E-book
23.63
drukowana A5
78.97
Historia nałogów

Bezpłatny fragment - Historia nałogów

Książka została utworzona z pomocą AI


Objętość:
264 str.
ISBN:
978-83-8440-687-8
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 78.97

Wprowadzenie: Homo Addictus — Istota w pętli pragnienia

Londyn, rok 1888. Deszczowa noc, latarnie gazowe rzucają pomarańczowe plamy światła na oślizgłe od wilgoci chodniki. W eleganckim salonie przy Wimpole Street, w dzielnicy szanujących się lekarzy, siedzi kobieta. Ma trzydzieści dwa lata, należy do wyższych sfer, jej mąż jest cenionym adwokatem. Na pierwszy rzut oka wszystko jest idealne — gorset ściśle opina talię, suknia uszyta według najnowszej mody paryskiej, w uszach połyskują brylanty odśledzone po matce. Ale jej dłonie drżą. Źrenice ma zwężone do rozmiarów łepków od szpilek. Czeka.

Gdy dokr otwiera drzwi, kobieta zrywa się z fotela. Nie wita go, nie pyta o zdrowie, nie zamienia uprzejmości. Jej oczy biegną wprost do jego czarnej torby.

„Och, doktorze”, mówi głosem, w którym nadzieja miesza się z rozpaczą, „ukłuj mnie szybko”.

Doktor wie, co robi. Wie, że biały proszek, który rozpuści w wodzie i wciągnie do szklanej strzykawki, jest zarówno lekarstwem, jak i trucizną. Wie, że za chwilę ta dystyngowana dama poczuje ciepło rozlewające się od żołądka po czubki palców, że jej lęki znikną, a świat nabierze pastelowych, łagodnych barw. Wie też, że za kilka godzin głód powróci — silniejszy, bardziej natarczywy. Ale to nie jego problem. Jego problemem jest ból pacjentki, jej „nerwica”, jej „dolegliwości kobiece”, których nazwanie pozostawiało wiele do życzenia. A morfina — święta morfina, jak nazywali ją entuzjaści — działała zawsze.

Ta scena, rozgrywająca się tysiące razy w wiktoriańskiej Anglii, Niemczech, Francji i Stanach Zjednoczonych, mówi nam coś fundamentalnego o naturze człowieka. Nie o słabości charakteru, nie o upadku moralnym, nie o grzechu. Mówi o czymś głębszym, bardziej pierwotnym — o pętli pragnienia, w którą złapany jest każdy z nas. O mechanizmie, który sprawia, że kobieta w eleganckim salonie błaga o igłę, że rzymski cesarz Marek Aureliusz przed snem popijał napar z makówek, by ukoić duszę trawioną troskami imperium, że Juliusz Verne, ojciec literatury science-fiction, pisał sonety na cześć morfiny, dziękując jej za natchnienie.

Nazywam to zjawisko Homo Addictus. Nie jest to nowy gatunek człowieka, nie jest to patologia rezerwuaru marginesu społecznego. To my wszyscy. Istoty uwięzione we własnych mózgach, skonstruowane przez ewolucję w taki sposób, by poszukiwać, pragnąć, dążyć — i wpadać w pułapkę, gdy to pragnienie zostaje przekierowane na niewłaściwe tory.

Wyobraźmy sobie przez moment, że możemy spojrzeć na ludzki mózg nie jak na szarą, pofałdowaną masę, ale jak na mapę — skomplikowany system dolin, górskich przełęczy i rzek. Gdzieś w głębi, w okolicach pnia mózgu, leży źródło: pole brzuszne nakrywki, ventral tegmental area, fabryka dopaminy. Stąd biegną szlaki, niczym starożytne rzymskie drogi, do różnych części mózgu. Najważniejsza z nich wiedzie do jądra półleżącego — nucleus accumbens — które jest naszym wewnętrznym Rzymem, centrum przyjemności i motywacji. Inna wspina się wyżej, do kory przedczołowej, siedziby rozumu, planowania, hamowania impulsów.

Przez te szlaki płynie dopamina. Przez dekady mówiliśmy o niej „neuroprzekaźnik przyjemności”. To błąd. Współczesna neurobiologia uczy nas czegoś bardziej niepokojącego: dopamina nie jest od przyjemności. Jest od pragnienia. Od „chcenia”. Od motywacji. Od tego, co każe nam wstać z fotela i pójść po kolejny kawałek czekolady, kolejnego papierosa, kolejny zastrzyk. Przyjemność — to już rola opioidów i endorfin. Dopamina to paliwo dążenia.

W normalnych warunkach system działa jak doskonale wyszkolony ogar. Widzimy jedzenie — dopamina każe nam po nie sięgnąć. Uprawiamy seks — dopamina nagradza nas, byśmy chcieli to powtórzyć. Osiągamy cel — dopamina sprawia, że czujemy satysfakcję i motywację do kolejnych wyzwań. To ewolucyjne dziedzictwo, które pozwoliło naszym przodkom przetrwać na sawannie, gdzie każda kaloria była na wagę złota, a okazja do rozmnożenia się — świętym Graalem.

Problem pojawia się wtedy, gdy ogar zostaje spuszczony ze smyczy w świecie sztucznych, nienaturalnie silnych bodźców. W świecie, który sami stworzyliśmy.

Kiedy w 1804 roku niemiecki aptekarz Friedrich Sertürner, eksperymentując w Paderborn, wyizolował z opium biały, krystaliczny proszek, który nazwał morfiną na cześć greckiego boga snu Morfeusza, nie miał pojęcia, co właśnie wypuścił z butelki. Myślał, że odkrył lek idealny — środek przeciwbólowy o niespotykanej mocy. I miał rację. Morfina rzeczywiście była cudem. Ale była też bestią. Gdy pół wieku później wynaleziono strzykawkę do iniekcji podskórnych, bestia dostała skrzydeł. Zastrzyk domięśniowy — uważany wówczas za bezpieczny, bo omijający przewód pokarmowy — dostarczał morfinę do mózgu w ciągu kilkunastu sekund, a nie kilkudziesięciu minut.

Co się wtedy działo w mózgu? Pole brzuszne nakrywki zalewało jądro półleżące dopaminą w ilościach, jakich natura nie przewidziała. To nie było sto, nie tysiąc — to były dziesiątki tysięcy jednostek przyjemności w skali, na której naturalne nagrody, jak dobry posiłek czy rozmowa z przyjacielem, osiągały zaledwie kilka. Mózg, skonfundowany, uczył się szybko: to jest DOBRE. To jest WAŻNE. To jest NIEZBĘDNE DO PRZETRWANIA.

I tak wiktoriańska dama, która zaczynała od zastrzyków na ból głowy czy chandrę, po kilku tygodniach nie mogła bez morfiny funkcjonować. Nie dlatego, że była słaba. Dlatego, że jej mózg został przeprogramowany. Receptory dopaminowe — D2, te najważniejsze dla odczuwania nagrody — uległy redukcji. Mózg, broniąc się przed nadmiarem bodźca, wyłączył część odbiorników. Efekt? Potrzeba coraz większych dawek, by uzyskać ten sam poziom satysfakcji. I paradoksalnie — spadek zdolności do odczuwania przyjemności z naturalnych źródeł. Jedzenie przestaje smakować, seks przestaje cieszyć, rozmowa z dziećmi nuży.

To jest właśnie mechanizm uzależnienia. I nie dotyczy tylko morfiny.

Cofnijmy się głębiej, o miliony lat. Zanim pojawił się Homo sapiens, zanim nasi przodkowie zeszli z drzew, musieli radzić sobie z pewnym fundamentalnym problemem: co jeść? W lasach tropikalnych Afryki owoce stanowiły podstawę diety naczelnych. Były słodkie, kaloryczne, zdrowe. Były też — sezonowe. A natura, jak wiemy, nie znosi próżni. Kiedy owoc spada z drzewa i zaczyna gnić, zachodzi w nim proces fermentacji. Drożdże, obecne wszędzie w powietrzu, przerabiają cukry na alkohol. Sfermentowany owoc wydziela charakterystyczny zapach.

Dr Robert Dudley, fizjolog ewolucyjny z University of California, Berkeley, postawił w latach 2000. prowokacyjną tezę: nasi przodkowie wyewoluowali preferencję do zapachu etanolu, bo był on wskaźnikiem dojrzałości i wartości odżywczych owoców. Małpa, która potrafiła wywęszyć sfermentowany owoc, zyskiwała przewagę ewolucyjną — dostęp do kalorii, których inne nie umiały zlokalizować. Nazwał to „hipotezą pijanego małpy”.

Problem w tym, że ten sam mechanizm, który pomógł naszym przodkom przetrwać na sawannie, dziś wpędza nas w alkoholizm. Alkohol etylowy, C₂H₅OH, jest jedną z najstarszych używek ludzkości. Piwo warzono w Sumerze 5 tysięcy lat temu, wino w Egipcie faraonów, a w średniowieczu arabscy alchemicy odkryli destylację, tworząc aqua vitae — wodę życia, która miała być lekarstwem na wszystko, a stała się przekleństwem północnej Europy. Ale to nie przypadek, że ciągnie nas do alkoholu. To ewolucyjna pułapka zastawiona miliony lat temu. Nasze mózgi są zaprogramowane, by lubić to, co pachnie fermentacją. Bo fermentacja oznaczała kiedyś kalorie. Dziś oznacza marskość wątroby.

Pułapka ma jednak nie tylko wymiar ewolucyjny, ale też społeczny i egzystencjalny. Osobę uzależnioną często postrzegamy jako kogoś, kto szuka przyjemności. Hedonistę, który przegiął. Tymczasem coraz więcej badań wskazuje, że w zaawansowanej fazie nałogu nie chodzi wcale o przyjemność. Chodzi o ulgę. O ucieczkę. O stłumienie lęku.

Neurobiologia mówi tu jasno: te same szlaki dopaminowe, które odpowiadają za nagrodę, biorą udział w regulacji lęku. W 2020 roku zespół badaczy pod kierunkiem Dong opublikował w Frontiers in Neuroscience przegląd badań neuroobrazowych, który wykazał, że u osób z zaburzeniami lękowymi i obsesyjno-kompulsyjnymi dochodzi do znaczących zmian w układzie dopaminowym. W OCD zaobserwowano obniżoną dostępność receptorów D2 w prążkowiu — strukturze odpowiedzialnej za motywację i kontrolę zachowań. Wzrost syntezy dopaminy w korze przedczołowej korelował z nasileniem objawów. Innymi słowy: lęk i kompulsja mają to samo neurobiologiczne podłoże co uzależnienie. To nie są odrębne choroby. To różne manifestacje tego samego zaburzenia regulacji.

Zrozumienie tego faktu zmienia wszystko. Osoba uzależniona nie jest słabeuszem, który nie umie powiedzieć „nie”. Jest kimś, kogo mózg przeszedł głęboką neuroadaptację. Kontrola nad zachowaniem przenosi się z obszarów odpowiedzialnych za świadome podejmowanie decyzji (kora przedczołowa) do obszarów odpowiedzialnych za nawyki (prążkowie grzbietowe). W eksperymencie na szczurach opisanym w Molecular Psychiatry w 2023 roku wykazano, że po długotrwałym stresie i powtarzanym zachowaniu (picie alkoholu) kontrola nad zachowaniem przechodzi do dorsolateralnego prążkowia — obszaru nawyków. Blokowanie receptorów dopaminowych w tym obszarze hamowało kompulsywne picie, ale nie wpływało na zachowania we wczesnej fazie. To dowód na to, że kompulsywność rozwija się jako efekt neuroadaptacji, zmiany systemu kontroli zachowania.

„Z czasem zachowanie staje się kompulsywne — wykonywane nie dla przyjemności, lecz dla ulgi” — czytamy w opracowaniu Kliniki Psychologii. I to jest klucz do zrozumienia Homo Addictus. Przejście od „chcę” do „muszę”. Od hedonizmu do konieczności. Od poszukiwania raju do ucieczki przed piekłem.

Damian, dwudziestosześciolatek z artykułu na portalu StopUzależnieniom.pl, jest tego tragicznym przykładem. Zdolny chłopak, dobry uczeń, lubiany przez wszystkich. W technikum wybrał kumpli i imprezy zamiast nauki. Potem poznał Anię, zakochał się, ożenił, urodziła się córeczka Helenka. Przez moment wyglądało, że wszystko będzie dobrze. Ale demony wróciły. Najpierw weekendowe wyjścia, potem noce poza domem, wreszcie picie w domu do nieprzytomności, wielodniowe ciągi. Ania wyprowadziła się z dzieckiem. Damian został sam. I choć jego matka, Katarzyna, wdowa od siódmego roku życia syna, przyjęła go pod swój dach, prała, gotowała, dawała pieniądze na wódkę, on odpłacał jej wyzwiskami, groźbami samobójczymi, kradzieżą portfela.

Aż do poranka, gdy znalazł matkę nieprzytomną na podłodze w kuchni. Zawał. Trzydzieści procent szans na przeżycie.

„To było właśnie to dno, o którym tak często mówi się w przypadku osób z uzależnieniem” — pisze autorka reportażu. Damian w jednej chwili zobaczył, że jedyna osoba, która przy nim trwała, może odejść na zawsze. I że to jego choroba — bo w końcu zrozumiał, że to choroba, a nie wybór — doprowadziła ją na skraj śmierci.

Ta historia mówi nam coś więcej niż tylko o alkoholizmie. Mówi o tym, że uzależnienie to choroba rodzinna, że rani wszystkich wokół, że jej mechanizm polega na stopniowym zacieraniu granic między dobrem a złem, między miłością a wykorzystaniem, między normalnością a patologią. Ale mówi też o nadziei. Damian poszedł na terapię. Katarzyna przeżyła. Historia skończyła się dobrze — choć ile takich historii kończy się inaczej?

Skala problemu jest ogromna, ale też głęboko niezrozumiana. Kiedy myślimy o nałogach, przed oczami stają nam obrazy z meliny — narkomani z igłami w żyłach, pijacy pod sklepem, hazardziści przegrywający ostatnie pieniądze. Tymczasem Homo Addictus nosi garnitur i krawat, siedzi w korporacyjnym open space i robi karierę. Pracoholizm, choć brzmi dumnie, jest uzależnieniem behawioralnym o takim samym mechanizmie jak heroinizm. Wysokie stanowiska wiążą się z ciągłym wyrzutem adrenaliny i kortyzolu, z presją, z walką. Mózg uczy się funkcjonować w tym trybie, aż w końcu nie potrafi inaczej. Emerytura staje się wyrokiem, bo brakuje codziennej dawki stresu, która napędzała organizm.

Albo weźmy zakupoholizm. Kredyt — mówi się, że to narkotyk finansowy. I rzeczywiście, mechanizm jest ten sam: chwilowa przyjemność, odroczenie płatności, potem wyrzuty sumienia i kolejny zakup, by zagłuszyć nieprzyjemne emocje. Współczesny konsumpcjonizm został zaprojektowany tak, by uzależniać. Galerie handlowe są świątyniami, w których architektura, oświetlenie, muzyka — wszystko ma wywołać trans, zawiesić racjonalne myślenie i skłonić do wydawania pieniędzy. A karta kredytowa znosi barierę bólu związaną z płaceniem gotówką.

Nawet jedzenie stało się nałogiem. Król Anglii Edward VII, syn królowej Wiktorii, był prawdopodobnie jednym z najbardziej spektakularnych jedzenioholików w historii. Dzień zaczynał od śniadania składającego się z dwóch talerzy jajek na bekonie, ryb, kotleta lub befsztyku, kurczaka bądź dania z dziczyzny. W południe czekał go czterodaniowy lunch, po południu podwieczorek z jajkami, ciasteczkami, eklerkami, a wieczorem dwunastodaniowy obiad, który czasami na jego żądanie powiększano. Między posiłkami jeszcze podjadał — mus z krabów, opalane naleśniki z pomarańczami. W efekcie obwód jego pasa osiągnął 122 centymetry, cierpiał na chorobę niedokrwienną serca, migotanie komór, zakrzepicę, nadciśnienie. Do tego nałogowo palił cygara i papierosy. Gdy w maju 1910 roku zachorował na zapalenie oskrzeli, lekarze kazali mu odpoczywać. On pojechał na polowanie, przeziębił się ponownie i gdy umierał w łóżku, ostatkiem sił zapalił cygaro. Jego biograf Giles St. Aubyn napisał: „Fakt, że król przeżył 69 lat, nie odmawiając sobie jedzenia, tytoniu i alkoholu, to istny cud”.

Cud? Może raczej dowód na to, że nałóg nie wybiera. Królowie, cesarze, arystokraci, pisarze, politycy — wszyscy oni padali ofiarami tej samej pętli. Arcyksiążę Rudolf, syn cesarza Franciszka Józefa i słynącej z urody Sisi, wychowywany bez miłości oschłego ojca i nieobecnej matki, w dorosłym życiu leczył depresję narkotykami szczodrze zapisywanymi przez dworskich lekarzy. W styczniu 1889 roku, najprawdopodobniej zamroczony opium, zastrzelił w Mayerling swoją kochankę Marię Vetserę, a potem siebie. Jego śmierć otworzyła drogę do tronu Franciszkowi Ferdynandowi, którego zabójstwo w Sarajewie w 1914 roku stało się iskrą zapalną pierwszej wojny światowej. Gdyby nie narkotyki, czy historia potoczyłaby się inaczej?

Cesarz Niemiec Fryderyk III, zwany Fritzem, był nadzieją niemieckich liberałów — chciał hamować militaryzm, nie dyskryminować Polaków, prowadzić pokojową politykę. Ale był nałogowym palaczem. Gdy wstąpił na tron w marcu 1888 roku, miał już zaawansowanego raka krtani. Panował 99 dni, po czym zmarł. Jego syn, Wilhelm II, rozpętał pierwszą wojnę światową. Gdyby nie papierosy, czy Niemcy pozostałyby liberalne? Gdyby nie nałóg, czy XX wiek wyglądałby inaczej?

Te pytania są oczywiście spekulacją. Ale unaoczniają coś ważnego: uzależnienia nie są prywatną słabością, nie są sprawą jednostki. Mają konsekwencje społeczne, polityczne, historyczne. Kształtują losy narodów, choć zwykle pozostają w cieniu wielkiej polityki.

Współczesny świat oferuje nam nieograniczony dostęp do różnych form stymulacji dopaminowej. Media społecznościowe, gry komputerowe, hazard online, zakupy przez internet, serwisy streamingowe — wszystko to zostało zaprojektowane tak, by jak najczęściej aktywować ośrodek nagrody w mózgu. Inżynierowie z Doliny Krzemowej doskonale wiedzą, co robią. Mechanizm scrollowania — niekończącego się przewijania treści — to odpowiednik zmiennego schematu wzmocnień, który uzależnia w hazardzie. Lajki, komentarze, powiadomienia — to wszystko są małe zastrzyki dopaminy, które mają sprawić, byśmy wracali, byśmy nie mogli się oderwać.

FOMO — Fear Of Missing Out, lęk przed pominięciem — to współczesna forma głodu. Głodu informacji, kontaktu, akceptacji. Gdy nie mamy dostępu do telefonu, czujemy niepokój, rozdrażnienie, dyskomfort. To są objawy odstawienia. Takie same jak u palacza bez papierosa, alkoholika bez drinka, narkomana bez działki.

Czy to znaczy, że wszyscy jesteśmy uzależnieni? Nie w sensie klinicznym. Ale wszyscy jesteśmy narażeni. Wszyscy żyjemy w środowisku, które eksploatuje nasz układ nagrody, które wykorzystuje ewolucyjne mechanizmy przeciwko nam. I wszyscy musimy nauczyć się z tym żyć.

Dylemat, przed którym stoimy, ma też głęboki wymiar filozoficzny. Jeśli nasze wybory są wypadkową dopaminy, genów, środowiska, wcześniejszych doświadczeń — to gdzie w tym wszystkim miejsce na wolną wolę? Filozofowie od wieków zmagają się z tym pytaniem. Dylemat determinizmu, jak nazywa się ten problem, brzmi następująco: jeśli nasze działania są zdeterminowane przez przeszłe zdarzenia, na które nie mieliśmy wpływu, to nie możemy być za nie odpowiedzialni. Ale jeśli są niezdeterminowane, przypadkowe, to tym bardziej nie mamy nad nimi kontroli. W obu przypadkach wolna wola wydaje się iluzją.

Już w VI wieku Boecjusz rozważał ten problem w O pocieszeniu, jakie daje filozofia. W 1266 roku św. Tomasz z Akwinu obstawał przy kompatybilistycznym rozumieniu wolnej woli, twierdząc, że boska wszechwiedza nie wyklucza ludzkiej wolności. W 1739 roku David Hume w Traktacie o naturze ludzkiej podjął ten temat na nowo. A w 1884 roku William James wygłosił słynny wykład „Dylemat determinizmu”, w którym pisał: „Świat okazał się, do wielkiego stopnia, plastycznym wobec naszego żądania racjonalności. O ile dalej okaże się plastyczny, nikt nie może powiedzieć”.

Dla osoby uzależnionej ten dylemat ma konkretny, bolesny wymiar. Czy Damian, pijący do nieprzytomności, wybierał swój los? Czy był ofiarą neurobiologii, genów, wychowania, środowiska? A może jednak w każdym momencie miał szansę powiedzieć „nie”, podjąć decyzję, zawalczyć? Prawda leży prawdopodobnie gdzieś pośrodku. I to jest najtrudniejsze. Uzależnienie to choroba, ale choroba, która nie odbiera całkowicie sprawczości. To walka, którą trzeba podjąć, mając świadomość, że przeciwnik jest potężny, że ma przewagę, że gra na własnym boisku — w naszym mózgu.

Ta książka jest próbą opowiedzenia historii Homo Addictus — od ewolucyjnych początków, przez wielkie cywilizacje, przez odkrycia chemików i medyków, przez wojny opiumowe, prohibicję, kontrkulturę lat 60., po współczesny świat cyfrowych pętli i algorytmicznych pułapek. Będzie to historia substancji — alkoholu, opiatów, stymulantów, psychodelików. Będzie to historia zachowań — hazardu, seksu, jedzenia, pracy, zakupów. Będzie to historia społeczna — klas, płci, geografii, ekonomii. I będzie to historia filozoficzna — pytania o granice wolności, naturę przyjemności, sens cierpienia.

Nie będę moralizował. Nie będę pouczał. Nie będę udawał, że znam proste odpowiedzi. Chcę opowiedzieć historię, która jest zakorzeniona w faktach, ale która oddaje też złożoność ludzkiego doświadczenia. Bo nałóg — jak niewiele innych zjawisk — odsłania prawdę o nas samych. O tym, że jesteśmy istotami z krwi i kości, z mózgu i hormonów, z pragnień i lęków. Ale też o tym, że potrafimy walczyć, że potrafimy się podnieść, że potrafimy — jak Damian — w końcu zrozumieć i zmienić swoje życie.

Gdy wiktoriańska dama mówiła do doktora: „ukłuj mnie szybko”, wołała o pomoc, której nie umiała nazwać. Gdy Damian znalazł matkę na podłodze, w końcu usłyszał to wołanie. Ta książka jest zaproszeniem do wsłuchania się w nie — w siebie, w innych, w historię. Bo zrozumienie przeszłości może być kluczem do uwolnienia się z pętli teraźniejszości. A może też — do odnalezienia w sobie siły, by z tej pętli w końcu wyjść.

Zapraszam Cię, Czytelniku, w podróż. Podróż przez dzieje ludzkich pragnień, ludzkich słabości i ludzkiej siły. Podróż do źródła tego, co czyni nas ludźmi — zarówno wtedy, gdy upadamy, jak i wtedy, gdy powstajemy.

Rozdział 1: Ewolucyjna pułapka układu nagrody

I. Architektura pragnienia

Wyobraź sobie, że siedzisz w restauracji. Kelner przynosi danie, które zamówiłeś — soczysty stek, idealnie wysmażony, z ziemniakami posypanymi rozmarynem. Zanim jeszcze wziąłeś pierwszy kęs, zanim widelec dotknął ust, twoje ciało już zareagowało. Ślina napłynęła do ust. Źrenice lekko się rozszerzyły. Serce przyspieszyło. Coś w tobie szepnęło: tak, to jest to, czego chcę.

To coś to dopamina.

Przez dekady nazywaliśmy ją „cząsteczką przyjemności”. Podręczniki, artykuły popularnonaukowe, wykłady — wszędzie powtarzano tę samą mantrę: dopamina to neuroprzekaźnik odpowiedzialny za odczuwanie przyjemności. Problem w tym, że to nieprawda. A przynajmniej — to prawda niepełna, uproszczona do granic fałszu, niczym średniowieczna mapa, na której nieznane lądy zamieszkiwały potwory.

Współczesna neurobiologia uczy nas czegoś bardziej niepokojącego i zarazem bardziej fascynującego: dopamina nie jest od przyjemności. Jest od pragnienia. Od „chcenia”. Od motywacji, która każe nam wstać z fotela i podjąć działanie. To paliwo dążenia, nie satysfakcji.

Daniel Lieberman, amerykański psychiatra, i Michael Long, scenarzysta i dramaturg, napisali książkę pod wiele mówiącym tytułem Mózg chce więcej. Twierdzą w niej, że tę substancję chemiczną w mózgu mają wszystkie ssaki, płazy, gady, ptaki i ryby, ale żadne zwierzę nie ma jej tyle co człowiek. Produkuje ją zaledwie jedna komórka mózgu na dwa miliony, ale potrafi zawładnąć naszymi pragnieniami i oczekiwaniami. Jest naszym błogosławieństwem i przekleństwem.

Gdzie dokładnie dzieje się ta magia? Gdzieś w głębi mózgu, w okolicach pnia mózgu, leży źródło: pole brzuszne nakrywki, ventral tegmental area — fabryka dopaminy. Stąd biegną szlaki, niczym starożytne rzymskie drogi, do różnych części mózgu. Najważniejsza z nich wiedzie do jądra półleżącego — nucleus accumbens — które jest naszym wewnętrznym Rzymem, centrum motywacji i uczenia się nagrody. Inna wspina się wyżej, do kory przedczołowej, siedziby rozumu, planowania, hamowania impulsów. To właśnie te szlaki — mezolimbiczny i mezokortykalny — stanowią rdzeń tego, co neurobiolodzy nazywają układem nagrody.

W normalnych warunkach system działa jak doskonale wyszkolony ogar. Widzimy jedzenie — dopamina każe nam po nie sięgnąć. Uprawiamy seks — dopamina nagradza nas, byśmy chcieli to powtórzyć. Osiągamy cel — dopamina sprawia, że czujemy satysfakcję i motywację do kolejnych wyzwań. To ewolucyjne dziedzictwo, które pozwoliło naszym przodkom przetrwać na sawannie, gdzie każda kaloria była na wagę złota, a okazja do rozmnożenia się — świętym Graalem.

Ale uwaga: to, co naprawdę rozpala neurony dopaminergiczne, to nie sama nagroda, ale jej nieprzewidywalność. Eksperymenty na małpach w latach 90. przeprowadzone przez Wolframa Schultza z Uniwersytetu w Cambridge zrewolucjonizowały nasze rozumienie dopaminy. Gdy małpa otrzymywała sok w przewidywalnym momencie, jej neurony dopaminowe pozostawały spokojne. Ale gdy sok pojawiał się niespodziewanie — lub gdy sygnał zapowiadał jego pojawienie się — neurony wybuchały aktywnością. Odkryto coś, co psychiatrzy nazywają „błędem przewidywania nagrody”. Mózg uczy się przewidywać, a dopamina jest sygnałem błędu w tych przewidywaniach. Gdy nagroda jest większa niż oczekiwana, dopamina zalewa mózg. Gdy mniejsza — jej poziom spada.

Ta mechanika ma głębokie konsekwencje dla naszego codziennego życia. Weźmy choćby miłość. Kiedy się zakochujemy, doznajemy niespodzianki — ta osoba, te uczucia, ta chemia pojawiają się w naszym życiu nieoczekiwanie. Dopamina zalewa mózg. Amerykańska antropolog Helen Fisher twierdzi, że namiętna miłość nie trwa zbyt długo — najczęściej rok, czasami półtora roku. Bo nie ma już nowości i poziom dopaminy spada. Związek może wtedy uratować to, co Fisher nazywa miłością współodczuwającą — ale o tej miłości decydują zupełnie inne neuroprzekaźniki, dające satysfakcję z tego, co jest tu i teraz, a nie z tego, co może być za jakiś czas.

Dopamina to przekleństwo lowelasów goniących za nowymi podbojami miłosnymi. „Paradoksalnie — piszą Lieberman i Long — obwody mózgowe dostarczające nam energii i motywacji potrzebnych do znalezienia się w łóżku z pożądanym partnerem utrudniają nam później czerpanie z tego radości”. Bo najważniejsze jest zdobywanie, samo pożądanie — a spełnienie nie daje już takiej satysfakcji. „Nie da się jej zaspokoić. Dopamina umie się tylko dopominać o więcej”.

II. Ból i przyjemność — dwie strony tej samej monety

Gdyby układ nagrody był prosty — nagroda równa się przyjemność — nasze życie byłoby łatwiejsze, ale i uboższe. Jest jednak bardziej skomplikowany, bo musi równoważyć dwie przeciwstawne siły: dążenie do przyjemności i unikanie bólu.

Okazuje się, że te same szlaki dopaminowe, które odpowiadają za nagrodę, biorą udział w regulacji lęku. W 2020 roku zespół badaczy pod kierunkiem Dong opublikował w Frontiers in Neuroscience przegląd badań neuroobrazowych, który wykazał, że u osób z zaburzeniami lękowymi i obsesyjno-kompulsyjnymi dochodzi do znaczących zmian w układzie dopaminowym. W zaburzeniu obsesyjno-kompulsyjnym zaobserwowano obniżoną dostępność receptorów D2 w prążkowiu — strukturze odpowiedzialnej za motywację i kontrolę zachowań. Wzrost syntezy dopaminy w korze przedczołowej korelował z nasileniem objawów. Innymi słowy: lęk i kompulsja mają to samo neurobiologiczne podłoże co uzależnienie. To nie są odrębne choroby. To różne manifestacje tego samego zaburzenia regulacji.

Badanie przeprowadzone przez zespół Erin Calipari z Vanderbilt University, opublikowane w Current Biology, poszło o krok dalej. Naukowcy zastosowali szereg metod obrazowania aktywności mózgu i zaawansowanej analizy statystycznej, monitorując aktywność dopaminergiczną u myszy wykonujących zadania związane z układem nagrody. Odkryli, że aktywność dopaminy wzrastała także w obliczu stresujących bodźców — ponieważ były one istotne dla myszy. „Rezultaty naszego badania pokazują, że dopamina nie jest molekułą przyjemności” — tłumaczyła Calipari. „Zamiast tego pełni ona funkcje przetwarzania informacji o wszystkich istotnych dla organizmu wydarzeniach, a następnie kieruje zachowaniami adaptacyjnymi — niezależnie od tego, czy są pozytywne, czy negatywne”.

To odkrycie ma fundamentalne znaczenie dla zrozumienia uzależnień. Jeśli dopamina reaguje na wszystko, co istotne — zarówno na nagrodę, jak i na stres, zarówno na przyjemność, jak i na zagrożenie — to znaczy, że pętla pragnienia, w którą jesteśmy złapani, jest znacznie szersza i bardziej skomplikowana, niż nam się wydawało. „Dopamina została uznana za cząsteczkę przyjemności, ponieważ oddawanie się uzależniającym zachowaniom lub substancjom zwiększa aktywność neuronów dopaminergicznych” — dodaje Danny Winder, dyrektor Vanderbilt Center for Addiction Research. „Jednak wyniki tego badania jasno pokazują, że rola tego neurotransmitera jest o wiele bardziej wyrafinowana. W związku z tym powinniśmy przemyśleć nasze teorie dotyczące uzależnienia, które są oparte na postrzeganiu dopaminy jako molekuły przyjemności”.

To, co dzieje się w mózgu pod wpływem silnych bodźców — narkotyków, hazardu, pornografii, mediów społecznościowych — to nie jest proste „oszukanie” systemu przyjemności. To znacznie głębsza ingerencja w mechanizm, który ewoluował, by pomagać nam radzić sobie ze złożonością świata. Gdy współczesny nastolatek scrolluje TikToka przez trzy godziny, jego mózg nie szuka przyjemności — szuka informacji o tym, co istotne. A algorytm dostarcza mu jej w nadmiarze, w postaci nieprzewidywalnych, nowych, zaskakujących treści, które są idealnym paliwem dla dopaminy.

Scrollowanie działa jak maszyna z nagrodami — raz trafiamy coś nudnego, ale za chwilę znowu coś wywoła emocje, śmiech, poruszenie. Mózg po czasie przestaje się ekscytować rzeczami, które wcześniej sprawiały radość. Pojawia się nuda, niepokój i znowu potrzeba więcej. To jest właśnie mechanizm uzależnienia: nie pogoń za przyjemnością, ale ucieczka przed dyskomfortem, przed pustką, przed ciszą, w której dopamina nie gra swoich melodii.

III. Druga strona układu — receptory opioidowe i endorfiny

Dopamina to jednak tylko połowa historii. Gdybyśmy mieli tylko pragnienie bez spełnienia, bylibyśmy jak Tantal z greckiej mitologii — skazani na wieczne sięganie po owoce, które umykają przed dotykiem. Potrzebujemy czegoś, co powie: dość, teraz możesz odpocząć, jest dobrze.

Tę rolę pełnią endogenne opioidy — endorfiny, enkefaliny, dynorfiny. To naturalne substancje produkowane przez nasz mózg, które regulują odczuwanie bólu i przyjemności. Są naszym wewnętrznym systemem nagrody, który mówi: to, co właśnie zrobiłeś, było dobre. Zasłużyłeś na chwilę wytchnienia.

Receptory opioidowe — nazwane od morfiny, greckiego boga snu Morfeusza i alkaloidu, który dał początek całej tej historii — występują w trzech głównych typach: μ (mi), κ (kappa) i δ (delta). Każdy z nich odpowiada za nieco inne efekty. Pobudzenie receptora μ wywołuje analgezję (zniesienie bólu), euforię, depresję ośrodka oddechowego, hamowanie perystaltyki jelit. Pobudzenie receptora κ wywołuje dysforię, zwężenie źrenic i sedację. Pobudzenie receptora δ wywołuje analgezję, ale także dysforię i omamy.

To fascynujące, że natura zaprojektowała nas z tak wyrafinowanym systemem — mamy różne receptory dla różnych aspektów doświadczenia bólu i przyjemności, mamy endogenne ligandy, które je aktywują w odpowiednich momentach. Endorfiny, najsilniejsze z endogennych opioidów, są lokalizowane w podwzgórzu, w istocie szarej okołowodociągowej, w miejscu sinawym, a także w komórkach układu odpornościowego. Enkefaliny znajdziemy nie tylko w ośrodkowym układzie nerwowym, ale też w przewodzie pokarmowym, w sercu, w gonadach, w komórkach nowotworowych. To system rozproszony, wszechobecny, gotowy do działania.

Gdy biegniemy maraton, po około trzydziestu minutach wysiłku pojawia się stan euforii — tak zwany runner’s high. To endorfiny. Gdy jemy czekoladę, czujemy przyjemne ciepło rozlewające się po ciele — to endorfiny. Gdy matka patrzy na swoje nowo narodzone dziecko, czuje przypływ miłości i spokoju — to endorfiny i oksytocyna działające razem.

Badania pokazują, że wczesne doświadczenia emocjonalne, szczególnie więź z matką, mają ogromny wpływ na to, jak w dorosłym życiu funkcjonuje nasz układ nagrody. W jednym z eksperymentów porównywano poziom oksytocyny i wazopresyny u dzieci wychowywanych od urodzenia z biologicznymi rodzicami oraz u dzieci adoptowanych, które wcześniej żyły w sierocińcach w Rosji i Rumunii. Po kontakcie z matkami poziom oksytocyny wzrósł u dzieci biologicznych, ale pozostał niezmieniony u adoptowanych. Te odkrycia sugerują, że istnieją biologiczne podstawy dla obserwacji, że niektóre dzieci adoptowane, szczególnie te z doświadczeniem deprywacji, mają trudności z tworzeniem bezpiecznych relacji — nawet gdy trafiają do kochających domów.

W innym badaniu na modelach zwierzęcych wykazano, że zwierzęta poddane wczesnej separacji od matki były nadpobudliwe w nowym otoczeniu i wykazywały wyższą wrażliwość na kokainę i amfetaminę. Reagowały na łagodny stresor (uszczypnięcie ogona) znacząco większym wzrostem poziomu dopaminy w jądrze półleżącym. Te zmiany w regulacji obwodu motywacji i patologiczne długoterminowe zmiany plastyczności synaptycznej w neuronach kory oczodołowo-czołowej sprawiają, że w ostatniej fazie — uzależnienia i nadużywania narkotyków — tacy pacjenci sięgają po substancje kompulsywnie.

Innymi słowy: to, czy staniemy się podatni na uzależnienia, jest zapisane nie tylko w genach, ale też w naszych najwcześniejszych doświadczeniach. W tym, czy jako niemowlęta czuliśmy się bezpiecznie w ramionach matki. W tym, czy nasz płacz spotykał się z pocieszeniem. W tym, czy świat odpowiadał na nasze potrzeby.

IV. Hipoteza pijanego małpy

Cofnijmy się teraz głębiej. O wiele głębiej. O miliony lat.

Zanim pojawił się Homo sapiens, zanim nasi przodkowie zeszli z drzew, musieli radzić sobie z pewnym fundamentalnym problemem: co jeść? W lasach tropikalnych Afryki owoce stanowiły podstawę diety naczelnych. Były słodkie, kaloryczne, zdrowe. Były też — sezonowe. A natura, jak wiemy, nie znosi próżni. Kiedy owoc spada z drzewa i zaczyna gnić, zachodzi w nim proces fermentacji. Drożdże, obecne wszędzie w powietrzu, przerabiają cukry na alkohol. Sfermentowany owoc wydziela charakterystyczny zapach.

Dr Robert Dudley, fizjolog ewolucyjny z University of California, Berkeley, postawił w latach 2000. prowokacyjną tezę: nasi przodkowie wyewoluowali preferencję do zapachu etanolu, bo był on wskaźnikiem dojrzałości i wartości odżywczych owoców. Małpa, która potrafiła wywęszyć sfermentowany owoc, zyskiwała przewagę ewolucyjną — dostęp do kalorii, których inne nie umiały zlokalizować. Nazwał to „hipotezą pijanego małpy”.

W środowisku naturalnym zawartość alkoholu w dojrzałych owocach rzadko przekracza 1—2 procent. To za mało, by spowodować upojenie, ale wystarczająco, by stanowić wiarygodny sygnał: tutaj jest jedzenie. Z czasem, przez tysiące pokoleń, te małpy, które lepiej wyczuwały zapach fermentacji, które bardziej ciągnęły do sfermentowanych owoców, które chętniej po nie sięgały — zostawiały więcej potomstwa. Ich geny, w tym geny kształtujące receptory węchowe i układ nagrody, rozprzestrzeniały się w populacji.

Problem w tym, że ten sam mechanizm, który pomógł naszym przodkom przetrwać na sawannie, dziś wpędza nas w alkoholizm. Alkohol etylowy jest jedną z najstarszych używek ludzkości. Piwo warzono w Sumerze 5 tysięcy lat temu, wino w Egipcie faraonów, a w średniowieczu arabscy alchemicy odkryli destylację, tworząc aqua vitae — wodę życia, która miała być lekarstwem na wszystko, a stała się przekleństwem północnej Europy. Ale to nie przypadek, że ciągnie nas do alkoholu. To ewolucyjna pułapka zastawiona miliony lat temu. Nasze mózgi są zaprogramowane, by lubić to, co pachnie fermentacją. Bo fermentacja oznaczała kiedyś kalorie. Dziś oznacza marskość wątroby.

V. Od przyjemności do konieczności

Zrozumienie ewolucyjnych i neurobiologicznych podstaw uzależnienia zmienia wszystko. Osoba uzależniona nie jest słabeuszem, który nie umie powiedzieć „nie”. Jest kimś, kogo mózg przeszedł głęboką neuroadaptację. Kontrola nad zachowaniem przenosi się z obszarów odpowiedzialnych za świadome podejmowanie decyzji (kora przedczołowa) do obszarów odpowiedzialnych za nawyki (prążkowie grzbietowe).

W eksperymencie na szczurach opisanym w Molecular Psychiatry w 2023 roku wykazano, że po długotrwałym stresie i powtarzanym zachowaniu (picie alkoholu) kontrola nad zachowaniem przechodzi do dorsolateralnego prążkowia — obszaru nawyków. Blokowanie receptorów dopaminowych w tym obszarze hamowało kompulsywne picie, ale nie wpływało na zachowania we wczesnej fazie. To dowód na to, że kompulsywność rozwija się jako efekt neuroadaptacji, zmiany systemu kontroli zachowania.

„Z czasem zachowanie staje się kompulsywne — wykonywane nie dla przyjemności, lecz dla ulgi”. I to jest klucz do zrozumienia Homo Addictus. Przejście od „chcę” do „muszę”. Od hedonizmu do konieczności. Od poszukiwania raju do ucieczki przed piekłem.

Opioidy należą do substancji o stosunkowo dużym potencjale uzależniającym — znaczny odsetek tych, którzy kiedykolwiek po nie sięgnęli, staje się uzależniony. Istotnym czynnikiem sprzyjającym uzależnieniu jest intencja używania. Uzależnieniu najbardziej sprzyja przyjmowanie opioidów w celu radzenia sobie z problemami psychicznymi — przeciwdziałanie lękowi, ucieczka od problemów. Nieco mniejszy potencjał uzależniający ma używanie w celach hedonistycznych, rozrywkowych.

Większym potencjałem uzależniającym cechują się opioidy krótko działające (heroina) niż długo działające (metadon, buprenorfina), a także silniej euforyzujące (heroina i morfina) niż mniej euforyzujące (buprenorfina czy metadon). Znaczenie ma również droga przyjmowania — opioidy przyjmowane dożylnie lub wziewnie uzależniają szybciej niż podawane doustnie.

Obraz kliniczny uzależnienia od opioidów obejmuje wszystkie podstawowe objawy: „głód” i silne subiektywne odczuwanie przymusu sięgania po substancję, trudności w kontrolowaniu używania, zespół abstynencyjny, tolerancję (konieczność zwiększania dawek), zaniedbywanie innych źródeł przyjemności i zaabsorbowanie substancją.

Ale czy to dotyczy tylko opioidów? Czy tylko twardych narkotyków?

Gdy w 2004 roku amerykańska firma Purdue Pharma wprowadziła na rynek OxyContin — silny opioid przeciwbólowy w postaci tabletek o przedłużonym uwalnianiu — zapewniała lekarzy i pacjentów, że ryzyko uzależnienia jest minimalne. Firma Sacklerów, która stała za Purdue Pharma, zbiła na tym fortunę. A setki tysięcy Amerykanów wpadło w pułapkę, z której wiele nie mogło się wydostać. W 2020 roku, gdy pandemia COVID-19 szalała na świecie, liczba zgonów z powodu przedawkowania opioidów w Stanach Zjednoczonych przekroczyła 90 tysięcy. To więcej niż zginęło w wojnie w Wietnamie.

Ta epidemia — bo to była epidemia — pokazuje, jak kruchy jest nasz układ nagrody, jak łatwo go oszukać, jak łatwo przeprogramować. Ci ludzie nie zaczynali od heroiny na ulicy. Zaczynali od recepty. Od bólu pleców, od bólu po operacji, od przewlekłego bólu, z którym nie mogli sobie poradzić. Lekarz przepisał im lek, aptekarz wydał, a oni brali zgodnie z zaleceniami. A potem, po tygodniach czy miesiącach, odkrywali, że bez tabletki nie mogą funkcjonować. Że ból wraca ze zdwojoną siłą. Że pojawia się lęk, niepokój, rozdrażnienie. Że muszą zwiększać dawkę. I że marzą tylko o jednym — o tym pierwszym razie, gdy tabletka przyniosła ulgę.

To jest właśnie ewolucyjna pułapka układu nagrody. Został zaprojektowany, by pomagać nam przetrwać, by motywować nas do jedzenia, do seksu, do budowania więzi. A stał się naszym więzieniem. Bo świat, który stworzyliśmy — świat nieograniczonego dostępu do jedzenia, do pornografii, do narkotyków, do informacji, do rozrywki — ten świat eksploatuje nasz układ nagrody w sposób, jakiego ewolucja nie przewidziała.

VI. Dylemat determinizmu

Jeśli nasze wybory są wypadkową dopaminy, genów, środowiska, wcześniejszych doświadczeń — to gdzie w tym wszystkim miejsce na wolną wolę? Filozofowie od wieków zmagają się z tym pytaniem. Dylemat determinizmu brzmi: jeśli nasze działania są zdeterminowane przez przeszłe zdarzenia, na które nie mieliśmy wpływu, to nie możemy być za nie odpowiedzialni. Ale jeśli są niezdeterminowane, przypadkowe, to tym bardziej nie mamy nad nimi kontroli. W obu przypadkach wolna wola wydaje się iluzją.

Już w VI wieku Boecjusz rozważał ten problem w O pocieszeniu, jakie daje filozofia. W 1266 roku św. Tomasz z Akwinu obstawał przy kompatybilistycznym rozumieniu wolnej woli, twierdząc, że boska wszechwiedza nie wyklucza ludzkiej wolności. W 1739 roku David Hume w Traktacie o naturze ludzkiej podjął ten temat na nowo. A w 1884 roku William James wygłosił słynny wykład „Dylemat determinizmu”, w którym pisał: „Świat okazał się, do wielkiego stopnia, plastycznym wobec naszego żądania racjonalności. O ile dalej okaże się plastyczny, nikt nie może powiedzieć”.

Dla osoby uzależnionej ten dylemat ma konkretny, bolesny wymiar. Czy Damian — o którym pisałem we wprowadzeniu — pijący do nieprzytomności, wybierał swój los? Czy był ofiarą neurobiologii, genów, wychowania, środowiska? A może jednak w każdym momencie miał szansę powiedzieć „nie”, podjąć decyzję, zawalczyć?

Prawda leży prawdopodobnie gdzieś pośrodku. I to jest najtrudniejsze. Uzależnienie to choroba, ale choroba, która nie odbiera całkowicie sprawczości. To walka, którą trzeba podjąć, mając świadomość, że przeciwnik jest potężny, że ma przewagę, że gra na własnym boisku — w naszym mózgu.

Badania nad myszami poddanymi wczesnej separacji od matki pokazują, że biologiczne piętno wczesnych doświadczeń jest realne, namacalne, mierzalne. Ale pokazują też coś innego: mózg jest plastyczny. Może się zmieniać. Może tworzyć nowe połączenia. Może uczyć się nowych wzorców. To, co zostało zepsute przez złe doświadczenia, może być naprawione przez dobre. To, czego nie dostało się w dzieciństwie, można znaleźć w dorosłości — w terapii, w zdrowych relacjach, w świadomej praktyce.

VII. Pułapka cywilizacji

Żyjemy w czasach bezprecedensowego dostępu do wszystkiego, co może pobudzić nasz układ nagrody. Jedzenie jest tańsze i bardziej kaloryczne niż kiedykolwiek w historii. Seks i pornografia są dostępne na wyciągnięcie ręki, za darmo, w nieograniczonych ilościach. Narkotyki — legalne i nielegalne — krążą w obiegu jak nigdy dotąd. Media społecznościowe, gry komputerowe, hazard online — wszystko to zostało zaprojektowane tak, by jak najczęściej aktywować ośrodek nagrody w mózgu.

Inżynierowie z Doliny Krzemowej doskonale wiedzą, co robią. Mechanizm scrollowania — niekończącego się przewijania treści — to odpowiednik zmiennego schematu wzmocnień, który uzależnia w hazardzie. Lajki, komentarze, powiadomienia — to wszystko są małe zastrzyki dopaminy, które mają sprawić, byśmy wracali, byśmy nie mogli się oderwać.

FOMO — Fear Of Missing Out, lęk przed pominięciem — to współczesna forma głodu. Głodu informacji, kontaktu, akceptacji. Gdy nie mamy dostępu do telefonu, czujemy niepokój, rozdrażnienie, dyskomfort. To są objawy odstawienia. Takie same jak u palacza bez papierosa, alkoholika bez drinka, narkomana bez działki.

Czy to znaczy, że wszyscy jesteśmy uzależnieni? Nie w sensie klinicznym. Ale wszyscy jesteśmy narażeni. Wszyscy żyjemy w środowisku, które eksploatuje nasz układ nagrody, które wykorzystuje ewolucyjne mechanizmy przeciwko nam. I wszyscy musimy nauczyć się z tym żyć.

Mózg człowieka jest zaprogramowany na łaknienie tego, co niespodziewane, i tak właśnie postrzega przyszłość, niosącą mrowie ekscytujących możliwości. Dla niektórych osób tym zbawieniem może być życie pozagrobowe. Ale nasze mózgi są ślepe w łaknieniu wszelkiej nowości, nie precyzują, o co im chodzi, o jaką przyjemność i jakie zbawienie.

To ślepota jest zarówno naszym błogosławieństwem, jak i przekleństwem. Błogosławieństwem, bo napędza nas do odkryć, do twórczości, do rozwoju. Przekleństwem, bo może nas zaprowadzić na manowce — do kompulsywnego sięgania po substancje, do utraty kontroli nad własnym życiem, do rozpaczy.

Zrozumienie, jak działa ta pętla pragnienia, jest pierwszym krokiem do wyrwania się z niej. Nie wystarczy. Ale jest konieczne. Bo trudno walczyć z wrogiem, którego się nie zna. A naszym wrogiem — jeśli można tak powiedzieć — jest ewolucyjny mechanizm, który nosimy we własnych głowach. Mechanizm, który przez miliony lat służył nam wiernie, pomagając przetrwać w świecie niedoboru. A który dziś, w świecie nadmiaru, stał się pułapką.

W kolejnych rozdziałach przyjrzymy się, jak ta pułapka działała w różnych epokach i kulturach. Jak nasi przodkowie radzili sobie z nią, zanim pojawiły się nowoczesne, skoncentrowane substancje. Jak wielkie cywilizacje kształtowały swoje relacje z alkoholem, opiatami, stymulantami. Jak chemicy i farmaceuci — czasem nieświadomie, czasem w pełni świadomie — udoskonalali narzędzia, które mają moc dawania ulgi i odbierania wolności. I jak my, ludzie XXI wieku, możemy próbować odnaleźć równowagę w świecie, który nieustannie kusi nas obietnicą łatwej przyjemności.

Rozdział 2: Nałogi sakralne — Rośliny w kulturach pierwotnych

I. Fenomen enteogenów — bogowie w roślinach

Gdy hiszpańscy konkwistadorzy w XVI wieku wkraczali do imperium Azteków, byli świadkami scen, które mroziły krew w żyłach i wprawiały w osłupienie. Kronikarz Bernal Díaz del Castillo, towarzysz Corteza, opisywał ze zgrozą, jak tubylcy spożywali pewne grzyby, po czym „widzieli wizje i mieli objawienia, a diabeł z nimi rozmawiał”. Dla pobożnych katolików nie mogło być wątpliwości — to było dzieło szatana, pogański zabobon, który należało wykorzenić ogniem i mieczem.

Nie wiedzieli, że patrzą na praktykę starszą niż chrześcijaństwo, starszą niż jakakolwiek religia, którą znali. Nie wiedzieli, że te grzyby, które Aztekowie nazywali teonanácatl — „ciałem bogów” — były czczone od tysiącleci, a ich korzenie sięgały czasów, gdy pierwsze ludzkie wspólnoty uczyły się rozpoznawać, które rośliny mogą otworzyć drzwi do innego świata.

Dziś na określenie takich substancji używamy słowa „enteogeny”. Termin ten, ukuty w 1979 roku przez grupę badaczy pod przewodnictwem klasyka Carla A. P. Rucka, etnobotanika R. Gordona Wassona i farmakologa Jonathana Otta, pochodzi z greki — énteos oznacza „bóg wewnątrz”, a genésthai — „stawać się”. Enteogen to substancja, która „pozwala, by bóg zamieszkał w człowieku”. To nie to samo co halucynogen, choć często tych słów używamy wymiennie. Halucynogen kojarzy się z wytwarzaniem złudzeń, z fałszywymi obrazami, z ucieczką od rzeczywistości. Enteogen to coś zupełnie innego — to narzędzie do docierania do rzeczywistości głębszej, świętej, boskiej.

Przez tysiąclecia, na wszystkich zamieszkałych kontynentach, ludzie odkrywali, że niektóre rośliny mają niezwykłą właściwość: mogą zmieniać świadomość, otwierać umysł na doświadczenia wykraczające poza codzienność, umożliwiać kontakt z duchami przodków, bogami, siłami natury. Nie traktowali tego jak rozrywki, jak ucieczki od trudów życia, jak „haju”. To były sakramenty — święte lekarstwa, które należało przyjmować z czcią, w odpowiednim kontekście, pod okiem wtajemniczonych.

Współczesna nauka potwierdza to, co szamani wiedzieli od zawsze: te substancje mają moc. Badania neuroobrazowe przeprowadzone na osobach zażywających ayahuaskę wykazały, że wpływa ona na aktywność ośrodków związanych z przetwarzaniem emocji, pamięcią i odbieraniem bodźców wzrokowych. Jednocześnie osłabia połączenia kory przedczołowej — odpowiedzialnej za kontrolę popędów i pamięć roboczą — z resztą mózgu. To doskonale tłumaczy, dlaczego uczestnicy ceremonii opisują swoje doświadczenia jako głęboką introspekcję, spotkanie z wypartymi wspomnieniami, dostęp do „pamięci zbiorowej”.

Ale nauka nie potrafi uchwycić tego, co najważniejsze — kontekstu, wiary, rytuału. Bo jak zmierzyć skalarem moc przeżycia religijnego? Jak skwantyzować spotkanie z duchem?

II. Meksykańskie korzenie — pejotl i teonanácatl

Najbogatsze i najlepiej udokumentowane tradycje enteogeniczne rozwinęły się na kontynentach amerykańskich. W Meksyku, na długo przed przybyciem Hiszpanów, istniały rozbudowane kulty związane z kaktusem pejotl i grzybami psylocybinowymi.

Pejotl (Lophophora williamsii) to mały, bezkolcowy kaktus pochodzący z południowo-zachodnich Stanów Zjednoczonych i północnego Meksyku. Zawiera meskalinę — naturalnie występujący związek psychodeliczny z grupy fenetyloamin, który wywołuje głębokie stany odmiennej świadomości. Dla Indian Huichol, Tarahumara i wielu innych plemion pejotl nie był po prostu rośliną. Był bóstwem, które objawiło się ludziom, by nauczyć ich, jak żyć.

Ceremonie pejotlu trwają zwykle całą noc — od zachodu do wschodu słońca. Uczestnicy zasiadają w kręgu, żują suszone guziki kaktusa lub piją herbatę z niego przygotowaną, a towarzyszą temu bębny, śpiewy i wspólne modlitwy. Nacisk położony jest na uzdrawianie wspólnotowe, oddawanie czci przodkom i święte pieśni. Doświadczenie opisywane jest jako „otwarcie serca” — głęboka jasność emocjonalna, poczucie połączenia z Ziemią i innymi ludźmi, wzmożone docenianie piękna natury.

Jeszcze starsza jest tradycja używania grzybów psylocybinowych. Archeolodzy odkryli w jaskiniach południowo-wschodniej Algierii, na stanowisku Matalem-Amazar w masywie Tasili Wan Ahdżar, malowidła naskalne przedstawiające ludzkie i humanoidalne sylwetki z wymalowanymi na nich grzybami. Przypuszcza się, że są to Psilocybe mairei — gatunek rosnący na obszarze Algierii i Maroka. Rysunki datowane są na około 7—9 tysięcy lat p.n.e., a niektóre podania mówią nawet o 10 tysiącach lat. Przedstawiają ludzi tańczących i ofiarujących grzyby, a także humanoidalną postać — najprawdopodobniej z głową pszczoły — na której ciele rosły grzyby. Być to bóstwo, być może szaman w trakcie transformacji.

W prekolumbijskim Meksyku grzyby były tak ważne, że rzeźbiono kamienne bożki w ich kształcie już 2500 lat temu. Kodeks Wiedeński — jeden z nielicznych prekolumbijskich rękopisów, które ocalały z hiszpańskiej pożogi — identyfikuje święte grzyby jako żeńskie bóstwa ziemi i przypisuje samym bogom ustanowienie rytuału ich używania. Bernardino de Sahagún, franciszkański misjonarz żyjący na przełomie XV i XVI wieku, szczegółowo opisywał, jak Aztekowie używali grzybów teonanácatl (nasza Psilocybe mexicana) podczas świąt religijnych, aby „widzieć wizje i mieć objawienia”.

III. Amazońskie pnącze — ayahuasca

Gdy przesuwamy się na południe, w głąb amazońskiej dżungli, napotykamy jedną z najbardziej fascynujących tradycji enteogenicznych świata — ayahuaskę. To nie pojedyncza roślina, ale misternie skomponowany napar, łączący dwa składniki: pnącze Banisteriopsis caapi oraz liście krzewu Psychotria viridis (rzadziej Diplopterys cabrerana).

Nazwa ayahuasca pochodzi z języka Indian Keczua — aya oznacza duszę lub przodków, a huasca — linę lub pnącze. Najczęściej tłumaczy się to jako „duchowe pnącze”. I rzeczywiście, dla Indian Shipibo-Conibo, Ashaninka i innych plemion Amazonii ayahuasca jest właśnie tym — liną, po której można wspiąć się do świata duchów, by zdobyć wiedzę, uzdrowienie, kontakt z przodkami.

To, co czyni ayahuaskę wyjątkową, to jej chemia. Liście psychotrii zawierają DMT (dimetylotryptaminę) — jeden z najsilniejszych znanych halucynogenów, który normalnie jest błyskawicznie rozkładany w ludzkim żołądku przez enzym monoaminooksydazę. Pnącze banisteriopsis zawiera alkaloidy betakarbolinowe (głównie harminę, harmalinę i tetrahydroharminę), które hamują działanie tego enzymu. Bez nich DMT zostałoby zmetabolizowane, zanim zdążyłoby zadziałać. Razem tworzą związek doskonały — otwierają bramy percepcji na 4—6 godzin intensywnych przeżyć.

Doświadczenie ayahuaski jest zwykle znacznie intensywniejsze niż pejotlu. Uczestnicy opisują żywe wizje, często z powtarzającymi się motywami znanymi jako „świat ayahuasca” — tropikalne wzory roślinne, złożone geometryczne kształty, zwierzęta, duchy-przewodniki. Pojawiać ma się także wielostronne spojrzenie na problemy, dostęp do wypartych wspomnień i stłumionych emocji, poczucie, jakby się umierało.

Ceremoniom towarzyszą icaros — święte pieśni uzdrawiające śpiewane przez szamana. To one prowadzą uczestników przez podróż, chronią przed złymi duchami, pomagają w procesie uzdrawiania. I niemal zawsze pojawia się la purga — oczyszczenie. Nudności, wymioty, biegunka — to nie są skutki uboczne. To istota procesu. Uczestnicy uczą się „wymiotować” nie tylko fizycznie, ale i emocjonalnie — pozbywać się traum, lęków, toksyn nagromadzonych w duszy.

IV. Syberyjscy szamani i muchomor czerwony

Przenieśmy się teraz na drugi koniec świata — na Syberię, do krainy wiecznej zmarzliny, gdzie ludy takie jak Koriacy, Czukcze, Jakuci kultywowali tradycje szamańskie sięgające głębokiej starożytności. Ich enteogenem z wyboru był muchomor czerwony (Amanita muscaria) — ten sam grzyb z czerwonym kapeluszem w białe kropki, który znamy z bajek i ilustracji do książek dla dzieci.

W tradycji syberyjskiej muchomor był środkiem, który umożliwiał szamanowi podróż do innych światów, kontakt z duchami, przepowiadanie przyszłości. Ale sposób jego używania był niezwykle charakterystyczny i — z dzisiejszej perspektywy — zaskakujący.

Głównym składnikiem psychoaktywnym muchomora czerwonego jest kwas ibotenowy i muscymol. Po spożyciu wywołują one stan podobny do upojenia alkoholowego, ale z silnymi komponentami halucynogennymi — zmienioną percepcję przestrzeni i czasu, uczucie latania, kontakt z istotami pozaziemskimi. Ale muchomor ma też poważne skutki uboczne — nudności, wymioty, zawroty głowy, a w większych dawkach może być śmiertelnie trujący.

Syberyjscy szamani odkryli jednak sposób, by te skutki zminimalizować. Zauważyli, że renifery — które zresztą same chętnie zjadały muchomory — wydalają w moczu związki psychoaktywne w formie znacznie mniej toksycznej, ale wciąż aktywnej. I tak narodziła się praktyka picia moczu reniferów (lub własnego moczu) w celu przedłużenia i wzmocnienia doświadczenia przy jednoczesnym zmniejszeniu ryzyka zatrucia.

Gdy fiński językoznawca i etnograf Kai Donner badał w latach 1911—1913 ludy zamieszkujące dorzecze Obu, zanotował fascynującą relację: szamani celowo zbierali mocz osób, które wcześniej spożyły muchomory, i pili go, by osiągnąć stan ekstazy. Niekiedy mocz przechodził przez kilka osób, zanim tracił swoje właściwości. To była forma recyklingu — drogocenny alkaloid krążył w społeczności, maksymalnie wykorzystując swój potencjał przy minimalnym ryzyku.

V. Starożytna Azja — soma i haoma

Na długo przed tym, zanim syberyjscy szamani odkryli właściwości muchomora, na południu, w Indiach i Persji, kształtowały się tradycje enteogeniczne, które trafiły do świętych ksiąg i na zawsze zmieniły religijny krajobraz ludzkości.

Rygweda, najstarszy zbiór hymnów indoaryjskich, powstały około 1500 roku p.n.e., zawiera liczne pochwały na cześć somy — boskiego napoju, który dawał nieśmiertelność, oświecenie, połączenie z bogami. W dziewiątej księdze Rygwedy, poświęconej w całości somie, czytamy: „Wypiliśmy somę, staliśmy się nieśmiertelni, dotarliśmy do światła, poznaliśmy bogów”.

Czym była soma? To pytanie od dziesięcioleci nurtuje badaczy. W 1968 roku R. Gordon Wasson — ten sam, który badał meksykańskie grzyby — opublikował przełomową pracę, w której postawił tezę, że somą był muchomor czerwony. Argumenty były przekonujące: opisy w Rygwedzie zgadzały się z efektami muchomora, a Indoaryjczycy przybyli do Indii z rejonów, gdzie muchomor rósł obficie.

Inni badacze wskazywali na konopie, na efedrę, na rdestówkę, na mącznicę. Spór trwa do dziś i być nigdy nie zostanie rozstrzygnięty. Ale jedno jest pewne — soma była substancją psychoaktywną, traktowaną z najwyższą czcią, uznawaną za boską, używaną w najbardziej uroczystych rytuałach religijnych.

Podobną tradycję znajdujemy w starożytnej Persji. Awesta, święta księga zoroastryzmu, wspomina o haomie — napoju, który dawał siłę, mądrość, nieśmiertelność. Wierni ofiarowali haomę bogom i sami ją spożywali podczas ceremonii. Ojciec Zaratusztry, Puruszapsa, składał ofiary z haomy, a sam prorok miał otrzymać objawienie po jej zażyciu.

Bezpośrednie dowody archeologiczne na używanie enteogenów w Azji dostarczyła wełniana tkanina odnaleziona w grobowcu w północnej Mongolii. Przedstawia trzech wojowników maszerujących ku ołtarzowi. Najbliższa mu postać trzyma w rękach grzyb — należący nie do rodzaju Psilocybe, ale do Strophariaceae. Na tej podstawie badacze przypuszczają, że grzyby używane były do przygotowania haomy przez ludy wyznające zoroastryzm.

VI. Europejskie czarownice i maści na latanie

Gdy myślimy o europejskich czarownicach, przed oczami stają nam obrazy z ludowych podań i baśni braci Grimm — stare kobiety na miotłach, tańczące na sabatach, latające w nocnych ciemnościach. Przez wieki uważano to za zabobon, za wytwór fantazji, za dowód histerii i zacofania. A jednak…

W 1456 roku Johannes Hartlieb, medyk i teolog na dworze księcia Johanna z Brandenburg-Kulmbach, spisał traktat o siedmiu sztukach magicznych. Wymienił w nim sześć roślin potrzebnych do sporządzenia unguentum pharelis — maści na latanie. Wśród nich znalazły się przedstawiciele rodziny psiankowatych: pokrzyk wilcza jagoda (Atropa belladonna), lulek czarny (Hyoscyamus niger), bieluń dziędzierzawa (Datura stramonium).

Setki lat później Goethe, który sam interesował się alchemią i medycyną, włożył w usta Mefistofelesa kpiarskie słowa:

Nie wierząc w to, czym los ich raczy, Na miejscu tkwią i dziwią się. Ten o Alraunach coś majaczy,* A tamten znów o czarnym psie.

— *Alrauna — korzeń mandragory

Te kpiny były nie na miejscu. Rośliny z rodziny psiankowatych zawierają silne alkaloidy tropanowe — atropinę, skopolaminę, hioscyjaminę — które blokują receptory muskarynowe w mózgu, zakłócając przewodnictwo nerwowe i wywołując głębokie stany odmiennej świadomości.

Dziewiętnastowieczni etnolodzy, którzy próbowali odtworzyć „czarodziejskie maści” i aplikowali je na skórę, faktycznie doświadczali halucynacji — uczucia latania, podróży w inne światy, spotkań z istotami nadprzyrodzonymi. Towarzyszyły temu liczne efekty uboczne — suchość w ustach, rozszerzenie źrenic, przyspieszone bicie serca, dezorientacja, amnezja.

Czy to znaczy, że czarownice naprawdę latały? Oczywiście, że nie. Ale wierzyły, że latają. Pod wpływem maści zawierających wilczą jagodę, lulek i bieluń, ich mózgi tworzyły doświadczenia tak realne, że nie sposób było odróżnić ich od rzeczywistości. Skopolamina, obecna we wszystkich tych roślinach, wywołuje amnezję — po przebudzeniu nie pamiętało się szczegółów, tylko ogólne wrażenie, że odbyło się niezwykłą podróż.

Współczesna farmakologia wyjaśnia to w każdym detalu. Atropina i skopolamina blokują receptory muskarynowe, zakłócając pracę przywspółczulnego układu nerwowego. W stanie naturalnym, dzięki stymulacji tego układu, bicie serca zostaje spowolnione, mięśnie gładkie kurczą się, wzrasta produkcja soków trawiennych. Gdy te sygnały zostają zablokowane, pojawia się chaos — serce przyspiesza, źrenice się rozszerzają, gruczoły przestają wydzielać ślinę (stąd suchość w ustach), a mózg, pozbawiony normalnych sygnałów z ciała, zaczyna tworzyć własną rzeczywistość.

VII. Struktura społeczna — szaman i wspólnota

We wszystkich opisanych kulturach istnieje jedna wspólna cecha — ściśle określona struktura społeczna używania enteogenów. Nie były one dostępne dla każdego, nie służyły rekreacji, nie były środkiem ucieczki od codzienności. Były narzędziami w rękach wtajemniczonych, używanych w konkretnych celach, w konkretnym kontekście.

Centralną postacią jest szaman — greccy badacze nazwali go technikiem ekstazy. To on posiada wiedzę o roślinach, o dawkach, o rytuałach. To on potrafi podróżować między światami, komunikować się z duchami, sprowadzać deszcz, leczyć choroby. To on jest pośrednikiem między wspólnotą a światem nadprzyrodzonym.

W tradycji ayahuaski szaman śpiewa icaros — pieśni uzdrawiające, które mają moc przywoływania dobrych duchów i odpędzania złych. To on prowadzi uczestników przez doświadczenie, chroni ich, interpretuje wizje. Bez niego ceremonia nie ma sensu — jest jak operacja bez chirurga, jak lot bez pilota.

Wśród Indian Huichol pejotl jest używany podczas corocznej pielgrzymki do Wirikuty — krainy, skąd według wierzeń przybyli przodkowie. Szaman prowadzi grupę, śpiewa, modli się, żuje pejotl, by widzieć drogę. Bez niego nikt nie odważyłby się wyruszyć w tę podróż.

Co ciekawe, w wielu kulturach istniał ścisły podział — niektóre enteogeny były zarezerwowane wyłącznie dla szamanów i elit duchowych, inne dostępne dla całej wspólnoty podczas świąt. Wśród Azteków grzyby teonanácatl spożywali zarówno kapłani, jak i zwykli ludzie podczas uroczystości religijnych. Ale zawsze pod kontrolą, zawsze w rytualnym kontekście, zawsze z określonym celem.

VIII. Degeneracja rytuałów i upadek świata sakralnego

Przyjście białego człowieka zburzyło ten porządek. Dla hiszpańskich konkwistadorów i misjonarzy praktyki Indian były dziełem szatana. W 1520 roku, wkrótce po podboju Meksyku, franciszkanin Toribio de Benavente Motolinía pisał z oburzeniem: „Mają oni inny sposób upijania się, który czyni ich bardziej okrutnymi, a mianowicie za pomocą pewnych grzybów małych, które rosną w tym kraju… Po ich zjedzeniu widzą tysiące wizji, a zwłaszcza węże”.

Rozpoczęło się systematyczne niszczenie tradycji. Konfiskowano i palono rośliny, niszczono święte księgi, prześladowano szamanów, siłą nawracano na chrześcijaństwo. Ci, którzy potajemnie kontynuowali praktyki, ryzykowali życiem.

Ale tradycje przetrwały. W ukryciu, w górach, w dżungli, w oddalonych wioskach. Jeszcze w XX wieku Lapończycy w północnej Finlandii i ludy syberyjskie kontynuowały używanie muchomora w rytuałach. W Meksyku Mazatekowie przez wieki przechowywali wiedzę o grzybach, przekazując ją z pokolenia na pokolenie. Dopiero w latach 50. XX wieku R. Gordon Wasson — wiceprezes banku inwestycyjnego z Nowego Jorku, który pasjonował się etnobotaniką — dotarł do nich i jako pierwszy biały człowiek został dopuszczony do udziału w nocnej ceremonii. Jego relacja, opublikowana w 1957 roku na łamach „Life Magazine”, wywołała sensację i zapoczątkowała współczesne zainteresowanie psychodelikami.

IX. Granica między sakrum a profanum

Kluczowe dla zrozumienia tradycyjnych kultur enteogenicznych jest pojęcie granicy. Substancje były święte, bo były używane w święty sposób. Nie chodziło o samą substancję — chodziło o kontekst, intencję, rytuał.

Badania nad współczesnym używaniem ayahuaski pokazują, jak ważny jest to rozróżnienie. W 2019 roku na łamach „Psychiatrii Polskiej” Aleksandra Barabasz-Gembczyk i Krzysztof Kuci opublikowali przegląd badań, w którym zwrócili uwagę na kluczową trudność: w przypadku rytuału ayahuaski nie sposób oddzielić wpływu psychoaktywnego działania związków organicznych od „mocy” doznań płynących z przeżycia religijnego. To, że wierzymy, iż to, co przeżywamy, jest święte — ma ogromny wpływ na to, co przeżywamy.

Silne doznania religijne, medytacja, taniec derwiszy — wszystko to zmienia pracę mózgu, i to bez żadnych substancji. Enteogeny są katalizatorem, narzędziem, ale nie celem samym w sobie. To dlatego ci, którzy używają ich poza kontekstem rytualnym, dla rozrywki, dla „haju”, często doświadczają czegoś zupełnie innego — lęku, dezorientacji, psychozy. To nie substancja jest dobra lub zła. To sposób używania decyduje.

Współczesna medycyna dopiero zaczyna rozumieć tę prawdę. Badania nad psylocybiną w leczeniu depresji, nad ayahuaską w terapii uzależnień, nad MDMA w leczeniu PTSD — wszystkie podkreślają znaczenie set and setting — nastawienia i otoczenia. To, w jakim stanie psychicznym przystępujemy do doświadczenia i gdzie ono się odbywa, ma fundamentalne znaczenie dla jego przebiegu i skutków.

X. Lekcja dla współczesności

Co możemy dziś, w zsekularyzowanym, zmedykalizowanym świecie, wyciągnąć z tych starożytnych tradycji? Przede wszystkim — że nałóg nie jest nieuniknionym skutkiem używania substancji psychoaktywnych. Przez tysiąclecia ludzie używali najsilniejszych znanych psychodelików i nie stawali się uzależnieni. Nie dlatego, że substancje były słabsze — wręcz przeciwnie, niektóre z nich są najsilniejszymi, jakie znamy. Ale dlatego, że były używane inaczej.

W tradycyjnych kulturach nie istniało coś takiego jak „rekreacyjne” używanie enteogenów. Były one zbyt święte, zbyt potężne, zbyt niebezpieczne, by traktować je lekko. Otaczał je system tabu, zakazów, nakazów, który chronił zarówno jednostkę, jak i wspólnotę. To, co dziś nazywamy „uzależnieniem”, było niemożliwe, bo substancja nie była dostępna na co dzień, bo używano jej tylko w ściśle określonych okolicznościach, bo towarzyszyła jej głęboka refleksja i wsparcie wspólnoty.

Współczesny świat zatracił tę mądrość. Mamy dostęp do niezliczonych substancji, które mogą zmieniać świadomość — legalnych i nielegalnych, naturalnych i syntetycznych. Ale nie mamy rytuałów, które nadawałyby im znaczenie. Nie mamy szamanów, którzy prowadziliby nas przez doświadczenie. Nie mamy wspólnoty, która wspierałaby nas w integracji tego, co przeżyliśmy. Mamy tylko nagie, chemiczne działanie — i dziwimy się, że tylu ludzi wpada w pułapkę.

Może właśnie dlatego tak fascynują nas opisy starożytnych ceremonii. Nie dlatego, że chcemy naśladować tamte praktyki — to niemożliwe i często niebezpieczne. Ale dlatego, że tęsknimy za utraconym wymiarem świętości, za głębią, za znaczeniem. Za czymś, co wykracza poza proste „haj” i „kac”. Za dotknięciem transcendencji.

W kolejnych rozdziałach przyjrzymy się, jak ta tęsknota — i jak jej wypaczenia — kształtowały historię alkoholu, opiatów, stymulantów. Jak wielkie cywilizacje próbowały kontrolować używki, jak handlowano nimi jak towarem, jak stały się narzędziem władzy i ucisku. I jak wreszcie, w XX i XXI wieku, nauka zaczęła na nowo odkrywać to, co szamani wiedzieli od zawsze — że niektóre substancje mają niezwykłą moc uzdrawiania, ale tylko wtedy, gdy używa się ich z szacunkiem, w odpowiednim kontekście i pod odpowiednim nadzorem.

Bo może prawda jest taka, że nie substancje są problemem. Problemem jest to, co z nimi zrobiliśmy. I to, co one — przez naszą głupotę i chciwość — zrobiły z nami.

Rozdział 3: Depresanty Układu Nerwowego — Alkohol

I. Płynny chleb — narodziny napojów fermentowanych

Wyobraź sobie, że jesteś mieszkańcem osady w północnej Afryce około dwunastu tysięcy lat temu. To właśnie wtedy, jak przypuszczają archeolodzy, ludzie zaczęli po raz pierwszy celowo wytwarzać napoje fermentowane. Nie były to jeszcze trunki wyskokowe w dzisiejszym rozumieniu, ale raczej jogurty, sfermentowane mleko, które przechowywało się lepiej niż świeże. Na prawdziwe napoje alkoholowe trzeba było poczekać kolejne tysiąclecia.

Około 7000 roku przed naszą erą Chińczycy zaczęli tworzyć alkohol ze sfermentowanego ryżu, miodu i owoców. Tysiąc lat później pierwsze wina powstały na terenie dzisiejszej Gruzji, gdzie archeolodzy odkryli najstarsze ślady uprawy winorośli i produkcji wina. Przodkowie Irańczyków potrzebowali kolejnych pięciu wieków na to, by posmakować piwa.

Dlaczego nasi przodkowie w ogóle zaczęli pić alkohol? Odpowiedź jest prostsza, niż mogłoby się wydawać: przez większość historii ludzkości woda pitna była towarem niebezpiecznym. Zanieczyszczona fekaliami, bakteriami, pasożytami — zabijała częściej niż głód. Piwo i wino, nawet te niskoprocentowe, były bezpieczne. Alkohol działał jak naturalny środek dezynfekujący, a proces fermentacji eliminował patogeny. W średniowiecznej Europie pito piwo zamiast wody — do śniadania, obiadu i kolacji. Dzieci, kobiety, mężczyźni — wszyscy. To było płynne pożywienie, źródło kalorii i witamin z grupy B.

Ale fermentacja miała też inny wymiar. Gdy grecki lekarz Hipokrates z Kos, żyjący w V wieku przed naszą erą, zaprawiał wino cynamonem i dosładzał miodem, tworząc tak zwany „hipokrates”, nie robił tego dla przyjemności. Robił to dla zdrowia. Napój ten — jak pisał — miał rozgrzewać, dezynfekować i leczyć najróżniejsze choroby. W okresie renesansu zyskiwał jeszcze większą popularność jako specyfik „dla ludzi starych, zadumałych a flegmistych”. Alkohol przez wieki był postrzegany przede wszystkim jako lekarstwo.

II. Grecki sympozjon i rzymskie libacje

Starożytni Grecy podeszli do alkoholu w sposób, który dziś może wydawać się zaskakująco wyrafinowany. Wino pito podczas sympozjonów — uczt, które były nie tylko okazją do konsumpcji, ale przede wszystkim do filozoficznych dysput, recytacji poezji, muzykowania. I pito je rozcieńczone wodą. Zazwyczaj w proporcji trzy części wody na jedną część wina. Czasem pięć do dwóch. Rzadko kiedy jeden do jednego. Czyste wino uważano za barbarzyńskie, za napój dzikusów, którzy nie potrafią nad sobą panować.

Platon w „Prawach” poświęcił sporo miejsca kwestii picia. Uważał, że wino może być darem bogów, ale tylko wtedy, gdy używa się go z umiarem. Pomaga przełamywać lody, otwiera umysły, ułatwia rozmowę. Ale picie dla upicia się — to już było naruszenie harmonii duszy. Grecy mieli nawet boga, który uosabiał to napięcie między ekstazą a chaosem — Dionizosa. Z jednej strony bóg wina, natchnienia, szaleństwa twórczego. Z drugiej — bóg krwawego orgazmu, rozszarpania, utraty kontroli.

Rzymianie przejęli greckie zwyczaje, ale dodali do nich charakterystyczny dla siebie rozmach. Ich libacje — od słowa libare, czyli „wylewać ofiarę z wina” — były ucztami, na których wino lało się strumieniami. Marek Antoniusz, ten od Kleopatry, napisał nawet traktat „O swoim pijaństwie” — dzieło, które niestety nie zachowało się do naszych czasów. Podobno opisywał w nim, jak to po pijanemu zdobywał świat i tracił rozum.

Co ciekawe, zarówno Grecy, jak i Rzymianie znali zjawisko alkoholizmu i potrafili je piętnować. Seneka Młodszy, stoicki filozof, pisał z obrzydzeniem o ludziach, którzy „dla przyjemności picia gotowi są stracić wszystko”. Pliniusz Starszy ubolewał, że „w winie tkwi prawda, ale i szaleństwo”. A jednak — i to jest paradoks — ich kultury nie znały czegoś takiego jak abstynencja. Niepicie wina było podejrzane, aspołeczne, niemal nieludzkie.

III. Arabscy alchemicy i narodziny destylacji

Prawdziwa rewolucja w dziejach alkoholu dokonała się jednak nie w Europie, lecz na Bliskim Wschodzie, za sprawą arabskich alchemików. W VIII i IX wieku naszej ery, gdy Europa pogrążona była we wczesnym średniowieczu, w Bagdadzie, Damaszku i Kairze kwitła nauka. Alchemicy tacy jak Dżabir ibn Hajjan, znany na Zachodzie jako Geber, eksperymentowali z destylacją — procesem ogrzewania cieczy, zbierania par i ich ponownego skraplania.

Odkryli, że wino poddane destylacji daje płyn o niezwykłych właściwościach. Palący, przezroczysty, o wiele mocniejszy niż jakikolwiek znany wcześniej napój. Nazwali go al-koh’l — słowo to pierwotnie oznaczało rodzaj czarnego proszku używanego do malowania powiek, ale z czasem zaczęto go stosować na określenie wszelkich substancji otrzymywanych przez sublimację.

Przez wieki sekret destylacji był pilnie strzeżony. Dopiero w XIII wieku receptura została przemycona do Europy. Zasługę tę przypisuje się Arnaud de Villeneuve, katalońskiemu scholastykowi, lekarzowi, templariuszowi i alchemikowi, który nauczył się destylować alkohol etylowy z wina. Jako pierwszy opisał też aparat destylacyjny zwany alembikiem — naczynie ogrzewane w piecyku, chłodnicę w postaci rury zanurzonej w beczce z wodą i odbieralnik.

Początkowo alkohol destylowany nie był mocny — miał około 25 procent i był mocno zanieczyszczony. Używano go w alchemii, a później przy produkcji perfum. Ale szybko odkryto jego właściwości lecznicze. Mnisi w klasztorach całej Europy zaczęli produkować aqua vitae — wodę życia. Wierzono, że to panaceum, lek na wszystko: od bólu zęba po melancholię, od niestrawności po impotencję.

I tu pojawia się fascynujący paradoks. To, co miało być lekarstwem, stało się źródłem nowej choroby. Bo aqua vitae była nieporównanie silniejsza niż piwo czy wino. Zamiast kilku procent — kilkadziesiąt. Zamiast powolnego wchłaniania — gwałtowny atak na mózg. Zamiast rytuału — czysta chemia.

IV. Od gorzałki do okowity — polska historia wódki

Na ziemie polskie sztuka destylacji dotarła w XIII wieku. Początkowo pozyskiwany alkohol nazywano gorzałką — od „gorzenia”, palenia. I rzeczywiście, ten trunek palił w gardle jak ogień.

W pierwszych dekach XVI wieku wódka pity była raczej przez stany niższe. Biedniejsi pili wódkę destylowaną jednokrotnie, zwaną brantówką. Była tania, ale zanieczyszczona i niebezpieczna. Bogatsi mogli pozwolić sobie na trunki destylowane więcej razy: dwukrotnie — prostkę, trzykrotnie — okowitę, a czterokrotnie — alembikówkę. Im więcej destylacji, tym czystszy i mocniejszy alkohol, tym mniej zanieczyszczeń, tym bezpieczniejsze picie.

Aby stworzyć wódkę „ordynaryjną”, czyli taką o zawartości 38—41 procent alkoholu, rozcieńczano najczęściej 70-procentową okowitę. Do wódek dodawano także różne aromaty i zioła, tworząc nowe rodzaje trunków: krupnik (wódka z miodem), anyżówkę, wiśniówkę, żubrówkę.

W Polsce pierwszymi, którzy zaczęli spirytus zmieniać w nalewki, byli bracia zakonni. To za murami XIV-wiecznych klasztorów powstawały pierwsze receptury. Zasługę w rozpowszechnianiu nalewek przypisuje się królowi Henrykowi Walezemu. To jemu zawdzięczamy, że obok krupniku na dworskich stołach pojawiły się likiery i nalewki.

Julian Ursyn Niemcewicz w swoich „Dziennikach” tak opisywał apteczkę w rodzinnym dworku: „Drzwi z salonu tego ubocznego prowadziły do małej sionki, po lewej ręce była apteczka pełna wódek, kordiałów, tłuczeńców pierników, ajeru, konfitur pędzonych i smażonych przez matkę moją i pannę służącą Chajęcką. Piołunówka z takiej apteczki pobudzała apetyt, orzechówka i jałowcówka łagodziła skutki przejedzenia, dereniówką leczono podagrę, aroniową pito przy nadciśnieniu, nalewka z dzikiego bzu zbijała gorączkę a malinowa zapobiegała przeziębieniom. Wszystkie zaś, pite z umiarem, rozwiewały smutki i pozwalały przetrwać chandrę”.

To ostatnie zdanie jest kluczowe: „wszystkie zaś, pite z umiarem, rozwiewały smutki i pozwalały przetrwać chandrę”. Wódka w polskiej tradycji pełniła funkcję nie tylko leczniczą, ale i psychologiczną. Była lekarstwem na smutek, na melancholię, na trudną codzienność.

Wódka stała się też elementem polskiej ludowości i obyczajów. W czasie zaręczyn rodzice przyszłej panny młodej poprzez wypicie wódki podanej im przez swata zgadzali się przyjąć kandydata na męża. Wśród szlachty istniał zwyczaj zakopywania beczki wódki z okazji narodzin syna. Odkopywano ją dopiero z okazji jego wesela.

V. Dżinowe szaleństwo — pierwsza nowożytna epidemia alkoholizmu

Przenieśmy się teraz do Anglii przełomu XVII i XVIII wieku. W 1688 roku na tronie angielskim zasiadł Wilhelm III Orański, holenderski stadhouder, który obalił katolickiego króla Jakuba II. Jego wstąpienie na tron miało nie tylko polityczne, ale i alkoholowe konsekwencje.

Wilhelm, będąc Holendrem, naturalnie preferował holenderski napój narodowy — dżin. Brandy, którą dotychczas pito w Anglii, pochodziła z Francji — katolickiego wroga. Picie dżinu stało się więc aktem patriotyzmu, manifestacją lojalności wobec nowego, protestanckiego króla.

Równocześnie rząd wprowadził zmiany w taryfach celnych. Piwo, dotychczas napój codzienny ubogich, stało się droższe i mniej dostępne. Dżin natomiast, produkowany krajowo z angielskiego zboża i jałowca, był tani i łatwo dostępny.

Efekt był natychmiastowy i przerażający. W ciągu kilku lat produkcja dżinu wzrosła dramatycznie. Szerokie rzesze społeczeństwa, które nigdy wcześniej nie piły mocnych alkoholi, nagle zaczęły konsumować dwie pinty dżinu tygodniowo.

Daniel Defoe, autor „Robinsona Crusoe”, choć początkowo popierał produkcję dżinu jako przejaw gospodarczej samowystarczalności, w 1728 roku opublikował protest przeciwko „nadużywaniu tego ohydnego trunku wśród naszych niższych klas”. Przekonywał, że dżin podkopuje potęgę gospodarczą Anglii, czyniąc robotników niezdolnymi do pracy.

Henry Fielding, autor „Historii życia Toma Jonesa”, nazwał dżin „diabelskim płynem” i domagał się całkowitego zakazu. W swoich pismach opisywał sceny z londyńskich ulic, gdzie przez cały dzień leżeli nieprzytomni ludzie, gdzie uzależnione kobiety uprawiały prostytucję, by zdobyć pieniądze na alkohol, gdzie rodziły się zwyrodniałe dzieci.

Najsłynniejszym świadectwem tamtej epoki jest jednak grafika Williama Hogartha z 1751 roku, zatytułowana „Gin Lane” (Ulica Dżinowa). To jedno z najpotężniejszych dzieł propagandowych w historii sztuki. Hogarth zestawił je z drugą grafiką — „Beer Street” (Ulica Piwna). Na „Ulicy Piwnej” widzimy zadowolonych, dobrze odżywionych mieszczan, którzy piją piwo, pracują, handlują, wychowują dzieci. Na „Ulicy Dżinowej” jest odwrotnie: matka nieprzytomna, dziecko spada jej z rąk, w tle szubienica, grabarze, ruiny. Alkohol — ten sam alkohol, tylko w innej formie — dzieli społeczeństwo na dwie nierówne części.

Parlament brytyjski reagował serią ustaw. W 1729 roku wprowadzono pierwszy zakaz sprzedaży dżinu bez oficjalnej koncesji. W 1736 roku uchwalono ustawę jeszcze bardziej restrykcyjną — zakazującą sprzedaży w małych ilościach i nakładającą ogromne podatki. Handel alkoholem zszedł do podziemia. Po ulicach krążyli rządowi informatorzy. Gdy w sierpniu 1736 roku wybuchły poważne zamieszki w Spitalfields, premier Robert Walpole tłumaczył je desperacją ludu „z powodu zbliżającego się wygaśnięcia ich ukochanego nałogu”.

Ostatecznie rząd musiał ustąpić. Kres dżinowemu szaleństwu położyły dopiero lata 1757—1760, gdy z powodu wielkiej nieurodzaju zakazano używania zboża do produkcji alkoholu. Anglia potrzebowała chleba bardziej niż dżinu.

VI. Rewolucja przemysłowa i nowy profil alkoholizmu

Dżinowe szaleństwo było pierwszą, ale nie ostatnią epidemią alkoholową w nowożytnej Europie. W XIX wieku, wraz z rewolucją przemysłową, pojawił się nowy profil alkoholika — robotnik fabryczny.

Industrializacja stworzyła bezprecedensowe warunki do masowego picia. Ludzie wyrwani z wiejskich wspólnot, zepchnięci do brudnych, przeludnionych dzielnic robotniczych, pracujący po 14—16 godzin dziennie przy maszynach — potrzebowali ucieczki. Alkohol był tani, dostępny, skuteczny.

W Anglii epoki wiktoriańskiej pub stał się instytucją totalną. W samym Londynie pod koniec XIX wieku działało ich ponad 15 tysięcy. W weekendy, po wypłacie, robotnicy pili całymi rodzinami. Kobiety i dzieci też. To był jedyny sposób, by znieść rzeczywistość.

Ale rewolucja przemysłowa przyniosła też coś nowego — ruch trzeźwościowy. Pracodawcy szybko zorientowali się, że pijany robotnik to zły robotnik. Spada wydajność, rosną wypadki, giną maszyny. W drugiej połowie XIX wieku w całej Europie i Ameryce Północnej zaczęły powstawać towarzystwa wstrzemięźliwości. Ich członkowie składali przysięgę, że nie będą pić alkoholu. W USA ruch ten, zwany temperance movement, urósł do rangi masowej organizacji społecznej, a później — politycznej siły.

VII. Szlachetny eksperyment — prohibicja w Ameryce

Najbardziej dramatycznym rozdziałem w historii walki z alkoholem była amerykańska prohibicja lat 1920—1933. 18. poprawka do Konstytucji Stanów Zjednoczonych, ratyfikowana 16 stycznia 1919 roku, zakazywała produkcji, importu, eksportu, przewozu oraz sprzedaży wszelkich napojów alkoholowych na terenie USA. Co istotne — nie zakazywała kupowania ani picia tych napojów. Alkohol ukryty w domach przed wejściem poprawki w życie pozostawał legalny.

Jak do tego doszło? Zwolennicy prohibicji — zwani „suchymi” — argumentowali, że alkohol jest przyczyną wszelkiego zła społecznego: biedy, przestępczości, rozbitych rodzin, chorób. Ruch wstrzemięźliwości, wspierany przez kościoły protestanckie (zwłaszcza metodystów, baptystów, prezbiterian, kwakrów), prowadził ogólnokrajową kampanię na rzecz „plagi pijaństwa”.

Pierwsza wojna światowa była jednym z ostatnich gwoździ do trumny legalnego alkoholu. Zwolennicy trzeźwości argumentowali, że jęczmień używany do warzenia piwa można przerobić na chleb, aby nakarmić amerykańskich żołnierzy i zniszczonych wojną Europejczyków. Walkę z produkcją alkoholu przedstawiano jako patriotyczny obowiązek. Wiele browarów w USA należało bowiem do Niemców — „W tym kraju też mamy niemieckich wrogów” — przekonywał jeden z polityków.

— poprawkę nazwano „szlachetnym eksperymentem”. Miała oczyścić Amerykę, uczynić ją trzeźwą, pobożną, pracowitą. Stało się dokładnie odwrotnie.

Okres prohibicji był typowym przykładem zasady niezamierzonych skutków. Reformatorzy otwarcie twierdzili, że prohibicja została wprowadzona przeciw powszechnie znanym pijackim przyzwyczajeniom imigranckich robotników. Efektem było jednak przyczynienie się do wewnętrznej konsolidacji mniejszości narodowych, zamiast zachęcenia ich do przejmowania amerykańskiego sposobu życia.

W rezultacie można było pić alkohol częściej, w gorszych warunkach, gorsze gatunki i po wyższych cenach. Ustawa skonfliktowała społeczeństwo amerykańskie, dzielące się na „suchych” i „mokrych”.

Najważniejszym skutkiem prohibicji był jednak rozwój zorganizowanej przestępczości. W Chicago kontrolę nad handlem alkoholem przejęła mafia włoska (ok. 50% rynku) i irlandzka. W Nowym Jorku dominowali żydowscy gangsterzy (50%), a Polacy kontrolowali około 12%. Najsłynniejszym gangsterem, który dorobił się fortuny na nielegalnym alkoholu, był Al Capone. Jego imperium opierało się na przemycie, nielegalnych destylarniach i sieci tajnych barów — speakeasies.

Ludzie znajdowali też kreatywne sposoby na obejście prawa. Apteki mogły legalnie sprzedawać „leczniczą whisky” na wszystko — od bólu zębów po grypę. Za pomocą recepty pacjenci mogli kupić pół litra mocnego alkoholu co dziesięć dni. Ten „farmaceutyczny” alkohol często pojawiał się z zabawnymi zaleceniami, takimi jak „Weź trzy uncje co godzinę jako środek pobudzający, dopóki nie zostaniesz pobudzony”. Wiele knajp i pubów zaczęło działać pod przykrywką aptek.

Producenci piwa, jak Yuengling czy Anheuser Busch, przestawili swoje browary na produkcję lodów. Inne firmy wytwarzały napój określany jako „prawie piwo” — zawierający mniej niż 0,5 procent alkoholu. Sprzedawano też syrop słodowy, który domowym sposobem można było łatwo przerobić na piwo, dodając wodę i drożdże.

Najtragiczniejszym skutkiem prohibicji były zgony spowodowane piciem skażonego alkoholu. Nielegalny bimber, zwany „wannowym ginem”, miał paskudny smak, a ci, którzy byli wystarczająco zdesperowani, by go wypić, narażali się na utratę wzroku czy otrucie. Najbardziej śmiercionośne nalewki zawierały alkohol przemysłowy, który rząd federalny nakazał denaturować — dodawać do niego chininę, alkohol metylowy lub inne toksyczne substancje, by stał się niezdatny do picia. Szacuje się, że skażony alkohol mógł zabić nawet 10 tysięcy osób.

Gdy pod koniec lat dwudziestych nadszedł Wielki Kryzys, Amerykanie wydawali więcej pieniędzy niż kiedykolwiek na czarnorynkowy alkohol. W Nowym Jorku istniało ponad 30 tysięcy barów, a handel alkoholem w Detroit był drugim — po przemyśle samochodowym — pod względem wkładu w gospodarkę. Działacze antyprohibicyjni argumentowali, że dochody dla państwa wynikające z obrotu legalnym alkoholem są tak duże, że trudno je dłużej ignorować.

Franklin D. Roosevelt podczas kampanii prezydenckiej w 1932 roku wezwał do uchylenia 18. poprawki. Wygrał wybory z miażdżącą przewagą. Prohibicja zakończyła się rok później, 5 grudnia 1933 roku, gdy większość stanów ratyfikowała 21. poprawkę uchylającą 18. poprawkę. W Nowym Orleanie decyzję tę uhonorowano trwającą 20 minut salwą armatnią. Roosevelt, podobno, uświetnił tę okazję popijając martini.

VIII. Biochemia upojenia — co alkohol robi z mózgiem

Gdy alkohol dostaje się do ust, przenika do krwioobiegu przez maleńkie naczynia krwionośne w jamie ustnej i na języku. Do mózgu zaczyna docierać już po pięciu minutach, choć by zacząć odczuwać jego skutki, potrzebne jest dwa razy więcej czasu. Kiedy znajdzie się w krwiobiegu, powoduje rozszerzenie naczyń krwionośnych — to dlatego pijący nabierają rumieńców i odczuwają chwilowe uczucie ciepła, któremu jednak towarzyszy szybki spadek temperatury ciała.

Wchłanianie alkoholu następuje najszybciej, jeżeli pije się na czczo napój o stężeniu 20—30 procent. Tylko około 20 procent alkoholu wchłania się w żołądku; reszta przechodzi do jelit. Po wchłonięciu alkohol rozpuszcza się w wodzie zawartej we krwi, która rozprowadza go po całym organizmie, przenikając do wszystkich tkanek za wyjątkiem tłuszczowej — alkohol nie może rozpuszczać się w tłuszczu.

Tkanka mięśniowa zawiera więcej wody niż tłuszczowa, dlatego ta sama dawka alkoholu będzie bardziej rozcieńczona u osoby o większej masie mięśniowej. To wyjaśnia, dlaczego mężczyźni przeciętnie lepiej znoszą alkohol niż kobiety — nie tylko ze względu na różnice w metabolizmie, ale przede wszystkim ze względu na wyższą zawartość wody w organizmie.

Alkohol działa przede wszystkim na komórki nerwowe w mózgu. Zakłóca komunikację między neuronami, tłumi neuroprzekaźnik pobudzający (glutaminian) i aktywuje neuroprzekaźnik hamujący. Oznacza to, że myśli, ruchy i mowa są upośledzone, a w miarę wzrostu spożycia stają się coraz bardziej zaburzone. Depresyjne działanie alkoholu na układ nerwowy oznacza spowolnienie tych części mózgu, które kontrolują myślenie, percepcję, uwagę, osąd, pamięć, sen i koordynację.

Pierwsze objawy pojawiają się od 0,3 promila. To stan euforii, wzrostu odwagi i pewności siebie, zwiększona impulsywność. Dzieje się tak, gdyż alkohol stymuluje uwalnianie dopaminy i serotoniny — to właśnie te neuroprzekaźniki odpowiadają za przyjemne odczucia. Mogą już też wystąpić niewielkie problemy z drobnymi, precyzyjnymi ruchami.

Powyżej 0,9 promila nadchodzi senność, problemy ze zrozumieniem i zapamiętywaniem, zaburzenia równowagi. Wzrost stężenia do 1,8 promila to dezorientacja i brak kontroli nad emocjami, silne zaburzenia poruszania się, bełkotliwa mowa. Powyżej 2,5 promila człowiek może nie być w stanie samodzielnie stać i chodzić, nie reaguje na zewnętrzne bodźce.

Od 3,5 promila zachodzi utrata przytomności, zwolnienie tętna, spadek temperatury ciała. Śmierć w wyniku migotania komór, niewydolności oddechowej lub wdychania wymiocin następuje, gdy stężenie alkoholu we krwi przekroczy pięć promili.

IX. Dwa oblicza alkoholu

Alkohol jest paradoksem, którego nie potrafimy rozwiązać. Z jednej strony towarzyszy ludzkości od zarania dziejów — jako pokarm, lekarstwo, rytuał, środek społecznego smarowania. Z drugiej — jest przyczyną niezliczonych tragedii, rozbitych rodzin, zniszczonych istnień.

W starożytnej Grecji pito rozcieńczone wino, by zachować jasność umysłu. W średniowiecznej Europie pito piwo zamiast wody, bo było bezpieczniejsze. W epoce nowożytnej odkryto destylację i stworzono trunki o niespotykanej mocy. W XIX wieku robotnicy fabryczni pili, by znieść rzeczywistość. W XX wieku Ameryka próbowała zakazać alkoholu i wyhodowała mafię. W XXI wieku pijemy więcej niż kiedykolwiek, ale też więcej wiemy o szkodliwości alkoholu.

W Polsce wódka stała się elementem narodowej tożsamości — i narodowym przekleństwem. Jan Chryzostom Pasek opisywał biesiady, na których wino lało się strumieniami. Sebastian Fabian Klonowic w poemacie „Roxolania” z 1584 roku pisał z goryczą: „Nie wiem zaiste, kto w pierwszej osnowie / Ognisty napój wymyślił w gorzelnie, / Kto jest ów zbrodniarz? I jako się zowie? / By go przekleństwu oddać nieśmiertelnie”.

A jednak trudno wyobrazić sobie polską kulturę bez krupniku, bez nalewek, bez toastów, bez zakopanej beczki na narodziny syna. To napięcie — między przekleństwem a błogosławieństwem, między tradycją a chorobą, między umiarem a nałogiem — jest wpisane w alkohol od samego początku.

I być właśnie dlatego alkohol jest tak fascynującym przedmiotem badań. Nie tylko jako substancja chemiczna, nie tylko jako towar, nie tylko jako przyczyna chorób. Ale jako zwierciadło, w którym odbija się nasza cywilizacja — ze wszystkimi jej sprzecznościami, słabościami i tęsknotami.

Rozdział 4: Opiaty — Sny o zapomnieniu

I. Kwiat radości i smutku

Gdyby istniała roślina, która najpełniej ucieleśnia ludzką ambiwalencję wobec przyjemności i bólu, byłby nią bez wątpienia mak. Papaver somniferum — jego łacińska nazwa mówi wszystko: mak przynoszący sen. Od zarania dziejów towarzyszy ludzkości jako dar bogów i narzędzie szatana, jako lekarstwo i trucizna, jako źródło natchnienia i otchłań zapomnienia.

Nauka podpowiada, że historia maku sięga głębokiej starożytności. Jak wynika z badań opublikowanych na łamach Neurology, najwcześniejsze sumeryjskie tabliczki gliniane sprzed ośmiu tysięcy lat zawierają pierwsze recepty z użyciem opium. To właśnie w Mezopotamii, kolebce naszej cywilizacji, ludzie odkryli, że nacięcie niedojrzałej makówki uwalnia mlecznobiały sok, który po wyschnięciu staje się brązową, wonną substancją o niezwykłych właściwościach.

Sumerowie nazywali ją hul gil — „rośliną radości”. I rzeczywiście, opium dawało radość. Uśmierzało ból, koiło lęki, przynosiło spokojny sen, otwierało drzwi do świata marzeń sennych. Asyryjczycy przejęli tę wiedzę, a od nich Egipcjanie. W grobowcach faraonów z XVIII dynastii, datowanych na około 1500 lat przed naszą erą, archeolodzy odnaleźli naczynia w kształcie makówek, a w papirusie Ebersa — jednym z najstarszych zachowanych traktatów medycznych — opium wymieniane jest jako lek na płaczące dzieci.

Grecka mitologia uczyniła z maku symbol snu i śmierci. Hypnos, bóg snu, przedstawiany był z makówkami w dłoniach. Jego brat Tanatos, uosobienie śmierci, również nosił makowe wieńce. W Odysei Homer wspomina o „nepeńtes” — środku zapomnienia, który Helena wrzuca do wina, by ukoić ból gości wspominających poległych pod Troją. Wielu badaczy sądzi, że tym nepeńtes było właśnie opium.

Rzymianie również znali i używali opium. Galen, nadworny lekarz Marka Aureliusza, przepisywał je na wszystko — od bólu głowy po melancholię. Sam cesarz, jak podejrzewają historycy, zażywał opium regularnie, by radzić sobie z troskami władzy i bólami żołądka. Jego Rozmyślania — jedno z największych dzieł filozofii stoickiej — powstawały prawdopodobnie pod wpływem tego specyfiku.

II. Arabscy alchemicy i średniowieczni lekarze

Gdy Europa pogrążyła się we wczesnym średniowieczu, to arabscy uczeni przechowali i rozwinęli wiedzę o opium. Perski lekarz Awicenna, autor Kanonu medycyny — dzieła, które przez pięćset lat było podstawowym podręcznikiem w europejskich uniwersytetach — szczegółowo opisał działanie opium i jego zastosowania.

Co interesujące, świat islamu, choć surowo zakazywał alkoholu, wykazywał znaczną tolerancję wobec opium. Prorok Mahomet nie zakazał go wprost, a arabscy lekarze uważali je za cenny lek. W krajach Bliskiego Wschodu i Persji opium było powszechnie używane zarówno w celach medycznych, jak i rekreacyjnych. Do dziś w Iranie czy Afganistanie istnieją regiony, gdzie tradycyjne palenie opium przetrwało mimo oficjalnych zakazów.

Paracelsus, szwajcarski alchemik i lekarz żyjący na przełomie XV i XVI wieku, wprowadził do medycyny europejskiej laudanum — preparat na bazie opium, który miał być „kamieniem nieśmiertelności”. Jego receptura była tajemna, wiemy jednak, że zawierała opium, sok pomarańczowy, szafran i cynamon rozpuszczone w winie. To był przełom — opium przestało być surową, gorzką żywicą, stało się eleganckim, przyjemnym w przyjmowaniu lekiem.

III. Thomas Sydenham i medykalizacja opium

Prawdziwa rewolucja dokonała się jednak w XVII wieku za sprawą Thomasa Sydenhama, angielskiego lekarza zwanego „angielskim Hipokratesem”. W 1680 roku opracował on własną recepturę laudanum, która zdominowała medycynę na następne dwieście lat. Jego preparat — opium rozpuszczone w sherry z dodatkiem szafranu, cynamonu i goździków — był łatwy do przyrządzenia, smaczny i skuteczny.

Sydenham nie miał wątpliwości co do wartości swojego odkrycia. Pisał: „Spośród leków, które Wszechmogący Bóg dał człowiekowi, by uśmierzyć jego cierpienia, żaden nie jest tak uniwersalny i skuteczny jak opium”. I rzeczywiście, w epoce, gdy medycyna dysponowała garstką skutecznych środków, opium było prawdziwym cudem. Hamowało biegunki, uśmierzało ból, uspokajało kaszel, łagodziło lęk, pomagało zasnąć. Było lekiem na wszystko.

Co ważne, Sydenham był świadomy ryzyka uzależnienia. Zalecał ostrożność, umiar, stosowanie tylko w razie potrzeby. Ale jego laudanum było tak skuteczne, tak łatwo dostępne, tak przyjemne w działaniu, że ostrzeżenia szybko poszły w zapomnienie.

W osiemnastowiecznej Anglii laudanum stało się lekiem powszechnie dostępnym, niemal tak pospolitym jak dziś aspiryna. Sprzedawano je w aptekach, w sklepach zielarskich, w kramach na targach. Było tanie — buteleczka kosztowała kilka pensów. Było legalne — żadne prawo go nie zabraniało. Było społecznie akceptowane — zażywały go damy z towarzystwa, robotnicy, pisarze, lekarze, duchowni, dzieci.

Tak, dzieci. W wiktoriańskiej Anglii powszechnie podawano niemowlętom i małym dzieciom tak zwane „syropy uspokajające” zawierające opium. Najsłynniejszy z nich, Godfrey’s Cordial, był mieszaniną opium, melasy i anyżku. Dzieci robotnic, które matki zostawiały pod opieką najemnych niań, dostawały go regularnie, by nie płakały, nie przeszkadzały, spały spokojnie. W niektórych regionach Anglii spożycie tych syropów było tak wysokie, że przyczyniało się do znacznego wzrostu śmiertelności niemowląt.

IV. Romantyczni poeci i ich muza

Gdy myślimy o opium w kontekście kultury, pierwsze skojarzenie prowadzi nas do romantycznych poetów angielskich. Samuel Taylor Coleridge, Thomas De Quincey, John Keats, Percy Bysshe Shelley, George Gordon Lord Byron — wszyscy oni znali opium, używali go, pisali o nim.

Samuel Taylor Coleridge, autor Rymów o starem marynarzuKubla Chana, był jednym z najbardziej znanych opiumistów swojej epoki. Zaczął od laudanum przepisanego na dolegliwości reumatyczne i nerwicę. Szybko stał się stałym bywalcem aptek, a jego dzienne spożycie opium sięgało astronomicznych dawek. W listach i notatkach opisywał swoje zmagania z nałogiem — wyrzuty sumienia, próby odstawienia, nawroty, rozpacz.

Najsłynniejszy poemat Coleridge’a, Kubla Chan, powstał — jak twierdził autor — pod wpływem opiumowego snu. W przedmowie do utworu opisywał, że zażywszy laudanum, zasnął nad książką podróżniczą i śnił o pałacu mongolskiego władcy. Gdy się obudził, zaczął spisywać wizję, ale po pięćdziesięciu czterech wersach został przerwany przez natrętnego gościa. Gdy wrócił, reszta snu rozpłynęła się w niepamięci.

Ta opowieść, nawet jeśli częściowo zmyślona, ugruntowała w kulturze związek między opium a twórczością artystyczną. Substancja, która dotąd była głównie lekarstwem, stała się także źródłem natchnienia, kluczem do niezwykłych wizji, bramą do wyobraźni.

Thomas De Quincey poszedł o krok dalej. W 1821 roku opublikował Wyznania angielskiego opiumisty — dzieło, które do dziś pozostaje jednym z najważniejszych świadectw literackich na temat uzależnienia. De Quincey opisywał w nim zarówno rozkosze opium — euforię, jasność umysłu, intensyfikację doznań — jak i jego koszmary: lęki, przerażające wizje, fizyczny i psychiczny głód.

Opium — pisał De Quincey — to „substancja, która daje spokój, który daje jasność, który daje zdolność do głębokiego odczuwania”. Ale też: „kto raz skosztował niebiańskich rozkoszy opium, ten skazany jest na piekło odstawienia, gdy tylko zabraknie mu tej odżywczej rosy”.

Wyznania stały się bestsellerem. De Quincey, który napisał je, by zarobić na życie, nie spodziewał się, że stworzy dzieło kultowe, że wprowadzi do języka pojęcia takie jak „uzależnienie”, „głód”, „abstynencja”, że ukształtuje sposób, w jaki myślimy o narkotykach i ich używaniu.

A nie był sam. John Keats, który studiował farmację i znał się na opium, pisał w Odzie do słowika o „odrętwieniu” i „bólu serca”, które przypominały działanie laudanum. Lord Byron oskarżał Keatsa o tworzenie „wizji z betlejemskiego szpitala, zrodzonych z surowej wieprzowiny i opium”. Walter Scott pisał Narzeczoną z Lammermoor pod wpływem laudanum, a jego powieść, uważana za jedną z najciemniejszych w jego dorobku, nosi ślady opiumowych wizji.

Co fascynujące, opium zażywali także mężowie stanu i politycy. William Wilberforce, wielki bojownik o zniesienie niewolnictwa, zawdzięczał opium swój sukces jako mówcy. Zażywał je regularnie, by ukoić nerwy przed wystąpieniami w parlamencie. William Gladstone, późniejszy premier, pijał laudanum w kawie przed ważnymi przemówieniami. Nawet Robert Clive, twórca brytyjskiego imperium w Indiach, zażywał opium, by radzić sobie z depresją i bólami żołądka.

V. Fryderyk Sertürner i narodziny morfiny

Rok 1804 przyniósł wydarzenie, które na zawsze zmieniło historię opiatów. W Paderborn w Niemczech młody aptekarz Fryderyk Wilhelm Sertürner, zaledwie dwudziestoletni, eksperymentował z opium. Chciał wyizolować z tej złożonej mieszaniny pojedynczy, czysty składnik, który odpowiadałby za jej działanie.

Po serii skomplikowanych doświadczeń udało mu się. Z opium wyodrębnił biały, krystaliczny proszek, który nazwał morfiną — od imienia greckiego boga snu, Morfeusza. To była pierwsza w historii izolowana alkaloidowa substancja czynna pochodzenia roślinnego.

Sertürner, chcąc sprawdzić działanie swojego odkrycia, przeprowadził eksperyment na sobie i trzech przyjaciołach. Wszyscy zażyli po sporej dawce. Skutki były przerażające — omdlenia, wymioty, bliskość śmierci. Ale Sertürner wyciągnął z tego wnioski, opisał swoje doświadczenie i w 1817 roku opublikował wyniki badań.

Morfinę uznano za cudowny lek. Była znacznie silniejsza niż opium, działała szybciej i pewniej, a przede wszystkim — można ją było precyzyjnie dawkować. Lekarze na całym świecie z entuzjazmem przyjęli nowy specyfik. Wreszcie mieli czysty, niezawodny środek przeciwbólowy.

Problem w tym, że morfina była też znacznie silniej uzależniająca niż opium. Gdy opium działało powoli, a jego złożona mieszanina alkaloidów częściowo równoważyła działanie morfiny, czysty związek uderzał w mózg z siłą, jakiej natura nie przewidziała. Uzależnienie od morfiny rozwijało się błyskawicznie, a objawy odstawienia były piekielne.

VI. Strzykawka zmienia wszystko

Drugim przełomem, obok izolacji morfiny, było wynalezienie i udoskonalenie strzykawki do iniekcji podskórnych. W latach pięćdziesiątych XIX wieku szkocki lekarz Alexander Wood oraz francuski neurolog Charles Pravaz niezależnie od siebie skonstruowali pierwsze nowoczesne strzykawki.

Do tej pory opium i morfinę przyjmowano doustnie lub — rzadziej — palono. Działanie było stosunkowo powolne, a znaczna część substancji ulegała rozkładowi w wątrobie, zanim dotarła do mózgu. Zastrzyk zmieniał wszystko. Morfina wstrzyknięta podskórnie lub dożylnie trafiała do mózgu w ciągu kilkunastu sekund, w postaci nierozcieńczonej, w pełni aktywnej.

To, co wcześniej było kojącym, powolnym napływem błogości, stało się gwałtownym uderzeniem, „strzałem” w ośrodki nagrody. Mózg, który ewoluował, by reagować na stopniowe, naturalne bodźce, został zalany dopaminą w ilościach niewyobrażalnych. Efekt? Uzależnienie rozwijało się po kilku tygodniach, czasem po kilku dniach regularnego używania.

Wojna secesyjna w Ameryce (1861—1865) i wojna krymska (1853—1856) przyniosły morfinę na pola bitewne. Ranni żołnierze otrzymywali zastrzyki, by znieść ból po amputacjach i ranach postrzałowych. Setki tysięcy weteranów wróciło do domów nie tylko z okaleczonymi ciałami, ale także z uzależnieniem od morfiny. Lekarze nazywali to „chorobą żołnierza” lub „morfinizmem” i przez długi czas nie wiedzieli, jak sobie z tym radzić.

VII. Heroina — lek na kaszel od Bayera

Rok 1898. Firma Bayer, niemiecki gigant farmaceutyczny, wprowadza na rynek nowy lek. Nazywa się heroina — od niemieckiego słowa heroisch, czyli „bohaterski, potężny”. Ma być lekiem na kaszel, bezpieczniejszym i skuteczniejszym od kodeiny.

W rzeczywistości heroina to diacetylomorfina — morfina poddana prostej modyfikacji chemicznej, która sprawia, że znacznie łatwiej przenika przez barierę krew-mózg i działa jeszcze szybciej i silniej. Bayer reklamuje ją jako „nieuzależniający zamiennik morfiny”. Przez kilka lat heroina sprzedaje się bez recepty w aptekach na całym świecie, jako lek na kaszel, na ból, na bezsenność, a nawet… na uzależnienie od morfiny.

Dopiero po latach okazuje się, że heroina uzależnia jeszcze silniej niż morfina. W 1913 roku Bayer wycofuje ją z rynku, ale jest już za późno. Heroina zdążyła trafić na ulice, do środowisk przestępczych, stać się „narkotykiem” w dzisiejszym rozumieniu.

W dwudziestoleciu międzywojennym heroina była już zakazana w większości krajów, ale jej produkcja i handel przeszły w ręce mafii. Zorganizowana przestępczość odkryła, że na heroinie można zarobić więcej niż na alkoholu podczas prohibicji. I tak rozpoczęła się era czarnego rynku, która trwa do dziś.

VIII. Wojny opiumowe — państwowy handel nałogiem

Żadna opowieść o opium nie byłaby pełna bez opisania jednego z najbardziej haniebnych rozdziałów w dziejach kolonializmu — wojen opiumowych.

Na początku XIX wieku Chiny były dla brytyjskich kupców ziemią obiecaną. Ogromny rynek, setki milionów konsumentów, nieograniczone możliwości. Był tylko jeden problem — Chińczycy nie byli zainteresowani brytyjskimi towarami. Chcieli herbatę, jedwab, porcelanę, ale za te towary musieli płacić srebrem. Bilans handlowy był dla Wielkiej Brytanii dramatycznie niekorzystny.

Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska znalazła jednak sposób na odwrócenie tej tendencji. W Indiach, które kontrolowała, uprawiała na ogromną skalę mak. Produkowane z niego opium sprzedawała chińskim przemytnikom, którzy — omijając zakazy cesarza — dostarczali je do Chin.

Chińscy cesarze z dynastii Qing od dawna zakazywali palenia opium. W 1729 roku wydano pierwszy edykt zakazujący handlu nim, a w 1799 roku cesarz Jiaqing zakazał całkowicie importu i palenia. Ale zakazy były martwe. Chińscy urzędnicy, przekupieni przez przemytników, przymykali oczy. Brytyjskie statki z opium cumowały u wybrzeży, a lokalne łodzie odbierały towar i rozładowywały go wzdłuż całego wybrzeża.

Skala tego procederu była ogromna. Na początku XIX wieku Brytyjczycy sprzedawali Chinom około 4,5 tysiąca skrzyń opium rocznie. W latach trzydziestych XIX wieku było to już ponad 30 tysięcy skrzyń rocznie. Każda skrzynia ważyła około 60 kilogramów. Mówimy więc o blisko 2 tysiącach ton opium rocznie.

W 1838 roku cesarz Daoguang podjął radykalne kroki. Wysłał do Kantonu swojego zaufanego urzędnika, Lin Zexu, z misją zniszczenia handlu opium. Lin zablokował brytyjskie faktorie, odciął ich mieszkańców od żywności i zaopatrzenia, i zmusił do oddania zapasów opium. Gdy je otrzymał, zmieszał 20 tysięcy skrzyń — około 1,2 miliona kilogramów — z wapnem, solą i wodą, i kazał wrzucić do morza. Niszczenie trwało 22 dni.

W Wielkiej Brytanii wybuchł skandal. Kupcy domagali się interwencji zbrojnej. Rząd początkowo się wahał, ale po wyborach w 1839 roku do głosu doszli zwolennicy wojny. W czerwcu 1840 roku brytyjska flota wojenna przypłynęła do wybrzeży Chin. Rozpoczęła się pierwsza wojna opiumowa.

Brytyjczycy mieli przewagę technologiczną — ich okręty były szybsze, lepiej uzbrojone, załogi lepiej wyszkolone. Zdobywali kolejne miasta: Kanton, Xiamen, Ningbo, Szanghaj. Chińskie dżonki nie mogły się równać z żelaznymi fregatami Jej Królewskiej Mości.

Wojnę zakończył traktat nankiński podpisany 29 sierpnia 1842 roku. Chiny musiały zapłacić ogromne odszkodowanie (21 milionów dolarów), otworzyć pięć portów dla brytyjskiego handlu, oddać Brytyjczykom Hongkong i uznać równouprawnienie obywateli brytyjskich z chińskimi. W 1843 roku, w dodatkowym traktacie, Chiny zgodziły się na eksterytorialność obywateli brytyjskich, czyli na to, że nie podlegają chińskiemu prawu.

Druga wojna opiumowa (1856—1860) była jeszcze bardziej upokarzająca. Tym razem Brytyjczykom towarzyszyli Francuzi. Wojna zakończyła się zajęciem Pekinu, spaleniem Pałacu Letniego i narzuceniem Chinom kolejnych, jeszcze bardziej uciążliwych traktatów. Chiny musiały zalegalizować handel opium.

To, co wydarzyło się w XIX wieku, było bezprecedensowe. Mocarstwo zachodnie, głoszące hasła cywilizacji i moralności, narzuciło siłą ogromnemu państwu prawo do importu narkotyku, który sam uznawało za szkodliwy. Wojny opiumowe do dziś pozostają w chińskiej pamięci zbiorowej jako symbol narodowego upokorzenia i obłudy Zachodu.

IX. Geografia współczesnego handlu — Trójkąt i Półksiężyc

Dwudziesty wiek przyniósł nową geografię produkcji i handlu opium. Kolonialne imperia upadły, ale popyt na narkotyki nie zniknął. Przeciwnie — rósł.

Na Dalekim Wschodzie powstał tak zwany Złoty Trójkąt — region na pograniczu Laosu, Tajlandii i Birmy (Mjanmy), gdzie przez dziesięciolecia uprawiano mak na ogromną skalę. Górskie plemiona, które od pokoleń żyły z uprawy maku, znalazły w tym regionie idealne warunki — wysokość, wilgotność, ubogie gleby, w których inne rośliny nie chciały rosnąć. Przez lata Złoty Trójkąt był głównym dostawcą heroiny na światowe rynki.

W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, gdy amerykańscy żołnierze walczyli w Wietnamie, to właśnie z Trójkąta pochodziła heroina, którą ćpali weterani. Szacuje się, że nawet 15 procent amerykańskich żołnierzy w Wietnamie zażywało heroinę, a wielu wróciło do domu już uzależnionych.

Zachodnią odpowiedzią na Trójkąt stał się Złoty Półksiężyc — region obejmujący Afganistan, Iran i Pakistan. To tutaj, po radzieckiej inwazji na Afganistan w 1979 roku, produkcja opium wystrzeliła w górę. Mudżahedini, wspierani przez CIA, finansowali swoją wojnę z Sowietami właśnie z handlu opium.

Po wycofaniu się Sowietów i po zamachach z 11 września 2001 roku Afganistan stał się epicentrum światowej produkcji opium. Dziś, według szacunków ONZ, to właśnie ten kraj produkuje około 80—90 procent światowego opium. Uprawy maku zajmują setki tysięcy hektarów, a talibowie przez lata opodatkowywali chłopów i handlarzy, czerpiąc z tego ogromne dochody.

Co ciekawe, w 2000 roku talibowie zakazali uprawy maku, uznając ją za niegodną muzułmanina. Produkcja spadła wówczas o 90 procent. Ale po 2001 roku, po amerykańskiej inwazji, zakaz przestał być egzekwowany, a chłopi, pozbawieni innych źródeł dochodu, wrócili do maku. Dziś Afganistan jest światowym liderem w produkcji opium, a talibowie — choć oficjalnie potępiają narkotyki — czerpią z tego korzyści.

X. Kryzys opioidowy w Ameryce

Gdy myślimy o opiatach, zwykle wyobrażamy sobie odległe, egzotyczne krainy — birmańskie góry, afgańskie pustynie, kolumbijską dżunglę. Ale największa epidemia uzależnień w historii ludzkości wybuchła w samym sercu Zachodu, w Stanach Zjednoczonych, na przełomie XX i XXI wieku. I nie zaczęła się na ulicy, lecz w gabinetach lekarskich i salach konferencyjnych koncernów farmaceutycznych.

W 1996 roku amerykańska Agencja Żywności i Leków zatwierdziła nowy lek przeciwbólowy — OxyContin, produkowany przez firmę Purdue Pharma z Connecticut. Był to silny opioid, zawierający oksykodon, który miał być dostępny w tabletkach o przedłużonym uwalnianiu. Jego twórcy twierdzili, że dzięki tej formie ryzyko uzależnienia jest minimalne.

Purdue Pharma rozpoczęła agresywną kampanię marketingową. Przedstawiciele handlowi odwiedzali lekarzy, namawiając ich do przepisywania OxyContinu na przewlekłe bóle — bóle pleców, bóle stawów, bóle głowy, wszystko. Firma finansowała szkolenia, konferencje, publikacje, w których przekonywano, że opioidy są bezpieczne i skuteczne, że nie należy bać się uzależnienia, że to nowa era w leczeniu bólu.

I rzeczywiście, sprzedaż OxyContinu wystrzeliła w górę. W 2001 roku osiągnęła 3 miliardy dolarów. Lek stał się bestsellerem, a Sacklerowie — rodzina stojąca za Purdue Pharma — jednymi z najbogatszych ludzi w Ameryce.

Problem w tym, że OxyContin uzależniał tak samo jak każdy inny opioid. Pacjenci, którzy zaczynali od tabletek na ból pleców, po kilku tygodniach odkrywali, że nie mogą bez nich funkcjonować. Gdy lekarze odmawiali dalszych recept, gdy uświadamiali sobie, że pacjent ma problem — ten pacjent szedł na ulicę. Tam, gdzie legalne opioidy były zbyt drogie lub niedostępne, pojawiała się heroina.

W latach 1999—2023 z powodu przedawkowania opioidów zmarło w Stanach Zjednoczonych około 806 tysięcy osób. To więcej niż zginęło Amerykanów we wszystkich wojnach od II wojny światowej razem wziętych. To populacja wielkiego miasta.

Fala zgonów rosła z roku na rok. W 2015 roku odnotowano 33 tysięcy zgonów. W 2020 roku, w szczycie pandemii, liczba ta przekroczyła 90 tysięcy. W 2023 roku — 80 tysięcy. Kryzys opioidowy stał się największą katastrofą zdrowia publicznego w najnowszej historii Ameryki.

Prezydent Meksyku Claudia Sheinbaum, komentując tę sytuację w 2024 roku, powiedziała wprost: „Kryzys opioidowy w Stanach Zjednoczonych jest produktem firm farmaceutycznych. Są dokumenty, jest uznawane przez stowarzyszenia, jak niektóre leki przeciwbólowe używające syntetycznych opioidów (…) zaczęły być promowane wielką kampanią reklamową”.

W 2019 roku Purdue Pharma ogłosiła bankructwo, po tym jak otrzymała 2600 pozwów sądowych. Zgodziła się zapłacić 8,3 miliarda dolarów odszkodowań za oszukiwanie konsumentów. Ale dla setek tysięcy rodzin, które straciły bliskich, żadne pieniądze nie były w stanie zrekompensować straty.

A kryzys wciąż trwa. Heroina, która była głównym zagrożeniem w latach 2000., została wyparta przez fentanyl — syntetyczny opioid od pięćdziesięciu do stu razy silniejszy od morfiny. Jest tani, łatwy do wyprodukowania w przydomowych laboratoriach, łatwy do przemycenia. Wystarczy kilka miligramów, by zabić dorosłego człowieka. Fentanyl pojawia się w heroinie, w kokainie, w ecstasy, w lekach sprzedawanych na ulicy. Ludzie biorą to, co myślą, że jest jednym narkotykiem, a dostają zupełnie inny — i umierają.

XI. Filozofia nałogu — między ulgą a zapomnieniem

Czym są opiaty? Dlaczego od tysięcy lat ludzie sięgają po nie z taką determinacją, że gotowi są ryzykować wszystko — zdrowie, rodzinę, wolność, życie?

Thomas De Quincey, który znał opium lepiej niż ktokolwiek, pisał o dwóch obliczach tego doświadczenia. Z jednej strony — raj. Uczucie ciepła rozlewającego się po ciele, spokój, jasność umysłu, błogość. Wszystkie troski codzienności odpływają, świat staje się piękny, harmonijny, znośny. W liście do Wordswortha pisał: „Och! Drogi przyjacielu, gdybyś mógł poczuć to, co ja czuję po zażyciu opium! Jestem spokojny, jestem pogodny, jestem szczęśliwy”.

Z drugiej strony — piekło. Gdy opium znika, pojawia się pustka nie do wytrzymania. Niepokój, lęk, fizyczny ból, drżenie, bezsenność, koszmary. De Quincey opisywał swoje sny pod wpływem odstawienia jako przerażające wizje, w których ścigały go potwory, w których czas i przestrzeń traciły sens, w których czuł, że oszaleje.

To właśnie ta dialektyka — między rajem a piekłem, między ulgą a głodem — stanowi istotę uzależnienia od opiatów. Nie chodzi o przyjemność. W zaawansowanej fazie przyjemność dawno zniknęła. Chodzi o uniknięcie bólu. O to, by choć na chwilę przestać cierpieć. O to, by zasnąć bez koszmarów. O to, by przetrwać kolejny dzień.

Współczesne badania neurobiologiczne potwierdzają to, co De Quincey opisywał intuicyjnie. Opioidy działają na receptory μ w mózgu, które są częścią naturalnego systemu nagrody i uśmierzania bólu. Gdy są podawane regularnie, mózg przestaje produkować własne endorfiny. Receptory ulegają desensytyzacji. Pojawia się tolerancja — potrzeba coraz większych dawek, by uzyskać ten sam efekt. A gdy opiatów zabraknie, system wpada w chaos. Ból, który miały uśmierzać, wraca ze zdwojoną siłą.

Badania genetyczne wskazują, że podatność na uzależnienie od opioidów jest w około 50 procentach dziedziczna. Niektórzy ludzie rodzą się z układem nagrody, który reaguje na opiaty silniej niż u innych. Ale geny to nie wyrok. Środowisko, wychowanie, trauma, dostępność substancji — wszystko to ma ogromne znaczenie.

Co ciekawe, opioidy działają nie tylko na ludzi. Receptory opioidowe znaleziono u wszystkich kręgowców, a nawet u owadów i innych bezkręgowców. Są one częścią ewolucyjnie starożytnego systemu, który reguluje reakcję na ból i stres. Wykryto je także u roślin. To sugeruje, że związek między organizmami żywymi a opioidami jest znacznie głębszy, niż myślimy. Być może opium nie jest obcym najeźdźcą w naszym mózgu, ale raczej kluczem do zamka, który istniał na długo przed pojawieniem się człowieka.

XII. Lekcja na przyszłość

Historia opiatów to opowieść o tym, jak coś, co miało być lekarstwem, stało się trucizną. O tym, jak koncerny farmaceutyczne, w pogoni za zyskiem, wywołały największą epidemię uzależnień w dziejach. O tym, jak polityka, kolonializm i rasizm kształtowały dostęp do substancji i sposób postrzegania ich użytkowników.

To także opowieść o ludzkiej słabości i sile. O poetach, którzy tworzyli pod wpływem opium arcydzieła, i o tych, którzy umierali w zapomnieniu. O weteranach wojennych, którzy wracali do domów uzależnieni od morfiny, i o współczesnych pacjentach, którym lekarze przepisywali OxyContin na ból pleców. O mieszkańcach birmańskich gór, którzy od pokoleń uprawiają mak, bo nie mają innego sposobu na utrzymanie rodzin.

Gdy patrzymy na tę historię z perspektywy XXI wieku, widzimy pewne prawidłowości. Po pierwsze, im czystsza i silniejsza substancja, tym większe ryzyko uzależnienia. Naturalne opium, z całą swoją złożonością, uzależniało wolniej niż czysta morfina. Morfina wolniej niż heroina. Heroina wolniej niż fentanyl. Każdy krok w stronę większej czystości i siły działania zwiększał potencjał uzależniający.

Po drugie, im łatwiejszy dostęp, im większa społeczna akceptacja, im więcej osób używa danej substancji w celach pozamedycznych, tym więcej uzależnień. Wojny opiumowe w Chinach, dżinowe szaleństwo w Anglii, kryzys opioidowy w Ameryce — wszystkie te epidemie miały podłoże w dostępności i społecznej normalizacji używania.

Po trzecie, walka z uzależnieniami poprzez prohibicję i kryminalizację nie działa. Chińskie zakazy opium w XIX wieku nie powstrzymały Brytyjczyków przed przemycaniem go. Amerykańska wojna z narkotykami nie powstrzymała kryzysu opioidowego. Potrzebne są inne strategie — redukcja szkód, leczenie, edukacja, wsparcie społeczne.

Być może najważniejszą lekcją płynącą z tej historii jest jednak coś innego. Opium i jego pochodne są tak potężne, tak uzależniające, tak niebezpieczne, ponieważ trafiają w samo sedno naszego człowieczeństwa — w zdolność odczuwania bólu i przyjemności, w mechanizmy przetrwania, w tęsknotę za spokojem i zapomnieniem. Nie walczymy z wrogiem zewnętrznym. Walczymy z samymi sobą. Z naszymi mózgami, które ewoluowały, by szukać ulgi w cierpieniu. Z naszymi ciałami, które pragną ukojenia. Z naszymi duszami, które tęsknią za rajem.

I dopóki ta tęsknota będzie istnieć — a będzie istnieć zawsze — dopóty opium i jego pochodne będą kusić, nęcić, obiecywać. Pytanie nie brzmi, czy uda się je całkowicie wyeliminować. Pytanie brzmi, czy uda się nauczyć ludzi, jak z nimi żyć, jak używać ich bezpiecznie, jak nie wpadać w pułapkę, z której tak trudno się wydostać.

Rozdział 5: Stymulanty — Paliwo cywilizacji

I. Wprowadzenie — rodzina pobudzaczy

Gdy myślimy o narkotykach, przed oczami stają nam zwykle obrazy głębokiego odurzenia — człowiek nieprzytomny po alkoholu, narkoman z igłą w żyle, palacz opium pogrążony w letargu. Ale istnieje cała rodzina substancji, które działają w przeciwnym kierunku. Nie usypiają, nie odurzają, nie pogrążają w marzeniach sennych. Pobudzają. Wyostrzają. Przyspieszają. Dają siłę tam, gdzie jej brakuje, jasność tam, gdzie panuje mgła, energię tam, gdzie zapanowało zmęczenie.

Stymulanty — bo o nich mowa — różnią się od opiatów fundamentalnie. Podczas gdy opiaty są dość jednorodną grupą chemiczną, stymulanty przybierają rozmaite formy, od naturalnych po całkowicie syntetyczne. Wszystkie one mają jednak wspólną cechę: potrafią zwiększać sprawność umysłową i fizyczną, a niektóre wywołują wyraźnie przyjemne efekty, które czasem prowadzą do uzależnienia.

Od czasów prekolumbijskich cywilizacji Mezo- i Ameryki Południowej, przez europejskie oświecenie, po współczesny świat korporacji i studentów podczas sesji — stymulanty towarzyszą ludzkości jako paliwo, które pozwala przekraczać granice własnej wydolności. Majowie, Aztekowie, Inkowie i Olmekowie używali ich zarówno w rytuałach religijnych, by osiągnąć odmienne stany świadomości i zdobyć duchowe doświadczenia, jak i w codziennym życiu, by zwiększyć czujność, wyostrzyć percepcję i podnieść wytrzymałość fizyczną.

Dziś, w XXI wieku, używamy stymulantów z tych samych powodów. Pilot potrzebuje kawy, by nie zasnąć za sterami. Kierowca sięga po energetyka, by dojechać do celu. Student łyka tabletki z kofeiną, by przetrwać noc przed egzaminem. Menedżer zażywa leki na ADHD, by sprostać wymaganiom korporacji. Wojsko od dziesięcioleci faszeruje żołnierzy amfetaminą, by walczyli dłużej i skuteczniej.

To właśnie odróżnia stymulanty od innych substancji — są użyteczne. Społecznie akceptowane. Często wręcz premiowane. Ktoś, kto pije kawę w pracy, jest postrzegany jako sumienny pracownik. Ktoś, kto bierze amfetaminę, by napisać książkę, może zostać okrzyknięty geniuszem. Ktoś, kto pali crack, trafia na dno. A przecież mechanizm działania jest ten sam — tylko skala, kontekst i społeczna definicja się różnią.

W tym rozdziale przyjrzymy się trzem wielkim historiom stymulantów. Po pierwsze — koki i kokainy, od świętej rośliny Inków po rafinowany proszek w sferach wyższych epoki wiktoriańskiej i współczesne kartele narkotykowe. Po drugie — nikotyny, najbardziej egalitarnego nałogu świata, który przez stulecia zbierał żniwo śmierci, zanim zrozumieliśmy jego mechanizm. Po trzecie — kofeiny, tego „nałogu produktywności”, który napędza kapitalizm i bez którego większość z nas nie wyobraża sobie poranka.

II. Liście koki — dar Inków

Gdzieś w andyjskich górach, mniej więcej w tym samym czasie, gdy pierwsi ludzie malowali na ścianach jaskiń wizerunki zwierząt, jeden z nich odkrył niezwykłe właściwości krzewu koki. Gdy żuł jej liście, działy się z nim niezwykłe rzeczy: głód i zmęczenie ustępowały, zastąpione uczuciem siły i mocy. Świat przestawał być tak złym miejscem do życia.

Zanim Francisco Pizarro poprowadził swoich konkwistadorów do Peru na początku XVI wieku, liść koki zajął już wyniosłe miejsce w imperium Inków. Legenda głosiła, że koka została sprowadzona z nieba na ziemię przez Manco Capaca, syna Boga Słońca i założyciela dynastii Inków, od której wywodziła się klasa rządząca.

W imperium Inków koka nie była dla wszystkich. Używali jej przede wszystkim kapłani podczas ceremonii religijnych, arystokracja dla przyjemności i posłańcy, którzy musieli pokonywać setki kilometrów górskimi ścieżkami, by dostarczyć wiadomości. Żucie liści koki pozwalało im biec dalej, szybciej, bez jedzenia i snu. Była to substancja sakralna i użyteczna zarazem — dar bogów dla wybranych.

Hiszpanie, którzy podbili imperium Inków, nie mieli szacunku dla koki. Postrzegali ją jako kolejny przejaw pogaństwa, jako element kultury ludu, który nie miał prawa do cywilizacji. Ale nowi władcy byli praktyczni. Szybko zorientowali się, że koka pozwala popychać rodzimych robotników daleko poza normalne granice fizycznej wytrzymałości. Więcej cyny i srebra można było wydobyć z kopalni, karmiąc robotników mniejszą ilością jedzenia. Liść koki stracił swój status sakramentu i przyjemności klasy rządzącej. Stał się częścią wewnętrznej ekonomii hiszpańskiego Peru, środkiem zwiększania wydajności i narzędziem niszczenia inkaskiego ludu i jego cywilizacji.

Tak wyglądał los koki przez kolejne stulecia. W andyjskich wioskach żuto ją nadal, ale już bez dawnej świętości. Była częścią codzienności, sposobem na przetrwanie w trudnych warunkach, na wysokogórskich wysokościach, gdzie tlenu jest mało, a pracy dużo. Do dziś w Boliwii i Peru miliony ludzi żują liście koki — legalnie, tradycyjnie, bez żadnych negatywnych konsekwencji zdrowotnych. To nie jest narkotyk. To jest roślina.

III. Podróż do Europy — Paolo Mantegazza i narodziny mitu

Nieuniknione było, że Europejczycy zetkną się z efektami działania koki, zarówno przez obserwację tubylców, jak i przez osobiste doświadczenia. Przez prawie cztery stulecia od podboju Peru do połowy XIX wieku wiedza o koki nie rozprzestrzeniła się jednak szerzej. Niektórzy sugerują, że liście koki psuły się podczas długiej podróży z Nowego Świata do Starego, dostarczając do Europy materiał w większości nieaktywny.

W 1859 roku włoski lekarz Paolo Mantegazza, który spędził trochę czasu wśród peruwiańskich tubylców, opisał swoje doświadczenia z koką w sposób, który na zawsze zmienił jej postrzeganie. Po zażyciu koki popadł w stan, który nazwał „delirium”. Gdy minęło, zapisał te słowa:

„Niektóre obrazy, które próbowałem opisać w pierwszej części mojego delirium, były pełne poezji. Śmiałem się z biednych śmiertelników skazanych na życie w tej dolinie łez, podczas gdy ja, niesiony na wietrze dwóch liści koki, leciałem przez przestrzenie wielu światów, każdy wspanialszy od poprzedniego. Godzinę później byłem wystarczająco spokojny, by napisać te słowa pewną ręką: Bóg jest niesprawiedliwy, ponieważ uczynił człowieka niezdolnym do wytrzymania efektu koki przez całe życie”.

Mantegazza nie był pierwszym ani ostatnim, który opisywał efekty koki w tak entuzjastycznych słowach. Ale jego relacja trafiła na podatny grunt. Europa była gotowa na odkrycie nowego, egzotycznego środka, który obiecywał ulgę od zmęczenia, depresji i codziennych trosk.

IV. Albert Niemann i izolacja kokainy

Rok przed tym, jak Mantegazza pisał swoją pochwałę koki, Albert Niemann został przyjęty jako student do laboratorium Friedricha Wöhlera, jednego z najwybitniejszych niemieckich chemików. Mistrz przydzielił Niemannnowi zadanie wyizolowania czystych substancji chemicznych z liści koki. Zaledwie dwa lata później Niemann przedłożył wydziałowi swoją pracę doktorską. Nosiła tytuł „O nowej organicznej bazie w liściach koki”. Substancji, którą oczyścił, nadał nazwę — kokaina.

Nowoczesna era koki rozpoczęła się na dobre. Uwolniona od ograniczeń i niepewności związanych z surowymi liśćmi koki, naukowcy w wielu częściach świata zaczęli badać właściwości farmakologiczne kokainy. Raporty o jej wartości w leczeniu gruźlicy, problemów żołądkowych, impotencji i różnych zaburzeń psychicznych stały się powszechne. Amerykańscy lekarze zalecali kokainę jako lekarstwo na alkoholizm i „opiumowe przyzwyczajenie”.

Jeśli te twierdzenia wydają się przesadzone, pamiętajmy, że medycyna połowy XIX wieku wciąż w dużej mierze opierała się na efekcie placebo. Lek o właściwościach opisywanych przez Mantegazzę z pewnością przypisywano wielkie moce uzdrawiające.

Jednym z tych, którzy chcieli wykorzystać potęgę kokainy, był Angelo Mariani, korsykański chemik. W 1862 roku zaoferował do sprzedaży Vin Tonique Mariani. Wino Marianiego było Bordeaux zawierającym liście koki. Alkohol doskonale uwalniał kokainę z liści. Reklama obiecywała, że wino poprawi zdrowie użytkownika. Wkrótce Vin Mariani stało się ulubionym napojem artystów, pisarzy, polityków, a nawet papieża Leona XIII, który nagrodził Marianiego złotym medalem.

W Stanach Zjednoczonych pojawiły się podobne toniki. Jeden z nich, Pemberton’s French Wine, dał w 1885 roku początek bezalkoholowemu pochodnemu o nazwie Coca-Cola. Do dziś Coca-Cola aromatyzowana jest liśćmi koki, z których usunięto kokainę, a dodano kofeinę, by zapewnić efekt stymulujący.

V. Freud spotyka kokainę

Raporty o medycznych zastosowaniach kokainy czytał młody wiedeński lekarz o nazwisku Zygmunt Freud, który dopiero rozpoczynał swoją karierę. Był żądny, by zaznaczyć swoją obecność w świecie nauki, a badanie kokainy wydawało się odpowiednim środkiem. Kilka proponowanych zastosowań kokainy było zresztą dla Freuda osobiście interesujących; często cierpiał na niestrawność i depresję.

Używając siebie jako obiektu doświadczeń, Freud rozpoczął obserwacje nad kokainą. W czerwcu 1884 roku opublikował artykuł „Über Coca”, który opisał swojej narzeczonej jako „pieśń pochwalną na cześć tej magicznej substancji”. Entuzjazm Freuda był bezgraniczny:

„Przyjmuję bardzo małe dawki regularnie przeciw depresji… z najbardziej błyskotliwym skutkiem. Efekty są ożywcze i dają długotrwałą euforię, która w niczym nie różni się od normalnej euforii zdrowego człowieka. Dostrzegasz wzrost samokontroli i posiadasz więcej witalności i zdolności do pracy”.

Freud zalecał także kokainę przy zaburzeniach trawiennych, jako stymulant apetytu, przy odstawianiu morfiny, na astmę i jako afrodyzjak. Był przekonany, że odkrył lek uniwersalny.

Dwaj koledzy Freuda w Szpitalu Ogólnym w Wiedniu wkrótce dostarczyli dowodów zarówno na błogosławieństwa, jak i na smutki związane z używaniem kokainy. Albert Niemann odnotował w swojej pracy doktorskiej z 1860 roku, że kokaina po spróbowaniu powoduje drętwienie języka. Obserwacja ta została w dużej mierze zignorowana, choć niektórzy, w tym Freud, komentowali możliwe zastosowanie kokainy jako środka znieczulającego miejscowo. Minęły jednak ponad dwie dekady, zanim Carl Koller zyskał trwałą sławę, gdy w 1884 roku doniósł Niemieckiemu Towarzystwu Okulistycznemu, że kokaina zastosowana na oko powoduje całkowite znieczulenie.

Obserwował to zjawisko najpierw u zwierząt, potem u siebie, a wreszcie u pacjentów, na których przeprowadzał operacje. To było błogosławieństwo, jakie dała kokaina. Ale użycie narkotyku w leczeniu uzależnienia od morfiny nie skończyło się już tak dobrze.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 78.97