E-book
9.56
drukowana A5
30.66
Historia nie-nieskończona

Bezpłatny fragment - Historia nie-nieskończona

wersja poprawiona i uzupełniona przez Autora


Objętość:
170 str.
ISBN:
978-83-8126-567-6
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 30.66

Przedmowa

czyli wyjaśnienie

„Historia Nie-skończona” z mocy definicji nigdy nie ma swego ostatecznego zakończenia, pointy, po której następuje błoga cisza. Dlatego jej druga wersja została poprawione i poszerzone przez Autora. Książka ta sama, ale nie taka sama, choćby dzięki upływowi czasu, który nieustannie flirtuje z Nieskończonością. W trzydziestu rozdziałach, nowej wersji „Historii Nie-skończonej”, pomieściły się nowe opowiastki i dygresje, nie wypierając poprzednio wypowiedzianych. Ponadto Autor uzupełnił ją o utwór „I. TAK. A”, który jest sceniczną wariacją na temat niektórych wątków powieści.

Wstęp

czyli marudne zaproszenie pod drzewo

Czy sądzicie, że jakakolwiek ciekawa opowieść może rozpoczynać się pod drzewem? Sam się nad tym zastanawiam. Ale ja mam dużo czasu na rozmyślania. Wy zapewne nieco mniej. Zatem do rzeczy. Siedzę oto pod drzewem w parku i powtarzam taki czterowiersz:

„Zamiast przeklinać pracę

lepiej pójść do parku, na spacer.

Drzewo, wiatru powiew świeży.

Trawa, na której się leży”.

Powtarzam i powtarzam. Rytm mnie uspokaja. Mruczę odezwę przy pomocy cudzego wiersza i szukam swego miejsca w Nieskończoności.

To jedyny sposób, jaki przychodzi mi do głowy. Wszystkie inne, te, których używałem dotychczas, zawiodły mnie. Ściślej, przywiodły mnie tutaj — do parku. A nie będę ukrywał, że Nieskończoność jest moją jedyną pasją.


Wychodzi na to, że jestem staromodnym, obrzydliwie nudnym typem, który uroił sobie, że ma coś ważnego do powiedzenia. Zdenerwuję Was — rzeczywiście, jestem o tym głęboko przekonany. Ale bez obaw: nie będę przynudzał o Teorii Wielkiego Wybuchu, nie przedzierzgnę się też w natchnionego Kaznodzieję, aby perorować o Wieczności. Szukanie sprzeczności między Nauką a Wiarą wcale mnie nie interesuje, podobnie jak dowodzenie, że nic nie istnieje, wszystko istnieje, albo wszystko istnieje w niczym, lub na odwrót. Nie mam do tego kwalifikacji. Nie nadaję się ani na katedrę, ani na ambonę. Nie jestem także specjalnie fotogeniczny, co wyklucza mój udział w produkcjach telewizyjnych i filmowych. Moim miejscem, że tak powiem, naturalnym, jest parkowa ławka. I dlatego, śmiem nazywać się — Włóczęgą.

Niedawno chwyciłem się tej profesji. Wybrałem ją świadomie i uprawiam z pełnym oddaniem, a co najważniejsze, nie wpadam przy tym w żaden schemat: nie zapuściłem kłębiastej brody, ubieram się starannie i nie zaniedbuję obowiązków higienicznych, nie użalam się nad sobą w celu wyłudzenia jałmużny, a nawet, co może naprawdę zdumiewać, nie odurzam się niczym poza świeżym powietrzem. To wszystko sprawia, że przypominam zwykłego spacerowicza, który przysiadł sobie na ławeczce, aby skrupulatnie zanotować w notesie, dajmy na to, wysokość raty za samochód.

Jeśli zatem spotkacie podczas przechadzki po parkowych alejkach, jakiegoś przeciętnie prezentującego się, samotnego mężczyznę w średnim wieku, który siedzi na ławce pod kasztanowcem i z zapałem zaczernia miniaturowe stronniczki maczkowatym pismem — to mogę być ja.

Rozdział 1

albo włóczęgostwo infantylne

Z tą przeciętnością to nieco przesadziłem. Pierwszego dnia włóczęgi, był to piękny wrześniowy poniedziałek, nieco inaczej zabrałem się do dzieła.

Było południe. Szedłem spokojnie ulicą, w kieszeni miałem kilka monet, w sercu zaś, wielką ochotę rzucenia się w przepastne objęcia bezdomności. Nie wiedziałem jeszcze, na czym ta bezdomność miałaby polegać? Wiedziałem jedno — jako adept włóczęgostwa muszę pozbyć się wszelkich powiązań z dotychczasowym życiem, rzucić się w nieznane i oddać swój los przypadkowi.

W kiosku kupiłem paczkę papierosów, w następnym gazetę i tak wyposażony skręciłem do parku. Gdy tylko poczułem zapach parującej trawy, a szum samochodów ustąpił miejsca szumowi liści, ogarnął mnie podniecający niepokój. Wszystko, co napotykałem po drodze: każdy kamyczek, cień drzewa, każda kropla rosy, a nawet psie gówna walające się na trawnikach zdawały mi się niepowtarzalne.

— Chrzęstu, chrzęstu — powitał mnie czule żwir parkowych alejek.

— Dzień dobry mój mineralny przyjacielu — odszeptałem w odpowiedzi — tak, tak, nazywam cię przyjacielem i bardzo liczę na to, że mnie nie zawiedziesz. Znamy się przecież od dawna, tyle razy cię już deptałem… Deptałem cię i w dni robocze i w dni wolne, idąc tam i idąc z powrotem, goniąc za czymś i uciekając od czegoś… Musisz jednak wiedzieć, żwirku drogi, że dzisiaj jest inaczej… Zupełnie inaczej. Dzisiejszego poranka pozbyłem się ciężaru planów i zamierzeń, trosk i zgryzot… Przepełnia mnie radość. Jestem lekki i swobodny. I tobie, mój przyjacielu oddaję władzę nad moimi krokami. Zatem prowadź mnie żwirku, gdzie tylko chcesz, a ja poddam się twoim decyzjom bez żadnego sprzeciwu.

— Chrzęstu, chrzęstu, dobrze, dobrze — odpowiedział żwirek i skierował mnie na plac przed Filharmonią.

Pokręciłem się po nim kilkukrotnie i policzyłem wszystkie okalające go klomby. Jest ich szesnaście. W środku największego stoi kamienny pomnik Jana Sebastiana Bacha — masywny cokół, na którym siedzi nieco przygarbiony i smutny kompozytor przypomina fotel ustawiony na kwiecistym dywanie. Kiedy się ku niemu zbliżać, trudno oprzeć się wrażeniu, że Jan Sebastian patrzy na kwiaty i komponuje: fioletowe bratki są nutami, margaretki to półnuty, a pozostały kwieci drobiazg to ćwierćnuty, ósemki, szesnastki, bemole i krzyżyki. Bach z wysokości układa fugi, a te zapisują się na ozłoconych słońcem klombach. Czarujące.

Patrzyłem na kwiatową partyturę i przyszło mi do głowy, żeby wystosować do Rady Miejskiej list dziękczynny z sugestią, by wszystkie lokalne komitety obchodów i wizytujące nasze miasto delegacje solidarnie zrezygnowały ze składania pod pomnikami tradycyjnych wieńców i wiązanek, a z oszczędzonych w ten sposób funduszy, sfinansowały wokół nich klomby. Pomnik Kopernika, stojący we wschodniej części parku, można by otoczyć barwnym modelem układu słonecznego — słońce obrazowałby wystrzelający w niebo, gigantyczny słonecznik. Szopenowi /stoi tuż za Bachem/ trzeba by ufundować kobierzec z delikatnych lilii, otoczyć go sporym łanem żyta i widziałby Fryderyk kawałek obu ojczyzn przed sobą, a uważni spacerowicze mieliby naoczny dowód, że nie tylko w świecie sztuki, ale i w przyrodzie piękno nie kłóci się z pospolitością.

Kiedy już układałem projekt dla pomnika Marii Skłodowskiej, uprzytomniłem sobie ze smutkiem, że jako włóczęga mam niewielkie możliwości wpływu na decyzje lokalnych władz. Żal mi się zrobiło pomników. Pożegnałem przyjacielskim skinieniem Jana Sebastiana i poszedłem w kierunku tryskającej za Filharmonią fontanny.

Żeby tam dotrzeć, musiałem przejść przez niewielki plac zabaw z piaskownicą. Znam go tak samo dobrze, jak cały park — bawiłem się na nim w dzieciństwie. Nic się tu nie zmieniło od tamtych czasów — w piasku, pod czułym okiem uśmiechniętych mam i opiekunek hasały chmary rozbrykanych dzieciaków. Prześliznąłem się obok nich chyłkiem. Nie chciałem, żeby musiały patrzeć na włóczęgę. Po co wypaczać im wspomnienia. Niech pamiętają tylko huśtawki, zjeżdżalnie i piaskowe babki. Zbyt dobrze wiem, jak jedno drobne zdarzenie, przeżyte w dzieciństwie, może wpływać na los człowieka. Kiedyś, podczas zabawy w chowanego, natknąłem się wśród krzewów, na gramolącego się na czworakach pijaka. Miał butelkę po wódce wetkniętą w rozdartą kieszeń marynarki, charczał i rzęził, a z nosa ciekły mu krwawe gluty. Wyglądał strasznie. Przeraziłem się tak mocno, że do dzisiaj, jak tylko muszę założyć marynarkę, to dostaję ze strachu mdłości — marynarka jest dla mnie symbolem degeneracji.

Przy fontannie umyłem dokładnie twarz, po czym uważnie patrzyłem w lustro wody, mając nadzieję, że ujrzę w nim ten specyficzny, cierpiętniczy grymas, znany mi z portretów najsłynniejszych włóczęgów świata — zawinięte do dołu usta, głębokie zmarszczki na czole i przepastny smutek spojrzenia. Nic takiego tam nie było — woda była mętna i pływały w niej spadłe z pobliskich klonów liście. Wziąłem jeden na pamiątkę i nieco przyspieszywszy kroku, jąłem penetrować odleglejsze ostępy parku.

Tym razem trzymałem się ścieżek spontanicznie wydeptanych przez przechodniów. Przecinają one trawniki zgodnie z użytkową topografią miasta. Na linii Teatr Miejski — budka z lodami było całkowicie pusto, ale jak na mój gust, zbyt monotonnie: chwasty i monokultura magnolii. Na odcinku Hotel Miejski — Szkoła Muzyczna, inaczej: sześć wyraźnych traktów, wysokie topole, ale żadnej intymności. Wreszcie na trasie Kościół Katedralny — Urząd Skarbowy znalazłem to, czego tak naprawdę szukałem — pod rozłożystym kasztanowcem stała, w towarzystwie kosza śmieci, nieco podniszczona, ale za to bardzo stylowa ławka. Jej masywne, żeliwne nogi były mocno zagłębione w ziemi, drewniane oparcie zwrócone na południe, a liczne zadrapania i napisy dodawały jej czcigodnego splendoru. Dotarłem do miejsca przeznaczenia.


Ławka stała się moją bazą. Na niej rozegrały się moje pierwsze próby przysposobienia do zawodu, który wybrałem na resztę życia.

Rozpocząłem od eksperymentów z gazetą — w końcu makulatura to nieodłączny rekwizyt włóczęgi i byłbym niegodny tego miana, gdybym poprzestał na zwykłym czytaniu. Składałem zatem połówki arkuszy w fikuśne czapeczki, jakich zwykli używać malarze pokojowi. Niestety, przy byle podmuchu wiatr zrywał mi je z głowy i wlókł po trawniku. Sprawdziłem więc, czy odpowiednio pomięta gazeta nadaje się na onucki? Szybko okazało się, że całe stopy mam zadrukowane niewyraźnymi literkami, a gdy przeszedłem się kawałek, to tak poobcierałem sobie palce, że ledwie udało mi się wrócić pod kasztanowiec. Wywaliłem ze złością gazetowe skarpety do kosza i umilając sobie czas paleniem papierosów, jakoś doczekałem do wieczora.

Po zmierzchu postanowiłem przekonać się — czy jeden, do tego niepełny egzemplarz gazety, wystarczy na całą pościel? Wystarczył. Ze stron sportowych zrobiłem prześcieradło, przykryłem się tym, co zostało i usiłowałem zasnąć. Bez skutku. Szelest papieru był nieznośny. Oka nie mogłem zmrużyć. Robiło się coraz chłodniej, gazetowa pościel nasiąkała wilgocią i zmieniała się w cuchnący farbą drukarską barłóg. Ogarniało mnie zwątpienie. Rozważałem: „Ileż to prawdy jest w opowieściach o sypiających w kartonach ulicznikach? Czy nie są one czasem czysto literackim wymysłem, wymyślonym przez tych, którzy większość nocy przespali utuleni kojącym zmysły, ciepłem swych żon, lub kochanek? Przecież takim ludziom z pewnością szwankuje wyobraźnia. Leżą sobie pod kołdrą, patrzą na sufit i może im się wydawać, że lepsze ściany z tektury, niż żadne. Są za bardzo ograniczeni swoim ubogim doświadczeniem. Spróbowaliby, tylko pięć minut poleżeć pod gazetą, to szybko by pojęli, że papier, skoro nie jest w stanie zastąpić tkaniny, to z pewnością nie nadaje się na materiał budowlany. Domek z kartonu może być dobry dla lalki, ale człowiek…”. Rozmyślałem tak przez jakąś godzinę, ale kiedy wilgoć zaczęła wnikać w zakamarki mojej odzieży, zdyscyplinowałem umysł. Zacząłem szkicować scenariusz na dzień następny. Kombinowałem, że zajmę się zbieraniem surowców wtórnych, rozpocznę karierę ulicznego grajka, albo przygotuję tabliczkę informującą o śmiertelnej chorobie i zacznę obchodzić okoliczne sklepy. Wariantów było kilka, ale pointa zawsze ta sama — lądowałem w noclegowni. Tam okazywało się, że moja sytuacja materialna nie jest wcale zła, że mam w pobliżu parku całkiem przytulny apartamencik i kierowano mnie na konsultację do poradni zdrowia psychicznego. Wypełniałem mozolnie stosy ankiet, tasiemcowe testy i szczegółowe kwestionariusze, a potem jakaś sfrustrowana niskim uposażeniem pani psycholog przyjmowała mnie w swym obskurnym gabinecie i prowadziliśmy jałowy dialog.

Pytanie: Jak pan do nas trafił?

Odpowiedź: Włóczyłem się po parku.

Pytanie: Jest pan bezdomny?

Odpowiedź: Nie, nie jestem.

Pytanie: To skąd ten pomysł?

Odpowiedź: Uczyniłem to dla Nieskończoności.

Pytanie: Co pan ma na myśli, bo nie bardzo rozumiem?

Odpowiedź: Chciałaby pani, abym podał definicję? Nie potrafię. Wiem tylko, że nie jest ona zwykłym pojęciem: matematycznym, fizycznym czy teologicznym. Nie jest abstrakcją. Nie ma nic wspólnego z paradoksem Zenona z Elei ani z teorią liczb kardynalnych, choć gdyby się dobrze zastanowić to wnioski z tej ostatniej są zaskakujące, mam na myśli wielość, ciągle aktualizujących się nieskończoności.

Pytanie: Dobrze. Nie oczekuję wcale definicji. Staram się tylko zrozumieć. Przyzna pan, trudno pojąć, że inteligentny skądinąd człowiek, decyduje się zamieszkać w parku. Czy boi się pan przebywać w mieszkaniu?

Odpowiedź: Raczej nie.

Pytanie: Dobrze pan sypia?

Odpowiedź: Nie bardzo.

Pytanie: Co panu przeszkadza?

Odpowiedź: Nie wiem, może za dużo rozmyślam, a poza tym w parku trudno się wyspać.

Pytanie: No właśnie, to czemu pan nie wracał do domu?

Odpowiedź: Mówiłem już, miałem taki pomysł. Postanowiłem zostać włóczęgą.

Pytanie: I co się stało?

Odpowiedź.: Pogoda była fatalna, ciągle padało i dostałem gorączki. Zasłabłem. Leżałem na trawniku i straż miejska wywiozła mnie do noclegowni, a potem trafiłem do szpitala.

Pytanie: A co z nieskończonością?

Odpowiedź: Nie pojawiła się.

Pytanie: A wcześniej pojawiała się?

Odpowiedź: Tak, niejeden raz.

Pytanie: Co się wtedy działo?

Odpowiedź: Naprawdę chce pani wiedzieć? Nie sądzę, aby mogło być to dla pani zajmujące, ale skoro tak, to opowiem. Najlepiej o tym, jak to było za pierwszym razem.

Rozdział 2

w którym Autor poznaje smak Nieskończoności.

Miałem wtedy cztery lata i niewiele ponad metr wzrostu. Bez trudu mieściłem się w łóżeczku przeznaczonym dla trzylatków. Łóżeczko stało w pokoju, pokój znajdował się w dwupokojowym mieszkaniu, położonym na pierwszym piętrze bloku, który z kolei stał na tak zwanym osiedlu, to znaczy w skupisku identycznych bloków.

Któregoś wieczora łóżeczko wydało mi się za małe. Wyrosłem z niego niepostrzeżenie i chciałem jakoś dostosować się do nowej sytuacji. Wygramoliłem się więc spod kołdry i po cichutku, aby nie przerazić domowników, podpełzłem na czworakach do pokoju rodziców. Tam miałem zamiar wyprostować się i zaprezentować w nowym wymiarze.

W pokoju rodziców, jak nietrudno się domyślić, siedzieli w fotelach moja mama z tatą i jak jeszcze łatwiej się domyślić, oglądali telewizję. Wędrowałem po dywanie prowadzony sinoniebieskim światłem telewizora i wsłuchiwałem się w monotonny głos spikera. Miałem wrażenie, że odbywam długą podróż. Kiedy już dotarłem do stołu, który stał między telewizorem a fotelami, usłyszałem dwa słowa: „Mahatma Ghandi”. Ich brzmienie poraziło mnie. Zawirowały w moich uszach jak tajemne zaklęcie. Szybko zrezygnowałem z pełźnięcia ku telewizorowi i wycofałem się do swojego łóżeczka; pragnąłem czym prędzej nauczyć się na pamięć tych dwóch wyrazów, których potężna siła objawiła mi się tak nagle. Usadowiłem się na poduszce i siedząc w kucki, powtarzałem: „Mahatma Ghandi, Mahatma Ghandi, Mahatma Ghandi”. Smakowałem każdą głoskę: „Ma-hatma Ghandi, Mahatma Gha-ndi, Mahat-ma Ghan-di”. I wtedy po raz pierwszy dopadła mnie Nieskończoność. Delikatnie wzięła w ramiona moje drobne ciałko, zrobiło mi się chłodno, potem gorąco, a potem poczułem, że straciłem ciężar i zaraz uniosę się pod sufit. Nie czułem żadnego lęku, wiedziałem, że cokolwiek się stanie, strzec mnie będzie „Mahatma Ghandi”. Wypowiadałem jego imię, nie wiedząc, że jest imieniem i nazwisko, o którym nie wiedziałem, że jest nazwiskiem, a Nieskończoność falowała nade mną, unosiła mnie, łaskotała stopy, oplatała się wokół palców, głaskała po głowie, a raz nawet uszczypnęła mnie w ucho. Robiła ze mną, co chciała. A ja nie opierałem się. I powtarzałem bez końca: „Mahatma Ghandi, Mahatma Ghandi, Mahatma Ghandi, Mahatma Ghandi, Mahatma Ghandi, Mahatma Ghandi, Mahatma Ghandi, Mahatma Ghandi, Mahatma Ghandi, Mahatma Ghandi…”.

Tamtej nocy przyśnił mi się pierwszy sen, który pamiętam. Sen o fabryce lemoniady. Lemoniada bulgotała w ogromnych szklanych retortach, wyposażonych w obrotowe kraniki. Stały one rzędami, tworząc kolorowy szpaler. Szedłem jego środkiem, odkręcałem wybrany przez siebie kranik i chłeptałem łapczywie. Żaden ze smaków nie powtórzył się. Nie mam pojęcia, jak by się to wszystko skończyło, gdyby nie budzik w pokoju rodziców, który wyrwał mnie ze snu. Ocknąłem się, powtarzając: „Mahatma Ghandi, Mahatma Ghandi, Mahatma Ghandi, Mahatma Ghandi, Mahatma Ghandi, Mahatma Ghandi, Mahatma Ghandi, Mahatma Ghandi, Mahatma Ghandi…”.

Rozdział 3

o kolekcjonowaniu słów.

Po tamtej nocy z Mahatmą Ghandim stałem się kolekcjonerem słów. Znajdowałem w nich radość nie do wyrażenia, smutek nie do przetrwania, zachwyt, strach — wszystkie gwałtowne uczucia, jakie targają dziecięcą świadomością. Nie pojmowałem, jak to się dzieje. Po prostu zbierałem słowa.

Z biegiem dni jąłem doskonalić metody kolekcjonerskie: zacząłem regularnie podsłuchiwać rozmowy rodziców, albo sterczałem na klatce schodowej, aby podsłuchiwać sąsiadów; zdarzało mi się wymykać na ulicę i śledzić co bardziej rozmownych przechodniów, jeździć na gapę autobusami albo spędzać długie godziny przy radiowym głośniku. Poświęcałem zbieraniu wyrazów całe dnie, toteż uchodziłem za chłopca wyjątkowo spokojnego i samodzielnego. Nikt nie domyślał się, że moja niewinna twarzyczka, ozdobiona nieco nieobecnymi, niebieskimi oczkami, należy do namiętnego kolekcjonera słów, który gotów jest posunąć się do każdego, nawet najbardziej ryzykowanego wybiegu tylko po to, aby powiększyć swoje zbiory.

Naprawdę stać mnie było na wiele. Pamiętam, że któregoś dnia, jakoś tak w porze obiadu, usłyszałem ożywioną rozmowę sąsiadów z drugiego piętra. Kłócili się z pasją. Jazgoczący sopran sąsiadki świdrował sufit, a pohukiwania jej małżonka poruszały lampę, niestety, nie dało się z tego nic zrozumieć. Kombinowałem jak tu wychwycić przynajmniej kilka pojedynczych słówek. Były dwie możliwości — zalec na wycieraczce pod drzwiami albo nasłuchiwać z zewnątrz. Czas naglił. Niewiele myśląc, założyłem czapkę i sforsowałem drzwi balkonu.

— Ty łachu jeden ile godzin mam na Ciebie czekać! — wykrzykiwała sąsiadka.

— A co ty sobie wyobrażasz, że, od czego jesteś. Obiad ugotuj i czekaj — odszczeknął sąsiad.

— A co to, ja prawa do swojego życia nie mam? — zaszlochał sopran sąsiadki.

— A ja ci mówię, że nie masz, a jak ci się nie podoba, to won mi z mojego domu!

— Żebym wiedziała, żebym wiedziała…

Sąsiadka rozpłakała się, a sąsiad z trzaskiem zamknął okno. Mnie natomiast, bardzo zaciekawiło, jakie to słowo pojawiło się na początku jej szlochu: „o czym nie wiedziała i czego dowiedziała się właśnie dzisiaj?”.

Przenizałem głowę przez otwór między stalowymi prętami barierki i spojrzałem ku górze. Za szybą drżała niewyraźna figura i wyrzucała z siebie przeciągłe jęki: „O, n-nie, a-ak, tyyr, ęść, maaa, owoodu”. To była sąsiadka. Poznałem ją po piętrowym koku, w który miała zwyczaj zaplatać swe kruczoczarne włosy. Lubiłem ten jej kok. Towarzyszył mi podczas wypraw w poszukiwaniu nowych słów. Zdarzało mi się pobłądzić i wtedy szukałem go wzrokiem jak zagubiony okręcik światła latarni. Gdy udało się go namierzyć, brałem na niego azymut i bezpiecznie wracałem do domu. Teraz z żalem patrzyłem, jak podryguje konwulsyjnie, rozpada się na pojedyncze obwisłe pukle, traci całą swą wyniosłość, która była dla mnie symbolem ratunku.

Nieco zrezygnowany opuściłem głowę i spojrzałem w dół. Pode mną rozpościerał się trawnik. Był sfatygowany jesiennymi deszczami. Błyszczały na nim niewielkie oczka kałuż, z których wypływały mikroskopijne rzeczki i torując sobie drogę między plackami burego błota i wybujałymi kępami ciemnozielonej trawy, zmierzały ku betonowej palisadzie krawężnika. Niektórym z nich udawało się sforsować przeszkodę i przelewały się na chodnik, tworząc na nim spienione rozlewiska. Z wysokości pierwszego piętra trawnik wyglądał inaczej, wcale nie przypominał trawnika, na który zwykłem wbiegać w pogoni z piłką. Tamten był zbiorowiskiem tysięcy drobnych źdźbeł, wśród których w słoneczne dni, można było dostrzec harcujące mrówki. Ten przypominał mapę. Nie widać było na nim żadnych oznak życia. Mapa, co prawda ruszała się, ale była płaska, odległa, a słowa, które mogły ją opisać, nie miały nic wspólnego z trawnikiem. Nie było na niej nie tylko małych trawek, ale także gorzkich mleczy i dmuchawców, nie łaziły po nim mrówki, nie fruwały nad nim tłuste osy, ani stada napastliwych muszek. Trawnik był odległą, niedotykalną i wyzutą z wyrazów płaszczyzną, której nazwanie wymagało nadludzkiego wysiłku. Bo jak nazwać kałużę, która przestała być kałużą? Może być morzem, jeziorem, albo stawem. Jak określić zielony dywan trawy? Czy jest właśnie dywanem? Ale przecież na dywanie nie zmieści się całe jezioro. Czym więc jest trawa? Lasem? A co zrobić z chodnikiem, który z daleka wcale nie wygląda na układankę z twardych, betonowych płytek. Z czego jest tym razem złożony? Z „chodny”? Ale czy jest w ogóle takie słowo: „chodna”?


Okno u sąsiadów znów się otworzyło, usłyszałem: „no dobra, dobra” i coś lekko uderzyło mnie w kark. Na szyi poczułem kąśliwe ukłucie. Chciałem się ruszyć, ale głowa uwięzła między prętami barierki. Szarpnąłem się kilka razy. Ani drgnęła. Bolało mnie coraz bardziej, a wokół twarzy zaczęła się owijać cienka strużka dymu.

— Mamo, mamo, palę się! — wrzasnąłem przerażony.

Sąsiadka wychyliła się z czeluści swojej kuchni.

— Boże, a ty co robisz? Sąsiadko, dzieciak przez balkon leci!

Po chwili na naszym balkonie zrobiło się tłoczno. Do akcji wkroczyła, spontanicznie uformowana, ekipa ratunkowa. Najpierw zdjęli mi czapkę i oblali kark wodą, a potem rozpoczęła się debata, jak mnie uwolnić. Sąsiad zaproponował, żeby mi uciąć uszy.

— Utnie mu się uszy, to głowa będzie mniejsza, przelezie bez trudu, a uszy potem i tak mu odrosną — wyjaśnił.

— No, co ty Stefciu dziecko straszysz — powstrzymała go sąsiadka — mówiłam ci tyle razy, że masz popielniczkę na parapecie — dodała szeptem.

— Rzeczywiście, dałby pan już spokój. Może lepiej przepiłujemy barierkę? — wymyśliła moja mama.

— No dobra, już dobra. A jest jakiś brzeszczot w tym domu? — sąsiadowi pomysł najwyraźniej się nie spodobał.

— Tata ma piłę pod wanną — pisnąłem.

— E tam. Piłą to nie pójdzie. Trzeba brzeszczotem do metalu. Się człowiek namacha, a potem spawać trzeba. Krucha sprawa… Trzeba sposobem. Pójdę do Koboza, weźmie się drabinę, drugą stroną go chwycimy i po krzyku.

Zamarłem. W istocie to słowo dobrze oddaje stan, w jakim się znalazłem. Byłem jak owad strącony z liścia. Leżałem na brzuchu i czekałem, aż mnie zgniotą. Wiedziałem, że to niechybnie nastąpi, bo szedł po mnie Koboz.

Koboz to był nasz dozorca. Wyjątkowo wredny i gburowaty typ. Mieszkał na parterze, ale większość czasu spędzał przy swojej rabacie z różami. Róże były jego oczkiem w głowie — pielęgnował je, podlewał, na zimę otulał krzewy słomą, a latem zbierał opadłe płatki kwiatów i suszył na parapecie; a co najdziwniejsze, Koboz z różami rozmawiał. Mówił do nich spokojnym, monotonnym szeptem, jakby opowiadał im bajki, albo modlił się do nich. Biada temu, kto wtedy śmiał się do niego zbliżyć. Wpadał w szał. Rzucał się całym ciałem w kierunku natręta, wymachiwał grabiami, albo gracą i krzyczał. I to jak krzyczał. Darł się spazmatycznie, miało się wrażenie, że ma w gardle nieprzełknięty łyk wody, który zaraz wytryśnie przez jego usta jak gejzer. I rzeczywiście, z ust Koboza wytryskiwał gejzer, wibrująca struga przekleństw i obelg, którymi obdarzał wszystko, co żyje, poza różami. I za to go ceniłem. Zawdzięczałem mu, osobną szkatułkę w mojej kolekcji, tajną szkatułkę ze słowami niecenzuralnymi. Pełno w niej było: chuje, chuje złamane, chuje obrzękłe, pizdy w różnych odmianach, szczyle, obszczymurki, gnoje, obsrańcy, dupy i kurwy. I jeśli dopuszczałem się jakiejś łobuzerki, na przykład nagłego zakręcenia kranu w piwnicy, gdy podlewał swe kwiaty to tylko po to, aby wywołać u niego atak złości. Jeden drobny figielek wystarczał, aby pozyskać od czterech do ośmiu pięknych, brzękliwych jak najlepszy kryształ wyzwisk.

Zobaczyłem twarz Koboza tuż przed czubkiem swojego nosa. Patrzył na mnie przekrwionymi oczami, przygryzał dolną wargę i sapał tak intensywnie, że widać było jak poruszają mu się nozdrza. Nie wyglądał groźnie. Tylko śmiesznie. Z nosa wystawały mu długie błyszczące włoski i poruszały się rytmicznie. Podobne włoski dostrzegłem w jego lewym uchu. Patrzył na mnie przez chwilę, jakby widział mnie pierwszy raz w życiu, po czym chwycił mnie za sweter, przetkał przez szczeble barierki, włożył pod pachę i po chwili stałem na trawie. — „A co ty, miękkim chujem robiony jesteś? Gdzieżeś wlazł? Spieprzaj do domu!” — powiedział na pożegnanie.

Rozdział 4

o problemach związanych z kolekcjonowaniem słów.

Koboz, sąsiedzi, rodzice, przechodnie, spikerzy i piosenkarze /„Życie Karolino to nie legumina — przesłodzone nudzi się. Wybacz Karolino, że ci wypominam — skłonność do banalnych scen”/ byli codziennymi dostawcami do mej kolekcji. Mój zbiór pęczniał w zawrotnym tempie. Po roku kolekcjonowania zapanował w nim całkowity chaos. Słowa gubiły mi się, potem znajdowałem je w innym miejscu, nie kojarząc, skąd się tam wzięły i jakie mogą mieć znaczenie. Starałem się wypracować jakiś system ich zapamiętywania. Zacząłem od nauczenia się alfabetu i przyporządkowałem poszczególne literki palcom u rąk. Nie poskutkowało — nie starczało palców, a dzielenie palców na dwie litery wprowadzało do kolekcji jeszcze większy bałagan. Usiłowałem wykorzystać palce u stóp. Przez kilka tygodni biegałem między mieszkaniem a podwórkiem, kuśtykając w jednym bucie, albo wlokąc za sobą kolanówki. Nie mogłem pojąć, jak to się dzieje, że dorośli są w stanie spamiętać takie ogromy słów i potrafią używać ich w dowolnie wybranej przez siebie chwili? Nocami dręczyły mnie koszmary — właściwie były to komiksy, w których występowali wyłącznie ludzie powyżej lat piętnastu. Z ust wychodziły im komiksowe dymki. W dymkach, w miejsce liter były białe plamy. Niejeden poranek głowiłem się, o co chodzi z tymi białymi dymkami, ale nie znajdowałem odpowiedzi. A w nocy znowu to samo — dorośli z dymkami. Ze strachu przed nimi przestałem sypiać i straciłem apetyt. Zaczęła mnie toczyć dziecięca depresja, zapadłem się w sobie i chyba przestałem rosnąć, na szczęście, któregoś dnia zostałem wysłany po zakupy: kilo cukru, paczkę zapałek, kwaśną śmietanę i paczkę kawy. Mama zapisała to karteczce i owinęła nią odliczone pieniądze. Zapakowałem wszystko do kieszeni, zawiązałem porządnie buty i wyruszyłem.

Do sklepu było blisko, ale mimo to biegłem. Rozpierała mnie duma. Po raz pierwszy wykonywałem samodzielnie sprawunki. Poza tym miałem nadzieję, że w stojąc w kolejce, pochwycę kilka nowych słówek. Ustawiłem się na samym końcu, przytuliłem do pomalowanej farbą olejną ściany i zacząłem nasłuchiwać. Ludzie mówili dużo. Były to przede wszystkim narzekania. Gadali, że nie ma tego, czy tamtego, że ceny są za wysokie albo że „system dystrybucji” /to był mój nowy łup/ jest do dupy. Przepuszczałem kolejnych klientów, udając, że liczę pieniądze i prawie zapomniałem o zakupach, ale ekspedientka wskazała na mnie palcem i rzuciła przez ladę:

— A dla ciebie, co ma być?

— Poproszę cukier, zapałki i śmietanę i kawę — wytrajkotałem.

— Jaką śmietanę?

— Do zupy, to znaczy kwaśną — popisałem się swoją wiedzą.

— A kawa, jaka?

— Małą paczkę i proszę zmielić.

— Dobrze, ale jaką mama pije: orient, selekt, ekspres?

Zbaraniałem. Nie wiedziałem, że są jakieś różne kawy. Szybciutko powtórzyłem pod nosem nowe słówka: „orient, selekt, ekspres…”

Sprzedawczyni spojrzała na mnie i wydęła pomalowane karminową szminką usta.

— Nie marudź, tylko daj kartkę — zgrzytnęła.

Ze zdumieniem przypomniałem sobie o kartce.

— No widzisz, trzeba było od razu z kartką. Mama napisała, że orient.

— No to zmielony orient proszę — wybrnąłem z honorem.

Wsłuchując się w gwizd szybkoobrotowego młynka do kawy, w którym orient-ziarenka zamieniały się w orient-pył, zrozumiałem, że najlepszym sposobem zapamiętywania nowych słów, jest ich zapisywanie.

Jedna maleńka karteczka przewróciła do góry nogami kierunek moich kolekcjonerskich wysiłków — zapłonąłem płomiennym pożądaniem do słów uwiecznionych na papierze. Odkryłem na nowo nasze mieszkanie, dostrzegłem, że stoją w nim regały z książkami, a pod telewizorem piętrzą się stosy gazet i po raz pierwszy w życiu doceniłem ich niepowtarzalną użyteczność. Do podsłuchiwania dołączyłem wertowanie. Jeśli któryś wolumin, z racji posiadanych ilustracji lub ładnego kroju czcionek, wydawał mi się szczególnie interesujący, podsuwałem go niezwłocznie każdemu, kto potrafił czytać. Ze spokojnego, nieco rozmarzonego chłopięcia przeistoczyłem się w natrętnego dzieciaka ganiającego za ludźmi z książką pod pachą. Na podwórku przezywali mnie „bibliotekarz” albo „poczytaj mi siostro”. Pierwsze wbijało mnie w pychę, drugie złościło, tym bardziej, że siostra wcale nie chciała mi czytać. Chodziła wtedy dopiero do pierwszej klasy i szło jej to opornie. Kiedy w domu pojawiałem się w jej pobliżu, przeganiała mnie kuksańcami, a na podwórku udawała, że mnie nie zna: „Ty bibliotekarz, wynocha do biblioteki. Widzieliście, znowu przylazł z książką, nie bawisz się z nami!” — wołała z daleka. Nie cierpiałem jej za to i szukałem sposobów, aby jej to udowodnić. Najlepiej mi to wychodziło, kiedy chorowałem. Wówczas siostra nie mogła się mnie wyrzec, musiała się mną opiekować i robić wszystko, czego sobie zażyczyłem.

Rozdział 5

który jest hołdem.

Pewnego marcowego przedpołudnia leżałem powalony najśmieszniejszą ze wszystkich chorób dziecięcych, czyli świnką. Szyję miałem spuchniętą, obwiązaną chustką i szalikiem, ale poza tym czułem się doskonale. Ustawiłem dla siostry krzesło u swoich stóp, a sam rozparłem się na poduszkach. Obok mnie leżał opasły tom w żółtej, płóciennej oprawie. Ściągnąłem go, jak zwykle, z półki bibliotecznej. Po obejrzeniu ilustracji uznałem, że jest to najciekawsza książka, z jaką miałem do tej pory do czynienia. Na obrazkach uwidocznione były sytuacje, w których sam chętnie bym się znalazł. Na jednej widać było karawanę przemieszczającą się po pustyni, na innej jakiś chłopiec mierzył ze strzelby do groźnie prężącego się lwa, a na ostatniej był słoń i wodospad. Kipiałem z ciekawości.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 30.66