Wprowadzenie: Mapa Nieznanego
Lato 1947 roku miało w Nowym Meksyku smak gorącego piasku i uranu. Na pustyni Jornada del Muerto, trzysta kilometrów na południe od miejsca, które wkrótce miało stać się najsłynniejszym punktem na mapie ufologii, naukowcy z Projektu Manhattan przygotowywali się do kolejnej próby atomowej. Świat stał u progu nowej ery — ery lęku napędzanego mocą, którą człowiek wydobył z wnętrza materii. I właśnie wtedy, w lipcu tamtego roku, coś spadło z nieba w okolicach Roswell. A przynajmniej tak nam mówiono.
Zanim jednak przejdziemy do Roswell, do Norymbergi, do incydentu z USS Nimitz, musimy zadać sobie pytanie fundamentalne: czym właściwie jest to zjawisko, które zamierzam opisać na kartach tej książki? Czy to opowieść o statkach kosmicznych przybywających z odległych układów planetarnych? Czy może socjologiczny eksperyment, w którym ludzkość od siedmiu dekad gra rolę samej siebie — wystraszonej, zafascynowanej, gotowej uwierzyć w każde kłamstwo, byle tylko osłodzić sobie samotność w kosmicznej pustce?
Gdy jako badacz prawa i historii podchodzę do materiałów źródłowych dotyczących zjawiska UAP — by użyć nowej, urzędowej terminologii, która zastąpiła nacechowane popkulturowo UFO — uderza mnie przede wszystkim jedno: nigdy w dziejach nie mieliśmy do czynienia ze zjawiskiem, które w tak doskonały sposób opierałoby się kategoryzacji. Jest ono jak woda — przybiera kształt naczynia, w które się je wleje. Dla wojskowego to zagrożenie bezpieczeństwa przestrzeni powietrznej. Dla fizyka — anomalia wymykająca się znanym prawom termodynamiki. Dla psychologa — projekcja zbiorowej nieświadomości. Dla teologa — manifestacja tego, co nadprzyrodzone, ubrana w kostium epoki kosmicznej.
Szwedzki socjolog Michael Schetsche z Uniwersytetu we Fryburgu, jeden z nielicznych badaczy, którzy odważają się uprawiać egzosocjologię — dyscyplinę, którą sam nazywa „dyscypliną na wszelki wypadek” — zwraca uwagę na coś niezwykle istotnego. W wywiadzie dla Süddeutsche Zeitung powiedział: „Dowód na istnienie pozaziemskiej inteligencji, być może znacznie bardziej rozwiniętej od nas, i to już od tysięcy lat, stanowiłby dla ludzi narcystyczną zniewagę”. Zostalibyśmy zmuszeni do głębokiego przemyślenia całego światopoglądu. To nie jest tylko kwestia nauki — to kwestia fundamentów naszej cywilizacji.
I właśnie dlatego napisałem tę książkę. Nie po to, by przekonać państwa, że UFO istnieją — bo, jak zobaczymy, pytanie o „istnienie” jest tu zaskakująco złożone. Ale po to, by prześledzić, jak to zjawisko ewoluowało razem z nami. Jak zmieniały się nasze sposoby opisywania go, interpretowania, ukrywania i ujawniania.
Historia UFO jest bowiem w gruncie rzeczy historią ludzkiego poznania i jego granic. Weźmy choćby prosty fakt językowy. Przez dekady mówiliśmy o „latających spodkach” — terminie, który narodził się z dziennikarskiego przekręcenia słów Kennetha Arnolda. Pilot 24 czerwca 1947 roku opisywał obiekty poruszające się „jak talerze rzucone po wodzie” — like saucers skipping on water. Nie widział spodków. Widział coś, co poruszało się w charakterystyczny sposób. Ale media stworzyły ikonę, która na pół wieku zdominowała wyobraźnię zbiorową.
Dziś, w raportach Pentagonu i zeznaniach przed komisjami Kongresu, używa się terminu UAP — Unidentified Anomalous Phenomena. To pozornie drobna zmiana, ale niesie ze sobą rewolucję epistemologiczną. Przestajemy mówić o „obiektach”, które z definicji są czymś materialnym, skończonym, możliwym do zidentyfikowania. Zaczynamy mówić o „zjawiskach” — o czymś, co się dzieje, co ma charakter procesualny, co wymyka się prostej ontologii. To przesunięcie językowe jest kluczowe dla zrozumienia, dokąd zmierza współczesna debata.
Seth Shostak, starszy astronom z instytutu SETI, wyraża jednak głęboki sceptycyzm wobec twierdzeń o pozaziemskim pochodzeniu UAP. Po przesłuchaniach Davida Gruscha w Kongresie w 2023 roku napisał: „Ani Grusch, ani nikt inny, kto twierdzi, że ma wiedzę o tajnych programach rządowych dotyczących UAP, nie był w stanie publicznie przedstawić przekonujących zdjęć ukazujących obcą technologię rozrzuconą po krajobrazie. I pamiętajmy, nie mówimy o Cessnie, która wbiła się w pole pszenicy. Mówimy o, prawdopodobnie, międzygwiezdnej rakiecie obcych, zdolnej pokonać biliony mil kosmosu i dysponującej technologią, która jest oczywiście obca”.
Shostak ma rację w jednym: standardy dowodowe w nauce muszą być rygorystyczne. Ale czy na pewno mówimy o „rakiecie”? Czy na pewno nasze kategorie technologiczne są adekwatne do opisu zjawiska, które według raportów pilotów myśliwców F/A-18 z lotniskowca USS Nimitz potrafiło poruszać się w sposób transmedium — swobodnie przechodząc z powietrza do wody — i wykonywać manewry o przeciążeniach setek g, które natychmiast zabiłyby każdego biologicznego pilota?
David Fravor, jeden z pilotów biorących udział w incydencie z 2004 roku, zeznał przed komisją Kongresu: „Wyciągnięcie wniosku, że to była zaawansowana technologia chińska lub rosyjska, byłoby równie naciągane, jak stwierdzenie, że to kosmici. Nie wiemy, co to było. Ale wiemy, że to, co zobaczyliśmy, przewyższało wszystko, co mamy w naszym arsenale”. To kluczowa różnica — podczas gdy Shostak mówi o niemożności ukrycia dowodów, piloci mówią o niemożności wyjaśnienia obserwacji w ramach znanych nam kategorii.
A jednak sceptycyzm pozostaje zdrową reakcją. Amerykański Departament Obrony poprzez swoje biuro AARO (All-domain Anomaly Resolution Office) opublikował w 2024 roku obszerny raport podsumowujący przegląd raportów dotyczących UAP z lat 1945—2023. Wnioski były jednoznaczne: „AARO nie znalazło żadnych weryfikowalnych dowodów na to, że jakakolwiek obserwacja UAP reprezentowała aktywność pozaziemską. AARO nie znalazło żadnych weryfikowalnych dowodów na to, że rząd USA lub przemysł prywatny kiedykolwiek mieli dostęp do pozaziemskiej technologii”.
Ale ten sam raport zawierał też inne, mniej nagłaśniane ustalenia. AARO przeanalizowało dziesiątki lat raportów i setki obserwacji. I choć nie znalazło dowodów na pozaziemskie pochodzenie, to jednocześnie nie było w stanie wyjaśnić znacznej części przypadków. W najnowszym raporcie z listopada 2024 roku dyrektor AARO, Jon Kosloski, przyznał, że spośród 757 zgłoszonych obserwacji z okresu od maja 2023 do czerwca 2024 roku, 21 przypadków pozostaje całkowicie niewyjaśnionych. Powiedział wprost: „Są pewne interesujące przypadki, których — z moim wykształceniem fizycznym i inżynieryjnym oraz doświadczeniem w pracy wywiadowczej — nie jestem w stanie zrozumieć. Nie wiem, czy ktokolwiek inny jest w stanie je zrozumieć”.
To wyznanie jest niezwykle istotne. Wysoki urzędnik Pentagonu, odpowiedzialny za analizę najtajniejszych danych wywiadowczych, przyznaje publicznie, że istnieją zjawiska, których nie potrafi wyjaśnić. Co więcej, te 21 przypadków łączy jedna wspólna cecha — wszystkie wydarzyły się w pobliżu newralgicznych obiektów amerykańskiej infrastruktury narodowej. I wszystkie zostały potwierdzone wieloma źródłami: zapisami radarowymi, obserwacjami wizualnymi, danymi z czujników podczerwieni.
Czy zatem istnieją dowody? To zależy od tego, kogo zapytamy i jakie standardy dowodowe przyjmiemy. Dla fizyka eksperymentalnego dowodem będzie powtarzalny wynik w warunkach laboratoryjnych. Dla historyka — zgodność źródeł i ich wiarygodność. Dla prawnika — zeznania pod przysięgą i materialne ślady. I właśnie w tej wielości perspektyw tkwi sedno problemu.
Jeffrey J. Kripal, profesor filozofii i religioznawstwa na Rice University, od lat prowadzi projekt Archives of the Impossible — archiwum gromadzące materiały badaczy zjawisk niezwykłych, w tym Jacques’a Vallée, Johna E. Macka czy Whitleya Striebera. Na konferencji w 2025 roku powiedział coś, co doskonale oddaje wyzwanie, przed którym stoimy: „UFO jest klinem wbijającym się w inne kwestie. Nie chodzi o to, że archiwum czy ja sam jesteśmy całkowicie oddani UFO. Nie jesteśmy. Ale to naprawdę dobry sposób na rozpoczęcie rozmowy”.
Kripal zwraca uwagę na coś, co umyka zarówno zagorzałym wyznawcom, jak i zatwardziałym sceptykom. Zjawisko UAP nie istnieje w próżni. Jest punktem przecięcia się rozmaitych dyskursów — militarnego, naukowego, religijnego, psychologicznego. I właśnie dlatego nie można go badać w ramach jednej dyscypliny. Jak mówi Kripal: „Nie sądzę, byśmy mogli dotrzeć do sedna tego tematu poprzez jedną dyscyplinę, jeden wydział czy jedną szkołę. Potrzebujemy wszystkiego naraz. I nawet wtedy wątpię, czy jesteśmy w stanie to zrozumieć. To jest oczywiście jego siła. To właśnie kocha intelektualista — coś, czego nie można zrozumieć za pomocą obecnych kategorii czy ram pojęciowych”.
Spójrzmy na dowody, które mamy. Z jednej strony — twarde dane z wojskowych systemów radarowych, nagrania z kamer podczerwieni zamontowanych na myśliwcach, zeznania pilotów z dziesiątkami lat doświadczenia, odczyty liczników Geigera w Las Rendlesham, ślady na gruncie w Socorro. Z drugiej strony — te same dowody nigdy nie dostarczyły jednoznacznego potwierdzenia, że mamy do czynienia z technologią pozaziemską. Są jak odciski palców na miejscu zbrodni — wskazują, że coś się wydarzyło, ale nie mówią, kto to zrobił.
Carl Gustav Jung, który w latach pięćdziesiątych poświęcił temu zjawisku osobną książkę (Ein moderner Mythus: Von Dingen, die am Himmel gesehen werden), zaproponował hipotezę psychosocjologiczną. Według niego UFO są projekcją zbiorowej nieświadomości — symbolem porządku i całości (mandali) w świecie ogarniętym zimnowojennym chaosem. To fascynująca koncepcja, zwłaszcza gdy zestawimy ją z faktem, że kształt „latającego spodka” pojawił się w ludzkiej wyobraźni na długo przed 1947 rokiem — w wizjach religijnych, malarstwie sakralnym, średniowiecznych drzeworytach.
Ale hipoteza Junga nie wyjaśnia śladów na radarze. Nie wyjaśnia nagrań z USS Nimitz. Nie wyjaśnia, dlaczego piloci F-16 w czasie fali belgijskiej widzieli na własne oczy ogromne, bezgłośne trójkąty, które ich radar potwierdzał, a które znikały z prędkością niemożliwą dla jakiegokolwiek znanego statku powietrznego.
Z drugiej strony mamy hipotezę demoniczną, forsowaną przez niektórych teologów katolickich, jak ojciec Aleksander Posacki. Według tej koncepcji zjawisko UFO stanowi nową, dostosowaną do współczesności formę manifestacji sił demonicznych. Zwolennicy tej teorii wskazują na częste powiązania zjawisk UFO z ruchem New Age, na cechy takie jak telepatia, lewitacja, materializacja i dematerializacja, które od wieków znane były w tradycji okultystycznej.
I wreszcie mamy hipotezę naturalną — pioruny kuliste, rzadkie zjawiska atmosferyczne, efekty świetlne towarzyszące trzęsieniom ziemi. Wiemy, że silne pola elektromagnetyczne mogą wpływać na ludzki mózg, wywołując halucynacje i wrażenie obecności czegoś, czego nie ma. Wiemy, że pewne formacje chmur mogą przybierać kształty złudnie przypominające statki kosmiczne.
Gdzie zatem leży prawda?
Odpowiedź na to pytanie jest celem tej książki. Ale odpowiedź ta nie będzie prosta i nie będzie jednoznaczna. Będzie to raczej mapa — mapa nieznanego terytorium, które przemierzaliśmy przez ostatnie stulecia, a zwłaszcza przez ostatnie siedem dekad.
Mówiąc o mapie, myślę o pracy kartografa Mathewa Dooleya, który w swoim projekcie Mapping the Unidentifiable przełożył ponad 35 tysięcy raportów o UFO zgłoszonych do National UFO Reporting Center na wizualną kompozycję okręgów. Bez granic stanów, bez nazw miast, bez żadnych punktów odniesienia poza zarysem wybrzeży. To, co pozostaje, to gęstość ludzkiego doświadczenia — miejsca, gdzie ludzie poczuli potrzebę zgłoszenia, że widzieli coś, czego nie potrafią zidentyfikować.
Kaylee Spencer, komentując tę pracę, zwraca uwagę na coś niezwykle ważnego: „Wysiłki reporterów, by udokumentować coś, czego byli świadkami — choć subiektywne — skutkują zapisem wspólnych doświadczeń. »Niezidentyfikowalne« jest z definicji częścią tego, co stanowi UFO. Zapisanie niemożności zidentyfikowania zjawiska staje się definiującym środkiem włączenia. Mapa śledzi zatem nieznane, a nie znane”.
To kluczowa intuicja. Przez całe dziesięciolecia zadawaliśmy niewłaściwe pytanie. Pytaliśmy: „Czy to statki kosmitów?” zamiast zapytać: „Co mówi o nas fakt, że przez tyle lat, w tak wielu miejscach, tylu ludzi zgłaszało obserwacje czegoś, czego nie potrafili wyjaśnić?”
Społeczność naukowa przez długi czas traktowała to zjawisko z pogardą charakterystyczną dla establishmentu wobec wszystkiego, co nie mieści się w obowiązującym paradygmacie. Ale czasy się zmieniają. W Szwecji, w prestiżowym Pufendorf Institute for Advanced Studies na Uniwersytecie w Lund, powołano w 2025 roku grupę badawczą pod nazwą Anomalous Agenda, która postawiła sobie trzy fundamentalne pytania: Jak ludzka percepcja i błędy poznawcze wpływają na to, co obserwujemy i raportujemy? Dlaczego badania nad UAP były przez dekady stygmatyzowane i tłumione? I wreszcie — jak możemy opracować rygorystyczne metody badania zjawisk, które wydają się niespójne, nieuchwytne i oporne na konwencjonalną analizę?
To ostatnie pytanie jest być może najważniejsze. Jeśli zjawisko UAP rzeczywiście wymyka się prostym kategoriom, jeśli jego manifestacje są celowo — lub z natury — niekonsekwentne, to musimy wypracować nowe metody badawcze. Metody, które nie zakładają z góry, że wiemy, czego szukamy.
W filozofii nauki Thomas Kuhn mówił o rewolucjach naukowych jako o momentach, w których stary paradygmat przestaje wystarczać, a nowy dopiero się wyłania. Żyjemy właśnie w takim momencie przejściowym. Świadczą o tym nie tylko zeznania Davida Gruscha przed Kongresem czy powołanie biura AARO, ale także zmiana tonu debaty publicznej.
Pamiętam lipiec 2023 roku, gdy oglądałem transmisję z przesłuchań przed Podkomisją ds. Bezpieczeństwa Narodowego Izby Reprezentantów. David Grusch, wysoki oficer wywiadu, zeznawał pod przysięgą, że Stany Zjednoczone prowadzą od dziesięcioleci program odzyskiwania i reverse-engineeringu rozbitych pojazdów pochodzenia pozaziemskiego. Mówił o tym spokojnie, rzeczowo, z precyzją człowieka, który przez lata analizował raporty wywiadowcze. I choć nie mógł ujawnić szczegółów ze względu na klauzule tajności, to samo jego pojawienie się w Kongresie było wydarzeniem bez precedensu.
Republikański kongresman Tim Burchett, otwierając przesłuchanie, powiedział: „To kwestia przejrzystości rządowej. Nie możemy ufać rządowi, który nie ufa własnemu narodowi”. I dodał coś, co zabrzmiało jak deklaracja nowej ery: „Odkryjemy tuszowanie”.
Czy rzeczywiście odkryją? Czy kiedykolwiek poznamy prawdę?
Być może pytanie o „prawdę” jest równie mylące, jak pytanie o „statki kosmitów”. Prawda o zjawisku UAP nie jest bowiem pojedynczym faktem, który czeka na odkrycie w jakimś tajnym sejfie w Nevadzie. To raczej mozaika — złożona z tysięcy okruchów doświadczeń, dokumentów, zeznań, zapisów radarowych i psychologicznych projekcji.
Niemiecki socjolog Michael Schetsche, zapytany o to, jak wyobraża sobie pierwszy kontakt z inteligencją pozaziemską, odpowiedział: „Nie sądzę, byśmy to my znaleźli kosmitów — raczej to my zostaniemy znalezieni”. I dodał: „Gdyby naprawdę stało się tak, że zostalibyśmy znalezieni przez inteligencję pozaziemską, nie wyszłoby to ludzkości na dobre”.
To pesymistyczna wizja, ale warto ją przemyśleć. Schetsche argumentuje, że kontakt z cywilizacją technologicznie przewyższającą naszą zniszczyłby fundamenty naszego światopoglądu. Religie musiałyby na nowo zdefiniować relację między Bogiem a kosmitami. Państwa narodowe straciłyby wiarygodność w obliczu siły zdolnej zniszczyć kontynent jednym ruchem. Gospodarka pogrążyłaby się w chaosie, gdyby koncerny zaczęły walczyć o pozaziemskie technologie.
Czy na pewno tak by było? Nie wiemy. I właśnie ta niewiedza jest zarówno przekleństwem, jak i błogosławieństwem. Przekleństwem, bo skazuje nas na domysły i spekulacje. Błogosławieństwem, bo pozostawia przestrzeń dla nadziei.
W końcu, jak zauważył Michael Shermer na łamach Świata Nauki, istnieje pewna prawidłowość: ludzkość wraz z rozwojem cywilizacji staje się bardziej pokojowa. Jeśli więc kosmici są od nas bardziej rozwinięci, być może są też bardziej pokojowi. To optymistyczna hipoteza, choć równie nie do udowodnienia jak jej przeciwieństwo.
Książka, którą oddaję w państwa ręce, jest próbą holistycznego spojrzenia na zjawisko UAP. Holistycznego, czyli takiego, które nie redukuje go ani do wymiaru czysto militarno-technicznego, ani wyłącznie psychologicznego, ani jedynie duchowego. Zjawisko to, jak zobaczymy, ma wszystkie te wymiary naraz i żaden z nich nie wyczerpuje jego istoty.
Będziemy podróżować przez czas i przestrzeń. Od starożytnych Indii, gdzie eposy opisują Vimany — latające pojazdy bogów; przez średniowieczną Norymbergę, gdzie mieszkańcy z przerażeniem patrzyli na niebiańską bitwę kul i krzyży; przez Amerykę końca XIX wieku, gdzie tajemnicze sterowcy straszyły farmerów z Teksasu; przez epokę zimnej wojny, gdy foo fighters towarzyszyły alianckim bombowcom nad Niemcami.
Zatrzymamy się przy każdym z kluczowych momentów: Roswell, Kenneth Arnold, Betty i Barney Hill, Socorro, Las Rendlesham, fala belgijska, Ariel School. I wreszcie — czasy najnowsze: USS Nimitz, USS Theodore Roosevelt, przesłuchania w Kongresie, David Grusch, raporty AARO.
W każdej z tych opowieści będziemy szukać nie tyle odpowiedzi na pytanie „co się wydarzyło?”, ile raczej odpowiedzi na pytanie „jak to wydarzenie odbija się w naszej zbiorowej świadomości?”. Bo ostatecznie Kroniki Nieba są kronikami nas samych. Naszych lęków, nadziei, pragnień i ograniczeń.
Jeffrey Kripal, mówiąc o przyszłości projektu Archives of the Impossible, powiedział coś, co chciałbym uczynić mottem tej książki: „To, czego naprawdę chcę, to pewnego rodzaju centrum, materialna baza dla tej rozmowy, która będzie kontynuowana długo po tym, jak mnie i nas wszystkich już nie będzie. To dla mnie dociekanie międzypokoleniowe. To nie jest jednorazowe wydarzenie”.
I ja tak postrzegam tę książkę — jako część większej rozmowy. Rozmowy, która toczy się od tysiącleci, a która w ostatnich latach nabrała niespodziewanego przyspieszenia. Zapraszam państwa do udziału w tej rozmowie. Nie jako wyrocznia, nie jako prorok, nie jako sędzia. Ale jako przewodnik po mapie nieznanego.
Mapa ta jest niekompletna. Niektóre jej fragmenty są zamazane, inne celowo zafałszowane, jeszcze inne dopiero czekają na odkrycie. Ale sama podróż — samo przemierzanie tego terytorium — ma wartość nie do przecenienia. Bo uczy nas pokory wobec tajemnicy, krytycyzmu wobec autorytetów i otwartości na to, co niewyobrażalne.
A jeśli przy okazji okaże się, że nie jesteśmy sami? Że gdzieś tam, w bezkresnych przestrzeniach kosmosu, istnieje Inny, który od tysiącleci obserwuje nasze wzloty i upadki? Że wszystkie te światła na niebie, wszystkie te dziwne spotkania, wszystkie te opowieści o porwaniach i badaniach miały jednak jakieś realne, zewnętrzne źródło?
Jeśli tak się okaże, to ta książka będzie jedynie skromnym wstępem do czegoś znacznie większego. Do opowieści, której końca nie doczeka żadne żyjące dziś pokolenie.
Ale nawet jeśli okaże się, że wszystkie te zjawiska mają naturalne, prozaiczne wyjaśnienie — że były tylko grą świateł, pomyłkami radarów, zbiorowymi halucynacjami lub świadomymi mistyfikacjami — to i tak nasza podróż nie pójdzie na marne. Bo poznamy lepiej samych siebie. A to, w ostatecznym rozrachunku, jest chyba najważniejszym celem każdej intelektualnej przygody.
Zapraszam zatem do lektury.
Autor Zima 2026
Część I: Pre-Ufologia i Anomalie Historyczne
Rozdział 1: Rydwany Bogów i Niebiańskie Bitwy (przed 1561)
Gdy patrzymy w niebo, patrzymy w głąb siebie. Ta prosta prawda towarzyszy ludzkości od zarania dziejów. Nasi przodkowie, podobnie jak my, wznosili wzrok ku firmamentowi w poszukiwaniu znaków, ostrzeżeń, obietnic. I podobnie jak my, znajdowali tam rzeczy, których nie potrafili wyjaśnić. Różnica między nami a nimi nie leży w samym doświadczeniu — leży w języku, jakim je opisywali.
Dziś, gdy pilot myśliwca F/A-18 zgłasza kontakt z obiektem typu „Tic-Tac”, jego raport trafia do systemów dowodzenia, jest analizowany przez sztabowców, a w końcu — jeśli spełnia odpowiednie kryteria — ląduje w bazach danych biura AARO. Gdy średniowieczny chłop widział na niebie ognistą kulę, jego raport trafiał… donikąd. Albo raczej — trafiał do kronik klasztornych, gdzie mnisi przepisywali go staranną łaciną, nadając mu kształt zrozumiały dla ich epoki. Ognista kula stawała się „znakiem od Boga”. Dziwny obiekt na niebie stawał się „procesją duchów” lub „armią aniołów”.
Czy to znaczy, że nasi przodkowie byli naiwni? Wręcz przeciwnie. Byli tak samo racjonalni jak my — tyle że operowali w ramach innych paradygmatów wyjaśniania świata. Dla średniowiecznego umysłu istnienie aniołów było równie oczywiste, jak dla nas istnienie fal elektromagnetycznych. Jeśli więc widzieli coś niezwykłego, interpretowali to w kategoriach, które były dla nich dostępne. To nie ich naiwność jest tu interesująca — to nasza własna, gdy sądzimy, że jako pierwsi w dziejach mamy do czynienia z fenomenem niezidentyfikowanych obiektów latających.
Prawda jest bowiem taka, że ludzkość od zawsze miała swoje UFO. Zmieniały one tylko nazwy i interpretacje.
Ogień i rydwany: Starożytność
Zacznijmy od Indii, bo to tam znajdziemy jedne z najbardziej spektakularnych opisów. W sanskryckich eposach — Ramajanie i Mahabharacie — czytamy o Vimanach, latających pojazdach bogów i bohaterów. Nie były to zwykłe wehikuły. Opisywano je jako zdolne do poruszania się we wszystkich kierunkach, na ogromne odległości, zarówno w atmosferze, jak i w przestrzeni kosmicznej. Potrafiły zawisać nieruchomo w powietrzu, znikać i pojawiać się w oddali z prędkością myśli.
Sam termin Vimana pojawia się w Rygwedzie, najstarszym z indyjskich pism, datowanym na około 1500–1200 lat przed naszą erą. W jednym z hymnów czytamy: „Trójdzielny był ten rydwan, trójkołowy, trzymiejscowy, trzykrotnie wyposażony. Trzy koła obracały się na piaście. Niewzruszony, niepowstrzymany, zwycięski”. Dla współczesnego ucha brzmi to jak opis czegoś niesamowicie zaawansowanego.
Profesor Dileep Kumar Kanjilal, indyjski sanskrytolog i badacz starożytnych tekstów, przez lata analizował te opisy pod kątem technologicznym. W swojej książce Vimana in Ancient India doszedł do wniosku, że niektóre fragmenty zawierają zaskakująco precyzyjne opisy tego, co dziś nazwalibyśmy aerodynamiką i metalurgią. Ale Kanjilal był uczciwym badaczem — przyznawał, że większość opisów ma charakter mityczny, a same Vimany są przede wszystkim atrybutami boskości.
Czy to możliwe, że starożytni Hindusi widzieli na niebie coś, czego nie potrafili wyjaśnić, i nadali temu kształt znany z ich kultury — kształt boskiego rydwanu? To hipoteza, która przewija się w badaniach nad paleoastronautyką, choć środowisko naukowe traktuje ją z dużą rezerwą.
Przenieśmy się do starożytnego Rzymu. 218 rok przed naszą erą. Trwa druga wojna punicka. Hannibal właśnie przekroczył Alpy ze swoimi słoniami i zagraża Italii. Rzymianie żyją w ciągłym napięciu. I właśnie wtedy, jak relacjonuje Liviusz w swoim dziele Ab Urbe Condita, na niebie pojawiają się dziwne zjawiska. W Arpi widziano „tarczę płonącą” (clipeus ardens), która przesuwała się po niebie z zachodu na wschód. W tym samym czasie w Rzymie zaobserwowano „okrągłą tarczę” na niebie.
Rzymski historyk Juliusz Obsequens, żyjący w IV wieku naszej ery, zebrał te i inne relacje w swoim katalogu Liber Prodigiorum (Księga dziwów). Opisał tam około sześćdziesięciu przypadków z lat 249–12 przed naszą erą, w których pojawiały się „ogniste kule”, „pochodnie na niebie”, „trzy księżyce naraz” czy „światła w nocy rozświetlające mrok”. Dla Rzymian takie zjawiska były prodigia — znakami od bogów, ostrzeżeniami, że coś jest nie tak w relacji między ludźmi a siłami nadprzyrodzonymi.
W 90 roku przed naszą erą, w momencie gdy Rzym targany był wojnami domowymi, pojawiło się zjawisko, które kronikarze opisali jako „ognistą kulę wielkości Słońca”. Kula ta przetoczyła się po niebie, a na ziemię spadły odłamki — jeden z nich, jak głosi legenda, zabił ptaka. Gdyby to wydarzyło się dziś, mielibyśmy do czynienia z doskonale udokumentowanym przypadkiem upadku meteorytu. Ale Rzymianie interpretowali to jako ostrzeżenie przed nadchodzącymi nieszczęściami.
Czy się mylili? Z perspektywy nauki — tak. Z perspektywy społecznej funkcji takich interpretacji — nie. Dzięki nim chaos niezwykłego zjawiska zyskiwał sens, stawał się częścią uporządkowanego świata.
Średniowieczne niebo: Smoki, krzyże i procesje duchów
Średniowiecze to epoka, w której niebo było gęsto zaludnione. Nie tylko przez ptaki i chmury, ale przede wszystkim przez istoty nadprzyrodzone. Aniołowie, demony, dusze zmarłych — wszystkie one mogły objawić się w każdej chwili, dając znak żyjącym. Gdy więc na niebie pojawiało się coś niezwykłego, interpretacja była gotowa z góry.
Anglosaska kronika z roku 793 odnotowuje: „W tym roku straszliwe znaki pojawiły się nad Northumbrią, które przeraziły mieszkańców niezmiernie. Były to ogromne smugi światła przecinające niebo, wirujące smoki lecące w powietrzu i ogniste kule”. To ten sam rok, w którym wikingowie po raz pierwszy zaatakowali klasztor na Lindisfarne — wydarzenie, które wstrząsnęło chrześcijańską Europą. Czy niezwykłe zjawiska na niebie były zapowiedzią najazdu? A może — jak chcą niektórzy badacze — sama pamięć o najazdach wpłynęła na sposób, w jaki kronikarze opisywali zjawiska?
W roku 776, za panowania Karola Wielkiego, podczas wojny z Sasami, miało miejsce niezwykłe wydarzenie. Według kronik, gdy obie armie stały naprzeciw siebie, gotowe do bitwy, na niebie pojawiły się „dwie ogniste tarcze”. Zawirowały nad polem bitwy, a następnie zniknęły. Sasowie, uznawszy to za znak od swoich bogów, rzucili się do ataku — i zostali rozbici. Czy to możliwe, że jakieś zjawisko atmosferyczne wpłynęło na wynik bitwy? Historycy wojskowości nie biorą tego pod uwagę. Ale faktem jest, że wiele starożytnych i średniowiecznych bitew poprzedzonych było obserwacjami dziwnych zjawisk na niebie.
Jedną z najsłynniejszych średniowiecznych obserwacji odnotowano w opactwie Byland w Yorkshire, w roku 1290. Według relacji mnichów, pewnej nocy pojawił się nad klasztorem „duży, srebrzysty, okrągły obiekt”, który przeleciał powoli nad budynkami, po czym zniknął za horyzontem. Kronikarz zapisał, że mnisi byli „przerażeni i zdumieni” tym widokiem. Co ciekawe, opis jest niezwykle trzeźwy jak na średniowieczne standardy — brak w nim wzmianek o aniołach czy demonach. To po prostu relacja z obserwacji czegoś dziwnego.
Profesor Ronald Story, autor The Encyclopedia of UFOs, zwraca uwagę na coś niezwykle istotnego: „Gdy badamy średniowieczne kroniki, uderza nas konsystencja opisów na przestrzeni wieków i niezależnie od miejsca. Ludzie w różnych zakątkach Europy, którzy nie mieli ze sobą kontaktu, opisywali podobne zjawiska: okrągłe lub cylindryczne obiekty, kule ognia, światła poruszające się po niebie w sposób zaprzeczający ruchowi ciał niebieskich”.
To ważna obserwacja. Jeśli te opisy byłyby wyłącznie wytworem wyobraźni napędzanej wierzeniami religijnymi, spodziewalibyśmy się znacznie większej różnorodności — każda kultura miałaby swoje własne demony i swoje własne sposoby ich opisywania. Tymczasem mamy do czynienia z uderzającą powtarzalnością. Okrągłe, latające obiekty pojawiają się w kronikach z całego świata, od Europy po Daleki Wschód.
W Japonii, w roku 1180, odnotowano obserwację „latającego, okrągłego naczynia” nad prefekturą Kii. Obiekt został opisany jako „gliniane naczynie” unoszące się nad górą. Kronikarz zapisał, że wiele osób widziało to samo i było „głęboko zaniepokojonych”. W chińskich kronikach z czasów dynastii Song (960–1279) znajdujemy opisy „ognistych kół” przecinających niebo.
Czy to możliwe, że przez całe stulecia, we wszystkich zakątkach świata, ludzie systematycznie mylili się co do tego, co widzą? Oczywiście, że tak — ludzki mózg jest mistrzem w popełnianiu błędów percepcyjnych. Ale skala i spójność tych obserwacji jest intrygująca.
14 kwietnia 1561 roku: Niebo nad Norymbergą płonie
Przejdźmy teraz do wydarzenia, które stanowi kamień milowy w naszej opowieści. 14 kwietnia 1561 roku, o świcie, mieszkańcy Norymbergi — jednego z najważniejszych miast Rzeszy — stali się świadkami czegoś, co przeszło do historii jako jeden z najbardziej spektakularnych przypadków masowej obserwacji przed erą nowożytną.
Tego dnia niebo nad miastem wypełniło się obiektami. Były tam kule w różnych kolorach — czarne, niebieskie, czerwone. Były krzyże, które pojawiały się i znikały. Były walce, z których zdawały się wyłaniać mniejsze obiekty. To wszystko toczyło ze sobą bitwę przez ponad godzinę, by w końcu runąć na ziemię w chmurze dymu.
Mamy szczęście, że wydarzenie to zostało szczegółowo udokumentowane. Hans Glaser, artysta i rytownik, wykonał drzeworyt przedstawiający tę scenę i opatrzył go szczegółowym opisem. Jego praca zachowała się do dziś i znajduje się w zbiorach Zentralbibliothek w Zurychu.
Oto co napisał Glaser:
„Rankiem 14 kwietnia 1561 roku, o świcie, przed wschodem słońca, wydarzyło się przerażające zjawisko na niebie nad Norymbergą. Widziano wiele kul i krzyży w słońcu, które walczyły ze sobą w wielkiej furii. Następnie wszystkie, jak opisano, spadły z nieba na ziemię, jakby płonęły, i w końcu zniknęły w gęstym dymie. Po tym wszystkim ukazał się na niebie coś w kształcie czarnej włóczni, skierowanej na zachód”.
Glaser opisuje obiekty w sposób niezwykle szczegółowy. Mówi o „dwóch dużych walcach”, czerwonych, niebieskich i czarnych kulach, dyskach w kolorze krwi, krzyżach w różnych kolorach. Wszystkie te obiekty, według niego, „najpierw walczyły ze sobą, a potem spadły na ziemię, jakby świat płonął, i spłonęły z wielkim dymem”.
Co ciekawe, Glaser nie sugeruje żadnego nadprzyrodzonego wyjaśnienia. Nie mówi o aniołach ani demonach. Opisuje po prostu to, co według niego widział — i robi to z precyzją, która zadziwia nawet dziś. To czysty reportaż, nie teologia.
Oczywiście, sceptycy mają swoje wyjaśnienia. Najczęściej pojawia się hipoteza, że było to zjawisko atmosferyczne — parheliony, czyli słońca poboczne, połączone z nietypowym ułożeniem chmur i grą świateł. Parheliony rzeczywiście mogą tworzyć na niebie wrażenie wielu świetlistych obiektów. Ale czy mogą wyjaśnić opisy walki, ruchu, spadania na ziemię? To już bardziej wątpliwe.
Inni wskazują na możliwość, że Glaser przedstawił wizję religijną — ostrzeżenie przed grzechami, wezwanie do pokuty. W końcu Niemcy XVI wieku były krajem wstrząsanym reformacją, napięciami religijnymi, lękiem przed końcem świata. Tego typu wizje nie były rzadkością.
Ale jest coś, co odróżnia tę relację od typowych wizji religijnych. Wizje zazwyczaj mają czytelny przekaz teologiczny. Tu go brak. Glaser nie mówi, że to Bóg ostrzega przed grzechami. Nie mówi, że to szatan kusi wiernych. Mówi po prostu: „widziano wiele kul i krzyży, które walczyły ze sobą, a potem spadły”. To język obserwatora, nie kaznodziei.
Drzeworyt Glasera stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych obrazów w historii ufologii. Reprodukowany w niezliczonych książkach, analizowany przez badaczy, wykorzystywany jako dowód na to, że zjawisko UFO towarzyszy ludzkości od wieków. I rzeczywiście, jeśli spojrzeć na ten obraz, trudno oprzeć się wrażeniu, że przedstawia on coś, co dziś nazwalibyśmy flotyllą UAP.
Niebiańskie bitwy jako zjawisko kulturowe
Incydent norymberski nie był odosobniony. Cztery lata później, w 1566 roku, nad Bazyleą w Szwajcarii zaobserwowano podobne zjawisko. Samuel Coccius, autor broszury opisującej to wydarzenie, relacjonował, że mieszkańcy widzieli „czarne kule na niebie, które poruszały się z wielką prędkością i walczyły ze sobą w wielkim słońcu”.
A w roku 1577, nad całą Europą — od Szwajcarii po Niemcy, od Francji po Danię — zaobserwowano wielką kometę. Tymoteusz Bright, angielski lekarz i kronikarz, opisał ją jako „straszną i cudowną kometę, która pojawiła się na niebie i przerażała wszystkich, którzy ją widzieli”. Dziś wiemy, że to była Wielka Kometa z 1577 roku, jedno z najjaśniejszych tego typu zjawisk w historii. Ale wówczas interpretowano ją jako znak — ostrzeżenie przed nadchodzącymi katastrofami, wojnami, śmiercią władców.
Duński astronom Tycho Brahe, który obserwował tę kometę ze swojego obserwatorium na wyswen Hven, dokonał przełomowego odkrycia. Dzięki precyzyjnym pomiarom paralaksy udowodnił, że kometa znajduje się dalej niż Księżyc — a zatem musi być zjawiskiem astronomicznym, a nie atmosferycznym. To był cios w arystotelesowski obraz świata, według którego sfera podksiężycowa była domeną zmian i zniszczenia, a sfery nadksiężycowe — doskonałe i niezmienne. Kometa pokazała, że zmiany zachodzą także wysoko nad nami.
Ale Tycho Brahe był człowiekiem swojej epoki. Mimo naukowego podejścia do obserwacji, nie odrzucał całkowicie astrologii. Wierzył, że komety mogą być zapowiedzią ważnych wydarzeń. Po prostu — w przeciwieństwie do większości współczesnych — uważał, że trzeba to udowodnić, a nie tylko głosić.
Interpretacje: Od teologii do paleoastronautyki
Jak zatem interpretować te wszystkie opisy? Nauka podchodzi do nich z dużą rezerwą. Dla historyka są to źródła o ograniczonej wiarygodności — kronikarze często przepisywali od siebie, dodawali elementy symboliczne, podporządkowywali relacje teologicznym potrzebom. Dla astronoma to najprawdopodobniej znane zjawiska — meteory, komety, zorze, parheliony — opisane językiem epoki.
Ale są też interpretacje odważniejsze. W latach 60. XX wieku szwajcarski pisarz Erich von Däniken spopularyzował teorię paleoastronautyki, według której starożytne teksty i dzieła sztuki dowodzą wizyt kosmitów w zamierzchłej przeszłości. Jego książka Wspomnienia z przyszłości stała się światowym bestsellerem, a jej tytułowe „rydwany bogów” — nawiązujące właśnie do Viman i podobnych opisów — na stałe weszły do popkultury.
Von Däniken pytał retorycznie: „Czy nasi przodkowie mogli pomylić astronautów w skafandrach z bogami? Czy latające maszyny mogli opisać jako ogniste rydwany?” I odpowiadał twierdząco. Dla niego starożytne teksty są dowodem na kontakt z zaawansowaną cywilizacją pozaziemską.
Nauka, delikatnie mówiąc, nie podziela tego entuzjazmu. Archeolodzy, historycy i antropolodzy wskazują, że von Däniken wybiera z kontekstu tylko to, co pasuje do jego teorii, ignorując całą resztę — w tym fakt, że starożytni ludzie mieli własne, bogate systemy wierzeń i symboli, które doskonale wyjaśniają ich opisy bez potrzeby sięgania po kosmitów.
Profesor Kenneth Feder z Central Connecticut State University, autor książki Frauds, Myths, and Mysteries: Science and Pseudoscience in Archaeology, poświęcił wiele lat demaskowaniu teorii paleoastronautycznych. W jednym z wywiadów powiedział: „Problem z von Dänikenem i jemu podobnymi polega na tym, że traktują starożytnych ludzi jak głupców. Zakładają, że nasi przodkowie nie byli w stanie samodzielnie wymyślić skomplikowanych mitów i symboli, że potrzebowali do tego pomocy z zewnątrz. To nie tylko antynaukowe, to po prostu obraźliwe”.
Feder ma rację — ale tylko częściowo. Starożytni ludzie z pewnością nie byli głupi. Mieli swoje teorie na temat świata, swoje sposoby wyjaśniania zjawisk, swoje systemy wiedzy. I właśnie dlatego, gdy widzieli coś niezwykłego, interpretowali to w ramach tych systemów. To nie czyni ich relacji bezwartościowymi — czyni je trudnymi w odczytaniu.
Most nad przepaścią czasu
Stajemy więc przed pytaniem: jak połączyć te starożytne i średniowieczne obserwacje z tym, co wiemy o współczesnym zjawisku UAP? Czy istnieje ciągłość, czy tylko złudzenie ciągłości?
Jacques Vallée, francuski astronom i informatyk, który przez dziesięciolecia badał zjawisko UFO, zaproponował radykalną hipotezę. Według niego UFO nie są pojazdami kosmitów w prostym sensie — są raczej czymś w rodzaju systemu kontrolnego, który od wieków oddziałuje na ludzką świadomość, przybierając formy zrozumiałe dla danej epoki. Dla ludzi średniowiecza były to procesje duchów i niebiańskie bitwy. Dla ludzi XX wieku — statki kosmiczne z pilotami. Jutro mogą przybrać inną formę.
Vallée pisze: „Zjawisko UFO zachowuje się jak system socjologiczny, a nie fizyczny. Jego celem może być manipulacja ludzką percepcją i wierzeniami, a nie prosta interakcja fizyczna”.
To fascynująca perspektywa, bo łączy to, co pozornie niepołączalne. Jeśli Vallée ma rację, to incydent norymberski i incydent z USS Nimitz są dwiema manifestacjami tego samego zjawiska — tyle że ubranymi w kostiumy właściwe dla swoich epok. W XVI wieku zjawisko przybrało formę religijnej wizji. W XXI wieku — formę technologicznego wyzwania dla najnowocześniejszych systemów uzbrojenia.
Czy to możliwe? Nie wiemy. Ale hipoteza Vallée ma tę zaletę, że wyjaśnia spójność opisów na przestrzeni wieków. Gdyby zjawisko było czysto fizyczne — na przykład pojazdy kosmitów — spodziewalibyśmy się większej zmienności. Tymczasem mamy do czynienia z uderzającą powtarzalnością pewnych motywów: okrągłe obiekty, światła, zdolność do zawisania w powietrzu, nagłe zniknięcia.
Z drugiej strony, gdyby zjawisko było czysto psychologiczne — zbiorowe halucynacje, błędy percepcyjne — spodziewalibyśmy się, że będzie podążać za zmieniającymi się wierzeniami. Tymczasem ono zdaje się wyprzedzać te wierzenia. W XVI wieku ludzie nie marzyli o lotach kosmicznych — a jednak widzieli obiekty, które dziś nazwalibyśmy latającymi spodkami.
Lekcja z przeszłości
Co zatem wynika z tej podróży przez starożytność i średniowiecze? Przede wszystkim to, że zjawisko, które dziś nazywamy UAP, nie jest wynalazkiem XX wieku. Nie narodziło się wraz z lotem Kennetha Arnolda w 1947 roku. Nie jest wytworem zimnej wojny i lęku przed atomową zagładą. Ma korzenie sięgające głęboko w przeszłość, w czasy, gdy ludzie interpretowali je przez pryzmat swoich wierzeń, ale — co kluczowe — opisywali je w sposób zadziwiająco spójny.
To nie znaczy oczywiście, że każda starożytna relacja o „ognistych tarczach” czy „latających rydwanach” jest dowodem na wizytę kosmitów. Większość z nich ma prozaiczne wyjaśnienia — od meteorów po zjawiska atmosferyczne, od błędów percepcyjnych po celowe mistyfikacje. Ale fakt, że te opisy istnieją, że pojawiają się w różnych kulturach i epokach, że wykazują pewną spójność — to wszystko powinno nas skłonić do ostrożności w formułowaniu zbyt prostych wniosków.
Niemiecki filozof Hans-Georg Gadamer, twórca hermeneutyki filozoficznej, uczył, że rozumienie tekstów z przeszłości wymaga od nas świadomości własnego horyzontu interpretacyjnego. Nie możemy czytać średniowiecznych kronik tak, jakby były raportami policyjnymi. Musimy brać pod uwagę kontekst, w jakim powstawały, cele, jakie im przyświecały, język, jakim się posługiwano. Ale jednocześnie nie możemy z góry odrzucać możliwości, że te teksty mówią nam coś prawdziwego o rzeczywistości — nawet jeśli ta prawda jest opakowana w formy, które dziś wydają się nam dziwaczne.
To samo dotyczy współczesnych relacji o UAP. Gdy pilot David Fravor zeznaje przed Kongresem, że widział obiekt typu „Tic-Tac” wykonujący manewry niemożliwe dla znanej technologii, musimy rozumieć kontekst jego zeznań — ale nie możemy z góry zakładać, że się mylił. Jego relacja, podobnie jak relacja Hansa Glasera sprzed prawie pięciuset lat, jest zapisem ludzkiego doświadczenia. A doświadczenie, nawet jeśli niepełne, nawet jeśli zniekształcone, zawsze jest punktem wyjścia do poszukiwania prawdy.
Zakończenie: Niebo pełne tajemnic
Niebo nad nami nigdy nie było puste. Zawsze było pełne ruchu, światła, tajemnic. Nasi przodkowie patrzyli w nie z podziwem i lękiem, szukając znaków i ostrzeżeń. My patrzymy w nie z podobnym mieszanym uczuciem — tyle że dziś mamy radary, satelity i nagrania z kamer podczerwieni.
Czy to oznacza, że jesteśmy bliżej rozwiązania zagadki? Nie wiem. Ale wiem, że bez zrozumienia tej długiej historii — bez wiedzy o Vimanach, o clipei ardentes, o niebiańskiej bitwie nad Norymbergą — nie zrozumiemy w pełni współczesnego zjawiska. Ono nie istnieje w próżni. Jest częścią ciągłości sięgającej tysięcy lat wstecz.
W kolejnych rozdziałach zobaczymy, jak ta ciągłość przejawiała się w kolejnych epokach. Od tajemniczych sterowców końca XIX wieku, przez foo fighters II wojny światowej, po wielkie fale obserwacji w czasach zimnej wojny. I wreszcie — po czasy najnowsze, gdy zjawisko UAP stało się przedmiotem debaty w Kongresie Stanów Zjednoczonych.
Ale na razie zostańmy jeszcze na chwilę w XVI wieku. Wyobraźmy sobie mieszkańca Norymbergi, który 14 kwietnia 1561 roku wyszedł przed świtem z domu i zobaczył na niebie coś, czego nie potrafił nazwać. Jego świat — świat religijnych pewników, hierarchii społecznej, ustalonego porządku rzeczy — na chwilę się zachwiał. Potem pewnie poszedł do kościoła, pomodlił się, wrócił do codziennych zajęć. Ale tamto doświadczenie pozostało w nim na zawsze.
Takich ludzi były tysiące. W różnych epokach, w różnych miejscach, w różnych kulturach. Wszyscy oni widzieli coś, czego nie potrafili wyjaśnić. I wszyscy, na swój sposób, próbowali to opisać.
My dziś mamy szansę połączyć ich opisy w jedną, wielką opowieść. Opowieść o ludziach patrzących w niebo i o tym, co tam znajdowali. Opowieść, która wciąż się pisze. I której końca — być może — nie doczekamy nigdy.
Bo niebo wciąż jest pełne tajemnic. I choć nasze narzędzia są coraz doskonalsze, choć nasza wiedza rośnie z każdym dniem, choć Kongres przesłuchuje świadków, a Pentagon publikuje raporty — jedno pozostaje niezmienne.
Gdy patrzymy w górę, patrzymy w głąb siebie. I wciąż nie wiemy, co tam znajdziemy.
Rozdział 2: Tajemnicze Sterowce (1896–1897)
Ameryka końca XIX wieku była krajem, który nauczył się patrzeć w niebo. Nie po to jednak, by wypatrywać znaków od bogów, jak czynili to średniowieczni mnisi, ani by badać tory ruchu ciał niebieskich, jak astronomowie poprzednich stuleci. Amerykanie roku 1896 patrzyli w górę w poszukiwaniu czegoś znacznie bardziej przyziemnego, a zarazem rewolucyjnego — dowodu, że człowiek wreszcie okiełznał żywioł powietrza.
Era wynalazków była w pełnym rozkwicie. Edison zapalił żarówkę. Bell rozmawiał przez telefon. Daimler i Benz postawili na koła silnik spalinowy. Wydawało się, że każdy tydzień przynosi nowy cud techniki, który przesuwa granice tego, co możliwe. Nic dziwnego, że przeciętny obywatel Sacramento, Omaha czy Dallas żył w przekonaniu, iż kwestią miesięcy, a nie lat, jest skonstruowanie maszyny latającej. Pytanie brzmiało nie „czy”, lecz „kto” i „kiedy”.
I właśnie w tej atmosferze wyczekiwania, w listopadzie 1896 roku, nad Kalifornią pojawiły się światła, których nikt nie potrafił wyjaśnić.
Narodziny fenomenu: Sacramento, 17 listopada 1896
Wieczór 17 listopada 1896 roku zapisał się w historii niewielkim artykułem w Sacramento Bee, który ukazał się następnego ranka. Relacjonowano w nim, że mieszkańcy stolicy Kalifornii byli świadkami niezwykłego zjawiska: jasnego światła przesuwającego się wolno po niebie na wysokości około tysiąca stóp. Światło było na tyle silne, że nie sposób było pomylić go z gwiazdą czy planetą. Niektórzy świadkowie dostrzegli za nim ciemny, wydłużony kształt.
R.L. Lowery, jeden z obserwatorów, zeznał, że słyszał głos dobiegający z obiektu — komendę zwiększenia wysokości, by uniknąć zderzenia z wieżą kościelną. Lowery dodał jednak, co badacze później uznali za puszczenie oka do czytelnika, że kapitan statku musiał mieć na myśli wieżę pobliskiego browaru, bo w okolicy nie było żadnego kościoła. Ten drobny, humorystyczny detal jest niezwykle ważny — pokazuje, że nawet najwcześniejsze relacje traktowane były z przymrużeniem oka, a dziennikarze i świadcy bawili się konwencją, nie do końca pewni, czy opisują rzeczywistość, czy może padli ofiarą zbiorowego żartu.
Lowery poszedł dalej w swoich opisach. Twierdził, że statek napędzany był siłą mięśni dwóch mężczyzn pracujących na pedałach rowerowych. Nad nimi znajdował się przedział pasażerski, a na dziobie zamontowano jasne światło. Niektórzy świadkowie donosili nawet o śpiewach dobiegających z przelatującego obiektu.
Dla współczesnego czytelnika te opisy brzmią jak science fiction w najczystszej postaci. Ale dla Amerykanów 1896 roku miały one pewną logikę. Skoro rowery były szczytem osiągalnej dla zwykłego człowieka technologii, to dlaczego nie miałyby posłużyć jako napęd dla statku powietrznego? Skoro Edison pracował nad fonografem, to dlaczego statek nie miałby transmitować śpiewu?
Fenomen tajemniczych sterowców polega właśnie na tym, że był idealnie dopasowany do swoich czasów. Nie pojawiły się w nich istoty z dużymi oczami i szarymi ciałami, jak w relacjach z połowy XX wieku. Pojawili się w nich ludzie — może nieco dziwni, może mówiący z obcym akcentem, ale jednak ludzie. I to była jedyna rama interpretacyjna, jaką dysponowali świadkowie.
Pułkownik Shaw i pierwsza próba uprowadzenia
Dwa dni po pierwszej obserwacji w Sacramento, 19 listopada 1896 roku, Stockton Daily Mail opublikował historię, która do dziś elektryzuje badaczy zjawiska. Pułkownik H.G. Shaw, wracając powozem z Lodi do Stockton, miał natknąć się na lądowisko niezwykłego statku powietrznego.
Według relacji Shawa, obiekt miał około 150 stóp długości i 25 stóp średnicy. Jego powierzchnia była metaliczna, pozbawiona jakichkolwiek cech charakterystycznych poza sterem i zaostrzonymi końcami. Statek spoczywał na ziemi, a wokół niego krzątały się trzy postacie.
Opis tych istot jest fascynujący. Były one szczupłe, wysokie na około siedem stóp — czyli znacznie przewyższały przeciętnego człowieka epoki. Nie nosiły skafandrów ani hełmów. Po prostu podeszły do powozu Shawa, wydając z siebie „dziwne, ćwierkające dźwięki”. Zbadały pojazd, po czym próbowały zmusić pułkownika, by towarzyszył im z powrotem do statku.
Shaw, jak sam relacjonował, stawiał opór. Istoty — które w artykule nazwano „Marsjanami” — okazały się zaskakująco słabe fizycznie. Nie były w stanie pokonać oporu dorosłego mężczyzny. Po daremnych próbach wsiadły z powrotem do swojego pojazdu, który uniósł się w powietrze i zniknął z ogromną prędkością.
Historycy i badacze ufologii zwracają uwagę na niezwykłość tej relacji. Jest to prawdopodobnie pierwszy opublikowany w historii przypadek próby uprowadzenia człowieka na pokład obcego statku. Pięćdziesiąt lat przed słynnym przypadkiem Betty i Barneya Hillów, na kalifornijskiej prowincji, pułkownik Shaw opisał zdarzenie, które zawierało wszystkie kluczowe elementy przyszłych narracji o abdukcjach: pozaziemski statek, dziwne istoty, próba kontaktu fizycznego.
Oczywiście, natychmiast pojawiły się głosy sceptyków. Shaw mógł zmyślić całą historię dla sławy. Mógł paść ofiarą halucynacji. Mógł też — i to wydaje się najbardziej prawdopodobne — stać się bohaterem żartu, który wymknął się spod kontroli. Ale sama relacja istnieje, zapisana w gazecie, która przetrwała do naszych czasów. I stanowi dowód, że narracja o kontakcie z pozaziemskimi istotami narodziła się na długo przed erą latających spodków.
Prawnicy, wynalazcy i żółte dziennikarstwo
Gdy wieści o obserwacjach rozniosły się po Kalifornii, prasa przeżywała prawdziwe oblężenie. Każdy miał swoją teorię. Najpopularniejsza głosiła, że sterowce są dziełem jakiegoś genialnego wynalazcy, który nie chce jeszcze ujawnić swego dzieła światu. Powszechnie spekulowano, że tym wynalazcą mógł być sam Thomas Edison — na tyle powszechnie, że słynny wynalazca musiał wydać w 1897 roku oświadczenie, w którym stanowczo zaprzeczał, by miał cokolwiek wspólnego z tajemniczymi statkami.
W tę lukę wkroczyli prawnicy. Młody adwokat z San Francisco, George D. Collins, oświadczył prasie, że reprezentuje wynalazcę tajemniczego sterowca. Twierdził, że światła widziane nad Sacramento były nocnymi testami maszyny, która wkrótce zostanie oficjalnie zaprezentowana światu. Prasa ochoczo podchwyciła tę historię, a Collins stał się bohaterem dnia.
Szybko jednak miał pożałować swojej brawury. San Francisco Chronicle nadała mu przydomek „Sterowiec” Collins i tak hucznie reklamowała jego osobę, że adwokat musiał uciekać przed natarczywymi dziennikarzami i ciekawskimi gapiami. Wycofał się ze swoich twierdzeń i dosłownie zniknął z pola widzenia publicznego.
Podobny los spotkał byłego prokuratora generalnego Kalifornii, Williama Henry’ego Harrisona Harta, który również twierdził, że reprezentuje wynalazcę. Jego opowieści były jeszcze bardziej fantastyczne niż Collinsa, ale i on w końcu zamilkł pod naporem pytań.
Te epizody są niezwykle pouczające. Pokazują, że w 1896 roku istniało ogromne społeczne zapotrzebowanie na wyjaśnienie fenomenu w kategoriach ziemskich, ludzkich. Ludzie woleli wierzyć, że za sterowcami stoi genialny wynalazca — może ekscentryk, może samotnik, ale jednak człowiek — niż dopuszczać myśl, że mają do czynienia z czymś całkowicie obcym. To mechanizm psychologiczny, który będzie powracał w historii ufologii: poszukiwanie prozaicznego wyjaśnienia, które oswoi to, co nieoswojone.
William Randolph Hearst, potentat prasowy, w grudniu 1896 roku opublikował w San Francisco Examiner artykuł wstępny, w którym grzmiał przeciwko „fałszywemu dziennikarstwu”. Napisał: „Fałszywe dziennikarstwo ma wiele na sumieniu, ale nie przypominamy sobie bardziej rażącego wybryku niż uporczywe próby wmówienia publiczności, że przestworza w tej okolicy są zaludnione sterowcami. Od tygodni jest oczywiste, że cała historia ze sterowcami to czysty mit”.
Hearst miał rację w jednym: wiele relacji było z pewnością przesadzonych lub zmyślonych. Ale miał też rację w innym: fenomen był na tyle rozpowszechniony, że nie sposób go było zignorować. Od listopada 1896 do maja 1897 roku odnotowano tysiące obserwacji w całych Stanach Zjednoczonych. Liczba świadków mogła przekroczyć sto tysięcy.
Fala wiosenna: Sterowce podbijają Amerykę
Po pierwszej fali kalifornijskiej, która wygasła pod koniec 1896 roku, mogło się wydawać, że temat umrze śmiercią naturalną. Ale wiosną 1897 roku sterowce powróciły — tym razem na Środkowym Zachodzie i Wschodnim Wybrzeżu. Fenomen przemieszczał się ze wschodu na zachód, jakby podążał za słońcem.
2 lutego 1897 roku Omaha Bee doniosła o obserwacji nad Hastings w Nebrasce. W kwietniu relacje napływały już z Missouri, Kansas, Teksasu. Każda miała swój lokalny koloryt, każda dodawała nowe szczegóły do układanki.
W Springfield w Missouri, niejaki W.H. Hopkins natknął się na statek o długości 20 stóp i średnicy 8 stóp. Według relacji opublikowanej w St. Louis Post-Dispatch, pojazd napędzany był trzema dużymi śmigłami, a jego załogę stanowili… piękna naga kobieta i brodaty mężczyzna, również nagi. Hopkins próbował się z nimi porozumieć, by ustalić skąd pochodzą. Wskazali w górę i „wypowiedzieli coś, co brzmiało jak Mars”.
Ta relacja, choć z pewnością absurdalna, jest interesująca z kilku powodów. Po pierwsze, pokazuje, że temat Marsa był już wówczas żywy w świadomości społecznej — za sprawą prac Giovanniego Schiaparelliego, który w 1877 roku zaobserwował na Czerwonej Planecie „kanały”, oraz Percivala Lowella, który popularyzował teorie o marsjańskiej cywilizacji. Po drugie, nagie postacie mogą wskazywać na inspirację mitem „szlachetnego dzikusa” lub po prostu na żart ze strony rzekomych kosmitów.
W innym przypadku, opisanym przez Table Rock Argus 16 kwietnia 1897 roku, grupa „anonimowych, ale wiarygodnych” świadków widziała sterowiec, na pokładzie którego znajdowało się wielu pasażerów. Wśród nich — kobieta przywiązana do krzesła, druga kobieta się nią opiekująca oraz mężczyzna z pistoletem, najwyraźniej pilnujący więźniarki. To brzmi jak żywcem wyjęte z powieści sensacyjnej epoki — i być może właśnie stamtąd pochodziło.
Historyk Mike Dash, który poświęcił wiele lat badaniu fenomenu tajemniczych sterowców, podsumował te relacje w sposób niezwykle trafny:
„Nie tylko były większe, szybsze i solidniejsze niż cokolwiek, co wyprodukowali wówcześni konstruktorzy na świecie; wydawały się zdolne do pokonywania ogromnych odległości, a niektóre wyposażone były w olbrzymie skrzydła. Fala sterowców z lat 1896—1897 jest prawdopodobnie najlepiej zbadaną ze wszystkich historycznych anomalii. Przejrzano archiwa prawie 1500 gazet z całych Stanów Zjednoczonych — to niezwykłe osiągnięcie badawcze. Ogólny wniosek badaczy był taki, że znaczną część prostszych obserwacji można wyjaśnić pomyłką z gwiazdami i planetami, a dużą liczbę bardziej złożonych — żartami i mistyfikacjami. Niewielka reszta pozostaje zagadkowa”.
To „niewielka reszta” jest kluczowa. Dash, choć sceptyczny, przyznaje, że po odrzuceniu wszystkich możliwych wyjaśnień prozaicznych, pozostaje rdzeń przypadków, których nie sposób wytłumaczyć w prosty sposób.
17 kwietnia 1897: Aurora
Ze wszystkich historii związanych z tajemniczymi sterowcami, żadna nie dorównuje sławą incydentowi w Aurorze w Teksasie. To właśnie tutaj, na kilka lat przed tym, jak bracia Wright wznieśli się w powietrze w Kitty Hawk, miała rozbić się maszyna, a jej pilot — istota „nie z tego świata” — miał spocząć w miejscowej ziemi.
19 kwietnia 1897 roku Dallas Morning News opublikowało artykuł autorstwa S.E. Haydona, korespondenta z Aurory. Relacjonował w nim wydarzenia z sobotniego poranka, 17 kwietnia.
Według Haydona, około godziny szóstej rano mieszkańcy usłyszeli dziwny hałas. „Statek powietrzny” — jak go nazwano — przeleciał nad placem miejskim, po czym uderzył w wiatrak należący do sędziego J.S. Proctora. Eksplozja zniszczyła zarówno wiatrak, jak i statek, a szczątki maszyny runęły na ziemię, niszcząc przy okazji ogród kwiatowy sędziego.
Wrak opisywano jako wykonany z „mieszaniny aluminium i srebra”. Musiał ważyć kilka ton. Na jego powierzchni znajdowały się dziwne hieroglify, których nikt nie potrafił odczytać.
Najważniejsze było jednak to, co znaleziono w środku. Pilot statku — jak się okazało, jedyny na pokładzie — nie przeżył katastrofy. Jego ciało było zniekształcone, ale na tyle zachowane, by można było stwierdzić, że „nie jest mieszkańcem tego świata”. Oficer T.J. Weems z pobliskiego Fort Worth, określany jako „ekspert od astronomii”, orzekł, że pilot pochodzi z Marsa.
Mieszkańcy Aurory postąpili z ciałem w sposób, który do dziś wprawia w zdumienie. Zgodnie z artykułem, pochowano je „zgodnie z chrześcijańskim obrządkiem” na miejscowym cmentarzu. Szczątki maszyny wrzucono do studni w pobliżu wiatraka, a część podobno złożono w grobie razem z pilotem.
Czy to możliwe? Czy społeczność teksańskiego miasteczka, w 1897 roku, mogła pochować kosmitę na swoim cmentarzu? I dlaczego nikt o tym nie pamiętał przez następne siedemdziesiąt lat?
Zagadka Aurory: Między historią a mistyfikacją
Przez większą część XX wieku historia Aurory pozostawała zapomniana. Przypomniano sobie o niej dopiero w latach 70., gdy badacze zjawisk niewyjaśnionych zaczęli drążyć archiwa prasowe w poszukiwaniu prekursorów UFO.
W 1973 roku organizacja MUFON (Mutual UFO Network) przeprowadziła w Aurorze śledztwo. Za pomocą detektorów metalu zlokalizowano na cmentarzu miejsce, gdzie pod ziemią znajdowały się duże ilości metalu. Badacze chcieli uzyskać zgodę na ekshumację, ale władze lokalne odmówiły. Gdy kilka lat później wrócili na cmentarz, metal zniknął, a kamień nagrobny, który miał oznaczać grób kosmity, również gdzieś przepadł.
W 1979 roku magazyn Time opublikował wywiad z 86-letnią wówczas Ettą Pegues, wieloletnią mieszkanką Aurory. Jej zeznanie było druzgocące dla entuzjastów teorii o kosmicznej katastrofie. Pegues stwierdziła, że cała historia została wymyślona przez Haydona jako żart, mający na celu zwrócenie uwagi na podupadające miasteczko. „Kolej ominęło Aurorę i miasto umierało” — wyjaśniła.
Czy to rozstrzyga sprawę? Niekoniecznie. Pegues w 1979 roku miała 86 lat, co oznacza, że w chwili rzekomej katastrofy miała zaledwie cztery lata. Jej wiedza o wydarzeniach z 1897 roku pochodziła z opowieści rodzinnych, nie z bezpośredniego doświadczenia. Mogła powtarzać wersję, którą zasłyszała jako dziecko, niekoniecznie zgodną z faktami.
Co więcej, sama tablica historyczna postawiona przed cmentarzem w Aurorze przez władze stanowe Teksasu wspomina o „marsjańskim pochówku” jako o części lokalnej legendy. To nie jest potwierdzenie autentyczności wydarzenia, ale uznanie, że historia ta stała się integralną częścią tożsamości miejsca.
W 2024 roku, po latach, gdy na cmentarzu pojawiał się kamień zastępczy, a turyści zostawiali drobne upominki w domniemanym miejscu spoczynku „Neda” — bo tak zaczęto nazywać pilota — lokalna komisja podjęła decyzję o usunięciu wszystkich pamiątek. Jak ogłoszono, „turystyka nie ma miejsca na świętej ziemi”. Dziś pod drzewem, gdzie rzekomo spoczywa kosmita, znajduje się tylko goła ziemia.
Anatomia fenomenu: Dlaczego sterowce?
Historycy i socjolodzy od dziesięcioleci próbują zrozumieć fenomen tajemniczych sterowców. Dlaczego pojawiły się właśnie wtedy? Dlaczego przybrały akurat taką formę?
Odpowiedzi jest kilka.
Po pierwsze, kontekst technologiczny. Lata 90. XIX wieku to okres gwałtownego rozwoju techniki, ale też okres przed lotem braci Wright. Ludzie wiedzieli, że lot jest możliwy — czytali o balonach, o eksperymentach z napędami — ale nikt jeszcze go nie dokonał. To tworzyło idealną próżnię interpretacyjną. Skoro ktoś musi być pierwszy, dlaczego nie tajemniczy wynalazca testujący swój statek pod osłoną nocy?
Po drugie, kontekst literacki. W latach poprzedzających falę obserwacji ukazało się wiele popularnych powieści o sterowcach i tajemniczych wynalazcach. Cykl opowiadań o Franku Reade’ie, autorstwa Luisa Senarensa, rozpoczął się w 1882 roku i liczył ostatecznie 191 historii, z których wiele dotyczyło lotów powietrznych. Juliusz Verne opublikował w 1886 roku Robura Zdobywcę, powieść o genialnym konstruktorze, który buduje statek powietrzny cięższy od powietrza. Te książki kształtowały wyobraźnię czytelników i dostarczały gotowych schematów interpretacyjnych dla tego, co widzieli na niebie.
Po trzecie, kontekst społeczny. „Żółte dziennikarstwo” epoki Hearsta tworzyło rzeczywistość równoległą, w której fakt i fikcja mieszały się swobodnie. Redaktorzy gazet często spodziewali się, że czytelnicy zrozumieją, iż dana historia jest żartem, ale czytelnicy brali ją za dobrą monetę. Powstawał w ten sposób swoisty rezonans, w którym nikt nie był do końca pewien, co jest prawdą, a co zmyśleniem.
Profesor Robert Bartholomew, socjolog z Nowej Zelandii, który badał fenomen sterowców, zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt — psychologię tłumu. W jego ujęciu, fala obserwacji była klasycznym przykładem „zbiorowej halucynacji” wywołanej sugestią i oczekiwaniem. Gdy pierwsze doniesienia prasowe stworzyły ramę interpretacyjną, kolejni świadkowie dopasowywali swoje obserwacje do tego schematu. Widzieli to, czego się spodziewali zobaczyć.
Ale nawet Bartholomew przyznaje, że nie wszystko da się wyjaśnić w ten sposób. Istnieje „niewielka reszta” — przypadki, w których obserwacji dokonało wiele niezależnych osób, w różnych miejscach, a ich relacje wykazują uderzającą spójność.
Technologiczna niemożliwość
Jednym z kluczowych argumentów przeciwko teorii, że sterowce były dziełem ludzkich rąk, jest ich domniemana doskonałość techniczna. Badacze zwracają uwagę, że w latach 1896—1897 nie istniała technologia pozwalająca na budowę statku powietrznego o możliwościach opisywanych przez świadków.
Owszem, istniały prototypy. Solomon Andrews skonstruował swój „Aereon” i wykonał nim udane loty już w 1863 roku. Ale jego maszyna miała ograniczony zasięg i możliwości. Żaden znany statek powietrzny epoki nie był w stanie pokonywać setek mil, operować na dużych wysokościach, wykonywać ostrych zwrotów i nagłych przyspieszeń.
Co więcej, jak słusznie zauważają sceptycy, utrzymanie w tajemnicy udanej konstrukcji latającej przez dłuższy czas byłoby niemożliwe. Wynalazca, który naprawdę dokonałby takiego przełomu, miałby do wyboru dwie drogi: opatentować swój wynalazek i zdobyć sławę i fortune, albo sprzedać go rządowi za ogromne pieniądze. Żadna z tych dróg nie wiązała się z utrzymywaniem tajemnicy.
A jednak przez wiele miesięcy całe Stany Zjednoczone żyły doniesieniami o sterowcach, a żaden wynalazca nie wyszedł z cienia, by zgarnąć laury. To zastanawiające.
Thomas Edison, jak już wspomniano, musiał publicznie zaprzeczać, że ma cokolwiek wspólnego ze sterowcami. Inni potencjalni kandydaci — Samuel Langley, który eksperymentował z lotami w Smithsonian, czy bracia Wright, którzy w tajemnicy pracowali nad swoją maszyną w Dayton — również nie przyznali się do autorstwa. Langley w 1896 roku rzeczywiście przeprowadzał udane loty swojego modelu napędzanego parą, ale były to loty bezzałogowe, trwające nie dłużej niż minutę. Daleko im było do opisywanych przez świadków wielogodzinnych rejsów nad kontynentem.
Co pozostało?
Gdy odrzucimy mistyfikacje, żarty i błędy percepcyjne, co zostaje z wielkiej fali tajemniczych sterowców?
Zostaje przede wszystkim świadectwo epoki. Fenomen ten pokazuje, jak ludzie końca XIX wieku radzili sobie z niewyjaśnionym. Nie mieli jeszcze gotowej kategorii „UFO” — ta narodziła się dopiero po locie Kennetha Arnolda w 1947 roku. Mieli za to kategorię „tajemniczego wynalazcy”, „geniusza z przyszłości”, „dziwaka, który dokonał niemożliwego”. I w tę kategorię wpasowywali to, co widzieli na niebie.
Zostaje też fascynujące pytanie o ciągłość zjawiska. Jeśli spojrzeć na opisy sterowców — wydłużone kształty, światła, zdolność do zawisania w powietrzu, nagłe przyspieszenia — uderza ich podobieństwo do współczesnych relacji o UAP. Czy to możliwe, że to samo zjawisko, które w XX wieku przybrało formę „latających spodków”, w wieku XIX manifestowało się jako „tajemnicze sterowce”? A może to tylko złudzenie — nasza współczesna potrzeba znajdowania ciągłości tam, gdzie jej nie ma?
Jacques Vallée, o którym wspominałem w poprzednim rozdziale, skłaniałby się ku tej pierwszej interpretacji. Dla niego zmieniające się formy UFO — od rydwanów bogów, przez sterowce, po tic-taki — są dowodem na to, że zjawisko dostosowuje się do epoki, w której się manifestuje. Przyjmuje kształty zrozumiałe dla danej kultury, by móc z nią wejść w interakcję.
Mike Dash, bardziej sceptyczny, pozostawia jednak furtkę. „Niewielka reszta” — te przypadki, których nie sposób wyjaśnić prozaicznie — istnieje. I choć nie dowodzi ona niczego, to jednak nie pozwala zamknąć tematu raz na zawsze.
W Aurorze w Teksasie do dziś stoi cmentarz, na którym — według legendy — spoczywa kosmita. Tablica historyczna wspomina o tym, choć ostrożnie, jako o „legendzie”. Kamienie pamiątkowe zniknęły, turyści już nie przyjeżdżają. Ale historia żyje własnym życiem — w książkach, w internecie, w opowieściach przekazywanych z pokolenia na pokolenie.
I być może o to właśnie chodzi. Nie o to, by udowodnić, że w 1897 roku w Teksasie rozbił się statek kosmiczny. Ale o to, by zrozumieć, dlaczego ludzie potrzebują takich opowieści. Dlaczego w każdej epoce, w każdym zakątku świata, patrzymy w niebo i szukamy tam czegoś więcej niż tylko gwiazd.
Między jawą a snem
Fenomen tajemniczych sterowców uczy nas przede wszystkim pokory wobec źródeł historycznych. Gazety z epoki żółtego dziennikarstwa nie są wiarygodnymi kronikami wydarzeń — są mieszanką faktów, plotek, żartów i świadomych mistyfikacji. Oddzielenie jednego od drugiego jest często niemożliwe.
Ale uczy nas też czegoś innego: że zjawisko UAP, cokolwiek nim jest, nie zaczęło się w 1947 roku. Nie zaczęło się nawet w 1896 roku. Towarzyszy ludzkości od stuleci, zmieniając tylko formy i interpretacje. Od niebiańskich bitew nad Norymbergą, przez tajemnicze sterowce nad Teksasem, po tic-taki nad Pacyfikiem — to wciąż ta sama opowieść o czymś, czego nie rozumiemy, a co uporczywie pojawia się na naszym niebie.
W następnym rozdziale wkroczymy w epokę wojny światowej. Gdy nad Europą przetaczały się armady bombowców, piloci zaczęli dostrzegać na niebie coś, czego nie było na żadnych mapach sztabowych. Nazwali je „foo fighters”. I choć minęło od tego czasu osiemdziesiąt lat, wciąż nie wiemy, czym były.
Tak jak nie wiemy, kim był pilot pochowany w Aurorze. I zapewne nigdy się nie dowiemy.
Część II: Era Modernistyczna i Militarna Doktryna (1940–1959)
Rozdział 3: Foo Fighters i Widma Wojny (1944–1945)
Noc z 27 na 28 listopada 1944 roku była nad Renem wyjątkowo zimna. Porucznik Edward Schlueter, pilot dwusilnikowego myśliwca nocnego Bristol Beaufighter, prowadził swą maszynę wzdłuż rzeki na północ od Strasburga. Za jego plecami, w ciasnej kabinie radarowej, siedział porucznik Donald J. Meiers, wpatrzony w ekran, na którym powinny pojawiać się cele — niemieckie nocne myśliwce, które mogły czyhać w ciemności. Obok nich, jako obserwator i oficer wywiadu, leciał porucznik Fred Ringwald.
Była to rutynowa misja 415. Dywizjonu Myśliwców Nocnych, jednostki stacjonującej we Francji, której zadaniem było przechwytywanie Luftwaffe operującej po zmroku. Nagle Ringwald uniósł wzrok i zamiast wrogich samolotów zobaczył coś, czego nie potrafił nazwać. Przez lewą stronę osłony kabiny przemknęło osiem do dziesięciu jasnopomarańczowych świateł.
— Co to, u diabła, jest? — rzucił w stronę Meiersa.
Meiers spojrzał w swój radar. Ekran był czysty. Żadnego śladu.
Schlueter przechylił maszynę w stronę świateł. Te, jak na komendę, zniknęły. A po chwili pojawiły się znowu, nieco dalej, jakby drażniły się z załogą. Manewr powtórzono kilkukrotnie — za każdym razem światła znikały, by po chwili pojawić się w innym miejscu. Po kilku minutach po prostu rozpłynęły się w ciemności.
Gdy Beaufighter wylądował o świcie na macierzystym lotnisku w Dijon, Meiers był wściekły i zdenerwowany. Podczas odprawy, rzucił na biuro Ringwalda zmięty komiks, który zawsze nosił w tylnej kieszeni spodni. Był to odcinek „Smokey Stover”, popularnej serii o strażaku, który posługiwał się absurdalnym slangiem, w którym często pojawiało się bezsensowne słowo „foo”.
— Znowu te jebane foo fightery! — warknął i trzasnął drzwiami.
Ringwald, jak sam wspominał po latach, spojrzał na komiks i wzruszył ramionami. Skoro nie mieli lepszej nazwy, została im ta. Od tej pory w raportach bojowych 415. Dywizjonu zaczęły pojawiać się wzmianki o „foo fighterach”.
Nikt wtedy nie przypuszczał, że ta nazwa — zrodzona z frustracji i komiksowego żartu — na osiemdziesiąt lat stanie się jednym z najbardziej intrygujących symboli wojennej tajemnicy.
Światła nad Europą
Foo fighters nie pojawiły się znikąd w listopadzie 1944 roku, choć to właśnie wtedy po raz pierwszy nadano im nazwę. Brytyjscy lotnicy z RAF zgłaszali podobne obserwacje już od wiosny 1942 roku. W marcu tamtego roku, nad okupowaną Francją, załogi bombowców zaczęły donosić o dziwnych światłach, które towarzyszyły im podczas nocnych nalotów. Traktowano je wówczas jako ciekawostkę, może efekt zmęczenia, może złudzenie optyczne.
Jednak w kwietniu 1944 roku, gdy alianckie bombowce rozpoczęły nasilone naloty na Bałkany, raportów przybywało. 13 października 1944 roku załoga B-24 Liberator z 178. Dywizjonu RAF, stacjonującego we Włoszech, leciała nad Węgrami, by zbombardować Székesfehérvár. Pilot, oficer Taylor, zauważył czerwone światło, które pojawiało się i znikało za ogonem jego maszyny. Trwało to kilka minut, po czym światło odleciało w bok i zgasło.
Podobne relacje napływały z różnych jednostek. Charles R. Bastien z 8. Armii Powietrznej USA leciał nad Belgią i Holandią, gdy zobaczył „dwa światła przeciwmgielne lecące z ogromną prędkością, które potrafiły błyskawicznie zmieniać kierunek”. Po wylądowaniu oficer wywiadu powiedział mu, że dwie nocne maszyny RAF zgłosiły dokładnie to samo. Co więcej, brytyjskie gazety już o tym pisały.
Różnorodność obserwacji była uderzająca. Niektórzy widzieli pojedyncze kule, inni całe formacje. Jedni opisywali je jako „czerwone”, inni jako „pomarańczowe”, jeszcze inni jako „zielone”. Część pilotów mówiła o światłach wielkości bomb, inni porównywali je do „choinkowych lampek” ułożonych w pionowy rząd. Łączyło je jedno: nigdy nie atakowały. Po prostu były.
Porucznik Wallace Gould z 415. Dywizjonu opisał swoją obserwację: światło pojawiło się przy jego skrzydle, towarzyszyło mu przez kilkanaście sekund, a następnie runęło pionowo w górę z prędkością, która w ciągu chwili wyniosła je na wysokość ponad dwudziestu tysięcy stóp. Żaden samolot tamtej epoki nie był zdolny do czegoś takiego.
— Myślałem, że to jakaś nowa forma samolotu odrzutowego, która nas goni — mówił Gould dziennikarzom. — Ale byliśmy bardzo blisko i żaden z nas nie widział żadnej struktury na tych ognistych kulach.
To kluczowa różnica między foo fighter a późniejszymi UFO z lat pięćdziesiątych. W latach 1944—1945 nikt nie mówił o „statkach”. Nikt nie widział kadłuba, okien, śmigieł czy dyszy wylotowych. Widziano światło. Czyste, niematerialne światło, które zachowywało się jakby było inteligentne, ale nie miało żadnej fizycznej powłoki.
Psychologiczna wojna czy nowa broń?
Amerykański wywiad wojskowy potraktował sprawę poważnie. Grudzień 1944 roku to okres, w którym III Rzesza szykowała się do ofensywy w Ardenach, ale też okres, w którym Niemcy dysponowali już technologiami, o jakich alianci mogli tylko marzyć. Samoloty odrzutowe Me 262, rakiety V-1 i V-2, pociski przeciwlotnicze kierowane radarem — to wszystko istniało i było używane.
Czy foo fighters mogły być kolejną tajną bronią Hitlera?
Fred Ringwald, oficer wywiadu 415. Dywizjonu, sporządził raport, w którym wymienił czternaście oddzielnych incydentów z grudnia 1944 i stycznia 1945 roku. Przekazał go do XII Taktycznego Dowództwa Lotniczego, ale tam nie potrafiono udzielić żadnej odpowiedzi. Zwrócono się więc do Naczelnego Dowództwa Alianckich Sił Ekspedycyjnych (SHAEF) w Paryżu. Tam również nie wiedziano, co to jest. Wysłano zapytanie do brytyjskiego Ministerstwa Lotnictwa w Londynie.
Odpowiedź przyszła 13 marca 1945 roku. Była to jedna z najbardziej niezwykłych depesz w historii wojskowego lotnictwa:
„Załogi Bomber Command od pewnego czasu raportują podobne zjawiska. Nieliczne z rzekomych samolotów mogły być Me 262, poza tym sugeruje się, że najprawdopodobniej są to rakiety przeciwlotnicze. Cała sprawa wciąż pozostaje w pewnym stopniu tajemnicą, a dowody są bardzo skąpe i zróżnicowane, tak że nie można jeszcze udzielić definitywnego i satysfakcjonującego wyjaśnienia”.
Brytyjczycy, którzy mieli najlepszy wywiad techniczny w Europie, przyznali się do niewiedzy. To było bezprecedensowe.
Wkrótce potem alianci przesłuchali trzynastu niemieckich naukowców, inżynierów i byłych oficerów Luftwaffe. Wśród nich byli czołowi konstruktorzy, ludzie, którzy pracowali przy rakietach V-2 i myśliwcach odrzutowych. Pytanie było proste: czy Niemcy mieli program budowy latających świateł? Czy foo fighters to wasza broń?.
Odpowiedź była jednobrzmiąca: nie. Niemcy nie mieli pojęcia, czym są te światła. Co więcej, jak się okazało, niemieccy i japońscy piloci również je widywali i również podejrzewali, że to tajna broń aliantów.
To odkrycie było przełomowe. Jeśli obie strony wojny widziały to samo zjawisko i obie podejrzewały przeciwnika o jego stworzenie, to znaczy, że żadna go nie stworzyła. Źródło musiało leżeć gdzie indziej.
Święta Bożego Narodzenia 1944: Associated Press wkracza do akcji
Gdyby nie jeden dziennikarz, historia foo fighters mogłaby pozostać zamknięta w wojskowych archiwach na dziesięciolecia. Robert C. Wilson z Associated Press od lat relacjonował wojnę w Europie. Pod koniec grudnia 1944 roku znalazł się w południowej Francji. Planował spędzić sylwestra w nietypowy sposób — chciał polecieć nocnym myśliwcem 415. Dywizjonu, by na własne oczy zobaczyć, jak wygląda misja bojowa nad Niemcami.
Niestety, pogoda pokrzyżowała te plany. Zamiast lotu, Wilson spędził dzień na rozmowach z pilotami i obserwatorami, świętując z nimi nadejście Nowego Roku w bardziej tradycyjny sposób — przy butelce czegoś rozgrzewającego.
Następnego dnia wysłał depeszę do redakcji. 2 stycznia 1945 roku New York Times opublikował artykuł, który natychmiast obiegł całą Amerykę.
Wilson cytował w nim Meiersa, który opisał trzy typy świateł: „czerwone kule ognia pojawiające się przy końcówkach skrzydeł i lecące razem z nami”; „pionowy rząd trzech kul ognia lecących przed nami”; oraz „grupę około piętnastu pojawiających się w oddali — jak choinka w powietrzu”.
Najbardziej poruszający był jednak opis spotkania z foo fighter, który Meiers przeżył na małej wysokości. „Skręciłem w prawo i dwie kule ognia skręciły ze mną. Skręciłem w lewo i one też skręciły. Leciałem z prędkością 260 mil na godzinę, a kule dotrzymywały mi kroku”.
Na pytanie, czy to może być broń psychologiczna, Meiers odpowiadał ostrożnie. Inni piloci byli bardziej stanowczy: gdyby to była niemiecka broń, już dawno by ich zestrzeliła. A foo fighters nigdy nie atakowały. Po prostu towarzyszyły.
Time Magazine podchwycił temat 15 stycznia 1945 roku, publikując artykuł zatytułowany po prostu „Foo-Fighter”. Pisano w nim, że „kule ognia” od ponad miesiąca ścigają amerykańskie myśliwce nocne, a piloci nazwali je „foo-fighter”. Opisy zjawiska były różne, ale piloci zgadzali się co do jednego: tajemnicze światła podążały za ich maszynami z dużą prędkością.
Dla amerykańskiej opinii publicznej, przyzwyczajonej do bohaterskich opowieści z frontu, była to egzotyczna ciekawostka. Dla pilotów — codzienność, z którą musieli się mierzyć, choć nikt nie potrafił im wyjaśnić, czym jest towarzysz ich nocnych misji.
Pacyfik: Inne niebo, te same światła
Gdy w Europie piloci RAF i USAAF opisywali pomarańczowe kule, na Pacyfiku amerykańskie załogi bombowe zgłaszały nieco inne zjawisko. Tamtejsze „kule ognia” przypominały raczej wielkie, świecące sfery, które po prostu „wisiały na niebie”. Czasami podążały za samolotami, ale najczęściej pozostawały nieruchome, jakby obserwowały.
Istniało podejrzenie, że mogą to być japońskie balony ogniowe (fire balloons) — jedna z najbardziej fantastycznych broni II wojny światowej. Japończycy rzeczywiście wysyłali w stronę Ameryki tysiące balonów wypełnionych wodorem, przenoszących bomby zapalające, licząc, że prądy strumieniowe zaniosą je nad terytorium USA. Ale balony nie świeciły. I nie mogły wykonywać manewrów, o jakich donosili piloci.
Jeden z najbardziej intrygujących raportów z Pacyfiku pochodził od Duane’a Adamsa, pilota Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych. Adams wielokrotnie opowiadał, jak krótko po zakończeniu wojny, lecąc B-25 Mitchell nad Południowym Pacyfikiem, był świadkiem pojawienia się jasnego światła, które towarzyszyło jego maszynie przez około pół godziny, po czym gwałtownie wzniosło się w niebo i zniknęło. Cała załoga widziała to samo.
Co niezwykłe, Adams miał doświadczyć podobnego zjawiska ponownie na początku lat sześćdziesiątych, już jako pilot KC-135 — powietrznego tankowca. Historia zatoczyła koło: ten sam człowiek, dwie różne epoki, dwa różne teatry działań, a fenomen pozostał ten sam.
Co mówią naukowcy? Panel Robertsona i inne teorie
Gdy wojna się skończyła, a piloci wrócili do domów, foo fighters odeszły w cień. Ale nie na długo. W 1947 roku Kenneth Arnold ujrzał swoje „latające spodki” i świat oszalał na punkcie UFO. Wtedy przypomniano sobie o wojennych obserwacjach.
W 1953 roku CIA zwołało panel ekspertów pod przewodnictwem Howarda P. Robertsona, fizyka z Caltechu, by ocenić zagrożenie, jakie UFO mogą stanowić dla bezpieczeństwa narodowego. W gronie tym znalazł się również Luis Alvarez, późniejszy noblista, który podczas wojny pracował nad systemami radarowymi i bronią atomową.
Panel Robertsona przeanalizował raporty o foo fighters. Wnioski były ostrożne. Stwierdzono, że zachowanie tych obiektów nie wydawało się groźne. Jako możliwe wyjaśnienia zasugerowano zjawiska elektrostatyczne podobne do ognia świętego Elma, zjawiska elektromagnetyczne lub po prostu odbicia światła od kryształków lodu.
W raporcie padło też niezwykle ważne zdanie: „Gdyby termin »latające spodki« był popularny w latach 1943—1945, te obiekty zostałyby tak właśnie nazwane”. Innymi słowy, eksperci przyznawali, że foo fighters i UFO to najprawdopodobniej to samo zjawisko — tylko inaczej nazwane w zależności od epoki.
Ale Panel Robertsona nie wyjaśnił, czym to zjawisko jest. Stwierdził jedynie, czym nie jest — i że nie stanowi zagrożenia.
Niezależnie od panelu, naukowcy próbowali znaleźć inne wyjaśnienia. Pojawiła się hipoteza piorunów kulistych — rzadkiego zjawiska atmosferycznego, w którym podczas burzy pojawia się świecąca kula o średnicy od kilku do kilkudziesięciu centymetrów. Problem w tym, że pioruny kuliste nie podążają za samolotami przez kilkanaście minut, nie formują się w szyki i nie reagują na manewry pilota.
Inni wskazywali na ogień świętego Elma — wyładowania elektryczne powstające na ostrzach masztów i skrzydłach w specyficznych warunkach atmosferycznych. Ale i to wyjaśnienie kulało, bo ogień świętego Elma nie oddala się od samolotu, nie znika i nie pojawia w innym miejscu.
Amerykańska marynarka wojenna poszła w innym kierunku. W kwietniu 1945 roku uruchomiono projekt X-148-AV-4-3, mający zbadać zjawiska iluzji wzrokowych u pilotów nocnych. Dr Edgar Vinacke, psycholog lotniczy kierujący projektem, pisał w raporcie: „Piloci nie mają wystarczających informacji o zjawiskach dezorientacji. Są w dużej mierze zdani na własne doświadczenie, które musi uzupełniać i interpretować tradycje o »zawrotach głowy« przekazywane im przez innych. Gdy koncepcja wyrasta w ten sposób z anegdot scementowanych praktyczną koniecznością, nieuchronnie nabiera elementów tajemnicy”.
Innymi słowy, marynarka próbowała sprawdzić, czy foo fighters nie są po prostu halucynacjami zmęczonych pilotów. Wyniki nie były rozstrzygające. Owszem, zmęczenie i stres mogły powodować złudzenia, ale nie wyjaśniały obserwacji dokonywanych jednocześnie przez kilka osób, ani tym bardziej zapisów radarowych.
Teoria Feuerball: Nazistowska broń odwetowa?
Najbardziej kontrowersyjną i zarazem najbardziej barwną teorię dotyczącą foo fighters przedstawił w latach sześćdziesiątych włoski dziennikarz i badacz Renato Vesco. W swojej książce Intercept UFO, wydanej w poprawionej wersji po angielsku w 1994 roku jako Man-Made UFOs: 50 Years of Suppression, dowodził, że foo fighters były w rzeczywistości nazistowską bronią secretną o nazwie Feuerball (Ognista Kula).
Według Vesco, Feuerball był bezzałogowym, wystrzeliwanym z ziemi pociskiem przeciwlotniczym napędzanym strumieniowo. Kształtem przypominał skorupę żółwia, a latał dzięki strumieniom gazu wirującym wokół kadłuba niczym race. Miniaturowe lampy klistronowe wewnątrz urządzenia, w połączeniu ze strumieniami gazu, tworzyły charakterystyczny świecący wygląd foo fighters.
Urządzenie miało być wyposażone w prymitywny radar unikania kolizji, który zapewniał, że nie zderzy się z żadnym obiektem w powietrzu. Co więcej, sensor pokładowy miał nakazywać maszynie gwałtowny odwrót, jeśli została ostrzelana.
Cel Feuerball był dwojaki. Po pierwsze, sam widok dziwnego, świecącego obiektu w szyku bombowców miał działać rozpraszająco na pilotów — i rzeczywiście działał. Po drugie, Vesco twierdził, że wyładowania elektrostatyczne z klistronów mogły zakłócać działanie zapłonników silników bombowców, powodując ich awarię i w konsekwencji katastrofę.
Teoria Vesco brzmi fascynująco. Ma jeden zasadniczy problem: nie ma na nią żadnych dowodów. Przesłuchani po wojnie niemieccy naukowcy zaprzeczyli, by jakikolwiek program o nazwie Feuerball istniał. W dokumentach III Rzeszy nie znaleziono śladów takiej konstrukcji. Co więcej, sama idea, by broń, która nigdy nie zaatakowała żadnego alianckiego samolotu, była celowo projektowana jako „psychologiczna”, wydaje się naciągana — zwłaszcza w kontekście niemieckiej precyzji i skuteczności w projektowaniu broni ofensywnej.
Mimo to, teoria Vesco zyskała popularność w kręgach ufologicznych i jest do dziś przywoływana jako możliwe wyjaśnienie fenomenu. Świadczy to raczej o sile narracji niż o jej prawdziwości.
Po wojnie: Ślad ginie… ale nie do końca
Gdy w maju 1945 roku Europa świętowała koniec wojny, foo fighters jakby rozpłynęły się w powietrzu. Raporty ustały. Piloci wrócili do domów. Archiwa zaległy w magazynach.
Ale nie wszystkie.
W 2011 roku w brytyjskich archiwach RAF odkryto dokumenty, które rzuciły nowe światło na sprawę. Nick Cook, dziennikarz zajmujący się technologiami militarnymi, dotarł do raportu z 1942 roku, w którym brytyjski pilot opisywał spotkanie z czerwoną kulą ognia podczas misji bombowej nad Niemcami. To oznaczało, że foo fighters istniały na długo przed tym, jak Meiers nadał im nazwę, i na długo przed rzekomymi niemieckimi programami zbrojeniowymi.
Co więcej, w tym samym archiwum znaleziono wzmiankę o tym, że termin „foo fighter” był używany przez operatorów radarów już w 1944 roku do opisywania fałszywych lub wątpliwych ech. To sugeruje, że nazwa mogła krążyć w wojskowym slangu niezależnie od incydentu z Meiersem.
Anna Whitty, brytyjska badaczka i autorka książki UFOs: A Fundamental Truth, zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt: ciągłość zjawiska. W rozmowie z kanałem HISTORY powiedziała: „Wciąż widzimy światła na niebie, które zdają się nie robić niczego konkretnego, po prostu wiszą, tak jak foo fighters. Ale od II wojny światowej — i to może być osobna kwestia — obserwujemy pewną ewolucję wyglądu niezidentyfikowanych obiektów latających”.
Whitty wskazuje na fascynującą prawidłowość: w latach czterdziestych i pięćdziesiątych „latające spodki” miały widoczne anteny. W latach osiemdziesiątych stały się bardziej opływowe, miały więcej warstw. Dziś widujemy „tic-taki” — gładkie, białe obiekty bez żadnych widocznych elementów konstrukcyjnych.
„To więcej niż jedna rzecz dzieje się tam na górze” — mówi Whitty. „Ale fenomen foo fighters wciąż trwa”.
Lekcja z foo fighters
Czego uczy nas historia foo fighters? Przede wszystkim tego, że zjawisko UAP nie narodziło się w 1947 roku w Górach Kaskadowych. Nie narodziło się nawet w 1896 roku nad Sacramento. Istniało na długo przedtem, zmieniając tylko formę i sposób, w jaki je opisywano.
Po drugie, foo fighters uczą nas pokory wobec wojennych tajemnic. W ferworze walki, gdy każdy dzień przynosił nowe wynalazki i nowe zagrożenia, piloci musieli mierzyć się nie tylko z wrogiem, ale i z czymś, czego nie rozumieli. Że towarzyszyło im to coś nocami, że nigdy nie atakowało, a jednak budziło niepokój — to doświadczenie musiało być niezwykłe.
Nikt z tych pilotów nie doczekał się wyjaśnienia. Gdy umierali w późnych latach XX wieku, foo fighters pozostawały dla nich tym samym, czym były w 1944: tajemnicą.
Po trzecie, foo fighters pokazują, że nawet w epoce przed ufologią, przed panelami ekspertów i przed raportami Kongresu, ludzie potrafili profesjonalnie opisywać to, co widzieli. Raporty 415. Dywizjonu są wzorcowe: rzeczowe, pozbawione histerii, skoncentrowane na faktach. To nie są opowieści szaleńców ani wizjonerów. To raporty wojskowych, którzy mierzyli się z czymś, czego nie potrafili nazwać.
I wreszcie, foo fighters uczą nas, że nazwy mają znaczenie. Gdy Meiers wpadł do pokoju odpraw z komiksem w ręku, nie wiedział, że tworzy termin, który przetrwa dekady. Nie wiedział, że jego „fuckin’ foo fighters” stanie się inspiracją dla nazwy jednego z najsłynniejszych zespołów rockowych końca XX wieku. Nie wiedział, że osiemdziesiąt lat później badacze wciąż będą głowić się nad tym, co tak naprawdę widział tamtej listopadowej nocy nad Renem.
Epilog: Co zostało z foo fighters?
Dziś, w drugiej dekadzie XXI wieku, foo fighters pozostają niewyjaśnione. Archiwa wojskowe zostały częściowo odtajnione, ale nie przyniosły rozstrzygnięcia. Panel Robertsona nie znalazł dowodów na zagrożenie, ale nie znalazł też wyjaśnienia. Przesłuchania niemieckich naukowców wykluczyły hipotezę nazistowskiej broni.
Pozostaje więc pytanie, które zadawał sobie Meiers, Schlueter, Ringwald i setki innych pilotów: co to było?
Może zjawisko atmosferyczne, którego jeszcze nie rozumiemy. Może produkt uboczny działania radarów i systemów łączności. Może — jak sugerują niektórzy — pierwsze oznaki obecności czegoś, co dopiero w kolejnych dekadach miało przybrać bardziej konkretną formę.
W 2023 roku, podczas przesłuchań w Kongresie, David Grusch mówił o tajnych programach odzyskiwania pozaziemskich technologii. W 2024 roku raport AARO przyznawał, że 21 przypadków UAP pozostaje całkowicie niewyjaśnionych. Nikt jednak nie wspomniał o foo fighters. Te pozostały w cieniu, jako prehistoria, jako ciekawostka, jako epizod.
A jednak to właśnie od nich wszystko się zaczęło. Zanim Kenneth Arnold zobaczył swoje „latające spodki”, zanim w Roswell rozbił się — cokolwiek się rozbiło — zanim piloci USS Nimitz ujrzeli tic-taka, byli Meiers i jego załoga. I te pomarańczowe światła nad Renem, które po prostu były. Towarzyszyły. I znikały.
W następnym rozdziale wkroczymy w epokę, która na zawsze zmieniła postrzeganie zjawiska. 24 czerwca 1947 roku Kenneth Arnold wzniesie się w powietrze nad Górami Kaskadowymi, a świat usłyszy o „latających spodkach”. Rozpocznie się era, w której foo fighters przestaną być wojenną tajemnicą, a staną się początkiem globalnego mitu.
Mitu, który trwa do dziś.
Rozdział 4: Kenneth Arnold i „Latające Talerze” (1947)
Czwartek, 24 czerwca 1947 roku, był nad stanem Waszyngton dniem bez szczególnych cech. Termometry wskazywały przyjemne temperatury, niebo nad Górą Rainier było bezchmurne, a wiatr umiarkowany. Kenneth Arnold, trzydziestodwuletni biznesmen z Boise w Idaho, pilotował tego popołudnia swój jednosilnikowy CallAir A-2 z Chehalis do Yakimy. Był człowiekiem, któremu nie brakowało powodów do zadowolenia — dobrze prosperująca firma sprzedająca sprzęt przeciwpożarowy, żona Doris i dwie małe córeczki czekające w domu, reputacja solidnego i uczciwego przedsiębiorcy. Nikt wówczas nie przypuszczał, że za kilka godzin ten człowiek zmieni świat.
Arnold leciał na wysokości około 9200 stóp. Po drodze postanowił zrobić mały objazd wokół Góry Rainier, by poszukać wraku transportowca Curtiss Commando R5C, który rozbił się tam w grudniu poprzedniego roku z trzydziestoma dwoma marines na pokładzie. Za odnalezienie maszyny wyznaczono nagrodę pięciu tysięcy dolarów — pokaźną sumę jak na 1947 rok. To właśnie ta nagroda, a nie żądza przygód czy ciekawość naukowa, sprawiła, że Arnold znalazł się tamtego dnia we właściwym miejscu o właściwym czasie.
Była mniej więcej piętnaście minut przed trzecią po południu, gdy nagle coś przykuło jego uwagę. Z lewej strony, z północy, dobiegł go gwałtowny, oślepiający błysk. Arnold spojrzał w tamtym kierunku, sądząc, że to może odbicie światła od skrzydeł innego samolotu. Ale nie było tam żadnego samolotu. Za to pojawił się kolejny błysk. I kolejny.
To, co ujrzał, wprawiło go w osłupienie. W oddali, wzdłuż łańcucha górskiego, przesuwał się szyk dziewięciu obiektów. Były płaskie, połyskliwe, nie przypominały niczego, co znał. Arnold otworzył boczną szybę, by wyeliminować ryzyko odbić od szyby — błyski nie ustały. Zatem to, co widzi, jest realne.
„Jak ogon chińskiego latawca”
Gdy godzinę później Arnold wylądował w Yakima, jego umysł wciąż pracował na najwyższych obrotach. Opowiedział o swoim doświadczeniu znajomym na lotnisku, ale ci zbyli go wzruszeniem ramion. Niewykluczone, że na tym by się skończyło, gdyby nie przystanek na tankowanie w Pendleton w Oregonie, jakiś czas później.
W Pendleton Arnold wszedł do biura miejscowej gazety East Oregonian. Redaktor Nolan Skiff i reporter Bill Bequette akurat kończyli kolejny dzień rutynowej pracy. Gdy Arnold zaczął opowiadać, co widział nad Rainier, Skiff spojrzał na Bequette’a — obaj wiedzieli, że mają przed sobą materiał na pierwszą stronę. Ale ani przez moment nie przypuszczali, że ten materiał trafi na pierwsze strony gazet na całym świecie.
Bequette, który w latach późniejszych wielokrotnie wracał wspomnieniami do tego dnia, mówił, że Arnold sprawiał wrażenie człowieka uczciwego i trzeźwo myślącego. Mierzył sześć stóp wzrostu, ważył dwieście funtów, w szkole był mistrzem stanu w footballu i harcerzem w stopniu Eagle Scout. To nie był ktoś, kto szukał taniej sensacji. Jego reputacja była tak solidna, jak jego szerokie bary.
Arnold opisał obiekty jako „płaskie jak patelnia i nieco podobne do nietoperza” (flat like a pie-pan, and somewhat bat-shaped). Błyszczały tak mocno, że na moment go oślepiały. Były „w kształcie spodków” (saucer-like), mówił, a poruszały się „jak ryba pluskająca się w słońcu” (like a fish flipping in the sun) — falującym ruchem, wzbijając się i opadając, jakby tańczyły między szczytami górskimi. Szyk miały odwrócony: najwyżej leciał obiekt prowadzący, a pozostałe stopniowo poniżej.
Arnold oszacował ich wielkość na mniej więcej 45 do 50 stóp długości — tyle, co czterosilnikowy samolot transportowy. Przeliczył czas, w jakim pokonały odległość między Rainier a Adams — około 50 mil — i wyszedł mu wynik 1200 mil na godzinę. Zastrzegł, że mógł się pomylić o 200—300 mil na godzinę, ale jedno wiedział na pewno: „to były najszybsze rzeczy, jakie kiedykolwiek widziałem”. Późniejsze źródła podawały nawet 1700 mil na godzinę, co potwierdziła córka Arnolda, Kim. Dla porównania, najszybsze samoloty tamtej epoki, eksperymentalne maszyny odrzutowe, osiągały prędkość rzędu 600—700 mil na godzinę. Żaden znany statek powietrzny nie był w stanie zbliżyć się do tego, co widział Arnold.
„Niemożliwe! Może, ale widzieć to wierzyć”
Następnego dnia, 25 czerwca 1947 roku, East Oregonian opublikował artykuł na dole pierwszej strony. Nagłówek głosił: „Niemożliwe! Może, ale widzieć to wierzyć, mówi pilot” (Impossible! Maybe, But Seein’ Is Believin’, Says Flyer). W siedmiu zdaniach Bequette i Skiff streścili relację Arnolda o dziewięciu „spodkokształtnych statkach powietrznych” lecących z prędkością „około 1200 mil na godzinę”.
Co ciekawe, East Oregonian nigdy nie użył w swoim reportażu terminu „latający spodek” (flying saucer). Pojawiło się „saucer-like aircraft” — statki w kształcie spodków. To później, w ciągu kilku dni, jakiś bystrzejszy dziennikarz gdzie indziej ukuł właśnie „flying saucer”. I ten termin na zawsze utkwił w języku i amerykańskiej psychice.
Depesza Associated Press rozniosła się błyskawicznie. 26 czerwca o „tajemniczych dyskach” (mystery discs) mówiły już gazety od Seattle po Nowy Jork. Telefon w domu Arnoldów w Boise dzwonił bez przerwy. W ciągu kilku dni otrzymali dziesięć tysięcy listów. Kenneth Arnold stał się najsłynniejszym człowiekiem na świecie praktycznie z dnia na dzień. Jak wspominała jego córka Kim, to totalnie zburzyło im życie.
Arnold nie szukał tej sławy. Jego córka podkreśla, że ojciec nie chciał rozgłosu. Te obiekty przeraziły go i wprawiły w zakłopotanie. Chciał wiedzieć, czym były. „Nie mieściło mu się w głowie, jak szybko leciały” — mówiła Kim. „Mój ojciec był człowiekiem twardo stąpającym po ziemi. Naprawdę wierzył, że na wszystko istnieją wyjaśnienia”.
Powód, dla którego w ogóle powiedział o tym, co widział, był prozaiczny, a zarazem głęboko osadzony w realiach zimnej wojny. Arnold bał się, że Rosjanie skonstruowali maszynę zdolną do lotów z prędkościami nieosiągalnymi dla Amerykanów, i że mogą wykorzystać ją do uzyskania przewagi nuklearnej. Zaledwie dwa lata wcześniej Stany Zjednoczone zrzuciły bomby atomowe na Hiroszimę i Nagasaki, kończąc II wojnę światową. Związek Radziecki, dotychczasowy sojusznik, stał się teraz wrogiem dysponującym potężnym potencjałem militarnym. „Wierzył, że nasze wojsko wystąpi i powie wszystkim, czym naprawdę były te dziwne rzeczy” — mówiła Kim Arnold. „I to się nigdy nie stało”.
Fala, która zalała Amerykę
Relacja Arnolda uruchomiła lawinę. W ciągu kilku dni od publikacji East Oregonian gazety w całym kraju zostały zalane doniesieniami o podobnych obserwacjach. W samym tylko stanie Waszyngton setki osób zgłaszały, że widziały „latające dyski”.
Kilku mieszkańców Bremerton twierdziło, że widziało dyski już w poprzednim tygodniu. Najbardziej spektakularne doniesienia nadeszły 4 lipca, w Święto Niepodległości. W Portland w Oregonie i Vancouver w Waszyngtonie dziesiątki obywateli i policjantów twierdziło, że widziało na niebie dziesiątki dysków. W Boise aż pięćdziesięciu mieszkańców zgłosiło obserwację dużej formacji. Emil J. Smith, pilot United Air Lines lecący DC-3 z Boise do Pendleton, zeznał, że jego samolot został „oblatany” przez kilka latających dysków.
5 lipca Seattle Post-Intelligencer opublikował pierwsze w historii zdjęcie rzekomego latającego dysku. Wykonał je dzień wcześniej Yeoman Frank Ryman z amerykańskiej straży przybrzeżnej, który sfotografował mały, jasny dysk przelatujący nad jego domem w Lake City. Dziś analitycy są zgodni, że to najprawdopodobniej balon meteorologiczny, ale wtedy było to paliwo dla rozpalonej wyobraźni.
Duet muzyki country, The Buchanan Brothers, w połowie lipca wydał nawet piosenkę ”(When You See) Those Flying Saucers”. Fala doniesień była tak intensywna, że władze w Waszyngtonie zaczęły się niepokoić.
Major generał L.C. Craigie, dyrektor wywiadu Sił Powietrznych Armii USA, wydał 30 grudnia 1947 roku ściśle tajną dyrektywę. Nakazywała ona utworzenie projektu badawczego o kryptonimie „Project Sign”. Jego zadaniem było zebranie, ocena i dystrybucja wszystkich informacji dotyczących obserwacji UFO, które mogłyby mieć znaczenie dla bezpieczeństwa narodowego. We wrześniu 1947 roku formalnie uruchomiono projekt — pierwsze rządowe przedsięwzięcie badawcze dotyczące niezidentyfikowanych obiektów latających.
Jak pisał później kapitan Edward J. Ruppelt, pierwszy szef projektu Blue Book, „Pytanie brzmiało: »Czy UFO są pochodzenia rosyjskiego czy międzyplanetarnego?« W obu przypadkach potrzebny był poważny, utrzymywany w tajemnicy projekt. Tylko najwyżsi rangą ludzie w ATIC zostali przydzieleni do Projektu Sign”.
To właśnie Ruppelt, nota bene, ukuł w 1950 roku termin „UFO” — Unidentified Flying Object. Jak zauważa Dictionary.com, Ruppelt uważał, że powinno się to wymawiać „joo-foh”. Może dlatego, że tak woleli kosmici, żartowali później niektórzy.
Anatomia błędu: „Jak spodek ślizgający się po wodzie”
Kluczowe dla zrozumienia narodzin mitu „latających spodków” jest to, jak Arnold opisał ruch obiektów. Mówił, że poruszały się „jak spodek ślizgałby się po wodzie” (like a saucer would if you skipped it across the water). Miał na myśli ruch — falujący, skaczący, wzbijający się i opadający. Nie mówił, że obiekty miały kształt spodków. Mówił, że zachowywały się jak spodki.
Ale w ferworze pierwszych doniesień prasowych ten niuans zaginął. Albo — jak chcą niektórzy — jakiś redaktor w centrali Associated Press, składając depeszę, pominął kilka słów i skrócił opis do „latających spodków”. I tak zostało.
Sam Arnold, w swojej książce The Coming of the Saucers wydanej w 1952 roku z Rayem Palmerem, wielokrotnie podkreślał, że jego opis dotyczył przede wszystkim sposobu poruszania się obiektów. Ale było już za późno. Termin „flying saucer” wszedł na stałe do języka potocznego i do zbiorowej wyobraźni, definiując na kolejne dekady to, jak ludzie wyobrażają sobie UFO.
To fascynujący przykład tego, jak jedno nieporozumienie — bo przecież dziennikarze źle zrozumieli lub uprościli relację świadka — może ukształtować globalny mit. Gdyby Arnold użył innego porównania, gdyby powiedział, że obiekty poruszały się „jak liście na wietrze” albo „jak kamienie toczone po dnie rzeki”, może dziś mówilibyśmy o „latających liściach” albo „latających kamieniach”. Ale powiedział „saucer”. I tak już zostało.
Świadek: Portret człowieka z krwi i kości
Kenneth Arnold nie był jednak tylko „tym facetem od spodków”. Jego córka Kim, która jako dziecko obserwowała, jak jej ojciec zmaga się z nową rolą, wspomina go jako człowieka, który do końca życia próbował zrozumieć, co się wtedy wydarzyło.
Mówiła, że ojciec miał w sumie osiem obserwacji UFO w ciągu swojego życia. Ci, którzy raz zobaczą coś takiego, często potem mają kolejne — to podobno „jakoś tak za tobą chodzi” (it just seems to kind of follow you).
Jedna z tych późniejszych obserwacji, której dokonał z ziemi w Idaho Falls, również trafiła do gazet. Ale najciekawsza była ta, która zmieniła jego postrzeganie natury obiektów. Leciał nad Susanville w Kalifornii, gdy dwa spodki przeleciały pod jego samolotem. Pierwszy był „tak solidny jak samochód marki Chevrolet”. Ale przez środek drugiego zobaczył sosny. Porównał to do meduzy, która z jednej strony wydaje się stała, a za chwilę jest przezroczysta. Doszedł do wniosku, że te obiekty mogą zmieniać gęstość.
W późniejszych latach Arnold doszedł do radykalnego wniosku: „Nigdy nie wierzył, że latające spodki są w jakikolwiek sposób mechaniczne — mówiła Kim — ale że to jakiś rodzaj żywych organizmów”. Pod koniec życia on i jego żona wierzyli, że latające spodki są łącznikiem między żywymi a umarłymi. „Dawało im to nadzieję na realność innych wymiarów — mówiła Kim Arnold — i na to, że śmierć może nie być końcem, ale nowym początkiem, w którym żyjemy dalej w innych światach pełnych różnorakiej aktywności”.
To fascynująca ewolucja poglądów człowieka, który zaczynał jako twardo stąpający po ziemi sprzedawca sprzętu przeciwpożarowego, a skończył jako ktoś, kto dopuszczał istnienie innych wymiarów i pozaziemskich form życia niematerialnych.
Arnold pisał też serię artykułów do magazynu Fate, w których wyrażał przekonanie, że obiekty które widział, były pochodzenia pozaziemskiego. Artykuły nosiły tytuły takie jak Phantom Lights Over Nevada czy Are Space Visitors Here?.
Zdarzało mu się doświadczać też bardziej przyziemnych skutków sławy. W jednej z kawiarni w Pendleton podeszła do niego jakaś kobieta, krzyknęła „To ten człowiek, który widział Marsjan!”, po czym uciekła. Dzwonił do niego pastor, mówiąc, że obiekty które widział są „zwiastunami końca świata” i że przygotowuje swoją kongregację „na Sąd Ostateczny”.
Mike Dash, historyk i badacz zjawisk niewyjaśnionych, tak podsumowywał wiarygodność Arnolda: „Arnold miał cechy wiarygodnego świadka. Był szanowanym biznesmenem i doświadczonym pilotem… i nie wydawał się ani wyolbrzymiać tego, co widział, ani dodawać sensacyjnych szczegółów do swojej relacji. Sprawiał też wrażenie uważnego obserwatora… Te szczegóły zaimponowały dziennikarzom, którzy go przesłuchiwali, i dodały wiarygodności jego raportowi”.
Arnold zmarł w 1984 roku, nie doczekawszy się wyjaśnienia zagadki, która uczyniła go sławnym.
Wyjaśnienia: Od pelikanów po chmury soczewkowate
Od samego początku pojawiały się próby wyjaśnienia obserwacji Arnolda w sposób konwencjonalny. Najbardziej znane pochodziły od Donalda Menzela, astronoma z Harvardu, który przez lata był czołowym „demaskatorem” UFO.
W 1953 roku Menzel zasugerował, że Arnold widział chmury śniegu zdmuchniętego z gór na południe od Rainier. Bruce Maccabee, fizyk i badacz UFO, który szczegółowo analizował sprawę Arnolda, wskazywał jednak, że chmury śnieżne mają mleczne, rozproszone światło, a nie lustrzaną jasność, o której mówił Arnold. Poza tym, takie chmury nie mogłyby poruszać się z prędkością podaną przez pilota ani nie wyjaśniałyby, czemu najpierw zobaczył jasne obiekty na północ od Rainier.
Inni sceptycy sugerowali, że Arnold mógł pomylić obiekty z pelikanami. James Easton w 2007 roku argumentował, że pelikany żyją w regionie Waszyngtonu, są dość duże (rozpiętość skrzydeł ponad trzy metry), mają jasny spód, który może odbijać światło, potrafią latać na sporych wysokościach i w locie mogą przybierać profil przypominający półksiężyc.
Maccabee odpierał i te zarzuty. Po pierwsze, niemożliwe, by ptak był tak jasny, jak opisywał Arnold. Po drugie, ptaki — które nie mogłyby lecieć szybciej niż samolot Arnolda — stale by się cofały względem jego pozycji, a nie posuwały do przodu. Tymczasem Arnold wyraźnie widział, jak obiekty go wyprzedzają.
Najbardziej „oficjalne” wyjaśnienie, jakie padło ze strony Sił Powietrznych, brzmiało: miraż lub skupisko soczewkowatych chmur (lenticular clouds), które często formują się nad szczytami górskimi. Chmury soczewkowate rzeczywiście mogą przybierać kształt zbliżony do dysku. Ale one nie lecą z prędkością ponaddźwiękową, nie błyszczą jak metal i nie poruszają się w szyku.
Żadne z tych wyjaśnień nie przekonało ani Arnolda, ani większości badaczy, którzy później analizowali jego relację.
Kontekst: Nim przyszedł Arnold
Obserwacja Arnolda była pierwszą, która zdobyła ogólnokrajową uwagę, ale nie była pierwszą w ogóle. Tajemnicze sterowce końca XIX i początku XX wieku, o których pisaliśmy w rozdziale drugim, zaprzątały nagłówki gazet od Kalifornii po Środkowy Zachód, w Europie i Nowej Zelandii. Historie o foo fighters — jasnych, niekiedy ognistych kulach w kolorze czerwonym, pomarańczowym lub białym, ścigających samoloty alianckie w Europie — trafiały na łamy prasy w latach 1944 i 1945.
Inne raporty UFO z tamtej epoki ujrzały światło dzienne dopiero po dziesięcioleciach. Robert Hastings z Kolorado, który od ponad czterdziestu lat bada UFO i ich interakcje z bronią jądrową, udokumentował, że w styczniu 1945 roku UFO „oblatywały” przez trzy noce z rzędu Hanford — ściśle tajny ośrodek produkcji plutonu w stanie Waszyngton, gdzie powstawał materiał do bomb zrzuconych później na Japonię. Personel bazy widział obiekty, pojawiały się też na radarach wojskowych. Jednej nocy pilot myśliwca F6F Hellcat próbował przechwycić to, co latało nad obiektem. Ścigał jasną kulę ognia, ale nigdy nie mógł jej dogonić — po chwili odleciała w stronę Seattle i zniknęła z radarów. Sprawa była na tyle poważna, że wojsko rozważało sprowadzenie specjalnej eskadry myśliwców do ochrony Hanfordu.
Gdyby te wydarzenia ujrzały światło dzienne w 1945 roku, może historia potoczyłaby się inaczej. Ale nie ujrzały. I dlatego Arnold, a nie anonimowi piloci z Hanfordu, stał się ojcem założycielem ery UFO.
Następstwa: Od dysków do spisków
Fala obserwacji z 1947 roku osiągnęła swój punkt kulminacyjny 8 lipca, gdy armia amerykańska ogłosiła, że w okolicy Roswell w Nowym Meksyku odnaleziono wrak latającego dysku. Następnego dnia wycofano się z tego, tłumacząc, że to był balon. Ale iskra już została zapalona.
Równie fantastyczny był incydent z Maury Island, który wydarzył się rzekomo trzy dni przed lotem Arnolda, 21 czerwca 1947 roku. Harold Dahl i Fred Crisman, dwaj robotnicy z Tacomy, twierdzili, że widzieli eksplozję dysku w kształcie pączka nad Puget Sound i zebrali jego szczątki. Później jakiś „człowiek w czerni” próbował im te szczątki odebrać. Sprawą zainteresował się wydawca magazynów pulpowym Ray Palmer, który wysłał Arnolda i pilota Emila Smitha na miejsce.
Gdy B-25 wiozący rzekome szczątki rozbił się wkrótce po starcie z Tacomy 1 sierpnia 1947 roku, zrodziło to pierwsze teorie o „tuszowaniu” dowodów na istnienie latających spodków (oficjalną przyczyną katastrofy był pożar silnika). FBI zbadało sprawę, a Dahl i Crisman przyznali się do sfabrykowania „tajemnicy Maury Island”. Szczątki okazały się kawałkami pumeksu i złomu zebranymi na plaży.
Gdy Arnold i Palmer opublikowali w 1952 roku książkę The Coming of the Saucers, wprowadzili do obiegu tematy, które na stałe wrosły w kulturę UFO: złowieszczych „ludzi w czerni” i rządowy spisek mający na celu ukrycie obecności pozaziemskich gości.
Człowiek, który zapoczątkował epokę
Gdyby Kenneth Arnold tego dnia nie przeleciał obok Góry Rainier, gdyby nie szukał wraku za nagrodą pięciu tysięcy dolarów, gdyby nie wylądował w Pendleton i nie wstąpił do redakcji East Oregonian, ktoś inny być może zapoczątkowałby erę UFO. Ale nie wiemy tego. Być może fenomen przybrałby inną formę, inną nazwę. Może dziś mówilibyśmy o „latających cygarach” albo „powietrznych dyskach”.
Arnold, jak sam przyznawał, nie chciał sławy. Chciał odpowiedzi. I nie dostał ich za życia. Dziś, w epoce raportów AARO i przesłuchań w Kongresie, jego nazwisko wciąż pojawia się w dyskusjach jako symbol początku. Człowiek, który spojrzał w niebo i zobaczył coś, czego nie potrafił wyjaśnić. I miał odwagę o tym powiedzieć.
Peter Davenport, dyrektor National UFO Reporting Center, zastanawiał się publicznie, czy praca East Oregonian przy relacjonowaniu obserwacji Arnolda nie była szczytowym osiągnięciem dziennikarstwa w relacjonowaniu fenomenu UFO, i czy potem już tylko zmierzchaliśmy. Powiedział: „Jak Boga kocham, nie mogę zrozumieć, dlaczego członkowie prasy nie domagają się informacji na temat UFO. Ten brak zainteresowania prasy jest, moim zdaniem, nawet bardziej interesujący niż sama obecność UFO na naszej planecie”.
Może Davenport ma rację. Może dziennikarstwo straciło apetyt na wielkie pytania. Ale my w tej książce nie tracimy. W następnym rozdziale zmierzymy się z najsłynniejszym, najbardziej spornym i najbardziej emblematycznym przypadkiem w historii ufologii: Roswell. Incydent, który wydarzył się zaledwie kilkanaście dni po locie Arnolda, a który do dziś rozpala wyobraźnię i dzieli badaczy.
Zanim jednak tam dotrzemy, zatrzymajmy się na chwilę przy Arnoldzie. Człowieku, który widział coś nad Rainier i nie wiedział co. Który stał się mimowolnym prorokiem nowej ery. Który pod koniec życia wierzył, że latające spodki to żywe organizmy łączące nas z innymi wymiarami.
Czy się mylił? A może miał rację? Tego, podobnie jak on, nie wiemy. I to jest właśnie fascynujące w tej całej historii.
Rozdział 5: Roswell — Anatomia mitu i faktów (Lipiec 1947)
Początek lipca 1947 roku zapisał się w amerykańskiej historii z wielu powodzy. Był to czas, gdy zimna wojna dopiero nabierała kształtu, gdy naród wciąż otrząsał się po świeżo zakończonej wojnie światowej, a przede wszystkim — gdy Kenneth Arnold zaledwie kilkanaście dni wcześniej wprowadził do języka termin „latające spodki”. Ameryka była rozpalona. Gazety prześcigały się w doniesieniach o kolejnych obserwacjach, a wyobraźnia społeczna pracowała na najwyższych obrotach. I wtedy, w sam środek tego narodowego gorączkowania, uderzyła wiadomość, która do dziś pozostaje epicentrum współczesnej ufologii.
8 lipca 1947 roku Roswell Daily Record wyszedł z tytułem, który na zawsze zmienił to senne miasteczko w Nowym Meksyku: „RAAF Captures Flying Saucer on Ranch in Roswell Region” — Siły Powietrzne przechwytują latający spodek na ranczu w okolicy Roswell. Świat wstrzymał oddech. Ale zaledwie dwadzieścia cztery godziny później nastąpiło wycofanie się z tej rewelacji, które zamiast zgasić ogień, podsyciło go na siedem dekad.
Czym właściwie był incydent w Roswell? Czy to najważniejsze wydarzenie w historii badań nad UFO, czy może jeden wielki błąd w identyfikacji, który wymknął się spod kontroli? I jak to możliwe, że po niemal osiemdziesięciu latach wciąż nie mamy jednoznacznej odpowiedzi?
Świadek: William „Mac” Brazel
Zacznijmy od początku. Około 75 mil na północny zachód od Roswell, w pobliżu miejscowości Corona, znajdowało się ranczo należące do J.B. Fostera, prowadzone przez siedemdziesięcioletniego Williama „Maca” Brazela. Był to człowiek starej daty, pasterz i farmer, który większość życia spędził na pustynnych terenach Nowego Meksyku. Nie miał telefonu, nie czytał gazet na bieżąco, żył w rytmie wyznaczanym przez pory roku i potrzeby owiec.
Wieczorem 2 lipca 1947 roku — tego samego dnia, gdy Dan Wilmot, miejscowy sprzedawca artykułów żelaznych, siedząc z żoną na tarasie swojego domu w Roswell, zauważył „duży, jarzący się przedmiot” przelatujący z dużą prędkością w kierunku północno-zachodnim — nad ranczem Brazela wydarzyło się coś, co miało zmienić bieg historii.
Tej nocy, jak później relacjonował, usłyszał potężny huk, głośniejszy niż grzmot. Nie przywiązywał do tego wagi — burze na pustyni nie są rzadkością. Następnego ranka, wyruszając na codzienny objazd pastwisk, znalazł coś, czego się nie spodziewał. Na obszarze około trzech czwartych mili długości i dwustu, trzystu stóp szerokości teren był zaśmiecony dziwnymi przedmiotami.
Brazel opisywał to później w Roswell Daily Record z 9 lipca: „Główną część wraku stanowiły cienkie kawałki gumy, folia aluminiowa, dość gruby papier i kawałki czegoś, co przypominało taśmę maskującą, ale było znacznie grubsze i bardziej lepkie. Były też kawałki drewna, które wyglądały jak balsa, ale były twardsze”. Co ciekawe, Brazel podkreślał, że nie znalazł żadnych metalowych części, silników ani niczego, co przypominałoby typowe elementy konstrukcyjne samolotu.
Przez kilka dni Brazel zbierał te szczątki, układając je w sterty, ale nie spieszył się z doniesieniem. Dopiero 5 lipca, gdy wybrał się do miasteczka Corona, usłyszał o „latających spodkach” i zdał sobie sprawę, że to, co znalazł, może być czymś więcej niż tylko śmieciem. Następnego dnia, 6 lipca, pojechał do Roswell i zgłosił się do biura szeryfa George’a Wilcoxa.
Szeryf Wilcox, słuchając opowieści Brazela, zrobił to, co wydawało się naturalne — zadzwonił do pobliskiej bazy lotniczej Roswell Army Air Field. Wysłuchał go oficer wywiadu, major Jesse A. Marcel.
Major Jesse Marcel: Pierwszy świadek wojskowy
Major Jesse Marcel był człowiekiem, którego świadectwo miało stać się kluczowe dla całej sprawy. W 1947 roku był oficerem wywiadu 509. Grupy Bombowej — tej samej jednostki, która kilka lat wcześniej zrzuciła bomby atomowe na Hiroszimę i Nagasaki. Był pilotem, doświadczonym wojskowym, człowiekiem, który wiedział, czym jest tajny projekt i jak wygląda sprzęt wojskowy.