AKT I: ZAPACH MIĘTY I BIAŁA ZBROJA
Rozdział 1: Zapach parzonej mięty
Moja religijność nie narodziła się w zimnych murach kościoła, ani podczas nudnych lekcji religii w szkolnej salce. Ona narodziła się w małym mieszkaniu na Zawodziu, przy zapachu parzonej mięty i dźwięku przesuwających się paciorków drewnianego różańca.Wszystko, co na początku wiedziałem o Bogu, miało twarz mojej babci.
Kiedy w naszym domu powietrze stawało się tak gęste od strachu i alkoholu, że nie dało się oddychać, uciekałem do niej. Babcia jako jedyna potrafiła stworzyć świat, w którym czułem się ważny i bezpieczny. To ona uczyła mnie pierwszych modlitw. Nie robiła tego nakazem ani krzykiem, jak ojczym. Kiedy wieczorem siadała na brzegu mojego łóżka, jej ciepła, szorstka od ciężkiej pracy dłoń gładziła mnie po głowie, a cichy, spokojny głos szeptał słowa „Ojcze Nasz”. Dla małego chłopca, który w swoim własnym domu słyszał głównie wyzwiska, ten szept był jak najwspanialsza obietnica, że gdzieś tam w górze jest Ktoś, kto mnie kocha i chroni.
To dla babci chciałem być najlepszy. To dlatego, kiedy tylko nadarzyła się okazja po Komunii, dumnie zgłosiłem się na zbiórkę dla ministrantów. Chciałem, żeby patrząc na mnie przy ołtarzu, widziała, że jej trud nie poszedł na marne. Moja biała komża miała być dla niej dowodem, że uratowała mnie przed brudem naszego mieszkania.
Bo w naszym mieszkaniu obok, Bóg miał zupełnie inną, potworną twarz. Twarz mojego ojczyma.
Tadek pracował w pobliskiej fabryce tuż obok Dolnego Osiedla. Na zewnątrz — złoty człowiek. Przyjazny, uśmiechnięty, lubiany przez wszystkich sąsiadów. Ale w domu Tadzio zdejmował maskę. Nie musiał podnosić na mnie ręki, żeby mnie złamać. Jego bronią była permanentna, codzienna tresura psychiczna. Wieczne czepianie się, lodowate spojrzenia, wytykanie każdego błędu i niszczenie mojej pewności siebie krok po kroku. Matka, szukając ucieczki przed tym napięciem, coraz częściej znikała w mroku własnych nałogów.
Najgorsze były jednak wieczory. Tadzio był człowiekiem skrajnie, wręcz chorobliwie religijnym. Każdy dzień musiał kończyć się wspólną, przymusową modlitwą. Kiedy kazał mi klękać obok siebie, czułem fizyczny żołądkowy skurcz. Facet, który przed chwilą sączył mi w uszy jad i gnoił mnie psychicznie, teraz z nabożną pieśnią na ustach składał ręce do Boga. Dla mnie, małego dziecka, ten seans hipokryzji był nie do zniesienia. Zacząłem nienawidzić tych domowych pacierzy.
To dlatego, kiedy po Komunii pojawiła się okazja, dumnie zgłosiłem się na zbiórkę dla ministrantów. Chciałem zaimponować babci, to jasne. Ale była w tym druga, ważniejsza przyczyna. Chciałem uciec przed Bogiem pana Tadzia. Naiwnie wierzyłem, że w kościele, na służbie przy ołtarzu, znajdę Boga mojej babci — tego dobrego, spokojnego, pachnącego miętą. Myślałem, że biała komża będzie moją zbroją, która odetnie mnie od domowego koszmaru.
Kiedy przy niedzielnym obiedzie wykrztusiłem, że od września będę ministrantem, Tadzio powoli odłożył sztućce. Spojrzał na mnie tym swoim badawczym, świdrującym wzrokiem, w którym nie było ani grama ojcowskiej dumy. Tylko chłodna kalkulacja.
— Ministrantem? — mruknął, a na jego twarzy pojawił się ten specyficzny, domowy grymas. — No zobaczymy, czy dasz radę. Tam trzeba dyscypliny i prawdziwej świętości.
Wtedy jeszcze wierzyłem, że ta świętość to ta której nauczyła mnie babcia. Nie miałem pojęcia, że najtrudniejsza lekcja wiary czeka mnie nie przed ołtarzem, ale w mroku zakrystii, gdzie świat ludzi w sutannach okazał się zupełnie inny niż ten z opowieści mojej babci.
Rozdział 2: Biała zbroja
Zanim pozwolono nam w ogóle spojrzeć w stronę ołtarza, musieliśmy przejść przez czyściec piątkowych zbiórek. Odbywały się one w małej, dusznej salce katechetycznej, tuż obok zakrystii. Pachniało tam starą kredą, pastą do podłóg i wilgocią.
Ksiądz opiekun, który prowadził nasze przygotowania, wbrew moim obawom wcale nie był surowy. Miał łagodne spojrzenie i sporo cierpliwości do bandy przejętych dziewięciolatków. Prawdziwa presja nie szła jednak z jego strony. Prawdziwy strach budzili oni — starsi ministranci i lektorzy. Prawie pełnoletnie wyrostki z pobliskich osiedli, którzy w zakrystii rządzili jak na własnym podwórku. Za każdym razem, gdy my, nowi rekruci, przechodziliśmy gęsiego obok nich w korytarzu, odprowadzali nas kpiącymi spojrzeniami.
— Kici, kici… — szeptali cicho pod nosami, śmiejąc się podchwytliwie, żeby ksiądz nie słyszał.
To jedno proste hasło sprawiało, że kurczyliśmy się w sobie. Pokazywali nam, gdzie jest nasze miejsce w szeregu. Byliśmy dla nich nikim, świeżakami, którzy zaraz mogą coś zepsuć i przynieść wstyd całej parafii.
Dlatego każda sobota była jak wojskowa musztra. Nauka służenia musiała być dograna co do sekundy. Nic nie mogło być kwestią przypadku. Godzinami ćwiczyliśmy w salce, jak idealnie, czysto uderzać w mosiężny gong, żeby dźwięk nie drżał. Uczyliśmy się, pod jakim kątem trzymać dzwonki, jak płynnie nimi potrząsać i jak równo klękać na oba kolana, by nie szurać butami o posadzkę. Najgorsze było trzymanie rąk. Musiały być nienagannie złożone na wysokości piersi, palce skierowane prosto w niebo, prawy kciuk obowiązkowo założony na lewy. Po godzinie takiej pozycji ramiona drętwiały, a pot zalewał oczy, ale nikt nie śmiał opuścić rąk. Starszy lektor tylko czekał na nasz błąd, by rzucić kolejne drwiące spojrzenie.
Prawie miesiąc tej tresury kosztował mnie mnóstwo sił, ale miałem w sobie upór. Chciałem udowodnić wszystkim — a najbardziej Ojczymowi — że dam radę.
Nazajutrz rano, w niedzielę, stałem przed lustrem w przedpokoju naszego mieszkania. Przeciągnąłem biały materiał przez głowę. Komża była trochę za duża, sięgała mi niemal do kolan, ale kiedy spojrzałem na swoje odbicie, poczułem niesamowitą siłę. Stałem prosto. Czysty, nienaganny, odcięty od szarości Dolnego Osiedla. Naprawdę uwierzyłem, że to moja zbroja.
Z pokoju wyszedł pan Tadzio. Był już ubrany w wyjściową koszulę, gotowy do kościoła — w końcu przed sąsiadami musiał błyszczeć przykładną pobożnością. Zatrzymał się w przejściu.
Zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów. Spodziewałem się wszystkiego: wyzwisk, docinku o moim lenistwie. Ale na jego twarzy pojawił się tylko ten jego zimny, dobrze mi znany uśmiech.
— No, no… — mruknął, poprawiając kołnierz. — Wyglądasz jak człowiek. Pamiętaj tylko, że Bóg widzi wszystko. Widzi, jaki jesteś w domu, nawet jeśli schowasz się pod tą białą suknią. Tam na ołtarzu nie oszukasz Go tak, jak oszukujesz.
Te słowa wbiły się we mnie jak szpilki. Moja zbroja, jeszcze przed wyjściem z domu, zyskała pierwszą, głęboką rysę. Ojczym potrafił zatruć nawet najpiękniejszy moment.
Sama uroczystość przyjęcia do służby ministranckiej była dla mnie czymś mistycznym, niczym prawdziwe święcenia kapłańskie. Wszystko działo się na oczach całego kościoła. Ksiądz proboszcz podchodził do każdego z nas i uroczyście nakładał nam na ramiona czerwony kapturek. Serce waliło mi jak szalone z dumy, ale największe wzruszenie ścisnęło mnie za gardło, gdy spojrzałem w stronę ławek.
W pierwszej ławce siedziała moja babcia. Ze względu na podeszły wiek i ciężką chorobę, babcia od lat nie opuszczała swojego małego pokoju. Każdą niedzielną mszę świętą z wielkim nabożeństwem wysłuchiwała w starym odbiorniku radiowym. A jednak tego dnia, tylko i wyłącznie dla mnie, poruszyła niebo i ziemię, pokonała ból i słabość własnego ciała, żeby być tam osobiście. Patrzyła na mnie, a po jej pomarszczonym policzku spływały łzy czystego szczęścia. Dla niej byłem jej małym kapłanem, którego wyrwała z domowego piekła.
Tuż obok niej siedział pan Tadzio. Ze złożonymi nabożnie rękami, śpiewający pieśń najgłośniej ze wszystkich, udający idealnego, wspierającego ojczyma przed całą parafialną społecznością.
To wtedy, stojąc tam w blasku świec, z nowo nałożonym kapturkiem na ramionach, po raz pierwszy poczułem potworny dysonans. Świat, który miał mnie uratować przed psychiczną tresurą mojego ojczyma, przyjął go do pierwszej ławki z otwartymi ramionami.
Rozdział 3: Asfalt i ołtarz
Z początku bycie ministrantem jawiło się jako wejście do jakiegoś elitarnego, wspaniałego świata. Najlepsze były soboty. Spotykaliśmy się co tydzień na boisku przy pobliskiej szkole, żeby grać w piłkę. Rządzili starsi — to oni autorytarnie ustalali składy, a nam, szczawiom, przypadało niewdzięczne miejsce na obronie. Tam, w ogniu walki, na zakurzonym asfalcie, zupełnie nie przypominaliśmy tych grzecznych chłopców w czystych komżach, którzy z nabożnymi minami przesuwali się przed ołtarzem. Boisko obnażało naszą prawdziwą naturę. Były ostre spięcia, faule, a z młodych gardeł potrafiły wyrwać się siarczyste przekleństwa, których nikt nie odważyłby się szepnąć w kościele.
Wszystko szło jednak w niepamięć, gdy na parkingu pojawiał się samochód księdza opiekuna. Wyciągał z bagażnika transporter gazowanej oranżady i foliową reklamówkę pełną batonów Bounty. W tamtych czasach to był szczyt luksusu. Pamiętam ten moment, gdy wgryzałem się w kokosowe nadzienie, czując się niesamowicie wyjątkowo — trzymałem w ręku coś, co do tej pory widywałem jedynie w kolorowych, zachodnich reklamach telewizyjnych. Dookoła niosło się rytmiczne, metaliczne brzdękanie; to starsi chłopcy pomagali młodszym, sprawnie otwierając kapsle o krawędź pobliskiego kosza na śmieci. Siedziałem tam, piłem palącą w gardło oranżadę i przyglądałem się im wszystkim. Fascynowało mnie to, jak bardzo potrafiliśmy być dwoistymi istotami. Wszyscy stawaliśmy się kimś zupełnie innym, gdy tylko zostawialiśmy za sobą kurz boiska i przekraczaliśmy ciężki, wyciszony próg zakrystii.
Rozdział 4: Porządek i rysy
Podczas gdy ludzie powoli schodzili się do kościoła i zajmowali miejsca w ławkach, za ciężkimi drzwiami zakrystii tętniło zupełnie osobne, nieznane im życie.
Wszystko zaczynało się od nas, ministrantów. Z tyłu zakrystii wisiał duży grafik z naszymi nazwiskami. Zasada była prosta: jedna msza w niedzielę — ja wybrałem tę o 8:30 — i jedna w tygodniu, u mnie wypadało to w środę. Każda obecność była skrupulatnie odnotowywana w specjalnym zeszycie, a wszystkie nadprogramowe wyjścia oznaczały cenne punkty. Obok grafiku znajdowała się nasza ciasna szatnia, gdzie w pośpiechu rzucaliśmy kurtki. Tuż przed wyjściem starszy lektor ustawiał nas w idealnym rządku: od najmniejszego do największego. Rozdzielał funkcje jak dowódca przed bitwą: „Ty idziesz z kielichem, ty bierzesz ampułki, a ty dzwonisz”. Wtedy, w tych za dużych komżach, naprawdę czuliśmy się jak żołnierze wyruszający na tajną, ważną misję.
Po drugiej stronie tego małego świata rządził zupełnie inny porządek. Przy dużym stole siostra zakonna z nabożną czujnością liczyła składkę z poprzedniej mszy. Brzęk monet uderzających o drewno mieszał się z szelestem papierowych banknotów. Zakonnica pakowała monety w równe rulony po dziesięć sztuk, wszystko dokładnie zapisywała w księdze i chowała do masywnego sejfu, w którym obok pieniędzy stało też mszalne wino. Tuż obok niej urzędował proboszcz. Przyjmował parafian zamawiających intencje — kolejka była czasem tak długa, jak w osiedlowym sklepie za komuny. Proboszcz zapisywał intencje w opasłej księdze, a grube, białe koperty z ofiarą sprawnie chował do swojej skórzanej, wytartej torby.
Na kilka minut przed dzwonkiem dołączali inni księża. Wchodzili i rozmawiali półgłosem tylko z proboszczem i siostrą. My dla nich nie istnieliśmy — byliśmy niewidzialnym tłem, elementem wystroju. Przebierali się w wyprasowane przez siostrę alby i ornaty, a w powietrzu unosił się chłód tej bezwzględnej hierarchii: my na dole, oni na samej górze.
W końcu nadchodziła ta sekunda. Ksiądz rzucał głosem: „Wspomożenie nasze w imieniu Pana”, a my chórem odpowiadaliśmy: „Który stworzył niebo i ziemię”.
Wychodziliśmy. Szedłem pierwszy. Moim zadaniem było mocne, trzykrotne pociągnięcie za sznurek od dzwonka. Gdy metalowy dźwięk rozchodził się po nawie, setki ludzi w jednej sekundzie wstawały z ławek. Czułem wtedy ogromną, dziecięcą dumę. Cały ten tłum patrzył na mnie. Czułem się jak aktor na scenie prawdziwego teatru.
Czar jednak pryskał w trakcie kazania. My, najniżsi, musieliśmy wtedy siadać na twardym stopniu tuż przy ołtarzu. Po dwudziestu minutach plecy bolały tak niemiłosiernie, że ledwo mogłem wytrzymać w tej nienaturalnej pozycji. Żeby zająć czymś głowę, obserwowałem ludzi. Jedni ziewali ukradkiem, drudzy siedzieli zamyśleni, jeszcze inni z uwagą chłonęli słowa z ambony. Czasami nasz wzrok się spotykał — wtedy natychmiast spuszczali głowy, speszeni, że ten „święty chłopiec przy ołtarzu” przyłapał ich na rozproszeniu.
Z czasem ten mistyczny obraz zaczął pękać. Czasami siostra zakonna prosiła nas o pomoc w pracach porządkowych wokół kościoła i plebanii. Wtedy widywaliśmy księży po cywilnemu. Pamiętam proboszcza, który w chmurze tytoniowego dymu, z papierosem w zębach, klął pod nosem, naprawiając swojego starego poloneza. Inni przejeżdżali obok dobrymi samochodami, rozmawiając o najzwyklejszych rzeczach na świecie: o motoryzacji, o sporcie. Okazywali się zwykłymi ludźmi z krwi i kości.
Raz w nagrodę nasz ksiądz opiekun zaprosił nas na plebanię na wspólne oglądanie filmu. Chodziłem po tych pokojach z otwartą buzią. Było tam czysto, sterylnie, niezwykle nowocześnie. Na ścianie wisiał tylko jeden, prosty krzyż. Zamurowało mnie, bo podświadomie porównałem to z moim własnym domem. U mnie ojczym potrafił zająć każdy wolny centymetr ściany, wieszając dziesiątki świętych obrazów, jakby chciał nimi zagłuszyć te wszystkie podłe rzeczy, które robił nam po kryjomu. Plebania była inna — była wolna od tego zaduchu.
Jednak mój w miarę bezpieczny świat w zakrystii legł w gruzach, gdy do parafii przybył nowy duchowny — ksiądz Jan.
Dla ludzi z osiedla był chodzącym ideałem. Wspaniały kaznodzieja, mówił pięknie, potrafił wzruszyć. Ale poza ołtarzem ksiądz Jan miał swoją drugą, mroczną twarz: był chorobliwym, bezwzględnym pedantem. Nie znosił najmniejszego błędu. Jeśli krzywo podałeś ampułkę, za wcześnie uderzyłeś w gong albo minimalnie zadrżała ci ręka, po powrocie do zakrystii urządzał ci piekło przy wszystkich.
Bardzo szybko wziął mnie na celownik. Nie lubiłem go — to mało powiedziane, ja go szczerze, z całego serca nienawidziłem. Przy każdej okazji rzucał w moim kierunku jadowite, złośliwe uwagi. „Ty nie śpij”, albo przed całą zakrystią: „I co się tak patrzysz, baranku boży?”. Starsi ministranci od razu podchwytywali te teksty, wybuchając śmiechem, a ja paliłem się ze wstydu i upokorzenia.