E-book
23.63
drukowana A5
78.92
Historia oszustw

Bezpłatny fragment - Historia oszustw

Książka została utworzona z pomocą AI


Objętość:
293 str.
ISBN:
978-83-8440-690-8
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 78.92

Wstęp: Ołtarze, które budujemy, by je obalać

I. Świątynia i jej kapłani

Wyobraźmy sobie scenę: jest ciepły, wiosenny poranek 1912 roku w hrabstwie Sussex w Anglii. Charles Dawson, szanowany prawnik i geolog-amator, stoi nad wykopem w żwirowni w Piltdown i spogląda na grupę robotników, którzy właśnie wydobyli na powierzchnię coś, co wygląda jak fragment ludzkiej czaszki. Jest podekscytowany, ale stara się zachować profesjonalny spokój. Obok niego staje Arthur Smith Woodward, kustosz działu geologii w Muzeum Brytyjskim, jeden z najwybitniejszych paleontologów swoich czasów. Patrzą na siebie w milczeniu. Obaj wiedzą, że jeśli to, co leży przed nimi na ziemi, jest autentyczne — jeśli ten gruby, ludzki jakby fragment sklepienia czaszki rzeczywiście łączy się z tą małpią szczęką — to oto dokonało się coś niebywałego. Oto Anglia, a nie Niemcy czy Francja, wydała na świat dowód na istnienie „brakującego ogniwa” między małpą a człowiekiem.

„To może być to, Arthurze” — miał podobno szepnąć Dawson. „To może być właśnie to, czego szukamy”.

Czego szukali? Nie tylko skamieniałości. Szukali potwierdzenia własnej wielkości. Szukali dowodu, że historia ludzkości rozpoczęła się na Wyspach Brytyjskich. Szukali — mówiąc wprost — narodowej chwały zapisanej w kościach.

I znaleźli. Przez następne czterdzieści lat świat nauki będzie klękał przed ołtarzem z Piltdown. Powstaną setki prac doktorskich, artykułów, monografii. Brytyjscy antropolodzy będą z dumą prezentować rekonstrukcję „człowieka z Piltdown” na kongresach w Europie i Ameryce. Gdy inni badacze będą zgłaszać wątpliwości — gdy francuscy i niemieccy naukowcy będą wskazywać na dziwne zbieżności, na zbyt idealne dopasowanie kości — zostaną zbyci machnięciem ręki. Przecież to oczywiste: zazdrość kontynentu, typowa dla tych, którzy nie mają własnego „brakującego ogniwa”.

Aż do 1953 roku, gdy Kenneth Oakley, Joseph Weiner i Wilfrid Le Gros Clark opublikują swoją druzgocącą analizę. Okaże się, że czaszka należała do średniowiecznego człowieka, szczęka do orangutana z Borneo, a zęby zostały celowo spiłowane, by nadać im ludzki kształt. Wszystkie elementy pomalowano chemikaliami, by sprawiały wrażenie starych. Przez cztery dekady nauka, dumna nauka epoki wiktoriańskiej i edwardiańskiej, oddawała cześć falsyfikatowi.

Gdy Woodward umierał w 1944 roku, wciąż wierzył w Piltdown. Na jego nagrobku wyryto słowa: „Odkrywca człowieka z Piltdown”. Do dziś stoją tam, na cmentarzu w Haywards Heath, jako pomnik nie tyle odkrywcy, co wiary, która każe nam widzieć to, co chcemy widzieć.

Dlaczego zaczynam od tej historii? Ponieważ Piltdown jest metaforą wszystkiego, o czym będzie ta książka. Jest przypowieścią o tym, jak nauka — ten najwspanialszy wynalazek ludzkiego umysłu, ta najbardziej wymagająca i samokrytyczna instytucja, jaką zbudowała cywilizacja — potrafi dać się oszukać. I to nie byle jak, nie na chwilę, ale na czterdzieści lat. I nie byle komu, ale amatorowi z pędzlem i buteleczką z chemikaliami.

Ale Piltdown to także opowieść o czymś głębszym: o ołtarzach, które budujemy, by potem móc je obalać.

II. Zaufanie — fundament, który kusi

Aby zrozumieć naturę naukowego oszustwa, musimy najpierw zrozumieć naturę samej nauki. A ta opiera się na pewnym paradoksie.

Z jednej strony nauka jest instytucją głęboko sceptyczną. Uczy nas, by nie ufać autorytetom, by kwestionować wszystko, by żądać dowodów. Kartezjusz zaczyna swoje Medytacje od podważenia wszystkiego, w co wierzył. Metoda naukowa jest metodą systematycznej nieufności.

Z drugiej strony — nauka jest całkowicie niemożliwa bez zaufania. Żaden fizyk nie powtórzy samodzielnie wszystkich eksperymentów z historii swojej dyscypliny. Żaden biolog nie sprawdzi osobiście każdej obserwacji, na której opiera się współczesna genetyka. Ufamy, że Robert Millikan rzeczywiście zmierzył ładunek elektronu w swoim słynnym eksperymencie z kroplami oleju. Ufamy, że Gregor Mendel rzeczywiście policzył te wszystkie groszki i że wyniki jego hodowli wyglądały tak, jak je opisał. Ufamy, że nasi koledzy z uniwersytetów w Tokio, Cambridge czy Krakowie nie zmyślają danych.

Amerykańska Narodowa Fundacja Nauki (NSF) definiuje w swojej regulacji z 2025 roku trzy podstawowe formy wykroczeń badawczych: fabrykację, fałszowanie i plagiat. Ale te trzy grzechy główne nauki są możliwe tylko dlatego, że nauka opiera się na zaufaniu. Gdybyśmy zakładali z góry, że każdy naukowiec kłamie, system by się załamał — nie mielibyśmy czasu na własne badania, bo ciągle sprawdzalibyśmy cudze. Musimy ufać. I właśnie to zaufanie czyni nas podatnymi na oszustwo.

Chińskie Ministerstwo Nauki i Technologii w swoich wytycznych z 2022 roku wymienia jeszcze bardziej szczegółowe kategorie: „sfabrykowanie procesu badawczego, fałszowanie wyników badań, handel danymi eksperymentalnymi, fałszowanie i manipulowanie danymi eksperymentalnymi, wykresami, wnioskami, raportami z testów”. To długa lista, ale łączy je jedno — wszystkie wymagają, by ktoś uwierzył, że to, co zostało przedstawione, jest prawdą.

Sir Cyril Burt, jeden z najbardziej wpływowych psychologów XX wieku, doskonale rozumiał tę mechanikę zaufania. Przez dziesięciolecia publikował badania nad bliźniętami wychowywanymi osobno, które miały dowodzić, że inteligencja jest w przeważającej mierze dziedziczna. Jego dane były niezwykle czyste, korelacje — wręcz podejrzanie idealne. Gdy po jego śmierci zaczęto dokładniej analizować publikacje, okazało się, że Burt nie tylko zmyślał dane, ale także… zmyślał współautorów. Dwie panie, które figurowały jako jego asystentki — Margaret Howard i J. Conway — prawdopodobnie nigdy nie istniały. Albo istniały, ale nie miały nic wspólnego z badaniami. Burt stworzył nie tylko fikcyjne dane, ale fikcyjnych ludzi, którzy mieli te dane potwierdzać. Potrzebował świadków swojej uczciwości. I przez lata nikt nie pytał, gdzie ci asystenci się podziewają, bo — jak to w nauce — ufano.

III. Trzy siostry oszustwa

David Goodstein, fizyk z Caltechu, który przez lata jako prorektor zajmował się przypadkami nadużyć naukowych w swojej uczelni, doszedł do wniosku, że większość przypadków oszustw naukowych łączy trzy wspólne cechy. Nazwijmy je trzema siostrami: Presją, Pewnością i Nieoznaczonością.

Pierwsza siostra — Presja. To ona stoi za większością współczesnych skandali. Presja na publikacje, na granty, na awanse, na Nobla. W środowisku naukowym funkcjonuje gorzkie powiedzenie: „publish or perish” — publikuj albo giń. Młody badacz na uniwersytecie w Holandii, Diederik Stapel, doskonale znał tę presję. Zanim stał się bohaterem jednego z największych skandali w psychologii społecznej, był gwiazdą. Jego badania — o wpływie brudnego otoczenia na stereotypy, o tym, że jedzenie mięsa czyni ludzi bardziej egoistycznymi — trafiały na pierwsze strony gazet. Stapel dawał to, czego chciały media: proste, zaskakujące odpowiedzi na skomplikowane pytania. Ale żeby to osiągnąć, musiał dostarczać wyników. Regularnie. Spektakularnie. I tak zaczął je zmyślać.

Komisja, która badała jego przypadek, odkryła coś niepokojącego. Gdy przesłuchiwano współpracowników i doktorantów Stapela, wielu z nich mówiło: „Tak pracuje się w naszym środowisku. Wszyscy tak robią. Na konferencjach międzynarodowych spotykamy ludzi, którzy pracują dokładnie w ten sam sposób”. Nie chodziło o to, że wszyscy fałszowali dane. Chodziło o to, że presja na efekty, na spektakularne wyniki, na potwierdzenie modnych tez, stworzyła atmosferę, w której granice między solidną nauką a naciąganiem faktów zaczęły się zacierać. Młodzi naukowcy uczyli się od starszych nie tylko metodologii, ale także — jak to ujęli badacze w cytowanym raporcie — sposobów na „obejście problemów”.

Druga siostra — Pewność. Większość naukowców popełniających oszustwa — podkreśla Goodstein — nie robi tego dla prostego zysku materialnego. Robią to, bo są głęboko przekonani, że mają rację. Wiedzą, jaka jest prawda, zanim jeszcze przeprowadzą eksperyment. Reszta to już tylko formalność.

Paul Kammerer, biolog z Wiednia, był zagorzałym zwolennikiem lamarkizmu — teorii zakładającej, że cechy nabyte w ciągu życia mogą być dziedziczone. Jego ukochane ropuchy położne stały się polem bitwy o przyszłość biologii ewolucyjnej. Kammerer twierdził, że udało mu się udowodnić, iż zmiana warunków życia prowadzi do dziedzicznych zmian w budowie ciała. Gdy inni naukowcy mieli wątpliwości, gdy wskazywali na niespójności, Kammerer nie ustępował. Wiedział swoje.

Gdy w 1926 roku amerykański biolog G. K. Noble przyjrzał się dokładnie preparatom Kammerera, odkrył, że słynne modzele godowe na łapkach ropuch — mające być dowodem lamarkowskiej ewolucji — zostały spreparowane poprzez wstrzyknięcie chińskiego tuszu pod skórę. Kammerer nie przyznał się do fałszerstwa. Miesiąc później odebrał sobie życie na ścieżce w lesie pod Wiedniem.

W liście pożegnalnym napisał, że być może jego praca była skazana na niepowodzenie, ale że wierzył w swoją teorię do końca. Czy był oszustem? Czy był ofiarą własnej pewności, która kazała mu „pomóc” naturze w udowodnieniu tego, co i tak było dla niego oczywiste? A może ktoś podrzucił sfałszowane preparaty, by go skompromitować? Do dziś historycy nauki spierają się o tę sprawę. Ale mechanizm jest jasny: gdy naukowiec jest absolutnie pewien swojej racji, granica między wspomaganiem danych a ich fałszowaniem staje się niebezpiecznie cienka.

Trzecia siostra — Nieoznaczoność. W dziedzinach, gdzie precyzyjny pomiar jest trudny, gdzie dane są zaszumione, gdzie wyniki można interpretować na wiele sposobów — tam oszustwo ma najłatwiejsze pole do popisu. Fizyka cząstek elementarnych, z jej gigantycznymi eksperymentami i skomplikowaną analizą statystyczną, jest podatna na ten czynnik. Podobnie jak medycyna regeneracyjna, gdzie sukces zależy od setek zmiennych.

Jan Hendrik Schön, młody fizyk pracujący dla Bell Labs, był geniuszem w swojej dziedzinie. Albo przynajmniej tak się wydawało. W latach 1998–2001 publikował w „Nature” i „Science” z częstotliwością, o jakiej inni mogą tylko marzyć. Odkrycia, których dokonywał, były spektakularne: tranzystory molekularne, nadprzewodnictwo w nowych materiałach, lasery organiczne. Świat fizyki stał na uszach. Schön był wymieniany jako pewny kandydat do Nagrody Nobla.

A potem ktoś zauważył, że te same wykresy — identyczne szumy tła, te same fluktuacje — pojawiają się w różnych artykułach, opisujących różne zjawiska. Okazało się, że Schön, zamiast przeprowadzać skomplikowane i czasochłonne eksperymenty, po prostu kopiował i wklejał dane. Wklejał je tak długo, aż któryś z recenzentów nie zauważył, że szum w eksperymencie nad przewodnictwem jest identyczny z szumem w eksperymencie nad tranzystorami polowymi.

Gdy zapytano go później, dlaczego to zrobił, miał odpowiedzieć, że presja na wyniki była tak duża, a on był tak pewien, że jego materiały zachowują się w określony sposób, że uznał za dopuszczalne „uzupełnienie” danych tam, gdzie eksperyment nie wyszedł idealnie. W dziedzinie, gdzie szum jest wszechobecny, gdzie pomiary są trudne, a interpretacja — złożona, Schön poczuł się upoważniony do tego, by stworzyć rzeczywistość na nowo.

IV. Święci grzesznicy

Ale sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana. Bo jeśli przyjrzymy się historii nauki wystarczająco uważnie, odkryjemy, że niektórzy z jej największych bohaterów — święci z panteonu nauki — również miewali na sumieniu rzeczy, które dziś zakwalifikowalibyśmy jako oszustwo.

Weźmy Galileusza. Steven Fuller, filozof nauki z Uniwersytetu w Warwick, w swoim głośnym eseju „Galileo‘s Truth” stawia tezę, która dla wielu może być szokująca: Galileusz, z perspektywy współczesnych standardów metodologicznych, mógłby zostać oskarżony o fałszerstwo naukowe. Jego argumenty na rzecz heliocentryzmu nie były oparte na rzetelnych dowodach. Obserwacje plam słonecznych, które przedstawiał jako dowód na ruch Ziemi, były niepełne i tendencyjnie interpretowane. Jego teoria pływów — mająca być koronnym dowodem na ruch planety — była po prostu błędna. A jednak Galileusz przeszedł do historii jako męczennik prawdy, ofiara kościelnego dogmatyzmu.

Fuller zauważa, że Galileusz działał w warunkach, w których kryteria dopuszczalnych form wnioskowania były mieszaniną polityki i epistemologii — i wszyscy o tym wiedzieli. Jego „wyższa prawda”, która miała uzasadniać łamanie instytucjonalnych reguł badania, została w pełni potwierdzona dopiero przez Newtona i jego następców. Galileusz grał na granicy, ryzykował, manipulował — i wygrał. Ale czy to znaczy, że był oszustem? A może był wizjonerem, który musiał nagiąć reguły, by doprowadzić do rewolucji naukowej?

Podobne pytania można postawić w przypadku Gregora Mendla. Jego słynne eksperymenty z groszkiem, uważane za fundament genetyki, wykazują pewną statystyczną anomalię. Rozkłady, które Mendel opublikował, są „zbyt dobre”, zbyt idealnie zgodne z teorią, by mogły być wynikiem rzeczywistego eksperymentu. Statystycy od dawna zastanawiają się, czy Mendel nie „poprawił” nieco danych, by lepiej pasowały do jego hipotezy. Niektórzy twierdzą, że mógł nieświadomie odrzucać rośliny, które nie pasowały do wzorca. Inni sugerują, że asystent, wiedząc, jakiego wyniku oczekuje mistrz, mógł „pomóc” w selekcji. Czy Mendel był oszustem? Czy jego dane zostały sfałszowane?

Daniil Turkenich z Rosyjskiej Akademii Nauk w swoim artykule z 2025 roku analizuje właśnie te przypadki. Zauważa, że istnieje cienka granica między tym, co uznajemy za akceptowalne „wspomaganie” danych (odrzucanie outlierów, poprawianie błędów pomiarowych), a tym, co jest już fałszerstwem. Mendel mógł działać w dobrej wierze, ale efekt jest taki, że przez ponad sto lat studenci uczyli się genetyki na podstawie danych, które — mówiąc oględnie — nie były w pełni autentyczne.

Podobnie Robert Millikan, który w swoim słynnym eksperymencie z kroplami oleju mierzył ładunek elektronu. Z jego notatek wynika, że odrzucił około połowę zebranych danych, ponieważ nie pasowały do teorii. W publikacji napisał, że przedstawia „wszystkie” krople, którymi przeprowadzono eksperyment. To nie była prawda. Ale czy Millikan fałszował wyniki? Bernard Feldman w recenzji książki Goodsteina broni Millikana, twierdząc, że selekcja danych była uzasadniona i nie nosi znamion oszustwa. Inni są mniej pobłażliwi.

V. Ekosystem kłamstwa

Te pojedyncze przypadki prowadzą nas do pytania bardziej fundamentalnego: jak to możliwe, że fałszerstwa, czasem prymitywne, czasem wyrafinowane, utrzymują się w nauce przez lata, a nawet dekady? Andrew Gelman, statystyk z Columbia University, zaproponował model wyjaśniający ten mechanizm.

Po pierwsze — mówi Gelman — potrzebujesz twardego jądra ludzi skompromitowanych etycznie lub metodologicznie, gotowych fabrykować dane lub tworzyć wprowadzające w błąd dowody. To są architekci fikcji, główni bohaterowie tej książki. Ale to nie wystarczy. Potrzebujesz także większej grupy ludzi, którzy z różnych powodów — czy to zamieszania, pobożnych życzeń, błędnej interpretacji dowodów, czy ideologii politycznej lub naukowej — są gotowi odłożyć na bok naturalny sceptycyzm i promować te idee.

Weźmy przypadek Andrew Wakefielda, który w 1998 roku opublikował w „The Lancet” artykuł łączący szczepionkę MMR (przeciwko odrze, śwince i różyczce) z autyzmem. Artykuł był od początku podejrzany — próba była mała, metodologia wątpliwa, a konflikt interesów (Wakefield był opłacany przez prawników reprezentujących rodziców pozywających producentów szczepionek) — wręcz rażący. Mimo to przez lata wokół Wakefielda zebrała się cała armia zwolenników: rodzice szukający wyjaśnienia tragedii autyzmu swoich dzieci, dziennikarze pragnący skandalu, politycy szukający łatwych tematów, gwiazdy Hollywood promujące „naturalne” metody leczenia, a w końcu — całe ruchy antyszczepionkowe. Twarde jądro fałszerstwa (Wakefield i jego kilku współpracowników) znalazło podatny grunt wśród tysięcy ludzi, którzy chcieli wierzyć. I tak fałszerstwo rozlało się na cały świat.

Podobnie działała Elizabeth Holmes i jej firma Theranos. Obiecywała rewolucję w diagnostyce medycznej: jedną kroplę krwi, która wystarczy do wykonania setek testów. Holmes była charyzmatyczna, ubierała się jak Steve Jobs, mówiła niskim, pewnym głosem, a na pokładzie rady nadzorczej miała byłych sekretarzy stanu i senatorów. Gdy naukowcy i lekarze zaczęli wskazywać, że technologia nie działa, że wyniki są niewiarygodne, byli wyciszani, zastraszani, wyrzucani z pracy. Twarde jądro (Holmes i jej partner Sunny Balwani) otoczyło się murem ludzi, którzy — z pobudek finansowych, prestiżowych lub po prostu z uwielbienia dla ikony — nie chcieli widzieć oczywistości. System naczyń połączonych: presja inwestorów, marzenia o przyszłości, kult jednostki i strach przed powiedzeniem prawdy.

Holmes została skazana na ponad jedenaście lat więzienia. Wakefield stracił prawo wykonywania zawodu lekarza. Ale szkody, które wyrządzili, są nieodwracalne. Setki tysięcy, może miliony dzieci nie zostało zaszczepionych z powodu strachu wywołanego przez Wakefielda. Niektórzy z nich umarli na choroby, którym można było zapobiec. Pacjenci Theranos otrzymywali fałszywe wyniki badań — jedni byli leczeni na choroby, których nie mieli, inni nie wiedzieli, że są poważnie chorzy, bo test wykazał normę.

VI. Sprawcy i ofiary

Kim są ci ludzie? Co nimi kieruje?

Próbując odpowiedzieć na to pytanie, Martin Bridgstock w swoim klasycznym już tekście z 1982 roku proponował podejście systemowe. Zwracał uwagę, że na obrzeżach nauki funkcjonują całe kategorie ludzi, wobec których normalne sankcje środowiska naukowego są nieskuteczne. Są to „najemnicy” (hired hands), którzy pracują na zlecenie przemysłu i są rozliczani z wyników, a nie z rzetelności. Są to pseudonaukowcy, którzy z definicji działają poza głównym nurtem. Są to naukowcy pracujący dla przemysłu, objęci tajemnicą handlową.

Ale w samym sercu nauki, wśród profesorów uniwersytetów, doktorów habilitowanych, laureatów prestiżowych nagród — tam też znajdują się oszuści. Bridgstock sugeruje, że kluczowym czynnikiem jest często nadmierne przywiązanie do teorii, tak silne, że niweczy ono obawę przed demaskacją. To wyjaśniałoby przypadek Kammerera. Wyjaśniałoby także przypadek Hwanga Woo-suka, koreańskiego „króla klonowania”, który w 2004 roku ogłosił, że jako pierwszy na świecie sklonował ludzkie embriony i pozyskał z nich komórki macierzyste. Korea Południowa oszalała z radości. Hwang stał się bohaterem narodowym, otrzymywał miliony dolarów grantów, jego twarz pojawiała się na znaczkach pocztowych. Gdy zaczęto badać jego dane, okazało się, że większość wyników została zmyślona. Hwang tak bardzo uwierzył w swoją misję — w to, że Korea musi być pierwsza, że on musi być tym, który dokona przełomu — że zaczął wyprzedzać rzeczywistość.

Dziś, po latach spędzonych w więzieniu, Hwang wrócił do pracy w laboratorium. Nadal prowadzi badania. Nadal ma zwolenników, którzy twierdzą, że padł ofiarą spisku. Nadal wierzy, że miał rację, a cała reszta — to tylko złośliwość losu i zazdrosnych konkurentów.

Czy to nie przerażające? Człowiek, który sfałszował dane, który okłamał świat, który naraził na szwank reputację całej dziedziny nauki — wciąż jest przekonany o swojej niewinności.

VII. Samokorekta, która boli

Jest jednak w tej opowieści coś, co daje nadzieję. Wszyscy oszuści, o których będziemy czytać w tej książce — od Beringera, przez Łysenkę, po Schöna i Stapela — zostali w końcu zdemaskowani. Niektórzy po latach, niektórzy po dekadach, ale żaden fałszerz nie przeszedł do historii jako bohater nauki. Prędzej czy później prawda wychodzi na jaw.

To jest właśnie ten niezwykły mechanizm samokorekty nauki. Nie działa on automatycznie, nie działa szybko i nie działa bezboleśnie. Wymaga konkretnych ludzi, którzy poświęcą czas i energię na sprawdzanie cudzych wyników. Wymaga odwagi cywilnej tych, którzy widzą nieprawidłowości i decydują się je zgłosić, narażając się na ostracyzm, szykany, utratę kariery. Wymaga instytucji, które — choć często oporne — w końcu muszą zareagować.

Ale działa.

System nauki, jak ujęli to autorzy amerykańskich regulacji dotyczących nadużyć badawczych, opiera się na założeniu, że to instytucje przyjmujące granty ponoszą główną odpowiedzialność za zapobieganie i wykrywanie oszustw. To one mają prowadzić dochodzenia, chronić sygnalistów, ale też zapewniać odpowiednie zabezpieczenia dla osób niesłusznie oskarżonych. To delikatna równowaga między podejrzliwością a zaufaniem.

I chociaż chińskie ministerstwo wymaga, by dochodzenia w sprawach o nadużycia naukowe kończyły się w ciągu sześciu miesięcy, a amerykańska NSF daje na to sto osiemdziesiąt dni — to w praktyce te procesy trwają latami [citation:4, 9]. I często zostawiają po sobie zgliszcza: zniszczone kariery, rozbite zespoły, utracone zaufanie społeczne.

VIII. Po co nam ta kronika?

Po co więc pisać książkę o oszustwach? Po co rozdrapywać te rany? Po co przypominać o wstydliwych epizodach w historii nauki?

Odpowiedź jest paradoksalna: piszemy o nich, bo kochamy naukę. Bo wierzymy, że mimo wszystko — mimo Piltdown, mimo Łysenki, mimo Wakefielda — jest to najlepszy system poznawania świata, jaki ludzkość wymyśliła. I właśnie dlatego, że go cenimy, musimy rozumieć jego słabości. Musimy wiedzieć, w jaki sposób bywa oszukiwany, by móc go przed tym bronić.

Każde oszustwo naukowe jest jak autopsja. Otwieramy ciało nauki, by zobaczyć, na co umarła w tym konkretnym przypadku. I choć widok nie jest przyjemny, to właśnie dzięki autopsjom medycyna uczy się leczyć.

Ta książka jest kroniką takich autopsji. Będziemy w niej oglądać od środka największe oszustwa w dziejach nauki. Zobaczymy, jak je konstruowano, jak je maskowano, jak w końcu — czasem po latach — zostały odkryte. Poznamy psychologię oszustów, mechanikę ich kłamstw i koszty, jakie poniosła nauka i społeczeństwo.

Będzie to podróż od XVIII-wiecznej Würzburga, gdzie profesor Beringer dał się nabrać na fałszywe skamieniałości, przez sowiecką Rosję Łysenki, przez laboratoria Bell Labs, po współczesne „fabryki artykułów” w Chinach i Indiach, gdzie za pieniądze produkuje się gotowe publikacje naukowe. Będzie to podróż przez wszystkie dziedziny: paleontologię, biologię, medycynę, fizykę, chemię, psychologię.

I choć historie te są często dramatyczne, a niekiedy wręcz tragiczne, ich przesłanie jest ostatecznie optymistyczne. Bo pokazują, że nauka ma w sobie odporność. Że nawet gdy zostanie oszukana, nawet gdy na dekady uwierzy w fałszywego bożka — w końcu go obali. I buduje nowy ołtarz, na lepszym fundamencie.

A my, czytelnicy, możemy się z tych historii uczyć. Możemy stawać się bardziej odporni na manipulację. Możemy lepiej rozumieć, jak działa świat, w którym żyjemy — świat zbudowany na zaufaniu, ale kontrolowany przez sceptycyzm.

IX. Podróż, która przed nami

Zanim jednak wyruszymy w tę podróż, jedno zastrzeżenie. Nie wszystkie opisywane tu przypadki są jednoznaczne. Historia rzadko bywa czarno-biała. To, co dziś wydaje się oczywistym fałszerstwem, w swoim czasie mogło być interpretowane inaczej. To, co my widzimy jako manipulację, dla współczesnych mogło być dopuszczalnym „wygładzeniem” danych.

W 1726 roku, gdy kamienie Beringera trafiły do zbiorów, nikt nie miał wątpliwości, że to autentyczne skamieniałości. Hebrajskie litery na skamieniałych owadach? Cóż, być może boski zamysł jest bardziej skomplikowany, niż myślimy. W 1912 roku, gdy Dawson prezentował człowieka z Piltdown, nikt nie podejrzewał, że to szczęka orangutana. W 1998 roku, gdy Wakefield publikował swój artykuł w „The Lancet”, redakcja jednego z najbardziej prestiżowych czasopism medycznych świata nie dostrzegła niczego niepokojącego.

Błądzenie jest ludzkie, ale — jak uczy nas przysłowie — wybaczanie jest boskie. Nauka nie wybacza łatwo. Ale też nie skazuje na wieczne potępienie. Każdy z opisanych tu naukowców miał swoją historię, swoje motywacje, swoje usprawiedliwienia. Niektóre z nich przyjmiemy ze zrozumieniem, inne z oburzeniem, a jeszcze inne — z mieszaniną obu tych uczuć.

Zapraszam więc w podróż do krainy, gdzie granica między faktem a fikcją bywała niebezpiecznie cienka. Gdzie najwięksi uczeni stawali się ofiarami własnych ambicji. Gdzie pogoń za prawdą prowadziła na manowce. Gdzie nauka, ta królowa ludzkiego poznania, upadała, by powstać na nowo.

Bo to właśnie jest w nauce najpiękniejsze: że nawet gdy buduje fałszywe ołtarze, potrafi je później obalić. I choć bywa to bolesne, to właśnie ta zdolność do samokorekty czyni ją tym, czym jest — najbardziej niezwykłym przedsięwzięciem w dziejach ludzkości.


A zatem: ruszajmy. Czekają na nas kamienie z Beringer, kości z Piltdown, ropuchy Kammerera, genetyka Łysenki, sztuczne tchawice Macchiariniego, koreańskie komórki macierzyste Hwanga, wykresy Schöna i holenderskie dane Stapela. Czekają na nas architekci fikcji. I czeka na nas prawda o nich — o ile zdołamy ją odnaleźć.

Wiedeń, rok 1926. Las pod miastem. Na ścieżce leży ciało Paula Kammerera. Obok niego list pożegnalny: „Może moja praca była skazana na niepowodzenie, ale wierzyłem w nią do końca”.

Czy wierzył w nią naprawdę? Czy oszukiwał innych? Czy oszukiwał samego siebie?

To nie są pytania retoryczne. Będziemy szukać na nie odpowiedzi na kartach tej książki.

Część I: Fundamenty kłamstwa i mity założycielskie

Rozdział 1: Człowiek z Piltdown — Brakujące ogniwo

I. List, który zmienił wszystko

Luty 1912 roku. Arthur Smith Woodward, keeper geologii w londyńskim Muzeum Historii Naturalnej, otrzymuje list, który na pierwszy rzut oka nie różni się od dziesiątek innych, jakie trafiają na biurko prominentnego naukowca. Nadawca, Charles Dawson, jest prawnikiem z zawodu, ale paleontologiem-amatorem z zamiłowania — typowym przedstawicielem wiktoriańskiej Anglii, gdzie dżentelmeni o niezależnych dochodach mogli oddawać się naukowym pasjom bez konieczności zarabiania na chleb powszedni.

„Drogi Woodwardzie” — pisze Dawson — „kiedy cztery lata temu przechodziłem obok żwirowni w Piltdown, robotnik wręczył mi fragment grubej części czaszki ludzkiej(?) która będzie rywalizować z homo heidelbergensis pod względem solidności. Od tego czasu znalazłem więcej fragmentów. Czy zechciałbyś przyjechać i obejrzeć je osobiście?”

Woodward nie waha się ani chwili. Heidelbergensis, odkryty w Niemczech zaledwie pięć lat wcześniej, stał się sensacją — dowodem, że kontynent europejski może poszczycić się pradziejami ludzkości. Brytyjscy naukowcy, targani mieszanką naukowej ciekawości i narodowej dumy, czuli, że Anglia również musi mieć swojego pramieszkańca. Imperium, które władało jedną trzecią globu, nie mogło pozostać w tyle w wyścigu o poznanie kolebki ludzkości.

Gdy Woodward przybywa na miejsce wczesnym latem, zastaje Dawsona w stanie ledwie tłumionego podniecenia. Stoją na skraju wykopu w Barkham Manor, majątku położonym niedaleko wioski Piltdown w hrabstwie Sussex. Pod ich stopami spoczywa warstwa żwiru, którą geolodzy datują na plejstocen — okres, w którym według ówczesnej wiedzy mogli żyć pierwsi ludzie.

„Niech pan spojrzy tutaj, Woodwardzie” — mówi Dawson, wskazując na fragmenty wydobyte z ziemi. „To nie może być przypadek. Wszystko wskazuje na to, że trafiliśmy na coś wielkiego”.

I rzeczywiście, przez następne miesiące Dawson i Woodward — wspomagani przez francuskiego jezuitę i paleontologa Pierre’a Teilharda de Chardin — wydobędą z ziemi zbiór fragmentów, który na zawsze zmieni bieg paleoantropologii: grubą, ludzką czaszkę, fragment szczęki z zębami, która — jak się wkrótce okaże — będzie nie do odróżnienia od szczęki małpy człekokształtnej, oraz kolekcję narzędzi kamiennych i kości zwierzęcych.

Świat nauki, a zwłaszcza brytyjska jego część, właśnie otrzymał prezent, o jakim marzył. Ale prezenty, zwłaszcza te zbyt piękne, by mogły być prawdziwe, często mają swoją cenę.

II. Narodziny Eoantropa

18 grudnia 1912 roku. Towarzystwo Geologiczne w Londynie, Burlington House. Sala wypełniona po brzegi największymi autorytetami brytyjskiej nauki. Woodward, z właściwą sobie powagą, prezentuje rekonstrukcję czaszki, którą wraz z Dawsonem złożył z wydobytych fragmentów. Efekt jest oszałamiający.

Czaszka jest wyraźnie ludzka — pojemność mózgu około 1070 centymetrów sześciennych, co plasuje ją między małpami a współczesnym człowiekiem. Ale szczęka, z wyjątkiem dwóch zębów trzonowych, jest niemal identyczna ze szczęką szympansa. To połączenie — ludzka puszka mózgowa z małpią żuchwą — jest dokładnie tym, czego brytyjscy antropolodzy spodziewali się po „brakującym ogniwie”. Dominująca w Anglii teoria głosiła, że ewolucja człowieka rozpoczęła się od mózgu — że najpierw wykształciła się inteligencja, a dopiero potem reszta ciała dostosowała się do cywilizowanego trybu życia. Piltdown Man, ochrzczony uroczyście Eoanthropus dawsoni („człowiek jutrzenki Dawsona”), zdawał się potwierdzać te przewidywania z niemal podejrzaną precyzją.

Głos zabiera Woodward:

„Panowie, mamy zaszczyt przedstawić wam odkrycie, które rzuca nowe światło na pochodzenie naszego gatunku. Wszystkie znane dotąd skamieniałości — neandertalczyk z Niemiec, homo heidelbergensis — ustępują wiekiem i znaczeniem temu znalezisku. Oto dowód, że Wyspy Brytyjskie były zamieszkane przez istoty stojące u progu człowieczeństwa na długo przedtem, zanim kontynent europejski wydał na świat swoje słynne okazy”.

Sala wybucha oklaskami. Ale nie wszyscy są przekonani.

Sir Arthur Keith, wybitny anatom i konserwator Muzeum Hunterian w Królewskim Kolegium Chirurgów, patrzy na rekonstrukcję ze zmarszczonym czołem. Kilka miesięcy później, dysponując tymi samymi odlewami, przedstawi własną rekonstrukcję — znacznie bardziej ludzką, z większym mózgiem i mniej małpią żuchwą. Nazwie ją Homo piltdownensis i rozpęta spór, który podzieli brytyjskie środowisko naukowe na długie lata.

Keith później wspominał tamte wydarzenia z goryczą:

„Gdy po raz pierwszy zobaczyłem rekonstrukcję Woodwarda, pomyślałem, że to żart. Kły były zbyt długie, stawy żuchwy nie pasowały do panewek w czaszce. Ale gdy przedstawiłem swoje wątpliwości, Grafton Elliot Smith, jeden z największych autorytetów w dziedzinie anatomii mózgu, zaatakował mnie z furią. Oskarżył mnie o motywację ambicją, o zazdrość, o chęć zniszczenia kariery Woodwarda. I tak oto zakończyła się nasza wieloletnia przyjaźń”.

Spór między Keithami a Woodwardem i jego sojusznikami trwał latami. Każda ze stron publikowała artykuły, organizowała konferencje, werbowała zwolenników. A w tle, niczym duch, krążył Charles Dawson — skromny, uczynny, zawsze obecny, ale nigdy w centrum uwagi.

III. Artefakty, które potwierdzają wszystko

Lato 1913 roku. Wykopaliska trwają. Woodward, Dawson i Teilhard de Chardin przeszukują systematycznie hałdy żwiru w poszukiwaniu kolejnych fragmentów. Teilhard, młody jezuita o nieprzeciętnym umyśle, który później zasłynie jako jeden z największych filozofów i paleontologów XX wieku, spędza długie godziny w słońcu Sussex, przesiewając żwir przez palce.

I nagle — znajduje.

„Mam go!” — krzyczy podekscytowany. W dłoni trzyma mały, ciemny przedmiot. To kieł. Według Woodwarda, pasuje idealnie do żuchwy.

Wieść o odkryciu rozchodzi się błyskawicznie. Woodward triumfuje: „Ten kieł, panowie, rozwiewa wszelkie wątpliwości. Jego kształt, jego wielkość — to dokładnie to, czego należało się spodziewać u formy przejściowej między małpą a człowiekiem”.

Keith pozostaje nieprzekonany. Zauważa rzecz kluczową: ludzkie zęby trzonowe są efektem ruchów żucia na boki. Kieł w żuchwie z Piltdown jest zbyt długi, uniemożliwia takie ruchy. Gdyby istotnie należał do tego samego osobnika, musiałby być starty do poziomu zębów trzonowych. Tymczasem jest nienaruszony. Sprzeczność jest ewidentna.

Ale głosy sceptyków giną w chórze entuzjazmu. W 1914 roku dokonano kolejnego „odkrycia” — kawałka kości słoniowej, wyrzeźbionego w taki sposób, że naukowcy ochrzcili go mianem „kija do krykieta”. Przedmiot ten, rzekomo używany przez pradawnego człowieka, dodawał odkryciu swojskiego, brytyjskiego charakteru. Człowiek z Piltdown nie tylko mieszkał w Sussex, ale najwyraźniej grał tam w ulubioną angielską grę.

IV. Drugie znalezisko — pieczęć autentyczności

Rok 1915. Dawson pisze do Woodwarda z kolejną sensacyjną wiadomością. Znalazł nowe stanowisko, około trzech kilometrów od pierwszego, w okolicy Sheffield Park. Tam, jak twierdzi, natrafił na fragmenty drugiej czaszki — Piltdown II.

To odkrycie ma znaczenie kluczowe. Jeśli w dwóch różnych miejscach znaleziono szczątki tego samego gatunku, argument o przypadku — że akurat w jednym miejscu złożyły się ludzka czaszka i małpia żuchwa — traci sens. Prawdopodobieństwo takiego zbiegu okoliczności jest znikome.

Woodward wielokrotnie próbuje wyciągnąć od Dawsona dokładną lokalizację nowego stanowiska. Ten jednak jest wymijający. „To niedaleko, drogi przyjacielu, ale teren jest skomplikowany. Pokażę panu, gdy sytuacja się unormuje”.

Nie pokaże nigdy. 10 sierpnia 1916 roku Charles Dawson umiera — oficjalnie na sepsę, choć niektórzy biografowie spekulują, że przyczyną mogła być cukrzyca, a może i coś bardziej tajemniczego. Ma 52 lata. Z nim odchodzi tajemnica lokalizacji Sheffield Park. Woodward, który przeżyje Dawsona o 28 lat, do końca swoich dni będzie bezskutecznie próbował odnaleźć drugie stanowisko.

Gdy w 1921 roku Henry Fairfield Osborn, prezes Amerykańskiego Muzeum Historii Naturalnej, bada fragmenty z obu stanowisk, ogłasza: „Szczęka i czaszka należą bez wątpienia do jednego osobnika. Fragmenty z Sheffield Park są dokładnie takie, jakie wybrałbym, by potwierdzić zgodność z typem oryginalnym”.

Nawet Keith, dotychczasowy sceptyk, zaczyna ustępować. Jeśli Piltdown II istnieje, jeśli potwierdza cechy pierwszego znaleziska — to być może rzeczywiście się mylił. W 1938 roku, gdy odsłania pamiątkowy głaz w miejscu odkrycia, wypowiada słowa, które dziś brzmią jak ironia losu:

„Tak długo, jak człowiek interesuje się swoją odległą przeszłością, perypetiami naszych wczesnych przodków i różnym losem, jaki ich spotykał — nazwisko Charlesa Dawsona pozostanie w pamięci. Dobrze czynimy, łącząc jego imię z tym malowniczym zakątkiem Sussex — miejscem jego odkrycia. Mam zaszczyt odsłonić ten pomnik poświęcony jego pamięci”.

Na kamieniu wyryto: „Tu, w starym żwirze rzecznym, pan Charles Dawson, członek Towarzystwa Starożytników, znalazł skamieniałą czaszkę człowieka z Piltdown, 1912–1913”.

Nikt wtedy nie wie, że ten pomnik stoi na cmentarzysku jednego z największych kłamstw w dziejach nauki.

V. Głosy sprzeciwu

Czy naprawdę nikt nie widział prawdy przez te czterdzieści lat? Owszem, widzieli. I mówili o tym głośno, ale nikt ich nie słuchał.

Już w 1913 roku, zaledwie rok po oficjalnym ogłoszeniu odkrycia, David Waterston z King’s College London opublikował w Nature artykuł, w którym stwierdzał wprost: okaz składa się z małpiej żuchwy i ludzkiej czaszki.

Dwa lata później francuski paleontolog Marcellin Boule, jeden z najwybitniejszych badaczy swojej epoki, doszedł do identycznego wniosku. Amerykański zoolog Gerrit Smith Miller Jr. poszedł o krok dalej, pisząc w 1915 roku, że „świadoma złośliwość nie mogłaby być skuteczniejsza niż kaprysy osadzania w takim rozbiciu skamieniałości, by dać pełną swobodę indywidualnemu osądowi przy dopasowywaniu części”.

W 1923 roku Franz Weidenreich, niemiecki anatom, który badał szczątki człowieka pekińskiego, przyjrzał się dokładnie piltdownskiej żuchwie i stwierdził, że to szczęka orangutana z opiłowanymi zębami.

Dlaczego więc nie uwierzono tym głosom? Dlaczego Weidenreich, Boule i Waterston zostali zignorowani?

Odpowiedź jest złożona. Po pierwsze, każdy z tych naukowców pochodził z kraju, który — z perspektywy brytyjskiej — był naukowym rywalem. Francja, Niemcy, Stany Zjednoczone — wszyscy oni mogli być podejrzewani o zazdrość, o chęć zdyskredytowania brytyjskiego sukcesu. Po drugie, Piltdown II zdawał się potwierdzać autentyczność pierwszego znaleziska. Jeśli to był fałszerz, musiałby być genialny i pracować przez lata — nikt nie przypuszczał, że ktokolwiek mógłby posunąć się tak daleko.

Po trzecie i najważniejsze: nikt nie chciał wierzyć, że to oszustwo. Brytyjska paleoantropologia znalazła wreszcie swojego pramieszkańca. Niemcy mieli heidelbergensisa, Francuzi mieli neandertalczyka (odkrytego w 1856 roku w dolinie Neander w Niemczech, ale nazwanego od francuskiego stanowiska), a teraz Anglia — Anglia, kolebka przemysłu, imperium i cywilizacji — miała swojego własnego przodka. I to jakiego! Człowieka o wielkim mózgu, który wyprzedzał ewolucyjnie swoich kontynentalnych kuzynów. Było w tym coś głęboko satysfakcjonującego dla brytyjskiej dumy narodowej.

Jak trafnie ujęła to w 1953 roku Jacquetta Hawkes w The Spectator: „Nietrudno wybaczyć ekspertom ich pozorną głupotę. Cały kierunek ówczesnych odkryć sprzyjał podtrzymywaniu starego błędu”.

VI. Anatomia oszustwa

Lata czterdzieste XX wieku przynoszą nowe odkrycia, które stopniowo marginalizują Piltdown. W Afryce Raymond Dart znajduje australopiteka — istotę o małym mózgu, ale ludzkiej postawie. W Chinach odkrywane są kolejne szczątki człowieka pekińskiego. W Indonezji badacze znajdują dowody na istnienie pitekantropa. Obraz ewolucji człowieka zaczyna się wyłaniać, a Piltdown — z jego wielkim mózgiem i małpią szczęką — staje się w tym obrazie anomalia, której nikt nie potrafi wyjaśnić.

W 1949 roku Kenneth Oakley, geolog z Muzeum Historii Naturalnej, stosuje nową metodę badawczą — test fluorowy. Polega on na pomiarze zawartości fluoru w kościach; im dłużej kość leży w ziemi, tym więcej fluoru absorbuje z wód gruntowych. Jeśli czaszka i żuchwa z Piltdown należały do tego samego osobnika i leżały w tym samym miejscu przez tyle samo czasu, powinny mieć podobną zawartość fluoru.

Wstępne wyniki są zaskakujące. Poziomy fluoru w czaszce i żuchwie są do siebie zbliżone, co zdaje się potwierdzać autentyczność. Ale jest haczyk: wszystkie kości są znacznie młodsze, niż sądzono. Zamiast 500 tysięcy lat, mają może 50 tysięcy. To jeszcze bardziej komplikuje obraz — 50 tysięcy lat temu istnieli już w pełni nowocześni ludzie, więc Piltdown byłby ewolucyjnym reliktem, formą, która przetrwała poza swój czas.

Oakley odkłada sprawę na półkę, ale nie może o niej zapomnieć.

Przełom następuje w 1953 roku podczas bankietu. Joseph Weiner, profesor antropologii fizycznej z Oxfordu, siedzi obok Oakleya. Rozmowa schodzi na Piltdown. Weiner, który od lat nurtuje się tą zagadką, zwierza się: „Kenneth, coś mi tu nie gra. Te zęby — ich ścieranie jest nienaturalne. Nie wygląda jak naturalne zużycie, tylko jak celowe spiłowanie”.

Oakley, zaintrygowany, udostępnia Weinerowi odlewy i oryginalne okazy. To, co odkrywa Weiner pod mikroskopem, mrozi krew w żyłach.

Powierzchnie zębów noszą wyraźne ślady opiłowania. Ktoś celowo zmienił ich kształt, by upodobnić je do ludzkich. Co więcej, cała żuchwa została pomalowana — najpierw solami chromu, potem roztworem żelaza, by nadać jej kolor starych kości. Żaden z tych związków chemicznych nie występuje naturalnie w żwirowni w Piltdown.

Oakley i Weiner wzywają na pomoc Wilfrida Le Gros Clarka, jednego z najwybitniejszych anatomów swojego pokolenia. Le Gros Clark bada okazy i wydaje werdykt: żuchwa pochodzi od orangutana, zęby — od szympansa, a czaszka należy do współczesnego człowieka, datowana później metodą węgla C14 na zaledwie 520–720 lat.

21 listopada 1953 roku świat obiega sensacyjna wiadomość: „Piltdown Man Hoax Is Exposed” — krzyczy New York Times. Londyński Star używa jeszcze mocniejszych słów: „Największe naukowe oszustwo stulecia!”.

VII. Kto to zrobił?

Pytanie o sprawcę — a raczej sprawców — pozostaje otwarte do dziś, choć współczesna nauka zbliżyła się do odpowiedzi bardziej niż kiedykolwiek.

Lista podejrzanych jest długa i sięga od naukowców po pisarzy. Znajduje się na niej sir Arthur Conan Doyle, twórca Sherlocka Holmesa, który mieszkał niedaleko Piltdown, interesował się skamieniałościami i — jak niektórzy twierdzą — mógł chcieć w ten sposób zemścić się na naukowcach, którzy wyśmiewali jego zainteresowania spirytualizmem.

Jest na niej Pierre Teilhard de Chardin, który podróżował do Afryki, skąd pochodziły niektóre ze zwierzęcych kości użytych w fałszerstwie, i który jako pierwszy „odkrył” kieł w 1913 roku. Podejrzenia wobec niego są o tyle poważne, że późniejsze badania wykazały, iż kieł należał do tego samego osobnika co reszta żuchwy — co oznacza, że Teilhard albo był wspólnikiem, albo sam dał się oszukać.

Jest na niej Martin Hinton, młody wolontariusz pracujący w Muzeum Historii Naturalnej w 1912 roku. W 1970 roku, dwie dekady po śmierci Hintona, znaleziono w muzealnym magazynie kufer oznaczony inicjałami M.A.C.H. Zawierał kości zwierzęce pocięte i pomalowane w identyczny sposób jak te z Piltdown. Hinton mógł chcieć w ten sposób ośmieszyć Woodwarda, który odmówił mu płacy za pracę.

Ale najwięcej dowodów — i to zarówno poszlakowych, jak i naukowych — wskazuje na samego Charlesa Dawsona.

Miles Russell, archeolog z Bournemouth University, przeanalizował całą kolekcję „odkryć” Dawsona i doszedł do wstrząsających wniosków: co najmniej 38 z nich to fałszerstwa. Wśród nich znalazły się: zęby ssaka z kredy (również opiłowane), „figury cieni” na ścianach zamku w Hastings, unikalny topór kamienny, hybrydowa łódź z Bexhill, cegły z Pevensey (rzekomo najpóźniejsze znaleziska z rzymskiej Brytanii), zawartość jaskiń Lavant (fałszywa kopalnia krzemienia) i wiele innych.

Dawson był seryjnym fałszerzem. Przez lata podrabiał artefakty, by zyskać uznanie w świecie nauki, do którego tak pragnął należeć. Listy, które pisał, zdradzają jego obsesyjne pragnienie zostania członkiem Royal Society — najwyższe naukowe wyróżnienie w Anglii. Nigdy go nie otrzymał.

W 2016 roku międzynarodowy zespół naukowców pod kierunkiem Isabelle De Groote z Liverpool John Moores University przeprowadził najbardziej zaawansowane badania szczątków z Piltdown. Użyto tomografii komputerowej, analizy DNA i spektroskopii. Wyniki były jednoznaczne.

Wszystkie zęby pochodziły od jednego orangutana — prawdopodobnie zakupionego w jakimś sklepie z osobliwościami. Czaszka należała do co najmniej dwóch różnych osobników, wszystkie z epoki średniowiecza. Na powierzchni każdej kości znaleziono ślady tego samego białego kitu — rodzaju szpachlówki, którą fałszerz wypełniał pęknięcia i łączył fragmenty. Wewnątrz kości umieszczono drobne kamyczki, by symulować naturalne wypełnienie osadem. Wszystkie fragmenty były malowane tymi samymi chemikaliami — solami chromu i żelaza.

„W całym tym zbiorze widać jedną rękę, jednego twórcę, jeden podpis” — skonstatowała De Groote. „Dawson rozegrał to bardzo sprytnie. Wiedział, czego naukowcy szukają, i dał im to”.

Francis Thackeray, paleoantropolog z University of the Witwatersrand, pozostaje jednak sceptyczny. „Mam silne podejrzenia, że Teilhard de Chardin był doradcą Dawsona. Motywem mógł być żart, który wymknął się spod kontroli”.

Niezależnie od tego, czy Dawson działał sam, czy z pomocą Teilharda, Hintona lub kogoś innego, jedno jest pewne: jego motywacja była głęboko ludzka. Chciał być doceniony. Chciał zapisać się w historii. I choć zapisał się w niej na zawsze — to jako jeden z największych oszustów w dziejach nauki.

VIII. Dlaczego uwierzyli?

Pytanie, które od dziesięcioleci nurtuje historyków nauki, brzmi: jak to możliwe, że tak oczywiste fałszerstwo — łączenie ludzkiej czaszki z małpią szczęką — mogło przez czterdzieści lat zwodzić świat nauki?

Stephen Jay Gould, jeden z najwybitniejszych paleontologów XX wieku, poświęcił temu zagadnieniu wiele miejsca w swoich esejach. Jego zdaniem, kluczem jest uprzedzenie — to, co naukowcy chcieli znaleźć, determinowało to, co widzieli. Brytyjscy antropolodzy byli przekonani, że ewolucja człowieka rozpoczęła się od rozwoju mózgu. Piltdown dostarczał dokładnie takiego dowodu, więc nikt nie kwestionował jego autentyczności z należytą starannością.

Do tego dochodził czynnik narodowy. Niemcy mieli heidelbergensisa. Francuzi mieli neandertalczyka (odkrytego wprawdzie w Niemczech, ale nazwanego od francuskiego stanowiska). Anglia — Anglia, kolebka przemysłu, imperium i cywilizacji — musiała mieć swojego pramieszkańca. I to takiego, który byłby lepszy, starszy, mądrzejszy od kontynentalnych konkurentów.

Jacquetta Hawkes, pisząc w 1953 roku, zauważyła coś jeszcze: „W każdej galerii portretów rodzinnych, gdyby pojawił się osobnik z głową, która nie wyglądałaby nie na miejscu w Bloomsbury ćwierć wieku temu, i szczęką zbyt brutalną dla jakichkolwiek ludzkich standardów, podejrzewalibyśmy nieprawe pochodzenie. Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą, wiedząc, jak bardzo nieprawe było poczęcie człowieka z Piltdown”.

IX. Lekcja na zawsze

Czego uczy nas historia człowieka z Piltdown?

Po pierwsze, że nauka jest instytucją głęboko ludzką — podatną na uprzedzenia, ambicje, nacjonalizmy i błędy. Naukowcy nie są bezstronnymi maszynami do rejestrowania faktów; są ludźmi, którzy chcą wierzyć w określone rzeczy i którzy potrafią ignorować dowody przeczące ich przekonaniom.

Po drugie, że system nauki ma wbudowane mechanizmy samokorekty. Owszem, potrzebowały one czterdziestu lat, by zadziałać — ale zadziałały. Dzięki nowym metodom badawczym, dzięki sceptykom, którzy nie dali się zagłuszyć chórowi entuzjazmu, dzięki odwadze naukowców takich jak Oakley, Weiner i Le Gros Clark, prawda wyszła na jaw.

Po trzecie, że fałszerstwa naukowe są możliwe właśnie dlatego, że nauka opiera się na zaufaniu. Dawson doskonale rozumiał ten mechanizm. Wiedział, że jeśli dostarczy naukowcom tego, czego pragną, nikt nie będzie zadawał zbyt wielu pytań.

Dziś, ponad sto lat po odkryciu w żwirowni w Piltdown, wciąż wyciągamy wnioski z tej historii. Isabelle De Groote, podsumowując swoje badania, powiedziała coś, co powinno wisieć w każdym laboratorium naukowym na świecie:

„Piltdown Man stanowi dobry przykład potrzeby, byśmy cofnęli się o krok i spojrzeli na dowody takimi, jakie są — a nie przez pryzmat tego, czy pasują do naszych z góry przyjętych wyobrażeń”.

X. Epilog: Kamień, który pozostał

Do dziś, na skraju pola w hrabstwie Sussex, stoi kamienny głaz. Wykuto na nim słowa pochwały dla Charlesa Dawsona, odkrywcy człowieka z Piltdown. Nikt go nie usunął. Nikt nie dodał adnotacji, że to pomnik ku czci kłamcy.

Stoi tam, niemy świadek jednego z najbardziej niezwykłych oszustw w historii nauki. Można go odwiedzić, dotknąć, przeczytać inskrypcję. I pomyśleć o tym, jak krucha jest granica między prawdą a fałszem, między odkryciem a zmyśleniem, między nauką a fikcją.

Charles Dawson spoczywa na cmentarzu w pobliskim miasteczku. Na jego nagrobku nie ma wzmianki o Piltdown. Ale czy to ważne? Jego nazwisko i tak przeszło do historii — jako synonim największego paleoantropologicznego fałszerstwa wszech czasów. Ironiczny los dla człowieka, który tak bardzo pragnął uznania.

Człowiek z Piltdown — brakujące ogniwo, którego nie było — wciąż nas uczy. Uczy pokory wobec faktów, uczy sceptycyzmu wobec własnych pragnień, uczy, że nauka to nie zbiór pewników, ale proces — czasem bolesny, czasem żmudny, ale ostatecznie prowadzący do prawdy.

A to, jak sądzę, jest lekcja bezcenna.

Rozdział 2: Kamienie z Beringer — Zamówione skamieniałości

I. W cieniu biskupiego tronu

Rok 1725. Würzburg, malownicze miasto nad Menem, stolica biskupiego księstwa we Frankonii. Nad miastem góruje twierdza Marienberg, siedziba książąt-biskupów od wieków, a u jej stóp rozpościera się labirynt wąskich uliczek, kościołów i uniwersyteckich gmachów. To jedno z tych miejsc w Europie, gdzie barokowa pobożność splata się z oświeceniową ciekawością świata, gdzie relikwie świętych konkurują o uwagę uczonych z okazami przywożonymi z zamorskich wypraw.

W tym świecie żyje i pracuje Johann Bartholomeus Adam Beringer. Jest rok 1725, a on ma 58 lat — wiek, w którym człowiek zazwyczaj podsumowuje dorobek życia, a nie wikła się w przygody, które przyniosą mu pośmiertną sławę najsłynniejszej ofiary naukowego oszustwa w XVIII stuleciu.

Beringer to postać w Würzburgu znacząca. Jest profesorem medycyny na miejscowym uniwersytecie, dziekanem wydziału, a przede wszystkim — osobistym lekarzem samego księcia-biskupa Christopha Franza von Huttena, głowy państwa frankońskiego. Pełni także funkcję naczelnego lekarza szpitala juliuszowego, jednej z najważniejszych instytucji medycznych w regionie. Gdybyśmy mieli szukać odpowiednika we współczesnym świecie, Beringer byłby kimś w rodzaju rektora uniwersytetu, ordynatora największego szpitala i osobistego lekarza prezydenta w jednej osobie. To człowiek u szczytu kariery, z pozycją, o jakiej inni mogą tylko marzyć.

Ale Beringer ma jedną słabość. Pasjonuje się tym, co ówcześni uczeni nazywają „oryktologią” — nauką o rzeczach wykopywanych z ziemi. Dziś powiedzielibyśmy: paleontologią. W swojej epoce to dziedzina niezwykle tajemnicza, pełna sprzecznych teorii i gorących sporów. Nikt tak naprawdę nie wie, czym są te dziwne kamienne przedmioty, które od czasu do czasu wydobywa się z ziemi — szczątki dawnych stworzeń, igraszki natury, a może dzieło sił nieczystych?

Beringer utrzymuje własny gabinet osobliwości, jak przystało na człowieka jego stanu. W zbiorach ma amonity, belemnity, zęby rekinów — zwykłe skamieniałości z triasowych wapieni muszlowych okolicznych wzgórz. Ale chce więcej. Pragnie odkryć coś, co przyniesie mu sławę wykraczającą poza Würzburg. Coś, co pozwoli mu zabłysnąć na europejskiej scenie naukowej i — kto wie — może nawet zyskać względy biskupa jeszcze większe niż dotychczas.

I właśnie ta ambicja, to pragnienie wyróżnienia się, stanie się jego zgubą.

II. Pierwsze znaleziska

W maju 1725 roku do Beringera przychodzą trzej młodzi ludzie. Christian Zänger, lat 17, oraz bracia Niklaus i Valentin Hehnowie, odpowiednio 18 i 14 lat. To chłopcy, których Beringer wynajął do pomocy w poszukiwaniach — kopacze, pomocnicy, ludzie od brudnej roboty, którzy za drobną opłatą przeszukują okoliczne wzgórza w poszukiwaniu ciekawych okazów.

Tym razem przynoszą coś niezwykłego. Z góry Eibelstadt, położonej kilka kilometrów na południe od Würzburga, wydobyli kamień z wyraźnym, wypukłym rysunkiem. Przedstawia on… owada? Pająka? Trudno orzec, ale jedno jest pewne — to nie jest zwykła skamieniałość. To coś znacznie bardziej spektakularnego.

Beringer jest zachwycony. Płaci chłopcom, każe szukać dalej. I znajdują. Przez następne tygodnie i miesiące strumień kamieni płynie do gabinetu profesora nieprzerwanie. Dwadzieścia, pięćdziesiąt, sto, w końcu prawie dwa tysiące okazów. Każdy z nich jest inny, każdy bardziej niezwykły od poprzedniego.

Są tam jaszczurki w swojej skórze, jakby uchwycone w momencie spoczynku. Ptaki z dziobami i oczami — idealnie widocznymi, jak żywe. Pająki z pajęczynami, rozpostartymi misternie na kamiennej powierzchni. Żaby w trakcie godów, splecione w miłosnym uściscie. Pszczoła przysiadająca na plastrze miodu. Pająk atakujący muchę na pajęczynie. Sceny rodzajowe, dynamiczne, pełne życia — zamknięte w kamieniu na wieczność.

Beringer przeciera oczy ze zdumienia. Czy to możliwe? Czy natura mogła stworzyć coś tak doskonałego? Owszem, na niektórych kamieniach widać ślady przypominające uderzenia dłuta. Ale Beringer ma na to wytłumaczenie: to naturalne rysy, przypadkowe zadrapania powstałe podczas formowania się skały. Albo może — i ta myśl przychodzi mu do głowy — to dzieło boskich rąk, które pozostawiły swój ślad w materii.

Z czasem znaleziska stają się jeszcze bardziej nieprawdopodobne. Pojawiają się kamienie z wyobrażeniami ciał niebieskich — słońce z promienistą twarzą, księżyc w fazach, gwiazdy i komety. A potem coś, co powinno wzbudzić podejrzenia nawet u najbardziej naiwnego badacza: kamienie z inskrypcjami. Imię Boga zapisane po hebrajsku. Potem po arabsku. Wreszcie po łacinie.

Dziś, z perspektywy trzystu lat, wydaje się to tak oczywiste, tak rażąco niedorzeczne, że trudno pojąć, jak ktokolwiek mógł dać się na to nabrać. Ale w 1725 roku sprawa nie była wcale taka prosta.

III. Świat, w którym możliwe jest wszystko

Aby zrozumieć Beringera, musimy na chwilę zapomnieć o tym, co wiemy o skamieniałościach dzisiaj. Musimy cofnąć się do początków XVIII wieku, do świata, w którym nauka dopiero uczyła się odróżniać fakty od fikcji, a granica między tym, co naturalne, a tym, co nadprzyrodzone, była płynna i nieostra.

W 1725 roku pojęcie „skamieniałości” w naszym współczesnym rozumieniu — szczątków dawnych organizmów, które uległy procesom fosylizacji — wciąż jest przedmiotem gorących sporów. Owszem, Mikołaj Steno już w 1667 roku dowodził, że tak zwane „języczki kamienne” to w istocie zęby rekinów. Ale jego teoria nie zdobyła powszechnej akceptacji. Wciąż żywe były koncepcje wywodzące się jeszcze z antyku.

Najpopularniejsza z nich to teoria vis plastica — „siły plastycznej”, wywodząca się od Arystotelesa. Według niej, w łonie Ziemi działa tajemnicza siła, która kształtuje materię nieorganiczną na podobieństwo organizmów żywych. Skamieniałości nie są więc szczątkami martwych stworzeń, ale raczej — jakby to ująć — prototypami, formami zalążkowymi, które natura tworzy dla zabawy albo z niepojętych dla nas powodów. Inna koncepcja głosiła, że są to igraszki natury (lusus naturae), przypadkowe twory pozbawione głębszego znaczenia. Jeszcze inna — że to dzieło szatana, który w ten sposób myli pobożnych chrześcijan.

Beringer, jak przystało na człowieka wykształconego, zna wszystkie te teorie. Waha się między nimi, rozważa, analizuje. W swoim późniejszym dziele szczegółowo omówi każdą z możliwych interpretacji swoich kamieni — z wyjątkiem jednej: że zostały wyrzeźbione ludzką ręką. Ten wniosek odrzuca z oburzeniem.

A przecież są na to dowody. Sam Beringer odnotowuje w swojej książce, że „figury na kamieniach są tak dokładnie dopasowane do wymiarów skał, że można by przysiąc, iż są dziełem niezwykle skrupulatnego rzeźbiarza”. Dostrzega nawet ślady dłuta: „Można by przysiąc, że dostrzega się w wielu z nich pociągnięcia noża, który poszedł krzywo, i zbędne nacięcia w różnych kierunkach”.

Ale te spostrzeżenia, zamiast prowadzić go do właściwego wniosku, utwierdzają go w przekonaniu o niezwykłości znaleziska. Skoro widać ślady narzędzi, to znaczy — rozumuje Beringer — że działo się coś naprawdę niezwykłego. Może to sam Bóg posłużył się dłutem? Może to aniołowie rzeźbili w kamieniu, by przekazać ludzkości ukryte znaczenia?

Dziś, czytając te wywody, czujemy się jak świadkowie jednej z najbardziej spektakularnych pomyłek w dziejach nauki. Ale bądźmy uczciwi: ilu z nas, skonfrontowanych z setkami niezwykłych okazów, które pasują do naszych teorii i pragnień, potrafi zachować zimny osąd?

IV. Dwaj panowie z uniwersytetu

Tymczasem na uniwersytecie w Würzburgu są ludzie, którzy z uwagą — i rosnącym rozbawieniem — obserwują poczynania Beringera. To Jean Ignace Roderique, profesor geografii, algebry i analizy matematycznej, oraz Johann Georg von Eckhart, bibliotekarz uniwersytecki i tajny radca księcia-biskupa.

Roderique i von Eckhart to postacie w pewnym sensie odwrotne do Beringera. Są może mniej utytułowani, mniej wpływowi, ale za to bardziej sceptyczni, bardziej nowocześni w swoim myśleniu. Z niepokojem patrzą, jak ich kolega po fachu daje się nabierać na oczywiste — ich zdaniem — fałszerstwa.

Według zachowanych akt sądowych, to właśnie oni stali za mistyfikacją. Późniejsze zeznania chłopców, którzy dostarczali kamienie, wyraźnie wskazują na Roderique’a i von Eckharta jako zleceniodawców całej operacji. To oni wynajęli rzeźbiarzy, którzy w wapieniu muszlowym wykuwali niezwykłe kształty. To oni organizowali podrzucanie kamieni w miejscach, gdzie Beringer i jego pomocnicy prowadzili poszukiwania. To oni — być może — sami projektowali najbardziej niedorzeczne okazy, by sprawdzić, jak daleko posunie się łatwowierność profesora.

Motyw? W aktach procesu padają znamienne słowa. Roderique i von Eckhart mieli powiedzieć, że Beringer „był tak arogancki i gardził nami wszystkimi”. Inne źródła mówią o zemście za głoszone przez niego teorie naukowe, z którymi się nie zgadzali. Być może chcieli go po prostu ośmieszyć, sprowadzić na ziemię człowieka, który zbyt wysoko mierzył i zbyt głośno głosił swoją wyższość.

Jeśli taki był plan, to przerósł on najśmielsze oczekiwania.

Bo Beringer nie tylko daje się nabrać. On daje się nabrać totalnie, kompletnie, z iście benedyktyńską starannością. Systematyzuje okazy, opisuje, kataloguje, przygotowuje do publikacji dzieła swojego życia. A Roderique i von Eckhart z każdym kolejnym kamieniem podnoszą stawkę. Skoro profesor łyka tak oczywiste bzdury jak kamienie z hebrajskimi literami, czemu nie spróbować czegoś jeszcze bardziej absurdalnego?

I tak pojawiają się kamienie z przedstawieniami… syren. I aniołów. I wreszcie — kamień z wyrytym imieniem samego Beringera.

To ostatnie posunięcie miało być — jak chcą niektórzy — ostatecznym sygnałem, że to żart. Że ktoś się po prostu bawi kosztem profesora. Ale Beringer nawet to potrafi wytłumaczyć. Być może — rozumuje — to zbieżność nazwisk. A może Opatrzność chciała w ten sposób uhonorować jego, wybrańca, któremu dane jest opisać te niezwykłe twory.

W październiku 1725 roku Beringer publikuje w czasopiśmie „Neue Zeitungen von gelehrten Sachen” artykuł zapowiadający swoje niezwykłe odkrycie. Obiecuje światu rychłą publikację dzieła, które na zawsze zmieni oblicze przyrodoznawstwa.

V. Dzieło życia

Rok później, w 1726 roku, dzieło ukazuje się drukiem. Nosi tytuł Lithographiæ Wirceburgensis — „Kamiennictwo würzburskie”. To imponująca księga, opatrzona 21 miedziorytniczymi tablicami, na których przedstawiono 204 okazy. Każda ilustracja jest starannie wykonana, każdy kamień pokazany z dbałością o detal.

Frontyspis dzieła jest dziełem sztuki samym w sobie. Przedstawia kilkanaście postaci w klasycznych szatach, które przechadzają się po wzgórzu usianym kamieniami. Nad nimi góruje pomnik z herbem księcia-biskupa Christopha Franza von Huttena. To wyraźny sygnał, do kogo adresowane jest to dzieło — do władcy Frankonii, mecenasa nauki, człowieka, od którego względów zależą uniwersyteckie kariery.

W tekście Beringer z niezwykłą starannością omawia każdą z możliwych teorii pochodzenia kamieni. Czy to szczątki dawnych organizmów? Czy to dzieło siły plastycznej? A może ślad po potopie biblijnym? Analizuje, waży, porównuje. Dochodzi do wniosku, że żadna z istniejących teorii nie wyjaśnia w pełni fenomenu jego znalezisk. Być może — sugeruje nieśmiało — mamy do czynienia z czymś zupełnie nowym, zjawiskiem, które wymaga stworzenia nowej kategorii w przyrodoznawstwie.

Jedną możliwość odrzuca stanowczo: że kamienie zostały wyrzeźbione ludzką ręką. Poświęca temu zagadnieniu sporo miejsca, argumentując, że fałszerze nie byliby w stanie stworzyć tak wielu okazów, tak doskonałych, tak spójnych wewnętrznie. Owszem, przyznaje, słyszał o tym, że niektórzy niegodziwcy fałszują rzymskie monety dla zysku. Ale jego kamienie? To coś zupełnie innego. To dzieło natury — a może i Boga.

Księga rozchodzi się po Europie. Trafia do uczonych w innych niemieckich księstwach, do Francji, do Anglii. Beringer tryumfuje. Wreszcie ma to, czego pragnął — międzynarodowe uznanie, sławę, podziw kolegów po fachu.

Tryumf trwa dokładnie do momentu, gdy docierają do niego pierwsze recenzje.

VI. Godzina prawdy

Reakcje środowiska naukowego są druzgocące. Uczeni z całych Niemiec, do których Beringer rozesłał próbki swoich kamieni, odpowiadają niemal jednogłośnie: to fałszerstwa. Są na to zbyt doskonałe, zbyt wyraźne, zbyt… prawdopodobne. Natura nie tworzy tak idealnych odcisków. To robota rąk ludzkich.

Beringer jest wstrząśnięty. Ale wciąż się broni. Może krytycy się mylą? Może nie rozumieją doniosłości odkrycia? Zwraca się o pomoc do samego księcia-biskupa, swojego protektora i pacjenta. Von Hutten, człowiek światły i wykształcony, przygląda się sprawie. I w końcu zadaje pytanie, które powinno paść znacznie wcześniej: skąd właściwie pochodzą te kamienie?

Beringer wzywa chłopców. Ci, przesłuchiwani, załamują się. Przyznają, że kamienie nie zostały znalezione w naturalnym złożu. Zostały podrzucone. Na czyje zlecenie? Wskazują na Roderique’a i von Eckharta.

Rozpoczyna się proces. Beringer, czując się oszukany i upokorzony, pozywa swoich kolegów do sądu. Akta procesu zachowały się do dziś tylko częściowo, ale wiemy, że Roderique i von Eckhart zostali uznani winnymi. Roderique stracił stanowisko na uniwersytecie i został wygnany z Würzburga. Von Eckhart utracił prawo wstępu do biblioteki i archiwów, co dla historyka jego pokroju było wyrokiem śmierci zawodowej.

Ale Beringer też nie wyszedł z tego obronną ręką. Jego reputacja legła w gruzach. Człowiek, który dał się nabrać na tak niedorzeczne fałszerstwo, stał się pośmiewiskiem Europy. Próbował ratować, co się da — skupował egzemplarze swojej książki, by wycofać je z obiegu. Ale było już za późno. Dzieło rozeszło się w zbyt wielu egzemplarzach, trafiło do zbyt wielu bibliotek.

Do końca życia Beringer będzie próbował odbudować swoją pozycję. Opublikuje jeszcze dwie prace medyczne, wróci do praktyki lekarskiej. Umrze w 1740 roku, zapamiętany nie jako lekarz biskupa czy dziekan wydziału, ale jako ten, który dał się oszukać kamieniami.

VII. Legenda i prawda

Jak to zwykle bywa z historiami sprzed wieków, prawda miesza się z legendą. Przez lata krążyły opowieści, których nie potwierdzają źródła.

Jedna z nich głosi, że Beringer przejrzał na oczy dopiero wtedy, gdy jego pomocnicy przynieśli mu kamień z wyrytym jego własnym nazwiskiem. To piękna, moralizatorska przypowieść — o tym, jak pycha kroczy przed upadkiem i jak człowiek musi ujrzeć własne imię wypisane na kłamstwie, by wreszcie uwierzyć, że został oszukany. Niestety, nie ma dowodów, by coś takiego miało miejsce. Kamień z nazwiskiem Beringera rzeczywiście istniał, ale nie był ostatnim znaleziskiem — pojawił się znacznie wcześniej, w trakcie trwania oszustwa.

Inna legenda głosi, że za fałszerstwem stali jezuici, którzy w ten sposób chcieli zdyskredytować teorię vis plastica promowaną przez Beringera. I ta wersja jest mało prawdopodobna — jezuici byli w Würzburgu wpływowi, ale nie ma żadnych dowodów na ich udział w aferze.

Jeszcze inna opowieść mówi o tym, że Beringer do końca życia nie przyznał się do błędu i wierzył w autentyczność swoich kamieni. To również nie znajduje potwierdzenia w źródłach — proces sądowy, który wytoczył fałszerzom, dowodzi, że ostatecznie zrozumiał, co się stało.

Najbardziej kontrowersyjna teoria pojawiła się całkiem niedawno. W 2005 roku niektórzy badacze zasugerowali, że to być może sam Beringer stał za fałszerstwem. Argumentują, że Roderique pojawił się w Würzburgu dopiero w grudniu 1725 roku, podczas gdy pierwsze kamienie znaleziono w maju. Gdyby to on był głównym organizatorem mistyfikacji, musiałby działać przez pośredników z daleka. Możliwe, sugerują autorzy tej hipotezy, że Beringer sam wyreżyserował całą aferę, by potem, gdy wyszła na jaw, móc udawać ofiarę i uniknąć odpowiedzialności za publikację tak niedorzecznych rzeczy.

To jednak teoria mało prawdopodobna i oparta na poszlakach. Większość historyków nauki pozostaje przy wersji, którą znamy z akt procesowych: Beringer był ofiarą, a nie sprawcą. Jego jedyną winą była naiwność, wiara w to, w co chciał wierzyć.

VIII. Kamienie, które przeżyły swoich twórców

A co stało się z samymi kamieniami? Ich los jest równie niezwykły, jak historia ich powstania.

Dziś wiemy, że fałszerzy trzeba było co najmniej kilku. Wapień muszlowy, z którego wykonano kamienie, jest skałą zwięzłą i twardą. Wyrzeźbienie prawie dwóch tysięcy okazów w ciągu około roku wymagało pracy co najmniej kilkuosobowego warsztatu. To nie był żart dwóch profesorów — to była zorganizowana operacja na przemysłową skalę.

Część kamieni uległa zniszczeniu. Ale około 500–600 przetrwało do naszych czasów. Najwięcej, bo ponad trzysta, znajduje się w zbiorach Uniwersytetu w Würzburgu oraz w Muzeum Frankońskim w tym samym mieście. Dwa egzemplarze trafiły nawet do Muzeum Historii Naturalnej w Oksfordzie. Są też w Teylers Museum w Holandii.

I paradoksalnie — to, co miało być dowodem na naukową kompromitację Beringera, stało się obiektem pożądania kolekcjonerów. Kamienie z Beringer, Lügensteine — „kłamliwe kamienie” — są dziś eksponatami muzealnymi, o które zabiegają największe instytucje na świecie.

W 2025 roku, dokładnie w trzechsetną rocznicę odkrycia pierwszych kamieni, Muzeum Przyrodnicze Uniwersytetu Łódzkiego zorganizowało wystawę zatytułowaną „Kłamliwe kamienie”. Prezentowano na niej nie oryginalne okazy, ale współczesne rzeźby inspirowane historią Beringera — wykute w marmurze i granicie dzieła sztuki, które miały skłaniać do refleksji nad rolą wyobraźni w poznawaniu przyrody.

To swoiste memento mori dla nauki: nawet najbardziej spektakularne pomyłki mogą stać się inspiracją dla kolejnych pokoleń.

IX. Lekcja na trzysta lat

Czego uczy nas historia kamieni z Beringer?

Po pierwsze, że nauka zawsze była i zawsze będzie podatna na błędy poznawcze. Beringer nie był głupcem. Był człowiekiem swoich czasów, uwięzionym w paradygmacie, który nie pozwalał mu dostrzec oczywistości. Gdy pisał o „pociągnięciach noża, który poszedł krzywo”, widział w tym dowód na niezwykłość natury, a nie na ingerencję człowieka. Dziś, z perspektywy trzystu lat, łatwo nam go osądzać. Ale ilu współczesnych naukowców popełnia podobne błędy, interpretując dane w sposób, który potwierdza ich z góry przyjęte teorie?

Po drugie, że system nauki — nawet w swojej XVIII-wiecznej, embrionalnej formie — zadziałał. Owszem, potrzeba było czasu. Owszem, Beringer zdążył opublikować swoje dzieło. Ale w końcu krytycy, sceptycy, ludzie z zewnątrz — spojrzeli na dowody i wydali werdykt. Kamienie zostały zdemaskowane jako fałszerstwa, a sprawcy ponieśli konsekwencje.

Po trzecie, że motywacje fałszerzy bywają zaskakująco błahe. Roderique i von Eckhart nie chcieli zyskać pieniędzy ani sławy. Chcieli po prostu dać nauczkę aroganckiemu koledze. Ich żart wymknął się spod kontroli, przeradzając się w jedną z największych sensacji naukowych stulecia. To ważna przestroga dla wszystkich, którzy myślą, że „niewinny żart” nie może wyrządzić krzywdy. Beringer stracił reputację, Roderique stracił stanowisko, von Eckhart stracił dostęp do archiwów. Wszyscy przegrali.

W niemieckim języku funkcjonuje do dziś wyrażenie: „być jak Beringer”. Oznacza dać się nabrać, paść ofiarą oszustwa. To swoisty pomnik — nie z kamienia, ale z języka — który upamiętnia człowieka, którego naiwność przeszła do historii.

X. Epilog: Wzgórze Eibelstadt

Wspiąłem się kiedyś na wzgórze Eibelstadt, skąd pochodziły kamienie Beringera. To łagodne wzniesienie porośnięte winnicami, skąd rozciąga się widok na dolinę Menu i na Würzburg w oddali. Wiatr porusza liśćmi winorośli, słońce praży, a wapienna skała chrzęści pod butami.

Stojąc tam, próbowałem wyobrazić sobie tamten maj 1725 roku. Trzech chłopców idzie zboczem, rozglądając się za kamieniami dla profesora. Nagle jeden z nich dostrzega coś niezwykłego — kamień z wyraźnym, wypukłym rysunkiem owada. Nie wiedzą jeszcze, że to początek jednej z najdziwniejszych historii w dziejach nauki. Nie wiedzą, że za kilka lat ich nazwiska trafią do akt sądowych. Nie wiedzą, że kamienie, które teraz podnoszą z ziemi, staną się eksponatami muzealnymi i przedmiotem badań historyków.

Może się śmieją. Może żartują, że profesor znów da się nabrać. A może po prostu wykonują swoją pracę, ciesząc się, że ktoś płaci im za szwendanie się po wzgórzach.

Poniżej, w mieście, Johann Beringer pochyla się nad kolejnym okazem. Jego oczy błyszczą. Jest pewien, że oto dotyka czegoś wielkiego, czegoś, co przyniesie mu nieśmiertelną sławę. Nie wie jeszcze, że przyniesie mu coś zupełnie innego — nieśmiertelność, owszem, ale jako symbol naukowej naiwności, jako przestroga dla pokoleń.

Kamienie, które trzyma w dłoniach, kłamią. Ale to, co one mówią o ludzkiej naturze — o ambicji, o pragnieniu uznania, o sile wiary, która potrafi przysłonić fakty — to prawda najczystsza z możliwych.

Dlatego właśnie, trzysta lat później, wciąż o nich piszemy. Dlatego wciąż je badamy, wystawiamy w muzeach, opowiadamy o nich studentom. Bo historia Beringera to nie tylko opowieść o oszustwie. To opowieść o nas samych. O tym, jak łatwo dajemy się zwieść, gdy bardzo chcemy wierzyć. I o tym, jak trudno przyznać się do błędu, nawet gdy prawda jest wypisana na kamieniu — czasem dosłownie, hebrajskimi literami.

Rozdział 3: Glozel — Francuski bunt przeciwko archeologii

I. Krowa, która wykopała wojnę

Pierwszego marca 1924 roku, w hrabstwie Sussex w Anglii, na nagrobku Arthura Smitha Woodwarda wciąż widniał dumny napis: „Odkrywca człowieka z Piltdown”. Nikt jeszcze nie wiedział, że za kilkadziesiąt lat to określenie stanie się synonimem największego paleoantropologicznego oszustwa stulecia. Ale tysiąc kilometrów na południowy wschód, we francuskim hrabstwie Allier, siedemnastoletni chłopak właśnie uruchamiał mechanizm, który miał rozpętać burzę równie gwałtowną, choć zupełnie innego rodzaju.

Émile Fradin prowadził swoją krowę po polu w Glozel, małym przysiółku pod Vichy. Nagle zwierzę zapadło się w ziemię. Gdy chłopak wraz z dziadkiem Claude’em uwolnili krowę i zajrzeli w głąb jamy, ujrzeli coś, co przypominało podziemną komorę — ściany z glinianych cegieł, szesnaście glinianych płytek na podłodze, a w środku ludzkie kości i fragmenty ceramiki.

„Myśleliśmy, że znaleźliśmy skarb” — wspominał później Fradin, już jako stary człowiek.

Nie wiedział jeszcze, że ten „skarb” okaże się przekleństwem. Że przez następne sto lat jego nazwisko będzie pojawiać się w podręcznikach archeologii, procesach sądowych i artykułach prasowych. Że stanie się bohaterem — lub ofiarą — jednej z najbardziej zawziętych wojen domowych w dziejach francuskiej nauki. Wojny, którą jeden z komentatorów ochrzci mianem „sprawy Dreyfusa archeologii”.

II. Sprawa, która miała wszystko

Zanim przejdziemy dalej, zatrzymajmy się na chwilę nad tym określeniem: „sprawa Dreyfusa archeologii”. To porównanie nie jest przypadkowe. Tak jak afera Dreyfusa podzieliła Francję na dwa obozy — obrońców i oskarżycieli, prawicę i lewicę, militarystów i republikanów — tak Glozel podzieliło francuskie środowisko naukowe na „glozelistów” i „anty-glozelistów”. I tak jak w sprawie Dreyfusa, w grę wchodziły nie tylko fakty, ale i emocje, uprzedzenia, ideologie, ambicje.

Znalezisko Fradina miało w sobie wszystko, czego potrzeba, by wywołać naukowe trzęsienie ziemi.

Po pierwsze, skala. Z ziemi wydobyto ponad trzy tysiące przedmiotów. Fragmenty ceramiki, harpuny z kości, rzeźbione kamienie, narzędzia krzemienne, a przede wszystkim — około stu glinianych tabliczek pokrytych dziwnymi znakami.

Po drugie, różnorodność chronologiczna. Obok siebie leżały przedmioty, które zdaniem ekspertów dzieliły tysiące lat. Były tam ryciny przedstawiające renifery, typowe dla paleolitu, czyli sprzed co najmniej dziesięciu tysięcy lat. Były tabliczki z pismem, które przypominało fenicki alfabet — a Fenicjanie, jak powszechnie uważano, wynaleźli pismo na Bliskim Wschodzie około 2000 roku przed naszą erą. Były przedmioty, które mogły pochodzić z epoki żelaza, gallo-rzymskie, a nawet średniowieczne.

Po trzecie — i to chyba najważniejsze — tajemnica. Nikt nie potrafił odczytać pisma na tabliczkach. Pojawiały się śmiałe hipotezy, że to język Basków, Chaldejczyków, Eteokreteńczyków, Hebrajczyków, Iberów, Latynów, Berberów, Liguryjczyków, Fenicjan, a nawet Turków. Im więcej teorii, tym większe zamieszanie. I tym więcej pożywki dla tych, którzy twierdzili, że to wszystko jeden wielki fałsz.

Gdyby Glozel było zwykłym stanowiskiem archeologicznym, sprawa rozwiązałaby się szybko. Eksperci przyjechaliby, zbadali, wydali werdykt. Ale Glozel nie było zwykłym stanowiskiem. Glozel miało pecha trafić na czas, w którym archeologia francuska przechodziła głęboki kryzys tożsamości. I na ludzi, którzy — z różnych powodów — nie chcieli lub nie mogli dojść do porozumienia.

III. Ludzie, którzy stworzyli Glozel

Poznajmy głównych aktorów tego dramatu.

Émile Fradin — siedemnastoletni chłopak z prowincji, który znalazł się w centrum uwagi, o jakiej mu się nie śniło. Jego rodzice byli biednymi rolnikami, on sam nie miał wykształcenia archeologicznego, ale miał coś innego — upór i poczucie krzywdy, które przez następne dziesięciolecia będą karmić jego determinację. Gdy naukowcy zaczęli go oskarżać o fałszerstwo, Fradin nie ugiął się. Pozwał ich do sądu. I wygrał.

Jego syn, Jean-Claude Fradin, wspominał po latach: „Oskarżali go, bo kazał płacić cztery franki za zwiedzanie muzeum”. Ta drobna komercjalizacja znaleziska — otwarcie przez rodzinę małego muzeum, w którym za symboliczną opłatą można było oglądać przedmioty — stała się dla przeciwników dowodem, że cała sprawa to zwykłe naciąganie turystów. Dla zwolenników — dowodem, że biedni chłopi próbowali jakoś zarobić na swoim odkryciu, skoro oficjalna nauka ich nie wspierała.

Antonin Morlet — lekarz z Vichy, archeolog-amator z zapałem godnym lepszej sprawy. Gdy usłyszał o odkryciu Fradina, natychmiast zainteresował się sprawą. W kwietniu 1925 roku przyjechał na farmę, zaoferował 200 franków za zgodę na prowadzenie wykopalisk i wkrótce stał się najgorliwszym orędownikiem autentyczności Glozel. To on nadał znaleziskom rangę „neolitu”, on publikował pierwsze raporty, on zapraszał do współpracy innych naukowców. I to on — ku rozpaczy establishmentu — umieścił nazwisko Fradina jako współautora swoich publikacji, dając chłopcu naukową legitymację, której ten nie miał i nie mógł mieć.

Salomon Reinach — kurator Muzeum Starożytności w Saint-Germain-en-Laye, jeden z największych autorytetów archeologicznych Francji. Gdy przyjechał do Glozel w 1926 roku i spędził tam trzy dni na wykopaliskach, potwierdził autentyczność stanowiska w oficjalnym komunikacie do Akademii Inskrypcji i Literatury Pięknej. Dla glozelistów był to dowód najwyższej próby. Dla przeciwników — dowód, że nawet wielcy mogą się mylić.

Abbé Henri Breuil — słynny prałat, archeolog, autorytet w dziedzinie prehistorii, człowiek, którego jedno słowo mogło zaważyć na karierze młodego badacza. Gdy Morlet zaprosił go do Glozel, Breuil przyjechał, kopał, był pod wrażeniem. Ale potem napisał: „Wszystko jest fałszywe z wyjątkiem kamionkowej ceramiki”. W liście do towarzystwa prehistorycznego wyjaśniał, że znalazł się w trudnej sytuacji: „Niesamowity bluf, niezdrowa atmosfera, brak metody i prawdziwej kontroli — wszystko to sprawiło, że trzymałem się z daleka od tego środowiska, któremu przedkładam spokój moich jaskiń”.

Breuil, mistrz ironii, wybrał spokój jaskiń. Inni nie mieli tego luksusu.

René Dussaud — konserwator Luwru, epigrafik, specjalista od pisma fenickiego, człowiek, który miał najwięcej do stracenia i najwięcej do zyskania na rozstrzygnięciu sporu. Jeśli tabliczki z Glozel były autentyczne, jego wiedza o początkach pisma stawała pod znakiem zapytania. Jeśli były fałszywe — jego autorytet rósł. Dussaud nie miał wątpliwości. Już w 1927 roku ogłosił, że „sławne tabliczki z Glozel są fałszywe”. I dodał, że to Fradin jest fałszerzem.

Fradin odpowiedział pozwem o zniesławienie.

I tak oto, zamiast spokojnej debaty naukowej, rozpoczął się proces sądowy, który przeciągnął się latami i przyniósł więcej pytań niż odpowiedzi.

IV. Nauka na pierwszych stronach

Aby zrozumieć, jak gorąca była to sprawa, wystarczy spojrzeć na liczby. René Dussaud, ten sam, który pozwał Fradina, wykupił prenumeratę agencji wycinków prasowych, by śledzić doniesienia na temat Glozel. W ciągu czterech miesięcy otrzymał ponad półtora tysiąca artykułów w dziesięciu językach.

Półtora tysiąca. W cztery miesiące. O wykopaliskach w zapadłej wiosce w środkowej Francji.

Gazety pisały o Glozel tak, jak dziś piszą o skandalach politycznych. Każde nowe odkrycie, każda wypowiedź eksperta, każdy zwrot akcji procesowej — wszystko trafiało na pierwsze strony. „Découvertes de Glozel”, krzyczały nagłówki. „Une pure plaisanterie” — odpowiadali inni.

Le Petit Parisien z 19 września 1927 roku nie owijał w bawełnę: „Odkrycia z Glozel są czystym żartem”. Tydzień później L’Ouest Éclair kontrował: „Odkrycia z Glozel są autentyczne, według wybitnego uczonego, pana J. Lotha, członka Instytutu, profesora College de France”.

Mercure de France, jeden z najbardziej prestiżowych tytułów intelektualnych, bronił glozelistów — ale czynił to głównie piórem doktora Morleta, więc trudno było uznać to za niezależne stanowisko.

Gdy w listopadzie 1927 roku międzynarodowa komisja archeologów przyjechała do Glozel, by raz na zawsze rozstrzygnąć spór, ich praca stała się wydarzeniem medialnym na skalę niespotykaną. Gazety publikowały zdjęcia uczonych w roboczych kombinezonach, podkreślając, że „wyglądają jak terminatorzy”. Fotografowano ich przy pracy, w przerwach, na tle wykopalisk. Każdy ich ruch był śledzony, każda uwaga — notowana.

A oni, świadomi wagi chwili, zachowywali się jak gwiazdy filmowe. Ustalili, że nie będą udzielać wywiadów podczas pobytu. Wydali tylko jedno oświadczenie: że ani nie potwierdzają, ani nie zaprzeczają doniesieniom prasowym. Ich werdykt miał paść później, w recenzowanym czasopiśmie naukowym.

I padł. W grudniu 1927 roku komisja ogłosiła: stanowisko jest „nie-starożytne”. Obiekty zostały „wprowadzone”, teren „zmanipulowany”. Raport był druzgocący: „Fragmenty nowoczesnych tekstyliów”, „przedmioty rzeźbione na świeżych kościach”, „tabliczki rozpuszczające się w wodzie”.

Glozeliści nie przyjęli tego do wiadomości.

V. Wojna domowa

Podział na dwa obozy przebiegał nie tylko między amatorami a profesjonalistami, ale wewnątrz samego establishmentu naukowego.

Po jednej stronie barykady stali „glozeliści”: Morlet, Reinach, Loth, Depéret (dziekan wydziału nauk w Lyonie), część towarzystw naukowych z prowincji, które od dawna czuły się ignorowane przez paryskie centrale. Dla nich Glozel było dowodem, że wielkie odkrycia mogą rodzić się poza Paryżem, że amatorzy mają prawo głosu, że nauka nie jest zamkniętym klubem dla wtajemniczonych.

Po drugiej stronie — „anty-glozeliści”: Dussaud, Breuil, Vayson de Pradenne, Międzynarodowy Instytut Antropologiczny, większość paryskich autorytetów. Dla nich Glozel było obrazą nauki, prymitywnym fałszerstwem, które należy zdemaskować i wyśmiać.

Jean-Paul Demoule, wybitny prehistoryk, który badał sprawę Glozel, ujął to trafnie: „To idealny scenariusz: mały prowincjonalny amator walczący z zimną oficjalną nauką, która próbuje bronić swoich pewników”.

W tle buzowały emocje, które wykraczały daleko poza archeologię. Dla mieszkańców Allier, dla prowincji francuskiej, dla wszystkich, którzy czuli się marginalizowani przez paryskie elity, Glozel stało się symbolem oporu. Gdy paryscy uczeni mówili „fałszerstwo”, oni słyszeli: „jesteście za głupi, by zrozumieć”. Gdy Dussaud oskarżał Fradina, oni widzieli: „Paryż depcze prowincję”.

To nie była już debata naukowa. To była wojna kulturowa.

VI. Policja w muzeum

24 lutego 1928 roku. Felix Regnault, przewodniczący Francuskiego Towarzystwa Prehistorycznego, odwiedza muzeum założone przez Fradinów w Glozel. Zwiedza, ogląda, po czym — bez ostrzeżenia — składa doniesienie o oszustwie.

Następnego dnia policja wkracza do muzeum. Wybija gabloty, konfiskuje trzy skrzynie artefaktów, demoluje wystawę.

To jedna z najbardziej dramatycznych scen w całej tej historii. Wyobraźmy to sobie: prowincjonalne muzeum, prowadzone przez rodzinę rolników, nagle staje się celem policyjnej obławy. Funkcjonariusze wynoszą przedmioty, które Fradinowie zbierali przez lata, które były ich dumą i źródłem utrzymania. Tłum gapiów przygląda się w milczeniu. A nad tym wszystkim unosi się pytanie: czy to jeszcze nauka, czy już prześladowanie?

Konfiskata nie kończy sprawy. Gaston-Edmond Bayle, szef paryskiego laboratorium kryminalistycznego, analizuje artefakty. Jego raport jest jednoznaczny: to współczesne fałszerstwa. Na tej podstawie, 4 czerwca 1929 roku, Émile Fradin zostaje oskarżony o oszustwo.

Ale Fradin się nie poddaje. Odwołuje się. W kwietniu 1931 roku sąd apelacyjny uchyla wyrok. Fradin jest wolny.

I wtedy następuje rzecz niebywała. Fradin, ten siedemnastoletni chłopak z prowincji, ten „fałszerz” i „oszust”, pozywa René Dussaud — konserwatora Luwru, członka Akademii, jedną z największych postaci francuskiej archeologii — o zniesławienie.

I wygrywa.

W marcu 1932 roku Dussaud zostaje uznany winnym zniesławienia. Sąd nakazuje mu wypłacić odszkodowanie. To szok, który odbija się echem w całej Europie. Jeden z najwiękscych autorytetów naukowych Francji zostaje publicznie upokorzony przez chłopa z Allier.

Czy to znaczy, że Glozel było autentyczne? Niekoniecznie. Sąd nie rozstrzygał o autentyczności artefaktów, tylko o tym, czy Dussaud miał prawo publicznie oskarżać Fradina o fałszerstwo bez dostatecznych dowodów. Ale dla opinii publicznej — i dla glozelistów — ten wyrok był triumfem.

Mały człowiek pokonał wielką naukę.

VII. Co mówią kamienie?

Gdy emocje opadły, a procesy się zakończyły, przyszła pora na chłodne, naukowe datowanie. I tu zaczyna się najdziwniejsza część tej historii.

Pierwsze próby datowania podjęto już w latach 20. Szkło z Glozel badano spektrograficznie. Wyniki wskazywały na średniowiecze.

W 1974 roku zastosowano termoluminescencję — nowoczesną metodę datowania ceramiki. Wyniki były zaskakujące. 39 datowań na 27 artefaktach podzieliło przedmioty na trzy grupy: pierwsza między 300 rokiem p.n.e. a 300 rokiem n.e. (okres celtycki i gallo-rzymski), druga — średniowieczna, głównie XIII wiek, trzecia — współczesna.

W latach 80. datowania w Oksfordzie potwierdziły ten rozrzut: od IV wieku po średniowiecze.

W 1984 roku trzy analizy węglem C14 w Oksfordzie datowały węgiel drzewny na XI–XIII wiek, fragment pierścienia z kości słoniowej na XV wiek, a ludzką kość udową na V wiek.

W 1995 roku Alice i Sam Gerardowie wraz z Robertem Lirisem uzyskali datowanie dwóch kościanych rurek z grobu II C na XIII wiek.

I wreszcie — najważniejsze badanie. W latach 1983–1990, na zlecenie francuskiego Ministerstwa Kultury, przeprowadzono zakrojone na szeroką skalę wykopaliska pod kierunkiem Jean-Paula Demoule’a i innych uznanych archeologów. Raport opublikowano częściowo w 1995 roku. Wnioski były następujące:

Po pierwsze, stanowisko jest wielowarstwowe chronologicznie. Znajdują się tam przedmioty z epoki żelaza, z okresu gallo-rzymskiego, ze średniowiecza, a także współczesne.

Po drugie, większość przedmiotów pochodzi ze średniowiecza (głównie XIII wiek) i prawdopodobnie wiąże się z działalnością hutników szkła lub innych rzemieślników.

Po trzecie, część przedmiotów została zmieniona lub sfałszowana — najprawdopodobniej po to, by uwiarygodnić tezę o „prehistorycznej cywilizacji”.

Po czwarte, nie ma żadnych dowodów na istnienie w Glozel neolitycznej cywilizacji z własnym alfabetem.

Raport nie został jednak opublikowany w całości. Ministerstwo Kultury, być może obawiając się reakcji glozelistów, którzy od dziesięcioleci walczyli o uznanie, wycofało się z pełnej publikacji. Pełny raport ukazał się dopiero w 2024 roku, nakładem uniwersytetu w Clermont-Ferrand, po długich staraniach środowisk naukowych.

VIII. Polityka wchodzi do gry

Gdyby sprawa Glozel dotyczyła tylko nauki, pewnie dawno by ucichła. Ale Glozel miało pecha — albo szczęście — trafić na czas, w którym polityka zaczęła interesować się przeszłością.

W latach 70. i 80. XX wieku, gdy nowe datowania termoluminescencyjne podsyciły nadzieje glozelistów, do gry włączyła się francuska skrajna prawica. Środowiska określane mianem „nowej prawicy” — w rzeczywistości starej, dobrej skrajnej prawicy w nowym opakowaniu — dostrzegły w Glozel idealny oręż w walce ideologicznej.

Jean-Paul Demoule wyjaśnia: „Gdyby Glozel było autentyczne, oznaczałoby to, że pismo nie zostało wynalezione przez podejrzanych Semitów z drugiej strony Morza Śródziemnego, ale przez europejskich ludzi paleolitu, u siebie, w górach Bourbonnais”.

Innymi słowy: biała, europejska, „czysta” cywilizacja miałaby własne pismo, starsze od fenickiego, starsze od wszystkiego, co wymyślili Żydzi czy Arabowie. To był polityczny dynamit.

Glozeliści — przynajmniej niektórzy — chętnie podchwycili tę narrację. Nie dlatego, że wszyscy byli skrajnie prawicowi, ale dlatego, że każdy sojusznik był dobry w walce z paryskim establishmentem. A skrajna prawica miała pieniądze, media i wpływy, których im brakowało.

W efekcie Glozel stało się nie tylko sprawą naukową, ale i polityczną. Minister Kultury, obawiając się, że sprawa wymknie się spod kontroli, zarządził nowe wykopaliska w 1983 roku — te same, których raport ujrzał światło dzienne dopiero czterdzieści lat później.

IX. Kto był fałszerzem?

Pytanie, które od stu lat nurtuje badaczy, brzmi: kto stał za fałszerstwami, jeśli w ogóle do nich doszło?

Najprostsza odpowiedź wskazuje na Émile’a Fradina. To on miał dostęp do stanowiska, on kontrolował wykopaliska, on otworzył muzeum i czerpał zyski z turystów. Jego obrońcy argumentują, że był prostym chłopcem bez wykształcenia, który nie potrafiłby sfabrykować trzech tysięcy przedmiotów, w tym stu tabliczek z wymyślonym pismem. To wymagało wiedzy, której nie mógł posiąść.

Inni wskazują na doktora Morleta. To on był człowiekiem wykształconym, on znał się na archeologii, on miał motyw — chęć sławy i uznania. Ale Morlet przez całe życie bronił autentyczności Glozel, inwestował w to swoje pieniądze i reputację. Gdyby był fałszerzem, musiałby być wyjątkowo konsekwentny w swoim kłamstwie.

Jeszcze inni sugerują, że fałszerstwa dokonano później — być może w latach 70., gdy nowe datowania podgrzały atmosferę. Ale to mało prawdopodobne, bo większość przedmiotów była znana i opisana już w latach 20.

Najbardziej prawdopodobna hipoteza — ta, którą przyjmuje raport Ministerstwa Kultury z 1995 roku — mówi o zjawisku, które archeolodzy nazywają „kontaminacją”. Na stanowisku średniowiecznym, gdzie przez wieki działali rzemieślnicy, mogły znajdować się przedmioty z różnych epok. Kiedy odkryto je w 1924 roku, miejscowi — i przyjezdni — zaczęli „dokładać” własne znaleziska, by uwiarygodnić tezę o wielkim odkryciu. Być może sam Fradin, widząc, jakie emocje budzą jego znaleziska, postanowił „pomóc” historii. Być może zrobili to inni.

Fradin został dwukrotnie oczyszczony z zarzutów przez sądy. Ale sądy nie rozstrzygają o prawdzie archeologicznej, tylko o winie w świetle prawa. Prawda o Glozel pozostaje ukryta w ziemi — i w przedmiotach, które do dziś można oglądać w muzeum założonym przez Fradina.

X. Lekcja Glozel

Czego uczy nas historia Glozel?

Po pierwsze, że nauka nie działa w próżni społecznej. Debaty naukowe są zawsze uwikłane w relacje władzy, prestiżu, pieniędzy. To, kto ma rację, zależy często nie tylko od faktów, ale i od tego, kto ma głos, kto kontroluje instytucje, kto dysponuje mediami.

Po drugie, że amatorzy i profesjonaliści mogą się wzajemnie uczyć, ale też wzajemnie zwalczać. Fradin i Morlet nie byli oszustami z premedytacją — byli ludźmi, którzy znaleźli coś niezwykłego i chcieli, by świat to docenił. Ich błąd polegał na tym, że zbyt mocno uwierzyli we własną historię, zbyt łatwo odrzucali krytykę, zbyt chętnie widzieli spiski tam, gdzie była zwykła niekompetencja.

Po trzecie, że media odgrywają kluczową rolę w kształtowaniu debaty naukowej. Półtora tysiąca artykułów w cztery miesiące — to nie jest zwykłe zainteresowanie prasy. To obsesja na punkcie sensacji, która żyje własnym życiem, niezależnie od faktów.

Po czwarte, że czasami potrzeba stu lat, by dojść do prawdy. Najnowsze badania, opublikowane w 2024 roku, potwierdzają to, co wielu podejrzewało od dawna: Glozel to stanowisko wielowarstwowe, z przewagą średniowiecza, z domieszką epoki żelaza i epoki gallo-rzymskiej, i z licznymi śladami współczesnych ingerencji. Nie ma tam ani neolitu, ani alfabetu sprzed Fenicjan.

Ale to nie znaczy, że Glozel jest bezwartościowe. Jak mówi Jean-Paul Demoule: „Od czterdziestu lat apelujemy o wpisanie tego na listę zabytków historii, bo to należy do historii archeologii”.

Glozel jest zabytkiem — tyle że nie z epoki kamienia, ale z epoki, w której nauka uczyła się odróżniać prawdę od fałszu, fakt od interpretacji, dowód od życzenia.

XI. Epilog: Muzeum na wzgórzu

Do dziś, na wzgórzu w Glozel, stoi małe muzeum prowadzone przez rodzinę Fradinów. Jean-Claude Fradin, syn Émile’a, oprowadza turystów, pokazuje gabloty z przedmiotami, opowiada historię swojego ojca. Na ścianach wiszą wycinki z gazet z lat 20., fotografie z procesów, listy od naukowców, którzy uwierzyli — i tych, którzy nie uwierzyli.

W gablotach leżą kamienie z dziwnymi znakami, które do dziś nikt nie potrafi odczytać. Kościane harpuny, które mogą mieć dwa tysiące lat — albo dwadzieścia. Gliniane tabliczki, które nie chcą zdradzić swojej tajemnicy.

I nad tym wszystkim unosi się pytanie, które od stu lat dręczy archeologów: co tak naprawdę wydarzyło się w Glozel?

Może nigdy nie poznamy pełnej odpowiedzi. Może prawda jest zbyt skomplikowana, by dało się ją zamknąć w prostym werdykcie: „autentyczne” albo „fałszywe”. Może Glozel uczy nas, że nauka nie polega na posiadaniu pewności, ale na nieustannym kwestionowaniu własnych przekonań.

Jean-Claude Fradin, stojąc w swoim muzeum, patrzy na zwiedzających i mówi: „Mój ojciec był uczciwym człowiekiem. Znalazł te przedmioty i chciał, by świat je zobaczył. Nie zasłużył na to, co go spotkało”.

I być może ma rację. Być może Émile Fradin rzeczywiście był tylko przypadkowym odkrywcą, który wpadł w tryby wielkiej maszyny naukowej i został przez nią zmiażdżony. A być może — choć to mniej prawdopodobne — był genialnym fałszerzem, który przez sto lat wodził za nos wszystkich archeologów świata.

Niezależnie od odpowiedzi, Glozel pozostaje pomnikiem. Pomnikiem ludzkiej naiwności, ludzkiej ambicji, ludzkiej potrzeby wiary w coś większego niż my sami. I pomnikiem nauki, która — mimo wszystkich swoich błędów — wciąż próbuje oddzielić prawdę od fikcji.

Czasem zajmuje jej to sto lat. Ale w końcu, prędzej czy później, prawda wychodzi na jaw. Nawet jeśli jest wypisana na kamieniach, które kłamią.

Rozdział 4: Człowiek z Calaveras — Złota gorączka i prehistoria

I. Dziura w ziemi, która miała być grobem

Dwudziesty piąty lutego 1866 roku. Hrabstwo Calaveras w Kalifornii. Gdzieś na zboczu wzgórza, wśród sosen i dębów, grupa górników drąży szyb w poszukiwaniu złota. Pracują w prymitywnych warunkach, przy świetle kaganków, w atmosferze pyłu i wilgoci. To codzienność w krainie gorączki złota — ludzie z całego świata przybyli tu, by spróbować szczęścia, a większość z nich znajdzie tylko ból pleców i rozczarowanie.

James Mattison, jeden z górników, pracuje na głębokości około czterdziestu metrów. Nagle jego kilof uderza w coś twardszego niż zwykła skała. Schyla się, odgarnia ziemię i widzi… czaszkę. Jest ciemna, pokryta osadem, sprawia wrażenie bardzo starej. Mattison nie jest archeologiem, nie zna się na skamieniałościach. Myśli, że to kawałek korzenia, i odrzuca go na bok.

Dopiero po chwili, gdy przygląda się znalezisku dokładniej, dociera do niego, co trzyma w rękach. To ludzka czaszka — a przynajmniej jej fragment. I leży tam, gdzie nie powinna leżeć, bo warstwa, w której pracują, przykryta jest grubym pokładem lawy wulkanicznej sprzed milionów lat. Jeśli to rzeczywiście ludzka czaszka, to ktoś musiał tu trafić, zanim lawa zalała okolicę. Ktoś, kto żył w epoce pliocenu, co najmniej dwa miliony lat temu.

Mattison zabiera czaszkę do sklepu Johna Scribnera w Angels Camp. Sprzedawca czyści ją, ogląda i uświadamia sobie, że to może być sensacja. Wiadomość szybko dociera do doktora Williama Jonesa, miejscowego lekarza i zapalonego kolekcjonera okazów przyrodniczych. Jones, człowiek wykształcony i oczytany, rozumie wagę odkrycia. Jeśli czaszka rzeczywiście pochodzi sprzed milionów lat, to mamy dowód, że człowiek żył w Ameryce Północnej w czasach, gdy kontynentem władały mastodonty i tygrysy szablozębne. To odkrycie może zmienić wszystko, co wiemy o prehistorii.

Czaszka trafia w końcu do rąk Josiaha Whitneya, szefa Kalifornijskiego Przeglądu Geologicznego, a także profesora geologii na Uniwersytecie Harvarda. Whitney jest człowiekiem o ugruntowanej pozycji i wielkich ambicjach. Rok wcześniej opublikował pracę, w której wyrażał przekonanie, że ludzie, mastodonty i mamuty żyły w Kalifornii w tym samym czasie. Teraz ma w rękach dowód, który może potwierdzić jego teorię.

Nie waha się ani chwili.

II. Sensacja w Akademii

Szesnastego lipca 1866 roku Josiah Whitney wstaje na posiedzeniu Kalifornijskiej Akademii Nauk w San Francisco i ogłasza światu swoje odkrycie. Mowa jest starannie przygotowana, pełna naukowej terminologii i geologicznych argumentów. Whitney opisuje warunki, w jakich znaleziono czaszkę — na głębokości stu trzydziestu stóp, w warstwie żwiru złotonośnego, przykrytej miliony lat temu wulkanicznymi osadami. Datowanie jest więc niepodważalne, dowodzi Whitney. Czaszka musiała tam trafić przed erupcją wulkanu, czyli w epoce pliocenu.

„Czaszka ta” — mówi Whitney, cytowany następnego dnia przez San Francisco Alta — „jest nie tylko najwcześniejszym pionierem tego stanu, ale najstarszym znanym człowiekiem”.

Sala zamiera. Wiadomość rozchodzi się błyskawicznie. Kalifornia, ten dziki, nowy stan, ledwie szesnaście lat po przyłączeniu do Unii, właśnie stała się kolebką ludzkości. Gazety prześcigają się w sensacyjnych nagłówkach. Whitney, człowiek Wschodniego Wybrzeża, profesor Harvardu, staje się bohaterem Dzikiego Zachodu.

Ale nie wszyscy są zachwyceni.

III. Głosy z kopalni

W miasteczkach górniczych Sierras panuje specyficzna kultura — rubaszna, dowcipna, nieufna wobec autorytetów. To kraina, którą Mark Twain unieśmiertelnił w swojej opowieści „Słynna skacząca żaba z Calaveras” — historii o zakładach, oszustwach i prowincjonalnym humorze. I właśnie w takiej atmosferze rodzi się podejrzenie, że czaszka z Calaveras to tylko kolejny żart wymierzony w nadętych profesorów ze Wschodu.

W 1869 roku, zaledwie trzy lata po sensacyjnym ogłoszeniu Whitneya, San Francisco Evening Bulletin publikuje artykuł, który podaje w wątpliwość autentyczność znaleziska. Pewien miejscowy pastor, nazwiskiem bliżej nieznane, zeznaje, że górnicy „swobodnie mu powiedzieli, że celowo zorganizowali całą tę sprawę jako żart na profesorze Whitneyu”.

Według tej wersji, czaszka wcale nie pochodziła z plioceńskich pokładów. Została wykopana z cmentarzyska Indian, które znajdowało się w Salt Spring Valley, na zachód od Angels Camp. Ktoś — być może sam Scribner, być może inni górnicy — podrzucił ją do szybu Mattisona, by sprawdzić, jak zareagują uczeni. Mattison, który znalazł czaszkę, był najprawdopodobniej niczego nieświadomym narzędziem w rękach żartownisiów. To on, kopiąc w ciemności, trafił na podrzucony eksponat. Reszty dopełniła łatwowierność Jonesa i ambicja Whitneya.

Bret Harte, inny wielki literat Dzikiego Zachodu, postanawia uwiecznić tę historię w sposób, który przejdzie do historii. W 1870 roku pisze satyryczny poemat zatytułowany „Do plioceńskiej czaszki”. Utwór, utrzymany w konwencji przemowy do zabytkowego artefaktu, kończy się pointą, która miała być śmiertelnym ciosem dla teorii Whitneya:

„Mów, o człowieku mniej niedawny! / Spod lawy wulkanicznej wyłoniony! / Najstarszy mieszczanin tego stanu, / O, jakżeś tu przyszedł? Gdzie jest twój dom?” — pyta podmiot liryczny.

A czaszka odpowiada:

„Nazywam się Bowers i moja skorupa pękła, / Gdym spadł do szybu w hrabstwie Calaveras, / Ale byłbym wdzięczny, gdybyś posłał kawałki / Do domu, do starego Missouri!”.

Innymi słowy: żaden plioceński praprzodek, tylko pechowy górnik z Missouri, który spadł do szybu. I choć wersja z górnikiem Bowersem była oczywiście fikcją poetycką, celowała w sedno sprawy: czaszka wyglądała podejrzanie nowocześnie jak na miliony lat.

IV. Nauka kontratakuje

Whitney nie daje się zbić z tropu. Jest człowiekiem upartym i przekonanym o swojej racji. W 1880 roku publikuje monumentalne dzieło The Auriferous Gravels of the Sierra Nevada of California, w którym szczegółowo opisuje swoje badania i odpiera zarzuty sceptyków. Dla niego sprawa jest prosta: czaszka została znaleziona w nienaruszonym złożu geologicznym, pod warstwą lawy. Geolodzy potwierdzają, że pokłady te mają miliony lat. Ergo, czaszka też ma miliony lat.

Argumenty sceptyków — że to żart górników, że czaszka wygląda jak indiańska, że nie ma śladów starożytności — Whitney zbywa wzruszeniem ramion. On wie swoje.

Tymczasem w 1879 roku do gry wchodzi nowa metoda badawcza. Thomas Wilson z Harvardu przeprowadza na czaszce analizę fluorową — tę samą, która kilkadziesiąt lat później zdekonspiruje człowieka z Piltdown. Zawartość fluoru w kościach rośnie wraz z upływem czasu; im starsza kość, tym więcej fluoru wchłonęła z wód gruntowych. Analiza Wilsona wykazuje, że czaszka z Calaveras ma poziom fluoru charakterystyczny dla kości współczesnych, a nie plioceńskich.

Whitney ignoruje te wyniki. Wilson, skromny badacz, nie ma autorytetu, by rzucić wyzwanie profesorowi Harvardu.

W 1883 roku na posiedzeniu Akademii Nauk Przyrodniczych w Filadelfii wybucha kolejna dyskusja. Profesor Cope, znany paleontolog, broni autentyczności czaszki. Ale profesor H. Carvill Lewis odpowiada mu z całą stanowczością: „Należy zachować ostrożność w przyjmowaniu jako dowodu na istnienie plioceńskiego człowieka jakichkolwiek faktów, które nie zostały jeszcze zweryfikowane przez naukowych obserwatorów”.

Lewis wskazuje na szereg nieścisłości: narzędzia kamienne znalezione w tym samym złożu są identyczne z tymi, których używali współcześni Indianie; czaszka nie wykazuje śladów korozji ani wietrzenia, jakich należałoby oczekiwać po milionach lat; nawet fakt, że przylega do niej zwarty żwir, nie jest dowodem starożytności — to samo można zaobserwować w przypadku współczesnych monet i innych przedmiotów o znanej dacie.

Głos Lewisa ginie jednak w chórze tych, którzy — jak Cope — chcą wierzyć.

V. Dwóch Putnamów i jedna czaszka

Josiah Whitney umiera w 1896 roku, wciąż przekonany o autentyczności swojego odkrycia. Jego następca na Harvardzie, Frederic Ward Putnam, dyrektor Muzeum Peabody, również skłania się ku uznaniu czaszki za autentyczną. Ale Putnam jest uczciwszym badaczem niż jego poprzednik. W 1901 roku postanawia raz na zawsze rozwikłać zagadkę. Jedzie do Kalifornii, do Angels Camp, by na miejscu przesłuchać świadków.

To, co odkrywa, jest niezwykłe. Po pierwsze, okazuje się, że czaszka, którą Whitney trzymał w swoim zbiorze, mogła nie być tą samą, którą znaleziono w kopalni. W zamieszaniu, jakie nastąpiło po odkryciu, doszło najwyraźniej do pomyłki — dwie czaszki, obie indiańskie, zostały ze sobą pomylone. Ta, którą Whitney opisał w swoich publikacjach, mogła pochodzić z zupełnie innego źródła.

Po drugie, Putnam słyszy historię, którą opowiadają mu starzy mieszkańcy. John Scribner, właściciel sklepu, miał się przyznać do udziału w mistyfikacji. Według hotelarza J.L. Sperry’ego, który był świadkiem wydarzeń, czaszka została podrzucona do szybu Mattisona jako żart. Doktor Jones, do którego trafiła, początkowo zorientował się, że to oszustwo — Sperry wspomina, że Jones „wyrzucił czaszkę na ulicę, tłumacząc, że przyniesiono mu ją jako relikwię wielkiej starożytności, ale właśnie odkrył w niej pajęczyny i doszedł do wniosku, że padł ofiarą jednego z praktycznych żartów Scribnera”.

Jednak później Jones zmienił zdanie — być pod wpływem sugestii Whitneya, być może z nadziei, że jednak ma w rękach autentyczny skarb — i postanowił dać znalezisku drugą szansę.

Putnam staje przed dylematem. Z jednej strony dowody wskazują na fałszerstwo. Z drugiej — Whitney był jego poprzednikiem, człowiekiem wielkiego autorytetu. Putnam postanawia nie wydawać jednoznacznego werdyktu. W swoim raporcie pisze dyplomatycznie: „Może być niemożliwe, by kiedykolwiek ustalić, ku zadowoleniu archeologa, miejsce, w którym czaszka została faktycznie znaleziona”.

Nikt nie jest usatysfakcjonowany.

VI. Holmes zamyka sprawę

Tymczasem do akcji wkracza William Henry Holmes, archeolog ze Smithsonian Institution. Holmes to badacz innego pokroju niż Whitney czy Putnam — systematyczny, metodyczny, nieustępliwy. W 1898 roku, jeszcze przed wizytą Putnama w Kalifornii, Holmes rozpoczyna własne śledztwo.

Jedzie do Calaveras, przesłuchuje świadków, bada dokumenty, analizuje przedmioty. Porównuje florę i faunę kopalną znalezioną w żwirach — autentyczne, wymarłe gatunki — z ludzkimi szczątkami i narzędziami. Te ostatnie są identyczne z tymi, których używali współcześni Indianie. To niemożliwe, argumentuje Holmes, by ludzie mogli pozostać niezmienieni fizycznie, umysłowo, społecznie i kulturowo przez milion lat. To zakładać cud.

Holmes formułuje wniosek, który dziś brzmi jak oczywistość: „Przypuszczać, że starożytni ludzie zniknęli w wyniku mutacji natury, pozostawiając swoje kości i dzieła… a potem inni ludzie, pojawiwszy się w tym samym miejscu w ostatnich latach, powielili każdą cechę, każdą aktywność i każdą formę sztuki — to zakładać niemożliwe”.

Innymi słowy: jeśli w tych samych żwirach leżą obok siebie autentyczne, wymarłe gatunki zwierząt i przedmioty identyczne z indiańskimi artefaktami z XIX wieku, to znaczy, że te drugie zostały tam podrzucone. Nie ma innego logicznego wyjaśnienia.

Holmes ustala również, kto stał za mistyfikacją. Zeznania świadków są zgodne: John Scribner i kilku jego przyjaciół, wszyscy znajomi doktora Jonesa, byli w to zamieszani. To oni zdobyli indiańską czaszkę z pobliskiego cmentarzyska, oni podrzucili ją do szybu Mattisona, oni zorganizowali całą operację. Mattison, który znalazł czaszkę, był tylko narzędziem. Celem żartu — początkowo — był doktor Jones.

W 1901 roku, gdy Putnam publikuje swój ostrożny raport, Holmes ma już w rękach wszystkie dowody. Ale środowisko naukowe wciąż jest podzielone. Niektórzy, jak Frederic Putnam, wciąż wierzą w autentyczność. Inni, jak Holmes, są pewni, że to fałszerstwo. Spór ciągnie się jeszcze latami.

VII. Wyznania po latach

W 1911 roku, dziesięć lat po wizycie Putnama w Kalifornii, dochodzi do kolejnego przełomu. J.M. Boutwell, badacz pracujący nad geologią regionu, przesłuchuje świadków, którzy wciąż żyją. Jeden z uczestników odkrycia — być może ten sam, który rozmawiał z pastorem w 1869 roku — przyznaje wprost: cała sprawa była żartem.

Scribner, główny organizator mistyfikacji, nie żyje. Ale jego siostra po latach ujawnia prawdę: brat przyznał się jej przed śmiercią, że to on podrzucił czaszkę. Historia, która przez pół wieku elektryzowała opinię naukową i publiczną, okazuje się być zwykłym kawałem — rubasznym, prowincjonalnym, ale jednak kawałem.

Whitney, Putnam, Cope — wszyscy już nie żyją. Nie mogą się bronić, nie mogą przyznać do błędu. Czas na ostateczne rozstrzygnięcie przyjdzie dopiero za kilkadziesiąt lat, gdy nauka zyska nowe narzędzia.

VIII. Atomowa puenta

Październik 1986 roku. Laboratorium Uniwersytetu Kalifornijskiego w Riverside. R. Ervin Taylor Jr., profesor antropologii, patrzy na wyniki badania, które właśnie nadeszły z Uniwersytetu Arizony. Użyto najnowszej metody datowania — spektrometrii masowej z akceleratorem, znacznie wydajniejszej formy datowania radiowęglowego. Próbki pobrano z fragmentów kości ręki, które były częścią tej samej skamieniałości co czaszka.

Wynik: 720 lat. Z możliwym błędem dwustu lat w obie strony.

Taylor, który poświęcił tej sprawie wiele lat, nie kryje satysfakcji. „Nasz wynik zamyka drzwi i przekręca zamek na tym, że czaszka jest czymkolwiek innym niż stosunkowo niedawnym Indianinem” — mówi w wywiadzie dla UPI. Dodaje, że większość uczonych już dawno wykluczyła czaszkę z poważnych rozważań, ale teraz mamy dowód niepodważalny.

Czaszka, która miała być najstarszym człowiekiem Ameryki, okazuje się młodsza od Uniwersytetu Oksfordzkiego. Pochodzi z około XIII wieku — epoki wypraw krzyżowych, budowy katedr gotyckich, panowania Piastów na polskim tronie. W Kalifornii, gdzie wtedy żyły plemiona indiańskie, ktoś umiera i zostaje pochowany. Jego czaszka, po sześciu wiekach spoczynku, zostaje wykopana przez górników, podrzucona do szybu i staje się bohaterką jednego z najdziwniejszych rozdziałów w dziejach archeologii.

Taylor mówi o tym z dystansem: „Uważam to za historyczny przypis” do losów szczątków wczesnego obywatela Kalifornii.

IX. Życie po życiu czaszki

Gdyby na tym historia się kończyła, byłaby to zamknięta, satysfakcjonująca opowieść o tym, jak nauka — po stu dwudziestu latach — w końcu oddzieliła prawdę od fałszu. Ale czaszka z Calaveras ma swoje „życie po życiu”, które jest równie interesujące jak samo oszustwo.

Okazuje się bowiem, że nie wszyscy chcą przyjąć do wiadomości werdykt nauki. W XX i XXI wieku czaszka z Calaveras zyskuje nowych obrońców — i to w środowiskach, które z archeologią mają niewiele wspólnego.

Na przełomie wieków teozofowie, na czele z Madame Blavatsky, przyjmują czaszkę jako dowód na swoje teorie o starożytnych cywilizacjach i gigantach zamieszkujących Ziemię miliony lat temu. Blavatsky twierdziła, że człowiek był „pierwotnie kolosalnym przedtrzeciorzędowym olbrzymem i istniał 18 milionów lat temu”. Czaszkę z Calaveras traktowano jako potwierdzenie tych wizji.

W latach 30. XX wieku magazyn teozoficzny pisał: „Czaszka z Calaveras była właśnie takim znaleziskiem. I jak ją zdyskredytowano? Była nowoczesnego typu, więc to fałszerstwo”. Argument kołowy, który do dziś służy zwolennikom teorii spiskowych: jeśli nauka mówi, że coś jest fałszerstwem, to znaczy, że ukrywa prawdę.

Najciekawszy rozdział tej pośmiertnej kariery czaszki piszą jednak kreacjoniści. Dla części z nich, zwłaszcza tych o bardziej radykalnych poglądach, czaszka z Calaveras staje się orężem w walce z ewolucjonizmem. Argumentują oni, że jeśli czaszka rzeczywiście pochodzi sprzed milionów lat i wygląda jak współczesny człowiek, to znaczy, że człowiek się nie zmieniał, nie ewoluował — a więc ewolucja jest mitem.

Inni, bardziej ostrożni, dystansują się od tego argumentu. Jonathan Sarfati, autor książki Arguments Creationists Should NOT Use, pisze wprost, że czaszka z Calaveras to „prawdopodobnie oszustwo” i nie należy jej używać w debacie. Mimo to wciąż pojawia się w publikacjach kreacjonistycznych, jak choćby w książce Walta Browna In the Beginning: Compelling Evidence for Creation and the Flood z 2008 roku.

X. Mechanizmy wiary

Historia człowieka z Calaveras to opowieść nie tylko o oszustwie, ale przede wszystkim o mechanizmach wiary. Dlaczego Whitney, człowiek wykształcony, doświadczony, uwierzył w coś, co powinno wzbudzić jego podejrzenia?

Po pierwsze, potwierdzenie własnych teorii. Whitney rok wcześniej opublikował pracę, w której dowodził współistnienia ludzi i mastodontów. Gdy czaszka trafiła w jego ręce, nie był bezstronnym obserwatorem — był człowiekiem, który szukał dowodów na swoją tezę. Znalazł je — i nie chciał ich kwestionować.

Po drugie, kontekst społeczny. Kalifornia lat 60. XIX wieku to dziki kraj, pełen przybyszów z całego świata, ale też miejsce, gdzie nauka dopiero raczkuje. Whitney, profesor z Harvardu, jest autorytetem niepodważalnym. Kto z miejscowych górników czy sklepikarzy miałby odwagę mu zaprzeczyć? A jeśli nawet mieli odwagę, to czy ktoś by ich słuchał?

Po trzecie, mechanizm grupowego myślenia. Gdy Whitney ogłosił swoje odkrycie, zyskał poparcie innych uczonych — Cope’a, później Putnama. Utworzyła się grupa ludzi, którzy wierzyli w autentyczność czaszki i wzajemnie utwierdzali się w swoim przekonaniu. Sceptycy — Wilson, Lewis, w końcu Holmes — byli na zewnątrz, łatwo było ich zignorować.

Najbardziej poruszający w tej historii jest los doktora Jonesa. To on, według relacji Sperry’ego, początkowo przejrzał oszustwo — odkrył pajęczyny, wyrzucił czaszkę na ulicę. Ale potem, być może pod wpływem Whitneya, być może pod wpływem własnych ambicji, zmienił zdanie. Uwierzył. I ta wiara — wbrew dowodom, wbrew własnym oczom — stała się fundamentem pod jedno z najdłuższych oszustw w dziejach amerykańskiej archeologii.

XI. Lekcja na sto pięćdziesiąt lat

Co zostaje nam po tej historii?

Zostaje refleksja nad naturą nauki. Czaszka z Calaveras przez sto dwadzieścia lat figurowała w podręcznikach, muzeach, debatach. Była dowodem, argumentem, punktem odniesienia. Dziś wiemy, że była tylko żartem — rubasznym, prowincjonalnym żartem górników, którzy chcieli zobaczyć, jak nadęci profesorowie ze Wschodu dają się nabrać.

Ale żart ten działa, bo trafił na podatny grunt. Whitney chciał wierzyć. Cope chciał wierzyć. Putnam chciał wierzyć. I tak przez pokolenia naukowcy wierzyli w coś, co powinno było wzbudzić ich wątpliwości już przy pierwszym oglądzie.

Stephen Jay Gould, który pisał o tym przypadku, zwracał uwagę na coś jeszcze: czaszka z Calaveras była wygodna. Pasowała do obrazu świata, który chcieli widzieć. Pasowała do teorii o starożytności człowieka w Ameryce. Pasowała do ambicji Kalifornii, by być czymś więcej niż tylko miejscem gorączki złota. I to wygodność — to, że coś pasuje do naszych pragnień — bywa największym wrogiem nauki.

Dopiero nowe metody, nowe pokolenia, nowi badacze — Holmes ze swoją dociekliwością, Taylor ze swoim akceleratorem — byli w stanie oddzielić prawdę od fałszu. Nauka potrzebowała ponad wieku, by wyplenić błąd. Ale w końcu to zrobiła.

I to jest jej największa siła.

XII. Epilog: Czaszka w muzeum

Dziś czaszka z Calaveras spoczywa w zbiorach Muzeum Peabody na Uniwersytecie Harvarda. Nie jest wystawiana na pokaz — to nie jest eksponat, którym muzeum mogłoby się chlubić. Leży w magazynie, w pudełku, z kartą katalogową, która opisuje jej burzliwe dzieje.

Od czasu do czasu jakiś badacz prosi o dostęp, by obejrzeć ją na własne oczy. I stoi nad nią, patrząc na tę ciemną, pokrytą osadem kość, i myśli o tym, jak wiele znaczyła przez tyle lat. O Whitneyu, który poświęcił jej tyle uwagi. O Putnamie, który nie potrafił wydać werdyktu. O Holmesie, który domyślił się prawdy. O górnikach, którzy śmiali się w kułak, gdy profesorowie z Harvardu poważnie debatowali nad ich żartem.

I o tym, że czasami największe odkrycia archeologiczne wcale nie są odkryciami. Są tylko historiami, które opowiadamy sami sobie — historiami, w które chcemy wierzyć.

Nawet jeśli są wypisane na kościach, które kłamią.

Część II: Biologia pod presją ideologii i ego

Rozdział 5: Łysenkizm — Nauka w służbie terroru

I. Chłop, który rzucił wyzwanie nauce

Wyobraźmy sobie scenę: 29 września 1898 roku, w ubogiej chłopskiej rodzinie we wsi Karliwka na Ukrainie przychodzi na świat chłopiec. Otrzymuje imię Trofim. Jego rodzice pracują na roli, jak ich przodkowie od pokoleń. Nikt nie przypuszcza, że ten chłopiec wyrośnie na człowieka, który — jak ujął to później jeden z historyków — „był w pewnym sensie znanym już w Rosji fenomenem — powieleniem Rasputina. Z jednej strony był to człowiek, z którego przebijał prymitywizm niedouczonego chłopa, a z drugiej głębokie przekonanie o swojej racji i misji tak w nauce, jak i w praktyce rolniczej ZSRR”.

Kilkadziesiąt lat później, w 1948 roku, ten sam człowiek stanie na mównicy podczas historycznej sesji Wszechzwiązkowej Akademii Nauk Rolniczych im. Lenina (WASCHNIL) i wypowie słowa, które na zawsze zmienią oblicze radzieckiej nauki: „Komitet Centralny partii zapoznał się z moim referatem i zatwierdził go”. Sala zamiera. Wszyscy obecni rozumieją, co to znaczy: od tej chwili łysenkizm staje się jedyną obowiązującą teorią biologiczną w Związku Radzieckim. Genetyka zostaje uznana za „burżuazyjną pseudonaukę”. Kto się nie podporządkuje, ten straci nie tylko katedrę, ale i wolność — a być może i życie.

Między tymi dwiema datami — 1898 a 1948 — rozgrywa się jeden z najbardziej dramatycznych rozdziałów w dziejach nauki. Rozdział, w którym nauka przestała być poszukiwaniem prawdy, a stała się narzędziem w rękach ideologii i terroru.

II. Marzenie o nowym człowieku

Aby zrozumieć fenomen Łysenki, musimy cofnąć się do lat dwudziestych XX wieku. Związek Radziecki, młode państwo robotników i chłopów, przeżywa okres burzliwych przemian. Rewolucja październikowa miała stworzyć nowy świat, nowego człowieka, nowe społeczeństwo. I to nie tylko w sensie politycznym czy społecznym — ale także biologicznym.

Marksizm, w wydaniu, które stało się obowiązujące w ZSRR, zakładał, że człowiek jest produktem warunków społecznych. Zmień warunki — zmienisz człowieka. Ta optymistyczna wizja doskonale współgrała z lamarckowską teorią dziedziczenia cech nabytych, głoszącą, że organizmy mogą przekazywać potomstwu cechy wykształcone w ciągu życia. Jeśli pokolenie rewolucjonistów wykształci w sobie nowe, socjalistyczne cechy — odwagę, poświęcenie, kolektywizm — to ich dzieci urodzą się już z tymi cechami. Proste, piękne i niezwykle pociągające dla bolszewickiej władzy.

Tymczasem genetyka mendlowska, rozwijana na Zachodzie przez takich badaczy jak August Weismann czy Thomas Hunt Morgan, mówiła coś zupełnie innego. Według niej, cechy dziedziczne są zapisane w genach, które nie zmieniają się pod wpływem środowiska. Owszem, mogą ulec przypadkowym mutacjom, ale nie ma możliwości, by wyćwiczona umiejętność czy nabyta cecha stała się dziedziczna. To była teoria głęboko indywidualistyczna, oparta na przypadku i statystyce — a więc, z punktu widzenia marksistów, „burżuazyjna” i „reakcyjna”.

Karl Kautsky, jeden z czołowych teoretyków marksizmu, ujął to wprost: „Dla Marksa to masa jest nośnikiem postępu, dla Darwina jest nim jednostka (…) Dla Darwina główną rolę grał nie równomierny wpływ środowiska na wszystkie osobniki danego gatunku, czyli zjawisko masowe, ale sporadyczne i przypadkowe cechy szczególne konkretnych osobników (…) To dość indywidualistyczna koncepcja, która bardzo dobrze pasowała do myśli liberalnej, silnej w czasach Darwina”.

Genetyka była więc z gruntu podejrzana. A jej miejsce miała zająć nowa, radziecka, prawdziwie marksistowska biologia.

III. Człowiek, który miał wszystkie atuty

W tym właśnie kontekście pojawia się Trofim Łysenko. Jego życiorys jest idealny z punktu widzenia nowej władzy. Pochodzi z chłopskiej rodziny — to nie jakiś zniewieściały inteligent, ale człowiek ludu, który własnymi rękami pracował w polu. Wykształcenie zdobywa w trybie korespondencyjnym, kończąc w 1925 roku Kijowski Instytut Agrotechniczny. Nie jest obciążony „burżuazyjnymi” teoriami, nie ma wpojonych zachodnich dogmatów. Jest praktykiem, człowiekiem czynu.

W 1927 roku gazeta „Prawda” ogłasza go „bosym profesorem” i opisuje jego rewelacyjne metody: użyźnianie gleby bez nawozów, siew grochu w zimie, które miały zazielenić jałowe pola Azerbejdżanu. Metody te, jak się później okaże, były całkowicie nieskuteczne, ale propaganda działała. Łysenko stał się bohaterem.

W 1929 roku ogłasza swoje najsłynniejsze osiągnięcie — jarowizację. To metoda polegająca na odpowiednim traktowaniu nasion (nawilżaniu i schładzaniu) przed siewem, która miała zwiększać plony i zmieniać właściwości roślin. Rzecz w tym, że jarowizacja nie była wynalazkiem Łysenki — stosowano ją w Ohio już w połowie XIX wieku i była dobrze opisana w literaturze naukowej. Co więcej, Łysenko zastosował ją nieprawidłowo, co później miało katastrofalne skutki dla radzieckiego rolnictwa.

Ale to nie miało znaczenia. Liczyła się narracja: oto prosty chłopak z Ukrainy dokonuje rzeczy, przed którymi bezradni są uczeni w swoich laboratoriach. Jak pisał Leszek Kuźnicki, polski biolog, który miał okazję spotkać Łysenkę w połowie lat pięćdziesiątych: „Kiedy Łysenko mówił lub krzyczał, można było łatwo ulec wpływowi jego osobowości i uwierzyć w niesprawdzone hipotezy”.

IV. Geniusz i jego mentor

Zanim jednak Łysenko stał się wszechwładnym panem radzieckiej biologii, miał swojego mentora. Nazywał się Nikołaj Iwanowicz Wawiłow.

Wawiłow to postać wprost tytaniczna. Urodzony w 1887 roku w Moskwie, w kupieckiej rodzinie, od młodości przejawiał niezwykłą pasję poznawczą. Już jako student nosił w kieszeni żywą jaszczurkę — jakby chciał mieć przy sobie kawałek natury, którą tak bardzo pragnął zrozumieć. Studiował w Instytucie Rolniczym w Moskwie, potem w Europie, gdzie współpracował z Williamem Batesonem, jednym z pionierów genetyki.

Jego wkład w naukę jest trudny do przecenienia. Odkrył centra pochodzenia roślin uprawnych — miejsca na świecie, gdzie po raz pierwszy udomowiono zboża, warzywa, owoce. Sformułował prawo szeregów homologicznych w zmienności, które pozwalało przewidywać występowanie określonych cech u roślin na podstawie obserwacji ich dzikich krewnych. Zgromadził w Leningradzie największą na świecie kolekcję nasion — ponad 250 tysięcy próbek, które stały się podstawą banku genów.

Wawiłow był człowiekiem renesansu — genetykiem, botanikiem, geografem, podróżnikiem, organizatorem nauki. W 1923 roku został członkiem Akademii Nauk ZSRR, w 1926 otrzymał Nagrodę Leninowską. Był dyrektorem Instytutów Genetyki, prezesem Akademii Nauk Rolniczych, członkiem Centralnego Komitetu Wykonawczego ZSRR.

Gdy w latach dwudziestych Łysenko zaczynał swoją karierę, Wawiłow dostrzegł w nim utalentowanego praktyka. Zapraszał go, pomagał, publikował jego prace. Nie zdawał sobie sprawy, że hoduje wilka, który go pożre.

V. Pierwsze starcie

Przełom następuje w połowie lat trzydziestych. Łysenko, wspierany przez Isaaka Prezenta — biologa o wątpliwej reputacji, ale doskonałych kontaktach politycznych — zaczyna atakować genetykę jako „burżuazyjną pseudonaukę”. W 1935 roku podczas przemówienia na Kremlu Łysenko porównuje swoich oponentów do kułaków — zamożnych chłopów, którzy opierali się kolektywizacji. Mówi: „Wrogowie klasowi są zawsze wrogami, niezależnie od tego, czy są kułakami, czy też naukowcami, którzy nie akceptują naszych metod pracy”.

Na widowni siedzi Józef Stalin. Jako pierwszy wstaje i bije brawo, wołając: „Brawo, towarzyszu Łysenko, brawo!”.

To polityczna nominacja. Od tego momentu Łysenko wie, że ma najwyższe poparcie. I zaczyna je wykorzystywać.

W 1936 roku Wawiłow zostaje odwołany ze stanowiska prezesa Akademii Nauk Rolniczych. Jego miejsce zajmuje Łysenko. W 1938 roku Łysenko zostaje dyrektorem Instytutu Genetyki Akademii Nauk ZSRR — tej samej instytucji, którą kierował Wawiłow. Następuje proces, który jeden z historyków nazwie później „łysenkizacją” nauki: stopniowe wypieranie profesjonalnych genetyków, obsadzanie stanowisk ludźmi lojalnymi wobec nowej doktryny, usuwanie z bibliotek i programów nauczania wszystkiego, co pachnie mendelizmem.

VI. Ostatnia walka

Wawiłow nie poddaje się bez walki. W 1939 roku, na konferencji w Moskwie, wygłasza referat, w którym otwarcie krytykuje teorie Łysenki. Mówi o „niekompetencji”, o „ignorancji”, o tym, że odrzucenie genetyki to odrzucenie całego dorobku światowej nauki.

To akt wielkiej odwagi. Wawiłow wie, że gra va banque. Wie, że Stalin popiera Łysenkę. Wie, że wielu jego kolegów już siedzi w więzieniach lub zostało rozstrzelanych. Ale nie może milczeć. Genetyka jest dla niego nie tylko nauką — jest powołaniem, misją, sensem życia.

6 sierpnia 1940 roku. Wawiłow prowadzi badania na Ukrainie, w okolicach Czerniowiec. Nagle pojawia się samochód, z którego wysiadają funkcjonariusze NKWD. Wawiłow zostaje aresztowany pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Wielkiej Brytanii i sabotażu w rolnictwie. To absurdalne oskarżenia — ale w ZSRR roku 1940 absurd jest normą.

Przez jedenaście miesięcy Wawiłow jest przesłuchiwany. Bity, głodzony, poniżany. W końcu — jak wielu innych — załamuje się i przyznaje do winy. 9 lipca 1941 roku zostaje skazany na śmierć przez rozstrzelanie.

Wyrok nie zostaje jednak wykonany. W październiku 1941 roku, w obliczu niemieckiej ofensywy, Wawiłowa wraz z innymi więźniami ewakuowano do Saratowa. Tam, 29 października, jego wyrok śmierci zostaje zamieniony na 20 lat łagru. Ale to nie oznacza wolności — to jedynie zmiana formy cierpienia.

Warunki w więzieniu w Saratowie są niewyobrażalne. Głodowe racje żywnościowe, brak ogrzewania, choroby. Wawiłow, niegdyś krzepki mężczyzna o atletycznej budowie, zmienia się w żywy szkielet. W celi panuje taki tłok, że więźniowie muszą spać na stojąco, podtrzymując się nawzajem.

26 stycznia 1943 roku Nikołaj Iwanowicz Wawiłow umiera. Oficjalna przyczyna śmierci: „dystrofia i choroba obrzękowa”. Nieoficjalna: głód, zimno, wyczerpanie i złamane serce. Jego brat, Siergiej, wybitny fizyk, dowie się o jego śmierci dopiero po latach. Świat nauki — jeszcze później.

W celi, w której umierał, spędził ostatnie dni. Więźniowie, którzy go widzieli, wspominali, że nawet wtedy, w agonii, próbował uczyć swoich współtowarzyszy niedoli. Opowiadał im o genetyce, o roślinach, o podróżach. Do końca pozostał naukowcem.

VII. Triumf ignorancji

Rok 1948. Stalin wciąż żyje, a Łysenko jest u szczytu potęgi. W dniach 31 lipca — 7 sierpnia odbywa się w Moskwie sesja Wszechzwiązkowej Akademii Nauk Rolniczych im. Lenina. To ma być ostateczne rozstrzygnięcie sporu o genetykę.

Łysenko wygłasza referat „O sytuacji w biologii”. Przez wiele godzin referuje swoje teorie: że geny nie istnieją, że cechy nabyte są dziedziczone, że jeden gatunek może przekształcić się w inny pod wpływem środowiska, że między osobnikami tego samego gatunku nie ma walki o byt, tylko wzajemna pomoc.

Naukowcy na sali słuchają w milczeniu. Większość z nich wie, że to bzdury. Ale boją się zaprotestować. Boją się, bo pamiętają, co stało się z Wawiłowem. Boją się, bo w pierwszych rzędach siedzą partyjni dostojnicy.

Pod koniec referatu Łysenko wypowiada słowa, które przechodzą do historii: „Komitet Centralny partii zapoznał się z moim referatem i zatwierdził go”.

Sala wybucha oklaskami. Wszyscy wstają. Niektórzy płaczą — z ulgi, że nie muszą już udawać, że wierzą w co innego. Inni płaczą z rozpaczy, bo wiedzą, że to koniec. Koniec prawdziwej nauki w ZSRR.

Następnego dnia genetyka zostaje oficjalnie uznana za „burżuazyjną pseudonaukę”. Zakazuje się jej nauczania na uniwersytetach. Z bibliotek usuwa się książki Mendla, Morgana, Weismanna. Zamyka się pracownie genetyczne, a naukowców, którzy nie chcą się podporządkować, wyrzuca się z pracy. Niektórych aresztuje.

Łysenkizm staje się jedyną obowiązującą teorią biologiczną w Związku Radzieckim. I pozostanie nią przez szesnaście lat.

VIII. Teorie, które miały zmienić świat

Czym właściwie był łysenkizm? To zbiór poglądów, które dziś nazwalibyśmy pseudonauką, ale które wówczas — wspierane autorytetem partii i Stalina — uchodziły za najwyższe osiągnięcie radzieckiej myśli biologicznej.

Po pierwsze, odrzucenie genów. Łysenko twierdził, że nie ma żadnych „nieśmiertelnych substancji dziedziczności”. To, co przekazują rodzice potomstwu, to nie geny, ale cały organizm — jego metabolizm, jego fizjologia, jego reakcje na środowisko. Zmieniając warunki życia, można więc dowolnie kształtować potomstwo.

Po drugie, dziedziczenie cech nabytych. Łysenko był zagorzałym lamarckistą. Uważał, że jeśli roślinę odpowiednio potraktować — na przykład wystawić na zimno — to nie tylko ona się zmieni, ale zmienią się też jej nasiona, a więc i następne pokolenia. W ten sposób można w ciągu kilku lat wyhodować nowe odmiany, a nawet nowe gatunki.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 78.92