E-book
1.37
drukowana A5
44.91
drukowana A5
Kolorowa
75.5
Gwiazda poranna wzejdzie w waszych sercach

Bezpłatny fragment - Gwiazda poranna wzejdzie w waszych sercach

2020


Objętość:
340 str.
ISBN:
978-83-8221-225-9
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 44.91
drukowana A5
Kolorowa
za 75.5

Frezja i dzban

Tych niewidzialnych okruchów przecież

nie da się pozbierać?

akuratny dzban na jedyną frezję niezwykłego dnia,

dzban kryształowy polski jak wiara w miłość,

rozbity o północy,

rozbłysnął w tak wielu promieniach kolejnego poranka,

kto pozbiera obraz frezji pokruszony?

kto sklei z cząstek dzban obdarowania

— wszystko przepadło?

w czasie można odnaleźć okruchy (duchy),

w czasie można odnaleźć symbole (idole),

w czasie można odnaleźć przyczyny i skutki

utraconej czułości spowitej w kir,

ja podejmuję się przywrócić strukturę kryształu,

gdyż widzę przed i po,

widzę skąd i dokąd,

chociaż w okruchach widzę ją i siebie,

wciąż widzę naszą czerwoną frezję na niebie

i jak mit dzban na dnie jasnego morza zauroczenia,

które jest jego jutrem dopełnieniem,

co przetrwa do nocy pojutrza?

Pandemia

Taka kostka do gry

kremowa z czarnymi kropkami,

taka niby nie okrągła, a jak się toczy, jak los,

Pan Bóg rzuca kostką losem,

kostka świat marny — przypadek,

rzuca kostką raz, drugi, trzeci,

Galaktyka, Pangea, Abraham,

Pan Bóg się uśmiecha,

kostka toczy się na powrót wprost do ręki Boga,

a on ją zatrzymuje i zaciska w dłoni,

porusza nią i znowu rzuca,

Pornografia, Holocaust, Pandemia,

zaczesuje do tyłu siwe włosy palcami,

poprawia jak grzebieniem rozwichrzoną czuprynę,

drugą rękę wyciąga przed siebie daleko,

by dosięgnąć jeszcze raz palca Adama Zrozpaczonego

wskazującym palcem Wszechwiedzącego


Ku zagładzie skostnienia

Rozkopany w starożytnym zakopanym Wrocławiu,

choć rozkochany w jego rozkwitach,

rozbrojony w rezerwacie jego wczesno wiosennej aury,

roznamiętniony rzeką i ptakami nad i pod mostami

przechadzam się uliczkami Ostrowa Tumskiego,

widzę, jak młodzi klerycy, dowcipkując,

zamiatają sutannami rozgrzany nowymi nadziejami bruk,

gdy jeden z nich potyka się przy pomniku św. Jana Nepomucena

— odwracam wzrok

Z Ogrodu Arcybiskupiego widzę, jak na drugim brzegu rzeki

na Bulwarze Dunikowskiego nietrzeźwy artysta z kumplami

oddają mocz po ludzku na jeden z mniej znanych

pomników wrocławskich: „Zalanym artystom”,

mający w pamięci pomnikową powódź w tym mieście

— odwracam wzrok

Na środku Odry pierwsza para kajakarzy kręci piruety niecierpliwe

(czyżby przylecieli dopiero z ciepłych krajów jak bociany?),

wymachując wiosłami, oddalają się od siebie i zbliżają,

gdy stykają się wreszcie burtami, chcą się pocałować,

wtedy on, przechylony zbytnio, wpada pod wodę,

ale przekręca się pod nią, by wynurzyć się z drugiej strony

— odwracam wzrok

Inna para młodych stażem małżonków przechodzi właśnie

mostem strzeżonym przez św. Jadwigę i św. Jana Chrzciciela,

choć jest on zamykany kłódkami serc, lecz nigdy

nie został zamknięty dla miłości,

ich pies, ciągnięty na smyczy, podnosi właśnie nogę

i obsikuje przęsło, a uryna leci

na płynące pod mostem dwa romantyczne łabędzie

— odwracam wzrok

Z ławeczki filmowców krótkometrażowo-reklamowych patrzę na dziecko,

które zjeżdża na linowej zjeżdżalni na Wyspie Bielarskiej,

dziecko zbliża się i zmienia nagle w Sweet Little Sixteen,

jakąś latkę zwisającą na drążku, tak wyciągniętą na rękach,

że dżinsowa spódniczka podsuwa się aż na biodra,

odsłaniając szczupłe nagie uda i bieliznę,

żeby nie wpaść pułapkę Chucka i nie skończyć w więzieniu, ja

— odwracam wzrok

Pod posągiem Sokratesa przymierzam moją obutą stopę

do bosej wielkopalcej stopy filozofa,

mój but taki mały jak budynek Uniwersytetu

za rzeką prześwitujący przez gałęzie pączkujących drzew,

małość logiki obutych i niezależności myślenia odzianych

widoczna gołym okiem nie tylko tu,

podczas gdy Leszek Czarnecki, nie do pomylenia

z Leszkiem Czarnym z Piastowiczów,

tych, co zakładali wrocławski gród,

prowadzi wykład w Auli Leopoldina, ja

— odwracam wzrok

Widzę pod drzewami na Wyspie Słodowej

grupkę młodzieży z gitarą, winem i jeszcze czymś,

co emituje zapach i dym,

grają i śpiewają Hey JoeSmoke on the Water rozanieleni,

tonący nie w Odrze, ale w kadzidłach z zielska

nie śląskiego, ale tropikalnego już pochodzenia,

gdy podchodzi do nich Straż Miejska, ja

— odwracam wzrok

Z bramy Uniwersytetu wychodzi śliczna dziewczyna,

kometa gęstych jasnych loków omiata jej plecy

w dżinsach i niebieskiej skórzanej kurtce,

z przewiązaną pod szyją czerwoną bandaną

(choć zupełnie nie country ani moto-girl),

szybko bieży do mnie jak Hagia Sophia — Mądrość Odwieczna,

z pobliskiego Ossolineum, chyba lwowskiego jeszcze, wychynęła ona,

wchodzi na most, rozpoznaje mnie z daleka

otoczonego wianuszkiem mew siedzących

na Powodziance i na poręczach wokół,

uśmiecha się i macha ręką do mnie,

wszystkie mewy jak na komendę — odwracają głowy

i patrzą na środek rzeki, gdzie ostatnia samotna biała kra

spływa Odrą wprost na pierwszą kataraktę,

za którą jest Memfis, miasto spotkania, zjednoczenia i Ptaha

(boga stwórcy, który stworzył człowieka z mocy serca i mowy),

czarna łyska na białej krze,

jak dowódca USS Nimitz, zawraca jednym skrzydła gestem,

ten lotniskowiec pod prąd pędzący na oślep

ku wiośnie — zagładzie skostnienia i zażenowania,

kra wpływa w odnogę Odry po to tylko, by roztopić się w czułości

Moja wina

Moja wina generuje potrzebę

ciągłego rozpościerania gigantycznych kopuł

modrych nad zielonymi pozłacanymi dolinami,

budowania konstrukcji w kształcie planetarium

wielkości Hagii Sophii albo Błękitnego Meczetu,

spod hełmów galaktyk chce wystawiać

zatopione w nierdzewnej stali

gigantyczne niebieskie cyfry czasu minionego

bezowocnie w mrowisku ludzkim

Trzecie ucho

Ze studni wiary jak z głębin morskich

wydobywam ucho ludzkie,

przykładam je do czoła,

przyrasta,

wychodzę na ulicę o świcie,

idę brudnym chodnikiem,

przystaję nad kratą kanału,

nasłuchuję tym trzecim uchem szeptów grzechu,

goni mnie moja poranna modlitwa,

pędząc ze świstem jak poranny ptak

przez zadżumione puste ulice i place,

już mnie dopadła, właśnie teraz:

„oczyścić się, oczyścić, oczyść się”,

ucho zmienia się w muszlę małży,

wiatr, dmąc w muszlę,

wydobywa z niej woli ryk jerychońskich trąb,

łzy spływają nagle po policzkach,

ciepło serca roztapia twarz i oczy

Belfegora,

Asmodeusza,

Ozyrysa

widniejące pod taflą mojego kwitnącego miasta,

tak, wiem, teraz mam troje uszu,

tym dodatkowym z otchłani ducha

słucham trwogi piekieł

przed Rezurekcją

Krasnale nierozpoznane

Skorzystaj ze skostniałych naigrawań

losowo wybranych krasnali

z naszości i obcości w kumulatywnie

rosnących oczekiwaniach na niezdolności

do pokazywania elementów klimatycznie skrajnych,

w naszości i obcości skrępuj duszne lata

olbrzymów niechcianych przez centra kinowe,

wyrywające się przed sprzedaż hamburgerów,

godząc w centra handlowo-gastronomiczne,

zausznicy średnio glebnych (średnio wygadanych) pozorantów

pomnikowości rozpierzchną się,

w ogóle nie patrząc ani nie wzywając pomocy,

od demiurgów cichnących w niszach alei piątej

o trzeciej trzydzieści po zmierzchu boga Sorosa,

gdy kwiaty wezwą kogoś do pokutowania w losu chaosie,

chyba niebieskie ptaki albo czerwone słonie,

wtedy naszość i obcość zmienią się w coś,

co przypomina olbrzymie krasnale dzisiaj,

krasnale rozpoznane i nierozpoznane

Balony peany

Znaki czasu sportretowane

w obiektywie zielonej koniczynki putinki

to te konie pożogi cwałujące na stadionach życia,

skręty gwałtowne i Marycha z Rumiankiem

za Narodowym jedynym,

zadość uczyniono Stalinowi pałacem,

a Wiejska w środku Warszawy

stała się ulicą Bydgoszczu,

znaki wymyślone przez Żubry i Tarpany

z czerwonymi zadami jak pawiany

na balkonie onego PKiN siedzi Tusk z Kwaśniewskim,

na palcach liczą gołębie i wrony,

gołębie kubizmu i wrony surrealizmu,

znaki czasu peany kolorowe balony

Demokracji trującym gazem wypełnione,

na zakończenie emisji serialu o Lechu Wu,

co się kulom kłaniał bez mała z tysiąc razy,

poza TVP jak Han,

wypuszczone z klatek Legii Gwardii Polonii

sport czasu sport rety


Dramat namiętności

Ileż to razy usta moje całowały

śliczne kolana krągłe, rozedrgane ubóstwieniem moim,

ile?

byłem szczęśliwy, nieszczęśliwy, szczęśliwy

Ileż to razy palce moje dotykały

delikatnie szorstkiej albo satynowej łydki

i zagłębiały się ciepło w pulchności jej,

przesuwając z emocjami międzyplanetarnymi

swoje kubki smakowe muśnięć w dół i w górę,

ile?

byłem szczęśliwy, nieszczęśliwy, szczęśliwy

Ileż to razy moje policzki rozgrzane

otulały uda roztkliwiającą stroną wewnętrzną

marsjańską nieskończonością delikatności,

ile?

byłem szczęśliwy, nieszczęśliwy, szczęśliwy

Ileż to razy moje ręce obejmowały gładkie pośladki

jak rozległe horyzonty kobiecej niepowściągliwości

wewnętrznie zapadające, ustępujące pod palcami,

co jak języki lawy wytapiały pożądanie

zastygłe wcześniej w kobiecości jak idol dla zapatrzonego,

ile?

byłem szczęśliwy, nieszczęśliwy, szczęśliwy

A teraz patrzę na swoją Batszebę

przysiadającą się do mnie w króciutkiej sukience,

gdy zakłada nogę na nogę,

i wiem, że to najpiękniejsze nogi na świecie,

przynajmniej w tej chwili nietuzinkowej emocji

w oczach moich, nie moich, moich

najpiękniejsze, długie nogi świata widzialnego,

najdłuższe piękności człowieczego świtu,

najświętszy przekaz długich promieni świetlnych

odbitych od nich, ich, od nich,

najświatlejszy nawrót piękna do nich

w mojej duszy,

jestem nieszczęśliwy, szczęśliwy, nieszczęśliwy

tak, nieszczęśliwy w moich okowach wartości,

duchu mój, ulatuj z kamienia żelaza ciała,

ulatuj, póki czas, odlatuj na Olimp bogiń nieskazitelnych w absolucie

i zostań tam daleko

od niebezpieczeństwa nóg pierwszych, rajskich, zakazanych,

zostań chrześcijańskim aniołem, Amorze w Aurorze czystości,

niech piękno Hesperyd i mojej Afrodyty

wykuje go w skalnej grani jak napis:

TO JEST DRAMAT (NAMIĘTNOŚCI)

Fale

Fale radiowe uderzają o brzeg

miejskiego urwiska zespolonych technicznych słów,

hiphopowcy podrygują, raperzy kicają

nad beczką, w której płonie marihuany snop,

oni, dwudziestoletni zabójcy kwiatów,

one, lilie zżęte mieczami buntów,

radio mlaska i siorbie, radio chlipie i łyka,

zdania domniemanych sprawców tych rzezi

Fale marszczą się na krawędziach krawężników,

zalewają autonielojalności snobów,

zakamuflowani robotnicy udają nierobotników,

wieżowce wąchają dym miejskich kadzideł, skłaniając się ku

marnościom świata tego z klocków Lego,

zmierzch hałaśliwy unosi się nawet nad drapaczami nieba

pod ścianami studenci udający docentów

piszą poezje nieszczęsne, nieczęste,

nieprofesorowie udają profesorów, tu

melorecytacje pociągów metra i autobusów,

melorecytacje pęczniejącej swoim rytmem nocy,

melorecytacje melo, melo, melo, metro,

w zakamarkach niezapomnianej,

choć nigdy niewybrzmiałej do końca,

miłości z urwiska

Skrzywienie wiosenne

Będzie się działo na powierzchni miast,

w snów osnowie jak w tłumów otulinie,

niby niechcianych cielesnych smakołyków zrobionych

z wszystkiego, co słodkie na planecie Warszawa,

a czemu to one mają służyć?

a temu, że wiosna nie zawsze wybucha

w samym sercu tylko,

my wiemy o tym, ale czy wszyscy młodzi?

wiosna wybucha w głowach łaknieniem ludzi,

najpierw w dużych aglomeracjach, stolicach,

puchnie z nimi na uczelniach, dworcach,

stacjach i w dyskotekach, pubach, pizzeriach,

potem rozrasta się wraz z dachami, ścianami po kres impresji

i sama przyroda już nic nie może uczynić, by to powstrzymać,

przyjmuje wszystkie cukiernie z bzami i lodziarnie z bukietami

i miliony na językach mają tylko bogobojne słońca jak marcepan,

wtedy do każdego człowieka przylatuje papierowy bocian

albo selfieprzylaszczka na YT, FB lub skowronek na Instagramie,

wszystko łka ze wzruszenia, zamiast śpiewać cienko,

chociaż może to tylko tak wygląda elektronicznie,

chociaż niby przyrodniczo się rozlewa, rozbawia seksem,

plutokracją rozległych ciepłych chmur,

prokreacją i emocją burzy piaskowej babki,

to zapewne tylko pola magnetycznie empiryczne

nachylonej Ziemi skrzywionej dla draki


Bezlistne buki

Bezlistne buki na czarnej tafli jeziora

zarastają całą przestrzeń jutra,

w mojej pamięci stają się

czarnymi tulipanami minionych wiosen,

a pamięć?

pamięć to już wiatr,

wiatr jakiś niezorganizowany,

skądś, skąd nikt nie ośmieliłby się przybyć,

a jednak!

wiatr potrąca harmonią cudu harfę nostalgii,

a fletnię smutku wypełnia tchnieniem dni, co odeszły,

jakżeż te płatki odrywa przedziwnie,

jak mści się na zaprzeszłym bezruchu,

odpadają jak płaty rdzy od grodzi ostatnich,

ratunkowych w kosmicznym pojeździe Nostromo,

który tonie w czasie,

i wpadają do wody,

czarne płatki unoszą się na czarnej tafli jeziora,

jeszcze nie jak łódka Charona, lecz jak okręty Jazona,

i wtedy dobiega muzyka

do uszu opisujących rozpoznanymi szeptami

moje dzieje, wrażenia

emisariuszy jutra z Nostromo —

— In Memory of Elizabeth Reed,

Black Magic Woman — Third Stone from the Sun,

więc kamień jest już jeziorem, kwiatem, dźwiękiem, wierszem,

szlachetnym powiewem pamięci (o) wszystkim, co dobre,

bo kamień przenika jak pleśń, jak słoneczny wiatr,

bo kamień przerasta wszystko,

unieśmiertelnia kosmos stygnący w mojej ręce,

w mojej wczorajszej opowieści z lodu i mchu

Co z tobą?

Jeżeli ktoś zapyta,

co z wami? co z nimi?

nie czekaj, uciekaj,

jeżeli ktoś zapyta,

co z Polską? co ze światem?

nie czekaj, uciekaj,

jeżeli ktoś zapyta,

co z tobą?

odpowiedz — nie lękaj się, stwarzaj,

pozostań poza światem jak ja

Szczyt pokory

Zaskarbiłem sobie ciebie i twoją pomoc,

ona nadeszła niebawem na czas,

wcale nie odczułem skażenia górami laickimi

moich duchowych powinności,

chociaż odpadłem od stromej ściany powodzenia,

moja twierdza to mój szczyt (choćby na dnie), zdawało się

przezornie dźwigałem ciebie w sobie jak bezpieczeństwa plecak,

jak lin wiązkę na wszelki wypadek,

wypadło odpaść w sobotę, leciałem w dół w niedzielę,

przypadek wierności sprawił, że usłyszałem jeszcze, jak wzrasta jedna ze skalnic,

zanim uderzyłem głową o grań,

zaskarbiona pomoc nadeszła,

zablokowałaś karabinki, wbiłaś czekan, wyhamowałaś mój upadek,

kamień skarcenia uniósł się, by sięgnąć mego czoła

— nie sięgnął

ani ten na ziemi nie sięgnie,

ani ten lecący w kosmosie bezideowej ciszy,

jestem już uratowanym przyrodnikiem

regli i turni zatraty,

dojrzałym koneserem odwróconych gór,

patrzę teraz na mój skarb — szczyt pokory,

lecz nie wiem, kto kogo zaskarbił?

Z deszczu pod Ryn

Z deszczu pod Ryn,

z Rynu do Mikołajek

płynęliśmy Omegami z rozwianym długim włosem znakiem,

zamiast wiatrowskazów na wantach,

popijając wodą zza burt rozuroczenia nasze

i dojadając czekoladą Ewedel obiad ziemniaczany,

a gdy wiatr prawdy po burzy odszedł na wieczną wartę,

my, bosonodzy, na pomostach wciąż staliśmy na baczność

przed kolejnym generałem losu szkwałem

zmutowanym grzechem serc bitew echem

z „Bałtykiem” w ręce na Mazurach,

przemoknięci do krwi ostatniej,

mający wojny za nic

i Ryn za plecami

Tylko mi nie mów

Tylko mi nie mów, że

tylko mi nie mów, bo

tylko mi nie mów, aczkolwiek, no wiesz

— choć nie jesteś jeszcze dla mnie ciężarem

zrzucam cię z siebie, ale

wiem, co to księżyc na plecach,

wiem, co to gwiazdy na głowie,

wiem, co to ciężar słonecznego wiatru,

wewnątrz tego lekkiego ucisku na skronie

jest miłości siła ciążenia w swej istocie,

wiesz, że kochałem nie tylko ciebie,

więc nie mów tego, proszę,

popatrz na wagę, na wskazówkę,

na skalę czasoprzestrzeni,

zrzucasz mnie z siebie jak nicość,

gdzieś wewnątrz, gdy się kochamy,

nad ranem mówisz — bo bardzo cię cenię,

odchodzę

Beneath the Remains

Piorąc pieluchy w łazience, słucham Sepultury,

dawne obsesje torturują mnie znowu,

mimo iż jest już maj dziewięćdziesiątego pierwszego roku,

wciąż czuję na sobie wzrok czerwonego Al Capone,

chyba w znakach zodiaku ukryły się sierp i młot,

dziś rano chór kwiczołów przypomniał mi Chór Aleksandrowa,

zwiesiłem nos na kwintę nad pieluch grobem,

cóż, nie muszę się czuć wiecznie tak żywy jak Lenin,

mały księżyc zgasł, zasłaniając uszy przed riffami Cavalery,

róże czerwone swoje korzenie wyrwały

i odeszły na śmierć do Moskwy

jak zgrabna tancerka Degasa,

jak tancerka hiszpańska Trakla ognista,

Polska jeszcze tańcząca z kogutem w zębach,

w brzuchu agnostyckiej maszyny

hałaśliwie wyzwala się ze zła kosmosu układów magicznych


Dzieciństwa klucz

Dotknęła mojego uda swoim biodrem,

oparła głowę na moim ramieniu,

zaczęła czytać książkę w pociągu,

cel zniknął, tak jej, jak i mój,

pomyślałem, że to ona raczej zniszczyła cel, a nie ja,

sens samotności widoczny, przeżywany co dzień przepoczwarzył się

Przylgnęła ufnie taka delikatna, ciepła do szorstkiego kamienia,

w jaki zmieniała mnie ta podróż młodzieńcza,

tonąc powoli w niej, oddalałem się od bogiń przeszłości,

które nie mogąc dosięgnąć biczem moich pleców,

wpatrywały się bezradnie w płynącą po nich wczorajszą krew

Teraz ona otworzyła mój sen przed innym sinym tygrysem,

ona, która kiedyś Chrystusowi zostawiła swój adres,

wypaczająca jego Golgotę myślami o tym, że czeka go tylko ciągłe umieranie,

nie przypuszczała, że On odda go mnie na zmartwychwstanie,

teraz zastanawiam się, jak posiąść jej szkolne marzenia

i jak nie przestać jej kochać w paszczy tygrysa

Teraz przytulona do mnie, obejmująca mnie czule,

tak kochana jeszcze, a może na jutro obojętna,

nazywam ją już — dzieciństwa kluczem na niebie

Arie

Zespół koloraturowy przenośni

naznaczony zespołem uczuciowych nieznośności,

akcja akupunkturalna na przemian

w sercu, nodze, plecach, w harfie kręgów szyjnych,

a atonalność ust, języka, warg,

zniesienie bólu poprzez klocki lego palców

w lesie norweskim, gdy ciepło doskwiera,

płynie śpiew zakochanych nieosiągalnością

Ponętna niech zdobędzie się na

poprawienie wezgłowia w łożyskach

wierszy pod głową poety,

atonalność słów jak nagle zerwane struny harfy praw

bez podłości w skroniach,

ciągle małostkowości pożądania jej nóg,

zabrane pończochy i ona jest bez nich,

na karuzeli pomalowanych paznokci

w sukience się kręci,

bez bielizny nad trumną i kołyską wiersza

Poeta z zadartą głową gwiżdże arie,

prąd wyłączyli, zatrzymała się przed nim,

wyciągnęła rękę

poduszka wypadła mu spod głowy,

na zmartwychwstanie wiersza,

na wyklucie do końca i ozdrowienie bez łez,

z zamachem stanu na śmierć,

na cudowność jej stanu,

w dłoniach jego

Wieczorem wybaczamy wraz

Mieszkam z tobą tam,

gdzie gwałtem wzięta piekarnia wzywa chlebem brzask,

wyłaniające się z niebytu opłotki metropolii,

jej wciąż kurne biurowce i malwy na wszystkich skrzyżowaniach,

odkąd śnieg spadł na rzęsy twojej nocy,

w naszym czuwaniu pojawiła się odrobina ciepła,

co wieczór słyszymy marsz dzielnych zwycięskich legionów,

jeszcze rytm i pieśń ich jak dym snuje się po świt,

wąsy bojowników, piersi matek polskich, koronki sztandarów

w ten zimowy wieczór podziwiamy wspólnie na niebie,

od żywych gwiazd oddalają nas rzęsy i śnieg,

biały niedźwiedź robi sobie zdjęcie z wąsatym przywódcą,

potem defiluje naturalnie zgarbiony w kierunku alei,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 44.91
drukowana A5
Kolorowa
za 75.5