnie zainteresowanie jego osobą. Cóż z tego, jeżeli zupełnie nie potrafił tego zainteresowania im odwzajemniać. Na wyraźne propozycje, niejednokrotnie kierowane w jego stronę, reagował jedynie zażenowaniem i zawstydzeniem.

W budynku szkolnym na każdym piętrze, po lewej stronie od klatki schodowej, wchodziło się do szerokiego, ale bardzo krótkiego korytarza. Bezpośrednio prowadził on do dużej kwadratowej sali, pełniącej rolę holu, w którym znajdowały drzwi do klas. W czasie dużej przerwy Chłopcy najczęściej grupowali się w rogu sali, przy oknie. Dziewczęta tworzyły duże koło, w środku którego jedna z nich kucała, zakrywając twarz rękom.. Dziewczęta w kole biegły coraz szybciej, śpiewając popularną przy tej zabawie pieśń,„ tysiąc pączków za wodą.” Biegły coraz szybciej, wtedy któryś z chłopców, najczęściej był to Łachu, dyskretnie podkładał jednej z nich nogę. Dziewczyna padała jak długa, rozpędzone koleżanki padały jedna na drugą. Ponieważ miały krótkie fartuchy, które się pozadzierały, świeciły gołymi majtkami na wierzchu, przy akompaniamencie, głośnego śmiechu chłopców.

W tym chaosie nikt nie słyszał dzwonka, kończącego przerwę. Na to wszystko weszła Pani, na kolejną lekcje. Dziewczyny zaczęły się niezdarnie podnosić, poprawiały majtki, i obciągały sukienki, w czym próbowali im pomagać, mający trudności z utrzymaniem powagi chłopcy. Pani od historii, poprosiła Pana kierownika szkoły, który oprócz słów reprymendy, zadał pytanie, z gatunku retorycznych:

— Niech sam się przyzna ten, który podłożył dziewczętom nogę.

Odpowiedzią była jedynie głucha cisza. Pan kierownik powtórzył pytanie kilkakrotnie, bez żadnego efektu. Dalsze zadawanie pytania było bez sensu. Wrócimy do tego tematu, powiedział i wyszedł z klasy. Wszystko się uspokoiło, uczniowie zajęli swoje miejsca w ławkach i rozpoczęła się lekcja historii. Pozostałe lekcje dzisiejszego dnia, odbyły się zgodnie planem, bez żadnych zakłóceń.

Do tego typu zachowań należało również następujące naganne zachowanie chłopców!. Otóż pod działaniem chyba jakiegoś niewidzialnego impulsu, z stojących w grupce chłopców, jeden z nich, a był to przeważnie „Łachu” Nagle wysuwał się z grupy. Chwytał z tyłu w pasie, przechodzącą obok nich dziewczynę i wciągał ją do środka kółka, jakie tworzyli chłopcy. Tu już pomagali koledzy. Wykręcali dziewczynie ręce, po czym następowało całowanie jej, przez kilku chłopców, gdzie popadło. Dziewczyna uspokajała się, i bezwolnie poddawała się, czekając jak im się znudzi. Była też przy tym obmacywana, również między nogami, wtedy próbowała protestować, jednak nie na wiele się to zdało. Wreszcie, gdy przy pomocy koleżanek z klasy, zdołała się wyswobodzić, poprawiła podniesioną sukienkę, włosy, i jak gdyby nigdy nic, wracała na swoje miejsce w ławce.

Tego typu ekscesy z dziewczynami wcześniej zdarzały się w klasie wielokrotnie. Teraz byśmy tego typu zachowania, nazwali skandalicznym molestowaniem. Znamiennym jest fakt, że żadna z dziewcząt, która była w ten sposób molestowana, nigdy się nie poskarżyła. Ani bezpośrednio wychowawcy, ani nikomu, z grona nauczycielskiego szkoły. Zachowania takie były traktowane, jako swoisty szkolny folklor, nie budzący niczyjego większego zainteresowania. Od pewnego czasu, coraz częściej uwagę Adriana zwracała dziewczyna z przedostatniej ławki, lewego rzędu pod ścianą. Nazywała się Elżbieta Jaworska. Była to ładna dziewczyna. Miała ciemne lekko falujące przycięte nad karkiem włosy, prowokująco opadające na czoło, przy każdym energicznym ruchu głowy. Ładna twarz, charakteryzowała się kształtnym podbródkiem, nad którym przykuwały wzrok usta, jakby gotowe do pocałunku. I wreszcie tajemnicze, szaro-niebieskie oczy. Zgrabna figura z lekką nadwagą i kształtną pupą, dopełniały całości. Ela siedziała w ławce razem z drugą dziewczyną, która również miała na imię Elżbieta. Była to szczupła, dość wysoka dziewczyna, z długimi chudymi nogami. Mimo że Ela kilkakrotnie przychwyciła jego wzrok, w nią wlepiony, to bynajmniej nie zwracała na niego najmniejszej uwagi. Mimo to, z czasem, jego uczucie do niej wzrastało. Nie miał jednak na tą jej obojętność, żadnego pomysłu. Pewnego pięknego, ciepłego dnia, Pan wykładający biologię zabrał klasę, na wycieczkę plenerową do ZOO. Adrian miał nadzieję, że może będzie okazja zbliżyć się, do w jego mniemaniu pięknej Elżbiety. Wziąwszy kanapkę, chlebek ze smalcem, z ochotą wyruszył wraz z całą klasą, na wycieczkę.

Gdy znaleźli się już w zoo, szli szeroką aleją, podziwiając zwierzęta w klatkach, Adrian wybiegał wzrokiem do przodu. gdzie szła ona. Wtem ze zdziwieniem zauważył, że idąc w grupce koleżanek i kolegów, pochłonięta jest rozmową z Piotrem Fiszerem, często się do niego uśmiechając. Chłopak ten, mniej więcej był jego wzrostu, niczym się nie wyróżniał. Nie mniej widok tych dwoje, nieco go zszokował. Po prostu pojawiła się u niego zazdrość, ale on tego uczucia jeszcze nie znał. Nie mniej dziwiło go ogromnie, że ona zainteresowała się takim zwykłym chłopakiem, który odkąd go znał, chodził dość niechlujnie ubrany, zawsze w tej samej powycieranej, starej marynarce. Ta sytuacja go irytowała. Gdy kolega Mirek Kowalski, zbytnio zbliżył się do niego chcąc o coś zapytać, odepchnął go dość brutalnie, Mirek nie śmiał zareagować, to było prawo silniejszego.

Adrian jednak przypomniał sobie, co czół będąc podobnie traktowany. Odwrócił się doszedł do Mirka, objął go ramieniem i na chwilę przytulił go do siebie. Mirek nie przyzwyczajony, by silniejszy tak go traktował, spojrzał na Adriana z wdzięcznością.

Wycieczka dobiegła do końca, Pan od biologii oznajmił, że można rozejść się do domu. Adrian szukał wzrokiem Elżbiety, w ostatniej chwili zauważył, jak wraz z grupką w której był Piotrek Fiszer, właśnie przeszła obok niego. Cześć zawołał do niego, przechodząc obok Piotrek. Tak się złożyło, że w naszej klasie była dziewczyna Dorotka Nawrocka, której Tatuś z zespołem muzycznym, grywał na weselach. Więc od czasu do czasu, w naszej klasie, organizowaliśmy wieczorki taneczne, na których grywał tatuś Dorotki, ze swoim zespołem.

Były to bardzo miłe wieczorki, na których właściwie uczyliśmy się tańczyć. Podczas takiego wieczoru, Adrian poprosił do tańca. obiekt swoich westchnień, Elę Jaworską. Pierwszy raz doznał wspaniałego uczucia bliskości dziewczyny, w której był debiutancko zakochany. Przez cały taniec, nie przemówił do niej ani słowa. Ale najlepiej mu się tańczyło, z Jadźką Paprocką. Ona umiała już tańczyć i bardzo się w tańcu przytulała, wsuwając swoje udo między nogi partnera. Co powodowało, że taniec z nią był bardzo podniecający. Do tego też była ładna, i to właśnie wówczas pierwszy taniec z nią, zapamiętał na zawsze. Wielokrotnie kiedy wracał pamięcią, wspominając lata szkoły powszechnej, To zawsze przypominał sobie te potańcówki, i tą koleżankę z klasy, która spowodowała, że poczuł pierwszy, bliski kontakt z dziewczyną.

Po ukończeniu szkoły podstawowej, Krzyś rozpoczął naukę w liceum. A znalazł się tam, z pomocą koneksji. Otóż mama przyjaźniła się z panią, z którą razem pracowały. Pani ta znała się z dyrektorem tegoż liceum. Wykorzystując fakt bliskiej znajomości, znajoma mamy zarekomendowała Adriana u Pana dyrektora. W efekcie został przyjęty, do pierwszej klasy liceum ogólnokształcącego.

Liceum mieściło się w pięknym gmachu, przy głównej ulicy miasta Od frontu po środku budynku, znajdowały się szerokie oszklone dwuskrzydłowe drzwi, stanowiły one główne wejście

do budynku. Z czasem Krzyś poznał, że było jeszcze wejście

boczne. Przekraczając główne drzwi, wchodziło się do

szerokiego holu, który kończył się w miejscu gdzie brały

swój początek szerokie schody, prowadzące na trzy piętra.

Z prawego boku, na początku holu, znajdowała się portiernia. Dalej usytuowane były drzwi prowadzące do sali gimnastycznej. Z lewej zaś strony znajdowała się stołówka.

Za stołówką korytarz w którym kolejne drzwi to sekretariat, następnie gabinet dyrektora szkoły, oraz dalej biura administracji szkolnej. W końcu korytarza, gabinety: lekarski oraz stomatologiczny.

Na pierwszym piętrze na początku korytarza z prawej strony,

znajduje się pokój nauczycielski. Dalej na końcu korytarza,

jest duże wejście z drzwiami dwuskrzydłowymi, prowadzącymi do pięknej dużej auli, której podłoga lśni słomkowego koloru parkietem. Resztę przestrzeni pierwszego i drugiego piętra zajmują klasy. Na trzecim piętrze znajdują się pracownie, geograficzna, chemiczna i przyrodnicza. W tej ostatniej największe zainteresowanie budzą dwa wielkie akwariumy z dużą ilością różnorodnych egzotycznych rybek. Adrian jest z tego powodu bardzo dumny, że chodzi do tak pięknej szkoły. Tu poznał nowe koleżanki i kolegów. Liceum zmieniło go, stał się teraz pilniejszym uczniem. Ani się obejrzał jak minął rok i znalazł się w II-giej klasie liceum ogólnokształcącego. Nie mniej nadal czuł się tu nieco odosobniony, niektóre uczennice i uczniowie pochodzili z tak zwanych dobrych domów. Stanowili oni swoistą niemalże hermetyczną elitę, skrupulatnie dbającą o swoją odrębność, nie integrującą się resztą klasy.

Bywały takie sytuacje, gdy ktoś z poza elity, próbował włączyć się, do grona rozmawiających uczniów należących do elity. Był wtedy przez nich ostentacyjnie ignorowany, lub wprost ośmieszany. W tej rzeczywistości, klasa była trwale podzielona, na dwa obozy. Uczniowie należący do elity, dominowali na lekcjach, byli wyraźnie gloryfikowani przez nauczycieli. Brało się to z tond, że ich rodzice to często ludzie na tak zwanych stanowiskach, byli w szkole znani. Krzyś niestety do elity uczniów nie należał. Nie próbował wzorem innych uczniów, narzucać swoje towarzystwo komukolwiek. Była jednak dziedzina, w której mógł zaimponować kolegom z klasy. Tą dziedziną była gimnastyka. Adrian z wątłego cherlawego dziecka, w szkole podstawowej, wyrastał na muskularnego, atletycznie zbudowanego przystojnego młodzieńca. Posiadał zatem predyspozycje, do uprawiania kultury fizycznej. Był w tej dziedzinie najlepszy, cała klasa podziwiała w jego wykonaniu skoki, oraz ćwiczenia na koniu z łękami. Gdy Nauczyciel z WF wprowadzał nowe ćwiczenie, to jemu polecał by je dla przykładu zademonstrował. Adrian nigdy nie popisywał się, zawsze cechowała go skromność i wrodzona nieśmiałość, zwłaszcza do dziewczyn. Nie miał natury agresywnej, gdy zaistniał jakiś konflikt, wolał ustąpić.

Jednak taka postawa nie znajdowała aprobaty wśród rówieśników. Takie zachowanie odbierane było jako oznaka tchórzostwa. Jego atletyczna postura zniechęcała ewentualnych śmiałków, chcących sprawdzić czy faktycznie był tchórzem. Drugi rok szkolny minął Jak oka mgnienie, i już wakacje.

Po wakacjach, III-cia klasa gimnazjum. początek roku szkolnego. Zbliżał się termin mającej się odbyć uroczystej akademii, trwały gorączkowe przygotowania. Uczniowie którzy mieli wystąpić na akademii, ćwiczyli, swoje wystąpienia na lekcjach, pod okiem Pani od języka polskiego. Największe jednak zainteresowanie wzbudzała w uczestnikach, mająca się odbyć w ramach części artystycznej, zabawa taneczna z udziałem zespołu muzycznego. Adrian z umiarkowanym entuzjazmem wybierał się na akademię, podobnie na zabawę. W klasie nie upatrzył sobie żadnej faworytki, która by mu się specjalnie podobała. Owszem było kilka ładniejszych dziewczyn, ale zachowywały się jak arystokratki, żadna nie dała mu odczuć odrobiny sympatii. Nie to co w szkole powszechnej. Dlatego z czasem, przestał zwracać na nie uwagę.

Natomiast coraz bardziej utrwalała się jego przyjaźń, z Wojtkiem Masnym, kolegą z którym wspólnie zajmowali ławkę. Wojtek był szczupły nieco wyższy, krótko ostrzyżony blondyn. W nauce się nie wyróżniał, skory do dowcipów, lojalny dobry kolega. Od razu się polubili, może głównie dlatego, że Adrian był z natury bardziej zrównoważony, Wojtek zaś ciągle uśmiechnięty, towarzyski i koleżeński.

W nauce obaj reprezentowali podobny średni poziom,.Często wzajemnie udostępniali sobie prace domowe, ale nie było to proste ściąganie. Dzisiaj obaj udają się na akademię, oraz zabawę. Adrian wystroił się w szare jasne spodnie i ciemną granatowo szarą marynarkę, Wojtek był w swetrze. Zajęli miejsca w szkolnej auli. Dyskretnie przyglądali się uczniom, siedzącym wokół nich, Kilka rzędów przed nimi dostrzegli, koleżanki arystokratki z ich klasy, w towarzystwie elitarnych kolegów. I tutaj trzymali się razem. Rozmawiali śmiejąc się często. Rząd przed nimi zajmowali koleżanki i koledzy, którzy tak jak oni nie należeli do elity klasowej., Na scenę wyszedł Pan Dyrektor szkoły, oznajmiając otwarcie akademii. W słowie wstępnym, nawiązał do bogatej tradycji szkoły. Zwrócił uwagę na stale zwiększającą się liczbą uczniów. Mówił o sukcesach nauczania, tu wymieniał udział wychowanków szkoły w prestiżowych olimpiadach, matematycznych i innych W dalszej części słowa wstępnego, mówił o przyszłych zamierzeniach. I tu wspomniał o wprowadzeniu w nowym roku szkolnym, lekcji śpiewu i utworzenia dziewczęco — chłopięcego chóru. W słowie końcowym życzył pedagogom i uczniom szkoły, dalszych sukcesów. Następnie zabrała głos w imieniu grona pedagogicznego, polonistka Pani Roma Jastrzembska. W swoim słowie, dziękowała Panu Dyrektorowi. W dalszej części swojego wystąpienia, wyraziła słowa uznania za owocną pracę wychowawczą dla kadry nauczycielskiej szkoły. Następnie życzyła, dobrych wyników nauczania wychowankom szkoły. Jako ostatni zabrał głos przedstawiciel młodzieży uczącej się, Jerzy Sikora.

Rozdział III

Grażynka

Jeden z czołowych liderów, grupy elitarnej. On również w swojej wypowiedzi skoncentrował się głównie, na podziękowaniach pod adresem Dyrekcji i grona pedagogicznego szkoły.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 39.13