Rozdział I
Młodociany okrutnik
W XIX wieku na ziemiach polskich obowiązywało-zależnie od zaboru-prawodawstwo pruskie, austriackie lub rosyjskie. W odpowiednich okresach i miejscach stosowano „Powszechne prawo kryminalne dla państw pruskich”, „Ustawę karną o zbrodniach, występkach i przekroczeniach” (ustawa austriacka) oraz „Kodeks kar głównych i poprawczych” ( Rosja i zabór rosyjski).
Niektóre relacje sądowe są tak niesamowite, że wydają się zmyślone. Nie ma jednak wątpliwości, kiedy autorem jest uczestnik postępowania, np. obrońca sądowy. Tragedia, którą opisał adwokat, często występujący przed sądem w imieniu największych zbrodniarzy, jest tym bardziej wstrząsająca, że jej sprawcą jest dziecko jeszcze, wyrostek, którego trudno jest pociągnąć do odpowiedzialności. Kogo można winić za złe wychowanie chłopaka? Czy ojca, który długi czas służył w wojsku, czy matkę, z ledwością radzącą sobie z trudami życia? A może to panująca powszechnie ciemnota, którą można nazwać ciemną stroną belle epoque ukształtowała młodocianego zabójcę.
Oto niewielka chata w guberni grodzieńskiej, położona właściwie w głuszy leśnej, jednym słowem leśniczówka. Mieszka tu dymisjonowany żołnierz, który pełni obowiązki leśniczego. Jego rodzina to żona, pomagająca w obowiązkach i troje dzieci — w wieku kolejno 14 lat, 2 lata i kilka miesięcy. Rodzice często wychodzą z domu do pracy w lesie i pozostawiają młodsze dzieci pod opieką starszego chłopca. Dwulatek nie wymaga ciągłej troski, owszem, trzeba dać mu jeść, czymś zająć i jest spokój. Młodsze to dopiero utrapienie, ciągle płacze i wymaga stałego zajmowania się nim. Właściwie nią, bo to dziewczynka.
Któregoś dnia do sąsiadów wpada chłopak z leśniczówki, ma na imię Wiktor, zdyszany i przerażony, z wołaniem o pomoc. Mówi, że w ich domu są obcy i straszni ludzie, z długimi brodami i grożą im śmiercią. Grzebią w kufrze z odzieżą i różnymi przedmiotami. Opowiada, jak z obawy o swoje życie i poszukiwaniu ratunku ucieka, słysząc za sobą krzyk, że zamordują jego małą siostrę. Kilku mężczyzn pośpiesznie udaje się do leśniczówki. Zastają przerażający widok: w kolebce leży nieżywe dziecko z przerżniętym gardłem, kufer ma wyłamane wieko, rzeczy w nim porozrzucane, ale niczego nie brak, prócz… sera, tam przechowywanego, co dla da sprawy ma pewne znaczenie. Dziwny to napad, szczegóły podane przez chłopca wydają się mało prawdopodobne. Przyciśnięty do muru Wiktor plącze się w odpowiedziach, aż w końcu przyznaje, że kłamie. Tym razem przedstawia taką oto wersję:
— Miałem dużo pracy w domu, zmęczony położyłem się na chwilę i usnąłem. Obudził mnie hałas i krzyk dziecka. Zobaczyłem, jak mój młodszy brat zamierza się nożem na siostrzyczkę. Przerażony uciekłem. To on zabił, w domu nie było żadnych bandytów.
Nikt nie wierzy w tak nieprawdopodobną historię i chłopak trafia pod sąd. Tu dopiero przyznaje się do okrutnego czynu. Z jego zeznań wynika straszliwa prawda. Zwykle rodzice zostawiają młodsze rodzeństwo pod jego opieką. Tak jest i teraz. Dziecko ciągle płacze, więc nosi je i kołysze. Gdy tylko kładzie je do kołyski, znowu krzyczy. Za którymś razem nie wytrzymuje i chwyta za nóż, którym przecina gardło dziewczynki. Dopiero wówczas zapada cisza. Wtedy nagle odczuwa winę, więc aby odrzucić podejrzenia od siebie wyrywa zamek ze skrzyni, rozrzuca rzeczy, część sera zjada, a resztę rzuca w krzaki.
Zeznanie chłopca zostaje potwierdzone podczas wizji lokalnej. Sędziowie przyglądają się młodocianemu zabójcy. Widzą przed sobą szczupłego chłopaka, o wychudzonej twarzy, w której odznaczają się płonące oczy. Wiktor jest nieletni, jedyna kara, jaka może go spotkać, to zakład poprawczy, ale w pobliżu brak takiej placówki, więc kryminalny sąd grodzieński skazuje chłopca na sześć lat i cztery miesiące pobytu w klasztorze w Borysohlebsku. Wśród publiczności obecnej na procesie mówi się, że skazanemu chłopcu potrzebna jest najbardziej pomoc psychologiczna, czy znajdzie ją w murach klasztoru? Jego moralność wymaga szybkiej poprawy, a pojawiające się wyrzuty sumienia oby pomogły mu w zrozumienia złego czynu.
W 1887 roku odbył się w Rzymie tzw. kongres więzienny. Omawiano różne kwestie społeczne, w tym problem nieletnich przestępców. Ustalono, że wyznaczona przez sąd kara zamknięcia młodocianego przestępcy może odbywać się jedynie w zakładzie wychowawczym lub w domu poprawy i muszą to być instytucje publiczne. Podkreślono również znaczenie kary ojcowskiej, która powinna mieć cechy rodzinne, prywatne i tajemne. Ojciec posiadający nabyte prawo wychowania i karcenia dziecka musi mieć poparcie prawodawcy.
W opisanym tragicznym zdarzeniu trudno mówić o braku świadomości młodocianego przestępcy w czasie popełnianej zbrodni, a tylko w tym przypadku mógłby zostać oddany pod opiekę ojca w celu „domowej poprawy”. Sąd wyznaczył karę zgodnie z prawem, wątpliwości mogło budzić jedynie miejsce odosobnienia. Zastanawiająca jest również sprawa odpowiedzialności rodziców za czyny powierzonych ich opiece dzieci. Tu mamy jeszcze bardziej skomplikowaną sytuację, kiedy nieletniemu, więc będącemu pod nadzorem rodziców, ci powierzają młodsze rodzeństwo. Odpowiedzialność za zbrodnię chłopca spada na rodziców. Jednakże jakiekolwiek ukaranie ich nie wchodziło w rachubę. Byli niezamożni, walczyli o byt, kara za niewłaściwe wychowanie dziecka byłaby zawsze za wysoka.
Rozdział II
Samosąd
Historia opowiedziana przez M. Oldecop w periodyku petersburskim z 1822 roku dzieje się w czasie, gdy po wojnie z Finlandią wojska rosyjskie, pod dowództwem gen. Buxhoevedena, przemierzają ziemie w kierunku południowym, częściowo przechodząc przez tereny Estonii. Za oddziałami żołnierzy podążają stada wygłodniałych niedźwiedzi i wilków. Biada pozostającemu w tyle, bez żadnego zabezpieczenia — zostaje w mgnieniu oka pożarty przez zwierzęta. Dotyczy to żołnierzy — maruderów i koni, które odłączają się z zaprzęgów artyleryjskich. W jednej tylko guberni ponad czterdziestu ludzi ginie w ten sposób. Jakakolwiek podróż bez broni staje się niebezpieczna. Pewnego dnia jedna z wieśniaczek lekceważy wszelkie ostrzeżenia i wybiera się w drogę saniami. Śnieg jest duży, ale droga przetarta. Towarzyszy kobiecie troje dzieci, jedno z nich w wieku niemowlęcym. Podróż mija spokojnie, sanki mkną zaprzężone w jednego konia. W połowie drogi kobieta słyszy dziwne odgłosy i ogląda się za siebie. Widok jest przerażający. Z sosnowego lasu w stronę sań pędzi stado wilków. Na nic zadaje się batożenie konia, który i tak, wietrząc niebezpieczeństwo, wytęża wszystkie siły. Dwa najbardziej dorodne wilki są coraz bliżej i nacierają już na konia, którego utrata oznacza śmierć dla wszystkich. Jak się ratować, nie mając żadnej broni? Trzeba złożyć kogoś w ofierze dla dzikich bestii. Tak też wieśniaczka czyni, poświęcając swego synka, średniego z trzech pozostałych, ciągle płaczącego z powodu pewnej ułomności. Ten straszliwy czyn tylko na chwilę powstrzymuje watahę. Już następne wilki pokazują się przy saniach. Ukochany, czteroletni synek tuli się do matki, bojąc się, że teraz kolej na niego. Nikt nie wie, co się dzieje w umyśle kobiety w tym momencie, kobiety, która widzi jedyny ratunek dla najmłodszego w następnym okrutnym uczynku. Spełnia go i tylko przez chwilę dźwięczy jej w uszach krzyk dziecka. Przed całkowitą utratą świadomości powstrzymuje kobietę nadzieja, że uda się uratować najmłodsze. Wtem czuje na plecach pazury zwierzęcia, to jeden z największych wilków wdrapuje się na sanie, matka podnosi więc niemowlę w górę, chcąc je ratować. Nie udaje się, sama pewnie nie wie, czy w panice puściła dziecko, czy zostało jej wydarte przez zwierzę. Sanie pędzą dalej, w nich zbolała kobieta, osłupiała i obojętna na dalszy swój los. O dziwo, wilki odstępują.
Z dala widać jakąś chatę. Koń, niekierowany przez nikogo, wciąż wystraszony minionym zajściem, wpada z saniami przez otwarte wrota na podwórze. Tworzy się zbiegowisko, ludzie dążą z pomocą. Kobiety i mężczyźni porzucają swoje zajęcia, między nimi jest młody mężczyzna z siekierą, której w pośpiechu nie wypuścił z ręki. Zgnębiona matka opowiada o zdarzeniu. Jej zwierzenia wywołują wśród otaczających ją ludzi uczucie litości, ale i oburzenia. Wtem podbiega do niej mężczyzna z siekierą i ze słowami: „rzuciłaś własne dzieci wilkom na pożarcie, nie jesteś godna by żyć” uderza ją ostrzem w głowę, zadając natychmiastową śmierć. W procesie sądowym za samosąd mężczyzna zostaje skazany, lecz wyrok uchyla sam car Aleksander I Romanow i zamienia na krótkotrwały pobyt aresztancki przy budowie twierdzy u ujścia Dźwiny. Człowiek, który sam wymierza sprawiedliwość unika grożącej mu wysokiej kary i zesłania na zawsze do guberni syberyjskiej. Świadkowie samosądu mówią, że śmierć ratuje nieszczęsną matkę przed koszmarami, które po takich przeżyciach tylko czyhają, by doprowadzić do szaleństwa. Jeden z obecnych zauważa, że jedynym stworzeniem uratowanym z tej tragedii jest koń.
Rozdział III
Baran
Nakładem i drukiem Józefa Blumowicza ukazuje się w 1883 roku w Wilnie „Sejm pijacki, czyli Wyrok potępienia nieszczęśliwej gorzałce”. Jest to zbiór dowcipnych wierszyków, potępiających pijaństwo. Jeden z nich mówi:
Tylko w karczmie nie bywajcie,
Gorzałczyska nie pijajcie;
Bo karczma zniszczeniem,
Waszym potępieniem.
Kto by tam słuchał pouczeń wierszoklety! Poza tym włościanie zasadniczo niepiśmienni są.
Często odwiedzają karczmę i nie stronią od okowity, a wówczas:
Tam dobrze gorzałkę smolą,
Dokazują i swawolą,
Aż się i pokłócą,
I za łby się włóczą.
Czasem zwykłe swary rodzą tragedie, jak w Sokolnikach, w powiecie wieruszowskim, w drugiej połowie XIX wieku.
Z wiejskiej karczmy słychać rwetes i krzyki. W środku dwaj odwieczni adwersarze: włościanie Jaguś i Światły. Gdzie tam adwersarze, oni zawzięcie kłócą się, a w końcu trykają się jak barany. O co im chodzi tym razem? Właśnie o barana.
— To było tak, że Światły oskarżył Jagusia o kradzież barana i doniósł o tym wójtowi — tłumaczy jeden z obserwatorów.
Jaguś mówi, że to potwarz i że nie daruje. Gapie mają widowisko. Niestety na bójce się nie kończy. W pewnym momencie Jaguś jest górą, przewraca Światłego i wtedy ten wydobytym nożem rani Jagusia w brzuch. To nie tylko ukłucie, szarpnął nożem tak, że z rany wychodzą wnętrzności. Panika, karczmarz przyciska brzuch rannego rękami, ktoś biegnie po felczera i lekarza. Zawiadomiono też wójta, który przybywa niezwłocznie wraz z pisarzem gminnym. W czasie tego zamieszania Światły ucieka z karczmy w niewiadomym kierunku. Rannego Jagusia przenoszą do domu, cały czas jeszcze z otwartym brzuchem. Zanim przybędzie pomoc medyczna pisarz sporządza protokół, w którym Jaguś oskarża sprawcę o zadanie rany. Pierwszy przed lekarzem pojawia się felczer. Od razu zabiera się do zszywania rany. Przedstawiciele władzy na darmo starają się go powstrzymać, bardziej ufając lekarzowi. Felczer robi swoje. Za chwilę pojawia się doktor i z niepokojem przygląda się rannemu. Objawy zakażenia są wyraźne, najpewniej rana jest źle zszyta. Nie ma już dla Jagusia ratunku, umiera na drugi dzień.
Teraz pora na działania śledcze i sądowe. Lekarz badający zwłoki stwierdza, że rana zadana nożem okazuje się zagrażająca życiu, ale niekoniecznie śmiertelna. Dopiero nieumiejętne jej zszycie powoduje stan zapalny, uniemożliwiający wyleczenie. Opinia ta nie zadawala sądu, nie daje bowiem jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o powód śmierci Jagusia. Kolejną ekspertyzę wydaje wyższa instancja medyczna. Potwierdza się wersja, że ta śmierć jest wynikiem zapalenia otrzewnej. Rana zadana przez Światłego nie musiała być śmiertelna. Natomiast pierwszą pomocą dla rannego powinno być odprowadzenie wnętrzności na właściwe miejsce i prawidłowe zszycie brzegów rany. Nie dokonuje tego felczer, który tak naprawdę nie miał prawa dokonywać operacji. Tymczasem zatrzymany przez policję Światły nie przyznaje się do świadomego i celowego zabójstwa. Utrzymuje, że był pijany i niczego nie pamięta. Wójt, zapytany o opinię o obwinionym, przedstawia go jako człowieka kłótliwego, awanturnika i pijaka. Sąd śledczy odsyła Światłego do aresztu detencyjnego. Tu zatrzymany dokonuje próby samobójczej, usiłuje odłamkiem szkła rozciąć sobie brzuch, ale zostaje odratowany.
W kończącym się przewodzie sądowym następują przemówienia prokuratora i obrońcy. Po ich wysłuchaniu sąd wydaje wyrok. Światły, za zadanie rany, która mogła przyczynić się do śmierci Jagusia, zostaje skazany na oddanie do robót w aresztanckich rotach poprawczych na trzy lata, z możliwością zamiany na uwięzienie w domu roboczym. Wyznaczona kara dotyczy również próby samobójczej obwinionego. W stosunku do felczera sąd wykazuje, że przekroczył uprawnienia związane ze swoją profesją, czym naraził rannego na niebezpieczeństwo utraty życia, w związku z tym skazuje go na cztery miesiące osadzenia w wieży i dozór policyjny po odbyciu kary oraz ogłoszenie wyroku w gazetach. Podstawą do wydania orzeczenia sądowego jest Kodeks Karny i Najwyższy Ukaz z 1864 roku.
Rozdział IV
Zabić ojca
Bywa tak, że ojciec, posiadający majątek w formie jakiegoś interesu czy gospodarstwa, a mający syna, chce przekazać mu dorobek życia. Czasem młodemu dziedzicowi za bardzo śpieszy się do samodzielności. Wynikają z tego nieporozumienia, kłótnie, nawet tragedie. Tomasz K., bogaty właściciel folwarku na Mazowszu czuje się jeszcze w pełni sił i żelazną ręką kieruje posiadłością. Oprócz gospodarstwa rolnego z ziemią sięgającą do brzegów Wisły, ma jeszcze młyn, puszczony w dzierżawę małżeństwu L. Dziewiętnastoletni syn gospodarza, Jan K., rwie się do władzy nad majątkiem. Najmujący młyn Albertyna i Karol L., starsi od Jana o kilkanaście lat, ale z nim zaprzyjaźnieni, podżegają do zbrodni. Trzykrotna próba otrucia ojca nie udaje się. Jan postanawia wybrać bardziej radykalny sposób zabójstwa. Któregoś wieczoru zawiadamia ojca, że na jego ziemi jest złodziej kradnący plony. Tomasz K. bez zwłoki udaje się w kierunku pola. Idący za nim syn strzela do niego z rewolweru. Czy to brak umiejętności posługiwania się bronią, czy to drżąca ręka przy próbie ojcobójstwa, fakt, że kula nie sięga starego K. Za to uderzenia kijem zadane przez syna i współdziałającego z nim Karola L. pozbawiają go życia. Cynicznie zwierza się później Jan K. swemu znajomemu, niejakiemu B., jak to trudno jest zabić kijem, że dopiero wrzucenie ciała do wody z przywiązanym kamieniem upewnia o osiągnięciu niecnego zamiaru. Wysłuchawszy opowieści Jana K., włościanin B. udaje się do wójta z donosem. Wszyscy zamieszani w sprawę zostają aresztowani, Karol L. w czasie próby ucieczki.
Jan K. przyznaje się do zabójstwa ojca. Mówi, że to dzięki nauce Karola L. posiada umiejętność strzelania z rewolweru, a od obojga L. bierze się pomysł otrucia Tomasza K. i od nich też jest trucizna. Ponadto, Albertyna L. schowana w zaroślach widzi zajście i jest świadkiem morderstwa. W czasie przewodu sądowego Jan K. odwołuje jednak poprzednie zeznania oskarżające małżeństwo L. Karol L. nie przyznaje się do winy, twierdzi, że uderzenia kijem to obrona przed napadającym na niego Tomaszem K.
Albertyna L. do żadnego z oskarżeń nie przyznaje się i tylko wobec niej sąd odstępuje od wymierzenia kary. Wobec Jana K. sąd uznaje, że pragnąc jak najszybciej zdobyć spadek po ojcu, Tomaszu K., w sposób okrutny pozbawia go życia i w związku z tym skazuje ojcobójcę na pozbawienie wszelkich praw stanu, 20 lat ciężkich robót w kopalniach i osiedlenie w Syberii na zawsze. Podobną, choć niższą karę sąd wyznacza Karolowi skazując go na 16 lat ciężkich robót w kopalniach i kary dodatkowe, jak Janowi K.
W zamierzchłych czasach ojcobójstwo karane było śmiercią. W XIII wieku książę sprawujący władzę sam osądzał taką zbrodnię. Ciało ojcobójcy było szarpane kleszczami, a po torturach zaszywano go w worek skórzany i topiono w rzece. Podobnie było za czasów Zygmunta Augusta. Za każdym razem nie mogło być mowy o sukcesji po zamordowanym.
Jan K., ojcobójca, zachował życie, ale długoletnie ciężkie więzienie było karą dotkliwą; jeżeli nawet przeżył 20 lat katorgi, to i tak pozostał na zawsze w obcej i nieprzychylnej ziemi. Nie miał też najmniejszej szansy na odzyskanie majątku ojca. Prawo nakazywało przekładanie wyroku carowi, ale ten w takich przypadkach nie kwapił się z udzieleniem łaski. Wbrew pozorom już bardziej na darowanie win mogli liczyć „polityczni”; zdarzało się, że mieli szansę wrócić do ojczyzny, a nawet odzyskać dobra. Zesłanie „na zawsze” w gubernie syberyjskie stanowiło eliminację najbardziej okrutnych zbrodniarzy.
Rozdział V
Mąż, żona, kochanek
Wydawać się może, że historia tu opisana jest klasyczna. Trzy osoby dramatu, który się rozgrywa, zachowują się jednak nie całkiem tak, jak w takich sytuacjach bywa.
Kutno, miasto w guberni warszawskiej zatrudnia kwatermistrza, którym jest Ludwik S. Ma odpowiednią pozycję i dochody, więc postanawia się ożenić. Jego wybranką jest córka właścicielki domu w Kłodawie. Pierwsze dwa lata związku mijają spokojnie, chociaż nie wiadomo, czy szczęśliwie, bo młoda żona pewnie nie kocha swego męża, skoro zbyt wyraźnie okazuje swą przychylność niejakiemu O., o którym nie wiemy nic oprócz tego, że potrafi wkraść się do małżeńskiej sypialni. Zanim to następuje, Ludwik S. nie zwraca uwagi na zabiegi O. lub lekceważy je, mając zaufanie do żony, którą kocha i szanuje. Podejrzliwość jego z czasem wzrasta, ale powstrzymuje się przed bardziej radykalnymi krokami. Za to jego żona nie wzbrania się przed podłym, nie mającym uzasadnienia donosem na męża. Zawiadamia władze, że Ludwik S., pełniąc odpowiedzialną funkcję, bezprawnie zabiera dla siebie pieniądze z kasy miejskiej i skarbowej. Przeprowadzona kontrola nie potwierdza słuszności denuncjacji. Wówczas żona donosi po raz drugi, informując zwierzchników męża o jego zaniedbaniach i różnych wykroczeniach w pracy. Tym razem zarzuty wobec Ludwika S. potwierdzają się, w wyniku czego traci pracę. Tu widoczne jest irracjonalne postępowanie żony, która będąc na utrzymaniu męża pozbawia siebie i jego środków do życia. Jeszcze jakiś czas utrzymują się z wyprzedaży różnych sprzętów, a gdy to się kończy żona, jak to zwykle bywa, znajduje schronienie u swojej matki. Nie ma tam miejsca dla zubożałego małżonka, ale mimo niechęci ze strony teściowej, przybywa do żony. Traktowany jest źle, ale z cierpliwością znosi upokorzenia, licząc na odmianę losu. Pewnego wieczoru Ludwik S. wchodzi niespodziewanie do sypialni żony. To, co widzi, wywołuje u niego gwałtowną i tragiczną w skutkach reakcję. W łóżku obok żony leży jej kochanek O. Jakimś przypadkiem obok na stoliku znajduje się nabity rewolwer. Ludwik S. chwyta go, wymierza nie w żonę i kochanka, ale w swoją głowę i naciska spust. Ręka drży, kula przechodzi obok. Wtedy dopiero pada strzał w kierunku żony, którą kula lekko rani. Kochanek ucieka. Postępowanie Ludwika S. jest dość dziwne. Raczej należy się spodziewać, że wpierw strzeli do wiarołomnej żony lub jej kochanka, a może do obydwojga, a dopiero do siebie. Nie poprzestaje na nieudanej próbie samobójczej, znalezionym w pokoju nożem usiłuje poderżnąć sobie gardło. Nie pozwalają na to ludzie, którzy zbiegli się na huk wystrzałów.
Podczas procesu podsądnemu Ludwikowi S. zostaje udowodniona wina za usiłowanie zabójstwa żony i za próbę samobójczą. Warszawski sąd kryminalny postanawia skazać go na pozbawienie wszelkich praw stanu, na zesłanie do robót ciężkich w twierdzach na 12 lat, a po upływie tego czasu na osiedlenie w odległych guberniach Syberii na zawsze. Wyrok ten, zgodny co prawda z artykułami Kodeksu Kar Głównych i Poprawczych, wydaje się obrońcy skazanego nadto surowy. Przypomina w jakiej desperacji jest oskarżony, będąc świadkiem zdrady żony, która nawet nie dba o ukrycie swej wiarołomności. Mówi, że trudno nie odczuwać współczucia i zrozumienia dla niego. W sądzie apelacyjnym adwokat przedstawia obraz życia Ludwika S. z kilku poprzednich lat. Wspomina o miłości i szacunku wobec żony, o cierpliwości, z jaką znosi upokorzenia. Nie odwzajemnia uczuć żona, która jawnie zdradza męża, nawet po jego aresztowaniu pokazuje się wszędzie ze swym kochankiem. Zdradzony i poniżony, w stanie największego uniesienia chce pozbawić życia samego siebie. Gdy to się nie udaje, ogłuszony i pozbawiony możliwości kierowania się rozsądkiem, strzela do żony, nie wyrządzając jej większej krzywdy. Następuje kolejna próba samobójcza, udaremniona przez przybyłych ludzi. Po wysłuchaniu przemowy obrońcy i prokuratora popierającego wyrok sądu kryminalnego, sąd apelacyjny zmienia poprzedni wyrok. Ludwik S. skazany zostaje na dwa lata i sześć miesięcy osadzenia w wieży, a po odbyciu kary ma być uwolniony od wszelkiej odpowiedzialności. Pobyt w areszcie ma być zaliczony na poczet kary.
Kara spotkała zdeterminowanego męża, a gdzie kara dla niewiernej małżonki? W zasadzie kodeksy rożnych państw przewidziały kary za cudzołóstwo, nie tylko dla małżonka dopuszczającego się zdrady, ale i dla osoby współwinnej. Podstawą jednak było złożenie skargi przez osobę pokrzywdzoną. Lepiej byłoby dla Ludwika S. gdyby w porę złożył skargę w sądzie. Obwiązujący Kodeks Kar Głównych i Poprawczych nazywał zdradzoną stronę związku małżeńskiego „obrażonym współmałżonkiem” i na odpowiedni wniosek mógł ukarać sprawcę cudzołóstwa osadzeniem w klasztorze lub nawet w wieży na czas od sześciu do dwunastu miesięcy. Co ciekawe Kodeks przewidział również, że zdrada małżeńska może wyjść na jaw w trakcie postępowania w innej sprawie. Wówczas, gdy skarga nie została wniesiona do sądu cywilnego, to ten z urzędu przekazywał postępowanie sądowi duchownemu. W ten sposób bez udziału Ludwika S. jego wiarołomna żona zmuszona została do odbycia pokuty kościelnej.
Rozdział VI
Oficerska buta
W Królestwie Polskim obowiązkiem właścicieli dworów jest zakwaterowanie oficerów rosyjskich. Tak jest też w Modliszewicach koło Końskich, w dobrach należących do hrabiego Tarnowskiego. Folwarkiem opiekuje się zarządca J. Otrzymuje on wiadomość o rychłym przyjeździe oficera Ł. z guberni chersońskiej. Czy to wiadomość przychodzi za późno, czy to zaniedbanie służby, fakt, że kwatera zdaniem gościa nie jest należycie przygotowana. Żąda dodatkowego, trzeciego pokoju, obcesowo zwracając się do rządcy, w końcu grozi, że zajmie jego mieszkanie. Dochodzi między nimi do kłótni, podczas której wygrażają sobie wzajemnie. Rządca czuje, że przeciwnik ma przewagę, udaje się więc do wójta, licząc na jego interwencję. Niestety, nie zastaje wiejskiego przedstawiciela władzy. Nie pozostaje mu nic innego, jak wrócić do folwarku. Tu spotyka go kolejna zniewaga i brutalne naruszenie godności. Żołnierze wykonując polecenie oficera, przewracają rządcę na ziemię i chłoszczą kilka razy wierzbową wiciną. Urażony J., wyrwawszy się żołnierzom, podbiega do Ł. i wymierza mu policzek. W odwecie rządca zostaje pobity, w czym udział bierze czynnie także oficer Ł. Obdukcja lekarska stwierdza obecność siniaków i ran na ciele rządcy, więc sprawa trafia do sądu. Ciekawostką jest to, że dla lepszego zrozumienia zeznań sąd zadaje pytania po rosyjsku, a świadkowie odpowiadają po polsku. Fakt, że zatrudnienie nieprofesjonalnego tłumacza, na przykład strażnika ziemskiego, może sprawę dodatkowo zagmatwać. Przeciw rządcy świadczą żołnierze w liczbie siedmiu, a także oficer, natomiast po stronie rządcy jest pisarz, sołtys i opinia lekarza. Prokurator i oskarżyciel prywatny wykazują, że Ł. poprzez swoje działanie wyraźnie nadużywa władzy, doprowadzając do upokorzenia rządcy na oczach służby, narusza jego godność osobistą, a zadając rany, pozbawia na jakiś czas możliwości wykonywania obowiązków. Sąd skazuje oficera Ł. na trzy miesiące aresztu. Zebrani w sali sądowej ludzie podziwiają odważną postawę rządcy, który nie poddaje się komuś, kto rządzi się jak u siebie, nie będąc nawet zaproszonym.
Rozdział VII
Czy Cyganie porywają dzieci?
Motyw porywania dzieci przez Cyganów pojawia się czasem w opowieściach gawędziarzy. Wiadomo, że w każdej legendzie jest nieco prawdy. Historia o zaginionej dziewczynce jest prawdziwa od początku do końca, jej finał też nie jest jak z bajki. Od trzynastu już lat rodzice, właściciele dworu w okolicach Płocka, żyją nadzieją, że ich zaginiona, dwuletnia wówczas córeczka, w końcu się odnajdzie. Poszukiwania ponawiane przez lata nie przynoszą rezultatu. Nie pomagają rozpytywania i wyznaczona nagroda. Po dziecku nie ma śladu. Czy mogą ją dziś rozpoznać? To już piętnastoletnia panna.
Któregoś dnia w dobrach pojawiają się Cyganie. Po ich odejściu mieszkańcy stwierdzają w chatach brak wielu przedmiotów. Podejrzenie pada na niedawnych nieproszonych gości. Kilkunastu wieśniaków wyrusza w pogoń. Znajdują ukrytą w zaroślach cygańską dziewczynę, którą zabierają i stawiają przed obliczem wójta. Znajdują u niej część skradzionych rzeczy, jej wina jest oczywista. Wypytujący ją urzędnik przypatruje się dziewczynie i ze zdziwieniem stwierdza, że jej cera jest jasna i delikatna, oczy niebieskie, a włosy blond. Czy tak wygląda Cyganka? Wieczór przynosi wiadomość, która stawia na nogi mieszkańców dworu. Stara Cyganka prosi o rozmowę, w czasie której zwierza się, że kilkanaście lat temu przejeżdżający przez wieś cygański tabor porwał małą dziewczynkę, właśnie tę, która teraz jest zamknięta w więzieniu. Na dowód pokazuje i oddaje mały, złoty krzyżyk należący do dziecka. Przepełnieni radością rodzice śpieszą do więzienia gminnego, aby starać się o uwolnienie cudem odnalezionej córki. Chcą jak najszybciej być z nią, wynagrodzić sobie i jej lata tęsknoty i cierpienia. Czy myślą o tym, czy ona ich pamięta, czy wie kim są, czy będzie chciała pójść z nimi? Może czeka ich wielkie rozczarowanie. Przecież jej opiekunką jest do tej pory stara Cyganka, która odkrywając prawdę poświęciła swoje przywiązanie do niej, nie chcąc widzieć dziewczyny w więzieniu. Te rozważania i tak na nic, młoda aresztantka ucieka z zamknięcia. Strażnik bezradnie rozkłada ręce, nie wiadomo gdzie szukać zbiega. Jak wielka jest rozpacz rodziców! Rana w sercu dopiero nieco zagojona krwawi jeszcze bardziej. Trwają poszukiwania jak przed laty i jak dawniej są bezowocne. Tym razem rodzice tracą nadzieję bezpowrotnie.
Cyganie, włócząc się taborami po okolicznych wioskach dopuszczają się kradzieży, dlatego władze gminne bacznie obserwują ich poczynania. W miejscowości Leśniewice, w powiecie gostyńskim, strażnik ziemski spostrzega bandę cygańską zmierzającą do pobliskiej karczmy. Udaje się za nimi i wśród rozbieganej dziatwy zauważa dziecko różniące się wyglądem od pozostałych. Cyganie próbują ukryć dziewczynkę przed wzrokiem strażnika. Ten jednak sprawdza paszporty domniemanych opiekunów dziecka i nie znajduje o nim żadnej adnotacji. Dziecko, dzikie i wystraszone, jest w opłakanym stanie: ma rany na całym ciele. Mało rozumie w narzeczu cygańskim, natomiast mówi po polsku i po niemiecku. Zachodzi uzasadnione podejrzenie, że dziewczynka jest ofiarą porwania. Naczelnik powiatu postanawia otoczyć ją opieką, a podających się za opiekunów — aresztować. Podczas dalszej obserwacji dziecka udaje się ustalić, że nie pochodzi z rodu cygańskiego, o czym świadczy nie tylko jasna cera i takie włosy. Cyganie nie potrafią udzielić odpowiedzi na pytania władz gminnych oraz składają sprzeczne zeznania. Sama dziewczynka nie pamięta skąd ją porwano, natomiast wskazuje sprawcę, jednego z bandy cygańskiej. To wszystko nie stanowi jednak wystarczającego dowodu do oskarżenia o uprowadzenie, podejrzani o to zostają zwolnieni. Dziewczynkę władze przekazują na wychowanie do zakładu dla sierot im. Św. Kazimierza w Warszawie.
Niejednokrotnie zastanawiano się w jakim celu porywane są dzieci przez bandy cygańskie. Okazuje się, że jednym z powodów jest wykorzystywanie do uczestniczenia w pokazach cyrkowych.
Rozdział VIII
Czarownik z końca XIX wieku
Kiedy nie ma już procesów czarownic nie oznacza to, że lud przestał wierzyć w wiedźmy, gusła i czary. W 1874 roku, w powiecie myślenickim dwaj bracia Antoni i Tomasz D. dopuścili się aktu przemocy na takim jak oni włościaninie, Antonim K. Człowiek ten, już sześćdziesięcioletni, nie wadził nikomu. Bracia jednak wyrządzili mu krzywdę, przywiązując łańcuchami i powrozami do drzewa tak, że tylko czubkami palców u nóg dotykał ziemi. Trzymali go wiszącego przez dłuższy czas, narażając na cierpienia. Aresztowani przyznali się do zarzucanego czynu, ale tłumaczyli, że chcieli Antoniego K. nastraszyć, żeby omijał ich chatę z daleka. Wszyscy bowiem wiedzą, że jest on znanym we wsi czarownikiem i że wystarczy, aby pojawił się w pobliżu domostwa i obory, aby krowy przestały dawać mleko, bydło chorowało albo i inne nieszczęście się przytrafiło. Prosili i grozili Antoniemu, nawet wręczali drobne datki, ale gdy kupili krowę, a ta nie dawała mleka, wpadli w złość. Dlatego też przywiązali go do drzewa. Jednak gdy ludzie nadbiegli ratować Antoniego, nie przeszkadzali w uwolnieniu. Antoni K. skarżył się przed sądem na postępowanie braci, którzy bez powodu pozbawili go wolności. Sąd skazał każdego z braci D. na kilka miesięcy więzienia. Skazani przyjmując wyrok narzekali na to, że czeka ich więzienie z powodu czarownika. Trzeba jeszcze dodać, że sąd wyznaczył stosunkowo niewielką karę podsądnym z powodu ich ciemnoty.
Zastosowanie rozdziału V Kodeksu Kar Głównych i Poprawczych, który dotyczył okoliczności zmniejszających winę i karę, podyktowane było wyjątkowym ograniczeniem umysłowym skazanych. Doskonale obrazował to wykorzystany przez sąd par. 141 nr 4, którego treść wystarczyła za uzasadnienie wyroku:
„Popełnienie przestępstwa przez lekkomyślność, niedołężność umysłu, nierozgarnienie i grubą ciemnotę, z której korzystali inni dla uwiedzenia do przestępstwa”.
Rozdział IX
Prosimy nie naśladować
Gdzie są naiwni, tam pojawią się oszuści. Ta prawda stara jak świat znajduje potwierdzenie w pewnej wiedeńskiej kawiarni. Właśnie wchodzi do niej człowiek z chustką przy szczęce, z miną wskazującą na duże cierpienie. Skarży się na ogromny ból zębów. Tak bardzo narzeka, że współczujący mu ludzie gromadzą się wokół niego, a że wszędzie najwięcej jest domorosłych lekarzy, udzielają rad. Jeden wszakże człowiek chce udzielić konkretnej pomocy. Prosi tylko o chwilę zwłoki, aby mógł przynieść potrzebne rekwizyty. W niedługim czasie wraca niosąc paczkę, a w niej podłużne drewienka z czarną kropką na końcach. Każe cierpiącemu przyłożyć jedno z nich do bolącego zęba. Ból nie ustępuje, z zachowania delikwenta wynika, że się wzmaga. Następna próba to już wielki sukces „lekarza”. Ból mija całkowicie, wszyscy są zachwyceni niezwykłym wynalazkiem. Cudownie wyleczony prosi o możliwość kupna tego lekarstwa na dolegliwość, która każdego może spotkać. Właściciel z początku niechętnie, wspominając o znacznych kosztach, w końcu daje się namówić na sprzedaż w cenie jednego złotego reńskiego za sztukę. Co będzie dalej, łatwo przewidzieć. Zebrani jeden przez drugiego wyciągają ręce z pieniędzmi, ten woła o pięć sztuk, inny o dziesięć. W krótkim czasie osiemdziesiąt złotych reńskich trafia do hochsztaplera. Może on tak długo być spokojny, jak długo któregoś z jego klientów nie zaboli ząb. Przedstawiona scenka tak opętała umysły widzów, że poddają się sugestii i wzbogacają dwóch oszustów o całkiem sporą sumę.
Trudno przypuszczać, czy oszuści wykorzystujący ludzką łatwowierność trafią kiedykolwiek w ręce sprawiedliwości. Można domniemywać, że stosują ten niecny proceder w sposób ciągły, przenosząc się z miejsca na miejsce. A gdyby tak przewidzieć co groziłoby im w przypadku postawienia przed sądem? Ze względu na miejsce przestępstwa podlegają prawodawstwu austriackiemu. Ustawa karna wyraźnie określa co jest oszustwem: podstępne wprowadzenie w błąd i wykorzystanie czyjejś nieświadomości. Pozostaje ustalenie wagi przestępstwa: zbrodnia czy wykroczenie. W omawianym przypadku mamy do czynienia ze zbrodnią, jeżeli wyrządzona szkoda przekroczy odpowiednio wysoką kwotę. Ustalenie wysokości nieuczciwego zarobku oszustów jest utrudnione. Wszystko wyjaśnia jednak par. 203 ustawy karnej, mówiący o karze ciężkiego więzienia od pięciu do dziesięciu lat, jeżeli sprawca przysporzył sobie oszustwem kwotę wyższą niż 20 zł lub gdy działał ze szczególną śmiałością czy podstępem, a także jeżeli wprowadził oszustwa u siebie w zwyczaj.
Rozdział X
Lekarstwo ze żmii
Wymyślne i udziwnione sposoby pozbawiania życia są charakterystyczne dla obyczajów w XIX wieku. Pomysłów nie brakuje. Pięćdziesięcioletnia Marianna Z., przeżywszy szesnaście lat z mężem nagle zauważa, że serce jej bije szybciej na widok ojczyma męża, co jest oznaką zakochania. Znudzona mężem postanawia się go pozbyć. Słysząc o trujących właściwościach żmii, wybiera się do lasu na jej poszukiwanie. Ryzykując nieco życiem łapie stworzenie, gotuje w kapuście i podaje mężowi. Trudno wnioskować, czy potrawa mu smakuje, ale bardzo chwali żonę za przygotowane danie, bo nagle ustępują nękające go dolegliwości żołądkowe. Los jest złośliwy wobec planów Marianny, bo zioła, które przyrządza mężowi, zamiast szkodzić — pomagają. Próbuje następnych, po kryjomu szykowanych mikstur — wszystko na darmo. Wygląda na to, że podaje lek, a nie truciznę. Jeden raz tylko mąż po wypiciu napoju z tajemniczym zielskiem zachowuje się jak szaleniec, ale i to mija. Pewnego razu prosi żonę o masaż specjalnym mazidłem składającym się z mydła i wódki. Podczas tego zabiegu kobieta wali z całych sił w mężowską pierś. Czy to wskutek tego, czy opóźnionego działania ziół, mąż choruje kilka tygodni, po czym umiera. Mija trochę czasu zanim śmierć jego wyda się podejrzana. Do strażnika ziemskiego docierają wieści o bliskim związku Marianny z ojczymem zmarłego. Indagowana przed sądem przyznaje się, że próbowała otruć męża. Jednak decyzja o ekshumacji nie zapada. Nie znając nazwy ziół nie można stwierdzić otrucia. Jednoznaczna przyczyna zgonu męża Marianny Z. nie jest określona. Jednakże faktem jest usiłowanie zabójstwa i za to sąd powołując się na pruskie prawo kryminalne, skazuje obwinioną na sześć lat więzienia. Złożony przez skazaną rekurs zostaje przez sąd kasacyjny oddalony.
Bezpośrednim dowodem przeciwko Mariannie Z. jest jej przyznanie się do winy. Zrozumiałe jest, że działa potajemnie szykując trujące zioła. Prawda wychodzi na jaw, gdy strażnik ziemski łączy ze sobą fakty, że jeszcze za życia męża Marianna nie kryje się ze swym afektem do ojczyma męża, oraz to, że jej mąż umiera w tajemniczych okolicznościach.
Niewiele brakuje do zasądzenia wobec sprawczyni usiłowania zabójstwa kary miecza, a nawet na „zawleczenie na plac egzekucji i stracenie kołem od dołu do góry”. Ponieważ nie udaje się ustalić w sposób pewny przyczyny zgonu męża Marianny, odpowiada ona jedynie za usiłowanie zabójstwa na podstawie art. 838 powszechnego prawa pruskiego, który mówi o zamiarze zabicia i o działaniach w tym kierunku, lecz bez wyrządzenia szkody.
Rozdział XI
Książę Gokczajski czy Jan Babajew?
Opowieść o losach fałszywego księcia
Proces sądowy w petersburskim sądzie okręgowym, kwiecień 1872 rok.
Osnowa aktu oskarżenia i czynności śledcze.
Z zeznania kupca Tandowa wynika, że w lipcu 1866 roku przebywał w hotelu w Petersburgu wspólnie z niejakim Melikiem, synem Józefa Szach — Nazarowa. Usłyszawszy od niego, że służy w konwoju Jego Cesarskiej Mości oraz że przyjechał z upoważnienia ojca, aby odebrać z kasy 1000 półimperiałów w złocie, obdarzył go zaufaniem, co ten niecnie wykorzystał i wyłudził od niego 1025 rubli, 5 biletów pożyczki premiowej i złoty zegarek. Szach — Nazarow następnie ukradkiem opuścił hotel i słuch o nim zaginął.
We wrześniu 1866 roku Szach — Nazarow został aresztowany i w czasie przesłuchania nie przyznał się do wyłudzenia pieniędzy i zegarka od kupca Tandowa. Jeszcze podczas czynności procesowych udało mu się zbiec z aresztu. W niedługim czasie dotarły do sądu wiadomości, że w marcu 1867 roku książę Szach — Nazarow Szachpurian Gokczajski przedstawił pisemne zezwolenie na urlop od dowódcy konwoju JCM oraz zaświadczenie o bezżenności i braku przeszkód ze strony zwierzchności wojskowej na zawarcie związku małżeńskiego. Na mocy tych dokumentów Szach — Nazarow wziął ślub z córką majora Katarzyną Wartanówną.
W maju 1867 roku w rosyjskiej Sarepcie udało się ponownie aresztować mężczyznę podającego się za Szach — Nazarowa. Pojawiło się podejrzenie, że wszystkie dokumenty przedstawione przez niego, podpisy i pieczęcie, są sfałszowane. Zeznania Katarzyny Warnatówny początkowo były zgodne z wyjaśnieniami aresztowanego, ale później zmieniła je. Oświadczyła, że pochodzenie jej męża jest zagadkowe, nie przedstawił w tej sprawie wiarygodnych dokumentów. Nadeszły również wyjaśnienia od dowódcy konwoju JCM, który stwierdził, że nie tylko nie wydał żadnych dokumentów Szach — Nazarowowi, ale też nikt taki pod jego komendą nie służył.
Ponieważ równolegle toczyło się śledztwo w Moskwie, mężczyznę podającego się za Szach — Nazarowa konwój miał odstawić do tamtejszego sądu. W trakcie transportu aresztant zbiegł. Ponownie został zatrzymany w Moskwie po dwóch miesiącach. Do wcześniejszych oskarżeń o oszustwo wobec kupca Tandowa, doszedł jeszcze zarzut kradzieży fortepianu wartości wyższej niż 300 rubli, za co groziła już wysoka kara. Podczas przewożenia z Moskwy do Petersburga nastąpiła kolejna ucieczka, co już przestaje być dziwne. Pół roku później wskutek donosu odbyła się rewizja w domu osobnika nazywającego siebie księciem Akopowem. Znaleziono sfałszowaną pieczęć gruzińskiej deputacji szlacheckiej z herbami oraz dokumenty i paszporty na różne nazwiska, między innymi Szach — Nazarowa Szachpurjana Gokczajskiego. Dalsze działania śledcze doprowadziły do konfrontacji między podającym się za księcia, a Aleksandrem Babajewem z miasta Szuszy w guberni bakińskiej. Ten ostatni rozpoznaje w Akapowie swego młodszego brata. Fałszywy książę zmienia zeznania: raz przyznaje się, że jest Janem Babajewem, to znów wraca do poprzedniej, książęcej wersji.
Podsądny, występujący jako książę Akapow, ma postawione kolejne zarzuty. W czerwcu 1868 roku Petryszczewówna, dworka Jej Cesarskiej Mości, oświadczyła, że książę kilka miesięcy temu obiecał jej załatwienie dużej pożyczki, wynoszącej 25 tys. rubli, za co z góry wziął w gotówce i papierach ponad 5 tys. rubli, nie licząc kosztowności. Mimo monitów z jej strony książę w niczym nie pomógł, a wziętych pieniędzy i cennej biżuterii nie oddał. Podsądny wszystkiemu zaprzeczył.
Dla sądu istotną sprawą było ustalenie tożsamości podsądnego. Kilka osób z rodziny o nazwisku Szach — Nazarow Gokczajski potwierdziło fakt, że w 1865 roku pojawił się w Erewaniu człowiek, który oznajmił, że jest synem Józefa Szach Nazarowa, na dowód czego przedstawił różne dokumenty. Tu również ożenił się z córką księdza ormiańskiego, Ter — Petros Salomeą. Rodzina Szach — Nazarow nie znała wcześniej przybyłego i o jego istnieniu nie wiedziała.
Książę wykonał ruch, który otworzył mu drogę do dalszych działań. Na podstawie posiadanych, fałszywych, jak stwierdzono później dokumentów, otrzymał w erewańskiej policji miejskiej świadectwo tożsamości. Teraz mógł bez przeszkód podróżować po Cesarstwie Rosyjskim, a także uzyskiwać następne dokumenty potwierdzające jego książęce pochodzenie. Mało tego, Sąd Pokoju polecił wydać domniemanemu księciu dokumenty pozostałe po zmarłym Józefie Szach — Nazarowie, kierując się przekonaniem, że to jego ojciec.
Odszukano osoby z Szuszy noszące nazwisko Babajew i okazano im samego księcia lub jego fotografię. Wśród nich byli rodzice i siostry Jana Babajewa, wszyscy bez trudu go rozpoznali. Wyjaśniła się także sprawa przybranego nazwiska. Babajew przebywał przez pewien czas w Petersburgu u swego wuja Karachanowa. Bywał tu również stary książę Józef Szach — Nazarow. Świadkowie zeznali, że nigdy nie nazwał Babajewa synem, nawet nie było między nimi żadnej zażyłości. Sąd dotarł ponadto do dokumentów świadczących o tym, że Jan Babajew miał wcześniej postawione zarzuty fałszerstwa i wyłudzenia znacznych kwot oraz posługiwania się nieprawdziwym nazwiskiem księcia Bagińskiego, a później Szach — Nazarowa. Historia Jana Babajewa, który przywłaszczył sobie nazwisko i pozycję księcia Szach — Nazarowa byłaby mniej ciekawa, gdyby nie kolejna, trzecia już ucieczka, tym razem z aresztu domowego w listopadzie 1870 roku. Jak trzecia ucieczka, to i trzeci ożenek, tym razem z Zofią Kochanowską z guberni połtawskiej. W czasie pobytu w Adrianopolu fałszywy książę został po raz kolejny aresztowany.
W maju 1872 roku proces sądowy przeciw Janowi Babajewowi został wznowiony. Oskarżony przyznał się do części zarzutów dotyczących wyłudzeń i oszustw, ale obstawał przy swoim w sprawie nazwiska i pochodzenia. Prokurator w sposób szczegółowy przedstawił wszystkie poczynania Babajewa. Obrońca starał się zmniejszyć rangę czynów popełnionych przez oskarżonego.
Sąd uznał Jana Babajewa winnym zarzucanych mu przestępstw i skazał na utratę wszystkich praw i zesłanie do odległych guberni syberyjskich. Darowana mu została kara publicznego stania pod pręgierzem, przewidziana przez kodeks karny.
Jan Babajew nie byłby sobą, gdyby nie uciekł z zesłania w Syberii. Właściwie nie wiadomo kim był, bo swoim zwyczajem podał się za kogoś innego. Tym razem przywłaszczył sobie nazwisko księcia Melik — Chan — Szach — Zade Arszakuńskiego. Zamieszkał w Warszawie, w dobrym hotelu, przedstawiając w recepcji i władzom policyjnym perski paszport. Handlarz żydowski, odwiedzający gości hotelowych, trafił również do niego. Książę zbył go stwierdzeniem, że jeszcze nie jest przygotowany do zakupów. Następnego dnia handlarz pojawił się znów, proponując różne towary. Książę był chętny do zawarcia transakcji, lecz jak wyjaśnił, w pociągu go okradziono ze znacznej kwoty i musi zaczekać na przypływ pieniędzy, które są już w drodze. Zwrócił się też do kupca z prośbą o małą pożyczkę, aby nie być zmuszonym do ograniczeń w obcym mieście. Handlarz, widząc przed sobą księcia perskiego ubranego z przepychem, a także jego nie mniej bogaty ekwipunek z jakim przybył, nabrał zaufania i pożyczył 5 rubli srebrem. Następnego dnia w pokoju księcia znaleźli się już dwaj kupcy żydowscy, od których książę pożyczył 50 rubli, przedstawiając im wizję czekających na niego znacznych środków, opiewających to na 5 tys. rubli, to na 10 tys. Warunkiem odbioru tych kwot była konieczność wyjazdu do Wiednia, na spotkanie z szachem perskim. Książę zaprosił obydwu kupców do wspólnego wyjazdu, obiecując nie tylko zwrot pożyczki z dużą nawiązką, ale i wiele łask od szacha.
Droga do Wiednia pełna niespodzianek
W pociągu jadącym do Wiednia, wiozącym wśród podróżnych księcia i dwóch kupców, zdarzyło się coś, co przysłużyło się księciu, a kupców postawiło w trudnej sytuacji. Dołączył do przedziału mocno pijany jegomość, który wszczął z księciem awanturę. Ten, chcąc uniknąć kłótni, przesiadł się do innego wagonu. Tymczasem nowy podróżny raczył się jakimś trunkiem i co rusz wyciągał pugilares z kieszeni, gubiąc przy tym banknoty. Pasażerowie zbierali je i oddawali właścicielowi. Po jakimś czasie pijany awanturnik stwierdził brak 600 rubli w swoim portfelu. Dowiedział się o tym książę i zawiadomił żandarmów, rzucając podejrzenie o kradzież na żydowskich kupców. Znaleziono przy nich pieniądze w kwocie zbliżonej do poszukiwanej. Warto zauważyć, że w tej układance nie tylko los ułożył zdarzenia, można przypuszczać, że książę miał tym udział. Co by się bowiem wydarzyło po przyjeździe do Wiednia? Książę musiałby w pośpiechu opuścić swoich towarzyszy, aby nie trafić do aresztu. Z powodu oskarżenia wobec kupców zostali oni odesłani do Warszawy, wraz z nimi również książę. Śledztwo nie wykazało w pełni winy kupców i mimo poszlak przeciw nim, zostali tymczasowo zwolnieni. Książę natomiast bez przeszkód udał się, już bez kłopotliwego dla niego towarzystwa, w drogę do Wiednia.
Tymczasem zaczęły wychodzić na jaw pogłoski o tajemniczym księciu, posługującym się różnymi nazwiskami i dokumentami. Mówiono także o trzech jego żonach, które miały stracić życie w dziwnych okolicznościach. Władze policyjne Warszawy zwróciły się do policji wiedeńskiej o sprawdzenie osoby księcia noszącego nazwisko Arnachański. Okazało się, że paszport, którym się posługiwał, był fałszywy. Aresztowanego księcia pod ścisłym nadzorem odesłano do Petersburga w grudniu 1873 roku.
Opis Jana Babajewa i jego trzeciej żony uzyskany w czasie procesu w 1871 r.
Jan Babajew, podający się za księcia Gokczajskiego oraz jego żona zostali przywiezieni z Konstantynopola parostatkiem. Książę wygląda na ormianina, jest brunetem, wzrostu średniego, ma około 35 lat. Ma podstrzyżoną brodę i bokobrody. Zachowuje się spokojnie mimo aresztu i zbliżającego się procesu. Daje się zauważyć tylko jego niespokojny wzrok i rozbiegane oczy. Traktowany jest dobrze, przebywa wraz z żoną w kajucie pierwszej klasy, spożywa posiłki przy wspólnym stole. Pilnuje go sześciu żołnierzy straży granicznej pod dowództwem kapitana.
Żona księcia jest ładną i sympatyczną kobietą. Dobrze mówi po francusku i zachowuje się jak żona prawdziwego księcia. Wierzy w jego niewinność i liczy na wyjaśnienie nieporozumień po przybyciu do Petersburga. Nie daje się namówić na porzucenie męża.
Opis Jana Babajewa na podstawie relacji z procesu
w okręgowym sądzie petersburskim w 1874 roku
Do sali sądowej oskarżonego wprowadzają pod ręce strażnicy, gdyż stan zdrowia nie pozwala mu poruszać się samodzielnie. Organizm ma wyczerpany z powodu suchot, na które choruje od pewnego czasu. Z trudem wstaje, gdy odpowiada na pytania sądu. Podsądny ma na sobie aresztancki ubiór. Włosy ma w nieładzie, niestrzyżona broda łączy się z bokobrodami i wąsami. W zapadłej twarzy oczy zamglone. Odpowiada cichym, drżącym głosem. Nie dosłyszy. Strażnicy stwierdzają, że często odmawia spożywania posiłków.
Ostatni proces
Treść aktu oskarżenia mówi o tym, że Jan Babajew w 1872 roku za fałszerstwo, oszustwo, przywłaszczenie nazwiska i praw stanu, został skazany na osiedlenie w Syberii. Opuścił jednak bezprawnie miejsce zesłania w 1873 roku, co stanowi przestępstwo z art. 808 XIV tomu zbioru praw o zesłanych. Podsądny wyjaśnia, że został zesłany do odległej guberni syberyjskiej, podczas gdy prawo przewiduje bliższe miejsce wygnania. Dlatego też uznał, że opuszczenie guberni irkuckiej, w której się znalazł, nie jest przestępstwem.
Prokurator podtrzymuje tezy zawarte w akcie oskarżenia. Obrońca uznając winę oskarżonego polegającą na opuszczeniu miejsca zesłania wyznaczonego przez sąd, prosił o najniższą, przewidzianą prawem karę dla oskarżonego. Sąd Okręgowy w Petersburgu skazał Jana Babajewa na karę chłosty polegającą na 40 uderzeniach pletnią, następnie na trzyletnie ciężkie roboty w fabrykach Rosji oraz dożywotnie osiedlenie na Syberii. Kara cielesna zapewne nie mogła dojść do skutku ze względu na stan zdrowia skazanego, podobnie jak i rota aresztancka.
Jan Babajew, wyniszczony suchotami, zakończył swoje bogate życie w więzieniu petersburskim w sierpniu 1874 roku. W pewnych kręgach mówiło się o tym, że znany pisarz zwrócił się do sądu o dostęp do materiałów, które pozwoliłyby mu na napisanie książki o życiu Babajewa.
Rozdział XII
Świętokradztwo
Kilkanaście artykułów Kodeksu Kar Głównych i Poprawczych poświęconych jest przestępstwu określanemu jako świętokradztwo. Mowa jest o tym, że zabór pieniędzy lub rzeczy z terenu kościoła jest tym właśnie, przy czym „jego karygodność zwiększa się gdy mu towarzyszyły: obraza świętości, gwałtowne czyny lub włamanie się”. Paragrafów dużo, jak i wątpliwości do rozstrzygnięcia, na przykład: co stanowi własność Kościoła i kiedy następuje obraza świętości. Dla człowieka szanującego miejsce kultu już sama kradzież czegokolwiek z kościoła jest świętokradztwem, ale prawo musi to wyraźnie określać, bo od tego zależy wymiar kary. To, co wydarzyło się latem 1873 roku w najstarszym, bo pochodzącym z XIII wieku obiekcie sakralnym w Kielcach, sprawiło sądowi pewną trudność w ustaleniu faktów.
Codziennym obowiązkiem sługi kościelnego przy kolegiacie kieleckiej jest otwarcie drzwi o godzinie piątej rano, a pierwszą czynnością obejrzenie stanu kilku skarbonek znajdujących się w kościele. Ku swojemu zaskoczeniu widzi każdą z nich otwartą i pustą. Drzwi dopiero co otwarte, więc złodziej przypuszczalnie jest w środku. Czym prędzej zamyka kościół i szuka sprawcy. Znajduje go ukrytego, a przy nim zrabowane pieniądze.
Karol B., czeladnik krawiecki, zeznaje przed sądem, że poprzedniego dnia, zanim został schwytany, przebywał w kościele wśród wielu ludzi, a gdy wszyscy wychodzili, ukrył się między ławkami. W nocy, przygotowanym wcześniej gwoździem pootwierał skarbonki i opróżnił je z pieniędzy. Kustosz kolegiaty oświadcza, że pieniądze składane przez wiernych do skarbonek są przeznaczone na koszt oświetlenia kościoła i stanowią jego własność. Przyznany Karolowi B. obrońca z urzędu wnosi, by czyn jego klienta uznać jako zwykłą kradzież z art. 241, czyli zabór bez obrazy świętości rzeczy nie stanowiących własności Kościoła. Grozi za to kara z art. 1160. Ponieważ skradzione pieniądze nie sięgają kwoty 30 rubli, podsądnego należy skazać na osiedlenie w odległej guberni, lecz nie syberyjskiej, a jeżeli nie jest od kar cielesnych prawem wyłączony, na pobyt w domu roboczym do sześciu miesięcy.
Inne zdanie ma prokurator. Jego zdaniem pieniądze ze skarbonek są własnością Kościoła, a oskarżony ma odpowiadać z art.237 K.K.G. i P. który wyznacza za to przestępstwo karę pozbawienia praw publicznych i zesłanie do robót fabrycznych na czas do sześciu lat oraz karę chłosty, od osiemdziesięciu do stu razów.
Kielecki Sąd Karny częściowo tylko zgadza się z przedstawionymi opiniami. Stwierdza, że skradzione pieniądze nie stanowią własności Kościoła, ponieważ nie zostały jeszcze policzone i wpisane do inwentarza, nie umieszczono ich w zakrystii lub skarbcu. Co do tego, czy oskarżony dopuścił się obrazy świętości, sąd uważa, że chociaż na samych skarbonkach brak jest krzyża czy innych symboli religijnych, to jednak Karol B. dokonał grabieży w sposób gwałtowny w sąsiedztwie ołtarzy, czyli miejsc uznawanych za święte. To spowodowało obrazę świętości. Sąd kryminalny, opierając się na art. 238 kodeksu w związku z art. 241, skazuje Karola B za kradzież pieniędzy nie będących własnością Kościoła i za obrazę świętości na pozbawienie wszelkich praw i osiedlenie w Syberii.
Rozdział XIII
Nieszczęsna dola
Sąd kryminalny, wydając wyrok w sprawie o podżeganie do przestępstwa, kieruje się przepisami prawa. Obowiązujący w Królestwie Polskim Kodeks Kar Głównych i Poprawczych operuje takimi określeniami jak: przestępcze zamierzenie czynu przez namowę, wspólnictwo w przestępstwie i przywiedzenie do niego. Odpowiedzialność jest taka, jak za dokonanie przestępstwa, przy czym zależnie od stopnia uczestnictwa kara może być zaniżona. Jeżeli wyrokuje sąd przysięgłych, sprawca może liczyć na pobłażliwość, gdy są ku temu przesłanki.
Włościanina Ch. można określić jako wyjątkowego nieszczęśnika. Mieszka wspólnie ze swą małżonką Tatianą w guberni tambowskiej i nie może już znieść dalej upokorzeń i ciągłych zdrad żony. W dodatku jej kochanek czerpie korzyści materialne ze wspólnego małżonków majątku.
Zapada postanowienie o gwałtownym zakończeniu życia i Ch. opuszcza dom z tym zamiarem, jednak do takiej próby nie dochodzi. W zamian dokonuje kilku kradzieży, wybierając celę w więzieniu jako mniejsze zło, zamiast śmierci czy powrotu do domu. Oskarża się sam nawet o czyny niedokonane, aby tylko mieć schronienie. Udaje mu się prawie rok żyć na koszt gminy. Z więzienia pisze list do kochanka żony prosząc i grożąc mu jednocześnie. Nie znajdując większej winy w postępowaniu Ch., sąd pokoju zwraca mu wolność. W domu wiarołomna małżonka na niego nie czeka, za to spotyka go nieszczęście, umiera mu córka. Jego domostwo trzy razy zostaje zniszczone przez pożar. W końcu z życiem rozstaje się jego ojciec. Żona nadal jest z innym. Idąc za czyjąś radą, Ch. zwraca się do władz gminnych o przymusowe sprowadzenie jej do domu i jego żądaniu staje się zadość. Jednak stosunki między małżonkami nie ulegają poprawie. Powracają upokorzenia, nadmierne wymagania i nękanie. Żali się Ch. znajomemu ze swej niedoli i w rozpaczy mówi, że jest gotów nawet zabić, aby uwolnić się od swej krzywdzicielki, jednak nie potrafi podnieść na nią ręki. Trafia na człowieka odpowiedniego do tego czynu, jest nim włościanin G., który ma już za sobą popełnienie zabójstwa przed laty. Wystarczy dać mu odpowiednie narzędzie, najlepiej nóż, i będzie po wszystkim. Ch. Spełnia ten wymóg i wychodzi z mieszkania. Co czuje w tym momencie, czy domyśla się tego, co dzieje się za drzwiami? Pewnie tak, skoro nakłonił dawnego mordercę do zbrodni. A w domu żona Ch. właśnie dogorywa z przeciętym gardłem nożem, który w rękę zabójcy włożył jej własny mąż.
W czasie przewodu sądowego obrońca włościanina Ch. przedstawia okoliczności sprawy w taki sposób, że ten z oskarżonego w rozumieniu sędziów przysięgłych staje się ofiarą. Istotne jest, że na ławie przysięgłych zasiadają także włościanie, mężczyźni, potrafiący zdobyć się na współczucie wobec maltretowanego małżonka. Zebrana na sali publiczność lituje się na wdowcem i synkiem — sierotą i zbiera dla nich pieniądze. Włościanin G. natomiast, za dokonaną zbrodnię odbędzie karę 10 lat ciężkich robót, a po nich na zawsze pozostanie w Syberii.
Rozdział XIV
Miałkie szkło
Jak to możliwe, że młody mężczyzna próbuje zabić niedawno poślubioną żonę? Przecież dopiero półtora roku są ze sobą, chociaż właściwie mało razem. On jest na służbie we dworze, ona we własnym gospodarstwie. Jan i Anastazja Z., lat 27 i 23, żyją zgodnie. Jaka jest przyczyna złych zamiarów Jana Z.? Szukajmy kobiety, jak mówi francuskie przysłowie. Jest — Marianna D., kucharka dworska, starsza o 10 lat od Jana, mężatka w separacji, matka dzieciom. Podoba jej się Jan, więc pełni wykorzystuje porzekadło „przez żołądek do serca”. Raczy go przysmakami z pańskiego stołu, przy tym przymila się i podchlebia. Jan, mężczyzna o słabej woli, ulega jej. Tego miłosnego związku nie da się ukryć przed ludźmi. Wpierw ich tajemnicę poznaje dwór, później wieś, na końcu Anastazja. Żona Jana Z. to kobieta o anielskiej cierpliwości. Tłumaczy sobie i mężowi nawet, że ten nie jest w stanie oprzeć się urokowi i pochlebstwom Marianny. Czy to jest słuszne postępowanie? Okazuje się, że nie tym razem. Dobroć Anastazji i jej łagodne perswazje nie zmieniają postępowania Jana, a zwłaszcza Marianny. Pomysł jest taki: Jan ma dosypać do jedzenia przeznaczonego dla Anastazji drobno tłuczonego szkła. W ten sposób przeszkoda zostanie usunięta i kochankowie będą tylko dla siebie. Kodeks Karny przewiduje niejakie ulgi w karze, gdy sprawca z powodu ciemnoty jest ograniczony umysłowo. Bo jak nazwać inaczej takie usiłowanie zabójstwa, przecież tłuczone szkło nie spowoduje śmierci. Ale ani Jan, ani Marianna o tym nie wiedzą. Nie myślą też o tym, że sprawa się wyda. Mąż Anastazji po wielu namowach realizuje niecny plan. Z obrazka wiszącego nad łóżkiem, pewnie to święty obrazek, wyjmuje szkiełko, tłucze na miałko i dosypuje Anastazji do prostego, chłopskiego jedzenia, jakim jest kasza. Takiej okrasy niedoszła ofiara przełknąć nie może, szkło zgrzyta w zębach. Przerażona mówi o wszystkim sąsiadkom, zawiadamia też sołtysa. Aresztowanie Jana Z. następuje niemal natychmiast. Anastazja ponownie przekonuje wszystkich o swej nieskończonej dobroci. Przebacza mężowi i czyni starania o jego uwolnienie. Na darmo, gdyż jest on już w rękach wymiaru sprawiedliwości. Mimo, że wina Jana Z. jest udowodniona, to do rozstrzygnięcia pozostaje z jakiego paragrafu ma odpowiadać podsądny, oskarżony o usiłowanie zabójstwa. Urząd Lekarski przy Rządzie Gubernialnym po zbadaniu dowodu rzeczowego stwierdza, że pokruszone szkło, dodane do jedzenia, nie może posłużyć jako środek do pozbawienia życia. Zdaniem prokuratora zachodzi tu „przestępstwo mniemane” i opierając się na ekspertyzie medycznej należy oskarżonego uwolnić i odstąpić od obwinienia go o próbę zabójstwa, a Mariannę D. o podżeganie do zbrodni. Inaczej interpretuje przepisy prawa Sąd Kryminalny. Mimo pojawiających się projektów zmiany w prawie, dotyczących odpowiedzialności za usiłowanie dokonania przestępstwa bez jego spełnienia, obowiązuje nadal Kodeks Karny. Ten przewiduje, że jeżeli obwiniony nie dokonał zamierzonego czynu nie z powodu rezygnacji z niego, a z przyczyn okoliczności które mu przeszkodziły, to ponosi karę jak za przestępstwo dokonane. Sąd Kryminalny na podstawie art. 929 Kodeksu Karnego skazuje Jana Z. na karę pozbawienia wszelkich praw i osiedlenie w mniej oddalonych rejonach Syberii na czas nieokreślony. Tyle na temat Jana Z., który krótko żył z żoną, a jeszcze krócej z kochanką.
Marianna D. do końca nie przyznaje się do nakłaniania do zamachu na życie Anastazji i wobec braków dowodów zostaje uwolniona od kary. Nie wiadomo, czy Anastazja podążyła za mężem, jak to robiły kobiety zesłańców po powstaniach, ale też powód miałaby raczej wątpliwy.
Rozdział XV
Młynarka
Zanim sprawca przestępstwa zostanie osądzony zgodnie z obowiązującym w Królestwie Polskim Kodeksem Kar Głównych i Poprawczych, następuje śledztwo prowadzone wpierw przez strażnika ziemskiego, a później przez sąd śledczy. Zdarza się, że sprawa jest zawikłana, gdyż podejrzani podejmują skomplikowane działania i intrygi. Wpływa to na wyrok sądu, który nie mając pewności co do oczywistej winy podsądnych, często odstępuje od wymierzenia kary.
Dzierżawca młyna w pewnej wsi ma ładną i młodą żonę. Kręci się koło niej rządca i bałamuci, co zauważają ludzie. Trwa to już dwa lata. Jak się później okaże, ta prosta dziewczyna, mająca ponurego dosyć męża, chętnie słucha obiecanek wielbiciela.
Deklaracje jego są daleko idące: niech tylko opuści męża, a będzie ją utrzymywał, wykształci, rozwiedzie z mężem i poślubi. Młynarką targają sprzeczne uczucia. Wpierw zwraca się do wójta ze skargą na rządcę, szybko jednak zmienia zdanie i za namową rządcy występuje przeciw mężowi. Skarży na niego do wójta, że młynarz źle ją traktuje, że bije, że ma kochankę. Prawdziwa huśtawka uczuć, jakimi kieruje się kobieta, trwa nadal. Tym razem obawia się, że rządca ją zwodzi i chce tylko uwieść, a o ślubie z nim nie ma co marzyć. Przeprasza męża i wydaje się, że będzie jak dawniej. Jednak następne spotkanie z niedoszłym kochankiem znowu wszystko zmienia.
Oboje dochodzą do tego, że skoro mąż jest przeszkodą, trzeba go zabić. Na następnej schadzce rządca daje młynarce dwa proszki, mniejszy i większy, wraz z perfidną instrukcją. Mniejszy proszek trzeba wsypać młynarzowi do herbaty, jak ją wypije — zachoruje. Wtedy wezwany doktor przepisze lekarstwo. Dodany do leku większy proszek utworzy truciznę, spożycie tego przez młynarza spowoduje szybką śmierć. Żona młynarza zgadza się na udział w zbrodni i zmierza do domu. Kto jednak zrozumie kobietę… Nieoczekiwanie zwierza się mężowi z niecnych planów i oddaje mu truciznę. Młynarz nie dowierza i w porozumieniu z kowalem chce wypróbować działanie proszków. Wybór pada na psa i jest to jedyna ofiara śmiertelna w tej sprawie.
Wieści o wydarzeniach we wsi docierają do strażnika ziemskiego. Ten rozpoczyna śledztwo. Odbiera od młynarza pozostałość trucizny i oddaje do badania. Jak się niebawem okazuje, proszek zawiera strychninę. W tym czasie pojawia się we wsi żydowski handlarz, który proponuje strażnikowi zaniechanie dochodzenia i zniszczenie trucizny. Sto rubli w srebrze to kwota mająca przekupić urzędnika. Strażnik wykazuje się sprytem i przeprowadza prowokację. Ukryci świadkowie obserwują jak handlarz przelicza ruble, a strażnik „na niby” niszczy proszek.
Handlarz trafia do aresztu, gdzie już na zakończenie śledztwa oczekuje rządca, który nie przyznaje się do winy. Twierdzi, że młynarka skarżyła się na męża, więc poradził jej zaniesienie skargi do władz. Podejrzewa też małżonków o uknucie intrygi przeciwko niemu. Z kolei handlarz oświadcza, że nie dążył do przekupienia strażnika, a przekazane 100 rubli traktował jako kaucję za inne, drobne wykroczenie. W czasie przewodu sądowego przemawia obrońca rządcy. Stwierdza, że jego klient jest ofiarą spisku młynarza i jego żony. Brak jest wyraźnych dowodów na planowane morderstwo. Podobnie i adwokat handlarza domaga się jego uwolnienia, gdyż sąd nie ma dowodów przeciw niemu. Nie ma próby przekupstwa, a jedynie opłata za brak jakiegoś dokumentu.
Prokurator królewski oskarża żonę młynarza o złe prowadzenie się, uknucie intrygi wobec rządcy i podawanie nieprawdy, młynarza zaś o pomoc w działaniach przeciw rządcy. W sprawie tego ostatniego wyjaśnia, że nie posądza go o próbę zabójstwa. Według prokuratora to typowy uwodziciel, który widzi, że dalsze zdobywanie młynarki wiąże się ze zbyt dużymi ofiarami. Nie ma żadnej motywacji do zbrodniczego działania, przeciwnie, uwolnienie się od młynarki, nie od jej męża, przyjmuje z ulgą. Sąd po wysłuchaniu stron, wobec trudności ustalenia faktów postanawia młynarkę uwolnić od zarzutu usiłowania zabójstwa, pozostawia jednak do wyjaśnienia sprawę o potwarz oraz zarządza tymczasowe uwolnienie rządcy wobec niezupełnego wyjaśnienia wszystkich okoliczności. Handlarz, za próbę ukrycia dowodu przestępstwa i przekupstwo, skazany zostaje na karę 400 rs i cztery miesiące osadzenia w wieży. Wydaje się, że wszyscy oprócz handlarza umknęli sprawiedliwości. Kodeks Kar Głównych i Poprawczych przewiduje w przypadku przygotowania do zabójstwa, w tym wypadku otrucia, karę pozbawienia praw i osiedlenie w Syberii, a w razie dobrowolnego odstąpienia od celu — karę osadzenia w wieży do 16 miesięcy. Z drugiej strony prawo łagodnie traktuje niedoszłych sprawców w przypadku, gdy sami odstąpią od złych czynów.
Rozdział XVI
Miała matka syna… czy córkę?
Na pomysł jak uchronić chłopca przed powołaniem do wojska, gdy przyjdzie na to czas, wpadła pewna włościanka. Mając już jednego syna w wieku popisowym, który dotychczas jako jedynak mógł pozostać w domu, w wieku 40 lat urodziła drugiego. Wiedząc, że pierworodny utraci dotychczasowy status, postanowiła zachować obecny stan rzeczy. Jak to zrobiła? Po prostu powiedziała, że urodziła dziewczynkę.
Nie wiadomo, jak to się stało, że nikt nie sprawdził, nie zauważył. Kobiety rodziły raczej w domu i zwyczajowo pokazywano dopiero co narodzone nagie dziecko ojcu, ze słowami: to twój syn, lub: to twoja córka, bynajmniej nie ukrywając jego płci. Jakimś sposobem matka oszukała nie tylko swego męża, ale i pozostałych domowników, a później także rodziców chrzestnych i świadków aktu urodzenia. Ci z kolei przekazali fałszywe dane o płci dziecka miejscowemu proboszczowi. Dziecko zostało ochrzczone i otrzymało imię Franciszka. Spisano odpowiedni akt.
Zadziwiająca jest beztroska matki, nie pomyślała o tym, jak potoczą się losy chłopca, jak długo da się ukryć prawdę i jak bardzo ucierpi psychika dziecka żyjącego w tym zakłamaniu. Na szczęście wszystko szybko się wydało i sprawa trafiła do Sądu Policji Prostej w Kraśniku, a następnie do Sądu Policji Poprawczej w Janowie. Pierwsza instancja zdecydowała o uwolnieniu od oskarżenia ojca dziecka, świadków i rodziców chrzestnych. Uznano, że wina leży po stronie matki, która dopuściła się oszustwa. Wyznaczona kara to dwa miesiące pobytu w domu roboczym. Obwiniona odwołała się do sądu drugiej instancji. Tym razem Sąd Kryminalny w Lublinie orzekł zupełnie inaczej. To świadkowie nie dopełnili obowiązku sprawdzenia płci dziecka i oni ponoszą odpowiedzialność za podanie nieprawdziwych danych do spisania aktu urodzenia. Matka natomiast miała jedynie zły zamiar, który nie doszedłby do skutku przy ostrożności świadków. Akurat w opisywanej sprawie samo zamierzenie dokonania czynu nie podlegało karze. Zgodnie z obowiązującym prawem Sąd Kryminalny uwolnił podsądną od winy.
Rosyjski kodeks karny przewidywał surowe kary za celowe uchylanie się od obowiązku służby wojskowej. Popisowi chwytali się różnych sposobów: od ucieczki z miejsca zamieszkania, do zadania sobie kalectwa. Dzienniki urzędowe pełne były nazwisk mężczyzn poszukiwanych za niestawienie się do służby w armii. Sama ucieczka przed obowiązkiem służby nie była karalna, chyba że za opuszczenie bez zezwolenia miejsca stałego pobytu, natomiast za świadome uszkodzenie ciała można było trafić do więzienia na trzy miesiące, otrzymać karę chłosty do stu razów, po czym i tak następowało wcielenie do armii. Na znacznie wyższą karę skazywane były osoby namawiające popisowych do uchylania się od wojska oraz udzielający zbiegom schronienia.
Rozdział XVII
Napad na ulicy Leszno
Obowiązujący w Królestwie Polskim Kodeks Kar Głównych i Poprawczych przewiduje surowe kary za kradzież z użyciem przemocy. Jest w nim jednak miejsce na okoliczności łagodzące, domniemanie niewinności i danie szansy młodocianym przestępcom. Przekonują się o tym ulicznicy warszawscy, znajdujący się o krok od kary chłosty i osadzenia w domu roboczym.
Warszawska ulica Leszno o tej porze dnia i roku jest ciemna, nieprzyjemna. Właśnie z głośnym turkotem przejechał ostatni konny tramwaj. W tej uliczce pełno jest zakamarków i nielicznym, chyłkiem przemykającym tędy przechodniom wydaje się, że za chwilę wyskoczy z któregoś kąta groźny zbir.
Po godzinie dziesiątej wieczorem ulica w mieście nie jest bezpieczna. Patrol policji słysząc przeraźliwy krzyk przybywa na miejsce. Zastaje starą, mocno pijaną kobietę, która rozpacza nad skradzionymi pieniędzmi, schowanymi wcześniej w ubraniu. Kradzieży dokonuje kilku chłopców, nieletnich uliczników warszawskich, których w mieście pełno. Pościg dogania ich, w czasie rewizji policjanci znajdują 75 kopiejek. Tymczasem napadnięta kobieta opowiada, że gdy wracała do domu, po drodze wstąpiła do szynku. Miała ze sobą trzy ruble srebrem w papierkach i drobne monety. Gdy znalazła się na ulicy, dopadło ją kilku chłopców, którzy zaczęli drzeć na niej ubranie szukając pieniędzy. Jeden z nich groził jej śmiercią. Wysypane na ziemię drobne pieniądze zebrali i uciekli. Zatrzymani nie przyznają się do winy. Twierdzą, że ktoś inny dokonał napadu, a oni tylko zebrali rozsypane monety. Poszkodowana, wezwana do złożenia przysięgi przed sędzią śledczym, po wytrzeźwieniu łagodzi swoje oskarżenie. Mówi, że napastnicy tylko lekko ją szarpali, nie grozili jej. Obrońca obwinionych podważa zeznanie kobiety, która nietrzeźwa nie mówiła prawdy, a później inaczej przedstawiła przebieg wydarzeń. Nie ma też pewności, że dokonano napadu. Można dać wiarę temu, że chłopcy jedynie ukradli rozrzucone pieniądze, do czego w końcu się przyznają. W takiej sytuacji kara, na jaką mogą być skazani na podstawie ustawy gminnej to siedem dni aresztu. W innym przypadku groziłaby im znacznie surowsza kara naznaczona według Kodeksu Kar Głównych i Poprawczych.
Przed sądem prokurator przedstawia działania policji wobec wzrastającej przestępczości w Warszawie. Dotyczy to zwłaszcza mnożących się kradzieży i napadów.
Istnieją szajki młodocianych złodziei, którzy mają wypracowane podstępne metody kradzieży. Potrafią potrącić przechodnia, wykorzystać jego nieuwagę, wyjąć mu z kieszeni lub z ręki nawet rzecz jakąś i podając ją dalej wspólnikom — udawać niewinnych. W takich przypadkach trudno jest udowodnić winę. Policja fotografuje podejrzanych, aby tworzyć rejestr w celu skutecznej kontroli. Dalsze działanie to utworzenie Wydziału Sądu Poprawczego, który ma zajmować się wykroczeniami natury policyjno — karnej.
Oskarżyciel podkreśla okoliczności obciążające obwinionych. Należy do nich fakt rozmyślnego przygotowania się do przestępstwa. Wpierw obserwują kobietę w szynku, następnie idą za nią aż do miejsca odludnego, gdzie stosując przemoc w stopniu umiarkowanym, dokonują zaboru mienia ofiary. Jako okoliczność wpływającą na złagodzenie wyroku prokurator bierze pod uwagę młody wiek obwinionych, dotychczasową niekaralność i brak znamion dokonania rozboju. Za popełnione czyny oskarżeni muszą jednak odpowiadać na mocy Kodeksu Kar Głównych i Poprawczych. Sąd Kryminalny przychyla się do opinii oskarżyciela i wyznacza karę trzech miesięcy więzienia w domu roboczym dla dwóch starszych, więcej niż 14 lat liczących chłopców i dwa miesiące pobytu w domu poprawy dla młodszego. Czy pobyt w areszcie powstrzyma młodocianych przestępców przed następnym złym czynem? Czy ciężka praca w domu roboczym to droga do resocjalizacji? Pytania te pozostaną bez odpowiedzi, gdyż w istniejących statystykach, dotyczących przekroczeń prawa w XIX wieku, nie ma takich informacji.
Po odbyciu kary w domu roboczym, w którym jak sama nazwa wskazuje przestępcy uczyli się pracować, następował dwuletni okres dozoru policyjnego. Jeżeli osądzony sprawca był włóczęgą lub po odbyciu kary nie posiadał środków do utrzymania się, nie pozostawał bez pomocy. Znajdował miejsce i pracę w przytułku tak długo, aż wykazał, że posiada środki do życia z zarobku w zakładzie lub z innego źródła. Czasem pomagała gmina z której pochodził lub też ktoś z „osiadłych i znanych z dobrego sprawowania się osób” (Kodeks Kar Głównych i Poprawczych).
Podobne ograniczenie wolności dotyczyło osób zwolnionych z domu poprawy. Dozór policyjny trwał rok, z zakazem opuszczania miejsca stałego pobytu.
Więźniowie domu roboczego i domu poprawy zatrudnieni byli przy pracach organizowanych wewnątrz tych placówek. Twierdzenie, że przestępcy „uczyli się pracować” można uzasadnić tym, że kary poprawcze dotykały najczęściej włóczęgów, żebraków, nieletnich złodziejaszków, drobnych oszustów i prostytutki — czyli osoby czujące obrzydzenie do uczciwej pracy.
Rozdział XVIII
Uwiodła dziecko?
W Wiedniu, w tak zwanym porządnym domu, rodzice zatrudniają do opieki i wychowania dwojga dzieci, dwudziestodziewięcioletnią bonę, Francuzkę, Henrykę R. Początkowo troskliwość i starania guwernantki zyskują uznanie, jednak jakieś wykroczenie powoduje, że zostaje oddalona. Mija kilka tygodni, w tym czasie jest przyjęta nowa opiekunka, ale do rodziców docierają niedobre wiadomości. Dziesięcioletni syn opuszcza się w nauce, nauczyciele odnotowują liczne jego absencje, poza tym kłamie i ukrywa różne fakty. Rozpytywany przez rodziców przyznaje, że łączy go z poprzednią boną zażyłość przekraczająca zasady, jakie winny być między nauczycielką, a wychowankiem. Pada tu słowo „uwiedzenie”, chociaż trudno z zeznań chłopca wywnioskować jak daleko sprawy zaszły. Pamiętajmy, że to relacja między dzieckiem jeszcze a dojrzałą kobietą. Niepokojący zdaje się fakt potajemnych spotkań między nimi. Widzi to służba i kilka osób odchodzi z pracy, gdyż boją się donieść o wszystkim państwu, a nie chcą uczestniczyć w ukrywaniu tego procederu. Nie rozpatrując szczegółów tej dziwnej sprawy ujawnić należy jednak skutki, a są one wyraźne. To nie tylko zaniedbanie w nauce, ale także wygląd chłopca jest inny, rodzice mówią o „zmienionej twarzy dziecka”.
Guwernantka opuszcza Wiedeń i przyjmuje się do pracy w innym mieście. Rodzice nie podejmują decyzji o zawiadomieniu policji, aby sprawy rodzinne nie stały się jawne dla wszystkich. Jednak to nie koniec historii. W ręce matki wpada list pisany przez chłopca do Henryki R. Słowa w nim zawarte pozwalają nazwać tę korespondencję „miłosną”. Pada pytanie o domniemanych kochanków Henryki, jest mowa o tęsknocie, a nawet wyznanie miłosne. Z treści wynika, że również Henryka wysyła listy. Jeden z nich znajdzie się później na stole sędziowskim. Treść jego jest dość szokująca. Henryka nazywa chłopca „kochanym mężulkiem”, a podpisuje się jako „kochająca cię żonka”. Ponieważ rodzice chłopca składają skargę, Henryka trafia na ławę oskarżonych. Nie przyznaje się do uwiedzenia, ale sąd posiada wystarczające dowody, aby skazać Henrykę R. na trzy lata ciężkiego więzienia, a po odbyciu tej kary — na wydalenie z kraju.
W ustawie karnej austriackiej, obowiązującej na terenie Galicji próżno doszukiwać się paragrafu wyczerpującego znamiona przestępstwa uwiedzenia nieletniego, gdy nie występuje obcowanie cielesne lub nakłanianie do nierządu. Postępowanie sądowe nie wykryło gwałtu, ani nawet próby uwiedzenia. Wina guwernantki polegała na niebezpiecznej zabawie, w której podopieczny guwernantki pełnił rolę „kochanego mężulka”. Nic by się nie stało, gdyby chłopiec zachował się jak większość rówieśników, którzy zakochani w nauczycielce chowali to w tajemnicy. On jednak wziął wszystko na poważnie. Jeszcze bardziej poważnie potraktował to sąd, wyznaczając wysoką karę. Wspomniana ustawa za uwiedzenie osoby nieletniej przez sprawującego opiekę, przewiduje najwyżej trzy miesiące więzienia. Trzy lata więzienia i wydalenie z kraju zasądzone w Wiedniu wobec guwernantki wydają się nadto surowe. Konsekwencją postępowania nauczycielki jest jedynie pewien stan psychiczny chłopca, który szybko wraca do normalności, dzięki opiece rodziców.
Z kolei Powszechne Prawo Kryminalne dla Państw Pruskich z 1813 roku wyraźnie określa rolę opiekunów i nauczycieli. Kary za uwiedzenie są wysokie. Domownikom lub służbie „podniecających niewinne dzieci do czynów swawolnych, przez rozwiązłe mowy, opowiadania lub czynności” grozi chłosta i więzienie lub dom poprawy do sześciu miesięcy. Te same przepisy prawne uznają „wszelką rozpustę” na osobie niedojrzałej, liczącej mniej niż dwanaście lat, za zgwałcenie i przewidują karę fortecy od ośmiu do dziesięciu lat. Pojęcia „rozpusty” czy „uwiedzenia” są dość ogólnikowe i sąd rozpatruje skutki jakie wywołuje takie działanie na ofierze. Jeżeli osoba pokrzywdzona doznaje uszczerbku na zdrowiu, sprawca może spodziewać się nawet dwunastu lat więzienia, gdy dochodzi do śmierci ofiary wskutek gwałtownego traktowania, przestępcę czeka kara miecza.
Idąc dalej i odbiegając od sprawy guwernantki z Wiednia i jej złego wpływu na podopiecznego, może warto wiedzieć, że w osnowie do wspomnianego Powszechnego Prawa Kryminalnego, pospolity nierząd nazywany jest po prostu „kurewstwem”. Termin ten znany był już w XVI wieku i stosowany nie jako wulgaryzm, lecz jako określenie postępowania.
Rozdział XIX
Rozprawa między panem, a włościankami
Pan rządzi i czerpie korzyści z pracy włościan. Kiedy jednak nadużywa władzy i wyrządza ewidentną krzywdę poddanemu, prawo upomina się o niego. W XIX wieku w środowisku wiejskim działają sądy gminne, sędziami w nich są bogaci właściciele ziemscy lub wyznaczeni przez nich przedstawiciele. Podsądni mają prawo do obrońcy z urzędu i do złożenia rekursu w sądzie wyższej instancji. Większość spraw dotyczy przestępstw popełnianych przez włościan. Kiedy dochodzi do procesu sądowego, w którym akt oskarżenia skierowany jest przeciwko właścicielowi dóbr, sala sądowa dla publiczności pęka w szwach.
W guberni radomskiej, w powiecie opoczyńskim współwłaścicielem majątku Komorowo jest Michał Szydłowski., jeden z najbogatszych ludzi w okolicy. Jak się okazuje, nie jest to dobry pan dla wiejskiego ludu. Przekonuje się o tym na własnej skórze kilka włościanek. Sprawa zaczyna się od dnia, który ma być miły dla robotników zatrudnionych w folwarku, bo to dzień wypłaty.
Tę ważną czynność wykonuje wyznaczony przez Michała Sz. niejaki Rogulski.
Miejsce wybiera odpowiednie, tu zbierają się wszyscy. To karczma. Rogulski jednak niedbale wykonuje swoje obowiązki, skoro nie wszyscy zostają zaspokojeni z powodu braku w kasie 10 rubli. Poszukiwania brakującej sumy nie odnoszą skutku, więc ci, którzy wypłaty nie dostali, idą na skargę do pana. Michał Sz. osobiście prowadzi dochodzenie. Każe zrewidować Franciszkę Sukiennik, która jako ostatnia pobiera wynagrodzenie oraz kilka innych kobiet podejrzanych o kradzież. Pieniędzy nadal brak, a kobiety nie przyznają się do winy. Najbardziej podejrzaną Franciszkę S. dziedzic wzywa do dworu. Przychodzi razem z ojcem, który pertraktuje z Michałem Sz. Wkrótce parobkowie odprowadzają Franciszkę do wązowni, gdzie dokonana jest na niej chłosta. Początkowo bita jest rózgami, a później złożonym na pół batem. Wpierw biją przez ubranie, później po gołym ciele. Jeden z włościan wykonuje egzekucję, kilku innych trzyma nieszczęsną dziewczynę. Maltretowana przyznaje się do winy, mówi, ze skradzione ruble dała swej bratowej, Józefie S. Dochodzi do konfrontacji obu kobiet. Ponieważ Józefa zaprzecza oskarżeniom o udział w przestępstwie, i ją prowadzą na chłostę. Broni się rozpaczliwie, lecz kilku włościan, wykonujących polecenie Michała Sz., przewraca ją i bije. W tym czasie Franciszka cofa swoje przyznanie się do winy, więc następuje wobec niej kolejna porcja plag. Ponieważ nic to nie daje, oprawcy postanawiają zaprowadzić kobiety do proboszcza, aby złożyły przed nim przysięgę o swej niewinności. Kapłan odmawia, mówiąc, że taka procedura nie może mieć miejsca. Wobec tego obie podejrzane wracają do domu. Sprawa kradzieży wyjaśnia się niebawem. Winna jest zupełnie inna robotnica, już ukarana przez sąd gminny.
Franciszka S. i jej ojciec kierują skargę na właściciela Komorowa do sądu. Zostaje przygotowany akt oskarżenia. Michałowi Szydłowskiemu. zarzuca się, że podejrzewając Franciszkę Sukiennik. o kradzież 10 rubli przeznaczonych na wypłatę dla robotników, bezprawnie pozbawia ją wolności i stosując wobec niej chłostę, wymusza zeznania. Podobnie postępuje wobec Józefy S. Oskarżenie obejmuje również rządcę folwarku i pięciu włościan uczestniczących w chłoście kobiet. Na potwierdzenie przemocy wobec Franciszki i Józefy przeprowadzone zostają obdukcje. Pierwsza, której dokonuje lekarz z Przysuchy stwierdza u Franciszki ślady pobicia w postaci krwistych pręg, utrzymujących się przez piętnaście dni od chwili pobicia, w stanie zagojonym. Natomiast lekarz powiatowy wydaje opinię o ciężkim pobiciu Franciszki, wskutek czego nie może ona przez pewien czas wykonywać swoich obowiązków. Dopuszcza się do badania jeszcze innych lekarzy i znów opinie są sprzeczne. Okazuje się, że niektóre z nich spisane są w języku rosyjskim, tłumaczone na język polski przez osoby do tego nie powołane, np. przez strażników gminnych.
Michał Sz. rozumie widocznie swoje niewłaściwe postępowanie i próbuje dojść do ugody z ojcem Franciszki. Mowa jest o kwocie 1000 rubli. Do porozumienia jednak nie dochodzi.
W czasie przewodu sądowego pokrzywdzona Franciszka odpowiada na pytania bezładnie i z trudem. Zachowuje się jak osoba chora, więc sąd nakazuje badanie przez lekarzy. Stwierdzają, że nic jej nie dolega, nawet puls ma miarowy. W pewnym momencie odmawia udzielania odpowiedzi i mimo nalegań sądu nie ustępuje. Wśród publiczności krąży pogłoska o przekupieniu Franciszki przez zwolenników Michała Sz. Inni z kolei mówią, że to normalne wśród włościan, którzy nie lubią być nagabywani zbyt mocno.
Michał Sz. twierdzi, że chłosta wymierzona kobietom to skutek nadgorliwości rządcy i złego zrozumienia polecenia. Podczas rozmowy z Michałem Sz. ojciec pokrzywdzonej miał powiedzieć, że jeżeli córka źle postąpiła, to należy dać jej parę rózeg. Rządca wymierza karę na własną rękę. To zeznanie potwierdza się częściowo. Rządca sam postanawia o użyciu bata do chłosty. Trzeba zaznaczyć, że różnica między plagą rózgami, a batem polega na tym, że rózgi zostawiają ślady krwiste, szybciej gojące się, natomiast bat, jeszcze złożony we dwoje, uszkadza nie tylko skórę ale i mięśnie. Potwierdza to obdukcja wykonana przez lekarza powiatowego, która stwierdza sine pręgi na ciele Franciszki.
Współoskarżeni w sprawie włościanie stwierdzają, że wykonują zawsze rozkazy rządcy i nawet nie myślą o jakimkolwiek sprzeciwie. Sędzia określa ich jako ludzi dotkniętych ciemnotą, niepiśmiennych, posłusznych wszystkim poleceniom pana.
Prokurator mówiąc o motywach, którymi kieruje się podsądny wskazuje, że wbrew pozorom nie chodzi mu o odnalezienie pieniędzy — to już zmartwienie kasjera, nie zamierza też znęcać się nad kobietami. To próżność i poczucie władzy każą mu zastosować drastyczne środki. Chce pokazać wszystkim swoją potęgę nie myśląc o tym, że przekracza prawo. Oskarżyciel stosuje artykuł 1489 Kodeksu Karnego, który zadanie pobicia lub innych udręczeń zagrażających życiu określa jako ciężkie przestępstwo.
Obrońca Michała Sz. stara się zmniejszyć wagę winy podsądnego wykazując, że dąży on jedynie do wyświetlenia sprawy kradzieży. Nie naraża Franciszki S. na niebezpieczeństwo utraty życia. Nie jest obecny przy chłoście, która jest decyzją rządcy.
Obrońcy pozostałych oskarżonych wykazują, że wszyscy oni działają w poczuciu wykonywania obowiązków nadanych przez Michała Sz., w którym widzą sędziego gminnego.
Rozprawa toczy się przez długi czas niemal bez przerwy. O trzeciej nad ranem prezes składu sędziowskiego ogłasza wyrok. Na mocy artykułu 1533 Kodeksu Karnego Michał Sz. zostaje skazany za ciężkie pobicie Franciszki S., które nie zagraża życiu pokrzywdzonej, na utratę niektórych praw i przywilejów oraz na zamknięcie w domu poprawy na osiem miesięcy. Więzienie może opuścić po wpłaceniu rękojmi w wysokości 5000 rubli. W przypadku pogodzenia się z Franciszką może uniknąć wykonania kary. Zamieszani w sprawę włościanie z powodu nieświadomości popełnionego przestępstwa zostają od kary uwolnieni.
Wyrok sądu gminnego nie kończy zmagań na drodze prawnej między pokrzywdzoną, a właścicielem majątku. Obie strony odwołują się do Izby Sądowej jako instancji apelacyjnej.
W czasie rozprawy odwoławczej prokurator domaga się ukarania Michała Sz. na podstawie artykułu mówiącego o udręczeniu i zadaniu cierpień. Stwierdza fakt upokorzenia dziewczyny przez zdjęcie z niej z ubrania, bicie wiele razy i zmuszanie do przyznania się. Obrońcy oponują twierdząc, że udręczenie ofiary nie występuje, ponieważ z postępowania Michała Sz. nie wynika zamiar popełnienia czynu zabronionego. Zarzucić można podsądnemu jedynie samowładność.
Okazuje się, że apelacja podsądnym nie wychodzi na dobre. Izba Sądowa zmienia wyrok sądu gminnego. Michał Sz. zostaje skazany na pozbawienie wszystkich praw i dwuletnie więzienie w tomskiej guberni. Rządcę zsyła się do więzienia w guberni samarskiej na trzy lata i pozbawia praw. Pozostali podsądni otrzymują po kilka miesięcy pobytu w domu roboczym.
Michał Sz. jest postacią znaną, więc jeszcze na sali sądowej słyszy się opinie na temat zakończonej sprawy. Przeważa ta, że surowe kary wymierzone w tej sprawie są sprawiedliwe. Ukarany posiadacz ziemski, przekraczając swoje uprawnienia postępuje w sposób niedopuszczalny. Rządca wykazuje się wyjątkowym okrucieństwem, zamieniając rózgi na bardziej skuteczny jego zdaniem środek. Ktoś wzburzony mówi, że skoro współwinni włościanie ze ślepym posłuszeństwem wykonywali polecenia, to ciekawe kiedy odmówiliby, czy wtedy gdyby ofiara straciła przytomność, czy jeszcze później.
Rozdział XX
Niewinne dziewczę
Przed Sądem Kryminalnym w mieście oddalonym nieco od granicy z Królestwem Polskim odpowiada osoba postawiona tu najpewniej przez pomyłkę. To jeszcze dziecko, trzynastoletnia dziewczynka, schludnie ubrana na biało, pończoszki i buciki ma też białe (buciki mają znaczenie w sprawie, o czym za chwilę). Nosi długi warkocz zawiązany niebieską wstążką. Buzię ma ładną i niewinną. Pozory jednak mylą. Panienka jest małą, sprytną oszustką, z głową pełną pomysłów jak wykorzystać i okraść innych.
Oskarżenie to nie jest gołosłowne. Sydonia K. przypadkiem dowiaduje się, że Franciszek Sz., miejscowy szewc, ma do naprawy buty, przyniesione przez pewnego pana. Idzie do warsztatu i oznajmia, że przychodzi po zostawione tu buty, gdyż ich właścicielowi są pilnie potrzebne. Otrzymuje je bez przeszkód. W podobny sposób zdobywa buciki, które ma na sobie w czasie rozprawy. Widocznie sąd pozwala, aby ten dowód rzeczowy pozostał na nogach podsądnej. Z kolei u piekarza Sydonia odbiera zamówione przez kogoś wypieki. Robi to w bardzo prosty sposób. Podstawą jest posiadanie informacji o zamówieniu. Następnie trzeba iść do cukierni i zapytać o godzinę odbioru. Kolejnym krokiem jest stawienie się sporo przed terminem. W ten sposób zyskuje się zaufanie. Teraz wystarczy przyjść znowu, kilkanaście minut wcześniej niż wyznaczona godzina, aby zdążyć przed właścicielem zamówienia. Pozostaje jeszcze kwestia zapłaty, ale to dla małej oszustki drobiazg. Mówi, że nie ma przy sobie i doniesie wieczorem, przy następnym zamówieniu. Prawdziwy zamawiający jest znany cukiernikowi i nie ma obaw o uregulowanie należności. Takim działaniem Sydonia wyłudziła niejedną rzecz, o małej jednak wartości. Zaskoczenie wykorzystanych osób jest na pewno duże. Poważniejsza sprawa dotyczy rzeczy bardziej cennej. Krawiec Junotta posyła do kuśnierki Agnieszki S. surdut do podbicia futrem. Wie o tym Sydonia i niebawem jest w warsztacie. Słodziutkim głosikiem mówi, że wujaszek przysyła ją po surdut. Otrzymuje go, a gdy pyta o zapłatę dostaje odpowiedź, że usługa kosztuje 18 reńskich i że kwotę tę ureguluje już sam krawiec. Wypada tylko podziękować i odejść ze zdobyczą. Tylko na co dziewczynie męski ubiór. Najprościej jest pójść do krawca, podać się za wysłanniczkę kuśnierza, oddać surdut i wziąć pieniądze. Tak też chce zrobić Sydonia. Misterny plan nie udaje się tylko dlatego, że akurat nie ma w zakładzie krawieckim osoby odpowiedniej do wypłaty należności. Drugi raz nie warto ryzykować, więc dziewczyna odchodzi z fantem, o którego losie nie chce przed sądem mówić. Sztuczki sprytnej panienki udają się wiele razy, a najbardziej poszkodowani są różni rzemieślnicy. Ryzykowne działania mają swój koniec. Jeden z krawców podejrzewa intrygę i śledzi dziewczynę, aż trafia za nią do jej domu. Trzeba jeszcze dodać, że Sydonia nie jest sierotą. Opiekuje się nią matka. Ponieważ wie o działaniach córki, razem z nią jest aresztowana. Przed sądem pytana o rzeczy wyłudzone przez Sydonię mówi, że nie wiedziała skąd pochodzą, a pieniądze są darowane przez krewnych.