Wstęp: W poszukiwaniu straconego kanonu
Wyobraźmy sobie następującą scenę. Jest chłodny, listopadowy poranek 1912 roku w Paryżu. W eleganckiej redakcji wydawnictwa Gallimard przy rue Madame, André Gide — ówczesny papież francuskiej literatury, jeden z założycieli wpływowego czasopisma „Nouvelle Revue Française” — zasiada do lektury obszernego rękopisu nadesłanego przez autora-amatora. Nazwisko na stronie tytułowej: Marcel Proust. Tytuł: W poszukiwaniu straconego czasu. Gide czyta pierwsze zdania, potem pierwszy akapit. Przewraca kilka stron, krzywi się i odkłada manuskrypt na stertę odrzuceń. Jego uzasadnienie? W jednym ze zdań znalazł błąd gramatyczny. Po latach przyzna: „To był jeden z największych błędów mojego życia”.
Ta anegdota, choć dotyczy literatury, niesie w sobie głęboką prawdę o naturze piękna i naszym jego postrzeganiu. Oto człowiek obdarzony — jak mniemano — niezawodnym smakiem, autorytet w dziedzinie estetyki, przeoczył arcydzieło, ponieważ nie mieściło się ono w jego wyobrażeniu o tym, jak powinna wyglądać wielka literatura. Gide szukał porządku, którego Proust celowo nie zamierzał dostarczyć. Szukał kanonu, który właśnie rozpadał się na jego oczach.
Czym właściwie jest to coś, co nazywamy pięknem? Czy jest to obiektywna cecha bytu, zapisana w gwiazdach i matematyce proporcji, jak chcieli pitagorejczycy? Czy może jedynie kapryśny konstrukt społeczny, zmienny jak długość spódnic w magazynach mody? Immanuel Kant w swojej Krytyce władzy sądzenia przekonywał, że piękne jest to, co podoba się powszechnie, bezinteresownie i bezpośrednio. Ale ta powszechność jest złudna, bo choć każdy z nas potrafi powiedzieć „to jest piękne”, to rzadko zgadzamy się co do przedmiotu tego zachwytu. David Hume, szkocki filozof oświecenia, posunął się nawet do stwierdzenia, że „piękno nie jest cechą rzeczy samych w sobie: istnieje jedynie w umyśle, który je kontempluje”.
Książka, którą oddaję w Państwa ręce, jest próbą prześledzenia tej kapryśnej podróży idei — wędrówki kanonu piękna przez epoki, kontynenty i ludzkie umysły. To opowieść o tym, jak nasze pragnienia, lęki, technologie i systemy władzy odciskały się na ciele, twarzy i przedmiotach, nadając im miano „pięknych”. To także — a może przede wszystkim — opowieść o nas samych. Bo mówiąc o tym, co uważamy za piękne, mówimy tak naprawdę o tym, kim chcemy być i jak chcemy być postrzegani.
Umberto Eco, który w swojej Historii piękna przeprowadził nas przez labirynt zachodniej estetyki, zauważył na wstępie jedną kluczową rzecz: na przestrzeni wieków ścisły związek między pięknem a dobrem, pięknem a sztuką, bynajmniej nie był tak oczywisty, jak skłonni jesteśmy sądzić. Dla starożytnych Greków piękno cielesne było odblaskiem piękna duszy — kalokagathia łączyła w sobie walory fizyczne i moralne. Platon w Uczcie prowadzi nas od zachwytu nad pięknym ciałem, poprzez piękne dusze i instytucje, aż po samo piękno absolutne, wieczne i niezmienne. Z kolei Arystoteles, bardziej pragmatyczny, definiował piękno przez porządek i wielkość — coś, co można zmierzyć, opisać, skatalogować.
A jednak, gdy przyjrzymy się bliżej, ta grecka harmonia była zarezerwowana głównie dla mężczyzny-obywatela. Kobieta w klasycznej Grecji pojawiała się w sztuce rzadko, a jeśli już, to często jako uosobienie dzikiej, nieokiełznanej natury. To dopiero Praksyteles, swoją słynną Afrodytą z Knidos, dokonał rewolucji — po raz pierwszy bogini miłości została przedstawiona nago, a jej piękno stało się przedmiotem kontemplacji, ale i pożądania. Grecy, paradoksalnie, stworzyli kanon, który przetrwał tysiąclecia, ale sami rzadko stosowali go do swoich żon i córek.
Przenieśmy się teraz myślami do zupełnie innego świata. Na francuski dwór połowy XVI wieku. Król Henryk II otrzymuje niezwykły dar z podbitej Teneryfy — dziesięcioletniego chłopca o imieniu Petrus Gonsalvus. Chłopiec jest cały pokryty gęstym, miękkim włosem. Dziś powiedzielibyśmy, że cierpi na niezwykle rzadką chorobę — hipertrichozę. Wtedy uznano go za stworzenie graniczne, żywy dowód na istnienie mitycznych „ludzi dzikich”. Petrus zostaje na dworze, uczy się języków, łaciny, sztuk pięknych. Ubiera się w jedwabie, zachowuje się nienagannie. Jest bestią o manierach arystokraty. Gdy król umiera, a regencję przejmuje Katarzyna Medycejska, wpada na genialny, okrutny pomysł — każe wydać Petrusa za mąż za piękną córkę jednego ze służących, Katarzynę Raffelin. Eksperyment: czy bestia zrodzi bestie? Czy miłość może rozkwitnąć między światami?
Para doczekała się siedmiorga dzieci — czworo z nich odziedziczyło owłosienie ojca. Rodzina Gonsalvusów stała się sensacją europejskich dworów. Malowano ich portrety, często w scenerii jaskini, by podkreślić ich „dzikość”. Dzieci rozsyłano jako żywe eksponaty. Dziś historycy uważają, że to właśnie losy Petrusa i Katarzyny mogły zainspirować Gabrielle-Suzanne Barbot de Villeneuve do spisania baśni, którą znamy jako Piękna i Bestia.
Czy Petrus był piękny? Z pewnością nie w oczach swoich współczesnych. Jego odmienność budziła grozę i fascynację. Był ciekawostką, obiektem badań, trofeum. A jednak na nielicznych zachowanych portretach widać coś niezwykłego — jego żona, Katarzyna, spogląda na niego z czułością. Jej dłoń spoczywa na jego ramieniu. Gest ten, przez wieki, przetrwał jako nieme świadectwo, że piękno może być także kwestią relacji, a nie tylko anatomicznej proporcji. Baśń, która zrodziła się z tej historii, uczy nas, że piękno mieszka we wnętrzu — ale czy kiedykolwiek w to wierzyliśmy?
Wiktoriańska Anglia, połowa XIX wieku. W londyńskich salonach i na ulicach Paryża kobiety poruszają się w konstrukcjach przypominających klatki. Krynolina — spódnica rozpięta na elastycznych obręczach z fiszbinu lub stali — osiąga niekiedy średnicę dwóch metrów. To piękno, które zajmuje przestrzeń. Które mówi: „Jestem tutaj, należę do klasy, która nie musi się spieszyć, nie musi przepychać w tłumie, może pozwolić sobie na luksus bycia przeszkodą”. Problem w tym, że krynolina była zabójcza. W Anglii, w ciągu zaledwie dekady, w wyniku zapalenia się tych obszernych spódnic od kominków lub świec, spłonęło żywcem około trzech tysięcy kobiet. Piękno, które pali.
Nie inaczej było z gorsetem. Ta „zbroja” wiktoriańskiej damy modelowała talię do rozmiarów osy, ale jednocześnie ściskała narządy wewnętrzne, utrudniała oddychanie, powodowała przesunięcie wątroby i wieczne omdlenia. Kobiety mdlały nie z nadmiaru emocji, ale z braku tlenu. Estetyka wymagała ofiar. I to nie tylko na Zachodzie. W Chinach przez stulecie praktykowano krępowanie stóp — lotosowe stópki — które deformowały kości, uniemożliwiały naturalne chodzenie i skazywały kobiety na kalectwo w imię ideału wdzięku i statusu. Im mniejsza stopa, tym większa wartość kobiety na matrymonialnym rynku.
W tym kontekście musimy zadać pytanie, które będzie przewijać się przez wszystkie rozdziały tej książki: czy nasze współczesne kanony są mniej okrutne? Chirurgia plastyczna, wypełniacze, diety cud, presja bycia „fit” i „instagramowym” — czy to nie są nasze krynoliny i gorsety? Może nie palą nas żywcem, ale potrafią spalić nasze poczucie własnej wartości, portfel i zdrowie psychiczne. Różnica polega na tym, że wiktoriańska dama wiedziała, że cierpi dla piękna. My często wmawiamy sobie, że robimy to dla zdrowia, dla siebie, z wyboru. A wybór, jak wiemy, jest największym osiągnięciem demokracji, nawet jeśli dotyczy wyboru kata.
Przyjrzyjmy się jeszcze jednej anegdocie. Gdy Johannes Brahms wszedł do restauracji i poprosił o najlepsze wino, gospodarz, chcąc mu schlebić, przyniósł butelkę, mówiąc: „Przewyższa ono wszelkie inne gatunki, tak jak muzyka Brahmsa przewyższa każdą inną muzykę!”. Brahms, z charakterystycznym dla siebie suchym humorem, odparł: „W takim razie niech pan zabierze to wino i przyniesie mi butelkę »Beethovena«”.
Ta anegdota pięknie ilustruje dialektykę kanonu. Brahms był genialnym kompozytorem, ale żył w cieniu Beethovena. Jego własna twórczość była nieustannym dialogiem z tym, co przyszło wcześniej — czasem naśladowczym, czasem buntowniczym. Podobnie jest z historią piękna. Każda epoka definiuje się poprzez odniesienie do poprzedniczki. Średniowiecze neguje antyczne ciało, renesans je wskrzesza, barok doprowadza do przesady, klasycyzm studzi, a romantyzm ponownie rozpala. To niekończący się taniec tezy, antytezy i syntezy.
Wiek XX przyniósł prawdziwą rewolucję. Awangardy artystyczne — od Duchampa po Warhola — ogłosiły śmierć piękna, a przynajmniej jego zdegradowanie. Gdy Marcel Duchamp wystawia w 1917 roku pisuar podpisany „R. Mutt” i nazywa go Fontanną, zadaje cios śmiertelny idei piękna jako nieodłącznego atrybutu sztuki. Piękno przestaje być celem, staje się podejrzane, „burżuazyjne”, „dekadenckie”. Artysta nie ma już obowiązku zachwycać, ma obowiązek myśleć, prowokować, dekonstruować. A jednak, jak zauważa Umberto Eco, piękno nie znika. Ono emigruje. Znajduje azyl w modzie, reklamie, dizajnie, w codzienności. Nastaje, jak to określa włoski semiolog, „orgia tolerancji, niepowstrzymany politeizm piękna”. Dziś każdy może być piękny na swój sposób. I paradoksalnie, nikt nie jest.
Ta książka jest więc zaproszeniem do podróży. Podróży w głąb historii, ale także w głąb nas samych. Będziemy przyglądać się Wenus z Willendorfu — tej drobnej, płodnej figurce o przerośniętych biodrach i piersiach, która mówi nam, że dla paleolitycznego łowcy piękno oznaczało przetrwanie. Zatrzymamy się na dłużej w Egipcie faraonów, gdzie hieratyczność i geometria stały się gwarancją nieśmiertelności, a kohl podkreślający oczy był nie tylko kosmetykiem, ale i ochroną przed złymi duchami. Prześledzimy, jak średniowieczny mistyk Tomasz z Akwinu definiował piękno jako integritas, consonantia i claritas — czyli całość, harmonię i blask, które są przymiotami Boga, a niekoniecznie człowieka.
Wkroczymy w renesansowy Florencję, gdzie złote włosy i alabastrowa cera damy były świadectwem jej cnoty, a nie tylko urody. Zajrzymy do japońskiej dzielnicy gejsz, gdzie biała maska twarzy i czerwone usta stają się płótnem dla sztuki, a natura ustępuje miejsca perfekcyjnemu rytuałowi. W epoce wiktoriańskiej przyjrzymy się niebezpiecznym krynolinom i gorsetom, by wreszcie wylądować w XXI wieku — epoce Photoshopa, Instagrama, body positivity i wirtualnych influencerek, które nie mają ciał, a mimo to dyktują nam, co jest piękne.
W tym miejscu musimy poczynić jedno zastrzeżenie. Jak słusznie zauważa Umberto Eco, każda historia piękna pisana z perspektywy Zachodu jest z konieczności niepełna. Dysponujemy tekstami filozofów i poetów, mamy dzieła sztuki, ale co z głosem chłopów, rzemieślników, kobiet, które nie pozostawiły po sobie traktatów? Co z innymi kulturami — Indiami, Chinami, Afryką — gdzie nasze zachodnie kategorie „piękna”, „sztuki”, „estetyki” często po prostu nie pasują?. Będziemy więc ostrożni w formułowaniu sądów, ale nie unikniemy porównań. Bo to właśnie w zderzeniu z Innym najczęściej odkrywamy prawdę o sobie samych.
Pozwolę sobie na koniec tego wstępu na osobistą refleksję. Od lat zajmuję się historią idei i zawsze fascynowało mnie, jak bardzo jesteśmy zniewoleni przez to, co uważamy za „naturalne”. Gorset nie był naturalny. Krępowanie stóp nie było naturalne. Dziś mówimy, że naturalne jest zdrowie, sport, radość życia. Ale czy na pewno? Gdy oglądamy zdjęcia modelek w magazynach, gdy porównujemy się do wyretuszowanych ciał na Instagramie, gdy wydajemy fortunę na kremy „anti-aging”, nie oszukujmy się — to też jest gorset. Niewidzialny, ale jakże skuteczny.
Dlatego napisałem tę książkę. Nie po to, by pouczać, co jest piękne, a co brzydkie. Nie po to, by wyśmiewać nasze babki za to, że pudrowały twarze na biało, by ukryć ślady słońca. Lecz po to, by pokazać, że kanon piękna jest jak rzeka — płynie, meandruje, czasem wysycha, by za chwilę wylać się z brzegów. Nie istnieje jeden, stracony, doskonały kanon. Istnieją tylko ludzie, którzy w każdym stuleciu próbują nadać sens swojemu istnieniu, rzeźbiąc w jedynym materiale, który naprawdę mamy — w naszym ciele i naszej wyobraźni.
Zapraszam zatem w tę podróż. Będzie momentami bolesna, gdy ujrzymy ofiary, jakie składaliśmy na ołtarzu mody. Będzie zabawna, gdy odkryjemy, jak bardzo nasze dzisiejsze „odkrycia” były już znane starożytnym. I będzie, mam nadzieję, wyzwalająca. Bo jeśli zrozumiemy, że piękno jest konstruktem, a nie wyrokiem natury, może łatwiej będzie nam zaakceptować to jedno, najważniejsze piękno — to, które nosimy w sobie, bez filtrów, bez gorsetów, bez lęku.
Czy to możliwe? Przekonajmy się.
Rozdział 1: Prehistoria — Piękno jako płodność i magia
I. W cieniu jaskini
Wyobraźmy sobie moment przełomowy. Jest rok 1908. W dolinie Wachau w Austrii, w trakcie budowy linii kolejowej, robotnicy dokonują odkrycia, które na zawsze zmieni nasze rozumienie początków estetyki. Z lessowej gleby, w której spoczywała przez 25 tysięcy lat, wyłania się maleńka figurka — kobieta o przerośniętych piersiach, potężnym brzuchu i masywnych biodrach, z głową pokrytą misternie wykonaną fryzurą lub nakryciem. Archeolog Josef Szombathy, który wkrótce pojawi się na miejscu, nie ma jeszcze świadomości, że trzyma w dłoniach jeden z najsłynniejszych artefaktów w historii ludzkości — Wenus z Willendorfu.
Kilkanaście lat wcześniej, w 1894 roku, w jaskini Laugerie-Basse we Francji, markiz Paul Hurault de Vibraye — amator archeolog o nazwisku, które brzmi jak z powieści Prousta — dokonał innego ważnego odkrycia. Znalazł figurkę z kości mamuta, którą z właściwym sobie ironicznym humorem nazwał Venus impudique — „Wenus bezwstydną”. Nazwa ta była celowym żartem, odwróceniem klasycznej Venus pudica, greckiej Afrodyty skromnie zakrywającej dłonią łono. Paleolityczna figurka nie zakrywała niczego — przeciwnie, eksponowała swoją płciowość z bezceremonialną szczerością.
To właśnie markiz de Vibraye, nieświadomie, nadał nazwę całej kategorii artefaktów — „paleolityczne Wenus”. Nazwa jest, rzecz jasna, kompletnym anachronizmem. Grecka bogini miłości i jej rzymska odpowiedniczka narodziły się tysiące lat później, w zupełnie innym świecie. A jednak termin ten przyjął się na dobre, obciążając nasze myślenie o prehistorii całym bagażem późniejszych wyobrażeń. Jak to często bywa w historii piękna, nazwaliśmy przeszłość na własny obraz i podobieństwo.
Dziś znamy około dwustu takich figurek, rozsianych od Francji po Syberię, datowanych na okres od 40 do 10 tysięcy lat temu. Są wykonywane z kamienia, kości mamuciej, wypalanej gliny. Łączy je jedno: wszystkie są małe — kilka, najwyżej kilkanaście centymetrów wysokości — mieszczą się w dłoni, można je nosić przy sobie, przewiesić przez sznurek. Łączy je także, choć nie zawsze, to, co uczeni nazywają „hipertrofią cech płciowych”. To słowo klucz: hipertrofia, czyli przerost, nadmiar, przesada.
Ale czy to na pewno przesada? Czy dla kogoś, kto żył 30 tysięcy lat temu, te wydatne biodra, te ciężarne brzuchy, te piersi jak dojrzałe owoce były przesadą? A może były po prostu — prawdą?
II. Głos kości
Zanim spróbujemy odpowiedzieć na to pytanie, musimy zrozumieć, jak wyglądało życie naszych przodków. Mit złotego wieku, w którym człowiek żył długo i szczęśliwie w harmonii z naturą, jest piękną bajką, ale bajką. Jak pisze Agnieszka Krzemińska na łamach „Polityki”, rzeczywistość paleolitycznego łowcy-zbieracza była brutalna. Analizy porównawcze współcześnie żyjących ludów zbieracko-łowieckich wskazują, że w społecznościach przedrolniczych kobiety rodziły rzadziej, a dzieci były karmione piersią nawet przez kilka lat, co naturalnie rozstępowało odstępy między porodami.
Co więcej, jak wynika z badań kości, nasi przodkowie byli narażeni na szereg chorób, urazów i niedoborów pokarmowych. Prof. Tomasz Kozłowski z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu zwraca uwagę na podstawowy problem badaczy prehistorii: „Na naszych terenach kości z tej epoki jest co kot napłakał”. To, co mamy, to fragmenty, strzępy, zagadki.
Wiemy jednak wystarczająco dużo, by zrozumieć jeden kluczowy fakt: dożycie wieku średniego, przeżycie kilku ciąż i karmień, osiągnięcie stanu, który dziś nazwalibyśmy „otyłością” — to było w paleolicie niezwykłym osiągnięciem. To był luksus. To był dowód na to, że społeczność radzi sobie dobrze, że jest wystarczająco dużo pożywienia, że kobiety nie umierają przy porodzie, że dzieci przeżywają.
I tu dochodzimy do sedna.
Badanie opublikowane w czasopiśmie naukowym sugeruje coś zaskakującego. Poproszono współczesnych uczestników o ocenę atrakcyjności paleolitycznych Wenus. Okazało się, że figurki o niskim współczynniku talii do bioder (WHR), czyli bardziej „klepsydrowe”, były oceniane jako atrakcyjniejsze. Ale większość paleolitycznych Wenus ma wysoki współczynnik WHR — ponad 1.0, co oznacza, że talia jest szersza od bioder lub równa. Innymi słowy, współczesnym obserwatorom figurki te wydają się nieatrakcyjne.
Uczestnicy badania ocenili jednak, że figurki przedstawiają kobiety w średnim wieku lub młode dorosłe, a nie nastolatki czy kobiety po menopauzie. Co więcej, choć niektóre z nich uznano za przedstawiające kobiety w ciąży, większość oceniono jako niebędące w ciąży.
Wniosek? Być może paleolityczne Wenus nie są symbolami płodności w wąskim sensie — nie przedstawiają po prostu „matki”, „kobiety ciężarnej” czy „bogini płodności”. Być może przedstawiają coś innego: przetrwanie. Autorzy badania sugerują, że w czasie, gdy powstawały te figurki, Europę nawiedzało ekstremalne zlodowacenie. Otyłość i dożycie wieku średniego po wielokrotnych ciążach były rzadkością. Figurki te mogły symbolizować nadzieję na przetrwanie i długowieczność w dobrze odżywionych i reprodukcyjnie skutecznych społecznościach.
To fascynująca zmiana perspektywy. Piękno nie byłoby tu wyrazem pożądania seksualnego w naszym współczesnym rozumieniu. Byłoby wyrazem czegoś bardziej pierwotnego — tęsknoty za życiem. Za jego trwaniem. Za jego obfitością.
III. Kobieta-naczynie
Andrzej Szyjewski w swojej Etnologii religii przywołuje kluczową koncepcję archetypu Wielkiej Matki, rozwiniętą przez Carla Gustava Junga i jego ucznia Ericha Neumanna. Jung widział w archetypie Matki symbol przede wszystkim macierzyństwa, troski, opieki. Ale także — aspekt ambiwalentny: to, co sekretne, ukryte, ciemne, otchłaniane, świat śmierci. Matka może mieć formę kochającą i straszną, jak hinduska bogini Kali.
Neumann poszedł dalej. Zaproponował formułę: „kobieta = ciało = naczynie = świat”. To zdanie jest kluczem do zrozumienia paleolitycznej estetyki. Kobiece ciało jest naczyniem — naczyniem, które nosi w sobie nowe życie, tak jak ziemia nosi w sobie nasiona, jak jaskinia nosi w sobie ciepło i schronienie, jak niebiosa noszą w sobie deszcz. Symbolika naczynia, łona, pojemnika jest uniwersalna.
Wenus z Willendorfu nie ma twarzy. Jej głowa pokryta jest misternym wzorem, który interpretuje się jako fryzurę lub czapkę z plecionej trawy, ale rysów twarzy brak. Dla nas, ludzi zafiksowanych na twarzy — na spojrzeniu, uśmiechu, wyrazie — jest to niepokojące. Gdzie jest indywidualność? Gdzie jest osoba?
A może pytanie jest błędne. Może ta figurka nie ma przedstawiać osoby. Ma przedstawiać zasadę. Ideę. Siłę. Kobiecość nie jako konkretną kobietę, ale jako archetyp — naczynie życia.
Podobnie jest z Wenus z Dolních Věstonic, odkrytą na Morawach w 1925 roku. To figurka wykonana z wypalanej gliny — co samo w sobie jest niezwykłe, bo to jeden z najstarszych znanych przykładów ceramiki na świecie. Datowana na około 29—25 tysięcy lat temu, przedstawia kobietę o symetrycznych, wydatnych kształtach. Ma zaznaczone oczy, ale są one skośne, geometryczne. Znów: nie tyle portret, ile znak.
Archeolog Nicholas J. Conard, który w 2008 roku odkrył w jaskini Hohle Fels w Niemczech najstarszą znaną Wenus (datowaną na 35—40 tysięcy lat), ujął to brutalnie prosto: „Głowa i nogi nie mają znaczenia. Tu chodzi o seks, reprodukcję”. I rzeczywiście, figurka z Hohle Fels ma przerośnięte piersi, wydatny brzuch, wyraźnie zaznaczone wargi sromowe. Zamiast głowy — pętelka do zawieszenia.
Można by pomyśleć, że Conard ma rację. Że to po prostu paleolityczna pornografia. Ale to zbyt proste. Bo jeśli to tylko „seks i reprodukcja”, to dlaczego większość tych figurek nie przedstawia młodych, szczupłych, płodnych kobiet w kwiecie wieku? Dlaczego przedstawiają kobiety dojrzałe, ciężarne, z rozstępami, z obwisłymi piersiami? Bo tak wygląda prawdziwe, przeżyte życie. Bo tak wygląda ciało, które nosiło dzieci, karmiło je, przetrwało zimę.
IV. Matka Ziemia, Matka Śmierć
W neolicie, wraz z rewolucją rolniczą, zmienia się wszystko. Około 10 tysięcy lat temu ludzie zaczynają osiadać, uprawiać ziemię, hodować zwierzęta. To jedna z dwóch wielkich transformacji gospodarczych w dziejach ludzkości — obok rewolucji przemysłowej. I zmienia to radykalnie postrzeganie kobiecego piękna.
Mircea Eliade, wielki historyk religii, wskazywał na tożsamość kobiety i ziemi w myśleniu neolitycznym. Kamienie to jej kości, gleba to jej ciało, rośliny to jej włosy. Ziemia jest Terra Mater — Matką Ziemią, która daje życie wszystkim istotom po niej chodzącym. Kobieta, rodząc, naśladuje ziemię, która rodzi plony. Jej łono jest jak zaorane pole, jej krew menstruacyjna jak deszcz użyźniający glebę.
W tym kontekście pojawia się nowy typ figurek. Wciąż kobiece, ale już inne. W Anatolii, w Çatalhöyük, archeolodzy odkryli słynną figurkę Bogini zasiadającej na tronie, z ramionami opartymi na lampartach. To już nie tylko kobieta-naczynie, to Władczyni Zwierząt — Potnia Theron — pani dzikiej natury, która może ją obłaskawić lub rzucić na kolana.
Ale pojawia się też aspekt mroczny. Bogini bywa przedstawiana jako postać z głową w kształcie czaszki, z zaznaczonymi śladami rozkładu. To Zła Matka — ta, która odbiera życie, która jest ziemią jako grobem, która pochłania. Bo ziemia nie tylko rodzi, ale i grzebie. Cykl życia i śmierci jest nierozerwalny.
Robert Graves, w swojej kontrowersyjnej książce Biała Bogini, opisał tę postać jako trójjedyną: dziewica, matka, starucha. Biała (narodziny), czerwona (miłość i wojna), czarna (śmierć i wróżbiarstwo). Trójkąt łonowy — ten sam, który widzimy na paleolitycznych Wenus — staje się symbolem wszystkich trzech faz. Jest bramą życia, ale też bramą śmierci. Przez nią wchodzimy na świat, przez nią — metaforycznie — z niego odchodzimy.
V. Bezwstydna, czyli prawdziwa
Wróćmy na chwilę do markiza de Vibraye i jego „Wenus bezwstydnej”. Nazywając ją tak, markiz zdradził więcej, niż zamierzał. Pokazał, że patrzy na paleolityczną figurkę przez pryzmat własnej, XIX-wiecznej, wiktoriańskiej wrażliwości. Dla niego „bezwstyd” to skandal, to naruszenie decorum, to coś, co należy oswoić ironiczną nazwą.
A przecież ta figurka nie ma pojęcia o wstydzie. Wstyd jest wynalazkiem cywilizacji — pojawia się wraz z ubraniem, z poczuciem intymności, z oddzieleniem sfery publicznej od prywatnej. Dla kobiety z paleolitu jej ciało było po prostu — ciałem. Narzędziem przetrwania. Źródłem życia. Nie miała powodów, by je zakrywać, ani powodów, by je eksponować w sposób, który my uznalibyśmy za „seksualny”. Ona po prostu była.
W tym sensie paleolityczne Wenus są może bardziej uczciwe niż wszystkie późniejsze przedstawienia kobiet. Nie udają, że są czymś innym niż są. Nie są ozdobą, nie są obiektem pożądania skonstruowanym dla męskiego spojrzenia. Są po prostu — kobietami. Kobietami, które rodzą, karmią, starzeją się, umierają. Kobietami, które są naczyniami życia.
Olga Soffer, amerykańska archeolog, przestrzegała przed analizowaniem tych figurek „w kategoriach XVIII-wiecznej sztuki zachodnioeuropejskiej”. To ważna przestroga. Kiedy patrzymy na Wenus z Willendorfu, widzimy to, co chcemy zobaczyć. Dla jednych to dowód na istnienie prehistorycznego kultu płodności. Dla innych — na matriarchat. Dla jeszcze innych — po prostu sztukę. A może to wszystko naraz, a może nic z tego.
VI. Piękno, które nie jest piękne
Na koniec tego rozdziału chciałbym postawić pytanie najbardziej kłopotliwe: czy te figurki miały być piękne?
Dla nas, ludzi XXI wieku, odpowiedź jest niełatwa. Nie znajdujemy w nich tego, co zwykle nazywamy pięknem — harmonii proporcji, wdzięku, zmysłowości w naszym rozumieniu. A jednak ktoś je wykonał z niezwykłą starannością. Ktoś nosił je przy sobie przez lata. Ktoś zakopał je z szacunkiem w ziemi.
Badanie, o którym wspomniałem wcześniej, pokazuje, że współcześni ludzie oceniają te figurki jako mało atrakcyjne. Ale to my jesteśmy produktem naszej epoki — epoki, w której piękno kojarzy się z młodością, szczupłością, sprawnością. Dla człowieka paleolitu kryteria były inne. Piękna była ta, która przetrwała. Ta, która urodziła i odchowała dzieci. Ta, której ciało nosiło ślady życia, bo życie było największą wartością.
W tym sensie paleolityczne Wenus są może najuczciwszymi przedstawieniami piękna w całej jego historii. Nie kamuflują, nie upiększają, nie idealizują. Pokazują kobietę taką, jaka jest naprawdę — istotę, której ciało jest fabryką życia, magazynem energii, twierdzą przetrwania. To piękno funkcjonalne, nie dekoracyjne. Piękno, które ma sens, a nie tylko wygląd.
Czy to jeszcze piękno? A może coś więcej?
Zostawiam to pytanie otwarte, bo odpowiedź zależy od tego, co uznamy za piękno. Jeśli uznamy, że piękno to harmonia proporcji według greckiego kanonu — paleolityczne Wenus nie są piękne. Jeśli uznamy, że piękno to wyraz pożądania seksualnego w naszym współczesnym rozumieniu — też nie. Ale jeśli uznamy, że piękno to symbol życia, znak przetrwania, obietnica trwania — wtedy te małe, pękate figurki z kości mamuta są jednymi z najpiękniejszych rzeczy, jakie kiedykolwiek stworzył człowiek.
VII. Dziedzictwo krwi i kości
Kim była kobieta, która pozowała do Wenus z Willendorfu? Czy w ogóle pozowała? A może figurka była wyobrażeniem zbiorowym, syntezą wielu ciał, wielu doświadczeń? Nie wiemy i prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy.
Wiemy natomiast, że te figurki towarzyszyły naszym przodkom przez dziesiątki tysięcy lat. Przetrwały epoki lodowcowe, wędrówki ludów, rewolucję neolityczną, powstanie pierwszych cywilizacji. Przetrwały, by opowiedzieć nam swoją historię — historię, której nie spisano, bo nie znano pisma, ale wyrzeźbiono w kamieniu i kości.
Dziś, gdy patrzymy na nie w gablotach muzeów — w Wiedniu, w Brnie, w Paryżu — trudno nam pojąć, że ktoś nosił je w zanadrzu, ogrzewał ciepłem własnego ciała, może szeptał do nich modlitwy o deszcz, o urodzaj, o życie. A jednak tak było. I to właśnie ta intymność, to fizyczne obcowanie z przedmiotem, czyni je tak poruszającymi.
Wenus z Willendorfu nie jest piękna w sensie, który znali Grecy, renesansowi malarze czy fotografowie mody. Jest piękna w sensie bardziej pierwotnym — jest prawdziwa. A prawda, jakkolwiek bywa niewygodna, ma swoją własną, surową estetykę.
W następnym rozdziale przeniesiemy się do Egiptu — świata, w którym piękno zostanie poddane rygorom geometrii i matematyki, gdzie ciało stanie się mapą nieśmiertelności, a kosmetyka — narzędziem wędrówki w zaświaty. Ale zanim to nastąpi, warto na chwilę zatrzymać się przy tych małych, pękatych figurkach i oddać im hołd. One zaczęły tę opowieść. Opowieść o tym, jak ludzie próbowali uchwycić to, co ulotne — piękno — i zamknąć je w materiale, który przetrwa dłużej niż oni sami.
Czy im się udało? Sądząc po tym, że wciąż o nich mówimy, chyba tak.
Rozdział 2: Mezopotamia — Między boginią a niewolnicą
I. W cieniu wiszących ogrodów
Wyobraźmy sobie miasto, które dla starożytnego świata było synonimem przepychu, władzy i — rozpusty. Babilon. Nazwa, która do dziś brzmi jak zaklęcie, jak echo upadłego imperium, jak biblijne uosobienie grzechu. Gdy grecki historyk Herodot, nazywany Ojcem Historii, przybył do tego miasta nad Eufratem w V wieku przed naszą erą, zobaczył coś, czego nie mógł pojąć. Tysiące kobiet gromadzących się w świątyni, ustawionych w długich kolejkach, z głowami owiniętymi sznurami — czekających na obcego mężczyznę, który rzuci im monetę na kolana i zaprowadzi do świętego przybytku.
Herodot zapisał w swoich Dziejach słowa, które przez wieki kształtowały obraz Mezopotamii: „Każda kobieta tego kraju musi raz w życiu w świątyni Afrodyty [Isztar] oddać się obcemu mężczyźnie. Siedząc w uświęconym kręgu świątyni, czeka na przybysza. Te ładniejsze prędko wracają do domu, te mniej urodziwe nieraz muszą czekać latami, nim spełnią święty obowiązek”.
Czy to prawda? Czy Herodot, jak zwykli czynić Grecy, nie przesadził, nie ubarwił, nie stworzył mitu o barbarzyńskim Wschodzie, by podkreślić wyższość własnej cywilizacji? Niektórzy badacze podważają jego słowa. A jednak — nikt nigdy nie zdołał ich całkowicie obalić. I nawet jeśli historyk nieco koloryzował, jedno jest pewne: w Mezopotamii piękno, seks i religia tworzyły nierozerwalny splot, jakiego świat później już nie widział. A w centrum tego wszystkiego stała ona — Isztar. Bogini, która uczyniła seks modlitwą.
II. Bogini o dwóch twarzach
Isztar — znana Sumerom jako Inanna, „Pani Nieba” — była bóstwem paradoksów. Z jednej strony bogini miłości cielesnej, ale nie tej małżeńskiej, ustatkowanej, domowej. Przeciwnie: Isztar patronowała seksowi pozamałżeńskiemu, przygodnemu, świątynnemu. Była ucieleśnieniem dzikiej, nieokiełznanej zmysłowości. Z drugiej strony — była boginią wojny. Na starożytnych płaskorzeźbach przedstawiano ją stojącą na lwie, z łukiem w dłoni, z bronią u boku. Walkę nazywano jej „placem zabaw”. Łączyła w sobie to, co w późniejszych kulturach zostanie rozdzielone: erotykę i agresję, miłość i śmierć, płodność i zniszczenie.
Szósta tablica babilońskiego Eposu o Gilgameszu — jednego z najstarszych dzieł literackich ludzkości — opowiada historię, która doskonale ilustruje tę ambiwalencję. Gilgamesz, legendarny król Uruku, odrzuca zaloty Isztar. I czyni to w sposób, który musiał być śmiertelną obrazą. Wymienia wszystkich jej kochanków i pointuje, że każdemu z nich przyniosła zgubę. Był ptak o pięknym upierzeniu — a Isztar złamała mu skrzydła. Był lew doskonały w swej sile — a Isztar wykopała dla niego siedem dołów. Był koń wierny w boju — a Isztar kazała go okiełznać biczem i pić mętną wodę. Nawet własny mąż, Dumuzi — bóg wegetacji i wiosennej przyrody — nie uniknął jej gniewu. Gdy wrócił z wyprawy do krainy umarłych i nie okazał tęsknoty za swoją boską małżonką, Isztar posłała go z powrotem w zaświaty — na wieczność.
Czego uczy nas ten mit? Że piękno i miłość w Mezopotamii nie były słodkie, łagodne, bezpieczne. Były groźne. Isztar była boginią, która obdarowywała urodą i płodnością, ale mogła też odebrać wszystko. Jej kapłanki — święte prostytutki — nie były zwykłymi kobietami lekkich obyczajów. Były żywymi posążkami bogini, ucieleśnieniem jej mocy na ziemi. Gdy oddawały się obcym mężczyznom w świątyni, nie czyniły tego dla pieniędzy — choć moneta rzucona na kolana była ofiarą dla świątyni — ale dla uświęcenia, dla błogosławieństwa, dla witalności, która miała spłynąć na nich i na ich partnera.
Herodot zanotował, że po spełnieniu tego „obowiązku” kobieta mogła wrócić do męża, który nie miał prawa mieć do niej pretensji. Przeciwnie — wracła „oświecona i pełna sił witalnych”. Dla nas, ludzi wychowanych w kulturze chrześcijańskiej, gdzie seks kojarzy się z intymnością, wiernością, zamknięciem w sypialni, było to niepojęte. Dla Babilończyków było oczywiste: seks z obcym w świątyni to nie zdrada, to sakrament.
III. Święte nierządnice i święta defloracja
Wokół kultu Isztar narosło wiele mitów, ale jeden wydaje się potwierdzony przez źródła: istnienie w Babilonie swoistego „domu publicznego” przy świątyni, gdzie na stałe posługę pełniły kapłanki oddające się wiernym w zamian za ofiarę. To one nazywane były „świętymi nierządnicami” — i nie był to w starożytności epitet, lecz określenie funkcji religijnej.
Istniał także inny, jeszcze bardziej zaskakujący zwyczaj: usankcjonowana religijnie defloracja nastoletnich dziewcząt. Zanim młoda Babilonka mogła wyjść za mąż, musiała zostać wprowadzona w arkana sztuki miłosnej przez kapłanów, którzy mieli przywilej rozdziewiczania córek swoich ojców. Dziś brzmi to dla nas jak koszmar. Wówczas — jak zapewniali kapłani — było to błogosławieństwo, dar bogini, zapewnienie płodności i szczęścia w przyszłym małżeństwie.
Ciekawostką jest, że według niektórych badań pierwotnie prostytutkami świątynnymi mogły zostawać kobiety bezpłodne. Logika była prosta: skoro natura odmówiła im możliwości rodzenia, mogą służyć bogini inaczej — pomagając innym w dostąpieniu błogosławieństwa płodności. Podobnie rzecz miała się z mężczyznami — istniała też męska prostytucja świątynna, choć źródła mówią o niej mniej.
Nie oznacza to jednak, że starożytny Babilon był rajem nieograniczonej swobody seksualnej. Przeciwnie — istniało wyraźne rozróżnienie między seksem świętym a świeckim. O ile seks w świątyni był społecznie akceptowany, a nawet nakazany, o tyle „czysta” prostytucja, czyli zarabianie ciałem poza kontekstem religijnym, uważana była za poniżającą. Kobieta, która oddawała się mężczyźnie dla pieniędzy, nie dla bogini, traciła twarz, hańbiła rodzinę, spadała w hierarchii społecznej. Seks bez religijnego uzasadnienia był — paradoksalnie — gorszy od seksu z przypadkowym nieznajomym w świątyni.
A sama Isztar? Czuwała. Jeśli po takim świętym akcie mężczyzna lub kobieta zapadali na choroby weneryczne — a Babilon słynął w starożytności jako wylęgarnia takich dolegliwości — interpretowano to jako niełaskę bogini. Ropiejące, bolące przypadłości były znakiem, że Isztar się odwróciła, że akt nie został przyjęty, że trzeba przebłagać bóstwo. W ten sposób religia regulowała nawet zdrowie intymne mieszkańców.
IV. Ciało jako płótno — kosmetyka i status
Przenieśmy się teraz z mrocznych zakamarków świątyń do jasnych, przestronnych komnat babilońskich pałaców. Kobieta z wyższych sfer spędzała godziny na toalecie. I nie była to próżność — był to obowiązek.
Archeolodzy odkrywający mezopotamskie miasta natrafili na fascynujące znaleziska: w jaskiniach z epoki lodowcowej na terenach sumeryjskich odnaleziono pierwsze barwniki do ciała oraz szminki, datowane na około 3000 lat przed naszą erą. To dowód, że kosmetyka istniała w Mezopotamii od samego początku cywilizacji. Co więcej, badania wskazują, że muł pochodzący z Eufratu i Tygrysu wykorzystywano do sporządzania maseczek kosmetycznych. Kobiety sprzed pięciu tysięcy lat nakładały na twarz błoto z tych samych rzek, nad którymi tysiące lat później powstały wiszące ogrody Semiramidy.
Największą wagę przywiązywano do oczu. Podobnie jak w Egipcie, w Mezopotamii używano kohlu — czarnej szminki do obwodzenia powiek. W jej skład wchodził galenit (siarczek ołowiu), palone migdały, utleniona miedź, sadza, a czasem nawet sproszkowane pancerzyki chrząszczy. Mieszankę tę łączono z gęsim tłuszczem lub wodą i nakładano za pomocą specjalnych aplikatorów. Efekt? Oczy nabierały migdałowego kształtu, spojrzenie stawało się głębokie, hipnotyczne.
Ale — uwaga — nie chodziło tylko o urodę. Kohl miał również działanie lecznicze. W gorącym, suchym klimacie Mezopotamii choroby oczu były powszechne. Pył pustynny, owady, ostre słońce podrażniały spojówki. Ciemna warstwa na powiekach chroniła przed nadmiarem światła, a ołów zawarty w kohlu — choć toksyczny przy dłuższym stosowaniu — działał antybakteryjnie. Mezopotamskie kobiety nieświadomie chroniły się przed ślepotą, malując oczy.
Do tego dochodziły wonne olejki i perfumy. W starożytnym świecie woda była towarem deficytowym, więc pachnące esencje pełniły rolę dezodorantów. Chroniły też skórę przed palącym słońcem. Sporządzano je z mirry, sandałowca, płatków kwiatów, liści aromatycznych roślin, a także z substancji pochodzenia zwierzęcego — piżma (z gruczołów jelenia piżmowego) i ambry (z przewodu pokarmowego kaszalota). Brzmi odpychająco? Dla starożytnych była to magia zamknięta w alabastrowym flakoniku.
I tu dochodzimy do kluczowej kwestii: jasna cera w Mezopotamii była synonimem przynależności do wyższych sfer. Opalenizna oznaczała pracę na słońcu — a więc status niewolnika, robotnika, chłopa. Kobiety z dobrych domów robiły wszystko, by zachować bladość. Stosowały kąpiele w mleku, maseczki z miodu, a także — uwaga — sproszkowaną kredę i biały ołów zmieszany z tłuszczem. Dziś wiemy, że biel ołowiowa powoduje ołowicę: zatrucie organizmu objawiające się osłabieniem, bezsennością, uszkodzeniem nerek i wątroby, a nawet śmiercią. Mezopotamskie elegantki płaciły najwyższą cenę za swoje piękno. Truły się powoli, dzień po dniu, by tylko pozostać białymi jak alabaster.
V. Prawo, które regulowało urodę
Babilon był nie tylko miastem rozpusty, ale też miastem prawa. Wszyscy znamy Kodeks Hammurabiego — ten słynny zbiór przepisów wyryty na diorytowej steli, odnaleziony w 1901 roku w Suzie przez francuską ekspedycję, a dziś przechowywany w Luwrze. Stela przedstawia samego Hammurabiego stojącego przed bogiem słońca Szamaszem, który wręcza mu insygnia władzy. Przesłanie jest jasne: prawo pochodzi od bogów, jest nienaruszalne, święte.
A co to prawo mówi o kobietach, o urodzie, o ciele?
Kodeks z całą surowością regulował kwestie małżeństwa, rozwodu, wierności. I tu pojawia się ciekawy paradoks. Z jednej strony — jak widzieliśmy — seks świątynny był dozwolony, a nawet nakazany. Z drugiej — zdrada małżeńska poza kontekstem religijnym była karana śmiercią. Paragraf 129 Kodeksu mówi wprost: „Jeśli żona mężczyzny została pochwycona podczas stosunku z innym mężczyzną, związać ich i wrzucić do wody”. Oczywiście, mąż mógł ułaskawić żonę, ale wtedy król musiał ułaskawić także kochanka. System był brutalny, ale przewidywał wyjątki.
Jeszcze bardziej drastyczny jest paragraf 153: „Żona, która dla poślubienia drugiego mężczyzny kazała zabić swego męża, ma zostać wbita na pal”. To nie jest metafora. To dosłowny opis egzekucji. Ciało kobiety, która odważyła się przedłożyć własne pragnienia nad świętość małżeństwa, stawało się przedmiotem publicznej kaźni.
Kodeks wprowadzał też hierarchię społeczną, która miała wpływ na postrzeganie piękna. Inaczej traktowano wolnego obywatela, inaczej poddanego, a inaczej niewolnika. Paragraf 196 głosi słynne „oko za oko, ząb za ząb”: jeśli obywatel wybił oko drugiemu obywatelowi, jemu także wybijano oko. Ale jeśli wybił oko poddanemu, płacił grzywnę — jedną minę srebra. Jeśli zaś wybił oko niewolnikowi, odszkodowanie należało się nie niewolnikowi, ale jego właścicielowi. Piękno, w tym systemie, nie było wartością samą w sobie. Było funkcją statusu. Oko pana warte było tyle, co całe ciało niewolnika.
Podobnie rzecz się miała z karami za naruszenie cielesności. Paragraf 205: „Jeśli niewolnik obywatela w policzek obywatela uderzył, ucho mu utną”. Policzek — miejsce, na którym mógł spoczywać makijaż, które mogło być białe od pudru ołowiowego — był święty. Dotknięcie go przez niewolnika było profanacją karalną okaleczeniem. Piękno było zastrzeżone dla wolnych.
VI. Heban i kość słoniowa — biżuteria jako język
W mezopotamskich grobach archeolodzy znajdują nie tylko szkielety, ale też bogate wyposażenie. Kobiety chowano z biżuterią: naszyjnikami z lapis lazuli, kolczykami ze złota, bransoletami z karneolu. Te przedmioty nie były tylko ozdobą. Były językiem.
Już w Sumerze, na długo przed Hammurabim, istniał rozbudowany system symboliki związanej z ozdobami. Im więcej biżuterii nosiła kobieta, tym wyższy był jej status. Ale też — im więcej biżuterii, tym mniej swobody. Ciężkie naszyjniki, masywne kolczyki, skomplikowane fryzury upięte złotymi szpilkami uniemożliwiały szybki ruch, pracę fizyczną, swobodne poruszanie się. Były jak więzienie — piękne, ale jednak więzienie.
Szczególnie ceniono lapis lazuli — kamień sprowadzany z dalekiego Afganistanu, o barwie ciemnogranatowej, jak nocne niebo nad pustynią. Symbolizował on boskość, władzę, połączenie z zaświatami. Kobiety z królewskich rodów nosiły go w takich ilościach, że ich szyje ginęły pod warstwą kamieni. Piękno, w Mezopotamii, nie polegało na odsłanianiu, ale na zakrywaniu. Im mniej widać było ciała, im więcej kosztowności, tym wyższa pozycja.
Podobnie rzecz miała się z perukami. W gorącym klimacie Mezopotamii noszenie ciężkiej, wełnianej peruki musiało być udręką. A jednak kobiety z wyższych sfer zakładały je z dumą. Peruka była znakiem, że nie muszą pracować, że stać je na służbę, która utrzyma ich naturalne włosy w nienagannym stanie, podczas gdy one same paradują w sztucznych fryzurach. Paradoks? Dla nas — tak. Dla Mezopotamek — oczywistość.
VII. Śmierć i piękno — podróż w zaświaty
W eposie o Gilgameszu znajduje się scena, która rzuca światło na mezopotamskie rozumienie piękna w kontekście śmierci. Gdy Enkidu, przyjaciel Gilgamesza, umiera, władca Uruku opłakuje go słowami: „Enkidu, mój przyjacielu, ty, którego kochałem, okryty jesteś teraz jak oblubienica” [tłum. własne]. To porównanie nie jest przypadkowe. Śmierć w Mezopotamii była często przedstawiana jako zaślubiny z podziemiem. Ciało zmarłego przygotowywano tak, jak ciało panny młodej przed ślubem: namaszczano wonnymi olejkami, ubierano w najpiękniejsze szaty, malowano twarz.
W grobowcach królowych z Ur, datowanych na około 2600 rok p.n.e., archeolodzy odkryli szczątki kobiet w niezwykle bogatych strojach, z biżuterią, która do dziś zachwyca kunsztem. Ich głowy spoczywały na złotych tacach, dłonie trzymały kielichy. Towarzyszyły im służebnice, które — jak się wydaje — dobrowolnie wypiły truciznę, by pójść za swą panią w zaświaty. Wszystkie były piękne. Wszystkie były gotowe na spotkanie z bogami.
To fascynujące: w Mezopotamii piękno nie kończyło się wraz ze śmiercią. Przeciwnie — w zaświatach nabierało nowego znaczenia. Człowiek stawał przed obliczem bogów nie w codziennym odzieniu, ale w stroju weselnym, z umalowanymi oczami, z wonnościami we włosach. Piękno było przepustką do wieczności.
VIII. Dziedzictwo Isztar
Gdy Grecy przybyli na Cypr, zastali tam kult bogini, która uderzająco przypominała im ich własną Afrodytę. Była to właśnie Isztar, która zawędrowała na zachód szlakami handlowymi i uległa hellenizacji. Cypryjskie mity mówiły, że Afrodyta narodziła się z morskiej piany w miejscu, gdzie tytan Kronos wrzucił odrąbane genitalia swojego ojca, Uranosa. Było w tym coś z mezopotamskiej dosadności — krwi, spermy, przemocy zmieszanej z erotyką.
Isztar przetrwała w Afrodycie. Jej świątynne prostytutki stały się kapłankami miłości w Grecji. Jej okrucieństwo stało się kapryśnością bogini olimpijskiej. Jej dwoistość — miłość i wojna — rozdzieliła się na dwie różne boginie: Afrodytę i Atenę.
Ale w Babilonie, w mieście, które dla Żydów stało się symbolem zepsucia, w mieście, które w Apokalipsie św. Jana występuje jako „Wielka Nierządnica”, Isztar pozostała sobą. Boginią, która nie znała podziału na święte i grzeszne, na czyste i nieczyste. Dla której seks był modlitwą, a wojna — tańcem.
Czy jej dziedzictwo przetrwało do naszych czasów? W pewnym sensie tak. Gdy dziś kobieta maluje oczy kohlem, gdy nakłada perfumy, gdy wkłada biżuterię, by podkreślić swoją urodę — powtarza gesty swoich mezopotamskich pramatek. One też wierzyły, że piękno ma moc. Że może chronić, że może uwodzić, że może otwierać bramy — zarówno do ludzkich serc, jak i do zaświatów.
Różnica polega na tym, że one wiedziały, komu to piękno zawdzięczają. Isztar była wszędzie — w zapachu mirry, w czerni kohlu, w ciężarze złotych naszyjników, w dłoni obcego mężczyzny w świątyni. My dziś nie mamy bogini. Mamy tylko lustro.
IX. Wnioski: Piękno między boginią a niewolnicą
Mezopotamia uczy nas, że piękno nigdy nie jest niewinne. Zawsze służy komuś lub czemuś. W Babilonie piękno służyło bogini — Isztar, która domagała się kultu przez ciało. Służyło też władzy — Hammurabiemu, który regulował, czyje oko jest warte czyje oko. Służyło hierarchii społecznej — odróżniało wolną obywatelkę od niewolnicy, arystokratkę od chłopki.
I wreszcie — piękno służyło śmierci. Mezopotamczycy wierzyli, że dobrze przygotowane ciało, piękne ciało, ciało wonne i ustrojone, ma większe szanse na przychylność bogów w zaświatach. Piękno było inwestycją w wieczność.
Dziś, gdy patrzymy na płaskorzeźby z Babilonu, na wizerunki brodatych królów o idealnie wykrojonych oczach, na posążki kapłanek o wydatnych biodrach, trudno nam poczuć to, co czuli ich twórcy. Ale jedno wiemy na pewno: w Mezopotamii nie było podziału na sacrum i profanum. Seks był religią. Makijaż był modlitwą. Biżuteria była ofiarą. A Isztar — okrutna, zmysłowa, nieobliczalna — patrzyła na to wszystko z góry, z nieba nad Eufratem, i uśmiechała się pod nosem.
Bo przecież to ona to wszystko wymyśliła.
Rozdział 3: Egipt — Hieratyczność i nieśmiertelność
I. W pracowni cieni
Wyobraźmy sobie mrok. Nie taki, do jakiego przywykliśmy — nie jest to cisza nocna, nie jest to zmierzch. To mrok absolutny, gęsty od kurzu i woni żywicy, mrok panujący w komorze grobowej, do której ostatni raz wchodzą kapłani, by zostawić zmarłego samego na wieczność. Światło pochodni omiata ściany pokryte malowidłami — postacie kroczą w sztywnych pozach, oczy patrzą przed siebie, ramiona są szerokie, biodra wąskie, stopy jakby nie dotykały ziemi. To nie są ludzie. To są istoty zatrzymane w geście, zaklęte w formule, która ma przetrwać dłużej niż piramidy.
Gdy Howard Carter 26 listopada 1922 roku ujrzał po raz pierwszy wnętrze grobowca Tutanchamona, zapytany przez lorda Carnarvona, czy coś widzi, odpowiedział słynnymi słowami: „Tak, widzę cudowne rzeczy” [tłum. własne]. Nie mówił jednak o pięknie w naszym sensie. Mówił o obecności. O rzeczach, które przetrwały nie po to, by zachwycać, ale by służyć. By zapewnić ciągłość. By pokonać czas.
Starożytny Egipt to cywilizacja, która jako pierwsza w dziejach uczyniła z piękna narzędzie absolutne. Nie było ono kaprysem, nie było ozdobą, nie było nawet wyrazem indywidualnego gustu. Było technologią nieśmiertelności. I jak każda technologia, podlegało ścisłym regułom.
II. Maat — porządek, który ocala
Zanim zaczniemy mówić o makijażu, perukach i złotych sandałach, musimy zrozumieć jedną fundamentalną koncepcję, bez której Egipt pozostanie dla nas jedynie zbiorem ładnych obrazków. Tą koncepcją jest Maat.
Jan Assmann, jeden z najwybitniejszych współczesnych egiptologów, poświęcił temu pojęciu całą książkę. Jak pisze, nie da się go przełożyć na współczesne języki jednym terminem. Maat to jednocześnie prawda, sprawiedliwość, prawo, porządek, mądrość i szczerość. To zasada, która leży u podstaw nie tylko ziemskiej rzeczywistości, lecz także porządku kosmicznego. Maat odnosi się do reguł obowiązujących w relacjach międzyludzkich, do sprawiedliwości realizowanej po śmierci na Sądzie Ozyrysa, ale też do ładu, który wyłania się z chaosu podczas stwarzania świata przez boga-Słońce.
Wyobraźcie sobie wszechświat jako ogromny mechanizm zegarowy, który nieustannie grozi rozsypaniem. Siły chaosu (isefet) czają się na granicy, by zaatakować. Bogowie każdej nocy, podróżując barką Re przez podziemia, walczą z wężem Apoposem, uosobieniem zła i nie-porządku. A faraon? Faraon jest tym, który na ziemi podtrzymuje Maat. Jest pośrednikiem między bogami a ludźmi. I tu dochodzimy do sedna: piękno w Egipcie było wizualną manifestacją Maat.
Gdy artysta rzeźbił posąg faraona, nie robił tego, by oddać jego rzeczywisty wygląd. Robił to, by uczynić go cząstką porządku boskiego. Dlatego posągi są hieratyczne — sztywne, frontalne, idealne. Nie ma w nich przypadku, nie ma indywidualności, nie ma brzydoty. Jest doskonałość, która jest dowodem na to, że ten konkretny władca dzierży Maat w swoich rękach. Jak ujmuje to Assmann: Maat dawała prawo, ład, sprawiedliwość, ochronę, możliwość funkcjonowania w społeczeństwie i w życiu pośmiertnym. Maat to życie i nieśmiertelność.
III. Geometria wieczności — kanon egipski
W sztuce egipskiej nie było miejsca na przypadek. Przez ponad trzy tysiące lat — dłużej niż istnieje chrześcijaństwo — obowiązywał jeden kanon, który regulował zasady przedstawiania człowieka w malarstwie, rzeźbie i płaskorzeźbie. Ewoluował on na przestrzeni wieków, ale jego podstawowe założenia pozostały niezmienne.
Jak to działało? Wyobraźmy sobie siatkę kwadratów nałożoną na ścianę grobowca. Postać stojącą dzielono na 19 części (od Późnego Państwa na 21 lub 25), a siedzącą na 15. Poszczególnym częściom ciała odpowiadała stała liczba kwadratów: od czubka głowy do nasady ramion — 3, od czubka głowy do oczu — 1, stąd do podstawy nosa — 1, i do ramion — 1. Ciało od ramion do kolan — 10, a od kolan do stóp — 6.
Te liczby nie były przypadkowe. Były święte. Były matematycznym zapisem boskiego porządku. Artysta nie mógł ich zmienić, tak jak kapłan nie mógł zmienić słów modlitwy. Gdyby namalował postać zbyt wysoką lub zbyt niską, naruszyłby Maat. A naruszenie Maat mogło sprowadzić chaos nie tylko na tę jedną duszę, ale na cały kosmos.
Co więcej, kanon określał nie tylko proporcje, ale też sposób przedstawiania. Przez trzy tysiąclecia ludzką postać ukazywano w dwóch wymiarach: z profilu, ale oko wyobrażano en face — patrzące wprost na widza. To nie był błąd ani prymitywizm. To była teologia wizualna: oko patrzące wprost miało odbijać blask boskiego światła. Ramiona przedstawiano w ujęciu wprost, by pokazać szerokość, siłę, zdolność do dzierżenia berła. Biodra w lekkim skręcie, niemal z profilu. Stopy zawsze w profilu. Postać kierująca się w lewo, wysuwa przed siebie prawą stopę; w prawo — lewą. To nie była kwestia wygody. To była kwestia rytuału.
Heinrich Wölfflin, wielki historyk sztuki, pisał o tym jako o systemie, który nie tyle przedstawia rzeczywistość, ile ją tworzy na nowo — według reguł ważniejszych niż natura. W sztuce egipskiej nie chodziło o to, jak człowiek wygląda, ale o to, jakim jest bytem — wiecznym, niezmiennym, doskonałym.
IV. Twarz jako maska
Spośród wszystkich wizerunków, jakie pozostawił nam Egipt, jeden jest najbardziej znany. Nie jest to Wielki Sfinks, nie są to kolosy Memnona. To popiersie kobiety o długiej szyi, idealnych rysach i enigmatycznym spojrzeniu. Nefretete.
Odkryte 6 grudnia 1912 roku w Tell el-Amarna przez niemiecką ekspedycję archeologiczną, popiersie Nefretete stało się ikoną piękna wszech czasów. I słusznie — jest doskonałe. Ale ta doskonałość jest niepokojąca. Twarz Nefretete jest idealnie symetryczna. Jej oczy — jedno z kryształu, drugie puste — patrzą gdzieś w dal. Usta są wąskie, ale zmysłowe. Szyja — nienaturalnie długa, ale pełna gracji.
Kim była Nefretete? Żoną faraona Echnatona, tego samego, który przeprowadził religijną rewolucję, wprowadzając kult jednego boga — Atona. I to właśnie w okresie amarneńskim, jak nazywają go egiptolodzy, kanon uległ chwilowemu zawieszeniu. Echnaton kazał przedstawiać siebie i swoją rodzinę w sposób, który dziś nazwalibyśmy ekspresjonistycznym: wydłużone czaszki, wąskie ramiona, zbyt szczupłe ręce i szerokie biodra z uwypuklonym brzuchem. To elementy indywidualizacji nieznane w innych epokach. Po śmierci faraona ten sposób przedstawiania został odrzucony — wrócił stary, dobry porządek.
A jednak popiersie Nefretete pozostało. I jest w nim coś, co wykracza poza epokę. Spójrzmy na jej twarz. Jest idealnie wymodelowana, ale pozbawiona wyrazu. To nie jest portret psychologiczny. To jest maska — w sensie rytualnym. Twarz, która ma przetrwać, bo nie ulega emocjom. Bo jest wieczna.
V. Gabinet kosmetyczny faraonów
Przejdźmy teraz od sztuki do życia. A właściwie do tego, co Egipcjanie robili, by upodobnić swoje ciała do tych idealnych wizerunków.
Słowo „kosmetyka” pochodzi z greki, ale ojczyzną kosmetologii jest właśnie starożytny Egipt. Już w V tysiącleciu p.n.e. używano palet do rozcierania barwników, takich jak ochra, malachit, galena czy hematyt. To nie była próżność — to był rytuał.
Lisa Eldridge, współczesna wizażystka i autorka książki Facepaint. Historia makijażu, podkreśla, że Egipcjanie byli zdolnymi chemikami, którzy tworzyli kosmetyki wieloskładnikowe. Mieszali sproszkowane minerały z tłuszczem zwierzęcym lub roślinnym, by nadać im odpowiednią konsystencję, która przetrwa w palącym słońcu.
Najważniejszym elementem egipskiego makijażu były oczy. Charakterystyczna kreska, którą znamy z filmów o Kleopatrze (gdzie grała ją Elizabeth Taylor, inspirując modę na „egipski makijaż” w latach 60.), to nie jest wymysł Hollywood. To rzeczywistość sprzed tysięcy lat.
Używano do niej kohlu — skomplikowanej mieszanki, w której skład wchodziły: sproszkowany metal (antymon), palone migdały, ołów, utleniona miedź, ochra, popiół, malachit, chryzokola. Te wszystkie substancje przechowywano w specjalnych naczyniach, a przed użyciem zwilżano wodą lub olejem i nakładano cienkim patyczkiem. Celem było nadanie oku kształtu migdała, wyciągnięcie kącika aż do brwi.
Ale dlaczego akurat oczy? Powód był religijny. Starano się odtworzyć oko Ra — talizman ochronny, lub oko Horusa, które podczas walki z Sethem zostało utracone i cudownie odzyskane. Makijaż w odcieniu malachitu zapewniał łączność z boginią Hathor, nazywaną „Panią Malachitu”.
Co fascynujące, malowano nie tylko na czarno. Znaleziska archeologiczne potwierdzają istnienie zarówno czarnego, jak i zielonego kohlu. Oba kolory miały znaczenie symboliczne.
I tu dochodzimy do zaskakującego odkrycia. Przez długie lata uważano, że kohl służył wyłącznie celom estetycznym i magicznym. Tymczasem najnowsze badania wykazały, że związki ołowiowe zawarte w kohlu zmniejszały efekt rażenia słońcem, działając jak okulary przeciwsłoneczne, a także zabijały bakterie gnieżdżące się w wilgotnych kącikach oczu. Palące słońce i pustynny kurz powodowały zapalenia spojówek i jaglicę — kohl chronił przed tymi chorobami. Egipcjanie nie wiedzieli o tym w kategoriach współczesnej chemii, ale ich empiryczna wiedza działała.
Usta również nie były pomijane. Wykopaliska dowodzą, że kariera czerwonej szminki zaczęła się właśnie w Egipcie. W jednym z naczyń znaleziono substancję, która w jednej trzeciej składała się z czerwonej ochry, a reszta to żywica i tłuszcz. Konsystencją przypominała dzisiejszą szminkę i nakładało się ją pędzelkiem lub szpatułką. Na erotycznym papirusie uwieczniono kobietę malującą usta właśnie w ten sposób.
Twarz musiała być jasna. Kobiety z wyższych warstw społecznych robiły wszystko, by zachować bladą cerę. Stosowały kremy nawilżające (zachowały się ich receptury), a w razie potrzeby sztucznie rozjaśniały skórę. Na malowidłach grobowych przedstawiano je z niemal białą cerą. Jasna twarz była oznaką szlachetnego pochodzenia — dowodziła, że kobieta nie musi pracować fizycznie na słońcu.
Używano też różu, wykonanego z ochry, który znajdowano w grobowcach razem z paletkami do rozcierania. Gdy przyjrzeć się popiersiu Nefretete, widać, że jej twarz pomalowano w sposób przypominający muśnięcia różem — można wręcz odnieść wrażenie, że to starożytni Egipcjanie wymyślili konturowanie twarzy.
I paznokcie. Malowano je henną, która dawała żółty lub pomarańczowy odcień. Kolorowy manicure był oznaką wysokiego statusu. Ciemny kolor zarezerwowany był dla dynastii i dworzan. Kleopatra podobno lubiła paznokcie w kolorze rdzawej czerwieni, a Nefretete — rubinowym.
VI. Peruki, wonności i codzienne rytuały
Włosy w Egipcie to osobny rozdział. W gorącym klimacie utrzymanie czystości było trudne, więc golenie głowy stało się powszechnym zwyczajem higienicznym. Ale łyse czaszki nie były uważane za estetyczne. Stąd peruki — nosili je zarówno mężczyźni, jak i kobiety.
Peruki wykonywano z ludzkich włosów, wełny owczej, włókien roślinnych. Były misternie splecione, często zdobione złotymi nićmi, kwiatami lotosu, wonnymi szyszkami tłuszczu, które topiły się w ciągu dnia i uwalniały zapach. Bogaci Egipcjanie mieli po kilka peruk — na co dzień, na uroczystości, na ceremonie pogrzebowe.
Nie można też zapomnieć o perfumach. Włoscy archeolodzy znaleźli na Cyprze pozostałości fabryki perfum sprzed prawie 4 tysięcy lat, gdzie produkowano wonności według egipskich recept. W naczyniach zachowały się ślady cynamonu, liści laurowych, mirtu, anyżku, żywicy sosnowej i bergamotki. Surowce te wchodziły w skład kosmetyków pielęgnacyjnych, ale też wspomagały leczenie schorzeń skóry.
Najważniejszymi dokumentami, które odkrywają tajniki egipskiej medycyny i kosmetyki, są papirusy Ebersa i Smitha. Papirus Ebersa zawiera około 900 przepisów na preparaty lecznicze i kosmetyczne. Znajdujemy w nim między innymi fascynujący przepis na odmłodzenie, dołączony do rozprawy chirurgicznej Jak ze starca zrobić młodzieńca. Oto on: „Bierze się strączki kozieradki, a gdy wyschną, trzeba je wyłuskać. Z jednakowej ilości ziaren i łupin uciera się masę, z której odparowuje się wodę. Potem dodaje się znowu wody i suszy otrzymany preparat, który następnie uciera się. Gdy otrzymaną masę będziemy podgrzewać, zobaczymy na powierzchni małe plamy oliwy. Należy zebrać tę oliwę, dać jej się sklarować i wlać do naczynia z twardego kruszcu. Dzięki tej przewybornej oliwie uzyskuje się doskonałą cerę. Łysinę, piegi i niepożądane oznaki starzenia się oraz zaczerwienienia, szpecące naskórek, leczy się tym środkiem”. Preparat ten był bardzo kosztowny, ale jak widać, walka ze starością nie jest wynalazkiem naszych czasów.
Współczesne media społecznościowe, opisując te praktyki, często używają frazy: „W starożytnym Egipcie piękno było rytuałem, nie zabiegiem. Nefretete i Kleopatra wierzyły, że skóra potrzebuje harmonii, dotyku i czasu”. To uproszczenie, ale trafia w sedno. Piękno w Egipcie nie było pośpiechem. Było ceremonią.
VII. Ciało na podróż w zaświaty
Najważniejszym dowodem na to, że piękno było w Egipcie kwestią życia i śmierci, są grobowce. Wierzono głęboko, że życie pozagrobowe nie różni się specjalnie od doczesnego i potrzebne są w nim podobne przedmioty. Dlatego poddani faraonów w swoją ostatnią podróż zabierali kosmetyki i akcesoria do makijażu.
Archeolodzy znajdują w grobach łupkowe paletki do ucierania kosmetyków datowane na 3300 rok p.n.e.. Znajdują naczynia na balsamy, grzebienie, flakoniki z wonnościami, tuby na szminkę, łyżki do mieszania i nakładania barwników, lusterka z polerowanego metalu.
Zmumifikowane ciała były starannie przygotowywane. Oczyszczano je, namaszczano wonnymi olejami, nacierano żywicami. Włosy układano w misterne fryzury. Paznokcie malowano henną. Twarze pokrywano maskami ze złota lub malowanego gipsu — idealnymi, wiecznymi, niezmiennymi.
I tu dochodzimy do kluczowej kwestii: w Egipcie piękno nie było dla żywych. A raczej — nie tylko dla żywych. Było przede wszystkim dla umarłych. To oni potrzebowali go najbardziej, by stanąć przed Ozyrysem i zdać egzamin z życia. W Sali Obu Prawd ważono serce zmarłego na szali przeciwko pióru Maat. Jeśli serce było ciężkie od grzechów, pożerała je Pożeraczka. Jeśli było lekkie — zmarły dostawał się na Pola Jaru, do wiecznej szczęśliwości.
Piękne, zadbane, wonne ciało było dowodem, że za życia postępowało się zgodnie z Maat. Było wizytówką duszy.
VIII. Kleopatra — mit i rzeczywistość
Na koniec zatrzymajmy się przy postaci, która dla potomnych stała się uosobieniem egipskiego piękna. Kleopatra VII, ostatnia królowa z dynastii Ptolemeuszy, władczyni, która uwieść miała Cezara i Antoniusza, a po śmierci stała się bohaterką niezliczonych dzieł sztuki, filmów i powieści.
Jak naprawdę wyglądała? Plutarach, który pisał o niej sto lat po jej śmierci, twierdził, że „piękność jej sama w sobie nie była całkowicie nieporównywalna ani taka, by oszałamiać każdego, kto na nią patrzył” [tłum. własne]. Liczyły się nie tyle rysy, co wdzięk, urok, głos, inteligencja. Kleopatra była wykształcona, mówiła wieloma językami, potrafiła prowadzić uczone dysputy. Jej siłą nie był idealny nos, ale osobowość.
Mimo to, w popkulturze utrwalił się obraz Kleopatry jako egzotycznej piękności o wielkich, podkreślonych kohlem oczach, w których można utonąć jak w morskiej toni. Ten obraz zawdzięczamy w dużej mierze Elizabeth Taylor i filmowi z 1963 roku, który kosztował więcej niż wysłanie człowieka na księżyc i omal nie zbankrutował studia filmowego.
Historyczna Kleopatra z pewnością używała kosmetyków. Malowała oczy, różowała policzki, farbowała paznokcie henną. Nosiła peruki i wonności. Była produktem swojej kultury — kultury, w której wygląd był manifestacją boskiego porządku. Ale była też produktem hellenizmu — jej przodkowie byli Grekami, którzy przejęli egipskie zwyczaje, ale nie stali się Egipcjanami. W jej żyłach płynęła krew macedońska, nie egipska.
I paradoksalnie, to właśnie ta Greczynka na egipskim tronie stała się dla świata symbolem egipskiego piękna. Mit okazał się silniejszy niż rzeczywistość.
IX. Dziedzictwo kamienia
Starożytny Egipt przetrwał trzy i pół tysiąca lat. Żadna inna cywilizacja nie może poszczycić się tak długim, nieprzerwanym trwaniem. Aż do dziś, gdy oglądamy zdjęcia modelek w magazynach, gdy rysujemy kreskę na powiece, gdy nakładamy róż na policzki — powtarzamy gesty sprzed tysięcy lat. Nie myślimy o tym, ale nasze ciała pamiętają.
Egipcjanie wynaleźli coś, co my dziś dopiero na nowo odkrywamy: że piękno nie jest kwestią chwili, ale trwania. Że nie polega na podążaniu za modą, ale na podporządkowaniu się regułom wyższym niż nasze kaprysy. Że jest rytuałem, nie zabiegiem. Że jest mostem między tym, co widzialne, a tym, co niewidzialne.
Gdy patrzymy na popiersie Nefretete w berlińskim muzeum, widzimy nie tylko piękną kobietę. Widzimy ideę. Ideę porządku, harmonii, wieczności. Widzimy Maat zaklętą w kamień. I mimo upływu tysięcy lat, wciąż nas to porusza.
Bo Egipt, jak żadna inna cywilizacja, zrozumiał, że piękno to broń przeciwko śmierci. Jeśli jesteś piękny, jesteś doskonały. Jeśli jesteś doskonały, jesteś niezniszczalny. Jeśli jesteś niezniszczalny, żyjesz wiecznie.
I właśnie o to chodziło. O życie. Wieczne. Nieśmiertelne. Po tamtej stronie, gdzie słońce nigdy nie zachodzi, a oczy patrzą wprost na widza, odbijając blask boskiego światła.
Rozdział 4: Grecja — Kalokagathia i matematyka ciała
I. Narodziny idei
Wyobraźmy sobie ateńskie popołudnie w V wieku przed naszą erą. Słońce zalicza zbocza Akropolu, a na agorze — głównym placu miasta — toczy się ożywiona dyskusja. Grupa mężczyzn otacza młodzieńca o idealnie wyrzeźbionym ciele, który właśnie wrócił z gimnazjonu, gdzie przez cały przedpołudnie ćwiczył nago pod okiem trenera. Jego skóra lśni od oliwy, mięśnie są wyraźnie zarysowane, a na twarzy maluje się dumą z dobrze wykonanego obowiązku.
Jeden ze starszych mężczyzn, widząc go, mówi do towarzysza: „Idou kalos kagathos” — „Oto człowiek piękny i dobry”. Nie komplementuje jednak tylko jego wyglądu. On stwierdza fakt. W tym jednym zdaniu zawiera się cała filozofia życia starożytnych Greków: przekonanie, że piękno ciała jest nierozerwalnie związane z pięknem duszy, a harmonia zewnętrzna jest odbiciem harmonii wewnętrznej.
Termin kalokagathia (καλοκαγαθία) to zbitka dwóch słów: kalos (piękny) i agathos (dobry, szlachetny, cnotliwy), połączonych spójnikiem kai (i). To pojęcie, które legło u podstaw greckiej koncepcji człowieka idealnego. Jak ujmuje to Werner Jaeger, autor monumentalnej Paidei, kalokagathia to „rycerski ideał kompletnej ludzkiej osobowości, harmonijnej w ciele i duszy, doskonałej w walce i mowie, pieśni i działaniu”.
Dla nas, ludzi XXI wieku, to połączenie może wydawać się naiwne. Wiemy przecież, że piękni ludzie bywają źli, a brzydcy — szlachetni. Grecy jednak myśleli inaczej. Dla nich świat był całością, w której wszystko ma swoje miejsce i znaczenie. Piękno nie było kwestią gustu, ale dowodem na uczestnictwo w boskim porządku.
II. Arystokratyczne korzenie
Zanim kalokagathia stała się filozoficznym ideałem, była czymś znacznie prostszym — była samookreśleniem arystokracji. W epoce archaicznej (VIII–VI wiek p.n.e.) termin kalos kagathos używany był przez grecką elitę do odróżnienia się od pospólstwa. Być pięknym i dobrym oznaczało pochodzić z dobrego rodu, mieć majątek, czas wolny i możliwość kształtowania ciała według wzorców heroicznych.
W tym wczesnym okresie kalos odnosiło się przede wszystkim do fizyczności — do piękna ciała osiągniętego przez ćwiczenia fizyczne, do harmonijnej budowy, do atletycznej doskonałości. Agathos natomiast oznaczało odwagę, szlachetność, prawość — cechy charakteru, które dziedziczyło się po przodkach i rozwijało przez wychowanie.
Dopiero w V i IV wieku p.n.e., w epoce klasycznej, pojęcie to uległo demokratyzacji. Pisarze i filozofowie, tacy jak Tukidydes i Ksenofont, rozszerzyli jego znaczenie na wszystkich godnych obywateli, niezależnie od urodzenia. Jak pisze Elena Nikityuk w swoim studium na ten temat: „W Sparcie kalos kagathos oznaczał idealnego żołnierza, podczas gdy w Atenach — idealnego człowieka i obywatela”.
To rozróżnienie jest kluczowe. W Sparcie kalokagathia miała wymiar militarny — piękno i dobroć służyły waleczności. W Atenach — wymiar obywatelski — służyły polis, wspólnocie. W obu przypadkach jednak ideał ten był dostępny tylko dla wolnych mężczyzn. Niewolnicy, kobiety, cudzoziemcy — choć mogli być piękni w sensie fizycznym — nie mogli osiągnąć pełni kalokagathii, bo nie byli pełnoprawnymi członkami społeczności.
III. Filozofia piękna — Platon
Gdy przechodzimy od praktyki do teorii, musimy zatrzymać się przy dwóch gigantach greckiej myśli: Platonie i Arystotelesie. To oni nadali greckiemu pojęciu piękna filozoficzną głębię, która przetrwała tysiąclecia.
Platon, uczeń Sokratesa i założyciel Akademii, myślał o pięknie w kategoriach metafizycznych. Dla niego piękno fizyczne było jedynie cieniem, odblaskiem prawdziwego piękna — idei piękna samego w sobie, wiecznego, niezmiennego, doskonałego.
W swoim najsłynniejszym dialogu, Uczcie, Platon prowadzi nas przez stopnie wtajemniczenia w misteria piękna. Sokrates, główny bohater dialogu, przytacza słowa prorokini Diotymy, która uczy go, że droga do prawdziwego piękna zaczyna się od zachwytu nad pięknymi ciałami. Potem — od pojedynczych ciał przechodzi się do piękna wszystkich ciał, a następnie do piękna dusz, instytucji, nauk. Wreszcie, u kresu tej wędrówki, objawia się samo piękno — absolutne, wieczne, niezmienne, niezależne od żadnych uwarunkowań.
Co ważne, Platon posługiwał się terminem to kalon (to, co piękne) w znaczeniu znacznie szerszym niż nasze współczesne rozumienie. Obejmowało ono nie tylko wygląd, ale także moralność, prawdę, dobro. W Państwie idee Dobra i Piękna splatają się ze sobą tak ściśle, że trudno je oddzielić. W Hippiaszu Większym Sokrates bezskutecznie próuje zdefiniować piękno — okazuje się, że jest to zadanie niewykonalne, bo piękno wymyka się prostym kategoriom.
Jednocześnie Platon był świadom niebezpieczeństw związanych z kultem fizyczności. W późniejszych dialogach, takich jak Prawa, przestrzegał przed nadmiernym przywiązywaniem wagi do wyglądu. Wprowadził nawet termin agathos kai sophos (dobry i mądry), by uniknąć skojarzenia, że zewnętrzne piękno idzie w parze z wewnętrzną doskonałością. Być może była to jego odpowiedź na paradoks, który dostrzegał wokół siebie: piękni ludzie nie zawsze byli dobrzy, a dobrzy — nie zawsze piękni.
IV. Filozofia piękna — Arystoteles
Arystoteles, uczeń Platona i nauczyciel Aleksandra Wielkiego, podszedł do sprawy bardziej pragmatycznie. Dla niego piękno nie było odległą ideą, ale cechą rzeczy tego świata. W Poetyce pisał, że piękno polega na proporcji, porządku i wielkości — taxis i megethos. Coś zbyt małego nie może być piękne, bo ginie w szczegółach; coś zbyt wielkiego też nie, bo umyka całościowemu oglądowi.
W Etyce eudemejskiej (księga VIII, rozdział 3) Arystoteles poświęca kalokagathii osobne rozważania. Definiuje ją jako stan, w którym człowiek posiada wszystkie cnoty — nie pojedyncze, ale wszystkie razem, w harmonijnej całości. To właśnie ta integralność, to scalenie cnót w jednej osobie, czyni ją kalos kagathos.
Dla Arystotelesa kalokagathia była ściśle związana z pojęciem megalopsuchia — wielkości duszy, magnanimitas. Niektórzy badacze, jak Jennifer Whiting, interpretują megalopsuchię jako „kalokagathię na wielką skalę” — cnotę ludzi, którzy są naprawdę wielcy, którzy zasługują na cześć i szacunek.
W przeciwieństwie do Platona, Arystoteles nie oddzielał piękna od dobra, ale też nie utożsamiał ich w sposób mistyczny. Dla niego piękno cielesne było po prostu jednym z dóbr — podobnie jak zdrowie, bogactwo czy pochodzenie. Ważne, by było używane właściwie, z umiarem, w służbie cnoty.
V. Kanony rzeźbiarskie — Poliklet i matematyka ciała
Przejdźmy teraz od filozofii do praktyki artystycznej. Greccy rzeźbiarze stanęli przed tym samym pytaniem, co filozofowie: jak uchwycić piękno w materiale? I doszli do podobnych wniosków: piękno to proporcja, harmonia, liczba.
Poliklet z Argos, żyjący w V wieku p.n.e., był jednym z najsłynniejszych rzeźbiarzy starożytności. Jego dzieło Doryforos (Nosiciel włóczni) stało się na wieki wzorcem proporcji ludzkiego ciała. Poliklet napisał nawet traktat teoretyczny, Kanon, w którym opisał matematyczne zasady rzeźbienia idealnej postaci. Choć tekst nie zachował się do naszych czasów, jego treść możemy odtworzyć z komentarzy późniejszych autorów.
Zasadą przewodnią była symetria — nie w dzisiejszym znaczeniu (odbicie lustrzane), ale w greckim — symmetria, czyli współmierność części. Poliklet ustalił, że idealna postać męska powinna mieć siedem razy dłuższą głowę niż całe ciało. Stopa powinna stanowić jedną szóstą wysokości, twarz — jedną dziesiątą. Mięśnie, choć wyraźne, nie powinny być przerysowane. Wszystko miało być w równowadze.
Do tego doszła zasada chiastos — równowagi napięcia i spoczynku. W Doryforosie prawa noga jest obciążona (noga stojąca), lewa — swobodna (noga wolna). Prawe biodro unosi się, lewe opada. Prawe ramię opada, lewe unosi się. Ciało tworzy dwie przeciwstawne linie ukośne (stąd nazwa chiastos, od litery chi, X). To nadaje postaci dynamiki, choć stoi w bezruchu.
Następne pokolenie rzeźbiarzy, z Lizypem na czele, zmodyfikowało kanon Polikleta. W IV wieku p.n.e. Lizyp wprowadził smuklejsze proporcje — osiem głów w wysokości ciała zamiast siedmiu. Jego Apoksyomenos (atleta zdrapujący z siebie oliwę) jest wyższy, szczuplejszy, bardziej dynamiczny. Głowa jest mniejsza, nogi dłuższe. To nowy ideał — już nie heroiczny wojownik, ale wysportowany młodzieniec o niemal chłopięcej sylwetce.
Co fascynujące, te matematyczne proporcje nie były tylko artystyczną konwencją. Grecy wierzyli, że liczby rządzą wszechświatem. Pitagorejczycy nauczali, że harmonia sfer niebieskich wyraża się w stosunkach liczbowych. Muzyka opierała się na proporcjach interwałów. Ciało ludzkie — mikrokosmos — powinno odzwierciedlać te same zasady co makrokosmos. Piękne ciało było dowodem na uczestnictwo w uniwersalnym ładzie.
VI. Mężczyzna jako wzorzec
W tym miejscu musimy zadać niewygodne pytanie: gdzie w tym wszystkim były kobiety?
Odpowiedź jest prosta: na marginesie. Grecki ideał piękna był przede wszystkim ideałem męskim. To ciało mężczyzny-obywatela, ciało atlety, wojownika, mówcy — było wzorcem, do którego dążono. Kobiety pojawiały się w sztuce rzadko, a jeśli już, to często jako uosobienie dzikiej, nieokiełznanej natury.
Sparta była pod tym względem wyjątkiem. Spartanki, jak podkreślają źródła, cieszyły się większą swobodą niż ich ateńskie siostry. Ćwiczyły fizycznie, uprawiały sport, a ich ciała miały być silne, by rodzić silnych wojowników. Ale nawet one nie mogły aspirować do miana kalos kagathos — ten tytuł zarezerwowany był dla mężczyzn.
W Atenach sytuacja wyglądała jeszcze gorzej. Szanowana kobieta spędzała większość życia w domu — w gynaikejonie, części domu przeznaczonej dla kobiet. Nie pojawiała się publicznie, nie uczestniczyła w sympozjonach, nie ćwiczyła nago w gimnazjonie. Jej piękno było prywatne, ukryte, przeznaczone wyłącznie dla męża.
Stąd w sztuce greckiej przez długi czas dominowały postaci męskie. Dopiero w IV wieku p.n.e. Praksyteles dokonał rewolucji. Jego Afrodyta z Knidos była pierwszym w sztuce greckiej przedstawieniem nagiej bogini. Wcześniej kobiety ukazywano ubrane, a jeśli już nago, to w scenach rodzajowych, często o charakterze erotycznym. Praksyteles pokazał Afrodytę w momencie kąpieli — bogini, zaskoczona, zasłania dłonią łono, ale jej ciało jest odsłonięte.
Rzeźba ta stała się sensacją. Mówiono, że pewien młodzieniec zakochał się w posągu do tego stopnia, że próbował się z nim kochać. Król Nikomedes z Bitynii oferował spłacenie wszystkich długów Knidos w zamian za Afrodytę — ale Knidyjczycy odmówili, słusznie uznając, że posąg jest wart więcej niż pieniądze.
Dlaczego Afrodyta z Knidos była tak ważna? Bo po raz pierwszy kobiece ciało zostało potraktowane z taką samą powagą jak męskie. Praksyteles pokazał, że kobieca nagość może być nie tylko erotyczna, ale też wzniosła, boska, idealna. Otworzył drzwi do nowego rozumienia piękna — takiego, w którym kobiety też mają swoje miejsce.
VII. Kalokagathia w praktyce — wychowanie obywatela
Grecy nie teoretyzowali o kalokagathii w oderwaniu od życia. Była ona celem wychowania — paidei — które kształtowało młodych Ateńczyków od dzieciństwa.
Wychowanie to opierało się na dwóch filarach: gimnastyce i muzyce. Gimnastyka kształtowała ciało, muzyka — duszę. Ale nie chodziło tylko o sprawność fizyczną i umiejętność gry na lirze. Chodziło o coś głębszego: o wyrobienie w młodym człowieku poczucia harmonii, rytmu, proporcji.
Athena Salappa-Eliopoulou, badaczka greckiej edukacji muzycznej, podkreśla, że mousike w Grecji obejmowała znacznie więcej niż to, co my dziś nazywamy muzyką. Była to nauka poezji, śpiewu, gry na instrumentach, ale też — tańca i rytmiki. Wszystkie te elementy miały kształtować charakter, uczyć umiaru, wyczucia właściwej miary.
Platon w Państwie pisał, że strażnicy jego idealnego państwa muszą łączyć w sobie dwojaką naturę: filozoficzną łagodność i bojową zaciekłość. Jednostronność jest zgubna — zbyt dużo gimnastyki czyni człowieka dzikim, zbyt dużo muzyki — zniewieściałym. Trzeba je łączyć, by osiągnąć harmonię.
Podobnie Arystoteles w Polityce podkreślał, że celem wychowania jest przygotowanie do życia w wolności, do korzystania z czasu wolnego (schole), który dla Greków był warunkiem rozwoju wyższych wartości. Niewolnik nie miał schole, bo cały dzień pracował. Wolny obywatel — miał. I to właśnie w tym czasie mógł kształtować swoje ciało i duszę według ideału kalokagathii.
VIII. Eros i piękno — między ideałem a pożądaniem
Nie sposób mówić o greckim pięknie, nie mówiąc o miłości. Dla Greków piękno i miłość były nierozerwalnie związane — i to w sposób znacznie bardziej skomplikowany niż dla nas.
Platon w Fajdrosie porównuje duszę do rydwanu zaprzężonego w dwa konie: jeden szlachetny i posłuszny, drugi — dziki i nieokiełznany. Gdy człowiek widzi piękne ciało, konie reagują różnie. Szlachetny koń chce podbiec z szacunkiem, dziki — rzucić się i zaspokoić żądzę. Zadaniem woźnicy — rozumu — jest utrzymanie kontroli, skierowanie energii pożądania ku wyższym celom.
Ten mit ilustruje grecką ambiwalencję wobec piękna. Z jednej strony — jest ono źródłem najwyższego duchowego uniesienia, drogą do idei. Z drugiej — prowokuje do upadku, do grzechu, do zezwierzęcenia. Stąd w greckiej kulturze tyle napięcia między kultem nagiego ciała a surowymi normami społecznymi.
W praktyce codziennego życia te napięcia rozwiązywano na różne sposoby. Homoseksualizm, zwłaszcza w formie związków między dojrzałym mężczyzną a młodzieńcem, był w Atenach nie tylko akceptowany, ale wręcz instytucjonalizowany jako forma wychowawcza. Starszy mężczyzna — erastes — miał wprowadzać młodszego — eromenos — w świat męskich cnót, a w zamian otrzymywać jego względy. Relacja ta była otoczona skomplikowanymi rytuałami i zakazami — nie mogła być czysto fizyczna, musiała mieć wymiar duchowy.
Kobiety w tym systemie były na drugim planie. Służyły do rodzenia dzieci i prowadzenia domu. Prawdziwa miłość, prawdziwe piękno, prawdziwa przyjaźń — to była domena mężczyzn. I choć poeci, tacy jak Safona, pisali piękne wiersze o miłości do kobiet, to męski homospołeczny świat pozostawał głównym obszarem, na którym rozgrywała się gra piękna i pożądania.
IX. Piękno w literaturze — Homer i Hezjod
Zanim pojawili się filozofowie, greckie ideały piękna kształtowała poezja. Homer, Iliada i Odyseja — to one dały Grekom wzorce heroicznego piękna, do których potem odwoływali się rzeźbiarze i myśliciele.
Helenę, z powodu której wybuchła wojna trojańska, Homer opisuje oszczędnie. Nie podaje szczegółów jej urody — mówi tylko, że była najpiękniejszą kobietą świata. Gdy w Iliadzie Helena pojawia się na murach Troi, starzy mężowie patrzą na nią i mówią: „Nic dziwnego, że Trojanie i Achajowie tak długo cierpią dla takiej kobiety. Choć, na bogów, niech lepiej wraca do domu, by nie została tu na zgubę nam i dzieciom” [tłum. własne]. To wystarczy. Piękno Heleny jest tak wielkie, że nie wymaga opisu — samo jego istnienie tłumaczy wszystko.
Inaczej Hezjod w Teogonii. Opisując Pandorę — pierwszą kobietę stworzoną przez bogów na złość ludziom — daje nam szczegółowy katalog jej wdzięków. Atena uczy ją rzemiosła, Afrodyta obdarza „wdziękiem i okrutnym pożądaniem”, a Hermes wkłada w jej pierś „kłamstwa i pochlebstwa”. Pandora jest piękna, ale to piękno jest pułapką. Jest „pięknym złem” — kalon kakon — darem, który przynosi zgubę.
Ten dualizm — piękno jako błogosławieństwo i przekleństwo — będzie towarzyszył Grekom przez całą ich historię. I znajdzie swoje najpełniejsze wyrażenie w micie o Narcyzie — młodzieńcu tak pięknym, że zakochał się we własnym odbiciu i umarł z tęsknoty za sobą samym.
X. Apoliońskie i dionizyjskie — dwie dusze piękna
Friedrich Nietzsche, niemiecki filozof XIX wieku, w swojej książce Narodziny tragedii zaproponował interpretację greckiej kultury, która do dziś pozostaje inspirująca. Podzielił ją na dwa pierwiastki: apolliński i dionizyjski.
Apollo — bóg światła, porządku, harmonii, miary. Jego piękno jest jasne, racjonalne, uładzone. To piękno kanonu, piękno Polikleta, piękno Partenonu. Dionizos — bóg wina, ekstazy, szaleństwa, rozpasania. Jego piękno jest mroczne, irracjonalne, nieokiełznane. To piękno orgii, tańca, muzyki, która prowadzi do utraty kontroli.
Nietzsche twierdził, że wielkość Grecji polegała na utrzymaniu równowagi między tymi dwoma pierwiastkami. Zbyt dużo Apollina — sztuka staje się martwa, sztywna, akademicka. Zbyt dużo Dionizosa — rozpada się w chaosie, traci formę, staje się niezrozumiała. Największe dzieła greckiej sztuki — tragedie Ajschylosa i Sofoklesa — łączą w sobie oba pierwiastki.
I rzeczywiście, gdy patrzymy na greckie rzeźby, widzimy tę dwoistość. Z jednej strony — idealne proporcje, spokój, opanowanie. Z drugiej — napięcie mięśni, dynamika, ledwo skrywana energia. Grecki atleta stoi w bezruchu, ale zaraz może ruszyć. Jest doskonały, ale żywy.
To właśnie ta dwoistość czyni greckie piękno tak fascynującym. Nie jest to piękno zimne, idealne, odległe. Jest to piękno, które pulsuje życiem, które ma w sobie ogień, który może spalić. Ale ogień ten jest kontrolowany, ujęty w karby proporcji, podporządkowany rozumowi.
XI. Spadek po Grekach
Gdy Rzymianie podbijali Grecję, sami ulegli jej urokowi. Horacy pisał, że „Grecia capta ferum victorem cepit” — „Grecja podbita dzikiego zwycięzcę podbiła” [tłum. własne]. Rzym przejął greckie ideały piękna, greckie kanony, grecką filozofię. Przetrwały one przez wieki, by odrodzić się w renesansie i kształtować nasze myślenie aż do dziś.
Łacińska maksyma mens sana in corpore sano — „zdrowy duch w zdrowym ciele” — jest bezpośrednim spadkobiercą greckiej kalokagathii. I choć dziś rzadko myślimy o tym w kategoriach filozoficznych, to wciąż żyjemy w cieniu greckich ideałów. Gdy idziemy na siłownię, gdy dbamy o sylwetkę, gdy podziwiamy atletyczne ciała sportowców — powtarzamy gesty sprzed dwóch i pół tysiąca lat.
Ale Grecy dali nam coś więcej niż tylko kult ciała. Dali nam przekonanie, że piękno ma znaczenie. Że nie jest tylko powierzchowną ozdobą, ale wyrazem głębszego porządku. Że harmonia ciała i duszy jest możliwa — i że warto do niej dążyć.
Oczywiście, ich ideał był głęboko niedoskonały. Wykluczał kobiety, niewolników, cudzoziemców. Był zarezerwowany dla wąskiej elity wolnych mężczyzn. Ale w swojej istocie niósł uniwersalne przesłanie: że człowiek może być lepszy, że może kształtować siebie według wzorca, że piękno nie jest dane raz na zawsze, ale jest zadaniem do wykonania.
W tym sensie Grecy pozostają naszymi nauczycielami. Nawet jeśli ich lekcje są trudne, nawet jeśli ich ideały bywają niemożliwe do spełnienia — wciąż do nich wracamy, jak do źródeł, z których wypłynęła nasza cywilizacja.
XII. Epilog: Cień Polikleta
W jednym z dialogów Platona, Hippiasz Większy, Sokrates pyta sofistę Hippiasza o definicję piękna. Hippiasz, pewny siebie, odpowiada: „Piękne jest to, co jest odpowiednie, co jest stosowne, co przystoi”. Sokrates drąży: „A co z dziewczyną? Czy piękna dziewczyna nie jest piękna?” Hippiasz zgadza się, że jest. Sokrates pyta dalej: „A czy piękna klacz nie jest piękna?” Hippiasz, trochę zniecierpliwiony, przyznaje, że tak. „A piękny garnek?” Hippiasz, zirytowany, mówi: „Ależ Sokratesie, jak możesz porównywać dziewczynę do garnka!”
Sokrates jednak nie ustępuje. Chce pokazać, że piękno jest problemem, że wymyka się prostym definicjom, że nie można go zamknąć w jednym zdaniu. Dwa tysiące lat później wciąż mamy z tym problem.
Grecy dali nam narzędzia — pojęcia, kategorie, kanony — ale nie dali nam gotowych odpowiedzi. Zostawili nas z pytaniem, nad którym sami debatowali przez stulecia: czym jest piękno? I czy w ogóle można je uchwycić?
Może właśnie na tym polega wielkość greckiego dziedzictwa. Nie na tym, że dali nam rozwiązanie, ale na tym, że postawili właściwe pytania. I nauczyli nas, że poszukiwanie piękna jest równie ważne, jak jego znalezienie. Bo w tym poszukiwaniu kształtujemy siebie. Stajemy się — jak by powiedzieli Grecy — lepsi. Piękniejsi. Bardziej kalos kagathos.
Rozdział 5: Rzym — Praktyczność i eklektyzm piękna
I. W cieniu Kapitolu
Wyobraźmy sobie rzymskie popołudnie u schyłku republiki, mniej więcej w połowie I wieku przed naszą erą. W ogrodach willi na Palatynie, najstarszym z siedmiu wzgórz Rzymu, spaceruje mężczyzna w sędziwym wieku. Ma zmierzwione brwi, głębokie bruzdy na policzkach, nos z wyraźną guzą, a na czole — zmarszczki jakby wyryte dłutem. Jego twarz nie jest piękna w greckim sensie. Nie przypomina harmonijnych, idealnych oblicz bogów z ateńskiego Akropolu. Jest — prawdziwa.
Ten mężczyzna to Lucjusz Licyniusz Krassus, wybitny mówca i polityk. Za chwilę zasiądzie do rozmowy z przyjaciółmi, a jeden z nich, Marek Tulliusz Cycero, utrwali tę scenę w swoim dialogu De oratore. Krassus będzie opowiadał o sztuce wymowy, o tym, jak ważne jest, by mówca budził zaufanie, by jego powaga — gravitas — była widoczna na pierwszy rzut oka.
Rzymianin, nawet gdy odpoczywa w ogrodzie, myśli o tym, jak jest postrzegany. Bo w Rzymie piękno nie było celem samym w sobie. Było narzędziem. Służyło władzy, służyło tradycji, służyło państwu. I jak każde narzędzie, musiało być praktyczne.
Gdy patrzymy dziś na portrety rzymskich patrycjuszy z okresu republiki, często odnosimy wrażenie, że patrzymy na ludzi starych, zmęczonych, niemal brzydkich. Ale to wrażenie jest złudne. Dla Rzymianina te zmarszczki, te blizny, te nierówności nie były defektami. Były dowodem. Dowodem życia. Dowodem służby. Dowodem, że ten człowiek zasłużył na szacunek.
II. Viritim — piękno jednostki
By zrozumieć rzymską koncepcję piękna, musimy cofnąć się do samej nazwy Rzymu. Według etymologii wywodzonej od Warrona, nazwa Roma pochodzi od greckiego słowa rhome oznaczającego siłę. Inni wiązali ją z łacińskim ruma — żeńskim gruczołem piersiowym, który według legendy miał karmić Romulusa i Remusa pod figowcem ruminalis. Jeszcze inni wywodzili ją od Valentia, co tłumaczy się jako zdrowie i siła.
Jedno jest pewne: Rzym od początku budowany był na kulcie siły, męstwa, praktyczności. Grecy marzyli o ideale, Rzymianie — o użyteczności. Grecy patrzyli w niebo, Rzymianie — na ziemię. I to ziemia dyktowała im warunki.
W rzeźbie republikańskiej obserwujemy zjawisko, które historycy sztuki nazywają weryzmem. To kierunek, który kładzie nacisk na jak najdokładniejsze, najbardziej szczegółowe oddanie rysów portretowanej osoby — bez upiększania, bez idealizacji, często wręcz z przesadnym podkreśleniem defektów. Powstał pod wpływem sztuki hellenistycznej, która lubowała się w typach ludzkich — starcach, pijakach, kalekach. Ale Rzymianie nadali mu własny, specyficzny charakter.
Dlaczego? Odpowiedź tkwi w instytucji, która dla Rzymian była święta: imagines maiorum, maskach pośmiertnych przodków.
Już od II wieku p.n.e. rzymskie rody arystokratyczne gromadziły woskowe maski zmarłych członków rodziny. Wykonywano je z niezwykłą precyzją, techniką odlewu twarzy, która zachowywała najdrobniejsze szczegóły — zmarszczki, brodawki, blizny, charakterystyczne ułożenie ust. Maski te przechowywano w specjalnych szafach w atrium domu, a podczas uroczystości rodzinnych i pogrzebów wystawiano je na widok publiczny. W czasie pogrzebów aktorzy zakładali je i odgrywali role zmarłych, przypominając zgromadzonym o ich czynach i zasługach.
Z czasem woskowe maski zaczęto kopiować w kamieniu — w tufie, marmurze, alabastrze. I w ten sposób narodził się rzymski portret republikański. Nie miał on upiększać. Miał dokumentować. Był dowodem na to, że dana osoba rzeczywiście istniała, że należała do rodu, że jej przodkowie również istnieli i zasłużyli na pamięć.
Stąd ta bezwzględna dokumentalność, to upodobanie do szczegółu, ta niechęć do upiększania. Rzymianin nie chciał być piękny jak grecki bóg. Chciał być rozpoznawalny. Chciał, by jego twarz mówiła: jestem tym, kim jestem, zawdzięczam to moim przodkom, i moim potomkom też się to należy.
III. Togatus Barberini — rozmowa przez wieki
Najlepszym przykładem tej filozofii jest słynna statua Barberini, przechowywana dziś w Muzeum Kapitolińskim w Rzymie. Przedstawia ona mężczyznę w todze — ubiór, który był w Rzymie nie tylko strojem, ale symbolem obywatelstwa i godności. Mężczyzna trzyma w obu dłoniach popiersia swoich przodków.
To dzieło niezwykłe pod kilkoma względami. Po pierwsze, łączy w sobie różne style i epoki. Sam togatus powstał za panowania cesarza Augusta, o czym świadczy sposób drapowania togi. Ale portret trzymany w prawej ręce pochodzi z lat 40—50 p.n.e., a ten w lewej — z lat 20—15 p.n.e.. To tak, jakby ktoś dziś zamówił swój portret, trzymając na nim fotografie dziadków z lat 60. i rodziców z lat 80. ubiegłego wieku.
Po drugie, statua ta jest świadectwem realizmu starożytnego portretu rzymskiego. Twarz stojącego mężczyzny jest modelowana według zasad weryzmu — z wszystkimi indywidualnymi cechami, bez skłonności do upiększania. To konkretny człowiek, z konkretnymi rysami, konkretną historią na twarzy. Portrety przodków są natomiast nieco bardziej wyidealizowane — charakteryzują się subtelnym modelunkiem i szlachetnością, reprezentują „męski i surowy ideał tradycyjnej męskiej cnoty”.
Dlaczego? Bo przodkowie są już w zaświatach. Ich wizerunki podlegają kultowi, a kult wymaga idealizacji. Żyjący — stoi twardo na ziemi, musi być rozpoznawalny, musi być sobą. To fascynujące napięcie: między dokumentacją a idealizacją, między tym, co tu i teraz, a tym, co wieczne.
Co więcej, nie każdy mógł sobie pozwolić na taki portret. W dobie „nowej Republiki” za Augusta, tylko patrycjusze — uprzywilejowana warstwa społeczna wywodząca się ze starych, znamienitych rodzin — mieli prawo do tworzenia galerii przodków i utrwalania ich w kamiennej rzeźbie. Piękno portretowe było przywilejem. I to przywilejem ściśle reglamentowanym.
IV. Owidiusz i sztuka kochania
Od portretów przejdźmy teraz do literatury. Bo to właśnie w literaturze, a konkretnie w poezji Owidiusza, znajdujemy najbardziej fascynujący dokument rzymskiej obyczajowości i rzymskiego podejścia do piękna.
Publiusz Owidiusz Nazo urodził się w 43 roku p.n.e. w Sulmo, w zamożnej rodzinie ekwickiej. Miał zostać prawnikiem — ojciec posłał go na nauki retoryki do Rzymu, gdzie kształcił się pod okiem słynnych mówców. Ale młodego Owidiusza ciągnęło do poezji. Po śmierci dwudziestoletniego brata porzucił prawo i rozpoczął podróże po Atenach, Azji Mniejszej i Sycylii. Wrócił do Rzymu, piastował drobne urzędy, ale szybko zrezygnował z kariery publicznej na rzecz pisania.
Jego najsłynniejsze dzieło, Ars amatoria — Sztuka kochania — powstało około 2 roku n.e.. To poemat dydaktyczny w trzech księgach, który uczył: pierwsza — jak zdobyć kobietę, druga — jak utrzymać jej miłość, trzecia — jak kobiety powinny dbać o mężczyzn, by związek był szczęśliwy. Brzmi znajomo? To pierwszy w dziejach poradnik uwodzenia.
Ale Sztuka kochania to nie tylko zbiór praktycznych rad. To także fascynujący dokument rzymskiego podejścia do piękna. Owidiusz pisze wprost:
„Na nic napój miłosny — po nim obłęd, mania i szał, co mąci rozum… Porzuć więc fortele! Chcesz, żeby cię kochano, bądź godny kochania, bo samą ładną buzią nie zyskasz zbyt wiele”.
Innymi słowy: samo piękno fizyczne nie wystarczy. Trzeba być godnym miłości — przez kulturę osobistą, dobre maniery, wdzięk, inteligencję. Owidiusz uczy, że piękno to nie tylko dar natury, ale także dzieło sztuki — ars. Kobieta, która chce się podobać, musi o siebie dbać, ale z umiarem. Makijaż nie może być zbyt ostentacyjny, bo zdradzi, że jest sztuczny.
W tym samym czasie Owidiusz napisał też krótki poemat Medicamina faciei feminae — Kosmetyki dla kobiecej twarzy — który zachował się tylko we fragmentach. To praktyczny poradnik pielęgnacji urody, zawierający przepisy na maseczki, kremy i preparaty upiększające. Dla Owidiusza dbanie o urodę było oznaką kultury, wyrafinowania, przynależności do cywilizowanego świata.
Profesor Ewa Skwara, znakomita latynistka z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, podkreśla, że Sztuka kochania to przede wszystkim satyra na antyczne poematy dydaktyczne, napisana z humorem, często frywolna, ale niepozbawiona ironii. Owidiusz traktuje miłość jak grę — i uczy jej reguł.
Niestety, ta gra kosztowała go bardzo drogo. W 8 roku n.e. cesarz August skazał poetę na relegację do Tomis, dzisiejszej Konstancy nad Morzem Czarnym. Oficjalny powód? Ars amatoria uznano za niemoralną, zachęcającą żony do zdradzania mężów. Prawdziwe przyczyny były zapewne bardziej złożone — Owidiusz mógł być zamieszany w skandal na dworze cesarskim. Ale faktem jest, że jego poemat o miłości stał się pretekstem do wygnania.
Owidiusz spędził resztę życia na krańcach imperium, z dala od Rzymu, który kochał. Nigdy nie wrócił do ojczyzny. Zmarł w Tomis około 17—18 roku n.e.. Jego los pokazuje, jak bardzo w Rzymie granica między tym, co dozwolone, a tym, co zakazane, była płynna. Piękno i miłość mogły być źródłem sukcesu — ale mogły też prowadzić do zguby.
V. Kosmetyka rzymska — między kulturą a trucizną
Przyjrzyjmy się teraz, jak w praktyce wyglądała rzymska pielęgnacja urody. Bo Rzymianie, choć cenili powagę i surowość, nie stronili od kosmetyków. Przeciwnie — używali ich obficie, choć nie zawsze z dobrym skutkiem.
W antycznym Rzymie kosmetyki dzieliły się na kilka kategorii. Przede wszystkim — preparaty do pielęgnacji skóry. Rzymianki (i Rzymianie) używali kremów nawilżających na bazie oliwy z oliwek, miodu i mleka. Słynne były kąpiele w mleku oślic — podobno praktykowała je Poppea Sabina, żona cesarza Nerona, która woziła ze sobą stado oślic, by mieć świeże mleko do kąpieli.
Do tego dochodziły farby do włosów. W modzie były jasne włosy, zwłaszcza blond — farbowano je na kolor włosów Germanek, które ceniono za urodę. Używano do tego mieszanin z popiołem, ługiem i tłuszczem kozim. Efekt bywał różny — niekiedy włosy po prostu wypadały.
Makijaż twarzy był powszechny. Używano kredy i białego ołowiu do rozjaśniania cery, różu z ochry do policzków, sadzy i sproszkowanego antymonu do podkreślania oczu. Wszystko to nakładano dość grubo, co w gorącym klimacie Italii musiało być niezbyt komfortowe.
I tu pojawia się problem. Współcześnie wiemy, że biel ołowiowa jest silnie toksyczna. Powoduje ołowicę — zatrucie organizmu objawiające się osłabieniem, bezsennością, uszkodzeniem nerek i wątroby, a w dłuższej perspektywie — śmiercią. Rzymskie elegantki truły się powoli, dzień po dniu, nakładając na twarz śmiercionośną biel.
Ale to nie wszystko. W antycznym Rzymie popularne były też preparaty na bazie rtęci, używane do rozjaśniania piegów i przebarwień. Rtęć również jest silnie toksyczna, uszkadza układ nerwowy. Piękno rzymskich matron było więc okupione poważnym ryzykiem zdrowotnym.
Jak to możliwe, że nie zdawano sobie z tego sprawy? Owszem, zdawano. Rzymscy lekarze, jak Galen czy Dioskurydes, opisywali objawy zatruć metalami ciężkimi. Ale presja społeczna, by być piękną, by zachować młody wygląd, by konkurować z innymi kobietami, była silniejsza niż rozsądek. Podobnie zresztą jak dziś, gdy wiemy, że palenie szkodzi, a mimo to miliony ludzi palą.
VI. Pod włosy z Germanii
Osobny rozdział to włosy. Fryzury rzymskie były niezwykle skomplikowane i podlegały modzie, która zmieniała się z dekady na dekadę. W epoce Augusta dominowały proste przedziałki i węzły z tyłu głowy. Za Nerona modne stały się wysokie, piętrowe konstrukcje, z loczkami układanymi w misterne wzory. Za Flawiuszów kobiety nosiły fryzury przypominające korony, z wałami włosów upiętymi na czubku głowy.
Do układania tych fryzur potrzebne były nie tylko umiejętności fryzjerskie, ale też zapasy włosów — własnych często brakowało. Stąd import włosów z Germanii, gdzie jasnowłose niewolnice sprzedawały swoje włosy rzymskim elegantkom. Fryzury te były tak skomplikowane, że układanie ich zajmowało godzinami, a spać musiało się w specjalnych siatkach, by ich nie zniszczyć.
Mężczyźni również dbali o fryzury. W epoce republiki nosili krótkie, proste uczesania. Za cesarstwa modne stały się dłuższe włosy, układane w loczki na czole — wzór dawał sam cesarz, zwłaszcza Neron, który lubił się stroić.
Peruki były powszechne. Nosili je zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Wykonywano je z włosów ludzkich, czasem z dodatkiem włókien roślinnych. Peruki pozwalały na szybką zmianę wizerunku i były wygodniejsze niż układanie własnych włosów.
VII. Cnota kontra przepych — głosy krytyczne
Nie wszyscy Rzymianie akceptowali ten kult kosmetyki i strojenia się. Przeciwnie — w literaturze rzymskiej pojawia się silny nurt krytyczny, potępiający zbytek i próżność. Na czele tego nurtu stoją pisarze tacy jak Seneka, Pliniusz Starszy, a przede wszystkim — Tertulian.
Seneka w swoich Listach moralnych do Lucyliusza krytykuje kobiety, które spędzają godziny przed lustrem, układając włosy i malując twarz. Pyta retorycznie: czy to jest życie? Czy to jest godność człowieka? Pliniusz w Historii naturalnej opisuje z obrzydzeniem luksusy Rzymian — perły, jedwabie, kosmetyki sprowadzane z dalekich krajów. Uważa to za oznakę upadku obyczajów.
Najostrzejszy jednak był Tertulian, pisarz chrześcijański żyjący na przełomie II i III wieku. W swoim traktacie De cultu feminarum (O stroju kobiet) atakuje makijaż jako narzędzie szatana. Uważa, że kobieta, która się maluje, jest żywym przykładem Ewy — tej, która uległa pokusie i ściągnęła na ludzkość grzech.
Jak pisze badaczka Amy Richlin, w rzymskiej tradycji literackiej makijaż był często kojarzony negatywnie z medycyną i trucizną. Owidiusz próbował go nobilitować, łącząc go z kulturą i wyrafinowaniem, ale konserwatywny nurt pozostał silny. Dla tradycjonalistów kobieta pomalowana była kobietą sztuczną, fałszywą, zdradliwą. Jej piękno było oszustwem.
Ciekawie rzecz ujmuje Victoria Rimell, która analizując Medicamina Owidiusza, zwraca uwagę na metaforykę rolniczą w opisie kosmetyków. Owidiusz pisze, że uprawa urody jest jak uprawa roli: trzeba plewić, nawozić, szczepić. Ciało kobiety jest jak dzikie pole, które trzeba ucywilizować. To zestawienie — kobiety jako ziemi do uprawy — ma w sobie coś niepokojącego, ale też oddaje rzymskie pragnienie panowania nad naturą.
Tertulian idzie dalej: zarzuca kobietom, że wynalazek ozdób pochodzi od upadłych aniołów, którzy złączyli się z córkami ludzkimi i przekazali im tajemnice upiększania. Makijaż jest więc nie tylko grzechem, ale dziedzictwem demonów.
VIII. Łaźnie — przestrzeń piękna i higieny
Żaden opis rzymskiego piękna nie byłby pełny bez łaźni — thermae. To one były centrum życia społecznego i higienicznego Rzymian. I to one w ogromnym stopniu kształtowały rzymskie podejście do ciała.
Termy rzymskie to nie były zwykłe łaźnie. To były gigantyczne kompleksy, zawierające nie tylko baseny i sauny, ale też sale gimnastyczne, biblioteki, ogrody, sklepy, restauracje. Spędzano w nich całe dnie. Były miejscem spotkań, rozmów, interesów, flirtów.
W termach dbano o ciało kompleksowo. Najpierw ćwiczenia w palestrze, potem kąpiel w letniej wodzie (tepidarium), potem gorącej (caldarium), potem zimnej (frigidarium). Między kąpielami — masaże oliwą, skrobanie skóry specjalnymi narzędziami (strigilami), namaszczanie wonnymi olejkami.
Termy były dostępne dla wszystkich — mężczyzn i kobiet, bogatych i biednych, wolnych i niewolników (choć ci zwykle w osobnych godzinach). Były przejawem demokracji rzymskiego piękna: każdy mógł zadbać o swoje ciało, każdy mógł poczuć się choć trochę lepiej.
Ale termy były też miejscem, gdzie piękno było wystawione na widok publiczny. Mężczyźni ćwiczyli nago, kobiety w skąpych strojach kąpielowych. Ciało było eksponowane, oceniane, podziwiane. I choć Rzymianie oficjalnie potępiali grecki kult nagiego atlety, to w praktyce sami mu hołdowali — tyle że w zamknięciu term, a nie na otwartym stadionie.
IX. Pożar Rzymu i nowa moda
Rok 64 n.e. Rzym płonie. Pożar szaleje przez sześć dni i nocy, niszczy dziesięć z czternastu dzielnic miasta. Cesarz Neron, według plotek, przygląda się pożodze i śpiewa o upadku Troi. Prawda jest zapewne inna — Neron organizuje akcję ratunkową, otwiera pałace dla bezdomnych, obniża ceny zboża. Ale plotka przetrwała wieki.
Po pożarze Neron odbudowuje Rzym — ale na swoich warunkach. Powstaje wspaniały Domus Aurea, Złoty Dom, z ogrodami, sadzawkami, freskami i złotą kopułą nad salą bankietową. W tym nowym Rzymie zmienia się też moda.
Neron sam daje przykład. Ubiera się w jedwabie, farbuje włosy na blond, układa je w misterne loczki. Podróżuje z setkami wozów wiozących jego garderobę. Jego żona, Poppea Sabina, wprowadza modę na wyrafinowane fryzury i kosmetyki.
Dwór Nerona staje się centrum nowej estetyki — już nie surowej, republikańskiej, ale wyrafinowanej, niemal dekadenckiej. Piękno przestaje być oznaką cnoty, staje się oznaką statusu. I choć po śmierci Nerona jego styl zostanie potępiony, to ślad pozostanie. Rzym już nigdy nie wróci do dawnej surowości.
X. Grecja podbita zwycięża
I na koniec — paradoks, który najlepiej oddaje rzymski stosunek do piękna. Gdy Rzymianie podbijali Grecję w II wieku p.n.e., myśleli, że to oni są zwycięzcami. Ale bardzo szybko okazało się, że to przegrani dyktują warunki.
Horacy ujął to w słynnym wersie: Graecia capta ferum victorem cepit — „Grecja podbita dzikiego zwycięzcę podbiła” [tłum. własne]. Rzymianie, choć militarnie silniejsi, ulegli urokowi greckiej kultury, greckiej sztuki, greckiego piękna.
Rzymskie willie wypełniły się greckimi posągami — oryginałami lub kopiami. Rzymscy poeci pisali po grecku i naśladowali greckie wzory. Rzymscy filozofowie studiowali w Atenach i cytowali Platona. Rzymscy lekarze czerpali z Hipokratesa i Galena.
Ale Rzymianie nie byli tylko biernymi naśladowcami. Przetworzyli greckie dziedzictwo na własny sposób. Z greckiego ideału kalokagathii wzięli to, co praktyczne — harmonię ciała i ducha. Z greckiego kanonu proporcji — to, co użyteczne w rzeźbie portretowej. Z greckiej filozofii — to, co mogło służyć wychowaniu obywatela.
I dodali coś własnego: poczucie, że piękno ma służyć, a nie tylko zachwycać. Że jest narzędziem w rękach państwa, rodziny, jednostki. Że bez praktycznego zastosowania — jest próżnością, a próżność to grzech.
XI. Spadek po Rzymianach
Gdy imperium runęło pod naporem barbarzyńców, jego dziedzictwo przetrwało. W Bizancjum, w klasztorach, w rękopisach — ocalały rzymskie teksty, rzymskie idee, rzymskie pojęcia piękna.
Średniowiecze przejęło od Rzymian niechęć do zbytku i potępienie kosmetyków. Ojcowie Kościoła, tacy jak Tertulian, stali się autorytetami dla pokoleń chrześcijan. Ale przejęło też coś innego: przekonanie, że piękno może służyć wyższym celom — że może być narzędziem wychowania, narzędziem budowania tożsamości, narzędziem komunikacji z Bogiem.
Owidiusz, choć potępiany, przetrwał w klasztornych bibliotekach. Jego Sztuka kochania ocalała cudem — mimo że w 1564 roku trafiła do indeksu ksiąg zakazanych, a przez całe średniowiecze mnisi mogli ją zniszczyć, nie zniszczyli. Bo była zbyt piękna, zbyt mądra, zbyt prawdziwa.
A rzymskie portrety? Przetrwały w ziemi, czekając na odkrycie. Dziś, gdy patrzymy na twarze patrycjuszy z okresu republiki, widzimy w nich coś, czego nie ma w greckich posągach — indywidualność. Konkretność. Prawdziwość. Te twarze nie są idealne, ale są — niepowtarzalne.
W tym chyba największe dziedzictwo Rzymian: że nauczyli nas, iż piękno może być także brzydkie. Że blizna, zmarszczka, krzywy nos też mogą być piękne — jeśli są dowodem życia, jeśli opowiadają historię. Że piękno to nie tylko harmonia proporcji, ale też prawda. A prawda — jakkolwiek bywa niewygodna — ma swoją własną estetykę.
XII. Epilog: W cieniu Koloseum
Wracam myślami do owego rzymskiego popołudnia, od którego zaczęliśmy. Krassus w ogrodzie na Palatynie, Cycero notujący jego słowa, w oddali szum miasta — największego, jakie znał świat.
Za kilka dekad na miejscu willi Krassusa stanie Złoty Dom Nerona. Za kilkaset lat — Koloseum, Forum Romanum, Panteon. Rzym będzie rósł, potężniał, by w końcu upaść.
Ale jego idea piękna — praktycznego, użytecznego, dokumentalnego — przetrwa. W portretach renesansowych mieszczan, w holenderskim malarstwie rodzajowym, w fotografii dokumentalnej XIX wieku, w naszych dzisiejszych selfie, które robimy nie po to, by być pięknymi, ale by być — autentycznymi.
Rzymianie, choć tego nie wiedzieli, wynaleźli selfie. Dwa tysiące lat przed tym, jak iPhone wszedł na rynek.
Rozdział 6: Wczesne Średniowiecze — Bóg kontra człowiek
I. Światło w katakumbach
Wyobraźmy sobie mrok. Nie taki, w jakim żyjemy na co dzień, ale mrok gęsty od wilgoci i zapachu ziemi, mrok korytarzy wykutych w tufie pod Rzymem, gdzie przez pierwsze wieki chrześcijaństwa gromadzili się wyznawcy nowej wiary. Światło oliwnej lampki ledwie wydobywa z ciemności postać na ścianie — młodego mężczyznę, który na ramionach niesie owcę. To Dobry Pasterz, jedno z najwcześniejszych wyobrażeń Chrystusa, datowane na około 300 rok naszej ery.
Ten obraz jest uderzająco inny od wszystkiego, co znali Grecy i Rzymianie. Nie ma w nim idealnych proporcji Polikleta, nie ma atletycznego napięcia mięśni, nie ma nagości, która w greckim gimnazjonie była oznaką kultury. Jest za to delikatność, jest troska, jest — po raz pierwszy w historii zachodniej sztuki — zwrócenie uwagi na to, co słabe, małe, zagubione.
Owca na ramionach pasterza nie jest piękna w greckim sensie. Jest bezbronna. I właśnie ta bezbronność staje się nowym kanonem.
Gdy cesarz Teodozjusz Wielki w 392 roku wydaje edykt zakazujący kultów pogańskich, a w 393 roku organizuje ostatnie igrzyska olimpijskie, kończy się pewien świat. Świat, w którym piękno było synonimem harmonii, proporcji i doskonałości cielesnej. Rozpoczyna się epoka, w której — jak ujmują to podręczniki — „tematy związane z Bogiem były najczęściej poruszane w literaturze i sztuce”. Epoka teocentryzmu.
Bóg, który wyłania się z kart Biblii i pism Ojców Kościoła, jest surowy, niedostępny, budzi strach i lęk. Nie ingeruje w sprawy człowieka, zostawia go zdanego samemu sobie. Ale obserwuje. I ocenia. Jest największym dobrem i pięknem, niepodważalną wiedzą. Człowiek zaś — wobec takiego Boga — jest mały, słaby i bojaźliwy.
Jak pisał św. Augustyn, człowiek może poznać Boga tylko poprzez swoją duszę. Ale tylko nieśmiertelna dusza, wyzbyta grzechów i pragnień, jest zdolna zbliżyć się do Pana. Ciało? Ciało jest przeszkodą. Jest więzieniem. Jest — brzydkie.
II. Augustyn i hierarchia bytów
Aureliusz Augustyn, biskup Hippony, jeden z czterech wielkich Ojców Kościoła Zachodniego, urodził się w 354 roku w Tagaście w północnej Afryce. Zanim nawrócił się na chrześcijaństwo, przeszedł długą drogę przez manicheizm i sceptycyzm. Jego Wyznania to pierwsza w literaturze światowej tak głęboka, tak intymna wiwisekcja ludzkiej duszy. I to właśnie w nich znajdujemy klucz do średniowiecznego rozumienia piękna.
Augustyn zakładał hierarchię bytów. Na jej szczycie — Bóg, czyste piękno, czyste dobro, czysta prawda. Poniżej — aniołowie, istoty duchowe, doskonałe, ale stworzone. Dalej — człowiek, umieszczony między aniołami a zwierzętami. To umiejscowienie jest źródłem odwiecznego rozdarcia: między cielesnością a duchowością, między dobrem a złem, między tym, co zmysłowe, a tym, co rozumne.
Człowiek może poznać Boga, ale tylko przez duszę. I tylko wtedy, gdy dusza jest wyzbyta grzechów i pragnień. Ciało przeszkadza. Ciało uwodzi. Ciało jest pułapką. Augustyn nie był manichejczykiem — nie uważał materii za zło samo w sobie. Ale był głęboko przekonany, że po grzechu pierworodnym ciało stało się źródłem nieustannych pokus, że odciąga duszę od kontemplacji Boga, że jest — w najlepszym razie — tym, co trzeba ujarzmić, by wznieść się wyżej.
W De civitate Dei (O państwie Bożym) Augustyn pisze o dwóch rzeczywistościach, dwóch porządkach, dwóch miastach: ziemskim i niebieskim. Miasto ziemskie opiera się na miłości własnej, na pysze, na przywiązaniu do dóbr doczesnych. Miasto niebieskie — na miłości Boga, na pokorze, na tęsknocie za wiecznością. Piękno, jeśli jest tylko ziemskie, jeśli służy tylko zaspokajaniu zmysłów, należy do miasta grzechu. Piękno, które prowadzi do Boga — do miasta świętych.
To rozróżnienie będzie miało kolosalne znaczenie dla całej średniowiecznej estetyki. Piękno nie znika — ale zmienia swój adres. Przestaje mieszkać w ciele, w naturze, w tym, co widzialne. Przeprowadza się do Boga. I tylko tyle go na ziemi, ile jest odblaskiem Boga.
III. Tertulian i bramy piekieł
Zanim Augustyn napisał swoje Wyznania, inny pisarz chrześcijański, Tertulian, z całą surowością zajął się kwestią kobiecego piękna. Jego traktat De cultu feminarum (O stroju kobiet) to jeden z najbardziej radykalnych tekstów w dziejach refleksji nad urodą.
Tertulian, żyjący na przełomie II i III wieku, był człowiekiem o niezwykle ostrym, bezkompromisowym temperamencie. Nawrócił się na chrześcijaństwo w wieku dojrzałym i całą swoją retoryczną pasję, wyćwiczoną w rzymskich szkołach, oddał w służbę nowej wierze. Jego traktat o stroju kobiet to nie jest chłodna rozprawa teologiczna. To paszkwil. To oskarżenie. To płomienne kazanie.
W księdze pierwszej, w rozdziale pierwszym, pada słynne zdanie, które na wieki obciążyło stosunek Kościoła do kobiecej urody: Tu es ianua diaboli — „Ty jesteś bramą diabła”. Tertulian zwraca się bezpośrednio do kobiety: to przez ciebie szatan kusił Adama, to ty otworzyłaś drzwi grzechowi, to ty — córko Ewy — nosisz w sobie dziedzictwo upadku. I teraz, zamiast się uniżać, zamiast okazywać skruchę, ty się stroisz, malujesz, czeszesz, wystawiasz na pokaz to ciało, które stało się narzędziem grzechu?
Argumentacja Tertuliana jest prosta: chrześcijanka nie powinna podążać za modą, bo moda służy próżności, a próżność oddala od Boga. Cnota skromności polega nie tylko na unikaniu rozpusty, ale także na „skromnym wyglądzie”. Kobieta nie powinna zachęcać do pożądliwości swoim strojem ani zachowaniem. Ma się podobać tylko mężowi. Czysta schludność w zupełności wystarczy.
A co z makijażem? Tertulian nie zostawia tu żadnych wątpliwości: „Próżno jest kultywować piękno, a grzechem — oblepiać się kosmetykami” [tłum. własne]. Ci, którzy farbują włosy, mówi Tertulian — czy pragną zmienić się w Galków lub Germanów? Wstyd im! Niech córki mądrości pozostawią takie szaleństwo głupcom. Wymyślne fryzury są równie naganne.
W księdze drugiej Tertulian rozwija tę myśl: chrześcijanki powinny wyrzec się wyszukanych ozdób cielesnych. Bóg stworzył instrumenty luksusu, by wystawić na próbę ludzkie samoopanowanie, i żadna chrześcijanka nie ma dobrego powodu, by paradować w strojach. Wygląd ma znaczenie. Chrześcijańska skromność nie tylko ma istnieć, ale ma być widziana.
I wreszcie — argument ostateczny: luksus jest przeszkodą w męczeństwie. Koniec świata może nadejść lada chwila. Dla chrześcijan nastał wiek żelaza, zwłaszcza teraz: „szykowane są stuły męczenników, aniołowie są gotowi, by nieść trumny” [tłum. własne]. Chrześcijanin musi utracić doczesne ozdoby, jeśli pragnie zyskać nagrodę niebieską.
Dziś teksty Tertuliana są często cytowane w kręgach feministycznych jako dowód mizoginii Ojców Kościoła. I rzeczywiście, trudno znaleźć łagodniejsze określenie dla sformułowania „brama diabła”. Ale trzeba pamiętać, że Tertulian pisał w określonym kontekście — w czasach, gdy chrześcijanie byli prześladowani, gdy męczeństwo było realną perspektywą, gdy każdy kompromis ze światem pogańskim wydawał się zdradą. Jego radykalizm jest radykalizmem oblężonej twierdzy. W świecie, który nienawidzi chrześcijan, nie można udawać, że jest się u siebie. Trzeba się odróżniać. Trzeba być innym. Nawet — a może zwłaszcza — w wyglądzie.
IV. Śmierć i marność
Średniowieczny człowiek żył w ciągłym poczuciu mierności wszystkiego, co doczesne. Vanitas vanitatum et omnia vanitas — „Marność nad marnościami i wszystko marność” — te słowa Koheleta powtarzano jak mantrę. Marność to nie tylko dobra materialne, które są nietrwałe i ulotne. Marność to także własne życie, które jest tylko drogą do życia wiecznego.
Stąd nakaz: memento mori — pamiętaj o śmierci. Aby zasłużyć na szczęście wieczne, trzeba żyć w ubóstwie, w ascezie, trzeba wyrzec się przyjemności, a swoje sprawy poświęcić wyłącznie Bogu.
W tym kontekście piękno cielesne staje się nie tylko podejrzane — staje się niebezpieczne. Piękne ciało odwraca uwagę od Boga. Piękne ciało kusi, by przywiązać się do tego świata. Piękne ciało jest pułapką zastawioną przez szatana na duszę, która powinna tęsknić tylko do nieba.
Ale uwaga — to nie jest prosta negacja piękna. To jest jego przemieszczenie. Piękno przestaje być atrybutem ciała, a staje się atrybutem Boga. Bóg jest piękny. Raj jest piękny. Święci, jeśli są piękni, to pięknością duchową, która promieniuje z wnętrza, często wbrew wyglądowi zewnętrznemu.
Święty Aleksy, bohater Legendy o św. Aleksym, porzuca bogactwo, rodzinę, wygodne życie, by jako żebrak spędzić lata pod schodami własnego domu, nierozpoznany przez nikogo. Jego ciało jest zaniedbane, brudne, wychudzone. Ale właśnie w tym ciele mieszka świętość. Brzydota zewnętrzna jest znakiem piękna wewnętrznego.
To radykalne odwrócenie greckiego ideału. Dla Greków piękne ciało świadczyło o pięknej duszy. Dla wczesnego średniowiecza — brzydkie ciało może świadczyć o świętości. Asceza, umartwianie, post, czuwanie — wszystko to sprawia, że ciało traci swój blask, staje się wychudzone, blade, naznaczone cierpieniem. I właśnie to cierpienie jest piękne w oczach Boga.
V. Dwie twarze kobiety
Jeśli ciało w ogóle jest podejrzane, to ciało kobiety jest podejrzane podwójnie. W myśli wczesnochrześcijańskiej utrwaliła się dychotomia, która będzie kształtować wyobraźnię Europy przez następne tysiąclecie: Ewa versus Maryja.
Ewa — pierwsza kobieta, pramatka, ta, która uległa pokusie węża i skusiła Adama do grzechu. Jej imię w języku hebrajskim (haya) oznacza „matka żyjących”. W arabskim hayya to „wąż”. Ta zbieżność językowa stała się podstawą alegorycznych interpretacji: Ewa jest matką życia, ale też tą, która wprowadziła śmierć. Ewa jest bramą, przez którą grzech wszedł na świat.
Maryja — nowa Ewa. Jeśli Ewa przyniosła śmierć, Maryja przynosi życie. Jeśli Ewa była nieposłuszna, Maryja jest posłuszna. Jeśli Ewa jest symbolem grzechu, Maryja jest symbolem czystości. Teologowie wczesnochrześcijańscy, począwszy od Justyna Męczennika w II wieku, rozwijali tę paralelę, która stała się fundamentem mariologii.
Ireneusz z Lyonu podkreślał, że tak jak Ewa została zwiedziona przez anioła (szatana), tak Maryja została nawiedzona przez anioła (Gabriela). Ewa uwierzyła kłamstwu, Maryja — prawdzie. Ewa sprowadziła śmierć, Maryja — życie. W ten sposób kobiece ciało, które w Ewie było źródłem grzechu, w Maryi staje się źródłem zbawienia.
Ale uwaga — Maryja jest dziewicą. Jej macierzyństwo jest dziewicze. Jej ciało nie podlega prawom natury, nie podlega pożądaniu, nie podlega grzechowi. Jest — jak to określą później teologowie — „nieskalane”. Ideał kobiety wczesnośredniowiecznej to ideał kobiety, która neguje swoją kobiecość w tym, co najbardziej cielesne: w seksualności, w rodzeniu, w karmieniu. Matka, ale dziewica. Kobieta, ale bez ciała.
W sztuce tego okresu Maryja przedstawiana jest w sposób hieratyczny, sztywny, odległy. Jej twarz jest spokojna, ale pozbawiona emocji. Jej ciało ginie pod faldami szat. Jest ikoną, nie kobietą. Ma prowadzić do Boga, nie do siebie.
A Ewa? Ewa pojawia się rzadko, a jeśli już, to jako postać negatywna. W scenach grzechu pierworodnego przedstawiana jest naga — nagość staje się symbolem hańby, wstydu, grzechu. To odwrócenie greckiego kultu nagiego atlety: tam nagość była oznaką doskonałości, tu — upadku.
VI. Sztuka anonimowa i zaburzone proporcje
W sztuce wczesnego średniowiecia obserwujemy zjawisko, które badacze nazywają „zakłóconymi proporcjami”. Postacie są za długie, głowy zbyt małe, ręce nienaturalnie chude, oczy nienaturalnie duże. Długo uważano to za przejaw artystycznej nieudolności, za zapomnienie antycznych kanonów. Dziś wiemy, że to świadomy zabieg.
Te wydłużone sylwetki, te ascetyczne twarze, te wyłupiaste oczy patrzące w przestrzeń — to nie jest błąd. To jest teologia wizualna. Artysta średniowieczny nie przedstawia człowieka takiego, jaki jest, ale takiego, jakim być powinien — oderwanym od ziemi, wyzbytym cielesności, tęskniącym do Boga. Wydłużenie postaci symbolizuje dążenie ku niebu, odrywanie się od ziemskiego ciężaru, pragnienie wzniesienia się do sfer wyższych.
Oczy są duże, bo to one — według św. Augustyna — są zwierciadłem duszy. Ale nie te fizyczne oczy, którymi oglądamy świat. Chodzi o oczy wewnętrzne, oczy rozumu, oczy wiary, które potrafią dostrzec Boga w mroku doczesności.
W malarstwie dominują tematy religijne. Najważniejsze formy to iluminacje manuskryptów, malarstwo tablicowe i miniaturowe. Twórcy pozostają anonimowi — wierzono, że autorzy piszą i malują na chwałę Bożą, a nie dla własnej sławy. Indywidualność artysty się nie liczy. Liczy się przekaz.
W Ewangeliarzu z Durrow, powstałym około 675 roku w Irlandii, postacie ewangelistów są niemal abstrakcyjne — zgeometryzowane, płaskie, pozbawione głębi. W Ewangeliarzu z Lindisfarne (ok. 700 r.) ornamentyka przeplata się z literami, tworząc misterne, nieskończone wzory, w których ginie ludzka postać. To nie jest sztuka, która chce naśladować naturę. To jest sztuka, która chce wyrazić to, co nadprzyrodzone.
Biblia pauperum — „Biblia ubogich” — to określenie, które pada w kontekście sztuki średniowiecznej. Obrazy i rzeźby miały przekazywać treści religijne osobom niepiśmiennym, które nie mogły czytać Pisma Świętego. Ale to nie były tylko ilustracje. To były teologiczne traktaty zaklęte w kamień, w drewno, w farbę. Każdy gest, każdy kolor, każda proporcja miała znaczenie.
Czerwień to krew Chrystusa, męczeństwo, miłość. Błękit — niebo, transcendencja, boskość. Złoto — światłość wiekuista, Bóg, raj. Postacie nie są realistyczne, bo realizm przywiązywałby je do ziemi. Są symboliczne, bo mają wskazywać poza siebie.
VII. Światło, które jest Bogiem
W architekturze wczesnego średniowiecza dominują proste formy, ograniczona skala, brak monumentalnych budowli. Bazyliki wznoszone są na wzór rzymskich budowli świeckich — z długą nawą, kolumnami, półkolistą absydą. Ale stopniowo pojawia się coś nowego.
Gdy w 548 roku cesarzowa Teodora wchodzi do kościoła San Vitale w Rawennie, otacza ją blask — nie tylko ten, który bije od jej złotych szat i klejnotów, ale ten, który wypełnia wnętrze świątyni. Światło sączy się przez alabastrowe okna, odbija od złotych mozaik, tańczy na ścianach pokrytych scenami biblijnymi. To światło nie jest tylko funkcjonalne. Jest teologiczne.
Pseudo-Dionizy Areopagita, tajemniczy teolog z V/VI wieku, którego pisma zdominują średniowieczną myśl o pięknie, nauczał, że Bóg jest światłością. Nie tylko ma światłość, nie tylko ją emituje — jest nią. Każde światło na ziemi jest tylko odblaskiem tamtego światła, tylko przypomnieniem, tylko tęsknotą.
Ta koncepcja — via lucis, droga światła — będzie miała kolosalne znaczenie dla całej średniowiecznej estetyki. Piękno nie polega na proporcjach, na harmonii części, na złotym podziale. Piękno polega na blasku. Na claritas. Na tym, co świeci.
W mozaikach z Rawenny — tych z mauzoleum Galli Placydii, z kościołów San Apollinare Nuovo i San Vitale — postaci są płaskie, pozbawione cienia, pozbawione głębi. Unoszą się w złotej przestrzeni, jakby już były w niebie. Ich twarze są surowe, oczy wielkie, usta wąskie. Nie uśmiechają się. Nie patrzą na nas. Patrzą w wieczność.
To nie są portrety. To są ikony. Okna na tamten świat. I jak każde okno, nie zatrzymują wzroku na sobie, ale prowadzą go dalej. Piękno ikony nie jest w niej samej. Jest w tym, na co wskazuje.
VIII. Franciszek i radość stworzenia
Ale nie wszyscy w średniowieczu myśleli o świecie i ciele w kategoriach radykalnej negacji. W XIII wieku, u schyłku epoki, pojawi się postać, która na nowo odkryje piękno stworzenia: Franciszek z Asyżu.
Biedaczyna z Asyżu, jak go nazywano, odwrócił średniowieczną hierarchię wartości. Dla niego Bóg nie był surowym sędzią, ale kochającym Ojcem. Świat nie był doliną łez, ale ogrodem pełnym braci i sióstr — bratem słońcem, siostrą księżycem, bratem wilkiem, siostrą jaskółką.
Franciszek nie odrzucał ciała — choć praktykował surową ascezę. W jego Pieśni słonecznej wszystko stworzone jest piękne, bo wszystko wyszło z rąk Bożych. Grzech nie zniszczył świata — tylko zanieczyścił ludzką duszę. Świat pozostał dobry, bo został stworzony przez dobrego Boga.
„Pochwalony bądź, Panie mój, przez wszystkie Twoje stworzenia” — śpiewał Franciszek. Nie: „mimo stworzeń”, ale: „przez stworzenia”. Świat nie jest już przeszkodą na drodze do Boga. Jest drogą.
To przełom. Na ponad tysiąc lat przed ekologią, Franciszek odkrywa, że Boga można chwalić nie tylko w ciszy klasztoru, ale także w patrzeniu na kwiat, w słuchaniu ptaka, w czuciu wiatru na twarzy. Świat nie jest już tylko doliną łez. Jest także — domem.
Oczywiście, Franciszek to postać z XIII wieku, z późnego średniowiecza. Ale jego myśl dojrzewała powoli przez całe stulecia. Bez wczesnośredniowiecznego napięcia między ciałem a duchem, bez augustyńskiego rozdarcia między miastem ziemskim a niebieskim, bez tej tęsknoty za czymś więcej — Franciszek nie byłby możliwy. Jego radość jest radością po przejściu przez ciemność. Jego afirmacja świata jest afirmacją po latach negacji.
IX. Tomasz i trzy warunki piękna
W tym samym XIII wieku, gdy Franciszek śpiewał Pieśń słoneczną, dominikanin Tomasz z Akwinu, jeden z największych umysłów wszech czasów, pracował w Paryżu nad swoją Summą teologiczną. I tam, wśród rozważań o Bogu, o cnocie, o grzechu, znalazło się miejsce także dla piękna.
Tomasz, który przyswoił chrześcijaństwu filozofię Arystotelesa, nie mógł zignorować pytania o piękno. Ale ujął je w sposób, który godził antyk z Ewangelią, Grecję z Jerozolimą. W Summie i w komentarzach do Pseudo-Dionizego wyłożył swoją słynną triadyczną definicję piękna.
Piękne jest to, co posiada trzy cechy: integritas (pełnia, całość), consonantia (harmonia, współbrzmienie) i claritas (blask). Zacznijmy od końca, bo to claritas jest tu kluczowe.
Claritas to blask. Nie fizyczny tylko, ale metafizyczny. To światło formy, które przenika materię i czyni ją przejrzystą. To to, co w rzeczy świeci — nie tylko dla oczu, ale dla rozumu, dla ducha. W rzeczy pięknej jej istota, jej prawda, jej dobro stają się widoczne, stają się — jasne.
Consonantia to harmonia, współbrzmienie, proporcja. Tu Tomasz oddaje hołd Arystotelesowi i całej greckiej tradycji. Piękno wymaga porządku części, wymaga, by wszystko było na swoim miejscu, by żaden element nie górował nad innymi, by całość tworzyła jedność w wielości.
Integritas to pełnia, całość, doskonałość. Rzecz nie może być piękna, jeśli czegoś jej brakuje, jeśli jest niekompletna, jeśli nie osiągnęła swojej pełni. Plama na twarzy, brak ręki, niedorozwój — to wszystko, dla Tomasza, byłyby przeszkodami w pięknie. Bo piękno wymaga doskonałości.
Co ważne, Tomasz łączył piękno z dobrem i prawdą. To trzy transcendentalia — trzy właściwości, które przysługują każdemu bytowi, bo każdy byt jest dobry (jako stworzony przez dobrego Boga), każdy byt jest prawdziwy (bo wyraża Bożą myśl) i każdy byt jest piękny (bo odbija Boży blask). Ale uwaga — nie każdy byt jest piękny w tym samym stopniu. Niektóre byty są piękniejsze, bo lepiej wyrażają Bożą ideę, bo mają więcej claritas, bo są doskonalsze w swoim rodzaju.