Wstęp. Czym jest archeologia?
Rozdział 1: Archeologia — nauka czy przygoda?
Wykopaliska wyobraźni
Zastanawialiście się kiedyś, jak to jest być archeologiem? Nie w tym hollywoodzkim wydaniu, z biczem w jednej ręce i fedorą na głowie, przedzierającym się przez zapomniane świątynie w poszukiwaniu złotego bożka. Pytam o tę prawdziwą wersję: klęczeć godzinami w wykopie, pocąc się w słońcu lub marznąc w deszczu, z pędzelkiem i packą murarską w dłoni, usuwając centymetr po centymetrze ziemię, która skrywała jakiś sekret przez setki, tysiące, a może nawet miliony lat.
Bo archeologia ma ten niezwykły, wręcz magnetyczny rys. Z jednej strony — przygoda. Odkrywanie zaginionych miast, dotykanie przedmiotów, które ostatni raz trzymane były w dłoniach przez kogoś, kto żył na długo przed tym, zanim jakikolwiek kronikarz zaczął spisywać dzieje. Kto z nas, czytając o Troi odnalezionej przez Schliemanna, nie poczuł choćby ukłucia ekscytacji? Albo śledząc losy grobowca Tutanchamona — „widzę cudowne rzeczy!” — nie zapragnął choć przez chwilę stać się odkrywcą?.
Z drugiej strony — nauka. Systematyczna, żmudna, wymagająca ogromnej wiedzy i dyscypliny. Jak to ujął jeden ze znanych polskich profesorów, cytowany przez pasjonata archeologii na portalu czytelniczym: „To dziesiątki dupogodzin”. Godziny spędzone na dokumentowaniu, klasyfikowaniu, porównywaniu, datowaniu. I w tym właśnie tkwi sedno dylematu, który od lat rozpala dyskusje nie tylko wśród laików, ale i samych badaczy. Czym tak naprawdę jest archeologia? Romansem z przeszłością, pełnym przypadkowych odkryć i romantycznych wizji, czy twardą, rzetelną dyscypliną naukową, którą można postawić w jednym rzędzie z fizyką czy chemią?.
W sidłach definicji
Zanim spróbujemy odpowiedzieć na to pytanie, spójrzmy, skąd w ogóle wzięła się nazwa naszej dziedziny. Słowo „archeologia” ma swoje korzenie w starożytnej Grecji. Pochodzi od dwóch słów: archaios, co znaczy „dawny, starożytny”, oraz logos — „mowa, słowo, nauka”. W dosłownym tłumaczeniu byłaby to zatem „nauka o dawnych dziejach” lub „opowieść o starożytności”.
Co ciekawe, sam termin pojawił się już w starożytności. Tukidydes, słynny historyk grecki, używał go w swojej „Wojnie peloponeskiej” na określenie najdawniejszych dziejów Hellady. Później na długie wieki słowo to poszło w zapomnienie, by powrócić do łask dopiero w XVII wieku. To francuski antykwariusz Jacques Spon, podróżując do Rzymu i na Wschód, w 1674 roku opisał napotkane zabytki, używając właśnie określenia „archeologia”.
Od tamtej pory prób zdefiniowania tego, czym archeologia jest i czym się zajmuje, było bez liku. I każda z tych definicji nieco inaczej rozkłada akcenty. Dla jednych była to po prostu nauka badająca przeszłość człowieka na podstawie materialnych pozostałości jego działalności. Dla innych — coś więcej.
Posłuchajmy, jak na przestrzeni wieków zmieniało się myślenie o tej dyscyplinie. W Encyklopedyi Powszechnej z 1860 roku znajdujemy definicję niezwykle poetycką, ale i głęboką. Czytamy tam, że archeologia „ma za przedmiot nakreślić za pomocą pomników obraz starożytnej społeczności. Celem jej jest człowiek i dzieła rąk jego (…) Odżywia ona w naszych oczach i przenosi nas w towarzystwo wielkich ludów i wielkich mężów przeszłości”. To wizja archeologii jako moralnej statystyki starożytnego świata, jako zwierciadła, w którym możemy zobaczyć nie tylko naszych przodków, ale i samych siebie. Autor tego tekstu, pisany piórem z połowy XIX wieku, trafnie zauważa nieprzezwyciężony pociąg, jaki czujemy do owych czasów — pociąg, który każe nam odbudowywać własne kroniki i szukać w przeszłości dowodu, że ludzkość zawsze zmierzała ku postępowi.
Współcześni badacze podchodzą do definicji bardziej pragmatycznie. Colin Renfrew i Paul Bahn, autorzy jednego z najważniejszych podręczników archeologii na świecie, widzą w niej połączenie trzech elementów: po części odkrywania skarbów przeszłości, po części drobiazgowej analizy naukowej, a po części ćwiczenia twórczej wyobraźni. To bardzo ważne spostrzeżenie. Archeologia to nie tylko sucha, laboratoryjna procedura. To także umiejętność zadawania właściwych pytań, stawiania hipotez i — owszem — wyobrażania sobie, jak mogło wyglądać życie tych, których ślady odsłaniamy.
Amerykańscy archeolodzy Wendy Ashmore i Robert J. Sharer poszli o krok dalej, precyzując cztery główne cele, jakie powinna stawiać przed sobą archeologia jako nauka. Po pierwsze, określenie formy — czyli opis i klasyfikacja odkrytych obiektów. Po drugie, określenie funkcji — dociekanie, do czego te przedmioty służyły. Po trzecie, zrozumienie procesu — odpowiedź na pytanie, jak i dlaczego kultury zmieniały się na przestrzeni wieków. I wreszcie po czwarte, odnalezienie znaczenia — próba zrozumienia wierzeń, postaw i systemów wartości dawnych ludów w ich własnym kontekście kulturowym.
Historia pisana na nowo
By zrozumieć, jak bardzo archeologia ewoluowała od romantycznej przygody do dojrzałej nauki, cofnijmy się do jej początków. Bo prawda jest taka, że pierwsi „archeolodzy” byli bardziej wandalami niż badaczami. I choć dziś możemy krzywić się na ich metody, to właśnie im zawdzięczamy narodziny zainteresowania przeszłością.
Rok 1748 uznaje się za symboliczną datę początku wykopalisk na wielką skalę. To wtedy rozpoczęto systematyczne prace w Pompejach i Herkulanum — miastach zniszczonych i pogrzebanych przez erupcję Wezuwiusza w 79 roku naszej ery. Sponsorami przedsięwzięcia byli władcy Królestwa Obojga Sycylii, którzy z początku prowadzili prace w tajemnicy, nie chcąc rozgłosu. Sytuacja zmieniła się, gdy do gry wkroczył Johann Joachim Winckelmann, niemiecki ekspert od antyku, który jako konserwator starożytności rzymskich i bibliotekarz Watykanu uzyskał dostęp do wykopalisk. To jemu zawdzięczamy nie tylko opisanie i skatalogowanie znalezisk, ale przede wszystkim dzieło „Geschichte der Kunst des Altertums” z 1764 roku, które przez długie lata było podstawą do badań nad sztuką starożytną. Co ciekawe, polski przekład tej książki ukazał się już w 1815 roku, a dokonał go Stanisław Kostka Potocki.
Ale prawdziwą sensację, i to w stylu czysto przygodowym, przyniósł wiek XIX. To wtedy na scenę wkroczyły postacie tak barwne, że mogłyby z powodzeniem konkurować z filmowymi herosami. Weźmy choćby Giovanniego Battistę Belzoniego. Ten włoski siłacz cyrkowy, który dorabiał jako inżynier hydraulik, stał się jednym z najbardziej znanych poszukiwaczy skarbów w Egipcie. W 1817 roku Belzoni dokonał odkrycia, które mogłoby stać się kanwą powieści sensacyjnej. Odnalazł grobowiec Setiego I, ojca Ramzesa Wielkiego. Sarkofag faraona był pusty. Zaintrygowany, zaczął szukać dalej. Pod sarkofagiem odkrył tajny korytarz, który — niestety — kończył się ślepą ścianą. Nie dane mu było dowiedzieć się, co stało się z mumią władcy. Tajemnica wyjaśniła się dopiero w 1881 roku, gdy mumię Setiego I odnaleziono w słynnej skrytce grobowej w Deir el-Bahari, gdzie została ukryta wraz z innymi władcami Egiptu, by uchronić ją przed rabusiami.
Albo inny przykład — Austen Henry Layard. Brytyjczyk, który w połowie XIX wieku postanowił odszukać miasta Asyrii, jednego z największych imperiów starożytności. Layard był człowiekiem renesansu: archeologiem-amatorem, dyplomatą, podróżnikiem, a do tego — jak wspominają źródła — świetnie władał piórem, mieczem i pięściami. Jego pamiętniki pełne są opisów wypraw, w których napięcie sięga zenitu, a on sam wychodzi cało z największych opresji. To właśnie Layard odkrył ruiny Niniwy i pałace asyryjskich władców, wydobywając na światło dzienne bezcenne płaskorzeźby i gliniane tabliczki.
Czy byli to archeolodzy w dzisiejszym rozumieniu tego słowa? Z pewnością nie. Działali bez odpowiedniej dokumentacji, często niszcząc więcej, niż odkrywali. Ich celem było pozyskanie spektakularnych zabytków do kolekcji, a nie systematyczne badanie przeszłości. Jak trafnie zauważa recenzent książki Briana Fagana, ich „barbarzyńska archeologia” dała jednak asumpt do powstania tej dziedziny nauki. To ich nieporadne niszczenie zabytków sprawiło, że kolejne pokolenia musiały opracować metody wydobywania, konserwacji i dokumentacji znalezisk.
Moment przełomu
Kiedy zatem archeologia przestała być zbieractwem i stała się nauką? To proces rozłożony na wiele lat, ale można wskazać kilka kluczowych momentów. Za jeden z nich uznaje się rok 1831, gdy Christian Jürgensen Thomsen, duński antykwariusz, zaproponował podział pradziejów na trzy następujące po sobie epoki: kamienia, brązu i żelaza. Ten prosty, genialny w swej istocie system — oparty na obserwacji, że narzędzia i broń wytwarzano kolejno z trzech różnych surowców — stał się fundamentem chronologii prehistorycznej i do dziś, z późniejszymi uzupełnieniami, jest używany.
Na przełomie XIX i XX wieku archeologia osiągnęła status samodzielnej dyscypliny akademickiej. Zaczęto uczyć jej na uniwersytetach, formułowano kanony metodyczne, wypracowywano techniki wykopaliskowe. Wtedy też ukształtowały się dwa główne podejścia do uprawiania tej nauki. W tradycji środkowoeuropejskiej (w tym w Polsce i krajach niemieckojęzycznych) archeologię uznano za naukę historyczną, ściśle związaną z historią. Źródła pisane i archeologiczne miały się wzajemnie uzupełniać. W krajach anglosaskich, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, poszła inną drogą — uznano ją za część antropologii, nauki o człowieku, obok antropologii kulturowej, biologicznej i lingwistycznej.
Ten podział ma swoje konsekwencje do dziś. Amerykańscy archeolodzy chętniej sięgają po modele etnograficzne, porównując dawne społeczeństwa do żyjących współcześnie ludów plemiennych. Europejscy — częściej traktują swoje odkrycia jako uzupełnienie lub weryfikację tego, co przekazali nam starożytni kronikarze.
Archeolog w pracy
Ale zostawmy na chwilę teorię. Jak wygląda codzienna praca archeologa? Bo obraz, jaki funkcjonuje w popkulturze, ma się nijak do rzeczywistości. W brytyjskim magazynie „Private Eye” archeolog jest rutynowo przedstawiany jako „człowiek z głową w ziemi”, a w kreskówkach jako zasuszony staruszek z obsesją na punkcie starych kości i potłuczonych garnków. Paul Bahn, brytyjski archeolog, śmieje się, że choć trafność tych obserwacji jest uderzająca, oddają one tylko część prawdy. Wielu archeologów nigdy nie prowadziło wykopalisk, a bardzo niewielu poświęca im cały swój czas.
Bo archeologia to nie tylko kopanie. To przede wszystkim mrówcza praca umysłowa. Można wyróżnić trzy główne obszary aktywności archeologa. Pierwszy to praca w terenie — poszukiwanie stanowisk, wykopaliska, dokumentacja. Drugi to badania laboratoryjne — analiza pozyskanych materiałów przy użyciu skomplikowanej aparatury. Trzeci to praca koncepcyjna — analiza i interpretacja uzyskanych informacji, stawianie hipotez i weryfikacja teorii.
I tu dochodzimy do sedna sporu o naukowość archeologii. Przeciwnicy argumentują, że większość naszej wiedzy o przeszłości opiera się na subiektywnych interpretacjach badaczy, które nie tylko mogą, ale często różnią się od siebie. Czy archeologia nie jest zatem jedynie niekończącą się, niemożliwą do jednoznacznego zweryfikowania hipotezą?.
Zwolennicy odpowiadają: istnieje rozwinięta, przemyślana i skuteczna metodologia archeologiczna. Typologizacja, klasyfikacja, chronologia, systematyka danych, krytyczna analiza znalezisk — to wszystko metody typowo naukowe. A gdy dodamy do tego zaawansowane technologie z innych dziedzin, obraz staje się jasny: archeologia jest nie tylko nauką, ale nauką w najwyższym stopniu interdyscyplinarną.
Laboratorium bez ścian
Współczesny archeolog to nie tylko humanista z łopatą. To także ktoś, kto swobodnie porusza się w świecie nauk ścisłych i przyrodniczych. Datowanie radiowęglowe? Proszę bardzo. Analiza DNA? Czemu nie. Badanie składu izotopowego szkliwa zębów, by odtworzyć dietę i migracje? Standard.
Wróćmy do wspomnianej na początku debaty, która odbyła się w Muzeum Archeologicznym w Krakowie we wrześniu 2024 roku. Jej uczestnicy — naukowcy z różnych dziedzin — spierali się właśnie o to, czy archeologia jest nauką. Wśród nich był prof. Adam Walanus, geolog i fizyk, specjalista od analizy danych i statystycznej obróbki datowań radiowęglowych. Była dr Ewelina Miśta-Jakubowska, która łączy pracę w Instytucie Archeologii Uniwersytetu Jagiellońskiego z badaniami w Narodowym Centrum Badań Jądrowych, rozwijając techniki obrazowania neutronowego zabytków. I dr Piotr Kołodziejczyk, archeolog terenowy, od lat badający starożytny Egipt i Jordanię.
Ta różnorodność specjalizacji pokazuje, jak bardzo zmieniła się archeologia. Dziś to prawdziwie wielopłaszczyznowa nauka o człowieku, łącząca humanistykę (historię, socjologię, religioznawstwo), nauki przyrodnicze (biologię, antropologię, geologię) i nauki ścisłe (matematykę, chemię, fizykę nuklearną). Archeolog nie musi być ekspertem we wszystkich tych dziedzinach, ale musi wiedzieć, kiedy i o co zapytać specjalistów. I musi umieć zinterpretować wyniki ich badań w kontekście swojego stanowiska.
Weźmy choćby metodę datowania, która zrewolucjonizowała badania nad początkami polskiej państwowości — dendrochronologię, czyli analizę słojów drzew. Dzięki niej możemy dziś z precyzją co do roku określić, kiedy ścięto dęby na budowę pierwszych grodów piastowskich. To dzięki niej wiemy, że daty podawane przez Galla Anonima nie zawsze zgadzały się z rzeczywistością. Drewno nie kłamie. Ono po prostu rocznie przybywa o jeden słój.
Po co nam to wszystko?
Jeśli archeologia jest nauką, to jaki jest jej cel? Czy chodzi tylko o zaspokojenie naszej ciekawości, o udowodnienie, że ta czy inna legenda ma swoje odbicie w faktach? Oczywiście, że nie. Celem archeologii jest coś znacznie głębszego.
Encyklopedia PWN określa archeologię jako naukę historyczną badającą przeszłość dawnych społeczeństw, źródłoznawczą dziedzinę szeroko pojmowanej historii. Jej zadaniem jest ustalenie wieku odkrywanych źródeł, badanie ich pierwotnej funkcji i rekonstrukcja rozwoju w czasie i przestrzeni. Ale to tylko suche definicje.
Spróbujmy spojrzeć na to inaczej. Dla okresów, które nie pozostawiły po sobie żadnych źródeł pisanych, archeologia jest jedynym oknem na przeszłość. Gdyby nie ona, nic nie wiedzielibyśmy o ludziach epoki kamienia, o pierwszych rolnikach, o kulturach, które rozwinęły się i upadły, nie pozostawiając po sobie żadnych kronik. To archeologia udowodniła, że kolebką ludzkości była Afryka, że proces uczłowieczenia trwał miliony lat, że pierwsi artyści malowali w ciemnych jaskiniach, a pierwsi rolnicy zakładali wioski nad Eufratem.
Dla czasów historycznych, dla których istnieją źródła pisane, rola archeologii jest inna, ale równie ważna. Pozwala zweryfikować obraz nakreślony przez kronikarzy, uzupełnić go o szczegóły z życia codziennego, odtworzyć to, co dla piszących było zbyt oczywiste, by o tym wspominać. Bo kronikarze pisali o królach i bitwach. O tym, jak wyglądała chata chłopa, co jadł na śniadanie i w co się ubierał — muszą nam powiedzieć archeolodzy.
I tu dochodzimy do jeszcze jednego, bardzo ważnego zadania współczesnej archeologii — ochrony dziedzictwa kulturowego. Colin Renfrew i Paul Bahn wyraźnie podkreślają, że celem archeologii jest także zachowanie światowego dziedzictwa i jego obrona przed bezmyślnym rabunkiem oraz niszczeniem. W dobie wojen, gwałtownego rozwoju budownictwa i zmian klimatu, to zadanie nabiera szczególnego znaczenia.
Przypadek Indiana Jonesa
A jednak, mimo całej tej naukowej otoczki, mimo laboratoryjnych procedur i skomplikowanych analiz, gdzieś w głębi duszy każdego archeologa tkwi iskierka przygody. I nie ma w tym nic złego.
Sam brałem udział w wykopaliskach. Pamiętam to uczucie, gdy jako nastolatek po raz pierwszy trzymałem w dłoni coś, co przez setki lat leżało pod ziemią. W Ćwiklicach koło Pszczyny, na stanowisku gródka rycerskiego z 1409 roku, odkopaliśmy piece do wytopu rudy. A potem — kafle. Zielone, błyszczące, z wypukłym ornamentem. Wyglądały jak smocze łapy. Pamiętam, jak serce zabiło mi szybciej. Później okazało się, że to były kobiece dłonie — ale czy to ważne? Ważne, że dotknąłem czegoś, co spoczywało w ziemi od ponad sześciuset lat. Że przez chwilę byłem pośrednikiem między tym, który ulepił ten kafel, wypalił go, wstawił do pieca, a mną, który wydobywał go na światło dzienne.
To jest właśnie ta magia archeologii. To połączenie chłodnej analizy laboratoryjnej z gorączką odkrywcy. To umiejętność zadawania pytań ziemi i cierpliwego czekania na odpowiedź. To radość, gdy hipoteza potwierdza się w kolejnym wykopie, i dreszcz emocji, gdy natykamy się na coś zupełnie niespodziewanego.
Czy zatem archeologia to nauka czy przygoda? Odpowiedź brzmi: i jedno, i drugie. To nauka, bo ma swoje metody, procedury i cele. Bo korzysta z dorobku innych dyscyplin i podlega takim samym rygorom weryfikacji, jak każda inna dziedzina wiedzy. Ale to także przygoda, bo jej przedmiotem jest człowiek — istota nieprzewidywalna, twórcza, pełna sprzeczności. I bo każdy wykop to podróż w nieznane, której wyniku nie możemy być pewni.
Jak trafnie ujął to autor cytowany na portalu czytelniczym: „Kiedy myślimy o archeologii, wyobrażamy sobie wykopaliska w poszukiwaniu starożytnych skarbów. I choć to tylko część prawdy, to właśnie ta część sprawia, że archeologia jest jedną z najciekawszych nauk świata”.
Zaproszenie w głąb
W tej książce wybierzemy się w podróż. Wyruszymy śladami tych, którzy tworzyli archeologię — od pierwszych poszukiwaczy skarbów po współczesnych badaczy w białych kitlach laboratoryjnych. Odwiedzimy najsłynniejsze stanowiska na świecie: od jaskiń z malowidłami w Lascaux, przez piramidy w Gizie, po miasta Majów w dżungli Jukatanu. Zajrzymy też w głąb polskiej ziemi, by zobaczyć, co kryją grody Piastów i jak najnowsze badania weryfikują legendy o początkach naszego państwa.
Ale zanim ruszymy w tę podróż, zapamiętajmy jedno. Archeologia to nie tylko zbiór faktów i dat. To opowieść o nas samych. Bo gdy odkopujemy przeszłość, tak naprawdę szukamy odpowiedzi na pytania o teraźniejszość. Kim jesteśmy? Skąd pochodzimy? Dokąd zmierzamy?
To właśnie ta ciekawość — „nieprzezwyciężony pociąg” do owych czasów ciemnych nawet dla historii, jak pisał anonimowy autor encyklopedii z 1860 roku — każe nam wyruszać na poszukiwania. Każe nam grzebać w popiołach, przeczesywać ruiny, analizować okruchy. I każe nam pisać tę książkę.
Zapraszam do lektury. Przed nami długa i fascynująca podróż.
Rozdział 2: Warsztat archeologa — jak czytać przeszłość?
Detektywi czasu
Wyobraźcie sobie przez chwilę, że jesteście detektywami. Nie takimi zwykłymi, którzy rozwiązują sprawy kryminalne w wielkim mieście. Jesteście detektywami czasu, a waszym zadaniam jest odtworzenie wydarzeń sprzed setek, tysięcy, a czasem milionów lat. Macie do dyspozycji miejsce zbrodni — stanowisko archeologiczne — które skrywa dowody. Ale te dowody są niekompletne, zniszczone, porozrzucane. I co gorsza, sprawcy dawno już nie żyją, nie ma świadków, a jedynymi poszlakami są okruchy ceramiki, przepalone kości, resztki drewna i odciski w ziemi.
Brzmi jak mission impossible? Być może. Ale właśnie tym zajmuje się archeolog. I choć nasza praca bywa żmudna i wymagająca, to satysfakcja, gdy uda się odtworzyć choćby fragment układanki, jest nie do opisania. Pamiętam, jak podczas wykopalisk w Ćwiklicach, o których wspominałem w poprzednim rozdziale, odkopaliśmy piec do wytopu rudy. Leżał tam sobie spokojnie od 1409 roku. Gdybym miał tylko powiedzieć: „to piec”, nic wielkiego bym nie zdziałał. Ale gdy udało nam się dokonać datowania węgla drzewnego z jego wnętrza, określić, jakie temperatury osiągano, przeanalizować skład żużla i porównać go z innymi piecami z tego okresu — wtedy zaczęliśmy rozumieć, jak naprawdę wyglądało hutnictwo na przełomie XIV i XV wieku. I to jest właśnie sedno warsztatu archeologa: umiejętność zadawania pytań ziemi i odczytywania jej odpowiedzi.
W tym rozdziale zabiorę was w podróż po tym fascynującym warsztacie. Pokażę wam, jakimi narzędziami posługujemy się, by wydobyć z przeszłości jej sekrety. Od najprostszych metod, jakimi posługiwali się już pierwsi archeolodzy, po najbardziej zaawansowane technologie, o jakich nie śniło się nawet twórcom filmów o Indianie Jonesie. Bo współczesna archeologia to nie tylko łopata i pędzelek. To także spektrometry masowe, skanery laserowe, drony i algorytmy sztucznej inteligencji.
Dwa oblicza czasu: datowanie względne i bezwzględne
Zanim archeolog zacznie interpretować swoje znaleziska, musi odpowiedzieć na fundamentalne pytanie: jak stare są przedmioty, które odkopuje? Bez tego ani rusz. Nie można przecież opowiadać o dziejach, nie wiedząc, co wydarzyło się wcześniej, a co później. I tu wkraczają metody datowania, które dzielimy na dwie podstawowe kategorie: względne i bezwzględne.
Datowanie względne to nic innego jak umieszczenie znalezisk w odpowiedniej kolejności. Mówi nam, że przedmiot A jest starszy od przedmiotu B, ale nie podaje konkretnej daty. To jak układanie książek na półce według dat wydania — wiemy, która jest starsza, ale żeby dowiedzieć się, z którego dokładnie roku pochodzi, musimy zajrzeć do środka.
Datowanie bezwzględne (zwane też absolutnym) to już konkret. Podaje nam wiek w latach — oczywiście z pewnym marginesem błędu, bo natura nie lubi precyzji co do joty. Dzięki niemu możemy powiedzieć: „ten dąb ścięto w 980 roku naszej ery”, a nie tylko „jest starszy od tamtego dębu”.
Oba typy datowań są niezbędne i wzajemnie się uzupełniają. Jak to ujęła Diana O’Carroll, „Naked Archaeologist” z brytyjskiego radia: „Czasami archeolodzy korzystają z dat zapisanych przez cywilizacje, ale najczęściej lepiej jest sprawdzić te ramy czasowe za pomocą datowania radiowęglowego. Gdy król ogłasza, że jego przodek rządził przez 400 lat (a zdarza się to), warto zweryfikować to inne dowody”.
Stratygrafia, czyli jak czytać ziemię
Zacznijmy od najstarszej i wciąż jednej z najważniejszych metod datowania względnego — stratygrafii. To banalnie prosta zasada, którą każdy z nas intuicyjnie rozumie. Jeśli upuścisz klucze na podłogę, a potem rzucisz na nie gazetę, to klucze są pod spodem, a gazeta na górze. I wiadomo, że klucze trafiły na podłogę wcześniej niż gazeta.
W archeologii działa to podobnie. Ziemia narasta warstwami. Im głębiej kopiemy, tym starsze warstwy odsłaniamy. Ale, jak to zwykle bywa w życiu, diabeł tkwi w szczegółach. Natura nie jest uporządkowanym archiwum. Ludzie kopią piwnice, ryją doły na śmieci, orzą pola, a zwierzęta drążą nory. Wszystko to miesza warstwy i komplikuje obraz.
Dlatego archeolodzy opracowali precyzyjne zasady stratygrafii archeologicznej. Klasyczną pracę na ten temat napisał Edward C. Harris, a jej polskie tłumaczenie — „Zasady stratygrafii archeologicznej” — ukazało się w 1992 roku. Harris wprowadził pojęcie „jednostki stratygraficznej” i graficznego przedstawiania zależności między warstwami w postaci diagramu. Dziś każdy szanujący się archeolog dokumentuje wykopaliska warstwa po warstwie, tworząc szczegółowe profile i opisy. To żmudna praca, ale tylko dzięki niej możemy później odtworzyć dzieje stanowiska.
Pamiętam, jak podczas studiów profesor straszył nas, że jeśli źle udokumentujemy stratygrafię, to bezpowrotnie tracimy informację. Bo wykopaliska to proces destrukcyjny — po przebraniu warstwy ona znika na zawsze. Nie ma powtórki. To jakby wyrywać kartki z księgi i palić je po przeczytaniu. Dlatego dokumentacja musi być perfekcyjna.
Typologia, czyli moda trwa wieki
Drugą fundamentalną metodą datowania względnego jest typologia. Ludzie, jak to ludzie, ulegają modzie. Zmieniają się kształty garnków, sposoby zdobienia, formy broni, style budowania domów. Te zmiany są na tyle regularne, że możemy na ich podstawie określać wiek znalezisk.
Gdy archeolog wyciąga z ziemi ułamek ceramiki i z ekscytacją obwieszcza: „To wczesne średniowiecze!”, nie dzieje się tak dlatego, że ma kryształową kulę. On po prostu porównuje znaleziony fragment z ogromną bazą danych, zgromadzoną przez pokolenia badaczy. Wie, że w X wieku lepiono garnki inaczej niż w XII, używano innej gliny, inaczej je wypalano i zdobiono.
System trzech epok, o którym wspominałem w poprzednim rozdziale, to właśnie owoc myślenia typologicznego. Christian Jürgensen Thomsen, układając zbiory muzeum w Kopenhadze w latach 30. XIX wieku, zauważył, że narzędzia kamienne, brązowe i żelazne nie występują razem. W najstarszych grobach są tylko kamienne, w młodszych pojawia się brąz, a w najmłodszych — żelazo. I tak narodził się podział, który do dziś stanowi podstawę chronologii pradziejów.
Oczywiście typologia ma swoje ograniczenia. Co, jeśli jakaś społeczność była konserwatywna i lepiła garnki tak samo przez setki lat? Albo jeśli moda wróciła po wiekach? Albo jeśli ktoś używał pradziadowskiego garnka, bo był solidny i szkoda było wyrzucać? Dlatego typologię zawsze łączy się z innymi metodami. Ale w rękach wprawnego badacza to potężne narzędzie.
Rewolucja zwana węglem
Przełom w archeologii nastąpił w latach 40. XX wieku, gdy amerykański chemik Willard Libby opracował metodę datowania radiowęglowego. Za to odkrycie otrzymał w 1960 roku Nagrodę Nobla. I trudno się dziwić — to była prawdziwa rewolucja. Nagle archeolodzy zyskali możliwość określania wieku organicznych szczątków z niespotykaną dotąd precyzją.
Jak działa ta metoda? W dużym uproszczeniu: wszystkie żywe organizmy — ludzie, zwierzęta, rośliny — przez całe życie wymieniają węgiel z otoczeniem. W atmosferze występują dwa główne izotopy węgla: stabilny węgiel-12 i niestabilny, promieniotwórczy węgiel-14, który powstaje pod wpływem promieniowania kosmicznego. Gdy organizm umiera, przestaje pobierać nowy węgiel, a zgromadzony w nim węgiel-14 zaczyna się rozpadać w stałym, przewidywalnym tempie.
Po 5730 latach zostaje go połowa. Po kolejnych 5730 latach — połowa z tej połowy, czyli jedna czwarta. I tak dalej. Wystarczy zmierzyć, ile węgla-14 zostało w próbce w porównaniu z węglem-12, by obliczyć, kiedy organizm umarł.
Brzmi prosto, prawda? Diabeł jednak tkwi w szczegółach, a w archeologii — zwłaszcza. Po pierwsze, zawartość węgla-14 w atmosferze nie jest stała — zmienia się pod wpływem aktywności słonecznej, zmian pola magnetycznego Ziemi, a w ostatnich latach także prób jądrowych. Dlatego surowe wyniki datowania trzeba kalibrować za pomocą specjalnych krzywych kalibracyjnych. Po drugie, próbki łatwo zanieczyścić — nawet dotyk gołymi rękoma może wpłynąć na wynik. Po trzecie, metoda ma ograniczony zasięg — po około 50—60 tysiącach lat węgla-14 jest już tak mało, że nie da się go precyzyjnie zmierzyć.
Mimo tych ograniczeń, datowanie radiowęglowe zrewolucjonizowało archeologię. Dzięki niemu wiemy na przykład, że słynny człowiek z Lindow — ofiara rytualna z torfowiska w Anglii — zginął około 20 roku naszej ery. Że początki rolnictwa na Bliskim Wschodzie sięgają około 9000 roku p.n.e. I że najstarsze ślady obecności człowieka w Ameryce Północnej są znacznie starsze, niż sądzono jeszcze kilkadziesiąt lat temu.
Drewno, które nie kłamie
Gdyby Libby dostał Nagrodę Nobla za datowanie radiowęglowe, to jego poprzednik — Andrew Ellicott Douglass, amerykański astronom — powinien dostać ją za odkrycie, które do dziś budzi podziw swoją prostotą i skutecznością. Mowa o dendrochronologii, czyli datowaniu za pomocą słojów drzew.
Douglass, badając plamy na Słońcu na początku XX wieku, wpadł na pomysł, że aktywność słoneczna może wpływać na przyrost drzew. I choć jego główna hipoteza nie do końca się potwierdziła, to przy okazji odkrył coś znacznie ważniejszego: drzewa tego samego gatunku, rosnące w tym samym regionie, mają charakterystyczny układ słojów, zależny od warunków klimatycznych w poszczególnych latach. W latach dobrych słoje są szerokie, w latach złych — wąskie. I ten układ można ze sobą porównywać.
Wystarczy pobrać próbkę z żywego drzewa — wiemy dokładnie, kiedy zostało ścięte — i nałożyć na nią próbkę ze starszego drewna. Jeśli układ słojów pasuje, możemy przesuwać się wstecz, rok po roku, budując ciągłą sekwencję sięgającą tysięcy lat wstecz.
Dla archeologii to prawdziwy dar niebios. Drewno zachowuje się w ziemi przez wieki, a my potrafimy odczytać z niego datę ścięcia drzewa z dokładnością do roku. Żadna inna metoda nie daje takiej precyzji.
W Polsce dendrochronologia odegrała kluczową rolę w badaniach nad początkami państwowości. Przez lata historycy i archeolodzy spierali się o datę budowy pierwszych grodów piastowskich. Gall Anonim podawał swoje daty, ale budziły one wątpliwości. Gdy w latach 90. XX wieku zaczęto datować drewno z Gniezna, Poznania i Ostrowa Lednickiego, okazało się, że większość tych grodów powstała w latach 30. i 40. X wieku — a więc za panowania Mieszka I, a nie jego poprzedników. To było jak bomba. Legendy o „prastarym” Gnieźnie legły w gruzach, a my musieliśmy na nowo przemyśleć nasze wyobrażenia o początkach Polski.
Pamiętam rozmowę z profesorem Markiem Krysztofiakiem, wybitnym znawcą wczesnego średniowiecza, który opowiadał, jak te wyniki przyjęto w środowisku. „Niektórzy nie chcieli wierzyć” — mówił. „Mówili, że to niemożliwe, że metoda musi być błędna. Ale drewno nie kłamie. Trzeba było przyjąć nową chronologię do wiadomości”.
Światło przeszłości
A co z przedmiotami, które nie są organiczne? Z ceramiką, kamieniem, wypalaną gliną? Dla nich mamy inną metodę — termoluminescencję.
Każdy minerał, każda skała, każda wypalona glinka ma w sobie naturalne pierwiastki promieniotwórcze, które emitują promieniowanie. To promieniowanie wybija elektrony z ich normalnych orbit, a te zostają uwięzione w defektach struktury krystalicznej. Gdy podgrzejemy materiał do wysokiej temperatury — na przykład podczas wypalania garnka w piecu — uwięzione elektrony zostają uwolnione, emitując przy tym światło. To właśnie termoluminescencja.
Gdy garncarz lepi garnek i wypala go, „zeruje” zegar. Od tego momentu elektrony zaczynają być ponownie pułapkowane. Im starszy przedmiot, tym więcej elektronów zdążyło się nagromadzić. W laboratorium podgrzewamy próbkę i mierzymy emitowane światło — im silniejszy błysk, tym starszy zabytek.
Metoda ta jest niezwykle przydatna do datowania ceramiki, ale ma swoje ograniczenia. Po pierwsze, potrzebuje stosunkowo dużej próbki. Po drugie, jeśli przedmiot był kiedyś wtórnie przepalony (np. w pożarze), zegar się zresetował i datowanie wskaże czas pożaru, a nie powstania. Po trzecie, dokładność jest mniejsza niż w przypadku radiowęgla — zwykle kilkanaście procent.
A jednak, gdy nie mamy szczątków organicznych, termoluminescencja bywa jedynym ratunkiem. Dzięki niej wiemy na przykład, że najstarsza ceramika na świecie — z jaskini Xianrendong w Chinach — ma około 20 tysięcy lat.
Skały, które pamiętają
Gdy idziemy jeszcze dalej w przeszłość, poza granice datowania radiowęglowego, wkraczamy w świat metod izotopowych opartych na rozpadzie innych pierwiastków. Najważniejsza z nich to datowanie potasowo-argonowe.
Potas-40, izotop promieniotwórczy, rozpada się na argon-40 z okresem połowicznego rozpadu wynoszącym aż 1,3 miliarda lat. To metoda stworzona dla geologów, ale okazała się zbawienna dla archeologów badających najdawniejsze dzieje ludzkości.
Działa to tak: gdy lawa wulkaniczna zastyga, wszystkie gazy, w tym argon, ulatują. Od tego momentu potas zawarty w skale rozpada się, a powstający argon zostaje uwięziony w strukturze kryształów. Mierząc stosunek argonu do potasu, możemy określić, kiedy lawa zastygła.
I tu dochodzimy do jednej z największych sensacji w dziejach archeologii. W latach 60. XX wieku Louis i Mary Leakey odkryli w wąwozie Olduvai w Tanzanii szczątki hominida, którego nazwali Zinjanthropus boisei. Problem polegał na tym, że nie było jak tego wydatować — kości były zbyt stare na radiowęgiel. Na szczęście znaleziono je w warstwach popiołu wulkanicznego. Datowanie potasowo-argonowe wykazało, że popiół ma około 1,75 miliona lat. To był szok. Nagle okazało się, że nasi przodkowie chodzili po Ziemi znacznie dłużej, niż ktokolwiek przypuszczał.
Obsydian, czyli szkło wulkaniczne
Jest jeszcze jedna metoda, która zasługuje na szczególną uwagę — datowanie poprzez hydratację obsydianu. Obsydian to szkło wulkaniczne, które nasi przodkowie uwielbiali do wyrobu narzędzi. Łupie się na ostre jak brzytwa odłupki, a przy tym jest piękny — czarny, błyszczący, czasem z tęczowymi refleksami.
Gdy świeżo odłupany kawałek obsydianu leży w ziemi, zaczyna wchłaniać wodę z otoczenia. Na powierzchni tworzy się uwodniona warstwa, która rośnie w stałym tempie. Wystarczy pod mikroskopem zmierzyć jej grubość, by określić, kiedy narzędzie zostało wykonane.
Metoda ma swoje ograniczenia — tempo hydratacji zależy od temperatury i wilgotności, więc trzeba je kalibrować dla każdego stanowiska. Ale ma też ogromną zaletę: jest tania i można datować nawet najmniejsze odłupki. Co więcej, analiza chemiczna obsydianu pozwala określić, z którego złoża pochodzi surowiec — a to z kolei mówi nam o szlakach handlowych i kontaktach między odległymi społecznościami.
Współcześnie do tego celu używa się przenośnych spektrometrów fluorescencji rentgenowskiej (pXRF), które pozwalają na nieniszczącą analizę składu chemicznego bez konieczności wywożenia zabytków do laboratorium.
Oczy w niebie
Datowanie to jedno, ale zanim zaczniemy kopać, musimy wiedzieć, gdzie kopać. Przez większą część historii archeologii było to proste: szło się w teren i szukało śladów na powierzchni. Wychodzące z ziemi mury, charakterystyczne wzniesienia, przypadkowo znalezione przedmioty — to były drogowskazy dla pierwszych badaczy.
Dziś mamy nieporównanie lepsze narzędzia. Na pierwszym miejscu warto wymienić lotniczy skaning laserowy, znany jako LiDAR (Light Detection and Ranging). To technologia, która pozwala „prześwietlić” las i zobaczyć, co kryje się pod koronami drzew. Samolot lub dron wyposażony w skaner laserowy wysyła wiązki światła, które odbijają się od powierzchni ziemi. Część z nich trafia w liście i gałęzie, ale część przenika przez nie i wraca z poziomu gruntu. Komputer odfiltrowuje te pierwsze, zostawiając tylko te drugie, i tworzy niezwykle dokładny model terenu — bez roślinności.
Efekt bywa oszałamiający. W lasach, przez które przechodziły pokolenia badaczy, niczego nie widząc, nagle wyłaniają się setki, tysiące stanowisk. Grody, kurhany, systemy pól, dawna sieć drogowa — wszystko to leży pod nogami, ale gołym okiem niewidoczne. W Polsce LiDAR zrewolucjonizował badania nad średniowiecznymi grodziskami. Okazało się, że tych obiektów jest znacznie więcej, niż sądziliśmy.
Do tego dochodzą zdjęcia satelitarne, które pozwalają dostrzec zmiany w wegetacji — roślinność rośnie inaczej nad zasypanymi rowami i murami — oraz klasyczna archeologia lotnicza, polegająca na fotografowaniu stanowisk z samolotu, zwłaszcza o wschodzie i zachodzie słońca, gdy niskie światło uwydatnia nierówności terenu.
Zbyszek Kobyliński, nestor polskiej archeologii lotniczej, napisał kiedyś książkę pod wiele mówiącym tytułem: „Archeologia lotnicza w Polsce. Osiem dekad wzlotów i upadków”. I rzeczywiście — ta metoda miała w Polsce swoje wzloty i upadki, ale dziś jest standardem w badaniach terenowych.
Pod powierzchnią, bez łopaty
A co, jeśli nie chcemy kopać? Albo nie możemy, bo stanowisko jest zbyt duże, a my mamy ograniczony budżet? Albo chcemy sprawdzić, co kryje ziemia, zanim weźmiemy się za łopaty? Z pomocą przychodzą metody geofizyczne.
Georadar (GPR) to urządzenie, które wysyła w ziemię fale elektromagnetyczne i rejestruje ich odbicia. Różne obiekty — mury, jamy, warstwy kulturowe — inaczej odbijają fale. Komputer przetwarza te dane na obraz, na którym widać, co kryje się pod powierzchnią.
Magnetometr mierzy lokalne zmiany pola magnetycznego. Wypalone gliny, piece, jamy zasypane próchnicą — wszystko to nieco zmienia pole magnetyczne w porównaniu z otaczającym gruntem. Idąc z magnetometrem po stanowisku, można zmapować te anomalie i dowiedzieć się, gdzie warto położyć wykop.
W połączeniu z systemami GIS (Geographic Information Systems), które pozwalają analizować dane przestrzenne, metody te dają niesamowite możliwości. Można badać całe miasta, nie ruszając łopaty. Można śledzić układy urbanistyczne, lokalizować poszczególne budynki, planować wykopaliska tam, gdzie mają największy sens.
W Mezoameryce, na stanowisku Kaminaljuyú w Gwatemali, georadar i magnetometria pozwoliły zmapować podziemną architekturę ogromnego miasta Majów, oszczędzając lata wykopalisk i miliony dolarów.
Chemia w służbie Clio
Gdy już mamy przedmioty, możemy zapytać o ich skład, pochodzenie i sposób wykorzystania. I tu wkraczają metody fizykochemiczne.
Spektrometria mas pozwala określić skład izotopowy kości i zębów. A skład izotopowy mówi nam o diecie — czy ktoś jadł głównie mięso, czy rośliny, czy żywił się produktami lądowymi, czy morskimi. Co więcej, izotopy strontu w szkliwie zębów odzwierciedlają podłoże geologiczne, na którym ktoś się wychował. Jeśli szczątki znalezione w jednym miejscu mają inny sygnatur strontu niż lokalne, znaczy to, że zmarły pochodził skądinąd. Migracje, przemieszczenia, wymiana ludności — wszystko to możemy dziś badać na poziomie pojedynczych osób.
Analizy DNA to już nie science fiction, ale codzienność w wielu laboratoriach. Z kości można wyizolować materiał genetyczny i odczytać go jak książkę. Pokrewieństwa między osobnikami, pochodzenie populacji, choroby, wygląd — wszystko to kryje się w podwójnej helisie. W 2022 roku przyznano nawet Nagrodę Nobla Svante Pääbo za opracowanie metod badania starożytnego DNA i zsekwencjonowanie genomu neandertalczyka.
Paleobotanicy badają szczątki roślin — makroszczątki (nasiona, owoce, węgle drzewne) i mikroszczątki (pyłki, fitolity, skrobię). Ziarna pyłku zachowują się w osadach jeziornych i torfowiskach przez tysiące lat. Analizując ich skład na różnych głębokościach, można odtworzyć zmiany roślinności — a tym samym klimatu i działalności człowieka. Gdy w osadach nagle pojawia się pyłek zbóż, to znak, że ludzie zaczęli uprawiać rolę.
Antrakologia, czyli badanie węgli drzewnych, mówi nam, jakie gatunki drewna palono w ogniskach i piecach. A to z kolei — jaki las rósł w okolicy i jak ludzie go eksploatowali.
Matematyka i modele
Wszystkie te dane — z wykopalisk, z laboratoriów, z analiz przestrzennych — trzeba jakoś połączyć w spójną całość. I tu wkracza matematyka, a zwłaszcza metody statystyczne i modelowanie bayesowskie.
Modelowanie bayesowskie to zaawansowana technika statystyczna, która pozwala łączyć różne rodzaje datowań z informacją stratygraficzną. Jeśli wiemy, że warstwa A leży pod warstwą B, a z obu mamy datowania radiowęglowe, możemy te dane „przeliczyć” tak, by uzyskać precyzyjniejsze wyniki. Komputer tworzy model chronologiczny całego stanowiska, uwzględniając wszystkie dostępne dane i ich wzajemne relacje.
Do tego celu używa się specjalnych programów, z których najpopularniejszy jest OxCal, rozwijany przez Uniwersytet Oksfordzki. Wprowadza się do niego datowania, krzywe kalibracyjne, sekwencje stratygraficzne, a on oblicza najbardziej prawdopodobny wiek każdej warstwy i każdego zabytku.
To nie jest zwykła arytmetyka. To zaawansowane modelowanie, które wymaga zrozumienia zarówno archeologii, jak i statystyki. Dlatego na uczelniach uczymy studentów nie tylko kopania, ale także obsługi tych programów.
Przyszłość jest dziś
Gdybym miał wskazać najważniejszy trend we współczesnej archeologii, powiedziałbym: interdyscyplinarność i cyfryzacja.
Już w 2025 roku na Uniwersytecie Bukareszteńskim odbyły się warsztaty dla uczniów pod tytułem „Archeologia dzisiaj: od metod interdyscyplinarnych do sztucznej inteligencji”. Młodzież uczyła się o datowaniu radiowęglowym, analizach fizykochemicznych, skanowaniu 3D, geofizyce i zastosowaniu AI do automatycznego rozpoznawania i klasyfikacji zabytków.
Unijny projekt EXCALIBUR idzie jeszcze dalej — rozwija narzędzia do tworzenia „cyfrowych bliźniaków” stanowisk archeologicznych, czyli wirtualnych kopii, na których można prowadzić analizy bez ryzyka zniszczenia oryginału.
Sztuczna inteligencja uczy się rozpoznawać typy ceramiki, identyfikować ślady na kościach, klasyfikować narzędzia krzemienne. Nie zastąpi archeologa, ale może go wyręczyć w żmudnej, powtarzalnej pracy.
Drony skanują stanowiska, tworząc trójwymiarowe modele w ciągu godzin, zamiast tygodni pracy geodetów. Spektrometry przenośne pozwalają badać skład chemiczny bez wycinania próbek. Tomografia komputerowa zagląda do wnętrza mumii i zwojów papirusu, nie rozwijając ich.
Pokora wobec przeszłości
Mamy dziś narzędzia, o jakich poprzednie pokolenia archeologów mogły tylko marzyć. Możemy datować z dokładnością do roku, odtwarzać diety i migracje, zaglądać pod ziemię bez kopania, tworzyć wirtualne modele zaginionych światów. A jednak, mimo całej tej potęgi technologii, w archeologii najważniejsze pozostaje to samo, co zawsze: ciekawość, pokora i umiejętność zadawania właściwych pytań.
Bo narzędzia to tylko narzędzia. Można mieć najlepszy spektrometr na świecie, ale jeśli nie zada się właściwego pytania, wyniki nic nie dadzą. Można zeskanować całe stanowisko dronem, ale jeśli nie rozumie się procesów, które je ukształtowały, obraz pozostanie tylko obrazem.
Dlatego w warsztacie archeologa najważniejszym narzędziem wciąż pozostaje głowa. I serce. I ta nieprzeparta ciekawość, która każe nam pytać: kim byli ci, którzy żyli przed nami? Jak żyli? W co wierzyli? Co po sobie zostawili?
Technologie, o których opowiedziałem w tym rozdziale, to nie cel sam w sobie. To jedynie środki do celu. Sposoby na zadawanie pytań ziemi i odczytywanie jej odpowiedzi. I dopóki będziemy o tym pamiętać, dopóty archeologia pozostanie zarówno nauką, jak i przygodą.
W następnych rozdziałach wyruszymy w podróż po największych odkryciach archeologicznych świata. Od afrykańskich sawann, przez żyzne doliny Mezopotamii i Egiptu, po dżungle Mezoameryki i pola bitew średniowiecznej Europy. Będziemy korzystać ze wszystkich narzędzi, o których dziś mówiliśmy, by zobaczyć, jak zmieniały się ludzkie społeczeństwa na przestrzeni dziejów. Zapraszam w tę fascynującą podróż.
Narodziny dyscypliny. Od antykwariuszy do nauki
Rozdział 3: Pionierzy i poszukiwacze skarbów
Gdy przeszłość była łupem
Zanim przejdziemy dalej, zatrzymajmy się na chwilę przy pewnym paradoksie. Otóż archeologia, którą dziś z dumą nazywamy nauką, narodziła się z rzeczy całkowicie nienaukowej — z czystej, bezpruderyjnej żądzy posiadania. Z kolekcjonerstwa, z pasji gromadzenia osobliwości, z chęci zaimponowania sąsiadom egzotycznym artefaktem przywiezionym z dalekich krajów.
Gdy w 1748 roku rozpoczęto pierwsze systematyczne prace wykopaliskowe w Pompejach i Herkulanum, nie chodziło o zrozumienie przeszłości. Chodziło o zdobycie pięknych przedmiotów. Sponsorzy przedsięwzięcia — władcy Królestwa Obojga Sycylii — prowadzili wykopaliska w tajemnicy, nie chcąc rozgłosu. Traktowali odkopane miasta jak własną, prywatną kopalnię antyków. To, co dziś stanowi bezcenne źródło wiedzy o życiu w starożytnym Rzymie, było dla nich po prostu ładnym dodatkiem do pałacowych komnat.
Sytuacja zaczęła się zmieniać, gdy w 1763 roku konserwatorem starożytności rzymskich i bibliotekarzem Watykanu został Johann Joachim Winckelmann. Ten niemiecki uczony, mający dostęp do zbiorów z Pompejów i Herkulanum, nie tylko opisał znalezione tam zabytki, ale przede wszystkim stworzył w 1764 roku dzieło „Geschichte der Kunst des Altertums” — pierwszą prawdziwą historię sztuki starożytnej. Jego praca dała początek powszechnemu zainteresowaniu antykiem, ale nie ucywilizowała jeszcze metod wykopaliskowych.
Przez kolejne dziesięciolecia archeologia pozostawała domeną poszukiwaczy przygód, awanturników i ludzi, których śmiało można by dziś nazwać wandalami. A jednak, jak to często bywa w dziejach nauki, to właśnie ich nieokrzesane zapędy, ich żądza sławy i bogactwa, doprowadziły do odkryć, które na zawsze zmieniły nasze rozumienie przeszłości.
Olbrzym z Padwy
Gdyby ktoś w 1815 roku na ulicach Kairu spotkał mężczyznę mierzącego ponad dwa metry wzrostu, o posturze atlety i twarzy cudzoziemca, pewnie nie pomyślałby, że ma do czynienia z człowiekiem, który zapisze się w historii archeologii. Giovanni Battista Belzoni — bo o nim mowa — urodził się w 1778 roku w Padwie jako syn fryzjera, który miał czternaścioro dzieci. W wieku szesnastu lat trafił do Rzymu, gdzie studiował hydraulikę i przymierzał się do stanu zakonnego. Plany pokrzyżowała jednak inwazja wojsk Napoleona Bonaparte w 1798 roku.
Belzoni uciekł, tułał się po Europie, by w 1803 roku osiąść w Anglii. I tu zaczyna się część tej historii, która brzmi jak scenariusz filmu przygodowego. Belzoni był gigantem jak na standardy początku XIX wieku — jego dwa metry i jeden centymetr wzrostu robiły wrażenie. Razem z żoną Sarah, którą źródła opisują jako kobietę również „okazałej postury”, dołączył do wędrownego cyrku. Występował jako „patagoński siłacz Samson”, dźwigając na scenie metalową konstrukcję, na której stało dwanaście osób.
Przez lata para zarabiała na życie pokazami siły i zwinności na jarmarkach Londynu. Belzoni występował w Amfiteatrze Astley, gdzie prezentował również „fantasmagorie” — pokazy z użyciem latarni magicznych, rzucających na ściany obrazy duchów i demonów. Był artystą cyrkowym, iluzjonistą, człowiekiem rozrywki. I pewnie pozostałby nim do końca życia, gdyby nie splot okoliczności, który w 1815 roku zaprowadził go na Maltę.
Tam poznał Ismaila Gibraltara — wysłannika Muhammada Alego, ówczesnego paszy Egiptu, który prowadził zakrojony na szeroką skalę program rekultywacji gruntów rolnych i budowy systemów irygacyjnych. Belzoni, pamiętający jeszcze studia z hydrauliki, skonstruował własną maszynę do podnoszenia wody z Nilu i postanowił zaprezentować ją paszy. Eksperyment z silnikiem wypadł pomyślnie, ale projekt nie został zaakceptowany. Belzoni został w Egipcie bez środków do życia, za to z bagażem doświadczeń, które wkrótce miały się okazać bezcenne.
„Młody Memnon” wyrusza do Londynu
Na drodze Belzoniego stanął wówczas Johann Ludwig Burckhardt — szwajcarski orientalista, ten sam, który odkrył dla Europy Petrę. Burckhardt zwrócił uwagę na pewien problem. W Tebach, w świątyni grobowej Ramzesa II (Ramesseum), leżał ogromny, ważący ponad siedem ton granitowy posąg faraona, tradycyjnie nazywany „Młodym Memnonem”. Francuscy uczeni, którzy towarzyszyli Napoleonowi w wyprawie do Egiptu, marzyli o wywiezieniu go do Paryża. Miejscowi chłopi uważali, że to niemożliwe — głaz był zbyt wielki.
Burckhardt zasugerował, by spróbować wysłać posąg do Anglii. Henry Salt, brytyjski konsul generalny w Egipcie, dostrzegł w tym szansę na zdobycie łask w Londynie i zlecił zadanie Belzoniemu.
Belzoni dotarł do Ramesseum 22 lipca 1816 roku. W swoim dzienniku zapisał: „Wśród sterty gruzów, pierwszą rzeczą, jaką ujrzałem, był ten właśnie posąg. Leżał twarzą ku niebu, jakby uśmiechając się na myśl, że ma zostać przetransportowany do Anglii. Wiedziałem, że jest ogromny, ale nie spodziewałem się, że jest tak piękny”.
Zabrał się do pracy. Potrzebował robotników. Miejscowy zarządca, po serii negocjacji i łapówek, obiecał przysłać ludzi. Gdy w końcu się zjawili, Belzoni skonstruował drewniane sanki, zaopatrzył się w liny z liści palmowych i czternaście dźwigni. Przez pierwszy dzień udało mu się przesunąć kolosa zaledwie o kilka metrów. Drugiego — pokonał pięćdziesiąt jardów, niszcząc przy tym celowo podstawy dwóch kolumn, by utorować drogę.
Miejscowi chłopi patrzyli na to wszystko z niedowierzaniem. Gdy gigantyczna figura zaczęła się przesuwać, byli przekonani, że to sprawka diabła. Widząc Belzoniego robiącego notatki, myśleli, że uprawia czarną magię. A on pchał swoje sanki dalej, przez 150 jardów, aż posąg zapadł się w piach i trzeba było wytyczać trzystumetrowy objazd po twardszym gruncie.
17 dni i 130 ludzi później, 12 sierpnia 1816 roku, „Młody Memnon” dotarł do brzegu Nilu i został załadowany na barkę. Dziś stoi w British Museum jako jeden z najcenniejszych eksponatów. A Belzoni? Właśnie rozpoczął nowe życie — życie poszukiwacza skarbów.
Grobowiec, który nosi jego imię
Przez kolejne lata Belzoni przemierzał Egipt wzdłuż i wszerz. Badał świątynię w Edfu, odwiedzał Elefantynę i File, oczyścił z piasku wejście do Wielkiej Świątyni w Abu Simbel, prowadził wykopaliska w Karnaku. Ale największe odkrycie miało dopiero nadejść.
16 października 1817 roku w Dolinie Królów Belzoni natrafił na wejście do grobowca, który do dziś nosi jego imię — grobowiec Setiego I, ojca Ramzesa II. Była to najpiękniejsza i najbardziej ozdobna spośród wszystkich królewskich nekropolii odkrytych w tamtym czasie. Ściany pokrywały misterne reliefy i malowidła, które zachowały swoje barwy przez ponad trzy tysiące lat.
Belzoni wszedł do środka. Korytarze wypełnione były gruzem, ale on, mimo swej olbrzymiej postury, przeciskał się dalej. W jednym z pomieszczeń znalazł alabastrowy sarkofag, misternie rzeźbiony, półprzezroczysty, przepiękny. Niestety — pusty. Mumia Setiego I została w starożytności przeniesiona do tajnej skrytki w Deir el-Bahari, gdzie odkryto ją dopiero w 1881 roku.
Belzoni zabrał sarkofag. Dziś można go oglądać w Muzeum Sir Johna Soane’a w Londynie — ważący kilkaset kilogramów, niemal szklany w swojej delikatności, kontrastujący z brutalnością, z jaką został wydobyty.
Ale grobowiec Setiego to nie jedyne osiągnięcie Belzoniego w Dolinie Królów. To on odnalazł również grób Ramzesa I, a w 1818 roku jako pierwszy w czasach nowożytnych wszedł do Piramidy Chefrena w Gizie. Przy okazji tej eksploracji użył metody, która dziś przyprawia archeologów o dreszcz grozy — wysadził dynamitem wejście, by dostać się do wnętrza.
Belzoni był człowiekiem swojej epoki. Dla niego liczyło się odkrycie, zdobycie, przetransportowanie. Metody? To już drugorzędna sprawa.
Wśród mumii
Jest w dziennikach Belzoniego fragment, który czyta się jak gotowy scenariusz horroru. Opisując swoje doświadczenia w egipskich grobowcach, wspominał: „W niektórych miejscach nie ma szczeliny większej niż trzydzieści centymetrów, przez którą trzeba się przecisnąć jak ślimak, a dookoła ostre skały, które tną jak szkło”.
Innym razem, przeciskając się przez sześciometrowy korytarz, znalazł się w sytuacji, którą opisał następująco: „Był zapchany mumiami i nie mogłem się przedostać, by moja twarz nie zetknęła się z twarzą jakiegoś rozkładającego się Egipcjanina. Nie mogłem jednak uniknąć obsypania się kośćmi, nogami, ramionami i głowami, które spadały z góry. Posuwałem się tak z jaskini do jaskini, wszystkie wypełnione mumiami poukładanymi na różne sposoby — niektóre stały, inne leżały, a jeszcze inne były ułożone twarzą w dół”.
Zmartwychwstałe mumie, które dziś straszą w filmach grozy, dla Belzoniego były codziennością. Gdy zmęczony po całym dniu pracy usiadł na jakimś sarkofagu, ten rozpadł się pod jego ciężarem jak pudełko po kapeluszach. „Zapadłem się w połamane mumie pośród trzasku kości, bandaży i drewnianych skrzyń. Wszystko to uniosło taką ilość pyłu, że musiałem pozostać nieruchomo przez kwadrans, czekając, aż opadnie”.
Gdy wreszcie mógł wstać, pył otoczył go ponownie, a „każdy krok, jaki stawiałem, gdzieś tam miażdżył jakąś mumię”.
Belzoni miał jednak jeden dar, który w takich sytuacjach okazywał się bezcenny — nie miał węchu. Jak sam pisał, nie czuł zapachu stuleci wypełniającego grobowce, choć „smak mumii był raczej nieprzyjemny do przełknięcia”.
Odkrywał nie tylko ludzkie szczątki. W 1818 roku w Dolinie Królów natrafił na skrytkę wypełnioną mumiami zwierząt. Opisywał je szczegółowo: „Były tam woły, krowy, owce, małpy, lisy, nietoperze, krokodyle, ryby i ptaki. W jednym z grobowców pełno było kotów, z głowami pokrytymi maskami przedstawiającymi kota, wykonanymi z lnu. Z wołu, cielęcia i owcy zachowano tylko głowę. Małpa zachowała cały kształt i siedzi. Lis jest jakby wyciśnięty przez bandaże. Ptaki są posklejane, bandaże tak ciasne, że straciły kształt, z wyjątkiem ibisa, który wygląda jak kurczak gotowy do ugotowania”.
Belzoni nie był naukowcem w dzisiejszym rozumieniu. Był poszukiwaczem, zbieraczem, człowiekiem, który dla zdobycia cennego artefaktu gotów był zniszczyć dziesięć innych. A jednak to właśnie jemu zawdzięczamy pierwsze systematyczne badania egipskich stanowisk. To on utorował drogę tym, którzy przyszli po nim. I to on, co ciekawe, zyskał szacunek późniejszych, już prawdziwie naukowych badaczy — Howard Carter, odkrywca grobowca Tutanchamona, wyrażał się o Belzonim z uznaniem, podkreślając, że na tle swoich czasów wyróżniał się starannością.
Człowiek, który uwierzył Homerowi
Jeśli Belzoni był gigantem fizycznym, to Heinrich Schliemann był gigantem obsesji. I podobnie jak w przypadku Włocha, jego życiorys mógłby posłużyć za kanwę niejednej powieści.
Schliemann urodził się w 1822 roku w Neubukow w Meklemburgii, jako syn luterańskiego pastora. Według legendy, którą sam starannie kreował, gdy miał siedem lat, ojciec podarował mu na Boże Narodzenie „Ilustrowaną historię świata”. Na jednym z rysunków Eneasz uchodził z płonącej Troi. Mały Heinrich miał wtedy powiedzieć: „To tak wyglądała Troja? I wszystko to jest zburzone, naprawdę całkiem zburzone? Nikt nie wie, gdzie leżała Troja? Nie wierzę w to — kiedy dorosnę, znajdę Troję i skarb króla!”.
Piękna historia. Problem w tym, że jak wiele innych opowieści z życia Schliemanna, jej prawdziwość budzi wątpliwości. Schliemann był mistrzem autokreacji, człowiekiem, który swoje życie opowiedział na nowo, tak by pasowało do roli, którą chciał odegrać w historii.
A życie to było niezwykłe. Po śmierci matki, gdy Heinrich miał dziewięć lat, rodzina popadła w biedę. Czternastoletni chłopiec musiał przerwać naukę i podjąć pracę. Był praktykantem sklepowym w Hamburgu, chłopcem okrętowym, a po katastrofie statku (który zatonął u wybrzeży Europy, on zaś cudem ocalał) trafił do Holandii. Tam, pracując w kantorze, odkrył w sobie niezwykły talent — zaczął uczyć się języków.
W ciągu dwóch lat opanował angielski, francuski, holenderski, hiszpański, portugalski i włoski. Jak sam twierdził, każdy z tych języków zajmował mu nie więcej niż sześć tygodni. Później dorzucił do tego rosyjski, polski, szwedzki, arabski, łacinę i grekę. Stał się poliglotą, jakich mało — gdyby napisał list do Platona, twierdził, że filozof zrozumiałby go bez trudu.
W 1846 roku wyjechał do Petersburga, gdzie założył własny dom handlowy. Interesy szły świetnie. Podczas wojny krymskiej i amerykańskiej wojny secesyjnej dorobił się ogromnego majątku. Miał przy tym niezwykłe szczęście — gdy pożar w Kłajpedzie zniszczył wszystkie towary w porcie, jedynie jego dobra ocalały.
W 1863 roku, mając czterdzieści jeden lat, postanowił wycofać się z handlu i zrealizować marzenie z dzieciństwa. „Niebiosa w cudowny sposób pobłogosławiły mym przedsięwzięciom handlowym, tak że przy końcu 1863 roku znalazłem się w posiadaniu majątku, o którym nawet w najambitniejszych snach nigdy nie śmiałem marzyć. Dlatego też wycofałem się z handlu, aby poświęcić się wyłącznie badaniom, które mnie najbardziej pociągają”.
Spór o wzgórze
Gdy w 1868 roku Schliemann przybył do Turcji, nie był pierwszym, który szukał Troi. Wskazywano różne lokalizacje, najczęściej wzgórze Bunarbaszi, pasujące do opisów Homera ze względu na pobliskie źródła. Ale był też ktoś, kto od lat podejrzewał, że prawdziwe miejsce kryje się gdzie indziej.
Frank Calvert, Brytyjczyk, którego rodzina kupiła posiadłość w okolicy, był pasjonatem archeologii i fascynatem Homer. To on zwrócił uwagę na wzgórze Hisarlik, które wydało mu się obiecujące. Gdy Schliemann pojawił się w okolicy, Calvert przekonywał go, by spróbował kopać właśnie tam. Schliemann, człowiek czynu, dał się przekonać.
W 1871 roku rozpoczęły się wykopaliska, które miały zmienić oblicze archeologii. Schliemann nie był delikatny. Jego metody przypominały raczej pracę koparki niż archeologa. Dr Zeman-Wiśniewska w rozmowie z Radiem WNET opowiada: „On wspaniale kreował swoją osobę na zewnątrz. Wyniki tych swoich badań od razu bardzo popularyzował, był korespondentem do gazet, publikował książki, artykuły i miał dar opowiadania i ożywiania wyobraźni swoich odbiorców. I dar przekonywania”.
Kopał szerokimi przekopami, przebijając się przez warstwy, nie zwracając uwagi na stratygrafię. Jego celem nie było zrozumienie dziejów osady, ale dotarcie do legendarnej Troi Priama. Gdy natrafił na warstwę ze śladami pożaru i bogatymi znaleziskami, ogłosił sukces.
Skandal ze skarbem
31 maja 1873 roku Schliemann dokonał odkrycia, które miało być koronnym dowodem słuszności jego teorii. W swoim dzienniku zapisał, że natknął się na skarb — złote diademy, kolczyki, naszyjniki, srebrne wazy, miedziane narzędzia. Według jego relacji, wydobył go potajemnie, ryzykownie, z pomocą żony Zofii, która ukryła znalezisko pod szalem.
Problem w tym, że jak wiele innych rzeczy w życiu Schliemanna, także ta historia budzi wątpliwości. Dr Zeman-Wiśniewska mówi wprost: „Tam jest bardzo dużo nieścisłości. Te jego dzienniki i relacje są z tego znane. Szczególnie w przypadku takich najważniejszych znalezisk, zwłaszcza tak zwanego skarbu Priama. Do dziś tak naprawdę nie wiemy, gdzie konkretnie został odnaleziony, w jakich okolicznościach, czy rzeczywiście w jednym miejscu, czy to były obiekty pozbierane z kilku lokalizacji. On był nawet oskarżany o to, że tak naprawdę kupił to na czarnym rynku i cała historia została sfabrykowana”.
A największy paradoks dopiero miał wyjść na jaw. Schliemann, kopiąc na oślep, przebił się przez kilka poziomów osadniczych. Dotarł do warstwy, którą dziś nazywamy Troją II i uznał, że to właśnie legendarna Troja Priama. Tymczasem Troja II pochodzi z około 2300 roku p.n.e., podczas gdy wojna trojańska, jeśli w ogóle miała miejsce, to rozegrała się około 1200 roku p.n.e.. Schliemann przekopał się przez to, co powinien znaleźć, zniszczył przy tym bezpowrotnie wyższe warstwy i ogłosił światu sukces oparty na pomyłce.
Późniejsze badania, prowadzone przez Wilhelma Dörpfelda, Carla Blegena i Manfreda Korfmanna, poprawiły i uściśliły odkrycia Schliemanna. Dziś wiemy, że Troja była znaczącym ośrodkiem handlu, miastem, które kontrolowało cieśniny i utrzymywało kontakty zarówno z Grekami, jak i z Hetytami. Ale to Schliemann — mimo wszystkich swoich błędów i przekłamań — otworzył drzwi do tego poznania.
Czy można go nazwać archeologiem? Trudno. Był poszukiwaczem skarbów, człowiekiem owładniętym obsesją, który dla udowodnienia swojej teorii gotów był zniszczyć dowody jej zaprzeczające. Ale był też kimś, kto udowodnił, że za Homerem stoi realna historia, że mity mają swoje korzenie w faktach, a łopata może rozstrzygać spory, które przez stulecia toczyli uczeni przy biurkach.
Człowiek renesansu w piaskach Mezopotamii
Trzeci z naszej galerii pionierów, Austen Henry Layard, był człowiekiem zupełnie innego pokroju. Urodzony w 1817 roku w Paryżu, wychowany w Anglii, łączył w sobie talenty dyplomaty, podróżnika, archeologa i rysownika. Jego życiorys to gotowa powieść przygodowa — tyle że prawdziwa.
W 1839 roku Layard wyruszył w podróż na Bliski Wschód. Miał dwadzieścia dwa lata, trochę pieniędzy i wielką ciekawość świata. Podróżował przez Syrię, Palestynę, Kurdystan. Jako pierwszy opisał jaskinię Lipską pećinę w Czarnogórze. Wędrował, rysował, notował. I stopniowo docierał do miejsc, które skrywały tajemnice największych imperiów starożytnego Wschodu.
W 1845 roku rozpoczął wykopaliska w Nimrud — starożytnym Kalchu, jednej ze stolic Asyrii. To, co odsłonił, przeszło najśmielsze oczekiwania. Olbrzymie posągi skrzydlatych byków z ludzkimi głowami, strzegące wejść do pałaców asyryjskich władców. Płaskorzeźby pokrywające ściany sal tronowych, przedstawiające sceny polowań i bitew. Tabliczki pokryte pismem klinowym, zapisujące dzieje dawno zapomnianych królów.
Layard nie był tak brutalny w metodach jak Belzoni, ani tak obsesyjny jak Schliemann. Był systematyczny, choć jego celem wciąż było pozyskanie okazałych zabytków. To, co wydobył z Nimrud i z Niniwy — kolejnego z asyryjskich miast, które odkrył — wysłał do Londynu. Dziś te skarby stanowią trzon kolekcji asyryjskiej British Museum.
Layard miał też talent, który odróżniał go od innych poszukiwaczy — potrafił rysować. Jego szkice z wykopalisk to nie tylko dokumentacja, ale i dzieła sztuki. Dzięki nim możemy dziś zobaczyć, jak wyglądały stanowiska w momencie odkrycia, zanim dalsze prace zmieniły ich oblicze.
Po latach spędzonych na Bliskim Wschodzie Layard wrócił do dyplomacji. Był posłem w Madrycie, a później w Konstantynopolu. Otrzymał tytuł szlachecki. Zmarł w 1894 roku w Londynie jako szanowany obywatel i ojciec chrzestny archeologii asyryjskiej.
Dziedzictwo barbarzyńców
Gdy dziś patrzymy na tych trzech ludzi — olbrzyma z cyrku, obłąkanego milionera i dyplomatę z ołówkiem w dłoni — łatwo popaść w pokusę taniego moralizowania. Łatwo powiedzieć: byli wandalami, niszczyli więcej, niż odkrywali, działali bez metod, bez dokumentacji, bez szacunku dla kontekstu znalezisk.
I w dużej mierze to prawda. Belzoni wysadzał dynamitem wejścia do piramid. Schliemann przekopywał się przez warstwy archeologiczne jak przez place budowy, niszcząc bezpowrotnie dowody, które mogłyby rozwikłać zagadkę Troi. Layard, choć staranniejszy, też przede wszystkim „pozyskiwał” zabytki, a nie badał stanowiska.
A jednak, jak trafnie ujęto w recenzji książki Briana Fagana, to właśnie ich „barbarzyńska archeologia” dała asumpt do powstania tej dyscypliny jako nauki. To ich nieporadne, często destrukcyjne działania sprawiły, że kolejne pokolenia musiały opracować metody wydobywania, konserwacji i dokumentacji znalezisk. To dzięki nim świat zachodni odkrył starożytne cywilizacje Egiptu, Mezopotamii i Grecji. To oni obudzili w ludziach fascynację przeszłością, która trwa do dziś.
Frank Kolb, krytykując współczesne instrumentalizacje mitu trojańskiego, przestrzega przed politycznym uwikłaniem archeologii. Ale historia tych pierwszych poszukiwaczy uczy czegoś innego — że nawet najbardziej egoistyczne, najbardziej prymitywne motywacje mogą doprowadzić do odkryć, które zmieniają nasze rozumienie świata. Belzoni szukał pieniędzy i sławy. Schliemann szukał spełnienia dziecięcego marzenia. Layard szukał przygód. A wszyscy trzej znaleźli coś znacznie więcej — klucze do drzwi, za którymi kryła się przeszłość.
I choć ich metody dziś każą nam zaciskać zęby z bezsilności, to właśnie od nich wszystko się zaczęło. To oni pierwsi uwierzyli, że ziemia skrywa historie warte opowiedzenia. Że pod naszymi stopami leżą całe światy, czekające, by je odkryć. Że przeszłość, nawet ta najbardziej odległa, może przemówić — jeśli tylko ktoś zechce jej słuchać.
Oni słuchali. I choć często nie rozumieli tego, co słyszą, to właśnie dzięki nim dziś my możemy słyszeć lepiej. Ich błędy stały się naszymi lekcjami. Ich destrukcja — naszą przestrogą. Ich odkrycia — naszym dziedzictwem.
W następnym rozdziale cofniemy się jeszcze dalej. Opuścimy krąg śródziemnomorski i udamy się do Afryki, do kolebki ludzkości. Zobaczymy, jak wyglądały początki naszego gatunku i jak archeologia odpowiada na najważniejsze pytanie: skąd pochodzimy? Zapraszam.
Rozdział 4: Wielkie teorie — skąd pochodzimy?
Czaszka w wapienniku
Pewnego sierpniowego dnia 1856 roku robotnicy w kamieniołomie wapienia w dolinie rzeki Düssel, niedaleko Düsseldorfu, natknęli się na coś, co miało wstrząsnąć światem nauki i na zawsze zmienić nasze postrzeganie własnego pochodzenia. Oczyszczając jaskinię Feldhofer z mułu, znaleźli kości — czaszkę, kości udowe, fragmenty miednicy. Dla robotników to był po prostu szkielet niedźwiedzia, więc odrzucili go na bok. Ale zarządca kamieniołomu, niejaki Beckershoff, miał przeczucie, że to może być coś więcej. Odłożył znalezisko i wezwał miejscowego nauczyciela, Johanna Carla Fuhlrotta.
Fuhlrott spojrzał na kości i natychmiast zrozumiał, że ma do czynienia z czymś niezwykłym. Czaszka była masywna, z niskim czołem i potężnymi łukami brwiowymi. Kości kończyn — grube, masywne, mocno wykształcone. To nie był niedźwiedź. To nie było żadne znane zwierzę. To był człowiek — ale człowiek zupełnie inny niż my.
Fuhlrott wezwał na pomoc Hermanna Schaaffhausena, profesora anatomii z Bonn. Ich wspólne ogłoszenie wstrząsnęło światem nauki. Kości należały do starszej formy człowieka, zupełnie nieznanej dotąd nauce. Pochodziły z doliny Neander — stąd nazwa: neandertalczyk.
Reakcja środowiska naukowego była, delikatnie mówiąc, sceptyczna. Rudolf Virchow, największy autorytet medyczny Niemiec, orzekł, że to po prostu szczątki rosyjskiego Kozaka z czasów wojen napoleońskich, który cierpiał na krzywicę i artretyzm. Inny badacz uznał, że to stary Holender. Nikomu nie mieściło się w głowie, że mogło istnieć jakieś inne, wcześniejsze stadium człowieka. Byliśmy przecież koroną stworzenia, istotami wyjątkowymi, oddzielonymi od reszty świata zwierzęcego nieprzekraczalną granicą. Prawda?
Darwin wstrząsa światem
Gdy w 1859 roku ukazało się „O powstawaniu gatunków” Karola Darwina, świat nauki stanął na głowie. Darwin nie pisał wprost o pochodzeniu człowieka — ograniczył się do enigmatycznej uwagi, że „światło padnie na pochodzenie człowieka i jego historię”. Ale implikacje były oczywiste. Jeśli wszystkie gatunki powstają w procesie doboru naturalnego, jeśli życie na Ziemi to nieustanna walka o byt, w której przeżywają najlepiej przystosowani — to dlaczego człowiek miałby być wyjątkiem?
Jak pisze Michael J. O’Brien w swoim artykule na łamach „American Antiquity”, Darwinizm zrewolucjonizował nie tylko biologię, ale i nauki o człowieku. Nagle pojawiła się rama teoretyczna, która pozwalała wyjaśniać zmiany nie tylko w świecie przyrody, ale także w ludzkich społeczeństwach i ich wytworach. Archeolodzy zaczęli zadawać sobie pytanie: czy narzędzia, osady, groby nie podlegają tym samym prawom ewolucji, co organizmy żywe?
Oczywiście, pierwsi ewolucjoniści w archeologii nie byli darwinistami w ścisłym tego słowa znaczeniu. Jak wyjaśnia Wikipedia, XIX-wieczni archeolodzy ewolucyjni pozostawali pod wpływem Herberta Spencera i jego koncepcji ewolucji liniowej, zmierzającej ku określonemu celowi. Spencer uważał, że społeczeństwa ludzkie przechodzą przez ustalone stadia — od „dzikości” przez „barbarzyństwo” do „cywilizacji”. To była wizja ewolucji jako postępu, jako nieuchronnego marszu ku coraz wyższym formom organizacji społecznej.
Dziś wiemy, że to zbytnie uproszczenie. Ewolucja nie ma celu. Nie zmierza donikąd. Jest po prostu procesem, w którym przypadkowa zmienność jest filtrowana przez presje środowiska. Ale w XIX wieku ta prosta, linearna wizja była niezwykle pociągająca. Tłumaczyła wszystko: dlaczego Europejczycy „stoją wyżej” od ludów Afryki czy Australii, dlaczego jedne narody podbijają inne, dlaczego cywilizacja jest lepsza od „dzikości”. Była to wygodna teoria dla epoki kolonializmu i imperializmu.
Odkrycia, które nie dawały spokoju
Tymczasem neandertalczyk z doliny Neander nie dawał spokoju naukowcom. W kolejnych latach znajdowano następne szczątki — w Belgii, we Francji, w Chorwacji. Każde nowe odkrycie potwierdzało, że mamy do czynienia z odrębną formą człowieka, a nie z patologicznym okazem. W 1908 roku w La Chapelle-aux-Saints we Francji odnaleziono niemal kompletny szkielet, który pozwolił na dokładniejszą rekonstrukcję. Neandertalczyk był niski, krępy, o potężnej budowie — świetnie przystosowany do życia w zimnym klimacie Europy epoki lodowcowej.
Ale największe emocje wzbudziło pytanie: kim on dla nas był? Czy to nasz bezpośredni przodek? A może ślepa gałąź ewolucji, która wymarła, ustępując miejsca nam — Homo sapiens?
Przez dziesięciolecia toczyły się zacięte spory. Francuski paleontolog Marcellin Boule, badając szkielet z La Chapelle-aux-Saints, zrekonstruował neandertalczyka jako istotę prymitywną, zgarbioną, o małpim chodzie, niezdolną do wyprostowanej postawy. Ta wizja na długo ukształtowała wyobrażenie o „jaskiniowcu” — tępym, ociężałym, ledwo odstającym od zwierząt. Dziś wiemy, że Boule się mylił. Neandertalczyk, którego badał, był starym człowiekiem cierpiącym na artretyzm — stąd jego zgarbiona postawa. Zdrowy neandertalczyk chodził wyprostowany, tak samo jak my.
I miał mózg — uwaga — średnio większy od naszego. Tak, to prawda: neandertalczycy dysponowali pojemnością czaszki przekraczającą średnią współczesnego człowieka. Co z tym mózgiem robili? Polowali na wielkie ssaki epoki lodowcowej, wytwarzali skomplikowane narzędzia, grzebali zmarłych. W jaskini Shanidar w Iraku znaleziono szkielet mężczyzny z uszkodzoną ręką, głuchotą i ranami głowy, które prawdopodobnie go oślepiły — a mimo to dożył sędziwego wieku. Ktoś musiał się nim opiekować.
W 1995 roku w słoweńskiej jaskini Divje Babe dokonano odkrycia, które do dziś budzi kontrowersje. Znaleziono kość udową młodego niedźwiedzia jaskiniowego z regularnie rozmieszczonymi otworami. Część badaczy uznała to za najstarszy instrument muzyczny świata — flet neandertalski sprzed 43 tysięcy lat. Inni twierdzą, że to dzieło przypadku, otwory powstałe od ugryzień hien. Dziś „flet z Divje Babe” jest wystawiany w Narodowym Muzeum Słowenii w Lublanie jako dowód na zdolności muzyczne neandertalczyków. Naukowcy są podzieleni — ale sam fakt, że w ogóle dyskutujemy o neandertalskiej sztuce, świadczy o tym, jak bardzo zmieniło się nasze postrzeganie tych ludzi.
Rewolucja genetyczna
Ostateczną odpowiedź na pytanie o relacje między nami a neandertalczykami przyniosła nie archeologia, ale genetyka. W 2010 roku zespół Svante Pääbo z Instytutu Maxa Plancka w Lipsku ogłosił wyniki sekwencjonowania genomu neandertalskiego. Porównanie z genomem współczesnych ludzi przyniosło sensację: wszyscy ludzie spoza Afryki mają w sobie od 1 do 4 procent DNA neandertalskiego.
To oznacza tylko jedno: dochodziło do krzyżowania. Nasi przodkowie, gdy wychodzili z Afryki i spotykali neandertalczyków w Eurazji, nie tylko walczyli z nimi czy unikali — także tworzyli pary. Neandertalczyk nie jest więc całkowicie odrębnym gatunkiem. Jest naszym kuzynem, który wtopił się w naszą pulę genową.
Pääbo za swoje odkrycia otrzymał w 2022 roku Nagrodę Nobla. Jego prace otworzyły nowy rozdział w badaniach nad ewolucją człowieka. Dziś wiemy, że neandertalczycy nie tyle wymarli, ile zostali zasymilowani. Ich geny wciąż w nas żyją — wpływają na naszą odporność, koloryt skóry, a nawet podatność na niektóre choroby.
Kultura jako dziedzictwo
Odkrycia genetyczne zbiegły się w czasie z rozwojem nowego nurtu w archeologii — archeologii ewolucyjnej. Jej zwolennicy, tacy jak Michael J. O’Brien i R. Lee Lyman z University of Missouri, argumentują, że kultura podlega tym samym prawom doboru, co geny. To, jakie narzędzia wytwarzamy, jakie domy budujemy, jakie wierzenia wyznajemy — wszystko to jest przekazywane z pokolenia na pokolenie, podlega mutacjom i selekcji. Niektóre idee się przyjmują i rozprzestrzeniają, inne zanikają. To ewolucja w czystej postaci.
O’Brien i Lyman odpowiadają na zarzuty, że to tylko metafora. Douglas Bamforth zarzucił im, że przenoszenie pojęć biologicznych na grunt archeologii jest nieuprawnione, bo artefakty nie są częścią organizmu, a ich produkcja nie jest kontrolowana przez geny. O’Brien ripostuje: to prawda, ale kultura sama w sobie jest systemem dziedziczenia, równie realnym jak geny. Zmiany w częstotliwości występowania cech archeologicznych można monitorować i wyjaśniać tak samo, jak zmiany w częstotliwości genów.
To otwiera fascynujące perspektywy. Możemy badać, jak w pradziejach rozprzestrzeniały się technologie — na przykład łuk i strzały w Ameryce Północnej. Możemy śledzić, które innowacje przyjmowały się łatwo, a które napotykały opór. Możemy analizować dryf kulturowy — przypadkowe zmiany w cechach artefaktów, niezwiązane z żadną presją selekcyjną.
Szkoła kulturowo-historyczna
Zanim jednak archeologia ewolucyjna stała się dominującym paradygmatem, przez większą część XX wieku rządziła w niej szkoła kulturowo-historyczna. Jej geneza sięga XIX-wiecznych Niemiec i jest ściśle związana z rozwojem nacjonalizmów europejskich.
W 1869 roku powstało Niemieckie Towarzystwo Antropologii, Etnologii i Prehistorii. Dominował w nim Rudolf Virchow — ten sam, który odrzucił neandertalczyka jako Kozaka z krzywicą. Virchow postulował połączenie archeologii z etnologią w jedną „antropologię prehistoryczną”, której celem miało być identyfikowanie pradziejowych kultur i łączenie ich z późniejszymi grupami etnicznymi znanymi ze źródeł pisanych.
Ale prawdziwym ojcem szkoły kulturowo-historycznej został Gustaf Kossinna. Ten bibliotekarz zafascynowany germańską przeszłością w 1895 roku wygłosił wykład, w którym próbował połączyć plemiona zamieszkujące między Renem a Wisłą około 100 roku p.n.e. z kulturami neolitycznymi tego regionu. W 1909 roku został profesorem Uniwersytetu Berlińskiego i założył Niemieckie Towarzystwo Prehistorii. W swoich książkach „Die Herkunft der Germanen” (1911) i „Ursprung und Verbreitung der Germanen” (1926—1927) rozwijał metodę siedlungsarchäologie — archeologii osadniczej, która miała pozwalać na śledzenie wędrówek ludów poprzez mapowanie zasięgów kultur materialnych.
Kossinna był zagorzałym nacjonalistą i rasistą. Uważał, że o zachowaniu człowieka decyduje przynależność etniczna, a Germanie są rasowo nadrzędni wobec Słowian. Dzielił Europę na trzy wielkie grupy kulturowe — Germanów, Celtów i Słowian — a każdą z nich na mniejsze plemiona, które miały mieć swoje odrębne tradycje widoczne w materiale archeologicznym.
Jego prace spotkały się z krytyką ze strony innych niemieckich archeologów, ale podstawowy sposób myślenia — że mapowanie zasięgów kultur materialnych pozwala identyfikować dawne grupy etniczne i śledzić ich wędrówki — zdominował archeologię na dziesięciolecia. Co gorsza, jego teorie zostały entuzjastycznie przyjęte przez nazistów, którzy wykorzystali je do uzasadnienia swojej polityki rasowej i ekspansji terytorialnej.
Childe i „ludy” w archeologii
Paradoksalnie, to właśnie Kossinna, przez swoje nazistowskie skojarzenia, sprawił, że jego metody zostały odrzucone w krajach anglosaskich. Ale nie całkowicie. Jego uczeń, Australijczyk Vere Gordon Childe, przeniósł ideę kultur archeologicznych do Wielkiej Brytanii, oczyszczając ją z rasizmu.
Childe był poliglotą, znał niemiecki i doskonale orientował się w pracach Kossinny. W 1927 roku objął katedrę archeologii na Uniwersytecie w Edynburgu. Dwa lata później opublikował przełomowe dzieło „The Danube in Prehistory”, w którym wprowadził do brytyjskiej archeologii pojęcie „kultury archeologicznej”. Jego definicja brzmiała:
„Znajdujemy pewne typy zabytków — naczynia, narzędzia, ozdoby, obrządki pogrzebowe, formy domów — stale powtarzające się razem. Taki zespół regularnie powiązanych cech nazywamy »grupą kulturową« lub po prostu »kulturą«. Zakładamy, że taki zespół jest materialnym wyrazem tego, co dziś nazwalibyśmy »ludem«”.
Childe, w przeciwieństwie do Kossinny, podchodził sceptycznie do prostego utożsamiania kultur archeologicznych z konkretnymi grupami etnicznymi. Był zwolennikiem dyfuzjonizmu — tłumaczył zmiany kulturowe raczej rozprzestrzenianiem się idei niż migracjami ludności. Ale sama kategoria „kultury” na stałe weszła do warsztatu archeologa.
Dziś wiemy, że to podejście ma swoje ograniczenia. To, co kiedyś uznawano za jednolitą kulturę — na przykład kulturę pucharów lejkowatych czy kulturę ceramiki wstęgowej — w świetle nowszych badań okazuje się konglomeratem różnych grup, które łączyły pewne wspólne cechy, ale różniło wiele innych. Materialne pozostałości nie układają się w proste, etniczne puzzle. Ludzie zmieniają swoje zwyczaje, przejmują obce wzorce, dostosowują się do środowiska. Kultura nie jest tożsama z genami.
Skąd przyszli Słowianie?
W tym miejscu musimy zadać pytanie, które od dziesięcioleci rozpala wyobraźnię nie tylko archeologów, ale i całych narodów Europy Środkowo-Wschodniej: skąd pochodzą Słowianie?
Problem jest stary jak sama słowiańska świadomość. Najstarsze źródła pisane — kroniki Franków, Bizantyjczyków, Arabów — notują pojawienie się Słowian na arenie dziejów dopiero w VI wieku naszej ery. Wtedy to fale słowiańskich osadników zalewają Bałkany, docierają nad Łabę, sięgają Peloponezu. Skąd przyszli? Gdzie leżała ich praojczyzna?
Przez dziesięciolecia toczył się spór między dwiema głównymi teoriami. Autochtoniści — zwłaszcza w Polsce — dowodzili, że Słowianie mieszkali nad Wisłą i Odrą od tysiącleci, że to oni byli twórcami kultur epoki brązu i żelaza na tych terenach. Allochtoniści — głównie w Niemczech — umiejscawiali praojczyznę Słowian gdzieś między Dnieprem a Wisłą, skąd mieli się rozprzestrzenić dopiero we wczesnym średniowieczu.
Jak w wielu podobnych sporach, prawda leży pośrodku. Najnowsze badania, prowadzone z wykorzystaniem zaawansowanych metod archeologicznych, lingwistycznych i genetycznych, rzucają nowe światło na tę zagadkę. Zespół pod kierownictwem Benjamina Štulara ze Słoweńskiej Akademii Nauk i Sztuk zastosował do analizy osadnictwa wczesnośredniowiecznego w Alpach Wschodnich metody sztucznej inteligencji. Wyniki opublikowane w 2022 roku w „PLOS ONE” są fascynujące.
Badacze wykorzystali tak zwane „Deep Data” — zaawansowaną analizę przestrzenną wspartą algorytmami AI. Udało im się wyodrębnić dwie fale migracji słowiańskiej do Alp Wschodnich. Pierwsza rozpoczęła się krótko po roku 500 i rozprzestrzeniała wzdłuż rzek Mury i Drawy. Druga, idąca w górę Sawy i przez Karawanki, nastąpiła dopiero w dekadach poprzedzających rok 700.
Na podstawie zbieżności danych archeologicznych, lingwistycznych i genetycznych, migranci ci zostali zidentyfikowani jako Alpejscy Słowianie — ludzie mówiący językiem słowiańskim i mający wspólne pochodzenie z innymi użytkownikami języków słowiańskich. Co ważne, gdy osiedlali się w środkowej i zachodniej Słowenii, zastawali tam ludność autochtoniczną. Dopiero późniejsze procesy akulturacji — asymilacji lub integracji — doprowadziły do powstania dzisiejszych Słoweńców.
To badanie pokazuje, jak daleko zaszliśmy od czasów Kossinny. Dziś nie wystarczy narysować na mapie zasięgu występowania jakiegoś typu ceramiki i ogłosić, że to granica plemienna. Wykorzystujemy zaawansowane modele statystyczne, analizy DNA, metody datowania bezwzględnego, by odtworzyć skomplikowaną sieć migracji, kontaktów i wpływów. I co najważniejsze — nie szukamy już „czystych” grup etnicznych, które miałyby być praprzodkami dzisiejszych narodów. Wiemy, że tożsamość jest płynna, że ludzie się mieszają, że granice między grupami są rozmyte.
Powrót do neandertalczyka
I tak koło się zamyka. Wracamy do neandertalczyka z doliny Neander. Dziś wiemy o nim znacznie więcej niż Fuhlrott czy Schaaffhausen. Wiemy, że miał gen FOXP2 związany z mową, więc prawdopodobnie mówił. Wiemy, że grzebał zmarłych, a w jaskini Shanidar znaleziono ślady pyłków kwiatów wokół jednego ze szkieletów — może składał kwiaty na grobach? Wiemy, że polował, wytwarzał narzędzia, opiekował się chorymi. I wiemy, że jego geny wciąż w nas żyją.
Czy neandertalczyk był naszym przodkiem? I tak, i nie. Był odrębną linią ewolucyjną, która rozdzieliła się od naszej gdzieś między 700 a 300 tysiącami lat temu. Ale gdy nasi przodkowie opuścili Afrykę i spotkali neandertalczyków w Eurazji, dochodziło między nimi do krzyżowania. Jesteśmy więc mieszanką — w przeważającej części potomkami afrykańskiego Homo sapiens, ale z domieszką genów naszych eurazjatyckich kuzynów.
Jak pisze Encyclopaedia Britannica, neandertalczycy byli pierwszymi ludźmi, którzy celowo używali narzędzi do rozniecania ognia. Ich przetrwanie przez dziesiątki tysięcy lat w surowych warunkach ostatniego zlodowacenia jest niezwykłym świadectwem ludzkiej zdolności adaptacji. Nie byli tępymi jaskiniowcami z filmów. Byli ludźmi — innymi, ale jakże bliskimi.
Teorie i rzeczywistość
Czego uczą nas te wszystkie teorie — ewolucjonizm, szkoła kulturowo-historyczna, archeologia ewolucyjna? Przede wszystkim tego, że nasze wyobrażenia o przeszłości są zawsze uwikłane w teraźniejszość. XIX-wieczni ewolucjoniści widzieli w pradziejach potwierdzenie swojej wiary w postęp i wyższość cywilizacji europejskiej. Kossinna i jego naśladowcy szukali w archeologii argumentów na rzecz narodowej dumy i terytorialnych roszczeń. Dzisiejsi badacze, uzbrojeni w DNA i sztuczną inteligencję, starają się być bardziej obiektywni — ale też nie są wolni od presji społecznych i politycznych.
Bruce Trigger, autor fundamentalnej „A History of Archaeological Thought”, zauważa, że archeologia kulturowo-historyczna była odpowiedzią na rosnącą świadomość geograficznego zróżnicowania w zapisie archeologicznym w czasach, gdy ewolucjonizm kulturowy był kwestionowany przez zwątpienie w dobrodziejstwa postępu technologicznego. Tym zmianom towarzyszył wzrost nacjonalizmu i rasizmu, który sprawił, że etniczność zaczęła być postrzegana jako najważniejszy czynnik kształtujący historię ludzkości.
Dziś, gdy w wielu krajach Europy znów odżywają nacjonalizmy, gdy toczą się spory o to, czyja jest ta ziemia i kto na niej mieszkał pierwszy, te przestrogi sprzed lat brzmią zaskakująco aktualnie. Archeologia wciąż bywa wykorzystywana do celów politycznych. Wciąż słyszymy argumenty o „prastarej” słowiańszczyźnie tych ziem lub o „germańskim” charakterze tamtych. Wciąż próbuje się przeciągać granice kultur archeologicznych na współczesne mapy polityczne.
Ale prawda jest znacznie bardziej skomplikowana i znacznie piękniejsza. Ludzie od zawsze wędrowali, mieszali się, wymieniali ideami i genami. Nie ma „czystych” ras ani „czystych” kultur. Wszyscy jesteśmy mieszanką — jak neandertalczyk w nas, jak Słowianie mieszający się z autochtonami Alp Wschodnich, jak niezliczone fale migracji, które przetaczały się przez Europę przez tysiąclecia.
Skąd pochodzimy? Z Afryki, sprzed około 300 tysięcy lat. Ale także z doliny Neander, z jaskiń Chorwacji, z stepów Ukrainy, z żyznych dolin Bliskiego Wschodu. Jesteśmy produktem nieustannych migracji, kontaktów, wymian. I to właśnie archeologia — wspierana dziś przez genetykę, lingwistykę, sztuczną inteligencję — pozwala nam tę skomplikowaną historię odczytywać.
Epilog: Człowiek z doliny
Gdy w 1856 roku robotnicy w kamieniołomie odkryli kości neandertalczyka, nie mieli pojęcia, jak bardzo zmienią nasze myślenie o sobie samych. Dziś, 170 lat później, wiemy już, że nie jesteśmy samotną wyspą w oceanie ewolucji. Mamy kuzynów, którzy odeszli, ale pozostawili ślad w naszych genach. Mamy przodków, których kości spoczywają w afrykańskiej ziemi. Mamy przed sobą długą historię, w której przeplatają się wątki biologiczne i kulturowe.
W następnym rozdziale opuścimy Europę i udamy się do Afryki — do kolebki ludzkości. Zobaczymy, jak wyglądały początki naszego gatunku, jakie tajemnice skrywają wąwozy Olduvai i jak archeologia odpowiada na najważniejsze pytanie: kim jesteśmy? Zapraszam w tę fascynującą podróż.
Archeologia Świata. Największe odkrycia i stanowiska
Rozdział 5: U zarania ludzkości — Afryka naszą kolebką
Kraina, która pamięta wszystko
Gdybyśmy mogli cofnąć się w czasie o jakieś sto lat i zapytać uczonych tamtej epoki, gdzie leżą początki ludzkości, usłyszelibyśmy zapewne bardzo różne odpowiedzi. Jedni wskazywaliby na Azję — wszak w 1891 roku Eugène Dubois odkrył na Jawie szczątki „człowieka jawajskiego”, które zdawały się potwierdzać, że to właśnie tam, w tropikalnej dżungli, narodził się nasz gatunek. Inni obstawali przy Europie — bo przecież neandertalczyk został znaleziony w Niemczech, a Cro-Magnon we Francji. Jeszcze inni, trzymając się biblijnej tradycji, wskazywali na Mezopotamię, gdzie według Starego Testamentu znajdował się Rajski Ogród.
Dziś wiemy, że wszyscy się mylili. Albo raczej — wszyscy mieli po kawałku prawdy, ale całość była zupełnie gdzie indziej. Kolebka ludzkości leży w Afryce. I nie jest to już kwestia poglądów czy teorii, ale twardych dowodów naukowych, wydobytych z ziemi przez pokolenia archeologów, paleoantropologów i geologów.
Dlaczego akurat Afryka? Odpowiedź jest zaskakująco prosta: to tutaj nasi najdawniejsi przodkowie znaleźli optymalne warunki do życia. Przez miliony lat ten kontynent oferował ciepły klimat, obfitość pożywienia i — co najważniejsze — otwarte przestrzenie sawanny przeplatane lasami, które wymusiły na naszych przodkach kluczową adaptację: wyprostowaną postawę. Gdy lasy zaczęły się przerzedzać, ci, którzy potrafili chodzić na dwóch nogach, zyskiwali przewagę — mogli wypatrywać drapieżników z daleka, przenosić pożywienie, a w końcu — uwolnić ręce do wytwarzania narzędzi.
Ale zanim do tego doszło, minęły miliony lat ewolucji. A kluczowe odkrycia, które pozwoliły nam tę historię opowiedzieć, padły w jednym z najbardziej niegościnnych miejsc na Ziemi.
Wąwóz, który zmienił wszystko
Gdy w 1911 roku niemiecki entomolog Wilhelm Kattwinkel, ścigając motyla, potknął się i wpadł do wąwozu w niemieckiej Afryce Wschodniej (dzisiejsza Tanzania), nie mógł przypuszczać, że jego upadek zapoczątkuje jedno z największych przedsięwzięć badawczych w dziejach archeologii. Wąwóz nazywał się Olduvai. Kattwinkel, otrzepawszy się z pyłu, rozejrzał i ze zdumieniem stwierdził, że ściany wąwozu usiane są skamieniałościami. Zebrał kilka, zabrał do Niemiec i pokazał specjalistom. Ci orzekli: to wymarłe zwierzęta, ale miejsce wygląda niezwykle obiecująco.
Minęło kilkanaście lat, zanim w 1931 roku do Olduvai dotarli Louis i Mary Leakey — para brytyjskich archeologów, która miała zapisać się złotymi zgłoskami w historii badań nad początkami człowieka. Leakeyowie byli ludźmi niezwykłymi. Louis, urodzony w Kenii jako syn misjonarzy, od dziecka marzył o odkryciu „brakującego ogniwa” między małpą a człowiekiem. Mary, z domu Nicol, była samoukiem — porzuciła szkołę w wieku siedemnastu lat, by rysować zabytki na stanowiskach archeologicznych, i wkrótce stała się jedną z najwybitniejszych paleoantropolożek swojego pokolenia.
Razem stworzyli tandem, który przez dziesięciolecia dominował w badaniach nad wczesnymi hominidami. Louis był wizjonerem, organizatorem, człowiekiem pchającym naprzód. Mary — skrupulatną badaczką, perfekcjonistką, która potrafiła spędzić godziny nad odsłanianiem najdrobniejszych kości. To ona wypracowała metodykę wykopalisk, która do dziś jest wzorem dla paleoantropologów.
W Olduvai Leakeyowie spędzili dziesięciolecia. Kopaliby przez dziesiątki lat, odkrywając kolejne warstwy osadów, które sięgały nawet 2 milionów lat wstecz. Znajdowali narzędzia kamienne — proste otoczaki obite w taki sposób, by uzyskać ostrą krawędź. Louis nazwał tę kulturę Oldowan — od nazwy wąwozu. Były to najstarsze narzędzia, jakie kiedykolwiek znaleziono. Dowodziły, że nasi przodkowie już 2,6 miliona lat temu potrafili celowo kształtować kamień, by ułatwić sobie życie.
Ale prawdziwa sensacja przyszła 17 lipca 1959 roku. Tego dnia Mary Leakey, pracując samotnie w wykopie, natrafiła na fragmenty czaszki. Zaczęła odsłaniać delikatnie pędzelkiem i oczom jej ukazały się kości grubsze i masywniejsze niż u jakiegokolwiek znanego wcześniej hominida. Louis przebywał w obozie, chory, z gorączką. Gdy Mary przybiegła z wiadomością, poderwał się i natychmiast ruszył na stanowisko.
To, co odsłonili, przeszło najśmielsze oczekiwania. Czaszka była potężna, z masywnymi zębami trzonowymi i charakterystycznym grzebieniem kostnym na szczycie — takim, jaki mają samce goryli, służącym do przyczepu potężnych mięśni żuchwy. Louis nazwał go Zinjanthropus boisei (później przeklasyfikowany na Paranthropus boisei), a radiowęglowe datowanie wykazało, że liczy sobie 1,75 miliona lat.
Był to pierwszy z długiej serii hominidów, jakich Leakeyowie mieli odkryć w Olduvai. Ale najważniejsze dopiero miało nadejść.
Człowiek zręczny
W 1960 roku, kontynuując prace w wąwozie, syn Louis i Mary — Jonathan Leakey — znalazł fragmenty czaszki i kości dłoni. Były to szczątki istoty o większym mózgu niż u Paranthropusa, a przy tym o dłoniach zdolnych do precyzyjnego chwytu. Towarzyszyły im narzędzia oldowajskie. Louis uznał, że to inny gatunek — bardziej od nas podobny, być może bezpośredni przodek człowieka. Nazwał go Homo habilis — „człowiek zręczny”.
To była rewolucja. Nagle okazało się, że u zarania dziejów naszego rodzaju nie był jeden gatunek, ale cała ich menażeria. Obok siebie żyły masywne, roślinożerne Paranthropusy i smuklejsze, wszystkożerne Homo habilis. Ten pierwszy wymarł, drugi — być może — dał początek nam.
W kolejnych latach Mary Leakey odsłoniła w Laetoli, na południe od Olduvai, ślady stóp odciśnięte w popiele wulkanicznym sprzed 3,6 miliona lat. Szły dwie, może trzy osoby, obok siebie, wyprostowane, stawiając kroki tak samo, jak my dziś. To był dowód nie do podważenia: bipedalizm, chodzenie na dwóch nogach, pojawiło się znacznie wcześniej, niż ktokolwiek przypuszczał.
Lucy w niebie z diamentami
Gdy Leakeyowie pracowali w Tanzanii, na północy, w Etiopii, działo się coś równie fascynującego. W 1968 roku francuski geolog Maurice Taieb przemierzał formację Hadar w regionie Afar. Spojrzał na odsłonięte skały i pomyślał: to musi kryć skarby.
Taieb zorganizował międzynarodową ekspedycję — International Afar Research Expedition — do której zaprosił trzech uznanych paleoantropologów: Donalda Johansona z Cleveland Museum of Natural History, Yves’a Coppensa z Collège de France oraz Mary Leakey. W 1973 roku rozpoczęli badania. Szło opornie. Znajdowali pojedyncze kości zwierząt, trochę fragmentów hominidów, ale nic spektakularnego.
Aż nadszedł poranek 24 listopada 1974 roku.
Donald Johanson siedział w obozie, uzupełniając notatki. W pewnym momencie zapisał: „Czuję się naprawdę szczęśliwy. Chyba dokonamy wielkiego odkrycia”. Miał rację, choć jeszcze o tym nie wiedział.
Jego student, Tom Gray, namówił go, by poszli na krótki rekonesans. Szli wzdłuż wąwozu nad rzeką Auasz, w rosnącym upale. Po dwóch godzinach, już zmęczeni, zawrócili w stronę samochodu. I wtedy Johanson spojrzał przez ramię.
„Na zboczu dostrzegłem małą, niepozorną kość ramienną” — wspominał po latach. „Od razu wiedziałem, że to hominid. Nie małpa, nie antylopa — hominid. Była bardzo mała. A gdy podniosłem wzrok, zobaczyłem, że całe zbocze usiane jest fragmentami szkieletu”.
Przez kolejne trzy tygodnie zbierali fragmenty. Okazało się, że to niemal połowa kompletnego szkieletu — 47 kości. Spory fragment miednicy pozwolił ustalić płeć: to była samica. Była niewysoka — mierzyła zaledwie 107 cm, ważyła około 28 kg. Miała długie ręce i krótkie nogi, co sugerowało, że wciąż spędzała sporo czasu na drzewach. Ale budowa miednicy i stawu kolanowego nie pozostawiała wątpliwości: chodziła wyprostowana.
W obozie zapanowała euforia. Wieczorem, świętując odkrycie, puszczali muzykę z magnetofonu. Akurat leciał utwór Beatlesów „Lucy in the Sky with Diamonds”. Ktoś rzucił: „Może nazwiemy ją Lucy?”. I tak zostało. Etiopczycy nadali jej też lokalne imię: Dinkinesh — „Jesteś cudowna”.
Datowanie wykazało, że Lucy żyła 3,2 miliona lat temu. Była przedstawicielką gatunku, który wkrótce nazwano Australopithecus afarensis — małpa południowa z Afaru. I od razu stała się gwiazdą światowej paleoantropologii.
Co czyniło Lucy tak wyjątkową? Przede wszystkim kompletność. Przed jej odkryciem naukowcy mieli do dyspozycji jedynie pojedyncze kości, fragmenty czaszek, pojedyncze zęby. Trudno było na tej podstawie cokolwiek pewnego powiedzieć o wyglądzie i zachowaniu naszych przodków. Lucy dała im całość. Mogli badać, jak się poruszała, co jadła, jak długo żyła.
Ale najważniejsze było co innego. Lucy udowodniła, że bipedalizm pojawił się na długo przed rozwojem dużego mózgu. Jej puszka mózgowa mieściła zaledwie 375—500 cm sześciennych — niewiele więcej niż u szympansa. A mimo to chodziła wyprostowana. To obaliło dotychczasowe teorie, które głosiły, że najpierw rozwinął się mózg, a dopiero potem — jako jego konsekwencja — postawa wyprostowana. Było dokładnie odwrotnie.
Dziecko pokoju
Odkrycie Lucy otworzyło drogę do dalszych poszukiwań. W kolejnych latach w Hadar znajdowano następne szczątki Australopithecus afarensis — dziś znamy ich ponad 400 osobników. Ale największa sensacja przyszła w 2000 roku i znów miała miejsce w Etiopii, zaledwie 10 kilometrów od stanowiska Lucy.
Zeresenay Alemseged, etiopski paleoantropolog pracujący w Instytucie Maksa Plancka w Lipsku, od lat marzył o własnych wykopaliskach. Wybrał rejon Dikika — trudno dostępny, położony na terenach, gdzie dochodziło do konfliktów między lokalnymi plemionami. Alemseged, jako rodowity Etiopczyk, potrafił jednak zdobyć zaufanie okolicznych mieszkańców. Zatrudnił ich jako przewodników i strażników.
W grudniu 2000 roku, pod koniec sezonu wykopaliskowego, jeden z członków zespołu dostrzegł wystającą z piasku maleńką twarz. Gdy zaczęto odsłaniać, okazało się, że to kompletna czaszka dziecka — a wraz z nią kości ramion, obojczyki, żebra, kręgosłup, a później także palce, rzepki, kości udowe i piszczelowe oraz niemal kompletna stopa.
To była Selam — po amharsku „Pokój”. Datowanie wykazało, że żyła 3,3 miliona lat temu, czyli 150 tysięcy lat przed Lucy. Miała około trzech lat, gdy zginęła — prawdopodobnie w czasie powodzi, która zasypała jej ciało piaskiem i doskonale je zakonserwowała.
Selam jest najkompletniejszym szkieletem dziecka naszych przodków, jaki kiedykolwiek znaleziono. I dostarczyła naukowcom informacji, jakich nie mogła dać Lucy. Po pierwsze — rozwój mózgu. Odlew wewnętrznej strony czaszki pokazał, że mózg Selam rozwijał się wolniej niż u małp, a szybciej niż u ludzi. To znaczy, że małe australopiteki potrzebowały długiej opieki rodzicielskiej — a długa opieka to więcej czasu na naukę i rozwój społeczny.
Po drugie — kość gnykowa, maleńka, podkowiasta kostka u nasady języka, która zachowała się u Selam jako jedynej. To pierwszy dowód na to, jak mogła wyglądać krtań u australopiteków. Niewiele mówi o tym, czy mogły mówić, ale pozwala snuć przypuszczenia.
Po trzecie — łopatki. Selam miała je zachowane w całości. Okazało się, że są znacznie bardziej podobne do gorylich niż ludzkich — co sugeruje, że małe australopiteki spędzały sporo czasu na drzewach. Łopatka umożliwiała unoszenie rąk nad głowę — niezbędne przy wspinaczce.
Selam dopełniła obraz nakreślony przez Lucy. Pokazała, że nasi przodkowie byli stworzeniami pogranicza — chodzili wyprostowani po sawannie, ale w razie zagrożenia wciąż uciekali na drzewa. Nosili dzieci, opiekowali się nimi, uczyli je życia. Byli bardziej ludzcy, niż śmieliśmy przypuszczać.
Kuzyni z sąsiedztwa
Przez długie lata sądzono, że w okresie 3—4 milionów lat temu w Afryce Wschodniej żył tylko jeden gatunek hominida — Australopithecus afarensis. Był naszym jedynym przodkiem, a cała linia ewolucyjna biegła prosto i niepodzielnie od niego do nas.
Dziś wiemy, że to był mit.
W 2015 roku zespół pod kierownictwem Yohannesa Haile-Selassiego z Cleveland Museum of Natural History ogłosił odkrycie nowego gatunku. Nazwano go Australopithecus deyiremeda — po amharsku „bliski krewny”. Szczątki — fragmenty szczęk i zęby — znaleziono w rejonie Woranso-Mille, zaledwie 35 kilometrów od miejsca, gdzie spoczywała Lucy. I pochodziły z tego samego okresu — 3,3—3,5 miliona lat temu.
To był szok. Nagle okazało się, że Lucy nie była sama. Obok niej żył ktoś inny — inny gatunek, inna linia ewolucyjna. I nie był to odosobniony przypadek.
W 2009 roku Haile-Selassi znalazł w tym samym rejonie stopę — kompletną, ale zupełnie inną niż u Lucy. Miała przeciwstawny paluch, taki, jakim szympansy chwytają gałęzie. Pasowałaby do Ardipitheka — wcześniejszego hominida sprzed 4,4 miliona lat, który żył głównie na drzewach. Ale datowanie wykazało, że liczy 3,4 miliona lat — tyle samo, co Lucy.
Przez lata naukowcy głowili się, do kogo należała ta stopa. Aż w 2025 roku, po piętnastu latach badań, zespół Haile-Selassiego ogłosił rozwiązanie zagadki. Nowo odkryte fragmenty miednicy, czaszki i szczęki z dwunastoma zębami, znalezione w pobliżu stopy, pozwoliły połączyć kropki. Stopa należała do Australopithecus deyiremeda.
Co więcej, analiza izotopów węgla w zębach wykazała, że deyiremeda jadł co innego niż Lucy. Ten pierwszy żywił się głównie owocami, liśćmi i roślinami leśnymi. Lucy i jej krewni mieli dietę bardziej zróżnicowaną — sięgali także po trawy i zwierzęta sawannowe.
Dwa gatunki, żyjące obok siebie, w odległości rzutu kamieniem, przez setki tysięcy lat. I jakoś potrafiły współistnieć, nie wchodząc sobie w drogę. Każdy zajmował inną niszę ekologiczną, jadł co innego, inaczej się poruszał. To była wizja ewolucji znacznie bogatsza, znacznie bardziej skomplikowana niż dotychczasowe proste drzewo genealogiczne z jednym pniem.
Jak ujął to Fred Spoor z University College London, komentując te odkrycia: „Jeśli to się potwierdzi, Australopithecus afarensis straci swój ikoniczny status jako przodek wszystkich późniejszych hominidów, prawdopodobnie także naszej własnej linii, rodzaju Homo”.
Paradoks drzewa genealogicznego
Stajemy więc przed fascynującym paradoksem. Przez lata uczyliśmy się, że ewolucja człowieka to prosty, linearny ciąg: od australopiteka przez Homo habilis i Homo erectus po Homo sapiens. Kolejne ogniwa, jeden za drugim, jak paciorki na sznurku.
Tymczasem prawda jest zupełnie inna. Drzewo genealogiczne człowieka bardziej przypomina krzak niż dąb. Mnóstwo gałęzi, z których większość sięga tylko krótko w górę, by potem uschnąć i odpaść. Tylko jedna, przypadkiem, przetrwała do dziś — i to my na niej siedzimy.
Kaye Reed, paleoekolog z Arizona State University, ujęła to dosadnie w rozmowie z dziennikarzami: „To nowe badanie pokazuje, że obraz, który wielu z nas ma w głowie — od małpy przez neandertalczyka do współczesnego człowieka — jest niepoprawny. Ewolucja tak nie działa. Tu mamy dwa gatunki hominidów żyjące obok siebie”.
Te słowa powinny nam towarzyszyć, ilekroć myślimy o początkach człowieka. Nie było jednej prostej drogi. Były poszukiwania, próby i błędy, ślepe zaułki i przypadkowe sukcesy. To, że dziś jesteśmy jedynym gatunkiem człowieka na Ziemi, jest wyjątkiem, nie regułą. Przez większość dziejów naszego rodzaju żyło obok siebie kilka, a czasem kilkanaście gatunków hominidów. To my jesteśmy tym, który przetrwał — niekoniecznie najlepszy, niekoniecznie najsilniejszy, po prostu ten, któremu się udało.
Najstarsze narzędzia świata
Skoro mowa o początkach — kiedy nasi przodkowie zaczęli wytwarzać narzędzia? Przez długie lata sądzono, że pierwszym był Homo habilis, około 2,6 miliona lat temu. Jego nazwa — „człowiek zręczny” — wzięła się właśnie stąd, że znajdowano przy nim otoczaki oldowajskie.
Ale i to się zmieniło. W 2010 roku na łamach „Nature” ukazał się sensacyjny artykuł zespołu pod kierunkiem Zeresenaya Alemsegeda. Niedaleko Dikika, tam gdzie znaleziono Selam, odkryto kości zwierząt ze śladami nacięć. Były to wyraźne cięcia — takie, jakie powstają przy oddzielaniu mięsa od kości kamiennym narzędziem. A kości te pochodziły sprzed 3,2—3,4 miliona lat.
To oznacza tylko jedno: już Lucy i jej krewni — a więc australopiteki — posługiwali się narzędziami. Nie wiemy, czy je wytwarzali, czy tylko używali ostrych kamieni znalezionych przypadkiem. Ale wiemy, że odzierali nimi mięso z kości, że jedli zwierzęta, że nie byli już czystymi roślinożercami.
Następne odkrycia potwierdziły ten obraz. W 2015 roku w Lomekwi w Kenii znaleziono narzędzia starsze — liczące 3,3 miliona lat. Nazwano je kulturą lomekwijską. Kto je wykonał? Nie wiadomo. Być może kenijski odpowiednik Lucy — Australopithecus afarensis lub ktoś jeszcze inny, kogo jeszcze nie znamy.
Kolebka wciąż płodna
Etiopia, Tanzania, Kenia — te trzy kraje dostarczyły nam lwiej części wiedzy o początkach człowieka. Szczególnie Etiopia może poszczycić się niezwykłym bogactwem. Od Ardipitheka sprzed 4,4 miliona lat, przez Lucy i Selam, po najstarsze znane szczątki Homo sapiens sprzed 300 tysięcy lat, znalezione w Omo Kibish — wszystko to wydobyto z etiopskiej ziemi.
I wciąż nie jest to koniec. W sierpniu 2025 roku ogłoszono, że w regionie Afar odkryto trzynaście zębów sprzed ponad 8 milionów lat — być może najstarsze ślady hominidów, jakie kiedykolwiek znaleziono. Naukowcy spekulują, że mogą one należeć do nieznanego gatunku, który rzuci nowe światło na samo oddzielenie linii ludzkiej od szympansiej.
Etiopczycy są z tego dziedzictwa dumni. W 2024 roku uroczyście obchodzono pięćdziesiątą rocznicę odkrycia Lucy, z udziałem Donalda Johansona i premiera Etiopii Abiya Ahmeda. W sierpniu 2025 roku szczątki Lucy i Selam poleciały do Pragi, na wystawę promującą etiopskie dziedzictwo w Europie Środkowej. Czechy przygotowywały się do tego wydarzenia miesiącami, a premier Petr Fiala zachęcał rodaków, by zabierali dzieci i pokazywali im „swoje początki”.
Dla Etiopii to nie tylko sprawa prestiżu. To także biznes — turystyka dziedzictwa, jak ją nazywają, przyciąga rokrocznie tysiące gości chcących zobaczyć na własne oczy miejsce, gdzie narodziła się ludzkość. I choć samo Hadar to wciąż niegościnne pustkowie, gdzie temperatury sięgają 46 stopni Celsjusza, a najbliższa utwardzona droga jest oddalona o setki kilometrów, to dla wielu osób możliwość stanięcia w miejscu, gdzie żyła Lucy, jest przeżyciem wręcz mistycznym.
Powrót do źródeł
Gdy Donald Johanson w 1974 roku zapisywał w swoim dzienniku „czuję się naprawdę szczęśliwy”, nie mógł przewidzieć, że jego odkrycie na zawsze zmieni nasze myślenie o sobie samych. Dziś, pół wieku później, Lucy stała się ikoną — symbolem nie tylko nauki, ale i wspólnego dziedzictwa całej ludzkości.
W Narodowym Muzeum Etiopii w Addis Abebie, gdzie spoczywa oryginał jej szkieletu (a właściwie kopia — oryginał przechowuje się w sejfie, by nie uległ zniszczeniu), codziennie ustawiają się kolejki. Przyjeżdżają Etiopczycy, przyjeżdżają turyści z całego świata. Patrzą na te drobne kosteczki i zadają sobie to samo pytanie, które od wieków zadają ludzie: skąd pochodzimy?
Lucy nie daje pełnej odpowiedzi. Ale daje jej część — tę najważniejszą, namacalną. Pokazuje, że 3,2 miliona lat temu, w afrykańskiej sawannie, żyła niewysoka istota, która chodziła na dwóch nogach, wspinała się na drzewa, opiekowała swoimi dziećmi i — być może — marzyła o gwiazdach. Była inna od nas, ale jednak podobna. Była naszą matką, naszą pramatką, naszym początkiem.
Jak powiedział Johanson w wywiadzie dla „Nature” z okazji czterdziestolecia odkrycia: „Największą fantazją, jaką mam, jest myśl: czy nie byłoby fantastycznie, gdyby odwiedzili naszą planetę jacyś przybysze 3,2 miliona lat temu i nakręcili film o tym, jak te stworzenia wyglądały?”.
My, archeolodzy, nie mamy takiego filmu. Mamy za to kości. I umiemy je czytać. A one opowiadają historię piękniejszą niż niejeden film — historię nas wszystkich.
W następnym rozdziale ruszymy dalej. Opuścimy Afrykę i udamy się do Europy, by zobaczyć, jak pierwsi ludzie opanowywali ten zimny, surowy kontynent. Zajrzymy do jaskiń z malowidłami, poznamy łowców mamutów i spróbujemy zrozumieć, co skłoniło naszych przodków do tworzenia sztuki. Zapraszam w tę podróż.
Rozdział 6: Pierwsi Europejczycy — sztuka epoki lodowej
Cztery chłopców, pies i otchłań czasu
12 września 1940 roku w okolicach Montignac we francuskiej Dordonii wydarzyło się coś, co na zawsze zmieniło nasze rozumienie człowieka prehistorycznego. Osiemnastoletni Marcel Ravidat spacerował ze swoim psem Robotem po wzgórzach nad rzeką Vézère. Nagle pies zniknął. Marcel usłyszał szczekanie dobiegające skądś spod ziemi. Podbiegł i odkrył, że w miejscu, gdzie wyrwane drzewo pozostawiło głęboki krater, znajduje się otwór prowadzący w głąb ziemi.
Następnego dnia Marcel wrócił z trzema przyjaciółmi: Jacques’em Marsalem, Georges’em Agnelem i Simonem Coencasem. Powiększyli otwór i zaczęli schodzić w dół. Znaleźli się w przestronnej grocie. Gdy oczy przywykły do ciemności, a latarki oświetliły ściany, chłopcy zamarli. Spoglądały na nich malowane konie, byki, jelenie — stadami, w ruchu, jak żywe. Stali przed obliczem sztuki sprzed siedemnastu tysięcy lat.
Wieść o odkryciu błyskawicznie rozeszła się po okolicy. Do Lascaux przybył opat Henri Breuil, nazywany „papieżem prehistorii”, jeden z najwybitniejszych znawców sztuki jaskiniowej. To jemu przypisuje się ogłoszenie, że Lascaux to „Kaplica Sykstyńska prehistorii”. Termin przyjął się i funkcjonuje do dziś, choć z czasem musiał dzielić to miano z innymi sanktuariami — Altamirą i Chauvet.
Lascaux stało się sensacją. Już w 1948 roku jaskinię udostępniono zwiedzającym. Przez kolejne piętnaście lat przewinęło się przez nią ponad milion turystów. Ich oddech, pot i wydychany dwutlenek węgla zaczęły niszczyć malowidla. Na ścianach pojawiła się zielona pleśń, biały nalot kalcytu, czarne grzyby. W 1963 roku André Malraux, ówczesny minister kultury Francji, podjął dramatyczną decyzję: Lascaux zamknięto dla publiczności na zawsze.
Dziś do jaskini wstęp mają tylko naukowcy. Turyści mogą oglądać jej wierne kopie — Lascaux II, a od niedawna Lascaux IV, gdzie przy użyciu najnowocześniejszych technologii odtworzono 900 metrów kwadratowych malowideł z niezwykłą precyzją. To miejsce, do którego przybywają tysiące ludzi dziennie, by stanąć twarzą w twarz z tajemnicą, która nie daje spokoju archeologom od ponad osiemdziesięciu lat: co skłoniło naszych przodków, by schodzić w ciemność i malować?
Sen nocy letniej w jaskini
Dwadzieścia lat przed Lascaux, bo w 1879 roku, hiszpański arystokrata Marcelino Sanz de Sautuola przeżył podobne olśnienie. Był amatorem, pasjonatem archeologii, który od lat badał jaskinie w okolicy swojej posiadłości w Kantabrii. Pewnego dnia zabrał ze sobą ośmioletnią córkę Marię.
Dziewczynka, znudzona grzebaniem ojca w ziemi, zapuściła się w głąb jaskini Altamira. Nagle krzyknęła: „Papa, mira! Toros pintados!” — „Tato, patrz! Malowane byki!”. Światło jej świeczki wydobyło z mroku stado żubrów, galopujących koni, dzików i jeleni, pokrywających sklepienie jaskini barwną, pełną życia wstęgą.