1. ZNAM SWOJĄ FIRMĘ
Halina pracowała w księgowości od piętnastu lat, wystarczająco długo, by zrozumieć, że faktura przekładana z biurka na biurko w końcu potrafi zaginąć, a przed każdą firmową niespodzianką warto sprawdzić, kto za nią zapłaci. Dlatego wiadomość o zakładowym konkursie przyjęła z ostrożnością właściwą człowiekowi, który już niejeden firmowy prezent rozliczał w kosztach.
Ogłoszenie wisiało na tablicy przy ekspresie do kawy, między harmonogramem urlopów a informacją o obowiązkowym szkoleniu przeciwpożarowym, przekładanym już trzeci raz. Na kolorowej kartce konkursowej umieszczono palmę, błękitne morze i uśmiechniętą kobietę w słomkowym kapeluszu. Pod fotografią widniał napis: „ZNAM SWOJĄ FIRMĘ! WIELKI KONKURS WIEDZY DLA PRACOWNIKÓW! NAGRODA GŁÓWNA: SIEDEM DNI W EGIPCIE! ALL INCLUSIVE!”.
Halina przeczytała ogłoszenie i podstawiła kubek pod automat, choć wzrok nadal wracał jej do zdjęcia morza.
— Siedem dni w Egipcie — odezwała się Anka, która stanęła za jej plecami. — Wyobrażasz sobie?
— Wyobrażam. Czterdzieści stopni, piach w majtkach i siedem dni biegunki.
— Ty zawsze musisz człowiekowi obrzydzić życie?
— Jestem księgową. Od piętnastu lat sprawdzam, gdzie ktoś zrobił błąd.
Anka nachyliła się nad tablicą. Na zdjęciu hotel wyglądał tak, jakby każdego ranka wyrastała obok niego nowa palma, specjalnie dla turystów.
— Zobacz, hotel pięciogwiazdkowy. Baseny, plaża, jedzenie bez ograniczeń. I drinki. Wszystko w cenie, bo to nagroda.
— Wiem. Tylko ktoś za nią płaci. Sprawdzę jutro, czy nie zabrali nam premii.
Anka zignorowała uwagę i zabrała się do regulaminu, który przewidywał udział dwuosobowych zespołów. Uczestnicy rozwiązywali krzyżówkę dotyczącą historii przedsiębiorstwa, jego działalności i pracowników, a odpowiedzi należało dostarczyć do działu kadr przed piątkiem. Zwycięski zespół otrzymywał dwa miejsca na tygodniowej wycieczce do Egiptu.
— Halina, przecież my to wygramy. Jesteśmy z księgowości, wiemy o tej firmie wszystko.
— Nie wszystko. Nadal nie wiem, po co dyrektorowi trzeci samochód służbowy.
— A widzisz! Wiesz, że ma trzy. Ja myślałam, że dwa.
Halina jeszcze raz spojrzała na fotografię. Siedem dni bez gotowania obiadów, prania i prasowania koszul Janusza. Bez jego wieczornych komentarzy do wiadomości telewizyjnych, bez rachunków rozłożonych na stole i bez telefonu z pracy, który dzwonił zawsze wtedy, kiedy siadała do jedzenia. Przez chwilę wyobraziła sobie leżak, zimny drink i mężczyzn, których jedynym zajęciem byłoby dbanie o jej dobre samopoczucie.
— Dobra. Weź tę krzyżówkę.
— Wiedziałam!
— Ale żadnych głupich pomysłów.
— Ja? Jakich?
— Anka, znam cię.
— To tym bardziej powinnaś wiedzieć, że sama na wakacje nie pojadę.
Krzyżówka liczyła czterdzieści dwa pytania i została opracowana przez dział kadr przy współpracy z zarządem. Po pierwszych dziesięciu minutach Halina doszła do wniosku, że zarząd zna przedsiębiorstwo głównie z folderu reklamowego.
Pytanie numer siedem brzmiało: „Ile oddziałów posiada nasza firma?”.
— Trzy — stwierdziła Anka. — Tyle jest na stronie internetowej.
— Dwa. Trzeci oddział zlikwidowali cztery lata temu, ale informatyk zapomniał usunąć go ze strony.
Nad kratkami Anka zmarszczyła brwi: poprawna liczba oddziałów wymagała trzech pól, podczas gdy autor krzyżówki zostawił miejsce na dłuższą odpowiedź.
— Wpisujemy trzy. Konkurs przygotowały kadry, a one korzystają ze strony internetowej.
Przy pytaniu numer dwanaście, dotyczącym samochodów służbowych, Halina od razu znała odpowiedź. Regularnie rozliczała paliwo, przeglądy i naprawy, lecz liczba aut za nic nie chciała zmieścić się w kratkach.
— Brakuje dwóch pól — zauważyła Anka.
— Bo pytają o dziewięć samochodów firmowych, a nie o jedenaście, za które firma płaci. O dwóch lepiej nie rozmawiajmy przy ekspresie.
Przy pytaniu numer dwadzieścia trzy po raz pierwszy się pokłóciły. Trzeba było podać rok rozpoczęcia działalności przedsiębiorstwa: Anka upierała się przy dacie z wielkiej tablicy w holu, a Halina pamiętała inną z dokumentów rejestrowych.
— Przecież prezes osobiście odsłaniał tę tablicę!
— Wiem. Byłam przy tym.
— To dlaczego twierdzisz, że jest błędna?
— Bo najwidoczniej nikt go nie uprzedził.
Resztę rozwiązały podczas przerwy obiadowej. Anka zajmowała się hasłami dotyczącymi pracowników i zakładowych uroczystości, Halina odpowiadała na pytania finansowe. Przy ostatnim haśle utknęły na dobre: należało wpisać nazwę programu motywacyjnego, który firma wprowadziła w ubiegłym roku.
— Pamiętasz jakiś program motywacyjny? — Anka obracała długopis między palcami.
— Pamiętam, że nie dostałyśmy podwyżki.
— Może o to chodziło.
— Nie zmieści się.
Odpowiedź znalazły w starym firmowym biuletynie. Program nazywał się „Razem ku przyszłości”, a jego głównym osiągnięciem było zorganizowanie dwóch zebrań, wydrukowanie plakatów i zakup długopisów z logo przedsiębiorstwa. Większość długopisów przestała pisać jeszcze przed kolejnym firmowym zebraniem.
W piątek Halina zaniosła rozwiązanie do kadr. Kierowniczka działu, pani Grażyna, obejrzała kartkę i z wyraźnym zadowoleniem poinformowała ją, że konkurs cieszy się ogromnym zainteresowaniem.
— Ile zespołów bierze udział? — zainteresowała się Halina.
— Sześć. Na sto osiemdziesięciu czterech pracowników.
— To rzeczywiście ogromne zainteresowanie.
Grażyna poprawiła stos formularzy na biurku i przeszła do kolejnego interesanta.
Wyniki ogłoszono w poniedziałek podczas krótkiego spotkania pracowników w sali konferencyjnej. Dyrektor mówił o integracji załogi, wspólnym budowaniu sukcesu i znaczeniu wiedzy o przedsiębiorstwie, aż krótkie spotkanie przeciągnęło się do dwudziestu minut. W dusznej sali pracownik magazynu co jakiś czas zerkał w stronę drzwi, za którymi czekał rozładunek samochodu.
Halina siedziała obok Anki, dyskretnie sprawdzając godzinę.
— Jak on jeszcze trochę pogada, to samolot odleci bez nas — szepnęła Anka.
— Najpierw musimy wygrać.
— Wygramy.
— Skąd ta pewność?
— Ci z magazynu oddali pustą kartkę, bo nie będą się wygłupiać, a marketing wpisał nazwisko prezesa z błędem.
— Skąd wiesz?
— Grażyna mówiła.
— Przecież wyniki miały być tajne.
— Halina, ty naprawdę pracujesz w tej firmie piętnaście lat i jeszcze wierzysz w tajemnice?
Kiedy dyrektor wreszcie oddał mikrofon pani Grażynie, przyszła pora na ogłoszenie wyników, a zanim podano nazwiska zwycięzców, wręczono upominki zespołom z trzeciego i drugiego miejsca. Były to kubki z firmowym logo, identyczne jak te, które pracownicy dostali na Boże Narodzenie dwa lata wcześniej.
Grażyna rozchyliła kopertę, przez moment mocując się z zaklejoną krawędzią, i znalazła kartkę z nazwiskami.
— Z przyjemnością informuję, że zwycięzcami naszego konkursu zostały panie Halina i Anna z działu księgowości!
Anka zerwała się z krzesła tak gwałtownie, że przewróciła torebkę. Na podłogę wysypały się telefon, portfel, dwa długopisy, chusteczki i małe opakowanie tabletek na zgagę.
— Wygrałyśmy! Halina, jedziemy!
Halina nadal siedziała, jakby oczekiwała sprostowania wyników. Dopiero kiedy dyrektor zaprosił obie panie na środek sali, ruszyła za koleżanką. Otrzymały wielki kartonowy bon z fotografią hotelu, dwoma palmami i napisem „EGIPT — TWOJE MARZENIA SĄ BLIŻEJ, NIŻ MYŚLISZ”.
Gratulując im znajomości przedsiębiorstwa, dyrektor uściskał Ankę, Halinie uroczyście podał rękę i zapewnił obie, że firma docenia najlepszych pracowników. Halina podziękowała, zostawiając na inną okazję pytanie o dwa samochody służbowe.
Po powrocie do pokoju Anka zamknęła drzwi i opadła na krzesło.
— Halina, my naprawdę jedziemy do Egiptu!
— Wiem. Sama przed chwilą odbierałam ten wielki karton.
— Siedem dni! Siedem cholernych dni! Morze, plaża, drinki, przystojni faceci…
— Poczekaj. Na razie mamy karton.
— Ty nawet wygraną w totolotka sprawdziłabyś pod kątem podatku.
— Bo od wygranych płaci się podatek.
Anka machnęła ręką i sięgnęła po telefon. Wpisała nazwę hotelu, odnalazła stronę biura podróży i zaczęła przeglądać zdjęcia. Na pierwszym był ogromny basen z palmami, na drugim restauracja z widokiem na morze, na trzecim kilku opalonych mężczyzn w białych koszulach obsługiwało bar przy plaży.
Anka powiększyła fotografię, żeby dokładniej obejrzeć jednego z kelnerów.
Na ekranie zbliżenie objęło mężczyznę po prawej stronie, z koszulą rozpiętą znacznie bardziej niż u pozostałych.
— Halina, ja bym za takiego oddała wszystkie nadgodziny z ostatnich pięciu lat.
— To akurat niewiele by cię kosztowało.
— Pomyśl, że tam takich może być kilkudziesięciu.
— A jeśli trafi się szejk? — Anka powiększyła następne zdjęcie. — Taki prawdziwy, z własnym hotelem i pieniędzmi, których nawet twoja księgowość by nie policzyła.
— Byle handlował ropą i miał kilka tankowców — rozmarzyła się Halina. — Poleżałabym przez tydzień w jego hotelu, a potem zastanowiła się, czy naprawdę muszę wracać do faktur za trzeci samochód Faraona.
— Ja chcę młodego, przystojnego i obwieszonego złotem. Niech mi kupi tyle biżuterii, żebym musiała dokupić walizkę.
— Ty najpierw sprawdź, czy sam ma na bilet powrotny.
— Śmiej się. Jedziemy przecież zobaczyć, czy jeszcze potrafimy zawrócić facetom w głowie. Mój mąż patrzy na mnie z takim zainteresowaniem tylko wtedy, kiedy zasłaniam telewizor.
— Dobra, zobaczymy, co tam mają na rynku — przyznała Halina. — Tylko Januszowi tego nie powtarzaj.
Halina wróciła do biurka. Jeszcze rano siedziała przy zwyczajnym zestawieniu płatności, a teraz miała przed oczami morze, ciepły piasek i tydzień bez codziennego pośpiechu.
— Tylko pamiętaj, że obie mamy mężów.
— Pamiętam. Mój rano poprosił, żebym kupiła mu skarpetki, bo wszystkie ma dziurawe. Kupię mu, niech ma coś ode mnie, jak wyjadę.
Śmiech Haliny ucichł na myśl o Januszu.
— Może mieć z tym problem.
Anka odłożyła telefon. Doskonale pamiętała historię Czarnego Kota, zaginionych wiadomości i podejrzeń, przez które małżeństwo koleżanki omal się nie rozpadło.
— Przecież wygrałaś wycieczkę. Nie będziesz rezygnować, bo Januszowi coś się nie spodoba.
— On od razu zapyta, po co jadę bez niego.
— To powiedz prawdę.
— Jaką?
— Że chcesz odpocząć.
— A jak zapyta, od czego?
— Od niego. — Anka wytrzymała spojrzenie Haliny, choć po chwili obie zaczęły się śmiać. — Jestem twoją przyjaciółką, nie będę ci przecież źle życzyć.
Na ekranie przesunęły się kolejne fotografie hotelu, aż Anka zatrzymała zdjęcie wieczornego baru, w którym turyści tańczyli przy basenie. Wśród nich było kilku młodych, dobrze zbudowanych mężczyzn.
— Słuchaj, Halina, a gdybyśmy tak… — Anka zawiesiła głos i spojrzała znacząco na zdjęcie baru.
— Znam cię. Żadnych głupot.
— Jedziemy na tydzień, nikt nas tam nie zna, mamy piękny hotel i plażę. Możemy robić, co chcemy. A kto będzie ustalał granice, Janusz przez telefon?
Halina chciała odpowiedzieć, lecz Anka nie pozwoliła jej dojść do słowa.
— Kobieto, mamy po czterdzieści lat. Jeszcze trochę i jedynymi mężczyznami, którzy będą się nami interesować, zostaną lekarze. I to wyłącznie wtedy, kiedy przyjdziemy z wynikami badań.
— Nie przesadzaj.
— To kiedy ostatnio jakiś obcy facet powiedział ci, że jesteś piękna?
Na wspomnienie Czarnego Kota wróciły do Haliny jego wiadomości, komplementy i wszystkie niedorzeczne wydarzenia, które później nastąpiły. Wolała zostawić tę historię w Polsce.
— Niedawno.
— No widzisz! I świat się nie zawalił.
— Mało brakowało.
Anka bez większego przejęcia podsunęła kolejne zdjęcie.
— Dobra, popatrz jeszcze na tego. Takiego to bym nawet do pokoju zaprosiła.
Na fotografii mężczyzna miał ciemne włosy, szeroki uśmiech i rozpiętą pod szyją koszulę. Halina przyznała w duchu, że wygląda naprawdę atrakcyjnie.
— Anka, to jest zdjęcie reklamowe.
— I co z tego?
— Może nawet nie pracuje w tym hotelu.
— Najwyżej poszukamy innego.
Myśl o siedmiu dniach bez codziennej rutyny stawała się coraz bardziej kusząca. Wakacyjne plany Anki wydawały się w połowie niedorzeczne, lecz Halina ostatni raz robiła coś wyłącznie dla przyjemności tak dawno, że nie potrafiła przypomnieć sobie kiedy.
— Dobra, pojedziemy. Ale bez żadnych głupot i żadnych romansów.
Anka zapewniła ją z niewinną miną, że przecież jadą tylko odpocząć.
Halina znała to „tylko”. Sama używała go kiedyś tak często, że Janusz zaczął traktować je jak sygnał ostrzegawczy.
Otworzyła firmową pocztę i znalazła wiadomość od działu kadr. W załączniku czekały dokumenty wycieczki, dane hotelu i dokładna data wylotu: piątek, godzina piąta czterdzieści rano. Za cztery dni.
Dopiero teraz uświadomiła sobie, że Janusz niczego jeszcze nie wie.
— Cholera, muszę powiedzieć mężowi.
— No to powiedz. Co w tym trudnego?
Anka odstawiła pusty kubek na biurko koleżanki i przyjrzała jej się z zainteresowaniem.
— Słuchaj, a twój Janusz lubi upały?
— Nie znosi.
— A tłumy ludzi?
— Jeszcze bardziej.
— No widzisz. Już masz dwa argumenty.
Halina zamilkła, wyraźnie zainteresowana takim sposobem prowadzenia rozmowy. Wieczorem Janusz miał się dowiedzieć, że jego żona wygrała wakacje w Egipcie, ale Halina zamierzała wcześniej upewnić się, czy na pewno lubi ciepłą wódkę.
2. CIEPŁA WÓDKA
Janusz siedział przy kuchennym stole i próbował naprawić pilot od telewizora. Wymienił baterie, przeczyścił styki, a potem rozłożył obudowę na części, chociaż urządzenie od początku działało, jeśli nacisnęło się przycisk odpowiednio mocno. Od pewnego czasu miał zwyczaj naprawiać rzeczy, które jeszcze nie całkiem się zepsuły. Halina uważała, że w ten sposób przygotowuje się na emeryturę.
Halina weszła do kuchni z reklamówką zakupów i kartonowym bonem, który przez całą drogę wystawał jej z torby. Ustawiła mleko w lodówce, położyła chleb na blacie i zapytała, czy Janusz nie ma ochoty na herbatę. Zwykle stawiała przed nim kubek bez pytania, toteż spojrzał na nią z podejrzliwością.
— Co się stało?
— Nic. Człowiek już nie może zrobić mężowi herbaty?
— Może. Tylko przeważnie robi, a dzisiaj pytasz.
— Dobrze, nie zrobię. — Włożyła czajnik pod kran, po czym jednak go napełniła. — Powiedz mi, kochanie, lubisz duże skupiska ludzi?
Nad rozebranym pilotem zostały Januszowi trzy śrubki, a w dłoni trzymał czwartą, dla której nie potrafił znaleźć miejsca.
— Nie bardzo. A dlaczego pytasz?
— Tak sobie. A gdyby to był tłum w czterdziestostopniowym upale? Wszyscy ściśnięci, spoceni, przepychają się, każdy chce być pierwszy do baru.
— Brzmi jak festyn zakładowy. Tylko cieplej.
Wyjmując dwa kubki, Halina uśmiechała się do kredensu, dzięki czemu Janusz widział tylko jej plecy.
— A spocone kobiety? Takie całe lepkie od gorąca, z włosami przyklejonymi do twarzy?
— Halina, nie wiem, do czego zmierzasz, ale coraz mniej mi się to podoba.
— Odpowiedz zwyczajnie. Lubisz?
— Niekoniecznie.
— A ciepłą wódkę?
Dopiero pytanie o wódkę oderwało Janusza od pilota.
— Ciepłą wódkę? Kto normalny lubi ciepłą wódkę?
— No widzisz, kochanie. W takim razie na wakacje pojadę sama.
Halina włączyła czajnik, posmarowała kromkę chleba masłem i poczekała na reakcję. Janusz siedział nad rozebranym pilotem, ze śrubokrętem w jednej dłoni i obudową w drugiej, próbując zrozumieć, co właśnie usłyszał.
— Jakie wakacje?
— Egipt. Siedem dni. Wygrałyśmy z Anką wycieczkę w konkursie zakładowym.
— W jakim konkursie?
— Rozwiązywałyśmy krzyżówkę. Nagroda dla dwóch osób, czyli dla zwycięskiego zespołu. Masz tu wszystko napisane.
Przed Januszem wylądował bon. Na błyszczącym kartonie palma pochylała się nad turkusowym basenem, a uśmiechnięta para w białych szlafrokach wystawiała zęby do zdjęcia z zapałem godnym ludzi, którym za uśmiech płacono. Janusz odczytał nazwę biura podróży, termin i nazwę hotelu. Dopiero przy dacie wylotu zdjął okulary.
— W piątek? Przecież dzisiaj poniedziałek.
— Wiem, w pracy też mamy kalendarz.
— Czyli dowiaduję się o tym cztery dni przed wyjazdem?
— Dowiedziałam się dzisiaj. Gdybym powiedziała ci wcześniej, musiałabym najpierw wygrać.
Janusz odłożył pilot i zapytał o miejsce, w którym będzie mieszkała. Halina pokazała mu zdjęcia hotelu z telefonu, przewijając baseny, plażę i restaurację. Na fotografii baru zatrzymał palec na dłużej. Mężczyzna w białej koszuli niósł tacę z kolorowymi drinkami, a za nim inny, równie opalony, opierał się o palmę.
— Oni tam wszyscy chodzą bez guzików?
— Kelner ma rozpięte dwa. Pewnie gorąco.
— Pytałaś, czy lubię spocone kobiety. O mężczyzn nie pytałaś.
Halina nalała wrzątku do kubków. Czuła, że Janusz próbuje wybadać teren, choć robił to z subtelnością człowieka zaglądającego pod łóżko przez podniesienie całego materaca. Po historii z Czarnym Kotem oboje obiecali sobie, że skończą z grą w domysły. Obietnica działała dobrze przy zakupach i rachunkach, gorzej przy kwestiach, o których jedno z nich wolało rozmawiać dopiero po kolacji.
— Słuchaj, naprawdę wygrałyśmy. Nie kupiłam tego po kryjomu, nie umawiałam się z nikim w Egipcie i jeszcze nie znam żadnego egipskiego mężczyzny. Jeśli chcesz, możesz obejrzeć regulamin.
— Jeszcze?
— Co jeszcze?
— Powiedziałaś „jeszcze nie znam”.
— Janusz, nie zaczynaj znowu. Mam siedzieć w hotelu przez tydzień i nikogo nie poznać? W restauracji też mam zamawiać gestami, żeby przypadkiem nie porozmawiać z kelnerem?
Janusz przyznał, że poznawanie kelnerów nie podlega zakazowi, ale chciał wiedzieć, dlaczego na wycieczkę nie mogą pojechać cztery osoby. Halina wytłumaczyła mu warunki konkursu po raz drugi, tym razem na kartce od zamówienia z apteki. Narysowała dwa kwadraty i wpisała w nich swoje imię oraz imię Anki.
— Dwa miejsca. Widzisz? Nie cztery, nie pięć. Dwa. Jeśli przykleisz się do tego kwadratu, biuro podróży nie uzna cię za część wygranej.
— Moglibyśmy dopłacić.
— Moglibyśmy też dopłacić do nowej pralki, o którą proszę od marca.
Argument z pralką okazał się znacznie trudniejszy do obejścia niż konkursowe zasady. Janusz spojrzał w stronę łazienki, gdzie podczas ostatniego wirowania urządzenie przemieściło się o kilkanaście centymetrów i prawie wyrwało wąż odpływowy. Znał jego stan, ponieważ dwa razy poprawiał nóżki, a raz przytrzymywał pralkę kolanem. Zdecydował, że z zakupem poczekają do przyszłego miesiąca. Halina nie przypomniała mu, że mówił to już w trzech poprzednich.
— Anka jedzie sama? — zapytał w końcu.
— Ze mną. Przecież ci tłumaczę.
— Chodzi mi o jej męża.
— Jej mąż nie jedzie. Podobno cieszy się, że przez tydzień będzie miał pilota do telewizora tylko dla siebie. U niego działa bez rozkręcania.
Janusz zgarnął części pilota do miseczki po orzeszkach i porzucił temat ciepłej wódki. Teraz chciał wiedzieć, czy Halina ma ubezpieczenie, kiedy przyjadą na lotnisko i co z walizkami. Kiedy Halina siadała naprzeciwko z herbatą, miał już gotową następną wątpliwość, a po niej kolejną. Doszedł nawet do pytania, czy w Egipcie można płacić kartą, choć sam nigdy nie wyjechał za granicę bez gotówki schowanej w dwóch różnych kieszeniach.
— Jedź — powiedział wreszcie. — Tylko dzwoń, jak dolecisz.
— Zadzwonię. I nie musisz się martwić o tych wszystkich mężczyzn w rozpiętych koszulach.
— Wolałbym, żebyś nie udawała, że ich nie zauważyłaś.
Halina wsunęła bon do szuflady z dokumentami, gdzie trzymali polisy, gwarancje i instrukcję do pralki. Zajęła się naczyniami. Janusz, zamiast wrócić do naprawy pilota, długo oglądał zdjęcie hotelowego baru na jej telefonie. Prawdziwości konkursu już nie kwestionował; bardziej interesowało go towarzystwo, w którym żona zamierzała spędzić tydzień.
Następnego ranka Anka przywitała Halinę pytaniem, czy Janusz przeżył wiadomość o wyjeździe. Obie stanęły przy oknie w księgowości, zanim zdążyła pojawić się kierowniczka, która uważała, że rozmowy prywatne powinny odbywać się wyłącznie na korytarzu, ponieważ wtedy łatwiej było jej podsłuchiwać.
— Przeżył. Chyba nawet się ucieszył, że nie musi jechać.
— A mówiłam. Mojemu dałam wybór: jedzie ze mną, za własne pieniądze, albo przez tydzień ma mieszkanie tylko dla siebie. Zapytał, czy naprawdę aż siedem nocy.
— I co odpowiedziałaś?
— Że jak będzie grzeczny, to może zostać sam jeszcze jedną, bo samoloty czasem się spóźniają.
Anka wyciągnęła z torebki katalog strojów kąpielowych. Jeszcze wczoraj nie chciała słyszeć o zakupach internetowych, ponieważ paczki przychodziły do niej w najmniej odpowiedniej chwili, zwykle wtedy, kiedy mąż był w domu. Teraz otwierała kolejne strony i zastanawiała się nad fasonem, w którym będzie mogła zarówno pływać, jak i spacerować po hotelu bez zbędnych pytań o numer pokoju.
Halina obejrzała katalog i wybrała granatowy kostium. Anka od razu pokazała jej czerwony, z paskami przecinającymi brzuch w kilku miejscach.
— Ten będzie lepszy. W tamtym wyglądasz, jakbyś przyszła przeprowadzić inwentaryzację basenu.
— Wolę mieć pewność, że przy pierwszej fali wszystko zostanie na swoim miejscu.
— Będziesz pływać w basenie. Tam fale robią dzieci.
— Widziałam, co potrafią dzieci.
Przez otwarte drzwi zajrzał dyrektor, nazywany w firmie Faraonem od czasu, gdy podczas jednej z narad stwierdził, że przy odpowiednim zaangażowaniu ludzi można zbudować wszystko, nawet piramidy, byle nie pytać o nadgodziny. Zatrzymał się przy biurku Haliny i pogratulował obu paniom zwycięstwa. Mówił o reprezentowaniu firmy za granicą, punktualności i właściwym zachowaniu podczas wypoczynku. Anka zapewniła, że będą godnie reprezentować przedsiębiorstwo, zwłaszcza przy barze, choć dyrektor chyba nie dosłyszał ostatnich słów.
— Otrzymałyście już potwierdzenie z biura podróży? — zainteresował się.
— Tak. Piątek rano, hotel Marzenie Sułtana — odpowiedziała Halina.
Na moment zmienił wyraz twarzy, zaraz jednak zaczął opowiadać o napiętym harmonogramie zebrań. Polecił przekazać wszystkie pilne sprawy koleżankom i wyszedł, pozostawiając za sobą zapach wody kolońskiej, którą kupował w pięciolitrowych opakowaniach przeznaczonych podobno dla salonów fryzjerskich.
— Dziwnie spojrzał — zauważyła Anka.
— Na kostium? Trzymałaś katalog tak, że ten czerwony prawie świecił mu w oczy.
— Na nazwę hotelu. Może ma tam znajomych.
Halina nie odpowiedziała, bo na biurku pojawiła się faktura za naprawę trzeciego samochodu dyrektora. Kwota była wystarczająco duża, żeby na chwilę zapomniała o wakacjach.
Wieczorem w mieszkaniu zrobił się bałagan, który Halina nazywała pakowaniem, a Janusz rozpoznawał jako etap przedpakunkowy, ponieważ większość rzeczy nadal leżała na łóżku. Wyjęła z szafy sukienki, sandały, ręcznik i kilka kompletów bielizny, po czym stwierdziła, że wszystko się przyda. Walizka była duża, ale przy każdym następnym przedmiocie jej pojemność wydawała się maleć.
Z progu sypialni Janusz oglądał stos ubrań, który stopniowo wypierał z łóżka pościel.
— Na siedem dni zabierasz pięć par butów?
— Nie pięć. Cztery i klapki.
— Klapki są butami.
— Do wody nie wchodzi się w szpilkach.
— Nie musisz mi tego tłumaczyć. Pytam, po co szpilki na plaży.
— Bo mogę też pójść na kolację.
Przy słowie „kolacja” Janusz przyjrzał się czerwonej sukience odłożonej na oparcie krzesła. Halina kupiła ją dwa lata wcześniej i nigdy nie miała okazji założyć, ponieważ na jedyną uroczystość, na którą się nadawała, Janusz poszedł w swetrze i uznał, że ubrali się zbyt elegancko. Teraz sukienka miała wreszcie opuścić szafę.
Na komodzie, pomiędzy dokumentami i kosmetyczką, leżały trzy książki. Halina zamierzała zabrać lekki romans o egzotycznym księciu, ale w ostatniej chwili musiała poszukać dokumentów ubezpieczeniowych. Po powrocie zastała na komodzie książki w innej kolejności: Janusz zdążył dołożyć tam dwa tomy „Krzyżaków”, które dostał kiedyś od sąsiada i od lat przekładał z półki na półkę. Halina, zajęta upychaniem kosmetyczki, sięgnęła po najgrubszą książkę z wierzchu. Wsadziła ją do walizki, nie czytając tytułu.
— Na pewno nie chcesz, żebym cię podwiózł na lotnisko? — zapytał Janusz.
— Jedziemy moim Golfem. Anka pojedzie ze mną, a samochód zostawię na parkingu przy lotnisku. O tej godzinie i tak będziesz spał.
— Mogę wstać.
— Wiem. Ale rano masz pracę. Odpocznij chociaż jeden dzień bez mojego budzika.
Podała mu listę rzeczy, które trzeba zrobić podczas jej nieobecności. Janusz przeczytał ją od początku do końca. Zawierała między innymi podlewanie kwiatów, wyniesienie śmieci, odebranie przesyłki i zakaz prania czerwonych ręczników razem z białymi koszulami.
— Naprawdę uważasz, że nie wiem, jak się robi pranie?
— Uważam, że wiesz, jak się je wkłada do pralki. Resztę wyjaśni ci instrukcja. Gdybyś potrzebował, jest w szufladzie obok bonu.
Janusz schował złożoną kartkę do kieszeni, upewnił się, że Halina będzie miała internet, i odebrał od niej obietnicę wiadomości po zakwaterowaniu. Poprosił jeszcze, żeby nie wyłączała telefonu na całą noc. Halina przypomniała mu, że o wygranej mówiło całe przedsiębiorstwo, liczące sto osiemdziesiąt cztery osoby, więc trudno byłoby urządzić z niej tajny wyjazd.
Kiedy zasnęła, Janusz wrócił do kuchni. Na stole stał naprawiony pilot, który po ponownym złożeniu zmieniał kanały wyłącznie wtedy, gdy skierowało się go w stronę lodówki. Przesunął pilot na bok, otworzył laptop i wyszukał nazwę hotelu Marzenie Sułtana.
Przejrzał zdjęcia, ceny oraz terminy lotów. Pod piątkowym wylotem nie znalazł już wolnych miejsc, ale na sobotę w systemie wisiała jedna oferta z przesiadką. Na myśl o ciepłej wódce i powietrzu przypominającym oddech suszarki do włosów skrzywił się, lecz mimo to wyciągnął kartę płatniczą.
Na potwierdzeniu rezerwacji widniało jego prawdziwe imię i nazwisko. Hotel nie przyjmował gości pod pseudonimami, o czym Janusz dowiedział się, kiedy próbował wpisać „Marian” w rubrykę dotyczącą danych osobowych. Imię Marian miało mu się przydać dopiero w hotelowych rozmowach z nieznajomymi; podczas meldowania obowiązywały dane z paszportu.
Nad ranem schował wydruk rezerwacji do pudełka po pilocie. Nie miał jeszcze ciemnych okularów ani kapelusza, ale miał bilet, co wydało mu się na początek wystarczające.
3. EKSPERT OD POLEK
Ali siedział w kawiarni niedaleko promenady i przeglądał zdjęcia na telefonie. Na większości widniały uśmiechnięte turystki, a niemal na wszystkich za nimi można było dostrzec ten sam basen, palmy i fragment hotelowego muru. Ali uważał, że zmiana kąta fotografowania wystarcza, żeby stworzyć wrażenie bogatego życia towarzyskiego. Miał również zdjęcie przy Mercedesie, które zrobił sobie podczas mycia samochodu należącego do właściciela wypożyczalni. Na ekranie telefonu nikt nie mógł sprawdzić, czy kluczyki rzeczywiście są jego.
Naprzeciwko siedział Mahmed, posiadacz chatki poza miastem, którą nazywał willą ekologiczną. Wykonana była z gliny, słomy i domieszki wielbłądzich odchodów. Mahmed traktował ten materiał jak osiągnięcie architektury, zwłaszcza że nie musiał za niego płacić. Gdy wiatr wiał w stronę drogi, od czasu do czasu pojawiały się skargi sąsiadów, ale właściciel wyjaśniał je zazdrością.
Trzeci przy stoliku był Salim. Przez trzy lata studiował w Polsce i od powrotu uchodził wśród znajomych za specjalistę od polskich kobiet. Najczęściej powtarzał, że w Polsce trzeba umieć rozmawiać, bo z samym samochodem daleko się nie zajedzie. Ali nie rozumiał ostrzeżenia, choć jego własne samochodowe wyprawy regularnie kończyły się na poboczu. Odpowiedzialność za ten stan rzeczy przypisywał mechanikom.
— Powiedz mi, Salim, jak się robi wrażenie na Polce? — zapytał, odwracając telefon. Na ekranie pokazał się fotografowany z bliska emblemat Mercedesa. — Bo przyjeżdża ich teraz sporo. Piękne kobiety, same, dobrze ubrane. Wiesz, czego szukają?
Salim słuchał tych pytań przy herbacie po raz kolejny. Za każdym razem udzielał innych rad, a Ali i tak trzymał się własnego pomysłu.
— Na początek przestań opowiadać, że jesteś właścicielem sześciu hoteli. W zeszłym miesiącu powiedziałeś to dziewczynie, która pracowała jako recepcjonistka w jednym z nich. Natychmiast zapytała o nazwisko kierownika.
— To była wyjątkowo podejrzliwa kobieta.
— Była z księgowości.
Mahmed roześmiał się, ale Ali uważał, że dziewczyna po prostu trafiła się niewłaściwa. Otworzył kolejne zdjęcie, na którym stał przy starym BMW. Ten samochód należał do jego brata, wujka i kuzyna jednocześnie, co było źródłem rodzinnych konfliktów, szczególnie gdy wszyscy trzej potrzebowali go w piątek. Ali korzystał z niego najczęściej w porze lunchu, kiedy pozostali właściciele mieli ważniejsze zajęcia.
Salim poradził mu, żeby znalazł zawód, który robi dobre wrażenie, a przy okazji nie wymaga okazywania dokumentów przy pierwszej rozmowie. Piloci, mówił, budzili zainteresowanie, ale w przypadku Alego ryzyko było zbyt duże, ponieważ nie wiedział nawet, czym różni się lotnisko od terminalu autobusowego. Oburzony Ali przypomniał, że widywał samoloty z bliska, i to wielokrotnie.
— Możesz mówić, że jesteś fotografem — zaproponował Mahmed. — Zdjęcia robisz całkiem ładne.
— Z telefonu. Potrzebny jest prawdziwy aparat.
— Brat ma Sony — przypomniał mu Mahmed. — Ten czarny, z paskiem pogryzionym przez psa.
Ali przyznał, że aparat można pożyczyć, chociaż brat strzegł go bardziej niż samochodu. Od razu zaczął ćwiczyć układanie rąk, które kiedyś podpatrzył u fotografa w tureckim serialu. Salim obserwował jego ruchy, po czym poprosił, żeby nie robił tego przy stolikach, bo kelner już dwukrotnie spojrzał w ich stronę.
Rozmowa zeszła na najważniejszą sprawę: gdzie zaprosić turystkę, jeśli uda się ją poznać. Ali mógł korzystać z mieszkania kuzyna, ale na jednej kanapie spało tam zwykle troje dzieci, a w pokoju obok teściowa trzymała papugę, która powtarzała wszystko, co usłyszała po zmroku. Mahmed miał chatkę. Dojeżdżało się do niej piaszczystą drogą, jednak samochód mógł stanąć pod samymi drzwiami, o ile akurat nie rozkraczył się wcześniej.
— Wino musimy kupić — uznał Ali. — Kobieta ma przyjść, odpocząć, poczuć się swobodnie. Jeśli zauważy, z czego zbudowane są ściany, może zacząć zadawać pytania.
Mahmed natychmiast zaprotestował. Nie podobało mu się sugerowanie, że w jego domu jest coś do ukrycia. Przyznał jednak, że wieczorem, po nagrzaniu przez słońce, lepiej było otwierać okna.
— Ile wypija Polka? — zapytał po chwili. — Dwie lampki? Trzy? Muszę wiedzieć, jaki mamy budżet.
Salim wreszcie odwrócił uwagę od herbaty; to pytanie wymagało ostrożniejszej odpowiedzi.
— Która Polka?
— Taka zwyczajna. Z wakacji.
— W Polsce poznałem kobietę, która po jednym kieliszku czerwonego wina zasypiała przy stole. Znałem też trzy, które po całej butelce zaczynały dyskutować, czy zamówić następną. Spróbuj zgadnąć, którą spotkasz.
Na serwetce Ali rozpisał budżet: dwie butelki wina, trochę owoców, kolację i paliwo do BMW. Mahmed dorzucił koszty świec i wynagrodzenie kuzyna za wyprowadzenie wielbłąda z podwórza. Suma okazała się tak wysoka, że przez kilka minut żaden z nich nic nie mówił. Salim zaproponował, żeby na pierwsze spotkanie poszli po prostu na spacer.
— Spacer? — Ali niemal się obraził. — I co ja jej pokażę? Piasek?
— Na początek własną twarz. Później zobaczysz, czy chce oglądać resztę.
— Po to kupuję żel do włosów, żeby nie musiała się przyglądać zbyt długo.
Na serwetce Mahmed podkreślił koszt wina i zaproponował, żeby znaleźć tańsze. Salim powiedział, że taka kalkulacja ma jeden poważny błąd: nikt jeszcze nie zapytał kobiety, czy w ogóle pije. Ali był pewien swego: widywał przecież Polki w hotelowych barach.
— Właśnie tego nie wiesz — odparł Salim. — Pijesz ty, bo zapraszasz. Ona może chcieć wodę, może chcieć wino, a może wcale nie chcieć iść z tobą do żadnego domu.
Ali szybko wrócił do rozmowy o samochodzie, a potem poprosił Mahmeda, żeby przygotował chatkę, gdyby jednak trafiła się kobieta spragniona romantycznego wieczoru. Mahmed zgodził się, ale zażądał, żeby Ali nie obiecywał już wszystkim prywatnego basenu. W pobliżu chatki znajdował się co prawda betonowy zbiornik na wodę, lecz od dwóch lat nie było w nim więcej niż kilkanaście centymetrów deszczówki.
Po wyjściu Salima Ali z Mahmedem zostali przy stoliku, by od nowa policzyć koszty. Zrezygnowali ze świec, zmniejszyli ilość owoców i postanowili, że dwie butelki wina powinny wystarczyć. Później dopisali trzecią, na wszelki wypadek. Byli zadowoleni z oszczędności, dopóki kelner nie przyniósł rachunku za herbatę.
4. BAGAŻ PODRĘCZNY
O wpół do trzeciej nad ranem Halina stała w przedpokoju, próbując dopiąć kurtkę, której nie zamierzała zobaczyć przez następny tydzień. Za drzwiami czekała Anka, już w okularach przeciwsłonecznych, chociaż na klatce schodowej paliła się jedna żarówka i do świtu pozostawało jeszcze kilka godzin. Przez telefon zdążyła trzy razy zapytać, czy Halina ma paszport. Teraz zainteresowała się wyłącznie tym, czy Janusz śpi.
— Śpi. Przynajmniej tak wyglądał, kiedy wychodziłam z sypialni. Jak chcesz, możesz wejść i sprawdzić mu puls.
Anka zerknęła na walizkę, która ledwie mieściła się między framugami.
— Ty tam wieziesz rodzinę?
— Ubrania na siedem dni. Kobieta powinna mieć wybór.
— Ja mam wybór między niebieską sukienką a czerwoną. Ty możesz przebierać się codziennie, nawet gdybyśmy przedłużyły urlop o miesiąc.
W windzie walizka Haliny zajęła tyle miejsca, że Anka musiała przycisnąć się do lustra. Przed blokiem stał stary Golf Haliny, który Janusz od lat proponował zastąpić czymś nowszym. Halina uważała to za niepotrzebny wydatek, skoro samochód miał jeszcze cztery koła i większość biegów. Włożyły walizki do bagażnika, dopychając klapę z obu stron. Anka schowała swoje obcasy pod siedzeniem, żeby założyć je po dojechaniu na lotnisko.
Miasto było puste. Mijały ciemne sklepy, przystanki i nielicznych ludzi wracających z nocnych zmian. Anka przeglądała na telefonie zdjęcia hotelowego basenu; w którymś momencie powiększyła fotografię barmana w białej koszuli i z zadowoleniem uznała, że jeszcze przed śniadaniem trzeba będzie sprawdzić, czy rzeczywiście tam pracuje.
— Najpierw się zameldujemy — przypomniała Halina. — I odzyskamy człowieczeństwo po tym wstawaniu.
— Mnie człowieczeństwo wraca po pierwszym drinku.
Na parking długoterminowy wrocławskiego lotniska dotarły jeszcze przed świtem. Nad pasami asfaltu wisiały ciężkie chmury, a latarnie świeciły takim światłem, że trudno było odróżnić wolne stanowisko od miejsca, w którym dopiero zamierzano je namalować. Halina miała już na nosie wielkie okulary przeciwsłoneczne, zasłaniające jej pół twarzy. Zdecydowały z Anką, że muszą się do nich przyzwyczajać przed Egiptem, choć na razie żadnej nie groziło oślepienie słońcem. Anka wybrała ciemnobrązowe szkła w kształcie serduszek, oprawione w metal tak cienki, że z daleka wyglądały jak dwa przyklejone do twarzy ciasteczka.
— Zdejmij chociaż te okulary, jak parkujesz — poradziła Anka, obserwując rząd samochodów.
— Przyzwyczajam oczy. W Egipcie przecież nie będę co chwilę zdejmować i zakładać.
— W Egipcie będzie jasno.
— To dobrze. Wreszcie coś zobaczę.
Halina wybrała miejsce między nowym Fordem a rzędem plastikowych łańcuchów wyznaczających sektory. Pod blokiem nigdy nie potrzebowała tyle przestrzeni. Tu za to jakiś urzędnik uznał, że kierowcy powinni mieścić się dokładnie w białych prostokątach, a gdyby o tym zapomnieli, przypomną im o tym plastikowe ogniwa.
Golf przetoczył się nad pierwszym łańcuchem, który zaczepił o coś pod zderzakiem i pękł. Halina poczuła szarpnięcie, lecz uznała, że to jedna z nierówności nawierzchni. Anka odwróciła się ku niej tak gwałtownie, że serduszka zsunęły jej się na koniec nosa.
— No zobacz, co zrobiłaś! Zaraz wypchniesz auto przed nami. Czekaj, wyjdę i ci pokażę.
Anka zdążyła wysiąść i stanąć przy masce Forda. Halina przez szybę widziała przede wszystkim dwa brązowe serduszka koleżanki. Chciała podjechać jeszcze odrobinę, żeby ładniej ustawić samochód, ale puściła sprzęgło tak gwałtownie, że Golf skoczył do przodu. Jego zderzak wgryzł się w zderzak Forda, a sam Ford przesunął się na swoim miejscu o długość, której właściciel z pewnością nie uwzględniał przy parkowaniu. Silnik Golfa zakaszlał, szarpnął i zgasł.
— No i jak? — zawołała Halina, wychylając głowę przez okno.
— Jak? Dalej już się nie da! Zaksięgowałabym ci to jako sto dwadzieścia procent normy. Wyjechałaś mu pół metra do przodu!
Anka rozłożyła ręce na długość przesuniętego Forda. Halina poprawiła okulary i przyjrzała się autu, chociaż przez ciemne szkła dostrzegała głównie światło odbite od jego tablicy rejestracyjnej.
— Psia kość. Pod blokiem nie mam takich problemów.
— Pod blokiem z jednej strony stoi Wartburg Janusza, a z drugiej masz trawnik. Wartburg jest tak poobijany, że mu wszystko jedno, a trawnik nie stawia oporu. Tutaj mamy inny krajobraz parkowania. Cofnij, najlepiej na drugie stanowisko, zanim ktoś zobaczy.
Kiedy Anka wskazała zadrapanie na zderzaku Forda, Halina przytaknęła i zabrała się za lewarek, trzymając wciśnięte sprzęgło. Popatrzyła przez ramię, co przy jej okularach wymagało sporo wiary, po czym ostrożnie dodała gazu. Golf ponownie ruszył do przodu. Ford, który przed chwilą stał jeszcze w granicach swojego miejsca, wysunął się teraz tak daleko, że jego przód wyglądał jak zapowiedź kolejnego sektora.
— Halina, upadłaś na głowę? Chcesz zaparkować na jego miejscu?!
Dopiero tym razem udało się znaleźć właściwy bieg. Halina puściła sprzęgło, a stary Golf wyrwał do tyłu z energią, której nikt od niego nie oczekiwał. Kolejny plastikowy łańcuch pękł z suchym trzaskiem. Za nim stała mała Toyota Yaris, która po zetknięciu ze zderzakiem Golfa wyturlała się ze stanowiska i zatrzymała pod takim kątem, jakby jej właściciel zamierzał jednocześnie parkować i zawracać.
Z oddali odezwał się alarm samochodowy. Anka przytrzymywała zsuwające się okulary, stojąc z drugą ręką opartą na biodrze, a Halina wyłączyła silnik i nasłuchiwała, czy zaraz nie zawyje następny.
— Myślę, że musimy stąd pojechać — oznajmiła Anka tonem człowieka, który właśnie zakończył analizę strat.
— Gdzie?
— Jak najdalej od tych samochodów.
Przez następne pół godziny szukały miejsca odpowiadającego nowym wymaganiom Anki: bez łańcuchów, bez sąsiadów, bez możliwości wypchnięcia czegokolwiek w dowolnym kierunku. Znalazły je na końcu parkingu, gdzie Golf stanął samotnie na pustym placu. Halina wyprostowała koła, sprawdziła hamulec ręczny i uznała, że tym razem poradziła sobie znakomicie.
— Myślisz, że nikt go nie ukradnie? — zapytała, zamykając drzwi.
— Halina, ja cię proszę. Trzydziestoletniego Golfa? Chyba tylko na zamówienie muzeum techniki z Niemiec.
Wywlekły walizki z bagażnika, Anka założyła szpilki, a Halina poprawiła swoje obcasy i obie ruszyły w stronę terminala po żwirze, którego nikt najwyraźniej nie przewidywał w projekcie eleganckich wakacji. Ciągnęły za sobą walizki podskakujące na kamieniach i mówiły o morzu, drinkach oraz mężczyznach, których jeszcze nie poznały. O parkingu postanowiły więcej nie rozmawiać.
Turkocząc walizkami po lotniskowej posadzce, zatrzymały się przed wielką tablicą odlotów i zgodnie zadarły głowy. Nazwy miast, godziny i numery lotów przesuwały się po ekranie, co chwilę ustępując miejsca kolejnym informacjom. Halina szukała Egiptu, Anka próbowała znaleźć nazwę biura podróży. Obie nadal nosiły ciemne okulary, które tak znakomicie sprawdziły się na parkingu.
— Rozumiesz coś z tego? — Anka przysunęła się do koleżanki. — Wszystko po angielsku. Co to jest ten gate?
— Myślę, że najpierw musimy zdjąć okulary. Ja widzę same ciemne plamy.
Po ich zdjęciu jarzeniowe światło hali uderzyło je w oczy tak gwałtownie, że obie odruchowo zamknęły powieki. Postanowiły zgodnie, że przyzwyczajanie się do słońca rozpoczną dopiero w Egipcie. Na razie wystarczyło przyzwyczaić się do oświetlenia terminala.
Halina odnalazła numer lotu, lecz obok godziny zobaczyła słowo, które wzbudziło jej podejrzenia.
— Gate. Może gacie? O cholera, przypomniało mi się, że miałam wstawić pranie. Janusz nie będzie miał w czym chodzić.
— Oj tam, najwyżej będzie przewracał na drugą stronę. Przez tydzień da sobie radę.
— Z jego zdolnościami to jeszcze założy je na lewą i uzna, że ma nowy komplet.
Patrzyły na tablicę kilka minut, porównując cyfry z wydrukowanymi w firmie biletami. Halina potrafiła wychwycić różnicę trzech groszy w miesięcznym rozliczeniu, jednak tutejsze dane wejściowe okazały się zbyt skomplikowane nawet dla dwóch księgowych. Na kartkach figurował jeden numer, pod nim drugi, w telefonie Anki wyświetlał się trzeci, a na tablicy wszystkie wyglądały podobnie. Zdecydowały, że potrzebują człowieka o większych kompetencjach.
Wtedy Anka wypatrzyła mężczyznę w lotniczym mundurze. Miał czapkę z daszkiem, naramienniki i ciemną, starannie przystrzyżoną brodę. Szedł przez halę z małą torbą na kółkach, rozglądając się tak samo uważnie jak one, lecz sam mundur wystarczył, żeby uznały go za osobę, która zna się na samolotach. Złapały uchwyty walizek i ruszyły w jego stronę. Plastikowe kółka tłukły o fugi, a wysokie obcasy Anki wybijały na posadzce osobny rytm.
— Panie oficerze, panie pułkowniku lotnictwa! — zagadnęła Anka, przechylając głowę i układając twarz w uśmiech przeznaczony na szczególne okazje. — Czy pomoże pan dwóm turystkom, które zgubiły się na końcu świata?
Halina podsunęła mężczyźnie bilet tak energicznie, że odruchowo cofnął głowę. Pilot przez moment próbował jednocześnie przeczytać wydruk, przyjrzeć się Ance i uniknąć papierowego rogu, który niebezpiecznie zbliżał się do jego oka. Anka tymczasem położyła palce przy dekolcie i poprawiła bluzkę, przekonana, że życzliwość wobec munduru wymaga odpowiedniej oprawy.
Mężczyzna wreszcie przejął kartkę z dłoni Haliny. Przebiegł wzrokiem po numerach, po czym uśmiechnął się szeroko.
— Piękne panie z duży bilet! Wy lecieć ze mną. Ja widzieć. Ja Nimal, ze Sri Lanka. Ja być pilot.
Ujął dłoń Haliny i pocałował ją z rozmachem, którego nie przewidywała żadna lotniskowa procedura. Z Anką powitanie trwało jeszcze dłużej. Nimal pochylił się tak nisko, że niemal zanurkował w jej dekolcie, a kiedy się wyprostował, Anka odruchowo zasłoniła bluzkę torbą podręczną. Uznała, że mogła nieco przesadzić z zachęcaniem do pomocy.
— Panie pilot, a gdzie mamy iść? — Halina odzyskała bilet, zanim zdążył potraktować go jak pamiątkę.
— Pani nic się nie bać. Ja profesjonalista. Ja pracować w agencja tymczasowa „Szybka Rączka”. Najpierw trzy miesiące ciężarówka w logistyka. Potem autobus nocny w miasto. Ostatnio taksówka. Teraz samolot. Ja mieć dużo doświadczenie z pasażery.
Halina zerknęła na naramienniki i sprawdziła, czy może jednak są częścią stroju reklamowego. Anka za to zaczęła liczyć, ile czasu upłynęło od pracy w taksówce do objęcia sterów samolotu, którym miały za chwilę lecieć. Wyliczenie nie poprawiło jej humoru.
Nimal wypiął pierś, wygładził mundur i wskazał palcem znaczek przyszyty do rękawa.
— Nasza dewiza: pracuj z nami. Wydajność dwadzieścia pięć procent gwarantowana!
— Dwadzieścia pięć? — Halina spojrzała na Ankę. — To nawet u nas w firmie nie przeszłoby przez audyt.
— Mnie bardziej interesuje, kto gwarantuje pozostałe siedemdziesiąt pięć — mruknęła Anka, już bez wcześniejszego uśmiechu.
— A ten samolot… — Halina ponownie podsunęła mu wydruk, tym razem zatrzymując go w bezpiecznej odległości od twarzy. — Dokąd dokładnie mamy się zgłosić?
Nimal z ulgą wskazał stanowiska odprawy, potem schody ruchome i tablicę, przed którą stały zaledwie chwilę wcześniej.
— Tam dać bilet, dać walizka. Później czekać na samolot, iść gate. Stary pilot przyleci, ja nowy pilot wróci. Razem do Egiptu. Wszystko dobra!
Halina nie zdołała ustalić, czy stary pilot ma przylecieć po nowego, czy nowy ma zabrać stary samolot. Na wszelki wypadek przytaknęła. Anka wyciągnęła telefon i szybko wpisała pytanie do ChatGPT, sprawdzając, co właściwie oznacza gate i gdzie oddaje się bagaż. Po przeczytaniu odpowiedzi klepnęła się otwartą dłonią w czoło.
— No przecież. Odprawa, potem kontrola i bramka. Wszystko jasne. Dziękujemy, panie pilocie tymczasowy. Chodź, Halina, zanim nam zamkną te gacie.
Machnęła Nimalowi ręką i posłała mu jeszcze jeden uśmiech, tym razem ostrożniejszy. Mężczyzna odprowadzał je wzrokiem, na przemian zerkając na Ankę i na bilet, którego już nie trzymał. Halina ciągnęła walizkę coraz szybciej, próbując przypomnieć sobie, czy w regulaminie nagrody było cokolwiek o załodze z agencji pracy tymczasowej. Nie miała jednak przy sobie regulaminu. W drodze do stanowisk odprawy obie jeszcze raz obejrzały się za pilotem, który zdążył już zatrzymać kolejną grupę pasażerów.
Stanowiska tanich linii lotniczych „Easy Tomato” były widoczne z daleka, głównie za sprawą wściekle czerwonych uniformów. Okienka były dwa, przy każdym siedziały po dwie pracownice. Miały monitory, taśmy bagażowe i ręczne skanery, a także mnóstwo spraw do omówienia, najwyraźniej niezwiązanych z samolotami. Kiedy Halina i Anka podeszły do szyby, jedna z kobiet opowiadała właśnie drugiej o sąsiadce, która kupiła nową lodówkę i od tej pory zachowywała się, jakby odziedziczyła pałac.
Halina wybrała stanowisko po prawej. Popatrzyła na monitor, za którym zniknęła twarz pracownicy, po czym chrząknęła. Rozmowa przy okienku trwała dalej. Chrząknęła ponownie, tym razem z taką siłą, że Anka zerknęła na nią z troską o stan jej oskrzeli, lecz rezultat pozostał ten sam.
Przy szybie leżał ręczny skaner. Halina znała takie urządzenia z osiedlowego sklepu: przykładało się je do kodu, coś pikało i człowiek miał sprawę załatwioną. Na wydrukowanym w firmie bilecie też widniał kod. Przesunęła więc rękę przez otwór w szybie, próbując dosięgnąć urządzenia.
— Czego? — odezwała się nagle pracownica.
Na jej twarzy wciąż tkwił szeroki, wyuczony uśmiech, który z pytaniem zadanym takim tonem tworzył zestaw trudny do zaksięgowania. Kobieta złapała skaner, zanim Halina zdążyła dotknąć przycisku, i odsunęła go poza zasięg klientki.
— Nie widzi jedna z drugą, że zajęta jestem? Co chce?
— Chciałyśmy oddać walizki. Lecimy do Egiptu — wyjaśniła Halina, pokazując kartkę. — Pilot nam powiedział, żeby tutaj przyjść.
— Pilot! — Pracownica prychnęła, chociaż jej usta nadal układały się w idealny firmowy uśmiech. — Teraz każdy by chciał być obsłużony od razu. W starym supersamie to ludzie umieli poczekać. Jak pracowałam na kasie, byłam panią. Potem w mleczarni też wiedzieli, kiedy można zawracać głowę ekspedientce. A teraz? Przychodzi jedna z drugą i myśli, że jak ma bilet, to już jest klientką.
Anka otworzyła usta, ale Halina uprzedziła jej odpowiedź i wsunęła wydruk bliżej szyby. Pracownica wyrwała go z jej palców, rzuciła okiem na godzinę odlotu i oddała tak energicznie, że kartka przeleciała pół drogi do dekoltu Anki.
— Dwie godziny przed odlotem! Wtedy walizki możecie dawać, lalunie. Na razie spadać stąd, bo zaraz nigdzie nie polecicie.
— Przecież kazali przyjechać trzy godziny wcześniej. Mamy teraz trzy godziny do odlotu.
— To niech pani wróci za chwilę. Ja zegarka za panią nie przesunę.
Uśmiech nie zniknął ani na moment. Halina zaczęła przyglądać się kobiecie z zawodowym zainteresowaniem. W księgowości widziała już ludzi, którzy na służbowym zebraniu potrafili uśmiechać się do dyrektora, a potem przeklinać go nad automatem z kawą, lecz tak sprawnego połączenia obu czynności jeszcze nie spotkała.
Pociągnęła Ankę za rękaw i odprowadziła ją na bok, poza zasięg słuchu czerwonego mundurka.
— To trzeba załatwić inaczej — wyszeptała. — Jak z MPK. Trzeba mieć sposób na kanara.
— Ty masz jakiś sposób na kanara?
— Miałam. Dawno temu.
— I działał?
— Do czasu, aż mnie poznał.
Wycofywały się tyłem, a Halina nie spuszczała wzroku z utlenionej blondynki, która właśnie wróciła do przerwanej historii o lodówce. Przy całej swojej złośliwości nie przestawała się uśmiechać. Anka sprawdziła godzinę na zegarku, później na telefonie, na wypadek gdyby jeden z nich pokazywał czas obowiązujący wyłącznie w tanich liniach lotniczych.
— Trzy godziny. Co my przez ten czas będziemy robić?
— Na początek proponuję siku. Przy takich nerwach to może być działalność całodobowa.
Przez następne pół godziny odwiedziły toalety, obejrzały ceny w kawiarni i sprawdziły, czy obok nie otworzono drugiej hali odlotów dla ludzi, którzy chcą po prostu oddać walizkę. Gdy wróciły, okienka były zamknięte, a czerwone mundurki zniknęły. Anka uznała to za okazję. Przypomniała Halinie sposób na kontrolerów z MPK: przy następnym spotkaniu należało robić minę człowieka, który widzi daną osobę po raz pierwszy w życiu.
— Bierzemy lewe. Ta z prawego już nas zna — zarządziła.
Zanim zdążyły podejść, roletka nad lewym stanowiskiem uniosła się z charakterystycznym zgrzytem, jak w urzędzie pocztowym, w którym właśnie skończyła się przerwa śniadaniowa. Za szybą siedziała ta sama utleniona blondynka. Najwidoczniej przerwa objęła obie pracownice, a powrót do obowiązków również przewidywał zmianę miejsc. Kobieta rozpoznała turystki z daleka i bez słowa wskazała im zegarek. Jej uśmiech, szeroki jak firmowe logo, nie zdradzał ani śladu zmęczenia.
— Halina, ona jest wszędzie — szepnęła Anka. — Może te dwie panie to tylko przebrania jednej?
— Przy następnym podejściu poproszę ją o numer pracownika. Chcę sprawdzić, ile godzin na dobę wolno człowieka tak denerwować.
Zamiast wdawać się w kolejną dyskusję, ustawiły bagaże pod ścianą. Stąd miały dobry widok na zegar w hali i na obie lady, których obsada toczyła ożywione rozmowy niezależnie od tego, po której stronie szyby stali pasażerowie. Anka zaczęła odliczać minuty, Halina zaś analizowała organizację pracy linii „Easy Tomato” z zawodowym zainteresowaniem.
— Teraz rozumiem, czemu każą być na lotnisku trzy godziny wcześniej. Dwie godziny na walkę z personelem, reszta na samolot.
Gdy w końcu nadeszła upragniona godzina i bagaż można już było oficjalnie oddać, obie przystąpiły do odprawy, przekonane, że najgorsze mają za sobą. Na stanowisku ważenia czekała już następna niespodzianka: bagaż Haliny przekroczył limit.
Wyświetlacz zatrzymał się na dwudziestu dwóch kilogramach i sześciuset gramach. Halina przyjrzała się wadze, szukając przycisku, który mógłby poprawić ten wynik.
Pracownica stanowiska wskazała limit i poinformowała ją o dopłacie. Halina spojrzała na cennik. Za dwa i pół kilograma nadbagażu żądano kwoty, za którą można było kupić porządną walizkę, choć prawdopodobnie mniejszą od tej, z którą właśnie stała przy ladzie.
— Mogę wyjąć parę rzeczy? — zapytała.
— Jeśli nie zablokuje pani stanowiska na pół godziny.
Anka została z dokumentami, a Halina uklękła przy otwartej walizce. Na wierzchu leżał ręcznik, kosmetyczka, sandały i gruba książka w ciemnej oprawie, której nie pamiętała z listy pakowania. Literatura mogła poczekać. Gruba książka powędrowała do torby podręcznej razem z suszarką i zapasową parą butów, dzięki czemu Halina mogła znów zamknąć walizkę. Przy kolejnym ważeniu licznik pokazał dziewiętnaście kilogramów i dziewięćset gramów. Halina przyjęła wynik z wyraźną satysfakcją, jakby sama przeprowadziła kontrolę urządzenia.
Anka przyjrzała się jej torbie, z której wystawał grzbiet wielkiego tomu. W swojej kosmetyczce miała kupiony przed wyjazdem preparat do opalania z rysunkiem słońca, który sprzedawczyni polecała na szybki efekt. Anka zapamiętała słowo „szybki”; drobnego druku na etykiecie nie sprawdzała.
— Na plaży będziesz się tym podpierać?
— Książkę biorę do czytania. Nie musisz od razu robić z tego problemu.
— Ja tylko pytam, czy mamy się potem dziwić, że bagaż podręczny waży więcej niż rejestrowany.
Przy kontroli bezpieczeństwa zaczęły się problemy z kosmetykami. Anka zapakowała do podręcznej torby balsam, którego pojemność przekraczała dozwolony limit, a Halina przez dobrych kilka minut przeszukiwała kieszenie w poszukiwaniu metalowego pilniczka. Kiedy w końcu oddawały rzeczy do plastikowych pojemników, Anka szepnęła, że człowiekowi nie pozwolą przewieźć kremu, ale wódka na lotnisku sprzedaje się znakomicie.
— Przy przekraczaniu granicy powinno się zgłaszać broń masowego rażenia — odparła Halina, poprawiając bluzkę. — W postaci cycków. Ilość cycków w służbie narodu musi się przecież zgadzać.
Funkcjonariuszka usłyszała ostatnie zdanie i popatrzyła na nie znad monitora. Anka parsknęła śmiechem, a Halina, z miną człowieka oczekującego na wynik urzędowej kontroli, wyciągnęła przed siebie ręce, gotowa przejść przez bramkę. Alarm uruchomił się natychmiast. Winna była metalowa klamra paska, który zapomniała zdjąć.
— Proszę odłożyć pasek — poleciła funkcjonariuszka.
— Oczywiście. On też jest w służbie narodu.
Po kontroli bezpieczeństwa uznały, że zasłużyły na odpoczynek, a najlepiej odpoczywa się przy jedzeniu. Najpierw kupiły chipsy, potem kawę i frytki. Na widok ceny małej butelki wody Ance przeszła ochota na oszczędzanie, skoro i tak było już za późno. Halina zamówiła dwie kanapki, tłumacząc, że od kolacji minęło tyle czasu, iż jej żołądek przestał rozróżniać porę dnia. Pomiędzy kolejnymi zakupami regularnie odwiedzały toaletę, aż Anka zaczęła podejrzewać, że architekt terminala celowo umieścił ją najdalej od kawiarni. Po coli zrobiły jeszcze jedno kółko, tym razem nie patrząc już na tablicę odlotów.
— Jak sądzisz, czy tam naprawdę będzie wszystko za darmo? — zastanawiała się Anka.
— W hotelu. Tutaj z tego, co widzę, za siedzenie też niedługo zaczną pobierać opłaty.
W końcu z głośników popłynął komunikat wzywający pasażerów linii „Easy Tomato” do bramki. Anka poderwała się z fotela, Halina zaczęła upychać do torby napoczętą paczkę chipsów, a obie ruszyły w kierunku tłumu, zadowolone, że nikt nie wymaga już od nich kolejnego oczekiwania na zegar.
Zadowolenie trwało do chwili, kiedy przy bramce rozpoznały kobietę w czerwonym uniformie. Utleniona blondynka z okienka pracowała teraz przy metalowym stelażu służącym do sprawdzania wymiarów bagażu podręcznego. Chwyciła go za górną krawędź i przesunęła bliżej kolejki, z uśmiechem godnym człowieka, który właśnie spotkał długo wyczekiwanych krewnych.
— Halina, harpia nas prześladuje — jęknęła Anka, przyglądając się własnej torbie. — Skąd ona się tu wzięła?
— Może leci z nami. Jak zobaczę ją w kokpicie, wysiadam.
Blondynka zażądała, żeby Anka włożyła torbę do stelaża. Uchwyty wystawały ponad górną krawędź, a dolna część ani myślała się zmieścić. Anka zdjęła sweter, przełożyła kosmetyczkę do kieszeni kurtki, po czym przy pomocy Haliny zaczęła wciskać torbę między metalowe pręty. Stelaż zaskrzypiał, lecz nie ustąpił. Za nimi wydłużała się kolejka, a pasażerowie coraz mniej interesowali się wymiarami bagażu, a coraz bardziej tym, ile jeszcze potrwa przedstawienie.
— Niech pani spróbuje z drugiej strony — poradziła pracownica, patrząc na zegarek. — Może torba się przestraszy i schudnie.
Po kolejnych próbach Anka wyprostowała się z rozczochranymi włosami, spojrzała na zamek torby i uznała, że dalsze upychanie może zakończyć się podróżą w samej bieliźnie. Blondynka od razu wskazała taryfę za ponadwymiarowy bagaż podręczny. Kwota była na tyle wysoka, że Halina chciała zapytać, czy w cenie torba otrzymuje własne miejsce przy oknie.
— Płać — wyszeptała Anka, wyjmując kartę. — Jeszcze chwila, a ona nam naliczy postój przy bramce.
Pracownica przyjęła opłatę, nakleiła na torbę dodatkową etykietę i pożegnała kobiety tym samym uśmiechem, z którym wcześniej wyrzucała je od okienka. Anka przechodząc obok, obejrzała się przez ramię. Miała wrażenie, że gdyby ich samolot lądował w Egipcie bez kół, blondynka również stałaby na pasie i zażądała dopłaty za lądowanie.
Po przejściu przez bramkę Halina i Anka poczuły się prawie jak na wakacjach. Zostało im już tylko znaleźć samolot, usiąść wygodnie i przespać drogę do Egiptu. Przy wyjściu na płytę lotniska pracownik wskazał im jednak autobus stojący tak daleko, że początkowo uznały go za element krajobrazu.
— Pięćset metrów? — zdziwiła się Anka, oglądając trasę za ogrodzeniem. — Nie można go było podstawić bliżej?
— Pewnie za bliższy przystanek jest dopłata — mruknęła Halina. — Chodź, bo jeszcze nam odjedzie.
Ruszyły po oznaczonym przejściu, stukając obcasami o beton. Wiatr szarpał Ance włosy, a Halina wciąż poprawiała torbę podręczną, którą po przymusowej przeprowadzce grubej książki ledwie domykała. Kiedy wreszcie dotarły do starego Autosana z wielkim czerwonym pomidorem namalowanym na boku, kierowca niecierpliwie otworzył drzwi. Weszły razem z resztą pasażerów i przytrzymały się poręczy.
Autobus ruszył, zatoczył szeroki łuk i następnie przejechał dokładnie obok wyjścia z terminala, z którego przed chwilą kazano im iść pół kilometra.
— Widzisz? — Anka wskazała szybę. — Przecież mogłyśmy wsiąść tutaj!
— Widocznie wtedy przejazd byłby za krótki, żeby go nazwać transferem.
Anka chciała odpowiedzieć, lecz jej uwagę przyciągnęło lusterko nad przednią szybą. W odbiciu zobaczyła twarz, którą rozpoznałaby nawet z zamkniętymi oczami. Ta sama utleniona blondynka, ten sam wściekle czerwony uniform i uśmiech tak szeroki, jakby za każdy pokazany ząb otrzymywała premię.
— Halina, tylko się nie odwracaj. Harpia prowadzi autobus!
Halina odwróciła się natychmiast. Blondynka z okienka odprawy i stanowiska przy bramce siedziała teraz za kierownicą Autosana. Spojrzała w lusterko, rozpoznała obie pasażerki i nacisnęła hamulec z taką wprawą, że cały autobus przesunął się ku przodowi. Halina oparła się plecami o cudzą walizkę, Anka wpadła na mężczyznę z aparatem fotograficznym, a torby podręczne wykonały pod siedzeniami krótką, lecz gwałtowną podróż. Nim ktokolwiek odzyskał równowagę, kierowczyni dodała gazu. Stary silnik zaryczał, zostawiając za pojazdem chmurę spalin, a pasażerowie odkleili się od przedniej części autobusu i powędrowali z powrotem. W lusterku blondynka nadal się uśmiechała.
— Ona robi to specjalnie — wysapała Anka, ściskając poręcz oburącz.
— Nie gadaj, bo jeszcze raz zahamuje. Dobrze, że pas lotniska nie ciągnie się aż do Warszawy.
Po kilku następnych szarpnięciach Autosan zatrzymał się przy samolocie. Halina i Anka wysiadły niemal na czworakach, z wdzięcznością przyjmując fakt, że tym razem pod kołami znalazł się postój, a nie kolejny zakręt. Wąskie schodki prowadziły do otwartych drzwi maszyny. Przy ich podstawie stał Nimal, znajomy pilot ze Sri Lanki, z czapką pod pachą i szerokim uśmiechem.
— O, piękna panie! Ja mówić, że razem lecieć! — zawołał, machając do nich obiema rękami.
Anka, która po autobusowej przejażdżce próbowała odzyskać równowagę, poprawiła bluzkę. Spojrzenie Nimala natychmiast powędrowało w stronę jej dekoltu. Przez chwilę białka jego oczu pracowały tak niespokojnie, jakby właśnie trafił w turbulencje, chociaż samolot stał nieruchomo.
— Anka, zakryj cycki — syknęła Halina, chwytając koleżankę pod ramię. — Pilotowi już ślepia latają. Jeszcze nie wystartowaliśmy.
Na szczycie schodków obie zatrzymały się przed wejściem. Halina pierwsza przekroczyła próg i rozejrzała się po kabinie. Spodziewała się foteli z reklam biura podróży, szerokich i miękkich, w których człowiek mógłby przesiedzieć kilka godzin bez myślenia o kręgosłupie. Zamiast nich zobaczyła rzędy twardych siedzeń przykręconych do podłogi. Metalowe poręcze oraz wytarte obicia przypominały autobusy, którymi jeździła kiedyś do szkoły. Na jednej z blaszek przy śrubach ktoś pozostawił napis: „Komunikacja podmiejska Wrocław. Ikarus. 1979”. Halina nachyliła się, żeby sprawdzić, czy dobrze przeczytała, ale litery wyglądały na dostatecznie stare, aby nie było potrzeby ich podrabiać.
— Anka, tu są siedzenia z Ikarusa.
— Może mają wspólny magazyn z tym Autosanem — odpowiedziała koleżanka, wciąż stojąca w drzwiach.
Halina miała już powiedzieć coś o oszczędnościach przewoźnika, kiedy dostrzegła osobę oczekującą w przejściu. Wściekle czerwony kostium, rajstopy i wysokie szpilki wyglądały znajomo po wszystkich spotkaniach z personelem „Easy Tomato”. Obsługująca pasażerów postać była jednak mocno zbudowanym mężczyzną po pięćdziesiątce, z gęstą brodą i długimi włosami. Odchylił głowę, odgarnął włosy ruchem godnym bohaterki reklamy szamponu i uprzejmie wskazał im miejsca. Halina spojrzała na Ankę, ale ta była zajęta szukaniem numeru rzędu na bilecie.
Na pokładzie odkryły kolejną cechę taniego podróżowania: miejsca przydzielono im w różnych rzędach. Anka chciała zamienić się z mężczyzną siedzącym obok Haliny, lecz ten wyjaśnił, że zapłacił dodatkowo za miejsce przy oknie i nie zamierza poświęcać widoku dla dwóch kobiet, które widywały się codziennie w pracy. Po kilkunastu minutach Anka pogodziła się z losem. Usiadła za Haliną i od czasu do czasu wychylała się nad oparciem, żeby przekazać jej wiadomość, której nie chciała wysyłać przez telefon.
Samolot był pełen. Dziecko po drugiej stronie przejścia oglądało bajkę na głośniku, ktoś próbował wcisnąć do schowka torbę większą od schowka, a brodaty steward tłumaczył starszemu panu, że bez względu na rodzaj wycieczki pas trzeba zapiąć przed startem. Halina zamknęła oczy, licząc na sen, ale po kilku minutach z tyłu dobiegł ją głos Anki.
— Powiedz, czy my w ogóle będziemy mogły pić wino do śniadania?
Halina odwróciła głowę. Spomiędzy oparć wychylała się Anka, z miną doskonale znaną ze wspólnego przeglądania firmowych kont.
— Możesz nawet do owsianki. Tylko nie oczekuj, że będę cię nosić po schodach.
— Pytam, bo przecież będziemy na urlopie. Nie zamierzam od rana przejmować się opinią ludzi, których nigdy więcej nie zobaczę.
Brodaty steward zakończył prezentację zapięcia pasów, sprawdzając po kolei, czy klamry z Ikarusów nadal działają. Jedna miała tak oporny zatrzask, że pasażer z trzeciego rzędu musiał przytrzymać go obiema rękami. Steward pomógł mu z wprawą, poprawił czerwony żakiet i przeszedł do kabiny personelu. Niebawem gdzieś pod sufitem zatrzeszczały głośniki.
— Szanowne pani, panie i panowi. Witać was mnie w mojej taksówka…
Głos urwał się w połowie zdania. Z kabiny dobiegł szelest papierów, a następne słowa rozeszły się po kabinie w znajomej, łamanej polszczyźnie.
— Moja tir Scania, przepraszam. Ja być… autobusa…
Znów rozległo się przekleństwo, tym razem zupełnie poprawne po polsku. Coś upadło, ktoś inny westchnął ciężko, a brodaty steward, który akurat wrócił do przejścia, uniósł oczy ku sufitowi i zniknął za drzwiami kabiny pilotów. Mikrofon pozostał otwarty. Cały samolot usłyszał wyraźne:
— W mordę chcesz? Daj tę właściwą kartkę!
Anka wychyliła się nad oparciem i złapała Halinę za ramię. Obie rozpoznały głos Nimala, choć z trudem uwierzyły, że to właśnie jego miały za chwilę powierzyć własne życie. Trzask w głośnikach oznajmił powrót kapitana.
— Już mieć dobra papier. Witać was mnie na pokład linia lotnicza Easy Tomato, trasa Wrocław, Kair w Egipta. My mieć pogoda dobra i będziemy na miejsca za sześć, może osiem godzina. Potem luksusowa autobus naszych linia El Tomato zabierać was do piękna plaża, palma i morze. Dziękować za wybór moja samolot.
Ktoś kilka rzędów dalej zapytał, czy kapitan wie przynajmniej, o której godzinie wystartują. Pytanie pozostało bez odpowiedzi. Maszyna ruszyła, skrzypiąc przy każdym zakręcie tak, jakby mechanicy przed odlotem zapomnieli o kilku śrubach. Halina ścisnęła podłokietnik pochodzący prawdopodobnie z autobusu numer 135, a Anka odnalazła w telefonie modlitwę, którą pamiętała z pogrzebu babci. Przy rozpędzaniu samolotu dołączyli do niej również pasażerowie deklarujący wcześniej całkowitą obojętność wobec spraw ostatecznych.
Start okazał się gwałtowny. Fotele zatrzęsły się, coś zadzwoniło pod podłogą, a znajdująca się nad Haliną klapka schowka otworzyła się na moment, po czym zamknęła pod ciężarem upchniętej torby. Dopiero gdy spod skrzydeł zniknęły ostatnie zabudowania Wrocławia, Anka odłożyła telefon. Przez pierwszą godzinę siedziały w napięciu, wsłuchując się w każdy nieznany odgłos. Później trzaski i piski stały się na tyle znajome, że pasażerowie zaczęli nawet rozmawiać o pogodzie.
Nimal ponownie uruchomił mikrofon. Tym razem przeczytał właściwą kartkę bez dłuższego poszukiwania.
— Linia Easy Tomato dbać o pasażera. Za chwila personel rozdawać słodka przekąska i napój. Wszystko dla wygoda klienta.
Kotara przy końcu przejścia odsunęła się z rozmachem. Brodaty steward wyłonił się z niej w całej czerwieni firmowego stroju, trzymając wielką torbę cukierków miętowych. Szpilki stukały między siedzeniami, kiedy z powagą właściwą wręczaniu odznaczeń wkładał każdemu pasażerowi do ręki po jednej miętówce. Nawet mężczyzna, który próbował odmówić, szybko zmienił zdanie po spojrzeniu, jakie otrzymał spod gęstych brwi. Przy drugim przejściu steward niósł pod pachą kilka zgrzewek małych butelek wody, rozdzielając je z tą samą uroczystą miną.
— To cała ta słodka przekąska? — spytała Anka, oglądając swój cukierek.
— Nie marudź. Mogły być połówki — poradziła Halina, odrywając papierek zębami.
Woda miała nieokreślony posmak, który przypomniał Halinie plastikową butelkę pozostawioną kiedyś przez Janusza w nagrzanym Wartburgu. Etykietę ktoś starannie zdarł, zostawiając na opakowaniu lepki pas kleju. Anka obracała własną butelkę, szukając daty przydatności, lecz znalazła jedynie głęboki odcisk palca w miękkim plastiku. Brodaty steward skończył obchód, usiadł na składanym siedzeniu z szeroko rozstawionymi kolanami i zaczął oglądać świeżo pomalowane paznokcie.
Niedługo potem otworzyły się drzwi kabiny pilotów. Nimal wyszedł w mundurze, niosąc pod pachą kolorową gazetę, i rozejrzał się, czy toaleta jest wolna. Zauważywszy skupione na sobie spojrzenia pasażerów, uśmiechnął się jeszcze szerzej niż na lotnisku.
— Nic się nie bać, piękne pani. Długa droga, ja mieć auto pilot.
Dla uspokojenia podróżnych wyciągnął z kieszeni szary pilot z gumowymi przyciskami. Halina miała kiedyś niemal identyczny przy starym magnetowidzie. Pamiętała nawet charakterystyczny czerwony przycisk z napisem STOP i startą strzałkę przewijania. Nimal pomachał urządzeniem nad głowami pasażerów, schował je z powrotem i wszedł do toalety. Tuż przed zamknięciem drzwi Anka dostrzegła okładkę gazety przedstawiającą nagą blondynkę na tle samochodu sportowego.
— Wiesz, co on czyta? — szepnęła do Haliny.
— Wolałabym, żeby przeczytał instrukcję samolotu.
Brodaty steward nawet nie spojrzał w stronę toalety. Rozparł się wygodniej, zerknął na zegarek i poprawił paznokieć u małego palca, jakby od dawna wiedział, że w Easy Tomato najlepiej nie zadawać pytań.
Kiedy Nimal wreszcie opuścił toaletę, przez samolot przeszedł szmer ulgi. Po rozdanej wszystkim wodzie chętnych do skorzystania z WC przybywało z każdą minutą, a kapitan zajmował jedyną kabinę sanitarną tak długo, jakby oprócz gazetki zabrał ze sobą również drugie śniadanie. Teraz między siedzeniami ustawiła się kolejka sięgająca niemal do połowy maszyny. Ludzie przesuwali się po kilka kroków, trzymając za oparcia foteli, które przy każdym ruchu samolotu skrzypiały jak reszta wyposażenia.
Halina stanęła za mężczyzną w koszuli z palmami i po dziesięciu minutach dotarła do składnego fotela zajmowanego przez osobę z pokładowej obsługi. Brodaty steward siedział w czerwonym żakiecie, przyglądając się paznokciom. Halina lubiła nawiązywać rozmowy z ludźmi, a poza tym zaczynała mieć dosyć oglądania potylicy mężczyzny przed sobą.
— Przepraszam panią, daleko jeszcze?
— Nie jestem panią — odparł steward, odchylając głowę i poprawiając włosy.
Halina zawahała się tylko na chwilę. Strój i broda od początku stanowiły dla niej zagadkę, więc uznała, że dobrze się składa, iż sprawę wyjaśniono.
— A, to przepraszam. W takim razie proszę pana, kiedy będziemy na miejscu?
— Nie jestem panem!
Zanim Halina zdążyła znaleźć trzeci sposób zwracania się do personelu, steward dostrzegł na własnym kolanie niewielką dziurkę. Złapał za rajstopę, ale oczko ruszyło w dół i z każdym pociągnięciem odsłaniało następny odcinek owłosionej łydki. Szarpnął materiał jeszcze raz i rozdarcie dotarło wysoko pod czerwony kostium.
— No pięknie. Znowu mi oczko poszło. Jak człowiek ma wyglądać przy pasażerach?
Halina zerknęła na wielką dziurę, potem na twarz stewarda. Nie chciała już zgadywać.
— To jak mam się do… do obsługi zwracać?
— Mam kryzys tożsamości — oznajmił steward, po czym przyłożył zewnętrzną stronę dłoni do czoła i odchylił głowę w geście, który Halina pamiętała z przedwojennych melodramatów. — Rano jestem kobietą, pod wieczór mężczyzną, a teraz jestem ono. Najgorzej, kiedy zmieniamy strefy czasowe. Wtedy hormony szaleją i co godzinę wychodzi mi coś innego. Aktualnie jestem ono.
Po tej deklaracji skierował wzrok ku sufitowi, być może szukając tam instrukcji na następny etap lotu. Halina skinęła głową. W księgowości miała rubryki na rzeczy znacznie mniej skomplikowane i zamierzała pozostawić tę kwestię bez dalszych pytań.
Za jej plecami dreptał chłopiec w krótkich spodenkach. Kolejka prawie się nie poruszała, więc co pewien czas przestępował z nogi na nogę, patrząc z rosnącym niepokojem na drzwi toalety. W końcu pociągnął mamę za rękaw.
— Mamo, a w samolocie jest taka rura na siku? Wszyscy tam wchodzą, więc gdzie ono potem leci? Do jakiegoś zbiornika?
Kilka osób odwróciło głowy. Jego matka zaczęła szukać odpowiedzi, brodaty steward zajmował się resztką rajstopy, a Halina ze zdziwieniem stwierdziła, że sama nigdy się nad tym nie zastanawiała. Chłopiec nie doczekał się wyjaśnienia, bo właśnie otwarto drzwi i kolejka posunęła się naprzód.
Kiedy przyszła jej kolej, weszła do ciasnej kabiny, zamknęła drzwi i podniosła deskę sedesową. Pod spodem zobaczyła metalowy kołnierz, a w jego środku otwór, przez który przemykały strzępy chmur. Zajrzała jeszcze raz, ostrożniej. W dole nie było żadnego zbiornika, pompy ani nawet kawałka rury. Przypomniały jej się stare wagony kolejowe, w których nad ubikacją wisiała tabliczka zakazująca korzystania z toalety podczas postoju na stacji. Easy Tomato najwyraźniej przejęło rozwiązanie wraz z całą filozofią oszczędzania, tyle że tutaj pod spodem nie było torów.
Halina wyprostowała się, rozważając, czy woda z pozbawionej etykiety butelki była warta takiego doświadczenia. Z kabiny wyjrzała dopiero wtedy, gdy ktoś zaczął niecierpliwie stukać w drzwi. Chłopiec czekał tuż za progiem i natychmiast zapytał:
— I gdzie to leci?
— Lepiej nie patrz przez okno — odpowiedziała, przepuszczając go do środka.
Kiedy kolejka do toalety wreszcie się przerzedziła, wózek z płatnymi napojami zatrzymał się przy ich rzędach. Anka zamówiła kieliszek wina i zapytała, czy jest w cenie all inclusive. Brodaty steward uprzejmie wskazał terminal płatniczy. Halina, która zdążyła już przeliczyć koszt dwóch filiżanek kawy i kanapki, schowała portfel głębiej do torby. Ustaliła, że pierwszego darmowego drinka wypije dopiero w Egipcie, choćby miała wejść z nim do pokoju zamiast rozpakowywać walizkę.
Dalsza część lotu upływała spokojniej, przynajmniej jeśli za spokój uznać nieustanne skrzypienie foteli i wzajemne przepraszanie się pasażerów, którzy co jakiś czas szturchali sąsiadów, szukając miejsca dla kolan. Po kilku godzinach siedzenia na autobusowej tapicerce Halina zaczęła rozumieć, czemu w miejskich Ikarusach człowiek wolał stać, nawet jeśli wszystkie miejsca były wolne. Anka, od początku podróży wierna postanowieniu, że nic nie popsuje jej nastroju, podłożyła pod siebie zwiniętą bluzkę. Wytrzymała na niej kwadrans.
— Jeśli jeszcze trochę polecimy, odcisną mi się na tyłku numery linii autobusowej.
Halina chciała sprawdzić własne siedzenie, kiedy z głośników odezwał się Nimal. Tym razem nie szeleścił kartkami, a mimo to słuchacze mogli odnieść wrażenie, że zapowiada transport ziemniaków.
— Drodzy pasażera, Easy Tomato troszczyć się o wygoda wasza. Teraz można dokupić opcja premium za dwadzieścia złoty. Duży komfort podróż i ekstra poczęstunek. Nasza linia zawsze myśleć o klient!
W kabinie rozległo się poruszenie. Kilka osób zaczęło rozglądać się za wolnymi fotelami, a mężczyzna siedzący obok Haliny zapytał, czy premium oznacza przeniesienie do pierwszej klasy. Pytanie pozostało bez odpowiedzi, ponieważ właśnie odsunęła się kotara i w przejściu stanął brodaty steward, prezentując na wyciągniętej dłoni niewielką, wytartą poduszkę. Do poszewki przyklejono karteczkę z ceną: 20 zł. Obrócił poduszkę w jedną, potem w drugą stronę, sunąc wzdłuż rzędów jak dziewczyna pokazująca numer rundy na bokserskim ringu.
— To jest ta pierwsza klasa? — zainteresowała się Anka.
— Nie widzę nic o pierwszej klasie — odparła Halina. — Jest napisane premium. Nie muszą być takie same.
Wracając, steward ciągnął już worek pełen identycznych poduszek. W drugiej ręce niósł wiklinowy koszyczek, podobny do kościelnej tacy. Zatrzymywał się przy chętnych, pobierał pieniądze i wydawał po jednej poduszce, którą należało sobie samodzielnie ułożyć na siedzeniu. Halina policzyła, ile można zarobić na samolocie pełnym ludzi z obolałymi pośladkami, i aż się odwróciła, żeby obejrzeć cały rząd. Niemal wszyscy kupowali.
— A gdzie ekstra poczęstunek? — upomniała się Anka, kiedy przyszła jej kolej.
Steward wsunął dłoń do czerwonej kieszeni, wyjął małą paczuszkę słonych paluszków i otworzył ją zębami. Rozciągnął się w przejściu, częstując każdego nabywcę poduszki jednym paluszkiem. Pasażer przy oknie poprosił o drugi, ponieważ pierwszy złamał mu się w palcach, lecz usłyszał, że dodatkowe porcje nie należą do pakietu.
Anka położyła poduszkę na fotelu z ostrożnością należną delikatnemu sprzętowi medycznemu. Poprawiła ją dwukrotnie i po kilku minutach uznała, że jest odrobinę wygodniej. Halina odmówiła zakupu, ale skorzystała z chwili, kiedy sąsiad wstał do toalety, żeby położyć się bokiem na obu siedzeniach. Steward popatrzył na nią z dezaprobatą. Ponieważ nie potrafił znaleźć w cenniku opłaty za leżenie bez poduszki, poszedł dalej.
Gdy zbliżała się zapowiedziana przez Nimala szósta godzina lotu, za oknem pojawiło się morze, a dalej jasny pas lądu i drogi wcinające się w pustynię. Anka niecierpliwie wypatrywała lotniska. Nimal milczał tak długo, że zaczęto podejrzewać, iż ponownie szuka właściwej kartki. W końcu mikrofon zatrzeszczał.
— Drodzy pasażera, być mała zmiana plan. My nie trafić lotnisko Kair. Mapa leżeć odwrotna strona, a tu na niebie nie ma przystanka, żeby zawrócić. Lądować na lotnisko inne. Easy Tomato organizować transport do kurort nad morze. Wszystko pod kontrola!
— Mówiłam ci, że niepotrzebnie kupowałaś premium — mruknęła Halina.
Z poduszki premium Anka próbowała dostrzec coś za oknem.
— A może to lotnisko inne jest bliżej hotelu?
— Na razie wiemy, że jest gdzieś na ziemi. To już coś.
Samolot obniżał lot, zataczając nad pustynią szeroki łuk. Z okien zniknęły drogi, a pojawiły się niewielkie zabudowania i długi, jasny prostokąt, który przypominał raczej wyschnięte jezioro niż pas startowy. Maszyna przyziemiła z takim łoskotem, że w przednim rzędzie podskoczyły wszystkie poduszki premium. Kilka osób zaczęło klaskać, ale szybko przerwały, bo samolot nadal podskakiwał po nierównościach. Kiedy wreszcie się zatrzymał, za oknami nie było ani rękawa lotniskowego, ani autobusu, ani nawet człowieka z chorągiewkami. Po klepisku biegł pies, usiłując dogonić własny cień.
Nimal podziękował pasażerom za zaufanie. Brodaty steward, który przy lądowaniu musiał przytrzymywać drzwiczki szafki, otworzył wyjście i ruchem ręki zaprosił wszystkich na pustynię.
— Mówiłaś, że lecimy do Egiptu — przypomniała Anka, schodząc po stopniach.
— A nie jesteśmy? — Halina spojrzała na piasek, palmy w oddali i tabliczkę z arabskimi napisami. — Na Wrocław mi to nie wygląda.
Na skraju klepiska czekały dwie ciężarówki z pomidorami wymalowanymi na drzwiach. Z jednej wystawały kozie łby, w drugiej gdakały kury. Kierowca pierwszej wskazał turystom drewniane ławki ustawione między zwierzętami, a drugi mężczyzna zaczął zbierać bagaże do osobnej, osłoniętej plandeką części skrzyni. Easy Tomato spełniło obietnicę zapewnienia dalszego transportu. W reklamie nie napisano jedynie, że pasażerowie mogą liczyć na towarzystwo żywego inwentarza.
Halina zerknęła na samochody, na Ankę z poduszką premium pod pachą i na kozę, która właśnie zaczęła przeżuwać róg czyjegoś folderu turystycznego.
— No to zaczęły się wakacje.
Gdy otrząsnęły się z lądowania, Halina odnalazła w torebce telefon. Napisała Januszowi, że doleciały, choć powstrzymała się od opisywania pasa startowego i kozich pasażerów. Odpowiedź przyszła prawie natychmiast: „Uważaj na siebie. I sprawdzaj, co pijesz”.
Uśmiechnęła się do ekranu. Nie wiedziała jeszcze, że jej mąż od kilku godzin ćwiczył przed lustrem zdejmowanie okularów przeciwsłonecznych tak, żeby nikt go nie rozpoznał.
5. WALIZKA W SYSTEMIE
Na prowizorycznym lotnisku wciąż unosił się pył, który osiadał na ustach i włosach. Anka zdjęła okulary w kształcie serduszek, rozejrzała się po okolicy i z wyraźnym zadowoleniem oznajmiła, że przynajmniej pogoda zgadza się z folderem. Halina, wciąż trzymająca torbę podręczną, wskazała ciężarówki i przypomniała koleżance, że przed nimi jeszcze droga do hotelu.
Formalności graniczne odbywały się pod wiatą. Przy stoliku siedział funkcjonariusz z pieczątką, obok stał wiatrak obracający się wyłącznie wtedy, gdy ktoś pchnął go ręką. Anka miała przygotowane w telefonie kilka zdań po angielsku, lecz mężczyzna obejrzał ich paszporty, przybił stemple i wskazał wyjście. Poczuła się zawiedziona.
— Nawet nie zapytał, po co przyjechałyśmy.
— Dobrze, bo co byś mu odpowiedziała? Że szukasz miłości w promocji last minute?
— Zapytałabym, czy ma wolnego brata.
W tej samej kolejce, kilka osób za nimi, niemiecki turysta usiłował okazać funkcjonariuszowi folder ze zdjęciem piramidy zamiast paszportu. Przez cały lot ściskał oba dokumenty razem i teraz wyciągnął niewłaściwy. Przy drugim stoliku urzędnik wachlował ostemplowane kartki, a stojący obok wiatrak pozostawał nieruchomy. Halina nie umiała rozstrzygnąć, czy urzędnik suszy tusz, czy w ten sposób walczy z upałem.
Za wiatą rozciągał się plac, na którym upał trzymał się ziemi tak mocno, że nawet buty na obcasie wydawały się w nim niepotrzebnym luksusem. Ludzie rozchodzili się ku pojazdom, osłaniając głowy papierami, kurtkami i poduszkami kupionymi w samolocie. Anka obejrzała tę swoją, wytartą na jednym rogu, i przyznała, że jeszcze nigdy nie kupiła za dwadzieścia złotych czegoś, co podczas urlopu mogłoby mieć tyle zastosowań. Teraz trzymała ją nad głową jak daszek. Halina odmówiła przyznania poduszce statusu parasola, bo jej zdaniem w upale człowiek powinien przynajmniej wiedzieć, za co płaci.
Bagaże leżały w cieniu pod plandeką zdjętą z przyczepy. Walizka Anki pojawiła się pierwsza, a czarny bagaż Haliny z czerwoną wstążką przy uchwycie wydobyto spod kilku plastikowych skrzynek. Wstążkę przywiązał Janusz poprzedniego wieczoru, przekonany, że wszystkie czarne walizki są do siebie podobne. Halina przyznała mu w myślach rację, choć nie zamierzała opowiadać mu o tym przez telefon.
Przy ciężarówkach kręciło się kilku pomocników z identyfikatorami firmy organizującej transport. Jeden z nich, młody mężczyzna w jasnej koszuli, miał włosy starannie ułożone żelem i uśmiech, którym zapewne witał każdy samolot, niezależnie od pory lądowania. Podszedł do Haliny i wyciągnął rękę po jej walizkę.
— Luggage, madam? Hotel? Ja pomóc.
Halina odruchowo przytrzymała uchwyt, ale mężczyzna pokazał identyfikator z pomidorem i nazwą agencji. Wskazał miejsce na bagaże za szoferką, odsunął kozę próbującą podgryźć pas mocujący i z wprawą uniósł walizkę. Anka, ciągnąca własną torbę między kamieniami, spojrzała na koleżankę z zazdrością.
— Mogłaś mu jeszcze dać rękę do pocałowania.
— Chciał pomóc, to pomaga. Tobie też nikt nie zabrania.
Pasażerowie zajmowali drewniane ławki w ciężarówkach. Ubrana w letnią sukienkę kobieta próbowała negocjować miejsce z kozą, która wcześniej położyła się na środku siedziska i nie zamierzała ustąpić. Halina z Anką trafiły do pierwszego pojazdu, między rodzinę z dwójką dzieci a mężczyznę trzymającego klatkę z kurami. Podłogę zasypano słomą. Anka uznała, że wygląda to przynajmniej ekologicznie, ale w tej samej chwili koza stojąca za nimi kichnęła jej prosto we włosy.
Na pace znalazły się dwie rodziny, troje samotnych turystów i miejscowy mężczyzna z koszem, który przez całą drogę usiłował utrzymać pokrywę, ponieważ coś w środku wyraźnie miało inne plany. Kierowca nie żądał biletów. Wystarczało mu, że wszyscy zmieścili się za metalową barierką. Załadowanie bagaży trwało dłużej, ponieważ walizki turystów trzeba było rozdzielić od worków z paszą i skrzynek. Co pewien czas ktoś krzyczał z przodu nazwę hotelu, a człowiek z identyfikatorem powtarzał ją tak, jakby sam dopiero się jej uczył.
Anka usiadła na ławce i od razu uniosła kolana, bo spod słomy wystawał gwóźdź. Po przesunięciu się o kilkanaście centymetrów trafiła na najspokojniejszą kozę w całej ciężarówce. Zwierzę najpierw popatrzyło jej w oczy, potem przeżuwało coś z bezgraniczną cierpliwością, aż w końcu oparło brodę na jej udzie. Anka, która jeszcze w samolocie nie pozwalała nikomu dotykać swojej sukienki, teraz siedziała bez ruchu, obawiając się, że koza obrazi się i zacznie skakać po pasażerach. Halina zrobiła zdjęcie, lecz przy kolejnym wyboju aparat uchwycił jedynie nos zwierzęcia i połowę twarzy koleżanki.
— Skasuj to, wyglądam jak jej kuzynka.
— Spokojnie. Jak wrócimy, podpiszę: egzotyczny transport, pięć gwiazdek. Nikomu nawet nie przyjdzie do głowy, że to nasze wakacje.
Pod plandeką robiło się duszno, ale gdy ciężarówka pokonała pierwsze metry drogi, od strony pustyni napłynął ciepły podmuch. Był w nim pył drogi i suchy zapach słomy, nic podobnego do chłodnego, czystego powietrza obiecywanego przez katalog. Daleko po prawej stronie ciągnęły się jasne wzgórza, a za nimi widać było linię zabudowań. Anka pokazała je Halinie, chcąc wierzyć, że tam czeka ich hotel. Tym razem koleżanka nie miała ochoty się spierać. Po tylu godzinach podróży nawet widok zwyczajnego budynku z łazienką wydawał się obiecujący.
Przed wyjazdem z placu kierowca na moment zatrzymał ciężarówkę, żeby zamienić kilka słów z człowiekiem w jasnej koszuli. Ten obszedł samochód, poprawił plandekę nad bagażami i pomachał do pasażerów. Halina zdążyła dostrzec zwisającą spod materiału czerwoną wstążkę. Uspokojona odwróciła się, żeby zobaczyć, dlaczego Anka tak gwałtownie cofnęła nogi. Okazało się, że jedna z kur wysunęła łeb przez pręty klatki i zaczęła dziobać pasek jej sandała.
Przejazd trwał długo, lecz trudno było ustalić, ile kilometrów przejechali. Samochód podskakiwał na wybojach, pył wciskał się przez każdą szczelinę, a kozy zmieniały miejsca bez oglądania się na wykupione bilety. Anka usiłowała zrobić zdjęcie telefonem, jednak przy każdym naciśnięciu migawki ciężarówka trafiała w dziurę i zamiast pustynnego krajobrazu fotografowała własny łokieć. W końcu schowała aparat i zaczęła wypatrywać morza.
Przy jednym z postojów podwieziono kilku miejscowych pasażerów, a część bagaży przełożono do drugiego pojazdu. Halina nie wysiadała. Była przekonana, że ludzie z identyfikatorami wiedzą, co robią, zwłaszcza że z wielką pewnością wydawali sobie nawzajem polecenia. Starszy pan siedzący naprzeciwko twierdził, że ten sposób podróżowania przypomina mu wycieczkę szkolną sprzed pół wieku. Anka wyjaśniła mu, że przynajmniej teraz w cenie mają dodatkowo zwierzęta.
Na poboczu, gdzie zatrzymali się po wodę dla kierowców, stał mały stragan z pomarańczami i napojami chłodzonymi w metalowej skrzyni. Kierowca wysiadł i przez dłuższą chwilę targował się o dwie butelki, choć sprzedawca wskazywał cenę napisaną kredą na desce. Dzieci ucieszyły się z postoju, starsi pasażerowie prostowali plecy, a koza, która wcześniej zajmowała miejsce Anki, korzystając z nieuwagi wszystkich, dobrała się do papierowej torby z pieczywem. Dopiero głośne protesty niemieckiego turysty, właściciela torby, doprowadziły do interwencji.
Halina obserwowała przy tym pomocników pracujących przy bagażach. Jeden z nich poprawiał plandekę, drugi podnosił skrzynkę, a młody mężczyzna w jasnej koszuli przeniósł czarną walizkę z czerwonym paskiem w stronę drugiej ciężarówki. Na chwilę zobaczyła wstążkę, którą Janusz zawiązał na uchwycie. Chciała zawołać, lecz kierowca właśnie wezwał pasażerów do dalszej jazdy. Anka szarpała się z kozą o zwolnione miejsce, a Halina uznała, że skoro bagaże przepakowuje obsługa, pewnie wiedzą, dlaczego to robią. W każdym razie bardzo się przy tym spieszyli, co zawsze sprawiało wrażenie fachowości.
Kilka kilometrów dalej ciężarówka wtoczyła się na asfalt. Zniknęły wyboje, a wraz z nimi głośne szczękanie skrzynek. Za oknami przemknęły warsztaty samochodowe, sklep z oponami i stacja benzynowa, przy której ktoś mył luksusowe auto kawałkiem gąbki. Na skrzyżowaniu zobaczyły normalny autobus turystyczny, chłodny i przeszklony, z wygodnymi fotelami. Anka śledziła go wzrokiem, póki nie zniknął za zakrętem. Kierowca ich ciężarówki zatrąbił na niego serdecznie, jakby spotkał kolegę z tej samej branży, co wcale nie poprawiło jej humoru.
Gdy wreszcie ukazały się palmy i skrawek błękitnego morza, kierowca skręcił w szeroką ulicę prowadzącą między hotelami. Jedne wyglądały jak pałace, inne jak domy, które ktoś próbował wykończyć od strony ulicy, zapominając o pozostałych ścianach.
Na ostatnim odcinku drogi pojawiły się szerokie chodniki, równo przycięte krzewy i plansze z ludźmi uśmiechającymi się w białych szlafrokach. Za hotelowym ogrodzeniem sprzątano basen, a na tarasie turystki piły kawę. Wśród parasoli i zieleni życie toczyło się bez pośpiechu, jakby lotnisko z klepiskiem, Nimal i kozy należeli do innego kraju. Widok uspokoił Halinę: wreszcie coś zgadzało się ze zdjęciami w katalogu. Na końcu alei ukazała się brama ze złoconymi sfinksami i napisem „MARZENIE SUŁTANA”, pod którym błyszczało pięć gwiazdek.
Przy bramie Marzenia Sułtana ciężarówki zatrzymały się na wprost eleganckiego autokaru innego biura podróży. Z autokaru wysiadali goście w świeżych ubraniach, z papierowymi opaskami na nadgarstkach. Z ciężarówek wysiadali goście oprószeni kurzem i słomą. Dwaj portierzy w białych rękawiczkach patrzyli na obie grupy jednakowo uprzejmie, chociaż jeden z nich wyraźnie zawahał się, zanim podał Ance rękę. Kobieta miała na ramieniu poduszkę premium, a do sukienki przyczepiło się pojedyncze kurze pióro. Odczepiła je, wygładziła materiał i poprosiła portiera o pomoc przy zejściu, jakby wysiadała z limuzyny.
Przewodniczka z biura podróży czekała przy hotelu, najwyraźniej od dawna przyzwyczajona do tego, że transport Easy Tomato przyjeżdża wtedy, kiedy przyjeżdża. Powitała grupę informacją o godzinach posiłków i obowiązkowym spotkaniu organizacyjnym. Zanim zdążyła opowiedzieć o wycieczkach dodatkowo płatnych, Halina poszła odebrać walizkę.
Anka od razu sięgnęła po swój bagaż. Wśród kilku czarnych walizek Halina próżno szukała tej z czerwoną wstążką. Halina obeszła oba samochody, zajrzała pod ławkę, sprawdziła miejsce za szoferką, a na koniec poprosiła kierowcę o odsunięcie worka z karmą. W środku ciężarówki pozostały już tylko dwie kury, które przyglądały się jej z niezrozumiałą wyższością.
— Mojej nie ma.