Rozdział I
Chaja trucicielka
W herbarzu Bonieckiego Antoni Kuszel, dziedzic Żeliszewa, uzyskał miano „dzielnego żołnierza, ale wielkiego awanturnika”. Znany był z ekstrawaganckich pomysłów i wystawnego życia. Na przykład podziwiano jego sześciokonną karetę.
Wielką złość musiała czuć poddana Chaja Koplowiczowa do Antoniego Kuszla, skoro dużo ryzykując postanowiła pozbawić go życia. Gdyby to jej się udało, Królestwo Polskie straciłoby odważnego wojownika, naczelnika pospolitego ruszenia województwa podlaskiego w 1830 roku. Wcześniej Kuszel należał do gidów księcia Poniatowskiego i był ciężko ranny podczas wojny z Rosją w 1812 roku. Cztery lata później osiadł w swej posiadłości w Żeliszewie.
W 1818 roku Chaja Koplowiczowa zatruła arszenikiem herbatę kupioną dla dziedzica Kuszla, przeznaczoną na uroczyste przyjęcie. Nie wiadomo, czy było to działanie wcześniej zaplanowane, ale śledczy udowodnili, że Koplowiczowa przez jakiś czas miała do herbaty dostęp. Odkryli również, że gdyby nie pewien fakt, śmiertelne działanie trującej używki wyszłoby na jaw dopiero po spożyciu jej przez biesiadników, a było ich około stu. Do tragedii nie doszło dzięki rabinowi Jossemu Pinkusowiczowi, któremu Koplowiczowa zwierzyła się ze swego niecnego czynu i który ostrzegł przed spożyciem zatrutej herbaty. Rada lekarska sprawdziła doniesienie i stwierdziła w herbacie zawartość arszeniku.
Zanim zbrodnię wykryto, Koplowiczowa zdążyła zbiec. Sąd Kryminalny bez rezultatu dwukrotnie wzywał ją edyktem do stawienia się i złożenia wyjaśnień. W czasie postępowania sądowego ustalono, że Koplowiczowa, oskarżona o zamierzone zdradzieckie morderstwo, kierowała się zemstą.
Antoni Kuszel znany był ze złego traktowania poddanych. Któregoś dnia doszło między nim a oskarżoną do kłótni, po której dziedzic wyrzucił Koplowiczową z karczmy, co mogło sprowokować ją do zbrodni.
Austriacki Kodeks Karny przewidział za opisaną zbrodnię karę od 10 do 20 lat ciężkiego więzienia i właśnie ta najwyższa została wobec Koplowiczowej zasądzona. Władze policyjne i wojskowe zostały wezwane do wyśledzenia skazanej i doprowadzenia jej do więzienia. Poszukiwania jednak okazały się bezskuteczne.
Antoni Kuszel po klęsce powstania listopadowego ukorzył się przed carem, nawet pomagał w likwidowaniu partyzantki w 1833 roku. Na jakiś czas wyjechał do Rosji. Jego majątek w Żeliszewie został wystawiony na licytację i wydzierżawiony.
Antoni Kuszel zmarł w 1854 roku.
Rozdział II
Rodzina młynarzy
Kodeks karzący dla Królestwa Polskiego został wprowadzony w 1818 roku. Obejmował zbrodnie, występki, przewinienia policyjne i stosowane kary. Za najcięższe zbrodnie przewidziana była kara śmierci przez ścięcie lub powieszenie na szubienicy. Często stosowane były kary dodatkowe. Pręgierz polegał na wystawieniu skazanego na widok publiczny, z łańcuchami na rękach i nogach, przykutego do specjalnego rusztowania, przez trzy dni, codziennie po jednej godzinie. Piętnowanie stosowane było rzadziej, tylko gdy prawo wyraźnie to określało: skazaniec miał wówczas na lewej łopatce wypaloną literę „P” oraz pierwszą literę miejsca gdzie znajdował się sąd. Kary były surowe, sądy uwzględniały jednak powody złagodzenia kary, w stosunku do nieletnich, osób dotychczas prowadzących nienaganne życie i w kilku innych przypadkach.
To co zdarzyło się w rodzinie młynarzy nie zasługiwało na pobłażanie. Co prawda punkt d art. 58 Kodeksu przewidywał złagodzenie kary w przypadku gwałtownego poruszenia umysłu sprawcy, jednak zbrodnia dokonana z premedytacją temu nie podlegała.
Kilkaset metrów za pewną wioską w Królestwie Polskim stał młyn, użytkowany przez liczną rodzinę. Senior rodu, młynarz, liczący 60 lat, miał opinię roztropnego i gospodarnego, przy tym jednak popędliwego i kłótliwego. Źle obchodził się ze swoim ojcem, jeszcze gorzej z żoną. Po 30 latach wspólnego pożycia nie szczędził jej wyzwisk i razów. Ta potulna i pokorna kobieta sama przyznawała, że bita po głowie traciła powoli rozum i pamięć. Wszystkich dzieci z tego małżeństwa było dwanaścioro, przy życiu pozostało pięcioro. Byli już dorośli, najmłodsza, dziewczyna, miała osiemnaście lat, najstarszy, to mężczyzna dwudziestoośmioletni. Ojciec bił wszystkich jednakowo, żałował im najpotrzebniejszych rzeczy, wykorzystywał niemiłosiernie w czasie pracy w młynie. Zdarzyło się, że jedno z nich bliskie było śmierci.
Podobnie jak matka, synowie i córki czuli trwogę przed ojcem do tego stopnia, że potulnie znosili wszystkie upokorzenia. Ze względu na przywiązanie do matki odsuwali od siebie myśl o porzuceniu rodzinnego domu. Ojca bali się również dlatego, że uważali, iż oddał się złym duchom. Widzieli, jak w nocy wychodził na rozstajne drogi, gdzie coś mówił do niewidzialnej istoty, dziwnie przy tym gestykulując.
Z upływem czasu sytuacja młodych młynarzy stała się nie do zniesienia. Ojciec był coraz bardziej okrutny, cierpieli też biedę, gdyż tak, jak bardzo był hojny wobec obcych, tak bardzo skąpy dla swoich bliskich. Zmówili się któregoś dnia i zabrali ojcu pieniądze i klucze do młyna. Na nic się to zdało: prawo było po stronie starego młynarza i sąd przywrócił poprzedni stan.
Jak pozbyć się ojca, który stał się dla rodziny ciemiężcą i obcym człowiekiem? Pomysł podsunął pewien robotnik z pobliskiej wioski. Trzeba starego zabić, to jedyna rada. Dla pobożnych i uległych młynarzy wydawało się to niepodobieństwem. Nie wyrazili zgody na udział w zbrodni.
Któregoś dnia jeden z synów przypadkiem znalazł pismo, z którego wynikało, że ojciec jakimś sposobem chce całą rodzinę, matkę i dzieci, oddalić z domu i wszystkiego pozbawić. To zdecydowało, że myśl o zabójstwie zaczęła być coraz bliższa. W końcu po naradzie rodzinnej, w której brali udział matka i dzieci, zapadł wyrok: zabić ojca.
Wykonanie zbrodni, za opłatą 200 zł, powierzyli robotnikowi, z którym już wcześniej się naradzali. W nocy jeden z synów uruchomił młyn, aby przywabić ojca na miejsce, gdzie czekał zabójca z siekierą i nożem. Stary młynarz otrzymał cios siekierą, jednak nie na tyle silny, żeby był śmiertelny. Udało mu się uciec do domu, gdzie wzywał pomocy. Podążający za nim morderca dokonał zbrodniczego dzieła posługując się raz nożem, raz siekierą. Zwłoki synowie pochowali w sekretnym miejscu.
Najstarszy syn zwracając się do matki powiedział: gdyby się nie stało to, co się stało, nigdy by się nie wydarzyło.
Przez cztery lata udawało się zbrodnię ukrywać. Nieobecność ojca dzieci tłumaczyły rozstaniem z rodziną i wyjazdem na zawsze. Poszukiwania zarządzone przez władze nie przyniosły rezultatu. Zaczęły rodzić się podejrzenia, tym bardziej, że sytuacja rodzinna młynarzy była powszechnie znana. Długie i żmudne śledztwo pozwoliło w końcu wykryć prawdę. Pewien udział w tym miała żona młynarza, której stan umysłowy nie pozwolił na ciągłe posługiwanie się kłamstwem. Sąd dotarł również do bezpośredniego sprawcy.
Wszyscy biorący udział w zbrodni, zabójca i nakłaniający do niej, zostali w 1821 roku skazani na karę śmierci, zgodnie z art. 114 i 115 Kodeksu Karzącego Królestwa Polskiego. Obostrzeniem kary dla skazanych dzieci i żony zamordowanego młynarza, był czarny, hańbiący ubiór, w którym prowadzeni byli na miejsce straceń. Kara śmierci została wykonana na mężczyznach przez powieszenie, kobiety zostały ścięte.
Rozdział III
Sołtys
W początkach XIX wieku Sandomierz znajdował się na pograniczu Księstwa Warszawskiego. W tym czasie i miejscu w prawodawstwie administracyjnym i cywilnym sądy posługiwały się przepisami zawartymi w Dzienniku Praw Księstwa Warszawskiego. Były to zarządzenia króla saskiego i księcia warszawskiego — Fryderyka Augusta. Natomiast w sprawach karnych korzystano z Landrechtu pruskiego z 1794 roku. Ten kodeks karny przewidywał za najcięższe zbrodnie kwalifikowaną karę śmierci, czyli połączoną z torturami, pręgierzem i chłostą. Taka kara czekała pewnego sołtysa, za jego nieludzkie postępowanie.
Pełniący tę funkcję Facy Lenard z Maruszowa w województwie sandomierskim, przyjął do pomocy swą cioteczną siostrę, Agnieszkę Szewczykównę. W krótkim czasie stosunki między nimi przekroczyły granice zażyłości rodzinnej i służbowej zależności. Związek ten ukrywany był długi czas, nawet gdy Szewczykówna została brzemienna, nie ujawniła z kim to się stało. Dziecko urodziło się nieżywe.
Niebawem w krzakach opodal domu Lenarda ludzie znaleźli zwłoki kobiety, w których rozpoznali Szewczykównę. Zawiadomiono o tym sołtysa, a następnie wójta. Facy Lenard po otrzymaniu tej wiadomości samotnie przybył na miejsce, a gdy po pewnym czasie delegacja gminy zjawiła się w celu zabrania zwłok kobiety, niczego w krzakach nie znaleziono. Domyślano się, że zabójca ciało ofiary ukrył i wówczas nie podejrzewano jeszcze o to sołtysa. Polecenia wójta dotyczące odnalezienia zwłok kobiety sołtys ignorował przez jakiś czas, aż wreszcie któregoś dnia opuścił wieś, twierdząc, że wyjeżdża w interesach do miasta. Więcej już się w wiosce nie pokazał.
Poszukiwania sołtysa listem gończym w 1816 roku nie przyniosły rezultatu. Podejrzewano, że zbiegł ze znacznym zapasem gotówki. Również długi czas nie można było odszukać ciała zmarłej. Kiedy do żony sołtysa dotarła wiadomość, że jej mąż wczesnym rankiem widziany był w pobliżu stodoły i zaskoczony próbował się ukryć, postanowiła wraz z kilkoma osobami przeszukać jej wnętrze. Zrobili to już wcześniej strażnicy ziemscy, lecz nic nie odkryli. Tym razem pod równo poukładanymi snopkami znaleziono zwłoki Agnieszki Szewczykówny.
Na ślad Facego Lenarda nie trafiono.
Rozdział IV
Szewc i cieśla
W Ustanowce, wiosce niedaleko Piaseczna, znaleziono nieżywego Kaspra Małachowskiego, lokalnego cieślę. Ciało było zmasakrowane, nieszczęśnik miał rozbitą głowę i zmiażdżoną klatkę piersiową. Leżał na polu, w pobliżu gościńca.
Przeprowadzone śledztwo wykazało, że ostatnio widziano go w towarzystwie szewca, Józefa Krzyżanowskiego. Podejrzanego o zbrodnię aresztowano. W czasie przesłuchania przyznał się do zabójstwa i podał szczegóły wydarzenia.
W lutym 1818 roku szukając dla siebie mieszkania trafił do Wągrowna, gdzie spotkał cieślę Małachowskiego. Nie znali się wcześniej, ale cieśla akurat potrzebował świadka przy zawieraniu umowy na budowę domu i zaproponował to Krzyżanowskiemu. Gdy interes został pomyślnie załatwiony, obydwaj wstąpili do karczmy. Wiadomo było, że pili wódkę, jak i to, że cieśla był zasobny w gotówkę z racji zaliczki na prace budowlane. Po zakończonym biesiadowaniu wspólnie udali się w drogę powrotną do Piaseczna. Już na początku podróży Krzyżanowski obmyślał plan zagarnięcia pieniędzy należących do cieśli. Ogłuszyć go i obrabować nie wystarczy, ocknie się i doniesie. Trzeba zabić. Gdy znaleźli się na gościńcu, kawałek drogi za wioską Ustanowką, Krzyżanowski znienacka przewrócił Małachowskiego, po czym przycisnąwszy kolanami bił i dusił. Zaskoczony cieśla nie był w stanie się bronić. Gdy słabł i tracił przytomność zabójca przeciął mu gardło nożem zwanym „cyganek”. Małe ostrze tego narzędzia zbrodni wystarczyło do przecięcia aorty szyjnej. Mordercy i tego jeszcze było za mało. Ciężkimi, podkutymi butami zmiażdżył klatkę piersiową cieśli i tak już będącego w agonii.
Po dokonanej zbrodni Krzyżanowski oddalił się, zabierając złupione ofierze 7 zł i 15 gr. Nie powrócił do miejsca gdzie mieszkał dotychczas, lecz postanowił wstąpić do wojska. Nie zdążył, w drodze do Warszawy został aresztowany i przekazany sądowi.
Sąd Sprawiedliwości Kryminalnej Województwa Mazowieckiego i Kaliskiego w 1819 roku skazał Józefa Krzyżanowskiego na karę miecza z wystawieniem ciała po śmierci na kole oraz śmierć cywilną.
Skazany złożył rekurs, jednak sąd apelacyjny utrzymał wyrok w mocy. Nie pomogła również prośba o ułaskawienie skierowana do cara Aleksandra I Romanowa.
Józef Krzyżanowski został ścięty w 1820 roku.
Rozdział V
Śmierć z nędzy
Pracujący jako stróż we dworze w Moskorzewie w pow. kieleckim Mikołaj Tabor, po dwóch miesiącach choroby zmarł. Pozostawił żonę i troje dzieci.
Wdowa i dzieci nie mieli środków do życia. Rodzina nie otrzymała pomocy od dziedzica Moskorzewa, Tomasza Potockiego, mimo że ten znany był z działalności społecznej i charytatywnej. Wdowa widząc, że nie ma dla niej miejsca przy dworze, błagała rządcę Jakubowskiego o podwodę do Jaranowic, gdzie mieszkała rodzina jej i zmarłego męża. Biedna kobieta posiadała tak lichą odzież dla siebie i dzieci, że nie mogła wybrać się samodzielnie w drogę. Rządca dwukrotnie odmawiał prośbie, lecz w końcu zgodził się odesłać czworo nędzarzy do Jaranowic, mimo tego, że jedno z dzieci chorowało na ospę.
Wdowa przeliczyła się oczekując wsparcia od rodziny. Została źle przyjęta przez krewnego, Michała Walczyka. Udała się więc do Franciszka Tabora, który był bratem jej męża. Ten, będąc chory, odmówił pomocy. Kolejne miejsce to dom Jana Fojki, również krewnego. Tu udało się przenocować. Fojka o pobycie rodziny zawiadomił sołtysa, Antoniego Kalińskiego, mając nadzieję na pomoc z jego strony, sam bowiem nie mógł zatrzymać wdowy z dziećmi u siebie. Kobieta tułała się dalej. Noc przed Bożym Narodzeniem biedacy spędzili w chacie u komornic na wsi.
W dzień świąteczny z samego rana Taborowie pojawili się powtórnie u Michała Walczyka. Gospodarza nie było w domu, nikt ich więc nie wyganiał. Około południa Walczyk wrócił z kościoła i kazał im się wynosić. Chodzili po wsi prosząc o pomoc, w końcu wieczorem trafili znów do domu Tabora. Drzwi otworzył syn, Walenty Tabor. Odmówił noclegu, nie pozwolił nawet się ogrzać. Opuszczeni nieszczęśnicy jeszcze raz poszli do Walczyków. Na nic zdały się błagania, nie wpuszczono ich.
Kobieta nie miała już siły szukać dalej. Usiadła wraz z dziećmi w pobliskim rowie, z początku płacząc i wzywając ratunku, wreszcie ucichła.
Wczesnym rankiem, w dzień św. Szczepana Męczennika, w pobliżu chaty Taborów znaleziono kobietę i dzieci nieżywych z zimna i głodu.
Sprawą zajął się Edward Białoskórski, radca stanu i gubernator cywilny. Polecił prokuratorowi królewskiemu, winnych nieudzielenia pomocy matce z dziećmi postawić przed sądem kryminalnym i jako przestępców surowo ukarać. Ponadto wezwał burmistrzów i wójtów aby zgromadzonym mieszkańcom wsi i miast ogłosili to „hańbiące ludzkość zdarzenie” i przekonali, jak tragiczne skutki może mieć obojętność na nędzę i cierpienie bliźnich.
Radca Białoskórski przypomniał, że troska o los ludzi pozostających bez możliwości zarobkowania i pozostających bez żadnego wsparcia, należy do władz policyjnych. Ostrzegł przy tym lokalnych włodarzy, że najmniejsze niedopatrzenie i uchybienie w sprawie pomocy ubogim zostanie surowo ukarane. Rzeczywisty radca stanu, Edward Białoskórski, nakazał całą sprawę, łącznie z wydanymi przez siebie poleceniami, ogłosić w Dzienniku Urzędowym Guberni Radomskiej. Kilka tygodni po tragedii, w lutym 1848 roku, nazwiska osób odpowiedzialnych za nieudzielenie pomocy nieszczęśnikom, zostały w Dzienniku opublikowane.
Rozdział VI
Alojzy Pichler — złodziej, czy ideolog?
W XIX wieku w Rosji, wielkim wrogiem katolicyzmu i przeciwnikiem Rzymu był hrabia Siwers, dyrektor departamentu wyznań obcych, czyli innych niż prawosławne. Podczas kiedy Murawiew na Litwie prześladował księży, Surawiew usiłował dodatkowo siłą nawracać na prawosławie. Mając plany dotyczące wprowadzenia reform wymierzonych przeciw katolikom, potrzebował doradcy obeznanego z teologią. Jego wybór padł na Alojzego Pichlera. Trzydziestopięcioletni jezuita z Monachium był autorem dzieła naukowego o historii Greckiego Kościoła Prawosławnego (wpisanego do Indexu Librorum Prohibitorum) oraz innych publikacji, podważających nieomylność papieża. Mimo młodego wieku Pichler był znany jako uczony i biegły teolog.
Zachęcony kwotą 2000 rubli wysłaną przez Siwersa, Pichler wiosną 1869 roku pojawił się w Petersburgu. Został przywitany z honorami, a rektor akademii duchownej ks. Stacewicz wydał na jego cześć obiad, na którym byli obecni duchowni i dygnitarze z hrabią Siwersem na czele.
Znalazła się posada dla jezuity w departamencie wyznań obcych z pensją 3000 rubli, oraz miejsce w cesarskiej bibliotece w oddziale teologicznym, w którym było 100 tys. tomów.
W tym czasie odbywał się w Rzymie sobór watykański, zwołany przez papieża Piusa IX. Pichler otrzymał 2500 rubli na koszty podróży i wybrał się do Rzymu, gdzie miał możliwość uzyskać wiadomości o przebiegu soboru. Pod zmienionym nazwiskiem zamieszczał w Gazecie Augsburskiej relacje o tym, co dzieje się w czasie soboru.
Po powrocie do Petersburga, z podziwu godnym poświęceniem całymi dniami, często też w niedziele i święta, studiował dzieła biblioteczne. Przychodził pierwszy, ostatni wychodził. Otaczany był przez wielu szacunkiem, miał opinię prześladowanego przez papieża za dążenia do zreformowania katolicyzmu.
Dziwne i niepokojące zjawiska w cesarskiej bibliotece pojawiły się w sierpniu 1869 roku. Zaczęły ginąć książki z działu przeznaczonego dla bibliotekarzy i osób upoważnionych, czyli nie z sali dla publiczności. Kradzież zauważył starszy bibliotekarz Pochelt i rozmawiał z osobami wizytującymi dział, również z dr Pichlerem. Jezuita obarczał winą różne wyimaginowane postacie. Jednakże to właśnie jego zaczęli podejrzewać bibliotekarze o wynoszenie książek. Zachowywał się nienaturalnie; nie zdejmował po wejściu kaloszy ani wierzchniego okrycia, a jeżeli już, to nie pozwalał służącemu pomóc sobie przy tym. Książki tylko przeglądał nie czytając, zabierał je do domu bez pokwitowania, ponadto kilka razy dziennie opuszczał bibliotekę i powracał do niej. Stróże biblioteki zauważyli, że palto Pichlera wychodzącego z placówki bywało zniekształcone, jakby pod nim coś ukrywał. Zdarzyło się nawet, że kiedyś wypadły mu książki, które ktoś zaraz usłużnie mu podał. Któregoś dnia Pichler powiesił palto w przedpokoju, więc nadarzyła się okazja, by niepostrzeżenie zrewidować jezuitę. Uczynił to służący, który pomagając założyć okrycie wyczuł pod surdutem Pichlera grubą księgę. Zawiadomiony o zdarzeniu bibliotekarz Sobolszczikow odebrał od jezuity dzieła św. Ambrożego oraz kilka mniejszych, cennych książek. Pracownicy biblioteki udali się do mieszkania Pichlera, gdzie odkryli w kilku pokojach 4372 książki należące do cesarskiego księgozbioru. Dowodem rzeczowym stał się również worek, który jezuita przywiązywał do surduta przy wynoszeniu woluminów. W mieszkaniu znajdowała się krewna Pichlera, która przyznała, że odrywała naklejki biblioteki, przyklejając w zamian kartki z napisem „Biblioteka Pichlera”. Większa część dzieł piśmienniczych była zapakowana w skrzynie przygotowane do transportu.
Proces karny trwał kilkanaście dni. Pichler został oskarżony o kradzież przedmiotów o wartości przekraczającej 300 rubli, a Krescencja Wimmler o pomoc w przestępstwie. Oboje nie przyznawali się do winy. W trakcie przewodu sądowego świadkowie wykazali niezbicie, że jezuita dokonał zaboru różnych dzieł z biblioteki cesarskiej. Sam podsądny używał rozmaitych wykrętów, twierdząc, że pracował w domu, do czego potrzebny był obszerny materiał.
Sprawa budziła duże zainteresowanie w różnych kręgach. Pichler był postacią znaną i cenioną. Nie było żadnej przesady w opinii znakomitego teologa, jaką się cieszył. Praktycznie znał każdą pozycję dotyczącą teologii, był obeznany z wieloma dziełami prawnymi i historycznymi. Zupełnie nie pasowało do niego oskarżenie natury kryminalnej.
Prokurator wysuwając zarzuty podkreślił, że motywem kradzieży była potrzeba posiadania książek na własność, do pracy naukowej. Oskarżony przez skąpstwo nie kupował dzieł dostępnych w sprzedaży, lecz je kradł. Mógł dowolnie korzystać z księgozbioru, ale nosił się z zamiarem wyjazdu do rodzinnego Monachium, więc postanowił przywłaszczyć sobie własność biblioteki i zabrać ze sobą do obcego państwa. Nie liczył się z tym, że zbiory były gromadzone przez lata, że stanowiły dobro narodowe Rosji. Przestępstwo, którego się dopuścił nie licowało z godnością uczonego i duchownego.
Z kolei obrońca podsądnego zaznaczył, że żadna z pozycji zabranych z biblioteki nie została wysłana za granicę i nie udowodniono, że oskarżony miał taki zamiar. Ponadto przypisywane Pichlerowi słowa, że „tylko w Rosji można kraść książki jak drwa”, nie padły z jego ust. Uczony nie znał regulaminu placówki i uważał, że nie robi nic złego korzystając z materiałów przynoszonych do domu. Nie zwrócił się do dyrekcji biblioteki o zgodę na wynoszenie książek, gdyż jako cudzoziemiec mógł spotkać się z niechęcia lub odmową, co byłoby dla niego trudne do zniesienia. Potrzebował dużej ilości pozycji, tym bardziej wzdragał się przed prośbą o zgodę. Kiedy spostrzegł, że w jego postępowaniu było coś niewłaściwego, gdy bibliotekarze zaniepokoili się brakami w księgozbiorze, było już za późno. Obrońca dłuższy czas starał się usprawiedliwić działanie doktora Pichlera, twierdząc, że jezuita nie kierował się chęcią zysku a jedynie wielką namiętnością do książek. Jednocześnie znajdował się w trudnej sytuacji, gdyż jako krytyk Kościoła katolickiego miał zamkniętą drogę do osiągnięcia większych sukcesów. Wszystkie jego dzieła znajdowały się na indeksie ksiąg zakazanych.
Na zakończenie adwokat zwrócił się do sądu o uwzględnienie faktu, że Alojzy Pichler nie był całkowicie świadomy, że jego działanie jest przestępstwem. Wziął własność biblioteki do pracy naukowej, nie dla własnych korzyści, nie ma więc podstaw, aby nazwać go złodziejem.
Sędziowie przysięgli na pytanie o winę podsądnego, odpowiedzieli twierdząco, dodając, że zasługuje na uwzględnienie. Wyrokiem sądu Alojzy Pichler został skazany na pozbawienie wszelkich praw stanu, odebrany mu został Order św. Stanisława drugiej klasy, ponadto został zesłany do guberni tobolskiej na rok, a następnie na pobyt na Syberii przez dwa lata.
Rozdział VII
Gorliwość Marianny
W czasie uroczystości religijnej, gdy Marianna G. przymierzała się do niesienia świętego obrazu w czasie procesji, podszedł do niej posługacz kościelny Andrzej Synowiec i gwałtownym ruchem odepchnął ją, aż upadła na ziemię. Rzecz działa się w parafii Zadroże, w guberni kieleckiej.
Zwyczajowo niesienie obrazu podczas uroczystości religijnych należało do dziewcząt wiejskich. Było to wyróżnienie, na które trzeba było zasłużyć. Miejscowy proboszcz znany był ze swej surowości wobec parafian, szczególnie mocno zwalczał pijaństwo i nierząd. Marianna z powodu gorszącego zachowania została od zaszczytu niesienia obrazu odsunięta. Została o tym powiadomiona, jednak nie usłuchała i musiał interweniować sługa kościelny. Szarpnął ją mocno, gdy już chwyciła za ramę feretronu. Nie wiadomo, co odczuła boleśniej: naruszenie nietykalności cielesnej, czy obrazę miłości własnej. Wszystko działo się na oczach zgromadzonych ludzi i lepiej dla Marianny byłoby, gdyby od początku trzymała się z tyłu.
Andrzej Synowiec został przez dziewczynę oskarżony o obrazę. Sprawą zajął się sąd poprawczy. Uznał rację Marianny i skazał kościelnego. Wyrok ten został podważony przez sąd kryminalny wyższej instancji. Pod uwagę zostały wzięte wyjaśnienia proboszcza parafii, który wydał polecenie Synowcowi, aby nie dopuścił Marianny do czynnego udziału w procesji. Podsądny wykonał co mu nakazano. W czasie gdy odpychał dziewczynę, ta straciła równowagę i się przewróciła.
Sąd kryminalny w 1876 roku uniewinnił Andrzeja Synowca.
Rozdział VIII
Mała Tania
W Warszawie przy ul. Długiej, w 1885 roku, z okna na trzecim piętrze wypadła ośmioletnia dziewczynka. Zbiegli się ludzie na ratunek. Udało się dziecko zachować przy życiu — zarośla pod oknem zamortyzowały upadek. Skończyło się na licznych złamaniach.
Pierwsze przypuszczenia dotyczyły nieszczęśliwego wypadku, chociaż nie brakowało podejrzeń o usiłowanie zabójstwa dziecka. Przeprowadzone śledztwo wykazało całkiem inną przyczynę nieszczęścia, trudną do uwierzenia. Ośmioletnia Tania chciała popełnić samobójstwo.
Opiekunami Tani byli: jej ojciec, dymisjonowany kapitan Piotr Bardowski oraz jego przyjaciółka, Anna Gerard, była artystka francuskiego teatru w Moskwie. Poprzednio Tania mieszkała ze swoją matką w Petersburgu. Anna Gerard obawiając się, że jej kochanek może wrócić do żony, namówiła go, aby wykradł córkę i przywiózł do Warszawy. Pomysł spodobał się Bardowskiemu i w krótkim czasie przywiózł dziecko oraz kilkadziesiąt tysięcy rubli, które zabrał żonie. Panna Gerard bawiła się dzieckiem jak lalką. Ubierała w kosztowne stroje, obsypywała drogimi prezentami. Wkrótce jej się to znudziło, zaczęły się też kończyć pieniądze. Tania stała się ciężarem. Ciągłe nieporozumienia między kochankami, kłótnie i awantury kończyły się znęcaniem nad dzieckiem. Narzędziem stosowanym do kar za niepopełnione winy było polan lub skręcona mokra serweta, czasem rozpalony do czerwoności pogrzebacz. Bili dziecko oboje na zmianę; okrutny ojciec i jego histeryczna kochanka. Dziewczynka spała w zimnej izbie, cierpiała głód, nie miała odpowiedniego odzienia.
Piotr Bardowski i Anna Gerard zostali zatrzymani do dyspozycji sądu. Dziecku zapewniono tymczasową opiekę.
W czasie przewodu sądowego zapytano Tanię o to jak była traktowana przez opiekunów. Odpowiedziała, że dobrze, a przez okno wyskoczyła jedynie „z głupoty”. Nawet przed sądem nie potrafiła pozbyć się strachu. Pouczona wcześniej przez ojca jak ma zeznawać była temu posłuszna do czasu, aż zapytana z kim będzie chciała mieszkać — z matką, czy z ojcem i panną Gerard, z płaczem krzyknęła, że tylko z matką.
Zeznanie dziecka oraz liczne ślady pobicia na ciele były wystarczającym dowodem na winę podsądnych. Piotr Bardowski, jako szlachcic, został pozbawiony szczególnych praw i przywilejów oraz zesłany na Syberię. Pannę Gerard sąd skazał na dwuletnie więzienie i czteroletni dozór policyjny.
Tania uległa demoralizacji. Z jasnowłosego dziewczątka o błękitnych oczach powstała mała kobietka, wyrachowana i kłamliwa. Posługiwała się językiem dam z półświatka, nie obce jej były tajemnice życia buduarowego, potrafiła kraść i oszukiwać. Pewnego razu wynajętą dorożką pojechała do pierwszorzędnego hotelu, zamówiła wystawne dania i zapłaciła pieniędzmi skradzionymi matce.
Rozdział IX
Adwokat w wieży
Do prezesa warszawskiego sądu okręgowego wpłynęła skarga na adwokata przysięgłego Kazimierza Chrołowskiego. Prawnik został zawieszony w obowiązkach obrońcy.
Podstawą oskarżenia było doniesienie, że adwokat Chrołowski po wygranej sprawie odebrał od pozwanego zasądzone wyrokiem pieniądze z rzekomym zamiarem przekazania stronie powodowej, lecz tego nie uczynił. Kwota, którą miał przekazać, wynosiła 193 ruble srebrem.
Podsądny tłumaczył się w sposób, który stawiał pod znakiem zapytania jego umiejętności prawnicze. Stwierdził, że pieniędzy nie mógł oddać, gdyż ich nie odebrał. Podobno zgubił nakaz płatniczy wydany przez sąd. Wydał oświadczenie w tej sprawie na piśmie. Kłamstwo wyszło na jaw, gdy osobnik, który przegrał sprawę, okazał kwit poświadczający przekazanie pieniędzy adwokatowi. Tym razem Chrołowski udzielił jeszcze bardziej kłamliwego wytłumaczenia, że owszem, kwit wystawił, lecz spornej kwoty nie zabrał, lecz przekazał pełnomocnikowi pozwanego, niejakiemu Sikorskiemu, do czasu uzyskania nowego nakazu zapłaty. W czasie dochodzenia sądowego przewodniczący sądu zdziwił się, że prawnik przekazał pieniądze trzeciej osobie bez żadnego potwierdzenia. Sam Sikorski zaprzeczył jakoby otrzymał jakieś środki od adwokata.
W czasie rozprawy w 1884 roku, obrońca podsądnego adwokat Rytel usiłował podważyć akt oskarżenia, jednakże wystawione pokwitowanie i zeznania świadków przemawiały przeciw oskarżonemu.
Wyrokiem sądu Kazimierz Chrołowski został skazany na pozbawienie wszystkich szczególnych praw i przywilejów, wykreślenie z listy adwokatów przysięgłych oraz zamknięcie w wieży przez siedem miesięcy. W środowisku prawniczym Chrołowskiego potępiono nie tylko za sprzeniewierzenie, ale i za kłamstwo.
Rozdział X
Zarobek z nierządu
Władze policyjne Lwowa zatrzymały niejaką Marię H., bez celu wałęsającą się po ulicach miasta. Kobiecie zarzucono włóczęgostwo, prawnie zabronione ustawą z 10 maja 1873 roku. Podstawą zatrzymania było ustalenie, że kobieta nie tylko nie należy do gminy Lwowa, ale nie ma stałego miejsca pobytu. Brak stałego zakwaterowania wskazywał również na niemożność zarobkowania, co spełniało znamiona włóczęgostwa. Marię H. policja odstawiła do dyspozycji karnego sądu powiatowego we Lwowie. Sędzia kryminalny, mający uprawnienia do samodzielnego wyrokowania, przyjmując za fakt zatrzymanie kobiety błąkającej się po ulicach, po przesłuchaniu uwolnił ją od oskarżenia. W uzasadnieniu wyjaśnił, że Maria H. zaprzeczyła twierdzeniu o braku zatrudnienia, przeciwnie, przyznała, że osiąga zarobek wystarczający w zupełności na swoje utrzymanie, gdyż trudni się nierządem. Sędzia, przecież nie z własnego doświadczenia życiowego, a z procesowania wiedział, że z nierządu czerpać można środki nie tylko na utrzymanie, ale jak powiedział „do przepychu w mieszkaniu, ubiorze i zabawie”.
Od wyroku odwołał się prokurator krajowy, więc sprawę rozpatrywał apelacyjny sąd kryminalny. Prokurator dowodził, że Maria H. przyznając się do nierządu nie wykazała, że posiada uczciwy zarobek. Nierząd sprzeciwia się zasadom moralności, trudno więc nazwać go uczciwym. Ponadto pojęcie zarobku wymaga pracy i zatrudnienia, nierząd publiczny z tym się nie wiąże, nie jest więc zarobkiem. Jest natomiast zabroniony ustawą karną i przepisami policyjnymi.Trybunał apelacyjny zgodził się z argumentami prokuratora i skazał Marię H. za włóczęgostwo na karę jednomiesięcznego ścisłego aresztu.
Rozdział XI
Honor oficerski
Doktor Fischer, lekarz i oficer rezerwy odpowiadał w 1880 roku przed sądem powiatowym w Wiedniu, oskarżony o lekkie uszkodzenie ciała. Sprawa zaczęła się od tego, że S. Kornak, handlarz węglem, wynajął mieszkanie, w którym jeden z pokoi zajmował dr Fischer. Za jego zgodą, jeszcze przed wprowadzeniem się, Kornak postanowił zrobić w mieszkaniu małe poprawki. Obydwaj umówili się, że doktor przed wyjściem z domu pozostawi klucz Kornakowi.
Zdarzyło się, że Fischer został wezwany w sprawie służbowej i wojskowej zarazem. Wyszedł ubrany w mundur oficerski. Po załatwieniu sprawy wstąpił do restauracji. Spotkał tam Kornaka, który z wyraźną pretensją w głosie upomniał się o klucz. Doktor odpowiedział, że pozostał w domu. W odpowiedzi handlarz ze złością wykrzyczał w obecności świadków, że to nieprawda i zarzucił Fischerowi niegodziwość. Zarzut infamii był dla oficera jak wymierzony policzek. Dobytym pałaszem uderzył Kornaka w twarz. Na szczęście dla obydwu uderzenie nie było zbyt silne, mimo to handlarz oskarżył oficera rezerwy o ciężkie uszkodzenie ciała.
Pozwany oficer zaprotestował przeciw śledztwu i procesowi przed sądem krajowym, twierdząc, że występował w mundurze, w charakterze wojskowego i podlegać może tylko sądowi wojskowemu. Sąd zwrócił się o opinię do komendantury generalnej, skąd przyszła odpowiedź, że w momencie opuszczenia miejsca, gdzie przebywał służbowo, oficer rezerwy podlega jurysdykcji sądów cywilnych i w tym przypadku sąd krajowy karny jest właściwy. Tymczasem okazało się, że rana zadana Kornakowi okazała się powierzchowna, więc sprawą zajął się sąd powiatowy.
Doktor Fischer tłumaczył przed sądem, że nie mógł zachować się obojętnie wobec zarzuconej mu niegodziwości. Oprócz sądów cywilnych i wojskowych jest jeszcze honorowy sąd wojskowy, przed którym odpowiadałby za tchórzostwo. Z powodu niskiej kondycji handlarza nie mógł wyzwać go na pojedynek. Pozostało jedynie bronią odpowiedzieć na zniewagę. W podobnym tonie wypowiadał się obrońca oskarżonego.
Sąd zrozumiał położenie oficera i uwolnił go od zarzucanego mu przestępstwa. Doktor Fischer wybrał obronę honoru oficera zamiast oskarżenia przeciwnika przed sądem o obrazę, co równałoby się wykazaniem braku odwagi. Przewodniczący składu sędziowskiego wyraził jednak obawę o położenie oficera gdyby zadany cios doprowadził do ciężkiego zranienia lub śmierci przeciwnika. Pouczył więc krewkiego doktora, aby był bardziej przewidujący w podobnej sytuacji.
Rozdział XII
Proces obyczajowy
Na krakowskim Podgórzu Leopold i Maria Lehnerowie we własnym domu prowadzili restaurację. Częstym gościem, zawsze czule witanym przez piękną i elegancką restauratorkę był ważny urzędnik magistratu, Szczepan K. Człowiek ten był zasłużonym dla miasta społecznikiem, ale wątpliwe, aby to przyczyniło się do zażyłości między nim a Lehnerową. Drogie prezenty: biżuteria, suknie, futro, a nawet fortepian, wręczane jej przez K., według opinii okolicznych sąsiadów świadczyły o tym, że byli kochankami. Tu trzeba zaznaczyć, że ceniony przez mieszkańców urzędnik był żonaty i miał sześcioletniego syna.
Leopold Lehner nie darzył przyjaźnią Szczepana K., ale tolerował obecność „przyjaciela domu”. Czy domyślał się prawdy, nie wiadomo.
Do restauracji w celu towarzyskim często zaglądał również miejscowy wikary ks. Szafran.
Któregoś dnia do domu Lehnerów wprowadził się dymisjonowany kapitan Jan Pintner, a wraz z nim jego urocza córka, Joanna. Obie panie, młodsza i nieco starsza, w niedługim czasie zaprzyjaźniły się. Joanna wpadła w oko młodemu wikaremu. Ksiądz pozwolił sobie na niewinny flirt z Pintnerówną oraz na mniej niewinne, płomienne listy do niej. Joanna z początku wzdragała się przed bliższą znajomością z wikarym, ale w końcu i ona zdobyła się na nieco czulsze, pisemne odpowiedzi. Uczucia między nimi były jednak zawsze platoniczne.
Przyjaźń między Lehnerową a Pintnerówną nie trwała długo. Poróżniły się o rzecz niebywałą — o miejsce w kościele w czasie religijnej uroczystości. Joanna przecisnęła się pod sam ołtarz, Lehnerowa w obawie o swą suknię pozostała z tyłu. Przy najbliższej okazji pierwsza z nich ironicznie zaznaczyła, że nie musiała obawiać się o swój skromny, ale własny, a nie podarowany strój. To tak rozzłościło Lehnerową, że udała się do ojca Joanny, donosząc o sekretnej korespondencji jego córki z wikarym. Kapitan w odpowiedzi stwierdził, że listy nie są tak gorszące, jak oszukiwanie własnego męża. To doprowadziło do wojny między dwiema rodzinami, do której włączył się bezpośrednio Szczepan K., a pośrednio ks. Szafran.
Lehnerowie uknuli plan zemsty. Postanowili podstępem sprowadzić Pintnerównę do domu wikarego, aby dziewczynę skompromitować. W tym celu wysłali służącą, Mariannę Olechowską, która w imieniu wikarego prosiła o przybycie do jego domu w ważnej sprawie. Aby uniknąć podejrzeń dziewczyna miała przybyć w męskim ubraniu, przyniesionym przez służącą, a należącym do Lehnera. Joanna, choć pełna obaw, zgodziła się jednak na spotkanie. Powodował nią lęk o ojca, który miał dług w kasie pożyczkowej, a zabrakło mu pieniędzy na bieżącą ratę. Sądziła, że ksiądz pomoże jej w układach z K., który był poręczycielem pożyczki.
Wikarego w domu nie było, za to wkrótce nadbiegli Lehner i Szczepan K., którzy zaczęli się z dziewczyny naigrawać. Lehner próbował nawet zerwać z niej należące do niego ubranie. W końcu po obelżywościach jakich jej nie szczędzili, pozwolili wrócić do domu, mówiąc, że o tej przygodzie dowie się całe miasto.
Pintnerówna nie zniosła upokorzenia. W 1883 roku zdarła z zapałek sporą ilość fosforu i połknęła go. Umierała w ogromnych boleściach, ale zdążyła przed śmiercią złożyć zeznanie przed komisarzem policji.
Przed sądem wikary Szafran przyznał, że brał udział w spisku, aby dziewczynę odsunąć od siebie, co było zupełnie nierozumnym tłumaczeniem. Lehnerowie nie przyznali się do winy. Szczepan K. wyjaśnił, że chciał Joannę jedynie nastraszyć.
Sąd skazał księdza na trzy miesiące więzienia, Lehnerów na cztery miesiące, podobnie Szczepana K. i służącą.
W pogrzebie Joanny udział wzięły tłumy mieszkańców Krakowa. Na grobie wśród licznych wieńców na czołowym miejscu znalazł się jeden z dużym napisem: „Ofierze ludzkiej nikczemności.”
Kapitan Pintner zmarł pół roku po śmierci córki.
Rozdział XIII
Dwaj teologowie Pohoreccy, a obszar dworski
W październiku 1889 roku rozpoczął się proces w drohobyckim sądzie karnym przeciwko Wacławowi Matejcowi, rządcy i przełożonemu obszaru dworskiego w Podbużu. Oskarżali dwaj synowie parocha (proboszcza greckokatolickiego) Włodzimierz i Emilian Pohoreccy.
Zeznanie Ignacego Sirka, komendanta żandarmerii z Podbuża:
„W czasie służby w okolicy Smólna napotkałem bryczkę, w której był tylko woźnica. Na pytanie skąd i dokąd jedzie, odpowiedział, że odwoził do Załokcia dwóch panów, którzy wybierali się w dalszą drogę do plebana w Podbużu. Na drugi dzień otrzymałem wiadomość od jednego z żandarmów, że na posterunku pojawił się rządca Matejec, który zgłosił, że widział dwóch podejrzanie zachowujących się obcych mężczyzn, którzy chodzili po pobliskich polach i łąkach i coś rysowali. Matejec, występując jako zastępca obszaru dworskiego, stanowczo żądał od żandarmerii szybkiego działania, gdyż jak twierdził, są to Moskale wysłani na przeszpiegi. Żandarm chciał mnie natychmiast o sprawie zawiadomić, ale Matejec powstrzymał go mówiąc: << nie potrzeba, to taki sam Moskal jak i oni >>. Niebawem otrzymałem telegram wysłany ze starostwa w Drohobyczu, w którym nakazano mi, abym niezwłocznie udał się do Załokcia i sprawdził kto zatrzymał się w domu plebana. W razie uzasadnionego podejrzenia miałem znajdujące się tam osoby zatrzymać. Na plebanii zastałem dwóch mężczyzn, według słów księdza byli to bracia Pohoreccy. Uznałem, że należy ich zatrzymać do wyjaśnienia, gdyż jednak ważniejsze było dla mnie doniesienie przełożonego dworskiego, niż tłumaczenia duchownego. Powiadomiłem obecnych, że dokonałem tylko zatrzymania, nie aresztowania.”
W czasie dalszego przewodu sądowego ustalono, że Pohoreccy zostali wsadzeni na wóz, który w deszczowy i chłodny dzień wyruszył do starostwa w Drohiczynie. Podróż nie była przyjemna, bracia cierpieli niewygodę, mieli też poczucie krzywdy za niesłuszne podejrzenie. Na miejscu starosta wyjaśnił, że jego obowiązkiem było sprawdzenie złożonego doniesienia, gdyż zdarzały się już nieraz wizyty nieproszonych gości ze Wschodu, którzy występowali pod różnymi postaciami i prowadzili działania szpiegowskie. Ponieważ Pohoreckich to nie dotyczyło, zostali niezwłocznie uwolnieni.
Występujący jako oskarżyciele prywatni, Pohoreccy uznali przed sądem, że zatrzymanie pod zarzutem szpiegostwa naraziło ich dobre imię na szwank. Powołali się przy tym na paragraf 487 ustawy karnej, mówiący o bezpodstawnym obwinieniu o zbrodnię oraz paragraf 488 dotyczący bezpodstawnego obwinienia o inne czynności hańbiące. Uważali również, że rządca Matejec dopuścił się wobec nich obrazy czci poprzez publiczne lżenie. Odczuli zniesławienie dotkliwie, tym bardziej, że byli adeptami teologii i podobnego ciosu nie mogli się spodziewać. Za obraźliwe również uznali nazwanie ich przez rządcę Moskalami.
Obrońca oskarżonego powołał się na słowa dwóch ludzi, którzy powiadomili rządcę. Jeden z nich powiedział: nieznaty szczo tyi Moskali tu robiat, to izdziat, to sia wołocziat. Te słowa miały umocnić rządcę i zastępcę obszaru dworskiego jednocześnie, w działaniu. Ponieważ nie miał przekonania do pomocy ze strony żandarmerii, wysłał telegram do starostwa w Drohiczynie, zawiadamiając o obecności Rosjan. Zawiadomienie to nosiło podpis „obszar dworski”. Wykorzystał to adwokat rządcy, twierdząc, że odpowiedzialność spada na przełożonych Matejca, czyli właśnie na obszar dworski. W dodatku w donosie nie ma nic o braciach Pohoreckich, a słowo „Moskal” nie jest obraźliwe, oznacza narodowość.
Obrońca wystąpił o uniewinnienie Wacława Matejca.
Sędzia sądu powiatowego, przed którym toczyła się rozprawa, uwolnił rządcę od winy. Jako uzasadnienie podał fakt, że Matejec działał jako przedstawiciel obszaru dworskiego, więc sprawę należy przekazać do starostwa. Roszczenia finansowe Pohoreckich dotyczące odszkodowania za poniesione straty powinien rozpatrzyć sąd cywilny.
Wśród zebranej licznie publiczności krążyło jedno pytanie: „To gdzie jest winowajca?”.
Zakończyła się sprawa dotycząca braci Pohoreckich, ale pozostali bohaterowie tego procesu wystąpili w sądzie po raz kolejny. Tym razem chodziło o znane już słowa wypowiedziane przez Matejca o komendancie żandarmów: „To taki sam Moskal jak i oni”. Ignacy Sirek poczuł się tym określeniem dotknięty i oskarżając powołał się na paragraf 496 ustawy karnej austriackiej mówiący o publicznej zniewadze. Komendant dowodził, że nazwa „Moskal” jest dla niego będącego na służbie obraźliwa, tym bardziej, że oznacza wroga Austrii. Pełnomocnik podsądnego z kolei wyjaśniał, że wypowiedź Matejca miała miejsce na posterunku w obecności jednego tylko żandarma. Ponadto sporne słowo oznaczało jedynie narodowość, nie mogło więc być obraźliwe.
Sędzia wydał wyrok skazujący Wacława Matejca na grzywnę w wysokości 100 zł reńskich, z zamianą na 10 dni aresztu.
I tym razem publiczność towarzysząca rozprawie komentowała werdykt sądu. Część była po stronie żandarma, część broniła rządcy. Przeważała wspólna opinia, że dbanie o dobro kraju jest chwalebne, ale nie należy przekraczać pewnych granic, ani polegać na niesprawdzonych donosach, a używanie dwuznacznych określeń może skończyć się kłopotem finansowym.
Rozdział XIV
Z parobka pan
W 1889 roku pochodzący z ludu wiejskiego Mikołaj Kryśko, dzięki przychylnym zbiegom okoliczności stał się panem na Popielowie. Chyba zapomniał o swej niedawnej przeszłości lub chciał wspomnienia zagłuszyć, bo okazał się ciemiężcą okolicznych włościan. Kiedy on został posiadaczem ziemskim, oni dalej chodzili do lasu na jagody i grzyby. Do jego lasu. Nie mógł tego ścierpieć, więc nakazał leśnym aby stosowali wobec niedawnych współbraci surowe środki. Leśni słudzy pana Mikołaja mając wolną rękę wykazali się gorliwością graniczącą z sadyzmem. Złapanego na niewielkim nawet zaborze leśnego runa bili i rozbierali całkowicie do naga, po czym zostawiali w lesie. Tak postąpili między innymi z szesnastoletnim Hrynim Wałagą, który pobity i nagi dopiero pod osłoną nocy wrócił do domu. Takie przypadki powtarzały się często. Ofiara pozbawiona odzienia, narażona na zimno, oczekiwała zmroku by chyłkiem przedostać się do siebie, nie narażając się na pośmiewisko.
Powtarzające się represje wobec włościan stały się powodem dla gospodarzy wiejskich, aby przed zbliżającymi się wyborami do rady powiatu nie brać kandydatury Kryśki pod uwagę.
Podczas gdy słudzy Mikołaja Kryśki obdzierali włościan z sukien, on sam zabierał im pieniądze. Tak było z gospodarzem, któremu zajął konia i nie zwrócił aż otrzymał 14 zł w walucie austriackiej. Nieco złośliwie wytknięto mu, że skoro sam nie umie czytać, to niech poprosi kogoś o znalezienie w ustawie polowej odpowiednich przepisów, jak należy postępować w przypadku wyrządzenia szkody.
Gospodarze wprost zarzucali Kryśkowi, że kiedyś gdy jeszcze chodził w płótniance, też zdarzało mu się wpędzić bydło w szkodę, ale takiej kary nie ponosił, a dziś sumienie pozwala mu gnębić innych. Trudno odpowiedzieć, czy upomnienia odniosły skutek, można jedynie domyślać się, że postępowania nie zmienił.
Rozdział XV
Przypadkowa śmierć, czy zabójstwo?
W sobotę, 1 grudnia 1894 roku przemyski „Sokół” na pamiątkę powstania listopadowego przygotował uroczysty wieczór, wzbogacony występem poetyckim na podstawie „Kordiana” Słowackiego. Reżyserią zajął się Tomasz Lubicz Czyński. Chociaż z zawodu piekarz, teatrem amatorskim zajmował się od dawna. Jak zwykle z gorliwością przygotował aktorów do występu. Scenę z „Kordiana” zaplanowano na koniec uroczystości.
Wszystko przebiegało zgodnie z planem i programem. Nastrój był podniosły, słuchacze ze wzruszeniem wysłuchali występów muzycznych i śpiewów. Organizatorzy, a zwłaszcza Tomasz Czyński, byli szczęśliwi i dumni z udanego wieczoru. Przygotowanie do niego nie było łatwe, a jeszcze trudniejsze zapewnienie frekwencji i bezpieczeństwa zebranym.
Pozostał do odegrania fragment dramatu, w którym występowali spiskowcy uzbrojeni w sztylety, pilnujący wejścia do podziemi katedry. Najbliżej drzwi znajdował się Władysław Solski, któremu sztylet przekazał sam Czyński. Rolę szpiega powierzono redaktorowi Rogerowi, który jednak nie przybył, zajęty pracą w drukarni. Zastąpił go Tomasz Czyński i była to jego ostatnia rola w życiu. Do końca nie ustalono, jak doszło do nieszczęścia. Solski miał w rękach sztylet, a Czyński leżał bez życia, z rany ciekła krew. Śmierć nastąpiła natychmiast, wskutek przecięcia aorty.
Wytłumaczenia tego niesamowitego wypadku były dwa. Pierwsze to potknięcie się Czyńskiego, który wręcz nadział się na sztylet. Drugie, to nieostrożność ze strony Solskiego, który markując uderzenie niechcąco skaleczył Czyńskiego. Nikt nie brał pod uwagę celowego działania.
Przemyski „Sokół” stracił aktywnego działacza i patriotę, który miał 31 lat.
W pogrzebie wzięło udział kilkanaście tysięcy ludzi. Przed domem żałoby szpaler utworzyły dwa plutony druhów w pełnym umundurowaniu. Chór „Sokoła” zaintonował marsz żałobny.
Trumnę zasypały niezliczone ilości kwiatów i wieńców.
W marcu 1895 roku odbył się proces karny przeciw Solskiemu. Został oskarżony o to, że podczas przedstawienia amatorskiego popełnił występek przeciw bezpieczeństwu życia, uderzając nieoględnie sztyletem w Tomasza Czyńskiego, czym spowodował jego śmierć. Został skazany na jeden miesiąc ścisłego aresztu.
Nie obyło się bez komentarzy ludzi, którzy oczekiwali na werdykt sądu. Mimo, że wypadek podczas przedstawienia trudno było rozumnie wytłumaczyć, to nie słychać było słów potępienia w stosunku do Władysława Solskiego. Uznano, że był to nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Podobnie uważał najpewniej i sąd, skoro wyznaczył sprawcy stosunkowo niewysoką karę.
Rozdział XVI
Kobieca przebiegłość
Karolina P. miała surowych rodziców i nawet nie mogła marzyć o samodzielnym wyborze przyszłego małżonka. Kiedy jednak poznała Jana P. i poczuła, że to jest ten jedyny, postanowiła przedstawić go rodzicom. Skutek był do przewidzenia, zarówno ojciec jak i matka mieli innego kandydata i żadne prośby ani groźby nie mogły zmienić ich decyzji. Był tylko jeden sposób, pomyślała o nim Karolina P. Na zasadzie „hulaj dusza” (może raczej ciało) postanowiła pozwolić sobie na to, czego panny przed ślubem obawiały się najbardziej: na dziecko. W przypadku Karoliny P. miało być poczęte z miłości i wyrachowania jednocześnie.
Życie jednak nie zawsze układa się według życzenia. Mimo usilnych starań obojga młodych ludzi, to co pojawia się czasem niechciane, tym razem nie przychodziło. Sytuacja stała się napięta — z jednej strony rodzice podsuwający swego potencjalnego zięcia, z drugiej kochanek pragnący zalegalizowania związku, to wszystko nagliło do pilnego poszukania innego sposobu. Karolina P. znalazła kolejne wyjście, które zmieniło bieg rzeczy z rodzinnych perturbacji na działania niezgodne z prawem.
Pierwszym krokiem Karoliny P. było zawiadomienie zainteresowanych stron, że w czasie przewidzianym przez naturę pojawi się nowy członek rodziny. Rodzice Karoliny P. postawieni przed faktem dokonanym więcej już nie oponowali. Szczęśliwy przyszły ojciec Jan P. i pełna obaw Karolina ustalili bliską datę ślubu i pobrali się.
Czas mijał Karolinie P. na markowaniu ciąży, co robiła z dużą zręcznością, symulując dolegliwości kobiety brzemiennej. Za miesiąc miało nastąpić rozwiązanie, zachodziła więc potrzeba szybkiego działania. Karolina P. udała się do położnej, Katarzyny D. i przedstawiła jej propozycję korzystną dla obu pań. Akuszerka, spotykająca na swej drodze zawodowej niejednokrotnie kobiety rodzące niechciane dzieci, za odpowiednią zapłatą zgodziła się na dostarczenie noworodka. Wspólnie miały upozorować poród i podstawić przyniesione dziecko jako urodzone przez Karolinę. Dodatkowym warunkiem było jeszcze to, że dziecko miało być nieochrzczone, na to przewidziała Karolina uroczystość rodzinną.
Nie wszystko przebiegało zgodnie z planem. Mąż Karoliny P. otrzymał polecenie pilnego wyjazdu służbowego na dłuższy czas, a może i na stałe. Naturalne było zabranie ze sobą żony. Duża odległość od przyszłego mieszkania do miejsca, gdzie znajdowała się położna, niweczyła misterny plan Karoliny. Ta jednak nie poddała się i dalej prowadziła swoją grę. W czasie podróży udała zbliżające się bóle porodowe, co zmusiło jej męża do znalezienia miejsca w zajeździe. Pilne sprawy zmuszały go do dalszej drogi, zostawił więc żonę samą, pod opieką służby.
Dalsze działanie to wysłanie wiadomości do położnej z podtrzymaniem umowy. Pozostało tylko czekać, aż w odpowiednim czasie uda się uzyskać dziecko, a termin zbliżał się nieubłaganie. Wreszcie nadszedł list, w którym Katarzyna D. informowała, że jedna z kobiet zgodziła się oddać nowo narodzone dziecko. Uradowana Karolina P. czym prędzej zawiadomiła swego męża o szczęśliwych narodzinach jasnowłosego chłopczyka, podobnego niezmiernie do ojca. Otrzymała od Jana P. słowa radości i miłości do obojga: matki i dziecka.
Zanim wybrała się do Krakowa, Karolina przypomniała położnej, aby na pewno wstrzymała się z chrztem, a jedynie w razie zagrożenia życia dziecka spełniła ten religijny obowiązek i nadała mu imię — Jan.
W domu Katarzyny D. okazało się, że dziecko zostało już ochrzczone i otrzymało imię Franciszek. To rozzłościło Karolinę P. do tego stopnia, że nie chciała już ani odebrać dziecka, ani zapłacić położnej za załatwienie sprawy i opiekę nad noworodkiem. Postanowiła zerwać układ z Katarzyną D. i wyjechać do męża. Zanim to nastąpiło wysłała do Jana P. zawiadomienie, że dziecko nagle zmarło.
Katarzyna D. w 1862 roku złożyła skargę do sądu miejskiego w Krakowie. Dowodziła w niej, że Karolina P. powierzyła jej do opieki dziecko, za co miała według umowy otrzymywać 3 zł miesięcznie. Od tego czasu do dnia złożenia skargi minęło 15 miesięcy, więc kwota do zapłaty wyniosła 45 zł. Jako powódka w sprawie żądała też odebrania dziecka, tak jak było w umowie. Odpowiadając na zarzut dotyczący imienia dziecka odpowiedziała, że chrzest był konieczny, a imię nadała po matce — Franciszce. Według Katarzyny D. byłoby fałszerstwem przyznanie dziecku imienia Jan.
Z kolei Karolina P. zaprzeczała, że składała obietnicę zapłaty. W sprawie oszustwa, które w końcu miało miejsce, czuła się bezkarna i domagała się oddalenia powództwa.
Sąd w Krakowie uznał, że w przypadku zrealizowania umowy między obiema kobietami doszłoby do przekroczenia prawa, w związku z tym zawarty układ należy uznać za nieważny.
Żądanie Katarzyny D. nie zostało uznane, obciążona została także kosztami postępowania.
Najmniej interesowano się losem dziecka. Nikt go nie chciał, ani rodzona matka, ani te dwie kobiety, które wcześniej chciały decydować o jego życiu.
Osobnym tematem do dyskusji dla prawników stały się niedoskonałości prawa karnego, przez które mogło dojść do usiłowania oszustwa przez matactwa i próbę podstawienia dziecka.
Sprawa karna byłaby wytyczona w razie złożenia skargi przez Jana P. lub rodziców Karoliny P. Ze zrozumiałych względów do tego nie doszło.
Rozdział XVII
Bluźnierca
Włościanie przysiółka „Wójtostwo” postawili Matce Boskiej przydrożną kapliczkę. Do środka dostępu broniło zakratowane okienko, a przed nim figura św. Jana Nepomucena z krucyfiksem w ręku. Przechodzący obok mężczyzna, wyglądający na dawnego żołnierza, kamieniem usiłował wyłamać zamek, a gdy to się nie udało rozbił na kawałki figurę świętego. Usiłował też wygiąć kraty okienka, ale mocno trzymały. Dokonawszy tej bezsensownej szkody ruszył w dalszą drogę. Gdy spotkał nocnych stróżów pilnujących bezpieczeństwa oznajmił im, że idzie podpalić przysiółek. Zlekceważyli jego słowa mając go za wariata. On jednak domagał się aresztowania. Odpędzany zaczął wykrzykiwać bluźnierstwa przeciw Bogu i Matce Boskiej słowami, które jedynie na usilne domaganie się sędziego stróże później z trwogą powtórzyli w sądzie podczas zeznania. Dostało się również i następnemu w kolejności świętości, to znaczy Najjaśniejszemu Panu. Franciszek Józef został zelżony tak, że wartownicy nocni, prości ludzie, stanowczo odmówili przytoczenia przed sądem obelg, jakie usłyszeli na drodze od włóczęgi. Obawiali się, że mogą za to trafić do więzienia. Sędzia musiał zadać sobie dużo trudu, aby odebrać od nich zeznanie.
Bluźniercą okazał się Józef Weinig, liczący 62 lata, pochodzący z okolic obwodu wadowickiego. Niedawno został wypuszczony z więzienia w Capo d’Istria. Przybył do Galicji i włóczył się bez celu w pobliżu Wadowic. Po karygodnym zachowaniu się w obecności stróżów nocnych został przez nich odstawiony do urzędu w Bochni, a stąd postawiony przed sądem.
Weinig został w 1863 roku oskarżony o zbrodnię usiłowania kradzieży oraz o zbrodnię bluźnierstwa i obrazy majestatu. Zapytany o to w jakim celu zniszczył kapliczkę, odpowiedział, że jego marzeniem jest dostać się do więzienia. Z tego samego powodu bluźnił i obrażał majestat królewski. Liczył na wysoką karę.
Obrońca oskarżonego postanowił przedstawić sądowi jego sylwetkę. Okazało się, że był już kiedyś badany przez lekarzy, którzy nie stwierdzili u niego poważnej choroby umysłowej. Natomiast jego postawa społeczna i moralna pozostawiała wiele do życzenia. W czasie służby wojskowej wykazał się całym wachlarzem złych zachowań. Był nieposłuszny, opieszały w służbie, zadłużał się, sprzeniewierzał, dokonywał kradzieży większych i mniejszych, oszukiwał, upijał się i na koniec dezerterował kilka razy. Spotykały go za to surowe kary. Przez sześć lat był osadzony w twierdzy, przesiedział 378 godzin zgarbiony, bo zakuto go w kajdany w kabłąk, otrzymał też 500 kijów i 6000 rózg. Z wojska został karnie wydalony.
Następnie był dwukrotnie karany za kradzieże, raz na cztery, drugi raz na pięć lat ciężkiego więzienia. Otrzymał również wyrok półtora roku więzienia za naruszenie przepisów o religii i za obrazę majestatu.
Obrońca podsądnego stwierdził, że tak długo więziony i tak bity człowiek nie może być zdrowy psychicznie. Liczne kary pozbawiły go także honoru — jego pragnieniem było spędzić życie w więzieniu, w jego pojęciu daleko od trosk i w miarę wygodnie. W czasie przewodu sądowego wyszło na jaw jeszcze to, że w czasie służby wojskowej, kilkanaście lat wcześniej, spadł z konia i zranił się w głowę.
Kolejne badanie lekarskie stwierdziło, że Weinig jest poczytalny i może odpowiadać za swoje czyny.
Obrońca z urzędu w dalszym ciągu podtrzymywał swoją opinię co do zdrowia psychicznego oskarżonego. Jego zdaniem blisko 30 lat spędzone w zamknięciu, natomiast na wolności całkiem irracjonalne zachowanie dowodzą, że władze umysłowe podsądnego są mocno naruszone. Kradzieży i bluźnierstw dokonał po to, żeby dostać się do więzienia. Adwokat postulował, aby tego nieszczęsnego człowieka skierować na specjalistyczne badania.
Sąd uznał winę Józefa Weiniga w zakresie zbrodni bluźnierstwa i obrazy majestatu. Paragraf 124 austriackiej ustawy karnej w przypadku obrazy religii, kiedy działanie sprawcy nie przyniosło szczególnej szkody, przewidział w tym przypadku karę ciężkiego więzienia do jednego roku. Natomiast za obrazę majestatu karę wyznaczał paragraf 63 tej ustawy. Podsądnego można było skazać na ciężkie więzienie od jednego roku do pięciu lat.
Sąd postanowił skazać Weiniga na dwa lata ciężkiego więzienia, natomiast uwolnił od zarzutu okradzenia kapliczki.
Rekurs przeciw wyrokowi złożył prokurator. Sąd krakowski wyższej instancji uznał winę oskarżonego również w sprawie usiłowania okradzenia kapliczki oraz za jej zniszczenie. Tym razem za trzy popełnione zbrodnie Weinig otrzymał sześć lat ciężkiego więzienia. Jak można było się spodziewać, z szacunkiem i wdzięcznością podziękował sądowi za wyrok będący po jego myśli.
Rozdział XVIII
Kłótnia strażników
Nieporozumienie między strażnikami skarbowymi O. i M. wydarzyło się z błahej przyczyny. Przebywali akurat w koszarach w kantynie, oczekując na posiłek. Kucharka długo zwlekała z potrawą, co rozzłościło strażnika M. Z kolei O. zarzucił swemu towarzyszowi awanturnictwo. Podany niebawem obiad uspokoił obydwu. Po wyjściu z koszar już pod wieczór, idąc wzdłuż granicy krajowej dotarli do Zabrzegu, gdzie zdali sprawozdanie ze służby celnej. Następny etap to karczma w Babicach, tu wstąpili aby odpocząć. Siedzieli przy piwie godzinę, podobno więcej wypił O. Później M. zeznał dodatkowo, że O. tuż przed wyjściem wychylił jeszcze szklankę wódki.
Wracali dość późnym wieczorem. Nie odzywali się do siebie, M. widząc ponurą minę O. wolał go nie zaczepiać. Pierwszy szedł O. lekko się zataczając. W pewnym momencie strzelba wypadła mu z rąk. M. podniósł ją i chciał nieść, lecz tamten z gniewem ją odebrał. Po chwili dał się słyszeć odgłos odwiedzionego kurka od strzelby. Zdziwiło to M., który pozwolił aby O. go wyprzedził. Po chwili jednak O. zatrzymał się i znów M. był przed nim. Wtedy padł strzał. M. poczuł ból w okolicach ramienia. Zdążył jeszcze zobaczyć, jak O. oddala się w przeciwnym kierunku, po czym stracił przytomność. Nad ranem dopiero przechodzący ludzie opatrzyli go i zawieźli do koszar.
Rana od kuli była dość poważna i niebezpieczna. M. miał uszkodzone mięśnie powyżej łokcia. Gdyby strzelba była skierowana bardziej w prawo, M. zostałby postrzelony prosto w serce.
Leczenie trwało ponad dwa miesiące i w grudniu 1861 roku M. został wypisany ze szpitala z częściowo niesprawną lewą ręką.
Strażnik graniczny O. liczący 26 lat, w straży celnej miał stopień nadstrażnika. Wcześniej był szeregowcem w 56. pułku piechoty. Po usiłowaniu zabójstwa uciekł do Prus. Błąkał się po lesie i okolicznych wioskach przez pięć dni. Zdesperowany, zziębnięty i wygłodzony zgłosił się na posterunek policji w Gliwicach. Tu przyznał się do popełnionego czynu i do ucieczki. Przekazano go następnie do więzienia wojskowego w Krakowie, gdzie składał wyjaśnienia.
Pytany o powód użycia broni wobec współtowarzysza O. przyznał, że pierwsza sprzeczka między nimi miała miejsce w koszarach, a druga, o której M. nie wspomniał, w gospodzie w Babicach. Tym razem poszło o kucharkę, do której O. się zalecał. Kłócili się zawzięcie, aż w uniesieniu chwycił za broń i wystrzelił. Wystraszony tym co się stało uciekł, przeprawił się przez Wisłę, porzucił strzelbę, tułał się po okolicy, aż wreszcie zgłosił się do urzędu w Gliwicach.
Dalsze czynności procesowe odbyły się w sądzie w Kętach. Motywy działania O. nadal wydawały się niejasne. Tłumaczył, że nie miał zamiaru zabić M., z którym był przecież zaprzyjaźniony. Było między nimi małe nieporozumienie, a później pijany nie zdawał sobie sprawy z tego co robi. Jako człowiek z natury spokojny, przeciwny rozlewowi krwi, nie mógł nikogo świadomie skrzywdzić.
Sąd śledczy postanowił zatrzymać strażnika w areszcie i nadal prowadzić dochodzenie.
Ustalono dotychczas, że podsądny po kłótni z drugim strażnikiem przez kilka godzin wspólnej z nim drogi trwał w milczeniu, co wskazywało na naruszenie przyjaznych stosunków, które ich wcześniej łączyły. Jeżeli wystrzał był dziełem przypadku, to jako mimowolny sprawca, powinien udzielić rannemu pomocy. Tymczasem zbiegł z miejsca zdarzenia narażając strażnika M. na śmierć. Podczas przesłuchań w Gliwicach i w Krakowie oskarżony przyznał się do winy, co stanowi co najmniej częściowy dowód w sprawie. Również zeznanie poszkodowanego obciążało strażnika O. Tłumaczenie sądzonego strażnika, że dokonał zbrodniczego czynu w stanie upojenia zostało obalone przez świadków, którzy stwierdzili, że widzieli go wychodzącego z gospody w dobrej kondycji.
Podczas przesłuchań oskarżony ulegał wzruszeniu, drżał i płakał, co sąd odbierał jako „objawy złego sumienia.”
Śledztwo sądowe zostało zakończone i akta przekazano do trybunału w Krakowie. Tu na podstawie dotychczasowych ustaleń zdecydowano, że strażnik O. powinien odpowiadać za usiłowanie skrytobójczego zabójstwa co jest zagrożone karą ciężkiego więzienia od lat dziesięciu do dwudziestu. Obwiniony, przekonany o swej niewinności z góry, niejako zrezygnował ze złożenia rekursu. Prawo do niego zastrzegł sobie prokurator.
Ostateczna rozprawa odbyła się w Czechach, gdzie były strażnik O. zamieszkał na stałe.
Po raz kolejny zeznawał oskarżony. Stwierdził, że po wyjściu z szynku w Babicach poczuł się jak uderzony w głowę. Nie pamiętał, co się wydarzyło. Ocknął się już po drugiej stronie Wisły, mokry i zabłocony. Wówczas przypomniał sobie, że stało się nieszczęście, zwłaszcza gdy obejrzał karabin i wydobył z pamięci słowa M.; „coś ty zrobił”. Nabrał przekonania, że zabił swego przyjaciela, dlatego błąkał się po okolicy, aż zgłosił się na policję.
Na pytanie dlaczego inaczej mówił w Gliwicach wyjaśnił, że był wygłodzony, więc szybko i bez zastanowienia zeznawał, żeby wreszcie otrzymać ciepły posiłek. Natomiast przed sądem wojskowym powiedział, że był to nieszczęśliwy wypadek, że karabin wystrzelił przypadkiem, na co przesłuchujący go wojskowy zagroził mu ciemnicą i karą cielesną jeżeli się nie przyzna.
Mając dużo czasu na myślenie doszedł do wniosku, że karabin wystrzelił w momencie podnoszenia go z ziemi lub zakładania na ramię. Niemożliwe było to, żeby chciał skrzywdzić przyjaciela. Nieprzyzwyczajony do trunku stracił głowę po wypiciu piwa i wódki.
Poszkodowany strażnik M. zmienił swój stosunek do sprawcy. Doszedł do wniosku, że kurek został odwiedziony przypadkiem, kiedy O. upuścił karabin. W podobny sposób musiał nastąpić wystrzał. Początkowo czuł żal spowodowany cierpieniami, a później niedowładem ręki. Teraz jednak zrozumiał, że wszystko stało się przez nieszczęśliwy wypadek.
Prawdziwą sensację wywołała relacja biegłych, którzy badali położenie rany. Okazało się, że strzał musiał paść z karabinu, który znajdował się w tym momencie blisko ziemi. Wykluczyło to możliwość użycia broni w normalny sposób, a potwierdziło tezę o przypadkowym wystrzale.
Prokurator, który wcześniej złożył apelację, tym razem wystąpił o uwolnienie podsądnego od postawionych zarzutów. Jednakże wniósł o ukaranie strażnika O. zgodnie z par. 335 ustawy karnej za przekroczenie przeciw bezpieczeństwu życia. Ustawa przewidywała za to więzienie na czas od jednego do sześciu miesięcy. Uzasadnieniem był fakt, że O. pił alkohol będąc na służbie i posiadając przy sobie broń.
Sąd krajowy postanowił uwolnić podsądnego od zaskarżenia o usiłowanie skrytobójczego zabójstwa i uznał całkowitą jego niewinność. Z werdyktem zgodził się prokurator, który zrezygnował z odwołania.
Obrońca oczyszczonego z zarzutów strażnika wyraził żal, że jego klient spędził w areszcie półtora roku. Wcześniej dokonana analiza rany postrzałowej pozwoliłaby na szybsze wyjaśnienie sprawy. Nie stało się tak, gdyż prawo stało po stronie poszkodowanego, a trudno było komukolwiek uwierzyć, że przyczyną nieszczęścia był przypadek.
Rozdział XIX
Kradzież na poczcie
Jeden z pracowników poczty w kieleckim urzędzie pocztowym zasłużył na dużą nagrodę za swoją skrupulatność przy odbiorze przesyłek. Zauważył, że jedna z nich była nieco lżejsza niż wykazano w dokumencie przewozowym, ponadto pieczęć lakowa miała trochę inną barwę niż to być powinno. Ponieważ „postpaket” przesyłany z kasy powiatowej w Pińczowie do kasy guberialnej w Kielcach miał zawierać pokaźną kwotę, bo 30 tys. rubli srebrem, komisyjnie paczkę otworzono. W środku były arkusze pociętej bibuły.
Powołana została komisja mixti foriz udziałem przedstawiciela sądu poprawczego. Z początku prześledzono trasę przesyłek i ustalono, że po drodze poczta zatrzymała się na osiem godzin w Andrejewie, oczekując na przybycie transportu z Miechowa. Drugą stacją było Podzamcze, lecz tu następowała tylko zmiana koni i załadowanie już przygotowanych paczek. Podejrzenia komisji skierowały się właśnie do urzędu w Andrejewie. Rozpoczęły się przesłuchania urzędników pocztowych.
Ekspedytor Józef Pniewski zeznał, że odebrał przesyłki z Pińczowa, sprawdził wagę i zgodność z cedułą, następnie zamknął w skrzyni kasowej. Za kilka godzin całość została odesłana do Podzamcza. Był przekonany, że wszystkie pakiety były nienaruszone. Zapewnił też, że w trakcie tych czynności nikt obcy nie był obecny.
Słowa Pniewskiego potwierdził Nowicki, pisarz pocztowy. Dodał jednak, że w dalszym przygotowaniu do transportu pomagał jak zwykle Konrad Zieliński, mieszkaniec Andrejewa.
On również nie wniósł do sprawy nic nowego.
Sytuacja uległa zmianie po rewizjach dokonanych w domach obu mężczyzn. U Pniewskiego nie znaleziono nic, co łączyłoby się ze sprawą, natomiast Zieliński miał w mieszkaniu bibułę taką, jaka znajdowała w okradzionej przesyłce. Ustalono, że bibułę kupiła w sklepie w Andrejewie służąca Zielińskiego. Odkryta została również kartka z podpisem Pniewskiego, zawierająca tajemnicze słowa o tym, że obaj z Zielińskim są jak „bańka na wodzie” i że koniecznie i pilnie trzeba zrobić, aby na jutro „wszystko mogło być”.
Obydwu podejrzanych osadzono w areszcie i rozpoczęto dalsze przesłuchania.
Pniewski przyznał, że jakiś czas temu rozmawiał z Zielińskim o tym, że przydałyby się im jakieś większe pieniądze. Okazja nadarzyła się w postaci postpakietu z Pińczowa. Zieliński przygotował paczkę zawierającą bibułę, zapakowaną w papier pakowy, kupiony podobnie jak bibuła, w Andrejewie. Później nastąpiła zamiana przesyłek i pieniądze trafiły do podziału — Pniewski otrzymał 10 tys., resztę Zieliński. Zeznanie Pniewskiego zaprotokółowano.
Tymczasem Zieliński obciążył tylko siebie, twierdząc, że od Pniewskiego dowiedział się jedynie o nadejściu przesyłki, a resztę dzieła dokonał sam. Przygotował bibułę i opakowanie, pieczęcie wykonał ze starych kopert za pomocą rozgrzanego laku. Kolor różnił się nieco od oryginalnego, sądził jednak, że nie zostanie to zauważone. Korzystając z nieuwagi Pniewskiego zamienił koperty. Pieniądze schował pod mostem za miastem.
Komisja udała się w to miejsce i istotnie, na trakcie do Skroniowa pod kładką znaleziono przesyłkę z całą zawartością.
Ponownie przesłuchiwany Pniewski nadal utrzymywał, że brał udział w kradzieży i podziale pieniędzy. Jego zeznanie komisja uznała za nielogiczne, związane ze złym stanem umysłu.
Areszt utrzymano w mocy.
Gdy sprawa trafiła na drogę sądową, Zieliński powtórzył swoje przyznanie się do winy. Natomiast Pniewski je odwołał. Tłumaczył, że przerażony tym co się wydarzyło popadł w stan dziwnej gorączki, która nie pozwoliła mu rozeznać się w sytuacji. Nie pamięta co zeznał przed komisją. O schowku pod mostkiem dowiedział się od swojej żony, kiedy już wszystko było wiadomo i wykorzystał to w zeznaniu. Po kilku dniach i nocach spędzonych w więzieniu doszedł do siebie na tyle, że był w stanie powiedzieć prawdę o swej niewinności. Przesyłki nie zamienił, nawet mu to przez myśl nigdy nie przeszło, a wiele już takich paczek wartościowych w swojej karierze pocztowej odprawił.
Zgłosiła się do sądu również żona Pniewskiego z informacją o postępującej chorobie umysłowej męża. Już jakiś czas temu dało się zauważyć jego niedołęstwo, do tego stopnia, że bez pomocy nie był w stanie wykonywać czynności służbowych. Potwierdzili to lekarze badający Pniewskiego. Lekarz więzienny obserwujący zachowanie podsądnego stwierdził, że cierpi on na chorobę umysłową i przygnębienie, które każe obwiniać się za czyny innych.
Zanim sąd kryminalny wydał wyrok, obrońca Pniewskiego podkreślił stan umysłu oskarżonego, który spowodował bezsensowne przyznanie się do winy. W związku z tym domagał się uniewinnienia swego klienta.
Adwokat Zielińskiego miał trudniejsze zadanie. Jedyną okolicznością łagodzącą było wskazanie miejsca, gdzie schowana była koperta z pieniędzmi.
Inne stanowisko niż obrońcy zajął królewski prokurator. Jego zdaniem Pniewski był sprawny umysłowo, skoro wykonywał właściwie swoją pracę. W aktach nie znaleziono najmniejszej wzmianki o jakichkolwiek uchybieniach oskarżonego urzędnika. Podczas pierwszych przesłuchań wykazał przytomność umysłu. Nie powiedział o udziale Zielińskiego w przygotowaniu ekspedycji, gdyż to nie było zgodne z przepisami.
Uznając Pniewskiego za w pełni poczytalnego zażądał ukarania obydwu oskarżonych z par. 884 i 378 Kodeksu Kar Głównych i Poprawczych.
Kielecki sąd kryminalny uznał, że poszlaki przeciw Pniewskiemu są niewystarczające do udowodnienia mu winy. Sprawę jego poczytalności, jako w tej sytuacji bez znaczenia, postanowił nie rozpatrywać. Tym samym Józef Pniewski został uniewinniony.
Drugi z oskarżonych wobec zwolnienia Pniewskiego, został uznany przez sąd za jedynego sprawcę kradzieży przesyłki. Kara byłaby wysoka, ale uznano okoliczność łagodzącą, czym był zwrot zawłaszczonej przesyłki. Sąd kryminalny skazał Zielińskiego na dwa lata i sześć miesięcy robót w rotach aresztanckich.
Józef Pniewski dotychczas cieszył się doskonałą opinią wśród obywateli miasta. Publiczność zgromadzona na rozprawie z zadowoleniem przyjęła postanowienie sądu, chroniące niewinnego przed surową karą i zapewne utratą praw, w tym szlachectwa.
Rozdział XX
Rewolucjonistka Ludwika Michel
Luiza (Ludwika) Michel, anarchistka, rewolucjonistka i feministka w jednej postaci. Urodziła się z ojca arystokraty i matki służącej. Jej dziadek to najprawdopodobniej Charles Demahis, a ojciec — Laurent Demahis. Luiza do pełnoletności mieszkała u dziadków w zamku Vroncourt, w prowincji Champagne, w północnej Francji. Odziedziczyła po arystokratach elokwencję i zdolność perorowania, a po matce lewicowe poglądy. Opuściła zamek dziadków i po zdaniu egzaminu została nauczycielką.
W 1871 roku czynnie objawiła swoje rewolucyjne zapędy uczestnicząc w Komunie Paryskiej. Państwo francuskie, chociaż osłabione wojną z Prusami, krótko po podpisaniu pokoju podjęło walkę z komunardami. Ginęli na barykadach, resztę zesłano do Nowej Kaledonii. Banicja spotkała również Luizę Michel. Wróciła do Paryża po amnestii w 1880 roku, witana owacjami na dworcu kolejowym. Zebrani wznosili okrzyki: „niech żyje Luiza, niech żyje komuna!”.
Następny wyczyn „czerwonej dziewicy”, jak nazywano Luizę, to udział w demonstracji w Montceau, gdzie według słów jednego z anarchistów zaatakowano „nikczemny kapitał i jego obrońców z kazalnicy”. Wspólnie z kilkudziesięcioma innymi zasiadła na ławie oskarżonych. Anarchiści wiedząc, że otwartą walką niewiele mogą wskórać, zaczęli toczyć środowiska robotnicze. Środki na działalność czerpali od samych robotników, którzy dawali składki w wysokości 1 franka i 15 centymów od osoby. W ten sposób prowincja utrzymywała ukryty w Paryżu komitet główny. Podczas zamieszek w Montceau doszło do rabowania sklepów. Zachęcała do tego Luiza, własnoręcznie wyciągając bochenki chleba i rozdając zgromadzonym. Wcześniej wznosiła anarchistyczne hasła, wymachując przy tym czarną chorągwią. W czasie przewodu sądowego protestowała przeciw oskarżeniu o rabunek, godząc się na każdą karę za działanie przeciw państwu. Sąd jednak skazał ją na sześć lat więzienia właśnie za rabunek i podżeganie do niego. Jeszcze wyższą karę otrzymał współdziałający z Luizą komisant księgarski Paugant, który przygotowywał materiały wybuchowe i zapalne mające mieć zastosowanie w przyszłych atakach terrorystycznych. W jego przypadku również wyrok zapadł nie za działalność wywrotową, a za napad i kradzieże.
Nie sposób nie wspomnieć o działalności literackiej Ludwiki Michel. W 1882 roku wystawiła w teatrze paryskim sztukę „Nadina”, której akcja działa się w Warszawie, a bohaterką była Maria, kobieta zła i podstępna. Miejsce akcji i główna postać zostały wybrane widocznie tylko dla „egzotyki”, gdyż utwór ten, o wątpliwej zresztą wartości artystycznej, nie miał nic wspólnego z polskimi realiami. Zanim zakończył się drugi akt spektaklu, publiczność wyśmiała „dzieło”. Natomiast „czerwoni” wielbiciele autorki wznosili okrzyki, ale nawet nie pochwalne, a anarchistyczne. O innych poetyckich osiągnięciach Luizy trudno coś powiedzieć, podobno były, jak również pamiętniki wydane drukiem.
Luiza Michel była tak znana, że opowiadano o niej anegdoty. Jedna z nich jest związana z Wiktorem Hugo. Podobno rewolucjonistka zjawiła się u pisarza prosząc o wsparcie. Otrzymała 500 franków i za kilka dni ponownie zwróciła się w tej samej sprawie. Gdy zapytana jakież to wydatki ma, że znowu jest w potrzebie, odpowiedziała, że wszystko oddała ubogim. Pisarz polecił wydać Luizie kolejne 500 franków z zastrzeżeniem, że następnym razem otrzymaną pomoc ma przeznaczyć tylko dla siebie. Odpowiedziała, że wobec takiego warunku więcej już w domu pisarza nie pojawi się.
Po kolejnej amnestii i odzyskanej wolności Luiza Michel dalej prowadziła agitację. Znalazła się na krótko w szpitalu z powodu dużej egzaltacji, wziętej przez środowisko za chorobę psychiczną. Powoli „czerwona gwiazda” zaczęła blaknąć. Jeszcze zaangażowano ją do wygłaszania odczytów, ale na krótko, bowiem nieliczna publiczność ziewała z nudów.
Mówiąc o Luizie Michel warto pamiętać jeszcze o tym jaki wpływ miał na nią Rochefort, cyniczny awanturnik polityczny. Być może Luiza ulegała mu i pozwalała się prowadzić, gdyż sama, mało atrakcyjna z wyglądu, o surowych, zupełnie męskich rysach, miała styczność z mężczyzną pięknym, eleganckim, wytwornym, prawdziwym lwem salonowym.
Zdarzyło się jeszcze coś, co wcześniejszych wyznawców Luizy Michel do reszty od niej odsunęło. W 1866 roku w Wersalu miała się odbyć konferencja polityczna z jej udziałem, jedna z ostatnich. Zanim agitatorka przybyła na miejsce dowiedziała się o nader skąpej liczbie wykupionych biletów na wykład. Jedynie 14 osób zapłaciło w sumie 14 franków. Zdecydowała się zrezygnować i kazała woźnicy zawrócić. Tymczasem pod teatrem zebrała się gromada ludzi, chcących zobaczyć kobietę przez lata uparcie dźwigającą pochodnię rewolucji. Pokazała się na drodze do Wersalu kareta. Ktoś krzyknął: „to Luiza Michel!”, ktoś rzucił kamieniem, prosto w okno. Rozległ się krzyk, a po chwili wyprowadzono z karety ranną młodą kobietę. Okazała się nią mieszkanka zamku Vroncourt, miejsca gdzie wychowywała się Luiza, być może nawet krewna jej ojca.
Poglądy Luiza Michel, jeszcze w czasie swej aktywności politycznej, wygłaszała w sposób dosadny. Zachowała się jej wypowiedź z 1882 roku:
„Rzeczpospolita francuska, ulepiona z krwi i błota, podtrzymywana przez mieszczaństwo, wypasione krwią i potem ludu, będzie zatopiona przez nas we krwi, by z jej sprośnego tułowia wyrosła szczęśliwość społeczna.”
Luiza Michel zmarła w Marsylii w 1905 roku.
Rozdział XXI
Śmierć żołnierza Litewskiego Pułku Lejbgwardii
Michał Archanioł, patron Litewskiego pułku Lejbgwardii, nie ochronił żołnierza A.U., który w 1870 roku został zamordowany. Jego ciało znaleziono w odnodze Wisły, w pobliżu podwarszawskich Siekierek. Obdukcja lekarska wykazała, że A.U. ostrym narzędziem zadano ranę w szyi, co spowodowało przecięcie aorty i śmierć po nagłym wykrwawieniu. Następnie ciało żołnierza wrzucono do rzeki. Sekcja wykazała również, że przed śmiercią pił alkohol.
Wójt gminy Mokotów, jako pierwsza instancja sądowo — śledcza, zarządził przeszukiwanie terenu. Znaleziono ślady krwi na trawie i znaki wskazujące na to, że ktoś ciągnął ciało w kierunku rzeki. Lekarz sądowy stwierdził, że charakter zadanej rany wyklucza samobójstwo.
Sąd śledczy rozpoczął od poszukiwania świadków, którzy ostatni widzieli żołnierza A.U.
Przesłuchana została jego żona, Maria U. Wcześniej sąd ustalił, że małżonkowie U. często kłócili się, dochodziło nawet do rękoczynów. Świadkowie zeznali, że w ich domu często bywał feldfebel J.T. co nie byłoby takie dziwne, ale również, że Maria U. niejednokrotnie odwiedzała sama J.T. w jego namiocie w koszarach, co już sędziemu śledczemu dało powód do podejrzeń. Znaleziono kolejnych świadków, którzy widzieli w dniu zabójstwa Marię U. wraz z mężem i synem, feldfebla J.T. oraz podoficera S.F. w szynku niedaleko rogatki czerniakowskiej. Wszyscy czworo pili wódkę, a po wyjściu z gospody udali się w kierunku Siekierek. Nad Wisłą znaleźli sobie wygodne miejsce pod wierzbą, właśnie tam, gdzie później znaleziono ślady zabójstwa.
Maria U. przesłuchiwana przez sąd śledczy zaprzeczyła jakoby była w szynku i piła wódkę. Nie zdało się to na nic, gdyż widziało ją tam kilka osób. Maria U. znajdowała się w kręgu zainteresowań miejscowych ludzi, ponieważ jej bliskie stosunki z feldfeblem nie były w środowisku wojskowym, a nawet poza nim, tajemnicą. Zauważono, że po powrocie znad Wisły Maria U. przebrała się i udała do obozu.
Indagowany przez sąd wojskowy feldfebel J.T. z początku nie przyznawał się do zarzutu morderstwa. W końcu jednak wyznał całą prawdę:
„Jakiś czas temu poznałem żonę żołnierza A.U. To piękna kobieta. Pokochałem ją, a ona mnie. Na przeszkodzie stał jej mąż, który jednak do końca nie był świadom naszych uczuć. Maria U. przychodziła do mnie na kwaterę wtedy, gdy jej mąż miał służbę. Tego dnia ja, podoficer S.F. i A.U. mieliśmy wolny dzień, pogoda była ładna, postanowiliśmy wybrać się nad Wisłę. Po drodze wstąpiliśmy do szynku, piliśmy wódkę, Maria U. również. Wzięliśmy butelki ze sobą i poszliśmy nad rzekę. Sam już nie wiem czy to wtedy, czy już wcześniej dojrzała w nas myśl, żeby pozbyć się A.U. Obmyślaliśmy to wcześniej, ale dopiero wypita wódka podburzyła mnie do zbrodni. Siedzieliśmy pod wierzbą we troje żartując i przekomarzając się, a ja spoglądałem na Marię i czułem, że tak dłużej być nie może. Spojrzałem na nią i dałem znak, żeby odeszła od nas z podoficerem i swym synkiem, który był z nami, tak abym został z sam z A.U. Odchodząc zdążyła szepnąć do mnie: <<smotri Jakow, cztob jazyka nie było>>.
Rzuciłem się na A.U. i dobytym nożem przeciąłem mu gardło. Co się działo dalej, nie pamiętam. Pewnie zaciągnąłem go na brzeg i wrzuciłem do rzeki. Później wróciłem do namiotu w koszarach i czekałem na Marię. Niebawem przyszła, jedliśmy kolację. O zdarzeniu nie rozmawialiśmy.”
Sąd wojenny, kierując się dowodami w postaci zeznań świadków, śladów pozostawionych nad rzeką i wreszcie na przyznaniu się obwinionego, skazał feldfebla J.T. na dwanaście lat ciężkich robót w kopalniach i pozbawienie wszelkich praw.
Tymczasem sąd kryminalny zajmował się oskarżoną Marią A. Przesłuchiwana nie przyznawała się do udziału w zbrodni. Nie potwierdziła zeznań świadków, wypierała się wszystkiego, co mogło ją łączyć z zabójstwem. Powiedziała, że w karczmie nie była, wódki nie piła, nad Wisłą nie siedziała. Miała jednak przeciw sobie wiarygodne relacje świadków. Obrońca Marii A. prosił sąd o uniewinnienie podsądnej, albo przynajmniej uwolnił ją od kary z braku dowodów winy.
Prokurator domagał się kary dla oskarżonej w postaci zesłania do robót ciężkich w zakładach fabrycznych przez 24 lata, ze skutkami tego wyroku.
Sąd kryminalny skazał Marię U. za wspólnictwo w zabójstwie na pozbawienie wszelkich praw i na zesłanie do robót ciężkich w zakładach fabrycznych przez szesnaście i pół roku. W uzasadnieniu podał, że nie dopatrzył się w działaniu oskarżonej skrytobójstwa, nie była również obecna w momencie popełnienia zbrodni. Odpowiadało to przepisom prawnym zawartym w Kodeksie Kar Głównych i Poprawczych.
Sprawa zabójstwa żołnierza litewskiego pułku, gdy w grę wchodziły silne uczucia, a sprawca lub współdziałający był małżonkiem, nie należała do odosobnionych. Zastanawiające może być to, że sprawca powinien był liczyć się z tym, że motyw zbrodni stanie się podpowiedzią dla wymiaru sprawiedliwości przy poszukiwaniu winnego. Kara za zabójstwo dokonane przez więcej niż jedną osobę, przy wcześniejszej zmowie między nimi, mogła sięgać 20 lat zesłania do robót ciężkich w kopalniach. W przypadku sprawcy — kobiety, kara odbywana była w zakładach fabrycznych. Przepis ten dotyczył przywódcy, czyli herszta. Nie ma wątpliwości, że była nim w omawianej sprawie Maria U.
Rozdział XXII
Oszustwo z młynem w tle
Spłonął wielki młyn parowy w Petersburgu. Ze względu na jego olbrzymią wartość przekraczającą milion rubli, władze rządowe nakazały śledztwo. Podejrzenie padło na kupca zbożowego Owsiannikowa, który był dzierżawcą młyna. Aresztowany domagał się zwolnienia za kaucją dwóch milionów rubli.
W czasie procesu sądowego wyszło na jaw, że urzędnicy intendentury wspomagali Owsiannikowa lukratywnymi dostawami kaszy i mąki przeznaczonymi dla armii, w zamian za kubany, inaczej zwane łapówkami. Widocznie jednak ogromny majątek Owsiannikowa mu nie wystarczał. Spalony młyn miał przynieść mu 700 tys. rubli odszkodowania od Warszawskiego Towarzystwa Ubezpieczeń. Urzędnicy ubezpieczeniowi nie w ciemię bici: setki razy sprawdzą każdą ewentualność zanim wypłacą tak olbrzymią kwotę. Tym razem skrupulatność inspektorów nie była konieczna — odkrycie sprawcy w osobie dzierżawcy wykluczyło jakiekolwiek zobowiązania towarzystwa. Ponadto okazało się, że Owsiannikow potajemnie przekazał młyn kupcowi Kokorewowi, oczywiście bez wiedzy ubezpieczyciela. Stratę poniósł obecny właściciel, więc zażądał od Owsiannikowa kwoty ponad 1,5 miliona rubli, wytaczając proces cywilny. Te wszystkie machinacje wydawały się zupełnie niezrozumiałe w odniesieniu do bogatego kupca, znającego się na finansach.
Dochodzenie sądowe wykazało, że z Owsiannikowem współpracował w zbrodni podpalenia jego pełnomocnik, kupiec Lewtiejew — obaj nakłonili stróża budowli Rudometowa do podłożenia ognia.
Z wynikami śledztwa sądowego zapoznali się sędziowie przysięgli. W czasie procesu w 1875 roku na pytanie, czy nastąpiło świadome podpalenie młyna, odpowiedzieli twierdząco. Na następne, czy to Owsiannikow namówił do tego innych — również. Potwierdzili także udział Lewtiejewa w nakłanianiu do przestępstwa oraz wykonanie tego przez stróża Rudometowa.
Końcowe czynności procesowe przeciągnęły się do późnego wieczora. Sąd po długiej naradzie wydał tuż przed północą wyrok skazując Owsiannikowa na pozbawienie wszelkich praw i zesłanie do odległych stron Syberii. Wyrok przedstawiono do zatwierdzenia carowi Aleksandrowi II.
Skazując głównego oskarżonego sąd kierował się przepisami prawa zawartymi w Kodeksie Kar Głównych i Poprawczych. Według paragrafu 885 zniszczenie własności w celu uzyskania odszkodowania z tytułu ubezpieczenia skutkuje nie tylko utratą prawa do wypłaty rekompensaty, ale dodatkowo powoduje karę z paragrafu 1113. Oprócz zesłania na Sybir skazańca czekała jeszcze chłosta od czterdziestu do sześćdziesięciu razów, pod warunkiem niewyłączenia od kar cielesnych. Siedemdziesięcioletniego Owsiannikowa nie bito.
Wspólnik Liewtiejew otrzymał karę 9 lat ciężkich robót w twierdzy, a podpalacz Rudometow 8 lat. Koszty sądowe rozłożono równomiernie na wszystkich skazanych.
Warszawskie Towarzystwo Ubezpieczeniowe zostało zwolnione od wymogu wypłaty odszkodowania. Obecny właściciel, poszkodowany po spaleniu młyna, otrzymał 700 tys. rubli z funduszu skazanych.
Owsiannikowa, dotychczas przebywającego w areszcie domowym, doprowadzono do więzienia. Sprawa podpalenia młyna była na tyle głośna, że stała się przedmiotem handlu. Na ulicach Petersburga sprzedawano portrety skazanych.
Pozostała jeszcze do rozwiązania sprawa spadku po Owsiannikowie. W czasie uwięzienia sporządził testament zapisując wszystko synowi Bazylemu, z pominięciem innych sukcesorów. Ponieważ pozbawienie wszelkich praw równało się ze śmiercią cywilną, możliwe było dziedziczenie przez najstarszego syna. Pozostali spadkobiercy wytoczyli proces cywilny o obalenie testamentu, jako sporządzonego już po wydaniu wyroku.
Owsiannikow został latem 1876 roku wywieziony Koleją Mikołajewską na Sybir. Zachował się opis tego przejazdu przez Niżny Nowogród. Wieziony był wozem razem z innymi skazańcami w liczbie 500. Po drodze towarzyszył im tłum ludzi. Niektórzy krzyczeli: „precz z wozu, niech idzie pieszo!”. Inni rzucali w niego miedziakami, które zaraz im odrzucał. W okolicach giełdy na ulice wylegli kupcy, nie kłaniali się, przyglądali się milcząc. Widząc ich Owsiannikow zakrył twarz kołnierzem szynela. Zanim dowieziono go do więzienia zdążył zobaczyć się z żoną, synami i synową. Po dwóch dniach został umieszczony wraz z innymi na statku aresztanckim, który popłynął do Permu.
W 1881 roku nastąpiło ułaskawienie i Owsiannikow wrócił z zesłania, ale tylko do Carskiego Sioła. Otrzymał zakaz jakichkolwiek działań przedsiębiorczych, na przykład otwierania składów, kantorów czy fabryk.
Rozdział XXIII
Tragedia miłosna
Było dwóch młodzieńców: dziewiętnastoletni Julian i siedemnastoletni Aleksy. Uczyli się kunsztu brązowniczego u właściciela zakładu. Praca zajmowała im cały dzień, od rana do wieczora. Przy obiedzie spotykali piękną dziewczynę, córkę swego pryncypała. Obydwaj zakochali się w niej. Nieważne było dla nich czy z wzajemnością, ani co powie na to ojciec panny. Postanowili, że tylko jeden z nich pozostanie na placu boju. W tym celu zaplanowali tzw. „pojedynek amerykański”. Wyglądało dziecinnie: trzy partie domina miały wybrać zwycięzcę. Dalej było już tragicznie: przegranego czekała śmierć samobójcza. Wieczorem usiedli przy stole w swoim pokoju i rozpoczęli grę. Między nimi stała szklanka z witriolem. Dwie ostatnie partie domina przegrał Julian. Zdeterminowany, zadał sobie śmierć wypijając przygotowany kwas siarkowy. Zmarł po kilku minutach, w straszliwych męczarniach.
Właściciel domu wezwał policję i ta aresztowała Aleksego.
Pozostały przy życiu „pojedynkowicz” odpowiadał przed sądem za przyczynienie się do śmierci swego kolegi. Przesłuchano świadków znających obu terminatorów. Okazało się, że Julian miał skłonności do egzaltacji, był nadwrażliwy i pobudliwy. Dużo czytał, poświęcając książkom każdą wolną chwilę. Niektórzy upatrywali w tym powód jego trudnego charakteru. Z kolei Aleksy, zazwyczaj spokojny i opanowany, ulegał Julianowi. Również pojedynek to wymysł głównie Juliana.
Ustalono również, że chłopcy mieszkali w domu właściciela warsztatu, ale z jego córką widywali się tylko podczas posiłku, zawsze w obecności innych osób. Jakakolwiek bliższa znajomość z dziewczyną nie mogła mieć miejsca.
Prokurator uznał winę Aleksego polegającą na nakłanianiu do czynu samobójczego za dowiedzioną. Groziła za to kara twierdzy nawet do dziesięciu lat.
Obrońca starał się wykazać, ż trudno w osobie Aleksego dopatrywać się zbrodniarza. Być może do końca nie był przekonany o powadze sytuacji. Możliwe, że środek do pozbawienia życia w postaci trucizny traktował jako rekwizyt, może sądził, że oto odgrywają scenę teatralną z miłosnego romansu.
Sąd karny uznał, że oskarżony nie działał z pełną świadomością swego czynu i skazał Aleksego na sześć miesięcy więzienia zaliczając mu w poczet kary pięć miesięcy pobytu w areszcie w czasie śledztwa sądowego.
Rozdział XXIV
Arystokratyczne oszustwo barona
Historię barona Ludwika von Scheurera i Julianny Metz można byłoby zaliczyć do romantycznych, gdyby nie jej podłoże kryminalne, związane z wyjątkowo perfidnym oszustwem. Baron Scheurer, któremu z rodzinnej fortuny pozostał jedynie tytuł, co prawda niższy od hrabiego, ale jednak arystokratyczny, zajmował się jakiś czas przedstawicielstwem fabryki likierów. Podczas podróży po Rumunii poznał dziewiętnastoletnią Juliannę Metz. Dziewczyna była sierotą, oddaną pod opiekę przełożonej pokojówek hotelu „Concordia” w Bukareszcie. O hotelu wystarczy powiedzieć, że z daleka już wejście do niego znaczyła czerwona latarnia. Julianna trafiła tu w wieku pięciu lat. Dzieciństwo spędzone w atmosferze dalekiej od wszelkiej moralności ukształtowało charakter dziewczyny. Jednak związanie się z baronem zmieniło jej życie. Z niepiśmiennej posługaczki stała się wcale rozumną panną dzięki temu, że opiekun, bo taką rolę tymczasowo pełnił Scheurer, posłał ją do pensjonatu pod Wiedniem. Gdy uznał, że dziewczyna zasługuje już na pokazanie „na salonach”, zabrał ją do Paryża i załatwił posadę bony. W międzyczasie ożenił się z pewną Amerykanką, licząc na przejęcie dużego posagu. W krótkim czasie okazało się, że ten związek nie wzbogaci zubożałego barona. Odesłał żonę do Ameryki, nie zawracając sobie głowy formalnym rozwiązaniem małżeństwa.
Amerykańska żona była już daleko, więc Scheurer uznał, że nie ma przeszkód aby planować ślub z Julianną. Czy w grę wchodziło z jego strony uczucie, trudno stwierdzić. Julianna nie była pięknością; miała miłą twarz, zgrabną sylwetkę i to wszystko. Odznaczała się jeszcze pewną cechą: potrafiła udawać skromną i naiwną, czym zjednywała sobie innych. Wykorzystywał to baron, przedstawiając Juliannę jako pochodzącą z węgierskiego rodu królewskiego, dziedziczkę ogromnej fortuny. Początkowo występowała jako jego podopieczna, daleka krewna. Do ich wspólnego mieszkania zaglądali kupcy i bankierzy, którym imponował tytuł barona i obecność egzotycznej księżniczki. Łatwowierność drobnych finansistów pozwalała parze kochanków żyć na dość wystawnym poziomie. Z czasem jednak pożyczki zdobyć było coraz trudniej, a nawet trzeba było zwracać wcześniejsze. Sytuacja zmusiła barona do działań. W tym momencie pojawił się w życiu Scheurera doktor Castelnau. Za jego namową baron zawarł w 1883 roku umowy ubezpieczeniowe na życie z kilkoma dużymi firmami asekuracyjnymi. Zdrowy i w pełni sił niemiecki baron nie miał problemu z uzyskaniem polis opiewających na blisko 300 tys. fr. ze wskazaniem Julianny Metz jako osoby mającej otrzymać wypłatę świadczenia po jego śmierci. Teraz tylko pozostało umrzeć i jednocześnie pozostać przy życiu aby cieszyć się z uzyskanego bogactwa. Można było to osiągnąć przez wymyślne oszustwo. Pomógł w tym nieoceniony dr Castelnau. Odnalazł człowieka chorego na suchoty i przyjął go do swej kliniki. Osobnik ten, pozbawiony zdrowia i pieniędzy, bez wahania przyjął propozycję aby wcielić się w postać von Scheurera, umrzeć jako on w zamian za odpowiednią gratyfikację, czym miał uratować swą rodzinę przed nędzą.
Castelnau okazał się postacią cyniczną i przewrotną. Z przekonania anarchista, występujący przeciw kapitałowi, chętnie pomagał Scheurerowi w niecnym procederze, licząc na niezłe profity. Plan był realizowany: prawdziwy baron kaszlał i narzekał pokazując gdzie się dało spreparowaną wcześniej zakrwawioną chusteczkę, fałszywy zaś dogorywał pod opieką Castelnau. Jak było do przewidzenia, w niedługim czasie podstawiony suchotnik zmarł. Teraz wystarczyło użyć odpowiednich środków, aby uzyskać akt zgonu na nazwisko Scheurera i przedstawić dokument w merostwie. Jesienią 1883 roku Julianna Metz wystąpiła do ubezpieczycieli o wypłatę pieniędzy. Agenci towarzystw asekuracyjnych wnikliwie badali zasadność żądań, tym bardziej, że baron do niedawna uważany był za zupełnie zdrowego. Nie znaleziono podstaw do wstrzymania wypłaty, wszystko wskazywało na śmierć Scheurera z powodu ciężkiej choroby. Julianna Metz odebrała grubo ponad 200 tys. fr.
W tym czasie Scheurer zdążył wyrobić sobie paszport na nazwisko Jerzego Ropersa i w 1885 roku wziął ślub z Julianną. Podzielili się łupem z Castelnau i wyjechali do Wiednia.
Osiedli nad Dunajem, licząc na długie i szczęśliwe życie.
Przypadek sprawił, że oszustwo wyszło na jaw dwa lata później. Zatrzymany został dr Castelnau i po zakończeniu przewodu sądowego skazany na pięć lat więzienia. Istniały już wtedy przesłanki do tego, aby poszukiwać i postawić w stan oskarżenia parę występującą pod nazwiskiem Ropers. Jednakże, jak informowała wiedeńska prasa, nadkomisarz Frankl zajęty był administrowaniem kamienic rodziny Rothschildów i powoli zabierał się do sprawy, dając czas baronowi i Juliannie — wpierw na uzyskanie wiadomości o skazaniu wspólnika, a następnie na sprzedaż rzeczy ruchomych i ucieczkę. Dla bezpieczeństwa rozdzielili się: Scheurer udał się do Como we Włoszech, a Julianna do austriackiej Styrii.
Z niewiadomych bliżej przyczyn, przebywając w hotelu w Como, baron Scheurer wystrzałem z rewolweru pozbawił się życia. Zostawił list, w którym całą winę za oszustwo wziął na siebie, starając się uchronić Juliannę. Ubolewał, że naraził ją na nędzę. W ostatnich słowach wyraził nadzieję, że jego wybranka pod kierunkiem uczciwego człowieka będzie jeszcze mogła być szczęśliwa.
Na razie jednak Julianna Metz została zatrzymana w czasie podróży koleją i postawiona przed sądem. Nie było sensu zaprzeczać oskarżeniom. Starała się jednak wykazać, że pomagając Scheurerowi kierowała się przywiązaniem do niego, nie chęcią zysku. Tłumaczyła, że nie zdawała sobie sprawy z udziału w przestępstwie, stała się „ofiarą miłości”.
Sąd uznał winę Julianny Metz i skazał ją na cztery lata więzienia. Udało się odzyskać część wyłudzonych pieniędzy i zwrócić je towarzystwom ubezpieczeniowym.
Wydaje się, że agenci tych firm, zanim wypłacą następne świadczenia, z jeszcze większą starannością sprawdzą wszystkie akta, a już szczególnie dokument o zgonie ubezpieczonego. Dochodzenie sądowe nie sięgało w tym przypadku do urzędników, którzy świadomie lub nie, dopuścili do fałszerstwa w dokumentach urzędowych.
Rozdział XXV
Zbój Malarski
W pierwszej połowie XIX wieku na terenach Kielecczyzny dał się we znaki miejscowej ludności, a zwłaszcza dziedzicom, kupcom i plebanom, zbój Tewel. W końcu XIX wieku zastąpił go Antoni, czasem nazywany Wincentym, Malarski. Wbrew późniejszym opiniom nie był postacią legendarną, istniał rzeczywiście. Natomiast między bajki można włożyć opowieści o jego „Janosikowej” działalności. Zbój to zbój i jego powinnością było bić i łupić kogo się da. Był sprytny, wielokrotnie uciekał z więzienia, czym przypominał niemieckiego rozbójnika Hessela, pewnie jednak nie stosował aż tak wyrafinowanych metod wyzwalając się z zamknięcia jak on. Hessel zawsze posiadał przy sobie cały arsenał narzędzi, które chował w głębi swego ciała. Sprzęt miał zapakowany w stożkowym pojemniku, którego kształt pozwalał na umieszczenie w miejscu, na które zarówno język literacki, jak i również potoczny, mają kilka określeń.
Malarski stworzył dobrze zorganizowaną bandę. Jako jej herszt prowadził zbójów na dwory i plebanie, nie oszczędzał nawet chat włościańskich. Stosował metodę haraczu, która dawała mu stały dochód, pewniejszy niż pojedyncze napady. Siał postrach wśród ludności południowych powiatów guberni kieleckiej i piotrkowskiej.
Zatrzymywany był wielokrotnie, za każdym razem uciekał. Około 1885 roku zbiegł z więzienia w Częstochowie. Następnie wyjechał do Ameryki, gdzie związał się z dziewczyną żydowskiego pochodzenia, mieszkającą wcześniej w powiecie olkuskim. W krótkim czasie porzucił ją, mówiono nawet, że pozbawił życia. Wrócił, aby dalej uprawiać zbójnicki proceder. Straszono nim dzieci, zyskał miano „miejscowego Rinaldino”. W październiku 1887 roku, po wcześniejszej ucieczce z Piotrkowa, został ujęty w okolicach Olkusza. Jeden z bandy zdradził, podając władzom miejsce planowanego napadu. Chodziło o dom żydowskiego kupca w Pilicy. Kilku strażników ziemskich, wspomaganych przez żołnierzy stacjonujących w pobliżu, czatowało w podwórzu. Gdy zapadł zmrok, Malarski i pozostali zbójcy weszli na dziedziniec. Wywiązała się walka, Malarski i jeden ze zbójów zostali zatrzymani, pozostali uciekli. Malarskiego odstawiono do więzienia w Olkuszu. Tu uwolnił się z kajdan i wygrzebanym w ziemi wykopem usiłował wydostać się na wolność. Złapano go w ostatniej chwili.
Malarski otrzymał łącznie osiemnaście wyroków skazujących, krótko jednak przebywał w więzieniu. Powtarzające się ucieczki graniczyły z niemożliwością. Wieziony do dalekich guberni syberyjskich potrafił uwolnić się w drodze i wrócić tam, gdzie czekali na niego kompani. Podobnie było podczas transportu na Sachalin, wyspę zesłańców.
Nieco dłużej przetrzymano Malarskiego, gdy został ranny po potyczce ze strażnikami ziemskimi.
W 1897 roku władze gminne otrzymały wiadomość, że w okolicy Lelowa, we wsi Gródek u pewnego włościanina przebywa kilka podejrzanych osób. Udali się tam strażnicy ziemscy. W chacie zastali kilku zbójów i ich herszta, Malarskiego. Wszyscy byli uzbrojeni, nastąpiła strzelanina, zginęło kilku strażników. W końcu kula dosięgła również tego, który tyle razy unikał kary.
Przy zwłokach Malarskiego znaleziono 100 rs, złote pierścienie, akt ślubu i dowód przejścia na judaizm. Oględziny lekarskie wykazały liczne blizny na głowie i całym ciele, ślady po postrzałach śrutem oraz cięcia na twarzy.
Okoliczna ludność odetchnęła z ulgą. Co prawda nie wszyscy zbójnicy zostali schwytani, jednak pozbawieni herszta, stali się mniej groźni — do czasu aż pojawi się ktoś, kto zbierze zbójów i wyrobi sobie wśród nich posłuch, ktoś na miarę Tewela lub Malarskiego.
Rozdział XXVI
Arton — oszust nad oszustami
W czerwcu 1892 roku wyszło na jaw, że dwóch członków zarządu francuskiego Towarzystwa Fabrykacji Dynamitu sprzeniewierzyło 5 milionów franków. Jeden z nich zbiegł z Paryża, drugi został aresztowany. Był nim Leopold Emilwebster Arton.
Działalność finansową rozpoczął w Brazylii, gdzie handlował kawą. Z judaizmu przeszedł na katolicyzm i ożenił się z katoliczką. Wrócił do Francji z kapitałem 400 tys. franków. Aktywa zainwestował w ryzykownych przedsięwzięciach co skutkowało sytuacją bliską bankructwa. Uratował się zakładając bank działający w kierunku inwestycji zagranicznych. Wypuścił na giełdzie weksle na 20 milionów franków. W końcu został głównym sekretarzem towarzystwa dynamitowego.