E-book
6.83
drukowana A5
24.92
Hymn pracownika

Bezpłatny fragment - Hymn pracownika

czyli wspomnienia z dyżuru

Objętość:
118 str.
ISBN:
978-83-8189-202-5
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 24.92

1. Praca, do której zawszę zdążam

W pracy

Mieszkam w cieniu

w pokoju kątach

Mieszkam w kurzu

gdzie nikt nie sprząta

Mieszkam gdzieś tam

za szafą, biurkiem

Tam, gdzie cienie

skapują ciurkiem

Chowam się tam

gdzie nikt nie słyszy

w worku czerni

w tobołku ciszy

Chowam się tam

w pokoju kątach

gdzie nie widzą

nikt nie zagląda.

Dzień, jak każdy inny

Co się stanie, gdy nadejdzie

dzień — jak inne? Jednak inny

kiedy udręk moich wiecznych

znajdzie się nareszcie winny?

Gdy rozbłyśnie nagle prawda

o tym, co mi duszę trawi

co mój umysł gryzie, kłuje

aby uczuć mnie pozbawić.

Gdy się dowiem wreszcie o tym

co — do licha! — we śnie wraca.

Gdy się dowiem, że kornikiem

duszy mojej — moja praca.

Że mój zawód, taki siaki

który każe wstawać rano

czerń trującą wsysa w ciało

w wypalenia skrzepłą ranę.

Hymn pracownika

Za szczyptę nerwów

za parę złotych

idę jak co dzień

dziś do roboty.

Za garść miedziaków

na srebrnej tacy

jak co dzień zmierzam

dzisiaj do pracy.

Siadam na krześle

przy biurku swoim

do komputera

co smutny stoi

i patrząc ciągle

na dziurę w płocie

dziś dzień jak co dzień

siedzę w robocie.

Kropelka

Dla tej jednej kropelki

w oceanie reprymend

dla promyka na niebie

szarym zasnutym dymem

dla tej jednej literki

w księdze mych niepowodzeń

dla malutkiej radości

co dzień do pracy chodzę.

Cały dzień czekam na ten

jeden szczęśliwy moment.

Czy to malutka kawa

czy uśmiech w moją stronę.

Cała ta smutna praca

cała wściekła szefowa

nikną przy jednym słowie

miłym — przy innych słowach.

Płynie lekarz

Płynę w noc w snu oceanie

płynę w nim do pracy.

Płynę jako duch niebieski.

Kto mnie tam zobaczy?

Wpływam w czarny drzwi prostokąt

na budynku-kostce

Windą w szare korytarze

zakręcenie proste.

Do dyżurki w ciemnym drewnie

wpływam — biała woda

ktoś na komputerze pisze

ktoś mi kawę poda

Swych pacjentów mgłą opływam

ich zlecenia tworzę

czasem kroplą pochwał spłynę

czasem ktoś pomoże.

A po trzeciej parą z kawy

w świat ulecę wolno

by się oddać snu błogości

w przyszłą noc spokojną.

I dopiero kiedy oczy

sklejone otwieram

widzę, że sen minął, a ja

w dzień znów się wybieram.

Czasem pomagam

Każde morze ma swoją

niepokorną kropelkę.

Każda chmura ma burzę

choćby nawet niewielką.

Piasek ma na pustyni

swoje jedno ziarenko

które drga w nim zawzięcie

swoim sercem maleńkim.

I tak ja drżę swym sercem

w wielkiej szarej machinie

która trwa wraz z człowiekiem

i z człowiekiem wraz zginie.

Tą machiną potężna

ale jakże w niej słaba

wchodzę co dzień wgłąb ludzi

którym czasem pomagam.

2. Długo wyczekiwany urlop

Urlop

Jeszcze siedem dni

Tydzień pozostał

mąk, krwi i potu

tydzień upadków

i tydzień wzlotów.

Jeszcze sześć dni

Dzień minął wolno

noc przepłynęła

znów mgła poranka.

Lecz skąd się wzięła?

Jeszcze pięć dni

Mija dzień siwy

w stali roboty.

Za mną już ciemność

przede mną — płoty.

Jeszcze cztery dni

Chory za chorym

znad mnie szefowa.

Zbyt ciche myśli

zbyt głośne słowa.

Jeszcze trzy dni

Poblask nadziei

w źrenicy oka.

W wyrzucie serca —

— szarość głęboka.

Jeszcze dwa dni

Już zaraz, chwilka

koniec kart leków.

Czekam dni parę

czekam od wieków.

Jeszcze jeden dzień

Na skraju nieba

stopę postawię

na szarej chmurze.

Już prawie, prawie!

Urlop

Na aureoli

anielich białych

trwam w gęstym niebie

przez bezczas cały.

Mimo wszystko, kocham cię

Kocham cię, życie moje ty

kocham cię, bo jesteś piękne

mimo że zsyłasz mi złe sny

mimo że bezwzajemnie.

Kocham cię, świecie mały mój

bo kocham gwiazdy jasne

bo Słońce mój ogrzewa znój

choć czasem dla mnie gaśnie.

Kocham cię — wreszcie! — tyś mój dom

dla mnie te cztery ściany.

Choć dla mnie drzwi i okna są

nie widzę zza firany.

I ciebie także praco ma

ciebie też kocham skrycie.

Lecz czemu wzajemności brak

jak z domem, światem, życiem?

Śnieg

Z białą szklanką śniegu w dłoni

i w białej sukience

nie dam wichrów się pogoni

skryję swoje serce.

Śnieg nie stopi mi się w rękach

ja szklanki nie skruszę.

Prędzej serce moje pęka.

Bólu czuć nie muszę.

Chronią przymarznięte palce

cenny biały kryształ

myśl w zaciętej myśli walce

pozostaje czysta.

Śniegi świata w szklance małej

na swych dzierżę rękach

i nie splami sukni białej

czerwień krwi pacjenta.

Kto chciałby być aniołem

Pędząc przez nasze siwe czasy

przed siebie z podniesionym czołem

ktoś chciałby biec przez myśli trasy

będąc nie więcej niż aniołem.

Pozbyć się ciała, o bogowie!

A wraz z tym ciałem krwi i potu.

Myśl ta kiełkuje w ludzkiej głowie

aż w końcu oko drży do lotu.

Bycie aniołem nie jest modne

Wielki Brat być nim nie pozwala.

Zapobiegają — by wygodnie

anioł w swym ciele się zestalał.

Aż w końcu kiedyś takie ciało

spala się, pozostając puste.

Ktoś chce powstrzymać — to za mało.

Już nie wymówią bólu usta.

Tedy zostają małe rany

na czole świata krwawiąc żalem.

Lecz lepszy świat jest niepoznany

no bo aniołów nie ma wcale.

Kamikaze

Moja śmierć nie pomści milionów

moja śmierć nie zabije wroga

a raczej zabije — jednego. Mnie.

I pomści milion — moich umarłych komórek.

Moja śmierć nie będzie miała sensu

mojej śmierci nie opisze nikt w wierszu

po mojej śmierci nikt nie zapłacze

po mojej śmierci nie będzie inaczej.

Ale zniszczę wroga.

Stal

Stalowe mijam morze

pośród piaszczystych plaż

czy to już jest ocean

czy jeszcze Bałtyk nasz?

We śnie stalowe morze

wypluwa siwą mgłę.

Czy już dzień szary nastał

czy jeszcze szaro śnię?

A w śnie tym biała jestem

szczęśliwy pusty mózg.

Tylko stalowe morze

i fal stalowych plusk.

Wybudzam się nad ranem

w żółtego nieba świt

i już nie widzę stali

bo już nie widzę nic.

Lekarz wie

Lekarz wie, jak serce ratować

wie jak leki do żyły podać

jak przywrócić pacjenta oddech

i czy mu antybiotyk dodać.

Lekarz wie, jak reanimować

kiedy stoi pacjenta serce

wie kiedy przeszczepić wątrobę

lub krew oczyszczać w sztucznej nerce.

On przepisze ci insulinę

lub przeciwnie — cukier ci poda.

Wie, jak sprawić, by ból przeminął

wie, jak siebie nie uratować.

Lato

Cicho kona wiosna

więdnie czerwień kwiatu

żar żółtego nieba

cześć oddaje latu.

Cicho kona weekend

a na jego prochach

wzrasta cień dnia pracy

co smak potu kocha.

I noc cicho kona

w granacie przedświtu

spływają łzy czarne

z czerni monolitu.

Niewidzialna

Opadły żółte liście

jak kartki z kalendarza

i chmury — oczywiście! —

na głowy chcą opadać.

Ja pod tą chmurą staję

pod Słońcem łatwopalna

a ludzie mnie mijają

bo jestem niewidzialna.

Dobrze być niewidzialnym

unikać bólu dotknięć

choć czasem ktoś normalny

nie chcąc się o mnie potknie.

W znanym mi kierunku

świat przesuwam za siebie

w widzialnym pocałunku

w na wskroś widzialnym niebie.

Czasem ratunku szukam

w oparach ze snu świata

w drzwi gabinetu stukam

swego Wielkiego Brata.

I wtedy znów powracam

gdzie tylko bywam w gości

gdzie czeka moja praca:

do snu rzeczywistości.

Wszyscy jesteśmy szarymi ludźmi

Wszyscy jesteśmy ludźmi

i płacimy podatki

wszyscy wdychamy krople

deszczu znad Ziemi-matki.

My też jesteśmy ludźmi

kupujemy w marketach

chodzimy po chodniku

niosąc krzyże na plecach.

Każdy jest z nas ciut szary

mimo na sukni kwiatów

trzeba być zawsze szarym

aby nie zbierać batów.

Batów od społeczeństwa

od strażników szarości

od dziewczyny, od brata

od bogów uprzejmości.

Indolencja

Co dzień rano z łóżka spływam

gdzieś tam, hen, ubranie leży

kawa znów bez smaku, bywa

przed oczami kurz mi śnieży.

Tramwaj toczy się bez celu

mija szary świt betonu

moje ciało, jedno z wielu

znów oddala się od domu.

Drzwi przede mną się rozsuną

by mnie w mdły dom pracy wpuścić

szare mgły pokłady runą

by mnie rzucić w pracy uścisk.

Siedzę więc, papiery piszę

czasem zbadam, porozmawiam

słowo umysł mój kołysze

nieznaczące znaki stawiam.

We mnie pustka bez radości

lecz i smutek gościem rzadkim

indolencja we mnie mości

się jak w puchu śniegu płatki.

I wychodzę, nic nowego

wnikam w martwe ciało miasta

bez emocji, bez zbędnego

ruchu, co by we mnie nastał.

Wracam lekko ku domowi

świat się koło mnie przemieści

szare niebo, nihil novi

bez słów pstrych i zbędnej treści.

Czasem chciałabym znów poczuć

zaznać szczęścia bez nieszczęścia

albo chociaż iskry w oku

nie zniszczonej wściekłą pięścią.

Ale teraz pozostaje

mi jedynie ulgi doznać

że nie bolą myśli czarne

sen mnie złych nie zniszczy doznań.

A wieczorem w życiu nudnym

w strach ciemności się zatopię

obserwując sen na brudnym

od gwiazd czarnych, zgasłych, stropie.

Inercja

Jakaś siła zwleka mnie z łóżka

i nadaje moc picia kawy

na ramieniu mała kostuszka

każe w istnieniu nie wyjść z wprawy.

Coś mnie ciągnie gdzieś, coś mną rzuca

w kółko chodzę w moim pokoju

siadam, rysuję coś, coś nucę

nie znam przyczyny tego znoju.

Choć zupełnie bezproduktywnie

na trzydziestu metrach czas spędzam

choć się czuję ni źle, ni dziwnie

nie dopada bezruchu nędza.

Umysł ciało pcha ku zatracie

krąży myśl, aż zęby klekocą

aż bezświetlność da mi wakacje

aż odpocznę bezsenną nocą.

3. Pacjent na umowę o pracę

Ja też jestem pacjentem

Gdy prosisz, by przed śmiercią

potrzymać cię za rękę

ja robię to, bo znam cię

ja też jestem pacjentem.

Gdy o swoim leczeniu

chcesz wiedzieć jak najwięcej

ja mówię wszystko, co wiem

ja też jestem pacjentem.

Gdy boisz się w rozpoznań

bezdroża wejść pokrętne

ja boję się wraz z tobą

ja też jestem pacjentem.

Gdy widzisz biały fartuch

który nakładam z lękiem

ja boję się, lecz mówię

ja tez jestem pacjentem.

Gdy wreszcie robię wszystko

co lekarz mi nakaże

to co ma mi tłumaczyć?

Wszak też jestem lekarzem.

Dziwne światy medycyny

Chodzę w tę i z powrotem

podziwiam dziwne światy

zaułki chorób serca

czy chorób płuc komnaty.

Czasem się wprawdzie gubię

czasem znikają tropy

czasem sama nie widzę

i wpadam na wykroty.

W końcu wędruję światem

dziwnym, niby znajomym

znajduję w nim pacjentów

z ciałem tak jakby — moim.

Wkraczam trochę niepewnie

w białej aurze fartucha

stetoskop hen w dal ciskam

czy ktoś coś powie? Słucha?

I wtem się świat zamyka

na mnie. Nie widzę więcej.

I potem już spokojna

jestem tylko pacjentem.

Relacja lekarz-pacjent

Gdy mówię z tobą, człowieku

gdy pytam w twe nazwisko

gdy podajesz cyfry wieku

gdy siedzisz obok mnie — blisko

gdy wreszcie objawy spiszę

gdy zdradzisz mi swoje lęki

gdy między słowami ciszę

słyszę, a czasem płuc dźwięki…

...nie boję się mówić.

Gdy ktoś mnie pyta o życie

gdy mówi coś o pogodzie

gdy chwali się losu szczytem

lub głosu szuka w narodzie

gdy każą mi patrzeć w niebo

zamiast zwyczajnie — pod nogi

gdy gnani swoją potrzebą

znać chcą mojej koniec drogi…

...boję się mówić.

Nie znajduję słów

Siedzę po dwóch stronach szyby

i myślę sobie: a gdyby

żyć tylko z tej jednej strony

ktoś byłby zadowolony!

Gdybym była tylko lekarzem

pacjent robiłby, co mu każę

albo gdybym pacjentem była

i co lekarz każe — robiła

byłabym szczęśliwym człowiekiem.

A ja jestem i tym, i tym

w świecie niesprawiedliwym, złym.

Jak to jest?

Jak to jest

że kiedy mnie nie ma

wszystko jest w porządku?

Wszyscy mili, grzeczni

w miłości zakątku?

A jak to jest

że kiedy ja jestem

atmosfera gęsta

rozbijam rękami

uśmiechami nękam.

Jesteś moją raną

Wbijasz się głęboko w ciało

wwiercasz głębiej się pod skórę

jakby tego było mało

w duszy plamisz sińce bure.

Gdy cię widzę, oczy więdną

gdy cię czuję, mrowią skronie

lecz nie umiem chwilą jedną

„odejdź!” rzucić w twoją stronę.

Jesteś moją krwawą raną

wciąż sączącą krwi posoką

wciąż na nowo zasklepianą

w dzień, jak co dzień, rok po roku.

Ja cię kocham — ty zabijasz

powolutku, krok po kroku

sączy jad błyszcząca żmija

by nie zasnąć w nocy mroku.

Chciałabym od ciebie uciec

nie potrafię — milczą nogi.

Gdyby miłość trwała krócej

to bym nie zaznała trwogi

medycyno!

Wszyscy czujemy się porażką

Czasami czuję się porażką

porażką jestem medycyny.

Uczyć się lata — rzeczą ważką

ja chciałabym tylko rutyny.

Nie ma rutyny w medycynie

słowo trzeba analizować

a ja bym chciała, aż dzień minie

w kokon samotności się schować.

Zmęczona czuję się dniem pracy

tam, gdzie entuzjazm miał być — pustka

pod opieką moją rodacy

martwe wywiad zbierają usta.

Chciałabym w domu siedzieć, pisać

albo jak prawdziwa artystka

z zeszytem pustym usiąść w cisach

nie widząc bestii mojej pyska.

A bestia widzi mnie, a ja ją

czyha na mnie w tygodnia ranek

czeka, aż zbudzę się, kochając

świat snu, co skończy się, gdy wstanę.

Wypalenie

Kiedy rano ledwo zwlekasz

się spod kołdry w gęstą czeluść

co na ciebie wściekła czeka

wiedz, że jesteś jednym z wielu.

Kiedy myślisz tylko o tym

by już skończyć dzień wraz z Słońcem

wychodząc ze swej roboty

oczekując tylko — końca

wiedz, że dzieje się coś złego

coś w umyśle twoim nie tak

coś w twym mózgu chemicznego

drapieżnego jak kobieta.

Ktoś tę pracowniczą chandrę

nazwał pięknie prostym słowem

teraz ma ten, co spadł na dno

wypalenie zawodowe.

Cóż ci czynić? Ciężka sprawa.

Coś ci żyć, jak ty chcesz, broni?

Jasne! Bieda nie zabawa

już cię do rachunków goni.

Więc znów pędzisz do roboty

pracy, której nienawidzisz

no a życie do soboty

będzie jeszcze z ciebie szydzić.

Ta sobota — wybawieniem

a niedziela czeka złego

chyba że z Słońca zaćmieniem

nie doczekasz już niczego.

4. Puszka piwa na dobry nastrój

Droga przez mękę

Przez szpitalne korytarze

ze smutkiem za rękę

idąc, o urlopie marzę

droga to przez mękę.

Gorzkich słów do mnie słuchając

z bezsilności jęknę.

Bez-znaczenie mi nadają.

Droga to przez mękę.

W siwej chmurze ponad głową

Słońce skryte piękne.

W ustach mielę puste słowa

droga to przez mękę.

Poranki

Gdy budzę się po snu koszmarze

gdy z moją głową staję w szranki

gdy o wieczorze ciemnym marzę

znów zaczynają się poranki.

Gdy widzę cienie ze złą twarzą

gdzie był przyjaciół oczu błękit

przeczuwam te, co się wydarzą

zdradzieckie słowa, myśli, lęki.

Cóż czynić, gdy paraliż członków

i gdy paraliż w czaszce myśli?

Nie ma widzenia ciał powodów

mijają i idą, skąd przyszli.

Świat dookoła się przesuwa

wokół mnie, nie ma punktów stałych

a ja więziona w świata trudach

żyję wciąć w tych porankach całych.

Parę dni urlopu

Czarno-nocny nieboskłon

rozświetlają granaty

czarne drzew pnie za oknem

ranka przykryją kwiaty

czarnej ziemi czeluście

dróg zastąpią rozstaje

a czarne myśli w głowie —

— to, co jasnym się zdaje.

A gdy urlop się skończy

znów się czernie przyplączą

co zamiast łączyć, dzielą

tylko ze smutkiem łączą.

Znowu ciemność nastąpi

w pustej przestrzeni głowy

nim znowu zstąpi z niebios

płomyk urlopu płowy.

Dzień z życia lekarza

W sześcioosobowym

siedzę gabinecie

sama przy swym biurku

i sama na świecie.

Wypełniam papiery:

jedna, druga tona…

Pacjenci wołają:

„nie zapomnij o nas!”

Wchodzi żona pana

Nowaka z dziesiątki:

„on coś dzisiaj słaby.”

Myślę, łączę wątki.

Na zleceniach leków

pieczątkę przybiję

niech dadzą tabletki

a ja zdrowie spiję.

I jeszcze badania!

Skierowania piszę.

Jednym okiem patrzę

drugim uchem słyszę.

Pielęgniarka woła

by cewnik założyć

druga chce morfinę.

A pacjent chce pożyć.

I znowu papiery:

jedna, druga tona.

Krzyczymy do ludzi:

„Pamiętajcie o nas!”

Zmęczenie

Gdy na twarz padam

w bezdrożach snów

gdy półprzytomna

wychodzę znów

kiedy nie trafiam

kluczem do drzwi

kiedy na jawie

dom mi się śni

wychodzę z pracy

na rześki wiatr

oglądam siwy

zamglony świat

pojmuję ranek

co rosą lśni

i od pokoju

otwieram drzwi.

Pierwsza snu chwila

niepewna jest.

Płocha umyka

i budzę się.

Pierwsze sny jeszcze

w zawodzie tkwią

pierwsi się jeszcze

pacjenci śnią.

Lecz zaraz — chwila

i dalej śnią

dalej, głęboko

nie budzę się.

W końcu w umyśle

mgłą wieje wiatr

pusty jest obraz

jak pusty kadr.

Piąteczek

Koniec na obchód wycieczek

dzisiaj jest piąteczek!

Koniec z papierami teczek

dzisiaj jest piąteczek!

Koniec we łzach ton chusteczek

dzisiaj jest piąteczek!

Szanse snu znów jednak małe

wkrótce poniedziałek.

Wódka

Lekarz działa na ludzi

jak wódka:

jedni dzięki niemu rozmawiają

inni śpiewają

inni tańczą.

Tylko jego anioł stróż

leży pod stołem

i wymiotuje

szczęściem.

5. Budzik

Dyżur na Oddziale Chorób Wewnętrznych

Spokój dyżuru

to tafla szkła

w pył go rozbija

melodia zła.

W czarnych piknięciach

wezwania sens

wraz z nim umyka

ciemność spod rzęs.

Tętnem pulsuje

przed światłem strach.

Tonę w milczeniu

w nieswoich łzach.

To pacjent woła.

Jest on czy był?

W kroplówce duszę

wlewam do żył.

Wiersz pisany w szpitalnym łóżku

Białe myszki, jak w delirce

po tygodniach alkociągu

dłonie kamień, stopy kamień

jak granity u posągu

ciemne niebo, jasne niebo

rozżarzony sufit bieli

kapie drogocenna woda

do czerwonej żył gardzieli

strach unosi się nade mną

lecz w pościeli święty spokój

tupot, stukot hen za drzwiami

szepcze: mamy cię na oku!

Są tabletek gorzkie ciernie

i jest zupy biała miska

biały lekarz i śmierć biała

między nich się pacjent wciska.

Nie znasz bólu na kroplówkach

tylko Weltschmerz ściska trzewia

za oknami czarne nieba

za oknami biała mewa

a korytarz pełen głosów

przez drzwi w głowę echo słabe

mówią tonem pełnym duszy

językami wieży Babel.

Czas upływa wolną falą

jak snu iskra mózg przemierza

kuśtykając nas przesuwa

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 24.92