E-book
11.7
drukowana A5
18.77
drukowana A5
Kolorowa
40.91
IANUA

Bezpłatny fragment - IANUA


5
Objętość:
60 str.
ISBN:
978-83-8431-285-8
E-book
za 11.7
drukowana A5
za 18.77
drukowana A5
Kolorowa
za 40.91

IANUA

Słowem wstępu

Drogi czytelniku/czytelniczko.

Masz przed oczami jedno z wielu moich marzeń. Już jako dziecko moja wyobraźnia wykraczała ponad ogólno przyjęte standardy, a ja uciekałem w świat książek aby ją ciągle rozwijać. Od zawsze chciałem być artystą… mimo, że do tego określenia jeszcze mi bardzo daleko, to z całą odpowiedzialnością mogę się nazwać twórcą. Tworzę muzykę, a teraz stworzyłem ten zbitek słów opowiadających przejmującą historię.

Historia, którą trzymasz..zapewne na swoim smartfonie lub innym urządzeniu elektronicznym (no chyba, że ją sobie wydrukowałeś/łaś) jest częściowo prawdziwa. Nie będę się tutaj odzierał z prawdy jednak zapraszam was na przygodę, która w jakimś stopniu ma swoje realne podłoże.

Dziękuje Ci za zakup i wsparcie.

Mateusz.

“Bo ja nie chcę być sam… zamknięty w czterech ścianach własnej świadomości

wylewałem łzy…”

(heheh)

Sierpu x PishOne — 4 ściany

Książkę dedykuję rodzinie, która od dziecka musiała się zmagać z moimi napadami absurdalnych pomysłów, ale zawsze mnie w nich wspierali.

No i Oli, mojej wybawicielce.

WPROWADZENIE

Godzina 5.00, w pokoju rozległ się dźwięk kojący duszę i ciało. Z jeszcze zamkniętymi oczami sięgnąłem po telefon, żeby móc wyłączyć budzik. „Zabijcie mnie” — pomyślałem, jednak wtedy dostrzegłem sens mojego życia.


Leżała obok, tak niewinna, tak ślicznie wyglądająca podczas snu — moja wybawicielka. Nie chcę nawet myśleć, gdzie bym był (o ile w ogóle gdzieś bym był), gdyby nie ona. Przekręciła się przodem do mnie, przez swoje zamglone snem oczy spojrzała na mnie i delikatnie uśmiechnęła.


— Kocham Cię misiu, uważaj na siebie w pracy.

— Pewnie, moja słodzinko, też Cię kocham.

— Nie zesraj się, hahah.

— Śpij dobrze, miśka. Paaa.


“Nie zesraj się heheh” — klasyk. W sumie od tego hasła trochę zaczęła się nasza znajomość… no i od całonocnych rozmów na Messengerze czy Instagramie, oglądając w tle Scooby’ego Doo… Wiedziałem, że ta kreskówka była dla mnie specjalna od zawsze.


Szybki buziak i po chwili poderwałem się do codziennego rytuału: zimny poranny prysznic, który zawsze biorę, żeby dobrze się rozbudzić i wejść w dzień. Solidna toaleta, coby trochę lżej wszystko przychodziło. Umyć ząbki, puścić sobie oczko w lustrze i znów się okłamać, że jest się zajebistym człowiekiem i można wychodzić.


„Jestem zajebisty… heh, ta, na pewno” — moje myśli nie przestawały dawać mi spokoju. Gdybym tylko potrafił faktycznie w to uwierzyć. Tak naprawdę byłem nikim: człowiekiem na dnie w wieku trzydziestu lat, na papierze dorosłym, mentalnie przedszkolem.


Jestem typem człowieka, który uczy się dopiero w momencie, gdy zda sobie sprawę, jak głęboko siedzi już w gównie. Nie jest to miejsce na rozprawianie się z moimi błędami…, na tę historię przyjdzie jeszcze pora. W drodze do pracy uwielbiam słuchać muzyki, co tam grają? “Oooo, Guns N” Roses, dawno nie słuchałem…”.


— Woooooo oOoOO Sweet Child o” Mineeeee, Wooooo oOoOO Sweet Love of Mineeeeeee!


“Boże, uwielbiam ten kawałek”… Szczerze, Gunsi to jedna z moich ulubionych kapel, a „Knocking on Heaven’s Door” w ich wykonaniu będzie mi towarzyszyło w ostatniej drodze… ot co.


Jadąc obwodnicą, czułem się… dziwnie, inaczej niż zwykle. To nie było zwykłe zmęczenie, raczej wrażenie, jakby powietrze zgęstniało, a każdy oddech ciążył. A przecież spałem dobrze. Pierwszy raz od dawna żadnych koszmarów, żadnego duszenia w nocy… i właśnie to mnie zaniepokoiło. A uwierz mi, drogi czytelniku lub czytelniczko… ”Chwila, czy właśnie przełamuję literacką czwartą ścianę? Chyba tak, najs” — w każdym razie, uwierz mi, że ze snem miewam okropne problemy przez moje paraliże senne. Zaczęły się w wieku 20 lat i dręczą mnie do teraz. Jeśli nie wiecie, o co chodzi, to mówiąc najkrócej, jak się da: najbardziej pojebane sny na jawie, jakie można mieć. Tylko właśnie… czy to na pewno są sny?


Sam tego nie wiem, a lekarze, u których byłem, nigdy nie dali mi jasnej odpowiedzi, czy to się jakoś leczy, czy po prostu trzeba z tym żyć. Ze względu na swoją sytuację finansową… tak zwaną biedę, wybrałem życie z tymi koszmarami i jakoś nauczyłem się je kontrolować. Mniejsza z tym, wracamy na drogę. Jak wspominałem, czułem się jakoś dziwnie, wydawało mi się, że wszystko nagle spowalnia, a drogę zaczęła oblekać mgła, nie taka jak w horrorach, nie, nie, ot takie delikatne zamglenie.


“Jak dojadę do roboty, to muszę wziąć jakąś tabletkę… koniecznie”.


— Móóóój jest ten kawałek pooodłogiiii… nieeee mówcieee mi coo maam RoooooOOOOOKURWAAAAA!


Z moich wokalnych umiejętności wyrwała mnie kobieta, która znikąd pojawiła się na samym środku drogi. Cudem udało mi się wyhamować moją srebrną bestię, mojego lśniącego rumaka, mojego… starego Citroëna. Może i byłbym w stanie stwierdzić, że to moje legendarne już gapiostwo, ale no, znajdowaliśmy się na środku obwodnicy, to zdecydowanie nie było miejsce, w którym można spodziewać się pieszych.


— OSZALAŁAŚ KOBIETO?! ŻYCIE CI NIEMIŁE?! TEGO MI BRAKUJE, ŻEBYM POSZEDŁ SIEDZIEĆ PRZEZ PIZDĘ NA ŚRODKU DROGI!


Kobieta tylko stała i patrzyła się wprost na mnie. Nagle uświadomiłem sobie, że żadne auto za mną ani żadne auto przede mną nie widzi tego co ja, bo droga była zwyczajnie opustoszała, jakby w jednym momencie wszystkie auta zniknęły.


“CO. TU. SIĘ. KURWA. DZIEJE.”


W głowie zdenerwowanie (żeby już nie nadużywać wulgaryzmów) biło się na zmianę ze strachem… pierwszy raz miałem taką sytuację na drodze. Spojrzałem na kobietę, gdy ta uśmiechnęła się delikatnie, nadal patrząc wprost na mnie, ale nie było to spojrzenie rodem z amerykańskich filmów typu “weź mnie do auta, a potem na tylnym siedzeniu”… zresztą nawet jeśli, to jedyne, co by dostała, to solidną wiązankę, bo cytując klasyka: “Wiecie, czego tu nie tolerujemy?”. Mam swoją kobietę, bitch.


Była może koło pięćdziesiątki, raczej schludnie wyglądająca, ubrana w zwyczajne, codzienne ciuchy… jakieś dżinsy i czarny t-shirt z jakimś logiem, którego nie znam…, ale zakładam, że chyba jest to logo jakiegoś niszowego zespołu. Jakiś dziwnie popękany prostokąt wpisany w koło z wyraźnie zaznaczoną kropką na środku… no, czerwone logo na czarnej koszulce, które, prawdę mówiąc… nie wyglądało najgorzej, ale budziło we mnie jakiś niepokój.


— Ianua. Wpuść mnie.


Gdy to usłyszałem, to pomyślałem sobie: “okej, czyli jednak amerykański film i wiązanka”. Dopiero po chwili do mnie dotarło, że nie mogłem usłyszeć, jak ona to mówi, bo dzieliło nas z 10 metrów, muzyka w aucie i dźwięk zdezelowanego silnika.


— Ianua. Wpuść mnie.


Znowu usłyszałem ten głos, tym razem jednak moje oko sokoła, bacznie przyglądając się tej kobiecie… nie dostrzegło ruchu warg. W takim wypadku oczywistym było, że moim naturalnym odruchem był but w podłogę i pizda przed siebie, omijając… to coś? „O nie, nie, nie, ni chuja, za dużo horrorów obejrzałem, nie ma opcji na dalszą zabawę… Poza tym Ianua?! Co to jest? Kto to jest? To imię? Może mnie z kimś to coś pomyliło… anyway, I’m done” — następnie w ciszy pokonałem dalszą drogę do pracy i…

Rozdział 1

…Zadzwonił budzik.


“Co to było?!” — pomyślałem raczej normalnie, bo mógłbym na potrzeby historii ubrać to w amerykańsko-youtuberski overreacting, ale po co?


“Dla zasięgów, heeheheh”.


Przecieram oczy, spoglądam w bok. Śpi. Spokojnie, śpi, jak gdyby nigdy nic. Zresztą, czemu miałaby spać inaczej, skoro raczej nie krzyczałem przez sen, nie rzucałem się, ani nie robiłem niczego z tych rzeczy. Leżę tak przez chwilę, patrząc na jej cudowne, długie, kruczoczarne włosy. W myślach powtarzam sobie, jakie mieliśmy szczęście, że na siebie wpadliśmy. Dwie zagubione dusze, które przeszły już w życiu swoje piekło. Brak zrozumienia, bycie wykorzystywanym dla cudzych celów, toksyczne związki, brak wsparcia… Klasyka gatunku, która dla osób wrażliwych jest mieszanką wybuchową. Dałem Oli buziaka w czółko, a ta uśmiechnęła się delikatnie.


— Kocham Cię, uważaj na siebie.

— Wiesz, że zawsze uważam.

— Nie zesraj się….

I zasnęła ponownie. Idąc w stronę łazienki, pomyślałem: “Taaa, zawsze na siebie uważam. Żeby Ona wiedziała, co się w życiu robiło…, ale to już na szczęście za mną”.

Chłodny prysznic, mycie ząbków, lustro…

— Jesteś zajebisty!


“Dobra, rutynka wykonana, gdzie ja położyłem ciuchy…”. Spojrzałem na bajzel na krześle, zostawiony tuż przed zaśnięciem — najlepsza szafa na świecie. Co z tego, że pogniecione? Przynajmniej są pod ręką. Założyłem swoje stare “najki” po wcześniejszym ubraniu całości wierzchniej, nie myślcie sobie, że chodzę publicznie w samych butach. Chwytając za klamkę, obejrzałem się przez ramię jeszcze jeden raz, uśmiechnąłem się na widok śpiącej Oli, podszedłem do niej…


— Kocham Cię, mała.


Pocałowałem ją i wyszedłem do pracy.


Trasa przebiegła bez większego problemu, słoneczko świeciło, w radiu leciała moja muzyka z telefonu… Tym razem wybór padł na MGK, na którego ostatnio złapałem niesamowitą fazę. Miejsce na parkingu znalazłem też bez problemu…, co w sumie było najdziwniejszym wydarzeniem w tym poranku. Znalezienie miejsca blisko wejścia o godzinie 5.30 graniczyło z cudem nawet w weekend, a tym razem udało się… w zwykłą środę. Na tę chwilę nic nie zapowiadało, aby w ciągu tego dnia wydarzyło się coś niezwykłego.


Godzina 6:00, meldunek przy kawie i papierosie. Pierwszy posiłek w ciągu dnia. Tak… fajka i kawa. Jak pracuję na pierwszą zmianę, nigdy nie jem przed ani w trakcie pracy. Po przebudzeniu tak wcześnie rano zwyczajnie mi się nie chce, a w pracy często nie ma czasu…, a przynajmniej tak zawsze mówię, jak ktoś mnie pyta, “czemu nie jadam w pracy?”. No nie lubię i tyle.


Więc w towarzystwie dymu unoszącego się w powietrzu i leniwie osiadającego na ścianach smrodu papierosów i z gorzkim smakiem kawy w ustach stoję wraz z kumplem z roboty i, prowadząc z nim rozmowę o codziennych pierdołach typu, co tam słychać w “Fifie” i czy oglądał któryś z nas jakiś dobry film w ostatnim czasie, zastanawiam się, czy mówić mu o tym śnie, czy tak naprawdę ma to w piździe…, co było znacznie bardziej prawdopodobne. Następnie udaliśmy się na robotę.


Warto byłoby wspomnieć, gdzie pracuję, prawda? Otóż nie, w ogóle nie warto poruszać tego tematu. Zwyczajna fabryka, gdzie każdy z nas ma swój numer ewidencyjny, przypisaną rolę oraz tę samą monotonię zawodową. “Gdzieś już to było w historii… dooobra, wiem, że to za dużo jak na powieść. Zostawię to dla siebie, ale kto ma wiedzieć, ten wie. Czy właśnie złamałem czwartą ścianę… podczas cytowania własnych myśli?” OMG, absolute literature.


Po ośmiu wykańczających psychicznie godzinach nadszedł czas, na który czeka każdy z nas. Prysznic po robocie. Spokojnie, chodzi o zwyczajny prysznic, o zmycie z siebie goryczy pracy w fabryce, goryczy zatraconych marzeń na rzecz etatu. W drodze do auta towarzyszył mi ten sam kumpel, z którym spędziłem poprzednie osiem godzin. Można powiedzieć, że przez tę pracę staliśmy się już prawie jak rodzina.


— Jutro jesteś normalnie? — zapytał mnie znudzonym tonem… tak, to pytanie pada dosyć często w moim wypadku, bo to nigdy nie jest nic pewnego, czy pojawię się następnego dnia w pracy.

— Chyba nie mam innego wyboru… chociaż klasycznie, kurwa, chodzi za mną użeta cały czas.

— Pierdol, to się zawsze może przydać, jak faktycznie będziesz tego potrzebował, a na razie i tak mamy luz, to szkoda chyba tracić.

— Szkoda to marnować życie, robiąc cały czas na kogoś, hahah.


Po serii śmiechu przez łzy odpaliliśmy ostatnią fajkę i rozeszliśmy się w swoją stronę. Byłem z siebie zadowolony, byłem zadowolony, że za mną kolejny przepracowany dzień, że nie rzuciłem tym wszystkim i przetrwałem, a uwierz, że dla osoby kreatywnej i z dosyć bujną wyobraźnią (“heloł, piszę przecież opowieść”) praca w monotonii i codziennej rutynie jest powolnym zabijaniem samego siebie i swojego potencjału. Idąc do auta i kończąc papierosa, poczułem dziwny powiew wiatru na karku, nie taki zwyczajny… To nie był wiatr spowodowany warunkami atmosferycznymi, był środek lata, słońce na bezchmurnym niebie i chyba z 30 stopni… w cieniu.


To, co poczułem, miało w sobie coś dziwnego, w sekundę poczułem spięcie na karku i taki przeszywający dreszcz, który sprawił, że na moment przystanąłem. Czułem się obserwowany, osaczony, na radarze… chociaż dookoła wszystko sprawiało wrażenie, że jest normalnie. Ludzie wychodzący z pracy mijali się z nowo przybyłymi, ptaszki świergotały…, a mimo wszystko czułem niepokój.


“Uspokój się, bo zaczynasz popadać w paranoję…”. Wsiadłem do srebrnej strzały, odpaliłem silnik, który wydał z siebie dźwięk zdecydowanie wskazujący na zbliżającą się konserwację, podpiąłem telefon pod transmiter, odpaliłem “EmDżiKeja” i odjechałem w stronę wyczekiwanego od dawna domu. A uczucie towarzyszące mi do tej pory ustało w momencie wyjazdu z terenu pracy.


— TEL MI DACZ JU ŁEJT FORR MI, BEJBI AM A ROLIN STOŁNNN


Kolejny raz w ciągu tego dnia zostałem wyrwany z mojego prywatnego koncertu samochodowego, jednak tym razem stało się to za sprawą Oli — telefon zawibrował, przerywając muzykę, a ja, odbierając NA TRYBIE GŁOŚNOMÓWIĄCYM, bo pamiętajmy, że podczas jazdy nie korzystamy z telefonu, zaczynam rozmowę od wujkowego żartu…


— Dom pogrzebowy “Elektryk”, zmienimy w popiół każde marzenia, słucham?

— Kochanieeeee, jak będziesz wracał, wstąp do sklepu po wkłady do e-peta i po coś do picia.

— Pewnie, niedługo będę.

— Super, kocham Cię.

— Też Cię kocham, papatki.


Jak poprosiła, tak też zrobiłem. Pojechałem do najbliższego sklepu, wrzuciłem do koszyka jakieś energetyki, trochę warzyw, placki tortilli, napój nazywany przeze mnie “Czarnym Złotem” i wodę. “Mogłem podjechać do marketu, wtedy nie zapłaciłbym tyle”, heheheh. Ty już zapewne doskonale wiesz, gdzie byłem. Podszedłem do kasy, a tam kasjerka, którą nazwijmy dla przykładu Swietłana, pyta mnie z miną mówiącą mniej więcej tyle: “Zabijcie mnie”.


— Aplikacja?

— Klasyk. Teraz wszędzie wołają o aplikacje.

— Jest.

— A ja wszystkie mam, to oczywiste.

— 72,56, coś jeszcze?

— Wkłady do elektryka, smak jagodowy.

— Ianua. Wpuść mnie. — Słysząc ten zwrot, zamarłem na chwilę, rozejrzałem się dookoła, spojrzałem na Swietłanę podejrzliwie, ale finalnie uznałem to za dowcip mojego umysłu.

— Słucham? — zapytałem… dla pewności, że wszystko jest w porządku, no, poza moją paranoją.

— 105,55 — odparła ekspedientka, jak gdyby nigdy nic.

— KURWA, WPUŚĆ MNIE! — W tym momencie ktoś wyraźnie krzyknął i uderzył w drzwi magazynu… a przynajmniej tak mi się zdaje.

— Przepraszam. — Na twarzy Swietłany pojawił się wyraźny wyraz zmieszania i wstydu.

— Mogę jakoś pomóc? Coś się dzieje? — zapytałem, chociaż, nie oszukując ani siebie wtedy, ani Was teraz… bardzo liczyłem, że odpowiedzią będzie słowo “nie”. Gdzieś tam poczułem obowiązek pomocy i zainteresowania się tematem, ale z drugiej strony byłem zmęczony po pracy, zrezygnowany dniem i jedyne, co chciałem zrobić teraz, to zobaczyć Olę czekającą na mnie w drzwiach.


— Nie trzeba, do widzenia.

— Do widzenia. — Uff.


Wychodząc ze sklepu, dałbym sobie głowę uciąć, że w odbiciu szyby dostrzegłem postać stojącą w drzwiach magazynu, w które wcześniej ktoś uderzał. Postać, która bardzo przypominała kobietę ze snu, ale nie miałem już na to czasu, bo moja własna kobieta czekała na mnie w domu.


— Co tak długo? Tęskniłam.


I właśnie o tym mówiłem wcześniej, tyle ciepła od niej dostaję, tyle wsparcia i radości wniosła do mojego życia. Żeby ona zdawała sobie sprawę, jak wdzięczny jej jestem, że przywróciła mi sens istnienia, że wyrwała mnie z moich okowów beznadziejności. Po latach zagubienia odnalazłem w końcu drogę, którą chcę podążać do końca życia.


— Aj, nie zesraj się. Chciałaś zakupy, to przecież nie przyspieszę tego, ale już jestem, skarbie. Ogarnę się i możemy zrobić sobie jakiś obiadek dobry, bo jestem strasznie głodny.

— Znowu nic nie jadłeś?

— Wiesz przecież, że nie lubię jeść z rana.

— No wiem, ale potem głodny jesteś i zmęczony bardziej.

— Ja Ci zaraz mogę pokazać, jaki zmęczony jestem. — Mówiąc to, spojrzałem na nią z pożądaniem. Tak, ta kobieta działała na mnie jak kasyno na hazardzistę, no nie ma przebacz.

— Mówisz? — Podeszła do mnie bliżej i mnie pocałowała.

— Mhmm, obiad może poczekać.

— Nie, najpierw obiadek, potem przyjemności, musisz coś zjeść.


Ech… I chociaż w głowie miałem milion różnych nieczystych scenariuszy, to doskonale wiedziałem, że ma rację. W żołądku mnie już skręcało. Pocałowałem ją jeszcze raz, uśmiechnąłem się i przeszliśmy do kuchni.


— Jak było w pracy, misiu?

— Jak zawsze, iść, przeżyć 8 godzin, nie dać się zwariować i wyjść, żeby zacząć żyć.

— Jeszcze trochę, kochanie… wytrzymasz.

— Nie mam wyboru.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 11.7
drukowana A5
za 18.77
drukowana A5
Kolorowa
za 40.91