E-book
13.65
drukowana A5
63.3
Historia Pewnego Raportu

Bezpłatny fragment - Historia Pewnego Raportu


Objętość:
440 str.
ISBN:
978-83-8126-422-8
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 63.3

Prolog

Przez chwilę przyglądam się drzwiom do klubu, zastanawiając się, czy wejść do środka, czy nie. Ale ostatecznie pragnienie wyłączenia sobie mózgu chociaż na chwilę i przestania myśleć o tym bagnie, w które się władowałam, wygrywa.

Dzisiaj spiję się w trupa i choć jutro będę tego żałować, a Xander pewnie zmyje mi głowę za to, jak się urządziłam, wiem, że jest mi to potrzebne.

Choć na chwilę chcę odpocząć od tego huraganu, który od pewnego czasu szaleje mi w głowie.

Gwar panujący w środku od razu uderza mi do głowy. Pot unoszący się z tańczących, zaduch wewnątrz klubu w innych warunkach zapewne doprowadziłyby mnie do szaleństwa, ale teraz nawet nie zwracam na to uwagi. Zależy mi na tym, by jak najszybciej dotrzeć do baru.

Kiedy w końcu udaje mi się tam przepchnąć, natychmiast zajmuję miejsce na jednym ze stołków.

— Co podać? — mężczyzna za barem od razu zwraca na mnie uwagę.

— Black russian — rzucam. — Podwójny — dodaję po chwili namysłu.

Niemalże natychmiast przede mną pojawia się kieliszek, który wychylam bez mrugnięcia okiem. O tak… tego mi właśnie trzeba.

Czuję, jak wódka rozlewa się po moim organizmie, dając mi przyjemne ciepło. Natychmiast też daję barmanowi znak, żeby nalał mi to samo.

Jeszcze kilkanaście takich drinków i ten przeklęty raport wyleci mi z głowy. Zapomnę o nim chociaż na chwilę, bo tego właśnie mi trzeba.

Dlaczego, do diabła, dlaczego to właśnie ja musiałam się zakochać? Akurat teraz, kiedy jutro mija drugi, ostateczny termin, w którym mam złożyć raport Dowództwu!

Boże… Jak ja w ogóle mogłam do tego dopuścić, zachować się tak nieprofesjonalnie? Co by powiedzieli moi znajomi, moi przełożeni?

Nie… Ja oczywiście wiem, co by powiedzieli. I jak to dla mnie by się skończyło, jeżeli nie złożyłabym tego raportu. Jedyne, co jest niewiadomą, to w jaki sposób dalej to rozegram…

Tak czy owak, teraz chcę o tym wszystkim zapomnieć…

Choć w głowie i tak telepią mi się resztki historii i tego, w jaki sposób się tu znalazłam…

Rozdział I

— Rekari, zapraszamy — głos miss Karit, naszej nauczycielki prowadzącej, rozbrzmiewa po całej auli.

Przyjaciółka ściska moją dłoń, a ja oddaję jej uścisk. Wyczuwam jej lekkie zdenerwowanie, z resztą całkowicie bezpodstawne, bo ona akurat przecież nie ma czego się bać. Przez wszystkie lata nauki, odkąd pamiętam, zawsze była prymuską, budziła zachwyt wszystkich dookoła. To oczywiste, że tym razem będzie zupełnie tak samo.

Dlatego nic dziwnego, że kiedy wstaje i wdzięcznym krokiem przeciska się pomiędzy siedzeniami, a następnie niemalże zamiata schody swoim szarym, błyszczącym ogonem, i z całą pewnością rozmyślnie kręci biodrami, cała męska część naszego audytorium, czyli koło kilkunastu tysięcy, gapi się właśnie na nią.

Przewracam oczami. Naprawdę? Ta to chyba nigdy nie przestanie gwiazdorzyć…

— Gratuluję wysokich wyników w nauce i bardzo dobrze zdanych egzaminów końcowych — starsza kotka podaje mojej przyjaciółce dyplom oraz niewielką, plastikową kartę. — Dzisiaj masz już wolne… Ale nie zapomnij zgłosić się jutro na testy kwalifikacyjne.

— Nie zapomnę, miss Karit — przytakuje Ari.

Zaraz potem odwraca się do nas, do audytorium i z szerokim uśmiechem zrywa sobie z szyi medalion, do tej pory oznaczający jej przynależność do uczniów, by potem rzucić go do ogromnej misy, w której znajduje się już niezliczona ilość takich samych.

Cały nasz rocznik, tysiąc kociaków, dzisiaj kończy swoją naukę. W misie jest ich już dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć. Brakuje jeszcze jednego.

— Możesz dołączyć do pozostałych — nauczycielka wskazuje na prawie cały zajęty sektor rozstawionych krzesełek na ogromnej scenie.

Moja przyjaciółka kiwa głową z wdzięcznością i powoli odchodzi na wyznaczone miejsce.

Kiedy siada w pierwszym rzędzie, obok niej zostaje jeszcze tylko jedno puste krzesełko.

— Sayana, już tylko ty nam zostałaś — nauczycielka uśmiecha się lekko, a ja mam wrażenie, że wpatruje się we mnie cała sala.

Mam wrażenie, że cała sierść mi się zjeżyła, ale nie daję poznać po sobie zdenerwowania. Po prostu wstaję, wygładzam swoją spódnicę i wdzięcznym krokiem zaczynam iść w kierunku sceny. A w głębi dosłownie trzęsę się z nerwów.

Można by powiedzieć, że skoro zawsze jestem ostatnia, to powinnam się do tego przyzwyczaić, ale teraz wyjątkowo mi to przeszkadza. Tym bardziej, że mam podstawy do strachu — boję się o egzaminy, bo nie uczyłam się kompletnie i mam wyjątkowo złe przeczucia.

Wydaje mi się, że wszyscy patrzą na mnie z wyrzutem i czuję ich zapewne oskarżycielskie spojrzenia przez całą drogę.

Tyle dobrego, że Rekari, jak na dobrą przyjaciółkę, współlokatorkę i prawie że siostrę przystało, posyła mi pokrzepiający uśmiech i w sumie tylko dzięki niemu nie obracam się na pięcie i nie uciekam z auli.

— Zapraszamy, zapraszamy — kotka patrzy na mnie zachęcająco.

Czyżby ostatni gest dobroci przed wyrokiem? Wiem co się stanie, jeżeli będę miała tak kiepskie wyniki z egzaminów końcowych, a naprawdę nie uśmiecha mi się do końca swojego życia zostać robotnikiem i harować za pół darmo w fabrykach w roli taniej siły roboczej.

Biorę głęboki oddech i wyprostowana, nie dając po sobie poznać zdenerwowania, wchodzę na scenę i staję przy naszej nauczycielce prowadzącej.

— Nie bez powodu zachowaliśmy sobie ciebie na koniec — miss Karit mierzy mnie uważnym spojrzeniem, a ja chcę właśnie zapaść się pod ziemię. — Takiego przypadku jak ty jeszcze nie mieliśmy.

Czuję na sobie zaniepokojony wzrok Ari. Ona też wie, jak wyglądały moje „przygotowania” do egzaminów i rozumie, czego na dobrą sprawę powinnam się po nich spodziewać.

— Nigdy wcześniej bowiem nie mieliśmy kociaka, który ukończyłby naukę z takimi wynikami — kotka urywa, robiąc dramatyczną pauzę.

Serce bije mi w zawrotnym tempie i muszę się naprawdę powstrzymać, żeby zachować spokój.

W ciszy, która teraz nastała, słyszę zaniepokojone, niemalże ledwo słyszalne miauknięcie, które wyrywa się mojej przyjaciółce. Mam dziwne wrażenie, że wcale nie będzie miała ochoty sypnąć tym swoim standardowym tekstem typu „a nie mówiłam?”, jeżeli faktycznie mi się nie uda…

— Jesteś pierwszą osobą, która zaliczyła wszystkie egzaminy na sto procent, gratulujemy, Sayano — kotka uśmiecha się do mnie. — Zdradzisz nam, ile nauki wymagało uzyskanie takiego wyniku?

Powstrzymuję się, żeby nie spuścić głowy ze wstydem i już chcę wydusić jakieś przeprosiny, gdy nagle niczym piorun uderzają we mnie słowa nauczycielki.

Zaliczyłam. I to na dodatek na sto procent.

Ale jakim cudem?!

Z zaskoczeniem odwracam głowę i zerkam na Ari, która jest chyba w takim samym szoku, co ja. No i w sumie kilkanaście innych osób z pierwszego rzędu, które również wiedzą, jak bardzo intensywna była moja nauka… A raczej jej brak.

— Sayano, odpowiesz na pytanie? — ponagla mnie miss Karit.

— Jakie pytanie? — trochę mnie dezorientuje.

— Ile czasu poświęciłaś na naukę, by uzyskać taki wynik?

Słyszę chichoty za plecami i nawet nie muszę się odwracać, żeby wiedzieć, która grupka je wydała.

— Cóż… Najwyraźniej wystarczająco, żeby poszło mi tak, jak trzeba, proszę pani. Poza tym stawiałam na systematyczną naukę od samego początku i teraz najwyraźniej widać efekty.

Kotka kiwa głową z aprobatą, a ja wiem, że to najlepsza możliwa odpowiedź. Znam tą kocicę i jestem pewna, że gdybym powiedziała jej o tym, jak to wyszło, straciłabym bardzo dużo i to nie tylko w jej oczach, bo podobno ma być jutro w głównej komisji. Nie chcę się narażać.

— Tak czy owak, gratuluję nieprzeciętnie wysokich wyników w nauce i egzaminów końcowych zaliczonych na sto procent. Dzisiaj masz jeszcze wolne, ale przygotuj się na jutro.

Odbieram od niej dyplom oraz plastikową kartę, dającą mi dostęp do jutrzejszej komisji i testów przydzielających do kast, w głębi duszy skacząc z radości. Nie wierzę, znowu mi się udało na fuksie!

— Możesz dołączyć do pozostałych — nauczycielka prowadząca wskazuje mi na jedyne wolne miejsce w sektorze dla absolwentów.

Kiwam głową w podziękowaniu, a potem zrywam z szyi medalion i wrzucam go do misy. Nareszcie koniec nauki!

I w tym momencie eksploduje we mnie radość — zdałam, udało mi się takim niesamowitym fartem!

Rekari zrywa się ze swojego miejsca w tym samym momencie, w którym do niej podbiegam, akurat w czas, bym mogła rzucić się jej na szyję.

— Zdałam, Ari, zdałam! — krzyczę, ściskając przyjaciółkę ze wszystkich sił. W oczach pojawiają mi się łzy ulgi, tak długo wstrzymywany stres wreszcie znalazł swoje wyjście. Już przynajmniej nie muszę się denerwować, że źle skończę.

— Wiedziałam, że tak będzie — śmieje się moja współlokatorka. — Ty przecież zawsze sobie ze wszystkim radzisz, kochanie! Gratuluję, po prostu gratuluję!

— Spokój! — nauczycielka przywołuje nas do porządku, choć gdzieś tam pobrzmiewa rozbawiona nutka.

Natychmiast poważniejemy, a ja siadam obok swojej przyjaciółki.

— Absolwenci, powstać!

Wzdycham ciężko i lekko przewracam oczami, w tym samym momencie co Ari, co wywołuje uśmiechy na naszych twarzach. Głupie procedury, jakbym nie mogła po prostu stać przez cały czas!

— Dzisiaj i jutro to dwa najważniejsze dni w waszym życiu. Dzisiaj zakończyliście naukę, jutro przejdziecie testy i w opracowaniu o nie, waszą osobowość i wyniki nauki oraz egzaminów końcowych zostaniecie przydzieleni do poszczególnych kast. Jutro rozsądzi się wasza przyszłość. W najbliższym czasie rozpoczniecie swoją pracę dla naszej cywilizacji. Więc teraz idźcie i sprawcie, żeby Anthruv był z was dumny!

Na zakończenie przemówienia miss Karit cała aula wybucha oklaskami i okrzykami radości. Tak, właśnie dzisiaj zakończyliśmy naukę, nasz pierwszy etap życia, a od jutra czy kiedy tam dostaniemy wyniki testów i przydziały, zaczniemy pracować na jeszcze większą potęgę anthruviańskiej społeczności.

A dzisiaj… Dzisiaj jeszcze na spokojnie możemy się bawić, odstresować i przygotować mentalnie na jutrzejszy dzień. Czas na obowiązki przyjdzie później.

— Idziemy — Rekari szturcha mnie, pokazując mi wyjście i falę kotów, która zdążyła już do niego dotrzeć.

Kiwam głową na znak zgody i biorę ją pod rękę, w drugiej ściskając dyplom i przepustkę na jutrzejsze testy.

Kilka kroków dalej zostajemy zauważone przez dwójkę kotów z sąsiedniego pokoju.

— Ari! Ana! — jeden z nich, Lucio, zaczyna do nas machać.

— Znowu się zaczyna — wzdycham, przewracając oczami.

— Nie możesz być ciągle taka sztywna — strofuje mnie przyjaciółka. — Chodź, przynajmniej z nimi pogadamy!

Ponieważ mocno trzyma mnie pod rękę, za bardzo nie mam możliwości się wykręcić i, chcąc nie chcąc, zostaję przez nią pociągnięta w kierunku mierzących nas pożądliwym wzrokiem samców.

— No cześć, ślicznotki — współlokator Lucia, Frederick, uśmiecha się, ukazując imponujący garnitur białych, zadbanych zębów, łącznie z ostrymi kłami. — Pomyśleliśmy, że po tym stresie przydałoby się i wam, i nam jakoś wyluzować.

— Co oferujecie? — Rekari przysuwa się do nich, zalotnie kręcąc biodrami.

— Wygodne łóżko i towarzystwo — Lucio kładzie jej rękę na ramieniu. — Idziesz na to, piękna?

— A czy kiedykolwiek ci odmówiłam? — kotka z chichotem przysuwa się do niego, na szczęście równocześnie mnie wypuszczając.

Skwapliwie korzystam z okazji i odsuwam się o krok.

Oczywiście ona tego nie zauważa, zaaferowana towarzystwem kota. Zaraz potem też obydwoje bez zbędnych słów odchodzą w stronę naszych tymczasowych mieszkań.

Mam ogromną nadzieję, że nie wybiorą mojego i kotki…

Choć teraz bardziej interesuje mnie deko ważniejsza kwestia — muszę spławić niemalże dyszącego mi nad głową napalonego Fredericka…

— Ana, nie daj się prosić — samiec obejmuje mnie w pół i przyciąga do siebie. — Wiem, że jesteś zestresowana… Tym bardziej, że tyle problemów miałaś z tą nauką… Nie daj się prosić, wiem, że tego pragniesz.

— Ric, zostaw mnie — delikatnie odsuwam się od niego. — Naprawdę nie mam ma ciebie ochoty.

— Nigdy nie masz na nikogo ochoty — kot marszczy brwi. — Czy ty kiedykolwiek przespałaś się z kimkolwiek inaczej, niż po pijaku? Jesteś naprawdę dziwna, Ana. Szkoda, że nie jesteś taka sama, jak Ari, ona nigdy nie odmawia, wie, o co w tym wszystkim chodzi.

— Ale jak już sam stwierdziłeś, nie jestem taka, jak Ari — uśmiecham się przepraszająco. — Jak chcesz, poczekaj, aż Lucio z nią skończy, może wtedy znajdzie dla ciebie chwilę.

Kot prycha ze złością, po czym odwraca się na pięcie i znika w tłumie, najwyraźniej poszukując innej kotki, która chciałaby jego i siebie zaspokoić.

Ja zaś w spokoju mogę przejść przez prawie całe centrum szkoleniowe, by ostatecznie znaleźć się przed sektorem, w którym znajdują się mieszkania prawie trzydziestu tysięcy kociaków w wieku do dziewiętnastu lat włącznie.

Kiedy znajduję się przed drzwiami oznaczonymi numerem 4937c, zatrzymuję się na moment. Zanim wejdę, chcę się upewnić, że nie natrafię na przyjaciółkę zabawiającą się z naszym sąsiadem…

Nachylam się i przykładam ucho do drzwi. Mam dość dobry słuch nawet, jak na Anthruviankę, więc gdyby co, to z pewnością bym ich usłyszała.

Po minucie głuchej ciszy jestem już pewna, że w środku nie czekają na mnie żadne niespodzianki. Dlatego na spokojnie z ukrytej kieszeni w spódnicy wyciągam kluczyk, przekręcam w drzwiach i wchodzę do naszego małego, skromnego mieszkanka.

Wygląda niemalże dokładnie tak samo, jak wszystkie inne — jeden pokój z podwójnym łóżkiem, szafą i kilkoma innymi meblami, łazienka i niewielka kuchnia. Ale mimo tego czuję sentyment do tego miejsca, w końcu spędziłam tu większą część mojego życia… Dziwnie będzie to wszystko zostawić…

Już od razu na starcie zrzucam z siebie prostą, ołówkową spódnicę, białą bluzkę i krawat, nasze galowe ubrania, i odkopuję je w kąt. Później się nimi zajmę. Teraz chcę wreszcie przebrać się w coś wygodniejszego…

Podchodzę do szafy i pobieżnie przebiegam wzrokiem jej zawartość, aż w końcu zauważam to, co chciałam — krótkie spodenki i luźną, czarną koszulkę na ramiączkach. To jest to. Zdecydowanie najlepszy zestaw na wypad w moje ukochane, obecnie najprawdopodobniej wyludnione miejsce.

Biorę ciuchy i idę do łazienki, chcąc się jeszcze odświeżyć. Po drodze jednak zatrzymuję się przed ogromnym lustrem, wiszącym w korytarzu i z uśmiechem poprawiam sobie fryzurę.

Z odbicia patrzy na mnie pewna siebie, wyprostowana, wysoka na około metr sześćdziesiąt, ruda kotka. Całe ciało ma pokryte dosyć długim, mięciutkim, jedwabistym, błyszczącym futerkiem, gdzieniegdzie o lekko ciemniejszym odcieniu, tworząc prążki podobne do tych, które miały pradawne istoty zwane tygrysami. Gęste włosy na głowie w kolorze kremowym blond, pomiędzy uszami przycięła tak, by skośnie opadały na czoło, czasem częściowo zasłaniając prawe oko, z tyłu zaś związała w gruby warkocz sięgający połowy pleców. Z uszu też wyrastają jej długie, rude kosmyki sierści, przypominające pradawne rysie, tyle, że nie są to pędzelki na szczycie. Niżej znajdują się ogromne, zielononiebieskie oczy, razem z różowym, niewielkim noskiem i niezwykle długimi, białymi wąsikami tworząc pozory uosobienia niewinności, jeżeli połączyć to z delikatnym uśmiechem na kocim pyszczku.

Dłoń, również pokrytą futerkiem, o długich, szczupłych palcach, skrywających ostre pazury gotowe do wysunięcia w każdej chwili, opiera na biodrze, skrywając poduszeczki równie różowe, co nosek.

Co jakiś czas w lustrze pokazuje się również niezwykle puchaty ogon, w kolorze podobnym do ciała, o długiej i jedwabistej sierści, długości ponad metra, łagodnie kiwający się z boki na bok, nie raz i nie dwa wzbudzający zazdrość innych kotek i podziw kotów.

Szczególnie, jeżeli spogląda się również na jej długie, szczupłe nogi, oparte na typowo kocich tylnych palcach z poduszeczkami, które, jako jednej z niewielu umożliwiają jej prawdziwie bezszelestne poruszanie się, z uniesionym w powietrze śródstopiem, jakieś dwadzieścia pięć centymetrów wyżej kończącego się stawem skokowym.

Jednym słowem, typowa Anthruvianka. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego Frederick uważa, że jestem dziwna. Bo nie wskakuję do łóżka z każdym, chcąc zaspokoić popęd fizyczny? Wiem, że wszyscy tak robią, nikt nie trzyma się jednego partnera, chyba, że nawzajem sprawiają sobie satysfakcję, ale ja po prostu tego nie potrzebuję. Przyznaję, jak to wypomniał mi Ric, kiedy napiję się zbyt wiele, czasem mi się zdarza… Ale nie potrzebuję tego.

A każdy ma przecież prawo do odmienności i różnych upodobań w tych kwestiach.

Posyłam sobie pożegnalnego całusa i wchodzę do łazienki, chcąc się ubrać i wrzucić kilka rzeczy do torby.

Coś czuję, że to będzie naprawdę cudowny wypad. I naprawdę odprężający, w przeciwieństwie do wpakowania się do łóżka jakiegoś samca!

Rozdział II

Znajduję się mniej więcej na środku jeziora, unosząc się na plecach, kiedy kątem oka zauważam jakiś ruch na brzegu dokładnie za mną.

Niemalże natychmiast robię coś w rodzaju fikołka w wodzie i przekręcam się tak, by widzieć, co go wywołało. Unosząc się w miejscu za pomocą delikatnych ruchów rąk i tylnych łap, dokładnie lustruję brzeg, równocześnie nastrajając uszy tak, by możliwie jak najdokładniej zlokalizować pochodzenie owego ruchu.

Ale niestety, mimo wyjątkowo czułych nawet jak na anthruviańskie standardy zmysłów, nie dostrzegam absolutnie nic, co mogłoby potwierdzić moje przypuszczenia.

A zaraz potem z wysokiej trawy wyskakuje królik, jeden z niewielu gatunków, jakie pradawni uchowali dla nas od nieuchronnej zagłady Anthruvii.

Z ust wyrywa mi się oddech ulgi, a zaraz potem zaczynam cicho chichotać. I pomyśleć, że takie małe, niewinne zwierzątko napędziło mi tak ogromnego stracha!

Ale mimo tego całe odprężenie szlag trafił. Wystarczył jeden drobiazg, żeby mnie zdekoncentrować, bo świadomość, że ktokolwiek mógłby mnie obserwować, kiedy teraz, bezkarnie pływam sobie nago w jeziorze… Nie, dziękuję bardzo. To zdecydowanie nie jest przyjemne.

Dlatego właśnie decyduję się skończyć tą moją eskapadę poza tereny zabudowane. Z resztą… Obiecałam, że dzisiaj pójdę z Rekari na imprezę do strefy czerwonej… A zanim dojdę do centrum szkoleniowego, potem do naszego mieszkania, zanim się wybierzemy, wyjdziemy i dojdziemy na miejsce, to naprawdę trochę się zejdzie…

Kiedy wypływam na brzeg, dosłownie ze mnie cieknie. To chyba jedyny minus mojego puchatego, delikatnego futerka… Woda naprawdę ma co zmoczyć.

Zerkam na powierzchnię wody, która pokazuje moje odbicie i… wybucham śmiechem. Nie… Naprawdę. Wyglądam po prostu przekomicznie. Jak typowy zmokły kot. No ale cóż… Tak to się zdarza. Na szczęście jednak nikt mnie teraz nie widzi, więc może ujdzie mi to na sucho. Jak zwykle z resztą. Jeszcze nikt mnie nie zobaczył, zazwyczaj wybieram takie godziny, kiedy wszyscy śpią, albo są w pracy. A z resztą, nawet jeśli, to to nie jest zabronione. Po prostu, mogłoby być dla mnie nieco krępujące…

Ale teraz muszę się ogarnąć.

Sięgam po ogromny, puchaty ręcznik ze specjalnego włókna, zaprojektowany tak, by zbierał wodę z kociego futra w niewyobrażalnych wręcz ilościach. I dzięki temu zaledwie parę minut później jestem już całkowicie sucha. Tylko… trochę rozczochrana.

Biorę ręcznik, o wiele cięższy niż chwilę wcześniej i wyciskam z niego wodę. Przez swoją unikalną budowę włókien całkowicie pozbywają się płynów i ostatecznie idealnie suchy ręcznik kładę na dużym, płaskim kamieniu przy brzegu. Sama potem na nim siadam i sięgam po okrągłą szczotkę z delikatnym włosiem, idealną do wyczesywania i rozplątywania sierści. Jeden z moich ulubionych rytuałów.

Uśmiecham się sama do siebie, a potem zaczynam bardzo dokładnie wyczesywać sobie futerko.

* * *

Dobre pół godziny później moje futerko jest już jedwabiste i lśniące, zupełnie takie, jak przed wejściem do wody.

Rozglądam się leniwie, upewniając się, czy aby na pewno nikogo nie ma wokoło. A kiedy to już jest pewne, to znaczy całkowicie się rozejrzałam i znów nie zauważam nikogo, jeszcze na chwilę odchylam głowę do tyłu i pozwalam, by ogrzewało mnie światło emitowane przez sztuczne ekrany, udające niebo z dwoma słońcami, prawdopodobnie takie, jakie kiedyś mógł zobaczyć każdy mieszkaniec Anthruvii, jeżeli tylko podniósł wzrok do góry.

Choć zdecydowanie bardziej wolę, kiedy panele przestają emitować światło i stają się przezroczyste, równocześnie przyciemniając, dając nam podgląd na cudowne, rozgwieżdżone niebo, oblewając wszystko cudownym światłem gwiazd lub ciał niebieskich, które odbijają ich promieniowanie. Wszystko wtedy staje się takie… magiczne, a ja czuję się jak bohaterka jakiejś z tak popularnych wśród młodych kociaków gier lub powieści graficznych, że zaraz zostanę powołana do ważnej kasty, od razu na start dostanę wysoką rangę, a w moich rękach będą spoczywać losy całej cywilizacji…

Tak czy siak, jutro dowiem się, jak wszystko się skończy. A mimo swoich wyników w nauce i w egzaminach nie czuję, żebym miała trafić do czegoś specjalnego. Prędzej przydzielą mnie do zdrowotnych, albo naukowców, im podobno bardzo potrzebne są takie umysły…

Choć i tak wszystko pokażą jutrzejsze testy.

A teraz już najwyższy czas, żebym się zbierała, chcę zdążyć. Nie chce mi się słuchać gadania Ari, i tak pewnie będzie narzekać, że nie przespałam się z Frederickiem… Co poradzę, że naprawdę nie mam na to ochoty.

Podnoszę się z głazu i leniwie wciągam pozostawioną na brzegu bieliznę i ciuchy, a potem podnoszę torbę i zarzucam sobie na ramię.

I już nawet robię kilka kroków, kiedy moje uszy po raz kolejny wyłapują cichy szelest.

Natychmiast się zatrzymuję, a moje ucho kieruje się w tamtą stronę.

Oczywiście ten dźwięk się nie powtarza, ale ja jestem święcie przekonana, że naprawdę ktoś tam jest i sama nie wiem od jak długiego czasu mnie obserwuje.

Powoli odwracam się w kierunku źródła wcześniejszego dźwięku. Okazuje się, że staję naprzeciwko tak gęstych zarośli, że nie jestem w stanie przebić ich wzrokiem, a naprawdę nie uśmiecha mi się zapuszczać w te chaszcze, tym bardziej, że dopiero co się wyczesałam.

— Wiem, że tam jesteś! — oznajmiam podniesionym głosem. — Wyjdź stamtąd natychmiast! Miej chociaż odrobinę honoru i się pokaż!

Przez dobre kilka minut wpatruję się w tamto miejsce i już nawet mam wrażenie, że widzę przebłysk czarnego futerka… gdy nagle z krzaków wyskakuje ten sam ciemnoszary królik, który zwrócił moją uwagę już wcześniej.

Z początku patrzę na niego z oszołomieniem… A potem wybucham śmiechem.

Zwykły królik… A takiego stracha napędził mi, dorosłej kotce!

Chichocząc cicho odwracam się i zaczynam iść w stronę miasta, przez które muszę przejść, żeby znaleźć się na niższych poziomach i w końcu w centrum szkoleniowym.

Swoją drogą… Ciekawe, czy Ari już wróciła… Wiem w końcu, jak długo potrafi zabawiać się z Luciem. Tak czy siak, lepiej, żeby już była i najlepiej przygotowała obiad, dzisiaj w końcu jej kolej, a ja już porządnie zgłodniałam…

Rozdział III

— Wróciłam! — oznajmiam, wchodząc do naszego mieszkania.

W odpowiedzi słyszę ciche, przytakujące mruknięcie, które informuje mnie, że moja współlokatorka również zdążyła powrócić do domu.

Od razu też owiewa mnie cudowny zapach czegoś z całą pewnością przepysznego, co Rekari najwyraźniej zdążyła przygotować.

Na mojej twarzy pojawia się wręcz wygłodniały uśmiech, a brzuch zaczyna głośno burczeć, domagając się swoich praw. Dopiero teraz dociera do mnie, jak bardzo jestem głodna!

Nie tracąc ani chwili rzucam torbę w kąt przedpokoju, a potem natychmiast zaczynam iść w stronę kuchni.

Nagle jednak ni z tego, ni z owego na drodze wyrasta mi Ari, zagradzając dostęp do kuchni.

— Przesuń się — prycham na nią. W końcu głodny kot to zły kot i o tym wiedzą wszyscy.

Ta jednak niewzruszenie stoi przede mną z założonymi ramionami, mierząc mnie śmiertelnie poważnym wzrokiem.

— Ari, nie każ mi używać siły — w moim tonie pojawia się groźba.

— Powodzenia — uśmiecha się kpiąco.

Tak się bawimy? No to proszę bardzo… Bez zastanowienia odpycham kotkę na bok, wkładając w to całą moją siłę, na jaką w obecnym momencie jestem w stanie się zdobyć. Ta zaś, najwyraźniej nie spodziewając się, że faktycznie planuję urzeczywistnić swoją groźbę, ląduje na podłodze i już bez żadnych przeszkód mogę wejść do kuchni.

— Ana! — Ari, oburzona moją bezceremonialnością, zbiera się z podłogi. — Chyba parę ładnych lat temu ustaliłyśmy, że już się nie bawimy w walkę, to dziecinne!

— Nie bawię się z tobą — stwierdzam, równocześnie rozglądając się w poszukiwaniu jedzenia. — Stanęłaś mi na drodze do żarcia, dziwisz się mojej reakcji? Jestem głodna jak nie wiem, nie jadłam nic od śniadania!

— Chcę z tobą porozmawiać — przyjaciółka oznajmia, stając za moimi plecami. — Poważnie porozmawiać. I nie licz na to, że dostaniesz jeść, zanim to się stanie.

Odwracam się i mierzę ją wściekłym spojrzeniem, równocześnie kładąc uszy po sobie. Czuję też, jak ogon mi się jeży, osiągając imponującą objętość, a do tej pory ukryte bezpiecznie w poduszeczkach ostre pazury wysuwają się, zamieniając moje dłonie w groźną broń.

Kotka przełyka głośno ślinę i cofa się o krok, widząc moją reakcję.

— Chociaż wiesz co… Może ci tym razem odpuszczę… Chyba jednak lepiej porozmawiamy, jak weźmiesz sobie coś do jedzenia — oznajmia nonszalanckim tonem, próbując zatuszować swoje wcześniejsze, odruchowe zachowanie. — Nie będę aż tak bardzo cię męczyć. Schowałam twoją porcję do podgrzewacza, ale powinna być jeszcze ciepła. Ja w każdym razie zaczekam w pokoju.

Mówiąc to, odwraca się i spokojnym, opanowanym krokiem przechodzi do drugiej części mieszkania. Jedynie lekko najeżone, szare futerko zdradza jej strach.

I nic dziwnego, żaden rozsądny kot nie odwraca się plecami do drugiego, wściekłego… Nawet, jeśli jest to jego współlokator, osoba, którą zna od najwcześniejszych lat i która teoretycznie nie powinna wyrządzić mu żadnej krzywdy.

P-atrzę na nią ze złością, a potem wściekle fukam. Nie chce mi się z nią szarpać, zwłaszcza, że dopiero co doprowadziłam do porządku swoje futerko, choć po dłuższym spacerze przez różne części statku i tak mogłoby wyglądać lepiej.

Z resztą, wystarczy, że zjem, a humor od razu mi się poprawi.

Zakładając, że Rekari mi go nie zepsuje swoim wykładem… Bo doskonale wiem, czego będzie dotyczył. Jak zawsze z resztą.

Podchodzę do stojącego na meblach podgrzewacza i po naciśnięciu jednego z licznych przycisków wysuwa się z niego szuflada, w której stoi talerz z jedzeniem. Kuchnia od razu wypełnia się cudownym zapachem, a mi automatycznie dosłownie zaczyna lecieć ślina. Nawet nie sądziłam, że jestem aż tak głodna!

Biorę talerz, z szafki wyjmuję sztućce i zabieram wszystko do sypialni. Ari już na mnie czeka, siedząc po turecku na łóżku, równocześnie lekko skubiąc końcówkę swojego ogona. Kiedy tylko przekraczam próg, podnosi na mnie wzrok i mierzy mnie nim przez cały czas, nawet jak już siadam obok, również podkulając nogi.

Kotka nie przestaje mnie obserwować, kiedy podnoszę widelec do ust, aż w końcu robi się to niesamowicie uciążliwe.

Ostatecznie z brzękiem odkładam widelec na talerz, a talerz obok na łóżko.

— No to słucham, mów to, co masz do powiedzenia! — podnoszę głos, równocześnie kładąc uszy po sobie.

Kotka cicho wzdycha, spuszczając wzrok.

— Wiesz, że tak nie możesz — mówi. — Ana… Opamiętaj się wreszcie. Frederick to naprawdę porządny samiec. Dlaczego nie chcesz z nim pójść do łóżka?

— Bo nie chcę — wzruszam ramionami. — Po prostu nie chcę. Naprawdę to aż tak dziwne, że nie potrzebuję zaspokojenia w ten sposób?

— Tak, Ana, to jest dziwne — przyjaciółka krzyżuje ramiona na piersi. — Przyjrzyj się pozostałym kotkom z centrum szkoleniowego, samcom z resztą też. Wszyscy tak robią. Ty jako jedyna wymykasz się poza miasto, nad jezioro, żeby się odstresować, pływając. Nie boisz się wielkiej wody, jak większość. A wszystko dlatego, że uciekasz od przyjemności. Przecież to nie jest żadne zobowiązanie, ot co, zwykła, przygodna zabawa!

— A mi to nie pasuje tak czy tak — wzruszam ramionami. — Pogódź się z tym, Ari. Każdy jest inny, każdemu podoba się co innego. A ja się wyróżniam i też tego nie zmienię. W sumie to nawet nie zamierzam, podobam się sobie taka, jaka jestem, a ty musisz to zaakceptować. Resztę wykładu możesz już sobie darować, słyszałam go setki razy.

Kotka znowu wzdycha.

— Nie wiem, co by na to powiedziała miss Karit — stwierdza z rezygnacją.

— Miss Karit już przestało obchodzić nasze życie, kiedy zdała nasz rocznik — wzruszam ramionami. — I owszem, może i faktycznie była niesamowicie zasadnicza, ale na wykładach z sir Vitarem słyszeliśmy o tym, że przecież każdy z nas musi się wyróżniać. Inaczej nasza cywilizacja by nie przetrwała. Różnorodność jest niezbędna, wtedy nie istniałyby kasty i wszyscy robiliby to samo, czyli nie mielibyśmy jakichkolwiek możliwości życia. A takie czy inne odchyły nic nie zmieniają, dopóki trzymamy się zasad i dopóki nie chcemy zagrozić Anthruvowi.

— Nie mam na ciebie siły — kotka podnosi się z łóżka i patrzy na mnie z rezygnacją, kiedy w końcu zaczynam jeść to, co dla mnie przygotowała. — Jesteś po prostu niemożliwa, dziewczyno. Chyba nigdy nie przekonam ciebie, żebyś zaczęła czerpać z życia.

— Przecież czerpię — mówię z pełnym pyszczkiem. — Dzisiaj idziemy na imprezę i zamierzam się świetnie bawić, absolutnie niczego sobie nie oszczędzając. Więc nie mów, że nie korzystam z tego, co życie mi oferuje.

Rekari patrzy na mnie przez chwilę, jakby próbując odnaleźć sens w moich słowach, ale ostatecznie po prostu odwraca się do mnie plecami i wychodzi z sypialni.

— Ari! — odkładam talerz na bok i lekko unoszę się na łóżku. — No weź przestań! Nie obrażaj się na mnie… znowu! Daj już sobie spokój!

W odpowiedzi dobiega mnie ciche, wyraźnie zirytowane mruknięcie.

Czyli faktycznie się obraziła. Suuuper. Faktycznie ostatnie, czego potrzebuję przed wybraniem się na imprezę…

Z żalem zerkam na leżące na talerzu jedzenie; jak widać jeszcze nie dane mi będzie dokończyć. Teraz musze udobruchać swoją współlokatorkę, tym bardziej, że przecież od niej mam pożyczyć ciuchy…

Podnoszę się z łóżka i idę do kuchni, gdzie, jak też się spodziewałam, znajduje nadąsaną kotkę, bawiącą się płytką elektroniczną, siedzącą przy stole. Gdy tylko zauważa moje wejście, jeszcze bardziej się napusza i ostentacyjnie odwraca się do mnie plecami.

W głębi duszy przewracam oczami. Kiedy uderza w te swoje fochy, naprawdę nie wiem, czemu to właśnie z nią postanowiłam się zaprzyjaźnić i trzymać się praktycznie do końca życia…

Nie daję jednak niczego po sobie poznać i przykucam obok niej, równocześnie łapiąc ją za rękę.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 63.3