Przedmowa
Nieczęsto trafia się powieść, która od pierwszych stron działa jednocześnie na trzy rejestry: na nerwy, na sumienie i na intelekt. Jeszcze rzadziej zdarza się książka, która potrafi połączyć rytm rasowego kryminału z gęstością reportażu, psychologiczną przenikliwością i teologicznym niepokojem. Ta właśnie taka jest. To opowieść mroczna, gęsta, przejmująca, a zarazem zaskakująco precyzyjna w rozpoznawaniu mechanizmów zła. Nie chodzi tu wyłącznie o zbrodnię, choć zbrodnia stanowi oś fabularną. Chodzi o to, co zbrodnię poprzedza, co ją uzasadnia w oczach sprawcy i co zostaje po niej w ludzkiej pamięci. A to już obszar znacznie trudniejszy i znacznie ciekawszy niż samo pytanie: kto zabił.
Największa siła tej książki polega na tym, że nie zadowala się prostą konstrukcją sensacyjną. Owszem, mamy tu wszystko, czego czytelnik oczekuje od świetnego kryminału: narastające napięcie, konsekwentnie budowany szlak zbrodni, charyzmatycznego śledczego, ślady rozsiane z zimną wyrachowaną logiką, oraz coraz bardziej klaustrofobiczne poczucie, że mordercy są zawsze o krok przed tymi, którzy próbują ich zatrzymać. Ale pod tą warstwą pulsuje coś głębszego. To książka o tym, jak zło organizuje sobie język. Jak wchodzi w rytuał. Jak przywdziewa maskę wiary, troski, pocieszenia, bliskości czy niewinnej codzienności. I jak chętnie ludzie wierzą w te maski, zwłaszcza wtedy, gdy są samotni, porzuceni, zawstydzeni albo zwyczajnie zmęczeni życiem.
Autor bardzo dobrze rozumie coś, co od dawna wiedzą zarówno psychologowie sądowi, jak i teologowie zajmujący się złem moralnym: prawdziwe zło rzadko przychodzi z rykiem. Znacznie częściej przychodzi cicho. Przysiada się do stolika. Zadaje uprzejme pytanie. Przynosi herbatę. Oferuje duchową pomoc. Wysłucha. Nie oceni od razu. Da chwilowe poczucie ulgi. A potem zacznie przejmować język ofiary, jej pamięć, jej poczucie rzeczywistości i jej nadzieję. W tej książce właśnie to jest najstraszniejsze: nie sam akt zabijania, ale wcześniejsze rozbieranie człowieka z obron, z godności, z zaufania do własnych uczuć. Morderstwo fizyczne okazuje się tu często ostatnim, niemal technicznym etapem procesu, który zaczął się dużo wcześniej — od manipulacji, od odczytania cudzej samotności, od moralnej deprawacji przebranej za czułość lub duchowy autorytet.
Osobny podziw budzi sposób sportretowania pary sprawców. To jedne z bardziej przekonujących, a przy tym niepokojąco wiarygodnych postaci, jakie można spotkać we współczesnej polskiej prozie gatunkowej. Autor nie poprzestaje na prostym przeciwstawieniu „potwora” i „wspólniczki”. Dostajemy dużo bardziej złożony układ zależności: relację opartą na wzajemnym pasożytowaniu, rywalizacji, uzależnieniu i chorym współtworzeniu sensu. Ich wspólnota nie jest romantyczna, nie jest nawet klasycznie przestępcza. To rodzaj liturgii dwojga ludzi, którzy wzajemnie wzmacniają swoje najciemniejsze impulsy. On nadaje zbrodni pozór wzniosłości, obrzędu, metafizycznego znaczenia. Ona nadaje jej rytm, katalog, pamięć, materialną postać. On potrzebuje sceny. Ona potrzebuje zbioru. On chce panować. Ona chce zatrzymywać. W efekcie otrzymujemy portret zła nie tylko czynnego, ale również systematycznego — zła, które nie wybucha, lecz uprawia się je jak ogród.
I właśnie dlatego motyw grzybów okazuje się tak literacko nośny i tak przejmujący. To nie jest jedynie efektowny, makabryczny rekwizyt. To metafora całej opowieści. Grzyb w tej książce wyrasta z rozkładu, ale nie jest samym rozkładem. Jest jego cichym świadectwem. Jest tym, co rośnie tam, gdzie coś zostało zakopane, wyparte, przemilczane. Można powiedzieć, że cała ta historia jest właśnie o takich miejscach w człowieku i w społeczeństwie — o piasku, pod którym zalegają rzeczy, o których wolelibyśmy nie wiedzieć. O tym, że natura przyjmuje wszystko: śmierć, kłamstwo, pychę, przemoc, i przerabia je na pozornie niewinne formy. To szczególnie mocny obraz w epoce mediów społecznościowych, kiedy nawet ślad po zbrodni może zostać podany w estetyce hobby, lokalnej ciekawostki albo niewinnego zdjęcia z wycieczki.
Warto zatrzymać się przy jeszcze jednym walorze tej książki: przy znakomitym wykorzystaniu pejzażu. Polskie Wybrzeże zostało tu pokazane w sposób daleki od folderowej tandety. Nie ma tu wakacyjnej pocztówki, nie ma banalnej nostalgii, nie ma taniego sentymentalizmu. Jest za to listopadowe, opustoszałe, surowe wybrzeże — przestrzeń, która sama w sobie jest liminalna, graniczna, zawieszona między lądem a wodą, życiem a rozpadem, sezonem a martwym czasem po sezonie. To krajobraz idealny dla opowieści o ludziach, którzy żyją na granicy tożsamości i sumienia. Autor bardzo świadomie wybiera miejsca nieoczywiste: wydmy, porty, kempingi, opuszczone sanatoria, przesmyki, trzcinowiska, skraje lasów, klify, obrzeża promenad. To geografia psychiczna, nie tylko geografia fizyczna. Każde miejsce odpowiada jakiejś formie porzucenia, jakiejś szczelinie w świecie, do której można zsunąć ciało i o której inni szybko zapomną.
Na tym tle bardzo mocno wybrzmiewa postać śledczego. Krzysztof Zamorski nie jest superbohaterem i całe szczęście. Nie jest też jednowymiarowym zgorzkniałym policjantem, jakich literatura kryminalna wyprodukowała już na pęczki. To człowiek doświadczony, zmęczony, ale nie cyniczny. Twardy, ale nie nieczuły. Rozumie procedurę, a jednocześnie ma intuicję, bez której nie da się prowadzić spraw, w których zło nie chce być tylko złapane, ale także zrozumiane, zobaczone i nazwane. Autor trafnie pokazuje, że śledczy w tego typu sprawie nie walczy wyłącznie z przestępcą. Walczy też z własnym zmęczeniem, z bezsennością, z wdzieraniem się cudzej przemocy do własnej psychiki, z ryzykiem, że między nim a ściganymi wytworzy się niebezpieczny rodzaj relacji. To jeden z najmocniejszych elementów tej prozy: świadomość, że patrzenie w otchłań nie jest metaforą literacką, tylko codziennym doświadczeniem ludzi, którzy zawodowo muszą oglądać najgorsze odsłony ludzkiego życia.
Z perspektywy teologicznej ta książka jest równie interesująca jak z perspektywy kryminalnej. Nie dlatego, że próbuje wygłaszać morały, lecz dlatego, że bardzo dobrze pokazuje, czym jest religijna obłuda doprowadzona do postaci skrajnej. W opowieściach o zbrodni łatwo popaść w tani antyklerykalizm albo równie tani moralizm. Tutaj autor unika obu pułapek. Nie atakuje wiary jako takiej. Nie szydzi z religii. Przeciwnie — pokazuje, że to właśnie język świętości, wypaczony i użyty narcystycznie, może stać się jednym z najbardziej wyrafinowanych narzędzi przemocy. Człowiek, który chce rządzić duszami, nie potrzebuje od razu noża. Czasem wystarczy mu fraza o cierpieniu, grzechu, winie i odkupieniu. W tym sensie jest to także bardzo dojrzała książka o profanacji — nie tylko rytuału, ale i samego zaufania, jakim ludzie obdarzają tych, którzy mówią w imieniu sensu.
Jednocześnie, i to trzeba podkreślić, nie jest to powieść chłodna. Mimo całego mroku, mimo brutalności, mimo katalogu ludzkich upokorzeń i deformacji, autor nie traci z oczu ofiar. To nie są tylko „zwłoki”, „przypadki”, „materiał dowodowy”. To konkretni ludzie z konkretnym bólem, historią, naiwnością, tęsknotą, wstydem, potrzebą bliskości. Właśnie ta czułość wobec ofiar odróżnia dobrą literaturę kryminalną od literackiej nekrofilii. Tu zbrodnia nie służy epatowaniu. Służy odsłonięciu. Czytelnik ma odczuć ciężar tego, co zostało zniszczone — nie tylko biologicznie, ale relacyjnie, psychicznie, duchowo.
Czyta się tę książkę z napięciem, ale też z rosnącym poczuciem niepokoju, że opowiada ona o czymś znacznie bliższym niż wydaje się na początku. Bo „Grzybiarka” nie jest tylko historią o parze seryjnych zabójców. To również opowieść o epoce, w której każdy może stworzyć sobie personę, narrację, mikroświat znaczeń i wrzucać jego fragmenty do sieci z pozorem niewinności. O epoce, w której można latami mówić pięknym językiem i jednocześnie żywić się cudzym cierpieniem. O epoce, w której samotność stała się towarem łatwym do rozpoznania i jeszcze łatwiejszym do wykorzystania.
Jestem przekonany, że to książka ważna i mocna. Taka, która zostaje z czytelnikiem długo po odłożeniu ostatniej strony. Zostają obrazy, zostają zdania, zostaje krajobraz. Zostaje też bardzo niewygodne pytanie: ile z tego zła rozpoznalibyśmy, gdyby usiadło obok nas w barze, na ławce, w pensjonacie, pod pozorem zwykłej rozmowy? I czy naprawdę umiemy odróżnić niewinny ślad od znaku, że pod powierzchnią świata rozkłada się coś, czego nie chcemy widzieć?
To znakomita książka. Gęsta, inteligentna, odważna i konsekwentna. Kryminał, który nie boi się metafizyki. Opowieść o zbrodni, która nie rezygnuje z człowieka. I portret zła, które nie wrzeszczy, tylko rośnie cicho — jak grzyb w piasku.
ROZDZIAŁ 1: POBIEROWO — Pierwsze ciało w piaskach
Listopad na polskim wybrzeżu pachnie mokrą sosną, solą i rozkładem. To zapach, którego nie znajdziesz w żadnym przewodniku turystycznym — bo przewodniki powstają latem, kiedy Pobierowo jest kolorową pocztówką z watą cukrową, goframi i tłumami w klapkach ciągnącymi się promenadą. Nikt nie pisze przewodników po listopadowym Pobierowie. I słusznie. Bo w listopadzie Pobierowo jest tym, czym naprawdę jest — małą, posiniaczoną osadą na klifie, gdzie wiatr od morza wyje między pustymi pensjonatami jak zwierzę zamknięte w klatce, a jedynymi żywymi istotami na plaży są mewy, szczury i raz na jakiś czas pijany rybak z Rewala, który pomylił drogę do domu.
Henryk Pajor nie był pijanym rybakiem. Henryk Pajor był emerytem z Gryfic, lat sześćdziesiąt trzy, byłym kierownikiem magazynu w Gminnej Spółdzielni, ojcem dwóch dorosłych synów, dziadkiem czterech wnuków i właścicielem jamniczki imieniem Figa, z którą każdego ranka — deszcz, śnieg czy choćby koniec świata — spacerował dokładnie czterdzieści minut. Ani minuty więcej, ani minuty mniej. Henryk Pajor był człowiekiem rytmu. Śniadanie o siódmej, spacer o siódmej trzydzieści, powrót o ósmej dziesięć, kawa z mlekiem o ósmej piętnaście, gazeta do dziewiątej. Żona Halina mówiła, że gdyby Henryk umarł, zegar na kuchennej ścianie nadal by chodził, bo Henryk nauczył go punktualności.
Tego ranka Henryk nie wrócił o ósmej dziesięć.
Nie wrócił o ósmej trzydzieści. Nie wrócił o dziewiątej. O dziewiątej piętnaście Halina zadzwoniła do niego na komórkę i usłyszała sygnał — ale nikt nie odbierał. O dziewiątej czterdzieści pięć włożyła kalosze i wyszła go szukać, bo Henryk Pajor przez czterdzieści lat małżeństwa nie spóźnił się ani razu i jeśli się nie odzywał, to znaczyło, że coś jest bardzo, bardzo nie tak.
Znalazła go na wydmie za wejściem numer trzy — tym oficjalnym, z drewnianymi schodami i tabliczką gminy. Henryk siedział na piasku. Nie ruszał się. Figa siedziała obok niego i skowytała cicho, cienko, tym dźwiękiem, który psy wydają, kiedy nie rozumieją, co się stało, ale wiedzą, że powinny się bać.
Halina pomyślała najpierw, że Henryk zasłabł. Zawał, udar — w tym wieku to normalne, mówili znajomi, trzeba się liczyć. Podbiegła do niego. Złapała go za ramię. Henryk odwrócił się i spojrzał na nią oczami, których nigdy wcześniej u niego nie widziała — oczami człowieka, który zobaczył coś, co nie powinno istnieć.
— Halina — powiedział. — Nie patrz.
Halina popatrzyła.
Potem krzyczała przez dwie minuty bez przerwy. Mewy zerwały się z plaży jak biała eksplozja. Figa zaczęła wyć. A telefon Henryka, który leżał na piasku trzy metry dalej — wyrzucony z ręki, kiedy nogi się pod nim ugięły — nadal wibrował z nieodebranym połączeniem od Haliny.
To, co Henryk Pajor zobaczył w piasku nadmorskiej wydmy o siódmej pięćdziesiąt dwa rano czternastego listopada, posterunkowa Marta Kędzierska z Komisariatu Policji w Trzebiatowie opisała potem w raporcie językiem, który był jednocześnie precyzyjny i niewystarczający — bo istnieją rzeczy, na które język polski nie ma odpowiednich słów.
W zagłębieniu wydmy, w miejscu gdzie wiatr nocny wyżłobił piasek na głębokość niespełna czterdziestu centymetrów, leżały ludzkie szczątki. Użycie słowa „ciało” byłoby nadużyciem, bo ciało zakłada pewną integralność, kształt, rozpoznawalność. To, co leżało w piasku Pobierowa, nie miało kształtu. Nie miało twarzy. Nie miało ubrań, które pozwoliłyby na wstępną identyfikację. Nie miało palców — a przynajmniej nie w miejscach, w których palce powinny być.
Posterunkowa Kędzierska, lat dwadzieścia siedem, trzy lata służby, żadnego doświadczenia z zabójstwami — w Trzebiatowie najcięższą sprawą ostatnich dwóch lat była kradzież łodzi motorowej z mariny — stanęła nad tym, co zostało z człowieka, i poczuła, jak śniadanie podnosi jej się do gardła. Przełknęła. Odetchnęła. Zadzwoniła do komendy.
— Mówi posterunkowa Kędzierska. Wejście na plażę numer trzy w Pobierowie. Mam — zawahała się, szukając odpowiedniego terminu — mam zwłoki. Tak myślę. To znaczy… to na pewno był człowiek. Ale teraz… Potrzebuję techników. I kogoś wyższego rangą. I chyba prokuratora.
Dyżurny zapytał, czy to wypadek utonięcia.
Kędzierska spojrzała na to, co leżało w piasku. Na to, co wiatr i Figa — zanim Henryk zdążył ją odciągnąć — zaczęły odkrywać spod cienkiej warstwy mokrego piachu.
— Nie — powiedziała. — To nie jest utonięcie.
Istnieje taka anegdota, którą opowiadają sobie patomorfolodzy na zjazdach — po trzecim piwie, nigdy przy pacjentach, nigdy przy rodzinach. Mówi się, że w latach sześćdziesiątych, w małym miasteczku na Pomorzu, miejscowy lekarz medycyny sądowej — doktor Władysław Retman, postać półlegendarna — został wezwany do zbadania ciała znalezionego w lesie pod Koszalinem. Ciało było w tak zaawansowanym stanie rozkładu, że jedynym pewnym ustaleniem, jakiego doktor Retman mógł dokonać, było stwierdzenie, że ofiara za życia posiadała zęby. Na pytanie prokuratora, jaka była przyczyna zgonu, doktor Retman odpowiedział ponoć: „Ktoś bardzo nie chciał, żeby ta osoba dalej żyła, i dołożył wszelkich starań, by tak się stało.” Cytat ten — prawdziwy czy nie — krąży po polskich zakładach medycyny sądowej od dekad i jest przywoływany zawsze wtedy, gdy patomorfolog staje przed czymś, co przekracza skalę.
Ciało z Pobierowa przekraczało skalę.
Doktor Aleksandra Wirth-Jastrzębska, patomorfolog z Zakładu Medycyny Sądowej Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie, dotarła na miejsce o dwunastej czterdzieści trzy — pięć godzin po odkryciu. Przez te pięć godzin techniki kryminalistyki zabezpieczyli teren, rozstawili namiot osłonowy, odgrodzili taśmą odcinek plaży od wejścia numer dwa do wejścia numer cztery i delikatnie, pędzelkami i drewnianymi szpatułkami, odgarnęli piasek ze szczątków.
Doktor Wirth-Jastrzębska miała za sobą dwadzieścia dwa lata pracy, ponad tysiąc sekcji zwłok, w tym ofiary wypadków kolejowych, pożarów i — dwukrotnie — zabójstw na tle seksualnym. Uważała się za osobę odporną. Nie była sentymentalna. Nie śniła o swoich pacjentach. Piła kawę nad raportami z autopsji i nie drżała jej ręka.
Nad ciałem z Pobierowa ręka jej zadrżała.
Nie z powodu samych obrażeń — choć te były rozległe, zadane wielokrotnie, narzędziem zarówno ostrym, jak i tępym, ze szczególnym okrucieństwem skupionym na twarzy i dłoniach. Zadrżała jej ręka z powodu czegoś innego — czegoś, co zauważyła dopiero gdy piasek został w pełni odsłonięty.
Wokół ciała, w promieniu niespełna pół metra, z piasku wyrastały grzyby.
Małe, beżowoszare, z delikatnymi kapeluszami pochylonymi ku ziemi jak miniaturowe parasole. Rosły gęsto — kilkanaście sztuk — tworząc niemal symetryczny krąg wokół zwłok. Doktor Wirth-Jastrzębska nie była mykologiem, ale wiedziała wystarczająco dużo o procesach rozkładu, by zrozumieć, że grzyby te żywiły się tym, co sączyło się z ciała do piasku. Azot, fosfor, resztki białka — dla grzybni to uczta.
Sfotografowała je, oznaczyła ich pozycję w protokole i wróciła do pracy. Grzyby trafiły do notatki na marginesie — osobliwość botaniczna, bez znaczenia dla śledztwa.
Jakże się myliła.
Komisarz Krzysztof Zamorski dowiedział się o ciele z Pobierowa trzeciego dnia — kiedy sprawa trafiła na biurko Komendy Wojewódzkiej w Szczecinie, a stamtąd, z powodu braku jakiejkolwiek identyfikacji ofiary i brutalności zbrodni, została przesłana jako „sygnał” do Komendy Głównej Policji w Warszawie. Z Warszawy — ponieważ biurokracja policyjna ma swoje własne, niepojęte dla ludzi z zewnątrz prawa fizyki — sprawa wróciła na Pomorze, ale do Gdańska, do Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej, z adnotacją: „proszę o oddelegowanie doświadczonego oficera śledczego.”
Doświadczonym oficerem śledczym był Zamorski.
Miał pięćdziesiąt jeden lat, trzydzieści w służbie, z czego ostatnie dwanaście w wydziale zabójstw. Był rozwodnikiem — ale to słowo nie oddawało skali; Zamorski był trzykrotnym rozwodnikiem, co w jego środowisku stanowiło rekord lub przestrogę, zależnie od tego, kogo pytano. Nie pił — bo widział, co alkohol robi ludziom, którzy widzą to, co on widział codziennie. Nie palił — bo astma dziecięca wróciła po czterdziestce i teraz każda zmiana pogody kończyła się inhalatorem. Nie miał hobby — albo raczej miał jedno, ale nie nazywał go hobby: czytał akta starych, nierozwiązanych spraw i szukał w nich wzorców, których nikt wcześniej nie zauważył. Znajomi z komendy mówili, że Zamorski myśli jak algorytm — wchłania dane, przetwarza, wyrzuca hipotezę. Zamorski nie lubił tego porównania. Algorytmy nie mają przeczuć. On miał.
I przeczucie powiedziało mu, kiedy czytał raport z Pobierowa, że to nie jest jednostkowe zabójstwo.
Nie potrafił tego wyjaśnić logicznie — nie jeszcze, nie na tym etapie, kiedy było jedno ciało, zero świadków, zero identyfikacji i marginalny ślad botaniczny w postaci kilkunastu grzybów. Ale coś w sposobie, w jaki ciało zostało ukryte — płytko, niemal na powierzchni, jakby sprawca chciał, żeby je znaleziono, ale nie od razu — i coś w lokalizacji — plaża, wydma, piasek, morze — mówiło Zamorskiemu, że ta historia dopiero się zaczyna.
Przyjechał do Pobierowa piątego dnia. Był szesnasty listopada, wtorek, temperatura cztery stopnie, wiatr północno-zachodni piętnaście metrów na sekundę. Pobierowo wyglądało jak miejsce, z którego ewakuowano ludność — zamknięte sklepy, zabite deskami okna pensjonatów, puste parkingi porośnięte chwastami przebijającymi się przez pęknięty asfalt. Jedyny otwarty lokal to bar „U Rysia” przy głównej drodze — ciemna nora z neonem w kształcie ryby, który migotał epileptycznie i bzyczał jak rój os.
Zamorski zaparkował służbowe volvo pod barem i wszedł. W środku było ciepło, ciemno i pachniało smażonym tłuszczem. Za barem stał mężczyzna w brudnym fartuchu — Ryszard Nowakowski, właściciel, lat pięćdziesiąt osiem, twarz jak mapa drogowa Pomorza — poorana, zniszczona wiatrem, z oczami, które widziały każdą ludzką słabość przelaną przez kufel.
— Kawę poproszę — powiedział Zamorski, siadając na stołku barowym.
— Rozpuszczalna albo nic — odpowiedział Rysiek, nie patrząc na niego.
— Rozpuszczalna.
Zamorski rozejrzał się. Bar był pusty oprócz jednej osoby — kobiety w kącie, przy stoliku pod oknem, która piła herbatę i patrzyła w telefon. Miała około pięćdziesięciu lat, ciemne, krótko ścięte włosy i twarz, która w innym oświetleniu mogłaby być ładna, ale w neonowym blasku „U Rysia” wyglądała jak maska pośmiertna. Nie podniosła wzroku, kiedy Zamorski wszedł. Nie podniosła wzroku, kiedy kawa stanęła na barze z mokrym stuknięciem.
— Pan do tych z policji? — zapytał Rysiek, podając kubek.
— Skąd pan wie?
— Bo nikogo innego tu teraz nie ma. I bo ma pan tę minę.
— Jaką minę?
— Taką, jakby pan szukał czegoś, co pan woli nie znaleźć.
Zamorski uśmiechnął się — krótko, bez wesołości. Rysiek miał talent do diagnoz.
— Słyszał pan o tym, co znaleźli na plaży? — zapytał Zamorski.
— Cała wieś słyszała. Pajorowa wrzeszczała tak, że słychać ją było na promenadzie. Henryk potem chodził jak duch. Przyszedł tu wieczorem, wypił trzy piwa i powiedział, że Figa nie chce jeść od tego czasu. Pies wie, panie. Pies zawsze wie.
— A pan wie, kto to może być? Ta osoba na plaży?
Rysiek pokręcił głową.
— Nikt stąd nie zaginął. Sprawdzaliśmy między sobą. Sąsiad do sąsiada, jak to na wsi. Wszyscy na miejscu. To ktoś obcy.
— Obcy — powtórzył Zamorski. Słowo brzmiało dziwnie w tym kontekście. Obcy na plaży w Pobierowie w listopadzie to tautologia — wszyscy tu w listopadzie są obcy, bo nikt normalny tu nie przyjeżdża.
— A tamta pani? — Zamorski skinął głową w stronę kobiety pod oknem.
Rysiek zerknął na nią i wzruszył ramionami.
— Przychodzi od trzech dni. Pije herbatę, siedzi, patrzy w telefon. Nic nie mówi. Płaci gotówką. Nie znam jej.
Zamorski zapamiętał. Nie dlatego, że kobieta wyglądała podejrzanie — wyglądała na turystkę poza sezonem, a takich trafia się garstka co roku, ludzie, którzy szukają ciszy, samotności, albo po prostu tanich noclegów. Zapamiętał, bo Zamorski zapamiętywał wszystko. To był jego dar i jego przekleństwo.
Miejsce znalezienia ciała wyglądało teraz jak plac budowy — taśma policyjna, paliki, puste wydeptane ścieżki w piasku, resztki folii ochronnej trzepoczące na wietrze. Ciało zabrano do kostnicy w Szczecinie cztery dni temu, ale Zamorski i tak chciał zobaczyć miejsce. Nie dla dowodów — te zostały zebrane. Dla kontekstu.
Kontekst to słowo, którego Zamorski używał często i które jego współpracownicy rozumieli na swój sposób. Dla techników kontekst oznaczał okoliczności zdarzenia. Dla Zamorskiego kontekst oznaczał coś innego — atmosferę, logikę miejsca, pytanie: dlaczego tu? Dlaczego ta wydma, a nie inna? Dlaczego wejście numer trzy, a nie numer pięć? Dlaczego piasek, a nie las, który zaczynał się trzysta metrów dalej i gdzie ciało byłoby trudniejsze do znalezienia?
Stał na szczycie wydmy i patrzył na morze. Fale były szare, niskie, leniwe — jesienne morze nie miało energii na sztormy, tylko na monotonne mielenie brzegu. Po lewej ciągnął się klif — piętnaście metrów gliny, piasku i korzeni, z których co roku odrywał się kawałek lądu i spadał na plażę. Po prawej plaża biegła w stronę Rewala — pustą, nieskończoną linią piasku, na której nie było nikogo.
Zamorski wyciągnął telefon i otworzył mapę. Pobierowo, Rewal, Niechorze, Pogorzelica, Mrzeżyno — nazwy ciągnęły się wzdłuż wybrzeża jak paciorki różańca. Małe miejscowości, puste o tej porze, oddzielone od siebie kilometrami plaży, lasu i ciszy. Idealne miejsce, żeby kogoś zabić i zakopać. Idealne miejsce, żeby to powtórzyć.
Przeczucie powróciło — silniejsze niż w biurze w Gdańsku, silniejsze niż podczas lektury raportu. Zamorski spojrzał na piasek, na las, na morze i pomyślał: to się powtórzy. Nie wiedział jeszcze, jak bardzo miał rację.
Tej nocy, w wynajętym pokoju w jedynym otwartym pensjonacie w Pobierowie — „Złota Wydma”, trzysta złotych za dobę, ogrzewanie elektryczne, zapach wilgoci i środka na mole — Zamorski rozłożył na łóżku papiery i zaczął budować to, co nazywał „architekturą sprawy.”
Na jednej kartce: ofiara. Płeć prawdopodobnie męska, wiek nieokreślony (patomorfolog szacowała między trzydzieści a pięćdziesiąt — rozstrzał wynikał ze stanu ciała), wzrost około sto siedemdziesiąt pięć centymetrów. Żadnych dokumentów, żadnej odzieży (sprawca ją zabrał lub ofiara była rozbierana przed śmiercią), żaden przedmiot osobisty. DNA pobrane — brak dopasowania w bazie. Odciski palców — niemożliwe do pobrania.
Na drugiej kartce: obrażenia. Zamorski przepisał je z raportu doktor Wirth-Jastrzębskiej, bo chciał je mieć przed oczami, a nie w PDF-ie na ekranie. Liczne złamania kości twarzoczaszki. Ślady cięć na przedramionach i dłoniach — obronne? rytualne? Złamanie obu kości udowych. Wgniecenie klatki piersiowej. I — to, co najbardziej niepokoiło patomorfolog — ślady oparzeń na plecach, symetryczne, regularnie rozmieszczone, jakby ktoś przykładał do skóry rozgrzany metalowy przedmiot. Nie papierosa. Coś większego. Coś z kształtem.
Na trzeciej kartce: grzyby. Zamorski nie wiedział, dlaczego przepisał tę część raportu na osobną kartkę. Mykolog, do którego doktor Wirth-Jastrzębska wysłała próbki, zidentyfikował gatunek jako Tricholoma — gąskę. Gatunek, który wymagał dalszych badań, ale wstępna analiza wskazywała na odmianę spotykaną na piaszczystych glebach nadmorskich, rzadką, mało opisaną w literaturze. Notatka mykologa zawierała zdanie, które Zamorski podkreślił dwukrotnie: „Grzybnia tego gatunku wykazuje szczególne powinowactwo do podłoża bogatego w materię organiczną w stanie rozkładu.”
Grzyby rosły, bo żywiły się ciałem.
Zamorski odłożył kartkę i wyjrzał przez okno. Ciemność. Szum morza. Wiatr. Gdzieś daleko, w stronę Rewala, migotało pojedyncze światło — latarnia morska w Niechorzu, obracająca się z tą samą mechaniczną regularnością od stu dwudziestu lat, oświetlająca morze, które nie potrzebowało światła, i ląd, który nie chciał być oświetlony.
Telefon zawibrował. SMS od technika z Trzebiatowa, posterunkowej Kędzierskiej, która nie potrafiła odpuścić sprawy i wysyłała Zamorskiemu każdą informację, jaką znalazła, o każdej porze dnia i nocy:
„Panie komisarzu, przepraszam za późną godzinę. Znalazłam coś na Facebooku. Lokalna grupa Pobierowo i okolice, post z 12 listopada, dwa dni przed znalezieniem ciała. Ktoś wrzucił zdjęcie grzybów na wydmie. Podpis: Gąski Bałtyckie przy wejściu nr 3! Kto by pomyślał, że w listopadzie jeszcze coś rośnie. Profil: Magdalena Z. Zdjęcie usunięte dziś w nocy, ale mam screenshota.”
Zamorski usiadł na łóżku. Przeczytał wiadomość trzy razy. Potem otworzył screenshota.
Na zdjęciu — robionym telefonem, lekko nieostry, z filtremm, który nadawał mu ciepły, jesienny ton — widać było grupkę grzybów rosnących w piasku. Małe, beżowe, niepozorne. W tle, lekko rozmyte, ale rozpoznawalne — drewniane schody wejścia na plażę numer trzy. Tego samego wejścia, przy którym czterdzieści osiem godzin później Henryk Pajor i jamniczka Figa znaleźli to, co zostało z człowieka.
Podpis posta był wesoły, niewinny, z emotikonem grzybka.
Zamorski powiększył zdjęcie. Spojrzał na grzyby. Na piasek wokół nich. Na cień fotografa — wąski, wydłużony, padający na piach z prawej strony kadru. Cień kobiety. A może mężczyzny. Nie sposób było stwierdzić.
Ale Zamorski wiedział jedno — wiedział to z trzydziestoletnim doświadczeniem, z tysiącem przesłuchań, z setkami spraw, z tym jednym, ukształtowanym przeczuciem, które odróżnia dobrego policjanta od wybitnego: ktoś sfotografował grzyby rosnące nad grobem. I wrzucił to zdjęcie na Facebooka z uśmiechniętą emotikonką.
Nie dlatego, że nie wiedział, co jest pod spodem.
Dlatego, że wiedział.
Odpisał Kędzierskiej jednym zdaniem: „Szukaj tego profilu. Wszystko, co znajdziesz. I sprawdź, czy w ciągu ostatnich dwóch tygodni były podobne posty z innych miejscowości na wybrzeżu.”
Potem zgasił światło i leżał w ciemności, słuchając morza. Gdzieś tam, na wydmach — tych tutaj, w Pobierowie, albo może już dalej, w Rewalu, w Niechorzu, w miejscach, o których jeszcze nie wiedział — ktoś zakopywał kolejne ciało. I może — myślał Zamorski, patrząc w sufit pokoju, na którym wilgoć narysowała kształt przypominający mapę wybrzeża — może właśnie teraz fotografował grzyby, które wyrosną na tym ciele za dwa, trzy dni.
I wrzucał zdjęcie na Facebooka.
Z emotikonką.
Halina Pajor nie spała tej nocy. Nie spała żadnej nocy od czternastego listopada. Leżała obok Henryka, który chrapał niespokojnie, miotając się w pościeli, a Figa leżała na podłodze obok łóżka i od czasu do czasu wydawała z siebie cichy, żałosny dźwięk — jakby przepraszała za coś, czego nie rozumiała.
Halina patrzyła w sufit i myślała o tym, co widziała na wydmie. Nie o szczegółach — szczegóły jej mózg miłosiernie wymazał, zostawiając tylko kontur, kształt, ogólny zarys horroru. Myślała o czymś innym. O tym, że wieczorem przed znalezieniem ciała — trzynastego listopada, w poniedziałek — wracała z Biedronki i na parkingu przed pensjonatem „Złota Wydma” widziała samochód. Ciemny, brudny kombi z przyciemnianymi szybami. Nie dlatego go zapamiętała, że wyglądał podejrzanie — wyglądał jak każdy inny samochód. Zapamiętała go, bo z samochodu wysiadło dwoje ludzi, a w listopadowym Pobierowie dwoje obcych ludzi to wydarzenie.
Mężczyzna był wysoki, szczupły, w ciemnym długim płaszczu. Miał siwe włosy zaczesane do tyłu i coś dziwnego w postawie — nie szedł, a kroczył, jakby nawet parking przed Biedronką był sceną, na którą wchodził. Kobieta była niższa, w oliwkowej kurtce, z kapturem naciągniętym na głowę mimo braku deszczu. Szła za mężczyzną — nie obok niego, za nim — jak cień, jak satelita.
Halina nie widziała ich twarzy. Nie słyszała, co mówili. Ale zapamiętała jedną rzecz, którą teraz, w ciemności sypialni, próbowała sformułować w słowa, bo czuła, że jest ważna, choć nie wiedziała dlaczego.
Mężczyzna niósł w ręku torbę. Zwykłą, czarną torbę podróżną. I z tej torby wystawał metalowy przedmiot — coś podłużnego, z uchwytem, lśniącego w świetle latarni parkingowej. Halina pomyślała wtedy, że to narciarz, że może jedzie w góry, że to kij od Nordic Walking albo element namiotu.
Teraz, w ciemności, z obrazem wydmy wypalonym pod powiekami, myślała o tym metalowym przedmiocie i nie potrafiła pozbyć się uczucia — irracjonalnego, głupiego, pewnie wynikającego z szoku — że to nie był kij od Nordic Walking.
Że to był przedmiot z kształtem.
Obrócila się na bok. Zamknęła oczy. Nie powiedziała o tym Henrykowi. Nie powiedziała policji. Nie powie nikomu — nie dlatego, że nie chce, ale dlatego, że to pewnie nic, prawda? Pewnie jej się zdawało. Pewnie szok robi takie rzeczy z pamięcią — podsuwa obrazy, których nie było, znaczenia, których nikt nie zamierzał.
Prawda?
Trzysta kilometrów na wschód, w małym mieszkaniu na gdańskim Przymorzu, Krzysztof Zamorski siedział na łóżku w pensjonacie w Pobierowie i tego samego wieczoru — ale w innym wymiarze świadomości — pisał w notatniku zdanie, które stanie się pierwszym wpisem w aktach sprawy, której jeszcze oficjalnie nie było, bo jedno ciało to zabójstwo, a nie seria:
„Hipoteza robocza: sprawca (sprawcy?) wybrał wybrzeże celowo. Nie jako miejsce ukrycia, ale jako szlak. Kierunek: zachód-wschód? Pobierowo to punkt startowy czy kontynuacja? Sprawdzić: czy w ostatnich tygodniach znajdowano zwłoki na plażach na zachód od Pobierowa.”
Pod spodem, po chwili wahania, dopisał:
„Grzyby.”
I postawił znak zapytania.
Ten znak zapytania — postawiony zwykłym długopisem, w zwykłym notatniku w kratkę, w pokoju pachnącym wilgocią i środkiem na mole — był początkiem. Początkiem największego śledztwa na polskim wybrzeżu od czasu drugiej wojny światowej. Początkiem szlaku, który poprowadzi Zamorskiego przez siedemnaście nadmorskich miejscowości, siedemnaście ciał w piasku i siedemnaście postów na Facebooku o grzybach, które nie powinny tam rosnąć.
Ale tego jeszcze nie wiedział.
Za oknem szumiało morze. Gdzieś na wydmach, w ciemności, z piasku wyrastały małe, beżowe grzyby, karmiąc się tym, co ktoś dla nich zostawił.
Gąski Bałtyckie.
Sezon dopiero się zaczynał.
ROZDZIAŁ 2: REWAL — Klif i konfesjonał
Rewal leży cztery kilometry na wschód od Pobierowa, jeśli iść plażą. Drogą — siedem, bo droga nie idzie prosto, droga kluczy przez las, omija wąwozy, respektuje geografię. Plaża nie respektuje niczego. Plaża to prosta linia piasku między wodą a klifem, i jeśli ktoś chce przejść z Pobierowa do Rewala w listopadzie, nie spotka po drodze żywej duszy, nie licząc mew, które nie są duszami, i wiatru, który duszę ma, ale złośliwą.
Klify rewalskie to osobna historia — piętnaście metrów gliny, piasku i kredowej skały, które Bałtyk wyżera od spodu z cierpliwością maniaka. Co roku klif cofa się o metr, półtora, czasem dwa. Domy, które trzydzieści lat temu stały dwieście metrów od krawędzi, stoją teraz osiemdziesiąt. Za kolejne trzydzieści lat nie będą stały wcale. Mieszkańcy Rewala wiedzą o tym i nie mówią o tym — tak jak ludzie żyjący pod wulkanem nie mówią o lawie, bo po co mówić o czymś, czego nie da się zatrzymać.
W lutym dwa tysiące jedenastego roku kawałek klifu o wadze szacowanej na trzysta ton oderwał się nocą i zjechał na plażę, zabierając ze sobą ławkę, fragment ogrodzenia i sześć metrów ścieżki rowerowej. Nikt nie zginął, bo w lutym nikt nie siedzi na ławkach nad klifem w Rewalu. Ale gdyby to był lipiec — gdyby na tej ławce siedziała para turystów z Poznania, jedząc lody i patrząc na zachód słońca — historia Rewala wyglądałaby inaczej. Klif nie wybiera pory. Klif spada, kiedy spada.
Zamorski myślał o klifach, kiedy jechał do Rewala szesnastego listopada, dwa dni po znalezieniu ciała w Pobierowie i dokładnie dwanaście godzin po tym, jak posterunkowa Kędzierska z Trzebiatowa zadzwoniła do niego o szóstej rano z głosem osoby, która nie spała całą noc i nie zamierza za to przepraszać.
— Panie komisarzu, znaleźli drugie ciało.
Zamorski siedział na krawędzi łóżka w pensjonacie „Złota Wydma” i wciągał skarpetki. Lewą skarpetę trzymał w dłoni jak zapomnianą myśl.
— Gdzie.
— Rewal. Pod klifem, po wschodniej stronie, koło zejścia na plażę. Identyczna sytuacja — płytko zakopane w piasku, bez dokumentów, bez ubrań, ciało w stanie… — Kędzierska szukała słowa — w stanie jak w Pobierowie. Zmasakrowane. Technik z Kamienia Pomorskiego mówi, że to ten sam charakter obrażeń. Ten sam sprawca, panie komisarzu.
Zamorski nie był zaskoczony. Czuł raczej coś w rodzaju ponurej satysfakcji — a raczej nie satysfakcji, bo nie ma satysfakcji w tym, że ktoś zamordował drugiego człowieka. Czuł potwierdzenie. Jego przeczucie — to słowo, którego nie lubił, ale nie znał lepszego — okazało się trafne. Ciało w Pobierowie nie było jednostkowe. Był szlak. Był kierunek. Był wzorzec.
— Grzyby? — zapytał.
Po drugiej stronie linii cisza — krótka, zaskoczona.
— Skąd pan wie?
— Są?
— Są. Technik mówi, że wokół ciała rośnie kilkanaście grzybów. Takich samych jak w Pobierowie. Małe, beżowe.
— Gąski — powiedział Zamorski, bardziej do siebie niż do Kędzierskiej.
— Słucham?
— Nieważne. Jadę. Niech nikt nie rusza grzybów. I niech ktoś sprawdzi Facebooka — tę grupę, co pani wczoraj znalazła. Szukamy nowego posta. Zdjęcie grzybów, lokalizacja Rewal, data z ostatnich dwóch, trzech dni.
— Już sprawdzam.
Zamorski odłożył telefon. Włożył lewą skarpetę. Wstał. Za oknem morze robiło to, co robiło zawsze — szumiało z obojętnością istoty, która widziała wszystko i nie obchodziło ją nic.
Droga z Pobierowa do Rewala o szóstej trzydzieści rano w połowie listopada to siedem minut w samochodzie, ale te siedem minut wystarczyło Zamorskiemu, żeby zrobić w głowie to, co robił zawsze na początku sprawy — zbudować profil.
Nie profil sprawcy. Na to było za wcześnie. Profil sytuacji.
Dwie ofiary w dwóch sąsiednich miejscowościach. Obie zakopane płytko w wydmach. Obie pozbawione dokumentów, odzieży i cech identyfikacyjnych. Obie zmasakrowane z narzucającą się nadmiarowością — nie zabite, ale zniszczone, jakby sama śmierć nie wystarczała, jakby sprawca potrzebował czegoś więcej niż odebrania życia. Potrzebował odebrania tożsamości.
To ostatnie słowo zatrzymało się w głowie Zamorskiego jak kamień w bucie. Tożsamość. Sprawca nie tylko zabijał — niszczył twarz, zabierał ubrania, usuwał wszystko, co pozwalało powiedzieć: to był ten człowiek, miał imię, nosił taką kurtkę, miał w kieszeni portfel z legitymacją i zdjęciem wnuczki. Sprawca — albo sprawcy, bo Zamorski nie wykluczał jeszcze niczego — zamieniał ludzi w rzeczy. W materię bez nazwy.
A potem fotografował grzyby, które na tej materii wyrastały.
I wrzucał zdjęcia do internetu.
To była sprzeczność, która nie dawała mu spokoju. Z jednej strony — precyzyjne, niemal chirurgiczne usuwanie tożsamości ofiary, sugerujące sprawcę inteligentnego, metodycznego, świadomego technik kryminalistycznych. Z drugiej — publiczne, wręcz ostentacyjne oznaczanie miejsca zbrodni w mediach społecznościowych, jak pies znaczący teren. Jakby sprawca jednocześnie chciał się ukryć i chciał być znaleziony. Jakby zakopywał ciała i jednocześnie zostawiał mapę skarbów.
Zamorski znał takie przypadki. W literaturze kryminologicznej opisywano je jako „paradoks trofealny” — sprawca, który potrzebuje anonimowości, ale jeszcze bardziej potrzebuje podziwu, uznania, potwierdzenia, że jego dzieło zostało zauważone. Dennis Rader — BTK Killer — wysyłał listy do policji i mediów przez trzydzieści lat, bo nie potrafił znieść myśli, że nikt nie docenia skali jego „pracy.” Jack Unterweger, austriacki pisarz-morderca, publikował reportaże o zbrodniach, które sam popełnił. To nie był brak inteligencji. To był nadmiar ego.
Ale grzyby — grzyby były czymś nowym. Zamorski nie spotkał się z tym w żadnym podręczniku, żadnym studium przypadku, żadnym kursie profilowania. Ktoś używał biologii jako podpisu. Ktoś rozumiał, że ciało w piasku to nie koniec — to początek procesu, w którym śmierć staje się glebą, a grzyby stają się kwiatami na grobie, który nikt nie powinien znaleźć.
To wymagało wiedzy. I wyobraźni. I czegoś jeszcze — czegoś, co Zamorski nazywał w myślach „estetycznym stosunkiem do zbrodni.” Nie każdy morderca ma taki stosunek. Większość zabija brudnie, chaotycznie, w afekcie, po pijanemu, z głupoty lub strachu. Ten sprawca zabijał jak ktoś, kto projektuje instalację artystyczną — z planem, z koncepcją, z dbałością o detal.
To było przerażające.
Ciało w Rewalu leżało pod klifem, w miejscu, do którego można było dotrzeć tylko od strony plaży — od góry nie było zejścia, ściana klifu była tu pionowa, niestabilna, poprzecinana szczelinami, z których sączyła się woda. Technik z Kamienia Pomorskiego — młody chłopak, blady jak papier, z oczami, które widziały swoje pierwsze zwłoki i żałowały, że mają ten przywilej — poprowadził Zamorskiego po plaży.
— Znalazł go biegacz — powiedział technik, oddychając ciężko, bo piasek był mokry i ciągnął za buty jak bagno. — Taki facet z Rewala, biega co rano po plaży. Powiedział, że pies — bo biega z psem — zaczął kopać w wydmie i wyciągnął… no…
— Wiem, co wyciągnął — powiedział Zamorski.
— Tak, no właśnie. Biegacz zadzwonił na sto dwanaście. Przyjechaliśmy o piątej czterdzieści. Zabezpieczyliśmy teren. Ciało jest w tym samym stanie co tamto z Pobierowa, panie komisarzu. Ja wiem, że nie powinienem wyciągać wniosków, bo ja jestem technik, nie śledczy, ale…
— Ale to ten sam sprawca.
— No. Identyczne obrażenia. Twarz zniszczona. Brak ubrań. Brak dokumentów. I te grzyby. Rosną wokół jak wianuszek.
Zamorski podszedł do namiotu osłonowego. Uniósł klapę i wszedł. Wewnątrz było cieplej niż na zewnątrz — ciepło generowane przez reflektory, które ustawiono, by fotografować ciało. W tym cieple — sztucznym, szpitalnym — zapach był intensywniejszy.
Zamorski popatrzył na to, co leżało w piasku.
Potem popatrzył na grzyby.
Potem wyszedł z namiotu, odszedł pięć kroków i oddychał przez minutę głęboko, miarowo, z rękami opartymi na kolanach, jak biegacz po sprincie. Nie dlatego, że się bał. Nie dlatego, że nie widział gorszych rzeczy — widział. Oddychał, bo ciało w Rewalu było inne niż ciało w Pobierowie i ta inność mówiła mu coś, czego jeszcze nie potrafił sformułować.
Ciało z Pobierowa było zniszczone — ale zniszczone w sposób, który Zamorski określiłby jako „mechaniczny.” Uderzenia, złamania, cięcia — brutalne, ale przewidywalne, wynikające z siły fizycznej i narzędzia. Ciało z Rewala było zniszczone inaczej. Tu były ślady czegoś, co doktor Wirth-Jastrzębska opisze potem w raporcie jako „obrażenia rytualne” — nacięcia na klatce piersiowej ułożone w symetryczny wzór, oparzenia na plecach (te same regularne, metaliczne oparzenia co w Pobierowie, ale tu wyraźniejsze, głębsze, jakby sprawca miał więcej czasu lub więcej zapału), a na czole ofiary — wyryte narzędziem ostrym, najprawdopodobniej przed śmiercią — coś, co wyglądało jak odwrócony krzyż.
Odwrócony krzyż.
Zamorski wrócił do namiotu i spojrzał ponownie. Tak. Nie pomylił się. Krzyż był wyraźny, głęboki, wyrżnięty w skórze z precyzją, która wymagała spokoju, pewności ręki i — przede wszystkim — czasu. Ktoś klęczał nad żywym człowiekiem i rzeźbił mu na czole odwrócony krzyż, i ten ktoś się nie spieszył.
Zamorski wyszedł z namiotu po raz drugi. Tym razem nie oddychał. Stał i myślał.
Egzorcyzm. Czarna msza. Rytuał.
Albo ktoś, kto chce, żeby to tak wyglądało.
Posterunkowa Kędzierska zadzwoniła dwie godziny później, kiedy Zamorski siedział w radiowozie na parkingu nad klifem i pił kawę z termosu — tym razem własną, nie rozpuszczalną, bo po kawie z baru „U Rysia” żołądek buntował się przez pół dnia.
— Mam ten post — powiedziała Kędzierska. Głos miała zmęczony, ale pod zmęczeniem brzęczała energia kogoś, kto znalazł coś ważnego i wie o tym. — Facebook, grupa Rewal Między Klifami, post z czternastego listopada, godzina dwudziesta druga trzydzieści jeden. Zdjęcie grzybów na tle klifu. Podpis — cytuję — „Rewalskie gąski pod klifem! Kto powiedział, że sezon się skończył? Natura nie czyta kalendarza” — emotikonka grzybka, emotikonka serduszka, hashtag GąskiBałtyckie, hashtag grzybiarka.
— Ten sam profil co w Pobierowie?
— Tak. Magdalena Z. Profil założony we wrześniu tego roku. Zdjęcie profilowe to grzyb. Nie twarz — grzyb. Znajomi — zero. Grupy — dwadzieścia trzy, wszystkie lokalne grupy nadmorskich miejscowości. Pobierowo, Rewal, Niechorze, Pogorzelica, Mrzeżyno, Dźwirzyno, Kołobrzeg…
— Wzdłuż całego wybrzeża.
— Tak. Wzdłuż. Od zachodu na wschód.
Zamorski zamknął oczy. Lista miejscowości ułożyła mu się w głowie jak trasa — jak mapa szlaku turystycznego, tyle że zamiast zabytków i widoków na końcu każdego przystanku było ciało w piasku i grzyby, które na nim rosły.
— Jest jeszcze coś — dodała Kędzierska. — Ten post z Rewala. Zdjęcie jest robione nocą — widać lampę błyskową. I w tle, na samym skraju kadru, na granicy światła i ciemności, jest… ktoś. Postać. Nie wiem, czy to mężczyzna czy kobieta, bo jest za ciemno i za daleko. Ale ktoś tam stoi. Na plaży. W tle.
— Wyślij mi to zdjęcie.
— Już wysłałam.
Zamorski otworzył wiadomość. Powiększył zdjęcie. Kędzierska miała rację — na prawym skraju kadru, tam gdzie światło latarki telefonu umierało w ciemności, stała postać. Wysoka, szczupła, w czymś ciemnym — płaszczu? sutannie? — z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała, nieruchoma, patrząca w stronę obiektywu.
Albo w stronę grzybów.
Albo w stronę tego, co było pod grzybami.
Zamorski poczuł, jak włoski na karku stają mu dęba — reakcja atawistyczna, odziedziczona po przodkach, którzy widzieli drapieżnika w ciemności i wiedzieli, że muszą uciekać. Nie uciekł. Zamiast tego zapisał w notatniku: „Postać na zdjęciu — sprawca nr 2? Wspólnik? Para?”
Para. To słowo wydawało mu się właściwe. Nie gang, nie grupa, nie organizacja. Para. Dwoje ludzi, którzy razem zabijali, razem zakopywali, razem fotografowali grzyby i razem wrzucali zdjęcia na Facebooka. Jedno robiło zdjęcie — drugie stało w tle i patrzyło. Podział ról tak intymny, że mógł istnieć tylko między ludźmi, którzy znali się głęboko, ufali sobie całkowicie i dzielili coś, czego nikt z zewnątrz nie mógł zrozumieć.
Zbrodnia jako więź.
Istnieje w psychologii kryminalistycznej pojęcie, które anglosascy profilerzy nazywają „folie à deux” — szaleństwo we dwoje. Termin pochodzi z psychiatrii francuskiej dziewiętnastego wieku i opisuje sytuację, w której dwie osoby — zwykle pozostające w bliskiej relacji emocjonalnej — dzielą ten sam system urojeń, tę samą patologię, te same obsesje. W kontekście kryminalnym folie à deux oznacza pary zabójców, w których jedna osoba jest dominująca (zwykle mężczyzna), a druga submisywna (zwykle kobieta), ale obie czerpią z zabijania coś, czego nie mogą znaleźć nigdzie indziej.
Fred i Rosemary West z Gloucestershire — on kopał doły, ona wabiła ofiary. Ian Brady i Myra Hindley z Manchesteru — on planował, ona pomagała porywać dzieci. Paul Bernardo i Karla Homolka z Ontario — on gwałcił, ona filmowała. W każdym z tych przypadków para była silniejsza niż suma części. Osobno byli dysfunkcyjni, ale nieszkodliwi — razem stawali się maszyną do zabijania, w której jeden element napędzał drugi, jak koła zębate w zegarku odmierzającym cudzy czas.
Zamorski nie lubił analogii historycznych — każda sprawa była inna, każdy sprawca był sobą, a nie kopią kogoś z podręcznika. Ale folie à deux pasowało do tego, co widział na zdjęciu. Jedno fotografuje. Drugie stoi i patrzy. Jedno pisze wesoły podpis z emotikonkami. Drugie prawdopodobnie kopie dół w piasku. Symbioza.
Pytanie brzmiało: kto jest kim?
Tego popołudnia Zamorski zrobił coś, czego nie robił od lat — poszedł do kościoła. Nie z religijnych pobudek. Zamorski był katolikiem niepraktykującym, co w Polsce oznaczało, że chodził na pasterkę, na pogrzeby i na śluby, ale nie pamiętał, kiedy ostatni raz się spowiadał, i nie zamierzał tego zmieniać. Poszedł do kościoła, bo odwrócony krzyż na czole ofiary sugerował motyw religijny, a Zamorski wierzył, że żeby zrozumieć sprawcę, trzeba zrozumieć jego język. Jeśli sprawca mówił językiem religii — nawet religii odwróconej, sprofanowanej, przekręconej — Zamorski musiał ten język poznać.
Kościół Świętego Mikołaja w Rewalu to mały, neogotycki budynek z czerwonej cegły, stojący na wzgórzu nad miasteczkiem, widoczny z daleka dzięki wieżyczce, która w pewnym świetle wygląda jak palec wskazujący skierowany w niebo — albo jak ostrzeżenie. Kościół był otwarty, choć pusty. Zamorski wszedł i usiadł w ostatniej ławce.
W środku było chłodno, cicho i pachniało woskiem. Światło wpadało przez witraże — blade, listopadowe, pozbawione kolorów, bo słońce było za chmurami i witraże wyglądały jak szare plamy zamiast tęczowych mozaik. Przed ołtarzem paliła się jedna świeca.
— Mogę pomóc?
Głos za plecami. Zamorski odwrócił się. W drzwiach zakrystii stał ksiądz — niski, krępy mężczyzna po sześćdziesiątce, w czarnej koszuli z koloratką, z twarzą okrągłą i łagodną jak bochenek chleba. W ręku trzymał ścierkę — najwyraźniej wycierał kielichy.
— Komisarz Zamorski, policja z Gdańska — powiedział Zamorski, wstając.
Ksiądz skinął głową. Nie wyglądał na zaskoczonego.
— Proboszcz Tadeusz Wiśniewski. Domyśliłem się, że ktoś z policji w końcu tu zajrzy. Chodzi o to ciało na plaży?
— Skąd ksiądz wie?
— Bo to mała parafia, panie komisarzu. Tutaj każdy wie wszystko o każdym. A kiedy ktoś znajduje zwłoki pod klifem, wiadomość rozchodzi się szybciej niż kazanie na Wielkanoc.
Zamorski uśmiechnął się mimo woli. Proboszcz Wiśniewski mówił z tym specyficznym, suchym humorem ludzi, którzy widzieli wystarczająco dużo ludzkiego nieszczęścia, by albo zwariować, albo zacząć się z niego śmiać.
— Chciałbym zapytać o coś specyficznego — powiedział Zamorski. — O odwrócony krzyż. Co to oznacza w kontekście religijnym?
Proboszcz Wiśniewski odłożył ścierkę. Usiadł w ławce naprzeciwko Zamorskiego — nie jak ksiądz naprzeciwko wiernego, ale jak człowiek naprzeciwko człowieka, co Zamorski docenił.
— To zależy, kogo pan pyta — powiedział proboszcz. — W oficjalnej tradycji katolickiej odwrócony krzyż to krzyż Świętego Piotra. Piotr — pierwszy papież, według naszej tradycji — poprosił, żeby ukrzyżowano go głową w dół, bo czuł się niegodny umierać w ten sam sposób co Chrystus. Więc technicznie odwrócony krzyż jest symbolem pokory. Papież do dziś ma krzyż Piotrowy na tronie.
— Ale nie o tę tradycję chodzi.
— Nie. Pan pyta o drugą tradycję. O tę, w której odwrócony krzyż jest symbolem profanacji, odrzucenia Boga, satanizmu — przynajmniej w wersji popkulturowej. Filmy, książki, muzyka metalowa.
— A w wersji niepopkulturowej?
Proboszcz Wiśniewski milczał przez chwilę. Zamorski zauważył, że mężczyzna odruchowo dotknął koloratki — gest, który wyglądał jak sprawdzanie, czy jest na miejscu.
— W wersji niepopkulturowej — powiedział cicho — odwrócony krzyż jest elementem tak zwanych czarnych mszy. Rytuałów, które parodiują liturgię katolicką — odwracają ją, przekręcają, profanują. Czytanie modlitw od tyłu, konsekracja z użyciem ludzkiej krwi zamiast wina, hostia kładziona na nagim ciele zamiast na ołtarzu. To nie jest temat, o którym lubimy mówić, panie komisarzu.
— Rozumiem. Ale muszę pytać. Czy w tej okolicy — na Wybrzeżu, na Pomorzu — były kiedykolwiek sygnały o odprawianiu czarnych mszy?
Proboszcz Wiśniewski patrzył na Zamorskiego przez dłuższą chwilę i komisarz widział, jak za łagodną twarzą toczy się wewnętrzna walka — między lojalnością wobec Kościoła a uczciwością wobec prawdy.
— Były — powiedział w końcu. — Lata temu. Może dziesięć, dwanaście lat temu. Krążyły wśród księży opowieści o pewnym… egzorcyście. Ksiądz z diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej, młody, charyzmatyczny, który odprawiał egzorcyzmy bez odpowiednich uprawnień. Biskup go upomniał. Potem przeniósł. Potem — z tego co słyszałem — ten ksiądz po prostu zniknął. Odszedł z kapłaństwa. Albo został oddalony. Szczegółów nie znam.
— Ma ksiądz jego nazwisko?
— Nie pamiętam. Ale pamiętam przezwisko, bo było niezwykłe. Nazywali go „Klacz.” Nie wiem dlaczego. Może od nazwiska, może od postawy — był podobno bardzo wysoki, chudzi, chodził wielkimi krokami.
Zamorski zapisał w notatniku: „Klacz. Egzorcysta. Diecezja koszalińsko-kołobrzeska. Oddalony sprzed 10–12 lat. Sprawdzić.”
— Jeszcze jedno — powiedział. — Czarna msza. Kto ją odprawia? Jaki typ osoby?
Proboszcz Wiśniewski splótł dłonie na kolanach.
— Powiem tak, panie komisarzu. Przez trzydzieści osiem lat kapłaństwa spotkałem wielu ludzi, którzy twierdzili, że są blisko Boga. Niektórzy naprawdę byli. Większość nie — większość kochała nie Boga, ale swoją bliskość z Bogiem, co jest czymś zupełnie innym. Narcyzm w sutannie to nadal narcyzm, tyle, że trudniej go rozpoznać, bo ma na sobie koloratkę i cytuje Ewangelię.
Zamorski oderwał wzrok od notatnika.
— A ci, którzy odprawiają czarne msze?
— Ci kochają tę samą bliskość — ale odwróconą. Narcyz, który odkrywa, że Bóg go nie podziwia wystarczająco, zwraca się do drugiej strony. Nie dlatego, że wierzy w diabła — większość z nich nie wierzy w nic. Dlatego, że profanacja daje im władzę, której liturgia już nie daje. Jeśli nie mogę być Bogiem, będę anty-Bogiem. Jeśli nie mogę zbawić, będę potępiał. To ta sama energia, panie komisarzu, tylko skierowana w drugą stronę.
— Jak odwrócony krzyż.
— Dokładnie jak odwrócony krzyż.
Zamorski wyszedł z kościoła o szesnastej, kiedy było już ciemno — w listopadzie na Wybrzeżu zmrok zapada przed czwartą, jakby ktoś gasił światło w pokoju bez uprzedzenia. Szedł do samochodu, kiedy telefon zawibrował. Kędzierska.
— Panie komisarzu, mam coś jeszcze. Ten profil na Facebooku, Magdalena Z. Znalazłam trzeci post. Data — szesnasty listopada. Dzisiaj. Godzina — czternasta zero siedem. Lokalizacja — Niechorze.
Zamorski stanął na chodniku. Serce uderzyło raz, mocno, jakby chciało wyrwać się z klatki piersiowej.
— Niechorze to dziesięć kilometrów stąd — powiedział.
— Wiem.
— Dziesięć kilometrów i dwie godziny temu.
— Wiem, panie komisarzu.
— Co jest na zdjęciu?
— Grzyby. I w podpisie — cytuję — „Niechorze, przy latarni. Gąski Bałtyckie, trzecia sztuka sezonu! Kto mówił, że Wybrzeże jest martwe zimą? Ono dopiero teraz żyje” — emotikonka grzybka, emotikonka grzybka, emotikonka grzybka, hashtag grzybiarka.
Trzecia sztuka sezonu. Trzecia.
Zamorski biegł do samochodu. Klucze wypadły mu z ręki, podniósł je, wsiadł, odpalił silnik. Radiowóz ruszył z piskiem opon na mokrym asfalcie — jedyny nagły dźwięk w cichym, martwym, listopadowym Rewalu, gdzie nikt nie zwrócił na niego uwagi, bo nie było nikogo, kto mógłby zwrócić uwagę.
Dziesięć kilometrów do Niechorza. Dziesięć minut, jeśli jechać szybko. Ale „trzecia sztuka sezonu” została wrzucona dwie godziny temu, a dwie godziny to wystarczająco dużo czasu, żeby zakopać ciało, sfotografować grzyby, wrzucić posta i zniknąć.
I pojechać dalej.
Wzdłuż wybrzeża.
Na wschód.
To, co Zamorski zobaczył tamtego wieczoru na klifie w Rewalu — zanim wsiadł do samochodu, zanim zadzwoniła Kędzierska, zanim świat przyspieszył — zostanie z nim na zawsze. Nie ciało. Nie grzyby. Nie odwrócony krzyż na czole ofiary. Coś mniejszego. Coś, co zauważył, wychodząc z kościoła, co zarejestrowało się gdzieś na obrzeżach świadomości i czego pełne znaczenie zrozumie dopiero tygodnie później, kiedy będzie miał siedemnaście ciał, siedemnaście postów i imiona dwojga ludzi, którzy zostawili za sobą szlak śmierci wzdłuż polskiego Wybrzeża jak nawóz rozrzucony na polu.
Na ławce przed kościołem — tej samej ławce, na której latem siadają turyści i jedzą lody — siedziała kobieta. Miała oliwkową kurtkę z kapturem naciągniętym na głowę. Patrzyła w telefon. Obok niej, na ziemi, stał plastikowy koszyk — taki, jaki grzybiarze noszą do lasu.
Koszyk nie był pusty.
Były w nim grzyby. Małe, beżowe, z delikatnymi kapeluszami.
Zamorski przeszedł obok niej. Zerknął — odruchowo, bo zerknięcie na obcych ludzi to nawyk policjanta, jak oddychanie. Kobieta nie podniosła wzroku. Ale jej usta — Zamorski zobaczy to potem w koszmarach, w tych precyzyjnych, fotograficznych koszmarach, które nie są snami, ale odtworzeniami — jej usta poruszały się lekko. Mówiła coś. Albo się modliła. Albo liczyła.
Zamorski poszedł dalej. Nie zatrzymał się. Nie zapytał. Nie miał powodu — kobieta z koszykiem grzybów na ławce przed kościołem to nie podejrzana, to mieszkanka, turystka, nikt.
Nikt.
Dopiero trzy tygodnie później — w Mielnie, po dziesiątym ciele — Zamorski zobaczy na Facebooku zdjęcie Magdaleny Zwieracz-Brudnej, zrobione z daleka, w słabym świetle, w kapturze. I rozpozna oliwkową kurtkę. I koszyk. I ten ruch warg — liczenie, nie modlitwa.
Liczyła grzyby.
Liczyła ofiary.
I siedziała na ławce przed kościołem, trzy metry od niego, patrząc w telefon, na którym właśnie wrzucała posta z Niechorza — „trzecia sztuka sezonu” — podczas gdy on, doświadczony śledczy, trzydzieści lat w służbie, tysiąc przesłuchań, setki spraw, przeszedł obok niej i nie zatrzymał się.
To będzie lekcja, której Zamorski nie zapomni. Nie dlatego, że popełnił błąd — nie popełnił, nie miał przesłanek do zatrzymania. Ale dlatego, że zło siedziało na ławce przed kościołem z koszykiem grzybów i uśmiechało się do telefonu, a on je widział i nie poznał. Bo zło nie wygląda jak zło. Zło wygląda jak kobieta w oliwkowej kurtce, która zbiera gąski na wydmach w listopadzie i wrzuca zdjęcia na Facebooka z emotikonkami.
Zło wygląda jak grzybiarka.
W samochodzie, jadąc do Niechorza, Zamorski zadzwonił do komendy w Gdańsku i powiedział cztery słowa, które uruchomiły największą operację policyjną na polskim wybrzeżu od czasu poszukiwań „Wampira z Bytowa” w latach dziewięćdziesiątych:
— Mamy serię zabójstw.
Potem się rozłączył, bo droga do Niechorza jest wąska, kręta i biegnie przez las, w którym w listopadzie jest tak ciemno, że reflektory oświetlają tylko dziesięć metrów przed maską. A za tymi dziesięcioma metrami może być cokolwiek.
Albo ktokolwiek.
Figa — jamniczka Henryka Pajora z Pobierowa — tej nocy znowu nie jadła. Leżała na podłodze obok łóżka i skowytała cicho. Henryk głaskał ją po głowie i mówił: cicho, Figa, cicho, już dobrze. Ale Figa wiedziała lepiej. Psy zawsze wiedzą lepiej. I Figa wiedziała, że nic nie jest dobrze i że to, co zaczęło się na wydmie przy wejściu numer trzy, jeszcze się nie skończyło.
Daleko nie skończyło.
ROZDZIAŁ 3: NIECHORZE — Latarnia i lęk
Latarnia morska w Niechorzu ma czterdzieści pięć metrów wysokości, dwieście dziesięć stopni kręconych schodów i jedną cechę, o której nie mówią przewodniki — w nocy, kiedy jej światło obraca się nad ciemnością Bałtyku, rzuca na okoliczne wydmy cienie tak długie i tak regularne, że wyglądają jak wskazówki zegara odmierzające czas, który nie należy do nikogo. Rybacy z Niechorza mawiają, że latarnia nie świeci statkom. Latarnia świeci sama sobie — bo została zbudowana przez Niemców w tysiąc osiemset sześćdziesiątym szóstym roku i od tamtej pory nie nauczyła się polskiego, nie zmieniła zdania i nie przestała się kręcić, nawet kiedy nie ma po co.
Rybak Bolesław Kret, lat siedemdziesiąt jeden, mawiał to każdemu, kto chciał słuchać, i wielu, którzy nie chcieli. Kret był instytucją Niechorza — postacią, którą znali wszyscy, lubili nieliczni, a większość tolerowała, bo Kret był nieszkodliwy. Siedział na ławce pod latarnią każdego dnia, niezależnie od pogody, pił herbatę z termosu, karmił koty i opowiadał historie, które zmieniały się w szczegółach, ale nigdy w konkluzji: za Niemca było inaczej, za Gomułki było inaczej, za Gierka było inaczej, ale morze jest ciągle to samo, a ludzie są ciągle tacy sami — to znaczy źli, głupi i łatwowierni.
Tego ranka Kret nie siedział na ławce. Tego ranka Kret leżał na oddziale ratunkowym szpitala w Gryficach ze wstrząsem pourazowym, ciśnieniem dwieście na sto dwadzieścia i dłońmi, które trzęsły się tak mocno, że pielęgniarka nie mogła zmierzyć mu tętna na nadgarstku.
Bo Kret znalazł trzecie ciało.
Zamorski przyjechał do Niechorza o dwudziestej trzeciej czterdzieści — niecałe dwie godziny po telefonie od Kędzierskiej. Droga z Rewala przez las była dokładnie taka, jaką sobie wyobrażał — ciemna, wąska, kręta, z drzewami, które pochylały się nad jezdnią jak widzowie nad ringiem. Na ostatnim zakręcie przed Niechorzem sarna stała w świetle reflektorów i patrzyła na niego oczami jak dwie złote monety, zanim odwróciła się i zniknęła w mroku, jakby nigdy jej nie było. Zamorski zahamował, serce waliło mu w żebrach, i pomyślał — absurdalnie, nielogicznie, w sposób, który pominąłby w raporcie — że ta sarna wiedziała, dokąd jedzie, i próbowała go ostrzec.
Niechorze nocą wyglądało jak Pobierowo i Rewal — jak miejsce, z którego wyparowali ludzie, zostawiając po sobie budynki, ulice i znaki drogowe, których nikt nie czytał. Jedyna różnica to latarnia — jej światło obracało się nad miasteczkiem jak sumienny bóg, który oświetla swój opuszczony kościół.
Na parkingu pod latarnią stały trzy radiowozy, karetka pogotowia z wyłączonymi sygnałami i biały van techników kryminalistycznych z Komendy Powiatowej w Gryficach. Zamorski zaparkował obok vana. Zanim zdążył wysiąść, ktoś zapukał w szybę.
Posterunkowa Kędzierska. W kurtce policyjnej trzy rozmiary za dużej, z włosami związanymi w koński ogon, który wiatr tarmosił jak szmacianą lalką. Wyglądała na kogoś, kto nie spał od trzydziestu godzin i utrzymywał się na nogach wyłącznie dzięki kofeinie i uprzejmej złośliwości losu.
— Ciało jest dwieście metrów na południe od latarni, na wydmie przy starym zejściu na plażę — powiedziała zamiast powitania. — Znalazł je miejscowy, Bolesław Kret, koło siedemnastej. Szedł karmić koty, zobaczył, że jeden z kotów coś ciągnie z piasku, podszedł, zobaczył — i dostał ataku paniki. Sąsiadka usłyszała krzyk i zadzwoniła na sto dwanaście.
— Kret został przesłuchany?
— Próbowaliśmy. Mówi nieskładnie. Powtarza, że widział diabła. Lekarz mówi, że potrzebuje kilku godzin, zanim będzie zdolny do zeznań.
— Widział diabła — powtórzył Zamorski.
— Tak powiedział. Dosłownie — „widziałem diabła na wydmie.”
Zamorski nie skomentował. Ruszył w stronę wydm. Kędzierska szła za nim, mówiąc — bo Kędzierska, jak Zamorski szybko odkrył, należała do ludzi, którzy myślą na głos i potrzebują słuchacza nie po to, by usłyszeć odpowiedź, ale po to, by usłyszeć własne pytania.
— Panie komisarzu, jeśli post na Facebooku pojawił się o czternastej zero siedem, a ciało jest świeże — technik mówi, że śmierć nastąpiła maksymalnie dwanaście godzin temu — to sprawca był tu wczoraj wieczorem albo w nocy. A potem, dzisiaj po południu, wrócił na miejsce, sfotografował grzyby i wrzucił posta. Albo — i to jest wariant, który mnie martwi — sprawca jest tu cały czas.
— Tu, czyli?
— W Niechorzu. Albo blisko. W Rewalu. W Pogorzelicy. Gdzieś na tym odcinku wybrzeża, w jednym z tych pustych pensjonatów, w jednym z tych wynajmowanych pokojów, które o tej porze roku kosztują sto pięćdziesiąt złotych za noc i nikt nie pyta o dowód.
Zamorski przystanął. Odwrócił się do Kędzierskiej. W świetle obracającej się latarni jej twarz migotała — jasno, ciemno, jasno, ciemno — jak sygnał ostrzegawczy.
— Niech pani zadzwoni do wszystkich pensjonatów, hoteli, kwater prywatnych i pokojów na wynajem w Pobierowie, Rewalu, Niechorzu i Pogorzelicy. Pytanie jest proste — czy w ciągu ostatnich dziesięciu dni ktoś wynajmował pokój. Para albo samotna kobieta. Szczególnie kobieta w oliwkowej kurtce.
Kędzierska otworzyła usta, jakby chciała zapytać skąd oliwkowa kurtka, ale zamknęła je i skinęła głową. Była wystarczająco bystra, żeby zrozumieć, że pytania mają swój czas, a teraz jest czas na działanie.
Ciało leżało w zagłębieniu wydmy, pięćdziesiąt metrów od brzegu morza, tam gdzie piasek przechodził w trawę wydmową — szarą, suchą, szeleszczącą na wietrze jak chichot. Technik z Gryfic — inny niż ten w Rewalu, starszy, spokojniejszy, z twarzą człowieka, który widział wystarczająco dużo, by nie blednąć — poprowadził Zamorskiego pod namiot osłonowy.
— Schemat identyczny jak w Pobierowie i Rewalu — wyjaśnił technik, podnosząc klapę namiotu. — Płytkie zagrzebanie, dwadzieścia do trzydziestu centymetrów. Brak odzieży. Brak dokumentów. Twarz zniszczona. Dłonie uszkodzone — chyba celowo, żeby utrudnić identyfikację po odciskach. I grzyby. Te same grzyby.
Zamorski wszedł pod namiot. Światło reflektorów było ostre, bezlitosne, chirurgiczne — oświetlało każdy detal bez litości, bo litość nie jest cechą kryminalistyki. To, co leżało w piasku, potwierdzało słowa technika — ten sam wzorzec, ta sama brutalność, ta sama nadmiarowa destrukcja, jakby sprawca nie potrafił przestać nawet wtedy, gdy ofiara dawno nie żyła.
Ale były różnice. I różnice interesowały Zamorskiego bardziej niż podobieństwa.
Po pierwsze — ofiara była kobietą. Poprzednie dwa ciała były zbyt zniszczone, by ustalić płeć na miejscu (patomorfolog określiła prawdopodobną płeć męską dopiero po sekcji), ale tu — mimo masakry — budowa ciała, proporcje, kości miednicy wskazywały wyraźnie na kobietę. Młodą, sądząc po kościach. Może trzydzieści lat, może trzydzieści pięć.
Po drugie — na ciele były ślady krępowania. Nadgarstki i kostki nosiły głębokie otarcia, jakby ofiara była przez dłuższy czas związana czymś cienkim — sznurem? drutem? — i szarpała się, próbując się uwolnić. Ślady krępowania oznaczały, że ofiara żyła w niewoli przez jakiś czas przed śmiercią. Godziny? Dni?
Po trzecie — a to było to, co sprawiło, że Zamorski musiał wyjść z namiotu i stać przez chwilę w ciemności, oddychając — na plecach ofiary były wypisane słowa. Nie wyryte, jak krzyż na czole ciała z Rewala. Wypisane. Czarnym markerem, dużymi, drukowanymi literami, stabilnym pismem kogoś, kto nie drżał na ręce. Dwa słowa.
SAMA CHCIAŁA
Zamorski stał w ciemności i patrzył na morze. Fale uderzały o brzeg z monotonią serca, które bije tylko dlatego, że nie wie, jak przestać. Latarnia kręciła się nad jego głową — jasno, ciemno, jasno, ciemno.
Sama chciała.
Publiczne obwinianie ofiary. Mówienie zgwałconej, że „sama się prosiła”, pobitemu, że „sam sprowokował”, zamordowanej kobiecie, że „sama tego chciała.” Zamorski znał ten mechanizm — znał go z przesłuchań gwałcicieli, z zeznań sprawców przemocy domowej, z raportów psychologów. Odwracanie winy. Transferowanie odpowiedzialności z kata na ofiarę. Ale znał to z kontekstu słów — z rozmów, z wyjaśnień, z zeznań. Nigdy nie widział tego wypisanego na ciele. Na martwym ciele. Wielkie, drukowane litery na skórze kobiety, która leżała w piasku wydmy, a wokół niej rosły grzyby.
To nie był podpis sprawcy. To było przesłanie. Komunikat skierowany do tego, kto ciało znajdzie. Do policji. Do Zamorskiego. Sprawca mówił — patrz. Patrz, co zrobiłem. I patrz, co o tym myślę. Ona chciała. Ja nie jestem winny. Ja nigdy nie jestem winny.
O pierwszej w nocy Zamorski siedział w jedynym otwartym lokalu w Niechorzu — nie barze, bo w Niechorzu nie było baru otwartego w listopadzie, ale w recepcji pensjonatu „Bryza Morska”, gdzie właścicielka — Jadwiga Zelman, kobieta o wzroście metr pięćdziesiąt osiem i sile charakteru metr dziewięćdziesiąt — nie spała, bo policja jeździła pod jej oknami od pięciu godzin i nie zamierzała zamknąć oczu, dopóki nie dowie się, co się dzieje.
Jadwiga Zelman postawiła przed Zamorskim herbatę — prawdziwą, z cytryną, w porcelanowej filiżance z napisem „Niechorze — perła Bałtyku” — i usiadła naprzeciwko z miną kobiety, która zamierza wiedzieć wszystko i natychmiast.
— To prawda, że na plaży leży trup? — zapytała.
— Nie mogę komentować szczegółów śledztwa — powiedział Zamorski.
— Może pan nie może, ale pół Niechorza już wie. Kret wrzeszczał tak, że było słychać na promenadzie. A pani Krupnik z trzynastki widziała, jak karetka zabierała go z pianą na ustach. Co on tam zobaczył?
— Pani Zelman, chciałbym zapytać o coś innego. Czy w ciągu ostatnich dziesięciu dni wynajmowała pani pokoje komukolwiek?
Jadwiga Zelman zmrużyła oczy. Była inteligentną kobietą — Zamorski widział to od razu, po sposobie, w jaki słuchała, po tym, jak rejestrował się w niej każdy niuans pytania.
— W listopadzie? Panie komisarzu, w listopadzie tu nie przyjeżdża nikt. Gdyby nie emeryci na turnusach rehabilitacyjnych w grudniu, zamykałabym pensjonat od października do marca.
— Nikt?
— Nie powiedziałam nikt. Powiedziałam prawie nikt. Była jedna rezerwacja. Para. Mężczyzna i kobieta. Przyjechali — niech pomyślę — dziewiątego listopada. Zamówili pokój na trzy noce. Zapłacili gotówką z góry. To mnie zdziwiło, bo teraz wszyscy płacą kartą albo blikiem, a oni wyciągnęli gotówkę, odliczoną co do grosza, jakby wiedzieli dokładnie, ile wynosi nocleg plus podatek turystyczny.
— Pamięta pani, jak wyglądali?
— On — wysoki, bardzo wysoki, szczupły, siwe włosy, elegancki. Miał taki ciemny płaszcz, długi, prawie do kostek. I sposób bycia — wie pan, taki wyniosły, jakby wchodził na scenę, a nie do recepcji pensjonatu za dwieście złotych za noc. Mówił do mnie „proszę pani” z takim naciskiem na „pani”, jakby robił mi łaskę, że mnie tak tytułuje. Nie spodobał mi się.
— A ona?
— Cicha. Stała za nim. Kurtka oliwkowa, kaptur na głowie, nie ściągnęła go nawet w środku. Nie powiedziała ani słowa. On mówił za dwoje. Kiedy podawałam im klucz, ona wyciągnęła rękę — i miała brudne paznokcie. Nie takie — wie pan — brudne od ogrodu, tylko brudne od dawna, jakby higiena była czymś, o czym zapomniała albo na co przestała zwracać uwagę. I śmierdziała. Przepraszam za słowo, ale innego nie ma. Stała pół metra ode mnie i czułam pot, stary pot, wielodniowy. I coś jeszcze — taki słodkawy zapach, którego nie potrafię nazwać.
— Zapisała pani ich dane? Dowody osobiste?
— On podał nazwisko — Krawczyk. Jan Krawczyk. Ale nie pokazał dowodu. Powiedział, że zostawił w samochodzie i przyniesie rano. Nie przyniósł. Ja powinnam była poprosić — wiem, przepisy — ale wie pan, jak to jest w listopadzie. Ktoś chce zapłacić gotówką za trzy noce, nie pytasz o dowód, pytasz, czy chce śniadanie.
— Jaki mieli samochód?
— Ciemny kombi. Nie znam się na markach. Z przyciemnionymi szybami. Stał na parkingu za pensjonatem.
Zamorski zanotował. Ciemny kombi z przyciemnionymi szybami. To samo, co Halina Pajor widziała na parkingu w Pobierowie. Te same osoby. Ten sam samochód. Ten sam szlak.
— Kiedy wyjechali?
— Dwunastego. Rano. Sprzątaczka powiedziała mi potem, że pokój był… dziwny.
— Dziwny jak?
Jadwiga Zelman zamyśliła się. Zamorski widział, jak kobieta przeszukuje pamięć — systematycznie, chronologicznie, jak ktoś, kto szanuje fakty i nie chce powiedzieć czegoś, czego nie jest pewna.
— Pościel była brudna, ale nie od normalnego użytkowania. Były na niej plamy — ciemne, zasuszone. Sprzątaczka pomyślała, że to wino albo sos. Ja pomyślałam, że to krew, ale nie powiedziałam tego na głos, bo brzmiałoby absurdalnie. Na podłodze przy łóżku leżały okruchy — dużo okruchów, jakby jedli nad łóżkiem i nie sprzątali. I na szafce nocnej stały świece — nie moje, bo ja nie stawiam świec w pokojach, to zagrożenie pożarowe. Świece — czarne. Dwie czarne świece. Niedopalone. I wokół nich — na szafce — były krople wosku, a w wosku odciśnięte coś, co wyglądało jak litery. Albo symbole. Nie znam się na tym. Kazałam sprzątaczce wyrzucić i wyczyścić.
— Nie zachowała pani tych świec?
— A po co miałabym je zachowywać?
Zamorski nie odpowiedział. Nie miał pretensji — Jadwiga Zelman nie była kryminalistką, była właścicielką pensjonatu, która znalazła brudne świece w pokoju i zrobiła z nimi to, co każda właścicielka pensjonatu by zrobiła. Ale czarne świece, ciemne plamy na pościeli i symbole odciśnięte w wosku — to pasowało do obrazu, który budował się w głowie Zamorskiego warstwa po warstwie, jak piasek na wydmie.
— Jeszcze jedno — powiedział. — Słyszała pani, żeby ktoś w tej okolicy zbierał grzyby na wydmach?
Jadwiga Zelman uniosła brwi.
— Grzyby na wydmach? Nikt normalny nie zbiera grzybów na wydmach. Na wydmach rosną trawy, kolce i śmieci po turystach. Grzyby rosną w lesie.
— A gdybym powiedział pani, że istnieje gatunek, który rośnie na piaszczystych glebach nadmorskich?
— Powiedziałabym, że żyję tu czterdzieści lat i nigdy o czymś takim nie słyszałam. Ale powiedziałabym też, że morze co roku wyrzuca na brzeg rzeczy, o których istnieniu nie miałam pojęcia, więc może te grzyby też.
Zamorski wyszedł z pensjonatu „Bryza Morska” o drugiej w nocy. Niechorze spało — jeśli puste pensjonaty i zamknięte sklepy mogą spać. Latarnia kręciła się na wzgórzu, jej światło przecinało ciemność jak nożyczki tnące czarny papier.
Stał na parkingu i palił papierosa — pierwszego od trzech lat, kupionego w automacie w Gryficach, bo astma astmą, ale są noce, kiedy płuca muszą ustąpić głowie, a głowa potrzebuje nikotyny, żeby przestać się kręcić.
Trzy ciała. Trzy miejscowości. Trzy posty na Facebooku. Trzy grzyby — a raczej trzy skupiska grzybów, rosnące na trzech grobach w piasku. Para — on wysoki, charyzmatyczny, wyniosły, w długim płaszczu; ona cicha, brudna, w oliwkowej kurtce z kapturem. Jechali na wschód. Pobierowo — Rewal — Niechorze. Następna miejscowość na szlaku to Pogorzelica. Potem Mrzeżyno. Potem Dźwirzyno. Potem Kołobrzeg.
Zamorski wyjął telefon i otworzył mapę. Wzdłuż wybrzeża, od Pobierowa do Krynicy Morskiej, ciągnął się sznur miejscowości — kilkanaście nazw, kilkanaście przystanków. Jeśli sprawcy jechali na wschód, jeśli zabijali w każdej kolejnej miejscowości, jeśli publikowali post po każdej zbrodni, to Zamorski nie ścigał morderców. Zamorski ścigał turystów.
Turystów z przewodnikiem. Z planem. Z rozkładem jazdy.
I z koszykiem na grzyby.
Telefon zawibrował. Wiadomość od Kędzierskiej — pracowała mimo drugiej w nocy, i Zamorski pomyślał, że ta posterunkowa z Trzebiatowa albo jest genialna, albo szalona, albo jedno i drugie, i w każdym wypadku powinien ją ściągnąć do swojego zespołu.
„Sprawdziłam pensjonaty w Pogorzelicy. Ośrodek Perła Pomorza, właściciel Ryszard Tomala. Potwierdza: para wynajęła pokój 12–14 listopada. Mężczyzna i kobieta, opis zgadza się. Zapłacili gotówką. Nazwisko: Krawczyk. I jest coś jeszcze.”
Zamorski odpisał: „Co jeszcze?”
Odpowiedź przyszła po minucie: „Tomala mówi, że drugiego dnia wieczorem widział mężczyznę na wydmie za ośrodkiem. Stał w ciemności i mówił coś głośno. Tomala myślał, że się modli. Ale potem usłyszał drugi głos — kobiecy — i coś, co brzmiało jak śpiew. Nie polski. Łaciński.”
Zamorski zgasił papierosa na mokrym asfalcie. Łaciński. Śpiew po łacinie na wydmie w nocy, w Pogorzelicy, w połowie listopada, dwa dni przed znalezieniem ciała w Niechorzu. Czarna msza — albo jej fragment. Rytuał odprawiany nad ciałem, nad grobem, nad grzybami, które niedługo wyrosną.
„Klacz” — przypomniał sobie przezwisko, które podał proboszcz Wiśniewski z Rewala. Egzorcysta. Charyzmatyczny ksiądz usunięty z diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej dekadę temu. Wysoki, szczupły, z krokiem jak koń. Zamorski nie wierzył w zbiegi okoliczności — bo zbiegi okoliczności to pojęcie ludzi, którzy nie widzą połączeń.
Zadzwonił do komendy w Gdańsku. Numer dyżurny — o tej porze w wydziale kryminalnym siedział podkomisarz Marek Janowicz, dobry policjant, choć powolny, z twarzą buldoga i cierpliwością zegarka.
— Marek, potrzebuję informacji. Diecezja koszalińsko-kołobrzeska, wydział duchowieństwa albo kuria albo jakkolwiek to się nazywa. Szukam księdza — prawdopodobnie odwołanego albo usuniętego z kapłaństwa — przezwisko Klacz, prawdziwe nazwisko nieznane, pracował jako egzorcysta, miał problemy z władzami kościelnymi, zniknął dziesięć, dwanaście lat temu. Muszę mieć jego pełne dane.
— Komisarzu, jest trzecia w nocy.
— Wiem, która jest godzina, Marek. Rano zadzwoń do kurii. I jeszcze jedno — potrzebuję analizy profilu na Facebooku. Profil: Magdalena Z. Znajdź jej pełne nazwisko, adres IP, z którego logowała się na konto, lokalizacje postów. Wyślę ci linka.
— Dobrze. Coś jeszcze?
— Tak. Sprawdź, czy w Pogorzelicy albo w Mrzeżynie znaleziono ciało. Albo czy ktoś zgłosił zaginięcie. Albo czy ktoś — ktokolwiek — widział grzyby rosnące na wydmach.
Cisza po drugiej stronie. Potem Janowicz powiedział — powoli, z intonacją człowieka, który wie, że zadaje głupie pytanie, ale musi je zadać:
— Grzyby?
— Grzyby, Marek. Małe, beżowe, rosnące na piaszczystych glebach nadmorskich. Gatunek gąska, najprawdopodobniej Tricholoma. Wiem, jak to brzmi. Zrób to.
— Robię.
Zamorski nie wrócił do Pobierowa tej nocy. Został w Niechorzu — nie w pensjonacie Jadwigi Zelman, bo nie chciał jej niepokoić bardziej, niż już była zaniepokojona, ale w radiowozie, na parkingu pod latarnią, z silnikiem włączonym na ogrzewanie i notatnikiem na kolanach.
Pisał profil. Nie sprawcy — sprawców.
Para. On — dominujący, charyzmatyczny, religijny (albo antyreligijny, co w pewnym sensie jest tą samą obsesją skierowaną w drugą stronę). Wysoki, elegancki, mówi za dwoje, rezerwuje pokoje, podaje fałszywe nazwisko, płaci gotówką. Odprawia rytuały. Używa łaciny. Rzeźbi symbole na ciałach ofiar. Jest najprawdopodobniej byłym księdzem, egzorcystą, oddalonym z diecezji — co oznacza, że Kościół go odrzucił, a on odrzucił Kościół, i teraz odgrywa swoją liturgię na ciałach nieznajomych ludzi w piaskach nadmorskich wydm.
Ona — submisywna? Nie, to słowo nie pasowało. Cicha — tak. Brudna, zaniedbana, z długimi paznokciami i zapachem, który Jadwiga Zelman opisała jako „wielodniowy pot i coś słodkawego.” Nie mówi. Stoi za nim. Nosi kaptur. Ale — i to było kluczowe — to ona prowadzi profil na Facebooku. To ona fotografuje grzyby. To ona wrzuca posty z emotikonkami i hashtagami. To ona zostawia ślad. On odprawia rytuał — ona go dokumentuje. On zabija — ona archiwizuje.
A może nie. Może to było bardziej skomplikowane.
Bo na plecach kobiety w Niechorzu ktoś napisał „SAMA CHCIAŁA.” A Zamorski nie potrafił wyobrazić sobie mężczyzny — nawet byłego księdza, nawet psychopatę — który pisze te słowa na ciele zamordowanej kobiety. Te słowa brzmiały inaczej. Brzmiały — i Zamorski zdawał sobie sprawę, jak absurdalnie to zabrzmi w raporcie — jak kobieta, która mówi do innej kobiety. Jak osąd. Jak wyrok. Jak coś, co jedna kobieta mogłaby powiedzieć drugiej, patrząc na nią z góry, z pogardą, z satysfakcją.
Sama chciała.
To Magdalena to napisała. Zamorski był tego niemal pewien. Nie on — nie ten w ciemnym płaszczu, nie ten, który śpiewał po łacinie na wydmach. On rzeźbił krzyże. On odprawiał rytuały. On zajmował się sacrum — nawet jeśli to sacrum odwrócone, sprofanowane, zbezczeszczone. Ale „SAMA CHCIAŁA” nie było sacrum. To było profanum. To był język ulicy, język pogardy, język kogoś, kto patrzy na ofiarę i nie widzi człowieka — widzi przedmiot, który zasłużył na to, co go spotkało.
Para. On — kapłan ciemności. Ona — kronikarz pogardy.
Razem — coś, czego Zamorski jeszcze nie widział w trzydziestu latach pracy.
O piątej rano, kiedy niebo nad Bałtykiem zaczęło szarzeć — nie jaśnieć, bo w listopadzie niebo nie jaśnieje, tylko przechodzi z czerni w szarość, jakby ktoś zamienił jeden rodzaj ciemności na inny — Zamorski wyszedł z radiowozu i poszedł na plażę. Nie na miejsce zbrodni — tam stał namiot, stała taśma, stali technicy, którzy pracowali przez noc. Poszedł w drugą stronę, na zachód, w stronę Rewala.
Szedł plażą sam. Piasek był mokry, twardy, idealny do chodzenia. Morze było spokojne — fale niskie, leniwe, szare jak niebo. Na horyzoncie nie było nic — żadnego statku, żadnego światła, żadnego znaku, że za tą wodą istnieje inny świat.
Zamorski szedł i myślał o grzybach.
Istnieje zjawisko w mykologii — Zamorski czytał o nim nocą na telefonie, siedząc w radiowozie, bo nie potrafił spać — znane jako „krąg czarownic” lub „krąg wróżek.” Polega na tym, że grzybnia rozrasta się promieniście od jednego punktu, tworząc okrąg owocników — grzybów — który z roku na rok się powiększa. W średniowieczu wierzono, że kręgi te powstają tam, gdzie tańczyły czarownice albo gdzie diabeł dotknął ziemi kopytem. W rzeczywistości to po prostu biologia — grzybnia rośnie równomiernie we wszystkich kierunkach, jak fala na wodzie, i kiedy wewnętrzna część grzybni obumiera z braku pożywienia, owocniki pojawiają się tylko na obrzeżu, tworząc pierścień.
Ale Zamorski nie myślał o biologii. Myślał o czarownicach.
Myślał o parze, która jechała wzdłuż wybrzeża i zostawiała za sobą kręgi grzybów nad kręgami ciał. Myślał o mężczyźnie, który śpiewał po łacinie na wydmach, i o kobiecie, która fotografowała grzyby z emotikonkami. Myślał o tym, że gdzieś tam — na wschód, w Pogorzelicy, w Mrzeżynie, w Dźwirzynie — jest ciało, którego jeszcze nie znaleziono. I kolejne. I kolejne. I każde ma nad sobą małe, beżowe grzyby, które rosną spokojnie i cierpliwie, karmiąc się tym, co zostało z człowieka.
Gąski Bałtyckie. Trzecia sztuka sezonu.
A sezon — Zamorski wiedział to z tą lodowatą pewnością, która nie wynika z dowodów, ale z czegoś głębszego, z czegoś, co trzeba mieć albo czego mieć nie można — sezon dopiero się rozkręcał.
Wrócił do radiowozu. Było szósto trzydzieści. Na telefonie miał cztery nieodebrane połączenia — dwa od Kędzierskiej, jedno od Janowicza z Gdańska i jedno z numeru, którego nie znał. Oddzwonił do Janowicza.
— Komisarzu, mam coś z kurii — powiedział Janowicz. Głos miał zmęczony, ale pod zmęczeniem tętniło coś, co Zamorski rozpoznał natychmiast — ta sama nerwowość, którą słyszał u Kędzierskiej, kiedy znajdowała coś ważnego. — Dzwoniłem do kanclerza kurii koszalińsko-kołobrzeskiej, wyciągnąłem go z łóżka, nie był zachwycony. Pytałem o księdza Klacza. Kanclerz powiedział — cytuję — „nie mamy takiego księdza w diecezji.” Potem się zawahał. Potem powiedział — „ale mieliśmy.” I dał mi nazwisko.
Zamorski chwycił notatnik.
— Przemysław Klacz-Dziurski. Ksiądz katolicki, wyświęcony w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym dziewiątym, diecezja koszalińsko-kołobrzeska. Pracował jako wikary w trzech parafiach. W dwa tysiące szóstym roku — bez zgody biskupa — zaczął odprawiać egzorcyzmy. Biskup go upomniał. Klacz-Dziurski nie posłuchał. W dwa tysiące ósmym — dyscyplinarne przeniesienie do parafii w Drawsku Pomorskim. W dwa tysiące dziesiątym — zawieszenie w posłudze kapłańskiej po — cytuję kanclerza — „poważnych naruszeniach dyscypliny liturgicznej i obyczajowej.”
— Co to znaczy?
— Kanclerz nie chciał powiedzieć. Powtórzył formułę trzy razy jak mantrę. „Poważne naruszenia dyscypliny liturgicznej i obyczajowej.” Ale między wierszami — komisarzu, ja wiem, że to spekulacja — ale kiedy powiedziałem mu, że chodzi o śledztwo w sprawie zabójstw, zamilkł na dziesięć sekund. A potem powiedział coś, co się nie nadaje do raportu.
— Co powiedział?
— Powiedział: „Wiedziałem, że kiedyś zadzwonicie.”
Zamorski zamknął notatnik. Siedział w radiowozie pod latarnią morską w Niechorzu i patrzył na szare niebo nad szarym morzem i czuł, jak puzzle — brudne, zakrwawione, pokryte piaskiem puzzle — zaczynają się do siebie dopasowywać.
Przemysław Klacz-Dziurski. Egzorcysta bez uprawnień. Zawieszony za „naruszenia liturgiczne i obyczajowe.” Zniknął z radarów kościelnych dwanaście lat temu. I kanclerz kurii powiedział: „Wiedziałem, że kiedyś zadzwonicie.”
Bo Kościół wiedział. Kościół zawsze wie — wie wcześniej niż policja, wie wcześniej niż media, wie wcześniej niż sąsiedzi. Kościół ma tysiąc lat doświadczenia w rozpoznawaniu zła, bo zło jest jego konkurencją. I Kościół — jak zawsze — milczał. Przeniósł, zawiesił, wymazał. Nie zadzwonił na policję. Nie ostrzegł nikogo. Bo co by powiedzieli? Że mamy księdza, który odprawia czarne msze? Że mamy kapłana, który zamiast leczyć dusze, zjada je? Nie. Lepiej milczeć. Milczenie jest złotem — zwłaszcza, kiedy milczysz o czymś, za co trzeba by zapłacić.
Zamorski poczuł gniew — rzadki u niego, rzadki i niepokojący, bo gniew zatruwa myślenie, a on potrzebował czystej głowy. Odetchnął. Odłożył gniew na później. Teraz potrzebował faktów.
— Marek — powiedział. — Znajdź mi adres ostatniego zameldowania Przemysława Klacz-Dziurskiego. I zdjęcie. I sprawdź, czy ma samochód — ciemny kombi.
— Już szukam.
— I jeszcze jedno. Ten profil na Facebooku — Magdalena Z. Znajdź jej pełne nazwisko. I sprawdź, czy Klacz-Dziurski i ta Magdalena mają jakiekolwiek powiązanie — wspólny adres, wspólne konto, wspólne zdjęcie, cokolwiek.
— Dobrze.
— I, Marek?
— Tak?
— Sprawdź Pogorzelicę. Wydmy za ośrodkiem Perła Pomorza. Wyślij tam patrol. Jeśli znajdą grzyby rosnące na piasku — niech kopią pod nimi.
Cisza. Potem Janowicz — powoli, z intonacją człowieka, który zaczyna rozumieć, w co się pakuje:
— Komisarzu, ile ciał pan spodziewa się znaleźć?
Zamorski patrzył na mapę wybrzeża na telefonie. Pobierowo, Rewal, Niechorze, Pogorzelica, Mrzeżyno, Dźwirzyno, Kołobrzeg, Ustronie Morskie, Sarbinowo, Mielno, Ustka, Łeba, Dębki, Jastrzębia Góra, Stegna, Kąty Rybackie, Krynica Morska. Siedemnaście nazw. Siedemnaście przystanków na szlaku, który ktoś wytyczył wzdłuż polskiego Wybrzeża jak trasę pielgrzymki — tyle, że zamiast kościołów na końcu każdego etapu był grób w piasku.
— Nie wiem — powiedział. — Ale obawiam się, że dużo.
Rozłączył się. Wyszedł z radiowozu. Latarnia morska w Niechorzu obróciła się po raz ostatni — bo o świcie wyłączali ją, bo w dzień nie była potrzebna — i zgasła. Bez niej Niechorze wyglądało jak osierocone dziecko.
Zamorski wsiadł do samochodu i pojechał na wschód. W stronę Pogorzelicy. W stronę kolejnego ciała, kolejnych grzybów, kolejnego posta z emotikonką.
Na tylnym siedzeniu leżał notatnik z dwoma słowami, które staną się tytułem akt sprawy, choć Zamorski jeszcze o tym nie wiedział:
Gąski Bałtyckie.
Sezon trwał.
ROZDZIAŁ 4: POGORZELICA — Las, który milczy
Pogorzelica nie jest miejscowością. Pogorzelica jest stanem umysłu.
Kto tam nie był, nie zrozumie. Kto był — nie zapomni. To osada bez centrum, bez rynku, bez kościoła, bez posterunku policji, bez apteki i bez piekarni. Pogorzelica to kilkadziesiąt domów rozrzuconych w sosnowym lesie tak gęstym, że nawet w lipcu słońce dociera do ziemi tylko w plamach, jakby ktoś podziurawił dach świata nożyczkami. Las jest tutaj właścicielem — ludzie są lokatorami na łasce. Las pachnie żywicą, igliwiem i czymś jeszcze, czymś głębszym, co mieszkańcy nazywają „oddechem” — bo Pogorzelica oddycha. Drzewa wydychają wilgoć, mech wydycha zapach, piasek pod igliwiem wydycha ciepło albo chłód, zależnie od pory roku.
W listopadzie Pogorzelica wydycha strach.
Nie dlatego, że jest straszna. Dlatego, że jest cicha. Tak cicha, że cisza staje się dźwiękiem — monotonnym, niskim, wszechogarniającym szumem pustki, który po dwóch dniach zaczyna człowiekowi wchodzić pod skórę jak kleszcz. Ludzie, którzy przyjeżdżają tu latem, mówią o spokoju, harmonii, kontakcie z naturą. Ludzie, którzy zostają na zimę, mówią o ścianach, które się kurczą, o nocach, które nie kończą się nigdy, i o dźwiękach, których nie ma, ale które się słyszy.
Ryszard Tomala, właściciel ośrodka wypoczynkowego „Perła Pomorza” — dwanaście drewnianych domków między sosnami, dwa z nich z działającym ogrzewaniem, reszta zamknięta od października — był człowiekiem, który został na zimę. Zostawał co roku, bo ośrodek był jego życiem, a życie nie pytało Tomalę o zdanie. Miał sześćdziesiąt jeden lat, rozwód za sobą, dorosłą córkę w Szczecinie, która dzwoniła w święta i na urodziny, psa — owczarka alzackiego imieniem Baszta — i nawyk picia wieczorami jednego piwa przed telewizorem, nigdy dwóch, bo drugie piwo prowadziło do trzeciego, a trzecie prowadziło do miejsca, do którego Tomala wracał przed laty.
Tego ranka — siedemnastego listopada, trzy dni po znalezieniu ciała w Pobierowie — Ryszard Tomala stał przed domkiem numer siedem i patrzył na coś, co leżało na progu.
To nie było ciało. To był but.
Damski but — czarny, skórzany, z obcasem, rozmiar trzydzieści osiem lub trzydzieści dziewięć, zabrudzony piaskiem i czymś ciemnym, czego Tomala wolał nie identyfikować. But leżał na progu domku numer siedem — tego samego domku, w którym pięć dni temu mieszkała para, która zapłaciła gotówką i podała nazwisko Krawczyk.
Tomala stał nad butem i czuł, jak pot spływa mu po plecach mimo czterech stopni na zewnątrz. Baszta stał obok niego, sztywny, z nastawionymi uszami i warczeniem tak cichym, że bardziej się je czuło w powietrzu niż słyszało.
But nie leżał tu wczoraj. Tomala był pewien — chodził tą ścieżką codziennie, sprawdzał domki, zamykał okiennice, zaglądał pod werandy, bo kuny gnieździły się pod deskami i niszczyły izolację. Wczoraj buta nie było. Dziś był. Co oznaczało, że ktoś go tu położył w nocy.
Ktoś chodził po terenie ośrodka „Perła Pomorza” w nocy.
Tomala cofnął się o krok. Potem o drugi. Potem wyciągnął telefon i zadzwonił na numer, który posterunkowa Kędzierska zostawiła mu dwa dni wcześniej, kiedy dzwoniła z pytaniami o parę, która wynajmowała pokój.
— Pani posterunkowa — powiedział i sam usłyszał, jak bardzo drży mu głos. — Tu Tomala z Pogorzelicy. Jest tu coś. Nie wiem, co to znaczy. Ale myślę, że powinni tu państwo przyjechać.
Kędzierska przyjechała w czterdzieści minut. Zamorski — nieco później, bo jechał z Niechorza, gdzie spędził noc w radiowozie, i po drodze zatankował, bo volvo pożerało paliwo jak Baszta pożerał kości — łapczywie i bez wyrzutów sumienia. A na stacji paliw akurat zepsuł się dystrybutor.
Kiedy dotarł na teren ośrodka „Perła Pomorza”, Kędzierska stała przy domku numer siedem z butem w worku dowodowym i miną kogoś, kto znalazł coś gorszego niż but.
— Panie komisarzu — powiedziała zamiast dzień dobry. — But jest na progu. Ale to nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, co znaleźliśmy za domkiem.
Zamorski poszedł za nią. Ścieżka prowadziła między sosnami, przez igliwie miękkie jak dywan, wzdłuż płotu z siatki, który oddzielał teren ośrodka od lasu. Za płotem — może dwadzieścia metrów w głąb lasu — Zamorski zobaczył to, czego się spodziewał.
Grzyby.
Rosły w grupie, kilkanaście sztuk, w okręgu o średnicy mniej więcej metra. Małe, beżowoszare, z kapeluszami pochylonymi do ziemi. Identyczne jak te w Pobierowie. Identyczne jak te w Rewalu. Identyczne jak te w Niechorzu.
— Kopaliście? — zapytał.
— Nie. Czekałam na pana.
Zamorski skinął głową. Podszedł do kręgu grzybów. Ukucnął. Piasek pod igliwiem był luźny, sypki, łatwy do kopania. Wziął od technika drewnianą szpatułkę i zaczął odgarniać warstwę po warstwie — delikatnie, powoli, jak archeolog nad wykopaliskiem, chociaż to, co leżało pod spodem, nie było zabytkiem.
Na głębokości trzydziestu centymetrów szpatułka natrafiła na opór.
Zamorski przestał kopać. Odsunął się. Pozwolił technikom dokończyć robotę.
Czwarte ciało.
Doktor Wirth-Jastrzębska przyjechała ze Szczecina o czternastej — tym razem szybciej, bo sprawa eskalowała i prokuratura przydzieliła jej priorytet. Kiedy weszła pod namiot osłonowy rozstawiony między sosnami — surrealistyczny widok, biały plastikowy namiot w sosnowym lesie, jakby ktoś pomylił plażę z borem — Zamorski stał przy wejściu i obserwował jej twarz.
Patomorfolog spojrzała na ciało. Na grzyby wokół niego. Na ślady na ciele. Potem spojrzała na Zamorskiego i powiedziała jedno zdanie, które w ustach kogokolwiek innego brzmiałoby jak żart, ale w jej ustach brzmiało jak diagnoza terminalna:
— Mamy problem.
— Wiem — powiedział Zamorski.
— Nie, panie komisarzu. Pan myśli, że pan wie, ale pan nie wie. Jeszcze nie. Proszę podejść.
Zamorski podszedł. Doktor Wirth-Jastrzębska wskazała na klatkę piersiową ofiary — mężczyzny, sądząc po budowie, choć twarz była zniszczona jak w poprzednich przypadkach.
— Obrażenia są zgodne z poprzednimi — uderzenia narzędziem tępym i ostrym, zniszczenie twarzy, usunięcie palców. Ale tutaj — wskazała na mostek — jest coś nowego.
Na mostku ofiary, wyryty w skórze z precyzją jubilera, widniał symbol. Nie krzyż — nie tym razem. Coś innego. Okrąg, a w nim odwrócona pentagram, z dwoma ramionami skierowanymi do góry jak rogi.
— Pentagram satanistyczny — powiedziała Wirth-Jastrzębska cicho.
— Pani jest pewna?
— Jestem patomorfologiem, nie religioznawcą. Ale mam oczy. To jest pentagram w okręgu, odwrócony, wyrżnięty w skórze przed śmiercią — krawędzie nacięcia wskazują na krwawienie, a więc serce jeszcze biło. I jest coś jeszcze.
Wskazała na usta ofiary. Zamorski pochylił się bliżej. Usta były otwarte — nie naturalnie, nie tak jak u zmarłego, któremu mięśnie się rozluźniły, ale otwarte siłą, rozchylone, ustawione w pozycji jakby ofiara krzyczała albo śpiewała. Między zębami tkwił przedmiot — mały, ciemny, trudny do zidentyfikowania w sztucznym świetle reflektora.
— To jest hostia — powiedziała Wirth-Jastrzębska. — Opłatek. Komunijny, okrągły, biały — a raczej był biały, zanim nasiąknął. Jest wsunięty między zęby ofiary, która była jeszcze żywa w momencie, gdy to zrobiono.
Zamorski wyprostował się. Stał pod białym namiotem w sosnowym lesie w Pogorzelicy i czuł, jak coś w nim — jakaś ostatnia granica normalności, ostatnia bariera między światem, w którym żył, a światem, w który zaglądał — pęka cicho i bez efektów dźwiękowych. Bo hostia w ustach zamordowanego człowieka to nie morderstwo. To msza. To liturgia — odwrócona, sprofanowana, zbezczeszczona — ale liturgia. Ten, kto to zrobił, nie zabijał w afekcie, nie zabijał z zemsty, nie zabijał dla pieniędzy. Ten, kto to zrobił, odprawiał nabożeństwo. Ciało ofiary było ołtarzem. Pentagram był ikoną. Hostia była komunią.
Czarna msza.
I Zamorski zrozumiał, dlaczego kanclerz kurii koszalińsko-kołobrzeskiej powiedział: „Wiedziałem, że kiedyś zadzwonicie.”
Istnieje w historii kryminalistyki przypadek, o którym mówi się rzadko i niechętnie — bo jest zbyt obrzydliwy nawet dla ludzi, którzy zarabiają na obrzydliwości. W tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym czwartym roku w małym miasteczku Ingolstadt w Bawarii policja odkryła w piwnicy opuszczonego kościoła protestanckiego ślady rytuału, który miejscowy pastor — niejaki Helmut Krauss, lat czterdzieści trzy — odprawiał regularnie przez dwa lata. Krauss nie był satanistą — przynajmniej nie w hollywoodzkiej wersji słowa. Krauss był narcyzem, który odkrył, że kościół nie daje mu wystarczającej władzy nad wiernymi, i zwrócił się ku rytuałom, które tę władzę gwarantowały — nie przez wiarę, ale przez strach.
Krauss wmawiał swoim „wyznawcom” — grupce ośmiu osób, w większości samotnych kobiet w średnim wieku — że świat zbliża się do końca, że tylko on zna datę apokalipsy i że jedynym sposobem na zbawienie jest „oczyszczenie przez cierpienie.” Rytuały Kraussa polegały na wielogodzinnych sesjach, podczas których „wyznawcy” byli biczowani, głodzeni i zmuszani do picia mieszanki wina i krwi (własnej). Krauss czytał przy tym Biblię od tyłu — dosłownie, od ostatniego słowa Apokalipsy do pierwszego słowa Księgi Rodzaju — bo wierzył (albo twierdził, że wierzy), iż odwrócenie Pisma Świętego odwraca rzeczywistość.
Kiedy policja weszła do piwnicy, znalazła ołtarz — stół kuchenny pokryty czarnym obrusem — na którym leżały trzy hostie ułożone w odwrócony trójkąt. Pod obrusem, w szufladzie stołu, leżał notes z datami i imionami. Krauss prowadził rejestr swoich „mszy” z precyzją buchaltera.
Zamorski czytał o Kraussie lata temu, na kursie kryminalistyki w Legionowie, i zapamiętał jedno zdanie z wykładu profesora Andrzeja Kossowskiego, legendy polskiej psychologii sądowej: „Najbardziej niebezpieczny nie jest psychopata, który zabija dla przyjemności. Najbardziej niebezpieczny jest narcyz, który zabija dla publiczności — bo narcyz nigdy nie przestanie, dopóki publiczność nie wstanie i nie wyjdzie.”
Para, która posuwała się wzdłuż polskiego wybrzeża, miała publiczność. Miała Facebooka. Miała hashtag — grzybiarka. Miała emotikonki grzybków. I miała Zamorskiego, który szedł za nimi krok w krok, znajdując to, co zostawiali, czytając to, co pisali, patrząc na zdjęcia, które wrzucali. Publiczność jednego widza.
A może — i ta myśl zmroziła Zamorskiego bardziej niż listopadowy wiatr — może publiczność była większa. Może posty Magdaleny Z. czytali inni ludzie — ludzie z grupy „Pobierowo i okolice”, z grupy „Rewal Między Klifami”, z grupy „Niechorze — nasza wieś.” Może ktoś lajkował zdjęcia grzybów. Może ktoś komentował — „piękne!”, „ale gdzie to dokładnie?”, „też chcę zbierać!”. Może ktoś postawił serduszko pod zdjęciem grzybów rosnących na ludzkim grobie.
Ta myśl była nie do zniesienia. Zamorski odsunął ją. Zajmie się nią później. Teraz potrzebował faktów, zeznań i profilu.
Ryszard Tomala siedział w swoim biurze — pokoju na parterze głównego budynku ośrodka, z biurkiem, na którym piętrzyły się rachunki, i kalendarzem ściennym, na którym ostatni zakreślony dzień to dwudziesty ósmy września, jakby czas skończył się w październiku. Baszta leżał pod biurkiem i warczał cicho za każdym razem, gdy ktoś otwierał drzwi.
Zamorski usiadł naprzeciwko Tomali. Kędzierska stanęła pod ścianą z notatnikiem. Tomala trzymał kubek herbaty w obu dłoniach — nie pił, trzymał, jakby kubek był jedyną ciepłą rzeczą w promieniu stu kilometrów.
— Pan już rozmawiał z posterunkową Kędzierską przez telefon — zaczął Zamorski. — Ale chciałbym usłyszeć to osobiście. Proszę mi opowiedzieć o tej parze.
Tomala pokiwał głową. Odstawił kubek. Baszta warknął, jakby nie aprobował zeznań.
— Przyjechali dziewiątego. Ciemne kombi na parkingu. On wszedł pierwszy — sam. Wysoki, szczupły, siwe włosy. Miał płaszcz, taki długi, czarny, prawie jak sutanna. I krzyż na szyi — duży, srebrny, na łańcuszku. Pomyślałem, że to ksiądz.
— Powiedział, że jest księdzem?
— Nie. Ale miał ten sposób mówienia — wie pan, ten ton, który mają księża, kiedy nie proszą, ale polecają. Taki uprzejmy rozkaz. Powiedział — „potrzebujemy domku na trzy noce, najdalej od innych, najciszej jak się da.” Nie „chcielibyśmy” — „potrzebujemy.” Dałem mu siódemkę, bo siódemka jest na końcu, przy lesie, nie widać jej z drogi ani z innych domków.
— A ona?
— Przyszła później. Może pół godziny po nim. Miała torbę — dużą, czarną, ciężką — i ten koszyk. Wiklinowy koszyk, taki grzybiarski. Pomyślałem — to grzybiarka, tu ludzie przyjeżdżają na grzyby, las jest pełen prawdziwków w październiku, choć w listopadzie raczej już nie ma nic. Ale nie moje rzeczy, co kto zbiera.
— Jak wyglądała?
Tomala zamyślił się. Zamorski zauważył, że mężczyzna dotknął odruchowo karku — gest dyskomfortu, gest kogoś, kto sięga do wspomnienia, z którego wolałby nie korzystać.
— Trudno powiedzieć. Kaptur na głowie, kurtka oliwkowa, spodnie ciemne. Nie widziałem dokładnie twarzy — widziałem usta, bo kaptur rzucał cień. Usta miała wąskie, zaciśnięte, jakby gryzła coś od środka. I oczy — kiedy na chwilę podniosła głowę, bo potknęła się o korzeń na ścieżce — oczy miała jasne, takie lodowate, szare albo zielone, nie jestem pewien. Patrzyła na mnie i miałem wrażenie, że patrzy przeze mnie. Jakbym był szybą.
— Coś mówiła?
— Ani słowa. Przez trzy dni — ani jednego słowa. Widziałem ją dwa razy — raz, kiedy szła z koszykiem do lasu, raz, kiedy wracała. W obu przypadkach milczała. Szła za nim jak cień. Nie obok — za nim. Krok, dwa kroki z tyłu. Zawsze.
— A on?
— On mówił za dwoje. Kiedy przynosił klucz — bo oddał klucz trzeciego dnia, rano, zostawił na biurku, bo mnie nie było — zostawił karteczkę. Napisał — „Dziękujemy za gościnę. Bóg zapłać.” I podpis — „ks. J.K.” Ksiądz. Więc jednak.
Zamorski zanotował. Ks. J.K. Ksiądz Jan Krawczyk. Fałszywe nazwisko, ale prawdziwy tytuł — albo raczej były tytuł, którego Przemysław Klacz-Dziurski używał nadal, bo sutanna — nawet zdjęta fizycznie — została na nim jak tatuaż. Mógł odejść z Kościoła, ale Kościół nie odszedł z niego. Nadal się nim posługiwał. Nadal go nosił — jeśli nie na sobie, to w sobie.
— Chciałbym zapytać o coś, co powiedział pan posterunkowej Kędzierskiej — kontynuował Zamorski. — O tym, co widział pan drugiego wieczoru na wydmie.
Tomala postawił kubek na biurku. Ręce mu drżały — nie mocno, nie widocznie, ale Zamorski miał oko wyćwiczone na drżeniach.
— To było koło dwudziestej trzeciej. Nie mogłem spać. Baszta był niespokojny — chodził po pokoju, drapał drzwi, skomlał. Wyszedłem z nim na zewnątrz. Noc była ciemna — nie ma tu latarni, jedyne światło to księżyc, jak jest, a tamtej nocy nie było. Stałem przed budynkiem i paliłem papierosa. I wtedy usłyszałem głos.
— Jaki głos?
— Męski. Niski, głęboki, rezonujący — wie pan, jakby mówił do mikrofonu albo jakby stał w kościele, gdzie echo niesie. Ale tu nie ma echa. Tu jest las, który wszystko tłumi. A ten głos przebijał się przez las, jakby las go przepuszczał. Nie krzyczał — mówił głośno. I mówił po łacinie. Tego jestem pewien, bo chodziłem na mszę jako dziecko i łacinę z mszy pamiętam — „Dominus vobiscum”, „Gloria Patri”, te rzeczy. Ale to nie była ta łacina. To nie była łacina mszalna. To było coś innego. Coś… odwróconego.
— Odwróconego?
Tomala szukał słów. Baszta warknął pod biurkiem — głośniej niż wcześniej, jakby wspomnienie wywoływało w psie ten sam dyskomfort, co w człowieku.
— Nie potrafię tego wyjaśnić, panie komisarzu. Nie znam łaciny. Ale słyszałem mszę setki razy w życiu i wiem, jak brzmi modlitwa. To, co on mówił… brzmiało jak modlitwa czytana od końca. Albo jak modlitwa do kogoś innego. Nie w górę — w dół. Rozumie pan?
Zamorski rozumiał. Rozumiał lepiej, niż chciał.
— I był drugi głos?
— Tak. Kobiecy. Cienki, wysoki, prawie jak śpiew. Ona odpowiadała — on mówił zdanie, ona powtarzała coś krótkiego, jak responsorium. Jak w kościele, kiedy ksiądz mówi „Amen”, a wierni powtarzają. Tylko, że to nie był kościół. To była wydma za moim ośrodkiem o dwudziestej trzeciej w nocy w połowie listopada.
— Widział pan ich?
— Nie. Za ciemno. Słyszałem tylko głosy. I widziałem światło — maleńkie, jak od świecy albo od zapalniczki. Migotało między drzewami. Trwało to może piętnaście minut. Potem ucichło. Wróciłem do domu. Zamknąłem drzwi na klucz. Baszta spał pod łóżkiem — Baszta nigdy nie śpi pod łóżkiem, on się pod nic nie chowa, on jest owczarkiem, on broni — ale tamtej nocy schował się pod łóżko i skomlał do rana.
Tomala zamilkł. Zamorski nie przerywał ciszy — cisza po zeznaniu jest często ważniejsza niż samo zeznanie, bo w ciszy ludzie dodają to, co pominęli, bo uznali za zbyt dziwne, zbyt prywatne albo zbyt przerażające.
— Jest jeszcze coś — powiedział Tomala po minucie. — Rano, kiedy wyjechali, poszedłem do siódemki posprzątać. I w środku — na podłodze, przy łóżku — leżały piórka. Czarne piórka, jakby od wrony albo od kruka. Nie jedno, dwa — ze dwadzieścia. Rozrzucone w kręgu na podłodze, jakby ktoś je ułożył i potem podeptał. I śmierdziało tam — nie potem, nie brudem, czymś innym. Spaloną skórą. Kiedyś paliłem śmieci na podwórku i przypadkiem wrzuciłem starą skórzaną kurtkę — ten sam zapach. Spalona skóra. I jeszcze — świece. Czarne świece na szafce nocnej, niedopalone, z odciskami w wosku.
Zamorski przytaknął. To samo, co Jadwiga Zelman znalazła w pensjonacie w Niechorzu. Te same świece. Ten sam rytuał. Ten sam wzorzec — jak liturgia, która powtarza się z mszy na mszę, tylko że zamiast chleba i wina był piasek i krew.
— Panie Tomala — powiedział Zamorski. — Ten but, który znalazł pan dziś rano na progu siódemki. Oni wyjechali pięć dni temu. Ale but pojawił się w nocy. Co to panu mówi?
Tomala patrzył na niego z oczami, w których Zamorski widział tę samą rzecz, którą widział u Henryka Pajora w Pobierowie, u Jadwigi Zelman w Niechorzu, u rybaka Kreta — strach. Nie strach przed nieznanym — strach przed znanym, przed czymś, co się zobaczyło i czego nie można zapomnieć.
— Że wrócili — powiedział Tomala.
— Albo, że nigdy nie wyjechali daleko.
Zamorski wyszedł z budynku i stanął między sosnami. Las milczał — Kędzierska miała rację, że Pogorzelica to inny rodzaj ciszy niż plaża, las pochłania dźwięk zamiast go odbijać, otula go igliwiem i mchem i tłumi, aż zostaje tylko szum w uszach, który nie jest szumem lasu, ale szumem własnej krwi.
Czwarte ciało. Czwarty post na Facebooku. Czwarta „gąska bałtycka.”
Zamorski wyciągnął telefon. Otworzył Facebooka — profil Magdaleny Z. Ostatni post, z szesnastego listopada, z Niechorza, był nadal widoczny. Ale teraz Zamorski szukał czegoś starszego. Przewinął w dół. I znalazł.
Post z trzynastego listopada, godzina dwudziesta pierwsza pięćdziesiąt trzy. Jedno zdjęcie — grzyby w sosnowym lesie, w tle fragment drewnianej ściany domku. Podpis: „Pogorzelica, czwarta gąska sezonu! Kto by pomyślał — pod sosnami, na piaseczku, cichutko rosną. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie szukać. I kiedy 🍄🍄🍄🍄 #GąskiBałtyckie #grzybiarka #ciszalesna”
Czwarta gąska sezonu. Bo chronologicznie — jeśli Pobierowo było pierwszą, Rewal drugą, Niechorze trzecią — Pogorzelica powinna być czwartą. Zgadzało się. Daty zgadzały się. Kolejność zgadzała się. Para jechała na wschód, zabijając co dwa, trzy dni, i zostawiając posty jak znaczniki na szlaku.
Ale coś się nie zgadzało.
Zamorski patrzył na listę postów i liczył. Pobierowo — dwunasty listopada. Rewal — czternasty listopada. Pogorzelica — trzynasty listopada. Niechorze — szesnasty.
Pogorzelica — trzynasty. Rewal — czternasty.
Kolejność geograficzna nie zgadzała się z kolejnością chronologiczną. Pogorzelica leży na wschód od Rewala — dalej wzdłuż wybrzeża. Ale post z Pogorzelicy był wcześniejszy niż post z Rewala. Co oznaczało jedno z dwojga — albo para cofnęła się z Pogorzelicy do Rewala, albo posty nie były publikowane w kolejności zbrodni.
Albo — i ta trzecia opcja otworzyła się w głowie Zamorskiego jak zapadnia — para nie działała liniowo. Nie jechała z punktu A do punktu B i dalej. Poruszała się wzdłuż wybrzeża w obie strony, wracała, skakała, zygzakowała. Co oznaczało, że szlak nie był linią. Szlak był siecią.
I ciał mogło być więcej, niż wskazywały posty.
Bo posty — Zamorski uświadomił to sobie z nagłą, lodowatą jasnością — posty były pisane po fakcie. Nie w momencie zabójstwa. Nie w momencie zakopywania. Potem. Kiedy grzyby zdążyły wyrosnąć. A to oznaczało, że między zbrodnią a postem mijały co najmniej dwadzieścia cztery godziny — tyle, ile potrzebowała grzybnia, żeby wytworzyć owocniki na świeżym, rozkładającym się podłożu.
Para wracała na miejsce zbrodni. Wracała, żeby sprawdzić, czy grzyby wyrosły. I jeśli wyrosły — fotografowała je i wrzucała na Facebooka.
To nie była spontaniczna dokumentacja. To był monitoring. Hodowla. Magdalena Z. — kimkolwiek była — nie tylko zbierała grzyby na grobach. Ona je uprawiała. Ciała były nawozem. Grzyby były plonem. Posty były katalogiem zbiorów.
Grzybiarka.
O szesnastej, kiedy technicy kończyli zabezpieczanie ciała, a doktor Wirth-Jastrzębska pakowała próbki do chłodni transportowej, Zamorski odszedł od grupy i stanął na krawędzi lasu, tam gdzie sosny kończyły się i zaczynały wydmy. Stąd — gdyby dzień był jasny, a nie szary — widać by było morze. Teraz widać było tylko mgłę, piasek i nieskończoność.
Telefon zawibrował. Janowicz z Gdańska.
— Komisarzu, mam dane Klacz-Dziurskiego. Ostatni znany adres zameldowania — Drawsko Pomorskie, ulica Kościelna osiem, ale tam nie mieszka od dwunastu lat. Wymeldowany administracyjnie. Brak aktualnego adresu. Brak samochodu zarejestrowanego na to nazwisko. Brak konta bankowego od dwóch tysięcy trzynastego. Facet jest duchem.
— A Magdalena?
— Profil na Facebooku — Magdalena Z. Pełne nazwisko podane przy rejestracji: Magdalena Zwieracz-Brudna. Adres e-mail: gaskibaltyck@protonmail.com. Adres IP ostatniego logowania — zmienne, korzysta z VPN, ale dwukrotnie zapomniała go włączyć. Jedno logowanie z adresu IP przypisanego do hotspota publicznego w Rewalu, drugie z hotspota w Kołobrzegu. Kołobrzeg, komisarzu. To sto kilometrów na wschód od Pogorzelicy.
Kołobrzeg. Para była już w Kołobrzegu — albo przynajmniej Magdalena była, bo to ona logowała się na Facebooka. Co oznaczało, że między Pogorzelicą a Kołobrzegiem mogły być kolejne ciała. Mrzeżyno. Dźwirzyno. Może oba.
— Marek, wyślij patrole do Mrzeżyna i Dźwirzyna. Niech szukają na wydmach — grzybów. Małych, beżowych grzybów rosnących w kręgach. I niech kopią pod nimi.
— Ile patroli?
— Ile masz.
— Komisarzu, ludzie pytają, o co chodzi. Co im powiedzieć?
Zamorski myślał chwilę. Co im powiedzieć. Co powiedzieć policjantom, których wysyła się na wydmy, żeby kopali pod grzybami, bo pod grzybami mogą być ludzkie ciała? Jak wyjaśnić coś, czego sam jeszcze do końca nie rozumiał?
— Powiedz im prawdę — powiedział w końcu. — Powiedz, że mamy seryjnego mordercę — albo parę morderców — którzy posuwają się wzdłuż Wybrzeża i zakopują ofiary w wydmach. I że grzyby są jedynym śladem, który zostawiają. I że jeśli znajdą grzyby, to znaczy, że znaleźli grób.
Cisza. Potem Janowicz — z głosem, w którym nie było już powolności, tylko coś, co Zamorski rozpoznał jako kontrolowany lęk:
— Ile ciał pan spodziewa się znaleźć, komisarzu?
— Ostatnim razem, kiedy pan zadał mi to pytanie, powiedziałem „dużo.” Teraz powiem inaczej. Powiem — tyle, ile jest miejscowości na szlaku. A miejscowości jest siedemnaście.
— Jezus Maria.
— Nie. Nie Jezus Maria. Coś wręcz przeciwnego.
Zamorski wrócił do radiowozu. Był zmęczony — nie fizycznie, bo fizycznie był trening, kawa i upór; zmęczony w sposób, który nie ma wspólnego z mięśniami, ale z duszą, jeśli dusza istnieje, a Zamorski nie był pewien, czy istnieje, choć po Pogorzelicy był mniej pewien niż wcześniej.
Otworzył notatnik. Na czystej stronie narysował linię — od lewej do prawej, jak oś czasu, jak szlak. Na linii zaznaczył punkty. Pobierowo. Rewal. Niechorze. Pogorzelica. Potem puste miejsca — Mrzeżyno, Dźwirzyno, Kołobrzeg, dalej, dalej, aż do Krynicy Morskiej.
Przy każdym zaznaczonym punkcie napisał to, co wiedział.
Pobierowo — ciało nr 1. Mężczyzna. Obrażenia mechaniczne. Oparzenia symetryczne na plecach. Grzyby. Post: 12 XI.
Rewal — ciało nr 2. Mężczyzna (prawdop.). Odwrócony krzyż na czole. Grzyby. Post: 14 XI.
Niechorze — ciało nr 3. Kobieta. Ślady krępowania. „SAMA CHCIAŁA” na plecach. Grzyby. Post: 16 XI.
Pogorzelica — ciało nr 4. Mężczyzna. Pentagram na mostku. Hostia w ustach. Czarna piórka. Grzyby. Post: 13 XI.
Patrzył na notatki. Patrzył na daty. I widział wzorzec — nie liniowy, nie chronologiczny, ale tematyczny. Każde ciało było inne. Każde nosiło inny symbol, inny ślad, inną wiadomość. Jakby para — Przemysław i Magdalena, Klacz i Grzybiarka — nie powtarzała się, ale rozwijała temat. Jak kompozytor, który pisze wariacje na temat tej samej melodii — ale każda wariacja jest ciemniejsza, głębsza, bardziej niepokojąca niż poprzednia.
Pobierowo — brutalna siła. Rewal — profanacja religijna. Niechorze — obwinianie ofiary. Pogorzelica — pełna czarna msza.
Eskalacja. Każde kolejne zabójstwo było bardziej złożone, bardziej rytualne, bardziej „kompletne.” Para się rozgrzewała. Para się dopracowywała. Para zmierzała ku czemuś — ku finałowi, ku apoteozie, ku czarnej mszy doskonałej.
A Zamorski był o cztery ciała i kilkaset kilometrów za nimi.
Zamknął notatnik. Odpalił silnik. Las Pogorzelicy stał wokół niego — ciemny, cichy, milczący. Sosny patrzyły na niego bez oczu, bo sosny nie mają oczu, ale Zamorski miał wrażenie — irracjonalne, absurdalne, takie, które normalnie by odrzucił — że las wie. Las widział, co się stało na wydmie za ośrodkiem „Perła Pomorza.” Las słyszał łaciński śpiew i kobiecy głos odpowiadający jak responsorium. Las czuł zapach spalonej skóry i czarnych świec.
I las milczał.
Bo las w Pogorzelicy milczy zawsze. To jest jego jedyna zasada, jego jedyne prawo, jego jedyny charakter. Las milczy, kiedy ludzie krzyczy, las milczy, kiedy ludzie umierają, las milczy, kiedy grzyby rosną na ich grobach.
Zamorski wyjechał z Pogorzelicy w stronę Mrzeżyna. Droga prowadziła przez las — tę samą drogę, którą kilka dni wcześniej jechał ciemny kombi z przyciemnionymi szybami, z mężczyzną w ciemnym płaszczu za kierownicą i kobietą w oliwkowej kurtce na siedzeniu pasażera, z koszykiem wiklinowym na tylnym siedzeniu, z czarnymi świecami w torbie i z hostiami w kieszeni.
Las milczał. Las zawsze milczy.
Ale grzyby — małe, beżowe, ciche — rosły pod sosnami i czekały, aż ktoś je sfotografuje.
Piąta gąska sezonu nie mogła być daleko.
ROZDZIAŁ 5: MRZEŻYNO — Prom, który nie odpłynął
Mrzeżyno jest miejscem, które istnieje dzięki rzece. Rega wpada tu do Bałtyku — szeroka, leniwa, brązowa jak herbata z mlekiem — i przecina miejscowość na dwie połowy, które łączy most pontonowy, rozbierany co roku na zimę i składany co roku na lato, jakby Mrzeżyno samo nie mogło się zdecydować, czy chce być jednym miasteczkiem czy dwoma. Po zachodniej stronie Regi są pensjonaty, smażalnie i promenada. Po wschodniej — port rybacki, stocznia jachtowa i kilka budynków, które wyglądają, jakby pamiętały czasy, kiedy Mrzeżyno nazywało się jeszcze Deep i należało do Prus.
Port w Mrzeżynie to trzy betonowe nabrzeża, rdzewiejąca dźwignia, której nikt nie używał od dekady, i cztery kutry rybackie, z których dwa pływały, jeden służył za magazyn sieci, a czwarty — „Jantar” — stał odwrócony dnem do góry na suchym doku od trzech lat, czekając na remont, którego nikt nie planował, bo właściciel umarł, spadkobiercy mieszkali w Norwegii i nie odpowiadali na listy.
Obok „Jantaru”, w szczelinie między kadłubem a betonową ścianą nabrzeża, leżało piąte ciało.
Znalazł je Bogdan Szulc.