Przedmowa
Każda książka zaczyna się od pytania. Czasem autor zadaje je sobie sam, czasem podsuwają mu je okoliczności, a czasem pytanie wisi w powietrzu tak długo i tak uporczywie, że ignorowanie go staje się aktem intelektualnej nieuczciwości. Ta książka narodziła się z pytania, które od ponad dwustu lat dzieli świat medycyny na dwa nieprzejednane obozy: czy homeopatia działa?
Pytanie wydaje się proste. Odpowiedź — jak się za chwilę przekonamy — jest wszystkim, tylko nie prostą.
Wyobraźmy sobie scenę, która rozgrywa się codziennie w tysiącach gabinetów na całym świecie. Kobieta w średnim wieku siada naprzeciwko terapeuty. Wizyta trwa nie siedem minut, jak u lekarza rodzinnego w zatłoczonej przychodni, lecz ponad godzinę. Terapeuta pyta nie tylko o ból głowy, który sprowadził pacjentkę do gabinetu. Pyta o to, po której stronie głowy boli najczęściej. O to, czy ból nasila się rano czy wieczorem. Czy pogarsza go ciepło, czy zimno. Czy kobieta jest z natury osobą lękliwą, czy raczej drażliwą. Jakie sny ją nawiedzają. Czego się boi. Co ją wzrusza. Jak reaguje na burzę.
Po tej niezwykle szczegółowej rozmowie terapeuta sięga po niewielką fiolkę białych granulek, tak małych, że przypominają ziarnka cukru. Wręcza je pacjentce z instrukcją: trzy granulki pod język, nie popijać, nie dotykać palcami, nie pić kawy przez pół godziny. Granulki te — i tu dochodzimy do sedna kontrowersji — zostały przygotowane w procesie tak ekstremalnego rozcieńczenia substancji wyjściowej, że w gotowym preparacie nie ma statystycznie ani jednej molekuły tej substancji. Ani jednej. To tak, jakby wrzucić tabletkę aspiryny do Atlantyku, dokładnie wymieszać, a potem podać choremu łyżeczkę wody oceanicznej i oczekiwać, że ból głowy ustąpi.
Kobieta wraca do domu. Po kilku dniach czuje się lepiej. Ból głowy ustępuje. Sen się poprawia. Lęk, który towarzyszył jej od lat, słabnie.
Co się wydarzyło? Czy zadziałał preparat? Czy zadziałała rozmowa? Czy zadziałała wiara? Czy po prostu ból głowy minąłby sam, jak mija większość bólów głowy, gdyby kobieta zamiast do gabinetu homeopaty wybrała się na spacer nad rzekę?
To pytanie — banalne w swojej prostocie, a jednocześnie fundamentalne w swoich konsekwencjach — stanowi centralny nerw tej książki.
Zacznijmy od faktów, które nie podlegają dyskusji.
Homeopatia jest systemem medycznym opracowanym pod koniec XVIII wieku przez niemieckiego lekarza Samuela Hahnemanna. Opiera się na kilku fundamentalnych zasadach, z których najważniejszą jest zasada podobieństwa: substancja, która u zdrowego człowieka wywołuje określone objawy, może leczyć chorego przejawiającego objawy do nich podobne. Drugą kluczową zasadą jest dynamizacja — przekonanie, że seryjne rozcieńczanie substancji połączone z energicznym wstrząsaniem nie osłabia, lecz wzmacnia jej lecznicze działanie. Trzecią — indywidualizacja leczenia, czyli dobór leku nie na podstawie nazwy choroby, lecz na podstawie całościowego obrazu pacjenta, włącznie z jego cechami psychicznymi, emocjonalnymi i konstytucjonalnymi.
To również fakty: homeopatia jest dziś stosowana w ponad osiemdziesięciu krajach świata. Korzysta z niej, według różnych szacunków, od dwustu do pięciuset milionów ludzi. W Indiach stanowi integralny element publicznego systemu opieki zdrowotnej, z ponad dwustoma tysiącami zarejestrowanych praktyków i setkami szpitali prowadzonych pod egidą ministerstwa AYUSH. We Francji — jeszcze niedawno — czterdzieści procent populacji przyznawało się do korzystania z preparatów homeopatycznych, a firma Boiron z siedzibą pod Lyonem jest jednym z najbardziej dochodowych przedsiębiorstw farmaceutycznych w kraju. W Szwajcarii homeopatia została włączona do systemu obowiązkowego ubezpieczenia zdrowotnego po referendum konstytucyjnym. W Wielkiej Brytanii cieszy się patronatem rodziny królewskiej, choć National Health Service zaprzestało jej finansowania.
I wreszcie kolejne fakty, równie bezsporne: w 2015 roku australijski National Health and Medical Research Council opublikował raport, w którym przeanalizował ponad dwieście badań klinicznych i stwierdził, że nie istnieje ani jeden stan chorobowy, dla którego wiarygodne dowody wskazywałyby na skuteczność homeopatii przewyższającą efekt placebo. W 2017 roku European Academies Science Advisory Council — reprezentujący akademie nauk dwudziestu ośmiu krajów europejskich — wydał oświadczenie, że twierdzenia homeopatii są sprzeczne z ustaloną wiedzą naukową, a dostępne dowody nie potwierdzają jej skuteczności klinicznej. Rosyjska Akademia Nauk w tym samym roku uznała homeopatię za pseudonaukę.
Mamy więc do czynienia z fenomenem, który wymyka się prostym klasyfikacjom. System medyczny stosowany przez setki milionów ludzi, posiadający dwustuletnia tradycję, instytucjonalną infrastrukturę, własne farmakopee i uczelnie — a jednocześnie odrzucany przez konsensus naukowy jako nieskuteczny i nieposiadający wiarygodnego mechanizmu działania. Jak pogodzić te dwie rzeczywistości? Czy w ogóle trzeba je godzić? A może samo napięcie między nimi mówi nam coś ważnego — nie tylko o homeopatii, lecz o stanie współczesnej medycyny, o relacji między nauką a społeczeństwem, o naturze ludzkiej potrzeby bycia wysłuchanym?
Muszę w tym miejscu wyjaśnić, czym ta książka jest, a czym nie jest.
Nie jest apologią homeopatii. Nie zamierzam przekonywać czytelnika, że ultramolekularne rozcieńczenia mają cudowną moc uzdrawiania, że woda posiada pamięć, ani że dwieście lat tradycji zastępuje brak dowodów. Nie jestem homeopatą i nie praktykuję homeopatii. Nie mam żadnych powiązań finansowych z producentami preparatów homeopatycznych ani z organizacjami je promującymi.
Ale ta książka nie jest również pamfletem. Nie zamierzam uprawiać tego, co brytyjski socjolog Harry Collins nazwał kiedyś „nauką w roli młota” — używania autorytetu nauki do miażdżenia oponenta bez próby zrozumienia, dlaczego jego przekonania przetrwały tak długo i dlaczego wciąż przyciągają tak wielu ludzi. Zbyt wiele tekstów o homeopatii — zarówno entuzjastycznych, jak i krytycznych — popada w ton kaznodziejski. Zwolennicy piszą o niej z żarliwością neofitów, krytycy z pogardą, która rzadko sprzyja zrozumieniu.
Moim celem jest coś innego. Chcę przedstawić homeopatię tak, jak badacz przedstawia zjawisko, które go zaintrygowało — rzetelnie, wielostronnie i z intelektualną uczciwością, która wymaga przyznania się zarówno do tego, co wiemy, jak i do tego, czego nie wiemy. Chcę opowiedzieć historię: historię idei, która narodziła się w konkretnym momencie dziejowym, rozwijała się przez dwa stulecia, przeżyła okresy triumfu i marginalizacji, i która dziś stoi w centrum jednej z najostrzejszych debat na pograniczu nauki, polityki i etyki.
Edzard Ernst, emerytowany profesor medycyny komplementarnej na Uniwersytecie Exeter — jedyny na świecie profesor tej dyscypliny, który zaczynał karierę jako praktykujący homeopata, a zakończył ją jako jeden z najostrzejszych krytyków homeopatii — napisał kiedyś słowa, które mogłyby służyć za motto tej książki:
— Zadaniem naukowca nie jest obrona żadnego systemu medycznego. Zadaniem naukowca jest obrona pacjenta przed nieskutecznym leczeniem.
Zgadzam się z tym stwierdzeniem. Ale dodałbym do niego uzupełnienie: zadaniem naukowca jest również zrozumienie, dlaczego ludzie szukają tego leczenia, i co ta potrzeba mówi o nas wszystkich.
Kilka słów o strukturze książki.
Podzieliłem ją na pięć części, obejmujących dwadzieścia rozdziałów, które prowadzą czytelnika od genezy homeopatii, przez jej teoretyczne fundamenty, praktykę kliniczną, warianty i pokrewne systemy, aż po współczesne debaty naukowe, prawne i etyczne.
Część pierwsza — zatytułowana „Geneza i kontekst historyczny” — obejmuje trzy rozdziały poświęcone światu, w którym Hahnemann tworzył swój system. Żeby zrozumieć homeopatię, trzeba najpierw zrozumieć medycynę, przeciwko której się zbuntowała. A medycyna końca XVIII wieku była polem bitwy, na którym cierpieli przede wszystkim pacjenci. Roy Porter, wybitny historyk medycyny z Wellcome Institute w Londynie, opisywał ówczesne praktyki lecznicze słowami, które mrożą krew w żyłach. Upusty krwi prowadzone do omdlenia. Przeczyszczanie tak agresywne, że pacjenci umierali z odwodnienia. Rtęć, arsen, antymon podawane w dawkach, które dziś uznalibyśmy za próbę otrucia. W tym kontekście idea Hahnemanna — że leczyć należy łagodnie, najniższą skuteczną dawką, indywidualnie dobranym lekiem — nie była szaleństwem. Była aktem humanitarnym. To, że jego odpowiedź na realny problem medycyny okazała się prawdopodobnie błędna, nie zmienia faktu, że samo pytanie było słuszne. Część pierwsza kończy się przeglądem losów homeopatii po śmierci jej twórcy: od spektakularnej ekspansji w XIX wieku, przez marginalizację w epoce bakteriologii i antybiotyków, po zaskakujący renesans w drugiej połowie XX stulecia.
Część druga — „Podstawy teoretyczne homeopatii” — jest rdzeniem książki. Poświęcam w niej osobne rozdziały każdemu z filarów homeopatycznej doktryny. Zasada podobieństwa, koncepcja siły życiowej, teoria miazmów, dynamizacja, prawa Heringa — każde z tych zagadnień jest przedstawione najpierw w sposób, w jaki rozumieją je sami homeopaci (na podstawie źródeł pierwotnych, przede wszystkim pism Hahnemanna, ale również Kenta, Vithoulkasa, Sankarana), a następnie poddane krytycznej analizie z perspektywy współczesnej nauki. Dwa rozdziały tej części — dziewiąty i dziesiąty — dotyczą być może najbardziej fascynującego aspektu całej debaty: proponowanych mechanizmów działania homeopatii i ich krytyki. Od słynnej „pamięci wody” Benvenistego, przez nanopęcherzyki z IIT Bombay, po koherentne domeny kwantowe Del Giudice’a — każda z tych hipotez jest przedstawiona uczciwie, z pełnym kontekstem naukowym, a następnie skonfrontowana z argumentami krytyków. Starałem się, by czytelnik mógł sam ocenić wagę tych argumentów, zamiast przyjmować gotowe werdykty.
Część trzecia — „Praktyka homeopatyczna” — przenosi nas z poziomu teorii na poziom gabinetu. Jak wygląda konsultacja homeopatyczna? Jak homeopata dobiera lek? Czym są repertoria i materia medica? Z czego zrobione są preparaty homeopatyczne i jak się je wytwarza? Co oznaczają tajemnicze symbole na opakowaniach — C30, D12, LM6? Ta część zawiera również rozdział o tak zwanych blokadach w leczeniu homeopatycznym — koncepcji, która ma poważne implikacje etyczne, ponieważ w skrajnych interpretacjach może prowadzić do zniechęcania pacjentów do stosowania leków konwencjonalnych. Ostatni rozdział tej części poświęcam historii testów klinicznych homeopatii — od fascynującej norymberdzkiej próby z 1835 roku, która była jednym z najwcześniejszych przykładów zaślepionego eksperymentu w dziejach medycyny, po współczesne randomizowane badania kontrolowane.
Część czwarta — „Warianty i pokrewne systemy” — obejmuje trzy rozdziały poświęcone odpowiednio izopatii, esencjom kwiatowym Bacha i homeopatii weterynaryjnej. Każdy z tych tematów zasługuje na osobne potraktowanie, ponieważ każdy podnosi odrębne pytania. Izopatia — leczenie „tym samym”, nie „podobnym” — zmusza do zastanowienia się nad granicami homeopatycznej zasady podobieństwa. Esencje kwiatowe, choć często utożsamiane z homeopatią, stanowią w istocie odrębny system, oparty na zupełnie innej filozofii. Homeopatia weterynaryjna zaś jest szczególnie interesująca z metodologicznego punktu widzenia, ponieważ podnosi pytanie o efekt placebo u zwierząt — pytanie, na które odpowiedź jest znacznie bardziej skomplikowana, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
Część piąta — „Homeopatia we współczesnym świecie” — to trzy rozdziały zamykające książkę. Pierwszy z nich jest obszernym przeglądem opracowań naukowych: meta-analiz, przeglądów systematycznych i raportów instytucjonalnych, które w ciągu ostatnich trzydziestu lat próbowały odpowiedzieć na pytanie o skuteczność homeopatii. Od ostrożnie optymistycznej meta-analizy Lindego z 1997 roku, opublikowanej w prestiżowym Lancet, po druzgocącą analizę Shanga z 2005 roku, opublikowaną w tym samym piśmie pod redakcyjnym tytułem „Koniec homeopatii”. Staram się przedstawić nie tylko wnioski tych prac, ale również kontrowersje wokół ich metodologii — bo debata o homeopatii jest jednocześnie fascynującym studium z zakresu metodologii badań naukowych. Drugi rozdział tej części poświęcam popularności homeopatii w Polsce i Europie Zachodniej oraz statusowi prawnemu preparatów homeopatycznych. Trzeci — będący zarazem ostatnim rozdziałem książki — jest próbą syntezy: co wiemy, czego nie wiemy, jakie pytania pozostają otwarte i jakie lekcje płyną z dwustuletniej historii homeopatii dla współczesnej medycyny.
Pisząc tę książkę, korzystałem z kilku kategorii źródeł.
Po pierwsze, z pism źródłowych samego Hahnemanna — przede wszystkim z sześciu wydań Organon der Heilkunst, z Materia Medica Pura oraz z Die chronischen Krankheiten. Cytaty z Hahnemanna podaję w polskim tłumaczeniu, weryfikując je z oryginałem niemieckim i angielskimi przekładami Dudgeona oraz Künzliego. Sięgałem również do pism innych klasycznych autorów homeopatycznych: Jamesa Tylera Kenta, Constantine’a Heringa, Timothy’ego Fielda Allena, Johna Henry’ego Clarke’a. Celem tych lektur nie było przyjęcie ich tez za własne, lecz uczciwe zrozumienie systemu od wewnątrz, zanim zostanie poddany krytyce z zewnątrz.
Po drugie, z literatury naukowej indeksowanej w bazach PubMed, Cochrane Library i Web of Science. Przegląd ten obejmuje meta-analizy, przeglądy systematyczne, randomizowane badania kontrolowane, a także badania podstawowe dotyczące proponowanych mechanizmów działania. Szacuję, że w procesie pisania przeanalizowałem bezpośrednio lub pośrednio ponad sześćset publikacji naukowych.
Po trzecie, z raportów instytucjonalnych: australijskiego NHMRC, brytyjskiego House of Commons Science and Technology Committee, francuskiej Haute Autorité de Santé, europejskiego EASAC, a także z aktów prawnych — Dyrektywy 2001/83/WE Parlamentu Europejskiego, polskiego Prawa farmaceutycznego, niemieckiego Arzneimittelgesetz i wielu innych.
Po czwarte, z monografii historycznych i filozoficznych, które pozwalają umieścić homeopatię w szerszym kontekście dziejów medycyny i filozofii nauki. Szczególnie cenne okazały się prace Roberta Jüttego, Michaela Emmansa Deana, Martina Dingeusa, a z polskiej perspektywy — prace Bożeny Płonki-Syroki nad historią medycyny niekonwencjonalnej w Europie Środkowej.
Jestem świadomy, że samo podjęcie tematu homeopatii w formie obszernej monografii naukowej może budzić kontrowersje po obu stronach barykady. Dla zagorzałych zwolenników homeopatii książka ta będzie prawdopodobnie zbyt krytyczna — nie ukrywam bowiem, że bilans dowodów naukowych jest dla homeopatii niekorzystny, i nie zamierzam tego faktu maskować dyplomatycznym językiem. Dla zagorzałych krytyków z kolei samo poświęcenie homeopatii kilkuset stron może wyglądać na nieproporcjonalny zaszczyt — po co pisać grubą książkę o czymś, co „nie działa”?
Na drugie z tych zastrzeżeń odpowiem od razu: ponieważ homeopatia, niezależnie od tego, czy „działa” w ściśle farmakologicznym sensie, jest zjawiskiem realnym — kulturowym, społecznym, ekonomicznym, prawnym. Setki milionów ludzi z niej korzystają. Miliardy dolarów są na nią wydawane. Parlamenty uchwalają dotyczące jej prawa. Akademie nauk wydają dotyczące jej oświadczenia. Lekarze tracą z jej powodu pacjentów. Pacjenci tracą z jej powodu zdrowie — lub, zdaniem wielu z nich, zdrowie dzięki niej odzyskują. Zjawisko tej skali i tej złożoności zasługuje na rzetelną, wieloaspektową analizę, nawet jeśli — a może szczególnie jeśli — prowadzi ona do wniosków, które nie wszystkim przypadną do gustu.
Na pierwsze zastrzeżenie odpowiem cytatem z jednego z moich rozmówców — doświadczonego homeopaty z trzydziestoletnim stażem, z którym rozmawiałem w trakcie przygotowań do tej książki. Zapytałem go wprost, czy nie obawia się, że rzetelna analiza naukowa okaże się dla homeopatii zabójcza. Odpowiedział:
— Jeśli homeopatia jest prawdą, żadna ilość badań jej nie zniszczy. Jeśli nie jest prawdą, żadna ilość wiary jej nie uratuje. W obu przypadkach powinniśmy chcieć wiedzieć.
Trudno o lepszy punkt wyjścia.
Powinienem wreszcie powiedzieć kilka słów o tym, czego ta książka celowo nie robi.
Nie rozstrzyga ostatecznie sporu o homeopatię. Nie mam ambicji ani kompetencji, by wydać finalny werdykt w sprawie, nad którą od dwustu lat biedzą się lekarze, naukowcy, filozofowie i politycy. Przedstawiam dowody, argumenty i konteksty — czytelnik sam wyciągnie wnioski. Jestem przekonany, że czytelnik dorosły i myślący samodzielnie nie potrzebuje, bym trzymał go za rękę i mówił mu, co ma sądzić.
Nie demonizuję ani nie heroizuję żadnej ze stron. Wśród homeopatów są ludzie głęboko oddani swoim pacjentom, obdarzeni niezwykłą empatią i spostrzegawczością kliniczną — ale są też szarlatani i cyniczni biznesmeni. Wśród krytyków homeopatii są rzetelni naukowcy kierujący się troską o dobro pacjentów — ale są też dogmatycy, dla których każda forma medycyny niezgodna z ich paradygmatem jest automatycznie „oszustwem”. Rzeczywistość, jak to zwykle bywa, jest bardziej skomplikowana niż slogany obu stron.
Nie ignoruję również problemu, który podnoszą socjologowie medycyny i który jest kluczowy dla zrozumienia popularności homeopatii: problemu kryzysu zaufania do medycyny konwencjonalnej. Kiedy przeciętna wizyta u lekarza pierwszego kontaktu trwa siedem minut i kończy się receptą na lek, którego mechanizm działania pacjent nie rozumie, a lista skutków ubocznych zajmuje dwie strony ulotki — nie powinno dziwić, że ten sam pacjent szuka alternatywy u kogoś, kto poświęci mu godzinę, wysłucha go z uwagą i poda mu lek, który przynajmniej na pewno nie zaszkodzi. Ted Kaptchuk z Harvard Medical School, jeden z najbardziej przenikliwych badaczy efektu placebo na świecie, ujął to w słowach, które wielokrotnie będą rezonować na kartach tej książki:
— Popularność medycyny alternatywnej mówi nam więcej o niedostatkach medycyny konwencjonalnej niż o zaletach jakiegokolwiek alternatywnego systemu.
To zdanie nie jest obroną homeopatii. Jest diagnozą, którą medycyna konwencjonalna powinna potraktować poważnie.
Jeszcze jedno zastrzeżenie, ostatnie, ale nie najmniej ważne. Pisząc tę książkę, cały czas miałem przed oczami konkretnych ludzi. Matkę, która podaje gorączkującemu dziecku Belladonnę C30 zamiast pojechać na oddział ratunkowy. Pacjenta onkologicznego, który rezygnuje z chemioterapii na rzecz preparatów homeopatycznych, bo homeopata przekonał go, że „chemia” zniszczy jego siłę życiową. Kobietę z depresją, która po latach nieskutecznego leczenia psychiatrycznego trafiła do gabinetu homeopaty i po raz pierwszy w życiu poczuła, że ktoś naprawdę ją słucha. Lekarza, który po trzydziestu latach praktyki konwencjonalnej zaczął stosować homeopatię i z autentycznym zdumieniem obserwuje poprawę u swoich pacjentów. Naukowca, który pisze kolejny grant na badanie ultramolekularnych rozcieńczeń, wiedząc, że kolega z sąsiedniego laboratorium uważa go za szarlatana.
Każdy z tych ludzi jest realny. Każdy zasługuje na uczciwą odpowiedź. Ta książka jest próbą takiej odpowiedzi.
Simon Singh i Edzard Ernst, autorzy głośnej książki Trick or Treatment, napisali we wstępie do niej zdanie, które traktuję jako wyzwanie i zobowiązanie zarazem:
— Prawda ma znaczenie. Ma znaczenie, czy terapia naprawdę działa, czy tylko wydaje się działać. Ma znaczenie, czy pacjent jest leczony, czy tylko pocieszany. I ma znaczenie, czy lekarz to wie.
Zgadzam się z tym bez zastrzeżeń. Dodam tylko, że prawda ma znaczenie również wtedy, gdy jest niewygodna — dla obu stron. I że poszukiwanie prawdy w medycyny nigdy nie jest prostą sprawą, bo na jej końcu zawsze stoi nie abstrakcyjna statystyka, lecz konkretny człowiek, który cierpi i szuka pomocy.
Zapraszam do lektury. Obiecuję, że będzie to podróż fascynująca — niezależnie od tego, dokąd nas zaprowadzi.
Warszawa, wiosna 2025
CZĘŚĆ I: GENEZA I KONTEKST HISTORYCZNY
Rozdział 1: Medycyna przed Hahnemannem
kontekst historyczny powstania homeopatii
Żeby zrozumieć, dlaczego pod koniec XVIII wieku młody, błyskotliwy, sfrustrowany niemiecki lekarz postanowił odrzucić wszystko, czego go nauczono, i zbudować od podstaw zupełnie nowy system medyczny, trzeba najpierw zrozumieć, z czym właściwie zerwał. Trzeba wejść do szpitala roku 1780. Trzeba poczuć zapach — bo to zapach jest pierwszym, co uderza. Potem zobaczyć krew. A potem usłyszeć krzyk.
Medycyna, z którą Samuel Hahnemann się rozprawił, nie była systemem łagodnym. Nie była nawet systemem ostrożnym. Była — mówiąc bez ogródek — systemem, który zabijał niemal tak skutecznie, jak choroby, z którymi walczył. I to nie z powodu złej woli lekarzy, lecz z powodu paradygmatu, w którym ci lekarze zostali ukształtowani. Paradygmatu liczącego sobie ponad dwa tysiące lat, przekazywanego z pokolenia na pokolenie z autorytetem, który nie dopuszczał wątpliwości. Żeby zrozumieć narodziny homeopatii, musimy cofnąć się do samych korzeni europejskiej tradycji medycznej — na wyspę Kos, do świątyni Asklepiosa, do człowieka, którego potomni nazwali ojcem medycyny.
Hipokrates z Kos, żyjący w V i IV wieku przed naszą erą, nie napisał prawdopodobnie większości tekstów, które mu przypisujemy. Zbiór znany jako Corpus Hippocraticum to dzieło wielu autorów, tworzących na przestrzeni kilku stuleci. Ale jedno jest pewne: to w tym zbiorze po raz pierwszy sformułowano zasady, które miały kształtować medycynę europejską przez następne dwa tysiąclecia.
Centralnym elementem medycyny hipokratejskiej była teoria humoralna — koncepcja, zgodnie z którą zdrowie człowieka zależy od równowagi czterech płynów ustrojowych, zwanych humorami: krwi, śluzu, żółci żółtej i żółci czarnej. Każdy z tych humorów był powiązany z jednym z czterech żywiołów (powietrze, woda, ogień, ziemia), z jedną z czterech pór roku i z jedną z czterech jakości elementarnych (ciepło, zimno, wilgoć, suchość). Zdrowie było stanem równowagi — eukrazji. Choroba była zaburzeniem tej równowagi — dyskrazją. Zadaniem lekarza było przywrócenie harmonii, najczęściej przez usunięcie nadmiaru tego humoru, który przeważał.
To właśnie z teorii humoralnej wyrosła praktyka, która zdominuje medycynę europejską na niemal dwadzieścia wieków: upust krwi. Jeśli choroba jest spowodowana nadmiarem krwi — rozumowali lekarze — należy ten nadmiar usunąć. Logika była prosta, elegancka i całkowicie błędna. Ale w świecie, w którym nie znano jeszcze ani bakterii, ani wirusów, ani mechanizmów zapalnych, ani roli układu odpornościowego, teoria humoralna oferowała coś bezcennego: spójne wyjaśnienie. Lekarz nie musiał mówić pacjentowi — nie wiem, co ci dolega. Mógł powiedzieć — nadmiar żółci czarnej, panie hrabio. Przeczyszczenie i upust krwi powinny pomóc.
Warto w tym miejscu odnotować pewien ironiczny fakt, który będzie rezonował przez całą tę książkę. W Corpus Hippocraticum pojawiają się dwie różne zasady leczenia. Pierwsza — contraria contrariis curantur — leczenie przez przeciwieństwa: gorączkę lecz chłodzeniem, suchość lecz nawilżaniem, nadmiar lecz usuwaniem. Ta zasada stała się fundamentem medycyny konwencjonalnej na następne dwa tysiąclecia. Ale w tym samym zbiorze, w traktacie O miejscach w człowieku, pojawia się również zasada druga — similia similibus curantur — leczenie przez podobieństwa: to, co wywołuje chorobę, może ją również leczyć. Na tę drugą zasadę — marginalną, zapomnianą, przeoczoną przez główny nurt medycyny — powoła się dwadzieścia trzy wieki później Samuel Hahnemann.
Jeśli Hipokrates zaszczepił ideę humoralną, to Galen z Pergamonu — żyjący w II wieku naszej ery, osobisty lekarz cesarza Marka Aureliusza — uczynił ją dogmatem. Galen był geniuszem systematyzacji. Potrafił wziąć luźny zbiór obserwacji, hipotez i intuicji i przekuć go w spójny, monumentalny system, który odpowiadał na każde pytanie i nie pozostawiał miejsca na wątpliwości. Jego pisma — obejmujące, według różnych szacunków, od dziesięciu do dwudziestu tysięcy stron — stały się biblią medyczną Europy na ponad tysiąc lat.
Galen rozbudował teorię humoralną do rozmiarów encyklopedycznych. Każda choroba, każdy objaw, każda konstytucja cielesna znalazła swoje miejsce w jego klasyfikacji. Opracował szczegółowy system temperamentów — sangwinicznego, cholerycznego, melancholicznego i flegmatycznego — który przetrwał w kulturze popularnej do dziś. Co ważniejsze, rozwinął i usystematyzował terapeutykę opartą na zasadzie przeciwieństw: jeśli choroba ma charakter „gorący i suchy”, leczyć ją należy środkami „chłodnymi i wilgotnymi”. Każda roślina lecznicza, każdy minerał, każdy produkt zwierzęcy został sklasyfikowany według czterech jakości i czterech stopni nasilenia. System był tak kompletny, tak logicznie spójny i tak wewnętrznie koherentny, że przez wieki nie pojawiła się potrzeba — ani odwaga — by go kwestionować.
Roy Porter, wybitny brytyjski historyk medycyny, autor monumentalnej pracy The Greatest Benefit to Mankind, pisał o dziedzictwie Galena z mieszaniną podziwu i przerażenia. Z podziwu — bo system Galena był intelektualnym arcydziełem swoich czasów. Z przerażenia — bo stał się on kajdanami, które skuwały medycynę europejską przez półtora tysiąclecia. Porównanie Portera jest trafne: galenizm był jak przepiękna, doskonale skonstruowana klatka. Chroniła przed chaosem niewiedzy, ale uniemożliwiała lot.
Warto na chwilę zatrzymać się przy postaci, która stanowi pomost między starożytną tradycją humoralną a późniejszymi próbami reformy — w tym, pośrednio, próbą Hahnemanna. Theophrastus Bombastus von Hohenheim, znany światu jako Paracelsus, był człowiekiem, który na początku XVI wieku podpalił metaforycznie — a według niektórych relacji również dosłownie — kanon medyczny Galena.
Paracelsus był postacią tak barwną, że gdyby nie istniał, trzeba by go wymyślić. Wędrowny lekarz, alchemik, mistyk, skandalista. Na wykładzie inauguracyjnym na uniwersytecie w Bazylei w 1527 roku miał publicznie spalić dzieła Galena i Awicenny, demonstrując w ten sposób swoje pogardę dla autorytetów. Czy rzeczywiście to zrobił, pozostaje przedmiotem sporów historyków, ale sam fakt, że ta legenda przetrwała pięć stuleci, świadczy o sile jego osobowości i radykalizmie jego poglądów.
Dla naszej opowieści Paracelsus jest ważny z dwóch powodów. Po pierwsze, sformułował tak zwaną doktrynę sygnatur — Doctrina Signaturum — przekonanie, że Bóg lub Natura oznaczyła substancje lecznicze zewnętrznymi znakami wskazującymi na ich terapeutyczne zastosowanie. Orzech włoski, kształtem przypominający mózg, miał leczyć choroby głowy. Glistnik jaskółcze ziele, o żółtym soku, miał leczyć żółtaczkę. Zasada ta — choć oparta na myśleniu magicznym, a nie empirycznym — zawierała w sobie zarodek idei korespondencji między substancją a chorobą, idei, którą Hahnemann radykalnie przeformułuje trzy wieki później.
Po drugie, Paracelsus wprowadził do medycyny koncepcję, która miała fundamentalne znaczenie dla przyszłej farmakologii — i dla homeopatii. To on powiedział słowa, które stały się jednym z najczęściej cytowanych aforyzmów w historii medycyny:
— Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną. Tylko dawka czyni truciznę.
Dosis sola facit venenum. W tych pięciu łacińskich słowach kryje się cała późniejsza toksykologia, cała farmakologia dawek, a także — choć sam Paracelsus nie mógł tego przewidzieć — zalążek dyskusji o ultramolekularnych rozcieńczeniach homeopatycznych. Bo jeśli dawka czyni truciznę, to co czyni dawka tak mała, że w roztworze nie ma już ani jednej molekuły substancji? Ale to pytanie przyjdzie dużo później. W XVI wieku wystarczył sam fakt, że ktoś ośmielił się podważyć dwutysięczletni autorytet.
Przeskoczmy teraz o dwa stulecia — do świata, w którym dorastał i kształcił się Samuel Hahnemann. Europa drugiej połowy XVIII wieku była kontynentem w stanie wrzenia intelektualnego. Oświecenie osiągało apogeum. Kant publikował Krytykę czystego rozumu. Lavoisier rewolucjonizował chemię. Franklin łapał pioruny. Jenner eksperymentował z ospą krowią. Nauka ruszała z kopyta, a medycyna — tkwiła w miejscu.
To nie jest przesada. W 1780 roku, kiedy dwudziestopięcioletni Hahnemann kończył studia medyczne w Erlangen, praktyka lekarska w Europie wciąż opierała się w zasadniczym stopniu na tych samych fundamentach, co za czasów Galena. Owszem, teoria humoralna była już kwestionowana przez nowsze koncepcje — mechanicyzm, jatromechanikę, jatrochemię, system Brunona, witalizm Stahla. Ale to, co działo się przy łóżku chorego, niewiele się zmieniło. Arsenał terapeutyczny lekarza końca XVIII wieku obejmował przede wszystkim trzy narzędzia: lancet do upustu krwi, emetyk do wywoływania wymiotów i środek przeczyszczający do gwałtownego opróżniania jelit.
Upust krwi — flebotomia — był praktykowany na skalę, która współczesnemu czytelnikowi wydaje się niepojęta. Benjamin Rush, najbardziej znany lekarz amerykański przełomu XVIII i XIX wieku, sygnatariusz Deklaracji Niepodległości, profesor medycyny na University of Pennsylvania, rutynowo ordynował upuszczanie od pół litra do ponad dwóch litrów krwi w ciągu jednego dnia. W trakcie epidemii żółtej gorączki w Filadelfii w 1793 roku Rush upuszczał swoim pacjentom do czterech piątych całkowitej objętości krwi, przekonany, że ciało ludzkie zawiera jej znacznie więcej, niż wskazywały ówczesne podręczniki anatomii. Wynik tych zabiegów nie wymagał szczególnej przenikliwości diagnostycznej: wielu pacjentów Rusha umierało — choć sam Rush, niezrażony, tłumaczył ich zgony zbyt późnym rozpoczęciem leczenia.
Rush nie był wyjątkiem. Był normą. François Broussais we Francji stosował pijawki w ilościach tak gigantycznych — według niektórych szacunków Francja importowała w szczytowym okresie ponad czterdzieści milionów pijawek rocznie — że niemal doprowadził do ich wyginięcia w europejskich akwenach. Lekarze ordynowali upusty krwi niemal na każdą dolegliwość: na gorączkę, na ból głowy, na kaszel, na melancholię, na poród, na zapalenie płuc. George Washington, pierwszy prezydent Stanów Zjednoczonych, zmarł w grudniu 1799 roku prawdopodobnie nie tyle z powodu anginy, która go zaatakowała, ile z powodu leczenia, jakiemu go poddano. W ciągu dwunastu godzin upuszczono mu prawie dwa i pół litra krwi — blisko połowę całkowitej objętości krążącej. Podano mu emetyk wymuszający wymioty, środek przeczyszczający i plastry z kantarydyną, które miały wywołać pęcherze na skórze, by — zgodnie z doktryną humoralną — odprowadzić chorobę na zewnątrz. Washington zmarł tej samej nocy, w wieku sześćdziesięciu siedmiu lat.
Historyk medycyny James Whorton, opisując ówczesne praktyki w książce Nature Cures: The History of Alternative Medicine in America, nie ukrywał oburzenia mimo naukowego dystansu. Nazywał medycynę XVIII i wczesnego XIX wieku „medycyną heroiczną” — nie w sensie pochwalnym, lecz w sensie brutalnej inwazyjności. Heroiczną, bo agresywnie interweniującą w organizm pacjenta. Heroiczną, bo wymagającą od pacjenta heroicznej wytrzymałości.
Ale upust krwi był tylko jednym elementem ówczesnego arsenału. Równie powszechne było stosowanie substancji, które dziś sklasyfikowalibyśmy jako trucizny. Rtęć — w postaci kalomelu (chlorku rtęciawego) — była lekiem pierwszego wyboru na zdumiewającą liczbę schorzeń: od kiły, przez gorączkę, po zaburzenia trawienne. Kalomel był podawany w dawkach wywołujących intensywne ślinotoki — pacjent wydzielał niekiedy do dwóch litrów śliny dziennie, a traktowano to jako dowód, że lek „działa”, wypędzając chorobę z organizmu. Efekty uboczne chronicznego stosowania rtęci — obluzowanie i wypadanie zębów, zanik kości żuchwy, uszkodzenie nerek, zaburzenia neurologiczne — były traktowane jako nieunikniony koszt leczenia. Arsen podawano jako tonik wzmacniający. Antymon jako emetyk. Opium jako uniwersalne panaceum — od bólów porodowych po biegunkę niemowląt.
Oliver Wendell Holmes, amerykański lekarz i poeta, profesor anatomii na Harvardzie, wygłosił w 1860 roku słynny wykład, w którym podsumował ówczesny stan farmakoterapii zdaniem, które stało się jednym z najczęściej cytowanych w historii medycyny:
— Jestem głęboko przekonany, że gdyby całą materię medyczną, w postaci obecnie używanej, zatopiono na dnie morza, byłoby to tym lepiej dla ludzkości — a tym gorzej dla ryb.
To zdanie nie było żartem. Holmes, jako lekarz konwencjonalny, wypowiadał się z pozycji wewnętrznej krytyki systemu, w którym sam pracował. I nie był w tym odosobniony. Wielu lekarzy XVIII i XIX wieku zdawało sobie sprawę z tego, że ich narzędzia są prymitywne, niebezpieczne i oparte na przesłankach, które nie wytrzymują konfrontacji z obserwacją kliniczną. Problem polegał na tym, że nie mieli niczego lepszego. Między wyuczoną bezradnością a brutalną interwencją nie istniała przestrzeń dla umiaru — bo umiarkowanie oznaczało, w oczach ówczesnych pacjentów i kolegów po fachu, brak działania. Lekarz, który nie ordynował upustu krwi i przeczyszczenia, mógł być uznany za leniwa, niekompetentnego lub — co gorsza — za kogoś, kto porzuca pacjenta na pastwę choroby.
Jest jeszcze jeden kontekst, bez którego nie sposób zrozumieć narodzin homeopatii: kontekst filozoficzny. Samuel Hahnemann nie żył w intelektualnej próżni. Był człowiekiem Oświecenia — wykształconym, oczytanym, władającym wieloma językami (niemiecki, łacina, greka, angielski, francuski, włoski, a według niektórych źródeł również hebrajski i arabski). Jego intelektualne korzenie sięgają do tradycji empiryzmu — przekonania, że wiedza powinna być oparta na doświadczeniu i obserwacji, nie na autorytecie i spekulacji.
To właśnie empiryzm — a ściślej: rozczarowanie faktem, że medycyna jego czasów jest czymś wręcz odwrotnym od empiryzmu — pchnął Hahnemanna do poszukiwań. W swoich wczesnych pismach wielokrotnie podkreślał, że medycyna powinna być nauką eksperymentalną, opartą na systematycznej obserwacji działania leków na zdrowych ludziach, nie na spekulatywnych teoriach o humorach i przeciwieństwach. Paradoks polega na tym, że system, który stworzył w wyniku tych poszukiwań — homeopatia — sam stanie się z czasem przedmiotem zarzutów o nieempiryczność i dogmatyzm. Ale to jest historia na kolejny rozdział.
Nie sposób pominąć tu również wpływu witalizmu — nurtu filozoficznego, który odegrał kluczową rolę w kształtowaniu myśli Hahnemanna. Witalizm, w najprostszym ujęciu, to przekonanie, że organizmy żywe różnią się od materii nieożywionej nie tylko stopniem złożoności, lecz obecnością odrębnej zasady ożywiającej — siły życiowej, vis vitalis, Lebenskraft. W Niemczech przełomu XVIII i XIX wieku witalizm był potężnym nurtem intelektualnym, reprezentowanym przez postaci tej miary co Georg Ernst Stahl — twórca teorii animizmu medycznego, wedle której dusza (anima) rządzi procesami życiowymi i chroni organizm przed rozkładem — oraz Johann Friedrich Blumenbach, który wprowadził pojęcie Bildungstrieb (popędu formacyjnego) jako siły kierującej rozwojem organizmu.
Hahnemann, formułując swoją koncepcję Dynamis — niematerialnej siły życiowej, której zaburzenie jest istotą choroby — wpisywał się więc w szeroki nurt witalistyczny swoich czasów. Nie wymyślił siły życiowej znikąd. Zaczerpnął ją z intelektualnej atmosfery epoki, przełożył na język medyczny i uczynił fundamentem swojego systemu terapeutycznego. To, że witalizm został później odrzucony przez naukę — symbolicznie po syntezie mocznika przez Friedricha Wöhlera w 1828 roku, która podważyła przekonanie o istotowej odrębności chemii organicznej — nie zmienia faktu, że w momencie narodzin homeopatii był on w pełni respektowanym stanowiskiem filozoficznym.
Ale jest jeszcze jeden czynnik, być może najważniejszy ze wszystkich, który wyjaśnia, dlaczego homeopatia mogła powstać właśnie wtedy, właśnie tam i właśnie w takiej formie. Jest nim kryzys zaufania.
Pod koniec XVIII wieku coraz więcej ludzi — zarówno wśród lekarzy, jak i wśród pacjentów — traciło wiarę w ortodoksyjną medycynę. Nie było to zjawisko nowe, ale nigdy wcześniej nie osiągnęło takiej skali i takiej intensywności. Przyczyny były oczywiste: medycyna heroiczna nie tylko nie pomagała, ale często szkodziła. Pacjenci, którzy przeżyli chorobę bez leczenia, mieli nierzadko lepsze rokowania niż ci, którzy poddali się opiece lekarskiej. Statystyki były bezlitosne, choć w tamtych czasach nikt nie prowadził systematycznych analiz.
To właśnie w tę szczelinę — między potrzebą leczenia a rozczarowaniem dostępnymi metodami — wsunął się Hahnemann ze swoją propozycją. Propozycją, która obiecywała leczenie łagodne, bezpieczne, oparte na systematycznej obserwacji, indywidualnie dobrane do każdego pacjenta. Propozycją, która zastępowała lancet i kalomel maleńkimi granulkami tak łagodnymi, że — jak przekonywał Hahnemann — nie mogły zaszkodzić nawet niemowlęciu.
Czy ta propozycja była naukowo uzasadniona? To pytanie, na które odpowiedzi będziemy szukać w kolejnych rozdziałach. Ale na jedno pytanie możemy odpowiedzieć już teraz: czy ta propozycja była zrozumiała w swoim kontekście historycznym? Absolutnie tak. W świecie, w którym lekarze zabijali pacjentów rtęcią i upustem krwi, idea, że mniej znaczy więcej — że najniższa skuteczna dawka jest najlepszą dawką, że organizm ma własną zdolność uzdrawiania, którą trzeba tylko delikatnie pobudzić — nie była szaleństwem. Była głosem rozsądku. Tragiczna ironia polega na tym, że Hahnemann, wychodząc od tej głęboko racjonalnej przesłanki, doszedł do wniosków, które większość współczesnych naukowców uważa za sprzeczne z prawami fizyki i chemii. Ale o tym opowiemy w swoim czasie.
Na razie zapamiętajmy ten obraz: koniec XVIII wieku, Europa Oświecenia, medycyna, która kaleczy i zabija, pacjenci, którzy tracą zaufanie, i młody lekarz z Saksonii, który pewnego dnia siada do tłumaczenia podręcznika farmakologii szkockiego profesora Williama Cullena i natrafia na fragment o korze chinowej. Ten fragment zmieni historię medycyny — lub, jak wolą krytycy, historię medycznej iluzji. Ale zmieni ją nieodwracalnie.
Albrecht von Haller, wielki fizjolog berneński, który zmarł dekadę przed początkiem kariery Hahnemanna, zostawił po sobie zdanie, które mogłoby służyć za epitafium całej medycyny XVIII wieku i za epigraf do całej historii homeopatii. Haller napisał:
— Gdybyśmy znali prawdziwą naturę choroby tak dobrze, jak znamy nazwy, które jej nadajemy, bylibyśmy znacznie dalej.
Hahnemann przeczytał te słowa — i potraktował je śmiertelnie poważnie. Zbyt poważnie, powiedzą jedni. Nie dość poważnie, powiedzą drudzy. Ale nikt nie powie, że je zignorował. Pozostaje nam przejść do następnego rozdziału, by zobaczyć, co z nimi zrobił.
Rozdział 2: Samuel Hahnemann
życie, dzieło i ewolucja myśli
Christian Friedrich Samuel Hahnemann przyszedł na świat 10 kwietnia 1755 roku w Meissen, niewielkim mieście w Saksonii, znanym przede wszystkim z produkcji porcelany. Jego ojciec, Christian Gottfried Hahnemann, był malarzem porcelany w słynnej manufakturze miśnieńskiej — rzemieślnikiem o skromnych dochodach, ale nieprzeciętnych ambicjach intelektualnych. To ojciec nauczył młodego Samuela czegoś, co okaże się ważniejsze niż jakikolwiek wykład uniwersytecki: nawyku samodzielnego myślenia. Metoda była prosta i oryginalna zarazem. Christian Gottfried dawał synowi zagadkę do rozwiązania, zamykał go w pokoju i wracał po kilku godzinach, by sprawdzić, do jakich wniosków doszedł chłopiec. Nie chodziło o poprawną odpowiedź — chodziło o proces myślowy, o umiejętność analizowania problemu z różnych stron, o odwagę kwestionowania pozornych oczywistości.
Ta anegdota, przekazywana przez wczesnych biografów Hahnemanna — przede wszystkim przez Richarda Haehla, autora monumentalnej dwutomowej biografii opublikowanej w 1922 roku — może być oczywiście upiększona przez hagiograficzną tradycję. Ale nawet jeśli jest przesadzona, dobrze oddaje ducha, w jakim Hahnemann się wychował. Był dzieckiem, które nauczono pytać. A pytania, które stawiał przez całe życie, okazały się wystarczająco prowokacyjne, by zmienić bieg historii medycyny — lub przynajmniej stworzyć jeden z jej najbardziej fascynujących i kontrowersyjnych rozdziałów.
Edukacja Hahnemanna przebiegała w sposób, który budzi podziw nawet z perspektywy dwóch i pół stulecia. Chłopiec z rodziny rzemieślnika nie miał ani środków, ani koneksji, by otworzyć sobie drzwi do świata nauki. Otworzył je talentem. W szkole książęcej w Meissen — elitarnej placówce, do której przyjmowano go dzięki wyjątkowym zdolnościom, zwalniając z opłat — młody Samuel wyróżniał się przede wszystkim w językach. Łacina, greka, angielski, francuski, włoski — każdy kolejny język przychodził mu z łatwością, która zdumiewa, ale też wiele wyjaśnia. Bo to właśnie znajomość języków stała się kluczem, który otworzył mu dostęp do całej ówczesnej wiedzy medycznej i farmakologicznej — i który doprowadził go, drogą zupełnie nieoczekiwaną, do sformułowania zasad homeopatii.
W 1775 roku, w wieku dwudziestu lat, Hahnemann rozpoczął studia medyczne na uniwersytecie w Lipsku. Studiował w biedzie tak skrajnej, że — jak sam wspominał w późniejszych pismach — utrzymywał się przede wszystkim z tłumaczeń tekstów medycznych z angielskiego i francuskiego, które sprzedawał lipskim wydawcom. To właśnie wtedy, podczas tych nocnych godzin spędzonych nad tłumaczeniami, zaczął formować się jego krytyczny stosunek do medycyny, która go otaczała. Czytając dzieła najwybitniejszych lekarzy i farmakologów Europy, widział coraz wyraźniej przepaść między ambicjami medycyny a jej rzeczywistymi możliwościami. Widział sprzeczności między autorami, którzy z jednakową pewnością siebie zalecali wzajemnie wykluczające się terapie. Widział brak empirycznego fundamentu pod teoriami, które prezentowano studentom jako niepodważalną wiedzę.
Po dwóch latach w Lipsku — rozczarowany poziomem nauczania klinicznego, które było niemal wyłącznie teoretyczne, bez kontaktu z pacjentami — Hahnemann przeniósł się do Wiednia. Tam trafił pod opiekę Josepha von Quarina, wybitnego lekarza i klinicysty, który jako jeden z nielicznych ówczesnych profesorów prowadził regularne zajęcia przy łóżku chorego w Leopoldstädter Krankenhaus. To było formacyjne doświadczenie. Quarin nauczył Hahnemanna czegoś, czego nie mógł się nauczyć z książek: systematycznej obserwacji klinicznej, uważności wobec indywidualnych objawów pacjenta, pokory wobec złożoności choroby. Hahnemann wspominał go później z wdzięcznością, nazywając jednym z niewielu naprawdę wielkich lekarzy, jakich spotkał.
Ale Wiedeń był drogi, a Hahnemann biedny. Po niespełna roku musiał opuścić stolicę cesarstwa i szukać patrona, który sfinansowałby dokończenie studiów. Znalazł go w osobie gubernatora Siedmiogrodu, barona Samuela von Brukenthal, który zatrudnił go jako bibliotekarza i lekarza domowego w Hermannstadt (dzisiejszy Sibiu w Rumunii). To tam, w bogatej bibliotece Brukenthala, Hahnemann kontynuował swoją wszechstronną edukację — nie tylko medyczną, lecz również chemiczną, mineralogiczną, botaniczną. W 1779 roku obronił doktorat na Uniwersytecie w Erlangen, przedstawiając rozprawę Conspectus adfectuum spasmodicorum aetiologicus et therapeuticus — o etiologii i terapii stanów spastycznych. Miał dwadzieścia cztery lata i tytuł doktora medycyny. Mógł rozpocząć praktykę lekarską.
Rozpoczął ją — i niemal natychmiast popadł w rozczarowanie, które miało zdefiniować następną dekadę jego życia. Hahnemann praktykował kolejno w kilkunastu miastach i miasteczkach Saksonii, Turyngii i Dolnej Saksonii: w Hettstedt, Dessau, Gommern, Dreźnie, Lipsku, Stötteritz i wielu innych. Nigdzie nie zagrzał miejsca na dłużej. Powody były złożone — po części finansowe, bo prowincjonalna praktyka lekarska nie zapewniała stabilnych dochodów, po części temperamentalne, bo Hahnemann był człowiekiem trudnym, bezkompromisowym, nieskłonnym do dyplomacji. Ale głównym powodem jego frustracji było coś głębszego: rosnące przekonanie, że medycyna, którą praktykuje, jest bezwartościowa — a niekiedy szkodliwa.
W jednym z listów z tego okresu — cytowanym przez Haehla — Hahnemann pisał do swojego przyjaciela, aptekarza:
— Stałem się sobie wstrętny, odkąd zrozumiałem, że to, czego mnie uczono, nie prowadzi ani do pewnej diagnozy, ani do skutecznego leczenia. Ja, który miałem pomagać chorym, w istocie tylko przedłużam ich cierpienie — lub skracam im życie.
To nie była poza intelektualisty. To był autentyczny kryzys sumienia. Hahnemann, w przeciwieństwie do wielu kolegów po fachu, nie potrafił ordynować krwawych upustów i toksycznych dawek rtęci z lekkim sercem, usprawiedliwiając się tradycją i autorytetem. Był zbyt uczciwy — lub zbyt uparty — by kontynuować praktykę, w którą nie wierzył.
Około 1784 roku podjął decyzję, która w tamtych czasach graniczyła z samobójstwem zawodowym: porzucił praktykę lekarską. Mając żonę — poślubioną w 1782 roku Johannę Henriette Leopoldine Küchler, córkę aptekarza z Dessau — i rosnącą rodzinę (docelowo jedenaścioro dzieci), utrzymywał się odtąd wyłącznie z pracy tłumacza i autora tekstów z zakresu chemii, farmacji i higieny. W ciągu następnych lat przetłumaczył na niemiecki ponad dwadzieścia obszernych dzieł, w tym prace Cullena, Monro, Balla, Nugenta i innych. Napisał też własne traktaty — o zatruciu arsenem, o chorobach wenerycznych, o higienie, o przygotowywaniu leków. Był płodny, kompetentny, szanowany jako autor — ale sfrustowany jako lekarz, który przestał leczyć, bo nie umiał leczyć uczciwie.
I wtedy nastąpił moment, który zmienił wszystko. Rok 1790 jest datą graniczną w historii homeopatii — choć sam Hahnemann nie mógł jeszcze wiedzieć, że przekracza próg, za którym nie ma powrotu.
Pracował właśnie nad tłumaczeniem Materia Medica Williama Cullena, szkockiego profesora medycyny z Edynburga, jednego z najwybitniejszych farmakologów swoich czasów. W rozdziale poświęconym korze chinowej — Cinchona officinalis, źródłu chininy, podstawowego leku przeciw malarii — Cullen wyjaśniał jej skuteczność działaniem wzmacniającym na żołądek. Hahnemann, który miał bardzo niską tolerancję na wyjaśnienia, które uważał za bezzasadne, nie przyjął tego tłumaczenia. Postanowił sprawdzić empirycznie, jak kora chinowa działa na zdrowy organizm.
Zrobił coś, co było wówczas niezwykłe, a z dzisiejszej perspektywy wydaje się protoeksperymentem farmakologicznym: przyjął dawkę kory chinowej sam, będąc zdrowym, i skrupulatnie zanotował objawy, które u niego wystąpiły. Efekty, które opisał, były zdumiewające — przynajmniej w jego relacji. Pojawiły się objawy łudząco podobne do tych, które towarzyszą gorączce przerywanej (malarii): dreszcze, pulsowanie w głowie, przyśpieszenie tętna, sztywność stawów, okresowe nawroty objawów.
W przypisie do tłumaczenia Cullena Hahnemann zapisał:
— Przyjmowałem, w ramach eksperymentu, dwa razy dziennie cztery drachmy dobrej chinowej kory i za każdym razem pojawiały się u mnie objawy, z którymi zapoznałem się jako typowymi dla gorączki przerywanej — a nie cierpiałem na nią wcale.
To zdanie — zapisane w przypisie tłumacza, nie w osobnym traktacie, nie na mównicy uniwersyteckiej, lecz na marginesie cudzej książki — jest aktem założycielskim homeopatii. Bo z tego pojedynczego obserwacji Hahnemann wyciągnął wniosek, który miał go prowadzić przez następne pięćdziesiąt lat: substancja, która u zdrowego człowieka wywołuje określone objawy, może leczyć chorego cierpiącego na podobne objawy. Similia similibus curentur. Podobne niech będzie leczone podobnym.
Trzeba w tym miejscu zastrzec — bo uczciwość naukowa tego wymaga — że eksperyment z chinową korą był i pozostaje kontrowersyjny. Współczesne próby replikacji nie potwierdziły, by kora chinowa wywoływała u zdrowych ludzi objawy przypominające malarię. Wielu historyków medycyny i farmakologów sugeruje, że Hahnemann mógł doświadczyć reakcji alergicznej, efektu nocebo lub zwykłej sugestii. Ale to, co myślimy dziś o tym eksperymencie, jest mniej ważne niż to, co pomyślał o nim Hahnemann w 1790 roku. A pomyślał: oto klucz.
Przez następne sześć lat — od 1790 do 1796 — Hahnemann prowadził systematyczne próby lekowe, które nazwał Prüfungen (sprawdzenia, doświadczenia). Metodę określiłby dziś farmakolog jako rudymentarną: Hahnemann podawał różne substancje zdrowym ochotnikom — przede wszystkim sobie samemu, członkom rodziny i grupie zaufanych współpracowników — i szczegółowo notował wszystkie objawy, które się pojawiały. Objawy fizyczne, psychiczne, emocjonalne. Modalności — to znaczy czynniki modyfikujące: pora dnia, w której objaw się nasila lub słabnie, wpływ ciepła, zimna, ruchu, odpoczynku, jedzenia, emocji. Każdy szczegół był rejestrowany z maniakalną dokładnością.
W 1796 roku Hahnemann opublikował artykuł, który uważa się za pierwszą systematyczną prezentację zasad nowego systemu medycznego. Tytuł brzmiał: Versuch über ein neues Princip zur Auffindung der Heilkräfte der Arzneisubstanzen nebst einigen Blicken auf die bisherigen — w wolnym tłumaczeniu: Próba nowej zasady odkrywania sił leczniczych substancji lekarskich, z pewnymi uwagami o dotychczasowych. Artykuł ukazał się w Hufelands Journal der practischen Arzneykunde, jednym z najbardziej prestiżowych czasopism medycznych ówczesnych Niemiec, redagowanym przez Christopha Wilhelma Hufelanda, lekarza dworu pruskiego. To świadczy o czymś ważnym: Hahnemann nie był w 1796 roku outsiderem ani szarlatanem. Był szanowanym autorem publikującym w mainstreamowych pismach medycznych, a jego idee — choć kontrowersyjne — były traktowane poważnie przez establishment.
Ale prawdziwym pomnikiem systemu Hahnemanna nie był artykuł z 1796 roku. Był nim Organon der rationellen Heilkunde — Organon racjonalnej sztuki leczenia — którego pierwsze wydanie ukazało się w 1810 roku. Tytuł zmieniony w kolejnych wydaniach na Organon der Heilkunst — Organon sztuki leczenia — stał się biblią homeopatii, jej manifestem, jej konstytucją i jej katechizmem w jednym.
Hahnemann opublikował za życia pięć wydań Organon (1810, 1819, 1824, 1829, 1833). Szóste wydanie, ukończone krótko przed śmiercią w 1843 roku, zostało opublikowane pośmiertnie dopiero w 1921 roku — po niemal osiemdziesięciu latach, które rękopis spędził w prywatnych rękach. Każde kolejne wydanie przynosiło modyfikacje — niekiedy subtelne, niekiedy fundamentalne — odzwierciedlające ewolucję myśli autora. Porównanie sześciu wydań to fascynujące studium umysłu, który nie przestaje szukać, kwestionować, rewidować — ale który też z czasem staje się coraz bardziej dogmatyczny, coraz mniej tolerancyjny wobec odstępstw od własnej doktryny.
Słynny paragraf pierwszy Organon ustanawia cel: Jedynym i najwyższym powołaniem lekarza jest przywracanie zdrowia choremu, co nazywa się leczeniem. Paragraf drugi definiuje ideał leczenia: Najwyższym ideałem leczenia jest szybkie, łagodne i trwałe przywrócenie zdrowia, usunięcie i zniszczenie choroby w całości, drogą najkrótszą, najpewniejszą i najmniej szkodliwą. Te dwa paragrafy — proste, eleganckie, trudne do zakwestionowania — stanowią fundament, na którym wznosi się reszta gmachu. I trzeba przyznać, że nawet najzagorzalszy krytyk homeopatii nie znalazłby w tych dwóch zdaniach niczego, z czym mógłby się nie zgodzić.
Problemy zaczynają się dalej. W paragrafach 9 do 16 Hahnemann wprowadza koncepcję siły życiowej — Lebenskraft, Dynamis — niematerialnej zasady, która ożywia organizm i której zaburzenie jest istotą choroby. W paragrafach 22 do 27 formułuje zasadę podobieństwa jako jedyną prawidłową zasadę leczenia. W paragrafach 269 do 271 opisuje proces dynamizacji — seryjnego rozcieńczania i wstrząsania — jako sposób uwalniania duchowej mocy leczniczej substancji. Z każdym kolejnym wydaniem te koncepcje stawały się coraz bardziej radykalne. W pierwszym wydaniu Hahnemann stosował jeszcze stosunkowo niskie rozcieńczenia i nie wyklucza dawek materialnych. W piątym i szóstym wydaniu mówi już o potencjach ultramolekularnych — rozcieńczeniach tak wysokich, że statystycznie nie zawierają ani jednej molekuły substancji wyjściowej — i o skali LM (pięćdziesięciotysięcznej), która pozwala na jeszcze głębszą dynamizację.
Między pierwszym a ostatnim wydaniem Organon wydarzyło się jednak coś, co zmieniło homeopatię nie mniej niż zasada podobieństwa czy dynamizacja. W 1828 roku Hahnemann opublikował dzieło, które podzieliło środowisko homeopatyczne na dziesięciolecia i które do dziś budzi kontrowersje nawet wśród jego zwolenników: Die chronischen Krankheiten, ihre eigenthümliche Natur und homöopathische Heilung — Choroby przewlekłe, ich swoista natura i leczenie homeopatyczne.
Problem, który skłonił Hahnemanna do napisania tej pracy, był kliniczny i naglący. Po kilkudziesięciu latach praktyki homeopatycznej — bo Hahnemann wrócił do leczenia pacjentów, stosując już własny system — zauważył, że o ile choroby ostre reagują na leki homeopatyczne często szybko i skutecznie, o tyle choroby przewlekłe mają tendencję do nawrotów. Pacjent poprawiał się po podaniu leku, ale po pewnym czasie objawy wracały — w tej samej lub zmienionej postaci. Dlaczego?
Odpowiedź, którą Hahnemann sformułował, była równie odważna, co spekulatywna. Choroby przewlekłe — argumentował — nie są chorobami samodzielnymi. Są przejawami głębszych, ukrytych zaburzeń, które nazwał miazmami. Zidentyfikował trzy fundamentalne miazmy: Psorę, Sycosis i Syphilis. Psora — wywodzona etymologicznie od greckiego słowa oznaczającego świąd — była według Hahnemanna najstarszym, najbardziej fundamentalnym i najbardziej destrukcyjnym miazmem, odpowiedzialnym za siedem ósmych wszystkich chorób przewlekłych. Jej źródłem historycznym miał być tłumiony świerzb — wysypka, która zamiast być leczona zewnętrznie, była „wgniatana” do wnętrza organizmu przez maści i płukanki, powodując stopniowe, wielopokoleniowe zatrucie siły życiowej. Sycosis wiązała się z rzeżączką i przejawiała tendencją do nadmiernego wzrostu tkanek — brodawkami, polipami, nowotworami łagodnymi. Syphilis wiązała się z kiłą i przejawiała destrukcją tkanek — owrzodzeniami, martwicą, degeneracją.
Teoria miazmów spotkała się z ostrą krytyką — nie tylko ze strony lekarzy konwencjonalnych, ale również ze strony wielu homeopatów. Nawet lojalni uczniowie Hahnemanna mieli trudności z przyjęciem koncepcji tak spekulatywnej, tak trudnej do weryfikacji empirycznej i tak daleko wychodzącej poza obserwowalne fakty kliniczne. Ale Hahnemann obstawał przy niej z żelaznymi uporem. W jego oczach teoria miazmów wypełniała lukę, której nie mogła wypełnić sama zasada podobieństwa: wyjaśniała, dlaczego choroby przewlekłe nie reagują na leczenie tak, jak powinny, i wskazywała kierunek poszukiwania głębszych leków — tak zwanych leków antypsorycznych, antysykotycznych i antysyfilitycznych.
Ostatnie lata życia Hahnemanna były — wbrew temu, czego można by się spodziewać po starzejącym się reformatorze — okresem nieoczekiwanego rozkwitu osobistego, choć nie pozbawionym kontrowersji. W 1835 roku, w wieku osiemdziesięciu lat, Hahnemann — wdowiec od zaledwie kilku miesięcy, gdyż Johanna zmarła w marcu tego roku — poślubił Mélanie d’Hervilly, trzydziestopięcioletnią Francuzkę z paryskiej bohemy, poetkę i malarkę, która przyjechała do Köthen specjalnie, by leczyć się u słynnego homeopaty. Małżeństwo to — szokujące dla otoczenia ze względu na różnicę wieku, pochodzenia i temperamentów — okazało się przełomem w życiu Hahnemanna. Mélanie zabrała go do Paryża, gdzie na nowo rozkwitła jego praktyka. Para osiedliła się w eleganckim mieszkaniu przy rue de Milan, a później przy rue Madame, i przyjmowała pacjentów z najwyższych sfer paryskiego społeczeństwa.
Paryski okres Hahnemanna jest fascynujący z kilku powodów. Po pierwsze, to właśnie wtedy — między 1835 a 1843 rokiem — Hahnemann opracował szóste wydanie Organon, wprowadzając między innymi skalę LM (pięćdziesięciotysięczną) rozcieńczeń, która miała pozwolić na łagodniejsze i głębsze leczenie. Po drugie, Mélanie — energiczna, ambitna, inteligentna — stała się faktyczną partnerką Hahnemanna w praktyce, prowadząc konsultacje, sporządzając leki, a po śmierci męża kontynuując praktykę homeopatyczną na własną rękę, mimo procesów sądowych wytoczonych jej przez paryskie cechy lekarskie za nielegalne wykonywanie zawodu. Mélanie jest postacią, która zasługuje na osobną książkę — i doczekała się jej, dzięki pracom Rima Handley i innych badaczek feministycznej historii medycyny.
Hahnemann zmarł 2 lipca 1843 roku w Paryżu, w wieku osiemdziesięciu ośmiu lat. Pochowany został na cmentarzu Montmartre, choć później jego szczątki przeniesiono na prestiżowy cmentarz Père-Lachaise, gdzie spoczywa obok Chopina, Wilde’a i Morrisona. Jego grób — ozdobiony napisem Non inutilis vixi, „nie żyłem bezużytecznie” — stał się miejscem pielgrzymek homeopatów z całego świata.
Jak oceniać Hahnemanna z perspektywy ponad dwóch stuleci? To pytanie, na które nie ma prostej odpowiedzi, bo sam Hahnemann był postacią pełną paradoksów.
Był empirystą, który głosił, że medycyna powinna opierać się na doświadczeniu i obserwacji — ale stworzył system oparty na zasadach, których nie sposób zweryfikować empirycznie. Był racjonalistą, uczniem oświeceniowej tradycji krytycznego myślenia — ale z czasem stawał się coraz bardziej dogmatyczny, odrzucając wszelkie modyfikacje swojego systemu i ekskomunikując uczniów, którzy ośmielali się od niego odstąpić. Był humanistą, który porzucił praktykę lekarską, bo nie mógł znieść krzywdzenia pacjentów — ale potrafił być bezwzględny wobec kolegów, którzy nie podzielali jego poglądów.
Richard Haehl, jego najbardziej szczegółowy biograf, przedstawiał go jako geniusza i proroka, niezrozumianego przez swoją epokę. Martin Gumpert, autor bardziej krytycznej biografii z 1945 roku, widział w nim człowieka o nieprzeciętnym intelekcie, ale też o narcystycznej osobowości, niezdolnego do kompromisu i coraz bardziej zamkniętego w kokonie własnej nieomylności. Linn Boyd, historyk medycyny, określił go jako jednego z tych reformatorów, którzy mają rację w diagnozie — medycyna XVIII wieku rzeczywiście była brutalna i nieskuteczna — ale proponują terapię, która okazuje się iluzoryczna.
Prawda leży prawdopodobnie gdzieś pomiędzy tymi ocenami. Hahnemann miał rację, że medycyna jego czasów potrzebowała radykalnej reformy. Miał rację, że leczenie powinno być indywidualizowane, łagodne i oparte na obserwacji. Miał rację, że objawy pacjenta zasługują na więcej uwagi, niż im poświęcano. Miał rację, że leki powinny być testowane na zdrowych ludziach, zanim zostaną podane chorym — zasada, którą farmakologia konwencjonalna przyjmie dopiero wiele dziesięcioleci później. W tych wszystkich kwestiach Hahnemann wyprzedzał swoją epokę w sposób, który budzi szacunek.
Ale miał też — zdaniem większości współczesnych naukowców — fundamentalnie błędne odpowiedzi na słuszne pytania. Zasada podobieństwa, choć intrygująca jako hipoteza, nie znalazła potwierdzenia jako uniwersalna reguła terapeutyczna. Dynamizacja — idea, że ekstremalnie rozcieńczony roztwór zyskuje większą moc leczniczą — jest sprzeczna z prawami fizyki i chemii, jakie znamy. Teoria miazmów, choć zawierała zarodek intuicji o predyspozycjach chorobowych, była spekulacją niemożliwą do weryfikacji.
Robert Jütte, niemiecki historyk medycyny i autor jednej z najlepszych współczesnych monografii o historii medycyny alternatywnej, ujął to trafnie:
— Hahnemann był jednocześnie dzieckiem Oświecenia i jego zdrajcą. Wyszedł od empiryzmu, ale doszedł do dogmatu. Zaczął od obserwacji, a skończył na objawieniu.
To zdanie jest surowe, ale trudno mu odmówić trafności. Hahnemann, który w 1790 roku potrafił zakwestionować cały gmach medycyny akademickiej w imię rzetelnej obserwacji, w 1840 roku nie tolerował już żadnych odstępstw od własnego systemu. Uczniów, którzy próbowali modyfikować jego nauki — łączyć homeopatię z elementami medycyny konwencjonalnej, eksperymentować z dawkami, poszerzać materia medica o nowe substancje badane innymi metodami — traktował jak zdrajców i heretyków.
To napięcie — między otwartością a dogmatyzmem, między empiryzmem a doktryną, między innowacją a ortodoksją — będzie towarzyszyć homeopatii przez całą jej dalszą historię, aż do dziś. Kolejne pokolenia homeopatów będą musiały ciągle na nowo odpowiadać na pytanie: czym jest wierność dziedzictwu Hahnemanna? Czy wiernością jest powtarzanie jego słów co do litery, jak chcą purystyczni unicyści? Czy może wiernością jest kontynuowanie jego metody — metody kwestionowania, obserwowania, eksperymentowania — nawet jeśli prowadzi ona do wniosków, których sam Hahnemann by nie zaakceptował?
Zostawiam to pytanie otwartym, bo jest ono bardziej pytaniem o naturę każdej tradycji intelektualnej niż wyłącznie o homeopatię. Ale zanim przejdziemy do dalszych losów systemu, który Hahnemann stworzył, warto zapamiętać obraz, od którego wszystko się zaczęło: samotny tłumacz, siedzący nocą nad stronami cudzej książki, który natrafia na fragment o korze chinowej i — zamiast przetłumaczyć go mechanicznie i przejść dalej — postanawia sprawdzić go na sobie. Ten gest — gest człowieka, który odmawia przyjmowania czegokolwiek na wiarę — jest tym, co w Hahnemannie budzi największy szacunek. Niezależnie od tego, co sądzimy o wnioskach, do których ten gest go doprowadził.
Rozdział 3: Historia homeopatii po Hahnemannie
od rozkwitu do marginalizacji i renesansu
Samuel Hahnemann umierał w Paryżu latem 1843 roku, zostawiając po sobie system medyczny, który był jednocześnie precyzyjnie skodyfikowany i wewnętrznie niespójny. Precyzyjnie skodyfikowany — bo sześć wydań Organon, Materia Medica Pura, Choroby przewlekłe i setki drobniejszych tekstów tworzyły imponujący korpus doktrynalny, jakiego nie posiadał żaden inny reformator medycyny. Wewnętrznie niespójny — bo Hahnemann na przestrzeni pięćdziesięciu lat wielokrotnie zmieniał zdanie w kwestiach fundamentalnych, a szóste wydanie Organon, zawierające najbardziej radykalne rewizje, leżało w rękopisie w szufladzie Mélanie, gdzie miało spędzić następne siedemdziesiąt osiem lat. Uczniowie Hahnemanna odziedziczyli więc nie tyle doktrynę, ile pole bitwy — pole, na którym natychmiast po śmierci mistrza wybuchła wojna domowa trwająca w różnych formach do dziś.
Ale zanim przejdziemy do wojen wewnętrznych, opowiedzmy o podboju świata. Bo to, co wydarzyło się z homeopatią w ciągu dwóch dekad po śmierci Hahnemanna, było ekspansją na skalę, której sam twórca prawdopodobnie nie przewidywał.
Rozprzestrzenianie się homeopatii w Europie rozpoczęło się jeszcze za życia Hahnemanna, ale nabrało prawdziwego rozpędu w latach czterdziestych i pięćdziesiątych XIX wieku. Mechanizm był prosty i powtarzalny: w każdym niemal kraju europejskim znajdował się lekarz lub grupa lekarzy, którzy — rozczarowani konwencjonalną medycyną, zaintrygowani publikacjami Hahnemanna, a niekiedy po prostu poszukujący czegoś nowego — podejmowali próbę zastosowania zasad homeopatycznych w praktyce. Jeśli wyniki wydawały im się obiecujące, stawali się propagatorami nowej metody, przyciągali kolejnych zwolenników, zakładali towarzystwa, otwierali przychodnie, a wreszcie szpitale.
W Niemczech — ojczyźnie homeopatii — rozwój był naturalnie najwcześniejszy i najintensywniejszy. Już w latach dwudziestych XIX wieku działało kilkadziesiąt praktyk homeopatycznych, a w 1829 roku powstało pierwsze niemieckie towarzystwo homeopatyczne. Ale prawdziwą siłą napędową niemieckiej homeopatii nie byli lekarze, lecz arystokraci i monarchowie. Książę Schwarzenberg, feldmarszałek austriacki, leczył się u samego Hahnemanna — co prawda zmarł w trakcie kuracji, co krytycy skwapliwie wykorzystywali, ale zwolennicy tłumaczyli zaawansowanym stadium choroby i wcześniejszym leczeniem konwencjonalnym, które zniszczyło organizm pacjenta zanim Hahnemann zdążył pomóc. Królowa Adelaida, żona Wilhelma IV Hanowerskiego, była jawną zwolenniczką homeopatii. Król Bawarii zlecił w 1835 roku przeprowadzenie formalnego testu homeopatii — prawdopodobnie pierwszego zaślepionego eksperymentu klinicznego w historii medycyny — którego wyniki, jakkolwiek interpretowane, świadczą o tym, że władcy traktowali tę metodę poważnie.
We Francji homeopatia znalazła podatny grunt w paryskich salonach, a następnie — dzięki energii Mélanie Hahnemann i jej kontaktom w świecie artystycznym i arystokratycznym — wśród wyższych klas społecznych. Comte des Guidi, lekarz z Lyonu, stał się jednym z pierwszych i najbardziej wpływowych propagatorów homeopatii we Francji. Do połowy XIX wieku w Paryżu działały już szpitale homeopatyczne, a francuscy homeopaci opublikowali dziesiątki podręczników i periodyków.
W Wielkiej Brytanii homeopatia trafiła na grunt szczególnie sprzyjający — i szczególnie konfliktowy jednocześnie. Frederick Hervey Foster Quin, lekarz wykształcony w Edynburgu, uczeń Hahnemanna, arystokrata z koneksjami na najwyższych szczeblach brytyjskiego społeczeństwa, otworzył w 1849 roku London Homoeopathic Hospital — szpital, który miał działać pod różnymi nazwami przez następne sto siedemdziesiąt lat, aż do przekształcenia w Royal London Hospital for Integrated Medicine w 2010 roku. Quin był postacią charyzmatyczną i politycznie zręczną. Rozumiał, że w Wielkiej Brytanii, gdzie medycyna konwencjonalna była silnie zinstytucjonalizowana i podejrzliwa wobec zagranicznych nowinek, homeopatia może przetrwać tylko pod warunkiem, że zdobędzie patronat korony. I zdobyła go. Rodzina królewska brytyjska — od królowej Adelajdy, przez księcia Alberta, po współczesnych Windsorów — pozostaje do dziś najbardziej znanym i najdłużej trwającym patronem homeopatii na świecie. Książę Karol, obecny król Karol III, jest prawdopodobnie najbardziej prominentnym żyjącym obrońcą homeopatii, co przez dekady stawiało go w niezręcznej pozycji wobec brytyjskiego establishmentu naukowego.
Ale najbardziej spektakularna ekspansja homeopatii dokonała się nie w Europie, lecz za Atlantykiem. Stany Zjednoczone pierwszej połowy XIX wieku były krajem, w którym każda nowa idea medyczna miała szansę na żyzny grunt — bo stary grunt był jałowy do bólu. Medycyna heroiczna kwitła tu w najbrutalniejszej postaci, a publiczne zaufanie do lekarzy konwencjonalnych było wyjątkowo niskie. W te warunki wkroczyli niemieccy imigranci, niosąc ze sobą książki Hahnemanna i zapas granulcek.
Hans Burch Gram, duński lekarz wykształcony w Kopenhadze, który zetknął się z homeopatią podczas studiów, jest uważany za pierwszego praktyka homeopatycznego w Ameryce. Osiedlił się w Nowym Jorku w 1825 roku i zaczął leczyć homeopatycznie. Ale prawdziwym architektem amerykańskiej homeopatii był nie Gram, lecz Constantine Hering — człowiek, którego historia jest tak nieprawdopodobna, że zasługuje na chwilę uwagi.
Hering, urodzony w Saksonii w 1800 roku, był początkowo zagorzałym krytykiem homeopatii. Jako młody lekarz otrzymał od swojego profesora zlecenie napisania rozprawy obalającej system Hahnemanna. Zaczął zbierać materiały — i w trakcie lektury pism Hahnemanna doświadczył intelektualnego nawrócenia. Zamiast rozprawy krytycznej napisał apologię. Zamiast obalić homeopatię, stał się jej propagatorem. Wyemigrował do Ameryki, osiedlił się w Filadelfii i stworzył tam instytucjonalne fundamenty amerykańskiej homeopatii: szkołę medyczną (Hahnemann Medical College, założony w 1848 roku), towarzystwo naukowe, czasopisma, a przede wszystkim — rozbudowaną materia medica opartą na nowych próbach lekowych prowadzonych z rozmachem, jakiego Hahnemann nigdy nie osiągnął.
W 1844 roku — pięć lat przed powstaniem American Medical Association — amerykańscy homeopaci założyli American Institute of Homeopathy, co czyni je najstarszą krajową organizacją lekarską w Stanach Zjednoczonych. Ten fakt chronologiczny ma znaczenie symboliczne: medycyna konwencjonalna organizowała się w Ameryce w dużej mierze jako reakcja na rosnącą siłę homeopatii. AMA, powołane do życia w 1847 roku, od samego początku przyjęło wobec homeopatii postawę wojowniczą. Wprowadzono tak zwaną klauzulę konsultacyjną — consultation clause — zakazującą lekarzom konwencjonalnym jakichkolwiek zawodowych kontaktów z homeopatami. Lekarz, który skonsultował przypadek z homeopatą, narażał się na wykluczenie ze stanowego towarzystwa medycznego. Zakaz obejmował nawet towarzyskie spotkania. Był lekarz w Connecticucie, który został usunięty z lokalnego towarzystwa medycznego za to, że skonsultował się z homeopatą — a tym homeopatą była jego własna żona.
Ta anegdota — udokumentowana w pracach Harrisa Coultena, autora monumentalnej trzytomowej historii homeopatii w Ameryce Divided Legacy — ilustruje intensywność konfliktu, który rozdzierał amerykańską medycynę w drugiej połowie XIX wieku. Nie był to spór akademicki. Był to spór o pacjentów, o pieniądze, o prestiż i o kontrolę nad rynkiem usług medycznych. Homeopaci mieli pacjentów — i to pacjentów zamożnych, wpływowych, lojalnych. Mieli szpitale — do 1900 roku w Stanach Zjednoczonych działało ponad sto szpitali homeopatycznych. Mieli szkoły medyczne — ponad dwadzieścia, w tym kilka cieszących się znakomitą reputacją. Mieli czasopisma, apteki, własne farmakopee. Stanowili, według różnych szacunków, od piętnastu do dwudziestu procent wszystkich praktykujących lekarzy w Ameryce.
A potem nadszedł moment, który okazał się dla homeopatii ważniejszy niż wszystkie debaty i klauzule konsultacyjne: epidemie cholery.
Cholera nawiedziła Europę i Amerykę falami w latach 1831, 1849, 1854 i 1866. Każda fala była katastrofą humanitarną na ogromną skalę — i każda fala stała się naturalnym eksperymentem porównawczym między medycyną konwencjonalną a homeopatyczną. Wyniki — przynajmniej te, które zachowały się w dokumentacji szpitalnej — były uderzające.
Podczas epidemii cholery w Londynie w 1854 roku prowadzono szczegółową dokumentację śmiertelności w poszczególnych szpitalach. W konwencjonalnych szpitalach londyńskich śmiertelność wśród pacjentów z cholerą wynosiła przeciętnie od pięćdziesięciu do sześćdziesięciu procent. W London Homoeopathic Hospital wyniosła szesnaście i cztery dziesiąte procenta. Różnica była tak dramatyczna, że początkowo władze odmówiły włączenia danych ze szpitala homeopatycznego do oficjalnego raportu parlamentarnego — pod presją lobbyingu ze strony konwencjonalnych towarzystw medycznych. Dopiero interwencja lorda Roberta Grosvenora wymusiła uwzględnienie tych danych.
Trzeba w tym miejscu zastrzec — bo rzetelność tego wymaga — że interpretacja tych statystyk jest daleka od jednoznacznej. Krytycy zwracają uwagę, że szpitale homeopatyczne mogły przyjmować pacjentów w mniej zaawansowanym stadium choroby, że ich warunki sanitarne mogły być lepsze (mniejsze szpitale, mniejsze zatłoczenie), że sam brak agresywnej interwencji — brak upustów krwi, przeczyszczeń, podawania opium i rtęci — mógł dawać lepsze wyniki niż leczenie konwencjonalne, niezależnie od tego, czy granulki homeopatyczne miały jakikolwiek efekt farmakologiczny. Innymi słowy: homeopatia mogła pomagać nie dlatego, że jej leki działały, ale dlatego, że nie szkodziły — w świecie, w którym leki konwencjonalne zabijały.
Michael Emmans Dean, historyk medycyny i autor książki The Trials of Homeopathy, zauważa, że statystyki cholerowe były dla homeopatii jednocześnie największym triumfem propagandowym i pułapką metodologiczną. Triumfem — bo trudno było argumentować ze statystykami, które pokazywały trzykrotnie niższą śmiertelność. Pułapką — bo sukces ten nie dowodził skuteczności leków homeopatycznych, a jedynie nieskuteczności i szkodliwości leków konwencjonalnych. Gdy medycyna konwencjonalna zrezygnowała z heroicznych metod i zaczęła leczyć racjonalniej, przewaga statystyczna homeopatii wyparowała.
Mimo to przez większą część XIX wieku homeopatia rozwijała się dynamicznie, ciesząc się poparciem elit społecznych, finansowych i politycznych. Lista prominentnych zwolenników homeopatii w tamtym okresie przypomina wpis z Who’s Who: Mark Twain, Louisa May Alcott, Henry Wadsworth Longfellow, Harriet Beecher Stowe, John D. Rockefeller, William James, Charles Dickens — wszyscy oni korzystali z usług homeopatów lub publicznie wyrażali sympatię dla tej metody. Rockefeller, który dożył dziewięćdziesięciu ośmiu lat — niezwykły wiek jak na tamte czasy — przypisywał swoją długowieczność między innymi opiece homeopatycznej. Podobno jego ostatnimi słowami do lekarza homeopaty były:
— Doktorze, to najlepsza inwestycja, jaką kiedykolwiek poczyniłem.
Anegdota ta, przekazywana w tradycji homeopatycznej, może być apokryficzna, ale dobrze oddaje status, jaki homeopatia osiągnęła w Ameryce pozłacanego wieku.
A potem zaczął się upadek.
Przyczyny marginalizacji homeopatii w ostatnich dekadach XIX i pierwszych dekadach XX wieku były wielorakie, wzajemnie powiązane i — co warto podkreślić — nie wszystkie miały charakter czysto naukowy.
Pierwszą i najważniejszą przyczyną była rewolucja bakteriologiczna. Robert Koch, Louis Pasteur, Joseph Lister — ci trzej ludzie zmienili medycynę bardziej niż ktokolwiek od czasów Hipokratesa. Odkrycie, że choroby zakaźne są wywoływane przez konkretne mikroorganizmy, które można zidentyfikować, wyhodować w laboratorium i zwalczyć specyficznymi środkami, było ciosem nie tylko w medycynę humoralną, ale również w homeopatię. Homeopatia nie miała miejsca dla bakterii w swoim modelu choroby. Hahnemann mówił o zaburzeniu siły życiowej, o miazmach, o dynamicznej dysharmonii — nie o laseczkach i ziarnistach, które mnożą się w tkankach. Kiedy Koch wykazał w 1882 roku, że gruźlica jest wywoływana przez Mycobacterium tuberculosis, a w 1883 roku — że cholera przez Vibrio cholerae, model homeopatyczny stanął przed problemem, którego nie mógł rozwiązać bez fundamentalnej rewizji swoich założeń. Niektórzy homeopaci podjęli taką rewizję — ale większość tego nie zrobiła, wybierając obronę doktryny kosztem zgodności z nowymi odkryciami.
Drugą przyczyną był raport Abrahama Flexnera z 1910 roku. Flexner, pedagog i reformator, na zlecenie Carnegie Foundation przeprowadził ogólnokrajowy przegląd szkół medycznych w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Jego raport — druzgocący w swojej szczegółowości — ujawnił katastrofalny poziom wielu szkół medycznych, zarówno konwencjonalnych, jak i homeopatycznych. Ale skutki raportu były asymetryczne. Szkoły konwencjonalne, które nie spełniały standardów, otrzymały szansę reformy i dodatkowe finansowanie (przede wszystkim od Fundacji Rockefellera — ironia losu, biorąc pod uwagę sympatię samego Rockefellera do homeopatii). Szkoły homeopatyczne, pozbawione porównywalnych zasobów i wsparcia instytucjonalnego, zaczęły masowo zamykać się lub — co było jeszcze częstsze — przekształcać w konwencjonalne szkoły medyczne, rezygnując z nauczania homeopatii. Do 1920 roku z ponad dwudziestu szkół homeopatycznych w Ameryce przetrwały zaledwie dwie.
Trzecia przyczyna miała charakter wewnętrzny. Środowisko homeopatyczne — nigdy w pełni jednolite — rozpadło się na zwalczające się frakcje. Z jednej strony stali purystyczni zwolennicy Hahnemanna, tak zwani unicyści — wierni zasadzie, że w danym momencie należy podawać tylko jeden lek w jednej dawce i czekać na efekt. Z drugiej stali pluraliści i eklektycy, którzy chcieli łączyć homeopatię z elementami medycyny konwencjonalnej, stosować kilka leków jednocześnie, integrować nowe odkrycia naukowe z homeopatyczną materia medica. Hahnemann za życia traktował eklektyków jak zdrajców — i jego duchowi spadkobiercy kontynuowali tę tradycję z równym zapałem. Ale paradoksalnie to właśnie eklektycy mieli większą szansę na przetrwanie w zmieniającym się świecie medycznym, bo potrafili rozmawiać z konwencjonalnym establishmentem. Unicyści, zamknięci w dogmatycznej czystości, stawali się coraz bardziej marginalną sektą.
Czwarta przyczyna — być może najbardziej prozaiczna, ale nie mniej ważna — miała charakter farmakologiczny. Pojawienie się skutecznych leków konwencjonalnych — od Salvarsanu (1910) przez sulfonamidy (lata 30.) po antybiotyki (lata 40.) — fundamentalnie zmieniło kalkulację ryzyka i korzyści. Kiedy jedyną alternatywą dla homeopatii były upusty krwi i kalomel, wybór homeopatii miał sens nawet z czysto pragmatycznego punktu widzenia. Ale kiedy alternatywą stała się penicylina, która rzeczywiście leczyła zapalenie płuc, anginę, sepsę — argumenty za homeopatią straciły znaczną część swojej siły przekonywania.
Do lat sześćdziesiątych XX wieku homeopatia w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej była cieniem dawnej świetności. Szpitale homeopatyczne zamknięto lub przekształcono. Szkoły zniknęły. Liczba praktykujących homeopatów spadła do kilkuset w całych Stanach Zjednoczonych. W Wielkiej Brytanii przetrwało kilka szpitali — w dużej mierze dzięki królewskiemu patronatowi — ale ich rola była marginalna. We Francji i Niemczech homeopatia utrzymywała nieco silniejszą pozycję, ale nawet tam była traktowana jako anachronizm, ciekawostka historyczna, relikwia minionej epoki.
A potem — ku zaskoczeniu niemal wszystkich — homeopatia wróciła.
Renesans homeopatii od końca lat sześćdziesiątych XX wieku jest zjawiskiem, które wymaga wyjaśnienia nie farmakologicznego, lecz socjologicznego i kulturowego. Zbiegł się bowiem z kilkoma potężnymi trendami społecznymi, które wspólnie stworzyły sprzyjający klimat dla medycyny alternatywnej w ogóle.
Pierwszym z tych trendów był ruch kontrkulturowy. Pokolenie baby boomers, dorastające w atmosferze buntu wobec instytucji — państwa, kościoła, korporacji, ale także nauki i medycyny — z entuzjazmem sięgało po wszystko, co oferowało alternatywę wobec establishmentu. Medycyna konwencjonalna była częścią tego establishmentu. Była postrzegana jako zimna, technokratyczna, odhumanizowana, podporządkowana interesom przemysłu farmaceutycznego. Homeopatia — z jej naciskiem na indywidualność pacjenta, na holistyczne postrzeganie zdrowia, na łagodność leczenia — idealnie wpasowywała się w kontrkulturowy etos.
Drugim trendem był kryzys zaufania do medycyny konwencjonalnej, wywołany serią skandali farmaceutycznych. Talidomid — lek uspokajający dla kobiet w ciąży, który spowodował ciężkie wady rozwojowe u tysięcy dzieci — stał się w latach sześćdziesiątych symbolem tego, co może pójść nie tak, gdy przemysł farmaceutyczny przedkłada zysk nad bezpieczeństwo. Kolejne skandale — DES (dietylstilbestrol), Vioxx, opioidy — pogłębiały erozję zaufania. W tym kontekście homeopatia, ze swoimi maleńkimi, nieszkodliwymi granulkami, wydawała się bezpieczną przystanią.
Trzecim trendem — i być może najważniejszym z perspektywy samej homeopatii — był pojawienie się nowego pokolenia charyzmatycznych liderów, którzy tchnęli w stary system nowe życie. Najważniejszym z nich był George Vithoulkas, grecki homeopata, który od lat siedemdziesiątych XX wieku prowadził szkolenia dla lekarzy z całego świata na wyspie Alonissos, a jego książka The Science of Homeopathy z 1980 roku stała się bestsellerem, który wprowadził homeopatię klasyczną do świadomości nowego pokolenia praktyków. Vithoulkas nie był akademikiem — był wizjonerem i pedagogiem o niezwykłej charyzmie, który potrafił przedstawić doktrynę Hahnemanna w sposób spójny, przekonujący i dostosowany do wrażliwości współczesnego odbiorcy. Otrzymał w 1996 roku Right Livelihood Award — nazywaną czasem Alternatywną Nagrodą Nobla — co znacząco podniosło prestiż homeopatii w oczach opinii publicznej, choć wzbudziło kontrowersje w środowisku naukowym.
Równie ważny był wpływ indyjskiej szkoły homeopatycznej. Rajan Sankaran z Bombaju zrewolucjonizował myślenie o materia medica, proponując klasyfikację leków według głębokich wzorców emocjonalnych i miazmowych, wykraczających daleko poza tradycyjne repertoria. Jan Scholten z Holandii wprowadził systematykę opartą na układzie okresowym pierwiastków, przypisując poszczególnym grupom i rzędom tabeli Mendelejewa określone tematy psychologiczne i kliniczne. Massimo Mangialavori z Włoch rozwinął metodę opartą na ekologii i zachowaniu organizmów, z których pochodzą substancje lecznicze. Każdy z tych autorów — i wielu innych — dodawał do gmachu homeopatii nowe piętra, nowe skrzydła, nowe fasady, tworząc budowlę coraz bardziej rozbudowaną i coraz bardziej odległą od pierwotnej wizji Hahnemanna, choć zawsze powoływaną na jego autorytet.
Jednocześnie — i to jest chyba najważniejszy wątek tego rozdziału — renesans homeopatii zbiegł się z narodzinami czegoś, co miało ją poddać najsurowszemu testowi w dotychczasowej historii: medycyny opartej na dowodach. Evidence-Based Medicine, paradygmat sformułowany na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku przez grupę epidemiologów z McMaster University w Kanadzie, na czele z Davidem Sackettom, postulował, że decyzje terapeutyczne powinny być podejmowane na podstawie najlepszych dostępnych dowodów naukowych — przede wszystkim randomizowanych badań kontrolowanych i ich systematycznych przeglądów, a nie na podstawie autorytetu, tradycji, anegdoty czy indywidualnego doświadczenia.
EBM było rewolucją nie tylko metodologiczną, ale również polityczną. Dawało bowiem instytucjom — rządom, ubezpieczycielom, organom regulacyjnym — narzędzie do oceny i selekcji metod leczenia na podstawie obiektywnych kryteriów. I kiedy to narzędzie zostało zastosowane do homeopatii, wyniki okazały się — delikatnie mówiąc — problematyczne. O szczegółach tych analiz opowiemy obszernie w rozdziale osiemnastym. Tu wystarczy powiedzieć, że kolejne przeglądy systematyczne i meta-analizy — od Kleijnena w 1991 roku, przez Lindego w 1997, po Shanga w 2005 i raporty NHMRC w 2015 — rysowały obraz coraz mniej korzystny dla homeopatii, choć nigdy do końca jednoznaczny, zostawiając wystarczająco dużo dwuznaczności, by obie strony mogły interpretować wyniki na swoją korzyść.
Gdzie zatem stoi homeopatia na początku XXI wieku? Odpowiedź zależy od tego, na którą część globu spojrzymy.
W Indiach homeopatia przeżywa bezprecedensowy rozkwit. Ministerstwo AYUSH — utworzone w 2014 roku przez rząd Narendy Modiego — zarządza siecią ponad dwustu tysięcy zarejestrowanych homeopatów, setek szpitali i kilkudziesięciu uczelni kształcących nowe pokolenia praktyków. Homeopatia jest tam elementem publicznego systemu opieki zdrowotnej, dostępnym za darmo lub za symboliczną opłatą dla setek milionów obywateli. Motywacje tego rozwiązania są nie tylko medyczne — są również polityczne i ekonomiczne. W kraju, gdzie dostęp do konwencjonalnej opieki medycznej jest dla większości populacji ograniczony, homeopatia oferuje tanią, powszechnie dostępną formę leczenia, wymagającą minimalnej infrastruktury. Czy jest to leczenie skuteczne w sensie farmakologicznym — to pytanie, które indyjski establishment zdrowotny traktuje z pragmatycznym dystansem.
W Europie Zachodniej obraz jest bardziej złożony i dynamiczny. Francja, która przez dziesięciolecia była bastionem europejskiej homeopatii — z czterdziestoma procentami populacji deklarującej korzystanie z preparatów homeopatycznych i pełną refundacją ze strony ubezpieczenia zdrowotnego — dokonała w 2019 roku spektakularnego zwrotu. Haute Autorité de Santé, francuski odpowiednik polskiego AOTMiT, opublikowała raport stwierdzający niewystarczającą skuteczność homeopatii i rekomendujący zaprzestanie refundacji. Rząd Macrona zastosował się do tej rekomendacji, obniżając refundację z trzydziestu do piętnastu procent w 2020 roku i znosząc ją całkowicie od stycznia 2021. Dla firmy Boiron — francuskiego giganta homeopatycznego, zatrudniającego ponad trzy tysiące pracowników — był to cios, który wymusił restrukturyzację i zwolnienia. Dla środowiska homeopatycznego we Francji — trauma porównywalna z zamknięciem amerykańskich szkół homeopatycznych sto lat wcześniej.
W Niemczech debata trwa — z intensywnością typową dla kraju, który jest jednocześnie ojczyzną homeopatii i jednym z globalnych liderów medycyny opartej na dowodach. Profesjonalna organizacja Ärzte für Homöopathie zrzesza tysiące lekarzy, preparaty homeopatyczne są regulowane przez prawo farmaceutyczne na równi z lekami konwencjonalnymi, a Komisja D przy Federalnym Instytucie Leków i Produktów Medycznych formalnie ocenia preparaty homeopatyczne. Ale presja krytyczna narasta. W 2022 roku kilka kas chorych wycofało się z finansowania homeopatii, a w środowisku akademickim coraz głośniej słychać postulaty usunięcia homeopatii z katalogu świadczeń medycznych.
W Wielkiej Brytanii proces ten zaszedł najdalej. National Health Service zaprzestało finansowania homeopatii w 2017 roku, po serii raportów parlamentarnych i naukowych stwierdzających brak skuteczności. Royal London Homoeopathic Hospital zmienił nazwę na Royal London Hospital for Integrated Medicine — semantyczny gest, który sygnalizował odejście od homeopatii jako samodzielnej dyscypliny na rzecz szerszego, rozmytego parasola medycyny integracyjnej. Ale nawet w Wielkiej Brytanii prywatna praktyka homeopatyczna nadal kwitnie — i nadal cieszy się dyskretnym, ale stabilnym patronatem korony.
W Szwajcarii sytuacja jest wyjątkowa. W 2009 roku obywatele w referendum konstytucyjnym zagłosowali za włączeniem medycyny komplementarnej — w tym homeopatii — do systemu ubezpieczeń zdrowotnych. W 2017 roku rząd, po okresie próbnym, potwierdził tę decyzję na stałe. Szwajcaria jest więc jedynym krajem europejskim, w którym homeopatia ma status konstytucyjnie chroniony — co nie przestaje zdumiewać krytyków, którzy widzą w tym triumf demokracji bezpośredniej nad naukową racjonalnością.
Robert Jütte, niemiecki historyk medycyny, podsumowując dwóchsetletnią historię homeopatii w swojej książce The Hidden Roots of Homeopathy, napisał zdanie, które uważam za jedną z najtrafniejszych diagnoz tego fenomenu:
— Homeopatia przeżyła wszystkie próby jej unicestwienia, co samo w sobie jest fenomenem wymagającym wyjaśnienia — niekoniecznie medycznego, ale z pewnością socjologicznego.
To zdanie prowadzi nas do pytania, które wykracza daleko poza historię medycyny i sięga w głąb ludzkiej natury. Dlaczego system medyczny, którego fundamentalne twierdzenia są sprzeczne z ustaloną wiedzą naukową, którego skuteczność nie znajduje potwierdzenia w rygorystycznych badaniach klinicznych i którego proponowany mechanizm działania jest nie do pogodzenia z fizyką i chemią — dlaczego ten system nie tylko przetrwał dwa stulecia, ale ciągle na nowo odradza się, przyciągając miliony zwolenników?
Na to pytanie będziemy szukać odpowiedzi w kolejnych rozdziałach. Ale już teraz warto zauważyć, że sama historia homeopatii — historia wzlotów i upadków, triumfów i marginalizacji, dogmatyzmu i innowacji — jest fascynującym studium z zakresu socjologii wiedzy. Uczy nas, że o losach systemu medycznego decydują nie tylko dowody naukowe, ale również kontekst kulturowy, polityczny, ekonomiczny i psychologiczny. Że ludzie szukają w medycynie nie tylko skuteczności, ale również sensu, bliskości, poczucia bycia wysłuchanym. I że żaden system — ani konwencjonalny, ani alternatywny — nie istnieje w próżni społecznej.
Hahnemann tego nie przewidział. Ale może właśnie dlatego jego dzieło przetrwało — bo odpowiadało na potrzeby, których sam nie potrafił nazwać.
CZĘŚĆ II: PODSTAWY TEORETYCZNE HOMEOPATII
Rozdział 4: Zasada podobieństwa
(similia similibus curentur)
Każdy system myślowy ma swój kamień węgielny — jedno twierdzenie, od którego zależy wszystko inne. Jeśli kamień jest solidny, budowla może stać przez wieki. Jeśli jest kruchy, nawet najpiękniejsza architektura prędzej czy później runie. Kamieniem węgielnym homeopatii jest zasada podobieństwa: similia similibus curentur, niech podobne będzie leczone podobnym. To od niej zależy cała reszta — dynamizacja, indywidualizacja, materia medica, próby lekowe, repertoryzacja. Bez zasady podobieństwa homeopatia nie jest homeopatią. Jest po prostu jeszcze jedną formą leczenia rozcieńczonymi substancjami — a takich form historia medycyny zna wiele i żadna z nich nie wywołała porównywalnej rewolucji.
Dlatego ten rozdział jest być może najważniejszy w całej książce. Bo jeśli zasada podobieństwa jest prawdziwa — choćby częściowo, choćby w ograniczonym zakresie — to cała dyskusja o homeopatii wygląda inaczej, niż gdyby była fałszywa. A jeśli jest fałszywa, to żadna ilość dynamizacji, żadna wyrafinowana repertoryzacja i żadna empatyczna konsultacja nie zmienią faktu, że cały gmach stoi na piasku.
Przyjrzyjmy się więc temu kamieniowi z bliska. Z bardzo bliska.
Sformułowanie zasady podobieństwa, jakie znamy, pochodzi z paragrafu dwudziestego szóstego Organon der Heilkunst. Hahnemann pisał tam:
— Łagodne doświadczenie lecznicze uczy nas, że spośród lekarstw poznanych co do ich działania na zdrowy organizm, jedynie to, które potrafi wytworzyć dolegliwość podobną do przypadku chorobowego, który ma być uleczony, jest w stanie — szybko, radykalnie i trwale — zamienić chorobę w zdrowie.
To zdanie — choć ubrane w XVIII-wieczną retorykę — zawiera twierdzenie niezwykle precyzyjne i niezwykle odważne jednocześnie. Precyzyjne, bo mówi dokładnie, jak powinien być dobrany lek: na podstawie podobieństwa objawów wywoływanych u zdrowego człowieka do objawów obserwowanych u chorego. Odważne, bo wyklucza wszystkie inne zasady leczenia — leczenie przez przeciwieństwa (contraria contrariis), leczenie przyczynowe, leczenie objawowe w konwencjonalnym rozumieniu — jako niewystarczające lub błędne. Hahnemann nie twierdził, że zasada podobieństwa jest jedną z możliwych zasad terapeutycznych. Twierdził, że jest jedyną.
Żeby zrozumieć, jak radykalne było to twierdzenie, musimy cofnąć się do momentu, w którym się narodziło — do słynnego eksperymentu z korą chinową w 1790 roku, który omówiłem w poprzednim rozdziale. Hahnemann przyjął dawkę chininy, będąc zdrowy, i doświadczył objawów, które uznał za podobne do malarii. Z tego pojedynczego doświadczenia wyciągnął wniosek ogólny: substancja lecznicza leczy te objawy, które sama potrafi wywołać. Następnie spędził sześć lat na systematycznym sprawdzaniu tej hipotezy, podając różne substancje zdrowym ochotnikom i notując wywoływane objawy. W 1796 roku opublikował wyniki w artykule, który uznaje się za akt założycielski homeopatii.
Ale — i to jest punkt, który umyka wielu popularnym opisom homeopatii — zasada podobieństwa nie pojawiła się znikąd. Hahnemann nie wymyślił jej ex nihilo. Miała ona długą prehistorię, sięgającą samych korzeni europejskiej tradycji medycznej.
Najstarsze sformułowanie zasady podobieństwa w kontekście medycznym znajdujemy w Corpus Hippocraticum, w traktacie O miejscach w człowieku. Autor tego tekstu — prawdopodobnie nie sam Hipokrates, lecz ktoś z jego szkoły — pisał o dwóch możliwych podejściach do leczenia. Pierwsze: leczyć przez przeciwieństwa — gorączkę chłodzeniem, suchość nawilżaniem, nadmiar usuwaniem. Drugie: leczyć przez podobieństwa — to, co wywołuje chorobę, może ją również usunąć. Autor nie opowiadał się jednoznacznie po żadnej stronie, traktując oba podejścia jako komplementarne. Ale samo sformułowanie zasady similia similibus było obecne w tradycji medycznej od samego początku — choć przez następne dwadzieścia trzy wieki pozostawało na marginesie, przyćmione przez dominującą zasadę contraria contrariis.
Paracelsus, o którym pisałem w rozdziale pierwszym, przywrócił zasadę podobieństwa do obiegu intelektualnego w XVI wieku, choć w formie radykalnie odmiennej od tej, którą nadał jej Hahnemann. Paracelsowska doktryna sygnatur — przekonanie, że Bóg oznaczył substancje lecznicze zewnętrznymi znakami wskazującymi ich zastosowanie — opierała się na idei korespondencji, pokrewieństwa, rezonansu między substancją a chorobą. Ale była to korespondencja magiczna, oparta na wizualnym podobieństwie form, nie na empirycznej obserwacji działania farmakologicznego. Orzech leczył choroby mózgu, bo wyglądał jak mózg. Glistnik leczył żółtaczkę, bo miał żółty sok. To było myślenie analogiczne, nie eksperymentalne.
Hahnemann dokonał czegoś fundamentalnie innego. Wziął starożytną zasadę podobieństwa i osadził ją — przynajmniej w swoim zamierzeniu — na fundamencie empirycznym. Podobieństwo miało być ustalane nie na podstawie wyglądu, koloru czy kształtu substancji, lecz na podstawie systematycznej obserwacji jej działania na zdrowy organizm ludzki. To dlatego próba lekowa — Prüfung, proving — jest w homeopatii procedurą tak centralną. Bez prób lekowych nie ma materia medica. Bez materia medica nie ma zasady podobieństwa. Bez zasady podobieństwa nie ma homeopatii.
Jak zasada podobieństwa działa w praktyce klinicznej? Prześledźmy to na przykładzie, który homeopaci podają najczęściej, bo jest najbardziej intuicyjny.
Cebula — Allium cepa — wywołuje u każdego, kto ją kroi, dobrze znany zespół objawów: łzawienie oczu, wodnisty katar nosa, pieczenie w nosie i gardle, kichanie. Objawy te pogorszają się w ciepłym pomieszczeniu i poprawiają na świeżym powietrzu. Łzy są łagodne i nie drażnią skóry, natomiast wydzielina z nosa jest ostra i wywołuje zaczerwienienie górnej wargi.
Homeopata, który przyjmuje pacjenta z ostrym katarem o dokładnie takim profilu — wodnistym, łagodne łzy, ostra wydzielina z nosa, pogorszenie w cieple, poprawa na dworze — rozpozna w tym obrazie objawy Allium cepa i przepisze ten preparat w odpowiednim rozcieńczeniu homeopatycznym. Nie dlatego, że cebula zawiera jakiś specyficzny składnik chemiczny skuteczny w katarze. Lecz dlatego, że obraz objawów chorego jest podobny do obrazu objawów, jakie cebula wywołuje u zdrowego.
Gdyby jednak ten sam pacjent przyszedł z katarem o innym profilu — na przykład z gęstą, żółtawą wydzieliną, pogorszeniem wieczorem i w ogrzewanych pomieszczeniach, towarzyszącą płaczliwością i potrzebą pocieszenia — homeopata nie przepisałby Allium cepa, lecz inny lek, którego obraz pasowałby do tego konkretnego zestawu objawów, na przykład Pulsatilla. Tu ujawnia się kluczowa cecha homeopatii: nie leczy się kataru jako takiego. Leczy się tego konkretnego pacjenta z tym konkretnym katarem, przebiegającym w ten konkretny sposób.
Zasada podobieństwa jest więc nierozerwalnie związana z zasadą indywidualizacji. Nie wystarczy wiedzieć, że pacjent ma katar. Trzeba wiedzieć, jaki to katar — jaki charakter ma wydzielina, co ją pogarsza, co poprawia, jakie emocje towarzyszą chorobie, o jakiej porze dnia objawy nasilają się, jak pacjent reaguje na ciepło, zimno, ruch, odpoczynek. Dopiero pełny, wielowymiarowy obraz pozwala dobrać lek na zasadzie podobieństwa.
George Vithoulkas, grecki homeopata i laureat Right Livelihood Award, pisał w swojej fundamentalnej pracy The Science of Homeopathy:
— Homeopata nie szuka leku na chorobę. Szuka leku, którego obraz jest lustrzanym odbiciem cierpienia pacjenta. Im dokładniejsze odbicie, tym głębsze leczenie.
To piękna metafora. Ale pytanie, które natychmiast się nasuwa, brzmi: czy ta metafora ma jakiekolwiek oparcie w rzeczywistości biologicznej?
Próby naukowego uzasadnienia zasady podobieństwa podejmowano wielokrotnie, z różnym skutkiem i z różnym stopniem rygoryzmu. Najczęściej powoływanym argumentem jest zjawisko hormezy — biphasic dose response, dwufazowej odpowiedzi dawkowej.
Hormeza jest dobrze udokumentowanym zjawiskiem toksykologicznym. Polega na tym, że substancja toksyczna, podana w dawce znacznie niższej od dawki toksycznej, wywołuje efekt odwrotny do tego, który wywołuje w dawce wysokiej. Małe dawki substancji hamującej wzrost mogą wzrost stymulować. Małe dawki substancji cytotoksycznej mogą stymulować proliferację komórek. Małe dawki czynnika stresogennego mogą uruchamiać mechanizmy naprawcze i adaptacyjne, czyniąc organizm odporniejszym na przyszłe stresy.
Edward Calabrese, toksykolog z University of Massachusetts Amherst, jest prawdopodobnie najwybitniejszym współczesnym badaczem hormezy. Jego przeglądy systematyczne — obejmujące tysiące publikacji z zakresu toksykologii, farmakologii, radiobiologii i ekologii — dokumentują wszechobecność dwufazowej odpowiedzi dawkowej w przyrodzie. Calabrese argumentuje, że hormeza, a nie klasyczna krzywa dawka-odpowiedź Paracelsusa, jest domyślnym wzorcem odpowiedzi biologicznej.
Zwolennicy homeopatii chętnie powołują się na Calabresego, widząc w hormezie naukowe potwierdzenie zasady podobieństwa. Rozumowanie jest następujące: skoro substancja w wysokiej dawce wywołuje objawy, a w niskiej dawce wywołuje efekt odwrotny, to homeopatyczna zasada — dawaj choremu to, co w dużej dawce wywołałoby podobne objawy, ale dawaj to w dawce bardzo małej — jest szczególnym przypadkiem hormezy.
Ale sam Calabrese, zapytany wprost o związek między hormezą a homeopatią, zachowywał daleko idącą ostrożność. W artykule opublikowanym w Pharmacological Reviews w 2003 roku pisał:
— Hormeza jest zjawiskiem dawki submikrotoksycznej, ale nie ultramolekularnej. Efekty hormetyczne obserwujemy w zakresie dawek, w których substancja jest fizycznie obecna. Ekstrapolacja na rozcieńczenia homeopatyczne, w których nie ma ani jednej molekuły substancji wyjściowej, nie jest uprawniona na gruncie obecnie dostępnych danych.
To kluczowe zastrzeżenie. Hormeza działa w zakresie dawek materialnych — niskich, ale materialnych. Homeopatia operuje w zakresie dawek ultramolekularnych — tak rozcieńczonych, że substancja przestaje być fizycznie obecna. Między jednym a drugim rozciąga się przepaść, której żadna znana zasada toksykologiczna ani farmakologiczna nie potrafi zasypać. Hormeza może tłumaczyć, dlaczego bardzo małe dawki substancji działają inaczej niż duże. Ale nie tłumaczy, dlaczego miałyby działać dawki zerowe.
Innym argumentem, do którego sięgają obrońcy zasady podobieństwa, jest analogia ze szczepieniami i alergenoterapią. Rozumowanie wydaje się proste i eleganckie. Szczepienie polega na podaniu osłabionej lub inaktywowanej formy patogenu, która wywołuje reakcję immunologiczną chroniącą przed pełną chorobą. Alergenoterapia (odczulanie) polega na podawaniu narastających dawek alergenu w celu zmniejszenia nadwrażliwości na ten alergen. W obu przypadkach — argumentują homeopaci — mamy do czynienia z zastosowaniem zasady podobieństwa: leczymy chorobę tym, co ją wywołuje, ale w formie zmienionej, osłabionej, zmodyfikowanej.
Ta analogia jest kusząca, ale — przy bliższym przyjrzeniu — powierzchowna. Szczepionka zawiera fizycznie obecne antygeny, które wchodzą w specyficzną interakcję z układem odpornościowym. Mechanizm jest dobrze poznany na poziomie molekularnym: antygeny są rozpoznawane przez komórki prezentujące antygen, aktywowane są limfocyty T i B, powstają przeciwciała i komórki pamięci immunologicznej. Każdy element tego łańcucha jest obserwowalny, mierzalny i powtarzalny. W homeopatii — szczególnie w rozcieńczeniach ultramolekularnych — nie ma fizycznie obecnych molekuł substancji wyjściowej. Nie ma antygenu. Nie ma specyficznej interakcji receptor-ligand. Analogia ze szczepieniami jest więc analogią pozorną — opiera się na powierzchownym podobieństwie konceptualnym, a nie na wspólnym mechanizmie działania.
Co więcej, homeopatia nie twierdzi, że leczy przez stymulację układu odpornościowego. Twierdzi, że leczy przez stymulację siły życiowej — koncepcji, która nie ma odpowiednika w biologii molekularnej. Mechanizm homeopatyczny — jeśli istnieje — musiałby więc być fundamentalnie inny od mechanizmu szczepienia, co czyni tę analogię jeszcze bardziej problematyczną.
Jest jednak argument o charakterze nie tyle farmakologicznym, co farmakologiczno-klinicznym, który zasługuje na poważną uwagę. Są bowiem w medycynie konwencjonalnej przypadki, w których substancja wywołująca określone objawy jest jednocześnie stosowana w leczeniu tych samych objawów — i to nie na zasadzie hormezy, nie na zasadzie szczepienia, lecz na zasadzie paradoksalnego działania farmakologicznego.
Najprostszym przykładem jest kofeina. W dawce standardowej kofeina jest środkiem pobudzającym — przyspiesza akcję serca, zwiększa ciśnienie krwi, powoduje bezsenność i niepokój. Ale w farmakoterapii migreny kofeina jest składnikiem wielu preparatów przeciwbólowych, bo w połączeniu z analgetykami działa synergistycznie, poprawiając wchłanianie leków i zwężając nadmiernie rozszerzone naczynia krwionośne mózgu. Jeszcze ciekawszy jest przypadek metylfenidatu (Ritalin), substancji psychostymulującej, która — paradoksalnie — jest lekiem pierwszego wyboru w zaburzeniu nadaktywności z deficytem uwagi (ADHD). Dziecko z ADHD, które nie może usiedzieć w miejscu, dostaje lek pobudzający — i uspokaja się. Mechanizm jest dobrze poznany (regulacja poziomu dopaminy w korze przedczołowej), ale efekt kliniczny wygląda dokładnie jak zastosowanie zasady podobieństwa: pobudzenie leczone pobudzeniem.
Takich przykładów jest więcej. Nalokson — antagonista receptorów opioidowych — w ultraniskich dawkach paradoksalnie nasila działanie opioidów, zamiast je blokować. Atropina — substancja przyspieszająca akcję serca — w bardzo niskich dawkach może ją zwalniać. Nitrogliceryna — lek rozszerzający naczynia krwionośne stosowany w dusznicy bolesnej — w produkcji przemysłowej wywołuje u robotników bóle głowy spowodowane właśnie nadmiernym rozszerzeniem naczyń. Robotnicy ci, zażywając nitroglicerynę w malutkich dawkach w poniedziałek rano po weekendowej przerwie, doświadczali bólów głowy, które ustępowały w ciągu tygodnia — klasyczny efekt tolerancji farmakologicznej, ale z perspektywy homeopatycznej wygadający jak similia similibus w działaniu.
Czy te przykłady dowodzą, że zasada podobieństwa jest prawdziwą zasadą farmakologiczną? Nie dowodzą. Każdy z nich ma specyficzny, dobrze poznany mechanizm, który nie wymaga odwoływania się do żadnej ogólnej zasady podobieństwa. Metylfenidat w ADHD działa przez regulację dopaminy w specyficznych obwodach neuronalnych — nie przez magiczną korespondencję między pobudzeniem a pobudzeniem. Nalokson w ultraniskich dawkach paradoksalnie nasila analgezję przez mechanizm związany z bimodalną interakcją receptorową — nie przez homeopatyczne similia. Ale te przykłady pokazują, że w farmakologii konwencjonalnej nie jest prawdą, iż substancja zawsze działa „przeciw” objawom, które wywołuje. Czasem działa „z” nimi. Czasem zależność między wywoływanymi objawami a efektem terapeutycznym jest bardziej złożona, niż sugeruje prosty model contraria contrariis.
Teraz dochodzimy do najtrudniejszego pytania tego rozdziału: jakie są dowody empiryczne na to, że zasada podobieństwa działa w praktyce klinicznej homeopatii?
Odpowiedź jest rozczarowująca — rozczarowująca dla obu stron. Nie ma bowiem jasnych, jednoznacznych, powtarzalnych dowodów ani za, ani przeciw zasadzie podobieństwa jako takiej. I to nie dlatego, że nie próbowano jej testować. Próbowano — wielokrotnie. Problem polega na tym, że testowanie zasady podobieństwa w izolacji od reszty systemu homeopatycznego jest metodologicznie niezwykle trudne.
Dlaczego? Bo zasada podobieństwa nie jest zasadą prostą w sensie farmakologicznym. Nie mówi: podaj substancję X na chorobę Y. Mówi: podaj substancję, której obraz objawowy jest najbardziej podobny do obrazu objawowego tego konkretnego pacjenta. Dwa pacjenci z tym samym rozpoznaniem konwencjonalnym — powiedzmy, z migreną — mogą wymagać zupełnie różnych leków homeopatycznych, bo ich migrena przebiega inaczej, ma inne modalności, inne objawy towarzyszące, inny kontekst emocjonalny. Zasada podobieństwa jest więc nierozerwalnie związana z indywidualizacją — a to czyni ją niesłychanie trudną do testowania w standardowym paradygmacie randomizowanego badania kontrolowanego, które z definicji wymaga standaryzacji interwencji.
Są dwa możliwe podejścia do tego problemu. Pierwsze polega na testowaniu indywidualizowanej homeopatii — każdy pacjent otrzymuje lek dobrany indywidualnie przez doświadczonego homeopatę. To pozwala zachować wierność wobec zasady podobieństwa, ale utrudnia zaślepienie i standaryzację. Drugie polega na testowaniu nieindywidualizowanej homeopatii — wszyscy pacjenci z danym rozpoznaniem otrzymują ten sam preparat homeopatyczny. To pozwala na klasyczny design RCT, ale narusza fundamentalną zasadę homeopatii, bo ignoruje indywidualny obraz objawowy.
Robert Mathie i współpracownicy z Homeopathy Research Institute przeprowadzili w 2014 i 2017 roku dwa przeglądy systematyczne — osobno dla homeopatii indywidualizowanej i nieindywidualizowanej. Wyniki pierwszego przeglądu — dotyczącego homeopatii indywidualizowanej — sugerowały mały, ale statystycznie istotny efekt na korzyść homeopatii w porównaniu z placebo. Ale pewność tych wniosków została oceniona jako bardzo niska ze względu na niewielką liczbę badań wysokiej jakości. Wyniki drugiego przeglądu — dotyczącego homeopatii nieindywidualizowanej — były jeszcze mniej przekonujące. W obu przypadkach autorzy uczciwie przyznali, że baza dowodowa jest niewystarczająca do wyciągnięcia definitywnych wniosków.
Ale jest jeszcze jeden problem z zasadą podobieństwa, który ma charakter nie empiryczny, lecz konceptualny — i który jest być może najpoważniejszy ze wszystkich. Problem ten dotyczy samego pojęcia „podobieństwa”.
Kiedy Hahnemann mówił, że lek powinien wywoływać objawy „podobne” do objawów chorego, zakładał, że pojęcie podobieństwa jest jasne i jednoznaczne. Ale nie jest. Obraz objawowy każdego leku homeopatycznego — zarejestrowany w materia medica na podstawie prób lekowych — obejmuje setki, niekiedy tysiące objawów. Obraz objawowy chorego — zebrany podczas wywiadu homeopatycznego — również obejmuje dziesiątki objawów na różnych poziomach: fizycznym, emocjonalnym, psychicznym. Dopasowanie jednego obrazu do drugiego — znalezienie simillimum, leku najdokładniej odpowiadającego — jest procesem wymagającym nie tylko wiedzy, ale również intuicji, doświadczenia, a niekiedy artyzmu.
I tu pojawia się problem powtarzalności. Jeśli dziesięciu doświadczonych homeopatów zbada tego samego pacjenta, ilu z nich przepisze ten sam lek? Badania nad tak zwaną inter-rater reliability — zgodnością między oceniającymi — dają wyniki od rozczarowujących do umiarkowanych. Przegląd przeprowadzony przez Briana i współpracowników w 2002 roku wykazał, że zgodność między homeopatami w doborze leku jest niska — nawet gdy analizują ten sam, szczegółowo opisany przypadek. Inni badacze, jak Rutten i współpracownicy, argumentowali, że problem ten jest przesadzony, bo nawet w medycynie konwencjonalnej zgodność diagnostyczna między lekarzami bywa niska, szczególnie w psychiatrii i w przypadku stanów wieloobjawowych.
To prawda. Ale jest fundamentalna różnica. W medycynie konwencjonalnej mamy niezależne narzędzia weryfikacji diagnozy — badania laboratoryjne, obrazowe, histopatologiczne — które pozwalają rozstrzygnąć spór między klinicystami. W homeopatii takich narzędzi nie ma. Jedynym kryterium poprawności doboru leku jest reakcja pacjenta — a tę reakcję można interpretować na wiele sposobów, w zależności od przyjętych założeń.
Jeśli pacjent po podaniu leku czuje się lepiej — lek był dobrze dobrany. Jeśli czuje się gorzej — to może być „agrawacja homeopatyczna”, przejściowe pogorszenie świadczące o głębokim działaniu leku, co również oznacza, że lek był dobrze dobrany. Jeśli nic się nie zmienia — lek był źle dobrany i trzeba szukać dalej. W każdym z tych scenariuszy zasada podobieństwa pozostaje nienaruszona. Nigdy nie może być sfalsyfikowana — bo każdy wynik można zinterpretować jako jej potwierdzenie lub jako błąd w jej zastosowaniu.
Karl Popper — filozof nauki, którego kryterium demarkacji między nauką a pseudonauką opiera się na falsyfikowalności — uznałby prawdopodobnie zasadę podobieństwa, tak jak jest ona stosowana w praktyce homeopatycznej, za niefalsyfikowalną, a zatem nienaukową. Nie dlatego, że jest fałszywa. Lecz dlatego, że nie sposób określić warunków, w których mogłaby okazać się fałszywa. A twierdzenie, którego nic nie może obalić, nie mówi nam — w sensie naukowym — nic.
Kończę ten rozdział w miejscu, w którym rozpocząłem: przy kamieniu węgielnym. Zasada podobieństwa jest intuicyjnie atrakcyjna, historycznie zakorzeniona, klinicznie inspirująca — i naukowo nieudowodniona. Nie została potwierdzona w sposób, który spełniałby standardy współczesnej medycyny opartej na dowodach. Nie została też — co uczciwie trzeba przyznać — definitywnie obalona, bo sam sposób jej sformułowania utrudnia falsyfikację.
Pozostajemy więc z pytaniem otwartym. Czy zasada podobieństwa jest głęboką prawdą o naturze chorowania i zdrowienia, której nauka nie potrafi jeszcze uchwycić? Czy jest błędem poznawczym — pięknym, eleganckim, dwustuletnim błędem, który przetrwał dzięki sile ludzkiego umysłu do dostrzegania wzorców tam, gdzie ich nie ma? Czy może jest czymś pośrednim — intuicją, która zawiera ziarno prawdy, ale została rozciągnięta daleko poza granice, w których ta prawda obowiązuje?
Na razie nauka nie daje jednoznacznej odpowiedzi. Ale — jak zobaczymy w kolejnych rozdziałach — problemy z weryfikacją homeopatii dopiero się zaczynają. Bo zasada podobieństwa, choć fundamentalna, jest dopiero pierwszym z filarów, na których wspiera się cały system. Kolejne filary — siła życiowa, dynamizacja, teoria miazmów — prowadzą nas w rejony jeszcze bardziej odległe od tego, co współczesna nauka jest gotowa zaakceptować.
Rozdział 5: Energia życiowa (Lebenskraft, Dynamis)
witalistyczny paradygmat
Gdyby ktoś poprosił mnie o wskazanie jednego pojęcia, które najgłębiej oddziela homeopatię od współczesnej medycyny konwencjonalnej — jednego pojęcia, w którym ogniskują się wszystkie napięcia, nieporozumienia i wzajemne oskarżenia — bez wahania wskazałbym siłę życiową. Nie zasadę podobieństwa, bo ta ma przynajmniej odległych kuzynów w farmakologii konwencjonalnej. Nie dynamizację, bo ta jest problemem empirycznym, który można badać w laboratorium. Siłę życiową — Lebenskraft, Dynamis, vital force — bo to pojęcie przenosi nas z poziomu sporu o fakty na poziom sporu o naturę rzeczywistości. I to jest spór, którego żadne randomizowane badanie kontrolowane nie rozstrzygnie.
Hahnemann nie był ostrożny w formułowaniu swoich poglądów na ten temat. W paragrafie dziewiątym Organon, który otwiera całą doktrynę o chorobie i zdrowiu, napisał słowa, które brzmią jak wyznanie wiary — i które przez dwa stulecia budziły równie żarliwy entuzjazm u zwolenników, co zgrozę u krytyków:
— W stanie zdrowia duchowa siła życiowa, ta dynamis, która ożywia materialny organizm, panuje nieograniczenie i utrzymuje wszystkie jego części w godnym podziwu, harmonijnym, życiowym działaniu, zarówno co do czucia, jak i czynności, tak że nasz zamieszkujący to ciało, obdarzony rozumem duch może swobodnie posługiwać się tym żywym, zdrowym narzędziem do wyższych celów istnienia.
To zdanie jest niezwykle gęste. Zawiera co najmniej pięć fundamentalnych twierdzeń, z których każde zasługuje na osobną analizę. Po pierwsze, siła życiowa jest duchowa — nie materialna, nie chemiczna, nie fizyczna. Po drugie, ożywia organizm — bez niej ciało jest martwą materią. Po trzecie, panuje niepodzielnie — jest jedynym władcą organizmu w stanie zdrowia. Po czwarte, utrzymuje harmonię — zdrowie jest stanem harmonijnego działania wszystkich części ciała. Po piąte, organizm jest narzędziem ducha — ciało służy wyższemu, duchowemu celowi.
Każde z tych twierdzeń lokuje Hahnemanna w określonej tradycji filozoficznej — tradycji witalizmu — która w momencie pisania tych słów była jeszcze żywa i wpływowa, ale która w ciągu następnego stulecia miała zostać wypchnięta na margines nauki, a ostatecznie odrzucona przez główny nurt biologii i medycyny.
Żeby zrozumieć, czym jest siła życiowa Hahnemanna, trzeba najpierw zrozumieć, czym jest witalizm. A żeby zrozumieć witalizm, trzeba uświadomić sobie, jak głęboko zakorzenione w ludzkiej intuicji jest przekonanie, że życie jest czymś więcej niż tylko złożoną chemią.
Weźmy najprostsze doświadczenie. Stajemy nad ciałem osoby, która właśnie zmarła. Jeszcze minutę temu ten człowiek oddychał, poruszał się, mówił, czuł. Teraz leży nieruchomo. Wszystkie atomy, z których składa się jego ciało, są nadal na swoim miejscu. Wszystkie narządy, tkanki, komórki wyglądają tak samo jak minutę wcześniej. A jednak coś się zmieniło — coś fundamentalnego, nieodwracalnego, tajemniczego. Co odeszło? Co było tym czymś, co odróżniało żywego człowieka od martwego ciała? Jeśli odpowiesz — dusza — jesteś teologiem. Jeśli odpowiesz — świadomość — jesteś filozofem. Jeśli odpowiesz — siła życiowa — jesteś witalistą. A jeśli odpowiesz — nic nie odeszło, po prostu ustały procesy biochemiczne — jesteś mechanicystą.
Witalizm, w najszerszym rozumieniu, to przekonanie, że organizmy żywe posiadają coś, czego nie posiada materia nieożywiona — pewną zasadę, siłę, czynnik, który czyni życie życiem i który nie daje się zredukować do praw fizyki i chemii. Ta zasada nie musi być nadprzyrodzona w sensie religijnym — choć u wielu witalistów granica między witalnością a duchowością była płynna. Musi natomiast być odrębna od procesów czysto materialnych. Musi być czymś więcej.
Historia witalizmu w filozofii zachodniej jest długa i bogata. Arystoteles, ojciec biologii systematycznej, rozróżniał między duszą wegetatywną (odpowiedzialną za odżywianie i wzrost roślin), duszą zmysłową (odpowiedzialną za percepcję i ruch zwierząt) i duszą rozumną (właściwą wyłącznie człowiekowi). Każda z tych dusz była formą — nie materią — organizującą ciało i nadającą mu życie. To nie był jeszcze witalizm w nowożytnym sensie, ale było to wyraźne rozróżnienie między zasadą życiową a substratem materialnym.
W nowożytnej historii nauki witalizm jako świadoma pozycja filozoficzna wykrystalizował się w XVII i XVIII wieku, w opozycji do mechanicyzmu — poglądu, że organizmy żywe działają wyłącznie na zasadach mechanicznych, jak skomplikowane maszyny. René Descartes, najsłynniejszy z mechanicystów, twierdził, że ciała zwierząt są automatami — maszynami zbudowanymi z materii i podlegającymi wyłącznie prawom fizyki. Jedynie człowiek posiadał duszę — ale dusza Kartezjusza była bytem czysto duchowym, oddzielonym od ciała i komunikującym się z nim przez szyszynkę. To był dualizm, nie witalizm.
Witaliści odrzucali zarówno czysty mechanicyzm, jak i czysty dualizm. Ich pozycja była trzecia: życie nie jest maszyną, ale nie jest też duchem zamieszkującym maszynę. Życie jest czymś swoistym — procesem lub siłą, która przenika ciało i czyni je żywym, ale która nie daje się sprowadzić ani do praw mechaniki, ani do abstrakcyjnej duszy.
W Niemczech przełomu XVIII i XIX wieku — a więc w środowisku, w którym formował się intelektualnie Hahnemann — witalizm miał szczególnie wpływowych przedstawicieli. Georg Ernst Stahl, profesor medycyny w Halle, sformułował na początku XVIII wieku teorię animizmu medycznego, zgodnie z którą dusza (anima) jest bezpośrednią przyczyną wszystkich procesów fizjologicznych i patologicznych. Dusza ożywia ciało, reguluje jego funkcje, chroni je przed rozkładem — a choroba jest wyrazem walki duszy z czynnikami destrukcyjnymi. Ta teoria — choć dziś brzmi egzotycznie — była w swoim czasie poważną propozycją intelektualną, alternatywną wobec jatrochemii i jatromechaniki.
Jeszcze bliższy Hahnemannowi czasowo i intelektualnie był Johann Friedrich Blumenbach, fizjolog i antropolog z Getyngi, który wprowadził pojęcie Bildungstrieb — popędu formacyjnego. Blumenbach argumentował, że organizmy żywe posiadają wewnętrzną siłę, która kieruje ich rozwojem, regeneracją i reprodukcją — siłę, której nie da się wyjaśnić samymi prawami mechaniki czy chemii. Bildungstrieb nie był duszą w sensie teologicznym — był raczej swoistą właściwością materii organicznej, czymś pośrednim między fizyką a metafizyką. Blumenbach ostrożnie zastrzegał, że nie wie, czym Bildungstrieb jest w swojej istocie, wie jedynie, że manifestuje się w obserwowalnych zjawiskach biologicznych.
Xavier Bichat, wielki fizjolog francuski, którego Hahnemann niewątpliwie czytał, sformułował definicję, która stała się jednym z najsłynniejszych aforyzmów witalizmu:
— Życie jest zbiorem funkcji, które opierają się śmierci.
To zdanie, pozornie proste, jest w istocie manifestem witalistycznym. Bichat nie mówi, że życie jest pewną konfiguracją atomów czy pewnym typem chemii. Mówi, że życie jest aktywnością — oporem wobec rozkładu, entropii, śmierci. I ta aktywność — siła, która opiera się śmierci — jest czymś, co wymaga odrębnego wyjaśnienia, czymś, czego fizyka i chemia nie potrafią uchwycić.
Hahnemann, formułując swoją koncepcję Dynamis, czerpał z tego bogatego intelektualnego źródła. Nie wymyślał siły życiowej od zera. Osadził się w szerokim nurcie myśli swojej epoki — nurcie, który obejmował nie tylko medycynę, ale również filozofię, biologię, a nawet fizykę (teoria fluidów magnetycznych Mesmera, galwanizm). To ważne, by to podkreślić, bo krytycy homeopatii niekiedy przedstawiają koncepcję siły życiowej jako osobisty wymysł Hahnemanna, oderwany od kontekstu intelektualnego — co jest niesprawiedliwe i historycznie nieprawdziwe.
Ale co dokładnie Hahnemann rozumiał przez siłę życiową i jaką rolę odgrywała ona w jego systemie medycznym? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, musimy przeczytać uważnie paragrafy od dziewiątego do szesnastego Organon — tę garść lapidarnych, gęstych sformułowań, które tworzą fundament hahnemannowskiej ontologii choroby.
W stanie zdrowia siła życiowa panuje niepodzielnie, utrzymując harmonię wszystkich funkcji ciała. Choroba — i tu dochodzimy do kluczowego punktu — nie jest uszkodzeniem narządu, nie jest inwazją bakterii, nie jest zaburzeniem chemicznym. Choroba jest zaburzeniem siły życiowej. Jest rozstrojeniem Dynamis przez czynnik chorobotwórczy, który Hahnemann określa jako niematerialny — dynamiczny, duchowy. Siła życiowa, będąc niematerialna, może być zaburzona tylko przez czynnik niematerialny. Choroba materialna — zmiany w tkankach, objawy fizyczne — jest jedynie wtórnym wyrazem tego pierwotnego zaburzenia.
Hahnemann pisał w paragrafie dwunastym:
— Jedynie chorobliwie rozstrojona siła życiowa wywołuje choroby. Chorobowe objawy, postrzegalne przez nasze zmysły, wyrażają wszelkie wewnętrzne zmiany, to jest całą chorobową dysfunkcję wewnętrznej Dynamis, odsłaniają całą chorobę.
To sformułowanie ma daleko idące konsekwencje. Po pierwsze, oznacza, że objawy nie są chorobą — są jej wyrazem, jej mową, jej znakiem na zewnątrz. Po drugie, oznacza, że objawy są jedynym oknem, przez które lekarz może zajrzeć do wnętrza zaburzonej siły życiowej — bo sama siła życiowa jest niewidoczna, niedotykalna, niemierzalna. Po trzecie — i to ma bezpośrednie przełożenie na praktykę — oznacza, że leczenie powinno być skierowane nie na objawy jako takie, nie na zmienioną tkankę czy zainfekowany narząd, lecz na siłę życiową, której zaburzenie jest pierwotną przyczyną wszystkiego.
Stąd bierze się centralność objawów w diagnostyce homeopatycznej. Homeopata nie szuka przyczyny choroby w sensie, w jakim szuka jej lekarz konwencjonalny — nie szuka bakterii, wirusa, mutacji genetycznej, zaburzenia hormonalnego. Szuka pełnego obrazu objawów, bo objawy są lustrem, w którym odbija się stan siły życiowej. Im więcej szczegółów, im więcej modalności, im więcej indywidualnych, osobliwych, charakterystycznych objawów lekarz zbierze, tym dokładniejszy obraz zaburzenia uzyska — i tym precyzyjniej będzie mógł dobrać lek na zasadzie podobieństwa.
Stąd też bierze się pojęcie leczenia dynamicznego. Lek homeopatyczny — zdynamizowany, mający potencjał — działa nie na ciało fizyczne, lecz na siłę życiową. Jest niematerialnym impulsem, który koryguje niematerialne zaburzenie. Dlatego — argumentował Hahnemann — im bardziej lek jest zdynamizowany (rozcieńczony i wstrząśnięty), tym silniej działa na siłę życiową, bo staje się coraz mniej materialny, a coraz bardziej duchowy, a więc coraz bardziej pokrewny naturze samej Dynamis.
Oczywiście, pytanie, które nasuwa się natychmiast — i które krytycy stawiają od dwóch stuleci — brzmi: skąd Hahnemann wiedział, że siła życiowa istnieje? Na jakiej podstawie twierdził, że choroba jest zaburzeniem niematerialnej zasady, a nie uszkodzeniem materialnego ciała? I jak można w ogóle badać coś, co z definicji jest niewidoczne, niedotykalne i niemierzalne?
Te pytania nie mają prostych odpowiedzi — i trzeba uczciwie powiedzieć, że Hahnemann nie próbował na nie odpowiadać w sposób, który zadowoliłby współczesnego filozofa nauki. Siła życiowa w systemie Hahnemanna nie jest hipotezą podlegającą weryfikacji. Jest aksjomatem — punktem wyjścia, który się przyjmuje lub odrzuca. Hahnemann nie udowadniał istnienia siły życiowej. Postulował ją — jako konieczny warunek spójności swojego systemu medycznego.
Można to zrozumieć, jeśli weźmie się pod uwagę kontekst intelektualny. W czasach Hahnemanna witalizm nie był marginalną doktryną. Był respektowanym stanowiskiem filozoficznym, zajmowanym przez wielu wybitnych przyrodników i lekarzy. Blumenbach, Bichat, Stahl, Barthez — to nie byli szarlatani ani mistycy. To byli poważni uczeni, którzy na podstawie obserwacji świata ożywionego dochodzili do wniosku, że życie wymaga odrębnego wyjaśnienia. Hahnemann, formułując swoją koncepcję Dynamis, nie robił niczego, co wykraczałoby poza normy intelektualne jego epoki.
Problem polega na tym, że epoka się skończyła.
Symboliczną datą końca witalizmu w nauce jest rok 1828 — paradoksalnie ten sam rok, w którym Hahnemann opublikował Choroby przewlekłe, swoje najbardziej spekulatywne dzieło. W 1828 roku Friedrich Wöhler, uczeń Berzeliusa, dokonał syntezy mocznika — substancji organicznej — z substancji nieorganicznej (cyjanianu amonu). Ten eksperyment, choć sam Wöhler nie przywiązywał do niego nadmiernej wagi, z czasem urósł do rangi symbolu. Pokazał bowiem — lub wydawał się pokazywać — że nie istnieje nieprzekraczalna bariera między chemią organiczną a nieorganiczną, między materią żywą a martwą. Jeśli mocznik, substancja wytwarzana wyłącznie przez organizmy żywe, może być zsyntetyzowany w probówce z substancji mineralnych, to może nie ma żadnej tajemniczej siły życiowej, która odróżnia chemię ciała od chemii kamienia. Może różnica jest tylko kwestią złożoności, nie kwestią istoty.
Przez następne sto lat mechanicyzm — pogląd, że organizmy żywe podlegają wyłącznie prawom fizyki i chemii, bez żadnej dodatkowej zasady życiowej — zyskiwał coraz więcej argumentów. Odkrycie enzymów pokazało, że procesy metaboliczne to reakcje chemiczne katalizowane przez białka. Odkrycie struktury DNA przez Watsona i Cricka w 1953 roku pokazało, że sam rdzeń życia — dziedziczność, reprodukcja, rozwój — opiera się na molekule chemicznej podlegającej prawom fizykochemii. Biologia molekularna, genetyka, biochemia — każda z tych dyscyplin dostarczała nowych dowodów na to, że życie daje się wyjaśnić w kategoriach czysto materialnych, bez odwoływania się do żadnej tajemniczej siły.
Do drugiej połowy XX wieku witalizm jako stanowisko naukowe był martwy. Nie dlatego, że został ostatecznie obalony — trudno obalić twierdzenie o istnieniu czegoś, co z definicji jest niemierzalne. Ale dlatego, że stał się zbędny. Nauka znalazła mechanistyczne wyjaśnienia dla coraz większej liczby procesów życiowych — i nie potrzebowała już postulować dodatkowej siły, by je wytłumaczyć. Brzytwa Ockhama — zasada, by nie mnożyć bytów ponad konieczność — odcięła siłę życiową od naukowego dyskursu.
Ale homeopatia się z nią nie pożegnała. I tu dochodzimy do centralnego napięcia tego rozdziału.
Współcześni homeopaci stają przed wyborem, który nie ma dobrego rozwiązania. Mogą trzymać się klasycznej koncepcji siły życiowej, ryzykując wykluczenie z dyskursu naukowego. Mogą ją odrzucić, ryzykując utratę fundamentu, na którym opiera się cała logika homeopatycznego leczenia. Albo mogą próbować ją reinterpretować — przełożyć na język bardziej akceptowalny dla współczesnej nauki.
Ta trzecia opcja jest najczęściej wybierana przez tych homeopatów, którzy pragną dialogu ze środowiskiem naukowym. Reinterpretacje przybierają różne formy.
Niektórzy odwołują się do bioelektromagnetyzmu — twierdząc, że siła życiowa jest w istocie polem elektromagnetycznym organizmu, które może być zaburzone przez chorobę i korygowane przez lek homeopatyczny. Argumentem mają być badania nad biofotonemisją (ultrasłabe promieniowanie fotonowe emitowane przez żywe komórki), nad polem elektromagnetycznym serca (mierzonym magnetokardiografem) i mózgu (mierzonym magnetoencefalografem). Ale te zjawiska, choć rzeczywiste i fascynujące, są dobrze wyjaśniane w ramach konwencjonalnej biofizyki i nie wymagają postulowania żadnej odrębnej siły życiowej.
Inni odwołują się do fizyki kwantowej — twierdząc, że siła życiowa jest przejawem koherencji kwantowej w systemach biologicznych. Argument ten nabrał pewnej siły dzięki pracom Johnjoe McFaddena i Jima Al-Khalilego nad biologią kwantową — dyscypliną badającą rolę efektów kwantowych w procesach biologicznych, takich jak fotosynteza, nawigacja ptaków czy mutacja DNA. Ale McFadden i Al-Khalili sami jasno odróżniają biologię kwantową od wszelkich prób odwoływania się do mechaniki kwantowej w celu uzasadnienia terapii alternatywnych. W wywiadzie dla The Guardian Al-Khalili powiedział z charakterystyczną dla siebie bezpośredniością:
— Biologia kwantowa jest fascynującą, rygorystyczną nauką. Nie ma nic wspólnego z tym, co ludzie nazywają kwantowym uzdrawianiem. Mechanika kwantowa nie jest magiczną szufladą, do której można wrzucić wszystko, czego się nie rozumie.
Jeszcze inni — i jest to prawdopodobnie najbardziej wyrafinowana ze współczesnych reinterpretacji — odwołują się do teorii systemów złożonych i emergentyzmu. Emergentyzm to stanowisko filozoficzne, zgodnie z którym złożone systemy mogą wykazywać właściwości, które nie dają się przewidzieć ani wyjaśnić na podstawie właściwości ich składników. Świadomość jest klasycznym przykładem właściwości emergentnej — żaden pojedynczy neuron nie jest świadomy, ale miliard neuronów połączonych w odpowiedni sposób wytwarza świadomość. Podobnie — argumentują zwolennicy tego podejścia — siła życiowa może być emergentną właściwością organizmu jako całości, czymś, co pojawia się na poziomie złożoności biologicznej, ale czego nie da się zredukować do chemii poszczególnych komórek.
To jest najbardziej inteligentna z dostępnych reinterpretacji, ale i ona ma poważne słabości. Po pierwsze, emergentyzm w sensie naukowym nie wymaga postulowania żadnych dodatkowych sił — właściwości emergentne wyłaniają się z oddziaływań między składnikami systemu, nie z żadnej odrębnej zasady. Po drugie, i ważniejsze, nawet jeśli przyjmiemy, że „siła życiowa” jest metaforą samoorganizacji systemu biologicznego, to w niczym nie pomaga to w uzasadnieniu mechanizmu działania leków homeopatycznych. Bo pytanie nie brzmi, czy organizm jest złożonym, samoorganizującym się systemem — oczywiście, że jest. Pytanie brzmi, w jaki sposób ultramolekularne rozcieńczenie substancji miałoby wpływać na ten system. Reinterpretacja siły życiowej jako emergencji nie odpowiada na to pytanie. Jedynie przesuwa je na inny poziom.
Edzard Ernst, emerytowany profesor medycyny komplementarnej na Uniwersytecie Exeter, który sam rozpoczynał karierę jako homeopata, pisał o próbach modernizacji witalizmu Hahnemanna z mieszaniną frustracji i melancholii:
— Próby ratowania koncepcji siły życiowej przez odwoływanie się do fizyki kwantowej, bioelektromagnetyzmu czy teorii złożoności są intelektualnie twórcze, ale naukowo bezpodstawne. Łączą pojęcia z radykalnie różnych dziedzin na zasadzie powierzchownych analogii, nie na zasadzie rzeczywistych związków przyczynowych. To nie jest nauka. To jest poetyka.
Surowy osąd — ale trudno mu odmówić trafności. Historia nauki zna wiele przypadków, w których terminy z jednej dziedziny były przenoszone do drugiej w sposób, który budził więcej zamieszania niż zrozumienia. Entropia w fizyce to nie to samo co entropia w teorii informacji, choć powiązania istnieją. Energia w fizyce to nie to samo co energia w tradycjach duchowych, choć oba pojęcia dzielą to samo słowo. Pole elektromagnetyczne w biofizyce to nie to samo co pole energetyczne w medycynie alternatywnej, choć jedni i drudzy mówią o polach. Precyzja terminologiczna jest fundamentem nauki — a każde przeniesienie terminu między dziedzinami bez zachowania tej precyzji prowadzi do pozornego porozumienia, za którym kryje się realne nieporozumienie.
Ale jest w koncepcji siły życiowej coś, co — paradoksalnie — rezonuje z pewnym nurtem współczesnej medycyny konwencjonalnej, choć żadna ze stron nie przyznaje się chętnie do tego pokrewieństwa. Mam na myśli koncepcje allostazy i samoregulacji.
Allostaza — termin wprowadzony przez Petera Sterlinga i Josepha Eyera w 1988 roku — to zdolność organizmu do utrzymywania stabilności przez zmianę. W odróżnieniu od homeostazy, która zakłada dążenie do stałego punktu równowagi, allostaza zakłada dynamiczne dostosowywanie parametrów fizjologicznych do zmieniających się warunków. Organizm nie tyle dąży do równowagi, ile ciągle się równoważy — aktywnie, dynamicznie, predykcyjnie. Ta zdolność do nieustannej samoregulacji — do reagowania na stres, kompensowania zaburzeń, naprawiania uszkodzeń — jest czymś, co witaliści XVIII wieku nazwaliby siłą życiową. Współczesna fizjologia opisuje to samo zjawisko w języku pętli sprzężeń zwrotnych, układów neuroendokrynnych, sieci cytokinowych — ale fenomen, na który wskazują, jest ten sam: organizm żywy jest czymś więcej niż sumą swoich części, bo posiada zdolność do aktywnej samoorganizacji.
Czy to oznacza, że Hahnemann miał rację? Nie w sensie dosłownym. Siła życiowa Hahnemanna była bytem niematerialnym, duchowym, niepodlegającym prawom fizyki. Allostaza jest procesem materialnym, biologicznym, w pełni podlegającym prawom biochemii i fizjologii. To są różne koncepcje, nawet jeśli wskazują na podobny fenomen. Ale warto odnotować, że intuicja stojąca za koncepcją siły życiowej — intuicja, że organizm posiada wbudowaną zdolność do samonaprawy i że zadaniem lekarza jest wspieranie tej zdolności, a nie jej zastępowanie — nie jest intuicją absurdalną. Jest intuicją, którą współczesna medycyna w pewnym sensie podziela, choć formułuje ją w zupełnie innym języku.
Na koniec tego rozdziału chciałbym postawić pytanie, które wykracza poza homeopatię i sięga w głąb filozofii nauki. Czy odrzucenie witalizmu przez współczesną biologię oznacza, że problem, na który witalizm wskazywał, został rozwiązany?
Filozofowie umysłu — ci sami, którzy od dziesięcioleci zmagają się z tak zwanym trudnym problemem świadomości — mieliby na to pytanie odpowiedź bardziej zniuansowaną, niż mogłoby się wydawać. David Chalmers, autor pojęcia trudnego problemu, argumentuje, że nawet kompletne wyjaśnienie wszystkich procesów neuronalnych w mózgu nie wyjaśni, dlaczego istnieje subiektywne doświadczenie — dlaczego jest coś, co to znaczy być świadomym. Thomas Nagel, w słynnym eseju What Is It Like to Be a Bat?, argumentował, że redukcja życia umysłowego do procesów fizycznych napotyka barierę, której nauka nie potrafi na razie pokonać.
To nie są argumenty za siłą życiową Hahnemanna. To są argumenty za intelektualną pokorą wobec zjawisk, które opierają się pełnej redukcji. Życie — ze swoją zdolnością do samoorganizacji, adaptacji, samoreprodukcji, ewolucji — jest fenomenem tak nadzwyczajnym, że fakt, iż ludzie przez tysiąclecia postulowali istnienie odrębnej zasady życiowej, nie powinien budzić zdziwienia ani pogardy. Powinien budzić zrozumienie — nawet jeśli ostatecznie uznajemy, że witalizm jest stanowiskiem błędnym.
Hahnemann żył w świecie, w którym witalizm był rozsądnym stanowiskiem filozoficznym. Jego koncepcja siły życiowej, choć nie do utrzymania w świetle współczesnej biologii, była spójnym elementem większej wizji — wizji medycyny łagodnej, indywidualnej, respektującej autonomię organizmu. To, że ta wizja opierała się na błędnym fundamencie ontologicznym, nie oznacza, że wszystkie jej postulaty kliniczne były bezwartościowe. Ale oznacza — i tego nie da się ominąć — że homeopatia potrzebuje albo nowego fundamentu, albo musi pogodzić się z tym, że jej język mówi o czymś, czego nauka nie potrafi rozpoznać. Czy to, czego nauka nie potrafi rozpoznać, istnieje naprawdę — to pytanie, na które ta książka nie ma ambicji odpowiedzieć. Ma jedynie ambicję je uczciwie postawić.
Rozdział 6: Teoria miazmów
koncepcja choroby przewlekłej
W życiu każdego twórcy systemu intelektualnego nadchodzi moment, w którym system zaczyna pękać. Nie z zewnątrz — bo krytycy są częścią krajobrazu od samego początku i twórca nauczył się ich ignorować. System pęka od wewnątrz, pod ciężarem faktów, których nie potrafi wyjaśnić. Dla Hahnemanna tym momentem był problem chorób przewlekłych.
Przez ponad trzydzieści lat praktyki homeopatycznej — od pierwszych prób lekowych w latach dziewięćdziesiątych XVIII wieku do połowy lat dwudziestych XIX stulecia — Hahnemann obserwował wzorzec, który nie dawał mu spokoju. Choroby ostre — gorączki, infekcje, stany zapalne, urazy — reagowały na leki homeopatyczne w sposób, który utwierdzał go w słuszności zasady podobieństwa. Pacjent dostawał odpowiednio dobrany lek, objawy ustępowały, zdrowie wracało. Ale choroby przewlekłe — reumatyzm, astma, egzema, migreny, zaburzenia trawienne, depresje, nawracające infekcje — zachowywały się inaczej. Lek pomagał na chwilę. Objawy ustępowały. A potem wracały. W tej samej formie lub zmienionej. Niekiedy w formie pozornie zupełnie nowej, jakby choroba zmieniała maskę, ale nie istotę.
Dla kogoś mniej uczciwego intelektualnie problem ten byłby łatwy do zlekceważenia. Wystarczyłoby powiedzieć: choroby przewlekłe są z natury trudne do leczenia, również w medycynie konwencjonalnej, a homeopatia radzi sobie z nimi nie gorzej niż inne metody. Ale Hahnemann nie był kimś, kto zadowalał się wymówkami. Jeśli zasada podobieństwa jest prawdziwa — rozumował — to powinna działać również w chorobach przewlekłych. Jeśli nie działa, to albo zasada jest błędna, albo jest coś jeszcze, czego dotychczas nie uwzględniał. Coś głębszego, ukrytego, leżącego pod powierzchnią widocznych objawów.
To drugie rozwiązanie wybrał. I tak narodziła się teoria miazmów — najbardziej spekulatywna, najbardziej kontrowersyjna i najbardziej dzieląca koncepcja w całej historii homeopatii.
W 1828 roku Hahnemann opublikował dzieło, które zmieniło homeopatię na zawsze — choć niekoniecznie w kierunku, jaki sam zamierzał. Die chronischen Krankheiten, ihre eigenthümliche Natur und homöopathische Heilung — Choroby przewlekłe, ich swoista natura i leczenie homeopatyczne — liczyło w pierwszym wydaniu pięć tomów i stanowiło rezultat, jak sam deklarował, dwunastu lat wytężonej pracy intelektualnej, klinicznej obserwacji i historycznych dociekań. Na pierwszych stronach Hahnemann opisał problem, który skłonił go do napisania tego dzieła, z charakterystyczną dla siebie bezwzględną szczerością:
— Dlaczego wszystkie lekarstwa znalezione przez homeopatię, choć zastosowane zgodnie z zasadą podobieństwa, przynoszą jedynie niepełne, niedoskonałe wyleczenie chorób przewlekłych? Dlaczego nawet starannie dobrane środki lecznicze nie dają trwałego uzdrowienia, lecz jedynie chwilową ulgę? To pytanie dręczyło mnie dniem i nocą i nie pozwalało mi spocząć.
Odpowiedź, którą Hahnemann zaproponował, była zarazem genialnie prosta w swojej strukturze i zawrotnie ambitna w swoim zasięgu. Choroby przewlekłe — argumentował — nie są chorobami samodzielnymi. Są objawami głębszego, ukrytego zaburzenia, które nazwał miazmem. Miazm nie jest chorobą w potocznym rozumieniu tego słowa. Jest raczej predyspozycją, skłonnością, wzorcem chorobowym, który osadza się w organizmie — a ściślej w sile życiowej — i który z pokolenia na pokolenie determinuje sposób, w jaki jednostka choruje.
Hahnemann zidentyfikował trzy fundamentalne miazmy, które — jego zdaniem — leżą u źródła wszystkich chorób przewlekłych ludzkości. Nazwał je Psora, Sycosis i Syphilis.
Psora była kamieniem węgielnym całej konstrukcji. Hahnemann uważał ją za najstarszy, najbardziej rozpowszechniony i najbardziej destrukcyjny miazm w historii ludzkości. Etymologicznie słowo wywodził od greckiego psora, oznaczającego świąd, swędzenie — co natychmiast wskazywało na chorobę, którą uważał za jej źródło historyczne: świerzb.
Hahnemann twierdził, że świerzb — a ściślej wysypka świerzbowa, widoczna na skórze — jest zewnętrznym przejawem głębokiego, wewnętrznego zaburzenia siły życiowej. Kiedy wysypka jest widoczna na skórze, choroba jest niejako zlokalizowana, skanalizowana, wyrażona na zewnątrz. Organizm radzi sobie z nią, trzymając ją na powierzchni. Problem zaczyna się, gdy wysypkę tłumi się zewnętrznie — maściami, kąpielami, środkami ściągającymi. Tłumienie objawów skórnych nie eliminuje choroby. Wpędza ją do wnętrza organizmu, gdzie atakuje głębsze narządy — płuca, jelita, nerwy, mózg — manifestując się jako astma, padaczka, melancholia, reumatyzm, nowotwory i setki innych chorób przewlekłych.
Ta logika — logika tłumienia i internalizacji — jest jednym z najważniejszych elementów myślenia homeopatycznego i jednym z najtrudniejszych do oceny z perspektywy współczesnej nauki. Hahnemann pisał o Psorze z żarliwością niemal apokaliptyczną:
— Psora jest najstarszą, najbardziej rozpowszechnioną, najbardziej destrukcyjną, a zarazem najbardziej niezrozumianą chorobą przewlekłą, która od wielu tysięcy lat dręczy narody ludzkie. Jest matką co najmniej siedmiu ósmych wszelkich chorób przewlekłych.
Siedem ósmych. Hahnemann nie mówił tu o pewnym procencie chorób przewlekłych. Mówił o prawie wszystkich. Astma — Psora. Reumatyzm — Psora. Padaczka — Psora. Nowotwory — Psora. Choroby psychiczne — Psora. Cukrzyca, gruźlica, łuszczyca, egzema, migrena, jaskra, głuchota — Psora, Psora, Psora. Jedynym wyjątkiem były choroby wywodzące się z dwóch pozostałych miazmów: Sycosis i Syphilis. Wszystko inne było manifestacją tej jednej, praprzyczyny.
Sycosis — drugi miazm — miał swoje źródło historyczne w rzeżączce. Hahnemann uważał, że rzeżączka, podobnie jak świerzb, jest chorobą o dwóch wymiarach: zewnętrznym i wewnętrznym. Zewnętrznym objawem rzeżączki jest wyciek z cewki moczowej. Kiedy ten objaw zostaje stłumiony przez leczenie miejscowe — a w czasach Hahnemanna leczono rzeżączkę środkami ściągającymi, cauteryzacją i rtęcią — choroba nie znika, lecz wnika do wnętrza organizmu, manifestując się jako skłonność do nadmiernego wzrostu tkanek: brodawek, polipów, narośli, kondylomatów, a w dalszej konsekwencji nowotworów łagodnych i złośliwych.
Sycosis w ujęciu Hahnemanna to miazm wytwórczy, proliferacyjny. Jego istotą jest nadmiar — nadmierny wzrost, nadmierne wydzielanie, nadmierne gromadzenie. Organizm dotknięty Sycosis produkuje za dużo: za dużo tkanki, za dużo śluzu, za dużo tłuszczu. Objawy sykotyczne mają tendencję do narastania, rozprzestrzeniania się, pojawiania się w nowych miejscach.
Syphilis — trzeci miazm — wywodził się, jak sama nazwa wskazuje, z kiły. Kiła w czasach Hahnemanna była chorobą powszechną, przerażającą i niszczycielską. Jej naturalny przebieg — od wrzodu pierwotnego, przez osutki i objawy wtórne, po trzeciorzędowe zniszczenie narządów wewnętrznych, kości i mózgu — stanowił dla Hahnemanna archetyp procesu destrukcyjnego. Miazm syfilityczny to przeciwieństwo sykotycznego: nie tworzy, lecz niszczy. Jego istotą jest degradacja, ulceracja, martwica, rozkład. Organizm dotknięty miazmem syfilitycznym nie produkuje za dużo — rozpada się. Owrzodzenia, perforacje, destrukcja kości, degeneracja tkanek, demencja — to wszystko objawy głębokiego zaburzenia syfilitycznego.
Trzy miazmy tworzyły więc trypityk, który obejmował całe spektrum patologii ludzkiej: Psora jako zaburzenie czynnościowe — niedobór, dysfunkcja, osłabienie. Sycosis jako nadmierny wzrost — hipertrofia, proliferacja, produkcja. Syphilis jako destrukcja — degradacja, rozkład, zniszczenie. Razem stanowiły kompletną mapę ludzkiego cierpienia, elegancką w swojej symetrii i ambicji, choć — jak zobaczymy — problematyczną w konfrontacji z rzeczywistością kliniczną i naukową.
Reakcja środowiska homeopatycznego na teorię miazmów była natychmiastowa i głęboko podzielona. Część uczniów Hahnemanna przyjęła ją z entuzjazmem, widząc w niej brakujący element układanki, który wyjaśniał porażki w leczeniu chorób przewlekłych. Inni — i nie byli to ludzie na marginesie ruchu, lecz jedni z najbardziej szanowanych homeopatów — odrzucili ją z oburzeniem.
Problem nie leżał wyłącznie w spekulatywnym charakterze teorii. Leżał w jej konsekwencjach praktycznych. Jeśli Psora jest źródłem siedmiu ósmych chorób przewlekłych, to leczenie tych chorób wymaga nie tylko doboru leku na zasadzie podobieństwa do aktualnych objawów, ale również — a może przede wszystkim — leczenia antymiazmowego, to znaczy podawania specyficznych leków antyposorycznych, które atakują sam miazm, nie tylko jego powierzchowne manifestacje. Hahnemann opracował listę takich leków — na czele z Sulphur, który uważał za najważniejszy lek antyposoryczny — i włączył je do swojej materia medica. Ale kryterium ich doboru było inne niż w klasycznej homeopatii objawowej. Lek antyposoryczny miał leczyć nie aktualne objawy, lecz głęboki wzorzec chorobowy — coś, co było raczej predyspozycją niż konkretną chorobą. To zbliżało homeopatię do spekulatywnej metafizyki i oddalało od empirycznej obserwacji, na której Hahnemann budował swój system trzydzieści lat wcześniej.
Hering — ten sam Constantine Hering, który stał się apostołem homeopatii w Ameryce — początkowo wahał się wobec teorii miazmów, ale ostatecznie ją zaakceptował i rozwinął. James Tyler Kent, prawdopodobnie najwpływowszy homeopata przełomu XIX i XX wieku, poszedł jeszcze dalej, nadając teorii miazmów charakter wręcz teologiczny. Kent utożsamił Psorę z grzechem pierworodnym — z pierwotnym upadkiem ludzkości, z odejściem od stanu łaski, którego fizycznym wyrazem jest predyspozycja do choroby. Pisał:
— Psora jest fundamentalną przyczyną choroby. Jest skutkiem grzechu pierworodnego, który zakaził ludzkość na samym początku jej historii. Dopóki Psora nie zostanie uleczona, żadne leczenie nie będzie trwałe.