E-book
6.83
drukowana A5
30.06
audiobook
6.83
Historia nieznana na Archipelagu

Bezpłatny fragment - Historia nieznana na Archipelagu


Objętość:
219 str.
ISBN:
978-83-8126-067-1
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 30.06
audiobook
za 6.83

Prolog

Tak, znalazłem się tutaj, gdzie zawsze chciałem być. Stary kapłan wreszcie wyzionął ducha, a ja zajmuję jego miejsce. Tłum głupców wiwatuje wokół zgodnie z tradycją. Patrzą na mnie z zawiścią, ale i z podziwem. Pierwszy raz w jakże długiej historii osady rolniczej kapłanem Re zostaje tubylec. Wiele mnie to kosztowało, aby nie zajmować się uprawą, będąc jedynie częścią mało ważnego fragmentu mrowiska dostarczającego żywność dla całej reszty. Większość ludzi tutaj pragnie jedynie odziedziczyć posadę po rodzicach. Dziewczyny chcą pracować przy spichlerzach lub w porcie przy przeładunku już posortowanego ziarna, a chłopcy pragną tak jak ich ojcowie ciężko pracować w polu. Gdy raz na jakiś czas zdarza się komuś wykazywać większą inteligencję w swoim pokoleniu, rodzina z dumą posyła go na najważniejszą wyspę Archipelagu, aby szkolił się tam na kontrolera roli. Gdy wraca po dłuższym okresie nauk i zajmuje jakże zaszczytne, kierownicze stanowisko, rodzina pęka z dumy. Bycie przełożonym rolników to w zasadzie najwyższa pozycja, jaką realnie można uzyskać na naszej wyspie. Jest ona największą z czterech wysp imperium, a jednak jedyne, co można o niej powiedzieć, to „spichlerz Archipelagu”. Całe szczęście, że coraz mniej jest chętnych na służbę oświetlającego życie z góry Re. Owszem, wiara w wielki twór dający światło nie słabnie, ale jakoś ludzie z Aranu, dla których kapłaństwo od zawsze było sposobem na życie, nie kwapią się do odbierania chwały sacrum na dalekim zachodzie, gdzie jedyne, co mogą osiągnąć, to wzbudzenie podziwu przygłupich rolników. Kiedy ponad dziesięć cykli Re temu udawałem się na Aran do Seminarium Światła, moi sąsiedzi nabijali się ze mnie, że trzeba być czarodziejem, aby przejść testy kapłańskie, i że niechybnie skazuję się swoją decyzją na śmierć. Ojciec zaklinał mnie, żebym został kontrolerem roli — z moją inteligencją nie byłoby to trudne. Ja widząc szansę na mistyczną posadę kapłana, nie mogłem jej przepuścić. Gdyby Ci wszyscy modlący się teraz do Re głupcy wiedzieli, że w seminarium już dawno stwierdzono, że Re to jedynie obiekt, będący gdzieś wysoko, niemający nic wspólnego z boską istotą… pewnie i tak wznosiliby do niego modły, prostaki. Testów kapłańskich nawet nie było, a na odchodne powiedziano mi, że dobrze, że się do nich wybrałem, bo nikt inny nie zdecydowałby się objąć posady na tym odludziu. Śmieszne. Cały Archipelag głęboko wierzy w Re, na tej wierze opierają się wszystkie nasze społeczne struktury, nawet ja sam głęboko w niego kiedyś wierzyłem, a najwięksi uczeni imperium, zamiast wyjawić wszystkim poznaną prawdę, tkwią w tym kłamstwie i czerpią korzyści z bycia powiernikami samego wielkiego Re. Ale nie ma się co dziwić, ja sam teraz będę czynił to samo, aż do osławionej ceremonią, chwalebnej śmierci jako sługa naszego jedynego bóstwa. Wiwaty cichną, pora na przemówienie… Cała drewniana świątynia oczekuje, aż powiem coś mądrego, coś świętego, coś, co umocni ich i tak bezgraniczną wiarę w Jedynego. Odwracam się w ich kierunku, widzę stojącego na samym przodzie ojca, który teraz jest prawdopodobnie najdumniejszą istotą całego stworzenia. Spoglądam krótko na znajdującą się w samym środku budynku, pomiędzy wszystkimi krajanami, świętą sadzawkę z wiecznie zieloną, mistyczną rośliną — darem Re. Taka sadzawka znajduje się w każdej świątyni. Roślina — okrągły liść z małą, sztywno wystającą łodyżką — to dla nich symbol mocy Re, który jest w stanie dać wieczne życie każdemu. Nikt poza mną w tym boskim przybytku nie wie, że długowieczność tego kawałka zieleni jest oszustwem. Każdy kapłan ma obowiązek — w mniemaniu wyznawców — oczyszczać sadzawkę z brudów, aby nie zhańbić świętości daru Re, ale tak naprawdę ma to na celu dosypywanie do sadzawki cudownego wynalazku spoza naszej cywilizacji, który powstrzymuje rozwój rośliny i utrzymuje ją w stanie uśpienia przed zakwitnięciem. Prawda objawiona głoszona przez kapłanów nakazuje wierzyć, że gdy roślina zakwitnie, jest to znakiem wielkiej łaski dla kapłana, który automatycznie dostępuje zaszczytu świętej pielgrzymki poza Archipelag. Nikt jeszcze z takowej nie wrócił, chociaż posiadane w seminarium rzeczy sugerują, że istnieje zdecydowanie coś poza czterema wyspami. Podczas nauki na Aranie dowiedziałem się, że zakwitnięcie to nic innego, jak oznaka niełaski zwierzchnictwa, które przez transport substancji innej niż tajemniczy proszek pozbywa się krnąbrnego sługi. Co gorsza, wybraniec zdaje sobie sprawę, że to dla niego wyrok śmierci, ale zawsze utrzymuje, że marzył o takim zaszczycie. Cóż, w prawdę nikt by nie uwierzył, a tak przynajmniej po jego śmierci wszyscy jeszcze długo wspominają, jak wielką łaską obdarzył go Re. Poza tym, na pielgrzymkę otrzymuje się zawsze statek z dość pokaźnym prowiantem i załogą chętnych pomocników wybrańca, więc istnieje pewna szansa na dotarcie na jakiś nieznany ląd. Zawsze tacy pomocnicy się znajdą — wybór pielgrzymki może pozbawić wyroku śmierci, czy w mniemaniu bardziej bogobojnych oczyścić z wszystkich przewin. Nawet jeśliby się nie znaleźli prawdziwie chętni, to Najwyższy Kapłan zapewnia odpowiednią załogę ochoczo odprawiającą wybrańca poza Archipelag. Wyczuwam dość duże napięcie wśród zebranych, chyba zbyt długo zwlekam z przemową:

— Kochani, wytrwali rolnicy, drodzy wyznawcy, przyjaciele… Już dziesięć cykli Re minęło, odkąd opuściłem naszą osadę, aby zgłębić tajniki mej duszy i przygotować się na służbę Jedynemu. Teraz wróciłem i pragnę służyć mu z wielką ochotą, ale pragnę też prowadzić was, przyjaciele, ku chwale złotych pałaców, czekających na nas po odbyciu naszej wędrówki tu, wśród żywych. Mój poprzednik był zaprawdę dobrym kapłanem, wszyscy go szanowaliśmy. Zdaję sobie sprawę, że jako waszemu powiernikowi duchowemu ciąży na mnie wielka odpowiedzialność. Odpowiedzialność utrzymywania niezachwianej wiary w Re, dawcę światła, dzięki któremu wzrastają nasze plony, a świat nie ginie w mroku…

Przerywam swój monolog. Dochodzą do mych uszu odgłosy ogromnego poruszenia. Spuszczam wzrok w kierunku tłumu. Ojciec wpatrzony jest we mnie, jakby patrzył na wcielenie Re. Cała reszta zaczyna coraz bardziej się przekrzykiwać. Ludzie w pierwszym rzędzie spontanicznie padają przede mną na twarz. Ktoś z tyłu krzyknął: „Chwała wybrańcowi!” Wszyscy podchwycili nutę, dobiega do mnie wręcz chóralny śpiew na cześć wybrańca. Już nikt poza moim ojcem nie stoi, a i on po odwróceniu wzroku w kierunku sadzawki, upada na kolana przybierając niezadowoloną, jednak pełną dumy minę. Sadzawka… Spoglądam na nią z niedowierzaniem. Czyżby mój poprzednik przed śmiercią zapomniał o jej oczyszczeniu? Zdaje się, że widziałem go udającego się do sadzawki z proszkiem w ręku. Jedno jest pewne, cała osada rolnicza jest świadkiem wyrastania z łodygi małego, białego pąku, który bardzo szybko na oczach wszystkich zamienia się w niewielki, biały kwiat. Tak, chwilę temu byłem tutaj, gdzie zawsze chciałem być. Teraz muszę udać się w podróż, której nigdy nie chciałem odbyć…

W nieznane

Aran to zaiste piękna wyspa, choć nie miałem zamiaru jej już nigdy oglądać. Widok z okna apartamentów najwyższego kapłana jest cudowny. Spoglądam na tłumy ludzi krzątających się między straganami w wąskich ulicach dzielnicy seminaryjnej. Jest ich więcej niż zazwyczaj, ale to zrozumiałe, w końcu niektórzy przybyli z najdalszych granic Archipelagu, aby osobiście pożegnać wybranego przez Re kapłana. Jakiejś kobiecie stłukła się na kamiennej drodze szklana ikona z Jedynym. Sprzedawca udaje przerażonego — znam go dobrze, stary Aland nic się nie zmienił przez te wszystkie lata. Stosuje swoją, przetestowaną już niejednokrotnie, sztuczkę. Pośród masy mniej znaczących pamiątek z miejsca, w którym zrodził się kult Re, trzyma w centralnym miejscu tylko jedną — dość zręcznie wykonaną — szklaną ikonę przedstawiającą nasze bóstwo. Ktokolwiek o nią spyta, uzyskuje odpowiedź, że to jedyna w swoim rodzaju ikona znaleziona na arańskich plażach, zesłana nam prawdopodobnie przez samego Re. Gdy już uda się ją sprzedać za rozsądną cenę, wyciąga spod lady kolejną, identyczną. Choć teraz nie o sprzedaż chodzi, a o wyłudzenie jak najwyższej kwoty rekompensaty za utratę jedynego w swoim rodzaju daru niebios. Nie tylko kapłani umieją czerpać zyski z kłamstwa…

Zawsze odpowiadało mi położenie miasta Ulwasti. W każdym jego zakątku czuć morską bryzę. Stąd, najwyżej umiejscowionego pokoju w Seminarium Światła, można dostrzec dokładnie liczbę statków w porcie. Próbuję rozpoznać, który z nich jest szykowany na moją pielgrzymkę, ale to próżny trud. Słyszę kroki w przedpokoju. Zgodnie z tradycją Najwyższy Kapłan, przełożony seminarium i głowa kultu Re, odbędzie ze mną rozmowę w cztery oczy, aby umocnić mnie przed świętą podróżą. Według przedstawianej społeczeństwu hierarchii Najwyższy Kapłan nie podlega nikomu, chyba że pojawi się wybraniec, który automatycznie do momentu odbycia pielgrzymki staje się zwierzchnikiem duchowej części Archipelagu. Naturalnie moja władza jest fikcją. Możliwe, że gdybym zarządził jakieś cykliczne uroczystości na cześć Re z okazji mojej misji, usłuchano by rozkazu, ale i to byłoby łaską prawdziwego przełożonego. Rozlega się pukanie.

— Wejdź proszę, o święty ojcze.

— Wybrańcze, nie jestem godny tej łaski. — Uśmiech zniknął z twarzy Esiphela natychmiast po zamknięciu masywnych, drewnianych, zdobionych złotymi symbolami Re drzwi. Dwóch adeptów pierwszego cyklu dostępujących zaszczytu pilnowania apartamentów nie należy jeszcze zaznajamiać z prawdą kapłańską. W tym miejscu skończy się kurtuazja, a zacznie standardowa rozmowa. Esiphela zawsze darzyłem ogromnym szacunkiem. Publicznie był zawsze bardzo dostojny. Siwa broda i włosy doskonale pasują do jego przenikliwych, brązowych oczu. Jednolita, złota szata z wyszytym na piersi srebrnym napisem „Najwyższy pod światłem” idealnie przylega do masywnego, umięśnionego korpusu. Jego przemowy są w tutejszych murach niemal legendarne. Pamiętam, w jakim byłem szoku, gdy przy pierwszej prywatnej rozmowie wypowiedział do mnie słowa: „Gratuluję, kurwa, najlepszej posady naszego, ja jebie, królestwa Re.” Ten publicznie nienaganny, poważny i bardzo elokwentny kapłan, prywatnie był zwykłym, wulgarnym, świadomym hipokryzji swojej funkcji człowiekiem. Jednak zawsze był szczery i mówił prosto, bez kombinowania, a to zasługuje na sympatię.

— Co ty sobie myślałeś, do jasnej cholery? Zaniedbałeś sprawdzenia sadzawki, kurwa. To jebana podstawa twojej pierdolonej pracy! Mogłeś się spodziewać, że ten stojący nad grobem pierdziel zapomni o swoich obowiązkach! W dupie mam ciebie, ale kto teraz zajmie się wciskaniem kitu na tym twoim zadupiu?

— Rozumiem rozgoryczenie, Esiphelu, ale sam widziałem, jak mój poprzednik tuż przed śmiercią udaje się z proszkiem czyścić sadzawkę. Nie widziałem, czy faktycznie to zrobił, ale wątpię, aby zapomniał bądź celowo tego nie uczynił.

— Kurwa… Jeśli o mnie chodzi, to na pewno wysłaliśmy mu dobry proszek. No nic, co się stało, trzeba łyknąć. Zrobimy ci przecudny orszak do statku i wypuścimy, ale żal, że trzeba będzie się rozstać.

— Dziękuję za wszystko. Za nauki, za możliwość zostania kapłanem i za prawdę, jaką mi tu przekazano.

— No już, przestań, niepotrzebne mi te ceregiele. Niczym nie zawiniłeś kultowi, więc może jakoś to odkręcimy. Na pielgrzymkę musisz się udać, popływasz sobie jakieś ćwierć cyklu i możesz zawracać. Tylko zdejmijcie banderę kapłańską i zmyjcie insygnia z pokładu. Jak pokierujecie się na port Archipelagu spoza Aranu, to może nikt was nie pozna. I pamiętaj, jeśli ktokolwiek będzie podejrzewał, że to wybraniec powrócił, to jako pierwszy obwołam cię oszustem, który miał czelność podszyć się pod wybrańca Jedynego, a potem zostaniesz zabity. Sam rozumiesz, że muszę dbać o dobro kultu, a powrót kapłańskiego pielgrzyma narobiłby nam dużo kłopotów. Natomiast jeśli uda ci się wrócić po cichu, to możesz zaszyć się z załogą gdzieś na dłużej. Potem może znajdę ci jakąś mało męczącą robotę w stolicy. Powinno wam starczyć zapasów nawet na przeczekanie większej ilości czasu na jakimś odludziu, najlepiej gdzieś na Spichlerzu — Esiphel mówił oczywiście o mojej rodzinnej wyspie — aż wszyscy zapomną, jak wyglądał ten nasz wybraniec. Tylko żebyś przypadkiem po powrocie na spichlerz nie uwił sobie gniazdka gdzieś w pobliżu ojcowizny, bo jeszcze tego by brakowało, żeby twoi krajanie porozpowiadali, że wróciłeś. Ale chyba nie muszę ci tego tak dokładnie tłumaczyć? Ostrożność przede wszystkim.

— Przyjacielu, jestem wdzięczny, ale być może zrządzenie losu ma być dla mnie znakiem, aby nie zaniechać pielgrzymki. Skoro coś istnieje daleko za Archipelagiem, to może warto spróbować to odnaleźć. — Zszokowały mnie własne słowa. Czyżbym podświadomie pragnął umrzeć w imię pośmiertnego wywyższenia? — Nie taką przyszłość planowałem, ale może właśnie taka była mi pisana. Odnośnie do powrotu, mało statków poza handlowymi zatrzymuje się na Spichlerzu. Czy nie sądzisz, że nie jest to łatwe, aby nie wzbudzić niczyich podejrzeń?

— Może jest, może nie. Do tej pory wszyscy wysyłani byli na śmierć, więc po powrocie na Archipelag i tak ich ona czekała. Nawet jeśli udawało im się dotrzeć do legendarnego lądu innej cywilizacji, to prawdopodobnie jako trupy na statku. Przecież wiesz, że wielokrotnie próbowaliśmy wysyłać ekspedycje poszukujące czegoś poza Archipelagiem, zawsze bezskutecznie. Ale jeżeli marzy ci się szukać słynnych ziem na zachodzie i nie wrócisz, to trudno, kurwa! — Esiphel zabił owada, który od jakiegoś czasu próbował ugryźć okolicę jego szyi. — Patrz, to ci jebana gadzina. Eh, szkoda, brakuje nam chętnych w służbie na odległych krańcach królestwa, ale sam sobie jesteś, do kurwy nędzy, winien. Powinieneś być czujny. Teraz się prześpij, a jutro poszukamy ochotników na, ja pierdolę, świętą pielgrzymkę! Jak nie wrócisz, to wiedz, że nie byłeś moim ulubionym adeptem, ale kurwa i tak byłeś w porządku!

Po bardzo przyjacielskim uścisku Najwyższy Kapłan pompatycznie opuścił udostępnione mi chwilowo apartamenty. No cóż, pozostało mi położyć się spać. Nie wiem czemu, ale jakoś wcale nie ucieszyłem się na myśl o powrocie, co napawa mnie pewnym niepokojem. Mam niczym nieuzasadnione przeczucie, że pielgrzymka to coś całkiem naturalnego. Coś, co wyjdzie mi na dobre. Chyba oswajam się z myślą o śmierci, bo sam nie wierzę w to, że zaczynam pragnąć odbyć tę podróż…

***

Po bardzo spokojnej nocy i uroczystościach we wspólnocie seminaryjnej udajemy się właśnie na procesję do statku wybrańca. W jej trakcie każdy pragnący odbyć błogosławioną przez Re wyprawę może poprosić mnie o udzielenie przepustki na statek. Szczególnie będzie na tym zależeć niektórym przestępcom, skazanym przez Radę Najwyższego Kapłana na śmierć, ale zdaję sobie sprawę, że nie powinienem takich ludzi wpuszczać na pokład. Nie mam się zapewne czym martwić, bo bardzo dziwnym byłoby, gdyby Esiphel dopuścił chociaż niektórych z przestępców do mnie. Znając jego stosunek do roli kapłaństwa, nie zaryzykowałby żadnego niekontrolowanego zhańbienia wybrańca. Re odbija swe łaskawe promienie od kamiennych ulic Ulwasti, co z pewnością dodaje wiary wszystkim świadkom w prawdziwość zesłanego na mnie błogosławieństwa. Procesja posuwa się powoli. Co jakiś czas zwykły mieszkaniec staje na drodze prosząc o zaszczyt towarzyszenia mi w świętej wyprawie. Za każdym razem odmawiam. Esiphel zapewnił mi wystarczającą załogę, nie ma sensu, żeby ci nieświadomi ludzie marnowali sobie życie. Jesteśmy coraz bliżej portu. Widzę ciężko pracujących mieszkańców Ulwasti, kończących załadunek prowiantu na mój statek. Niedaleko inni robotnicy ładują identycznie wyglądające skrzynie na jeden z okrętów Kapłańskiej Kompanii Handlowej, chociaż z pewnością o innej zawartości. Kompania dostarcza smołę wydobywaną w północnej części Aranu wszystkim wyspom Archipelagu. Bez niej drewniane budowle nie byłyby tak trwałe. Wybraniec wybrańcem, ale Esiphel nie opóźni złotodajnego kursu, choć z pewnością zajmujący się załadunkiem woleliby machać mi na pożegnanie. Zbliżam się nieuchronnie do momentu wejścia na statek. Procesja się zatrzymuje, a towarzyszący mi Esiphel, spokojnie i dostojnie wodząc wzrokiem po obecnych, rozpoczyna swoją mowę:

— Najdrożsi wierni! Jesteśmy wszyscy wielkimi szczęściarzami. Nie każdy ma okazję osobiście pożegnać prawdziwego wybrańca światła, pomazańca Re, człowieka, który uda się w nieznane, aby szukać nowego świata dla dzieci światła. Tak oto, jako święty ojciec w służbie Jedynego, pragnę wyrazić… — Najwyższy Kapłan przerwał monolog, bo właśnie z tłumu zasłuchanych ludzi wybiegł mężczyzna średniego wzrostu, o blond włosach, w skórzanym stroju i z zielonym płaszczem, który właśnie opada mu na plecy. Tuż za intruzem z tłumu wyłaniają się osobiści poddani Esiphela, którzy przystają pod wpływem ostrzegawczego wzroku świętego ojca. Człowiek w płaszczu zdejmuje z głowy kaptur i wyzywająco spogląda swymi niebieskimi oczami na Najwyższego Kapłana, uśmiecha się dość ironicznie, po czym zwraca się w moją stronę.

— Wybrańcze! Całe szczęście, że zdążyłem przybyć na ceremonię pożegnalną, gdyż pragnę towarzyszyć ci w zaszczytnej misji odkrywania tego, co nieznane. Czy zechcesz przystać na moją ofertę służby? Jestem znanym złodziejaszkiem, moje zdolności będą niewątpliwie niezastąpione na nowych ziemiach — ukradkiem spoglądnął w stronę Esiphela. — W dodatku mam pewne informacje niezbędne dla sukcesu wyprawy. Ależ ależ, gdzie moje maniery. Zwą mnie Isel, do usług.

Isel skłonił się nisko z gracją machając ręką. Spojrzałem na Esiphela. Z miny mogłem wywnioskować, że przejął się widokiem nieznanego. Zaintrygowało mnie to. Wszyscy dotychczasowi ochotnicy nie zasłużyli na jego uwagę. Może nie wygląda na zbrodniarza, jakiego wyobrażałem sobie zabrać na statek, ale nawet wielcy mordercy zazwyczaj nie wpływają na samopoczucie Najwyższego Kapłana.

— Iselu, nie wiem, o jakich informacjach mówisz, ale promienie światła padają na ciebie wyraźnie. Jestem przekonany, że sam Re zesłał mi cię, abyś uczynił moją wyprawę skuteczną i aby wszyscy tu zgromadzeni dostąpili w przyszłości radości ze spełnionej pielgrzymki w imię Jedynego.

Isel szybko wszedł na statek odwdzięczając mi się szczerze wyglądającym uśmiechem i z niewątpliwie nieszczerze okazanym szacunkiem skłonił się jeszcze raz. Spojrzałem na Esiphela. Nie mógł odwołać mojej decyzji, wzburzyło by to ludzi. Mimo uśmiechów kierowanych w stronę tłumu jego wzrok okazywał rozczarowanie przyjęciem Isela w poczet załogi. Jakby chciał dać do zrozumienia, że mieszam się w nieswoje sprawy lub też tylko przesunąłem czyjś wyrok na podstawie nieprawdziwego zapewnienia o rzekomych informacjach. W końcu uratowałem ściganego przez poddanych Najwyższemu Kapłanowi. Sam się zastanawiam, jakież to wiadomości może mieć dla mnie złodziej ścigany przez sługi Esiphela. Jedno wiem na pewno. Skoro zaszedł Esiphelowi za skórę, to na pewno jest postacią godną uwagi. Czas wyruszać, zaraz odbijamy od brzegu, dość tych okrzyków radości. Jeśli będę miał szczęście, dowiem się czegoś ciekawego nim skończę jako zapomniany pielgrzym. Udaję się na rufę i pozdrawiam tłumy. Oddalając się od brzegu dostrzegam Esiphela, który macha mi na pożegnanie i bardzo szybko odwraca się, idąc w stronę seminarium. Nie mogę już rozpoznać poszczególnych osób w porcie. To najwyższy czas udać się do komnat.

Przechodząc po statku rozpoznaję załogę. Uśmiecham się serdecznie do Ebuhleni. Odwzajemnia uśmiech i natychmiast wydaje nowe rozkazy, chociaż załoga zdaje się dokładnie wiedzieć, co ma robić. Jej czarno-czerwone, długie włosy powiewają na morskim wietrze. Miałem ogromne szczęście, że spośród wszystkich dostępnych kapitanów trafił mi się ten najpiękniejszy przebywający na Aranie. Ebuhleni powiedziała mi wczoraj, że płynie ze mną w podróż. Nie chciałem się na to zgodzić, bo odbyłem z nią rozmowę jeszcze przed usłyszeniem od Esiphela o możliwości powrotu, a poza tym jakaś część mnie wcale nie chce wracać. Nie do mnie jednak, lecz do niej należała decyzja. Poznałem Ebuhleni jeszcze będąc w seminarium. Byliśmy w sobie zakochani, ale nasz związek nie mógł kwitnąć, w końcu miałem zostać kapłanem Re. Niemniej jednak obiecałem jej wtedy, że na zawsze będę ją nosił w swym sercu, ale też poleciłem, aby ona znalazła sobie inną osobę do kochania. Najwyraźniej nie posłuchała, moja najdroższa. Teraz nie ma sensu gniewać się na nią, że zdecydowała się zaryzykować dla mnie życie. Skoro i tak klamka zapadła, mam zamiar okazać jej, jak bardzo ją kocham, oczywiście z dala od oczu załogi. Sam się sobie dziwię, że nie rozważam nawet opcji podsuniętej przez Esiphela o osiedleniu się z moją ukochaną gdzieś na wschodzie spichlerza, z dala od obowiązków kapłana. Co dziwniejsze, brak takich myśli wydaje mi się czymś naturalnym, tak jakby ktoś powierzył mi misję podróży na zachód, a nie zostałem w nią wysłany przez pomyłkę. W każdym razie czuję, że moja wyprawa nie skończy się śmiercią głodową na bezdrożach oceanu i to przeczucie odrzuca jakiekolwiek myśli o zaniechaniu próby znalezienia innego świata. Schodzę do komnat, i otwieram drzwi do mojego pokoju. Z prawej strony jest wielki kufer z moimi rzeczami i biurko, a z lewej wygodne łoże. Teraz widzę, że nie jest puste. Czeka tam na mnie zadowolony z siebie Isel i wita słowami:

— Nie sądziłem, że ktoś tak zacny jak ty, udzieli mi tego zaszczytu.

— Zaoferowałeś bardzo dobrą cenę za ten zaszczyt.

— Nie sądziłem, że ktoś tak zacny jak ty, będzie potrzebował moich umiejętności posługiwania się wytrychem, ale z chęcią pomogę, gdy nadejdzie czas.

— Nie o tę część oferty mi chodziło.

— Doprawdy? Nie sądziłem, że ktoś tak zacny — nadużywa tego słowa — jak ty, uwierzy w słowa zwykłego, choć porywająco przystojnego, oszusta. Ale spokojnie, mam pewne informacje. Może nagiąłem trochę ich rolę w sukcesie całej pielgrzymki, ale zastanawia mnie, czy naprawdę wierzysz w tego całego Re?

Ostatnie pytanie jasno dało mi do zrozumienia, że mam do czynienia z człowiekiem bardzo bliskim mi światopoglądowo, a więc w tym wypadku dobrze poinformowanym. Jasnym jest, że chciał wejść na statek z całkiem innych pobudek niż inni, ale ja nie dam się tak łatwo zbyć z tematu rozmowy.

— Jeśli cię to interesuje, to bóstwo takie jak Re nie istnieje. Ale podobno informacje, które posiadasz, już tak.

— Doskonale wiem, że nie istnieje. Od dawna szperałem w seminarium. Bardzo mnie bawi fakt, że ludzie sprawujący pieczę nad wiarą w Re, są uczeni tego, że dawca światła nie ma nadprzyrodzonej formy osobowej, o jaką się go posądza. Czy raczej, powinienem rzec, to coś się posądza.

— Jesteś zaiste, jak ty to ujmujesz, zacnym rozmówcą — naprawdę tak zacząłem uważać. Przede wszystkim trzeba być odważną i jakże głodną prawdy osobą, aby zakraść się do seminarium w celu zdobycia informacji. Być może głupią, aby zaryzykować życie dla wiedzy wpływającej tylko na sferę duchową, ale nadal godną podziwu — i chętnie porozmawiam z tobą na wiele tematów, skoro i tak razem mamy odbyć tę pielgrzymkę, ale teraz chciałbym się położyć. A nie położę się, dopóki nie udzielisz mi informacji, dla których zostałeś przyjęty w poczet załogi.

— Eh, jak ktoś tak zacny — odrzekł z ironicznym uśmiechem Isel — może tak szybko pozbawiać tajemniczości jedynej tajemniczej w jego życiu rzeczy. Udaj się więc teraz na spoczynek, bo żadnych informacji teraz nie udzielę. Z chęcią porozmawiam o tych informacjach pod koniec kroku Re, trzymając cię jeszcze w niepewności. Zacnego wypoczynku.

Isel wstał, skłonił głowę i wyszedł. Cóż, wolny od zgiełku Archipelagu, spokojnie mogę zasnąć, w oczekiwaniu na cokolwiek, co przyniesie mi ta wyprawa.

***

Odpoczywałem ponad pół kroku Re. Zastanawia mnie, czy gdyby faktycznie istniało coś poza Archipelagiem, jakaś cywilizacja, to mielibyśmy problemy z komunikacją? Jeśli stwierdzę, że podróżowaliśmy ćwierć cyklu Re, to co im to powie? Na Archipelagu nawet najgłupsi wiedzą, że po kroku Re następuje noc, sen Re, a „każdy śpi gdy sam Re śni”. Ale chyba nie ma co zaprzątać sobie tym głowy, bo przecież obcy ludzie mogą nie mówić we wspólnym języku. Czy w ogóle muszą to być ludzie? Porzuciłem te rozważania i postanowiłem sprawdzić, co dzieje się na pokładzie.

Nasze bóstwo składa się do snu. Odbija swoje czerwone promienie od tafli wody. Piękny widok. Na dziobie statku Isel chyba zaleca się do Ebuhleni. Nic dziwnego, nawet mając konkurencję olśniewa mężczyzn wokół, a na tej pielgrzymce konkurencji raczej nie ma. To chyba najwyższy czas, aby porozmawiać z Iselem o jego ważnych informacjach:

— Przepraszam, że przerywam konwersację. Pani kapitan, czy mogę spodziewać się wizyty po zmroku? Mamy parę rzeczy do przedyskutowania.

— Nie musicie przy mnie udawać — wtrącił Isel. — Od razu widać, że jesteście zakochani — sam nie wiem, czy to jego spostrzegawczość jest ponadprzeciętna, czy może zwyczajnie tak wielkiej miłości nie sposób ukryć — choć bardzo to intrygujące, kiedy mieliście okazję się poznać, skoro podobno miałeś placówkę na spichlerzu — i oczywiście dodał — zacny wybrańcze.

— Właśnie rozmawiałam z Iselem o powodach, które kierują ludźmi do obrania ścieżki zmierzającej do śmierci, choć istnieją też inne wybory.

— Doprawdy? I do jakich wniosków nasz okrętowy ekspert od włamań doszedł w tej sprawie?

— Cóż, chyba jedynie do takich, że to chwilowa głupota, która pozwala nam przedłożyć cokolwiek nad życie, choć powszechnie wiadomym jest — w tym momencie Isel począł spoglądać z przekąsem to na mnie, to na Ebuhleni — że będąc martwym nie możemy wspomnianego „cokolwiek” już doświadczać.

— Za dużo w tym fatalizmu — odparła ma ukochana nie zważając na kąśliwość Isela. — Czasami lepiej jest doświadczyć czegoś raz i umrzeć, niż żyć z myślą, że nigdy tego nie doświadczę.

— Cóż, błogosławionej przez Re pielgrzymce muszą towarzyszyć godne powagi wyprawy rozważania. Wiesz dobrze Iselu, po co tak naprawdę przerwałem wam dyskusję.

— Zdaję sobie sprawę, że nadszedł czas zapłaty, o zacny wybrańcze, za wstęp na pokład.

— Otóż to.

— Dobrze więc — Isel potrząsnął z gracją swymi włosami, jakby próbował zwrócić na siebie uwagę dziewek w karczmie, a nie przygotować się do przekazania cennych informacji. — Jak ci wiadomo, Esiphel wydawał się być przejęty moją osobą podczas portowej ceremonii pożegnalnej. A było tak dlatego, że wszedłem w posiadanie pewnego dziwnego dokumentu, który wykradłem z tajnej kryjówki Najwyższego Kapłana — w tym momencie z wewnętrznej kieszeni płaszcza Isel wydobył zwój papieru, wyraźnie stary. Nie przeszkadzał mi fakt, że okradł mojego znajomego. Esiphel był moim zwierzchnikiem. Był całkiem w porządku przełożonym, ale nie miałem zamiaru robić awantury złodziejowi, że kogoś okradł. W końcu wiedziałem kogo wpuszczam na pokład. — Szczerze mówiąc, celem włamania były skrzynie z dochodami Kapłańskiej Kompanii Handlowej, jakie Esiphel stara się schować przed współbraćmi kapłanami, prawdopodobnie w celu zapewnienia sobie zasłużonej, bogatej emerytury. Widziałem raz jak przemykał nocą ulicami Ulwasti ze skrzynią, a wracał już bez niej.

— To w sumie do niego pasuje. Posadę zawsze łączył jedynie z własnym bogactwem i swoją władzą — wtrąciłem.

— Postanowiłem, że następnym razem, gdy tylko nadarzy się okazja, będę go śledził i odnajdę kryjówkę ze złotem. Nie dalej jak dwa kroki Re przed naszym spotkaniem, tuż po zmroku, zaczaiłem się na głowę kultu. Śledziłem czujnie jego krótką wyprawę z seminarium do bardzo dobrze zakamuflowanej nory w ziemi, tuż przy granicy z lasem arańskim. Raczej nikt nas nie widział, Esiphel wyraźnie dbał o to, aby przypadkiem ktoś obudzony w środku snu Re nie spostrzegł Najwyższego Kapłana przechadzającego się ulicami miasta. Nie wiem, co Esiphel robił w tej norze, ale nie zabawił w niej długo, a ja zajrzałem tam tuż po jego wyjściu. Nora, jak nora, zwykła skrytka. Znalazłem w niej cztery poszukiwane skrzynie, ale uwagę moją przykuł ten oto zwinięty kawałek papieru, oparty o glinianą ścianę. Rozwinąłem go — w tym momencie Isel rozwinął zwój, a pismo na papierze zaczęło lśnić jaskrawym, niebieskim blaskiem — i tak jak teraz pismo zaczęło świecić. Odczytałem zapis i nie mogłem sobie tego nie przywłaszczyć. Proszę.

Isel podał mi zwój. Lśniącymi, niebieskimi literami było na nim zapisane:

Ja, Truleyl, przyrzekam Kuphelowi Jedynemu,

Twórcy Nomhlaby, bogowi memu prawdziwemu:

Wraz z chętnymi ludźmi na wschód się udam daleki,

by szukać ziem nieznających Kuphela przez wieki.

A gdy Kuphel wezwie kogoś spośród nas w przyszłości,

cały lud, będąc pod wpływem ogromnej radości,

wybrańca wyprawi do Nomhlaby w podróż długą,

by ten, będąc pokornym Kuphela dobrym sługą,

przekazał wieść radosną dla wszystkich napotkanych

i na nowo odbudował na ziemiach zastanych,

potęgę państwa ludzi pod blaskiem Jedynego.

Gdyby nie wypełniono przyrzeczenia mojego,

szczególnie, jeślibym o przysiędze nie powiedział,

a na wezwanie Kuphela nikt nie odpowiedział,

lecz ziemię nową tylko by ciągle zasiedlano,

nawet, jeśliby wiarę w całości zapomniano,

przekleństwo niech spadnie na lud mocą obietnicy.

Niech lud ten pamięta, że z nich tylko namiestnicy,

a gniew Kuphela Wspaniałego straszny być może.

Nic w ucieczce przed nim namiestnikom nie pomoże.

W prawym dolnym rogu kartki ujrzałem jeszcze podpis, nie połyskujący niebieskim blaskiem, prawdopodobnie sporządzony krwią:

Truleyl I, z łaski Kuphela namiestnik ziemi nowej,

przysięga ta na mnie i na dzieci moje.

Spojrzałem na Isela zaciekawiony. W historii Archipelagu nie był znany żaden Kuphel, natomiast kroniki seminaryjne wskazują imię Truleyla jako pierwszego z imperatorów. Oczywiście nie ma pewności, czy to ten sam, ale raczej nie ma mowy o zbiegu okoliczności. W seminarium pokazano mi kilka rzeczy pochodzących spoza Archipelagu, ale zobowiązanie, które miałem w rękach, mogło dowodzić istnienia na zachodzie cywilizacji starszej od naszej. Mało tego, prawdopodobnie, o ile treść informacji byłaby prawdziwa, jest to cywilizacja, z której wywodzi się życie na Archipelagu.

— Jak widzisz — ciągnął dalej Isel — prosząc cię o wstęp na pokład nie obierałem drogi śmierci.

— Czy to z powodu tego zwoju byłeś ścigany przez ludzi Esiphela?

— Esiphel najprawdopodobniej nie wie do tej pory nic o mojej kradzieży, ale pech chciał, że postanowiłem zasięgnąć czyjejś porady w sprawie tajemniczego pisma. Ponieważ od dawna nie ufam kapłanom Re, więc stwierdziłem, że zapytam słynnego wieszcza z Ulwasti…

— Zaczekaj, masz na myśli jasnowidza z doków? Nigdy go nie widziałem — wtrąciłem.

— Tak, tego, którego podobno można spotkać jedynie w prawdziwej potrzebie. Niestety, moja potrzeba chyba nie była prawdziwa — Isel parsknął śmiechem — bo nie dość, że nie spotkałem wieszcza, to jeszcze natknąłem się na sługi Esiphela. Nic by to nie szkodziło, gdyby nie fakt, że stałem blisko załadunku smoły i zostałem niesłusznie przez nich oskarżony o kradzież jednej z beczek z tym jakże cennym towarem. Nie mam pojęcia, co strzeliło im do głów i jak niby miałbym wziąć i jeszcze schować beczkę. Normalnie może bym nawet udał się na przesłuchanie, ale ze skradzionym pismem przy sobie nie mogłem ryzykować. Ponieważ był to czas ceremonii pożegnalnej, stwierdziłem, że popłynę razem z tobą, o zacny wybrańcze — znów uśmiech na twarzy. — Zwyczajnie wierzę, że uda się nam dotrzeć na zachód. Przed próbą spotkania wieszcza szperałem co nieco w bibliotece seminaryjnej, chociaż zakradnięcie się do niej było nie lada wyzwaniem, lecz nie znalazłem żadnej informacji o niejakim Kuphelu, a przecież Truleyl w tym oto piśmie zwie go bogiem. Nie wygląda na to, żeby ten przydomek był związany z ponadprzeciętną urodą, jak ma to miejsce w moim przypadku — w tym momencie rzucił pełnym podtekstów spojrzeniem w stronę Ebuhleni.

— Dobrze, bo jeżeli tak ma wyglądać boskość, to nie mam ochoty spotkać żadnego bóstwa na swej drodze — chyba o wierność mojej ukochanej mogę być spokojny. — Czy Truleyl nie był przypadkiem pierwszym odnotowanym władcą Archipelagu?

— A i owszem — odrzekłem. — Ale nie ma pewności czy chodzi o tego samego Truleyla, chociaż osobiście nie sądzę, abyśmy mieli do czynienia ze zbieżnością imion. Jeśli mam być szczery, to kwestia sadzawek jest ustawiona przez kierownictwo kultu — z twarz mych rozmówców widać wyraźnie, że byli o tym przekonani już dawno. Cóż, być może pośród wyznawców Re jest więcej wątpiących, niż szacują kapłani — więc nie sądzę, aby w ten sposób wzywał nas Kuphel. Poza tym nie wiemy, do jakich przymiotów odnosi się tytuł boga. Istnieje ogromna szansa, że Kuphel był jedynie tamtejszym królem, a określanie go bogiem jest tylko tytularne, co znaczy, że może już nie żyć. Jest też szansa, że zwój ten wcale nie pochodzi spoza Archipelagu. Może Esiphel próbował sfabrykować jakiś dokument, który podważyłby wiarę w Re? Nasza trójka wie, że bóstwo Re nie istnieje, ale przecież takich ludzi jest niewielu. Może Esiphel chciał wpuścić w obieg jakąś przesłankę do zaprzestania fałszywej wiary, bo przecież nie mógłby otwarcie obwieścić światu nowiny o nieistnieniu boga. Chociaż nie sądzę, aby ten najbardziej zagorzały hipokryta zrezygnował z mamienia ludzi wiarą w Re. Zresztą jaki miałby w tym interes?

— Żaden.

— Znam Najwyższego Kapłana dość długo i mogę o nim powiedzieć sporo dobrego oraz złego, ale na pewno nie chciałby rujnować wiary dającej mu aktualną pozycję, choć sam wielokrotnie się z niej nabijał. No i jeszcze to połyskujące pismo… W seminarium ani nigdzie indziej nie spotkałem się z czymś takim. Jeśli więc założymy, że zwój ten nie jest jakimś pozbawionym sensu planem Esiphela mającym podważyć wiarę na Archipelagu w dzieło stworzenia dokonanego przez Re, to prawdopodobnie Truleyl bardzo dawno temu zobowiązał się szukać nowej ziemi dla swojego pana, Kuphela, którego tytułuje bogiem. Po odnalezieniu tej ziemi najwyraźniej miał przekazać przez kogoś dobrą nowinę swemu panu, ale kroniki nie mówią nic o tym, jakoby ktokolwiek poza wybrańcami Re udawał się na zachód, a już na pewno nie mówią o tym, że ktoś stamtąd powrócił. To miałoby mimo wszystko sens. Esiphel mógł odnaleźć pismo i zrozumiał, że może ono oznaczać koniec kultu, dlatego trzymał je w ukryciu. Pytanie, czemu nie zdecydował się go zniszczyć?

— Sam widzisz więc — wtrącił Isel — że to niezwykle ciekawa sprawa. Ktoś żądny przygód, jak ja, nie mógł odpuścić sobie takiej wyprawy. Może spotkamy samego boga Kuphela? — na jego twarzy pojawił się ironiczny uśmiech.

— Jeśli mam być szczery, dostałem od Esiphela propozycję powrotu na Archipelag. Musielibyśmy się dłuższy czas ukrywać gdzieś na Spichlerzu, ale przeżylibyśmy. Chociaż w wypadku powrotu też istnieje ryzyko związane z potrzebą zatajania tożsamości, ale prawdopodobnie mniejsze niż w przypadku poszukiwania innej cywilizacji. Nie wiem dlaczego, ale coś wewnętrznie każe mi szukać ziem na zachodzie, ale ponieważ nie tylko moje życie od tego zależy, więc pytam was, czy chcecie ryzykować dla mnie wiedząc, że cała wiara w Re jest fikcją?

— Właśnie dlatego, o zacny wybrańcze, ryzykowanie życia wydaje się być właściwym wyborem. Poza tym pochlebiasz sobie twierdząc, że to dla ciebie będę je ryzykował.

— Moją odpowiedź znasz, najdroższy. Dla mnie pielgrzymka jest wyjątkowym darem, gdyż mogę odbyć ją z tobą. Ryzyko nie gra roli.

— Dobrze, spytajmy się jeszcze załogi, dajmy im wybór — ucałowałem Ebuhleni. Jak mogłem zrezygnować z niej dla posady kapłana? — Nie chcę, aby byli zmuszeni odbyć tą niepewną podróż.

Zebrałem wszystkich na pokładzie i zadałem pytanie, czy chcą ryzykować życie w imię wybranego przez Re, bo jeżeli nie, to mocą nadaną mi przez Najjaśniejszego zwolnię ich ze służby. Nie przyszło mi wtedy do głowy, że gdyby została nas tylko trójka, to nie udałoby się prowadzić statku, ale na szczęście niewielu zdecydowało się porzucić służbę w chwale Re. Nie każdego należało uświadamiać o fałszywości kultu. Część z nich z wdzięcznością przyjęła moją propozycję, ale większość pozostała, prawdopodobnie bojąc się reperkusji ze strony Esiphela, gdyby tylko dowiedział się o dezercji. Być może ktoś został kierowany wiarą w słuszność służby wybrańcowi. Zwolnieni zabrali łodzie ratunkowe i udali się w drogę powrotną na Archipelag, ale raczej nie na Aran. Nie będą mogli chwalić się swym udziałem w pielgrzymce, bo zostaliby wyizolowani przez społeczeństwo. Gdy już na statku zostali jedynie ludzie gotowi na śmierć, udałem się do swej komnaty. Czekała tam na mnie ukochana.

— Wiesz, coś mi mówi, że słusznie robimy płynąc na zachód, ale nawet jeśli nigdzie nie dopłyniemy, z tobą u boku godzę się na wyrok śmierci. Kocham cię.

— A ja ciebie — odpowiedziała i obdarzyła pocałunkiem. Utonąłem w jej miłosnym uścisku.

Bestia z głębin

Minęło kilkanaście spokojnych kroków Re. Znów budzę się rano samotnie. Ebuhleni wstaje wcześniej, musi dbać o porządek na pokładzie. W trakcie tych dni wielokrotnie myślałem, czy jednak nie zawrócić, szczególnie podczas upojnych nocy z ukochaną, ale nad ranem, jak w tej chwili, zawsze nabierałem przekonania, że na zachodzie nie czeka nas śmierć. Kilkakrotnie upewniałem się, czy wszyscy myślą tak samo. Przekonanie to jedno, ale statystyki nie kłamią. Z pielgrzymki jeszcze nikt nie wrócił. Mimo to wszyscy wydają się ochoczo brnąć dalej na zachód, a w szczególności Isel. Bardzo się z nim zaprzyjaźniłem. Oprócz ogromnej wprawy w posługiwaniu się swoim mieczykiem i ponadprzeciętnych zdolności akrobatycznych, które co dzień prezentuje trenując na oczach załogi, wydaje się posiadać bardzo lotny umysł, jakiego nie spodziewałbym się spotkać u osoby trudniącej się kradzieżami. Dysponuje też poczuciem humoru, choć tego akurat się spodziewałem. Słychać gorączkowe dzwonienie, rozlega się alarm, muszę szybko wybiec na pokład.

— Co się dzieje? — pytam pierwszego napotkanego człowieka.

— O, wybrańcze, nastąpiła straszna tragedia. Kucharz chciał kolejną beczkę z prowiantem z magazynu, więc została mu dostarczona, ale okazało się, że w środku jest smoła. Najwyraźniej przy załadunku nastąpiła pomyłka i prowiant trafił na transporter kompanii! Sprawdziliśmy pozostałe beczki, wszędzie smoła! Szacuje się, że przy porcjowaniu racji pożywienia nie starczy na dłużej niż 10 kroków Re, a to oznacza, że nie możemy zawrócić. Czeka nas śmierć!

— Spokojnie, światło Re na nas pada — poczułem się w obowiązku pokrzepić załogę, choć sytuacja była faktycznie beznadziejna. Ja nie byłem załamany, a przecież powinienem. Nie pozostało nic innego, jak płynąć dalej na zachód i czekać na cud.

— Nielicha historia, o zacny — Isel szturchnął mnie, położył mi rękę na ramieniu, po czym dodał. — Jeszcze istnieje nadzieja, że natrafimy na kogoś. Jeśli nie na lądzie, to może będziemy tymi szczęściarzami, którzy jako pierwsi dostąpią radości oglądania ekipy poszukującej zaginionej wyprawy Truleyla I — jego zachowanie wobec nieuchronnego końca zasługiwało na podziw. Isel nie przywiązywał wagi chyba do niczego. Szanuję jego charakter, ale znając życie poczucie humoru w takiej sytuacji może być źle odebrane przez niektórych członków załogi.

— To nie jest dobry moment na żarty, fatalna pomyłka przy załadunku kosztuje nas życie.

— Pociesz się w ten sposób. Gdybyśmy mieli prowiant, ale pomimo cyklu Re poszukiwań nigdzie nie dotarli, oznaczałoby to, że umarliśmy przez ciebie. Teraz nie ma znaczenia, czy zdecydowałbyś się na powrót, czy też nie, bo i tak byśmy dopłynęli do tego miejsca, a nawet dalej, a dopiero po tym zarządziłbyś kurs na Archipelag. Czyli niezależnie od twojej decyzji i tak byśmy pomarli.

— Jakoś wcale nie pociesza mnie myśl, że z góry sądzona nam była śmierć. Ale nic, musimy płynąć dalej, nic nam nie zostało.

W tym momencie Ebuhleni rzuciła mi się w objęcia i obdarzyła pocałunkiem.

— Jasne, nie przeszkadzajcie sobie. Widzę, że nieuchronna śmierć hamuje opory przed wyznaniem prawdy załodze — rzekł Isel i poszedł do kuchni.

W tłoku panującym na statku, pośród modlitw w kierunku Re o przyjęcie do złotych pałaców lub krzyków rozpaczy, obejmowałem Ebuhleni i patrzyłem w jej śliczne oczy. Nie widziałem w nich trwogi, jedynie miłość.

— Nie martw się, może nic nie przemawia za tym, że przeżyjemy, ale coś głęboko we mnie każe mi wierzyć, że ziemie na zachodzie są blisko. Chcę, abyś wiedziała, że nawet jeśli moje przeczucie jest nieprawdziwe, to najprawdziwsza w świecie jest moja miłość do ciebie. Zawsze marzyłem, że umrę u twego boku, najmilsza. Co prawda w moich snach byliśmy już starzy i zmęczeni życiem, ale wciąż jest to wielkie szczęście, że przyjdzie mi się pożegnać z tym światem u twego boku.

— Kocham cię — odrzekła i obejmowaliśmy się długi czas nie zważając na panikę na okręcie.

Po jakimś czasie ludzie się uspokoili. Ciężko nazwać ten stan pogodzeniem się z losem, ale chyba wszyscy zrozumieli, że te ostatnie kilka dni mogą przeżyć inaczej niż oddając się ubolewaniu nad swoją sytuacją. Re zaczął układać się do snu, czerwone promienie pięknie odbijały się od tafli spienionej falami wody. Ebuhleni podziwiała ze mną ten widok. Nagle, zupełnie nieoczekiwanie, uformowała się ogromna fala pędząca w naszym kierunku. Ebuhleni natychmiast zawołała:

— Ster prawo na burtę, coś na nas pędzi!

I faktycznie, coś było tu właściwym określeniem. To nie była fala, ale gigantyczne, niebieskie stworzenie. Pierwszy raz widziałem tak olbrzymią istotę, o wysokości sześciu, może siedmiu ludzi, nie licząc części jej ciała znajdującej się pod wodą. Zbliżała się do nas błyskawicznie. Dostrzegłem ogromne, niebieskie łuski pokrywające jej ciało i potężne szczypce w okolicy czegoś, co chyba mogę nazwać otworem gębowym. Chyba nie posiada żadnych kończyn, a przynajmniej nie trzyma ich nad powierzchnią wody. Stwór był wyraźnie zainteresowany atakiem na nasz statek. Isel krzyknął:

— Ha! Kiedy mówiłem o spotkaniu ekipy, wyobrażałem sobie statki pełne jedzenia, a nie morskie owady większe od naszego okrętu. Uwaga!

— Czy może zdarzyć się coś, z czego nie będziesz żartować? — odparłem biegnąc pod pokład.

Na pokładzie rozprzestrzeniła się panika. Ludzie zaczęli opuszczać swoje stanowiska. Wielu zaczęło krzyczeć błagalnie w stronę Re, tylko nieliczni oczekiwali na rozkazy. Niebieski stwór morski poruszał się z niezwykłą prędkością i zdecydowanie działał na wyobraźnię. Wyhamował tuż przed uderzeniem w statek, co wzburzyło wodę zalewając pokład. Niektórzy z poruszającej się w panice załogi zostali zmyci z pokładu. Pozostali, jakby reflektując się, że i tak nie ma gdzie uciekać, zaczęli wracać na stanowiska.

— Utrzymać pozycję i zachować spokój! Bestia zdaje się na razie nas nie atakować! — rozległ się krzyk Ebuhleni. Uwaga mądra, bo z takim potworem chyba nie było sensu próbować walczyć, zresztą wśród załogi nie było wojowników. Zważywszy na jego szybkość pospieszna ucieczka też byłaby bezcelowa.

Przerażony stałem w osłupieniu oglądając masywny tułów czegoś, co chyba roboczo nazwałbym wężem morskim o owadziej głowie. Nie był to przyjemny widok, ale potwór faktycznie zdawał się tylko badać zawartość statku. Jego owadzi łeb poruszał się nad naszymi głowami, a szczypce co jakiś czas drgały, jakby odbierając bodźce z otoczenia. Cóż, wszyscy pachnęli strachem, może oprócz Isela, który z uśmiechem na ustach podziwiał wielkość potwora. Z bliska mogę stwierdzić, że łuski pokrywające skórę monstrum wyglądają bardzo trwale, przypominają pancerz. Ten moment ciszy i oczekiwania nie był w niczym podobny do spokojnego badania zamiarów węża. Raczej dało się odczuć atmosferę niepewności wobec bierności stworzenia, które swoim wyglądem alarmuje obserwatorów o byciu czymś złym, tak samo jak nie ufa się pająkom arańskim, które spotyka się w lesie. Nawet, jeżeli ma się wiedzę o tym, że pająki nie atakują ludzi bez powodu, to ich okropny wygląd nie pozwala przechodzić obok nich obojętnie. Podczas intrygującego badania pokładu przez krótką chwilę łeb stworzenia zbliżył się do mnie na tyle blisko, że udało mi się dostrzec osiem maleńkich gałek ocznych umiejscowionych tuż przy szczypcach, otaczających otwór gębowy. Bestia wygląda naprawdę ohydnie, nigdy podobnej istoty nie miałem okazji oglądać, nawet na rycinach w bibliotece seminaryjnej.

— Ciekawe. Jak na stwora tak odtrącającego wyglądem wydaje się pokojowo nastawiony.

Z tą opinią Isela nie do końca się zgadzałem. Wąż bardziej wyglądał na drapieżnika badającego spotkane ofiary, niż na zwierzątko chcące się zaprzyjaźnić, ale mając w głowie porównanie do pająków arańskich, mogłem być w błędzie. W końcu istnieje pewne prawdopodobieństwo, że ten niebieski, owadzi wąż nie miał nigdy dotąd do czynienia z ludźmi.

— Powinniśmy spróbować odpłynąć. Może ten niebieski olbrzym nie chce zrobić nam krzywdy, a jedynie pierwszy raz spotkał coś na swojej drodze i zastanawia się, czym właściwie jesteśmy — zauważył Isel.

— Ebuhleni, możemy spróbować się oddalić? — krzyknąłem do ukochanej. Uważałem jednak, aby mój ton nie rozzłościł potwora, choć nie zauważyłem na jego głowie uszu i nie mogłem stwierdzić, czy słyszy cokolwiek. Warto było podjąć próbę usunięcia się z jego drogi, bo napięcie towarzyszące temu momentowi niepewności stawało się nie do zniesienia. W dodatku z owadziego pyska zaczął roztaczać się odór zgnilizny.

— Wszyscy do wioseł, spróbujemy spokojnie odpłynąć! — pani kapitan rozpoczęła realizację ucieczki.

Statek powoli zaczął sunąć obok przerażającego stworzenia. Być może uda się nam wyjść z tego spotkania cało.

— W imię Re, zdychaj poczwaro! — usłyszałem okrzyk jednego ze starszych pomocników Ebuhleni. Był to Abram, zwykły starszy mat. Od kiedy Ebuhleni osiągnęła stopień kapitana, Abram pływał z nią zawsze. Zwróciłem się w jego stronę, ale zanim ktokolwiek zdążył zareagować, ten cisnął włócznią w węża. Rzut nie był zbyt celny. Broń odbiła się trzonem od łuski na tułowiu potwora. Z gęby bestii wydobył się dziwny, niski dźwięk. Przerażający dźwięk.

W tej samej chwili monstrum rzuciło swym cielskiem w naszym kierunku. Widzę, jak szczypce na jego głowie trafiają Ebuhleni i rozcinają ją na pół, a potężny tułów potwora rozwala pokład. Krew. Morze krwi Ebuhleni…

— Nieeee! — nie wiem, czy krzyknąłem na głos, ale poczułem nagle przypływ wielkiej złości. Moja najdroższa, moja miłość! Mrok przysłonił mi umysł i odczułem chęć zemsty na bestii. Słyszę oddalony głos Isela:

— Co… Jak ty to…

Po czym mrok zastąpiła jasność.

***

Budzę się. Leżę w łóżku, w nieznanym mi pomieszczeniu. Czy to wydarzyło się naprawdę? Tak, to musiała być prawda. Za dużo dni spędziłem na statku. Ebuhleni, moja najdroższa… Jeszcze niedawno przekonywałem cię, że dopłyniemy do lądu na zachodzie przed utratą całego pożywienia. Teraz to bez znaczenia, bo nie zdążyłaś odczuć głodu… Rozpłakałem się. Zaraz potem zacząłem krzyczeć. Uciszyłem się, choć wiem, że nic nie ukoi rozgoryczenia po tej stracie. Moje krzyki najwyraźniej zwróciły czyjąś uwagę, bo słyszę kroki. Gdzie ja właściwie jestem? Nie pamiętam niczego od momentu tragicznej śmierci ukochanej. Rozlega się pukanie do drzwi komnaty.

— Proszę — rzekłem niepewnie. Drzwi się otworzyły i zobaczyłem w nich Isela, ubranego w tę samą co zwykle, zieloną pelerynę. W ręku trzymał tacę z pieczywem, wodą w pięknym pucharze i jakimś mięsem, a także kilkoma owocami. Dobrze się składa, właśnie zacząłem odczuwać głód. Położył pożywienie na małej szafce przy moim łóżku i spojrzał na mnie. Wyjątkowo nie widziałem na jego twarzy drwiny.

— Ile pamiętasz? — usłyszałem. Isel żartował praktycznie ze wszystkiego, ale umiał uszanować mój ból po stracie. Co prawda najwyraźniej nie jest pewny, czy pamiętam tragiczną śmierć ukochanej, ale ja pamiętam…

— Pamiętam, że potwór rozszarpał Ebuhleni — nie mogłem chwilowo opanować płaczu — a potem już tylko mrok… i jasność. Nic więcej.

— Wyrazy współczucia — Isel wpatrywał się we mnie, jakby badając, czy próbuję coś ukryć. — Dobrze, że pamiętasz ten tragiczny moment. Nie musisz tego przeżywać na świeżo… Chętnie zostawiłbym cię jeszcze samego, ale musisz mi odpowiedzieć, co takiego zrobiłeś temu potworowi?

— Co masz na myśli? Pierwszy raz widziałem go na oczy.

— W to nie wątpię, ja również. Źle mnie zrozumiałeś. Mówię o momencie, w którym uciekałeś pod pokład, po czym przystanąłeś, gdyż monstrum rozerwało panią kapitan — Isel zawahał się, nie chciał być zbyt oschły — a potem zrobiłeś to.

— Naprawdę nie wiem o czym mówisz.

— Dobrze więc, to może zdam ci relację z tego, jak znalazłeś się w tym miejscu. Pewnie chcesz wiedzieć, gdzie się znajdujemy, choć rozumiem, że w tym momencie wszystko może schodzić na dalszy plan. Jesteśmy w ogromnym mieście portowym, Edolobheli. Mieście z innego świata. Edolobhela jest stolicą królestwa ludzi na Nomhlabie — w tym momencie przypomniały mi się słowa przyrzeczenia skradzionego Esiphelowi: wybrańca wyprawi do Nomhlaby w podróż długą. — Tak, z tego, co się dowiedziałem z ust samego tutejszego króla, jesteśmy na Nomhlabie wspomnianej w owym piśmie. Władca Edolobheli i królestwa ludzi, Konung III, z łaski Kuphela wódz rasy ludzkiej na Nomhlabie, jak kazano mi go tytułować, potwierdził, że wieki temu Truleyl wypłynął, aby szukać nowych ziem do zasiedlenia przez ludzi. A, może przy okazji, tutejsi ludzie mówią praktycznie takim samym językiem jak my.

— Nie jest to chyba na ten moment dziwne — odparłem. — W końcu, jakby nie patrzeć, wszystko wskazuje na to, że są naszymi praojcami.

— Prawda… W każdym razie przyzwyczaj się do innego określenia na krok Re. Nie uznaje się tutaj innego boga nad Kuphela, więc w sumie brak takiego nazewnictwa też chyba nie jest dziwny. Krok Re nazywają tutaj dniem, a cykl Re rokiem. Określenie sen Re nie funkcjonuje, ale funkcjonuje noc.

— Doprawdy? Dlatego przyjęło się na Archipelagu mówić noc na sen Re, bo tak naprawdę pierwsi przybysze w ten sposób określali porę na spanie. Zaskakujące, a więc faktycznie wywodzimy się od znacznie starszej cywilizacji niż Archipelag. Ale chyba zbaczasz z tematu. Co się stało wtedy, na statku?

— Tak, na statku… Cóż. Po tym, jak bestia rozszarpała Ebuhleni i swoim cielskiem przełamała kadłub, rzuciłem się za tobą. Słyszałem twój krzyk, a potem zobaczyłem, jak twoje oczy robią się jaskrawo niebieskie, bijące blaskiem zupełnie jak, hmm — Isel zamyślił się — jak tekst na zwoju, który wykradłem Esiphelowi. Przystanąłem, bo nie mogłem zrozumieć, co się dzieje. Nawet chyba coś wymamrotałem. W pierwszej chwili stwierdziłem, że jednak pogłoski o magicznych testach kapłańskich są prawdą, ale przecież sam przekonałem się nie raz, że to tylko legenda popularna wśród otumanionych przez kult Re tłumów. Patrzyłem z niedowierzaniem, a wokół ciebie utworzyła się dziwna, również niebieska, kolista poświata. Blask stawał się coraz mocniejszy, aż w końcu potężna fala tej jaskrawej energii wystrzeliła prosto w bestię, oddzielając jej głowę od tułowia. Po tym wyczynie zemdlałeś.

— Doprawdy? Ale jak to… Magicznych testów kapłańskich nie ma, ja nie mam żadnej mocy — świadomość nie chciała zaakceptować dokonanego przeze mnie czynu.

— Że testów nie ma, nie musisz mi mówić, ale z tym brakiem mocy może się wstrzymaj. W każdym razie zabiłeś to niebieskie monstrum. Tułów bestii osunął się pod powierzchnię wody, ale jej głowa z ogromnymi szczypcami runęła na pokład rozdzierając statek na dwie części. Okręt zaczął tonąć. Część załogi zginęła przygnieciona łbem bestii, ja rzuciłem się w twoim kierunku, zabrałem cię na plecy i ruszyłem w kierunku burty przy ładowni uznając, że z wypadających beczek ze smołą będzie dobra tratwa. Gdy jedną zlokalizowałem, skoczyłem do wody, położyłem cię na beczce, po czym sam się na nią wdrapałem. Część załogi również znalazła sobie jakieś belki lub inne beczki i zaczęli dryfować razem z nami, część prawdopodobnie utonęła.

— Ci, co przeżyli, są tu, w Edolobheli, z nami?

— Niestety nie. Nie można stwierdzić, czy gdzieś dotarli, czy zaginęli na morzu. Tutejsi ludzie o nich nic nie wiedzą. My mieliśmy najwyraźniej wiele szczęścia. Prądy morskie na odległych od Archipelagu wodach są wyjątkowo dziwne. Nasza dwójka jako jedyna dryfowała dalej na zachód, reszta kierowała się w stronę Aranu lub też na południe. W każdym razie, sądząc po położeniu Re lub raczej, jak powiedzieliby na Nomhlabie, sądząc po położeniu słońca, po około pół kroku Re — Isel uśmiechnął się pod nosem — po około pół dnia dryfowania — poprawił się — w oddali ukazał mi się statek. Gdy nas wyłowiono okazało się, że mieliśmy zaszczyt znaleźć się na królewskiej galerze, która właśnie odbywała przegląd morskiego terytorium we władaniu ludzi. Spytano mnie, co robimy tak daleko od Nomhlaby. Od razu skojarzyłem nazwę z pismem, które miałem wciąż przy sobie oraz ucieszyłem się niezmiernie, że przemówiono do mnie w znanym mi z Archipelagu języku. Zastanawiałem się, czy by nie skłamać naszych wybawicieli, ale uznałem, że nie ma to większego sensu, więc powiedziałem, że jesteś wybrańcem wysłanym, aby odszukać ziem na zachodzie i opowiedziałem o długiej podróży oraz o spotkaniu olbrzymiego potwora. Pominąłem fragment, w którym uśmiercasz bestię. Kapitan statku wielce się przejął informacją, że przybywamy z dalekiego wschodu. Zadał mi pytanie, czy mówiąc wybraniec, mam na myśli wezwanego przez Kuphela wybrańca. Stwierdziłem, że pokazanie zwoju w tym przypadku może nam tylko pomóc, więc podałem pismo skradzione Esiphelowi naszemu wybawcy. Niedługo potem cały statek rozpoczął świętowanie i rozległy się głośne okrzyki na twoją cześć, a my zostaliśmy umieszczeni z największymi honorami w kajucie kapitana. Natychmiast statek rozpoczął drogę do Edolobheli. Podróż morska trwała trzy dni. Opiekowano się tobą dobrze, ale wciąż śniłeś. Po przybyciu do miasta zostałeś przyjęty z największymi honorami. Przygotowano nam pokoje w zamku króla Konunga, tuż obok siebie. Posłano również po medyka, aby się tobą zajął, a gdy ten nie mógł stwierdzić, co ci dolega, posłano po maga.

— Maga?

— Tak, maga. Musisz wiedzieć, że na Nomhlabie magowie nikogo nie dziwią, a nawet korzysta się chętnie z ich usług. Gdy zostałeś obejrzany, czarodziej Tofram, zaufany sługa króla Konunga, spokojnie stwierdził, że wygląda na to, że w niekontrolowany sposób użyłeś mocy, przez co twój organizm potrzebuje czasu na dojście do siebie. Szacował, że potrwa to jeszcze trzy, cztery dni, ale najwyraźniej w twoim wypadku wystarczyły dwa. Gdy nie dowiadywałem się co nieco o tutejszym kraju od mieszkańców zamku, to czuwałem przy twojej komnacie. Nawet codziennie miałem przygotowany posiłek. Gdy usłyszałem krzyk, natychmiast przybiegłem. Chyba wiesz już wszystko. Weź, posil się.

— Chętnie — wziąłem tacę z szafki i zacząłem spożywać tutejsze jedzenie. Było dobre, raczej nieróżniące się od potraw na Archipelagu, a ja byłem głodny.

— Król Konung na pewno będzie chciał się z tobą widzieć. Sam zdecydujesz, co mu powiedzieć. Ja odmówiłem jakichkolwiek bardziej znaczących odpowiedzi, opierając się o fakt bycia jedynie twoim sługą. Ale ty będziesz musiał mu sprzedać jakąś historyjkę. Także jeżeli nie chcesz mówić prawdy, to pomyśl teraz nad dobrym kłamstwem.

— Dzięki Iselu. Jesteśmy na ziemiach zachodu. Udało się nam. Szkoda, że tylko nam.

— Tak — odparł. — Mówiłem królowi, kogo straciłeś przed paroma dniami. Na pewno zrozumie, jeśli będziesz potrzebował trochę czasu.

— Wiem, że ból po stracie ukochanej nie zniknie, ale mam świadomość, że być może stoimy przed szansą połączenia Archipelagu z królestwem naszych przodków. Nie ważne jest, co w tej chwili czuję ja. Ważne jest, co zamierza zrobić król Konung z faktem naszego przybycia.

— Pamiętaj, ze gdybyś chciał się pożalić, to możesz na mnie liczyć. Może i z założenia nie traktuję niczego poważnie, ale potrafię współczuć innym. Zjedz teraz, a ja pójdę obwieścić królowi, że wezwany przez Kuphela się obudził, o ile nie zrobili tego jeszcze jego słudzy.

Isel opuścił komnatę. Cieszy mnie fakt, że mogę na niego liczyć także w sprawach duchowych. Znamy się bardzo krótko, a chyba nigdy nie miałem tak dobrego przyjaciela. Znów zachciało mi się płakać, ale nie będę teraz użalać się nad swym losem ani nad życiem Ebuhleni. Co było, minęło. Czas wziąć się w garść i być gotowym na rozmowę z samym królem na zachodzie. I dokończyć jeść.

Największy wśród magów

Sala tronowa króla Konunga olśniewała swym blaskiem, choć była jedynie kompozycją złota i szarego kamienia. Nigdy wcześniej nie miałem okazji oglądać tak wspaniałego budownictwa. Pomieszczenie to było ogromne. Strop znajdował się na wysokości piętnastu, może szesnastu ludzi. Czyli jakieś dwadzieścia siedem, dwadzieścia osiem metrów stosując miarę przyjętą na Nomhlabie. Na ścianach z kamienia wyryto duże, pięciometrowe płaskorzeźby przedstawiające wojowników zwróconych w stronę kamiennego tronu, na którym niknęła postać aktualnego króla. Ich kamienne zbroje pokryto złotem. Nad płaskorzeźbami umiejscowiono olbrzymie okna, które w tym momencie wpuszczały promienie Re, czy raczej promienie słońca, oświetlając całą salę i oślepiając zgromadzonych. Posadzka była z tej samej skały, z jakiej wzniesiono cały zamek. Sala była pusta, przestrzeń w niej zajmowało jedynie osiem prostych, kamiennych, rozmieszczonych symetrycznie względem środka sali kolumn, które prawdopodobnie podtrzymywały strop. Do sali tronowej prowadziły tylko jedne drzwi, a raczej olbrzymie wrota, przez które niedawno miałem przyjemność przejść. Po lewej mej stronie w drewnianych ławach zasiadała spora grupa ludzi przystrojona w długie, niebieskie płaszcze. Poinstruowano mnie wcześniej, że są to członkowie rady królewskiej, najważniejsi mieszkańcy Edolobheli. W skład rady wchodzą głównie kupcy i bankierzy, ale również mistrz gildii najemników trudniącej się dostarczaniem wojska mającego, jak mi to powiedziano, pomóc w załatwieniu spraw prywatnych. Czasami gildia udostępnia również, oczywiście za opłatą, eskortę dla transportu towaru. Z tego co pamiętam swojego przedstawiciela w radzie mają również wszystkie zawody rzemieślnicze, a nawet znajduje się w niej jeden żebrak, zwyczajowo przystrajany i goszczony przez króla. Wątpię, aby miał on wkład w podejmowanie jakichkolwiek decyzji. Z prawej strony w szeregu i na baczność stoją królewscy gwardziści. Ich zbroje również wydają się być złote, a hełmy przystrojone są niebieskim piórami. Każdy gwardzista z dumą się prezentuje wymachując długą do kolan, niebieską peleryną, gdy akurat przechodzę obok niego. Daleko za rzędem gwardzistów, pod prawą ścianą, tuż przy rzeźbach wojowników przemyka jakiś służący. Być może do tego olbrzymiego pomieszczenia prowadziło jednak więcej wejść. Sala tronowa była bardzo prosta, ale olśniewała tą prostotą i przytłaczała wielkością. Po dłuższej chwili powolnego marszu znalazłem się przed obliczem Konunga III. Siedział na olbrzymim, kamiennym tronie przykryty długim, niebieskim płaszczem, obszytym pięknym futrem jakiegoś białego zwierzęcia. Jego długie, czarne włosy opadały mu na kark, a prawą ręką co jakiś czas pocierał swoją krótko, idealnie przystrzyżoną brodę. Na głowie miał złotą koronę wysadzaną jakimiś niebieskimi kamieniami szlachetnymi. Po jego lewicy na drewnianym stołku usadzono Isela, prawdopodobnie w podziękowaniu za opiekę nade mną. Po prawicy króla stał zaś dumnie mag Tofram. Jako jedyny poza Iselem nie miał niebieskich akcentów w ubiorze, lecz cały jego strój stanowiła jednolita, czerwona szata. Właśnie w tej chwili zdejmował z głowy kaptur ukazując swe pogodne, starcze oblicze oraz resztki siwych włosów wokół łysiny. W ręku dzierżył kulę, chyba szklaną, wielkości dłoni. Co jakiś czas połyskiwała znanym mi niebieskim blaskiem. Czarodziej spojrzał na Konunga, a ten spuścił wzrok, jakby na znak zezwolenia. Wtedy Tofram zwrócił się w mą stronę, postąpił dwa kroki do przodu i rzekł:

— Chwała niech będzie Kuphelowi, naszemu bogowi, albowiem, dzisiaj spełniła się obietnica, którą złożył ludziom!

— Chwała! Chwała! — radośnie wykrzyczała cała rada. Wtórowali jej gwardziści, ale bardziej stonowanie, jakby obawiali się, że mogą wyjść z roli nienagannej straży.

— Oto i on — Tofram ciągnął dalej, wskazując mnie ręką — obiecany nam przed wiekami wybraniec, największy wśród magów, który przywróci blask królestwu ludzi i raz na zawsze podporządkuje całą Nomhlabę rasie prawdziwie umiłowanej przez Kuphela.

— Jeśli mogę — wtrąciłem nie będąc pewnym, czy wypada mi przerwać przemówienie — chciałbym nieśmiało wyznać, że niewiele rozumiem z twych słów, magu, a na pewno nie tytułowałbym siebie największym wśród magów.

— Wrodzona skromność wybrańca Kuphela jest zaiste godna pochwały — odrzekł Tofram i zaczął klaskać, a zawtórowała mu rada. — Wiedz, wybrańcze, że całe królestwo, na czele z Konungiem III, z łaski Kuphela wodzem rasy ludzkiej na Nomhlabie, wyczekiwało twojego przybycia. Bóg nasz obwieścił nam wieki temu, że spośród ludu namiestników zza morza narodzi się mag, którego moc będzie wielka i który przyniesie ogromne zmiany w królestwie ludzi. Wszyscy czekaliśmy, aż wypełnią się słowa tej przepowiedni, i oto stoisz dziś przed nami. A czasy ciężkie nastały i być może nie było lepszego momentu na twoje przybycie.

— Nie było, nie było — wtórowali członkowie rady.

— O, największy wśród magów, powiedz nam — ciągnął Tofram — czy zechcesz służyć naszemu królowi Konungowi, a przez to i całemu królestwu, w tych jakże okrutnych czasach, gdy ziemie nasze od północy nękają elfy, a na zachodzie na granicy z królestwem krasnoludów sytuacja wciąż jest napięta?

— Elfy? Krasnoludy? — odparłem zdziwiony.

— Czy na nowej ziemi nie ma ras innych niż ludzka? Na więcej pytań przyjdzie czas potem, teraz zechciej złożyć hołd Konungowi, naszemu królowi — mówiąc te słowa mag skłonił się nisko w stronę siedzącego na tronie, jakby nieobecnego monarchy.

— Nie, nic mi o tym nie wiadomo, aby istniało inne rozumne życie na Archipelagu. I naturalnie nie odmówię złożenia hołdu mojemu wybawcy, ale pragnę, abyście zrozumieli, że niekoniecznie jestem tym, za kogo mnie bierzecie — odpowiedziałem. — Jestem wdzięczny za przyjęcie mnie z tak wielkimi honorami, ale obawiam się, że pokłada się we mnie zbyt duże nadzieje. Nie mam pojęcia, jak korzystać z magii, nawet teraz jej istnienie wydaje mi się jedynie złudzeniem, a miałbym się nią posługiwać i być nazwany największym wśród magów?

— W takim razie wybacz, wybrańcze — Tofram uśmiechnął się przyjaźnie i spojrzał uspokajająco na zmieszane oblicza członków rady. — Byłeś na szybko zaznajamiany z królestwem i sprawami ludzi, ale zapomnieliśmy najwyraźniej przedstawić ci szerzej sytuację na Nomhlabie. Bo widzisz, nie tylko nasza rasa zamieszkuje świat Kuphela. Jest ich bardzo wiele, ale aktualnie najpotężniejszą są krasnoludy, które bezprawnie od wieków okupują Idolobhę, niegdysiejszą stolicę państwa pierwszych ludzi. Co do magii, to cóż, najwyraźniej na Archipelagu, jak nazwałeś ziemie na wschodzie, zapomniano o niej. Ale na szczęście magia nie zapomniała o Archipelagu i zgodnie z przepowiednią Kuphela musisz być największym wśród magów — spojrzał w stronę rady, a jej członkowie twierdząco pokiwali głowami. — Czy wiesz, czemu leżałeś nieprzytomny tak długo?

— Tak, znam twoją diagnozę.

— Jak doszło do niekontrolowanego użycia magii?

Spojrzałem na Isela. Z charakterystycznym uśmiechem przysłuchiwał się. Na pewno nie przejmował się moją odpowiedzią. Byliśmy na łasce tutejszego ludu, a poza tym traktowali nas naprawdę dobrze. Nie było sensu nie mówić im prawdy.

— Więc może zacznę od początku. Nie wiem nic o bogu, jakiego wyznajecie na Nomhlabie. Na Archipelagu kwitnie wiara w Re, bóstwo, które wy nazywacie słońcem.

— Przecież to absurdalne — rzekł Tofram. — Słońce jest jedynie obiektem daleko ponad nami, podobnym gwiazdom rozświetlającym niebo w nocy. Taką wiedzą magowie dysponowali zanim jeszcze Ukwazi wypowiedział wojnę elfom z Doire. Równie dobrze moglibyście wyznawać wiarę w pierwsze lepsze drzewo.

— Cóż… Będąc szczerym, to byłem kapłanem Re. I miałem świadomość, podobnie jak inni kapłani, że nie jest to żaden bóg. Propagowaliśmy wiarę w Re, aby ludzie mieli w co wierzyć. I pewnie aby utrzymywać się na zaszczytnych pozycjach społecznych. W każdym razie moja podróż na zachód to nie żadne wezwanie Kuphela. W świątyniach Re, w których posługują kapłani, są tak zwane magiczne sadzawki, w których przechowywane są niewystępujące na Archipelagu rośliny. Prawdopodobnie pochodzą z Nomhlaby. Rośliny te mają dziwną właściwość, że kwitną w wodzie, a kwitnięcie to może zatrzymać pewien specjalny proszek, którego pochodzenia nie znam, ale podejrzewam, że również jego geneza ma miejsce na waszych ziemiach. Proszek ten regularnie jest dostarczany kapłanom, aby roślina ta nie kwitła.

— To bardzo intrygujące — wtrącił Tofram — ale dlaczego ma nie kwitnąć?

— Cóż… Na Archipelagu utrzymuje się ludzi w przekonaniu, ze zakwitnięcie tego kwiatu oznacza znak łaski samego Re. Wybraniec ma zaszczyt udać się w podróż na zachód szukać nowych ziem do głoszenia wiary w Re. Zwierzchnictwo kultu Re w ten sposób bez problemu pozbywa się niewygodnych kapłanów, albowiem gdy zostaną już wybrani przez bóstwo na pielgrzymkę wszelkie próby uzmysłowienia ludzi o fikcji ich wiary łatwo da się usprawiedliwić strachem przed wypełnieniem woli Re, za co grozi śmierć. Zatem kapłani decydowali się wypływać licząc na dotarcie do zamieszkałych ziem, tym bardziej, że w seminarium uczą nas, że istnieją lądy poza Archipelagiem. Jak widać mają rację. Ja także byłem jednym ze świadków zakwitnięcia kwiatu podczas mojej posługi, tak też się znalazłem u was.

— Czy ta roślina wykorzystywana przez zwierzchnictwo waszego zmyślonego kultu to mała, sztywna łodyżka z okrągłym liściem, która zakwita białym kwiatem?

— Tak — odpowiedziałem Toframowi. — Spodziewałem się, że będziesz wiedział, o jaką roślinę mi chodzi.

— To bardzo ciekawe, bo kwiat, który opisałeś u nas zwie się boskim blómem. Nie mamy żadnego proszku powstrzymującego kwitnięcie rośliny. Choć każdy mag bez trudu mógłby sporządzić taki preparat, to raczej nie miałoby to żadnego sensu. Za to sporo sensu ma fakt, że boski blóm rośnie tylko na dalekiej północy, gdzie nie sięga niczyja władza, i można spotkać tę roślinę jedynie w pobliżu wieży Kuphela.

— To jakaś świątynia?

— Hmm, nie nazwałbym tak domu naszego boga.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 30.06
audiobook
za 6.83